piątek, 15 grudnia 2023

Gruzja - Swanetia, cz. 1: Lodowiec Shkhara, bezimienny punkt widokowy 2980 m n.p.m., Chubedishi 3015 m n.p.m., bezimienny punkt widokowy 3153 m n.p.m.

 

WSTĘP

Słyszałem o pięknych szczytach pokrytych zamszowymi trawami o niepowtarzalnym odcieniu zieleni, znacznie wyższych niż składnice deszczu i śniegu sunące po niebie, gdzie stoi się z głową zadartą do góry, jakbyś wypatrywał spadających gwiazd na nocnym niebie, gdzie kwiaty kwitną we wszystkich kolorach – od ich stóp aż po same chmury, od białego, aż po prawie czarny, tworzące niekończące się dywany, gdzie jest ich więcej niż ziaren piasku nad brzegiem morza, gdzie nigdy nie znajdzie się osoba, która je policzy, ponieważ kiedy jedne przemijają, w ich miejscu wyrastają nowe, równie piękne; gdzie zamszowa zieleń sięga aż po miejsca na niebie, z których otrzymuje życiodajną wodę; gdzie będziesz miał wrażenie, jakby wojska zimy już nie miały siły i wiosny nigdy nie przemogły; gdzie przeniesiesz się w czasie, bo tylko jednym spojrzeniem zobaczysz przekrój całego roku: wiosnę walczącą zamszową zielenią o jak najwyżej położone tereny, lato w pełni kolorów, jesień, której świadectwem są drewniane rzeźby z wyciągniętymi rękoma, które stoją niczym chochoły i pomniki, przypominające, jak kiedyś dawniej było oraz zimę, która musiała ukryć się aż ponad składnicami deszczu i śniegu, żeby wojska wiosny jej nigdy nie znalazły; gdzie wszystkie zwierzęta żyją w zgodzie ze sobą na ich cudownych zboczach, w pełni czując co to wolność; gdzie chociażbyś wyruszył w pojedynkę, to żadnej trasy, szlaku, czy nawet nic nie znaczącej ścieżki nigdy nie przejdziesz samotnie; gdzie zwierzęta pokażą Ci jak wygląda prawdziwa miłość, a każdy pies przytuli się do Ciebie jak dziecko do matki; gdzie okrąży Cię stado koni, kiedy pierwszy promień słońca zajrzy w tutejsze doliny; gdzie zawieje zimny wiatr, a ogrzeje przyjemne, gorące słońce, jakbyś opalał się nad brzegiem morza; gdzie przez ani jeden moment nie przyjdzie Ci żadna zła myśl do głowy; gdzie ludzie mieszkają w domach pamiętających bardzo dawne czasy, dla których będziesz jak brat; gdzie poczujesz przestrzeń, przyrodę i zobaczysz piękno w najlepszej postaci oraz gdzie rzeczywistość znacznie przekroczy twoje oczekiwania nawet, kiedy masz najlepiej opracowany plan wyprawy, i w których na zawsze zostanie cząstka ciebie, co sprawi, że będziesz chciał tam wracać…

 

Gdzie jest ten świat? Może pomyślisz, że mówię o najwyższych górach na Ziemi – o Himalajach, a może o innym, niedostępnym fragmencie naszej planety? Na szczęście znacznie bliżej nas jest świat, w którym wszelkie jego problemy i smutki zostają gdzieś w dolinach. Podobnie, jak wspomniana wcześniej wiosna, ma tak wielką siłę, że wrócisz z niego odmieniony, pełen radości i szczęścia oraz nieustającej myśli, która stale będzie Ci mówić: „wrócę tam jeszcze”. To Kaukaz – piękne, majestatyczne góry, które nie zostały jeszcze skażone duchem komercjalizacji, chciwością i hałasem, gdzie każdy, kto chce poznawać coś nowego, odpocząć od zgiełku, czy żyć w zgodzie z naturą, znajdzie to, co najlepsze dla siebie…

Piękno Swanetii


Dlaczego właśnie w taki sposób opisałem Kaukaz, a konkretnie Swanetię w Gruzji, o której teraz będę opowiadał? Ponieważ wspomniane porównania mają na celu pokazać wyjątkowość omawianych gór. O ile Himalaje są znacznie wyższe niż Kaukaz, a wiele dróg na ośmiotysięczniki zaczyna się wyżej niż najwyższy wierzchołek Gruzji – Shkhara 5193 m n.p.m., to bezpośrednia bliskość białych szczytów powoduje, że Himalaje nie sprawią podobnego wrażenia. Dlaczego? Ponieważ ośmiotysięczniki znajdują się daleko od miejsc zamieszkania. Aby je ujrzeć, nieraz musisz przejść kilkadziesiąt, a nawet ponad 100 km wzdłuż doliny, żeby zobaczyć je z dość sporej odległości. W Swanetii najwyższe góry masz na wyciągnięcie ręki. Drogi na ośmiotysięczniki zaczynają się zazwyczaj na wysokości 5000-5600 m n.p.m., co powoduje, że przed sobą mamy góry wysokie na około 3 km. Podobnie jest w Swanetii. Wioska o nazwie Ushguli jest położona na wysokości około 2150 m n.p.m. (centrum), a najwyższy szczyt, który mamy przed sobą, ma aż 5193 m n.p.m. To oznacza, że podobnie jak w Himalajach, patrzymy na górę o wysokości… 3 km! Tyle, że z bliska… Używając stwierdzenia: „słyszałem o pięknych szczytach, znacznie wyższych niż składnice deszczu i śniegu, gdzie stoi się z głową zadartą do góry, jakbyś wypatrywał spadających gwiazd na nocnym niebie”, właśnie to chciałem przekazać – że nigdy nie widziałem tak wysokich szczytów, żebym mógł stać bezpośrednio pod nimi i patrzeć na ląd, który jest aż 3 km wyżej, gdzieś tam ponad nami… Byłem w wyższych górach niż Shkhara, jak np. Denali 6190 m n.p.m., ale tam nie doświadczymy podobnego efektu wysokości, ponieważ kolejne zbocza wyłaniają się stopniowo, w miarę osiągania kolejnych punktów bazowych. Tutaj, przed nami, dosłownie widnieje biała ściana gór, która jest nazywana Ścianą Bezingi. Kiedy przebywaliśmy w Ushguli, pewien mieszkaniec z Indii, który wielokrotnie jeździł w Himalaje, powiedział: „Himalaje są najwyższe na świecie, ale nie ma tego efektu potężnej ściany, ponieważ największe szczyty są bardzo daleko o kilka dni drogi, dlatego jestem zachwycony Swanetią. Największe wrażenie jednak robi intensywna zieleń i biała ściana gór nad nią. To jest WOW!”. W pełni się z nim zgadzałem, pomimo że nigdy nie odwiedziłem Himalajów. Nie twierdzę, że jedne góry są ładniejsze od drugich. Na pewno dostrzeżemy wielkie różnice pomiędzy nimi, ale wspomniane wrażenie chyba każdy zapamiętał jednakowo…


Nagle "wyrastająca" ściana gór ma aż 3km wysokości

Z poziomu 2800 m n.p.m. Swanetia prezentuje się równie pięknie...

Powiedziałem również o zamszowej zieleni sięgającej aż po chmury. Tak – na miejscu przekonasz się, że gruzińskie góry wyglądają jakby rozciągnięto na nie trawiastą, zamszową płachtę o intensywnie zielonym kolorze. Pod tym względem są wyjątkowe. Pod koniec czerwca, trawy rosną nawet do 3000 m n.p.m. A kwiaty? Są niesamowite, ponieważ kwitną dosłownie wszędzie. Kiedy byłem w 2019 roku w Dolinie Chochołowskiej w celu podziwiania krokusów w pełni rozkwitu, myślałem, że widziałem ich naprawdę sporo (modele Tatrzańskiego Parku Narodowego wskazywały, że wówczas jednocześnie zakwitło aż 14.000.000 kwiatów!). Jednak podczas naszego wyjazdu, nie byłoby nadużyciem stwierdzenie, że każdą górę o wysokości powyżej 3000 m n.p.m. porasta przynajmniej 20 mln kwiatów o kilku kolorach! Na jednej z nich, tylko na jednym zboczu, którym właśnie podchodziliśmy (o czym będzie w dalszej części relacji), dokonałem szacunkowych obliczeń, ile może występować jaskrów alpejskich podobnych do nizinnego jaskra ostrego, ale o znacznie większych rozmiarach. Na naszej trasie, na wspomnianym zboczu, wyszedł mi wynik… 9,6 mln! A co dopiero powiedzieć o reszcie góry, która miała wielokrotnie pofalowane zbocza, „rozpływające” się we wszystkich kierunkach? O ich kolorach również można wiele rzec, ponieważ jedną z gór, na które wchodziliśmy „obrosły” ze wszystkich stron, aż po prawie sam szczyt tylko i wyłącznie białe, dość drobne, ale wysokie kwiaty. Występowały wszędzie, aż po same niebo! Inne z kolei tworzyły kolorowe dywany, gdzie mogliśmy zobaczyć białe rododendrony, żółte jaskry alpejskie i jego podobne rodzaje: białe, nieznane mi kwiaty, różowe, jakby mini pałeczki rosnące na długiej, ale cienkiej łodyżce, które nazwaliśmy różowymi cicinkami (od śląskiego słowa „cicik” oznaczającego puszek, paproch, kot lub coś futerkowego), fioletowe kwiaty w trzech odcieniach – od jasnego aż po najbardziej ciemne, rosnące na mokradłach, niebieskie niezapominajki pokrywające skaliste i odsłonięte zbocza, brązowe i prawie czarne szachownice cesarskie. Ogromna ilość kwiatów, ich różnorodność oraz kolory powodowały, że wszystkie myśli zostawały gdzieś w dolinach, a ja sam czułem się jak w raju. Kiedy samotnie poszedłem na pozaszlakową trasę, na skalny grzebień o nazwie Podarok 3682 m n.p.m., po drodze przecinałem wielkie, pofalowane zbocze ciągnące się aż do stóp następnej góry, które wyglądało, jakby oblano je żółtą farbą. W rzeczywistości patrzyłem na żółte, bardzo gęste skupisko jaskrów alpejskich przysłaniające źdźbła traw. Na wysokości 2700 m n.p.m. wspomniany „dywan” przenikał wzajemnie inne, wielkie kwiatowe powierzchnie. Gęsto i szczelnie rosnące rododendrony właśnie teraz kwitły masowo z każdej strony. Dywan żółtych jaskrów wcinał się w białe rododendrony. To jest coś niesamowitego!


Zamszowe góry

                       
Różnorodność kwiatów Kaukazu jest niesamowita!

Nawet niezapominajki kwitną tu wyjątkowo obficie

 
Jeszcze raz niezapominajki

Są miejsca, gdzie kwiatów jest więcej niż traw...

Do wyjątku należał również fakt, że jednym spojrzeniem mogłeś objąć aż cztery pory roku. We wiosce panowało pełne lato, słońce wręcz opalało, chodziliśmy na krótko, jak nad morzem. Wiosna miała tu zdecydowanie najwięcej do powiedzenia. Jej kwiaty zajęły swoim zasięgiem wszystkie góry aż po linię, gdzie zaczynają się chmury. Z każdym dniem zajmowała coraz wyższe tereny, a kolejne nagromadzenia śniegu zanikały. Również mogliśmy zobaczyć jesień, ponieważ tam, gdzie występowały kwiaty, stały potężne, wyschnięte, zdrewniałe łodygi z uschłym kwiatostanem. Oczywiście mowa jest o barszczu Sosnowskiego, który świadczył o wysokiej jakości wiosny i lata na Kaukazie, bo w wysokich górach może on wyrosnąć na ponad 2 m z głównym trzonem grubym jak pnie młodych drzew. Również zima zachwyca, ponieważ nawet z dolin widzimy potężne, białe ściany najwyższych gór głównego ciągu Kaukazu. A zwierzęta? Zaciekawią każdego, ponieważ każda rodzina mieszkająca w Ushguli posiada stada bydła i koni, ale nikt nie trzyma ich w zagrodach. Żyją na wolności na zboczach gór i nikt się nie martwi, że będzie musiał ich gdzieś szukać. Krowy same schodzą w doliny na oddanie mleka, jakby były umówione na konkretną godzinę, po czym po wydojeniu wracają na zielone zbocza. Z kolei, kiedy wyruszyłeś na szlak w czasie wschodzącego słońca, zazwyczaj przywitało Cię na trasie stado koni. Koniecznie musiały wszystkich obwąchać i polizać. Nawet źrebaki były ciekawskie.


I są miejsca, gdzie mogłeś podziwiać wszystkie pory roku z jednego miejsca

Pomimo, że konie mają swoich właścicieli, to całymi dniami pasą się na zboczach górskich bez doglądania ich. Chociaż tutaj na zdjęciu są na terenie zagrodzonym, to normalnie zobaczymy je puszczone luzem w górach. Niejednokrotnie odprowadzą nas na szlak

Ciekawski źrebak, który odłączył się od stada i podszedł do nas

    
Zwierzęta puszczone luzem zobaczymy praktycznie na każdych trawiastych zboczach górskich

Ciekawskie konie
 

Najbardziej jednak w pamięć zapadają bezdomne psy, które zawsze wyruszają z Tobą na szlak, wejdą na szczyt, po czym Cię odprowadzą. Są bardzo łagodne, a każdy z nich jest spragniony jedzenia i głaskania. Kiedy zrobisz sobie krótką przerwę, one położą się obok Ciebie. Będą czekać, kiedy wyruszysz dalej. Jeśli więc zobaczysz biegnącego psa w Twoją stronę, nie rzucaj w jego stronę kamieniem. On po prostu dołączy do Ciebie i sprawi, że w swaneckich górach nigdy nie będziesz sam. Najmilej wspominam pewne spotkanie z nimi, podczas wejścia na bezimienną górę o wysokości 2980 m n.p.m. Od początku trasy wyruszyło z nami aż pięć psów. W pewnym momencie położyliśmy się na trawie. Wszystkie nas otoczyły, położyły się obok, po czym najpierw jeden z nich przytulił się do mnie, a za chwilę młodszy z nich próbował się wcisnąć pomiędzy mnie a drugiego psa. Innym razem bezdomny owczarek wszedł z nami na bezimienny szczyt o wysokości 3106 m n.p.m. Kiedy usiadłem na samym wierzchołku, pies położył się obok mnie. Nawet sama wioska nie jednego zachwyci, ponieważ wiele wież i domów zostało wybudowanych pomiędzy IX a XII wiekiem, co nadaje klimatu temu miejscu. Czytałem wiele opisów, jakie wrażenia wywarła wioska Ushguli na różnych ludziach. Jedni nazywali ją rajem, a inni klasycznie po polsku narzekali, że wieże mają wartość historyczną, a dookoła widać blachy, folie i inne „plastiki”. Jak widać, ja nie koncentruję się na wiosce, a na górach, ponieważ ich piękno jest niezmienne od setek lat, za wyjątkiem zmniejszonej ilości lodu w lodowcach… No i faktem jest, że przyjeżdżam dla gór, a nie żeby pochodzić po wiosce i szybko odjechać. Z tego względu zgadzam się, że Swanetia jest najpiękniejszym rejonem Gruzji.


 
Każdego dnia na szlaku będziesz miał psa towarzysza
 

JAK PRZYGOTOWAĆ WYJAZD DO USHGULI, CZYLI LOTY, POGODA, KASA, TRIKI I TAKTYKI

Najważniejsze w przygotowaniach jest nastawienie. Musisz w pełni wiedzieć, że chcesz tam pojechać. Zakładam, że jesteś miłośnikiem gór, dlatego na nich będę się koncentrować, a nie na architekturze wioski, jej historii i stwierdzaniu, czy jest ładna, czy nie. A jak my przygotowywaliśmy się na wyjazd do Swanetii? Na początku szukałem różnych ofert biletów lotniczych na odcinku Polska – Kutaisi. Zależało mi na dobrym połączeniu, żeby droga transportem publicznym lub samochodem była jak najkrótsza, ponieważ wiedziałem, że trasa z Kutaisi do Ushguli to 100 km jazdy szeroką drogą do Zugdidi, po czym czeka nas 170-kilometrowa trasa do wioski po krętych, niejednokrotnie dziurawych drogach, gdzie czas upływa szybko, a odległość nie… Najlepsze połączenie mamy z miast: Kraków, Katowice, Wrocław. My wybraliśmy Kraków, ponieważ znalazłem najtańszą ofertę WizzAir (celowo nie podaję cen, ponieważ są szybkozmienne i zależne od ilości dni, które pozostały Ci do wylotu – według zasady: czym więcej, tym taniej). Do ceny biletu dołożyłem bagaż 26 kg, ponieważ zabieraliśmy ze sobą dużo własnego jedzenia (w Ushguli nie ma sklepów z prawdziwego zdarzenia, a jedynie lokalne sklepiki z bardzo drogim towarem, który na nizinach kosztuje kilkukrotnie mniej) oraz sprzętu górskiego. Trzeba pamiętać, że w przypadku linii WizzAir najlepiej użyć eSky.pl, ponieważ mamy tam najwięcej opcji wyboru dotyczących bagażu rejestrowanego. Za bagaż 26 kg zapłaciłem 500 zł w obie strony. Na innych stronach nie mamy takiej opcji oraz 20 kg walizka to koszt 500 zł, ale w jedną stronę! Na wspomnianej stronie za tę cenę masz bagaż 26 kg, ale w obie strony! Zatem czytajcie uważnie, co wybieracie!


Trzeba uważać, gdzie kupujemy bilety lotnicze, żeby nie przepłacić za bagaż
 

Mając kupiony bilet, warto poczekać aż do samego końca, co zrobić dalej. Kolejne decyzje podejmowałem dopiero na dwa dni przed wylotem. Dlaczego tak? Ponieważ wszystko zależy od pogody. „Na papierze” mieliśmy założone, że najpierw pojedziemy do Ushguli, przejdziemy 3-4 szlaki, pójdziemy pieszo do Mestii kultową trasą opisywaną na różnych blogach, po czym „zrobimy” dwie kolejne trasy – tym razem u podnóży Ushby 4700 m n.p.m. Jednak tak naprawdę to, co zastaniesz na miejscu oraz pogoda spowodują, że Twoje plany mogą ulec zmianie. A jaki termin wybraliśmy? Jako że w Gruzji byłem już dwa razy, a teraz miał być trzeci, to zawsze celowałem w okres 20 czerwca – 1 lipca. Dlaczego tak? Ponieważ w tym czasie pogoda jest w miarę stabilna i mamy dużo słońca. Teraz zakładałem, że będzie podobnie. Nie tylko chodziło mi o dobrą pogodę, ponieważ uwielbiam fotografię górską i krajobrazową (każdy jej rodzaj, tylko nie nizinną), ale przede wszystkim o czas, kiedy kwitnie najwięcej kwiatów i jest kolorowo. Rok 2023 pod względem aury był wyjątkowy (w złym znaczeniu tego słowa), ponieważ wszelkie modele pogodowe wakacyjnych, południowych krajów najzwyczajniej wysypały się. Aktualne warunki zdecydowanie odbiegały od wieloletnich norm. I tak np. w maju, wiele regionów we Włoszech przechodziło powodzie, za chwilę dołączyła do nich część Chorwacji, a pod koniec miesiąca Hiszpania oberwała mocnymi seriami opadów powodujących podtopienia i lokalne powodzie. Na Krecie do 1. czerwca pogoda była beznadziejna, zimna i wietrzna, a na szczytach turyści oglądali… śnieg! W górach Gruzji od ponad dwóch miesięcy ciągle padał deszcz z niewielkimi przerwami. Mając takie dane, bardzo bałem się o nasz wyjazd, czy zobaczymy choć 50% tego, co założyliśmy, ponieważ w tym roku nie mogliśmy przewidzieć pogody, bo każdy model najzwyczajniej się „wykrzaczał”. Na dwa dni przed wyjazdem postanowiłem, że jednak sprawdzę jakie mają być prognozowane warunki. Niestety zobaczyłem, że przez pierwsze dwa dni ma padać intensywny deszcz, a przez kolejne cztery ma „tylko” padać... Bardzo szybko padło hasło: „heavy dupówa” (dla niewtajemniczonych „dupówa” w środowisku ludzi gór oznacza pogodę, kiedy nie da się lub nie ma najmniejszego sensu wychodzić w góry). Przedrostek „heavy” [ciężki] tylko podbijał, jak miało być bardzo źle według prognoz – praktycznie na granicy stwierdzenia „fatal error”, jak w Windowsie, kiedy wyskakuje niebieskie okno, z którym nie da się już nic więcej zrobić… Na szczęście dane z Internetu również się „wykrzaczyły”…, bo mieliśmy dużo słońca. Mając zebrane informacje przed wyjazdem, postanowiłem zrobić tak: zarezerwuję dwa noclegi w Ushguli, a resztę będziemy „rzeźbić” na bieżąco, w zależności od aktualnych warunków pogodowych. Na booking.com wybrałem Ivas Guest House w Ushguli, ponieważ miał w ofercie pokoje z trzema osobnymi łóżkami oraz odpowiadała mi lokalizacja, skąd mieliśmy bezpośredni punkt wyruszania na szlaki. W 2023 roku jedna noc kosztowała 60 lari, co dawało 36,80 zł za osobę. Co ciekawe, w okresie 20. czerwca – 1. lipca aż 87% guest house’ów było całkowicie pustych! To oznaczało, że miałem w czym wybierać. Jako że Ivas Guest House miał bardzo dobre opinie (w trakcie naszego wyjazdu, po piątym dniu wystawiłem opinię 10/10 na booking.com wraz z uzasadnieniem).


