wtorek, 10 maja 2016

Świnica latem 2301 m n.p.m.

Świnica latem 

Ja, Robert, Ania i Brygida już drugi raz umówiliśmy się na wspólną tatrzańską wyprawę. Ostatnio byliśmy na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem 2307 m n.p.m. Trudność szlaku, fenomenalne widoki i piękna cisza – to najbardziej podobało się wszystkim. Teraz koniecznie chcieliśmy spróbować drugi raz w tym samym składzie naszych sił. Za cel obraliśmy Świnicę 2301 m n.p.m., ponieważ Ania bardzo chciała zobaczyć ten szczyt. Brygidzie też się on marzył, dlatego bez wahania, jednogłośnie zdecydowaliśmy się na Świnicę. Na jej wierzchołek wchodziłem wiele razy, ale chciałem przeprowadzić grupę czarnym szlakiem przez Dolinę Gąsienicową, żeby wszyscy mogli zobaczyć najpiękniejsze rejony Tatr. Moi towarzysze wędrówki ciągle wspominali spotkanie, gdzie na pierwszy raz wybrałem szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (trasa nie należy do najłatwiejszych dla osób nie wtajemniczonych w świat gór). Wiedziałem jednak, że jeśli kochają góry, to tamte widoki „zarażą” ich pasją na zawsze. Ponownie umówiliśmy się na godzinę 00.00 w nocy, żeby leśny odcinek przejść w ciągu nocy. Trasę zaplanowaliśmy niebieskim szlakiem przez Boczań i dalej – czarnym od Doliny Gąsienicowej na Świnicką Przełęcz.

Spod mojego domu wyjechaliśmy samochodem Roberta o 00.00 w nocy. Trasa przebiegała sprawnie. Na ulicach ruch praktycznie zamarł ze względu na porę. Jeszcze przed trzecią w nocy zaparkowaliśmy przy słynnym rondzie w Kuźnicach. Pozostał nam jeszcze tylko półgodzinny odcinek asfaltowy, żeby znaleźć się na początku węzła szlaków prowadzących, między innymi, na Kasprowy Wierch i Halę Gąsienicową. My wybraliśmy niebieski przez Boczań. Obawialiśmy się żółtego szlaku przez Dolinę Jaworzynki ze względu na niedźwiedzie, które uwielbiają nocną porą przechadzać się w tych okolicach. Dodatkowo wiedziałem, że na początku trzeba długo iść ścieżką bez wzniesień, a później czeka nas bardzo strome i długie podejście. Po ostatnim razie wiedzieliśmy, że Ania jest dużo słabsza kondycyjnie i boi się wysokości, dlatego postanowiłem rozłożyć bardziej równomiernie całe podejście i wysiłek. Wędrówkę rozpoczęliśmy po trzeciej w nocy. Jako, że dookoła panowały ciemności, nie rozglądaliśmy się, ale raczej staraliśmy się iść szybko do przodu, by jak najwcześniej zawitać w Dolinie Gąsienicowej. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć tam wschód słońca ze względu na ciepłe kolory promieni oświetlających piękne kwiaty porastające dolinę w sierpniu. Wiedziałem, że możemy ujrzeć bardzo efektowne widowisko, dlatego kładłem duży nacisk na tempo, choć nie musieliśmy się aż tak mocno spieszyć. Powyżej Boczania 1206 m n.p.m. wyszliśmy ponad poziom zwartych lasów i teraz kroczyliśmy ścieżką wśród karłowatych świerków. Za około dwadzieścia minut wyszliśmy ponad górną granicę lasów. Za nami widniał piękny Giewont, a po naszej lewej stronie widzieliśmy przepiękny widok na Pieniny i morza mgieł, które utworzyły się w tamtym rejonie. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by zrobić kilka zdjęć. Pomimo wczesnej pory dnia udawało się nam fotografować bez efektu „poruszonej ręki”. To cieszyło nas bardzo. Kiedy dotarliśmy do Przełęczy pod Kopami 1499 m n.p.m. zauważyliśmy, że roślinność jest pokryta dużymi kropelkami rosy. Teraz oczekiwaliśmy wschodu słońca, bo domyślaliśmy się, że kiedy słońce będzie oświetlać kropelki, to dolina rozbłyśnie milionami małych pryzmatów. Bardzo czekałem na ten moment. Odpoczęliśmy w tym miejscu na chwilę, bo goniłem ekipę na wschód słońca. Potrzebowaliśmy jeszcze około dziesięć minut, aby dojść do miejsca, z którego chciałem podziwiać wschód. Wiedziałem, że „tamto miejsce” będzie nadawać się do tego idealnie. Miałem na myśli drewniane góralskie chaty i rozległą polanę dookoła. Jedna z tych chat nazywa się Betlejemka.

