sobota, 23 marca 2024

Gruzja - Swanetia, cz. 4: skalny grzebień 3352 m n.p.m. i grań Podarok 3682 m n.p.m. – samotny rajd

 

DZIEŃ 8 – SKALNY GRZEBIEŃ 3352 m n.p.m. i GRAŃ PODAROK 3682 m n.p.m. – SAMOTNY RAJD
Po wczorajszym spotkaniu z gospodarzem trwającym do późnego wieczora mieliśmy wrażenie, że jeszcze rano będziemy musieli odpoczywać z powodu kaca. Tymczasem założyłem kolejne, wczesno poranne wyjście w góry, w przypadku, gdyby przywitało nas niebieskie niebo. Ekipa stwierdziła, że nie ma już sił na kolejne wysokie góry, dlatego umówiliśmy się, że wyruszę sam, a każdy z nas spędzi dzień na odpoczynku według własnych upodobań. Każdy lubił co innego: Basia potrzebowała samotności i spokoju, Damian ciszy i wody w otoczeniu gór, a ja wysokich gór i kwiecistych polan. Z taką myślą położyliśmy się spać wczorajszego późnego wieczoru.

WYKORZYSTANIE WIEDZY O CHMURACH I POGODZIE
Standardowo wstałem o godzinie 5.50, aby swoim zwyczajem sprawdzić niebo. Zobaczyłem, że jest całe siwe, ale wiedziałem, że będę miał bardzo dobrą pogodę, dlatego wstałem. Damianowi powiedziałem: ‘niebo jest siwe, ale za godzinę te chmury się rozlecą i będzie słońce’. Dlaczego tak pomyślałem? Ponieważ codziennie zajmuję się obserwacją chmur, badaniem pogody i klimatu, a robię to od 2000 roku. Patrzyłem na chmury o nazwie stratocumulus stratiformis perlucidus. Pod nią kryje się charakterystyka oraz jej właściwości. Pomimo, że nie miałem możliwości spojrzenia na nie z wysokości, aby ocenić ich strukturę i grubość, to wiedziałem, że: siwa warstwa jest cienka, jest równomiernie popękana, oraz że wspomniana struktura ‘żyje’ maksymalnie trzy godziny po wschodzie słońca. Mając takie dane postanowiłem, że wstaję i przygotowuję się do wyjścia w góry. Damian i Basia powiedzieli: ‘zostajemy i pójdziemy w ciągu dnia na swoje trasy, gdzie odpoczniemy’.

SPOKOJNY POCZĄTEK
Wystartowałem o godzinie 7.08. Po wczorajszym przejściu na przełęcz Zagaro buty nie zdążyły wyschnąć przy piecu. Założyłem więc mokre, co szybko odczułem. Powiedziałem ‘trudno’, za dnia je osuszę, kiedy słońce będzie mocno grzało. Wyruszyłem z wioski, kiedy siwe chmury zaczęły szybko zanikać. Warstwa praktycznie przerzedziła się, powstawały wielkie pęknięcia i szczeliny, a góry zaczęło oświetlać słońce. Miałem wiele radości, bo wiedza o chmurach ponownie została wykorzystana właściwie, dzięki czemu nie straciłem czasu na przygotowania, gdybym czekał aż niebo potwierdzi nadejście dobrej pogody. Za cel obrałem wielki, skalisty grzebień, który przyciągał moją uwagę z kilku wcześniej osiągniętych szczytów. Tak naprawdę, nie wiedziałem czego się spodziewać na pozaszlakowej trasie. Jako że w głowie miałem nie tylko wejście na niego, ale również przejście przez najgęściej ukwiecone zbocze górskie, jakie kiedykolwiek widziałem, to dopuszczałem możliwość, że mogło mi się nie udać przekroczyć lodowcowej rzeki z powodu jej szerokości lub zbyt silnego nurtu. Z drugiej strony – skąd miałem to wiedzieć, dopóki tego nie sprawdzę? Właśnie taki sposób myślenia zachęcał mnie, aby wyruszyć w nieznane i poszukać możliwej trasy przejścia. Rozpoczynając z poziomu wioski, standardowo poszedłem w stronę oficjalnego szlaku na przełęcz Lagem. Miałem wykorzystać tylko jego początek, a później próbować „przebitki” przez większość kaskad i potoków u stóp góry 3106 m n.p.m., gdzie każdy kolejny znajdował się w coraz głębszym żlebie. To powodowało, że trasa bywała uciążliwa. Jako że wędrowałem sam, nie miałem obaw, że ktoś będzie miał dość wysiłku, ciągłego, jednostronnego obciążenia stopy, czy, np., że dopadnie go zmęczenie psychiczne, pokonując przeszkody, przez które zmieniliśmy drogę wejścia na górę 3106 m n.p.m.


Byłem gotowy na wszelkie trudności i niewygody obranej trasy, ponieważ miałem przed sobą dość wyjątkowy cel, o którym mało kto myśli w kontekście Swanetii. W każdym razie nie spotkałem się z opisem wybranej drogi na blogach, przewodnikach, czy w innych serwisach w Internecie. Może trasa nie jest trudna pod względem technicznym, ale wymagała dużej kondycji, samozaparcia i szukania właściwego kierunku. Wioskę przeszedłem szybko. Tuż za nią wyszedł jeden średniej wielkości, biszkoptowo-brązowy pies, ale poszedł ze mną tylko przez chwilę. Utrzymywałem szybkie tempo. Zauważyłem, że pies wahał się, po czym zawrócił. Chyba wyczuł, że lekko nie będzie... Tymczasem, za drugim mostem na rzece Enguri, skręciłem na znany mi szlak prowadzący pod dużym ukosem w stosunku do zbocza górskiego. Powoli zdobywałem wysokość, ale nie czułem przy tym zmęczenia. Za to pokonywałem sporą odległość. Idąc pierwszymi trawiastymi polanami z pierwiosnkami, gdzie w tle mamy piękny wodospad-kaskadę pomiędzy dwoma skalistymi zboczami, powstał dodatkowy efekt. Na wysokości około 2700 m n.p.m. zawisł bardzo wąski i półprzezroczysty pas małych chmur, które przecinały góry na dwie części. Wiedziałem, że opisywane zjawisko będzie „żyło” przez maksymalnie godzinę, dlatego szybko zrobiłem zdjęcia oraz go podziwiałem, jakbym patrzył na coś zupełnie nowego, mi nieznanego.

Standardowo na początku szlaku mijałem stado koni

 
Efektowny pas chmur, który szybko się rozleciał

Trochę dalej, na otwartej przestrzeni dostrzegłem, że połowa nieba nad Ścianą Bezingi nie jest niebieska, ale jakby taka bardziej biaława. Miałem wówczas wrażenie, że widoki w stronę śnieżnych gór są jakieś takie… październikowe. Wyższe granie przyjęły odcienie jesiennego brązu, a trawy nie mogły osiągnąć swojej intensywnej zieleni. Czegoś mi brakowało. Mimo wszystko, szedłem dalej, mając nadzieję, że bielejące niebo ustąpi, a październik ponownie zamieni się w pełne lato. Po cichu liczyłem, że tak będzie. Na odcinku pierwszego lasu z młodych brzóz, niebo przyjmowało w większej części kolor niebieski. Siwa warstwa chmur najpierw popękała na drobne kawałki, po czym rozpadła się i znikła. Tego dnia trawę pokrywała grubokropelkowa rosa, dlatego bardzo szybko przemoczyłem spodnie. Wówczas jej nadmiar zaczął wlewać się do butów poprzez nogi. Czułem, gdy miałem coraz więcej wody w środku… aż chlupało. Nic nie mogłem zrobić, ponieważ wiedziałem, że dalej będą tylko większe zarośla oraz jeszcze więcej kropel rosy… Nikt za mną nie szedł. Odtąd wiedziałem, że przez większą część dnia będę iść samotnie. W drugim lesie, który pokrywał znaczną część zbocza, widziałem, że wody znacznie przybyło, ale również rośliny pokrywały duże krople rosy. Kiedy dotarłem na zakręt szlaku okrążający zbocze, zobaczyłem przy ścieżce dość niskie rośliny o okrągłych liściach z piłokształtnymi zębami. Każdy ząbek miał własną dużą kroplę. Nie mogłem obojętnie przejść obok takiego widoku, dlatego obowiązkowo zrobiłem im zdjęcie oraz przyglądałem się im. W okolicy skakały również żaby i przebiegały jaszczurki. Przejście wspomnianym odcinkiem spowodowało, że do butów naleciało mi dużo wody. Spodnie już jej nie przyjmowały. Za zakrętem ponownie zachwyciłem się niesamowitą, kwiecistą polaną otoczoną łukiem z białych rododendronów. Ten widok nigdy się nie nudził. Wybrałem ścieżkę do punktu poboru wody, gdzie mogłem zobaczyć zwiększony jej poziom z powodu wczorajszej ulewy. Dalej czekała mnie pozaszlakowa przeprawa, której znałem tylko jakiś fragment – ze wspólnego wejścia na górę 3106 m n.p.m.