Miałem wrażenie, że Gruzini nie ogarniali swoich własnych prognoz pogody, bo miało być deszczowo, a każdego dnia mieliśmy mnóstwo słońca. Byliśmy pozytywnie zaskoczeni
 

Teraz musieliśmy czymś dojechać do wioski. Każdy może zorganizować się na swój sposób. Najczęściej turyści próbują dojechać marszrutką do Zugdidi i stamtąd do Mestii. Jednak pora lądowania samolotu w Kutaisi jest bardzo niewygodna, ponieważ na lotnisku jesteśmy po 10.45, przez co musimy w biegu szukać marszrutki do Zugdidi lub próbować pojechać taksówką (kierowcy czekają tłumnie przy wyjściu z obiektu, żeby kogoś zabrać). W 2023 roku do Zugdidi jeździli za 90 lub 100 lari. Ostatnia marszrutka z Zugdidi do Mestii wyjeżdżała o 15.00, ale tylko w pełnym sezonie. Nasz okres zdecydowanie nie był pełnym sezonem... Jako, że nie chcieliśmy tracić jednego dnia na zostawanie w mieście Kutaisi, tylko po to, aby na drugi dzień dojechać do Mestii marszrutkami, bo kiedy dotarlibyśmy na miejsce, to i tak nadal pozostawałaby kwestia dojazdu do Ushguli. Gdyby udało się dojechać do Mestii jeszcze tego samego dnia, co mamy lot, to dojazd w godzinach porannych do Ushguli miałby sens. My nie chcąc tracić czasu, bo nie należymy do osób, które muszą liczyć każdy grosz (w końcu odłożyliśmy sobie wcześniej pieniądze na ten wyjazd), skorzystaliśmy z usług taksówkarza, który udziela się na polskiej grupie facebookowej „Gruzja na własną rękę”. Tam znalazłem wielokrotnie polecanego Pana Beso Tsulukiani, który przewiózł mnóstwo Polaków do Mestii i do innych miejsc w Gruzji. Wystarczy wpisać jego imię i nazwisko na Messengerze i napisać do niego po polsku, a on nam odpisze. Widać, że używa translatora, ale łatwo można domyśleć się o co chodzi. Można się z nim umówić na konkretną godzinę oraz trasę, którą ma zrealizować. Zarezerwowaliśmy trasę Kutaisi – Ushguli z przerwą w Mestii na lekkie zakupy prowiantu na wyjścia w góry. Obowiązkowo musiały być „radzieckie ciastka z radzieckimi napisami”, które są ze mną na każdej gruzińskiej wyprawie. Nawet miałem je w Rosji – na Elbrusie. Od tamtego czasu jestem ich fanem i również zaraziłem nimi moją ekipę. Cena za przejazd może być różna, dlatego warto dopytać o szczegóły. Najlepiej, gdy pojadą cztery osoby, wówczas koszt rozłoży się na wszystkie osoby, dzięki czemu nie będzie drogo. Nam się opłaciło, bo czas w Gruzji ma znacznie wyższą wartość niż zaoszczędzone kilkadziesiąt, czy nawet 200 zł.


Warto zapłacić kilkaset złotych, żeby pojechać taksówką bezpośrednio na miejsce. W takim miejscu, jak Swanetia cena nie ma znaczenia, ponieważ liczy się czas i jak go wykorzystasz

"Radzieckie" ciastka
 

A jak zrobić, żeby nie rozliczać się z każdego lari będąc w grupie, a chcecie płacić za wspólne rzeczy takie jak nocleg/taksówki/gaz do kuchenek, itp.? Wybierzcie w swojej grupie jedną osobę, która zbierze od każdej 300 lari. Wówczas będzie miała 1200 lari na wszystkie wspólne wydatki. To znaczy, że jeśli każdy uczestnik weźmie ze sobą 700 lari, a 300 lari odda na wspólne konto, to pieniędzy wystarczy na cały wyjazd. Taki sposób opracowałem podczas pierwszej wyprawy do Gruzji na Kazbek. Jako że zadziałał, korzystam z niego do dzisiaj. Dzięki temu nie muszę tworzyć żadnych list i pamiętać o wszystkim.

 

PRZYJAZD DO GRUZJI, ZAŁATWIANIE SPRAW NA MIEJSCU, INTERNET I ZASIĘG W GÓRACH

Każdy z nas odliczał dni do wyjazdu, nawet ja, pomimo że wiele gór już zobaczyłem. Z drugiej strony wiedziałem, że Swanetia będzie dla mnie czymś nowym i bardzo zachwycającym. Dlaczego? Ponieważ lubię dziką przyrodę, góry pokryte kwiatami, oferujące piękne widoki oraz ośnieżone szczyty w środku lata. Nie bez powodu wybrałem ten fragment Kaukazu na nasz wyjazd. Podróż zaczęliśmy od lotniska w Krakowie Balice, gdzie o 5.30 rano miał startować samolot linii WizzAir. Inna firma nie obsługiwała lotów do Kutaisi. Ogólnie nie lubię tanich linii lotniczych, ponieważ często powstają jakieś problemy, ktoś się źle spakuje, są kłótnie przy bramkach, bo za coś trzeba dopłacić, robi się kolejka, powstaje nerwówka, a w połączeniu z polską mentalnością sami wiemy czego się można spodziewać. Jak już wcześniej napisałem – dla każdego z nas wykupiłem opcję bagażu rejestrowanego 26 kg, żeby nikt nie miał problemów. W końcu zabieraliśmy trochę sprzętu i jedzenia, aby znacząco obniżyć koszty wyprawy oraz nie być zależnym od infrastruktury. W końcu planowaliśmy przejście z Ushguli do Mestii ze spaniem w namiotach. Po linii WizzAir spodziewałem się wysłużonych samolotów Airbus A320, ale już na samym początku pozytywnie się zaskoczyłem. Wsiedliśmy do nowego modelu Airbus A321neo, który bardzo przypominał Boeinga 737 MAX 8 z niebiesko podświetlanym sufitem. Na pokładzie było bardzo czysto. Pomimo, że mam 182 cm wzrostu, ciasne ułożenie foteli jakoś mi nie przeszkadzało. W końcu lot trwał jedynie 2h 50min. To zdecydowanie za mało, żebym poczuł dyskomfort. Wylądowaliśmy 15 minut przed zaplanowanym czasem. Samolot miał pojawić się na płycie lotniska o 10.45, a byliśmy o 10.30. Miałem gorsze wyobrażenie, co może mnie spotkać w tanich liniach lotniczych. Podczas naszego lotu wystawiłbym zdecydowanie pozytywną ocenę.

 

Obsługa w Krakowie przebiegała bardzo szybko na każdym etapie, mieliśmy nowy i czysty samolot, załoga była uśmiechnięta i wylądowaliśmy przed czasem. Po prostu wszystko przebiegało tak, jak trzeba. Bagaże odebraliśmy dosłownie w kilkanaście minut. Niczego nie brakowało. Szybko włączyłem telefon, żeby skontaktować się z Besikiem – naszym gruzińskim taksówkarzem. Niestety tak, jak przeczytałem na różnych blogach, na start łączymy się z GEO-CELL, siecią komórkową, która jest dość słaba. Nawet na lotnisku nie działał mi Internet, żebym mógł napisać na WhatsApp’ie do niego. Po odebraniu bagaży, o godzinie 11.16 przeszliśmy na drugą stronę, gdzie zaraz zbiegli się taksówkarze proponujący dojazd do Mestii. Wówczas zapytałem o Besika. Stał pod główną ścianą, podszedł do nas. Odtąd wiedzieliśmy, że nasz plan się realizuje. Nie dopisała tylko pogoda, ponieważ mieliśmy klasyczną dupówę, czasem ocierającą się o tą z przyrostkiem „heavy”, gdzie woda wypłukuje nawet krety spod ziemi... Besik pokazał nam, że gdzieś dalej ma samochód, dlatego pójdzie i podjedzie po nas pod terminal. Z powodu opadów szybko wrzuciliśmy rzeczy do bagażnika, po czym wyruszyliśmy w drogę.


Lot trwał szybciej niż przewidywał rozkład lotów

Na lotnisku w Kutaisi

Damian próbował ogarnąć temat, ponieważ ciągle nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę. Nigdy nie był za granicą i dodatkowo wyruszył na konkretną wyprawę do miejsca, od którego miłośnicy gór przecież nie zaczynają swojej przygody z nimi. Swanetia pojawia się w głowie dopiero po latach, kiedy nabędziesz doświadczenia w podróżowaniu oraz przejdziesz trochę szlaków i tras. Można powiedzieć, że zaczął z grubej rury. Pierwsze 100 km jechaliśmy szeroką, nizinną drogą, aż do miasta Zugdidi. Kiedy na lotnisku powiedzieliśmy Besikowi, że chcielibyśmy kupić karty SIM firmy MAGTI, ponieważ mają one pełny zasięg w górach – nawet w Ushguli, zaproponował nam, abyśmy nie kupowali ich na lotnisku, a w biurze Magti w mieście Zugdidi, ponieważ będzie znacznie taniej i mamy je po drodze. 100 km jazdy przez kolejno następujące po sobie biedne wioski upłynęło pod znakiem obfitych opadów deszczu. Nie mieliśmy zbyt rozległych widoków, dlatego obserwowaliśmy jedynie najbliższe otoczenie. Żadnych gór dookoła nie widzieliśmy, chociaż z lotniska powinniśmy je bardzo dobrze widzieć. Besik zatrzymał się w bardziej zabudowanej części miasta Zugdidi w pobliżu biura. Weszliśmy do środka w trójkę, aby kupić karty SIM. Tamtejsze kobiety mówiły po angielsku, dlatego ten punkt załatwiliśmy szybko. Sama karta kosztowała 9 lari plus 9 lari za tygodniowy pakiet Internetu bez ograniczeń. To mało w porównaniu z 45 lari za 8 Gb, które dostajemy na lotnisku w Tbilisi, kiedy wybierasz się na Kazbek… Dodatkowo mamy możliwość przedłużenia Internetu o kolejny tydzień za pomocą krótkiego kodu, który mamy napisany na ulotce z kodami MAGTI. Wiedzieliśmy, że do szczęścia potrzebujemy jeszcze tylko kartuszy z gazem, ale czytałem, że w Mestii można je kupić. Z tego powodu nie martwiłem się o nie. Wyruszyliśmy dalej. Deszcz nawet przestał padać. Odtąd występował okresowo.

 

Przy drodze pojawiały się małe, niebieskie, kwadratowe znaki z numerem kilometra trasy do Mestii. Mogliśmy w ten sposób dowiadywać się na bieżąco, ile drogi nam jeszcze zostało. Wiedziałem, że mamy jeszcze dobre cztery godziny jazdy, pomimo tego, że na mapach widniało tylko 170 km. Po 10-tym kilometrze od Zugdidi, wjechaliśmy w góry. Odtąd droga powoli pięła się krętymi serpentynami. Taki układ powodował, że kierowca nie mógł się nawet rozpędzić. Kiedy spojrzałem na tabliczkę z numerem 32 (32-gi kilometr od miasta Zugdidi) zauważyłem, że jesteśmy już głęboko w górach, a po lewej stronie widnieje ogromny zbiornik wodny na rzece Enguri, która wypływa aż spod samej Shkhary. Jechaliśmy w jej kierunku, dlatego powiedziałem, że przez cały czas będziemy podróżować wzdłuż niej, aż dotrzemy do prawie samych jej źródeł. Teraz mieliśmy poczucie, że jesteśmy w odległych górach. Otaczały nas z każdej strony. Miejski klimat dawno zaginął. Kiedy dotarliśmy do tabliczki z numerem 58, Besik zatrzymał się w kilkuosobowej wiosce. Poczuliśmy prawdziwą dzicz i klimat Gruzji. Powiedziałem Damianowi, że to dopiero początek. Tutejsza wioska była specyficzna. Dojrzeliśmy zaledwie kilka starych domów zarośniętych dookoła krzakami, a po środku niczego stał sklep, w którym aktualnie nie mieli prądu. Obok stały dwie ubikacje, a raczej wychodki z dziurą w podłodze. Zrobiliśmy krótką przerwę, aby pójść do WC oraz kupić coś do jedzenia i picia w tutejszym sklepie. Na szczęście nie padał deszcz, a nawet zrobiło się ciepło. Usiedliśmy przy stoliku z krzesłami przed sklepem. Przy drugim siedziało dwóch starszych Gruzinów. Przyszedł do nas duży, bezdomny pies. Koniecznie chciał się pogłaskać i liczył na jedzenie. Rzuciliśmy mu kilka wafli. Przerwa trwała blisko pół godziny. Zdążyliśmy trochę pooddychać tutejszym powietrzem oraz zjedliśmy pierwszy posiłek przed sklepem w postaci wafli i gruzińskiej lemoniady. Co najbardziej rzuciło mi się w oczy to fakt, że gdzieś po lewej stronie, nad wioską, górował betonowy, czteropiętrowy blok, a raczej jego surowa konstrukcja, która nigdy nie została dokończona. Sprawiał wrażenie, jakby był porzucony po jakiejś wojnie. Teraz dookoła niego rosły bujne krzaki i drzewa.


Tabliczki ułatwiające orientację, ile pozostało nam trasy do końca
 

Dalsza podróż trochę się dłużyła, ponieważ bezustannie skręcaliśmy raz w prawo, a raz w lewo. Z drugiej strony, mieliśmy coraz piękniejsze widoki. Zaczęły nawet pojawiać się białe, długie, pionowe linie przecinające zbocza wysokich gór. Tymi liniami oczywiście były długie kaskady spływającej wody. Na 66-tym kilometrze dojrzałem tablicę: Mestia 70 km, Ushguli 115 km. Nawet nic nie powiedziałem o drogowskazie, żeby nikt nie poczuł się załamany, ile krętej drogi jest jeszcze przed nami. Właśnie w tym miejscu po raz pierwszy dotarliśmy do jakiegokolwiek skrzyżowania, ponieważ pomiędzy górami pojawił się bardziej rozległy teren z wioskami w dolinie. Można było skręcić do nieznanej nam osady. Owszem, widzieliśmy już pierwsze płaty śniegu, ale widniały one tylko na fragmentach wysokich, zalesionych szczytów w postaci pojedynczych „placków”. Na 68-mym kilometrze Besik zrobił krótki postój, ponieważ chciał porozmawiać z kimś przy drodze. Okazało się, że to jest jego brat. Poprosił naszego kierowcę, żeby go podwieźć 10 km. Wysiadł na 78-mym kilometrze. Od 72-giego kilometra drogę tworzyły betonowe płyty. Od czasu do czasu brakowało jednej z nich lub intensywne opady w połączeniu z mrozami w zimie i na wiosnę powodowały ich stopniowe pękanie lub erozję powierzchni. W szczególności szybko niszczały narożniki. Betonowe płyty miały ułatwiać dojazd, ponieważ wiele lat temu tutejszą drogę zalewało błoto. Teraz jednak płyty stawały się uciążliwe, ponieważ pomiędzy 85-tym a 92-gim kilometrem brakowało górnej ich warstwy, przez co jechaliśmy nierówną betonową nawierzchnią, z której wystawały drobne kamienie. Kierowca nie mógł rozpędzić samochodu, a dodatkowo powstawał wielki hałas. Za 92-gim kilometrem ponownie zrobiło się cicho. Za tabliczką nr 115 zrobiliśmy kolejną przerwę, żeby rozprostować nogi. Nie bez powodu zatrzymaliśmy się w tym miejscu, ponieważ w zielonej dolinie widniała piękna wioska. Główna droga nadal prowadziła zboczami kolejnych gór, dzięki czemu mieliśmy cudny widok na wioskę w dole z czerwonymi lub kamiennymi dachami na tle wielkiej, zielonej góry, którą przecinała bardzo wysoka i długa kaskada. Besik zrobił krótki postój, ponieważ chciał, abyśmy posmakowali gruzińskiego klimatu. On w tym czasie zapalił papierosa. Już nam się podobało, bo z każdym kilometrem mieliśmy coraz lepsze i ciekawsze panoramy. Nasza trasa bardzo przypominała mi o mojej podróży z Tbilisi do Stepancminda, gdzie celem było wejście na Kazbek 5047 m n.p.m. Wówczas miałem podobne odczucia, gdzie bardzo długo jechaliśmy przez góry, po czym na końcu otwarły się widoki na ośnieżone góry. Tutaj mieliśmy bardzo podobnie, tyle, że do ośnieżonych gór brakowało jeszcze jakieś 20 km drogi.


Do Mestii prowadzi już coraz więcej drogi z płyt betonowych (w roku 2023 około 2/3 trasy była już wybetonowana)

Widok w przerwie taksówkarza na papierosa

 
Pomiędzy Mestią a Ushguli

Do Mestii pozostało już niewiele. Umówiliśmy się, że w mieście zrobimy przerwę na zakupy. Wiedziałem, że w Ushguli nie będzie sklepów z prawdziwego zdarzenia, dlatego brakujące rzeczy musieliśmy dokupić w tutejszej miejscowości. Również mogliśmy spodziewać się znacznie niższych cen niż we wiosce Ushguli. Tabliczka z numerem 136 wskazywała Mestię. Do miasteczka przybyliśmy około godziny 16.00. Zobaczyliśmy charakterystyczną zabudowę. Wiele domów zbudowano wiele set lat temu z kamienia, a dookoła widzieliśmy wieże, z których słynie wspomniana miejscowość. Historia przenikała się z nowoczesnością, a czasem nawet komercją. W centrum patrzyliśmy na szklane domy, nowoczesne hotele, bank i supermarket SPAR. W samym centrum znalazłem sklep z pamiątkami, gdzie ze wspólnej kasy kupiłem trzy kartusze gazu Cooleman 240g. Pomyślałem, że bez obaw powinny wystarczyć na cały nasz wyjazd. Dalej wymieniłem pieniądze w kantorze (na wszelki wypadek, gdyby nam się coś bardziej spodobało, posmakowało nam gruzińskie jedzenie lub gdybyśmy zmienili plany). Lepiej zawsze być przygotowanym. Wstąpiliśmy również do supermarketu SPAR, gdzie uzupełniliśmy zapasy. Obowiązkowo musiałem wziąć dwie paczki rozsławionych ‘radzieckich ciastek z radzieckimi napisami’. Każdy z nas je kupił. Dobraliśmy trochę makaronów, zupek chińskich, batonów, po czym mogliśmy ruszać w dalszą podróż. Wszystko zajęło nam godzinę. Besik zdążył się zdrzemnąć w samochodzie. Po powrocie do samochodu zapłaciłem mu za cały kurs – w centrum Mestii.