Na wyznaczone miejsce dotarliśmy około godziny 5.25. Wschód słońca powinien się za chwilę rozpoczynać. Jeszcze tylko chwilka i już zza chmur wyłoniły się pierwsze promienie słońca! Na początku podziwialiśmy je zza karłowatych świerków, ale wystarczyło przejść kilka kroków dalej, by znaleźć się na wielkiej, otwartej przestrzeni. Spoglądaliśmy na piękne drewniane chaty i na wschód słońca ponad górami. Zatrzymaliśmy się na dłużej ponieważ na polanie rosły tysiące fioletowych kwiatów, które oświetlało ciepłe światło słoneczne. Polana wyglądała bajecznie! Długo przyglądaliśmy się, jak zmienia się oświetlenie. Dolina Gąsienicowa daje piękne uczucie bycia w sercu gór. Właśnie doświadczaliśmy tego. Spojrzeliśmy na kwiaty z bliska, ponieważ każdy ich płatek pokrywały kropelki rosy. Odbijało się od nich ciepłe światło słoneczne, dlatego polana rozbłysła pięknymi, kolorowymi światełkami. Najbardziej chciałem ujrzeć ten widok i nie wyobrażałem sobie, żeby utracić całe widowisko na rzecz wolniejszej wędrówki nocnym lasem. Zjawisko najbardziej zachwyciło Brygidę i Anię, a przynajmniej one najbardziej o tym mówiły. Ja zresztą też – ciągle pokazywałem nowe punkty, na które warto zwrócić uwagę. Wypatrywałem większych skupisk fioletowych kwiatów, bo tam gromadziło się najwięcej kropelek rosy. Pośród kwiatów pozostaliśmy na około pół godziny. Dopiero później rozpoczęliśmy wędrówkę czarnym szlakiem, nie wchodząc do Murowańca, żeby nie tracić czasu. Specjalnie wyruszaliśmy w środku nocy, żeby mieć trzygodzinną przewagę nad tłumami, które swoją wędrówkę rozpoczną dopiero za dwie godziny. Jako, że szliśmy w sezonie letnim, wiedziałem, że wyżej mogą utworzyć się korki na odcinkach ubezpieczonych łańcuchami. Idąc czarnym szlakiem za Murowańcem, przekraczając stację pogodową IMiGW, zauważyliśmy mnóstwo krzaczków jagodowych pełnych dojrzałych owoców. Brygida, Ania i Robert bardzo szybko wzięły się za zbieranie owoców. Przez chwilę je jedli, po czym poszliśmy dalej. Przy ciepłym dniu, zroszone chłodnymi kropelkami owoce, bardzo zachęcały do orzeźwienia się. Nieco dalej Brygida i Ania wypatrzyły duży kamień, na którym obowiązkowo chciały mieć zdjęcie. Sfotografowałem je na tle gór, po czym poszliśmy dalej. Przy szlaku zauważyłem piękny fioletowy kwiat – ten sam, co tydzień temu na szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem. Wszyscy mieli z nim to samo skojarzenie – moduł 4A, który przy tak pięknych okolicznościach przyrody nasze dziewczyny i Robert omawiały na tamtej trasie.