   
Piękne widoki miałem od samego początku. Pogoda dopisywała tego dnia. Po opadach deszczu utworzyła się grubokropelkowa rosa, która spowodowała, że szedłem z kałużami w butach

 
Patrząc na takie widoki, aż chciało się iść

 
Miejsce, gdzie będę przekraczać potok, na którym utworzono punkt poboru wody

JAK DZIAŁA PSYCHIKA W GÓRACH ORAZ UCIĄŻLIWE KASKADY
Dotąd szło mi się trochę trudniej, ponieważ działała psychika. Miałem w świadomości, że przechodzę ten sam kawałek trasy. Z drugiej strony wiedziałem, że za niedługo rozpocznę coś nowego, dzięki czemu będę miał inne siły, ponieważ będę zafascynowany czymś nowym oraz będę musiał zwiększyć czujność. Wysokie trawy pokryte grubą rosą widoczne za punktem poboru wody powodowały, że przyjmowałem zbyt duże ilości kropel, które dosłownie wlewały się do butów. Nawet zacząłem wyciskać nadmiar wilgoci z górnej ich części. Miejscowe mokradła dodatkowo nie ułatwiały sprawy. Mimo wszystko, miałem dobry nastrój, ponieważ szedłem w nieznane, a niebo otworzyło się, umożliwiając mi podziwianie cudnych widoków. Bagna postanowiłem przeciąć nieco inaczej niż wtedy, gdy szliśmy w grupie. Wybrałem wędrówkę przez w miarę najwyższe ich punkty, dzięki czemu nie traciłem wysokości, wchodząc na przestrzeń opadających zboczy góry 3106 m n.p.m., z którą „walczyliśmy” dwa dni temu. Podobnie jak w poprzednim przypadku, tak teraz zacząłem przebijać się przez rzędy głębokich kaskad. Pierwszą i drugą przekroczyłem w podobnym stylu, co z moją ekipą. Szukałem wcięć w poziomie, aby nie schodzić stromo w ich głąb. Trzecia sprawiła mi najwięcej kłopotów, ponieważ w każdym punkcie, gdzie chciałem dostać się do poziomu wody, opadająca stromizna kończyła się prawie pionową ścianą o wysokości 3-4 metrów. Wyglądała zbyt niebezpiecznie, a tym bardziej, że zarosła. Szukałem innego zejścia. Znalazłem punkt, gdzie rosły dorodne krzaki rododendronów. Widząc, że występują one aż do poziomu kaskady, postanowiłem opuszczać się dzięki nim, podobnie jak na linie, wykorzystując ich mocne gałęzie. W ten sposób przeskoczyłem na drugi brzeg. Do góry było mi znacznie łatwiej, dlatego szybko przedostałem się na kolejną polanę. Teraz patrzyłem na zbocze sprzed dwóch dni, na którym wylewaliśmy poty i… chęci. Odtąd wszystko, co dalej, było dla mnie zupełnie nowe… Poczułem nagły przypływ sił, a raczej zauważyłem, że psychika zaczyna działać inaczej, ponieważ odtąd sam wytyczałem sobie trasę oraz odkrywałem coś nowego dla mnie, o czym nie piszą przewodniki.

   
Widoki na trasie przekraczania kaskad

W oddali widziałem najgęściej ukwieconą polanę, jaką kiedykolwiek w życiu widziałem. Wspomniany fragment góry miał dosłownie żółte zbocze. Wyróżniało się ono na tle innych szczytów. Koniecznie chciałem tam być. Patrząc na zielone stoki góry 3106 m n.p.m. widziałem, że przed sobą mam kolejne potoki i polany. Z kolei, w dole, patrzyłem na szeroką rzekę górską o wartkich wodach. Nie potrafiłem znaleźć ani jednego miejsca, gdzie mógłbym ją przekroczyć. Z dnia wczorajszego miałem świeże doświadczenie, które potwierdziło zasadę, że nie wszystkie potoki pozwalają przejść do kolejnego etapu. Posiadałem jednak nadzieję, że teraz znajdę rozwiązanie. Przede mną widniały polanki i kolejne strome kaskady, dlatego postanowiłem, że nimi pójdę, a w międzyczasie spróbuję wypatrzyć możliwe miejsce przeskoczenia rzeki, która ma podobny charakter co Enguri. Do głowy wpadł mi ciekawy pomysł, aby wykorzystać grubą warstwę śniegu zalegającą przynajmniej w dwóch miejscach nad nią. Pomyślałem, że gdybym dotarł do jednego ze wspomnianych miejsc, mógłbym w ułatwiony sposób przejść na drugą stronę. Najpierw jednak musiałem w ogóle do niego dojść. Z góry założyłem, że pierwszy śnieg będzie lichy i słaby, dlatego wszelkie próby chciałem rozpocząć od drugiego punktu. Gruba warstwa wyglądała tak, jakby rozpostarł się biały most pomiędzy przeciwległymi brzegami, a pod nim płynęła rzeka. Widząc, że nagromadzony śnieg utworzył wielką kopułę, miałem nadzieję, że uda mi się przejść górą. Wędrówka polaną za trzecią kaskadą nie należała do przyjemnych, ponieważ duża stromizna opadającego zbocza powodowała, że skręcało mi stopy w prawą stronę, w dół. Czasami zbyt szybko wytracałem wysokość, dlatego po każdorazowym spostrzeżeniu tego faktu, nadrabiałem zaległości. Podchodziłem trochę wyżej, ponieważ w dole rozpoczynały się mokradła oraz w pewnym momencie rzeka płynęła w lokalnym wąwozie, a może nawet kanionie? Zieloną polanę kończyła kilkunastometrowa skalna ściana z obu stron, a pomiędzy nimi płynęły wody lodowatej rzeki. Wybrałem trasę położoną sporo powyżej płaskich terenów, ponieważ wiedziałem, że do właściwego punktu pokonania górskiej rzeki jeszcze mi trochę zostało. Według mapy, która błędnie wskazywała możliwą drogę obejścia góry 3106 m n.p.m., najbliższy punkt miał być dopiero na wysokości 2700 m n.p.m. Co prawda stale zwiększałem wysokość, ale jeszcze dużo mi brakowało…

Tak wielkiej ukwieconej powierzchni jeszcze nigdy nie widziałem

TEN MOMENT, KIEDY JEDNYM KAMIENIEM ZAWALIŁEM JEDYNĄ MOŻLIWOŚĆ PRZEKROCZENIA RZEKI LODOWCOWEJ
Idąc nierówną polaną, widziałem przed sobą czwartą kaskadę, która przebiegała w skalno-trawiastym terenie. Odtąd zacząłem schodzić do poziomu łąk, ponieważ wypatrzyłem szeroką i długą półkę, którą mogłem znacznie szybciej podejść dalej. Przecinając pas mokradeł, dotarłem do miejsca, gdzie patrzyłem na drugi, wielki płat śniegu. Po przeciwnej stronie rzeki rozpoczynało się moje wymarzone zbocze pełne żółtych kwiatów. Wspomniany wielki fragment terenu zdecydowanie przebił wszystko to, co dotychczas widziałem, ponieważ kwiaty występowały tak gęsto, że kiedy zrobiłem im zdjęcie, miałem wrażenie, że trawa jest tylko dodatkiem do nich… Szeroka półka z polaną kończyła się wielkim mostem śnieżnym. Co ciekawe, wpadał tu również prostopadle ułożony potok względem rzeki, będący jej dopływem. Wielka zaspa zakrywała miejsce skrzyżowania płynących wód oraz obejmowała zasięgiem zbocza położone po obu ich stronach. Śnieżny most przypominał kopułę, wewnątrz której krzyżowały się górskie rzeki, ale na razie, w czerwcu, nie mogłem tego zobaczyć na własne oczy. Kiedy zszedłem do wielkiego płatu postanowiłem, że sprawdzę jego wytrzymałość, zanim postawię na nim krok. Najgorsze, co mogło się przydarzyć, to wpadnięcie do lodowatej rzeki, gdzie później miałbym wielkie trudności z wydostaniem się na zewnątrz. Buty całkowicie przemokły, a w środku chlupały „kałuże”. Postanowiłem, że kiedy w jakiś sposób przejdę na drugą stronę, to rozłożę się w kwiatach na dwudziestominutową przerwę i tam wykręcę skarpety oraz wyleję wodę z butów. Liczyłem nawet na ich częściowe osuszenie, ponieważ słońce mocno grzało. Zanim jednak wstąpiłem na śnieg, wziąłem do ręki duży kamień mieszczący się w dłoni, po czym rzuciłem nim na środek śnieżnej kopuły. Oczekiwałem, że najzwyczajniej wbije się tam i tak pozostanie. Miałbym wówczas potwierdzenie, że biała warstwa jest mocna, bo wytrzymała duży punktowy nacisk. Tymczasem nie spodziewałem się tego, co zobaczyłem i… usłyszałem. Kiedy rzuciłem kamieniem na środek, cały śnieżny most runął z wielkim hukiem, jakby schodziła lawina. Po okolicy rozległ się bardzo niski, basowy dźwięk pękającego śniegu. Wielkie i grube fragmenty zapadły się na skrzyżowaniu górskich rzek. Powstała wielka dziura w kopule, odsłaniając tym samym niewidoczne wcześniej skrzyżowanie. Dźwięk i efekt pękającej warstwy zrobił na mnie ogromne wrażenie. Od razu się ożywiłem. Po chwili zacząłem szukać innego możliwego przejścia, ponieważ mój chyba jedyny pomysł właśnie runął…

