niedziela, 3 grudnia 2017

Rodos - co warto zobaczyć? - czyli Rodos - Top 10

 Co zobaczyć na Rodos? Rodos - Top 10

Co warto zobaczyć na Rodos? Z pewnością na wyspie znajdziemy mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. W zależności, kto co lubi, znajdziemy atrakcje przyrodnicze, historyczne, kulturalne, czy typowo związane z wypoczynkiem. Oczywiście mam na myśli piękne, piaszczyste plaże. Najpierw jednak powiem o samej wyspie Rodos, ponieważ każda grecka wyspa ma w sobie coś wyjątkowego. Rodos zdecydowanie wyróżnia się długością okresu słonecznego. W całej Grecji Rodos uchodzi za najbardziej słoneczną wyspę. Dni ze słońcem mamy aż 300 w ciągu roku, podczas, gdy średnia dla Grecji wynosi „tylko” 200. Będąc pod koniec września, lub na początku października, można nadal cieszyć się letnią pogodą. W tym czasie mamy bezchmurne niebo i około +25’C. Wody nadal są ciepłe, więc nadal możemy pływać w morzu. Ciekawa jest również sama pogoda, a raczej związane z nią wiatry. Na Rodos przez połowę tygodnia może wiać dość silny, ale ciepły wiatr. Południowo- wschodnia część wyspy jest zabudowana gęsto hotelami w znanych miejscowościach i ciągle powstają nowe… Północno-zachodnia część wyspy jest praktycznie bez obiektów turystycznych. Wyspę można podzielić wzdłuż na pół. Dolna połówka, czyli południowo-wschodnia jest rozwinięta pod względem infrastruktury turystycznej, a druga część już nie. Nie trzeba daleko szukać powodu, dlaczego tak się stało. Na południowo-wschodniej części (dolna połówka) wiatr wieje z lądu do morza, co jest korzystne, a w górnej części wyspy wiatr wieje z morza na ląd, co nie jest szczególnie oczekiwane przy beztroskim wypoczynku. Inną kwestią są stromo opadające zbocza gór bezpośrednio do morza oraz brak piaszczystych lub szerszych plaż. W końcu na Rodos przyjeżdżamy, żeby wypocząć nad morzem.Ogólnie można powiedzieć, że wyspa jest wietrzna i słoneczna. Najlepiej pokazuje to przykład pięknej, piaszczystej plaży o nazwie Tsambika, gdzie wiatr nawiał ponad 20m wydmę na jej końcu, zasypując skaliste zbocza góry. Co ciekawe, w tym samym miejscu kąpiemy się w krystalicznie czystych wodach o przepięknym błękicie. O tej plaży będzie w dalszej części.

Z czego jeszcze słynie wyspa? Na pewno z dwóch pięknych, piaszczystych plaż, o których opowiem znacznie szerzej. Mi na pewno w głowie utkwił jeden bardzo ważny szczegół. Mam na myśli sposób organizowania wycieczek do znanych miejsc we własnym zakresie. Na innych wyspach greckich nie spotkałem się, żeby można było wszędzie dojechać… komunikacją miejską… Tak! Właśnie to jest najtańszy i pewny sposób na organizację dobrej wycieczki. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem informację, że autobusy jeżdżą do znanych plaż aż do 15 października! Rozkład jest zmieniany na lato, na wrzesień i na okres 1-15 października. Zadziwił mnie fakt, gdy chcesz pojechać do miasta Rodos, na plażę Tsambika, Lindos, do miasta Lindos, czy do Doliny Motyli, to możesz dojechać tam wsiadając w autobus. Wycieczki w biurach podróży kosztują od 37 EUR, nawet do ponad 50 EUR za osobę, a bilet na przejazd w komunikacji miejskiej kosztował 1,80 EUR do 2,90 EUR w zależności do jakiego miejsca chciałeś pojechać (cena biletu w jedną stronę). Kiedy podliczyłem sobie koszty wyszło, że codziennie oszczędzałem około 30-35 EUR na osobę. To bardzo dużo, tym bardziej, gdy chcesz codziennie coś nowego zobaczyć. Rodos zdecydowanie wyróżnia się pod względem ilości… kotów. Są dosłownie wszędzie: w opuszczonych miejscach, na krzakach, pod krzakiem, na drzewach, na terenie hotelu, na murkach, na krzesłach, itp. Jeśli będziesz w hotelu, nie zdziw się, jak rano wyjrzysz za okno, a w pobliżu będą spały trzy koty. Jedząc obiad, czy kolację, bez większego problemu znajdziemy przynajmniej pięć kotów w okolicy. Na szczęście nie są natrętne i nie wskakują na kolana, ani na stoły. Po prostu leżą gdzieś na murkach, przechodzą w pobliżu lub śpią w rogu lub w cieniu pod krzakiem. Rodos była nazywana kiedyś Wyspą Węży, ponieważ nie brakuje tutaj spalonych miejsc słońcem, co jest idealnym środowiskiem dla węży. Nie poleca się chodzić przez zarośnięte i cierniste tereny, ponieważ możemy nieświadomie zaskoczyć węża naszą obecnością. Jeśli już musimy iść przez takie miejsca, to wybierajmy wydeptane ścieżki, gdzie widać otoczenie. Wyspa jest warta odwiedzenia, tylko trzeba próbować łapać dobre okazje. W dzisiejszych czasach Rodos zmieniła nazwę z Wyspy Węży na Wyspę Kotów.

piątek, 17 listopada 2017

Lodowa Przełęcz, Czerwona Ławka, Rohatka - opis szlaków

 Czerwona Ławka  Czerwona Ławka trudności

Trasa jest bardzo ciekawa ze względu na atrakcje przyrodnicze, rozległe panoramy, czy też ze względu na jej długość. Mniej wytrzymałe osoby mogą oczywiście podzielić całą drogę na mniejsze fragmenty, ale będą potrzebować wtedy około 2-3 dni na osiągnięcie wszystkich przełęczy. Z tego względu polecam przejście jednej z piękniejszych tras w Tatrach słowackich w jeden dzień. Zachodzi więc pytanie: jak to zrobić, żeby się wyrobić w ciągu jednej doby, pamiętając, że trzeba jeszcze dojechać na miejsce…? Najważniejsze w całej wyprawie jest określić sobie miejsce, gdzie rozpoczniemy całą trasę. Zdecydowanie polecam Tatrzańską Jaworzynę w języku polskim nazywaną Jaworzyną Spiską (mała wioska u podnóża Tatr, odległa od polskiej granicy o około 5km, licząc od słynnego przejścia granicznego w Łysej Polanie). Można dzień wcześniej dojechać do Tatrzańskiej Jaworzyny i próbować znaleźć nocleg na miejscu (poza sezonem zwykle 10-15EUR). Jeśli jesteś osobą taką, jak ja – czyli nie masz samochodu i pracujesz, to można zupełnie sprawnie zorganizować cały wyjazd, korzystając z komunikacji publicznej. Niezależnie, gdzie mieszkasz, trzeba dojechać do Krakowa, ponieważ tam z głównego dworca MDA jeżdżą praktycznie co pół godziny autobusy do Zakopanego, które zawiozą nas w 2h 10min na miejsce. W takim wypadku po zakończeniu pracy zdążyłem jeszcze przyjechać do domu, wziąć plecak i pojechać z powrotem do Katowic, a stamtąd dalej – do Krakowa. W Zakopanem byłem po godzinie 20.30. W zależności od pory roku, nad Morskie Oko (a dokładniej do Palenicy Białczańskiej) jeżdżą busy zwykle do godziny 20.00. W lecie znacznie dłużej, bo nawet do 22.00. Dla kierowców to jest duży biznes, ponieważ ludzi trzeba zwieść z powrotem do Zakopanego, więc tam się jeździ, dopóki są powracające tłumy. Poza sezonem (koniec lata, wrzesień) jest z tym różnie. Z tego, co się dowiedziałem busy nad Morskie Oko jeżdżą do około godziny 20.00, a później poza rozkładem jest wysyłany jeden bus, żeby zwieść jeszcze tych, którzy pozostali i nie zdążyli. Nawet jeśli nie uda ci się załapać na żaden z nich, w ostateczności można pójść na lokalny dworzec autobusowy, gdzie stoją taksówki. Za podobny kurs taksówkarze życzą sobie 80-160zł (jeśli jedziecie w 4 osoby, to cena nie jest duża, biorąc pod uwagę fakt, co zyskamy). Zyskujemy przede wszystkim czas i możliwość bardzo wczesnego wyruszenia w góry.