Najlepsze miało się dopiero rozpocząć. Pomału dochodziliśmy w rejon Zielonego Stawu. O tej porze wyglądał bajecznie. Na trasie panował idealny spokój. Woda w stawie tworzyła idealne lustro. Odbijały się w nim okoliczne góry i nasz cel wyprawy – Świnica. Każdy z nas podziwiał te piękne obrazy w wodzie. Kiedy doszliśmy do jego końca, Brygida, Ania i Robert koniecznie chciały mieć zdjęcie na dużym kamieniu. Stanęli tam w trójkę, a ja fotografowałem ich na tle gór. Dużą część uwagi poświęciłem jednak zdjęciom stawu i tego, co w nim się odbijało. Nie zawsze można ujrzeć tak piękne widoki. Szczególnie spodobało mi się skalne urwisko kończące się dosłownie w wodach tego stawu. Nierówności skalne bardzo bujnie porastała kosodrzewina. Okolica wyglądała przepięknie! Od tego momentu rozpoczęło się strome podejście aż do samej przełęczy. Szlak początkowo prowadził pięknym trawiastym, ale nachylonym pod dużym kątem, zboczem. Cieszyliśmy się wspaniałymi widokami na Czerwone Stawki , Kurtkowiec, czy Litworowy Staw. Co chwilę rozglądaliśmy się za siebie, by podziwiać całą trasę. Szlak prowadził kamiennymi schodami, więc wchodziło się bardzo łatwo. Po chwili radości Ania rozpłakała się, bo stwierdziła, że nie nadąża za nami i nas blokuje. Brygida podbiegła ją pocieszyć i dalej ruszyliśmy wszyscy razem. Ania rzeczywiście odstawała od nas kondycyjnie i tempem, ale liczyliśmy się z tym po ostatniej wyprawie. Sądząc po tym, ile opowiadała o sobie, jak dużo chodzi po Tatrach, każdy z nas miał dużo większe oczekiwania wobec niej… Z tego względu daliśmy sobie więcej czasu idąc nocą przez las. Ania co chwilę musiała się zatrzymywać i łapać oddech, bo brakowało jej tchu. Bardzo powolnym tempem podchodziliśmy jednak do góry pokonując strome zbocze. Na jego szczycie jeszcze raz obejrzeliśmy się za siebie, by podziwiać wszystkie Stawy Doliny Gąsienicowej z innej perspektywy. Ania stwierdziła, że marzy o Kościelcu, ale na dzień dzisiejszy ta góra jest dla niej tylko w sferze marzeń. Kiedy doszliśmy do płaskiego terenu na trawiastej buli, przed nami odsłonił się kolejny fragment szlaku – dojście na Świnicką Przełęcz 2051 m n.p.m. Ania bardzo się zlękła widząc przed sobą pionowy komin skalny. Od razu zapytała, czy tam idziemy. Powiedziałem, że idziemy w tym kierunku, ale nie będziemy nim wchodzić, bo szlak prowadzi kamiennymi schodami.

Po dłuższym odpoczynku, zarządzonym głównie dla Ani, poszliśmy dalej kamienną ścieżką. Szlak nie przestawia żadnych trudności, ponieważ na całej jego długości ułożono równe schody lub chodnik z kamieni. Z tego względu nie trzeba się bać. Jedynym problemem może okazać się słaba kondycja, ponieważ od trawiastej buli, czy też małej dolinki, ścieżka prowadzi trawersami do góry. Powolnym krokiem pokonywaliśmy kolejne „zygzaki”, po czym wyszliśmy na lokalną grań prowadzącą do samej Przełęczy Świnickiej. W trakcie wędrówki Robert nie zatrzymywał się, bo choć czuł się zmęczony, to wiedział, że idąc równomiernym tempem, dojdzie do celu. Szedł bardzo sprawnie, co nam się podobało. Robert nie miał rewelacyjnej kondycji, ale jego zacięcie i chęć poznawania gór pozwalała mu pokonywać wszelkie trudności. Nikt na Roberta nie narzekał – wręcz przeciwnie – każdy go chwalił za mocną psychikę. Przed przełęczą Brygida usiadła na wystającym kamieniu nad stromym trawiastym zboczem. Ja do niej dołączyłem. Ania wystraszyła się i spoglądała na dolinkę, którą wchodziłem w zimie na Świnicę. Powiedziała, że wygląda bardzo strasznie. Jak się sama przekonała, aż do samej przełęczy, trasa nie miała żadnych trudności technicznych. Potrzebowała tylko dobrej kondycji, by iść nieprzerwanie do góry. Robert wszedł pierwszy i w geście radości podniósł ręce. Ja szedłem tak, jak tydzień temu z Anią, żeby nie czuła się zniechęcona stromiznami, na których brakowało jej sił. Na przełęczy odpoczęliśmy znacznie dłużej, żeby Ania mogła złapać tchu. Zjedliśmy coś i przyglądaliśmy się, ponieważ coraz więcej ludzi doganiało nas i pomału tworzyły się tłumy. Chcieliśmy tego uniknąć za wszelką cenę, wychodząc w góry wcześnie w nocy. Tutaj zrobiliśmy sobie jeszcze nietypowe zdjęcie z wielkim plakatem z pozdrowieniami dla różnych działów z naszej pracy. Mieliśmy wspaniały widok na Wielką Koprową Kopę 2052 m n.p.m. i Wielką Garajową Kopę 1979 m n.p.m. Oba szczyty pokrywała bujna, zielona trawa. Co chwilę patrzeliśmy w te strony.