 
Rzucając kamieniem na największy płat śnieżny spowodowałem jego głośne zawalenie z hukiem. Jedyna, jak się wydawało droga przejścia właśnie się zawaliła

PRZEKROCZENIE POTOKU I ODPOWIEDNI MOTYWATOR
Patrząc nieco wcześniej od wielkiej kopuły śnieżnej zauważyłem, że rzeka zakręca na krótkim odcinku na kształt litery „S”. Na zakręcie, rosły jakieś drobne krzaki, ale żaden z nich nie miał liści. Oceniłem, że jest tam w miarę wąsko, choć wiedziałem, że zabraknie mi odległości, gdybym zdecydował się skakać na drugi brzeg. Dojrzałem jednak mały szczegół. Po drugiej stronie wody rzeki są bardzo płytkie. Nawet, gdybym nie przeskoczył, to co najwyżej wpadłbym na płycizny. Z aktualnej perspektywy wypatrywałem również, jakie są kolejne możliwości, spoglądając na przestrzeń za drugim płatem, który właśnie „wrzuciłem” do potoku jednym kamieniem. Tuż za nim śnieg ciągnął się w postaci długiego pasa, a po lewej stronie patrzyłem na nierówne, poprzecinane żlebami i potokami zbocza. Dalsza trasa wydawała mi się wyjątkowo uciążliwa, stąd postanowiłem spróbować opcji z krzakami. Kiedy podszedłem w ich okolice, przyglądałem się drugiemu brzegowi. Rzeczywiście, nurt rzeki wypływającej z lodowca był mocny, ale po przeciwnej stronie wody wydawały się płytkie. Na dnie wyraźnie widziałem kamienie. Najpierw „stworzyłem” sobie w odpowiedni sposób coś, co zmusiłoby mnie do próby przeskoczenia przez potok na drugą stronę. Spakowałem wszystkie rzeczy do plecaka, włącznie z aparatem-lustrzanką, którą zawsze nosiłem przy sobie. Tak przygotowany plecak przerzuciłem na drugi brzeg, na gęsto rosnącą trawę. Na moje oko wyglądało, że jest tam bardzo miękko, więc raczej nic nie powinno się stać podczas rzutu. Nawet przypięty czerwony cicik znalazł się po drugiej stronie. W najwęższym punkcie niestety rosły krzaki, dlatego nie miałem możliwości rozpędu. Musiałem skakać z miejsca. Mokre, płożące się gałęzie nie ułatwiały zadania, ponieważ podeszwa w ogóle nie łapała przyczepności. Mokry Vibram tak po prostu ma. Po chwili skoczyłem, ale lewą nogą wylądowałem na płyciznach. Mimo wszystko, woda zdążyła się wlać górną częścią buta. Ponownie miałem kałuże w środku. Cieszyłem się, bo mogłem iść dalej. Wiedziałem również, że nie będę tędy wracać, dlatego mogę zapomnieć o nieprzyjemnym terenie i o przechodzeniu uciążliwych żlebów z kaskadami. Odtąd rozpoczynała się najprzyjemniejsza część pozaszlakowej trasy.

NAJBARDZIEJ NIEZWYKŁA POLANA, JAKĄ KIEDYKOLWIEK WIDZIAŁEM
Od samego początku nowego dla mnie zbocza, żółte kwiaty ciągnęły się aż dwa rzędy powyżej, czyli praktycznie do końca zielonych traw (poziom 2950 m n.p.m.). Zegarek wskazywał 9.02 rano. Poszedłem kilkadziesiąt metrów wyżej, usiadłem na płaskim kawałku, gdzie wszędzie otaczały mnie żółte jaskry. Tam zdjąłem buty, wylałem z nich wodę, po czym wykręciłem skarpety. Dodatkowo ściskałem materiałową część butów, aby wycisnąć z niej wodę. Udało się, bo poleciała ciurkiem. W tym miejscu siedziałem 25 minut. Zdążyłem zjeść wszystkiego po trochę – w tym znanych i lubianych radzieckich ciastek. Słońce mocno grzało. Skarpety zdążyły znacznie obeschnąć, a buty tylko od zewnątrz. Po ich założeniu czułem komfort. Po prostu miałem inne odniesienie. Gdybym od początku miał wyruszyć z mokrymi skarpetami i butami jak teraz, na pewno nie poczułbym wygody. Porównując warunki do tych sprzed zaledwie paru chwil wcześniej, to mogłem powiedzieć, że odczuwałem wielki komfort. W międzyczasie odpoczywałem oraz podziwiałem cudne widoki. Odtąd wiedziałem, że będzie tylko piękniej. Rozglądałem się za siebie, czyli tam, gdzie miałem pójść dalej, ponieważ siedziałem przodem do rzeki. O jakiejkolwiek ścieżce mogłem zapomnieć. Zanim przekroczyłem lodowcową rzekę obserwowałem zbocza naprzeciwległych gór, aby wybrać jakąś sensowną drogę przejścia, ponieważ te porastały bardzo gęsto rododendrony w postaci ukośnie odbiegających skupisk w stronę widocznych śniegów na skalistym grzebieniu. W głowie miałem już ułożony obraz możliwej trasy.

 
Przedostałem się na drugą stronę rzeki. Odtąd eksplorowałem nieznany mi teren oraz taki, o którym nie dowiemy się nic z Internetu

Po 9.25 wyruszyłem dalej. Wielką radość sprawiała mi wędrówka przez niezwykle ukwieconą polanę. Po kilku minutach zauważyłem gruby, uschnięty barszcz Sosnowskiego. Złamałem go przy samej ziemi, po czym zostawiłem tylko jego główną część. Baldach odrzuciłem. Służył mi za kijek trekkingowy. Składał się z pięciu segmentów, podobnie jak to ma miejsce przy bambusowej tyczce. Twarda, zdrewniała łodyga pozwalała mi na podpieranie się podczas podchodzenia. Szedłem coraz wyżej. Rosa nadal nie znikała, dlatego szybko zaczęła wlewać się do butów. Ponownie słyszałem charakterystyczne chlupotanie „kałuż” przy każdym kroku. Podchodząc wyżej, patrzyłem za siebie. Zachwycałem się niezwykłą polaną, ponieważ żółte kwiaty „przykryły” falujące w niższej części zbocze niczym dywan. Dosłownie wyglądały jak żółta narzuta. Właśnie w jego rejonie wypatrzyłem źródło… wody gazowanej. Podobne są mi znane z wyjazdu na Kazbek w 2021 roku. Wspomniane źródła są charakterystyczne, ponieważ koryto potoku wypełnia niepowtarzalna mieszanka minerałów, która przyjmuje rdzawo-brązowy kolor. Woda jest nasycona dwutlenkiem węgla i ma właściwości lecznicze. Podobną piłem w Dolinie Truso. Za kilkanaście minut dotarłem do końca pierwszego z dwóch rzędów zboczy. Wszędzie dookoła gęsto rosły rododendrony. Jako że jeszcze przed śnieżną kopułą wypatrzyłem sobie odpowiednią drogę przejścia, teraz wiedziałem, na które ich skupiska mam się kierować. Dzięki temu przebijałem jedynie około 3-metrowy pas tych kwiatów rosnących w postaci bujnych krzaków.

       
Od samego początku od przekroczenia rzeki miałem rajskie widoki

   
Kwiatów było tak dużo, że zbocza gór z daleka przyjmowały żółty kolor 

Po przekroczeniu naturalnego „muru”, poszedłem dalej pod ukosem, a jednocześnie do góry, wyraźnie oddalając się od miejsca, gdzie przekroczyłem lodowcową rzekę. Przede mną otworzyła się druga część niezwykłej, kwiecistej polany. Odtąd poczułem pełnię radości. Panował zupełny spokój. W oddali nie widziałem żadnych ludzi. Dostrzegłem nawet, że białawe niebo gdzieś znikło, podobnie jak październikowe kolory. Całe niebo przyjęło wyraźny, błękitny odcień, dzięki czemu miałem idealne warunki pogodowe, jak również fotograficzne. Podchodząc coraz wyżej, nadal słyszałem chlupotanie w butach, ale przynajmniej było mi ciepło. Odczucie dyskomfortu gdzieś zanikało. Raczej zachwycałem się niepowtarzalnym dywanem jaskrów alpejskich. W dniu czwartym, kiedy wchodziliśmy na górę 3242 m n.p.m. widoczną z korytarza prowadzącego do naszego pokoju, mieliśmy również niesamowicie ukwiecone całe zbocze górskie, jednak to było inne. Nie mogłem powiedzieć, że jedno miało piękniejszą urodę od drugiego, ale raczej chcę określić jakie są różnice. Zbocze góry 3242 m n.p.m. zachwycało gęstością kwiatów i faktem, że rosły one od jej stóp, aż do zielonego wierzchołka na poziomie 2950 m n.p.m. Dodatkowo żółte jaskry i białe, nieznane mi kwiaty mieszały się z nimi w sposób losowy, co dawało piękny efekt mozaiki. Tutejsza polana chociaż nie była położona na dużej wysokości, to zajmowała wielką przestrzeń. Gęstość występowania jaskrów alpejskich powodowała, że kiedy spojrzałem na środkową i dolną część całej doliny, miałem wrażenie, że przykryto ją żółtą narzutą. Obie polany zachwyciły mnie swoją urodą, dlatego stwierdzam, że obie są miejscami, które koniecznie trzeba zobaczyć, ponieważ są cudne, niezwykłe. Byłem w wielu pięknych miejscach i górach, ale podobnego widoku nigdy nie doświadczyłem. Z tego powodu postanowiłem sobie, że zaplanuję jeszcze jeden odpoczynek, ale w miejscu, gdzie zieleń będzie zanikać. Wówczas jeszcze raz na wszystko spojrzę z góry oraz będę mógł osuszyć buty i skarpety. Tam, gdzie kończy się trawa, a zaczynają skały, rosa już nie będzie zalewać butów.

