środa, 28 marca 2018

Jak zorganizować trzytygodniową wyprawę na Mt. Blanc lub inne czterotysięczniki w Alpach do 1000zł? - czyli o tym, jak spełniać swoje marzenia


Jak tanio pojechać w Alpy? Tani wyjazd w Alpy

Kochasz góry? Wiele lat jeździsz w góry Polski lub Słowacji? Czasami przez myśl przechodziły Ci Alpy, ale z drugiej strony miałeś mnóstwo obaw, jak tam dojechać i skąd wziąć informacje o tym, jak zorganizować większą wyprawę? Myślę, że największą Twoją obawą z pewnością były koszty wyprawy. Każdy z nas przed każdym wyjazdem w góry przecież musi pomyśleć, ile to wszystko będzie kosztować. Pewnie nie raz pomyślałeś, żeby wejść na Mt. Blanc, ale taka wyprawa musi kosztować całkiem sporo i na dodatek trzeba będzie załatwiać jakieś pozwolenie. W tym poradniku chcę przybliżyć Wam techniki, jak można zorganizować bardzo ciekawe wyprawy za małe pieniądze. Zastanawiałeś się kiedyś, ile kosztuje np. wyprawa na Mt. Blanc? Agencje turystyczne życzą sobie około 4.200 – 4.500 zł za osobę za 18-dniowy wyjazd w góry. Podczas takiej wyprawy nie mamy gwarancji, że wejdziemy na szczyt, ponieważ zbyt wiele czasu upływa na przygotowania. Za te same pieniądze wolałbym polecieć na Dominikanę po udanej wyprawie… Wyjazd na 20 dni, z wejściem na szczyt i blisko 80 km wędrówka szlakiem trekkingowym Tour de Mt. Blanc kosztowała zaledwie… 829zł, a trzytygodniowy wyjazd na czterotysięczniki Monte Rosa (największe skupisko czterotysięczników w Europie) kosztował mnie ok. 1200zł. Pewnie sobie myślisz: to niemożliwe! A jednak! Jedynym warunkiem jest fakt, że musicie mieć skompletowany sprzęt górski, bo w Alpach nawet w lecie potrafi nieźle przymrozić pod szczytami (nawet do -20’C). Omówię też, co trzeba wziąć ze sobą i w jakich ilościach, żeby nic nas nie zaskoczyło.

czwartek, 22 marca 2018

Nie popełniaj tych samych błędów w górach - czyli 10 błędów, które turyści najczęściej popełniają w górach

 Burza w górach  Błędy w górach

Nieraz słyszałeś, że grupa wyszła zimą nad Morskie Oko i zaskoczyła ich noc?, albo, że ktoś poszedł w szpilkach lub japonkach na Giewont?, czy też, że zaskoczyła kogoś burza w górach?... Takich sytuacji można mnożyć, dlatego chcę Wam przybliżyć wiele rzeczy, dzięki, którym każda wyprawa będzie udana, a o tych sprawach nie mówi się wcale lub wspomina bardzo rzadko. Celem tego artykułu jest uświadomienie wielu błędów, które ludzie masowo popełniają w górach dlatego, że najczęściej podążają za tłumem i nie zastanawiają się nad tym. Co zrobić, żeby każda nasza wyprawa była udana (nie ważne, czy ta mała, czy ta wielka)? Zastosuj w swoim życiu kilka ważnych zasad.

1. Długie weekendy, majówka
Nie raz widziałeś, jak tłumy rozdeptują Dolinę Kościeliską, Chochołowską, czy przeludniają okolice Morskiego Oka? Nie wspominam już o samym Zakopanem. Zauważyliście, że każdy długi weekend wygląda dokładnie tak samo? – zawsze mamy ogromne korki na zakopiance, w których trzeba czekać godzinami, zawsze dojazd do Morskiego Oka jest praktycznie niemożliwy, bo kilometrami ciągną się zaparkowane samochody, a przejeżdżając przez każde miasto musimy tkwić w kolejnych korkach. Wszystkie popularne miejscowości i góry są po prostu przeludnione. W czym jest rzecz? Ludzie zazwyczaj nie zastanawiają się głębiej nad spędzaniem dłuższego czasu wolnego. Najczęściej chcą pojechać tam, gdzie od zawsze marzyli, a codzienność im na to nie pozwalała. Z tego powodu kilkadziesiąt tysięcy, a nawet do 250 tysięcy turystów decyduje się, żeby pojechać np. do Zakopanego na Sylwestra lub na majówkę. Czym to się kończy, chyba nikomu nie trzeba więcej mówić… Jedna miejscowość nie jest w stanie w ciągu jednego dnia przyjąć tak „zmasowanego” ataku turystów. Popularne miejscowości najczęściej nie mają nawet tyle swoich mieszkańców, więc drogi, infrastruktura, czy hotele, po prostu nie wyrabiają. Skoro z góry wiemy, jaki będzie tego efekt, czy już zawczasu nie powinniśmy zastanowić się nad innym miejscem? Czy lubimy wracać z Zakopanego do Krakowa 7 godzin, albo czy lubimy tłumy ludzi, nad którymi nie da się zapanować? Z pewnością nie. Biorąc pod uwagę „majówkę” zauważmy, co dzieje się w Tatrach. Nad Morskie Oko idzie 20.000-33.000 ludzi, Dolinę Kościeliską wybiera aż do 35.000 ludzi, a do Doliny Chochołowskiej maszeruje około 25.000-30.000 ludzi! Jak widzisz to są ogromne ilości. Wąska droga, która prowadzi tymi dolinami z jasnych względów nie zapewni odpowiedniej przepustowości, dlatego nieraz w gazetach możemy przeczytać, że turyści zadeptali Dolinę…. (tutaj wpisują jej nazwę). Mają rację w tym, co piszą, bo rzeczywiście znane doliny w czasie majówki stają się istnym pobojowiskiem. Idąc taką drogą mijasz średnio 117 osób na minutę! Nawet w pracy zawsze dziwili się u mnie, dlaczego nigdy nie brałem urlopu w długie weekendy. Nie brałem ich z powodu przeludnienia wszystkich znanych miejsc. Na razie pomijam kwestie pogodowe. Nawet, jeśli miałem wolne w czasie długich weekendów, to pierwsza myśl, jaką miałem, była taka: będzie dużo ludzi – to gdzie pojadę? Z oczywistych względów odrzucałem znane miejsca.

środa, 14 marca 2018

Kalendarz ciekawych zjawisk górskich i miejsc


 Kiedy jechać w góry?  Ciekawostki o górach

Czy zastanawiałeś się, jak pięknie jest w Polsce? Czy wiedziałeś o pewnych zjawiskach, które co roku powtarzają się cyklicznie? Czy znasz tak piękne miejsca w Polsce, które spodobają się nawet największym obieżyświatom? I wreszcie, czy potrafisz spojrzeć na bardzo znane i popularne miejsca zupełnie innym okiem? Jako, że kocham góry, to na takich miejscach się skupię i o nich opowiem. Jednocześnie stworzę kalendarz powtarzających się zjawisk i atrakcji przyrodniczych w polskich górach, który ułatwi planowanie wycieczek oraz pokaże, jak patrzeć na znane miejsca zupełnie innym okiem i jak nie iść „za tłumem”. Podświetlone frazy w tekście prowadzą do relacji, gdzie spotkałem się z danym zjawiskiem lub do relacji, gdzie odwiedziłem opisywane miejsce. W każdej relacji szczegółowo opisuję dane zjawisko lub miejsce.

GRUDZIEŃ / STYCZEŃ (ŚNIEŻNE MOZAIKI)

Pierwsze obfite opady śniegu. W tym czasie polecam wybrać Wisłę Głębce i wejście na Stożek. Zwykle na drugi dzień po intensywnych opadach śniegu powstaje niezwykłe zjawisko śniegowych mozaik na odcinku prowadzącym na Stożek. Nietypowy układ lasów i powyższe otwarte przestrzenie pozwalają podziwiać cudowny, przepiękny efekt!

wtorek, 30 stycznia 2018

Dominikana - co warto zobaczyć?

 Dominikana wakacje Dominikana - raj na ziemi

Dominikana – raj na Ziemi. Tak można określić ten kraj. Oczywiście mówimy w kontekście wypoczynku, miejsca na urlop, ponieważ dla samych mieszkańców zdecydowanie ich państwo nie jest rajem. Na początku powiem kilka słów o Dominikanie. Kraj jest ponad sześciokrotnie mniejszy niż Polska (powierzchnia to zaledwie 48.000 km2 – tyle, co dwa polskie województwa), ale odległości do ciekawych i godnych uwagi miejsc, które będziemy pokonywać, niestety są podobne. Dlaczego? Ponieważ, gdy spojrzymy na mapę, szybko zauważymy, że wyspa, na której znajduje się Dominikana jest długa i dość wąska, stąd chcąc dojechać na drugi koniec kraju, będziemy musieli przejechać ponad 350km. Jeśli spojrzeć na kształt państwa, to w najdłuższym miejscu Dominikana jest długa na około 330km, a szeroka na: w części turystycznej ok. 70km, w dużej części wyspy ok. 150km, a w najszerszym miejscu, ok. 200km. Te dane powinny uświadomić nam, że będzie nas czekało trochę więcej jazdy, gdybyśmy chcieli zobaczyć coś ciekawego. Najważniejsza dla nas informacja jest taka, że kraj chociaż biedny, to jest bardzo bezpieczny, a ludzie są niezwykle przyjaźni. Właśnie, między innymi z tych względów warto wybrać Dominikanę jako miejsce naszych wakacji. Mieszkańcy Dominikany wiedzą, że nie są rdzennymi mieszkańcami wyspy, ponieważ… nie ma tam już ani jednej takiej osoby… Jedynymi rodowitymi mieszkańcami byli Tainowie – miejscowi Indianie. Za czasów Krzysztofa Kolumba i dalszych okresów wielkich wypraw na nieznane ziemie ci Indianie szybko zostali wytępieni w nierównych walkach, gdzie Hiszpanie strzelali do nich z broni palnej, a oni mieli tylko łuki do polowań. Innego typu broni nie mieli w ogóle, ponieważ Tainowie byli usposobieni pokojowo. Nie planowali z nikim walczyć, stąd stali się bardzo łatwym ludem do wytępienia.

Za czasów Kolumba było tu trochę złota i po raz pierwszy przywieziono na te ziemie… kokosy. Oglądając palmy kokosowe na Dominikanie będziemy wiedzieć, że oryginalnie one tu nie występowały. Przyjęły się bardzo szybko z powodu idealnego dla nich klimatu. Można powiedzieć, że Dominikańczycy nie mają swojej tożsamości związanej z tą ziemią. Cały lud, który tworzy społeczeństwo Dominikany wywodzi się z ludzi, którzy podbijali te ziemie w XVI wieku i z niewolników, którzy byli sprowadzani na Dominikanę do prac fizycznych – szczególnie do wydobywania złota, na które „zachorowali” Hiszpanie. Dzisiaj wygląda to tak, że Dominikanę zamieszkuje 10,4mln ludzi i można tu zobaczyć aż siedem kolorów skóry. Typowo czarni stanowią 11% społeczeństwa, biali tylko 16%, a mieszani aż 73%. Co ciekawe, jeszcze do niedawna kolor skóry wpisywany był w dowód osobisty i każdy kolor ma swoją określoną nazwę. Jeśli będziecie na Dominikanie, z pewnością traficie na sklepik dla turystów, gdzie znajdziemy białą lalkę bez twarzy w białej sukience. Kiedy obrócimy ją do góry nogami, pod sukienką będzie druga, ale tym razem brązowa lalka, która będzie miała sukienkę w barwach narodowych Dominikany. Lalka oznacza, że Dominikańczycy nie ma swojej tożsamości, ponieważ wywodzą się od ludów podbijających te ziemie i z niewolników. Ciekawe jest to, że przyznają się do tego i nie widać u nich takiego zjawiska jak duma narodowa. Z drugiej strony sami Dominikańczycy w dość dużej mierze są rasistami i z siedmiu kolorów skóry nie lubią tej najbardziej czarnej. Nawet za czasów, kiedy kolor skóry był wpisywany w dowód osobisty, wielkim dyshonorem było wpisanie koloru czarnego, ponieważ jest on zarezerwowany tylko i wyłącznie dla Haitańczyków.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rodos - co warto zobaczyć? - czyli Rodos - Top 10

 Co zobaczyć na Rodos? Rodos - Top 10

Co warto zobaczyć na Rodos? Z pewnością na wyspie znajdziemy mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. W zależności, kto co lubi, znajdziemy atrakcje przyrodnicze, historyczne, kulturalne, czy typowo związane z wypoczynkiem - oczywiście mam na myśli piękne, piaszczyste plaże. Najpierw jednak powiem o samej wyspie Rodos, ponieważ każda grecka wyspa ma w sobie coś wyjątkowego. Rodos zdecydowanie wyróżnia się długością okresu słonecznego. W całej Grecji Rodos uchodzi za najbardziej słoneczną wyspę. Dni ze słońcem mamy aż 300 w ciągu roku, podczas, gdy średnia dla Grecji wynosi „tylko” 200. Będąc pod koniec września, lub na początku października, można nadal cieszyć się letnią pogodą. W tym czasie mamy bezchmurne niebo i około +25’C. Wody są ciepłe (ok. +19'C do +21'C), więc pomimo początków jesieni ciągle możemy pływać w morzu. Ciekawa jest również sama pogoda, a raczej związane z nią wiatry. Na Rodos przez połowę tygodnia może wiać dość silny, ale ciepły wiatr. Południowo-wschodnia część wyspy jest zabudowana gęsto hotelami w znanych miejscowościach i ciągle powstają nowe… Północno-zachodnia część wyspy jest praktycznie bez obiektów turystycznych. Wyspę można podzielić wzdłuż na pół. Dolna połówka, czyli południowo-wschodnia, jest rozwinięta pod względem infrastruktury turystycznej, a druga część już nie. Nie trzeba daleko szukać powodu, dlaczego tak się stało. Na południowo-wschodniej części (dolna połówka) wiatr wieje z lądu do morza, co jest korzystne, a w górnej części wyspy wiatr wieje z morza na ląd, co nie jest szczególnie oczekiwane przy beztroskim wypoczynku. Inną kwestią są stromo opadające zbocza gór bezpośrednio do morza oraz brak piaszczystych lub szerszych plaż. W końcu na Rodos przyjeżdżamy, żeby wypocząć nad morzem.Ogólnie można powiedzieć, że wyspa jest wietrzna i słoneczna. Najlepiej pokazuje to przykład pięknej, piaszczystej plaży o nazwie Tsambika, gdzie wiatr nawiał ponad 20m wydmę na jej końcu, zasypując skaliste zbocza góry. Co ciekawe, w tym samym miejscu kąpiemy się w krystalicznie czystych wodach o przepięknym błękicie. O tej plaży będzie w dalszej części.

Z czego jeszcze słynie wyspa? Na pewno z dwóch pięknych, piaszczystych plaż, o których opowiem znacznie szerzej. Mi na pewno w głowie utkwił jeden bardzo ważny szczegół. Mam na myśli sposób organizowania wycieczek do znanych miejsc we własnym zakresie. Na innych wyspach greckich nie spotkałem się, żeby można było wszędzie dojechać… komunikacją miejską… Tak! Właśnie to jest najtańszy i pewny sposób na organizację dobrej wycieczki. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem informację, że autobusy jeżdżą do znanych plaż aż do 15 października! Rozkład jest zmieniany na lato, na wrzesień i na okres 1-15 października. Zadziwił mnie fakt, gdy chcesz pojechać do miasta Rodos, na plażę Tsambika, Lindos, do miasta Lindos, czy do Doliny Motyli, to możesz dojechać tam wsiadając w autobus. Wycieczki w biurach podróży kosztują od 37 EUR, nawet do ponad 50 EUR za osobę, a bilet na przejazd w komunikacji miejskiej kosztował 1,80 EUR do 2,90 EUR w zależności do jakiego miejsca chciałeś pojechać (cena biletu w jedną stronę). Kiedy podliczyłem sobie koszty wyszło, że codziennie oszczędzałem około 30-35 EUR na osobę. To bardzo dużo, tym bardziej, gdy chcesz codziennie coś nowego zobaczyć. Rodos zdecydowanie wyróżnia się pod względem ilości… kotów. Są dosłownie wszędzie: w opuszczonych miejscach, na krzakach, pod krzakiem, na drzewach, na terenie hotelu, na murkach, na krzesłach, itp. Jeśli będziesz w hotelu, nie zdziw się, jak rano wyjrzysz za okno, a w pobliżu będą spały trzy koty. Jedząc obiad, czy kolację, bez większego problemu znajdziemy przynajmniej pięć kotów w okolicy. Na szczęście nie są natrętne i nie wskakują na kolana, ani na stoły. Po prostu leżą gdzieś na murkach, przechodzą w pobliżu lub śpią w rogu lub w cieniu pod krzakiem. Rodos była nazywana kiedyś Wyspą Węży, ponieważ nie brakuje tutaj spalonych miejsc słońcem, co jest idealnym środowiskiem dla węży. Nie poleca się chodzić przez zarośnięte i cierniste tereny, ponieważ możemy nieświadomie zaskoczyć węża naszą obecnością. Jeśli już musimy iść przez takie miejsca, to wybierajmy wydeptane ścieżki, gdzie widać otoczenie. Wyspa jest warta odwiedzenia, tylko trzeba próbować łapać dobre okazje. W dzisiejszych czasach Rodos zmieniła nazwę z Wyspy Węży na Wyspę Kotów.

piątek, 17 listopada 2017

Lodowa Przełęcz, Czerwona Ławka, Rohatka - opis szlaków

 Czerwona Ławka  Czerwona Ławka trudności

Trasa jest bardzo ciekawa ze względu na atrakcje przyrodnicze, rozległe panoramy, czy też ze względu na jej długość. Mniej wytrzymałe osoby mogą oczywiście podzielić całą drogę na mniejsze fragmenty, ale będą potrzebować wtedy około 2-3 dni na osiągnięcie wszystkich przełęczy. Z tego względu polecam przejście jednej z piękniejszych tras w Tatrach słowackich w jeden dzień. Zachodzi więc pytanie: jak to zrobić, żeby się wyrobić w ciągu jednej doby, pamiętając, że trzeba jeszcze dojechać na miejsce…? Najważniejsze w całej wyprawie jest określić sobie miejsce, gdzie rozpoczniemy całą trasę. Zdecydowanie polecam Tatrzańską Jaworzynę w języku polskim nazywaną Jaworzyną Spiską (mała wioska u podnóża Tatr, odległa od polskiej granicy o około 5km, licząc od słynnego przejścia granicznego w Łysej Polanie). Można dzień wcześniej dojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny i próbować znaleźć nocleg na miejscu (poza sezonem zwykle 10-15EUR). Jeśli jesteś osobą taką, jak ja – czyli nie masz samochodu i pracujesz, to można zupełnie sprawnie zorganizować cały wyjazd, korzystając z komunikacji publicznej. Niezależnie, gdzie mieszkasz, trzeba dojechać do Krakowa, ponieważ tam z głównego dworca MDA jeżdżą praktycznie co pół godziny autobusy do Zakopanego, które zawiozą nas w 2h 10min na miejsce. W takim wypadku po zakończeniu pracy zdążyłem jeszcze przyjechać do domu, wziąć plecak i pojechać z powrotem do Katowic, a stamtąd dalej – do Krakowa. W Zakopanem byłem po godzinie 20.30. W zależności od pory roku, nad Morskie Oko (a dokładniej do Palenicy Białczańskiej) jeżdżą busy zwykle do godziny 20.00. W lecie znacznie dłużej, bo nawet do 22.00. Dla kierowców to jest duży biznes, ponieważ ludzi trzeba zwieść z powrotem do Zakopanego, więc tam się jeździ, dopóki są powracające tłumy. Poza sezonem (koniec lata, wrzesień) jest z tym różnie. Z tego, co się dowiedziałem busy nad Morskie Oko jeżdżą do około godziny 20.00, a później poza rozkładem jest wysyłany jeden bus, żeby zwieść jeszcze tych, którzy pozostali i nie zdążyli. Nawet jeśli nie uda ci się załapać na żaden z nich, w ostateczności można pójść na lokalny dworzec autobusowy, gdzie stoją taksówki. Za podobny kurs taksówkarze życzą sobie 80-160zł (jeśli jedziecie w 4 osoby, to cena nie jest duża, biorąc pod uwagę fakt, co zyskamy). Zyskujemy przede wszystkim czas i możliwość bardzo wczesnego wyruszenia w góry.

Ja zawsze zaczynam o 3.00-4.00 w nocy po to, żeby zobaczyć wschód słońca i żeby mieć ogromną przewagę czasową nad tłumami. Jak się okazało – pod koniec sierpnia po stronie słowackiej, przez cały dzień nie spotkałem nigdzie tłumów. Mijałem tylko pojedyncze osoby. Kiedy jedziemy busem wystarczy powiedzieć, żeby kierowca zatrzymał się na Łysej Polanie (przejście graniczne znajduje się wcześniej o 17min drogi pieszej w stosunku do Palenicy Białczańskiej). Ja musiałem skorzystać z taksówki, ponieważ w Zakopanem spotkałem znaną mi osobę i musiałem zrobić jeszcze zapas jedzenia na dwa dni. Dopiero po godzinie 21.40 poszedłem w kierunku dworca, na postój taksówek. Kiedy jeżdżę w Tatry nigdy nie rezerwuję noclegów, dlatego taksówkarz zapytał mnie, gdzie idę i jaki mam plan. Chwycił się za głowę, gdy mu opowiedziałem o mojej planowanej trasie oraz gdzie będę spać. Powiedział, że lubi ciepło, wygody i że góry to nie dla niego. Rzeczywiście samochód bardzo dobrze odzwierciedlał jego upodobania, bo w środku brakowało tylko laserów – wszystko inne było… Drzwi, podłoga, kokpit i krzesła były nawet podświetlane niebieskimi diodami. Czułem się lepiej niż w samolocie. Z drugiej strony, gdy zacząłem opowiadać taksówkarzowi jaki mam plan, to bardzo się zdziwił. Z góry zakładałem, że nie mam noclegu, więc z Łysej Polany pójdę 5km do Tatrzańskiej Jaworzyny drogą asfaltową i tuż przed wejściem do wioski wyśpię się gdzieś w lesie. Nawet ja sam nie wiedziałem, gdzie mi przypadnie spanie… Po prostu gdzieś w krzakach… Jako, że w nocy nie wolno chodzić po Tatrach, założyłem, że na godzinę przed wschodem słońca wyruszę zielonym szlakiem w kierunku Lodowej Przełęczy 2376 m n.p.m. (najwyższa dostępna przełęcz szlakiem turystycznym w Tatrach). Jest to bardzo długa trasa, bo potrzeba około 5h, żeby dojść do celu. Z tego powodu chciałem rozpocząć jak najszybciej. Na Łysą Polanę dotarłem po godzinie 22.30. Panowała zupełna ciemność. Wyciągnąłem mocną latarkę i zacząłem iść w kierunku Tatrzańskiej Jaworzyny. Pięciokilometrowy odcinek zwykle pokonuję w 45-50min. Po niecałych 50min dotarłem do tablicy z napisem Tatranska Javorina. Była 23.20. Teraz rozglądałem się za miejscem do spania. Po prawej stronie drogi znalazłem polanę pod lasem. Pomiędzy pasami skoszonej trawy, za krzakiem, rozłożyłem aluminiową matę i śpiwór. Zasnąłem dość szybko, bo najpierw rozglądałem się za wirującym światłem, podobnym do tego znanego z latarni morskiej. Uważałem tylko, żeby nikt mnie nie zauważył. O dziwo w nocy wiał dość silny, ale ciepły wiatr, a za dnia panował spokój.

poniedziałek, 30 października 2017

Pieniny 2017 - 16-17.10.2017 - ósmy rok polowań na "morza chmur".

 Morza chmur w Pieninach  Morza mgieł w Pieninach

DZIEŃ 1 – Trzy Korony, Gruba Kaśka
Jak co roku wyczekiwałem zjawiska morza chmur w Pieninach, które chociaż powstaje wielokrotnie, to jest tylko jeden, lub maksymalnie dwa dni w ciągu całego roku, gdzie nakłada się z pełną głębią kolorów liści jesieni. Z tego względu w okresie 13-20 października włącza się u mnie desperacja pogodowa, polegająca na tym, że nie ważne co by się działo oraz co by się waliło i paliło, to i tak jadę w Pieniny, gdy tylko zobaczę, że będą idealne warunki do powstawania tego zjawiska. W tym roku pogoda niestety nie rozpieszczała, ponieważ od pierwszego września zaczął padać deszcz i tak do trzynastego października włącznie… Próbowałem sobie jakoś wytłumaczyć, dlaczego trzeci rok z rzędu wrzesień jest tak fatalny i deszczowy. Jedyne, co udało mi się wymyślić, to fakt, że niebo płakało nad tym, że rozpoczął się rok szkolny i nie mogło się wypłakać. Tej wersji się trzymałem… Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Widząc, że pogoda nie chce, ani nawet nie planuje się zmienić po 30 dniach ciągłego deszczu, najpierw postanowiłem, że pojadę do Grecji na Rodos, żeby zobaczyć jak wygląda słońce i żeby poczuć jeszcze jego ciepłe promienie. Po przyjeździe miało rozpocząć się wielkie polowanie na morza chmur. Po powrocie, 6. października, oglądałem wszelkie prognozy pogody, ale nadal nic dobrego nie widziałem na horyzoncie. Pomimo, że byłem tydzień w Grecji, to u nas ciągle padał deszcz… Minął jeszcze tydzień i dopiero pojawiła się nadzieja… Po 42 dniach deszcze powoli ustawały… W niedzielę, 15. października, zauważyłem, że poniedziałek oraz wtorek będą idealne i że będzie to jedyna okazja w roku, po czym warunki ponownie zepsują się na długie dni, a nawet tygodnie… Widząc jaka pogoda ma być za 14 godzin, włączyła się u mnie desperacja i powiedziałem: TRZEBA JECHAĆ!

Zadzwoniłem do Daniela i zapytałem: co robimy? Szybko ustaliliśmy, że jak co roku, gwoździem programu będzie wejście na Trzy Korony i podziwianie mórz chmur z tego szczytu, a na drugi dzień wejdziemy na Sokolicę, skąd po raz pierwszy zobaczymy, jak wyglądają morza chmur z tamtej góry, bo nigdy tego nie próbowaliśmy. Wiedzieliśmy, że z Trzech Koron zawsze jest najpiękniej, a na Sokolicy jednego roku były chmury, a drugiego nie, dlatego nigdy nie chcieliśmy ryzykować. Wiedząc, że w tym roku wyjątkowo będą dwa dni z tym zjawiskiem pod rząd, co jest wielką rzadkością, postanowiliśmy, że pierwszego dnia zobaczymy, jak wyglądają chmury w obrębie Sokolicy ze szczytu Trzech Koron i na tej podstawie podejmiemy decyzję, czy idziemy tam na drugi dzień. Na 14 godzin przed spotkaniem spakowaliśmy się dość szybko i czekaliśmy na wyjazd. Umówiliśmy się na godzinę 00.00 w nocy z 15./16. października 2017, bo chcieliśmy o 3.00 w nocy rozpocząć podejście na Trzy Korony z Krościenka. Jako, że wschód słońca miał być dopiero po 7.05 rano, to czasu mieliśmy aż za dużo. Danielowi chodziło o to, żeby spróbować zrobić zdjęcia gwiazd w nocy na tle Tatr lub, żeby sfotografować podświetlone chmury od spodu od świateł pochodzących z wiosek. Takie zdjęcia zawsze budzą wielkie zainteresowanie. Tydzień od 16. października rozpoczął się wyjątkowo pięknie. Cyklon o nazwie Ophelia, który wkroczył do Europy przyniósł ze sobą huragany do 160km/h w Irlandii, a w Polsce wyjątkowe ciepło, którego tak brakowało. Temperatury podskoczyły u nas aż do 20-25'C. Mieliśmy wyjątkowo ciepło, jak w Grecji o tej samej porze roku. Na noc zapowiadano nawet 11'C, co było niespotykane w połowie października. Pojechaliśmy dokładnie o wyznaczonej godzinie i na miejscu byliśmy jeszcze przed 3.00 w nocy. Kiedy wysiedliśmy w Krościenku zobaczyliśmy, że są wspaniałe warunki na powstawanie mórz chmur. Doliny z miejscowościami wypełniły się gęstymi mgłami, a poniżej odczuwaliśmy lekki chłód. Termometr samochodowy pokazywał tylko 6'C. To dobrze, ponieważ przy zapowiadanych +20'C w górach, oznaczało to, że będzie inwersja, która jest koniecznością, żeby powstały efektowne morza chmur.

sobota, 26 sierpnia 2017

Denali 6190 m n.p.m., Alaska - 13.05.-4.06.2017 - relacja z wyprawy

 Lodowiec Kahiltna  Basin Camp - baza położona na wysokości 4330 m n.p.m.

III. RELACJA Z WYPRAWY

1. PRZYGOTOWANIA W DOMU
Zanim wyruszyliśmy w podróż załatwiliśmy wszelkie formalności. Przyszedł drugi mail z potwierdzeniem zarezerwowania terminu obowiązkowego szkolenia ze strażnikami, więc odtąd miałem pewność, że wszystko jest w porządku. Kupiliśmy bilety na samolot, a to zadanie przypadło Agnieszce – sama się zgłosiła. Znalazła bardzo ciekawy lot Lufthansą za 3500zł z dwiema przesiadkami. Mieliśmy polecieć do Frankfurtu i dalej do Seattle. Stamtąd zaś liniami „Alaska” do Anchorage na Alasce. Mieliśmy dużo czasu na przesiadki, więc lot był jak najbardziej dobrze wybrany. Co najważniejsze – cała podróż miała trwać około 27 godzin. Mając potwierdzone spotkanie i bilety lotnicze rozpoczęliśmy temat gromadzenia sprzętu na wyprawę. Plecak i sprzęt wspinaczkowy już miałem. Namiot i wszystko, co potrzebne do spania, nawet na Mt. Everest, też już miałem. Teraz potrzebowałem tylko, albo i aż puchowych ubrań na silne mrozy. Wybrałem firmę Robert’s z Gdyni, gdzie można zamówić cały sprzęt puchowy dostosowany dokładnie do ciebie. Zanim coś zamówimy przysyłają Ci szablon z rozrysowanymi strzałkami, gdzie co masz pomierzyć. Przesyłając listę twoich wymiarów masz pewność, że ubranie będzie pasować dokładnie na ciebie. Dodatkowo będziemy zapytani, co założymy pod ubrania puchowe, czy np. spodnie mają zakrywać overboota. Zamawiając rzeczy ciągle miałem wrażenie, że pracują tam profesjonaliści i naprawdę chcą dobrze wykonać swoją robotę, upewniając się o różne rzeczy, o których samemu mógłbym nawet nie pomyśleć. To dobrze, bo jak się okazało, ubrania puchowe miały bardzo duży zapas termiczny i na dodatek pasowały właśnie tak, jak chciałem. Umówiłem się z nimi na początek maja, a zamawiałem rzeczy w połowie grudnia. Wszystko przysłali mi 5-tego maja, czyli na 8 dni przed wyprawą. Pasował mi taki termin, ponieważ wszystko zostało wykonane tak, jak chciałem. Jak się później okazało, gdzieś w zamówieniu umknęły im puchowe botki, które domówiłem wraz ze spodniami i rękawicami, ale nie były one koniecznością na wyprawie. Raczej stanowiły dodatek, który zastąpiły mi wyciągane botki z butów Scarpa Phantom 6000 II.

Temat sprzętu żył aż do początku maja, a w międzyczasie powstał nowy – jaka kuchenka?, transport z Anchorage do Talkeetny, ubezpieczenia, itp. Temat kuchenek omówiłem już wyżej. Myślałem, że Jetboil da radę, więc nic więcej nie rozważałem. Gaz mogliśmy kupić dopiero na miejscu, ponieważ nie można go przewozić w samolotach. Największy problem stanowił dla nas transport do Talkeetny, bo regularne połączenia zaczynają się od 15-tego maja każdego roku, a my musieliśmy pojechać… 15 maja, ale dość wcześnie rano, a nie po południu. Szkolenie ze strażnikami mieliśmy umówione na godzinę 11.00 czasu miejscowego. Wyszukałem w Internecie taksówki „Talkeetna Taxi”, które za 120$ zawoziły ekipy na miejsce. Agnieszka dostała potwierdzenie rezerwacji, ale później już do 15-tego maja kontakt się urwał i na maila nie przychodziły odpowiedzi. Ten fragment wyprawy mieliśmy bardzo nieprzewidywalny i do samego końca nie wiedzieliśmy co będzie dalej… Przed wylotem, w domu, poszyłem jeszcze cztery 3-metrowe taśmy, które miały nam służyć do ciągnięcia sań lub jako pomoc do kierowania nimi przy schodzeniu. Ciągle myśleliśmy co jeszcze nam brakuje. Wpadliśmy na pomysł, żeby każdy z nas wypisał, co zapakował i przesłał MMS-em całą listę. Czytając każdy spis rzeczy mogliśmy zobaczyć, czego zapomnieliśmy. Myślę, że każdy z nas coś dla siebie wyciągnął i dorzucił do ekwipunku. Przyznaje się, że zapomniałem najważniejszej rzeczy: termosu! Do tego czasu w walizce opracowałem sobie prosty system, jak wszystkie rzeczy wkładać i nawet w jakiej kolejności, żeby wypełnić każdą wolną przestrzeń. Przy okazji wyłonił się temat… drugiego bagażu do samolotu o wadze do 23kg. Na szczęście Lufthansa ma taką opcję i dokupiliśmy możliwość przewozu drugiego bagażu za 75 EUR. W sumie miałem dwie „torby” – jedna walizka 22kg i plecak 17kg. Mogłem więc jeszcze coś dorzucić. Agnieszka przysłała mi duffle bag, czyli coś na wzór torby podróżnej, ale wykonanej z tworzyw sztucznych, dzięki czemu w środku nic na pewno nie zmoknie. Poskładałem go i wsadziłem do plecaka, żeby nie zajmował dużo miejsca. Ubezpieczenie załatwiła mi moja żona, gdzie za 1094zł miałem w PZU wykupione wszystko co najwyższe i najbardziej ekstremalne, włącznie z ubezpieczeniem bagażu do 10.000zł. Koszty leczenia ustawiłem na 500.000zł, ponieważ w USA zalecają najniższą kwotę 200.000zł. Od tego momentu czekałem już tylko na wyprawę mojego życia, o której zawsze marzyłem... Do ostatniego dnia chodziłem do pracy, tak więc jeszcze na zakończenie kilka osób pożegnało mnie w pracy i życzyły udanej wyprawy, a w szczególności bezpiecznego powrotu. Na przygotowania tuż przed wyprawą nie miałem więc za wiele czasu, ponieważ wszystko, co chciałem dokończyć robiłem po pracy…

sobota, 29 lipca 2017

Denali 6190 m n.p.m., Alaska - 13.05.-4.06.2017

 wyprawa na Denali  Denali relacja

Przygoda, a raczej wyprawa życia – tak mogę powiedzieć o naszym wyjeździe na Denali 6190 m n.p.m. na Alasce. Od wielu lat ta góra była moim wielkim marzeniem, które zawsze chciałem zrealizować. W końcu nadszedł czas, kiedy stwierdziłem: teraz jestem gotowy! Na półtora roku przed postanowieniem, że muszę pojechać na Denali, zacząłem szukać odpowiednich ludzi, którzy mogliby dołączyć do mnie i moglibyśmy przez to stworzyć zgraną ekipę na wyprawę. Chociaż ogłoszenie czytało dużo zainteresowanych, to przez równy rok nie miałem żadnego odzewu. Dopiero w grudniu 2016 wszystko się zmieniło. Nagle, w krótkim czasie napisało do mnie aż siedem osób! Pomyślałem sobie: pięknie! Mogłem wypytywać o terminy, o doświadczenie górskie i tym podobne rzeczy. W końcu pewnego grudniowego dnia o godzinie 00.21 napisała do mnie SMS’a Agnieszka z Krakowa, mówiąc, że też szuka kogoś na wyprawę na Denali, ale nikogo nie znalazła i kiedy była już zrezygnowana, jej kolega z pracy dał jej namiar na mnie, ponieważ znalazł moje ogłoszenie w Internecie. Agnieszka bardzo się ucieszyła, bo w ostatnim momencie znalazła kogoś na wyprawę. Po tym SMS-ie dogadaliśmy więcej szczegółów i zaczęliśmy przygotowania do wyprawy. W międzyczasie szukałem wzmocnienia ekipy i tym samym napisało do mnie dwóch innych nieznajomych – Wojtek i Szymon. Jako, że terminy urlopów nam pasowały idealnie, oraz zdobyte doświadczenie górskie było podobne do naszego, więc postanowiłem, że dołączę ich do naszej, na razie, dwuosobowej grupy. Teraz nasza ekipa liczyła już cztery osoby. Nie chciałem dodawać więcej nowych osób, ponieważ na takie dalekie wyprawy chyba najlepszą możliwą konfiguracją są właśnie cztery osoby. Dwie nie mogą zapewnić dość pewnego bezpieczeństwa w przypadku wpadnięcia do szczeliny, przy trzech w razie zachorowania jednej osoby, cała ekipa musi wracać do domu (wtedy czuje się największy niedosyt), a przy czterech, w razie choroby, zawsze dwójka może kontynuować wyprawę, oraz w razie wpadnięcia do szczeliny trzy osoby będą miały łatwiej utrzymać i wyciągać pechowca z otchłani. Z tych oczywistych dla mnie względów zdecydowałem się właśnie na czteroosobowy skład. Znałem zagrożenia w terenie, co trzeba przygotować i ile tak naprawdę jest jeszcze przed nami różnych rzeczy, które musimy „ogarnąć”. Na pierwszy plan wysunął się temat wiz do USA, uzyskanie pozwoleń na wejście na górę, dokonanie wpłat, oraz zarezerwowanie przelotów, czy tych do Stanów Zjednoczonych, czy też tych na lodowiec… Dodatkowo, tak już przyjąłem, że na każdej mojej wyprawie jestem odpowiedzialny za przygotowanie trasy i orientację w terenie. I tym razem mocno przestudiowałem wszystkie dostępne relacje, filmy, wywiady, itp. Dodatkowo skorzystałem ze zdjęć satelitarnych, żeby mieć jakiś pogląd na otoczenie, w którym zakładaliśmy spędzić około trzy tygodnie.

O DENALI – TRUDNOŚCI I ZAGROŻENIA
Z czym wiąże się próba wejścia na Denali 6190 m n.p.m.? Ta góra jest specyficzna i przy planowaniu wyprawy musiałem wziąć pod uwagę kilka bardzo istotnych rzeczy: Denali ma 6190 m n.p.m. wysokości (pomiar z 2015 roku zweryfikował faktyczną wysokość góry), co oznacza, że w okolicach ostatniej bazy, czy też na szczycie, będą duże problemy z rozrzedzonym powietrzem. Na dodatek wiedziałem, że Denali znajduje się ponad 63-cim równoleżnikiem szerokości geograficznej północnej, co oznaczało dla nas silne mrozy oraz czym bardziej na północ, tym bardziej atmosfera Ziemi jest cieńsza i przez to powietrze wdychane na wysokości 6190 m n.p.m. jest porównywalne do tego samego, co w Himalajach na wysokości 6900 m n.p.m. Można powiedzieć, że to już blisko do słynnej granicy śmierci w górach, która średnio przyjęta jest na poziomie 7200 m n.p.m. Co z nią jest związane? Średnio, po przekroczeniu tej wysokości powietrze jest już tak rozrzedzone, że nie można zostawać długo powyżej umówionej granicy. Najlepiej jest zrobić, co do ciebie należy i wracać jak najszybciej poniżej 7200 m n.p.m., ponieważ z powodu bardzo małej ilości tlenu proces trawienia nie działa tak, jak na nizinach i organizmowi łatwiej jest zamieniać na energię własne mięśnie niż jedzenie, które zjadasz... Właśnie z tego względu duża wysokość to śmiertelne zagrożenie, którego nie wolno ignorować. Chociaż my mieliśmy się tylko zbliżyć „pod względem powietrza” do granicy śmierci, ale jej nigdy nie osiągnąć, to jednak musieliśmy mieć w świadomości, by każdego dnia sprawdzać, czy nie czujemy bólu brzucha, głowy, itp. i czy mamy apetyt oraz upewniać się, że nie mamy uczucia „pełnego żołądka”.

środa, 10 maja 2017

Pop's Cave (USA) - eksploracja nieznanej jaskini

 

Nasza potrzeba poznawania nowego terenu nie gasła ani na chwilę. Eksplorowaliśmy nieznane nam miejsca, mając w ręku jedynie kawałek rysunkowej mapy. Dzień 19. października był długo oczekiwanym przez nas. W planach mieliśmy eksplorację jaskini "Pop's Cave". Jako, że wówczas poznałem pewną dziewczynę z centrum informacji turystycznej w Richland Center, udało mi się zdobyć mapę topograficzną z wojskową dokładnością, oraz mapę wnętrza tej jaskini, dlatego postanowiliśmy, że musimy tam być!

Po 13.50 wyruszyliśmy na obrzeża wsi Bosstown. Po przyjeździe na miejsce zaparkowaliśmy samochód na poboczu jednej, być może jedynej bocznej drogi, w tej okolicy. Stało tu więcej samochodów, dlatego wiedzieliśmy, że nie będziemy sami. Za chwilę zauważyliśmy, że obok nas parkują dwaj chłopacy z wioski Arena. Zapytali, czy idziemy do jaskini. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zaprowadziliśmy ich tam, ponieważ droga do jaskini nie była tak oczywista, jak by się mogło wydawać. Zresztą sami nie wiedzieliśmy czy tam już byli. Trzeba było przejść brzegiem pola, za którym znajdowała się szeroka miedza. Tuż za nią było widać jedynie metrowej długości wydeptany pas trawy. To właśnie on wskazywał, gdzie mamy skręcić. Szliśmy wzdłuż miedzy, po czyimś polu. Po jego przejściu, widzieliśmy drugi, podobny pas trawy, za którym weszliśmy w gęste krzaki, momentami kolczaste. Prowadziła tędy jedynie wydeptana, zarastająca ścieżka. Dalej szliśmy tylko po górskim stoku, okrążając najmniejsze zbocze "wciśnięte" pomiędzy dwie inne góry. Według amerykańskich przepisów, idąc przez las musieliśmy mieć obowiązkowo pokryte przynajmniej 50% powierzchni ciała pomarańczowymi ubraniami ze względu na rozpoczęty sezon łowiecki dwa dni temu. Ten kolor miał ułatwić odróżnienie ludzi od zwierząt, na które teraz masowo polowano.

Na szczycie jednej z gór doszliśmy do małego krateru, jak zwą go miejscowi. Byłem tam tydzień temu z Marcinem, wstępnie eksplorując początkowe fragmenty jaskini. Mały Tomek (bo tak go nazwaliśmy, aby odróżnić dwóch Tomków w naszym zespole) nie był wtedy z nami, dlatego dla niego wszystko było nowe. Teraz w planach mieliśmy eksplorowanie wszystkich etapów, korytarzy i komór. Wpisaliśmy się do księgi odwiedzających, gdzie trzeba podać liczbę uczestników wyprawy, datę i godzinę wejścia, a po wyjściu - godzinę wyjścia. Wpisując się, zauważyliśmy, że w środku jest już grupa 10-cio osobowa. Zostawiliśmy tutaj wszystkie nasze rzeczy, rozwieszając je na drzewie.

Zaczęliśmy. Już na początku latarka Marcina odmówiła posłuszeństwa. Nie działała w ogóle. Na szczęście zabrałem ze sobą trzy diodowe lampy. Dałem mu jedną. Marcin zszedł pierwszy do krateru, chyląc się pod nisko zawieszonym sklepieniem. Następnie poszedłem ja, a za mną Mały Tomek. Początkowe etapy były znane dla mnie i Marcina, dlatego ten kawałek przeszliśmy szybko. 29 metrów liczonych od momentu wejścia do środka, od krateru, nad naszymi głowami widzieliśmy "ściętą" ukośną skałę, pod którą musieliśmy się schylić. Dopiero po przejściu tej części widzieliśmy, jak wielki fragment sklepienia kiedyś tutaj spadł na ziemię, roztrzaskując się na mniejsze kawałki. Szliśmy tędy po śliskich i mokrych skałach, które kiedyś tworzyły to sklepienie. Dziewięć metrów dalej, przejście zwężało się ciągle tak, że musieliśmy iść na czworaka. Czekało nas przejście, a raczej przeciskanie przez 40-50cm zacisk w skałach, za którym widniała wielka komora, w której można było nawet stanąć w pozycji wyprostowanej.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej - kiedy kwitną? - czyli porady, wskazówki i nasza relacja z wyjazdu

 Krokusy Dolina Chochołowska  Krokusy - Kalatówki

Kiedy kwitną krokusy? Krokusy w Dolinie Chochołowskiej 2018 – kilka faktów i wskazówek. 

Pory kwitnienia krokusów w poszczególnych latach:
  • W 2015 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 23, 24.04.2015 (cała polana jednocześnie)
  • W 2016 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 3.04.2016 (strome zbocza przy kapliczce), 8, 9.04.2016 - dolna część polany.
  • W 2017 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 1-2.04.2017 (cała polana jednocześnie).
  • 2018 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 10-12.04.2017 (cała polana jednocześnie).
Wskazówki, jak się zabrać do tematu wyjazdu pt. „podziwianie krokusów” – czyli kiedy kwitną krokusy w postaci rozległych dywanów kwiatów?
Zanim pójdziesz za tłumem, weź pod uwagę kilka faktów. Poniżej w relacji zobaczysz, co może Cię czekać, kiedy zignorujesz te informacje.
  • planując wyjazd do Doliny Chochołowskiej, postaraj się sprawdzić o której mamy wschód słońca. Z parkingu wyrusz na około godzinę przez wschodem słońca. Usłyszysz niesamowicie bajeczny śpiew ptaków oraz będziesz przed znaczną większością ludzi, którzy lubią sobie dłużej pospać.
  • kiedy dojdziesz na Polanę Chochołowską około 45min po wschodzie słońca zobaczysz, że za jakieś pół godziny zacznie do niej dopiero docierać światło słoneczne, które z kolei jest konieczne do otwarcia kielichów krokusów.
  • mija około półtorej godziny od wschodu słońca, zanim rozpoczną otwierać się pierwsze krokusy, dlatego od momentu ujrzenia światła na Polanie Chochołowskiej dolicz około dwie godziny potrzebne na otwieranie kwiatów. Dopiero wtedy można robić zdjęcia krokusów w pełnej ich okazałości. Niczego tutaj nie da się przyspieszyć. Na początku kwietnia, przed godziną 9.00, wszystkie kwiaty są pozamykane i wyglądają, delikatnie mówiąc, „licho”.
  • jeśli wybierasz inne polany niż ta w Dolinie Chochołowskiej, weź mapę i sprawdź położenie polany względem gór. 21. marca słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a z każdym dniem miejsce wschodu oddala się w stronę północnego-wschodu. Mając te dane zobacz, czy jakieś góry nie stoją na przeszkodzie (czy nie zacieniają dużej części wybranej polany). Np. Kalatówki znacznie piękniej prezentują się w godzinach popołudniowych niż w tych porannych.
  • jeśli przyjechałeś w weekend, to po godzinie 9.00 nie masz już co wyruszać. Ilość ludzi Cię przytłoczy, powstają ogromne kolejki po bilety, a ulica jest całkowicie zakorkowana. Czym później wrócisz tym gorzej dla ciebie!
  • jeśli nie masz innej możliwości niż weekend, to oblicz czas według powyższych wskazówek tak, żeby udało ci się podziwiać krokusy w godzinach 9.00 – 11.00. Później musisz już wracać na parking, żebyś nie wracał tylko do samego Krakowa przez 6-7 godzin. Dla ułatwienia – przeczytaj sobie przedostatni i ostatni akapit tego artykułu – podałem tam statystyki „obciążenia” szlaku i konsekwencje, jakie to za sobą niesie.