Po długiej przerwie poszliśmy czerwonym szlakiem na szczyt właściwy. Początkowo ścieżka prowadziła kamiennymi schodami wśród skał i większych głazów. Nie przedstawiała żadnych trudności. Szliśmy tak około dwadzieścia pięć minut. Nie spieszyliśmy się. Zza skały wyłonił się widok na pierwszą płytę skalną i odcinek ubezpieczony łańcuchami. To przejście wygląda raczej, jak półka skalna z dużą przepaścią. Ania najbardziej obawiała się trudności. Niestety przed nami poszły już duże grupy turystów. Szlak prowadził na wprost, później skręcał w prawo, po czym za wielką, pionową skałą znikał, skręcając pod dużym kątem w lewo. Przyglądaliśmy się temu punktowi, ponieważ tłumy ludzi znikały za ścianą skalną. To miejsce dawało poczucie ogromu przestrzeni i z pewnością u Ani potęgowało strach. Powiedzieliśmy tak, że Robert i Brygida pójdą pierwsi, ja następny, a za mną Ania, żeby najpierw mogła przyglądnąć się jak Robert i Brygida pokonują skały, a ja miałem przeprowadzić Anię przez łańcuchy. Dla nas ten fragment nie był trudny. Wystarczyło iść ścieżką. Łańcuchy raczej zamontowano dla bezpieczeństwa w razie przypadkowego pośliźnięcia na płytę skalną, ponieważ za dość wąską płytą znajdowała się przepaść. Przy uważnym przechodzeniu taka opcja raczej nie istniała. Robert i Brygida patrzeli na innych, jak „znikają” za skałą. Bardzo im się to podobało, dlatego poszli za ludźmi bez zbędnego oczekiwania. Kiedy Robert przechodził przez zakręt za ścianą skalną, podniósł ręce do góry na znak radości. Ania czuła się wystraszona, bo myślała, że tam jest trudno. Brygida za chwilę dołączyła do niego. Ja poczekałem aż większe grupy przejdą i podszedłem z Anią do odcinka z łańcuchami. Prowadziłem, żeby ona tuż za mną mogła widzieć gdzie stawiam kroki. Pomału pokonywaliśmy kolejne etapy trzymając się łańcuchów. Ścieżka nie sprawiała problemów, bo raczej prowadziła w nierównym terenie i czasami wystawały skały o nieregularnych kształtach, mogące sprawiać niewielkie trudności. Przy uważnym przechodzeniu trudno jest o wypadek. Przecież przechodziły tędy tłumy ludzi bez strachu i zatrzymywania się. Na końcu ścieżki wystawała spiczasta skała po prawej stronie, która tworzyła „bramę” wejściową do następnego „etapu”. Za bramą mogła powstać jedyna trudność, ponieważ trzeba wejść na około dwumetrową skałę nachyloną pod dużym kątem, żeby przejść na drugą stronę. Na szczęście są tam wydrążone stopnie i wykute nierówności, w celu łatwiejszego stawiania kroków. Dla Ani to było wielkie przeżycie. Za odcinkiem łańcuchowym tylko na chwilę uspokoiła się sytuacja. Za zakrętem wyłoniła się ścieżka prowadząca początkowo kamiennymi schodami, a później prowadziła wzdłuż ostrej grani po jej prawej stronie. Mieliśmy stąd wspaniały widok na Krywań. Ania raczej koncentrowała się na trudnościach, które są przed nią, bo wiedziała, że najwięcej łańcuchów jest pod szczytem. Ciągle odczuwała ogromny strach.