  
Widoki z poziomu 2850 m n.p.m.

ZMIANA KLIMATU
Powyżej poziomu 2850 m n.p.m. minąłem ostatnie rododendrony. Odtąd podchodziłem spokojnym krokiem, w stronę końca drugiego rzędu trawiastego i kwiecistego zbocza. Powyżej 2900 m n.p.m. nadal występowało mnóstwo jaskrów, ale te stawały się coraz mniejsze i rozstrzelone w większych odstępach. Zbocze kończyło się na wysokości 2926 m n.p.m. Powyżej widniał tylko wąski pas uschniętych traw, a jeszcze wyżej – brązowe skały. Odtąd patrzyłem na właściwe podejście na skalisty grzebień, który obserwowałem od kilku dni. Jako że jest on widoczny nawet z Ushguli, to teraz miałem piękny widok na wioskę, a także na całą dolinę Enguri. Nawet pojawił się zasięg w telefonie. Dopiero teraz mogłem ocenić, który ciąg grani wybrać na drogę powrotną, ponieważ ani z mapy, ani z bocznego widoku z góry 3106 m n.p.m. i 3242 m n.p.m. nie można było jasno określić, która wersja będzie lepsza. Prawy rząd wydawał się łatwy, ponieważ prowadził trawiastymi grzbietami, ale na samym końcu schodziło się na mokradła i nieciekawy teren widoczny z punktu poboru wody. Dodatkowo ostatni fragment opadającego zbocza wyglądał, jakby w rejonie lasu pojawiały się małe urwiska skalne. Nie wyglądało to zbyt ciekawie. Lewy rząd grani nurtował mnie ze względu na „brakujący” fragment góry w okolicach 2800 m n.p.m., który wyglądał jakby wybuchła tam kiedyś wielka bomba, pozostawiając za sobą potężną wyrwę, której do dziś nic nie wypełniło. Z perspektywy lokalnego wierzchołka 2926 m n.p.m., na którym teraz odpoczywałem, mogłem zobaczyć, że wybierając lewą grań prowadzącą trawiastymi grzbietami, będzie mi znacznie łatwiej, ponieważ hipotetyczna ścieżka przebiega po lewej stronie wyrwy, a tak naprawdę rejon „brakującego” kawałka góry łączy oba równoległe grzbiety. Wybierając tę opcję, zejście byłoby dla mnie bardzo łatwe, ponieważ początkowo szedłbym trawiastymi polanami, a dalej kwiecistymi dywanami, które kończyły się dopiero w dolinie Enguri, przy rzece o tej samej nazwie.
 
Zegarek wskazywał godzinę 11.05. Postanowiłem zrobić dłuższy odpoczynek, a raczej przerwę na suszenie butów. Ponownie wykręciłem skarpety, wylałem wodę z butów oraz wycisnąłem materiałową część. Teraz słońce grzało bardzo mocno, dlatego spodziewałem się przyspieszonego efektu osuszania. Zewnętrzna część zdążyła w dużej mierze ładnie obeschnąć, a skarpety wydawały się suche. Mówię ‘wydawały się’, ponieważ miałem inne odniesienie. Stopy trzymane cały czas w butach z „kałużami” odczuwały aktualny poziom wilgoci jako suchy, choć wiedziałem, że w tak krótkim czasie nie mogły się jej pozbyć w 100%. Mimo wszystko, nie czułem dyskomfortu. W trakcie odpoczynku podziwiałem po raz ostatni niezwykły dywan z żółtych kwiatów, ponieważ nawet stąd tworzył, wielką żółtą narzutę na delikatnie pofalowanym terenie w okolicach doliny. Jako że siedziałem w miejscu, które widzieliśmy każdego dnia podczas naszych wypraw, mogłem popatrzeć na wszystkie trasy, które dotychczas „zrobiliśmy”. Pomyślałem, że mało które ekipy przechodzą tyle gór podczas pobytu w Ushguli, ponieważ przybywają na krótszy okres czasu. Siedząc na trawiasto-kamienistym wierzchołku złapałem dobry zasięg. Wysłałem naszej ekipie informację, że wszystko jest dobrze i że zaraz będę rozpoczynać podejście na skalny grzebień. Podesłałem im również zdjęcia z mojej trasy, aby pokazać, jak jest pięknie.

     
Widoki z poziomu 2926 m n.p.m. Tutaj zrobiłem drugi odpoczynek będąc zupełnie sam w paśmie górskim, gdzie nie prowadzi żaden szlak ani ścieżka

       
Z punktu widokowego 2926 m n.p.m. widziałem dosłownie morze kwiatów

DROGA NA SKALNY GRZEBIEŃ 3352 m n.p.m.
Na skalny grzebień wyruszyłem o godzinie 11.30. Nie miałem obaw, że chmury zasłonią mi widoki po godzinie 13.00, jak to zazwyczaj działo się w okolicach Ściany Bezingi, ponieważ te powstawały wyjątkowo wolno i przyjmowały mniejsze formy. Dzięki temu miałem więcej czasu. Na niebie przesuwały się tylko małe chmury cumulus humilis, informujące o bardzo dobrej, wręcz letniej, słonecznej pogodzie do końca dnia. Jednak kluczem do takiej interpretacji musiał być fakt, że nie mogły zwiększać one swojej objętości, ale raczej powinny tworzyć równoległe rzędy, a one same powinny być w mniej, więcej podobnych odstępach między sobą. Właśnie takie warunki miałem obecnie. Wiedziałem, że szczyt grzebienia znajduje się na wysokości 3352 m n.p.m., ale tworzą go dwa wierzchołki w dość bliskiej odległości. Nie wiedziałem za to, na ile lokalnych szczytów będę musiał wejść po drodze, zanim osiągnę ten właściwy. Jak się później okazało, miałem ich aż… 11. Z tego powodu nie nastawiałem się, że każdy kolejny jaki zobaczę, będzie tym ostatnim. Ze zdjęć, które zrobiłem podczas poprzednich dni wynikało, że musi być on całkowicie pokryty śniegiem, a zanim do niego dotrę, będę musiał iść dość długą, śnieżną granią. Na razie miałem przed sobą brązowe skały, układające się na wzór ostrza. Pierwsze dwa wierzchołki należały do łatwych, ponieważ tworzyły je drobne kamienie. Na szczęście nic nie sypało się pod nogami.

   
Pomału wkraczam do świata zimy 

Wyżej widziałem ostrą grań, którą pokrywa śnieg. Mogłem stąd ocenić, że podobny charakter podejścia będę miał od siódmego wierzchołka. Każdy następujący po sobie lokalny szczyt nieco zwiększał poziom trudności, choć dla osób, które chodzą po Tatrach, nie będzie tu zbyt wiele miejsc podnoszących poziom adrenaliny. Na kolejnych wierzchołkach musiałem kolejno: obejść większy płat śniegu, większe połacie ostrych, wystających z ziemi skał, przejść łatwą płytą oraz kluczyć pomiędzy wielkimi głazami, gdzie po lewej stronie miałem widok na kwadratową skałę z wystającą iglicą. Na szczęście nie trzeba iść w jej kierunku. Dalej swój początek bierze trochę dłuższa grań, którą aktualnie pokrywały nawisy śnieżne. Podczas roztopów mogły wywołać lawinę, gdyby poniższe warstwy były dostatecznie wytopione i nie trzymały się dobrze podłoża. Nie planowałem tego sprawdzać. Szedłem coraz wyżej. Kiedy dotarłem do długiego pasa śniegu, zacząłem sondować go kijem z barszczu Sosnowskiego, a także każdy ślad ubijałem trzykrotnie, ponieważ mając doświadczenie z poprzednich gór, które przeszliśmy razem wiedziałem, że raz wybity ślad może zapaść się jeszcze głębiej. Tempo wyraźnie spadło, ale zależało mi, aby przygotować sobie dobrą trasę zejściową, a także, żeby sprawdzać, po której stronie grani jest bezpiecznie. Odtąd gruba warstwa śniegu zalegała na obu zboczach grzebienia, dlatego szedłem tam, gdzie jest w miarę płaski teren, a jednocześnie nie tworzyła nawisów.