Jazda gruzińskimi drogami może dostarczyć wielu emocji. My jechaliśmy przez Mestię, więc mieliśmy bardziej łagodną drogę, choć z niezliczoną ilością zakrętów. Na zdjęciu: droga przez Zagaro Pass 2623 m n.p.m. do Kutaisi
 

Pozostał nam ostatni kawałek trasy – droga do Ushguli, czyli ostatnie 45 km. Wyruszyliśmy po 17.00. Wiedziałem, że będzie to najtrudniejsze 45 km, ponieważ tylko do pewnego momentu jest ułożona droga z betonowych płyt, a gdzieś dalej musieliśmy jechać błotnistą, grząską trasą. Nie wiedziałem jednak, gdzie konkretnie skończy się „asfalt”. Wiedząc, że pokonujemy ostatni fragment, czuliśmy podekscytowanie, co zobaczymy na miejscu i nie wiedzieliśmy do końca, czego mogliśmy się spodziewać. Co prawda zamówiłem przez Booking.com nocleg w Ivas Guesthouse, ale nie mogłem nawet dokonać płatności przez Internet. W ogłoszeniu było napisane, że zapłacić można jedynie gotówką na miejscu. Będąc jeszcze w Polsce, napisałem uwagę, że przyjedziemy około godziny 19.00. W Mestii nawet zaczęło przebijać się słońce przez chmury, a deszcz przestał padać. Mogliśmy zobaczyć dość sporo. Niestety Ushby nie mogliśmy dostrzec. Jadąc w stronę Ushguli podziwiałem widoki. Wiele czytałem o szlaku przez Mulakhi, Zhabeshi i Adishi. Chociaż przez Adishi nie mieliśmy przejeżdżać, ponieważ tę osadę oddzielało jedno pasmo górskie, to z podanymi nazwami wiosek kojarzyły się najpiękniejsze widoki na trasie. Teraz mogliśmy podziwiać je z poziomu samochodu. Co najbardziej mnie uderzyło, to fakt, że nawet najwyższe góry pokrywała soczysta zieleń, a każdy kawałek trawy „zajęły” kolorowe kwiaty. Już mi się bardzo podobało. Wiedziałem, że dalej może być tylko lepiej. Ogólnie mówiąc, nastawiałem się, że przez najbliższe dwa dni będzie dużo deszczu ocierającego się o definicję ‘heavy dupówy’, ale z drugiej strony cieszyłem się, że jeden z tych dni ‘zużyliśmy’ na dojazd, oraz że od Mestii zaświeciło nawet słońce i mogliśmy coś zobaczyć. Poczuliśmy gruziński klimat na zachętę, jakby góry chciały nam przekazać, że odtąd będzie lepiej. Coś w tym było, ponieważ, czym bliżej Ushguli, tym bardziej robiło się swojsko, a kwiaty wypełniały każdą polanę. W drodze zdążyłem zauważyć jeszcze tabliczki z numerami 152 i 159. Nie wiem, czy ustawiono kolejne, bo gdzieś dalej nagle skończyły się betonowe płyty. W dole widzieliśmy koparki i pojazdy wykorzystywane do budowy dróg. Odtąd ponownie zaczął padać deszcz. Jechaliśmy błotnistą trasą. Z racji dużej ilości zakrętów Besik nie mógł przyspieszyć. Powoli pokonywał kolejne z nich. Teraz czuliśmy, że nabraliśmy sporej wysokości. Góry po prawej zarosły lasami z młodych, zielonych brzóz, a po lewej stawały się „zamszowe”, pokryte trawami. Jedynie przecinały je pasy brzozowych lasów. Wzdłuż błotnistej drogi również pojawiały się tabliczki z numerkami, ale napisane odręcznie na białym kawałku blachy.

 

Na 15 min przed 19-stą dotarliśmy do Ushguli. Pokazałem Besikowi, gdzie jest nasz guest house. Nawet nie wiedział, że taki istnieje, ponieważ nie jest naniesiony na wszystkie mapy. Pokazałem mu na mapie, że znajduje się w części Chvibiani (środkowa część Ushguli, nieco dalej od Old Tower Guest House, który widniał na każdej mapie). Kiedy skręciliśmy z głównej, kamienisto-błotnistej drogi w lewo, uliczka z każdą chwilą stawała się coraz węższa. Besik powiedział, że dalej nie wjedzie, ponieważ jest za wąsko. Zapytał, czy dalej możemy pójść do obiektu. Aktualnie padała mżawka, ale nie przeszkadzało nam, żeby przejść ostatni kawałek 270 metrów do naszego guest house. Cieszyliśmy się, że dotarliśmy na miejsce, uścisnęliśmy rękę naszemu taksówkarzowi i powiedziałem mu, że jest dobrym kierowcą. Pozbieraliśmy nasze plecaki, po czym przez wioskę poszliśmy do naszego guest house.

 

GUEST HOUSE I WARUNKI NA MIEJSCU

Była godzina 18.54. Nawet dobrze udało mi się oszacować, że dotrzemy na miejsce około 19.00-stej. Miałem tylko 6 minut błędu, pomimo że nie wiedziałem do końca, czego mogłem się spodziewać na trasie. Gospodarz o imieniu Miriam czekał już na nas przy wejściu do kuchni. Cieszył się, że przybyli goście, ponieważ wszędzie dookoła brakowało ludzi. Większość guest house’ów stało pustych. Jego również, do czasu, kiedy przyjechaliśmy my. Jego dom jest datowany na rok około 1150. W całości jest zbudowany z kamienia. Jedynie dachy pokrywa współczesna blacha osadzona na drewnianych belkach. Jego dom, jak wielu innych mieszkańców ma wartość historyczną. Pomieszczenie, gdzie mieści się kuchnia pozwala zgromadzić 30 osób. Wewnątrz, przy kamiennej ścianie stoi stary, metalowy piec z komorą do wypiekania chleba. Jest opalany tylko i wyłącznie drewnem. Siostra gospodarza – Patola – zajmuje się gotowaniem oraz wypiekiem gruzińskich chlebów. Jeszcze tego samego dnia mieliśmy okazję spróbować, jak pyszne jest gruzińskie jedzenie ze starego pieca. W środku budynku z kamienia znajdowały się dwa połączone ze sobą drewniane stoły oraz kanapa i dwa fotele. To wszystko jest przeznaczone dla gości, który chcą coś zjeść w omawianym miejscu. Pomimo upływu 875 lat, do dzisiaj, od wewnątrz, również zobaczymy naturalne kamienne mury, a podłoga jest wykonana z drewnianych desek. Gospodarz wybudował na zewnątrz wielki taras z drewna, gdzie goście mogą przesiadywać podczas ciepłych dni. Schodząc po schodach do poziomu ziemi, docieramy do osobnego budynku, gdzie mamy do dyspozycji trzy pokoje. W każdym z nich są dwa lub trzy miejsca do spania. My wybraliśmy środkowy, ponieważ mieliśmy trzy pojedyncze łóżka. Nie wiedziałem czego się spodziewać, ale po otwarciu drzwi bardzo nam się spodobało. Ściany i sufit były wyłożone drewnem, a łazienka nie odbiegała standardem od naszych – europejskich. Ciepłą, a wręcz parzącą wodę mieliśmy zapewnioną z bojlera wiszącego pod sufitem nad muszlą klozetową. Wszystkie trzy pokoje łączył zewnętrzny korytarz przypominający nieco taras, z którego mieliśmy bezpośredni widok na rzekę Enguri oraz bezimienną górę o wysokości 3242 m n.p.m. w całości pokrytą „zamszową” trawą. Na większości jej opadających zboczy pasły się dziesiątki krów oraz koni. Wszystkie zwierzęta chodziły swobodnie po całej górze. Nikt ich nie wiązał ani nie zamykał w zagrodach. Długo wpatrywaliśmy się w nią oraz na zwierzęta hodowlane, które tak naprawdę żyły na wolności. Damian aż stwierdził: „nie mogę uwierzyć, że tutaj jestem. Tu jest tak pięknie!”.


 
Nasz pokój

 
W łazience niczego nie brakowało

   
Guest house z zewnątrz. Budynek kuchni ma już ponad 900 lat!

     
Widok z tarasu (korytarza) 

Gospodarz przy piecu chlebowym

Widząc i czując górski klimat, postanowiliśmy zostawić w pokoju nasze bagaże i wrócić do kuchni. Koniecznie chcieliśmy zamówić gruzińskie jedzenie. Ja od razu byłem nastawiony na chaczapuri, a Damian na kubdari. Chaczapuri to chleb z górskim serem w środku, a kubdari to chleb z serowym i mięsnym nadzieniem. Najbardziej mi się podobało, że jedzenie nie było „gotowcem” w postaci mrożonki. Siostra gospodarza – Patola – najpierw zagniatała ciasto na chleb w kuchni, po czym ubijała je palcami na piecu. Czekała, aż trochę się nagrzeje i osuszy, po czym wkładała je do pustej komory pieca. Tam trzymała go po kilka minut na każdej stronie, po czym wykładała nam gotowy wypiek na talerz. Jednocześnie przygotowywała dwa chleby. Sam fakt w jaki sposób przygotowuje się jedzenie w Ushguli miało swój niepowtarzalny klimat. Usiedliśmy na fotelach i drewnianym krześle przy piecu. Pozostałe miejsca zajmowali inni turyści, którzy przyjechali do wioski na jeden lub maksymalnie dwa dni. Do chlebów zamówiliśmy gruzińską lemoniadę, której smak jest nie do podrobienia. Nigdzie indziej takiej nie piłem. Każdy z nas był zachwycony smakiem chaczapuri i kubdari, ponieważ było bardzo świeże i prosto z pieca. Postanowiłem, że jutro wieczorem też takie zamówię. Ciągle padał deszcz. Według prognoz jutro nadal miało padać, dlatego nastawialiśmy się co najwyżej na wędrówkę do lodowca Shkhara lub na fragment tej drogi. Nie mogliśmy wybrać nic innego, ponieważ pogoda nie pozwalała na więcej oraz wiedziałem, że reszta ekipy nie chodziła regularnie po górach. Nie mogłem więc od razu planować wyjścia na 3000 m n.p.m., ponieważ po pierwszym dniu zrobiłyby się im zakwasy, co utrudniłoby wędrówkę podczas kolejnych dni. Najpierw musiałem ich rozruszać prostą, ale dość długą i widokową trasą. W pokoju powtarzaliśmy wielokrotnie jak w Ushguli jest pięknie oraz jaka wspaniała cisza panuje dookoła. Tego potrzebowaliśmy jak nigdy. Odtąd czuliśmy nie tylko prawdziwie wiejski klimat, ale również ten górski, dla którego się pojawiliśmy w Swanetii. Wieczorem i w nocy ciągle padał deszcz. Poszliśmy spać po 22.00 tylko częściowo rozpakowując rzeczy.


Koniecznie musieliśmy spróbować chaczapuri
 

DZIEŃ 1 – LODOWIEC SHKHARA

Na pierwszy dzień wybraliśmy szlak prosty, przyjemny i na rozruszanie nóg, żebyśmy mogli przygotować się do kolejnych dni, gdzie planowałem wyjścia na trzytysięczniki oraz przejście z Ushguli do Mestii. Z naszej części wioski do lodowca mieliśmy jakieś 9,6 km w jedną stronę. Widziałem już wiele lodowców, ale reszta nie, dlatego wiedziałem, że zobaczą coś wyjątkowego, ponieważ staną dosłownie przed czołem lodowca oraz zobaczą jak wysokie ściany mogą być utworzone z lodu. Wstaliśmy o 7.00 rano. O dziwo deszcz nie padał, ale niebo pokrywały chmury. Widoczność mieliśmy aż do poziomu 3000 m n.p.m. W pokoju przygotowywaliśmy ciepłą zupę na kuchenkach gazowych. Zrobiłem szybkie szkolenie jak ich używać. Po zjedzeniu ciepłego dania, przygotowaliśmy jeszcze po litrze izotoników. W końcu nie spodziewaliśmy się upałów ani trudnej trasy, dlatego nie potrzebowaliśmy ich więcej. Dodatkowo na szlaku jest mnóstwo wody z gór, którą można bezpośrednio pić z potoków. Wyszliśmy po godzinie 9.13. Nie spieszyło nam się nigdzie, ponieważ na względzie mieliśmy deszczową pogodę lub ewentualnie patrząc na niebo – pełne zachmurzenie. Mimo wszystko chcieliśmy wyruszyć w góry. Kiedy wyszliśmy na błotnistą uliczkę tuż przed naszym guest house’m skręciliśmy w lewo. Za chwilę przez drogę płynął dość szeroki potok, dlatego ustawiono przy murze długi, płaski kamień i jedną deskę, żeby można było przejść nad nim. Ten prowizoryczny most ma szerokość jednego buta dorosłego człowieka, ale nawet najstarsi mieszkańcy chodzący o lasce z niego korzystają. Mają zdrowie, żeby chodzić pod górę i przez przeszkody. Kawałek dalej doszliśmy do centrum trzeciej części wioski – Zhibiani. Rozpoznamy je po trzech wieżach, gdzie dwie z nich są elementem muzeum etnograficznego w Ushguli. Nie ma żadnej ścieżki, żeby można było przejść pomiędzy nimi. Możemy skręcić jedynie w prawo lub w lewo, gdzie za około 15 m skręcisz w przeciwną stronę do tego, co przed chwilą wybrałeś. Można powiedzieć, że wieże stoją na środku swoistego, „jajowatego” ronda. Dalej widzimy bardzo wąską ścieżkę z kamiennym mostem nad nią. Jest tam dość ciemno. Sama ścieżka robi wielkie wrażenie, ponieważ idziemy pomiędzy kamiennymi murami, a nad naszymi głowami jest zbudowany malutki most z płaskich kamieni, z którego korzysta rodzina mieszkająca w widocznym domu. Na końcu tej około trzydziestometrowej ścieżki znajduje się jeszcze jedna wieża, skąd drogą na wprost idziemy na obrzeża wioski Ushguli. Po prawej zobaczymy guest house wybudowany z pustaków oraz drewniany dom i garaż na kamiennej podstawie.


Przygotowywanie ciepłej zupy
 

Dalej otwierają się widoki na góry. Kończy się wioska. Samotna wieża na najwyższym wzniesieniu, widoczna po prawej to kościół z cmentarzem. Jest ogrodzony częściowo kamiennym, częściowo drewnianym, a częściowo blaszanym płotem, jak wszystkie zabudowania we wiosce. Ogrodzenia robi się z tego, co jest aktualnie dostępne. Tuż za wzgórzem, po prawej, znajduje się dość duża płaska polana, która kwitnie różnokolorowymi kwiatami. Stoją na niej dwie drewniane budki, które w zimie służą obsłudze miejscowego wyciągu narciarskiego. Wyciąg jest bardzo mały. Praktycznie ginie na tle gór. Jedna z budek jest zamykana na drut, dlatego w razie deszczu mamy gdzie się schronić. Na mapie odnajdziemy to miejsce jako camping oraz miejsce, gdzie zaleca się rozbijanie namiotów. Faktycznie dookoła jest płasko i mamy bardzo piękny widok na różne szczyty. Nieco dalej otwiera się przed nami wspaniała panorama na długą dolinę rzeki Enguri. Ciągnie się praktycznie aż po sam lodowiec. Tuż za miejscem campingowym widzimy pierwszy drogowskaz oznaczający szlak. Zanim do niego doszliśmy, po raz pierwszy mogliśmy poczuć bliską obecność zwierząt. Przy drodze będącej jednocześnie szlakiem, stało stado koni. Kiedy nieco podeszliśmy, one zaczęły iść za nami, po czym okrążyły nas. Był wśród nich nawet mały źrebak, który również chciał się przywitać. Damian zaczął głaskać konie, te które stały najbliżej niego. Ja miałem ubrany gruby, czerwony polar. Nagle przyszły dwa większe z nich i jeden mniejszy. Zaczęły mnie lizać po polarze. Ciekawiło mnie, czy czerwony kolor je tak przyciągnął. Przywitanie z nimi otwarło dalszą drogę na szlak. Chwilę później dotarliśmy do pierwszego znaku przy szlaku. Widzieliśmy na nim napis: ‘8,6 km do lodowca Shkhara, 2h 35min’. 600 m dalej widzieliśmy most na rzece Enguri. Szlak przechodził na jej drugą stronę. Zarówno przed, jak i za mostem znajdowały się kolejne drogowskazy informujące o odległości do celu.


Samotna wieża we wiosce

 
Ostatnia wieża na najwyższym wzniesieniu. Dalej wchodzimy w głąb gór

Konie, które dołączyły do nas na początkowym fragmencie szlaku

Młody koń musiał się przywitać z pierwszymi turystami...

...a później dołączył do matki

Przed mostem jest informacja, że do lodowca mamy 8,0 km, a za mostem już 7,9 km. Tak naprawdę, na trasie są dwa mosty. Jeśli przegapimy jakimś cudem ten pierwszy lub najzwyczajniej się zamyślimy, droga z automatu skieruje nas na drugi, ponieważ innej nie ma. Pierwszy most jest spawaną konstrukcją ze stalowych, zardzewiałych kątowników, a drugi utworzono w znacznie prostszy sposób. Do rzeki opuszczono dwie betonowe i cztery stalowe rury. Na nie nasypano ziemię i kamienie. Tak powstała przeprawa zapewnia znacznie większą nośność, dlatego przez nią jeździły wszystkie samochody i ciężarówki na okoliczną budowę. Pomimo tego, że wszędzie dookoła zieleń aż kipi, a kwiaty tworzą „dywany”, to po prawej stronie, po przejściu na drugą stronę rzeki, zobaczyliśmy duży płat śniegu, który nad bocznym potokiem utworzył biały most. Kawałek dalej, tuż przy szlaku, po obu stronach widniał topniejący płat śniegu. Zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od jego krawędzi kwitły już kwiaty. Tymczasem zieleń sięgała do wysokości 2950 m, a kwiaty masowo występowały aż do poziomu 2850 m. Kilometr dalej, po prawej stronie, za rzeką Enguri zauważyliśmy długi, płaski teren przypominający długą półkę. Całą tę powierzchnię porastały pięknie kwitnące, żółte pierwiosnki. Nie bez powodu nazwaliśmy to miejsce ‘półką na kwiaty’.


Wielkie płaty śniegu po prawej stronie szlaku
 

Moją uwagę przyciągało niebo, ponieważ przybywało niebieskiego koloru, a chmur wyraźnie ubywało. Już za chwilę poczuliśmy upalne słońce, które parzyło jak nad morzem. Za chwilę dołączył do nas średniej wielkości pies o ciemnej sierści. Oprócz niego, na trasie pojawiło się duże stado krów. Zaczęło iść za nami. Stwierdziłem nawet, że ‘pociągniemy’ za sobą wszystkie chodzące wolno krowy, po czym utworzą wielką gromadę. Przez dłuższy czas szły za nami. Dookoła nas chodziło ponad 50 krów. Przed nami otwarł się widok na… plac budowy. Wzdłuż rzeki Enguri wygładzono kamienisty teren, a po lewej stronie szlaku pracownicy przygotowywali materiał pod budowę. Nie miałem pewności, czy w tym miejscu miał stanąć jakiś wyciąg... Widzieliśmy, że dopiero rozpoczęto pierwszy etap. Pracownicy uśmiechali się do nas i machali w geście pozdrowienia. Najciekawiej zrobiło się, kiedy krowy poszły za nami. Dosłownie weszły pomiędzy maszyny na ogrodzony teren i w ogóle zajęły plac budowy. Jedna z nich zaczęła nawet jeść roboczą rękawiczkę. Musimy pamiętać, że na stada zwierząt spotkane na szlaku nie mamy żadnego wpływu. Musimy się przygotować, że za nami pójdzie kilka lub kilkanaście koni lub nawet do kilkudziesięciu krów. Z drugiej strony są one łagodne. Tak samo jest z bezdomnymi psami. Dołączą do ludzi na szlaku, wejdą z nami na szczyt, po czym wrócą do wioski. Wszystkie z nich, bez wyjątku, chciały się głaskać i tulić. Widać, że nawet zimę spędzają na zewnątrz, ponieważ w czerwcu zrzucały zimową, grubą sierść, podobnie jak robią to koziorożce w górach. Podczas naszej wędrówki widzieliśmy psy, które zdążyły zrzucić większość zimowej sierści, ale jeszcze na bokach zostały im pojedyncze fragmenty. Z racji wcześniejszej deszczowej pogody, droga wzdłuż placu budowy raczej przypominała potok błota, dlatego szliśmy poboczem tak, aby jak najmniej w nim „pływać”. Kiedy utrzymywaliśmy swoje tempo, krowy zostały w okolicach maszyn. Powyżej nich dostrzegłem czerwony punkt koło wyraźnej ścieżki przecinającej górę pod ukosem. Kiedy wyszliśmy ze strefy błota, odtąd mieliśmy nieskażony widok na góry.


Pojawiają się pierwsze promienie słońca

Pierwszy widok na 5-tysięczniki

Krowy, które długo szły za nami

Charakterystyczne znaki na trasie

Zrobiła się piękna pogoda. Za ponad kilometr dotarliśmy do trzech większych skał po lewej stronie, gdzie zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na podziwianie widoków i zdjęcia, ponieważ teraz słońce świeciło w pełni. Jedynie na zboczach górskich zalegały chmury. Po stronie pięciotysięczników na razie ciągle zalegała szara zasłona w postaci chmur, ale już za chwilę i tam zaczęło coś się dziać. Minęło kilka minut, po czym powiedziałem: ‘Patrzcie! Odsłaniają się pięciotysięczniki!’. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć ogrom kaukaskich szczytów. Dosłownie musieliśmy zadzierać głowę do góry, żeby w szczelinach pomiędzy chmurami podziwiać ich białe fragmenty oraz sam wierzchołek Shkhary. Na trasie szedł stary i bardzo duży, biszkoptowy pies. Dołączył do nas. Nazwaliśmy go ‘Niedźwiedź’, bo miał bardzo dużą głowę. Szedł jednostajnym, powolnym krokiem. Tam, gdzie stawaliśmy na chwilę, tam on kładł się na ziemi obok nas. W jednym miejscu położył się głową na kamieniu. Każdy z nas go pogłaskał i zrobił mu zdjęcia. Kilka metrów za nim były dwie kałuże. Damian wypatrzył w niej żabę, która nadymała białe policzki jak balon. W trakcie ich nadymania słyszeliśmy bardzo wyraźne i donośne rechotanie. Żaby nawoływały się w tym czasie. Po chwili słyszeliśmy ich więcej. Wypatrzyliśmy również drugą w trawie. W miarę jak odpoczywaliśmy z psem, Shkhara odsłaniała się coraz bardziej. Przed nami widniała bardzo szeroka i płaska polana pełna kwiatów po obu stronach. Wraz z Niedźwiedziem podeszliśmy kilkaset kroków dalej. Łąka wręcz zachwycała swoim pięknem! Zieloną trawę pokrywały żółte pierwiosnki, tworząc kwiatowy dywan, ciągnący się na ponad kilometr. Po lewej stronie mieliśmy „zamszowe” góry. Teraz najwyższy szczyt Gruzji odsłonił się prawie cały. To był dopiero widok! Jedynie w okolicach podszczytowych kłębiły się gęste chmury, ale dość szybko zmieniały swoje kształty. Za chwilę, w środku wielkiej, białej od lodowców i śniegu ściany mieliśmy pełną widoczność. Mając tak niepowtarzalną panoramę przed sobą, obowiązkowo chcieliśmy wykonać zdjęcia, ponieważ każdy z nas zabrał lustrzankę. Damian co prawda pierwszy raz używał swojego aparatu na trybie ręcznym, dlatego szkoliliśmy go na trasie. Szybko pojmował zdobywaną wiedzę, dlatego zdjęcia wychodziły mu coraz lepiej.


Piękna łąka z pierwiosnkami i odsłaniające się widoki

 
Chwilo trwaj!

Wielki pies, który był towarzyszem naszej wędrówki

Tymczasem Niedźwiedź leżał wśród pierwiosnków, bo to one zajmowały całą długą polanę. Pies przyglądał się nam, a my często go głaskaliśmy. Widzieliśmy, że niedawno stoczył kilka walk, ponieważ w wielu miejscach miał krwiste rany, a na lewym boku brakowało mu trochę sierści. Została odgryziona. Kiedy przeszliśmy część wielkiej łąki, po lewej stronie widniał drogowskaz ‘5,6 km Shkhara Glacier’. Wielka równina z pierwiosnkami ciągnęła się aż do drogowskazu ‘4,4 km Shkhara Glacier’. To oznaczało, że polana ma ponad 1,2 km długości. Właśnie tutaj niebo otwarło się najbardziej, dając nam możliwość podziwiania Shkhary oraz wszystkich gór dookoła. Jako że słońce świeciło cały czas, mieliśmy idealne warunki do zdjęć. W końcu wśród fotografów krąży powiedzenie: „amator martwi się o sprzęt, a profesjonalista o światło”. Chociaż nie jesteśmy profesjonalistami, to doskonale rozumiemy, co autor miał na myśli. Bez światła słonecznego zdjęcia są martwe, bez życia, bez kolorów. Cieszyliśmy się bardzo, ponieważ czyste niebo mieliśmy w najlepszym możliwym miejscu. Staliśmy na środku wielkiej przestrzeni z żółtymi kwiatami, która dawała widok na sporą część białej ściany pięciotysięczników oraz na góry kwitnące we wszystkich kolorach. Odpoczywając na polanie powiedziałem: „inni przyjeżdżają taksówkami do końca drogi, przez co wiele pomijają, a my idziemy swoim tempem i mamy czas na wszystko. My przeżywam góry, podziwiamy widoki, przyglądamy się kwiatom, a tam, gdzie nam się podoba, najzwyczajniej się zatrzymujemy”. Byliśmy zachwyceni całą dotychczasową trasą, bo dała nam przedsmak tego, czego mogliśmy się spodziewać w kolejnych dniach. Na końcu polany jest ustawiony znak ‘4,4 km Shkhara Glacier’. Za kolejne dwa kilometry dotarliśmy na wysokość drewnianej chaty widocznej po prawej stronie, położonej po drugiej stronie rzeki Enguri. Prowadzi do niej most. W przyszłości będzie tu kawiarnia, gdzie turyści po przejściu całej trasy będą mieli gdzie się zatrzymać i wymienić wrażeniami z trasy.


Widoki na trasie są coraz piękniejsze!

Trzeba pamiętać, że zdecydowana większość turystów przyjeżdża do Ushguli, aby tylko zobaczyć wioskę lub ewentualnie przejść/przejechać drogę do lodowca i podejść ostatnie 2,4 km pod górę do celu. Znacznie mniej jest ambitnych ludzi, o których powiemy ‘podróżnicy’, którzy chcą wejść na trzytysięczniki wyznaczonymi szlakami, a tylko jednostki eksplorują tutejsze góry jeszcze bardziej – pozaszlakowo. Kiedy dotarliśmy do drogowskazu ‘2,4 km Shkhara Glacier’, gdzie znajduje się most prowadzący do drewnianej chatki, zauważyliśmy aż siedem taksówek Mitsubishi Delica. Są to najczęściej używane samochody w terenie, ponieważ mają niezniszczalne zawieszenie. Widzieliśmy również turystów wracających z lodowca. Zobaczyliśmy dokładnie to, o czym mówiłem. Najczęściej ludzi podwozi się w rejon chatki, a dopiero ostatnie 2,4 km pokonują o własnych siłach. Szkoda tylko, że nie mogą zachwycić się polaną z pierwiosnkami, usiąść na niej, popatrzeć na Shkharę, podziwiać z bliska wielkich płatów śniegu, żab w kałuży, pogłaskać psy mieszkające w górach, czy chociażby podejść do rzeki, żeby poczuć jej nurt oraz nacieszyć się jej otoczeniem. Czasami ‘łatwiej’ nie znaczy ‘lepiej’, bo wówczas raczej zaliczasz dane miejsce, a nie je przeżywasz. My chcieliśmy inaczej – chcieliśmy przeżywać tutejsze góry i gromadzić piękne wspomnienia, dając sobie czas na wszystko, co przykuje naszą uwagę. W trakcie wędrówki wspomniałem o Dorocie – koleżance z mojego byłego górskiego klubu, która odwiedziła Swanetię po 5-tym czerwca, ale nie miała tak dobrej pogody jak my. Szukałem nawet miejsca, gdzie zrobiła sobie przesłane mi zdjęcie. Cieszyłem się, że pomimo deszczowych prognoz mieliśmy okazję podziwiać najwyższe góry Gruzji aż po same szczyty, a trasę przechodziliśmy w pięknym słońcu. Pies został w okolicach taksówek, ponieważ odtąd czekała go droga przez krzaki i pod górę. Jednak nie oznaczało to, że nie mieliśmy żadnego towarzysza wędrówki. Dołączył do nas inny, średniej wielkości pies o charakterystycznej biszkoptowo-czarnej sierści. Był znacznie żywszy, dlatego z łatwością pokonywał wszelkie przeszkody. I jego musieliśmy obowiązkowo wygłaskać. Cieszył się bardzo. Za postojem taksówek przywożących wygodnych turystów bezpośrednio z Mestii, szlak prowadzi bardzo wąską ścieżką przez zarośla. Najczęściej tworzą je młode, często powyginane brzozy. Nieraz trzeba się przedzierać pomiędzy gałęziami. Pies miał zdecydowanie łatwiej. Na szlaku zdarzały się wąskie potoki przecinające ścieżkę. Z łatwością mogliśmy postawić większy krok, aby przejść na ich drugą stronę. Trzeci z nich okazał się na tyle szeroki, że nie mieliśmy możliwości, aby przeskoczyć na drugi brzeg. Gdzieś w krzakach, nieco wyżej, znalazłem słabiej wydeptaną ścieżkę, gdzie ktoś przerzucił lichą deskę pomiędzy brzegami. Deska nie wzbudzała żadnego zaufania, ponieważ bardzo się wyginała, a na dodatek na obu jej końcach była wyraźnie węższa. To oznaczało, że w każdym momencie mogło coś pójść nie tak. Postanowiłem pierwszy przejść na drugą stronę. Stanąłem na przewężeniu, po czym wybiłem się z niego. Udało się. Damian odważnie wskoczył na środek deski, po czym wybiło go dobrze do góry. Zdziwiłem się, że po tak mocnym ugięciu nie wpadł do wody.

 

Odtąd ścieżka wiła się w zaroślach, ale wiedzieliśmy, gdzie mamy iść. Nieco wyżej szlak zakręcał na zarośniętym zboczu z potokiem. Tuż za nim musieliśmy przedzierać się i wyginać pomiędzy gałęziami. Pies miał najłatwiej. Byliśmy najzwyczajniej za wysocy na te krzaki. Za 600 m dotarliśmy do kolejnego znaku – ‘1,8 km Shkhara Glacier’. Mieliśmy stąd widok na czoło lodowca, a precyzyjniej mówiąc, na jego „brudną” ścianę. Widzieliśmy również prawy brzeg stanowiący koryto dla niego oraz ścieżkę prowadzącą przez kolejne brzozowe lasy. Drzewa miały maksymalnie 3-4 metry wysokości, dlatego mówiąc „las”, mocno nadużywam tego słowa. Lepiej jest mówić o zaroślach niż o lesie. Kto mieszka na Górnym Śląsku, ten nieraz widział, jak pokopalniane hałdy porastały młode brzózki. Właśnie taką strukturę one tworzyły. Wyruszyliśmy dalej. Nie musieliśmy już przedzierać się pomiędzy gałęziami, a jedynie szliśmy pomiędzy drzewami wyraźną ścieżką. Dotarliśmy do punktu oznaczonego jako ‘1,2 km Shkhara Glacier’. Tutejszego zbocza górskiego nie porastały brzozy, dzięki czemu mieliśmy dobry widok na szare koryto lodowca oraz na rzekę Enguri, która zakręcała blisko szlaku. Bardzo podobał mi się ten widok, ponieważ w rzece leżało dużo okrągłych, brązowych kamieni, które oblewała spieniona woda. Na tle zieleni to miejsce przyciągało uwagę. Nie tylko my się zatrzymaliśmy, aby podziwiać piękno Enguri. Każdy turysta, którego mijaliśmy choć na chwilę popatrzył w stronę kamieni. Nieco wyżej weszliśmy w przerzedzające się zarośla, a brzozy karłowaciały. Na 700 metrów przed końcem trasy zupełnie zanikły. Odtąd mieliśmy przed sobą gołoborze, czyli zbocze pokryte kamieniami bez roślinności.

Widoki z zarośli
 

Ścieżka pięła się coraz wyżej, ale była coraz słabiej widoczna. Szlak nie kończył się konkretnie w jednym punkcie, a raczej na płaskim terenie, gdzie staliśmy bezpośrednio pod ścianą lodowca. Najlepiej iść w kierunku kamiennych piramidek, które ustawili turyści. Jest ich kilka. One wskażą nam cel. W drodze do niego widać duży głaz wyróżniający się ‘z tłumu’. Jest na nim napisane „13.0x.2013 National Institute of Geographics – 71 m”. w miejscu x najprawdopodobniej powinna być dziewiątka, ale nie miałem pewności, ponieważ długo zastanawiałem się, czy widoczna cyfra oznacza maj, czy wrzesień. Natomiast narysowana biała strzałka na nim sugerowała, że do krawędzi (czyli tam, gdzie stały kamienne piramidki) jest właśnie 71 m. Kiedy dotrzemy na miejsce, staniemy przed potężną, brudną ścianą lodowca. Jest wysoka na kilkadziesiąt metrów (na oko stawiałbym około 40-50 metrów). Dlaczego nazwałem ją brudną? Ponieważ całą powierzchnię lodu pokrywa cienka warstwa ziemi i drobnych kamieni. Tak przeważnie wygląda zakończenie lodowca. Z góry ściany spadała woda, tworząc bardzo wąski i długi wodospad. Właśnie stąd rzeka Enguri bierze swój początek. Do celu dotarliśmy jako ostatni. Na 1,2 km przed końcem szlaku minęliśmy jedynie dwie wracające osoby. Widok na Shkharę i ścianę lodowca podziwialiśmy tylko w naszej grupie. Wszyscy inni turyści byli już w drodze powrotnej do wioski. Dopóki mieliśmy niebieskie niebo, robiliśmy zdjęcia oraz patrzyliśmy wszędzie dookoła, ponieważ góry zachwycały. Po około półgodzinie chmury nieco zaczęły gęstnieć. Zdążyłem jednak zrobić zdjęcia z czerwonym cicikiem, który zawsze był ze mną na każdym szlaku. Czerwony cicik, to nic innego jak duży pompon, który zawsze miał swoje zdjęcie na wierzchołku każdej góry. Pies dotarł z nami do lodowca. Każdy z nas coś dał mu do jedzenia. Odpoczywał przy nas i czekał, kiedy wyruszymy w drogę powrotną.


  
Lodowiec Shkhara

 
Wysoka na kilkadziesiąt metrów ściana lodu przed nami
 

MAŁA UWAGA

Na zdjęciach różnych turystów widziałem, że podchodzili dosłownie do ściany lodu, aby ją dotknąć. My podziwialiśmy ją z odległości około 100 metrów od jej czoła. Nie zachęcam do bezpośredniego podchodzenia pod samą ścianę, ponieważ każdy lodowiec w lecie może być niebezpieczny. Lodowce są nośnikiem nie tylko kamieni, ale i wielkich głazów. Ciągle topniejące lodowce uwalniają co jakiś czas kamienie i głazy. Z tego względu może niespodziewanie coś spaść nam na głowę. Dodatkowo nie widzimy, co znajduje się powyżej ściany, u góry. Czasami może oberwać się fragment lodu lub z wyższych partii – zwały mokrego śniegu, które zabiorą ze sobą fragmenty lodu oraz kamienie. Wówczas bardzo łatwo o tragedię. Choć wygląda, że podobne zjawiska zdarzają się w tym miejscu rzadko, to jednak są one możliwe. Tak dzieje się na każdym lodowcu wcinającym się w głąb zielonych gór – bez wyjątku.

 

Będąc świadomy wspomnianego zagrożenia, nie podchodziłem dalej. Czasami można usłyszeć coś na wzór grzmotu w okolicach lodowca. Ten dźwięk oznacza, że gdzieś obsunął się głaz, oberwał się lód, pękł lub wyżej powstała kamienna, śnieżna lub mikstowa lawina (mikst to nic innego jak mieszanka kamieni, śniegu i lodu). W okolicach Shkhary chmur zaczęło przybywać, dlatego pomału zaczęliśmy wracać. Pies poszedł razem z nami. Zatrzymaliśmy się ponownie przy brązowych kamieniach leżących na dnie rzeki Enguri. W okolicy białej ściany pięciotysięczników chmury pociemniały. Gdzieś wyżej nawet zauważyłem opad deszczu. Ponownie zaczęliśmy przedzierać się przez zarośla. W drodze powrotnej przeskok przez deskę o cienkich zakończeniach poszedł nam o wiele szybciej. W końcu dotarliśmy do punktu z taksówkami. Zobaczyliśmy, że pojawiło się aż siedem pojazdów z Niemcami i turystami z Dalekiego Wschodu (najprawdopodobniej z Japonii). Musieli przyjechać z Mestii, ponieważ w Ushguli nie wiedzieliśmy podobnych samochodów. Pies, który z nami wracał, przez chwilę zastanawiał się z kim ma dalej wędrować. Najpierw powąchał turystów z Niemiec, ale za moment zawrócił, po czym poszedł z nami. Tak samo „sprawdzał” Azjatów. Shkharę zakryły już ciemne chmury, a powyżej padał intensywny deszcz. Tymczasem szliśmy główną drogą wzdłuż rzeki Enguri. Kiedy dotarliśmy do polany z pierwiosnkami zauważyliśmy, że w okolicach lodowca jest mocna ulewa. Zastanawiałem się, co teraz zrobią Niemcy. Za przyjazd z Mestii do ostatniego odcinka szlaku prowadzącego do lodowca przecież zapłacili duże pieniądze, a teraz na samym początku musieliby zrezygnować… W każdym razie, kiedy dotarliśmy do końca polany, żadna taksówka Mitsubishi Delica nie wracała, co oznaczało, że Niemcy i Azjaci musieli pójść dalej. Od tabliczki ‘5,6 km Shkhara Glacier’ zaczął również u nas padać lekki deszcz. Przed nami widniały jeszcze zielone, podświetlone łąki. Plac budowy przechodziliśmy szybko, ponieważ na drodze powstało jeszcze więcej ciężkiego błota. Krowy, które widzieliśmy rano, wróciły na zielone zbocza gór. Kiedy pozostało nam 500 metrów do mostu z rur, rozpoczęła się intensywna ulewa. Wtedy szybko podchwyciliśmy hasło ‘heavy dupówa’. Do wioski mieliśmy ponad 1,5 km drogi. W mgnieniu oka przemakaliśmy. Szliśmy szybkim krokiem w stronę Ushguli, jednocześnie obserwując, jak na sile przybiera rzeka Enguri.


 
Piękno rzeki Enguri oraz widok w drodze powrotnej
 

Kiedy minęliśmy drewniane budki wyciągu narciarskiego, pomyślałem ‘a może spróbujemy się ukryć przed deszczem’. Szybko zawróciliśmy. Jedna z budek miała drewniane zadaszenie, dzięki czemu nie musieliśmy moknąć. Drzwi wejściowe były zabezpieczone odręcznie zawiniętym drutem, dlatego gdybyśmy potrzebowali, mogliśmy wejść do środka. Wewnątrz znajdowało się tylko kilka byle jak rzuconych desek. Przeczekaliśmy największy opad, ale nadal nie widzieliśmy powracających taksówek Niemców i Azjatów. Deszcze powoli ustawały po godzinie 18.10. Teraz mogliśmy wracać do wioski. Pozostało jeszcze jakieś 20 min do naszego guest house. Niestety po pięciu minutach ponownie rozpoczął się dość intensywny opad. Dwa psy, które wracały z nami, nie zauważyły momentu, kiedy odchodziliśmy. Zostały pod podłogą drewnianej budki. Kiedy dostrzegły, że wyruszyliśmy dalej, jedynie wystawiły głowy, spojrzały, po czym wróciły pod „dach”. Tam położyły się spać, aby przeczekać ulewy. W końcu i tak już mocno przemokły, a na dodatek kończyły zrzucać zimową sierść. Nas „zalało” bardzo mocno, dlatego zdecydowaliśmy iść dalej, ponieważ nie czuliśmy żadnej różnicy. Poniżej Ushguli, pomiędzy dwoma pasmami górskimi widzieliśmy kolejną partię potężnego opadu, który oczywiście nazwaliśmy ‘heavy dupówą’…

 

Przemoczeni dotarliśmy do naszego pokoju. Musieliśmy się osuszyć. Nawet ciciki zamokły, dlatego grzały się one na kaloryferze. Kiedy wyschły, obowiązkowo musiałem je rozczesać, żeby wyglądały wyjściowo na kolejny dzień. W końcu nasza tradycja mówiła, że Ekipa Cicika musiała wychodzić na szlaki… Około 50 min zajęło nam suszenie się i rozładowanie plecaków. Ponownie poczuliśmy komfort. Po dobrym dniu, pełnym gruzińskich wrażeń, koniecznie musieliśmy wstąpić do kawiarni gospodarza. Zamówiłem chaczapuri, a Damian kubdari. Byliśmy fanami lokalnych potraw, ponieważ Swanetia słynęła z obu produktów. Damian dodatkowo zapytał o chinkali, ale to danie najbardziej jest znane w Tuszetii lub w okolicach Kazbeku, ponieważ właśnie z Tuszetii ono pochodzi. Gospodarz powiedział, że w Ushguli nikt nie wytwarza chinkali, a jedynie można zjeść je w komercyjnej restauracji w Mestii. Damian zachwycał się gruzińską lemoniadą o smaku gruszki. Faktycznie smakowała wyjątkowo. Nie znam żadnego napoju w Polsce, który by choć trochę przypominał ten smak. Chociaż dopiero spędziliśmy pierwszy dzień w Ushguli, to gospodarz – Miriam – zauważył, że nie jesteśmy zwykłymi turystami, którzy tylko „wpadają” na szybko do wioski, oglądają ją, po czym odjeżdżają. Dostrzegł w nas kogoś, kto będzie żył Swanetią, górami i będzie zaciekawionym wszystkim dookoła. To nie był mój domysł, a fakt, ponieważ powiedział, że jesteśmy inni na tle turystów.

 

Zegarek wskazywał godzinę 19.40. Szare niebo po ‘heavy dupówach’ nagle zamieniało się na niebieskie. Chmury ustępowały w postaci równej granicy z zachodu na wschód, aż w końcu pozostały tylko ich fragmenty z wysokiego piętra (powyżej szóstego kilometra wysokości). Właśnie one spowodowały, że niebo zapłonęło na pomarańczowo. Okolica wyglądała, jakby się paliła. To był widok! Gospodarz od razu wiedział, że wiem po co przyjechałem do Ushguli i najwyraźniej mam konkretny plan co chcę zobaczyć, dlatego powiedział do mnie: ‘wyjdźmy na zewnątrz, to pokażę ci, gdzie jutro możecie pójść’. Wyszedłem z nim za kamienny mur kawiarni, a on wskazał mi najbliższą górę o wysokości 2980 m n.p.m. Powiedział, że tam jest niesamowity punkt widokowy. Pokazał mi również drugą trasę – na przełęcz Latpari. Dodał jednak, że do samej przełęczy nie dotrzemy ze względu na zbyt duże ilości śniegu, ale na wierzchołki głównej grani już tak. Ja mu na to wszystko odpowiedziałem: ‘wiesz, że mam dokładnie taki sam plan? Na jutro zaplanowałem wyjście na punkt widokowy 2980 m n.p.m., a pojutrze na grań prowadzącą na przełęcz Latpari?’. Ucieszył się bardzo i przybiliśmy piątkę, na znak, że się rozumiemy. Cieszył się bardzo, bo w końcu trafił na kogoś bardziej zainteresowanego górami i wioską Ushguli niż turyści przybywający z Mestii. Kiedy weszliśmy do środka, Miriam przyniósł po kieliszku wina jego własnej roboty. Jak sam się przedstawił: jest inżynierem budowy oraz ‘winnyj tjechnologiem’, czyli wytwórcą wina. Damian od razu podchwycił to hasło. Kiedy usłyszał, jak się przedstawia innym turystom siedzącym w środku wielkiego pomieszczenia kawiarni, śmiał się, słysząc wyrażenie ‘winnyj tjechnolog’. Obowiązkowo musieliśmy spróbować jego wyrobów, ponieważ był producentem wina, a tutejsze potrafiło kosztować od 50 do 500 lari za litr, czyli od 84 aż do 885 zł/litr! Jako że ostatni alkohol w jakiejkolwiek postaci piłem w 2008 roku, to mój zegar właśnie został zresetowany. Będąc w szczególnym miejscu musiałem spróbować lokalnego trunku. W końcu podobna okazja nie zdarza się często. Gospodarz powiedział, że kiedy wstaniemy rano, to zobaczymy Shkharę w pełni i będzie czyste niebo. Miriam bardzo nas polubił. Dużo z nami rozmawiał. Damian dodatkowo próbował porozumiewać się po rosyjsku. Jemu szybko „wchodził” ten język, dlatego jeśli czegoś nie wiedział, szybko sprawdzał w Google Translator, po czym wypowiadał przeczytane zdania na głos. W ten sposób uczył się nowych słów i wyrażeń.


   
Płonące niebo wieczorem

Wieczorne spotkanie w kawiarni gospodarza
 

Na koniec zapytałem gospodarza, czy możemy przedłużyć o jeden dzień nasz nocleg, ponieważ czuliśmy, że nasza przygoda w Ushguli dopiero się zaczyna. Chociaż w planach mieliśmy przepak plecaków i wyruszenie z namiotami w stronę Mestii, to nasz plan musieliśmy zmienić, a raczej chcieliśmy go zmienić. Wyglądało na to, że pogoda będzie nam sprzyjać, dlatego szkoda było uciekać z miejsca, gdzie mieliśmy jeszcze wiele tras do przejścia. Tym bardziej, że wszystkim tak bardzo się spodobała się nasza chata oraz widoki, jakie mieliśmy z zewnętrznego korytarza, że nie chcieliśmy opuszczać wioski zbyt wcześnie. Szczerze mówiąc – ja też nie miałem ochoty tego zmieniać. Dlaczego? Ponieważ wspaniała cisza, codzienny widok na wolno biegające zwierzęta i zielone ‘zamszowe’ góry był czymś niecodziennym, co wpisywało się w pojęcie klimatu górskiego. Dobrze, że jako ekipa byliśmy zgodni i mieliśmy jednakowe oczekiwania. Zaznaczyłem również, że nie musi być tak jak ja chcę, bo jesteśmy grupą. Jeśli powiedziałbym ‘idziemy do Mestii’, to nie musiało tak wcale być. Jeśli większość chciała zostać w Ushguli, to przyjmowaliśmy tę wersję. Tak się złożyło, że klimat wioski każdemu przypadł do gustu, a przede wszystkim niesamowicie piękne góry i ich otoczenie. Gospodarz ucieszył się, bo widział, że dopiero zaczęliśmy, a wszystko co zobaczyliśmy zapadło nam głęboko w sercu. Z tego względu Miriam codziennie przesiadywał z nami do późnego wieczora.

 

DZIEŃ 2 – PUNKT WIDOKOWY 2980 m n.p.m.

Nastawiłem zegarek na 6.00 rano. Byłem podekscytowany tym, co powiedział Miriam o dzisiejszej pogodzie. Mieliśmy mieć pełną widoczność oraz planowaliśmy zobaczyć całą Shkharę. Tym bardziej wyczekiwałem poranka, aby rozpocząć przygodę z górami na poważnie. Obudziłem się szybciej niż budzik, bo o 5.30, ale niebo wyglądało na jakieś szare. Z drugiej strony, do wschodu słońca pozostało jeszcze trochę czasu. Dopiero kończyła się noc. Postanowiłem, że poczekam do 6.00, po czym spojrzę na chmury i ocenię sytuację. Wtedy podejmę decyzję, czy możemy wyruszać, czy też nie. O 6.00 niestety niebo nadal było pokryte w pełni szarymi chmurami. Pomyślałem, że prognoza o ‘heavy dupówach’ jest jednak najbardziej prawdziwa. Dodatkowo, według niej, dzisiejszy dzień miał być najgorszy pod względem ilości opadu. Poszliśmy więc dalej spać. Wstaliśmy o 8.00 rano. Spojrzałem za okno. Zobaczyłem, że niebo jest prawie w całości niebieskie, a jedynie pokrywają je chmury altocumulus floccus (tak zwane ‘baranki’). Widząc, że powstały odpowiednie warunki do wyjścia w góry, szybko ugotowaliśmy ciepłą zupę na śniadanie oraz po niej zjedliśmy mieszankę orzechów i czekolad. Przygotowaliśmy również izotoniki. Z pokoju wyruszyliśmy o godzinie 9.22. Nasza trasa prowadziła do dwóch wież, gdzie mieściło się muzeum etnograficzne. Dalej musieliśmy skręcić w prawo i iść główną drogą, aż dotarliśmy do niewielkiego boiska piłkarskiego ogrodzonego wysoką, białą siatką. Boisko było punktem orientacyjnym, wskazującym początek trasy na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Na odcinku pomiędzy muzeum etnograficznym a boiskiem piłkarskim mieliśmy przecudny widok. Patrząc na lewą stronę, na całej długości widzieliśmy odsłaniającą się Shkharę, a znacznie bliżej widniało spore wzniesienie kwitnące wysokimi, żółtymi kwiatami, gdzie kamienny kościół w postaci swaneckiej wieży stał na tle białych pięciotysięczników. Ledwo zaczęliśmy wędrówkę, a już przywitała nas tak piękna panorama. Gdyby nie napis na mapie, nawet nie wiedzielibyśmy, że wieża położna na najwyższym wzniesieniu jest kościołem, ponieważ wyglądała jak wiele innych w okolicy. Tyle, że stała samotnie ponad poziomem wioski.


Nasz poranny widok z... tarasu. Odtąd wiedzieliśmy, że wyruszymy dzisiaj w góry

Droga przez wioskę do skrzyżowania z dwiema wieżami
 

Za boiskiem szliśmy dróżką, która za kilkadziesiąt kroków zaprowadziła nas na główną ulicę o oznaczeniu B15 (coś na wzór drogi wojewódzkiej). Tylko na mapie wyglądała poważnie, bo w rzeczywistości wspomniana trasa nie różniła się od innych. Spływała błotem, kiedy padał deszcz, ale dawała możliwość przejechania całej Swanetii i powrotu do Kutaisi. Poszliśmy nią dalej przed siebie – jakieś 150 m, po czym za tablicą-szyldem pierwszego i zresztą ostatniego domku po lewej stronie, skręciliśmy w lewo na rozpoczynające się strome zbocze górskie z widoczną anteną sieci komórkowych w postaci grubego, białego talerza położonego pionowo na ziemi. Między innymi dzięki niemu w Ushguli mamy tak dobry zasięg. Teren talerza jest ogrodzony siatką o wymiarach maksymalnie 5 x 5 m. Ścieżka prowadzi tuż obok siatki. Podczas wieczornej rozmowy w kawiarni jeden turysta ze Szwecji nawet zadał mi pytanie, czy przejście obok takiej anteny jest bezpieczne. Odpowiedziałem mu, że tak, ponieważ w jej rejonie przebywamy tylko przez chwilę. Owszem, przy samym talerzu dopuszczalna wartość pola elektromagnetycznego jest przekroczona kilkukrotnie niż mówią o tym normy, ale żeby zaszły jakieś zmiany w naszym organizmie lub powstały jakieś choroby, to musielibyśmy mieszkać przy niej przez wiele długich lat. Anteny zazwyczaj ustawia się tak, aby stały poza terenem zabudowanym. Patrząc na najbliżej położony dom w stosunku do niej, nie widziałem, żeby ktoś na podwórku był schorowany lub narzekał na zdrowie, a przecież nie od dziś mieszka w jej pobliżu. Nawet nie rozważałem wspomnianych kwestii, ponieważ miejscowi żyją z dwiema antenami od kilku lat, a my mieliśmy jedynie przejść obok niej i dalej pójść w góry. Z tego, co widziałem, to nawet dwa psy znalazły sobie pod rozdzielnicą stacji nadawczo-odbiorczej schronienie przed deszczem. Spały pod nią, ponieważ ustawiono ją na czterech słupkach. Powyżej niej zobaczyliśmy, że inni ludzie również zdążyli wyruszyć na szlak.


  
Wychodzimy poza teren wioski (za boisko)
 

Ledwo zaczęliśmy trasę, a dołączyło do nas aż pięć psów. Nie wiadomo skąd przyszedł duży, stary „niedźwiedź”, dwa średnie (w tym jeden ciemny, ale z biszkoptową głową) oraz dwa młode, najbardziej energiczne. Zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, ponieważ obowiązkowo musieliśmy je wszystkie wygłaskać. Stary pies ledwo szedł. Myśleliśmy, że za chwilę się podda i zrezygnuje z dalszego wejścia. Jakieś dwie osoby wracały ze szczytu, co wskazywało, że albo nie osiągnęli wierzchołka, albo wyruszyli bardzo wcześnie przy szarym niebie i tak naprawdę nic nie zobaczyli. Zauważyliśmy, że z nimi idą dwa kolejne psy! Kiedy je minęliśmy, dookoła nas stało ich już siedem! Teraz mieliśmy prawdziwą gromadkę! Dwa z nich poszły dalej z wracającymi turystami. Piątka, którą głaskaliśmy, zdecydowała iść z nami. Kiedy położyłem się na trawie, wszystkie zrobiły to samo, a dwa z nich dodatkowo przytuliły się do mnie. Wówczas podszedł do mnie biszkoptowy pies, a pomiędzy niego a mnie, dodatkowo próbował się wcisnąć najmłodszy – czarny. Udało mu się, dzięki czemu mam ciekawe zdjęcie, jak leżę w obstawie całej gromady. Damian najszybciej złapał temat, ponieważ bardzo lubi psy, a teraz mieliśmy ich całą „ekipę”. Góra, na którą wchodziliśmy składała się z czterech etapów:

  • Trawiaste podejście, przejście przy antenie do głazu narzutowego „Gebeli”,
  • Strome, trawiaste podejście przez trawiaste zbocze i kwieciste polany,
  • Rododendrony, trawiaste podejście ze skalistą stromizną, gdzie rosną pojedyncze jarzębiny,
  • Długie i stopniowe podchodzenie polanami trawiastymi, aż do zaniku zieleni, gdzie kwitną szachownice cesarskie (bardzo ciemny kwiat najbliżej podobny do sasanki, wpadający z ciemnego fioletu w brąz).
 
Nieoficjalny szlak na punkt widokowy oferuje niesamowite widoki. Warto przejść każdy z czterech etapów

Lokalna obstawa :)

Każdy z wymienionych etapów mogliśmy z łatwością rozpoznać po osiągnięciu lokalnego szczytu. Następny taki wierzchołek rozpoczynał kolejny fragment. Po dłuższej przerwie z psami wyruszyliśmy dalej. Powyżej anteny ścieżka rozdzielała się na kilka możliwych opcji. Można iść bezpośrednio do widocznego wielkiego głazu z napisem „Gebeli” lub wybrać widoczną ścieżkę, która trawersuje zielone zbocze, aby nie czuć aż tak mocno stromizny. Wybraliśmy pierwszy wariant, ponieważ prowadził przez piękne, świeżo zielone trawy. Dotarliśmy do wielkiego głazu, który z racji czerwonego napisu nazwaliśmy „Gebels”, ponieważ widoczne słowo „Gebeli” mogło kojarzyć się tylko z jednym: ze znanym, niekoniecznie dobrym nazwiskiem. Odtąd ledwo widoczna ścieżka stopniowo skręcała w lewo, rozdzielając się na kilka mniejszych, mocno pofalowanych. Jednak każda z nich prowadziła do tego samego miejsca, ponieważ wszystkie łączyły się na końcu, po czym zakręcały pod ostrym kątem stromym zboczem. Dalej jest bardzo widoczna ścieżka w okolice głazu ‘Gebels’. Od niego szlak zakręca pod dość ostrym kątem w lewo, prowadząc na główny ciąg trawiastych grzbietów. Odtąd trasa jest czytelna i jasna. Trzeba iść cały czas ku górze.

 

UWAGA

Punkt widokowy, na który idziemy jest bardzo znanym miejscem wśród turystów i ludzi gór, ale nigdy nie wytyczono tędy żadnego oficjalnego szlaku, a w przewodnikach widnieje jako trasa z gwiazdką, jako ciekawostka dla bardziej ambitnych. Nie chodzi jednak o żadne trudności techniczne, bo wędrujemy jedynie pośród traw, ale raczej o stromiznę podejścia, wymagającego trochę lepszej kondycji niż zwykłe wyruszenie w góry bez żadnego przygotowania.

 

Idąc coraz wyżej, zauważyliśmy, że psy nieustannie nam towarzyszą, a kiedy robiliśmy krótkie postoje, one natychmiast kładły się w trawie, a nierzadko na ścieżce. Stary pies, który miał poddać się na samym początku był najsilniejszy. Nazwaliśmy go niedźwiedziem-weteranem. Stawiał powoli kroki, ale nie leżał w trawie, jak robiły to inne z jego grupy. Tymczasem najmłodsze z nich padały jak muchy. Dosłownie „zwalały” się na bok. Wypatrywały każdej okazji do odpoczynku. Najśmieszniejszy okazał się młody, czarny pies. Był tak zmęczony, że kiedy wypuszczaliśmy go z rąk od razu padał bokiem na łące, jakby upuszczono bezwładne zwłoki. Każdy z nas dał po trochu coś do jedzenia wszystkim psom, żeby miały siły. Niestety na trasie brakowało wody. Wyszukiwały one kropelek rosy na liściach. Odtąd rozpoczęliśmy strome podejście przez kwieciste polany. Zbocze pokrywały gęste, białe kwiaty oraz duże jaskry alpejskie, podobne do nizinnych jaskrów ostrych tyle, że były znacznie większe. Dosłownie opanowały cały stok, aż utworzyły piękny, biało-żółty dywan. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie rosło ich najwięcej. Czuliśmy sielankowy klimat pełen spokoju. Kwieciste polany zakończył lokalny szczyt, na którym rosła bardzo gęsta i dość wysoka trawa. Właśnie w niej najbardziej buszowały psy, ponieważ mogły znaleźć najwięcej kropelek wody. Dwa z nich nawet wchodziły w jej głąb, aby nie czuć gorącego słońca. Średni, czarno-biszkoptowy pies ciągle szukał schronienia przed upałem. Kiedy poza szlakiem, nieco poniżej, znalazł krzaki rododendronów od razu w nie wchodził. Za każdym razem obserwowaliśmy, jak trzęsą się krzaki.


Psy korzystały z każdej chwili odpoczynku

Jeden z naszych towarzyszy wędrówki
 

Za drugim lokalnym szczytem rozpoczęliśmy kolejny etap. Stromizna nie odpuszczała. Teraz podchodziliśmy widoczną ścieżką przez kolejne kwieciste polany poprzecinane gęsto kwitnącymi rododendronami. Gdzieniegdzie z rododendronów wystawały niskie jarzębinowe drzewa. Trzeci etap był dość długi, ponieważ łąkami podchodziliśmy coraz wyżej, ale widzieliśmy, że jeszcze pozostało sporo trasy przed nami. Cieszyło nas jednak, że po długim stromym zboczu, ostatni etap kończy się około 50-metrowym płaskim odcinkiem, ponad którym jest krótkie, ale najbardziej nachylone podejście całego szlaku. Ma ono „tylko” 15 metrów wysokości, ale czasem trzeba użyć rąk, żeby wejść na trzeci lokalny wierzchołek. Właśnie on wyznacza początek ostatniego fragmentu prowadzącego na punkt widokowy. Gdybym miał oceniać przez pryzmat odległości, to najprawdopodobniej etap czwarty uznałbym za najdłuższy. Może nie jest tak wymagający, ale jednak przez większą część trzeba ciągle iść do góry. Po osiągnięciu trzeciego wierzchołka, po lewej stronie, widać długą i płaską polanę. Nie prowadzi na nią żadna ścieżka, ale kiedy przyjechałeś do Ushguli w lipcu, polecam ją odwiedzić, ponieważ zakwitnie pełnią kolorów. Dalszy etap jest wyraźnie widoczny. Idziemy wydeptaną, wąską ścieżką. Najpierw prowadzi długim i stromym zboczem. Dalej wiedzie nas na lokalne wypłaszczenie terenu, tuż przed wejściem na grań szczytową. Warto przysiąść tutaj na trawie, ponieważ wszędzie dookoła kwitną szachownice cesarskie – piękne kwiaty-dzwonki, pochylone ku ziemi, jakby czekały na słońce.


Piękne, kwieciste zbocza. Tego dnia nie mieliśmy zbyt wiele słońca, ale dnia następnego zobaczyliśmy tę samą trasę w idealnych warunkach
 

Na płaskiej polanie trochę odpoczęliśmy, ale widzieliśmy, że chmury szybko gęstnieją na niebie, a w dolinie – gdzieś daleko za Ushguli – przesuwa się potężny opad deszczu. Kwestią czasu było, kiedy nas dopadnie. Wiedząc, że mało zostało nam do szczytu, postanowiliśmy, że wejdziemy na grań, po czym zawrócimy, ponieważ i tak mieliśmy zmoknąć. Trasa nie prowadziła w linii prostej do celu, a raczej na około. I to bardzo. Z dołu nie mogliśmy zobaczyć, dlaczego tak jest. Na wysokości około 2940 znajduje się wąski, ale podłużny i głęboki płat śniegu, dlatego ścieżka go omijała. Po lewej stronie widzimy właściwy szczyt. Jest praktycznie na wyciągnięcie ręki, ponieważ znajduje się na nim kamienna piramida, którą dostrzeżemy nawet z kawiarni Miriama. Ścieżka z kolei prowadzi na widoczny po prawej stronie przeciwległy wierzchołek położony na końcu grani, po czym dopiero odbija w kierunku wspomnianej, kamiennej piramidy. Ledwo wyruszyliśmy z płaskiej polany z pięknymi kwiatami-dzwonkami, a deszcz zaczął już padać. Stało się nieuniknione. Podeszliśmy jeszcze wyżej – do poziomu długiego płatu śniegu. Szlak prowadził długim odcinkiem pod ukosem, wzdłuż dość stromego zbocza, dlatego przechodziliśmy je z kilkoma krótkimi przerwami. Przy płacie opad zwiększał intensywność. Zapytałem: ‘idziemy dalej, czy wracamy?’. Stwierdziliśmy, że został nam malutki kawałek, dlatego dojdziemy na szczyt, po czym szybko zawrócimy.

 

W kilka minut dotarliśmy na sam wierzchołek. Teraz zaczął padać grad w postaci lodowych kulek. Po drugiej stronie góry wyglądały złowieszczo. Wielka, biała ściana śnieżna pokryła się prawie czarnymi chmurami, z których wszędzie padał grad. Damian przyrównał ten widok do podobnego z jakiegoś filmu-horroru. W trakcie opadu zdjąłem plecak, żeby poukładać rzeczy tak, aby nie zamokła mi elektronika. W tym czasie dwa psy próbowały znaleźć coś do jedzenia. Jeden z nich złapał za brązowego cicika, po czym pobiegł około 10 m dalej. Szybko jednak zauważył, że nie był on do jedzenia. Odebrałem mu go. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, aż opad zelżeje. Wtedy dawałem psom coś do zjedzenia, co mi jeszcze zostało, ponieważ jeden z nich próbował wykopać z ziemi cokolwiek, piszcząc przy tym z głodu. Brązowego cicika odzyskałem równie szybko, co mi go ‘uprowadzono’. Po stronie Ushguli niebo wyglądało znacznie lepiej. Dzisiaj jedynie na samym szczycie pogoda nam nie dopisała, ale teraz wiedzieliśmy, że to miejsce ma ogromny potencjał podczas ładnej pogody, dlatego powiedziałem, że koniecznie chcę zrobić poprawkę, jeśli zdarzy się dzień ze słoneczną pogodą. Czytałem, że tutejsze panoramy uchodzą za jedne z najpiękniejszych w całej Swanetii, a tym samym w Gruzji. Omawiana trasa chociaż nie jest oficjalnym szlakiem, to należy do najpiękniejszych, oferujących jedne z najlepszych widoków na pięcio- i czterotysięczniki.


  
Obfity opad deszczu, który zamienił się w grad
 

Po chwili intensywnego opadu – w naszym języku ‘heavy dupówy’ – ścieżka praktycznie nie nadawała się do schodzenia, ponieważ spływała błotem. Dosłownie rozmiękła. Sprawdzałem jak w bezpieczny sposób można zejść, ponieważ już po kilku metrach ujechałem na błotnistej, wąskiej ścieżce. Idąc trawą, mogliśmy znacznie przyspieszyć tempa. Złapaliśmy szybsze tempo. Ścieżka spływała błotem, dlatego zaraz po postawieniu kroku noga jechała do przodu. W ostatnim momencie zdążyłem podeprzeć się dwoma rękami, ale i tak trochę wpadłem do błota. W miarę, gdy schodziliśmy coraz niżej, grad ustępował. Ponownie padał deszcz, a widoczna ściana wody nad doliną przesuwała się idealnie w naszym kierunku... Rozglądałem się i nasłuchiwałem, czy nie słychać gdzieś w oddali piorunów, ponieważ ich największe zagęszczenie jest w miejscu, gdzie mamy opad w postaci „ściany” wody. Na szczęście nie mieliśmy w ogóle burzy. W połowie góry złapał nas widziany wcześniej intensywny deszcz. Wyglądało na to, że tak mocno padało jedynie na powierzchni około 1 km2. Tuż za „ścianą” deszcz znacznie osłabł. Od połowy góry szliśmy w mniejszym opadzie. Psy cały czas schodziły z nami. Najmniejszy z nich – ten czarny – co chwilę otrzepywał się z wody. Średni – biszkoptowo-ciemny – nawet otrzepał się prosto na mnie trzy razy.

 

Do wioski dotarliśmy przemoczeni. W Ushguli mieliśmy jedynie mżawkę, co dla nas było dużym pocieszeniem. Chociaż na samym szczycie piękne widoki przysłoniła ‘heavy dupówa’, to zobaczyliśmy, że miejsce ma ogromny potencjał, dlatego koniecznie chciałem powtórzyć wejście na punkt widokowy przy ładnej pogodzie. Jeszcze przed wyjazdem do Gruzji przeczytałem trochę opisów oraz naoglądałem się mnóstwa zdjęć, które jasno pokazywały, że punkt 2980 m n.p.m. oferuje chyba najpiękniejszą panoramę na białą ścianę najwyższych gór Gruzji. Po osuszeniu się, standardowo poszliśmy do wielkiego pomieszczenia kawiarni z kuchnią, gdzie zamówiliśmy chaczapuri. Pierwszy przyszedł Damian. Szybko dołączył do nas gospodarz. Ponownie podał kieliszki z jego własnej produkcji winem oraz pleciony ser górski, który wyrabiała jego siostra na miejscu. Wszystko miało wyjątkowy smak, ponieważ pochodziło z lokalnych składników. Jedząc w otoczeniu pięknych gór, czuliśmy niepowtarzalny klimat… W trakcie, gdy siedzieliśmy w środku kawiarni, na przypiecową kanapę przysiadły się trzy nowe osoby – jeden Austriak i dwóch facetów po 40-tce z Francji. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie pasowali do tutejszego klimatu. Wyglądali na typowych korpoludów na stanowiskach menadżerskich. Ciągle rozmawiali o swojej pracy. Szybko jednak to zmieniliśmy, ponieważ z racji wyjątkowego miejsca, każdy rozmawiał z każdym. Nasza trójka i gospodarz zaczęliśmy prowadzić z nimi wspólną rozmowę. Opowiadaliśmy im o górach, o miejscowym klimacie, o pięknych widokach i o tym, co można zobaczyć. Oni nie zaplanowali zbyt wiele czasu w Ushguli, ponieważ przyjechali tylko na jeden dzień z Mestii. Rozmowy trwały długo, aż niebo całkowicie pociemniało…


 
Zejście do wioski Ushguli
 

Gospodarz rozmawiał również z innymi osobami. Pod ścianą siedzieli turyści z innych krajów. Jeden z nich zapytał: ‘jaki masz stosunek do Rosjan? [wiedząc, że oni są wśród nas w kawiarni]’. Miriam szybko odpowiedział: ‘dla mnie nieważna jest narodowość. Jestem za tym, żeby wszędzie był spokój’. Także zapytano go do jakich krajów by pojechał oraz w jakich już był. Tej rozmowy nie dosłyszałem dobrze, ponieważ w środku było dość gwarno. Minęło kilkadziesiąt minut. Widziałem, że ktoś jeszcze chciał wejść do środka, ale nie mieli pewności czy kawiarnia jest otwarta. Wyszedłem na zewnątrz i powiedziałem głośno: ‘Chodźcie. Tu jest bardzo dobre jedzenie’. Tę grupę tworzyło sześć osób z Czech. Ich celem było wyruszenie pieszo do Mestii, dlatego szukali miejsca, gdzie mogliby kupić chleb. Jeden z nich zapytał, czy jest taka możliwość. Kiedy Patola powiedziała, że tak, on zapytał: a czy można kupić sześć chlebów? Siostra ponownie potwierdziła: ‘tak’. Ucieszyli się. Teraz dopiero mogli poczuć prawdziwy klimat kawiarni Miriama, ponieważ siostra gospodarza przyznała, że nie ma gotowych bochenków, ale zaraz je upiecze. Czesi rozsiedli się więc na drewnianych ławkach, po czym rozpoczęli z nami rozmowy o górach oraz patrzyli, jak się wyrabia chleb na miejscu. Na koniec Patola zapakowała je wszystkie w karton, który pozostał po napojach gazowanych. Bardzo się ucieszyli, bo mieli nieco inne wyobrażenie – myśleli, że dostaną jakiegoś przywiezionego „gotowca”. Nawet ich kształt był inny. Za sześć chlebów zapłacili 50 lari. Patrząc na ludzi i sytuacje z boku, mogliśmy powiedzieć, że to miejsce miało swój wyjątkowy klimat. Jednoczyło ludzi różnych narodowości, a także pozwalało poczuć prawdziwie górską atmosferę. Dopiero teraz, po 22.50 mogliśmy pójść spać.

 

DZIEŃ 3 – REPLAY, CZYLI POWTÓRKA PUNKT WIODKOWY 2980 m n.p.m. + CAŁA GRAŃ, AŻ DO PUNKTU 3153 m n.p.m. za CHUBEDISHI 3015 m n.p.m.

Standardowo obudziłem się o 5.30 rano, aby sprawdzić, jak wygląda niebo. Odtąd rozpoczęła się nasza pogodowa dobra passa. Widziałem, że nie ma ani jednej chmury. Postanowiłem zaczekać do 5.50 rano, żeby obudzić ekipę. Mieliśmy sporo czasu, żeby się przygotować i wyruszyć w góry. Dzięki wczesnemu startowi daliśmy sobie szansę podziwiania wszystkiego według naszego tempa. To znaczy, że głaskaliśmy napotkane przypadkowo psy, podziwialiśmy panoramy, robiliśmy zdjęcia oraz najzwyczajniej przeżywaliśmy góry. Ekipa nie wiedziała, gdzie dzisiaj wyruszymy, ale widząc, że mamy idealną pogodę, koniecznie chciałem, abyśmy poszli tą samą trasą co wczoraj, jednak dodatkowo zaplanowałem całą grań, która ciągnie się aż pod ścianę gór najwyższych. Zdawałem sobie sprawę z faktu, że dwukrotne podchodzenie na tą samą górę dzień za dniem będzie męczące dla psychiki, ponieważ wiesz czego się spodziewać i znasz każde uciążliwe podejście, dlatego koniecznie musiałem dodać jakiś nowy element w naszej wędrówce. Stąd rzuciłem pomysł, aby po osiągnięciu punktu 2980 m n.p.m. pociągnąć dalej całą grań w stronę Namkuani 4233 m n.p.m. tyle, na ile pozwolą śniegi. Oczywiście nie zakładałem wejścia na 4000 m wysokości, ponieważ warunki, długość dnia, trudność wspinaczkowa szczytu oraz różny stopień kondycji mojej ekipy nie pozwalały na tak wiele. Raczej myślałem o wysokościach rzędu 3000 – 3150 m n.p.m., ponieważ mogliśmy podejść praktycznie w pobliże wymienionego wyżej czterotysięcznika, idąc do końca grani. Po przekroczeniu punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie osiąga się znacznej wysokości, ale za to sporo odległości, dzięki czemu mogliśmy znacznie przybliżyć się do najwyższych gór, mając je na pierwszym planie. Dzięki temu poczulibyśmy w pełni klimat zimy.

 

Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy o godzinie 7.14 rano. Wystarczyło wystawić głowę za boczne, drewniane drzwi po prawej stronie na tarasie, a już mieliśmy niesamowity widok na Shkharę 5193 m. n.p.m. Zrobiłem stamtąd jedno ujęcie, które potrafiło nieźle namieszać w głowie. Kiedy pokazałem je osobie, która zna się na górach, zapytała mnie, z jakiego miejsca wykonałem to zdjęcie, bo wygląda, jakbym zrobił je z poziomu jakiegoś lodowca, będąc na wyprawie wysokogórskiej. A tymczasem to ujęcie powstało z korytarza, który łączył trzy pokoje… Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, widok gór na tle niebieskiego nieba zachwycał z każdej strony. Dopiero teraz mogliśmy zobaczyć w pełni, jak intensywna zieleń pokrywa każde zbocze górskie. Standardowo poszliśmy w stronę dwóch wież muzeum etnograficznego, po czym skręciliśmy w prawo. Tutaj minęliśmy dwie osoby z kijkami, które, jak się później okazało, będą z nami w bliskiej odległości aż do samego końca. Tę parę tworzyło małżeństwo z Rosji w wieku około 60 lat. Dalej podziwialiśmy niesamowicie rozkwitniętą polanę, gdzie w tle widniał kościół w postaci wieży, a za nim w oddali, na trzecim planie – biała ściana pięcio- i czterotysięczników. Dotarliśmy do ostatniej drewnianej chaty, gdzie rozpoczynał się nieoficjalny szlak na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Od samego początku mogliśmy dostrzec to, czego wcześniej nie widzieliśmy z powodu niestabilnej pogody wczorajszego dnia. Początkowe zbocza góry rozkwitły gęstymi i obfitymi skupiskami niezapominajek. Te kwiaty bardzo dobrze mi się kojarzą, dlatego codziennie je wyszukiwałem, aby się im przyglądać, zrobić im zdjęcie oraz najzwyczajniej powąchać. Niektóre fragmenty polan przyjmowały niebieski kolor, ponieważ kwiaty tworzyły większe skupiska. Początek szlaku szybko nazwałem niezapominajkowymi zboczami, ponieważ takie same ciągnęły się wzdłuż całej drogi B15, która prowadziła przez góry aż do Kutaisi.


Przywitał nas taki widok z tarasu - Shkhara w całej swojej wspaniałości

Otoczenie naszego guest house'a o poranku

 
Niesamowity widok na ścianę Bezingi z drogi do boiska
 

Tymczasem szliśmy przez piękne, zielone polany. Pomimo wczesnej pory dnia, ścieżka zdążyła wyschnąć. Nie spływała błotem jak wczoraj podczas naszego powrotu. W takcie podchodzenia za anteną sieci komórkowych zaczęliśmy mijać schodzących ludzi z góry. Dziwiłem się, że co najmniej pięć osób w różnych odstępach kończyło już swoją wyprawę. To znaczy, że musieli wchodzić jeszcze w nocy, ponieważ około trzy godziny jest potrzebne, aby wejść na szczyt, a około 1h 30min na zejście. Tymczasem dzień dopiero się zaczynał… Wraz z wracającymi ludźmi gromadziły się znajome „twarze”, czyli psy. Chociaż spotkaliśmy ich aż sześć, to z nami wyruszyły tylko dwa. Najwidoczniej w nocy musiały być z powracającymi turystami na szczycie. Dlaczego zaczynaliśmy o około godzinie 7.00 rano? Dlatego, że przez dwa dni zdążyłem opisać zachowanie chmur konkretnie w tym rejonie górskim oraz określiłem miejsca ich najgęstszego powstawania i miejsca ich zanikania. W letnie, ciepłe dni na ogół jest tak, że każdy szczyt ma swoją chmurkę, a doliny są wolne od nich. Z obserwacji wynikało, że chmury poruszały się z okolic Mestii w naszą stronę, ale w miarę, gdy docierały do trzytysięczników, zaczęły się obracać w rejonie ich wierzchołków. Dodatkowo pasmo górskie tworzące linię łączącą dwie góry: Dadiashi 3536 m n.p.m. – Guri 3147 m n.p.m. było wręcz generatorem ciemnych i gęstych chmur, które przemieszczały się w kierunku doliny rzeki Enguri, czyli tam, gdzie jest Ushguli. Na niebie panował spokój do godziny 11.00. O 9.00 powstawały najmniejsze chmurki, o 11.00 cienkie rzędy, a o 13.00 powstawało ich na tyle, że zdążyły przykryć w dużej mierze panoramę Shkhary i okolicznych czterotysięczników. Jeśli chcieliśmy mieć widoczność, musieliśmy dotrzeć do punktu widokowego 2980 m n.p.m. przed godziną 13.00. Mając na wyznaczoną trasę niecałe sześć godzin w jedną stronę, miałem pewność, że na pewno dotrzemy tam o odpowiedniej porze oraz będziemy mieli pełną widoczność. Podręczniki zakładały, że na punkt widokowy dotrzemy za trzy godziny, ale biorąc pod uwagę, że chcieliśmy przyglądać się wszystkiemu, co zwróci naszą uwagę oraz iść swoim tempem, założyłem, że wejście zajmie nam około 5h do 5h 30min.


Polecam cieszenie się wszystkim, co zobaczysz na szlaku. Tutaj nie warto się spieszyć
 

Już na samym początku minęła nas para sześćdziesięciolatków z Rosji (narodowość wywnioskowaliśmy z ich mowy i akcentu). Od razu poszła do góry. Kiedy podeszliśmy nieco wyżej, idąc w kierunku głazu narzutowego ‘Gebeli’, zdążyliśmy ich wyprzedzić, ponieważ przeładowywali swoje plecaki i odpoczywali. Widzieliśmy, że złapali dobre tempo. Dość szybko nas wyprzedzili. My dopiero dochodziliśmy do pierwszego z czterech wierzchołków, które trzeba osiągnąć, aby dotrzeć do punktu widokowego. Dlaczego aż tyle zajmowało nam wejście na pierwszy lokalny szczyt? Najzwyczajniej podziwialiśmy alpejską roślinność, której z każdym metrem wysokości przybywało. Po osiągnięciu pierwszego punktu orientacyjnego otwarły się przed nami polany z wielkimi żółtymi kwiatami (jaskier alpejski). Rozległe łąki dzisiaj robiły znacznie większe wrażenie, ponieważ patrzyliśmy na w pełni otwarte jaskry, a to wszystko oglądaliśmy na tle niebieskiego, czystego nieba. Ekipa stwierdziła, że dzisiaj ma więcej sił niż wczoraj, dlatego ma dobry „ciąg”. Myślałem, że będzie gorzej, ponieważ miałem na względzie efekt zmęczonej psychiki, kiedy idziesz dwa razy na tę samą górę. Tym bardziej, że podejście było równe temu, co w polskich Tatrach na Rysy z poziomu Morskiego Oka. Mieliśmy w głowie fakt, że wejście na punkt widokowy 2980 m n.p.m., to dopiero połowa drogi, a wszystko co dalej, będzie czymś nowym. Wówczas psychika zacznie pracować zupełnie inaczej, a tym samym będzie lepiej. Z każdą minutą widzieliśmy, że małżeństwo z Rosji oddala się coraz bardziej od nas. My mieliśmy czas, ponieważ zachwycaliśmy się pięknymi, alpejskimi kwiatami. Damian miał idealną okazję do szlifowania obsługi trybu ręcznego w aparacie-lustrzance. Wszyscy fotografowaliśmy żółte i białe kwiaty, ponieważ tworzyły „dywany”. Najbardziej podobało nam się w okolicach drugiego wierzchołka. Na jego szczycie rośnie gęsto coś, co nazwaliśmy „kapustą”, ponieważ wygląda jak zrolowane liście. Za chwilę słyszę od Damiana: ‘Patrz!’. W jednym ze skupisk opisywanej rośliny wystawała jakaś czarna głowa. Nasze zdziwienie było wielkie! Wyglądało na to, że leżał w nim pies, a być może nawet tam przenocował… Na nasz widok wstał, po czym poszedł za nami…


Charakterystyczny głaz 'Gebeli' nazywany przez nas 'Gebels'

Widok z okolic głazu 'Gebeli'

Idąc coraz wyżej, podziwialiśmy kolejne kwieciste łąki. Patrząc na chmury, wiedziałem, że przez cały dzień będziemy mieli piękną pogodę. Za ostatnią polaną mieliśmy chwilę odpoczynku dla nóg, ponieważ ścieżka prowadziła 50-metrowym odcinkiem w płaskim terenie. Dalej musieliśmy wejść na najbardziej strome podejście całej góry, gdzie czasem musieliśmy użyć rąk do podpierania. Osiągnęliśmy trzeci wierzchołek. Po lewej stronie rozciągała się długa i płaska polana z niewielką ilością kwiatów. Basia, która szła z nami dość równym krokiem postanowiła, że już dalej nie idzie, ponieważ tempo było dla niej za szybkie. Trochę dziwiłem się, ponieważ szliśmy tak samo jak wczoraj i na dodatek z bardzo dużą ilością przerw na zdjęcia oraz podziwianie widoków. Dodatkowo sama mówiła, że dzisiaj ma dobry „ciąg”. Tak szczerze mówiąc, myślałem, że wcześniej zrezygnuje Damian, ponieważ w góry wyjechał dopiero drugi raz w życiu. Spodziewałem się, że dopadnie go efekt zmęczonej psychiki, wchodząc na tę samą górę dzień po dniu. Z drugiej strony, dla każdego z nas aktualnie powtarzana trasa była niejako treningiem własnej psychiki. W ten sposób mogliśmy sprawdzić samych siebie oraz zdobyć kolejne doświadczenie. Damian początkowo chciał zakończyć wędrówkę razem z Basią, ale po chwili namysłu zdecydował się kontynuować. Basia powiedziała, że poleży na polanie z psami i poczeka na nas. Byliśmy zgraną ekipą, dlatego nie mieliśmy żadnego problemu, że ktoś chce inaczej. Nikt nie oczekiwał, że wszyscy będą posiadali taką samą psychikę, takie same siły, taką samą kondycję i wytrzymałość. Stąd też, na kwiecistej polanie rozstaliśmy się po wcześniejszym uzgodnieniu tego faktu do czasu naszego powrotu z punktu widokowego. Mówiąc ściślej, Damian uzgodnił wspomnianą wersję z Basią, ponieważ ja podchodziłem około 200 m z przodu, gdzie właśnie podziwiałem widoki. Trzy psy zostały z nią, a jeden poszedł dalej. Basia zauważyła, że ciemny pies z biszkoptową głową jest słabszy psychicznie, ponieważ inne szybko go gryzły, gdy tylko pojawiało się jedzenie, dlatego karmiła go osobno, kiedy tamte nie widziały. Damian dorównał do mnie, po czym powiedział co uzgodnił z Basią.


Idealna pogoda w trakcie dalszego podejścia. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć w pełni Ścianę Bezingi

   
Kwieciste polany w drodze na wierzchołek punktu widokowego

 
Widok z rododendronowej polany
 

Dalej poszedłem z Damianem takim samym tempem jak dotychczas, zatrzymując się w kilku miejscach, aby fotografować kwiaty i ciemno-fioletowe szachownice cesarskie. Zostało nam ostatnie podejście. Kiedy je trawersowaliśmy, widzieliśmy z dużej wysokości, gdzie leży Basia. Cały czas przebywała na długiej polanie oraz karmiła psy. Z daleka słyszeliśmy, że walczą ze sobą, kiedy rzucała im ciastka lub orzeszki. Z kolei dla niej przejawiały łagodne usposobienie. Każdy został wygłaskany i przytulony. Wśród nich odzywał się instynkt przetrwania, kiedy w grę wchodziło jedzenie, ale człowiekowi nigdy nie zrobiły nic złego. Wręcz przeciwnie – były spragnione miłości, przytulenia, głaskania i najzwyczajniej tego, co im się rzuci. Nawet, kiedy one walczyły ze sobą, nie miałem obaw, że mogłyby coś zrobić Basi, ponieważ widzieliśmy z dużej wysokości, że jeśli powstawała wrzawa, to „jedynie” gryzły się między sobą. Po powrocie opowiedziała nam, jak wyglądał jej odpoczynek z psami. My tymczasem szliśmy wzdłuż długiego białego płatu śnieżnego. Młody owczarek, który wędrował razem z nami, wskoczył do śniegu, po czym rozłożył się na jego powierzchni, rozciągając łapy na wszystkie strony. Szukał ochłody, ponieważ słońce bardzo grzało. Pies okazywał przy tym zadowolenie poprzez radosne tarzanie się w zimnym śniegu.


 
Szachownice cesarskie
 

Za chwilę osiągnęliśmy szczyt punktu widokowego 2980 m n.p.m. Panorama białej ściany pięcio- i czterotysięczników wręcz wgniatała w ziemię! Mieliśmy totalnie czyste niebo, a biel gór wyglądała obłędnie! Podziwialiśmy bardzo szeroką panoramę na sporą część Kaukazu, ale niestety nie mogliśmy dostrzec Ushby z głównego wierzchołka, ponieważ przysłaniała go bezimienna góra o wysokości 3242 m n.p.m., na którą codziennie patrzyliśmy z zewnętrznego korytarza łączącego pokoje w naszym guest housie. Kiedy dotarliśmy na szczyt, zobaczyliśmy dwie znane nam osoby z kijkami, spotkane przy muzeum etnograficznym i na pierwszej stromiźnie przy antenie. Facet zapytał, czy jesteśmy z Polski. Później powiedział jakie ma odczucia, patrząc na piękne widoki dookoła. Po dłuższej chwili spuścił głowę i dodał: ‘my jesteśmy z Rosji, z Moskwy’. Na to powiedziałem: ‘to nie jest problem’, po czym wyciągnąłem rękę i podałem mu ją. Damian zrobił tak samo. Politykę zostawiliśmy na boku. Widzieliśmy, że nie zgadzał się z prowadzoną wojną na Ukrainie. Wstyd było mu się przyznać, że pochodził z Rosji. My podeszliśmy do tego tematu zupełnie neutralnie. Nie rozmawialiśmy o żadnej polityce, konflikcie oraz tym, co myślimy. Po prostu zachwycaliśmy się pięknymi górami. Kiedy zobaczyli, że można z nami normalnie porozmawiać bez uprzedzeń, od razu rozpoczęli dłuższe dyskusje. Zaczęliśmy wymieniać doświadczenia z gór. Pan z Rosji powiedział: ‘jesteśmy już czwarty dzień w Ushguli, a dopiero mamy pierwszy dzień pogody. Wczoraj byliśmy na przełęczy Lagem 2990 m n.p.m., padał mocny deszcz i były czarne chmury. Przedwczoraj poszliśmy na Latpari Pass 2830 m n.p.m., ale mieliśmy ciężką ulewę i było bardzo ciemno, a wcześniej poszliśmy na lodowiec i zlał nas deszcz. Cały wcześniejszy tydzień ciągle padał deszcz. Teraz dopiero zaczyna się dobra pogoda’. Przykro nam było, że wkładali dużo sił w gruzińskie góry, aby je poznawać, ale pogoda im nie dopisywała. Tak naprawdę niewiele zobaczyli. Na ich miejscu „poprawiałbym” wszystkie szlaki, które przeszli w szarówie. Po wysłuchaniu całej historii, opowiedziałem im jak wyglądały wędrówki z naszej perspektywy, omawiając każdy dzień ze szczegółami. Z opisu faceta wynikało, że kiedy wybierali jakiś punkt, to właśnie w ich miejscu powstawały najcięższe opady. Wszyscy podchwyciliśmy temat. Wówczas jako obserwator z boku, wskazałem małżeństwu, gdzie oni byli danego dnia oraz jak kształtowały się chmury. Przekazałem im trochę wiedzy o procesach chmurotwórczych na podstawie własnych obserwacji. Pokazałem im, na które pasma górskie mają zwracać uwagę i na czas, kiedy one powstają. Dopiero teraz mogli zobaczyć, że naprawdę nie mieli szczęścia, a czasem zabrakło wiedzy o pogodzie, ponieważ zazwyczaj wchodzili w największą zawieruchę z deszczem. Małżeństwo opowiedziało nam jeszcze historię o długo trwającym gradzie w okolicach przełęczy Lagem. Wczoraj, kiedy staliśmy w tym samym miejscu co teraz, również mieliśmy grad, ale tylko przez kilka minut. Widzieliśmy, co działo się po drugiej stronie grani, dlatego teraz miałem pełne wyobrażenie o ich wędrówce. Na koniec rozmowy, życzyliśmy sobie pięknych tras i przede wszystkim udanej pogody. Po kilku minutach para wyruszyła dalej – wzdłuż grani.


My obraliśmy podobny cel, ale postanowiłem z Damianem zatrzymać się na dłużej na punkcie widokowym, aby podziwiać widoki dookoła, coś zjeść i najzwyczajniej odpocząć. W jego rejonie rozciągały się wielkopowierzchniowe płaty śniegu poprzecinane granią bez roślinności. W pobliżu stały również trzy duże i solidne kamienne piramidy. Jedną z nich nawet widać z wioski w Ushguli. Nie mieliśmy więc wątpliwości, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. W okolicy dwóch bliżej stojących wież zrobiliśmy sobie zdjęcia, a także na szybko postawiłem kamienną półkę na ciciki, aby zrobić klasyczne zdjęcia, jak to mam w zwyczaju. Ciciki, to nic innego jak kolorowe pompony w barwach naturalnej sierści zwierząt, za wyjątkiem czerwonego – największego. Zawsze ustawiam je na każdym szczycie, po czym robię im ujęcia na tle gór. I tym razem chciałem podtrzymać moją tradycję. Długo nie mogliśmy napatrzeć się na białe góry, a w szczególności na Czarną Nieznakomkę 4484 m n.p.m. i Ailamę 4547 m n.p.m. Wyglądały jak potężne piramidy z prawie pionowo opadającymi ścianami. Dookoła panował klimat kończącej się zimy, a czasem mieliśmy poczucie, że patrzymy na przedwiośnie, gdzie śniegi pomału ustępują, jeszcze nic nie rośnie i mamy uschniętą trawę z zeszłego roku. Słońce grzało jak w upalny dzień, ale zawiewał dość mroźny wiatr. W punkcie widokowym zostaliśmy przez około 30 min. Basi stąd nie dostrzegaliśmy. Zastanawialiśmy się, czy zawróci do wioski, czy jednak trochę odpocznie i podejdzie ostatni fragment między trzecim a czwartym wierzchołkiem, aby móc podziwiać jedną z najwybitniejszych panoram w całym Kaukazie. Nasz szlak w przewodnikach uchodzi za oferujący najpiękniejsze widoki. Jak się później okazało, znaleźliśmy jeszcze co najmniej dwie inne trasy, które śmiało mogłyby przebić ten szlak swoją urodą, ale będzie o tym nieco dalej.


 
Pierwsze spojrzenie z punktu widokowego 2980 m n.p.m.

   
Jest przepięknie!

 Panorama na Czarną Nieznakomkę 4484 m n.p.m. i Ailamę 4547 m n.p.m. 

Panorama z punktu widokowego 2980 m n.p.m. i charakterystyczna kamienna piramida

Damian na tle pięknych gór

Ciciki też podziwiały najpiękniejsze góry Gruzji

TRASA PIĘKNĄ GRANIĄ

Po nacieszeniu się wspaniałą panoramą, Damian dostał jakby nowych sił, ponieważ teraz mieliśmy rozpocząć nieznaną nam trasę. Stwierdził, że z izotonikami miałem dobry pomysł, ponieważ nie czuje stopniowego opadania z sił. Wspomniany efekt następuje dopiero, gdy wróci się do pokoju. Damian widząc po raz pierwszy śnieżnobiałe cztero- i pięciotysięczniki poczuł się bardzo zachęcony, aby iść dalej. Najpierw musieliśmy przejść na rozległy, płaski lokalny szczyt o tej samej wysokości – 2980 m n.p.m. Pomiędzy nimi widniało niewielkie zagłębienie terenu o długości około 200 m, w większości wypełnione śniegiem. Wytyczałem trasę, idąc brzegiem białego płatu, a tam, gdzie nie miałem innej możliwości, wybierałem najkrótszą możliwą drogę. Niestety dość często mokry śnieg zapadał się na około 30-40 cm głębokości. Za chwilę stanęliśmy na drugim szczycie. Odtąd mieliśmy widok na całą grań prowadzącą gdzieś daleko. Teraz czekało nas przejście około 50-metrowym zagłębieniem terenu z niewielkimi, białymi płatami. Z racji węższej grani i jej ułożenia w osi północ-południe, w wielu miejscach zalegały jeszcze duże masy nawianego śniegu. Damian zdziwił się, kiedy szedłem, a nagle zniknąłem mu przed oczami, ponieważ wpadłem w głąb białego płatu aż po pas. Na tym krótkim odcinku „zniknąłem” aż trzy razy. Wkrótce i Damian wpadł głębiej. Poleciłem mu, aby uwięzioną nogą zgarniał śnieg i ubijał go wewnątrz powstałej dziury, dzięki czemu będzie miał stabilny punkt wybicia. Kiedy wyszliśmy ze strefy bieli, rozpoczął się skalisty etap. Po naszej lewej widniały kamienno-skaliste ściany, trochę przypominające te z Krzesanicy w Tatrach. Tyle, że były mniejsze. Po drodze minęliśmy kilka płatów śnieżnych, ale udawało nam się iść ich brzegiem, dzięki czemu nie wpadaliśmy do rozmiękłego śniegu. Wędrówka w takich warunkach powoduje, że nie ma postępu a czas i siły bardzo szybko „lecą”, dlatego tam, gdzie mogliśmy, wybieraliśmy wędrówkę uschłymi trawami wzdłuż nich. Po nieco dłuższej wędrówce skończył się etap ze skalnymi ścianami, tworzącymi mniejsze urwiska.

 

Teraz przechodziliśmy pomiędzy dwiema górami, mającymi ponad 3000 m n.p.m. wysokości. Pomiędzy nimi znajdowało się siodło z głębokim i rozległym płatem (siodło – przełęcz, zagłębienie terenu pomiędzy górami). Nie mieliśmy możliwości, aby go ominąć. Pozostało nam próbować szukać „betonowego” śniegu, czyli bardzo twardego. Do jego połowy szliśmy szybko, ale później często wpadaliśmy aż do pasa. Było to dla nas uciążliwe, ponieważ zużywaliśmy dużo sił. Za górą o wysokości 3067 m n.p.m. zaczęliśmy stopniowe i długie obniżanie do szerokiej przełęczy, od której będzie strome i wysokie podejście. Damian powiedział: ‘idziemy dalej’. Dorzuciłem tylko, że zanim rozpoczniemy wędrówkę do góry, zrobimy krótki odpoczynek na izotonika i „radzieckie ciastka”, żebyśmy nabrali sił. W drodze do przełęczy trafiały się mniejsze skupiska żółtych kwiatów. Dużo poniżej nas widzieliśmy ich znacznie więcej. Parę z Rosji zauważyliśmy już za nią. Podchodzili powoli pod strome zbocze, na które patrzyliśmy z większej odległości. Wtedy po raz pierwszy zauważyłem Ushbę. Powiedziałem do Damiana: ‘Patrz! Ushba! Ale mamy szczęście ją zobaczyć, bo za 5 min zniknie za chmurami!’. Zachwycaliśmy się jej pięknem, ponieważ zdecydowanie królowała nad pozostałymi górami, a na dodatek wyglądała jakby miała białe rogi, które wchodziły w skład jej dwuwierzchołkowego szczytu. Po ponad 40 minutach dotarliśmy do lokalnej przełęczy tuż za Chubedishi 3015 m n.p.m. Była to chyba jedyna góra z nadanym imieniem w okolicy. Wszystkie inne na mapach widniały jako „no name” [bezimienne]. Trudno jest później omawiać szlak lub zaproponować komuś trasę, nie mając żadnych nazw. Pozostaje jedynie pokazywać przebieg trasy na mapie. Gorzej jak ktoś nie zna się na niej, a takich też spotykaliśmy… Kiedy usiedliśmy na przełęczy, zrobiło się bardzo ciepło. Nawet nie wiał wiatr. Zimny łyk izotonika orzeźwiał. Dookoła nas widzieliśmy jedynie pojedyncze szachownice cesarskie, które dawały znak innym roślinom, że wiosnę czas zacząć. Damian z racji lepszego wzroku, wypatrzył w oddali płat śniegu naturalnie ułożony na kształt serca. Obowiązkowo musieliśmy zrobić zdjęcie, przybliżając go na aparacie. Wyglądał wyjątkowo.


 
Tam idziemy dalej

Widok na Shkharę z grani w stronę Chubedishi

Fragment kwiecistej grani

Wyłoniła się Ushba!
 

Naszą uwagę jednak najbardziej przyciągała piękna, zielona dolina położona w sąsiednim pasmie górskim, ze ścieżką, która kończyła się w jej połowie. Wyglądała, jakby tam nikt nie chodził, a jej klimat bardzo przypominał mi kanadyjskie góry, jakie pokazuje nam się w telewizji, Internecie, czy na widokówkach. Zamarzyłem nawet, aby któregoś dnia spróbować ją przejść, ponieważ wyglądała wyjątkowo, inaczej niż inne doliny. Przez jej środek płynęła kręta rzeka na wzór Enguri. Patrząc z naszej perspektywy, wyglądała tak, jakby nikt jej nie odwiedzał, a wszystko, co się znajdowało wewnątrz istniało samo dla siebie. W szczególności podobały mi się rozległe, trawiaste polany, sięgające aż po tamtejsze najwyższe szczyty. Dolina sprawiała wrażenie tajemniczej, o której mało kto myśli, ponieważ nie prowadzi do niej żaden szlak. Postanowiłem sobie, że jeśli będzie kiedykolwiek okazja, to ją odwiedzę. Wracając do naszej przełęczy, Damian powiedział, że możemy iść dalej, bo dzięki izotonikom nadal ma dużo sił. Uzupełniał nimi elektrolity, witaminy i inne związki, przez co mięśnie nie męczyły się tak szybko. Po dłuższej przerwie i wygrzewaniu na słońcu, zaczęliśmy strome podejście zboczem pokrytym uschniętymi trawami. Tylko po stronie południowej widniało trochę więcej zieleni. O dziwo, nie robiliśmy wielu przystanków. Stopniowo, ale systematycznie osiągaliśmy coraz większą wysokość. Za kilkanaście minut dotarliśmy do punktu oznaczonego 3074 m n.p.m., gdzie dalej mieliśmy przed sobą jedynie kawałek płaskiej grani. Zauważyliśmy również, że bardzo szybko doganiamy parę z Rosji. Być może wyżej zrobili sobie przerwę tak jak my. Przez cały ten czas pies szedł razem z nami. Nawet wskakiwał do śniegu, aby się schłodzić. Pozostał nam ostatni etap – podejście na bezimienny szczyt 3153 m n.p.m. Pomału myślałem, aby zakończyć dalszą wędrówkę, w obawie przed utratą sił u Damiana. I tak przeszedł już spory kawał trasy, a każdy z nas osiągnął to, co zamierzył. Mimo wszystko powiedział: ‘Dawaj, idziemy!’. Na północnej stronie zalegało jeszcze sporo śniegu, a na południowej jedynie niewielkie nawiewy. Czasami widzieliśmy nawet nawisy wzdłuż grani. Szliśmy tak, aby stawiać kroki na uschniętej trawie wzdłuż białych płatów, żeby zużywać jak najmniej sił.


Spojrzenie na niesamowitą dolinę

I jeszcze jedno spojrzenie

 
Przepięknej urody, nienaruszona dolina, która rozbudziła moją wyobraźnię
 

Rejon podszczytowy w całości obfitował w biel, dlatego ten kawałek musieliśmy przemęczyć w mokrym śniegu. Nie tylko dogoniliśmy parę z Rosji, ale w tym samym momencie weszliśmy na wierzchołek bezimiennej góry 3153 m n.p.m. Widoki należały do przepięknych, chyba jeszcze lepszych niż na początkowym punkcie widokowym 2980 m n.p.m. Chociaż po tak długim czasie osiągnęliśmy nieco więcej wysokości (jedynie 170 m), to pokonaliśmy sporo odległości, dzięki czemu panorama znacznie się zmieniła. Teraz dosłownie staliśmy w pobliżu gór najwyższych. Dalszą wędrówkę uniemożliwiały mokre, głębokie śniegi i skaliste, wspinaczkowe granie. Mieliśmy stąd przepiękne widoki na kilka rzędów zielonych pasm górskich odchodzących we wszystkich kierunkach, „kanadyjską dolinę”, zwaną później przez nas „Doliną Mafii”, zbocze z białym sercem ze śniegu oraz na lodowiec Shkhara, do którego poszliśmy na samym początku naszej przygody z górami Swanetii. Najbardziej zadziwiał nas fakt, że brudna ściana lodu, przed którą staliśmy pierwszego dnia była taka wysoka i ogromna, a stąd wydawała się znikoma, wręcz „ginąca w tłumie”. Najbardziej jednak zachwycały śnieżnobiałe piramidy gór najwyższych, tworzące długi ciąg ścian nie do przebycia. Na szczycie pod kamieniem znalazłem nawet jakąś kartkę z dedykacją. Napisano na niej, kto wszedł na wierzchołek oraz jaką wysokość osiągnięto. Zostawiła ją jakaś grupa z Austrii. Na szczycie siedzieliśmy z parą z Rosji, gdzie omawialiśmy szlaki z Ushguli, dzisiejszą trasę oraz zachwycaliśmy się widokami. Tutaj również zrobiliśmy przerwę na „radzieckie ciastka”, żeby mieć siły na powrót. Powiedziałem Damianowi, że stąd mamy jeszcze jakieś dwie godziny do głównego punktu widokowego 2980 m n.p.m., ale kiedy dotrzemy do szerokiej przełęczy z szachownicami cesarskimi, to będziemy mieli długie i stopniowe podejście granią. Większość drogi powrotnej mieliśmy iść pod górę.


Wędrówka granią

Ta sama grań z bliska - doganiamy parę z Rosji

     
Niesamowite widoki z grani i punkt widokowy na samym jej końcu

 
Widoki w drodze powrotnej na tej samej grani
 

MAŁA UWAGA

Damianowi wspomniałem o kwestiach psychiki w górach. Powiedziałem, aby odcinka do punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie traktował jako trasy powrotnej, ponieważ zmęczyłby się nim „w głowie”. Zazwyczaj mamy takie wyobrażenie, że kiedy wracamy do domu, to będzie łatwo i przyjemnie. Wówczas nie zwracamy uwagi na wiele szczegółów, nasza koncentracja zdecydowanie spada, a drogę powrotną traktujemy jak coś, co trzeba „odwalić”, „zrobić”, byle było szybciej. Musimy pamiętać, że w górach tak nie ma, a tym bardziej w Swanetii, ponieważ czasem mamy stromiznę, a czasem idziemy w dół, dlatego trasę powrotną powinniśmy ciągle traktować jak kolejny etap wędrówki na szczyt. Dzięki temu inaczej rozłożymy nasze siły i dostrzeżemy to, czego nie zauważyliśmy wcześniej, w drodze do celu.

 

Kiedy dotarliśmy do przełęczy, widzieliśmy, że para z Rosji została daleko w tyle. Dopiero rozpoczynali wędrówkę z bezimiennego szczytu 3153 m n.p.m. My tymczasem zaczęliśmy iść wzdłuż długiej grani, o której wspominałem Damianowi. Pomimo ciągłego zwiększania wysokości nie czuliśmy zmęczenia. W drodze powrotnej znaleźliśmy nawet punkt, gdzie z ziemi wystawało mnóstwo kryształów górskich. Zabraliśmy kilka z nich. Wszystkie wrzuciłem do swojego plecaka, ponieważ Damian szedł cały czas na lekko, a ja nosiłem jego rzeczy. Mi to odpowiadało, ponieważ dzięki zwiększonemu ciężarowi mogłem trenować i wzmacniać kondycję. Teraz dołożyłem do niego cztery kryształy górskie. Wybraliśmy dla każdej osoby jakiś piękny kamień. Dla siebie wziąłem duży, błyszczący się z każdej strony różowy kryształ. Pomyślałem: ‘Ile dołożyłem sobie ciężaru do plecaka?’ Ważył około 3 kg. Łącznie wszystkie kamienie mogły mieć wagę około 10 kg. Mimo wszystko, cały czas szedłem jednakowym tempem pod górę. Podziwiając widoki i rozmawiając z Damianem nawet zapomniałem o dodatkowym ciężarze. Kiedy wyszliśmy „na prostą”, dotarliśmy do wielkiego płatu śnieżnego, gdzie zapadaliśmy się najczęściej. Ponownie „znikaliśmy” w bieli aż do poziomu pasa. Po drugiej stronie, na uschniętej trawie stał samotny facet… w sandałach z podeszwą Vibram. Szybko do nas zagadał. On również pochodził z Rosji, ale z Uralu. Był bardzo otwarty. Rozmawiał o górach. Zapytał o dalszą trasę, ale stwierdził, że dalej nie pójdzie, ponieważ jego buty nie pozwalają mu na przejście śniegów. Mimo wszystko i tak daleko zaszedł, dlatego nie żałował. Powiedział, że spotkał naszą koleżankę na punkcie widokowym oraz że jeszcze powinna tam być. Ucieszyliśmy się bardzo, bo Basia znalazła siły by dotrzeć do głównego punktu widokowego na 2980 m n.p.m. Tego dnia panowały idealne warunki, a takiej panoramy po prostu nie mogła nie zobaczyć. Facet z Uralu stał w miejscu, przyglądając się okolicznym górom, a później jeszcze długo siedział obok płatu śnieżnego, chłonąc piękno gruzińskich szczytów i ciszę. Ona najbardziej zachwycała. Pozwalała zapomnieć o wszystkim.

 

Tymczasem my poszliśmy wzdłuż ścieżki przez kolejne odcinki z bielą, gdzie tym razem po prawej stronie mieliśmy kilkudziesięciometrowe ściany skalne podobne do Krzesanicy z Tatr. Opowiedziałem Damianowi, jak wygląda u nas w Tatrach podobne zbocze. Jest o wiele większe i ma kilkaset metrów wysokości. Niestety z racji jego prawie pionowego nachylenia i bardzo dużej wysokości, jest wykorzystywane do… popełniania samobójstw… Po przejściu odcinka z widokiem na kilka skalnych ścian, dotarliśmy do płaskiego szczytu, skąd mieliśmy ostatni płat śniegu do pokonania. Ponownie stanęliśmy w punkcie widokowym tam, gdzie dotarła Basia. Nie spotkaliśmy jej, co oznaczało, że zaczęła schodzić. Popatrzyliśmy jeszcze ostatni raz za siebie. Zobaczyliśmy, że para z Rosji jest bardzo daleko, a facet z Uralu jeszcze wycisza się w rejonie największego skupiska bieli. My tymczasem rozpoczęliśmy zejście do wioski. Damian miał przemoczone buty od topniejącego śniegu. Schodzenie przebiegało bardzo płynnie. Szybko obniżaliśmy wysokość, ponieważ nadal mieliśmy sporo sił, a ścieżka była sucha. Ponownie mogliśmy zobaczyć szachownice cesarskie na wysokości około 2800 m n.p.m. Występowały masowo tuż przed głównym podejściem na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Po lewej stronie tworzyła się chmura burzowa, ale nie wyglądała na taką, która obejmie swoim zasięgiem rejon Ushguli. Sytuacja wyglądała mi raczej na chmurę z piorunami, która powstała gdzieś pomiędzy pierwszym a trzecim pasmem górskim, które wchodzą w skład Kaukazu. Od strony Gruzji mamy cztery główne pasma, ułożone równoległe do siebie, ale każde kolejne jest coraz wyższe. Piąte to główna ściana cztero- i pięciotysięczników. Stojąc na bezimiennym szczycie 3153 m n.p.m. przebywaliśmy na głównej grani czwartego rzędu gór. Oznaczało to, że dalej mieliśmy przed sobą już tylko Ścianę Bezingi. Pies cały czas nam towarzyszył. Dawaliśmy mu na każdym większym przystanku coś do jedzenia. Chodzenie po stromych zboczach męczyło go, a także rozgrzewało, dlatego za każdym razem wskakiwał do śniegu, aby się schładzać. Tempo mieliśmy nadal dobre. Szybko weszliśmy w strefę zielonych traw i alpejskich kwiatów. Otoczenie bardzo mi się podobało. Mieliśmy nawet pełny widok na Ushguli.


 
Wracamy do wioski
 

W dole zobaczyliśmy Basię, pomiędzy trzecim a drugim szczytem, czyli tam, gdzie rosły „kapusty” i rododendrony z pojedynczymi drzewami jarzębiny. Dorównaliśmy do niej. Cieszyliśmy się, że znowu szliśmy w grupie. Basia sama przyznała, że nie miała więcej sił, ale bardzo jej się podobało, bo mogła prawdziwie odpocząć na długiej polanie, położonej na poziomie 2700 m n.p.m., przebywać z psami, które się do niej tuliły, a po dłuższej przerwie, kiedy nabrała trochę mocy, poszła swoim tempem na punkt widokowy. Była zachwycona tym, co widziała, ponieważ rzeczywiście panorama wyglądała tak, jak opisywano ją w przewodnikach. Należała do jednych z najpiękniejszych w całym Kaukazie. Długo siedziała w okolicach kamiennych wież na wysokości 2980 m n.p.m., ponieważ czekała na nas. Jednak, kiedy dostrzegła po kilkudziesięciu minutach, że powstaje burzowa chmura, postanowiła wracać, ponieważ pomyślała, że my i tak ją dogonimy. Bardzo dobrze zrobiła, choć chmura nie miała potencjału na dalszy rozwój. Jej możliwości zostały rozładowane najprawdopodobniej w okolicach drugiego rzędu gór Kaukazu, patrząc od strony gruzińskiej. Opowiadała nam o pięknie białych szczytów oraz różnicach między wczorajszym, a dzisiejszym dniem. Teraz patrzyła z perspektywy idealnej pogody, gdzie pomimo wędrówki tą samą trasą, zobaczyła zupełnie co innego. My również mieliśmy co opisywać. Opowiedzieliśmy jej o naszej dalszej wędrówce granią. O tym, jakie kwiaty widzieliśmy, że dogoniliśmy parę z Rosji, a także o facecie z Uralu w sandałach, którego ona również spotkała. Powiedzieliśmy jej o kryształach górskich, które zabraliśmy ze sobą. Dałem jej do ręki mój plecak, aby sprawdziła jego wagę. Zdziwiła się, że nabraliśmy tyle kamieni. Może mieliśmy ich tylko kilka, ale były duże… Na grani, widzieliśmy również takie, których z racji swoich rozmiarów nie można wyciągnąć gołymi rękoma. Musielibyśmy użyć łopaty albo jakiegoś sprzętu. Niektóre z nich tworzyły sześcienne bloki, gdzie kryształy układały się w warstwy niczym tiramisu. Schodząc coraz niżej, cieszyliśmy się z dzisiejszej trasy, bo każdy z nas mógł podziwiać „podręcznikową” panoramę Kaukazu, przy perfekcyjnej pogodzie. Niech żałuje, ten kto był w Ushguli, a nie wchodził na omawiany punkt widokowy…

 

Kiedy dotarliśmy do wioski, widzieliśmy, że chmura burzowa maleje w oczach, a nawet zaczyna rozpadać się na kawałki. Została z niej tylko górna część – rozłożyste „kowadło” podświetlane słońcem. Widoczna pozostałość pięknie ozdabia niebo. My tymczasem cieszyliśmy się spokojem i przeżyciami z dzisiejszej trasy. Wszystkie psy, które z nami szły, zniknęły gdzieś we wiosce. Jedne pobiegły za innymi ludźmi, a inne schowały się w krzakach i zaroślach. Kiedy zostawiliśmy plecaki w pokoju od razu poszliśmy do kawiarni gospodarza. Oprócz nas, przesiadywali również inni ludzie. Naszą uwagę zwrócił Hiszpan znający rosyjski język z Mołdawii, ponieważ tam mieszkał przez kilka lat. Zaczęliśmy z nim rozmowę o trasach i górach, które koniecznie trzeba odwiedzić. Przysiadł się do nas również gospodarz. Opowiadał o Swanetii oraz o pięknie całej krainy. Dla niego staliśmy się żywym przykładem, jak wyjątkowo jest w Ushguli oraz jak miejscowy klimat potrafi wciągnąć. Powiedział Hiszpanowi: ‘zobacz, oni zarezerwowali tylko dwa noclegi, a codziennie przedłużają o jeden i już są ze mną cztery noce i znowu przedłużyli do jutra’. W głowie miałem jeszcze kilka tras, dlatego nawet nie pomyślałem, że spędzimy tu ostatnia noc. Rozmyślałem również nad naszym przejściem przez góry do Mestii. Musieliśmy przecież wejść przynajmniej na dwie przełęcze o wysokości 2730 – 2900 m n.p.m. tyle, że z ciężkimi plecakami – ze wszystkim, co zabraliśmy. Szczerze mówiąc, nie widziałem, żeby na dzień dzisiejszy taka operacja mogła się udać, ponieważ ekipa nie miała wystarczającej kondycji, a co dopiero z 20-sto kilogramowym ciężarem na plecach. Mimo wszystko nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu, ponieważ wiedziałem z kim jadę do Gruzji i cieszyłem się, że możemy wspólnie przeżywać najpiękniejsze górskie chwile. Z tego powodu miałem plan B, czyli w przypadku braku sił lub zmęczenia naszej grupy zakładałem, że zostaniemy w Ushguli. Po cichu chyba każdy z nas na to liczył, ponieważ wioska miała swój klimat, a miejsce, w którym nocowaliśmy bardzo nam się podobało. Mieliśmy piękne widoki z tarasu łączącego pokoje, gdzie siedząc na ławce mogliśmy podziwiać piękną, zieloną górę, na której pasło się na wolności kilkadziesiąt krów i koni. Przede wszystkim panowała cisza, której każdy z nas potrzebował.

 

Widząc, że mamy piękną pogodę zakładałem, że lepiej będzie ją wykorzystać na miejscowe góry niż na przenosiny z punktu A do B, ponieważ będziemy mieli przepiękne widoki. Pomyślałem, że jeśli pogoda się zepsuje, to możemy wykorzystać ten okres chociażby na przejazd marszrutką z Ushguli do Mestii, dzięki czemu nie stracilibyśmy słonecznego dnia na transport. Cieszyłem się, że mogliśmy zostać w Ushguli na dłużej niż na zaplanowane dwa dni, ponieważ chyba każdy z nas czuł, że powoli zapuszcza tu korzenie i wrastamy w miejscowy klimat. Tak szczerze… Ja również nie miałem ochoty wyjeżdżać z Ushguli w połowie naszego urlopu… Jeszcze świeciło słonce, dlatego postanowiliśmy, że wyjdziemy na wioskę, aby zobaczyć ją od środka oraz chcieliśmy wykonać kilka ujęć historycznej zabudowy. Wiedzieliśmy, że najlepsze zdjęcia będą spod wiekowej wieży na lokalnym wzgórzu, skąd rozpościerała się panorama na główną część Ushguli oraz na najniżej położoną osadę, widoczną nieco w oddali. Zdążyliśmy wykonać dużo ujęć, a na skraju punktu widokowego na wioskę rosły niezapominajki. Zdecydowanie dodawały uroku okolicy. Przyszedł do nas nawet jakiś pies, którego rozpoznaliśmy z wczorajszego szlaku. Zadziwiło nas również, że osoby w bardzo podeszłym wieku, chodzące o dwóch laskach, miały zdrowie i siły, żeby chodzić ścieżkami pod górę. Nie mieli żadnych ułatwień. Wszystkie podobne dróżki pokonywali o własnych siłach. My tymczasem zachwycaliśmy się ostatnimi promieniami słońca, które podzieliły wioskę na pół: tą oświetloną i tą w cieniu. Wzdłuż całego Ushguli przebiegała nierówna granica cienia, którą wyznaczała naprzeciwległa góra o wysokości 3242 m n.p.m. Codziennie patrzyliśmy na nią z drewnianej ławki ustawionej przed wejściem do naszego pokoju. Przyciągała wzrok jak magnes żelazo. W okolicach białej ściany cztero- i pięciotysięcznych gór powstało bardzo dużo chmur. Wyglądały, jakby punktowo miały się skumulować i wywołać tuż pod nimi intensywny opad. Tymczasem nad Ushguli przechodziła dość równa granica chmur w kierunku najwyższych szczytów Kaukazu, oddzielając czyste, niebieskie niebo od szarówki. Dzięki temu z każdą minutą mieliśmy coraz więcej błękitu nad nami. Po zachodzie słońca, które zniknęło za naszą górą, widoczną z korytarza, wróciliśmy do gospodarza. Dalej prowadziliśmy rozmowy, gdzie Damian mógł uczyć się rosyjskiego „na żywo”. Bardzo mi się podobała jego otwartość oraz fakt, że nie czuł obaw, kiedy z nim rozmawiał. Po prostu to, czego nie wiedział, poszukał w translatorze, po czym wymawiał na głos. W ten sposób szybko sobie utrwalał nowe zwroty. Mi tak łatwo nie szła nauka języka. Dla mnie dany język musiałby mieć strukturę algorytmu matematycznego, wówczas szybko bym opanował sztukę... Siedząc w kawiarni, w wielkim pomieszczeniu z kuchnią i piecem, standardowo zamówiliśmy chaczapuri oraz przedłużyliśmy nocleg o jeden dzień. Powstało nawet powiedzenie: „standard question”, czyli codziennie mówiłem do gospodarza, że mam standardowe pytanie, czy możemy przedłużyć o jedną noc nasz pobyt. Miriam przyzwyczaił się do niego. Bardzo się cieszył, ponieważ tym samym otrzymywał potwierdzenie, że u niego jest nam dobrze oraz że jesteśmy zachwyceni Swanetią. Nie kopiowaliśmy zwyczajów większości turystów, którzy „wpadali” do Ushguli, aby pocykać kilka zdjęć w środku dnia, ale raczej żyliśmy miejscowymi górami. Wioska zapewniała niepowtarzalny klimat, którego nie można poczuć, „wpadając” jedynie na chwilę. Trzeba poczuć ciszę, zobaczyć wolno biegające zwierzęta, czy też sprawdzić, jak ludzie żyją w tutejszych warunkach. Na szczęście mieliśmy dużo czasu. Powstało nawet wrażenie, że czym więcej dni spędzimy w Ushguli, tym trudniej będzie nam wracać do Polski… Tak w rzeczywistości było… Czuliśmy, że powoli wrastamy w miejscowy klimat… Wieczorem zauważyliśmy, że Damiana złapało przeziębienie. Pojawiło się drapanie w gardle, od czasu do czasu kaszel, katar, a nawet gorączka. Nie wiedzieliśmy, czy choroba będzie postępować, dlatego nagrzaliśmy w pokoju, żeby w nocy miał bardzo ciepło. Damian powiedział, że dopiero jutro rano zadecyduje, czy będzie w stanie wyruszyć w góry…


   
Wioska wieczorową porą

 
Shkhara o zachodzie słońca

Następne części:

4 komentarze:

  1. Rewelacyjne widoki! Jestem zachwycona waszą wycieczką

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się bardzo, że mogłem zainteresować tą wyprawą. Będą kolejne części, gdzie będzie dużo więcej słonecznej pogody :)

      Usuń
  2. Wspaniałe zdjęcia! Od razu przykuły moją uwage:) Wasza wycieczka była naprawdę niesamowita, sama o takiej marzę, gdyż lubię spacery w takich warunkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mogłem zainspirować do spełniania marzeń :)

      Usuń

www.VD.pl