Za krótkim „płaskim” odcinkiem szlak wprowadził nas na serię płyt skalnych i nierównych, postrzępionych skał. Ścieżkę wytyczono przez zagłębienia w terenie przypominającym żleb. Ciągle szliśmy w takiej „wnęce”, jakby wąwozem wśród skał. Właśnie od tego momentu rozpoczął się najdłuższy etap ubezpieczony łańcuchami. Ania bardzo się bała. Robert swoim jednostajnym tempem szedł nieprzerwanie do góry. Dzięki temu szybko osiągał wysokość. Ja poszedłem za nim, a Brygida powiedziała, że teraz pójdzie z Anią, bo spodziewała się z jej strony bardzo czasochłonnego podejścia. Mijały nas setki ludzi. Niestety tłumy zdążyły nas dogonić trochę niżej i spodziewaliśmy się zatorów na odcinkach łańcuchowych. Niestety nie uniknęliśmy tłumów... Robert na znak znużenia, w oczekiwaniu na tłumy, kazał sobie robić zdjęcia przy większych trudnościach. Przechodził tą trasę z uśmiechem i radością, bo chociaż w Tatrach był dopiero drugi raz, to trasa nie sprawiała mu żadnych trudności, ale raczej cieszył się pięknymi widokami. Ani i Brygidy nie widzieliśmy. Nie czekaliśmy na nie, ponieważ ukształtowanie terenu nie pozwalało na to. Ciągle przechodziły obok nas duże grupy, dlatego musieliśmy iść do przodu „z prądem”. Doszliśmy do miejsca, gdzie szlaki ze Świnickiej Przełęczy i Zawratu łączą się w jedną ścieżkę i prowadzą bezpośrednio na szczyt. Nieco niżej podziwialiśmy stromość zbocza i rzędy łańcuchów i ludzi podchodzących tą trasą. Widok robił bardzo wielkie wrażenie. Na skrzyżowaniu czerwonych szlaków zatrzymaliśmy się na dłużej, w oczekiwaniu na Anię i Brygidę. Mieliśmy dużo miejsca. Minęło pół godziny, ale nadal wśród turystów nie widzieliśmy naszych dwóch dziewczyn. Robert zapytał przypadkowych ludzi, czy widziały dwie dziewczyny i opisał ich ubiór. Okazało się, że Ania nie dawała rady kondycyjnie, dlatego usiadła gdzieś niżej z Brygidą i odpoczywała. Czekaliśmy na nie jeszcze jakieś dwadzieścia minut i dopiero zauważyliśmy je gdzieś w dole. Nam nie spieszyło się, bo mieliśmy dużo czasu. Jedyną niedogodnością były hordy ludzi zmierzających na Świnicę. Nasz plan zakładał raczej spokojniejsze wejście, ponieważ wyszliśmy w środku nocy. Doczekaliśmy się w końcu naszych dziewczyn. Ja i Robert poszliśmy pięciominutowym szlakiem na wierzchołek główny, który prowadził raczej przez płaskie i wielkie głazy. Na całej długości zamontowano łańcuchy. Poszliśmy swoim tempem, żeby nie blokować ruchu. Za nami szła Brygida i Ania. Robiłem im zdjęcia. Ania mówiła, żeby fotografować ją, kiedy będzie przechodzić odcinki łańcuchowe. Tak też robiłem. Podczas całej trasy uchwyciłem ją w wielu miejscach, bo tylko ja miałem aparat przy sobie. Robertowi również robiłem zdjęcia. W trakcie podchodzenia jeden z przypadkowych panów powiedział Ani, że ma ładne paznokcie i szkoda, że zniszczą się na tutejszych skałach. Na trasie mogłem zobaczyć, jak wielkie tłumy podążają przed nami i za nami. Tuż przed szczytem wystaje duża skała, a przez nią jest przerzucony długi odcinek łańcucha. Robert wypatrywał możliwości przejścia, chwilę zastanawiając się. Kiedy znalazł swoją drogę podciągał się, łapiąc za łańcuch i skały. Wszedł na szczyt. Po dłuższej chwili na wierzchołku stanęła również Ania z wielkim uśmiechem na twarzy. Bardzo cieszyła się, bo pomimo wielkiego strachu weszła na Świnicę.

Ze szczytu mieliśmy piękną okazję podziwiać jedne z najładniejszych widoków na Tatry Wysokie, Orlą Perć, Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Tatry Słowackie, Krywań i Tatry Zachodnie. Widzieliśmy stąd naprawdę wiele i w każdym kierunku widoki po prostu zachwycały. Na szczycie dającym mało miejsca, bo raczej przypominał „usypisko” z kamieni i głazów, zrobiliśmy sobie serię zdjęć na pamiątkę. Dodatkowo wyciągnęliśmy nasz plakat z pozdrowieniami i poprosiliśmy przypadkowo spotkanego chłopaka, żeby zrobił nam zdjęcie. Chcieliśmy być na nim w komplecie, ponieważ na plakacie wypisałem wszystkie nasze przezwiska. Długo nie siedzieliśmy na szczycie, ze względu na duży ruch. Chcieliśmy raczej jak najszybciej schodzić, bo wiedzieliśmy, że jeszcze raz musimy przejść z Anią wszystkie trudności z łańcuchami. Zejście z wierzchołka sprawiało trochę problemów Ani i Robertowi. Wskazałem drogę Robertowi, a Ani pokazywałem, gdzie ma stawiać kroki. Robert i Brygida poszli szybciej do przełęczy, a ja prowadziłem Anię, aby mogła zejść bezpiecznie w tłumach. Zejście odbywało się znacznie sprawniej niż wejście, dlatego cieszyło mnie to, że zdążymy zejść jeszcze inną trasą. Robert koniecznie chciał iść przez Kasprowy Wierch, żeby poznać coś nowego. Nie chciał wracać tą samą trasą. Wśród tłumów pokonywaliśmy kolejne etapy. Większą trudność sprawiło Ani zejście przez „bramę” skalną, gdzie szlak zakręcał pod ostrym kątem w lewo, kiedy podchodziliśmy na szczyt. Z tej perspektywy rzeczywiście ścieżka wyglądała tak, jakby urywała się nad przepaścią. Pokazywałem jej, gdzie ma stawiać kroki. Przejście odcinkiem łańcuchowym przez płyty skalne z urwiskiem pokonała znacznie sprawniej. Teraz kamiennymi schodami pozostało nam dołączyć do Roberta i Brygidy.

Na Świnickiej Przełęczy zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, ponieważ teraz słońce mocno przygrzewało, a dodatkowo ruch turystów wcale nie ustawał. Ania nie chciała schodzić ponownie czarnym szlakiem, którym przyszliśmy. Raczej skłaniała się ku Kasprowemu Wierchowi 1987 m n.p.m., bo chciała podobnie, jak Robert, zobaczyć coś nowego. Poszliśmy przez Pośrednią Turnię 2128 m n.p.m., a raczej ominęliśmy jej wierzchołek wydeptaną ścieżką. Chyba nikt nie wchodził na jej szczyt, bo znacznie wydłużyłoby to drogę, a ze Świnicy widoki są znacznie bardziej okazałe. Dalej przechodziliśmy boczną ścieżką omijając wierzchołek skrajnej Turni 2096 m n.p.m. i zatrzymaliśmy się na Przełęczy Liliowe 1952 m n.p.m., gdzie rozpoczynał się szlak prowadzący do Doliny Gąsienicowej. Cała trasa prowadzi ponad jednogodzinną, wydeptaną ścieżką wśród traw. Przełęcz Liliowe stanowi umowną granicę pomiędzy Tatrami Zachodnimi a Tatrami Wysokimi. W dalszej części nie zatrzymywaliśmy się już, ponieważ czym bliżej znajdowaliśmy się Kasprowego Wierchu, tym więcej ludzi gromadziło się na szlakach. Kasprowy Wierch dawał bardzo łatwą możliwość wjechania kolejką na szczyt, przez co musieliśmy dosłownie brnąć przez tłumy. Naszym celem było teraz dojście na zielony szlak, który zaprowadziłby nas do Kuźnic. Poszliśmy w tamtym kierunku. Od tego momentu nie fotografowaliśmy nic, ze względu na „przeludnienie” trasy. Raczej koncentrowaliśmy się na jak najszybszym zejściu do Kuźnic. Od Kasprowego Wierchu szlak prowadził mocno trawersowaną ścieżką. Na całej jej długości ułożono chodnik i schody z kamieni, dzięki czemu mogliśmy przyspieszyć. Co chwilę zatrzymywały nas jednak duże grupy. Kamienny chodnik kończył się na pośredniej stacji kolejki – na Myślenickich Turniach 1360 m n.p.m. Poniżej Turni szlak prowadził przez las szeroką, ubitą ścieżką, gdzie z ziemi wystawało mnóstwo kamieni. Tutaj też nie zatrzymywaliśmy się, ale raczej przyspieszaliśmy kroku. Ania czuła się zmęczona. Jako, że samochód mieliśmy zaparkowany przy rondzie wsiedliśmy do siedmioosobowej taksówki. Za 3zł kierowca podwiózł nas do ronda, dzięki czemu ominął nas półgodzinny horror przejścia drogą asfaltową…

                                             

2 komentarze:

www.VD.pl