      
 
Widoki z siedmiu pierwszych szczytów wchodzących w skład 12-szczytowej, skalistej grani 

Od dziewiątego wierzchołka warunki uległy totalnej zmianie. Można powiedzieć, że wszedłem do świata pełnej zimy. Wszystko, co widziałem przede mną miało biały kolor. Teraz poczułem klimat moich wypraw na cztero- i pięciotysięczniki, gdzie wracało się przez lodowce, a słońce niezwykle paliło. Promienie odbijane od powierzchni śniegu w środku słonecznego dnia dosłownie grzeją. Czujesz się jak w piekarniku, a usta pękają aż do krwi. Odczuwasz zaduch, gorąco, a biel wręcz oślepia. To, dlatego podczas wędrówek śnieżnymi górami konieczne jest by nosić okulary lub gogle lodowcowe minimum trzeciej kategorii, choć za lodowcowe uważa się tylko te, które mają czwartą klasę. Szedłem bez wspomnianych okularów, ponieważ mój wzrok jest przyzwyczajony do bardzo dużych ilości światła, dlatego zawsze powtarzam, że w pokoju powinienem mieć lampę chirurgiczną o mocy 1000 W. Pomiędzy wierzchołkami teren wyglądał na nawet płaski. Jednak nie rozluźniałem się z tego powodu, ale raczej dalej sondowałem teren, z obawy przed przypadkowym wejściem na podobne formacje, jakie miałem przy szóstym wierzchołku. Co konkretnie mam na myśli? Pod śniegiem mogły być przysypane, np. pionowo opadające skały z urwiskiem, na których aktualnie leżałby śnieżny most, przykrywający zagrożenie. Na szczęście teren wyglądał na płaski, ponieważ pod białym puchem leżały drobno potłuczone kamienie, co mogłem zobaczyć na dziesiątym wierzchołku, gdzie słońce zdążyło wytopić śnieg o promieniu jednego metra. Dalej ciągnęła się już tylko piękna zima. Byłem nią zachwycony, ponieważ miałem świadomość, że w ciągu połowy dnia przeszedłem z pełnego lata, do cudownej, ukwieconej wiosny i dalej do pełnej zimy, gdzie zalegały grube warstwy śniegu. W jednym miejscu, o czym będzie nieco dalej, zrobiłem nawet pomiar grubości białej pokrywy. Pomiędzy dziesiątym a jedenastym szczytem (tym właściwym) rozlegała się dość duża płaszczyzna. Również tam sondowałem teren, ponieważ zawsze musiałem zakładać, że pod białymi warstwami może być ukryte jakieś niebezpieczeństwo (np. szczelina, poduszka powietrzna pomiędzy dużymi głazami/skałami, itp.). Na szczęście tworzył on jednolitą i twardą strukturę. Ani razu nie wpadłem w głębiny, a tak naprawdę spodziewałem się, że będę brodzić w ciężkim i mokrym śniegu, co byłoby niezwykle uciążliwe.

  
     
Czym wyżej, tym piękniej - wkraczam w świat zimy i lodowców
 
GRZEBIEŃ ZOSTAJE OSIĄGNIĘTY, NIESAMOWITE MIEJSCE
Po godzinie 12.40 stanąłem na oficjalnym szczycie skalistego grzebienia, który z daleka wyglądał jak brzytwa. Przed sobą miałem niesamowity, bo pierwszoplanowy widok na Ścianę Bezingi i Shkharę. Nie zasłaniała jej żadna inna góra. Podziwiałem ją w pierwszej linii. Spojrzałem również w dół, w stronę kwiecistych polan, ale te były dość daleko, żeby tworzyły tak piękny efekt, jak z podejścia na ostatni trawiasty wierzchołek 2926 m n.p.m. Również pode mną królowała tylko i wyłącznie biel. Pomiędzy grzebieniem a górą Kareta 3524 m n.p.m. widniał szeroki i wielki lodowiec pokryty grubymi masami śniegu. Po prawej z kolei biel pokrywała stromo opadające zbocze górskie. W jego rejonie latało kilkanaście czarnych ptaków, które szukały czegoś do jedzenia, a co jakiś czas mocno wzbijały się w powietrze. Na szczycie zrobiłem kilkuminutową przerwę, ponieważ obowiązkowo musiałem sfotografować wszystkie widoki dookoła. Z racji pory dnia, pod Ścianę Bezingi dotarły pierwsze, mniejsze chmury. Z tej perspektywy tworzyły niezwykły trójwymiarowy efekt, ponieważ znajdowały się niewiele wyżej niż ja. Dzięki temu mogłem zobaczyć ich piękną warstwę przecinającą góry na dwie części. Taki widok zachwycał. Był obłędny! Za chwilę oderwałem większy płat śniegu. Pękł wyjątkowo równo, dlatego odwróciłem go, po czym utworzyłem z niego mały stół. Ułożyłem na nim czerwonego i rudego cicika. Zrobiłem im zdjęcia na tle pięknych, zimowych pięciotysięczników. Taki mam zwyczaj, że ze mną wyruszają ciciki, które muszą mieć zdjęcie na szczycie, przy założeniu, że nie wieje wiatr. Dzisiaj panowała bezwietrzna pogoda. Zimny wiatr zawiewał jedynie w okolicach wysokości 2900 m n.p.m. Cieszyłem się niezwykłym spokojem i ciszą. Cały czas miałem chęci, siły i kondycję. W butach nie czułem chlupotania. Rozglądając się przed siebie, postanowiłem, że pójdę jeszcze dalej, idąc śnieżną granią do najbliższego lokalnego wzniesienia, które nie będzie wymagało użycia żadnego sprzętu. Dodatkowo założyłem, że jeśli cokolwiek wzbudzi moją niepewność, to zawrócę, ponieważ główny cel został w pełni osiągnięty i to w najlepszych możliwych warunkach, z cudnymi widokami. Za głównym szczytem zauważyłem, że brakuje sporej powierzchni bieli, tak jakby jej część ‘zjechała’ gdzieś poniżej. Powstała wyrwa sugerowała ‘deskę’ czyli kawał śniegu w postaci ‘płyty’, który nie trzymał się podłoża. Między innymi takie fragmenty są zaczątkiem lawin. Mogłem wywnioskować, że to zjawisko miało miejsce znacznie wcześniej. Z drugiej strony, nie szedłem w zagrożonym terenie, bo wybrałem główny ciąg, który łączył grzebień oraz grań wbijającą się bezpośrednio w pięciotysięczniki. Widziałem, że powyżej 3700 m, a może 3800 m n.p.m. teren wygląda na wspinaczkowy, dlatego nie myślałem o tamtym odcinku. Nawet czas nie pozwalał na aż tak wiele.

         
Widoki ze skalnego grzebienia na wysokości 3352 m n.p.m. Ciciki obowiązkowo musiały podziwiać widoki razem ze mną

GRAŃ PODAROK 3682 m n.p.m. – SAMOTNY RAJD
Zanim wyruszyłem dalej, postanowiłem sprawdzić jak wielkie masy śniegu zalegają w moim otoczeniu. Ich głębokość zmierzyłem za pomocą kija z barszczu Sosnowskiego Teraz miał około metr długości (niecałe dwa łokcie po 54 cm), ponieważ prawie trzy segmenty zdążyły się zetrzeć podczas podchodzenia skalistą częścią grzebienia oraz podczas sondowania terenu. Jako że śnieg tworzył pewnego rodzaju urwisko, jedynie przyłożyłem do niego kij, po czym orientacyjnie określiłem głębokość po warstwach, które oddzielone były widocznymi brązowymi pasami. Z szacunkowego pomiaru wyszło mi, że po prawej stronie zalegało około 7 m śniegu, a po lewej aż 11 m! Wziąłem pod uwagę, że skaliste zbocze opada pod pewnym kątem, dlatego warstwa śniegu nie mogła być aż tak gruba. W każdym razie i tak wielkie masy bieli robiły ogromne wrażenie. Nieco dalej, gdzie grań stopniowo opadała, teren stawał się płaski. Nie widziałem żadnych nierówności, co sugerowało, że podobnie jak pomiędzy 10-tym, a 11-stym wierzchołkiem, pod grubą warstwą śniegu jest grzbiet pokryty drobno potłuczonym kamieniem. Na całej długości warstwa bieli była cały czas twarda. Poszedłem więc szybszym tempem, ponieważ nie widziałem nawisów, a teren przyjmował łagodny, zaokrąglony kształt. Dotarłem do trójkątnej grani, która składała się z dwóch długich podejść. Przypominały one nieco wejście na grzebień pomiędzy 7-mym, a 10-tym wierzchołkiem. Tyle, że były znacznie dłuższe. Grań pomiędzy grzebieniem, a tą o nazwie Podarok (tam teraz wchodziłem), w połowie drogi tworzyła siodło – długą, łagodną przełęcz. Najpierw rozpocząłem łagodne i długie podejście, po czym stanąłem przed skalistą brzytwą, którą w zdecydowanej większości pokrywał śnieg. Ponownie zacząłem wybijać ślady, które ułatwiłyby mi zejście, ale również miały zapobiec przypadkowemu poślizgowi. Stromizna nie była większa niż ta podczas wchodzenia na skalisty grzebień, dlatego nie miałem większych obaw. Jeśli poczułbym, że jest niebezpiecznie, nie zdecydowałbym się iść dalej bez sprzętu, ponieważ w razie upadku nie miałbym żadnych szans, żeby wyhamować.
 