Ja zawsze zaczynam o 3.00-4.00 w nocy po to, żeby zobaczyć wschód słońca i żeby mieć ogromną przewagę czasową nad tłumami. Jak się okazało – pod koniec sierpnia po stronie słowackiej, przez cały dzień nie spotkałem nigdzie tłumów. Mijałem tylko pojedyncze osoby. Kiedy jedziemy busem wystarczy powiedzieć, żeby kierowca zatrzymał się na Łysej Polanie (przejście graniczne znajduje się wcześniej o 17min drogi pieszej w stosunku do Palenicy Białczańskiej). Ja musiałem skorzystać z taksówki, ponieważ w Zakopanem spotkałem znaną mi osobę i musiałem zrobić jeszcze zapas jedzenia na dwa dni. Dopiero po godzinie 21.40 poszedłem w kierunku dworca, na postój taksówek. Kiedy jeżdżę w Tatry nigdy nie rezerwuję noclegów, dlatego taksówkarz zapytał mnie, gdzie idę i jaki mam plan. Chwycił się za głowę, gdy mu opowiedziałem o mojej planowanej trasie oraz gdzie będę spać. Powiedział, że lubi ciepło, wygody i że góry to nie dla niego. Rzeczywiście samochód bardzo dobrze odzwierciedlał jego upodobania, bo w środku brakowało tylko laserów – wszystko inne było… Drzwi, podłoga, kokpit i krzesła były nawet podświetlane niebieskimi diodami. Czułem się lepiej niż w samolocie. Z drugiej strony, gdy zacząłem opowiadać taksówkarzowi jaki mam plan, to bardzo się zdziwił. Z góry zakładałem, że nie mam noclegu, więc z Łysej Polany pójdę 5km do Tatrzańskiej Jaworzyny drogą asfaltową i tuż przed wejściem do wioski wyśpię się gdzieś w lesie. Nawet ja sam nie wiedziałem, gdzie mi przypadnie spanie… Po prostu gdzieś w krzakach… Jako, że w nocy nie wolno chodzić po Tatrach, założyłem, że na godzinę przed wschodem słońca wyruszę zielonym szlakiem w kierunku Lodowej Przełęczy 2376 m n.p.m. (najwyższa dostępna przełęcz szlakiem turystycznym w Tatrach). Jest to bardzo długa trasa, bo potrzeba około 5h, żeby dojść do celu. Z tego powodu chciałem rozpocząć jak najszybciej. Na Łysą Polanę dotarłem po godzinie 22.30. Panowała zupełna ciemność. Wyciągnąłem mocną latarkę i zacząłem iść w kierunku Tatrzańskiej Jaworzyny. Pięciokilometrowy odcinek zwykle pokonuję w 45-50min. Po niecałych 50min dotarłem do tablicy z napisem Tatranska Javorina. Była 23.20. Teraz rozglądałem się za miejscem do spania. Po prawej stronie drogi znalazłem polanę pod lasem. Pomiędzy pasami skoszonej trawy, za krzakiem, rozłożyłem aluminiową matę i śpiwór. Zasnąłem dość szybko, bo najpierw rozglądałem się za wirującym światłem, podobnym do tego znanego z latarni morskiej. Uważałem tylko, żeby nikt mnie nie zauważył. O dziwo w nocy wiał dość silny, ale ciepły wiatr, a za dnia panował spokój.

poniedziałek, 30 października 2017

Pieniny 2017 - 16-17.10.2017 - ósmy rok polowań na "morza chmur".

 Morza chmur w Pieninach  Morza mgieł w Pieninach

DZIEŃ 1 – Trzy Korony, Gruba Kaśka
Jak co roku wyczekiwałem zjawiska morza chmur w Pieninach, które chociaż powstaje wielokrotnie, to jest tylko jeden, lub maksymalnie dwa dni w ciągu całego roku, gdzie nakłada się z pełną głębią kolorów liści jesieni. Z tego względu w okresie 13-20 października włącza się u mnie desperacja pogodowa, polegająca na tym, że nie ważne co by się działo oraz co by się waliło i paliło, to i tak jadę w Pieniny, gdy tylko zobaczę, że będą idealne warunki do powstawania tego zjawiska. W tym roku pogoda niestety nie rozpieszczała, ponieważ od pierwszego września zaczął padać deszcz i tak do trzynastego października włącznie… Próbowałem sobie jakoś wytłumaczyć, dlaczego trzeci rok z rzędu wrzesień jest tak fatalny i deszczowy. Jedyne, co udało mi się wymyślić, to fakt, że niebo płakało nad tym, że rozpoczął się rok szkolny i nie mogło się wypłakać. Tej wersji się trzymałem… Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Widząc, że pogoda nie chce, ani nawet nie planuje się zmienić po 30 dniach ciągłego deszczu, najpierw postanowiłem, że pojadę do Grecji na Rodos, żeby zobaczyć jak wygląda słońce i żeby poczuć jeszcze jego ciepłe promienie. Po przyjeździe miało rozpocząć się wielkie polowanie na morza chmur. Po powrocie, 6. października, oglądałem wszelkie prognozy pogody, ale nadal nic dobrego nie widziałem na horyzoncie. Pomimo, że byłem tydzień w Grecji, to u nas ciągle padał deszcz… Minął jeszcze tydzień i dopiero pojawiła się nadzieja… Po 42 dniach deszcze powoli ustawały… W niedzielę, 15. października, zauważyłem, że poniedziałek oraz wtorek będą idealne i że będzie to jedyna okazja w roku, po czym warunki ponownie zepsują się na długie dni, a nawet tygodnie… Widząc jaka pogoda ma być za 14 godzin, włączyła się u mnie desperacja i powiedziałem: TRZEBA JECHAĆ!

Zadzwoniłem do Daniela i zapytałem: co robimy? Szybko ustaliliśmy, że jak co roku, gwoździem programu będzie wejście na Trzy Korony i podziwianie mórz chmur z tego szczytu, a na drugi dzień wejdziemy na Sokolicę, skąd po raz pierwszy zobaczymy, jak wyglądają morza chmur z tamtej góry, bo nigdy tego nie próbowaliśmy. Wiedzieliśmy, że z Trzech Koron zawsze jest najpiękniej, a na Sokolicy jednego roku były chmury, a drugiego nie, dlatego nigdy nie chcieliśmy ryzykować. Wiedząc, że w tym roku wyjątkowo będą dwa dni z tym zjawiskiem pod rząd, co jest wielką rzadkością, postanowiliśmy, że pierwszego dnia zobaczymy, jak wyglądają chmury w obrębie Sokolicy ze szczytu Trzech Koron i na tej podstawie podejmiemy decyzję, czy idziemy tam na drugi dzień. Na 14 godzin przed spotkaniem spakowaliśmy się dość szybko i czekaliśmy na wyjazd. Umówiliśmy się na godzinę 00.00 w nocy z 15./16. października 2017, bo chcieliśmy o 3.00 w nocy rozpocząć podejście na Trzy Korony z Krościenka. Jako, że wschód słońca miał być dopiero po 7.05 rano, to czasu mieliśmy aż za dużo. Danielowi chodziło o to, żeby spróbować zrobić zdjęcia gwiazd w nocy na tle Tatr lub, żeby sfotografować podświetlone chmury od spodu od świateł pochodzących z wiosek. Takie zdjęcia zawsze budzą wielkie zainteresowanie. Tydzień od 16. października rozpoczął się wyjątkowo pięknie. Cyklon o nazwie Ophelia, który wkroczył do Europy przyniósł ze sobą huragany do 160km/h w Irlandii, a w Polsce wyjątkowe ciepło, którego tak brakowało. Temperatury podskoczyły u nas aż do 20-25'C. Mieliśmy wyjątkowo ciepło, jak w Grecji o tej samej porze roku. Na noc zapowiadano nawet 11'C, co było niespotykane w połowie października. Pojechaliśmy dokładnie o wyznaczonej godzinie i na miejscu byliśmy jeszcze przed 3.00 w nocy. Kiedy wysiedliśmy w Krościenku zobaczyliśmy, że są wspaniałe warunki na powstawanie mórz chmur. Doliny z miejscowościami wypełniły się gęstymi mgłami, a poniżej odczuwaliśmy lekki chłód. Termometr samochodowy pokazywał tylko 6'C. To dobrze, ponieważ przy zapowiadanych +20'C w górach, oznaczało to, że będzie inwersja, która jest koniecznością, żeby powstały efektowne morza chmur.

sobota, 26 sierpnia 2017

Denali 6190 m n.p.m., Alaska - 13.05.-4.06.2017 - relacja z wyprawy

 Lodowiec Kahiltna  Basin Camp - baza położona na wysokości 4330 m n.p.m.

III. RELACJA Z WYPRAWY

1. PRZYGOTOWANIA W DOMU
Zanim wyruszyliśmy w podróż załatwiliśmy wszelkie formalności. Przyszedł drugi mail z potwierdzeniem zarezerwowania terminu obowiązkowego szkolenia ze strażnikami, więc odtąd miałem pewność, że wszystko jest w porządku. Kupiliśmy bilety na samolot, a to zadanie przypadło Agnieszce – sama się zgłosiła. Znalazła bardzo ciekawy lot Lufthansą za 3500zł z dwiema przesiadkami. Mieliśmy polecieć do Frankfurtu i dalej do Seattle. Stamtąd zaś liniami „Alaska” do Anchorage na Alasce. Mieliśmy dużo czasu na przesiadki, więc lot był jak najbardziej dobrze wybrany. Co najważniejsze – cała podróż miała trwać około 27 godzin. Mając potwierdzone spotkanie i bilety lotnicze rozpoczęliśmy temat gromadzenia sprzętu na wyprawę. Plecak i sprzęt wspinaczkowy już miałem. Namiot i wszystko, co potrzebne do spania, nawet na Mt. Everest, też już miałem. Teraz potrzebowałem tylko, albo i aż puchowych ubrań na silne mrozy. Wybrałem firmę Robert’s z Gdyni, gdzie można zamówić cały sprzęt puchowy dostosowany dokładnie do ciebie. Zanim coś zamówimy przysyłają Ci szablon z rozrysowanymi strzałkami, gdzie co masz pomierzyć. Przesyłając listę twoich wymiarów masz pewność, że ubranie będzie pasować dokładnie na ciebie. Dodatkowo będziemy zapytani, co założymy pod ubrania puchowe, czy np. spodnie mają zakrywać overboota. Zamawiając rzeczy ciągle miałem wrażenie, że pracują tam profesjonaliści i naprawdę chcą dobrze wykonać swoją robotę, upewniając się o różne rzeczy, o których samemu mógłbym nawet nie pomyśleć. To dobrze, bo jak się okazało, ubrania puchowe miały bardzo duży zapas termiczny i na dodatek pasowały właśnie tak, jak chciałem. Umówiłem się z nimi na początek maja, a zamawiałem rzeczy w połowie grudnia. Wszystko przysłali mi 5-tego maja, czyli na 8 dni przed wyprawą. Pasował mi taki termin, ponieważ wszystko zostało wykonane tak, jak chciałem. Jak się później okazało, gdzieś w zamówieniu umknęły im puchowe botki, które domówiłem wraz ze spodniami i rękawicami, ale nie były one koniecznością na wyprawie. Raczej stanowiły dodatek, który zastąpiły mi wyciągane botki z butów Scarpa Phantom 6000 II.

Temat sprzętu żył aż do początku maja, a w międzyczasie powstał nowy – jaka kuchenka?, transport z Anchorage do Talkeetny, ubezpieczenia, itp. Temat kuchenek omówiłem już wyżej. Myślałem, że Jetboil da radę, więc nic więcej nie rozważałem. Gaz mogliśmy kupić dopiero na miejscu, ponieważ nie można go przewozić w samolotach. Największy problem stanowił dla nas transport do Talkeetny, bo regularne połączenia zaczynają się od 15-tego maja każdego roku, a my musieliśmy pojechać… 15 maja, ale dość wcześnie rano, a nie po południu. Szkolenie ze strażnikami mieliśmy umówione na godzinę 11.00 czasu miejscowego. Wyszukałem w Internecie taksówki „Talkeetna Taxi”, które za 120$ zawoziły ekipy na miejsce. Agnieszka dostała potwierdzenie rezerwacji, ale później już do 15-tego maja kontakt się urwał i na maila nie przychodziły odpowiedzi. Ten fragment wyprawy mieliśmy bardzo nieprzewidywalny i do samego końca nie wiedzieliśmy co będzie dalej… Przed wylotem, w domu, poszyłem jeszcze cztery 3-metrowe taśmy, które miały nam służyć do ciągnięcia sań lub jako pomoc do kierowania nimi przy schodzeniu. Ciągle myśleliśmy co jeszcze nam brakuje. Wpadliśmy na pomysł, żeby każdy z nas wypisał, co zapakował i przesłał MMS-em całą listę. Czytając każdy spis rzeczy mogliśmy zobaczyć, czego zapomnieliśmy. Myślę, że każdy z nas coś dla siebie wyciągnął i dorzucił do ekwipunku. Przyznaje się, że zapomniałem najważniejszej rzeczy: termosu! Do tego czasu w walizce opracowałem sobie prosty system, jak wszystkie rzeczy wkładać i nawet w jakiej kolejności, żeby wypełnić każdą wolną przestrzeń. Przy okazji wyłonił się temat… drugiego bagażu do samolotu o wadze do 23kg. Na szczęście Lufthansa ma taką opcję i dokupiliśmy możliwość przewozu drugiego bagażu za 75 EUR. W sumie miałem dwie „torby” – jedna walizka 22kg i plecak 17kg. Mogłem więc jeszcze coś dorzucić. Agnieszka przysłała mi duffle bag, czyli coś na wzór torby podróżnej, ale wykonanej z tworzyw sztucznych, dzięki czemu w środku nic na pewno nie zmoknie. Poskładałem go i wsadziłem do plecaka, żeby nie zajmował dużo miejsca. Ubezpieczenie załatwiła mi moja żona, gdzie za 1094zł miałem w PZU wykupione wszystko co najwyższe i najbardziej ekstremalne, włącznie z ubezpieczeniem bagażu do 10.000zł. Koszty leczenia ustawiłem na 500.000zł, ponieważ w USA zalecają najniższą kwotę 200.000zł. Od tego momentu czekałem już tylko na wyprawę mojego życia, o której zawsze marzyłem... Do ostatniego dnia chodziłem do pracy, tak więc jeszcze na zakończenie kilka osób pożegnało mnie w pracy i życzyły udanej wyprawy, a w szczególności bezpiecznego powrotu. Na przygotowania tuż przed wyprawą nie miałem więc za wiele czasu, ponieważ wszystko, co chciałem dokończyć robiłem po pracy…

sobota, 29 lipca 2017

Denali 6190 m n.p.m., Alaska - 13.05.-4.06.2017

 wyprawa na Denali  Denali relacja

Przygoda, a raczej wyprawa życia – tak mogę powiedzieć o naszym wyjeździe na Denali 6190 m n.p.m. na Alasce. Od wielu lat ta góra była moim wielkim marzeniem, które zawsze chciałem zrealizować. W końcu nadszedł czas, kiedy stwierdziłem: teraz jestem gotowy! Na półtora roku przed postanowieniem, że muszę pojechać na Denali, zacząłem szukać odpowiednich ludzi, którzy mogliby dołączyć do mnie i moglibyśmy przez to stworzyć zgraną ekipę na wyprawę. Chociaż ogłoszenie czytało dużo zainteresowanych, to przez równy rok nie miałem żadnego odzewu. Dopiero w grudniu 2016 wszystko się zmieniło. Nagle, w krótkim czasie napisało do mnie aż siedem osób! Pomyślałem sobie: pięknie! Mogłem wypytywać o terminy, o doświadczenie górskie i tym podobne rzeczy. W końcu pewnego grudniowego dnia o godzinie 00.21 napisała do mnie SMS’a Agnieszka z Krakowa, mówiąc, że też szuka kogoś na wyprawę na Denali, ale nikogo nie znalazła i kiedy była już zrezygnowana, jej kolega z pracy dał jej namiar na mnie, ponieważ znalazł moje ogłoszenie w Internecie. Agnieszka bardzo się ucieszyła, bo w ostatnim momencie znalazła kogoś na wyprawę. Po tym SMS-ie dogadaliśmy więcej szczegółów i zaczęliśmy przygotowania do wyprawy. W międzyczasie szukałem wzmocnienia ekipy i tym samym napisało do mnie dwóch innych nieznajomych – Wojtek i Szymon. Jako, że terminy urlopów nam pasowały idealnie, oraz zdobyte doświadczenie górskie było podobne do naszego, więc postanowiłem, że dołączę ich do naszej, na razie, dwuosobowej grupy. Teraz nasza ekipa liczyła już cztery osoby. Nie chciałem dodawać więcej nowych osób, ponieważ na takie dalekie wyprawy chyba najlepszą możliwą konfiguracją są właśnie cztery osoby. Dwie nie mogą zapewnić dość pewnego bezpieczeństwa w przypadku wpadnięcia do szczeliny, przy trzech w razie zachorowania jednej osoby, cała ekipa musi wracać do domu (wtedy czuje się największy niedosyt), a przy czterech, w razie choroby, zawsze dwójka może kontynuować wyprawę, oraz w razie wpadnięcia do szczeliny trzy osoby będą miały łatwiej utrzymać i wyciągać pechowca z otchłani. Z tych oczywistych dla mnie względów zdecydowałem się właśnie na czteroosobowy skład. Znałem zagrożenia w terenie, co trzeba przygotować i ile tak naprawdę jest jeszcze przed nami różnych rzeczy, które musimy „ogarnąć”. Na pierwszy plan wysunął się temat wiz do USA, uzyskanie pozwoleń na wejście na górę, dokonanie wpłat, oraz zarezerwowanie przelotów, czy tych do Stanów Zjednoczonych, czy też tych na lodowiec… Dodatkowo, tak już przyjąłem, że na każdej mojej wyprawie jestem odpowiedzialny za przygotowanie trasy i orientację w terenie. I tym razem mocno przestudiowałem wszystkie dostępne relacje, filmy, wywiady, itp. Dodatkowo skorzystałem ze zdjęć satelitarnych, żeby mieć jakiś pogląd na otoczenie, w którym zakładaliśmy spędzić około trzy tygodnie.

O DENALI – TRUDNOŚCI I ZAGROŻENIA
Z czym wiąże się próba wejścia na Denali 6190 m n.p.m.? Ta góra jest specyficzna i przy planowaniu wyprawy musiałem wziąć pod uwagę kilka bardzo istotnych rzeczy: góra ma 6190 m n.p.m. wysokości (pomiar z 2015 roku zweryfikował faktyczną wysokość góry), co oznacza, że w okolicach ostatniej bazy, czy też na szczycie, będą duże problemy z rozrzedzonym powietrzem. Na dodatek wiedziałem, że Denali znajduje się ponad 63-cim równoleżnikiem szerokości geograficznej północnej, co oznaczało dla nas silne mrozy oraz czym bardziej na północ, tym bardziej atmosfera Ziemi jest cieńsza i przez to powietrze wdychane na wysokości 6190 m n.p.m. jest porównywalne do tego samego, co w Himalajach na wysokości 6900 m n.p.m. Można powiedzieć, że to już blisko do słynnej granicy śmierci w górach, która średnio przyjęta jest na 7200 m n.p.m. Co z nią jest związane? Średnio, po przekroczeniu tej wysokości powietrze jest już tak rozrzedzone, że nie można zostawać długo powyżej tej granicy. Najlepiej jest zrobić co do ciebie należy i wracać jak najszybciej poniżej tej 7200 m n.p.m., ponieważ z powodu bardzo małej ilości tlenu proces trawienia nie działa tak, jak na nizinach i organizmowi łatwiej jest na energię zamieniać twoje mięśnie niż jedzenie, które zjadasz... Właśnie z tego względu jest to śmiertelne zagrożenie, którego nie wolno ignorować. Chociaż my tylko mieliśmy „pod względem powietrza” zbliżyć się do tej granicy, ale jej nie osiągnąć, to jednak musieliśmy mieć w świadomości, by każdego dnia sprawdzać, czy nie czujemy jakiegoś bólu brzucha i czy mamy apetyt oraz upewniać się, że nie mamy uczucia „pełnego żołądka”.

środa, 10 maja 2017

Pop's Cave (USA) - eksploracja nieznanej jaskini

 

Nasza potrzeba poznawania nowego terenu nie gasła ani na chwilę. Eksplorowaliśmy nieznane nam miejsca, mając w ręku jedynie kawałek rysunkowej mapy. Dzień 19. października był długo oczekiwanym przez nas. W planach mieliśmy eksplorację jaskini "Pop's Cave". Jako, że wówczas poznałem pewną dziewczynę z centrum informacji turystycznej w Richland Center, udało mi się zdobyć mapę topograficzną z wojskową dokładnością, oraz mapę wnętrza tej jaskini, dlatego postanowiliśmy, że musimy tam być!

Po 13.50 wyruszyliśmy na obrzeża wsi Bosstown. Po przyjeździe na miejsce zaparkowaliśmy samochód na poboczu jednej, być może jedynej bocznej drogi, w tej okolicy. Stało tu więcej samochodów, dlatego wiedzieliśmy, że nie będziemy sami. Za chwilę zauważyliśmy, że obok nas parkują dwaj chłopacy z wioski Arena. Zapytali, czy idziemy do jaskini. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zaprowadziliśmy ich tam, ponieważ droga do jaskini nie była tak oczywista, jak by się mogło wydawać. Zresztą sami nie wiedzieliśmy czy tam już byli. Trzeba było przejść brzegiem pola, za którym znajdowała się szeroka miedza. Tuż za nią było widać jedynie metrowej długości wydeptany pas trawy. To właśnie on wskazywał, gdzie mamy skręcić. Szliśmy wzdłuż miedzy, po czyimś polu. Po jego przejściu, widzieliśmy drugi, podobny pas trawy, za którym weszliśmy w gęste krzaki, momentami kolczaste. Prowadziła tędy jedynie wydeptana, zarastająca ścieżka. Dalej szliśmy tylko po górskim stoku, okrążając najmniejsze zbocze "wciśnięte" pomiędzy dwie inne góry. Według amerykańskich przepisów, idąc przez las musieliśmy mieć obowiązkowo pokryte przynajmniej 50% powierzchni ciała pomarańczowymi ubraniami ze względu na rozpoczęty sezon łowiecki dwa dni temu. Ten kolor miał ułatwić odróżnienie ludzi od zwierząt, na które teraz masowo polowano.

Na szczycie jednej z gór doszliśmy do małego krateru, jak zwą go miejscowi. Byłem tam tydzień temu z Marcinem, wstępnie eksplorując początkowe fragmenty jaskini. Mały Tomek (bo tak go nazwaliśmy, aby odróżnić dwóch Tomków w naszym zespole) nie był wtedy z nami, dlatego dla niego wszystko było nowe. Teraz w planach mieliśmy eksplorowanie wszystkich etapów, korytarzy i komór. Wpisaliśmy się do księgi odwiedzających, gdzie trzeba podać liczbę uczestników wyprawy, datę i godzinę wejścia, a po wyjściu - godzinę wyjścia. Wpisując się, zauważyliśmy, że w środku jest już grupa 10-cio osobowa. Zostawiliśmy tutaj wszystkie nasze rzeczy, rozwieszając je na drzewie.

Zaczęliśmy. Już na początku latarka Marcina odmówiła posłuszeństwa. Nie działała w ogóle. Na szczęście zabrałem ze sobą trzy diodowe lampy. Dałem mu jedną. Marcin zszedł pierwszy do krateru, chyląc się pod nisko zawieszonym sklepieniem. Następnie poszedłem ja, a za mną Mały Tomek. Początkowe etapy były znane dla mnie i Marcina, dlatego ten kawałek przeszliśmy szybko. 29 metrów liczonych od momentu wejścia do środka, od krateru, nad naszymi głowami widzieliśmy "ściętą" ukośną skałę, pod którą musieliśmy się schylić. Dopiero po przejściu tej części widzieliśmy, jak wielki fragment sklepienia kiedyś tutaj spadł na ziemię, roztrzaskując się na mniejsze kawałki. Szliśmy tędy po śliskich i mokrych skałach, które kiedyś tworzyły to sklepienie. Dziewięć metrów dalej, przejście zwężało się ciągle tak, że musieliśmy iść na czworaka. Czekało nas przejście, a raczej przeciskanie przez 40-50cm zacisk w skałach, za którym widniała wielka komora, w której można było nawet stanąć w pozycji wyprostowanej.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej - kiedy kwitną? - czyli porady, wskazówki i nasza relacja z wyjazdu

 

Kiedy kwitną krokusy? Krokusy w Dolinie Chochołowskiej – kilka faktów i wskazówek. 

Pory kwitnienia krokusów w poszczególnych latach:
  • W 2015 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 23, 24.04.2015 (cała polana jednocześnie)
  • W 2016 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 3.04.2016 (strome zbocza przy kapliczce), 8, 9.04.2016 - dolna część polany.
  • W 2017 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 1-2.04.2017 (cała polana jednocześnie).
Wskazówki, jak się zabrać do tematu wyjazdu pt. „podziwianie krokusów” – czyli kiedy kwitną krokusy w postaci rozległych dywanów kwiatów?
Zanim pójdziesz za tłumem, weź pod uwagę kilka faktów. Poniżej w relacji zobaczysz, co może Cię czekać, kiedy zignorujesz te informacje.
  • planując wyjazd do Doliny Chochołowskiej, postaraj się sprawdzić o której mamy wschód słońca. Z parkingu wyrusz na około godzinę przez wschodem słońca. Usłyszysz niesamowicie bajeczny śpiew ptaków oraz będziesz przed znaczną większością ludzi, którzy lubią sobie dłużej pospać.
  • kiedy dojdziesz na Polanę Chochołowską około 45min po wschodzie słońca zobaczysz, że za jakieś pół godziny zacznie do niej dopiero docierać światło słoneczne, które z kolei jest konieczne do otwarcia kielichów krokusów.
  • mija około półtorej godziny zanim rozpoczną otwierać się pierwsze krokusy, dlatego od momentu ujrzenia światła na Polanie Chochołowskiej dolicz dwie godziny potrzebne na otwieranie kwiatów. Dopiero wtedy można robić zdjęcia krokusów w pełnej ich okazałości. Niczego tutaj nie da się przyspieszyć. Na początku kwietnia, przed godziną 9.00, wszystkie kwiaty są pozamykane i wyglądają, delikatnie mówiąc, „licho”.
  • jeśli wybierasz inne polany niż ta w Dolinie Chochołowskiej, weź mapę i sprawdź położenie polany względem gór. 21. marca słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a z każdym dniem miejsce wschodu oddala się w stronę północnego-wschodu. Mając te dane zobacz, czy jakieś góry nie stoją na przeszkodzie (czy nie zacieniają dużej części wybranej polany). Np. Kalatówki znacznie piękniej prezentują się w godzinach popołudniowych niż w tych porannych.
  • jeśli przyjechałeś w weekend, to po godzinie 9.00 nie masz już co wyruszać. Ilość ludzi Cię przytłoczy, powstają ogromne kolejki po bilety, a ulica jest całkowicie zakorkowana. Czym później wrócisz tym gorzej dla ciebie!
  • jeśli nie masz innej możliwości niż weekend, to oblicz czas według powyższych wskazówek tak, żeby udało ci się podziwiać krokusy w godzinach 9.00 – 11.00. Później musisz już wracać na parking, żebyś nie wracał tylko do samego Krakowa przez 6-7 godzin. Dla ułatwienia – przeczytaj sobie przedostatni i ostatni akapit tego artykułu – podałem tam statystyki „obciążenia” szlaku i konsekwencje, jakie to za sobą niesie.

środa, 29 marca 2017

Babia Góra zimą - Zjazd Samurajów

 

W końcu nadszedł ten dzień. Zjeżdżaliśmy się ze wszystkich stron. Naszym miejscem spotkania była Lipnica Wielka. Wynajęliśmy całą chatę z numerem 1014. Ja i Bodzio przyjechaliśmy na miejsce tuż po godzinie 8.00 rano. W pokojach czekała na nas już ekipa Wtorka z Warszawy, jak również Mc Gregor i jego kolega Remek. Nieco wcześniej na miejsce dojechała grupa Zjawy oraz Ice-Breakera. Było nas już dwanaście osób. Spotykając się tak wcześnie z rana myśleliśmy, jak wykorzystać wolny, pozostały czas, aż do momentu, kiedy przyjadą wszyscy. Szybko zadecydowaliśmy, że obowiązkowo musimy wejść na Babią Górę i sprawdzić jakie warunki panują na zielonym szlaku z Lipnicy Wielkiej, ponieważ w zimie bardzo mało turystów wybiera ten szlak ze względu na jego nieprzetarte ścieżki. Usłyszeliśmy wiadomość o warunkach na szlaku od McGregora, który obecnie był u Grzegorza z Lipnicy Wielkiej. Wczoraj próbowali przejść jego kawałek, ale kiedy zobaczyli, że zaspy są tak wielkie, że zapadali się do pasa w śniegu, zawrócili. Musiałem sam to zobaczyć na własne oczy, bo z ich opinii wynikało, że wejście od tej strony będzie niemożliwe lub bardzo trudne.

Szybko zebraliśmy pierwszą ósemkę do przetarcia szlaku. Byli to: Zjawa, Ice-Breaker, Mosorczyk, Limonka, Zanzara, Bodzio, Mithape, Suonecznik. Pocieszałem się, że jeśli przejdziemy zaśnieżoną drogę asfaltową, która prowadziła od naszej chaty do leśniczówki położonej u stóp Babiej Góry, to na szlaku też damy radę. Drogę przeszliśmy bardzo szybkim tempem. Nie wiadomo skąd, dwa kilometry dalej stał przed nami Bodzio, który właśnie wyszedł ze sklepu. Mówił, że znalazł się tu, bo nie poczekaliśmy na niego. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy go przed nami. Przed lasem, którym prowadziła droga, widzieliśmy ile śniegu zalegało na drewnianych barierkach. Dostrzegłem tam również wystającą gałąź z jednej ze sztachet, na której utworzyła się piękna kula śniegu składająca się z różnokształtnych formacji śnieżnych. Przed nami był zakręt w prawo i za kilkadziesiąt kroków, zakręt w lewo. Jako, że miałem krokomierz przy sobie wiedziałem, że przeszliśmy już około siedem tysięcy kroków. Skręciliśmy w lewo, w las. Linia nasypu stanowiła granicę dla ubitego śniegu przez samochody i świeżego śniegu, który zalegał na szlaku. Początkowo weszliśmy w las. Śniegu mieliśmy lekko powyżej poziomu kostek. Idąc dalej stok nachylał się bardzo powoli, nie dając nam tym samym powodu do zmęczenia. Śniegu jednak przybywało. Wędrując szlakiem martwiłem się jedynie o trzy punkty rozejścia, które mogłem pomylić w zimie, ponieważ wiedziałem, że są w bardzo rzadkim lesie. Na szczęście zauważyłem ślady po nartach, które ułatwiały zadanie, jednak w miarę zdobywania wysokości zapadaliśmy się coraz głębiej. Owe ślady służyły nam jako znaki, ponieważ te zielone – letnie – były już dawno przysypane. Przed nami szła trójka narciarzy, sugerując się również zasypanymi rowkami pozostawionych przez innych ski-tourowców. Powoli dochodziliśmy w okolice Krzywego Potoku. Nasłuchiwałem otoczenia, czy już przypadkiem nie słychać jego szumiących wód. Dużą część potoku pokrywała gruba warstwa puchu. Przed sobą widzieliśmy zaspy tworzące większe kule. Wyglądały jak gdyby coś większego było pod nimi zasypane. Tak też było. Jako pierwszy rozpocząłem przeprawę przez zaspy. Zapadaliśmy się do pasa, ponieważ dokładnie pod nami przepływał strumień. Śnieg dosłownie wisiał nad wodami, dlatego wpadaliśmy tak głęboko. Dodatkowo pomiędzy warstwą śniegu a wodami znajdowała się pusta przestrzeń.

poniedziałek, 13 marca 2017

Babia Góra - moja najtrudniejsza sytuacja w górach i odwiedziny mojego klubu górskiego po trzech latach

 

Dlaczego taki tytuł? Ponieważ po trzech latach od momentu, kiedy oddałem mój klub górski w ręce najbardziej zaufanej osoby, chciałem zobaczyć, jak działa ta organizacja po dłuższym okresie czasu. W trakcie wędrówki na miejsce spotkania przydarzyła mi się sytuacja, która dotychczas była dla mnie najtrudniejsza (chociaż nie taka trudna, ale wymagająca kondycyjnie). Od Grzegorza, bo w jego ręce oddałem klub, dowiedziałem się, że jest organizowany trzydziesty szósty zjazd, na który jestem zaproszony ze względu na prezentacje górskie, które miałem przedstawić podczas trwania tego spotkania. Jechać tam, czy też nie? – takie pytanie zadawałem sobie ciągle w głowie, ponieważ Grzegorz – administrator – zaprosił mnie na ten zjazd dużo wcześniej. Trochę miałem obawy przed tym wyjazdem, ale w końcu dałem się namówić, bo sam byłem ciekaw nowych ludzi oraz aktualnie panującej atmosfery w klubie. Głównym jednak powodem przybycia dla mnie była zimowa Babia Góra, której nigdy sobie nie odmawiałem, a wszystkie zjazdy, które tam się odbywały zawsze były najliczniejsze, najciekawsze i uznawane za najpiękniejsze. Pomyślałem, że teraz też tak na pewno będzie, tym bardziej, że widziałem listę pewnych uczestników, na której widniało 76 osób. Dodatkowo chciałem poznać PiotrkaP oraz Zbig9. Grzegorz poprosił mnie, abym na zjazd przygotował jakieś prelekcje z wyjazdów górskich, bo takie były w programie zjazdu. Jako, że miałem o czym opowiadać, z miłą chęcią zabrałem się za montaż filmów z wypadów.

W czwartek, po II zmianie spakowałem się i ruszyłem w drogę – do Zawoi Markowej lub Policzne – w zależności od tego, na który bus trafię w Krakowie. Zdążyłem jeszcze na ten odjeżdżający do Zawoi Markowej, z czego się bardzo cieszyłem, bo koniecznie chciałem przejść przez Babią Górę, dojść do Przełęczy Krowiarki, skąd dalej miałem pójść pieszo do Zubrzycy Górnej na wynajęte kwatery „Za Borem” na potrzeby 36. Zjazdu. Dojazd pod Babią Górę przebiegał sprawnie, dlatego o 9.27 rano rozpocząłem wędrówkę, przekraczając granicę Babiogórskiego Parku Narodowego. Niebieskie niebo zachęcało do szybkiego marszu, ponieważ jak najszybciej chciałem podziwiać wspaniałe widoki chociażby z Przełęczy Brona 1408 m n.p.m. Wspominałem po drodze słynne trzy strome podejścia oraz barierki, na których niegdyś Królik wypowiadał „dziwne” słowa… Sam byłem ciekaw, czy nadal będę miał siły, żeby pójść tak, jak kiedyś – „pełną parą”. Po przekroczeniu bramy BPN-u na szlaku znalazłem mapę Beskidu Żywieckiego i Śląskiego – całkowicie nową. Pomyślałem, że komuś wypadła. Zabrałem ją, ale nikogo nie minąłem na szlaku, żebym mógł o nią zapytać. Po ostatnich opadach śniegu pojawiły się tu bardzo duże ilości śniegu. Od strony Zawoi Markowa cały szlak był dosłownie nieprzetarty – jedynie pomiędzy drzewami dopatrzyłem się dwóch równoległych linii pozostawionych przez zjeżdżającego narciarza, poza szlakiem. Pomimo przecierania szlaku utrzymywałem dobre i szybkie tempo, bo zależało mi na jak najszybszym dotarciu ponad górną granicę lasów. Na polanie poprzedzającej Markowe Szczawiny zauważyłem, że niestety gęstych chmur przybywało. Z każdą minutą stawało się coraz ciemniej a szczyt pokrywały już gęste mgły. Nawet zaczął padać drobny śnieg. Kiedy dotarłem do schroniska na Markowych Szczawinach zdziwiony byłem, dlaczego panuje tu taka cisza. Nie zaszczekał nawet pies GOPR-owców, który zawsze w ten sposób witał turystów nadchodzących od Zawoi Markowej. Nikt nie wychodził, ani nikt nie wchodził do schroniska. Dosłownie ruch turystyczny zamarł. Mimo wszystko zdecydowałem iść dalej. Zawsze miałem możliwość odwrotu i przejścia Górnym Płajem do Przełęczy Krowiarki. Na Przełęcz Brona podchodziłem szybko. W śniegu widniały tylko ślady po rakietach śnieżnych, ale przede mną nikogo nie widziałem. W okolicach drugiego stromego podejścia na przełęcz podziwiałem nie tylko ogromny nawis śnieżny, ale również bardzo ciemne chmury z rodzaju stratus nebulosus opacus – co dla osoby nie zajmującej się pogodą oznaczało tyle, że będzie mglisto i na pewno nie ujrzę słońca. Na Przełęczy Brona zaczął wiać wiatr, ale był znośny, ponieważ wiele razy szedłem przy silniejszych podmuchach. Jedyne, co mi nie odpowiadało, to fakt, że śnieg zapadał się praktycznie co każdy krok. Oznaczało to szybką utratę sił i znacznie dłuższe wejście niż zakładałem. Przygotowałem się na taką możliwość, bo w zimie mam zwyczaj mnożyć czas przejścia razy dwa.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Szlak na Małą Wysoką, Dolina Białej Wody szlak

 

Istnieją różne wersje, aby rozpocząć naszą wędrówkę szlakiem na Małą Wysoką. Przygodę można zacząć od Łysej Polany, Tatrzańskiej Polianki, czy też od Starego Smokowca. Omówię tutaj dwie najbardziej ciekawe opcje – w taki sposób, że jedną drogą będziemy wchodzić, a drugą będziemy schodzić. Osobiście uważam, że połączenie obu propozycji tworzy razem najpiękniejszy szlak w całych Tatrach słowackich. Zatem zaczynamy… Naszą wycieczkę rozpoczniemy w Łysej Polanie. Dostaniemy się tam licznymi busami z Zakopanego, które kursują co chwilę. Trzeba wsiąść do busa jadącego w kierunku Morskiego Oka i poprosić o zatrzymanie na przystanku na Łysej Polanie. Jako, że trasa jest bardzo długa i liczy około 10-12h ciągłej wędrówki, polecam wybrać pierwszy bus jadący w kierunku Morskiego Oka, który w lecie zaczyna kurs o godzinie 6.30 rano z centrum Zakopanego. W środku pojazdu możemy poczekać kilkanaście minut zanim kierowca ruszy, ponieważ czeka aż zapełni się cały bus – w końcu musi zarobić. Za przejazd zapłacimy około 10-11zł. Dodatkowo z ulicy Kościuszki można dojechać nieoficjalnym kursem nad Morskie Oko – cena za bilet jest taka sama. Kiedy dojedziemy w około 30min do Łysej Polany będziemy mieli już na początku dwie opcje rozpoczęcia naszej wędrówki. Po przekroczeniu granicy państwowej, za mostem od razu zaczyna się niebieski szlak prowadzący Doliną Białej Wody. Bardzo długa trasa oferuje niezwykłe i niepowtarzalne piękno tatrzańskiej przyrody, dlatego zostawimy sobie ją na powrót – będziemy mieli więcej czasu na podziwianie widoków. Wybierzemy przejście drogą asfaltową nieco dalej – do drewnianej ścianki wspinaczkowej, gdzie mieści się lokalna knajpka po prawej stronie drogi. Po lewej mamy kilka sklepów. Tuż przed ścianką i knajpką jest do dyspozycji dość duży parking. Właśnie tutaj z łatwością dostrzeżemy słupek z rozkładem jazdy autobusów cSAD (słowacki PKS). Pierwszy autobus odjeżdża o godzinie 7.05 rano (dla zainteresowanych, pod opisem umieszczam rozkład jazdy). Dla osób jadących samochodem nie ma praktycznie tematu, ponieważ jadąc przez Łysą Polanę kierujemy się bezpośrednio na Stary Smokowiec. Kurs autobusem trwa około 55min, ponieważ kierowca po drodze robi krótkie 3-5 minutowe postoje. Jeśli nam się uda, to na miejscu możemy być już po godzinie 8.15 rano, a jeśli kierowca z busa w Zakopanem przetrzyma nas dłużej z powodu oczekiwania na kolejnych turystów i nie zdążymy na pierwszy autobus cSAD-u, to następny będziemy mieli o godzinie 8.20. Wtedy w Starym Smokowcu będziemy po 9.30. Nie jest to zły czas, ponieważ letnie dni są bardzo długie. Nam udało się zdążyć na ten o godzinie 7.05 (godzina odjazdu nie zmieniła się od przynajmniej 10-ciu ostatnich lat) i na miejscu byliśmy po 8.00 rano. Mieliśmy zatem bardzo dobry czas, bo ludzie dopiero zaczynali wyruszać na szlaki. Jadąc autobusem można poprosić, żeby kierowca powiedział nam kiedy będzie Stary Smokowiec. Dla ułatwienia dodam, że trzeba wysiąść na następnym przystanku po Tatrzańskiej Łomnicy. Miejscowości są bardzo małe i przypominają raczej lokalne, zapomniane wioski. Jedynie Stary Smokowiec jest większy.

W Starym Smokowcu, z przystanku kierujemy się na lewą stronę, idąc na razie wzdłuż głównej drogi. Po prawej stronie zauważymy wiekowy, ale odnowiony i bardzo duży budynek z wieżyczkami, a nieco dalej jakiś supermarket wybudowany na lokalnym wzgórzu. Teraz będziemy szli w stronę marketu. Na początku pójdziemy krótkim odcinkiem drogi asfaltowej, gdzie jedyna wąska droga skręca od niego w lewo i od tego momentu rozpoczniemy wędrówkę żółtym szlakiem, którym dojdziemy aż na Małą Wysoką. Pierwszym etapem będzie dojście do Śląskiego Domu – schroniska położonego na wysokości 1670 m n.p.m. Już na początku szlaku ominiemy niewielkie osiedle, które tworzy zaledwie kilkanaście chat i domów. Zauważymy tu pierwszy drogowskaz. Dowiemy się z niego, że na Małą Wysoką mamy aż 5h 05min wędrówki. Można powiedzieć, że to trochę dużo, ale od strony Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody jest co najmniej 5h 15min – a więc z obu stron trzeba przejść bardzo długi odcinek. Trzeba jednak pamiętać, że warto! Początkowo nasza trasa nie wygląda efektownie, ponieważ idziemy przez wielki pas zniszczeń po pamiętnej wichurze z dnia 19 listopada 2004, kiedy to 12 000ha lasów zostało dosłownie zrównanych z ziemią. Uprzątnięcie zamieszkanych okolic trwało aż 5 lat! Efekt jest taki, że przez około 25min idziemy przez teren z wywróconymi korzeniami (drewno zostało zwiezione). Na szczęście 13 lat po tej katastrofie odrastają nowe lasy. Najciekawszy jest widok na Tatry Wysokie z tej perspektywy, ponieważ widzimy je jako bardzo odległe góry, ale musimy mieć w świadomości, że jeszcze dzisiaj do nich dojdziemy i nawet przejdziemy na drugą ich stronę. Za ostatnimi zabudowaniami idziemy przez wielki, otwarty odsłonięty teren – pozostałość po zniszczonych lasach. Najciekawszy widok w tych okolicach mamy sierpniu, ponieważ całe powierzchnie zarastają wysokie, fioletowe kwiaty, tworząc wspaniały „dywan”. W czasie pierwszych 25min przekroczymy aż siedem różnych potoków, których wody spływają z wyższych partii gór. Od marketu idziemy cały czas nieciekawą, szeroką ścieżką. Wystają z niej liczne kamienie i korzenie, przez co wędrówka nie należy do przyjemnych. Właśnie z tego względu proponuję rozpoczęcie trasy od Starego Smokowca, bo po 11h ciągłej wędrówki powrót tą ścieżką na pewno byłby długo znienawidzony… Po około 25min, gdzie mamy ciągle odległy widok na Tatry Wysokie, stopniowo wchodzimy w piękny, zielony, świerkowy las. Przejście nim w upalne dni z pewnością nam się spodoba, ponieważ temperatura wewnątrz o poranku jest jeszcze dużo niższa w porównaniu z otwartymi powierzchniami, którymi dotąd szliśmy.

wtorek, 14 lutego 2017

Klątwa Wołowca odwołana - 15.04.2013

 

Ma być ładna pogoda – usłyszałem takie stwierdzenie od Daniela. Zapytał mnie, czy byśmy pojechali w Tatry, bo już dawno nie byliśmy z powodu brzydkiej pogody, ciągnącej się w nieskończoność tej zimy. Jak to w Polsce bywa, dni z piękną pogodą przypadają zwykle na okres poniedziałek – środa, a deszczowe na weekend. Chociaż mieliśmy już kwiecień, to na razie wszystkie weekendy były w 100% pochmurne i deszczowe. Co ciekawe, rok 2013 jest najbardziej nieudanym pod względem pogody –nawet do dzisiejszego dnia, biorąc pod uwagę wszystkie lata, które minęły już w XXI wieku. Na 52 weekendy aż 40 było całkowicie pochmurnych i deszczowych, 7 kolejnych „tylko” w pełni pochmurnych (bez deszczu), 1 częściowo słoneczny i 4 pod rząd (w sierpniu) całkowicie bezchmurne. 35 pierwszych weekendów przeminęło bezpowrotnie „pod rząd” w deszczowej aurze. Dopiero od 1 lipca mogliśmy zobaczyć trochę słońca, bo były takie rejony w Polsce, gdzie na 89 dni zimy słońce zobaczyliśmy tylko dwa razy. Pamiętam, jak w radiu i telewizji toczyły się debaty naukowców na temat „czy będziemy mieli już zawsze taką pogodę?”. Nie wiem dlaczego tego roku mieliśmy tak wyjątkowo nieudaną pogodę, ale statystyki mówiły same za siebie. Z góry pomyślałem, że jeśli Daniel mówi o ładnej pogodzie, to musi ona przypaść na… poniedziałek. Faktycznie, sobota minęła pod znakiem przejściowych frontów, a niedziela okazała się dobą, podczas której chmury powoli opuszczały teren Polski i długo oczekiwany wyż wkroczył do nas dopiero w poniedziałek. Pomyślałem, że to nic nowego, dlatego awaryjnie wziąłem sobie urlop na poniedziałek. Ileż to razy przychodziła mi myśl do głowy, żeby w Polsce przesunięto cały kalendarz o dwa dni „do przodu”, a wpływy do budżetu z tytułu „turystyka” powiększyłyby się o miliony złotych ze względu na dobrą pogodę przypadającą na dni poniedziałek – środa. Rozmyślając nad tym po raz kolejny, musiałem porzucić tę nigdy niedokończoną myśl, ponieważ zadzwonił Daniel. Gdzie idziemy i z kim? – zapytał. Wymieniłem kilka znanych nam osób, które również chciały wyjść w góry. Nawet Ania coś wspominała, że chciała pojechać w Tatry, ale sama się bała wyruszać na nocne eskapady. Nie mogłem jej jednak zagwarantować wolnego miejsca, bo przynajmniej do tej chwili mieliśmy pełny samochód chętnych.

O godzinie 19.00 w niedzielę zadzwonił Daniel, który poinformował mnie, że dwójka naszych odpadła ze względu na złe samopoczucie. Zostało nas już tylko dwoje. Pomyślałem od razu o Patryku i Ani, którzy mogli do nas dołączyć. Dosłownie na dwie godziny przed wyjazdem wyrwałem Patryka z pracy. Kiedy zadzwoniłem, tak szybko wyszedł z zakładu, że zapomniał oddać kluczy, przez co musieliśmy jeszcze podjechać pod zakład w drodze w Tatry.
Patryk, jedziesz w góry? – zapytałem.
Na to Patryk: o kule! Gdzie jedziecie?
Odparłem – w Tatry, na Wołowiec.
Patryk na to: jadę!