Podchodziłem swoim tempem, bez pośpiechu. 150 m wysokości osiągnąłem w około 30 min. W miarę zdobywanej wysokości śnieg stawał się twardszy, ale nie ‘betonowy’. Takie warunki znacznie ułatwiały mi dalszą wędrówkę. Dodatkowo posiadał porowatą strukturę. Dzięki niej miałem znacznie zwiększoną przyczepność. Grań zakończyła się lokalnym wypłaszczeniem na wysokości 3516 m n.p.m. Przystanąłem na chwilę, aby popatrzeć na piękne widoki dookoła. Poszedłem dalej, korzystając z bardzo dobrego śniegu. Bardzo ułatwiał pokonywanie kolejnego etapu. Nie musiałem nawet wybijać śladów. Korzystałem z nierównej, szorstkiej i porowatej struktury. Przede mną widniało ostatnie podejście. Z przodu widziałem jedynie dwa garby oraz wystające ciemnobrązowe skały. Wiedziałem, że bez warstwy bieli musiałbym już rozpoczynać wspinaczkę. Temperatura w cieniu znacznie się obniżyła, ale w słońcu grzało niemiłosiernie. Czułem wielki gorąc pomimo dużej wysokości. Uczucie jest podobne do tego, jakbyś siedział w piekarniku. Ostatnią stromiznę udało mi się pokonać w niecałe 25 min. Stanąłem na lokalnym szczycie zwanym na mapach jako Podarok 3682 m n.p.m. O wyższych terenach nawet nie myślałem, ponieważ wiedziałem, ile wymagają czasu, a dodatkowo powyżej poziom trudności znacznie się zwiększał… Powyżej Podarok musiałbym używać raków, czekana oraz liny wspinaczkowej. To już zdecydowanie nie był teren na samotną wędrówkę.

     
Widoki z drogi dojściowej do grani Podarok

Widok z grani Podarok na odległą część pasma Kaukazu

Zaznaczona Grań podarok 3682 m n.p.m i skalny grzebień z najwyższym punktem 3352 m n.p.m. 

Bardzo cieszyłem się z osiągniętego celu, ponieważ mogłem popatrzeć z naprawdę dużej wysokości (praktycznie z poziomu chmur), a także cieszyć się z niezwykłej trasy pozaszlakowej, która zachwycała swoim pięknem. W szczególności podziwiałem wszystkie góry, które przeszliśmy podczas tego wyjazdu, spojrzałem na grań tworzącą wielką ‘kalderę’ oraz na wielki ciąg kaukaskich, białych szczytów. To było coś! Szkoda, że Ushbę przecinały chmury, ale mimo wszystko widok należał do jednych z najpiękniejszych. Aktualnie stałem w pełnej zimie, a za dwie, trzy godziny ponownie miałem cieszyć się pełnią wiosny. Jeszcze niżej panowało pełne lato. Powrót upływał znacznie szybciej, ponieważ schodziłem tyłem. Dodatkowo miałem założone rękawiczki. Korzystałem z techniki podobnej jak w Tatrach, gdzie podczas zejścia można szybko obniżać wysokość, mając wypracowane pewne ruchy. W ten sposób dotarłem do stóp Podaroka. Dalej pobiegłem wzdłuż prawie płaskiej grani tworzącej siodło, ponieważ już znałem teren. Jeszcze przez kilka minut podchodziłem z powrotem na grzebień, gdzie nadal stał stół przygotowany do zdjęć z cicikami. Nie zatrzymywałem się tutaj, ponieważ teraz chciałem w miarę szybko wrócić na tereny zielone, gdzie mógłbym odpocząć w kwiatach. Podczas drogi powrotnej z grzebienia korzystałem z moich śladów. Zakładałem, że śnieg mógł bardziej rozmięknąć, dlatego na stromiznach ostrożniej stawiałem kroki, aby ewentualnie nie zapadać się w nim. Na szczęście tylko górna warstwa trochę rozmiękła. W środku nadal trzymał tak zwany ‘beton’. Odcinek ze skałami przebiegał mi bardzo sprawnie, ponieważ drobne kamienie pokrywające lokalne wierzchołki pozwalały schodzić w linii prostej bez zatrzymywania. Pomimo takiej struktury nic nie sypało się pod nogami. Jedynie na 6-stym wierzchołku musiałem zwolnić, ponieważ tam trzeba kluczyć pomiędzy skałami. Każdy kolejny, niższy szczyt przecinałem w linii prostej.
 
NIEZWYKŁE SPOTKANIE
Patrzyłem na wcześniejsze miejsce odpoczynku na wysokości 2926 m n.p.m. Jednak moją wędrówkę przerwało coś w okolicach drugiego szczytu. Z niedowierzaniem dostrzegłem, że ktoś idzie do góry. Samotnie – podobnie jak ja. Widoczna osoba podpierała się dwoma wystruganymi kijami. Postanowiłem poczekać, ponieważ wiem jak w samotności działa widok drugiego człowieka, a tym bardziej na trasie, którą sam wytyczasz. Wtedy dostajesz dodatkowych sił, bo wiesz, że idziesz dobrze. Tą osobą był chłopak po 30-tce. Przywitałem się z nim po angielsku, ale szybko wyczułem, że jest z… Polski! Ucieszyliśmy się z tego spotkania, ponieważ mieliśmy podobne cele i na dodatek trafić innego Polaka na pozaszlakowej trasie w Gruzji to było coś! Opowiadaliśmy o naszych marzeniach, ale również o górach, które już przeszliśmy. Mówiliśmy też o planach w Gruzji. Poznanemu chłopakowi podałem kilka szczegółów dotyczących dalszej trasy. Zapytał mnie, czy ośnieżony szczyt, na który wchodzi to już jest Kareta. Odpowiedziałem mu, że Kareta ma 3524 m n.p.m. i jest widoczną górą w sąsiednim ciągu białej grani, a teraz wchodzi na bezimienny skalny grzebień o wysokości 3352 m n.p.m., którego szczyt jest aktualnie w całości pokryty śniegiem. Dodałem również uwagi o charakterze 11-stu wierzchołków, które zobaczy (teraz już 10, bo jeden pominął), a także opisałem jak jest tam pięknie i zimowo. Zapytał mnie o najważniejszy szczegół – którędy przyszedłem, bo nie minęliśmy się po drodze. Odpowiedziałem tak: ‘poszedłem oficjalną częścią szlaku na przełęcz Lagem, gdzie dalej skręciłem do punktu poboru wody i pociągnąłem wzdłuż stóp bezimiennej góry 3106 m n.p.m.’. Wspomniałem również o historii z kopułą śnieżną i o niezwykłej, najgęściej ukwieconej polanie, jaką kiedykolwiek widziałem, która wygląda jak żółty dywan.
 
Chłopak przyznał, że nie miał takich pięknych widoków, ponieważ szedł z ekipą w stronę przełęczy Lagem, a on wybrał pozaszlakową trasę na Karetę. Mówił, że czytał gdzieś opis wejścia bez wytyczonej trasy od strony lodowca Shkhara, dlatego najpierw poszedł do końca prostej drogi, gdzie rozpoczyna się górzysta część szlaku do niego, po czym skręcił na pierwszą widoczną grań. Szedł w linii prostej, byle do góry. To podobnie jak my podczas wejścia na górę 3106 m n.p.m. Spotkaliśmy się na wysokości 3000 m n.p.m. Chłopak jeszcze raz potwierdził, że nie miał tak pięknie jak na mojej trasie, bo ta wydawała mu się monotonna i czasem męcząca. Tym bardziej cieszyłem się, że wybrałem zupełnie inny wariant, ponieważ zobaczyłem coś wyjątkowego. Nie skorzystałem z najłatwiejszej dostępnej opcji, dlatego trasa w kilku miejscach była dość uciążliwa – wtedy, kiedy przekraczałem mokradła i przechodziłem po opadających zboczach pomiędzy głębokimi kaskadami oraz gdy szukałem drogi przejścia przez potok biorący swój początek z lodowca. Na końcu zapytał: ‘a co to za fifrok wisi na plecaku’. Odpowiedziałem: ‘to jest czerwony cicik. On zawsze jest ze mną na każdej wyprawie i zawsze musi mieć zdjęcie na szczycie’. Chłopak dodał: ‘w sumie jest lekki, to można nosić’. Wymienialiśmy jeszcze doświadczenia i spostrzeżenia oraz zachęciliśmy się do dalszych wędrówek. Po dłuższej chwili podaliśmy sobie ręce i życzyliśmy sobie pięknych gór. Na koniec dodałem: ‘ślady już masz wydeptane, więc będzie Ci łatwiej, ale o tej porze dnia chmury mogą przysłonić Ci widoki, bo po południu gromadzą się w rejonie białych gór i zasłaniają je aż do późnego wieczora. Idź jeszcze, póki są widoki, bo zaraz może ich nie być’. W ten sposób zakończyliśmy naszą rozmowę.

 
W tym miejscu miałem niezwykłe spotkanie
 
POWRÓT
Zacząłem schodzić coraz niżej, aż dotarłem do wierzchołka 2926 m n.p.m., gdzie rano suszyłem buty i odpoczywałem. Stanąłem na chwilę, ponieważ dookoła rosły intensywnie niebieskie, alpejskie kwiaty, tworzące gęste kępy (goryczka wiosenna). Pochyliłem się nad nimi, aby popatrzeć na nie oraz chciałem zrobić im kilka zdjęć. Po kilkuminutowej przerwie na podziwianie goryczki wiosennej wstałem, po czym rozpocząłem bieg trawiastą granią. Pobiegłem dwa grzbiety dalej, aż do poziomu 2707 m n.p.m. W tych okolicach panowała pełna wiosna. Ponownie zachwycałem się niesamowitą ilością żółtych kwiatów, które tworzyły dywan. Tak bardzo mi się spodobało wybrane miejsce, że postanowiłem zostać na trochę dłużej. Za chwilę zdjąłem półmokre buty i skarpety. Teraz słońce przypiekało bardzo mocno, a na twarzy wręcz paliło. Miałem dużo czasu, dlatego suszyłem buty i skarpety osobno, a sam położyłem się spać w trawie, gdzieś pomiędzy kwiatami. Słońce stawało się nieznośne, dlatego wyciągnąłem gruby polar, narzuciłem go na głowę, po czym próbowałem zasnąć. Patrzyłem jeszcze na najbliższe kwiaty. Jako że do lewego oka docierało światło z zewnątrz, wziąłem czerwonego cicika i zasłoniłem nim oko, dzięki czemu ograniczał jego dopływ. Szybko zasnąłem. Obudziłem się po około godzinie. Powoli pozbierałem rzeczy, zrobiłem mnóstwo zdjęć żółtym kwiatom w trybie makro, przypiąłem czerwonego cicika do plecaka, po czym wyruszyłem dalej – do wioski. Dalsza wędrówka przypominała sielankę. W butach miałem sucho, przede mną ciągnęły się trawiaste, okrągłe góry, a czym schodziłem niżej, tym więcej różnorodnych kwiatów podziwiałem. Na ostatnim grzbiecie wybrałem nieco inną drogę. Nie schodziłem wzdłuż nachylonego ciągu grani opadającego w rejon doliny potoku, na którym wyżej utworzono punkt poboru wody, ponieważ ta kończyła się w mało ciekawym terenie, gdzie rzeka płynęła w skalistym małym wąwozie, a dookoła widniały zarośla, młody las i mokradła. Z ostatniego wierzchołka obrałem prostopadłą drogę w linii prostej, w kierunku szlaku na lodowiec Shkhara. Dzięki temu miałem okazję zejść pięknymi, zielonymi łąkami bez żadnych przeszkód. Trasa tym bardziej wydawała się rozsądna, ponieważ już stąd widziałem całą drogę powrotną, stąd też nic nie mogło mnie zaskoczyć.
 
Schodząc w linii prostej, szybko wytracałem wysokość. Dotarłem do jakiejś zarośniętej drogi, którą kiedyś najprawdopodobniej Gruzini próbowali wjeżdżać jak najwyżej. Do dzisiaj widać, jak pnie się coraz wyżej, okrąża tę górę, a jej koniec widnieje po drugiej stronie, gdzieś głęboko – w rododendronach. Wyglądała tak, jakby ktoś tworzył samochodowy szlak, ale po którejś próbie zrezygnował. Dobrze, że zdążyła już zarosnąć, a nawet pojawiały się krzaki rododendronów, które w przyszłości będą zacierać pozostałe ślady. W połowie zejścia dość stromo opadającego zbocza, tuż za drogą trafiłem na bardzo piękną polanę. W międzyczasie przeglądałem z góry główny szlak do lodowca, czy ktoś przypadkiem z mojej grupy nim nie idzie. Nie mogłem jednak nikogo podobnego wypatrzyć. Napisałem Damianowi, że wszystko jest OK, oraz podesłałem kolejne zdjęcia.

   
Niebieska goryczka śniegowa rosła bardzo obficie na wypłaszczeniu terenu położonym na wysokości 2926 m n.p.m., gdzie odpoczywałem w drodze na grań Podarok

              
W drodze powrotnej wyspałem się na polanie pełnej dorodnych jaskrów alpejskich 

PIĘKNE POLANY
Będąc na polanie, zatrzymałem się, aby zrobić kolejne zdjęcia makro, ponieważ całe zbocze pokrywało kilka rodzajów kwiatów: były różowe cicinki (tak nazwaliśmy kwiaty na jednej łodyżce w postaci małej, różowej, puchatej pałki), mnóstwo żółtych jaskrów i pierwiosnków oraz tych fioletowych, lubiących mokradła. Kiedy wykonałem kilka zdjęć, usiadłem by rozkoszować się widokiem. Łąki o charakterze alpejskim powodują, że uspokajam się najbardziej. Dla mnie definicją raju jest właśnie przebywanie w zielonych górach, gdzie ośnieżone szczyty są w tle, a dookoła mam mnóstwo kolorowych kwiatów. Mogłem powiedzieć, że trafiłem do niego, czyli do miejsca, gdzie czuję się najlepiej. Przez długie chwile podziwiałem kwiaty, ponieważ pięknie mieszały się z innymi. Ten widok cieszył oczy. Aż nie chciałem wracać. Kiedy dotarłem do stóp góry, z której schodziłem, przede mną widniała płaska polana. Znałem ją, bo przecież pierwszego dnia przecinaliśmy tę długą łąkę w drodze na lodowiec. Ciągle zachwycała ‘dywanem’ żółtych pierwiosnków. Ponownie miałem okazję popatrzeć na nią w idealnych warunkach. Zostałem na niej na dłużej. Jedyne, co rzuciło mi się w oczy, to fakt, że znacznie przybyło ludzi. Nie pamiętałem podobnych „tłumów”. Wcześniej tak nie mieliśmy.

               
Droga powrotna obfitowała w piękne, kwieciste widoki

SPOTKANIA Z TURYSTAMI Z RÓŻNYCH KRAJÓW
W drodze powrotnej spotykałem turystów z Brazylii, Arabii Saudyjskiej, Indii, USA, Rosji, Kazachstanu i wielu innych państw… Widziałem również wiele kobiet praktykujących Islam. Odganiały psy, które przyszły się pogłaskać, ponieważ w ich religii te zwierzęta są nieczyste. Wręcz panikowały na ich widok. Nie ze strachu, że coś im zrobią, ale ze względu na chęć zachowania czystości religijnej. Łatwo mogłem powiedzieć: ‘to nie wiedziały do jakiego kraju jadą?’. Ja wiedziałem, jak jest, ponieważ już trzeci raz przyjechałem do Gruzji, ale nie spodziewałem się, że spotkam tyle psów i to na dodatek chodzących w góry! Są pewne rzeczy, których nie przewidzisz. Dla nas jednak psy były miłą niespodzianką, ponieważ każdy z nich miał łagodne usposobienie i każdy chciał się głaskać. Praktycznie codziennie wędrował z nami jakiś pies, a po kilku dniach nawet je rozpoznawaliśmy – który szedł z nami, a który jest nowy.
 
Przechodząc przez polanę z pierwiosnkami, przeciąłem liczne stado krów, które wyglądały bardzo pięknie na tle zielonych, a wyżej ośnieżonych gór. Teraz panowały idealne warunki dla fotografów, ponieważ słońce oświetlało równomiernie całą okolicę. Kiedy wszedłem na główną drogę prowadzącą do wioski, „wrzuciłem” pełny bieg. Do Ushguli pozostało mi około 5,5 km. Wyprzedzałem kolejnych turystów, ale jeden z nich – z Arabii Saudyjskiej – miał bardzo podobne tempo do mojego. Zbliżałem się do niego bardzo powoli. Jednak, kiedy przechodziłem obok terenu budowy, gdzie pracownicy serdecznie pozdrawiają ludzi, a pomiędzy maszynami chodzą krowy, zacząłem biec, ponieważ za nim rozpoczynał się podjazd pod górę. Droga prowadziła wyżej. Czułem, że posiadam jeszcze sporo sił. Dodatkowo miałem wielką radość z osiągniętego celu oraz widoków, które zobaczyłem. Dzięki temu nie czułem dużego zmęczenia. Ciągle napędzała mnie psychika. W trakcie drogi powrotnej zatrzymywałem się w kilku miejscach, ponieważ patrząc w stronę wioski, zieleń przybierała intensywnego koloru. Podziwiałem, jak piękna jest góra widoczna z naszego pokoju. Na niebie sunęło bardzo mało chmur.
 
Teraz mogłem podsumować, że miałem najpiękniejszą pogodę na akcję: ‘pozaszlakowe, samotne wyjście’. Trasa praktycznie do samego końca obfitowała w piękne widoki. Na rozwidleniu dróg, gdzie jedna prowadziła wzdłuż drewnianych budek wyciągu narciarskiego do kościoła na wzgórzu, a druga bezpośrednio do wioski w pobliżu rzeki Enguri, wybrałem tę drugą, ponieważ wiedziałem, że za chwilę będę miał po lewej stronie piękne, gęsto kwitnące i dorodne niezapominajki. W obecnym słońcu wyglądały przepięknie! Obowiązkowo je sfotografowałem, ale również zatrzymałem się przy nich, ponieważ bardzo podobały mi się widoki dookoła. Po przeciwnej stronie trasy widniały kwieciste polany pełne kolorów. Niezapominajki przywoływały u mnie piękne skojarzenia, dlatego zawsze przystawałem obok dużych kęp i skupisk tych kwiatów. Nawet wioska w aktualnym świetle wyglądała wyjątkowo. Słońca nie zasłaniały żadne chmury, a niebieski kolor nieba bardzo cieszył. Ten dzień musiał zakończyć się dobrze.

 
Stada krów spotkane na polanie z pierwiosnkami (pomiędzy 4,4 a 5,6 km drogi na lodowiec Shkhara)

Sielankowe widoki podziwiane z drogi głównej prowadzącej z lodowca Shkhara

         
Cudne widoki w okolicach wioski Ushguli

   
Piękne widoki w drodze powrotnej, idąc główną drogą z lodowca Shkhara

SPOTKANIE Z EKIPĄ
Po powrocie do naszego pokoju wrzuciłem plecak do środka, ale niczego nie rozpakowałem. Ponownie spotkaliśmy się wszyscy. Usiedliśmy w zewnętrznej części kawiarni, na drewnianym tarasie. W pięknym słońcu omawialiśmy, jak minął nam dzień. Basia opowiedziała o swojej trasie na lodowiec. Nie kończyła trasy tam, gdzie wszyscy, ale poszła znacznie wyżej, w okolice wielkiego głazu, ponieważ chciała pobyć sama. Turyści nie chodzą w jego rejon, dlatego cieszyła się pięknym spokojem. Opowiadała również o cudnej polanie z pierwiosnkami i pełnym słońcu, dzięki któremu cała okolica nabrała wspaniałych kolorów. Nie obyło się bez spotkania z krowami. Tych nie brakowało przy szlaku. Damian z kolei wybrał samotną, czterokilometrową wędrówkę. Wiele razy nam powtarzał, że jego żywiołem jest woda. Uwielbia, gdy przebywa w górach, ale patrzy na wodę lub jest w jej otoczeniu. Idąc około 4 km w stronę lodowca, zatrzymał się na rozwidleniu rzeki Enguri. Przeskoczył na wielki teren przypominający wyspę. Leżał tam wielki głaz, na którym usiadł. Chłonął każdą chwilę, szum rzeki oraz piękne panoramy. Wspominał, że turyści patrzyli się na niego dziwnie, ponieważ nikt nie odwiedzał wspomnianej lokalnej wyspy, a po środku niczego siedział tylko jeden człowiek – Damian. Po dłuższej chwili opowiedziałem mojej ekipie, co zobaczyłem i przeżyłem. Obowiązkowo musiałem wspomnieć o niewdzięcznych kaskadach, przez które musiałem się przebijać na drugą stronę, o kopule ze śniegu, którą „rozwaliłem” jednym kamieniem, o niesamowitym dywanie kwiatów, jakiego nigdzie indziej nie widziałem, o źródle z wodą gazowaną, o skalnym grzebieniu, o prawdziwej zimie oraz o powrocie przez piękne, kwieciste polany. Tak bardzo podobał mi się ich klimat, że czułem się jak w raju.
 
Wiedzieliśmy, że nasz wyjazd do Gruzji, do Swanetii powoli dobiega końca, dlatego dalej nie planowaliśmy większych wyjść w góry. Jutro mieliśmy ostatni dzień. Jeśli pozwoliłaby pogoda, to mogliśmy zrobić jeszcze jakąś łatwą wędrówkę, aby nacieszyć oczy gruzińskimi górami. Pomyśleliśmy, że Damian nie widział jeszcze Zagaro Pass, dlatego pójdziemy tam wszyscy razem. My również cieszylibyśmy się bardzo z wybranej trasy, ponieważ za pierwszym razem mieliśmy dużo chmur i dodatkowo złapał nas ulewny deszcz. W szczególności chcieliśmy zobaczyć niesamowity kawałek polany, gdzie rosły żółte i fioletowe kwiaty o intensywnych odcieniach. Tworzyły przepiękną mozaikę. Mielibyśmy wspaniałą okazję odpocząć w ich rejonie. Czuliśmy nieco zmęczenie naszym jednostajnym jedzeniem, dlatego Damian rzucił hasło: ‘zamawiam, ile wejdzie, żeby wszystkiego spróbować’. Ja szybko podchwyciłem jego pomysł. Basia również. Obowiązkowo wzięliśmy chaczapuri, a do tego zamówiliśmy sałatę pomidorowo-ogórkową, ser w śmietanie z miętą oraz frytki przyrządzane na swój sposób. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie domówili do całego zestawu gruzińskiej lemoniady. Wiedząc, że pogoda utrzyma się do końca dnia, mieliśmy jeszcze sporo czasu, żeby zjeść to wszystko. W międzyczasie wspominaliśmy najpiękniejsze chwile całego wyjazdu, bo tak naprawdę każde wyjście miało swój klimat, a jako ekipa tworzyliśmy zgraną grupę. Nie kłóciliśmy się, zawsze prowadziliśmy ciekawe rozmowy i najważniejsze – byliśmy bardzo zadowoleni z całej wyprawy.

   
Na tym tarasie przesiadywaliśmy po niezwykle udanym całym dniu

Widok z drewnianego tarasu
 
Obok nas przysiadła się para z USA. Nawet zamienili z nami kilka zdań. Zdziwiło nas tylko, że zamówili kawę i herbatę, ale kawy nawet nie zaczęli pić, po czym zapłacili za wszystko co zjedli i wyszli. Wzięliśmy więc tę kawę, ponieważ była nienaruszona, a na dodatek siostra gospodarza zawsze podawała ją w wielkiej filiżance. Jedząc sałatkę, Basia stwierdziła, że na części warzyw czuć płyn do mycia naczyń. Damian spróbował od niej kawałek pomidora i ogórka i faktycznie wyczuł ten sam smak. Najwidoczniej coś musiało się przydarzyć, że Patola nie zauważyła, kiedy do jedzenia dostał się płyn. Być może niedokładnie opłukała naczynia po myciu? Kto wie… Wielokrotnie widzieliśmy, jak pracuje, ponieważ dania przygotowuje w kuchni na otwartej przestrzeni wewnątrz kamiennego domu, gdzie każdy ma przecież wgląd. Możesz zobaczyć, jak ugniata ciasto, jak kroi warzywa, czy jak myje naczynia. Po prostu przydarzył się jej jakiś wypadek przy pracy. Ja również zamówiłem sałatę, którą dostałem znacznie później. Trzeba pamiętać, że Patola obsługuje zlecenia od wszystkich turystów i na dodatek przygotowuje wszystkie dania oraz pilnuje pieca, abyśmy mogli zjeść pyszne chaczapuri lub kubdari. Naprawdę wielki szacunek dla siostry gospodarza, że to ogarnia! Na zewnątrz siedzieliśmy aż do zachodu słońca. Później zrobiło się znacznie chłodniej, dlatego weszliśmy do środka. Prowadziliśmy dalsze rozmowy z gospodarzem. Ponownie częstował nas dużą ilością swojskiego wina. Mówił, że jutro odjedzie do stolicy, ponieważ córka musi załatwić coś ze szkołą i nie będzie go przez 4-5 dni. Chciał nas koniecznie odwieźć, ale powiedzieliśmy, że zostajemy jeszcze jeden dzień dłużej, dlatego podziękowaliśmy mu za szczere chęci oraz za gotowość. Od razu zapłaciliśmy za wszystkie pozostałe noclegi i zamówione dania, żebyśmy byli rozliczeni już do końca. Wspomniał również, że nie musimy się o nic martwić, bo jego brat zawiezie nas do Kutaisi. Ucieszyliśmy się bardzo, a za chwilę poczuliśmy nostalgię, ponieważ wiedzieliśmy, że nasz wyjazd dobiega końca. Drugim powodem był wyjazd gospodarza. Tworzył pewnego rodzaju klimat. Wystarczyło, że wyjechał, a od razu czuliśmy, że czegoś brakuje…
 
Damian miał jeszcze większy powód do radości, ponieważ naprawił jego terenowy samochód. Mógł powiedzieć, że Miriam dojedzie nim do stolicy. Wieczorem do kawiarni przyszła para z Czech. Nawet zamieniliśmy z nią kilka zdań. Przyjechali do Ushguli tylko na dwa dni. Planowali jak jutro wrócić. Mieli szczęście, ponieważ gospodarz zaproponował im, że zabierze ich, kiedy pojedzie z córką do Tbilisi. Pozbieraliśmy się po godzinie 22.20. Chociaż nie mieliśmy większych planów na jutro, ani nie musieliśmy wstawać o 5.50 rano, to chęć odpoczynku dawała już o sobie znać. Na jutro zaplanowaliśmy przełęcz Zagaro, która jest jednocześnie najwyżej położoną drogą w Gruzji, bo przebiega na wysokości aż 2623 m n.p.m. Można ją traktować jako drogę dojazdową do Kutaisi, a można podejść do niej jako piękny górski szlak oferujący przepiękne widoki. Wszystko zależało od osoby, jak chce spojrzeć na tę sprawę. My widzieliśmy w niej niepowtarzalny szlak, gdzie mogliśmy zobaczyć wiele pięknych gór, a jednocześnie mnóstwo kolorowych kwiatów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl