środa, 14 sierpnia 2019

Fuerteventura - co warto zobaczyć?

 Fuerteventura - co warto zobaczyć?  Plaże Fuerteventury

Fuerteventura – wyspa, którą jedni kochają, a drudzy nie są z niej zadowoleni. W tym poradniku opowiem o wszystkim, co może spowodować, że tę wyspę będziemy spostrzegać jako atrakcyjne miejsce wypoczynku, lub też jako te, które nie będzie naszym „muszę tam być”. Wybierając wakacje na Wyspach Kanaryjskich musimy być w pełni świadomi, jak największej ilości rzeczy, żeby na miejscu nie poczuć rozczarowania. Chyba nie tego chcemy na urlopie. Musimy pamiętać, że na wyspie będziemy „walczyć” z wiatrem, falami, zimną wodą, piaskiem, chmurami, a nawet z „komuną”. Wszystkie te myśli rozszerzę, omawiając każdą z atrakcji turystycznych wartych zobaczenia.

POGODA
Nie da się ukryć, że pogoda na każdych wakacjach jest tematem nr 1. W końcu chcemy odpoczywać w słońcu i cieple, a nie w klasycznej, majówkowej, polskiej pogodzie, gdzie ciągle pada. Każda z wysp Kanaryjskich ma swój własny mikroklimat i pomimo, że leżą tak blisko siebie, to każda z nich jest zupełnie inna. Lanzarote (leżąca tuż nad Fuerteventurą) jest całkowicie spalona słońcem, a wcześniej erupcjami wulkanów, których łącznie na wyspie jest aż 420. Dla odmiany, Gomera jest bardzo zieloną wyspą. A co z Fuerteventurą? Wyspa wyróżnia się na tle innych, ponieważ ma dodatkowe mikroklimaty, które warto omówić. Na Fuerteventurze aż 330 dni w roku jest słonecznych, 16 deszczowych, a pozostałe można określić jako półprzejściowe, czyli nie wiadomo, co to za pogoda. Oznacza to, że praktycznie cały rok nadaje się na odpoczynek. Temperatury w ciągu roku wzrastają bardzo powoli i potrzeba wielu miesięcy, żeby powietrze było nagrzane o tylko kilka stopni więcej. W styczniu mamy zazwyczaj: 18-20’C, w kwietniu: 21-23’C, w czerwcu: 23-25’C, od połowy lipca do końca sierpnia: 25-27’C i od września ponownie temperatura opada po jeden, dwa stopnie na miesiąc. Jak widać, upałów nie ma, ale za to mamy bardzo przyjemne temperatury. Najzimniejszą temperaturę wody mamy w marcu – 17’C, a najcieplejszą w lipcu i sierpniu – 19-21’C. Czytając o cieple na Fuerteventurze musimy wziąć wielką poprawkę na wiatr, który wieje przez cały rok. Jest silny, a na plażach często porywisty. Głównie z tego względu omawiane temperatury w rzeczywistości są niższe, ponieważ zimny wiatr znad oceanu powoduje, że przy 23’C możemy mieć „gęsią skórkę”. O zwykłym plażowaniu na ręczniku, czy kocu możemy pomarzyć, ponieważ porywy wiatru bardzo szybko nawieją duże ilości piasku, lub jeśli niczym nie zabezpieczymy naszego koca, to go po prostu zwieje. Wiatr jest bardzo przewidywalny, ponieważ w lecie, codziennie wieje z północy, lub północnego wschodu. Właśnie taki, przewidywalny układ wiatrów spowodował, że wyspa podzieliła się pod względem klimatu na dwie główne części: wszystko, co znajduje się poniżej linii gór (wschodnie i południowe wybrzeże) będzie miało piękne, piaszczyste plaże, z dużą ilością słońca, a wszystko, co znajduje się powyżej linii gór (czyli zachodnie i północne wybrzeże), będzie bardzo wietrzne, bez zabudowy, z silnymi prądami morskimi i często dzikie. Z tego powodu omawiana linia brzegowa nie nadaje się do kąpieli i wielu miejscach jest zabronione pływanie. O zakazie dowiemy się ze znaków informacyjnych. Pogodę na Fuerteventurze kształtują zimne masy powietrza znad Oceanu Atlantyckiego, prądy morskie i pasma górskie znajdujące się na wyspie, które w rzeczywistości są wygasłymi wulkanami. Na kilku szczytach możemy podziwiać wyraźnie zachowane kaldery, a na wielu z nich zobaczymy fragmenty lub mocno wygładzone krawędzie, będące pozostałościami po dawnych kalderach.

Na Fuerteventurze pięknych, słonecznych, piaszczystych plaż nie brakuje

Co omawiane połączenie czynników kształtujących pogodę nam daje? Fuerteventurę musimy podzielić na trzy części: południe – tak zwany „dół” wyspy, środek (góry) i północ, czyli rejony Corralejo. Zazwyczaj w godzinach do 10.00 rano mamy prawie całkowicie pochmurne niebo (stopień zachmurzenia: 9/10, lub według nowej skali: 7/8). Przyjeżdżając po deszczowym maju w Polsce, na pewno poczujesz wielkie rozczarowanie, stąd lepiej się nastawić na zwiększone zachmurzenie. Chmury rozpadają się na mniejsze, po czym szybko zanikają po godzinie 11.00 do 12.00. Trzeba pamiętać, że zdarzają się pojedyncze dni, gdzie siwe chmury, pokrywające większą część nieba zanikają dopiero po godzinie 13.00 lub nawet 16.00! Po 18.00 lub 19.00 ponownie chmury zakrywają niebo, przez co czujemy klimat polskiej pogody podczas majówki. W tym miejscu musimy dokonać podziału wyspy na trzy części, jak już wcześniej wspomniałem. Na południu, czyli na dole Fuerteventury jest najbardziej słonecznie. Kiedy cała wyspa zakryta jest siwymi, okropnymi chmurami, to tutaj, już możemy się opalać i wyjść na plaże. Chmury zanikają zwykle po godzinie 9.00 lub 10.00. Stopień zachmurzenia na półwyspie Jandia („dół” Fuerteventury) jest zdecydowanie niższy w porównaniu do innych regionów wyspy. Najgorzej mamy w środkowej części Fuerteventury, ponieważ ciągną się tam pasma starych, wygasłych wulkanów, przez co pomiędzy nimi chmury mogą pozostawać na cały dzień. Miejscowości w środku lądu często spowite są chmurami, które dopiero po południu dzielą się na mniejsze, ale nie zanikają. Północ wyspy, czyli górna część, też „zachowuje się” według przewidywalnego schematu. Kiedy wstajemy rano i widzimy siwe, okropne, „majówkowe” chmury, to wiedzmy, że pierwsze pasy błękitnego nieba zobaczymy nad Lanzarotą i tam utworzy się równa granica chmur i bezchmurnego nieba, która będzie przesuwać się w głąb Fuerteventury. Czas potrzebny na odsłonięcie nieba jest dość długi, dlatego zazwyczaj w godzinach 10.00-11.00 dopiero zobaczymy pełne słońce. Nad wodami oceanu siwe chmury mogą zawisnąć na znacznie dłuższy okres. Kiedy na północy wyspy zobaczymy niebieskie niebo, to wiedzmy, że nad górami, odległymi o kilka kilometrów od nas, chmury będą zalegać przez większą część dnia. Jak widać, wyspa jest bardzo zróżnicowana, ale musimy nastawić się, że będzie dość dużo siwych chmur. Teraz już wiesz, dlaczego przeglądając różne relacje w Internecie z Fuerteventury dość często widzisz tylko siwe chmury i chmury. O dziwo z temperaturami jest podobnie. Północ jest najzimniejsza, a południe najcieplejsze. Podczas, gdy „u góry” wyspy, np. w miejscowości Corralejo są 24’C, to w Morro Jable na południu wyspy może być nawet 27-28’C. Bardzo rzadko zdarza się, żeby temperatury przekraczały 30’C. Wiedząc, jak zróżnicowana jest pogoda na Fuerteventurze, warto zabrać ze sobą jakąś bluzę, czy kurtkę przeciwwiatrową. W zimie to wręcz obowiązek.

Na północy wyspy, okropne, siwe chmury zalegają zazwyczaj do godziny 10.00 - 11.00. Nie planujmy wcześniej plażowania

Trzeba pamiętać, że wiatry potęgują uczucie chłodu. W Polsce zdarzają się różne rodzaje wiatrów: od lekkiego „zefirka”, potrafiącego przerzucić pyłek z drzewa z jednej strony ulicy na drugą, albo w mocniejszym wydaniu przerzucić grzywkę z lewej na prawą stronę, aż po tornada, których mamy coraz więcej. W Polsce można by z całą śmiałością wymyślić 10 kategorii opisujących różne prędkości wiatru. Na Fuerteventurze wieją tylko dwa rodzaje wiatrów: upierdliwy-ciągły-mocny/silny-porywisty i ukręcający głowę (występuje tylko na przełęczach w górach). Co to oznacza? Ten pierwszy występuje zawsze, przez cały rok na całej powierzchni. oprócz szczytów gór i przełęczy pomiędzy nimi. Odczuwamy go jako ciągle, silnie wiejący wiatr, z chwilowymi, jeszcze mocniejszymi podmuchami. W jedną stronę pomaga, ale w drugą staje się uciążliwy, stąd taka, a nie inna nazwa. Ten drugi wiatr występuje najczęściej na przełęczach, gdzie boczny podmuch spowoduje wyrzucenie rowerzysty z roweru lub niemożność ustania na nogach. Na przełęczach zdarzają się tego typu wiatry o prędkościach 130-200km/h. Innych rodzajów wiatrów się nie rozróżnia. To znaczy, że nie zobaczymy tu ani burzy, ani tornada. Głównie ze względu na pogodę i rodzaj aktywności będziemy wybierać miejsce, w którym chcemy spędzić urlop lub wakacje. Wykupując jakiekolwiek wycieczki, zawsze trzeba brać pod uwagę, co będziemy robić i czy nastawiamy się na dobre zdjęcia. Jeśli interesują nas dobre zdjęcia, a nie „pyknięte” na szybko „instagramowe fotki” z telefonu z upaćkanym od palców obiektywem, to nie warto zaczynać wypraw przed 10.00 rano, ze względu na siwe, okropne chmury. Mało jest dni, kiedy ich nie ma. Pamiętam, gdy na jednej z wycieczek był brytyjski fotograf, który wysłuchiwał relacji przewodnika. Co kilka minut jednak przerywał mu opowieść i pytał o pogodę. Każdy fotograf wie, że nie sprzęt się liczy, ale dobre światło, dlatego widok siwych chmur pogłębia uczucie rozczarowania. Co najciekawsze jest na Fuerteventurze, to fakt, że wszelkie prognozy pogody rozjeżdżają się totalnie. Wystarczy wejść na strony pogodowe czterech najpopularniejszych serwisów, które podpowie nam Google oraz miejscową, z której korzysta recepcja hotelu. Nikt nie potrafi oszacować tempa pojawiania się i rozpadu tych okropnych siwych chmur i przez to, prognozy w przypadku Fuerteventury mają niską użyteczność dla turysty. Najlepszą metodą jest chyba wstanie po wschodzie słońca (w lecie wschód mamy dopiero o 7.00 rano!) i zobaczenie, jak wyglądają chmury. Jeśli są płaskie, jednolite i nie widać skłębionych warstw, to takie rozpadną się pomiędzy godziną 10.00, a 11.00. Jeśli zobaczymy wśród nich płaską warstwę i kłęby chmur, to wiedzmy, że taka zasłona może schodzić nawet do godziny 13.00, a nad górami pozostanie przez cały dzień. Wiedząc, jak wyglądają kwestie pogodowe, wiemy, jak planować nasz wypoczynek nad oceanem, biorąc pod uwagę czynniki atmosferyczne.

Wiatr na Fuerteventurze wieje ciągle. W wielu miejscach znajdziesz drzewa, które są wygięte od naporu silnego wiatru. W okolicach Gran Tarajal zobaczysz nawet całą aleję drzew pochylonych w jednym kierunku. Drzewa wówczas są karłowate, ale posiadają grube i powyginane gałęzie

HOTELE
Hotele lub prywatne domy, to druga najważniejsza kwestia tuż po pogodzie na Fuerteventurze. Od tego, jak chcemy spędzić nasz urlop będzie zależał wybór hotelu. Jeśli lubimy leżeć na plaży i cieszyć się pięknym kolorem wody, to polecić mogę tylko jedno ciekawe miejsce. To oczywiście Costa Calma, gdzie piaszczysta plaża ciągnie się kilometrami. Najpiękniejszym fragmentem jest osławiona plaża Sotavento, szeroka na ponad 100 metrów i długa na około dwa kilometry. Laguny tworzące się na powierzchni szerokiej plaży powodują, że ocean przybiera tu najpiękniejszy, turkusowy kolor. Wcześniej wspominałem już o wietrze, który występuje na całej wyspie. Nie ominiemy go również na Sotavento. Plażę te podzielono na strefy dla pływających i kite-surferów. Turyści i osoby wypoczywające w Costa Calma zazwyczaj spacerują wzdłuż całej plaży, ponieważ trudno się położyć na piasku, który co chwile nam wciska do oczu wiatr. W miejscu, gdzie można pływać fale są mniejsze, a zejście do oceanu płytsze, dzięki czemu zobaczymy osoby, które będą się kąpać. Sotavento jest również jednym z dziesięciu miejsc na świecie, tuż obok Hawajów, gdzie organizowane są mistrzostwa świata w różnych odmianach surfingu. Wiatr wiejący z jednakową prędkością przez cały rok pozwala trenować bez przerwy. Również widok na żółte góry, które otaczają okolicę jest niesamowity. Warto więc wybrać tę miejscowość, jeśli zależy nam na jak największej ilości słońca i turkusowych wodach. Jesteś miłośnikiem zwiedzania? Wybierz Corralejo. To większe miasteczko pozwoli ci przygotować się praktycznie do wszystkiego. Na początku powiem, że w Corralejo znajduje się park naturalny, gdzie będziemy mogli zobaczyć pustynny krajobraz z pięknego, żółtego piasku oraz wspaniałe wydmy. Wzdłuż kilkukilometrowej linii piasków ciągnie się równie piękna plaża, jak w Costa Calma. Zobaczymy te same turkusowe kolory oceanu i będziemy mieli piękne widoki na Lobos (sąsiadująca wysepka) i Lanzarote. Drugą atrakcją będzie wyspa Lobos, na którą za 15 EUR można wybrać się taksówką wodną i umówić się na godziny, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy. W miasteczku są wypożyczalnie rowerów, motocykli, samochodów, czy różnych elektrycznych sprzętów, które w Polsce nazwano urządzeniami transportu osobistego (UTO). Są to: elektryczne rowery, hulajnogi, motocykle, itp. W Corralejo wypożyczymy naprawdę wszystko, co dusza zapragnie…


Przystań w Corralejo


Charakterystyczne i znane miejsce w Corralejo. Będąc w tym mieście od razu będziesz wiedział, że Fuerteventura jest rajem dla miłośnikiem surfingu

Nie polecam natomiast sztucznego tworu komercji, jakim jest Caleta de Fuste. To hotelowe miasto powstało tylko i wyłącznie, żeby przyciągać turystów. Ktoś wyjątkowo nieudolnie je zaprojektował, bo miasto jest wąskie i długie i sięga prawie pod szczyt góry. Wystarczy pomyśleć, jak ci wszyscy goście hotelowi mają się pomieścić na jednej plaży, która nie należy do największych i iść taki kawał do niej z góry? Hotele mają swoje prywatne busy zawożące na plażę, ale mimo wszystko taka „impreza” nie rajcowałaby mnie, gdzie hotel stoi na hotelu, a do plaży daleko. Drugie miejsce, którego nie polecam, to Puerto del Rosario – stolica wyspy. Jadąc na wakacje, nie chcemy mieszkać przy blokowiskach i czuć miejski klimat, z którego przecież uciekaliśmy. Nie trudno się domyśleć, że plaże nie są atrakcyjne, a linia brzegowa raczej skalista i czarna. W stolicy funkcjonują trzy porty morskie (turystyczny, komercyjny i kontenerowy). Od strony Corralejo widać dodatkowo trzy kominy, które kojarzą się ze Śląskiem. Jeśli chodzi o prywatne kwatery, to polecam nieturystyczne miasteczko El Cotillo. Jest naprawdę malowniczo położone na tle gór i przede wszystkim ma dwie niezaludnione, szerokie plaże. Jeśli nie będziesz mieszkać w El Cotillo, to przynajmniej odwiedź tę miejscowość, żeby zobaczyć piękne plaże i poczuć spokojny klimat miejscowości.

Niezależnie, jaki hotel wybierzemy, największym problemem będą dla nas uciążliwi goście. Narodowością numer jeden są tutaj Brytyjczycy (głównie Anglicy). Tuż za nimi są Włosi i Niemcy oraz w mniejszym stopniu Francuzi. Polacy też są liczną grupą, ale nie widziałem, żeby robili hałas. Po 23.00 godzinie zazwyczaj słyszeliśmy anglojęzycznych turystów, którzy darli się na cały hotel po wypiciu za dużej ilości alkoholu. I tak noc w noc. Nie wiem, jak Brytyjczycy to robią, ale bardzo często widzieliśmy wręcz modelowy przykład angielskiej pary: on łysy i postawny, a ona z bardzo dużą otyłością lub monstrualną otyłością i miażdżycą w wieku 30-40 lat. W Polsce nie spotyka się na co dzień tak otyłych osób. Oni mają miażdżycę już wieku 30-40 lat, co bardzo dobrze widać po nogach, które są czerwone i bordowieją. Kolejnym etapem jest już tylko martwica tkanek i amputacja nóg… Jeden lub dwa przypadki można by było wytłumaczyć chorobą, ale tak w dużej mierze wyglądali brytyjscy goście, co też wiele mówi o nich, jaki prowadzą styl życia, bo taki stan chorobowy, to powszechny widok… Do otyłych ludzi nie mam zupełnie żadnych uprzedzeń, bo przyczyn otyłości może być naprawdę wiele. Tylko dziwiło mnie, jak tak wielu ludzi z Anglii nie walczy o swoje zdrowie, gdzie amputacja nóg jest perspektywą na najbliższe lata. Nie trzeba być przecież szczupłym, ale o swoje nogi, które są o krok od amputacji walczyłbym z całych sił… Hotele na Fuerteventurze, nawet te z trzema gwiazdkami, mają bardzo wysoki standard, jeśli chodzi o jedzenie. Wybór jest naprawdę szeroki i… kolorowy. Co drugi dzień mamy dodatkowo kuchnię z innego kraju, dzięki czemu można poznać inne smaki. Warto próbować kanaryjskich potraw, ponieważ są bardzo dobre i miejscowe. Nie polecam jedynie jajecznic i kiełbas angielskich, bo są po prostu jakieś „plastikowe”. Daleko im do tego, co można zjeść w Polsce. Inne rzeczy natomiast smakują wyśmienicie. Standard pokoju w trzygwiazdkowym hotelu to również inna bajka. Nie tylko dostaniemy pokój, ale cały apartament, czyli: pokój, pokój gościnny i aneks kuchenny. Nie wiem skąd powstała taka moda, ale najprawdopodobniej wywodzi się to z lat 70’, gdzie all inclusive nie był tak popularny jak dzisiaj, a na zagraniczne wyjazdy stać było tylko tych bardziej zamożnych.

  
Hotel Aloe Club w Corralejo - apartamenty są bardzo duże - nieraz większe niż całe nasze mieszkanie w bloku

Najbardziej kontrowersyjne są dwa hotele, które powstały w latach siedemdziesiątych na terenie parku naturalnego wydm w Corralejo. Dzisiaj nie ma najmniejszych szans, żeby ktokolwiek postawił tam budynek, a 50 lat temu ktoś postawił dwa, siedmiopiętrowe wieżowce, na co prawo nie zezwalało. Dla ówczesnych właścicieli pieniądze były najważniejsze i dlatego wykorzystali krótki moment w życiu bardzo poważanego zarządcy wyspy Fuerteventura na początku lat ‘70. Prawo pozwala wybudować tylko budynki do czwartego piętra. Kiedy ten poważany zarządca miał wypadek i przebywał w szpitalu, właściciele hoteli poszli do władz tymczasowych, zaoferowali odpowiednie łapówki i w ten sposób wydano pozwolenia na budowę hoteli-wieżowców. Nazywają się Riu. Wieżowce przypominające prostokątne bryły w Katowicach z czasów PRL-u (np. wieżowiec z ul. Korfantego 2) strasznie psują krajobraz wydm w Corralejo. Trudno jest zrobić jakiekolwiek zdjęcie oceanu i plaży, żeby w kadr nie wchodził przynajmniej jeden wieżowiec. Nie bez powodu posługiwaliśmy się takimi terminami jak: „chamski hotel”, „katowickie wieżowce” i „chamskie bloki”. W 2019 roku przedłużono koncesję na kolejne 70 lat. Od przewodnika słyszeliśmy, że hotele w środku są w słabym stanie i wymagają remontu, bo wybudowane były w latach 70’. Z drugiej strony, kiedy wszedłem na portal hotelowy i turystyczny Tripadvisor zobaczyłem, że ma 2715 opinii, z czego zdecydowana większość to 5 gwiazdek i mniejsza część, to cztery gwiazdki. Niższych ocen nie ma. Nie wiem co o tym myśleć, ale wygląda, że hotele mają się w dobrej kondycji, skoro zbierają najwyższe oceny i są wypełnione po brzegi, co widzieliśmy po balkonach i rozwieszonych ubraniach, które się suszyły. Hotele budzą kontrowersje, ponieważ mają najlepszą lokalizację (od razu idziemy na plażę), oferują łatwo dostępne leżaki i parasole oraz niesamowicie psują krajobraz wydm w Corralejo. Takiej komercji powinni zabronić, ale w tym świecie niestety pieniądz zawsze jest najważniejszy. W Corralejo hotele są rozmieszczone praktycznie po całym mieście, ale najlepiej wybierać te, które wybudowano na całkowitym uboczu miasta, jak również te, które znajdują się w miarę blisko piaszczystej plaży przy oceanie. Czym bardziej w głąb miasta, tym będziemy mieli dostępne piaszczyste plaże, ale już z betonowymi murami i deptakiem w tle z licznymi zabudowaniami. Po prostu zero klimatu wakacji. W wielu miejscowościach turystycznych zauważysz „straszące”, betonowe szkieletory. To hotele, które z wielkim rozmachem chcieli wybudować Rosjanie. Kanaryjczycy jedyni oparli się rosyjskiej turystyce i pod tym względem nie dopuszczają ich do Wysp Kanaryjskich aż do dziś. Hotele zaczęto budować jeszcze w czasach, zanim Hiszpania weszła do Unii Europejskiej, stąd była wolna ręka. Kiedy jednak Wyspy Kanaryjskie zaczęły należeć do Unii Europejskiej, Rosjanie dostali wiele warunków, które musieli spełnić. Taniej było im to wszystko rzucić w jeden dzień, niż dalej inwestować i ponosić ogromne koszty. Od tego momentu nie widać Rosjan na terenie Wysp Kanaryjskich. Można powiedzieć, że uchronili się przed często nieodpowiedzialnymi turystami, którzy często nie potrafią przyzwoicie zachować się w hotelu.

Jeden z "chamskich" hoteli, które nigdy nie powinny stanąć w parku naturalnym. Nie dość, że psują krajobraz, to nie da się zrobić zdjęcia bez bloku przypominającego wieżowiec z ul. Korfantego 2 w Katowicach. Dwa hotele w parku naturalnym po raz kolejny uświadamiają, jak wielka siła tkwi w pieniądzach i łapówkach...

PLAŻOWANIE
Na Fuerteventurze nie jest tak łatwo, jakby się mogło wydawać. To nie Grecja, Włochy, czy Hiszpania lądowa, gdzie można się rozłożyć i położyć na kocu, czy ręczniku. Jeśli myślimy o plażowaniu, to możemy zrobić to tylko na dwa sposoby. Skorzystać z płatnej oferty leżaków i parasoli (piasek nas raczej nie zawieje), albo skorzystać z nietypowych „parawanów”, które na Fuerteventurze są praktycznie na każdej plaży. Omawianym parawanem jest łuk lub krąg zbudowany z czarnych kamieni, którego zadaniem jest ochrona przed wiatrem. W takim kręgu możemy rozłożyć koc i całkowicie zapomnieć o wietrze. Plażowicze często idą nieraz po dwa kilometry dalej, tylko, żeby znaleźć jeszcze niezajęty kamienny krąg. Mamy ich mnóstwo do dyspozycji, ale trzeba pamiętać, że kto pierwszy, ten lepszy. Chyba, że mamy czas i możemy iść 3-4km dalej, gdzie nie będzie ludzi. Trzeba pamiętać, że plaże na Fuerteventurze są spokojne i nie zobaczymy na nich tłumów. Tutaj naprawdę wypoczniemy. Jedyne tłumy znajdziemy przy hotelach Riu, bo w końcu w wieżowcu musi mieszkać dużo ludzi… Klimat na wyspie jest specyficzny, dlatego musimy wiedzieć też nieco więcej o słońcu. Zdecydowanie polecam używanie filtrów UV 50, ponieważ słońce opala nawet przez chmury! Kiedy idziemy plażą, nieustannie wieje wiatr, dzięki czemu nie czujemy gorących promieni. Opaleni jednak będziemy. Jeśli chcesz sprawdzić, jak mocne jest słońce, wejdź na chwilę do kamiennego kręgu i się połóż. Poczujesz, jak w kilka sekund promienie będą cię dosłownie parzyć! Poczujesz coś na wzór wbijania wielu małych igieł w skórę. Dlaczego tak jest? Dlatego, że Fuerteventura leży na 28 równoleżniku, co oznacza, że słońce w ciągu dnia znajduje się wysoko nad naszymi głowami, a nie tak, jak w Polsce - pod dość dużym kątem (49-54 stopnie). Gdyby nie zimny ocean, panowałby tu typowo zwrotnikowy klimat, gdzie temperatury często przekraczają 40’C. Plaże Fuerteventury nie są przyjemnym miejscem dla rodzin z dziećmi, ponieważ niezależnie od miejsca, zawsze zobaczymy panie topless, czy gołych facetów, spacerujących od jednego końca plaży do drugiego. Niestety takie obrazki zdarzały się na każdej plaży. Jeśli nie znaleźliśmy wolnego kamiennego kręgu, a koniecznie chcemy rozłożyć koc lub ręcznik, to pamiętajmy, żeby popatrzeć na piasek, do którego miejsca jest mokry (wyraźny ślad). Fale oceaniczne mają to do siebie, że są silne. Może powstać kilkadziesiąt podobnych fal i jedna większa. Ta jedna fala może nas na chwilę podtopić i zabrać jakieś drobne rzeczy do oceanu. Inną kwestią jest bezpieczeństwo na plażach.

Parawany na Fuerteventurze. Kiedy na zewnątrz wieje silny wiatr, wewnątrz kamiennego kręgu słońce dosłownie parzy

W wielu miejscach zobaczymy budki z ratownikami i faktycznie będą tam stacjonować, a tam gdzie ich nie ma, to zobaczymy tablice informacyjne o zakazie kąpieli. Wiadomo, ze nikt przestrzegania zakazów nie sprawdza, a ludzie i tak się kąpią, dlatego co około 100 m znajdziemy tablice informacyjne, jak wezwać pomoc i koło ratunkowe na linie przywiązane do metalowego słupka. Trzeba przyznać, że są przygotowani na wszystko. Dodatkowo pod kołem ratunkowym przeczytamy: „Nie niszcz, sprzęt ratujący życie”. Widać, że koła ratunkowe są tam od wielu lat, bo częściowo wyblakły, ale nikt nawet ich nie popisał, co w Polsce byłoby nie do pomyślenia. Cieszy fakt, że Kanaryjczycy przywiązują dużą uwagę do bezpieczeństwa.

Na niestrzeżonych plażach również zadbano o bezpieczeństwo

WAŻNE!
Często w rejonie piaszczystych plaż znajdują się skaliste fragmenty, gdzie nieświadomi niczego turyści lubią spacerować po twardszym podłożu. Czarne skały, bo takie najczęściej zobaczymy w oceanie, to nic innego, jak skały pochodzenia wulkanicznego lub zastygła lawa. Bardzo łatwo można się skaleczyć lub rozciąć skórę. Jeszcze gorsze jest chodzenie w wodzie w pobliżu wystających skał. Fale są silne, więc z łatwością może nas rzucić na nie, a wtedy nie trudno o zwichnięcie, czy złamanie. Wystarczy przejść się w Corralejo, a zobaczymy ilu ludzi chodzi w różnego rodzaju usztywniaczach stóp. Nawet przy plażowaniu trzeba zachować trochę rozsądku. Jeśli umiesz pływać, wybieraj całkowicie piaszczyste plaże, gdzie dno jest przejrzyste. Czasami zdarza się, że dno stanowią płaskie głazy w kolorze podobnym do piasku. Pomiędzy skałami znajdują się szczeliny o szerokości kilkunastu centymetrów, a głębokie są na kilkadziesiąt centymetrów. Wystarczy, że staniemy w takim miejscu i trafimy na falę, a zwichnięcie w kostce lub złamanie będzie gotowe… Zawsze trzymałem się zasady, że nie wchodzę do wody tam, gdzie widać skały na dnie, nawet te płaskie, ponieważ podczas pływania fala potrafiła przerzucić o dwa, trzy metry w stronę brzegu i wtedy bardzo łatwo było zahaczyć kolanem o krawędź jasnych głazów. Ubezpieczalnie na Fuerteventurze chyba dość często muszą pokrywać koszty leczenia – tak sądzę po widoku ludzi ze zwichniętymi i złamanymi nogami w Corralejo. Na plażach możemy czuć się całkowicie zrelaksowani, ponieważ w odróżnieniu od Włoch, Hiszpanii, Grecji, czy Turcji nie zobaczymy ani jednego plażowego sprzedawcy w stylu „tanie, ale dobre” lub „my friend”.

Nie pływaj w rejonie skał! Z powodu dużej siły nawet małych fal, zbyt łatwo jest o wypadek

LUDZIE NA FUERTEVENTURZE
Kiedy zapytasz Polaków dłużej mieszkających na wyspie, czy podoba im się na wyspie, odpowiedzą, że tak i to jednomyślnie – w końcu dlatego mieszkają na Fuercie. Krajobrazy może nie są tak przyciągające, jak w Grecji, Włoszech, czy innych miejscach, ale głównym powodem, dla którego ludzie przeprowadzają się na Fuerteventurę są ludzie, ich mentalność i styl życia. Kanaryjczycy mają swoje, ciekawe podejście do życia, które w pewien sposób ich wyróżnia. Na pierwszym miejscu uważają, że stres to silna i groźna choroba, dlatego robią wszystko, żeby nie powstawały stresowe sytuacje. Na drodze nikt na ciebie nie zatrąbi. Jeśli tak, to na pewno zobaczysz turystę w wypożyczonym samochodzie. Wszelkie spory rozwiązują grzecznościowo, a walka na pięści to coś odrażającego. Co ciekawe, Wyspy Kanaryjskie należą do Hiszpanii, ale mieszkańcy Fuerteventury, Lanzarote, Teneryfy, El Hierro, Gomery, La Palma i Gran Canarii nie czują się Hiszpanami. Czują się Kanaryjczykami. Wyspy mają swój rząd i flagę, a każda z wymienionych, dodatkowo ma swój własny, wewnętrzny rząd i flagę. Co ciekawe, nikomu nie przychodzi do głowy, żeby walczyć z Hiszpanią o niepodległość i wyrwanie się spod rządów Hiszpanii. Dlaczego? Bo to oznacza stres. Kanaryjczycy są bardzo praktyczni i w tej kwestii spojrzeli tak: 1. Pod Hiszpanami nam dobrze i nikt nas nie goni, 2. Walka o niepodległość nie ma sensu bo i tak będziemy mieszkali w tym samym miejscu; liczy się to, kim czujemy się w sercu, a nie na papierze, 3. Wszelkie rozruchy oznaczają stres, a stres zabija. Trzeba przyznać, że bardzo mądrze podeszli do tematu.

Kanaryjczycy mają też swój patent na nieco inny fotoradar. Tutejsze radary prędkości nie robią zdjęć, ani nie wlepiają mandatów za przekroczoną prędkość. Jak widać po Polsce – to nie działa… Oni wpadli na pomysł, że w miastach i miasteczkach stoją sygnalizacje świetlne, gdzie na przemian świecą dwa pomarańczowe światła. Gdy przekroczysz 50km/h zapala się czerwone światło. Nikt nie odważy się przejechać na czerwonym świetle, bo nigdy nie wiadomo z jakiego powodu się ono zaświeciło, i czy gdzieś nie przejedzie samochód. To działa na każdego i każdy się zatrzymuje. Czerwone światło zapala się na 15-30s w zależności od miejsca, więc każdy wie, że i tak straci czas, kiedy przekroczy prędkość, bo będzie musiał stać, a tak by mógł jechać wolniej, ale jednak jechać. Bardzo logiczne jest to rozwiązanie i nie trzeba nikogo karać… Policjanci nie karzą mandatami, bo to również nie jest im na rękę. Jedynie rażące łamanie przepisów oraz niezachowanie odstępu 1,5m od rowerzysty na ulicy to coś, na co Kanaryjczycy są uwrażliwieni. Kiedy widzą rowerzystę, to nie wyprzedzą go, gdy po drugiej stronie jedzie samochód. Poczekają aż przejedzie i wyprzedzą go, wjeżdżając na sąsiedni pas, żeby zachować wymagany odstęp. Kanaryjczycy opracowali również swój sposób skręcania w lewo. Na ulicach bardzo często widać po prawej stronie dodatkowy pas, na który wjeżdżasz i tam czekasz do skrętu w lewo. Dzięki temu rozwiązaniu nie blokujesz ruchu. Kiedy np. na parkingu płatnym masz do zapłacenia 1,5 EUR i nie uiścisz opłaty, nikt cię za to ścigać nie będzie, bo każdy rozumie, że mogłeś się zamyślić, zapomnieć, itd. Jeśli dostaniesz upomnienie i nie zapłacisz należności w ciągu kolejnego tygodnia, to otrzymujesz mandat, ponieważ rozmyślnie nie zapłaciłeś za parking. Policjanci karzą tylko wtedy, kiedy naprawdę muszą. Tak samo chcą unikać stresu i w założeniach policja nie ma kojarzyć się z kimś złym, ale równocześnie z kimś, kto pilnuje prawa. Kradzieże samochodów na wyspie się w ogóle nie zdarzają, bo gdzie uciekniesz zrabowanym samochodem?...

To, co u nich podoba mi się jeszcze bardziej, to fakt, że nieznajome osoby pozdrawiają ciebie i się uśmiechają, podobnie, jak mieliśmy w polskich górach. Teraz to raczej zanikające zjawisko. Kanaryjczycy również umiejętnie wykorzystali teren, na którym żyją. Jako, że deszczów mają bardzo mało, dookoła swoich pól uprawnych stawiają kamienne mury, które pozwalają zatrzymać opad na dłuższy czas. Woda spływa po spieczonej słońcem glebie i nie wsiąka. Stąd potrzebne ograniczenia. Jako, że kamienie, które są bardzo starą, zastygłą lawą, leżą dosłownie wszędzie, mieszkańcy wybudowali z nich dziesiątki kilometrów murów dla swoich pól. Takie rozwiązanie nie wymagało ponoszenia dodatkowych kosztów za materiały budowlane. Przystanki autobusowe, to kolejna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę. Ich rozkład jest czytelny, jak nigdzie indziej. Oprócz autobusów odjeżdżających z danego przystanku masz od razu wgląd na rozkłady wszystkich innych linii kursujących na wyspie przejeżdżających przez inne miasta i miasteczka. Dzięki temu na każdym przystanku znajdziesz sobie połączenie, jeśli masz przesiadkę. Każde większe miasteczko i miasto zadbało o porządne drogi rowerowe z pełnymi oznaczeniami i przystankami po drodze. Jadąc rowerem 226km dookoła wyspy, wykorzystałem np. 7km odcinek wzdłuż obwodnicy stolicy Puerto del Rosario, gdzie jechałem z dala od ruchu ulicznego wśród palm. Na Wyspach Kanaryjskich, podobnie, jak rowerzysta chroniony jest pieszy. Pasy na ulicy są traktowane według przepisów, jak chodnik i to ulica przecina ten chodnik, a nie odwrotnie. Jeśli więc potrącisz osobę na pasach zawsze będzie to twoja wina, niezależnie od okoliczności. Nie bez powodu wszyscy miejscowi kierowcy jadą powoli przez miasta. Muszą mieć czas na reakcję. Kanaryjczycy nawet przerobili holenderskie wiatraki na swój sposób. Te holenderskie są napędzane siłą wiatru, a kanaryjskie mogą być napędzane siłą wiatru i mają dodatkowo kierat napędzany osłami, dzięki czemu w razie awarii wiatraka lub bezwietrznego dnia (co na Fuerteventurze jest niemożliwe) praca może być ciągle wykonywana. W takich wiatrakach nie mieli się mąki, ale raczej prażoną kukurydzę, która wykorzystywana jest do produkcji lokalnych wyrobów. Wiatraki jednocześnie pełnią funkcję turystyczną i są jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji w folderach i przewodnikach.

Nasz przewodnik również mówił, że między innymi, kiedy załatwiał jakąś sprawę i musiał lecieć do Madrytu, nie spotkał się z polskim typem urzędnika. Miejscowi pracownicy pomagali za każdym razem i byli uśmiechnięci. Kiedy zabrakło niewielkiej kwoty do opłacenia jakiegoś dokumentu, urzędnik uśmiechnął się i powiedział, że jest piękny dzień, nie stresujmy się. Nasz przewodnik mieszka na stałe na Fuerteventurze, stąd stwierdza, że nie chce żyć nigdzie indziej i utożsamia się z mieszkańcami, bo tu jest prawdziwe i praktyczne podejście do życia – takie, jak powinno być wszędzie. Będąc na Fuerteventurze pewnie zapytasz: skąd oni mają wodę, skoro na wyspie nic zielonego nie wyrośnie, jeśli nie zostanie podlane? W stolicy mają wielką odsalarnię wody oceanicznej i stamtąd woda jest doprowadzana do większości miejscowości. Zauważyłem też, że wielkie wiatraki, które wytwarzają energię elektryczną również mają ciekawe zastosowanie. W miejscowości takiej, jak Corralejo, wybudowano mały zakład, który czerpie z nich energię. Zakład zajmuje się odsalaniem wody, co z pewnością odciąży główną odsalarnię ze stolicy. Wody z kranu nie pijemy, bo jest częściowo zdemineralizowana i odsolona, stąd niedobra dla naszego zdrowia. Nadaje się tylko do mycia i podlewania roślin. Z drugiej strony nie ma charakterystycznego zapachu „wody z wysp”, który z łatwością można poczuć na wyspach greckich. Tę sztukę opanowali do perfekcji.

CO WARTO ZOBACZYĆ NA FUERTEVENTURZE?
Będąc na Fuerteventurze, najważniejszym jednak jest poznawanie ciekawych miejsc na wyspie. Nie tylko chcemy przeleżeć nasz urlop na plaży, ale raczej poznawać jak najwięcej. Starałem się zobaczyć, jak najwięcej, stąd mogłem stworzyć ranking najpiękniejszych miejsc, czyli co koniecznie musisz zobaczyć. Fuerteventura ma wiele ciekawych, a nawet tajemniczych atrakcji, ale są rozsiane one po całej wyspie. Chcąc zwiedzać Fuerteventurę musimy nastawić się na większe odległości, samochód lub wycieczki organizowane. Ja wyłamałem się z ogólnie przyjętych norm i zwiedziłem wyspę rowerem, jadąc 226km w ciągu jednego dnia z północy na południe i wróciłem zachodnią stroną Fuerteventury. O tym będzie dalej. A teraz przedstawiam ranking najpiękniejszych miejsc:

1. CIĄG PLAŻ OD COSTA CALMA I PLAŻA SOTAVENTO (PÓŁWYSEP JANDIA)
Piękna, piaszczysta i słoneczna plaża. Niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Co ją tak wyróżnia? Sotavento jest bardzo szeroka i ciągnie się na kilka kilometrów (stanowi ciąg plaż od Costa Calma przez plażę Esmeralda aż dotąd). Kończy się nieco skalistym zboczem piaszczystej góry. Podobnych gór zobaczymy wiele, a ich znakiem rozpoznawczym są piaski i małe, kuliste kępki drobnych krzaczynek. W rejonie Costa Calma zaczyna się cały ciąg plaż, ale z uwagi na dość dużą ilość hoteli, nie nacieszymy się spokojem i pięknymi widokami. Sotavento jest podobna, ale na odcinku około 3,85km powstała piaszczysta równina, którą w całości okala piaszczysty wał wysoki na kilkadziesiąt centymetrów. Stanowi naturalną zaporę dla wody oceanicznej. Po prawej stronie równiny wpływa niewielka rzeka do oceanu, jednak wygląda to, jakby ocean wypełniał wyschnięte koryto lokalnej, okresowej rzeki płynącej z gór. Wielka równina jest rozległa. W najszerszym miejscu aż na 506m, stąd mamy wrażenie, że idziemy pustynią! Jeśli chcemy trafić na tę plażę bezbłędnie, wpiszmy do GPS hotel Melia Fuerteventura. Tuż przy plaży znajduje się szkoła dla kite-surferów. Rozpoznamy ją po rzędach palm. Jednocześnie funkcjonuje tam bar dla plażowiczów. Na znakach drogowych będzie funkcjonowała nazwa ‘Playa de la Barca’. Jeśli najdzie nas ochota przejść całą plażę, to jej całkowita długość wynosi 3845 metrów, licząc od parkingu przy ‘Ion Club Fuerteventura’ do szkoły windsurferów ‘Rene Egli Fuerteventura’. To są skrajne punkty graniczne omawianej, pięknej plaży. Za Ion Club Fuerteventura również ciągną się plaże, ale gorszej jakości, często punktowo zarośnięte i znacznie węższe. Podane 3845m długości dotyczy szerokiej i głównej plaży.

 
Wielka plaża Sotavento. W najszerszym miejscu ma aż 506m szerokości!

Jeśli skierujemy się samochodem na Playa de la Barca, to naszą przygodę rozpoczniemy dokładnie w najszerszym miejscu Sotavento. Zanim dojdziemy do oceanu, będziemy musieli pójść piaszczystą plażą 506 metrów! Ciekawostką tej wielkiej, ponad trzykilometrowej równiny jest fakt, że w całości otacza ją naturalny wał z piasku oraz wielkie znaczenie ma dzień, w którym przyjedziesz na Sotavento. Wysokość przypływów i odpływów wynosi około 2m w ciągu lata, a w październiku nawet 3-4m. To oznacza, że kiedy przyjedziemy w czasie pełni księżyca lub blisko tego okresu, to cała równina może być sucha. Kiedy natomiast przyjedziesz w dniu nowiu lub bliskich jemu dni, to zaskoczysz się pięknym widokiem. Zobaczysz piękne laguny, które utworzyły się na wielkich, piaszczystych równinach. Szczególnie w nocy fale połączone z przypływem mogą być na tyle wysokie, że woda przelewa się przez piaszczysty wał. Dodatkowo pomaga koryto rzeki w pobliżu Ion Club Fuerteventura, dzięki czemu woda ma ułatwiony dostęp. Wystarczy pół miesiąca różnicy czasu, żeby zobaczyć zupełnie inną panoramę. Ja widziałem częściowe laguny po nowiu i całkowitą suszę na równinach w okolicach pełni księżyca. Plaża jest niesamowita! Widok z jednej z gór jest tym bardziej jeszcze ciekawszy. Wycieczki jeżdżące na plażę Cofete zatrzymują się na jednej z takich gór, by popatrzeć na Sotavento z góry. Naprawdę warto! Kierowcy wykorzystują do tego punkt widokowy nazywany Mirador del Salmo. Jeśli jedziesz na Sotavento, obowiązkowo odwiedź omawiany punkt! Jeśli masz więcej czasu w ciągu jednego dnia, polecam zatrzymać się samochodem na parkingu w pobliżu Ion Club Fuerteventura (na znakach drogowych ten fragment plaży oznaczono jako Sotavento). Z parkingu warto pójść 3,8km plażą lub wałem z piasku, żeby dojść do końca i wtedy można wrócić. Po około 2,9km wędrówki dotrzemy do pięknych lagun nawet w czasie maksymalnego odpływu, które tworzą się za wałem, a nie na równinach. Będzie stąd również fenomenalny widok na piaszczyste góry. Zawodowi fotografowie na pewno znajdą w tym miejscu ciekawe kadry, które później zostaną wykorzystane na wystawach zdjęć.

Widok z punktu Mirador del Salmo

Jeśli myślisz, że na Sotavento już nic cię nie zaskoczy, to największa atrakcja czeka pod twoimi stopami. Piasek jest piękny, żółty i czasami widać na nich piękne, czarne, jakby malowidła w postaci zacieków. Wystarczy, że kopniesz w podłoże, lub odgarniesz jedną garść, a zobaczysz, że piasek jest czarny! Trzeba pamiętać, że góry na Fuerteventurze są wygasłymi i starymi wulkanami, a głazy, kamieni, ziemia i ciemny piasek, to nic innego, jak dawna lawa. Na Sotavento lawa jest już dosłownie sproszkowana, dlatego zmieszała się z żółtym piaskiem. Widok należy do jednych z ciekawszych i godnych uwagi. Jeśli nie chcemy, żeby spaliło nas słońce, polecam iść wzdłuż linii brzegowej, wykorzystując wał z piasku. Będziemy mogli popatrzeć na piękne, turkusowe odcienie wód, a przy tym schłodzimy się wiatrem znad oceanu. W trakcie wędrówki, w dwóch miejscach możemy podziwiać umiejętności kite-surferów. Udało mi się nawet zrobić zdjęcie wprawnemu kite-surferowi, który wyskoczył na fali i poleciał kilkanaście metrów nad poziomem wody, po czym wylądował na wodzie z deską przymocowaną do stóp i popłynął dalej. Widać, że tamtejsi surferzy trenują swój sport od lat. W lagunach spotkamy nowych, którzy się uczą. Widać, ile sił i trudu trzeba włożyć w opanowanie sztuki sterowania latawcem, który daje napęd. Jeśli jesteśmy miłośnikami pięknych widoków, to w najszerszym miejscu plaży przy hotelach, znajduje się bar obok szkoły dla kite-surferów, o którym wspomniałem już wyżej. Wystarczy, że pójdziemy do ostatniej palmy i zobaczymy niesamowity widok, na piaszczyste góry na tle naszej małej pustyni. Idąc 500m do oceanu i nieco w prawo brzegiem, dojdziemy do pięknych lagun, niezależnie od przypływów, czy odpływów. Jeśli chcemy bardziej szczegółowo dowiedzieć się, kiedy będą przypływy i odpływy, oraz jaka będzie ich wysokość, polecam zajrzeć na stronę https://www.rene-egli.com/pl/windsurfing/windsurfing/laguna/ (trzeba zajrzeć na sam dół strony i popatrzeć na kolorową tabelę. Aktualny rok jest rozpisany dzień po dniu, wraz z wysokością przypływów i odpływów w centymetrach. Możemy zatem ułożyć nasz plan wyjazdu tak, żeby trafić na powstawanie lagun. Warto próbować, bo widowisko jest pewne!).

Piasek na Sotavento jest tylko na wierzchu żółty. Wystarczy kopnąć w niego lub odgarnąć jedną garść, żeby zobaczyć, że dominują tutaj czarne piaski

Musimy pamiętać, że na wysokości Costa Calma znajduje się najwęższy odcinek Fuerteventury i liczy zaledwie 6km. Zobaczymy tam jedynie piaszczyste góry z kulistymi krzaczkami równomiernie porastającymi każde wzniesienie. Jeśli uda nam się dojechać do godziny 11.00 na półwysep Jandia, to możemy zobaczyć niesamowite czapy chmur, które zalegają tylko na szczytach gór. Tworzą coś na wzór wodospadów przelewających się przez góry. Mamy wówczas wrażenie, jakby w oddali widniały góry z ośnieżonymi wierzchołkami. Plaża Sotavento pozwala nam nie tylko nacieszyć się niepowtarzalnymi zjawiskami przyrody, ale również będziemy mogli popływać w wodach oceanu. Jeśli nie umiemy pływać, wybierzmy spokojne laguny , na które trafisz, idąc linią brzegową (tam, gdzie polecałem zrobić zdjęcia). Dla tych, którzy umieją pływać, polecam wyznaczony do tego szeroki pas plaży pomiędzy dwiema strefami dla kite-surferów. Pas jest wyraźnie oznaczony za pomocą tablic, a znajduje się on na wysokości hoteli Playa de la Barca, czyli na wprost i kawałek w lewo, patrząc na ocean ze szkoły dla kite-surferów z barem z palmami. Fale na pewno będą niższe, a ocean spokojniejszy. Celowo wybrano to miejsce na kąpielisko.

 
 
 
 
 
 
 
 
Plaża Sotavento i jej laguny

2. PLAŻA COFETE
Tajemnicza i najciekawsza oraz bardzo spokojna plaża, która skrywa na pobliskich terenach niewyjaśnione historie z drugiej wojny światowej. Sama plaża ciągnie się na 13,76km. Jest ogromna! Co ją wyróżnia? Znajduje się przede wszystkim po drugiej stronie najwyższego łańcucha górskiego na całej Fuerteventurze. Wygląda na niedostępną i bezludną, pomimo swoich ogromnych rozmiarów. Mając wypożyczony samochód, pamiętajmy, że tymi samochodami nie możemy jeździć po szutrowych drogach, a jedyna droga na plażę rozpoczyna się w Morro Jable i ma 20km długości i aż 300 zakrętów! Są tacy, co mimo wszystko próbują dojechać na miejsce zwykłym, osobowym autem z wypożyczalni, ale nie zastanawiają się, co zrobią w przypadku, gdy samochód odmówi posłuszeństwa, albo gdy spowodujemy wypadek, czy też uderzymy o skałę. Za wszystko będziemy musieli zapłacić z własnych pieniędzy, bo ubezpieczenia nie pokrywają szkód powstałych na szutrowych drogach. O ile będzie to mała rysa, to problem nie jest jakiś wielki, ale jeśli zepsuje nam się samochód i nie będziemy mogli dalej pojechać, to mamy poważny powód do zmartwienia… Droga jest wąska, w wielu miejscach bardzo kręta i przede wszystkim z ograniczoną widocznością. Czasami zza zakrętu może nagle wyskoczyć inny samochód, stąd warto mieć dobry refleks. Najbardziej znanym miejscem na drodze jest punkt widokowy Sobre Puerto de Montana. Jest to najwyżej położony punkt będący przełęczą pomiędzy dwiema wysokimi górami, skąd po raz pierwszy ujrzymy plażę Cofete. Na przełęczy bardzo często wieje bardzo silny, lub nawet ukręcający głowę wiatr (70-200km/h). Mimo wszystko, każdy kto tędy jedzie (nie ma innej drogi) zatrzymuje się, by zrobić kilka zdjęć. Najciekawsze są wtedy „selfiary”, lub inne „instagramiary”, które próbują za pomocą kijka i telefonu zrobić sobie zdjęcie. Przy takim wietrze, to już wyższa szkoła jazdy…

Niesamowita, 22-kilometrowa linia brzegowa widziana z przełęczy

 
Szersze spojrzenie na okolicę z przełęczy

Zjeżdżając z przełęczy, czeka nas cała seria ostrych zakrętów i serpentyn. Cały czas mamy niesamowite widoki na Cofete. W oddali majaczy jakaś miniaturowa wioska. Będziemy przez nią przejeżdżać. W trakcie zjeżdżania z przełęczy, po lewej stronie zobaczymy wielkie krzaki, które w rzeczywistości są skupiskiem dziesiątków kaktusów wyrastających z jednego korzenia. Ten rodzaj kaktusa nazywa się wilczomleczem kanaryjskim i należy do roślin endemicznych, czyli występujących tylko na tym terenie (w przypadku wilczomlecza występuje on na terenie Wysp Kanaryjskich). Długi zjazd kończy się łagodnie opadającą drogą przecinającą malutką wioskę, która dzisiaj ma niewielkie znaczenie. Większość domów to tymczasowe domki na weekend dla miejscowych rybaków. W innych mieszkają jeszcze ludzie, choć nie mają prądu i wody. Co ciekawe, z Morro Jable tylko dwa razy dziennie kursuje mały autobusik do tej wioski. Jeśli przyjrzymy się bliżej sprawie, to dowiemy się, że na Cofete Ridley Scott nakręcił film „Exodus”, wyświetlany w kinach w 2014 roku. Cofete idealnie nadawało się do filmu o tematyce biblijnej (wyjście Mojżesza i narodu Izraelskiego z Egiptu). Ridley Scott dostał zgodę na kręcenie tego filmu pod warunkiem, że przeznaczą część środków na poszerzenie szutrowej drogi prowadzącej do Cofete w jej najwęższych miejscach. Reżyser przystał na ten warunek i dodatkowo zostawił autobusik, którym jego ekipa codziennie dojeżdżała na plan. Do dziś kursuje on regularnie. Za wioską jedziemy jeszcze tylko chwilę i dotrzemy do jedynego parkingu przy plaży. Jak się domyślasz, nie ma tu tłumów i tysięcy samochodów. Przy parkingu zobaczymy zasypany już częściowo piaskiem kontrowersyjny cmentarz, ale tę kwestię poruszę nieco dalej. Z parkingu idziemy bezpośrednio na szeroką, piaszczystą plażę. Gdzie warto iść? Myślę, że w lewą stronę, ponieważ tam widzimy najwyższe góry i piękne otoczenie. Piasek sprawia wrażenie, jakby tędy nikt nie chodził od lat... Nie ma żadnych śladów, a fale rozlewają się tu na kilka lub kilkanaście metrów po jego powierzchni. Na całej długości Cofete obowiązuje zakaz kąpieli ze względu na silne prądy morskie i duże fale. Plażę należy „tylko”, albo i aż podziwiać. Wędrując w lewą stronę od parkingu, warto iść ciągle przed siebie. Pomimo, że masz świadomość, że jesteś na Fuerteventurze, to czujesz się, jak na całkowitym odludziu, w zupełnie innym miejscu, jakby wywieźli cię na koniec świata. Uczucie totalnej pustki i odizolowania jest niesamowite! Wracając w stronę parkingu, będziemy patrzeć w stronę łańcucha górskiego, który ciągnie się aż po horyzont. Góry widoczne na samym końcu lubią przyciągać chmury i właśnie tam najczęściej będzie mgła lub siwe chmury.

Najlepsza pora dnia na odwiedzenie plaży to godziny 11.00 – 14.00. Poza tym przedziałem godzinowym może być gęsto od chmur. Zwykle po 11.00 następuje pierwsze i najmocniejsze zanikanie obłoków. Później mogą tworzyć się skupiska chmur po prawej stronie łańcucha górskiego, patrząc na plażę z parkingu. Plaża jest niezwykle widokowa i należy do jedynie dwóch miejsc na Fuerteventurze, gdzie niezależnie od pory dnia zawsze jest dobre światło dla fotografów. Gdzie indziej na wyspie, zawsze jest jakaś najlepsza pora, gdzie występują te najlepsze warunki. Tutaj panują one zawsze. Ciekawostką jest fakt, że gdyby jakimś cudem przytrafił nam się deszcz, a przyjechalibyśmy samochodem, to w żadnym wypadku nie należy wracać do domu! Droga staje się bardzo szybko śliska i błotnista. Raczej mamy małe prawdopodobieństwo, że na ostrych zakrętach nie spadniemy w przepaść, stąd rząd Fuerteventury wprowadził coś na wzór akcji ratunkowej w Tatrach. W czasie deszczu po takie osoby przylatuje helikopter! Innej możliwości bezpiecznego powrotu po prostu nie ma! Telefony działają na plaży, więc można wezwać pomoc pod klasycznym numerem 112. Działa wszędzie.

  
Niesamowita plaża Cofete

 
 
 
 
Inne spojrzenia na Cofete

Plaża Cofete to nie tylko plaża, dzicz, nienaruszone tereny i wysoki łańcuch górski utworzony z ciągu bardzo dawnych, wygasłych wulkanów. Cofete to również ukryta i mroczna historia. Jeśli dojeżdżamy do parkingu na Cofete, to trudno po prawej stronie na wzniesieniu nie zauważyć okazałej Willi Wintera. Prawie wszystko, co z nią związane, jest niewyjaśnione – również data jej powstania. Po wgłębieniu się w historię szybko dostrzeżemy, że nawet ogólnikowo mówiąc, rok wybudowania tej willi ma ogromne znaczenie… Przybliżę teraz nieco tę historię:
Według wiedzy ciekawych ludzi, chcących poznać prawdę, po raz pierwszy Gustav Winter przybył na Wyspy Kanaryjskie w latach dwudziestych: Gustav Winter, inżynier z Czarnego Lasu, urodzony w 1893 roku. W Las Palmas na Gran Canarii zlecił budowę elektrowni CICER. Potem pojawił się na Fuerteventurze. Mówi się, że przyjechał z walizką wypełnioną gotówką - ze skrzyni wojennej Göringa - by kupić ziemię w ogarniętej wojną domową Hiszpanii i zbudować bazę wojskową dla III Rzeszy, która aktywnie przygotowywała się do wojny w tym czasie.

Dyktator Francisco Franco - który był głęboko zadłużony u Hitlera, ponieważ pomógł mu wygrać wojnę domową z Legionem Condor - obserwował budowę dziwnej willi bez dochodzenia do jakich celów ona powstaje i nawet popierał niemieckie wysiłki. W krótkim czasie Winter opanował półwysep Jandia w południowej Fuerteventurze. Mówiono o dziwnych wydarzeniach: Ogrodzenia zostały zbudowane, aby odizolować półwysep od reszty wyspy. Miejscowi mieszkańcy zostali wygnani i wolno im było poruszać się tylko pieszo po okolicy, aby pracować przy budowie dróg i portów. Przed zapadnięciem zmroku musieli opuszczać półwysep Jandia. Mówiono, że rządzą tam Niemcy oraz snuto opowieści o żołnierzach, okrętach wojennych, łodziach podwodnych i stanowiskach z bronią. W północnej części półwyspu, w opuszczonej i niegościnnej okolicy obok wioski rolniczej Cofete, budowa rozpoczęła się na ogromnej posiadłości, która bardziej przypominała fort niż budynek mieszkalny. Mówi się, że dom, który później wszyscy nazywali „Villa Winter”, został zbudowany na rozbudowanym, wulkanicznym systemie jaskiniowym, zapewniającym połączenie z morzem. Podobno regularne wybuchy miały miejsce w podziemnych jaskiniach, a pomosty budowano dla niemieckich okrętów podwodnych. Często wspominano takie nazwiska jak Canaris, Himmler i Dönitz.

Najwyraźniej te tajne, podziemne bunkry oferowały miejsce na zaopatrzenie i utrzymanie niemieckich okrętów podwodnych podczas II wojny światowej, poza zasięgiem samolotów rozpoznawczych Królewskich Sił Powietrznych. Stamtąd rzekomo wyruszyli na zniewagę Aliantów na Atlantyku. Dzięki ścisłej tajemnicy i obfitym rezerwom złota, które miała posiadać baza, jej działalność trwała jeszcze długo po wojnie. Według opowieści, zbrodniarze wojenni, tacy jak Mengele, Bormann, Eichmann, a nawet sam Hitler, podobno przeszli operację kosmetyczną (nie plastyczną), aby kontynuować swoją ucieczkę do Ameryki Południowej bez rozpoznania. Samoloty i okręty podwodne eskortowały ich do Argentyny i Antarktydy, gdzie Trzecia Rzesza utrzymywała również bazę operacyjną w legendarnej Nowej Szwabii. O ile ucieczki Hitlera do Argentyny nigdy nie udało się udowodnić i nie wiadomo, czy jest faktem, to w dzisiejszych czasach oficjalnie już wiadomo, że 5.000 osób zarządzających rzezią w obozach zagłady wyjechało do Argentyny i do lat ’70 żyli w sześciu utworzonych od początku miejscowościach, izolowanych od reszty kraju. Argentyna pozwalała na przyjmowanie nazistów odpowiedzialnych za zbrodnie na masową skalę, bo w Europie czekałaby ich najgorsza kara. Dzisiaj można nawet obejrzeć film na kanale Discovery, który szczegółowo omawia tę kwestię. Nie są to przypuszczenia, a zbadane i potwierdzone fakty przez historyków. Czy Hitlerowi udało się dołączyć do nich? To nigdy nie zostało udowodnione i ciągle jest w fazie domysłów.
Później, po przemyceniu ostatnich nazistów, działalność willi ustała, a na rozkaz Franco wysłano jednostki paramilitarne, aby chronić cały teren przed wścibskimi gośćmi. Po wysadzeniu wszystkich podziemnych przejść, bunkrów i obiektów, a tym samym wszystkich zakrytych torów, rodzina Winter sprzedała cały obszar bogatym inwestorom z całego świata. Pojawiły się pierwsze hotele, takie jak Casa Atlántica i Jandía Playa. Obszar wokół Cofete został sprzedany dużej firmie z Gran Canarii, która miała na celu rozwój regionu dla turystyki.

Tyle jeśli chodzi o legendę. Ale co jest prawdą, a co nie? Czy istniała na Fuerteventurze baza nazistów i czy przypływały tu łodzie podwodne? Czy istniały tajne bunkry i tunele? W 2015 roku austriacko-niemiecki autor i dziennikarz Alexander Peer rozpoczął misję odkrycia tajemnicy i spędził dwa lata na badaniu wydarzeń. Odwiedził archiwa w Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Francji, Szwajcarii i USA, przeprowadził wywiady ze znanymi historykami, autorami, profesorami historii, dziennikarzami i współczesnymi świadkami na całym świecie. Jego podróże badawcze obejmowały dziesiątki lotów, tysiące kilometrów autostrad i setki godzin pracy. Rozległe badania wcześniej nieodkrytych źródeł przyniosły nigdy wcześniej niewidoczne pliki i dokumenty, które dostarczyły zaskakujących wyników. Zaczął przeczesywać miasto, stan, oraz archiwa uniwersyteckie, a także władze lokalne w całych Niemczech i Hiszpanii, poszukując danych, które zweryfikowałyby zadziwiające powiązania. Ostatecznie upartemu autorowi udało się uzyskać wgląd w poufne pliki. Wszystkie uzyskane odkrycia dostarczają elementów układanki, które Peer zestawia w kompletny obraz tego zaskakującego wydarzenia w jego książce. Szkoda, że wydana została dopiero w roku 2019 i tylko w językach: niemieckim, angielskim i hiszpańskim.
Domniemany dom wakacyjny niemieckiego generała, jak nazywają go niektóre przewodniki turystyczne, wydaje się ogromny i niezwykły, z dwoma piętrami częściowo wbudowanymi w zbocze i wieżą od strony północno-wschodniej, której funkcja pozostaje niejasna.

Niesamowity wysiłek, z jakim zbudowano ten dom, jest już widoczny z zewnątrz. Duże, okrągłe łuki, pięknie zaprojektowane drewniane balustrady i liczne detale we wnętrzu domu, w którym znajduje się również przestronny dziedziniec, świadczą o dążeniach, które musiało kryć w sobie wielki cel.
Don Gustavo, jak mówili miejscowi Gustav Winter, musiał mieć ogromne środki finansowe i mnóstwo kapitału ludzkiego, aby zrealizować swoją wizję. Mówi się, że miejscowi pracownicy mogli pracować tylko na placu budowy z najwyższą poufnością i byli zmuszani do opuszczania terenu każdego wieczoru. Cały półwysep Jandia został uznany za strefę zamkniętą. Ale przypuszczalnie, oprócz mieszkańców, na Fuerteventurę sprowadzono niemieckich pomocników. Tajemniczy cmentarz położony przy plaży wywołuje dzikie spekulacje na ten temat.


Willa Wintera widziana z jedynej wioski na Cofete

Dziedziniec w willi Wintera

Mówi się, że wieża willi służyła jako latarnia dla okrętów podwodnych lub samolotów lądujących na pobliskim lotnisku w Punta Jandia. Jaki był cel budowy tej willi, która znajduje się w środku pustkowia, bezpłodnej gleby i na jednej z najdłuższych plaż na Wyspach Kanaryjskich?
Pochodzenie wulkaniczne obszaru sugeruje, że kryje w sobie system jaskiń pod powierzchnią. Oznaczałoby to, że Winter zbudował willę - która mogłaby zostać zbudowana w wielu innych miejscach - na szczycie już istniejącej groty. Podobno zapewnia podziemne połączenie z morzem. Ta plotka jest wątpliwa, ponieważ ci, którzy znają to wybrzeże, wiedzą również, że stoki w Cofete i wokół są zbyt niskie.

Jednak idea jaskiń lawy staje się mniej szalona, ​​gdy weźmie się pod uwagę, że Cuevas del Viento na Teneryfie przedstawia największy podziemny (jaskiniowy) system jaskiniowy na świecie, a sąsiednia wyspa Lanzarote jest także domem dla rozbudowanych jaskiń wulkanicznych: Cuevas i Jameos del Agua. Na wyspie Fuerteventura znajdują się również małe jaskinie, które wzbudziły podejrzenia o związek z działalnością Wintera (na przykład jaskinie Ajuy).
Wieża Villa Winter jest dostępna tylko z dwóch najwyższych pięter, szczególnie na środkowym piętrze z małymi, prostokątnymi oknami. Na podłodze znajdowała się również duża skrzynka z bezpiecznikami. Jej wymiary prowadzą do założenia, że ​​ta wieża zawierała sprzęt, który miał wysokie zapotrzebowanie na moc.
Wiele szczegółów można znaleźć na dziedzińcu willi i wokół niego, w tym dziobek w kształcie rzeźbionej, drewnianej krokodylowej głowy lub typowe drzwi z emblematem zimowym, starannie wygrawerowanym „W”, które wyglądają bardziej, jak tajemnicze wejścia do zaczarowanego zamku niż do domu niemieckiego inżyniera.
Dostęp do niewielkiej części parteru willi: schody prowadzą gości przez zamknięte drzwi niższych pięter wieży i do kuchni składającej się ze spiżarni, niemego kelnera, umywalki, kilku powierzchni roboczych i piekarnika. Dalej widzimy tylko kilka dodatkowych drzwi, z których niektóre są zablokowane lub zamurowane.

Zachodnia strona willi zapewnia dodatkowe wejścia do częściowo zablokowanej części parteru. Mały otwór w jednym z drzwi odsłania długi korytarz z kilkoma drzwiami po prawej stronie. Kolejne okno jest całkowicie zamknięte i zakryte, za nim ciągnie się długi korytarz bez drzwi i okien. Nie można wyjaśnić funkcji tego ostatniego korytarza. Pokoje na parterze znajdują się wzdłuż jednego długiego korytarza. Te pokoje są dostępne z poziomu korytarza, ale wszystkie są puste.
Na dziedzińcu willi stoi stary pojazd szynowy, wystawiony na pogodę i erozję. Daje podpowiedź prawdy za spekulacjami, ponieważ stary pojazd został wyprodukowany przez firmę Krupp. Kawałki kolejowe w pobliżu willi, które można znaleźć około 200m na wschód od willi, na trasie prowadzącej do góry, świadczą o działalności górniczej…

Stary pojazd szynowy należący do wojska niemieckiego do dziś "zdobi" dziedziniec willi

Kiedy przyjrzymy się tej całej historii i kiedy będziemy we wnętrzu willi, przewodnik zwróci nam uwagę na wiele niesamowitych rzeczy, na które sami moglibyśmy nie wpaść. Widziałem mnóstwo zdjęć różnych ludzi, również tych zagranicznych, z lat 2014-2015. Zauważyłem, że w czasie, kiedy ja byłem (2019) dużo się zmieniło. Dom częściowo odświeżono i przede wszystkim w największym pokoju stworzono muzeum tego miejsca, gdzie można podziwiać eksponaty znalezione na terenie willi. O co cały szum? O to, że rząd Hiszpanii utrzymuje, że willa została zbudowana w 1946 roku, co ucinałoby spekulacje, że Hiszpania współpracowała z Niemcami w tamtych czasach. Dla rządu Hiszpanii niewygodne byłoby przyznanie się do współpracy z nazistowskimi Niemcami, dlatego ukrywa wszelką prawdę. Do dzisiaj wejścia do domu Wintera strzeże starszy już wiekiem człowiek, który należy do rodziny Wintera. Jego wiek nie pozwala, żeby dociekać prawdy, dlatego współpracuje z nim niejaki Pedro, który jest bardzo ciekawy całej historii i próbuje rozgryźć całą zagadkę. Właśnie dla niego omawiany starszy człowiek zbiera pieniądze na duży skaner, dzięki czemu mógłby dowiedzieć się więcej, co znajduje się pod ziemią. Jako, że Pedro nie może prowadzić wykopalisk na terenie willi, to chce skorzystać ze skanera, który pozwoli mu dostrzec znacznie więcej pod ziemią. Być może odkryje jakieś korytarze, czy tunele… Kto wie?... Pedro prowadzi swój profil na Facebooku, który działa na zasadzie porównywania zdjęć z drugiej wojny światowej i tego, co znalazł na terenie willi. Widać, jak wiele rzeczy należało do niemieckiego wojska, bo kto inny mógł posiadać rzeczy produkowane na potrzeby niemieckiego wojska?... W pokoju znajdujemy między innymi baterie z U-boot’ów, stacje nadawcze i łączności, wycinki z gazet, sprzęty wojskowe itp. Porównując przedmioty z fotografiami z tamtych lat, nie mamy wątpliwości, do kogo wszystko należało. O ile baterie z U-boot’ów nie muszą oznaczać, że pod budynkiem znajduje się tunel dla łodzi podwodnych, to mogą znaczyć, że musiały podpływać maksymalnie blisko brzegu, jak się da, w celach dostarczenia zaopatrzenia, czy może również innych ludzi. Na co komu byłyby baterie do potężnej wojskowej łodzi podwodnej na środku niczego?... Ktoś musiał nimi przypływać w jakimś ważnym celu.

Baterie z U-boot'ów w pokoju

  
Liczne eksponaty znalezione na terenie willi Wintera

Faktem jest też, że na schodach na zewnątrz domu, siedział sam Hitler. O tym wspomina przewodnik podczas wycieczki, a zdjęcie pochodzi z 1941 roku. Nie była to jego własność, ale wiadomo, że choć raz odwiedził willę na kilka dni. Czy tylko jeden raz? Tego nie wiadomo… Pedro ma jeszcze jedną ciekawostkę, która kryje jakąś tajemnicę. Posiada screen’a zrobionego w 2013 roku z Google Earth. Widać na nim pozostałości pasa startowego dla mniejszych samolotów. Samego pasa z betonowych płyt tam nie dostrzeżemy, ale raczej równe linie, zarośnięte niskimi krzakami, charakterystycznymi dla tego środowiska, tworzących równe linie. Kiedy dzisiaj wejdziemy na Google Earth, tych pasów nie ma. Ciekawe, czy ktoś celowo ukrył tę informację?... Kolejną rzeczą jest spojrzenie w kierunku wioski Cofete. Choć już wcześniej wspominałem o dziwnym wzniesieniu, to tutaj powiem coś więcej. Kiedy z willi Wintera spojrzymy na wioskę Cofete i nieco na prawo od niej, to zauważymy jedyne, duże wzniesienie na płaskim terenie, które ma inny kolor i strukturę skał niż całe otoczenie. Wygląda na to, że w tamtych latach prowadzono duże prace górnicze (być może budowa tuneli podziemnych, bunkrów, itp.). Wybrana ziemia musiała być gdzieś składowana, dlatego badacze uważają, że najprawdopodobniej to wzniesienie jest usypiskiem po pracach podziemnych. Pedro chce dowieść przy pomocy nowego skanera, na który teraz zbiera pieniądze, co tak naprawdę kryje się pod ziemią. Wchodząc na teren willi grupą daliśmy po 5 EUR za każdą osobę. Starszy człowiek nic nie powie, ale oczekuje jakiejś zapłaty za wejście. Z naszego punktu widzenia tylko coś mamrotał pod nosem i tyle go można zrozumieć… Ciekawa jest historia podziemi tego budynku, bo już dzisiaj wiadomo, że miał przynajmniej trzy kondygnacje poniżej poziomu ziemi. Pod parterem znajdował się korytarz i wejścia do kilku pokoi. Na końcu widać piec krematoryjny. Takie połączenie sugeruje badaczom trop przeprowadzania eksperymentów, badań, czy też innych prób związanymi z operacjami plastycznymi lub kosmetycznymi. Pod ziemią mogło dziać się dużo niedopowiedzianych rzeczy. Życie ludzkie w tamtych czasach nic nie znaczyło, dlatego być może po nieudanym eksperymencie można było pozbyć się niechcianych ciał w piecu krematoryjnym. Tego nigdy nie dowiedziono. Na pewno badacze mają jeden z wielu tropów jeszcze do zbadania. Istnienie trzech poziemnych pięter potwierdził skaner Pedra, który aktualnie posiada.

Artykuł o obecności Hitlera w willi Wintera

Dokładnie na tych schodach siedział Hitler podczas kilkodniowej wizyty w willi

Dodatkowo, na zewnątrz budynku, jest duży szyb wentylacyjny. Ciekawe jest, że w późniejszych latach niemiecko-austriacka ekspedycja nurków próbowała przeprowadzić badania pod wodą, co kryje Cofete. Nigdy im się to jednak nie udało, ponieważ w tajemniczych okolicznościach wybuchł ich statek. Ponoć tylko jedna osoba przeżyła, ale z obawy przed utratą swojego życia już nigdy nic więcej nie powiedziała. Do dziś Pedro ma znajomego mieszkającego w Betancurii (to miasteczko będę opisywać w kolejnych punktach, jako miejsce do zwiedzenia). Kiedy próbował go wypytywać o szczegóły wielokrotnie, ten zawsze mu odpowiadał, że nie może niczego powiedzieć, bo chce jeszcze żyć. Zachodzi więc pytanie: kto tak bardzo trzyma nad całą historią rękę?... Mówi się o panującym duchu nazizmu, czyli o nieokreślonych, wpływowych osobach, którym bardzo zależy, żeby prawda nie wyszła na jaw. Może rząd Hiszpanii?... Tego nie wiemy. Jeśli wgłębimy się w historię drogi, którą przyjechaliśmy z zamieszkanej części Fuerteventury, dowiemy się, że niestety kryje się za nią bardzo mroczna przeszłość. 20km szutrowej drogi wybudowały setki osób sprowadzonych z Niemiec oraz miejscowi mieszkańcy za czasów Hitlera. Ich zadaniem było dokończenie budowy i później tak naprawdę nie wiadomo co się stało z tymi ludźmi… Na pewno byli uśmiercani, ponieważ nie ma żadnych powojennych relacji od osób, które pracowały przy tej budowie. Cmentarz, który widzimy przy parkingu ma skrywać ciała tych osób, stąd jest taki kontrowersyjny. Żeby to sprawdzić, trzeba by było przeprowadzić ekshumację, ale kto wyda zgodę na badania, które są nie na rękę rządowi Hiszpanii?... Jak widać, willa Wintera, to mnóstwo niedopowiedzianych historii, które ciągle czekają na zbadanie. Książka o której wspomniałem, jest wydana w języku angielskim, dlatego chcę ją kupić, żeby dowiedzieć się coś więcej na ten temat. W końcu autor musiał dojść do większej ilości źródeł. Trzeba dodać, że rządowi Hiszpanii nie podoba się to, co robi Pedro, dlatego z góry wiadomo, że nigdy nie otrzyma żadnych zezwoleń na bardziej szczegółowe badania.

   
Cmentarz przy parkingu, obok plaży Cofete

A co jeśli nie mamy samochodu tak, jak ja? Biuro podróży, z którym przylecieliśmy, oferowało wycieczkę na Cofete w wersji VIP, czyli do 8-miu osób. Cena wynosiła 68 EUR, podczas, gdy miejscowi chcieli 69 EUR. Zazwyczaj biuro podróży liczy sobie 1,5-krotną cenę miejscowych biur, dlatego byłem zdziwiony tą ceną. Skoro mamy prawie jednakową cenę i mogę posłuchać polskiego przewodnika, to czemu nie wybrać wycieczki z biura? Tak też zrobiłem. Ostatecznie pojechaliśmy w 4 osoby, dzięki czemu wycieczka była naprawdę w wersji VIP. Zamawiając wycieczkę na Cofete, która jest organizowana na początku tygodnia, pojedziemy klimatyzowanym Fiatem na 8 osób. Kierowca jest wprawiony i wie jak poruszać się po krętej drodze na Cofete. W międzyczasie opowiada nam o ciekawostkach związanych z Cofete. Wycieczka to ciekawa opcja, bo wyjdzie nas taniej od wypożyczenia terenowego samochodu, gdzie chcąc odwiedzić Cofete i tak poświęcisz na to cały dzień. Wycieczkę z przewodnikiem rozpoczynamy w Morro Jable, w porcie, gdzie zatrzymujemy się na pół godziny, żeby podziwiać ponad dwumetrowe płaszczki oraz wylęgarnię żółwi caretta-caretta znanych z greckiej wyspy Zakyntos. Później pojedziemy szutrową drogą do Cofete i zatrzymamy się na przełęczy, w punkcie widokowym, gdzie lubi wiać silny wiatr. Widoki na Cofete z tego miejsca uważam za drugie najpiękniejsze miejsce Fuerteventury. Na plaży mamy godzinę czasu, żeby powędrować piaskami i poczuć klimat odizolowania od reszty świata. Później pojedziemy do Willi Wintera, gdzie będziemy słuchać opowiadań przewodnika i jednocześnie zobaczymy dostępną część domu wraz z eksponatami. Ta część jest bardzo ciekawa i wciąga każdego – nawet osoby nie przepadające za historią wysłuchają wszelkich opowieści z zaciekawieniem. Do dziś śmierć Hitlera nie jest wyjaśniona i nikt nie znalazł jego ciała, stąd tyle spekulacji, czy faktycznie nie zbiegł do Argentyny. Już dziś wiadomo, że Rosjanie, którzy utrzymywali, że posiadają czaszkę Hitlera, dwukrotnie próbowali oszukać swoją propagandą ludzi, jakie ich wojsko było wspaniałe, że dopadli niemieckiego wodza. Jak się okazało, czaszkę, którą posiadali w 1968 roku okazała się głową kobiety, a amerykańscy naukowcy, którzy w 2010 roku pojechali badać kolejną czaszkę przy użyciu najnowszych technologii (Rosjanie „wytrzasnęli” po badaniach z 1968 roku inną czaszkę) dowiedli przy pomocy badań DNA i medycyny sądowej, że o ile postrzał w głowę się zgadzał, to ich czaszka należała do kobiety w wieku 20-40 lat. Naukowcy doszli do takich wniosków po analizie wyodrębnionych chromosomów oraz po naturalnych zrostach kości tworzących czaszkę.

Kiedy zadamy sobie wiele pytań takich, jak: czy wieża willi służyła za latarnię dla statków i łodzi podwodnych, czy lądowały tu kiedyś samoloty?, jakie jest przeznaczenie trzech podziemnych kondygnacji?, czy wzniesienie widoczne obok wioski oznacza ziemię wykopaną pod budowę tuneli podziemnych?, co robią baterie z U-boot’ów w tym domu?, jak rząd Hiszpanii utrzymuje, czy granaty służyły właścicielowi do użyźniania gleby?, czy przeprowadzano tu eksperymenty na ludziach, lub przeprowadzano operacje plastyczne lub kosmetyczne w celu ukrycia tożsamości?, czy kremowano w tutejszym piecu ludzi?... to sprawimy, że ta historia zacznie w nas żyć…

Inne artykuły o willi oraz dokumenty związane z obiektem i ludźmi z nią związanymi

Obok baterii z U-boot'ów znalazły się skrzynie z granatami. Według rządu Hiszpanii, granaty miały służyć do spulchniania ziemi pod uprawę

Kolejnym punktem na mapie naszej wycieczki, jest opuszczenie terenu Cofete. Trzeba pamiętać, że droga w jedną i w drugą stronę jest ciekawym przeżyciem, ponieważ zobaczymy piękne widoki i przy okazji posłuchamy przewodnika. Biuro ma do dyspozycji troje przewodników, którzy „zapuszczają się” w te tereny. Wiem, że dwóch z nich jest z pasji fotografami więc, jeśli w drodze powrotnej będziemy chcieli jeszcze raz zatrzymać się na przełęczy, bo np. teraz jest mniej chmur, to nie bójmy się poprosić o chwilę na zdjęcia. Na pewno was zrozumieją z racji pasji. Oni ten widok mają raz na tydzień. My tylko raz, jeśli wiemy, że nie wrócimy na tę wyspę, bo np. lubimy odwiedzać ciągle nowe miejsca. Kolejnym punktem będzie dojechanie szutrową drogą do najbardziej wysuniętego punktu Fuerteventury. Jest nim latarnia morska, która oferuje bardzo ciekawe widoki. Cały czas jedziemy szutrową drogą, a dopiero na kilkaset metrów przed wioską wjeżdżamy na… drogę asfaltową! Wioska nawet nie ma swojej nazwy na mapach, a w Googlach trzeba naprawdę mocno przybliżyć mapę, żeby ją zobaczyć. Połowę osady stanowią w większości opuszczone przyczepy kampingowe, w których mieszkali ludzie na stałe. Przewodnik mówi, że jeśli chcesz rozpocząć życie na Fuerteventurze, zawsze możesz zająć jedną z nich. Bardzo ciekawie to wygląda, gdy idzie się przez całe osiedle złożone z przyczep kampingowych… Latarnia morska znajduje się ponad kilometr od małej wioski. Tam spędzamy chwilę, po czym przewodnik pożycza nam okulary przeciwsłoneczne, jeśli ich nie mamy i każe nam spojrzeć w ocean. Widzimy, że równą linią, nieco dalej w głąb oceanu, oddziela się bardzo ciemne dno od reszty. To jest nagły uskok powstały na dnie oceanu. Po stronie głębokiego uskoku woda przybiera bardzo ciemny, granatowy kolor. Z latarni mamy piękny widok na góry, które zostawiliśmy w oddali. Po wizycie na terenie latarni wracamy do małej wioski.

Latarnia morska na najdalej wysuniętym punkcie Fuerteventury na południowy-zachód

Widok z okolic latarni

Osiedle opuszczonych przyczep kempingowych

 
Wioska z przyczepami kempingowymi, której nazwy nie wyświetla nawet Google...

Kilkadziesiąt metrów od kampingowego osiedla wstępujemy do restauracji El Caletón, gdzie zjemy miejscowy obiad z widokiem na piękną część wybrzeża i ocean. Obiad jest wliczony w cenę. Szczerze mówiąc przejedliśmy się nim i był bardzo dobry. Na początku dostajemy kanaryjskie kartofle, które zjada się ze skórką i do tego sałatę z różnych warzyw. Trzeba pamiętać, że kartofle kanaryjskie polane sosem są dla Kanaryjczyków osobną potrawą. Po tym otrzymujemy bardzo ciekawie przyrządzony ryż z owocami morza (krewetki i małże). Pomimo przejedzenia, smak był tak dobry, że „wciągnęliśmy” wszystko. Po pysznym obiedzie zostaje nam ostatni cel do osiągnięcia. Punkt widokowy Mirador del Salmo, skąd mamy wspaniałą panoramę na Sotavento, jest czymś, czego nie możemy przegapić będąc na Fuerteventurze. Tym razem będziemy mogli popatrzeć na tę niezwykłą plażę z lagunami z dużej wysokości. Właśnie stąd są wykonywane pocztówkowe zdjęcia. Wycieczka obfituje w wiele atrakcji, dlatego opisałem jak wygląda jej program, żeby wiedzieć, czy odpowiada nam taka forma spędzenia całego dnia. Dziwiłem się tylko, że przewodnik z tak wielkim entuzjazmem opowiadał na spotkaniu przywitalnym i mówił, że liczba miejsc jest ograniczona, a zapisywały się tylko 2 lub cztery osoby… Nie wiem, czy ludzie wystraszyli się tego wiatru na przełęczy już podczas opowiadania…


Ryż z krewetkami i małżami


Sałatka warzywna do ryżu z krewetkami i małżami


Kartofle kanaryjskie są osobną potrawą, przysmakiem

Piękne widoki z restauracji El Caletón

Na koniec tylko dodam, że Kanaryjczycy używają ciekawej metody budowania gładkich, szutrowych dróg, jak asfalt. Jazda nimi jest znacznie cichsza niż asfaltowymi! Najpierw przejeżdża cysterna z wodą. Z tyłu ma rurkę z mnóstwem małych otworków, z których sączy się woda. W trakcie przejazdu cysterny, woda leje się na szerokość jednego pasa ruchu. Kiedy woda wsiąknie, do akcji wkracza maszyna do spulchniania gleby na kołach. Wysuszona przez lata ziemia na wiór, teraz jest wręcz sproszkowana na piasek. Na końcu przejeżdża walec, który tworzy idealnie równą drogę. Dopiero od niedawna na Fuerteventurze używa się takiego sprzętu, bo wcześniej drogi przypominały klasyczną „australijską tarkę”, czyli równomiernie wystające nierówności po przejeździe maszyn na gąsienicach. Nie trzeba mówić, że przejażdżka samochodem po „australijskiej tarce” nie należy do przyjemnych, bo samochód trzęsie się na wszystkie strony, a i zawieszenie strasznie się zużywa. Dobrze, że wpadli na taki pomysł, bo dla biur oferujących wycieczki na Cofete, to będzie znaczne ułatwienie i oszczędność na naprawach samochodów używanych do pracy.

3. WYDMY W CORRALEJO
Fuerteventura ma wiele ciekawych terenów i różnych środowisk pomimo długiej na 150km wyspy. Patrząc od strony miasta Corralejo, wystarczy, że tylko z niego wyjedziemy, a rozpocznie się park naturalny wydm w Corralejo. W najdłuższym miejscu wydmy ciągną się na odległość 7,74km. Tereny tuż przy mieście są zarośnięte niskimi, kulistymi krzaczkami, dlatego ta część nie jest atrakcyjna. Będąc na miejscu, na początku zapytałem: a gdzie są te wydmy? Okazało się, że pierwszych, takich z prawdziwego zdarzenia, trzeba poszukać około 2km od miasta. Jeszcze lepsze znajdziemy, kiedy będziemy jechać drogą FV-1a (droga wzdłuż wschodniego wybrzeża). W dwóch miejscach wydma dosłownie chce wsypać się na drogę i tworzy kilkumetrową ścianę piasku. Ten widok przypominał mi lodowce w Alpach, które w podobny sposób nagromadzają materiał. Widok żółtego piasku na tle czarnej drogi jest niesamowity! Wzdłuż drogi poprowadzonej przez wydmy znajdziemy mnóstwo miejsc parkingowych. Bez obaw możemy zatrzymać samochód, jeśli widzimy żwirowe podłoże. Powierzchnia jest utwardzona, a miejsca nie zabraknie dla nikogo. Parkingi ciągną się kilometrami, choć nie są opisane. Jeśli mieszkasz w Corralejo najłatwiej udać się chodnikiem wzdłuż drogi FV-1 wychodzącej z miasta. Cała trasa prowadzi przy brzegu, ale jeszcze dość daleko od oceanu. Najpierw miniemy długi, betonowy szkieletor, będący pozostałością po nieukończonym hotelu Rosjan, później za rondem miniemy całe osiedle bloków mieszkalnych pomalowanych na żółto – też niedokończonych. Tutaj skręcamy w prawo. Będziemy iść wzdłuż hoteli. Jedna willa wyróżnia się szczególnie, ponieważ ogradza ją długi mur z wieloma rzeźbami i roślinami. Każdy idący tędy pierwszy raz, robi sobie zdjęcia na tle willi. Facetów najczęściej przyciągają dwie kobiety z gołymi piersiami wyrzeźbione na murze. Za willą pozostaje tylko jeden mniejszy hotel i odtąd rozpoczynają się piaski pustyni. Dojście do tego punktu z hotelu Labranda Aloe Club powinno zająć jakieś 15min. Później idziemy wyraźną, twardą i bardzo szeroką ścieżką na piaskach, gdzie mogłaby nawet wylądować awionetka. Na jej końcu widać trzy czarne tyczki. To szkoła kite-surfingu. Na jej wysokości idziemy plażą do brzegu, skąd dalej pójdziemy wzdłuż linii brzegowej.

 
Kolorowa willa w drodze na plażę w Corralejo

Odtąd zobaczymy piękne plaże, z turkusowymi wodami, ale z falami i od czasu do czasu, ze skałami. Przed sobą widzimy dwa „chamskie” hotele, czyli Riu, o których wspominałem już wcześniej. Te dwa bloki-wieżowce, jak w Katowicach z ul. Korfantego 2, strasznie psują krajobraz. Można więc przyspieszyć kroku i pójść poza ich teren. Kiedy przejdziemy na drugą stronę (plaże na Fuerteventurze nigdy nie należą do żadnego hotelu – są publiczne), odtąd otworzy nam się widok na piękne plaże oraz wydmy. Wzdłuż plaży ciągną się kamienne kręgi, które mają osłaniać od silnego wiatru podczas opalania się. Około 10min wędrówki za hotelami rozpoczynają się najpiękniejsze i najwyższe wydmy. Warto więc skręcić pod ukosem w prawo i zacząć je przecinać. Nie znajdziemy żadnych szlaków, ponieważ wiatr w kilkadziesiąt minut zasypie każdą wydeptaną ścieżkę. Będąc na pierwszej, większej wydmie warto spojrzeć na góry otaczające tutejszą równinę oraz na miasto Corralejo. Widać, jak wielka przestrzeń jest niezagospodarowana. Z drugiej strony, jeśli chcemy zrobić zdjęcie pięknej plaży z turkusowymi wodami oceanu na tle pustyni, to raczej nie uda nam się tam sztuka. Niestety dwa „chamskie bloki z Katowic” będą nam psuły cały widok. Można jedynie pójść nieco za wydmę i pobawić się efektem perspektywy, „chowając” hotele za piaskiem. To naprawdę działa. Jak zauważysz, wzdłuż plaży ciągnie się rząd kilkumetrowych wzniesień, zarośniętych zielonymi krzakami. Warto wejść na jedną z nich i zrobić zdjęcie z najwyższego punktu w stronę gór. Widać wówczas rzędy wydm. Niestety lokalne górki służą niektórym jako ubikacja. Ciekawostką jest fakt, że droga FV-1, która przecina wydmy wzdłuż, w przyszłości ma być… zlikwidowana pomimo, że setki turystów dziennie zatrzymują się na tutejszych parkingach, by podziwiać wydmy. Władze Fuerteventury zauważyły, że droga zakłóciła przepływ piasku i przez to wydmy zarastają. Droga nieco odmieniła klimat i teraz trzeba go przywrócić. Jeśli chcemy zobaczyć, czy rzeczywiście tak jest, wystarczy pojechać samochodem, albo przejść się wydmami jeszcze dalej, żeby zobaczyć dwa punkty przy drodze, gdzie piasek nagromadził się na 6-7m wysokości i nie przesypuje się na drugą stronę. Co ciekawe, dwupasmowa autostrada z Corralejo do Lajares funkcjonuje już od dłuższego czasu, więc władze są przygotowane.

 
 
 
 
 
Najpiękniejsze wydmy w Corralejo

Wydmy w Corralejo należą do drugiego miejsca na Fuerteventurze, gdzie niezależnie od pory dnia można wykonać idealne zdjęcia. Ograniczeniem może być tylko brak dobrej pogody – czytaj: siwe chmury do godziny 10.00-11.00 i od 18.00 lub nieco wcześniej. Niestety dla fotografa te chmury są codzienną zmorą i trzeba z nimi walczyć, obliczając konkretnie godziny, kiedy na wydmach należy się pojawić. Kiedy byliśmy na wycieczce, przewodnik dużo mówił o atrakcjach i życiu na Fuerteventurze. Pewien fotograf z Wielkiej Brytanii, który uczestniczył razem z nami w wyjeździe, słuchał, ale dopowiadał: „tu są same chmury. Kiedy będzie pogoda?”. Kiedy otrzymał odpowiedź, że od godziny 10.00 lub 11.00, dalej słuchał przewodnika. Kiedy zobaczyliśmy już wydmy i pojechaliśmy dalej, fotograf znowu przerwał przewodnikowi: „no dobrze, ale zadam jeszcze jedno pytanie o pogodę: mówi pan, że na południu szybciej się przejaśni?”. W pełni go rozumiałem, bo w fotografii nie ma kompromisów: albo jest dobre światło, ale robisz siwe, nic niewarte, zdjęcia. W końcu są wakacje, cały, bity miesiąc maj lał deszcz i końca nie było, a tu znowu musisz oglądać siwe chmury... Nie dziwiłem się wcale, że brak pogody na wakacyjnej wyspie potrafił przyczynić się do porzucenia wszelkich innych dobrych myśli. Liczyła się tylko dobra pogoda. Od razu wspomniały mi się słowa z innej wycieczki polskiego przewodnika, który mówił, że miejscowi uważają stres za groźną chorobę i robią wszystko, żeby nie dopuszczać do stresowych sytuacji. Myślę, że tutejsze, prawie codzienne poranne oraz wieczorowe, siwe chmury potrafiły wywołać najwięcej stresu, bo nigdy nie było wiadomo, czy trafisz na chociaż pojedynczy przebłysk promieni, dzięki którym zdjęcia można by ożywić. Wydmy kryją jeszcze jedną rzecz, o której nie słyszałem. Zdarza się, że na środku pustynnych piasków wyrastają pojedyncze łodygi i zakwitają na nich małe, białe kwiaty. Takie rośliny pięknie ozdabiają okolicę. Hotel Aloe Club ma dodatkowo bezpłatny autobus, który codziennie o godzinie 9.45 zabiera pasażerów na przystanek przy hotelach Riu. Dzięki temu mamy szybki dostęp do najlepszych plaż i do wydm. Pierwszym razem warto spróbować dojechać tym autobusem, jeśli chcemy zobaczyć wydmy i najpiękniejsze odcienie turkusowego oceanu. Autobus wraca o godzinie 13.00. Kiedy mamy słoneczny dzień, zdarza się, że brakuje miejsc i wtedy może pojechać tylko 50 osób. Nowi turyści zazwyczaj nie wiedzą za wiele o pogodzie i przez to, gdy siwe chmury zasłaniają prawie całe niebo, nie wybierają się na plaże. O 9.45 chmury jeszcze nie ustępują. Dopiero za około godzinę robi się słonecznie i wtedy żałują, że nie pojechali. Jeśli nie jesteś z hotelu Aloe Club, sprawdź, czy w twoim hotelu nie ma dostępnego transportu na plażę.

  
Małe kwiaty i inne rośliny na środku pustyni...

   
Piękne plaże w pobliżu wydm

Chcąc zrobić dobre zdjęcie, musisz "ukryć", gdzieś za krzakiem "chamskie" bloki z ul. Korfantego 2 w Katowicach

Wydmy są warte odwiedzenia i uważam je za jedno z najciekawszych miejsc na Fuerteventurze. Nie bez powodu są organizowane wycieczki objazdowe z Costa Calma i Morro Jable, gdzie kierowcy jadą około 120km w jedną stronę, żeby pokazać tutejsze wydmy. My mieliśmy je pod ręką, ale za to musieliśmy „drzeć” na plażę Sotavento około 100km, podczas, gdy turyści z Costa Calma lub Morro Jable mieli ją pod ręką. Na Fuerteventurze niezależnie jaką miejscowość wybierzesz, zawsze będziesz musiał gdzieś pojechać daleko, żeby zobaczyć ciekawe miejsce, które musisz odwiedzić. Można nawet rowerem, ale o tym będzie później.

4. KALDERA WULKANU HONDO
Jeśli lubisz wycieczki trekkingowe, to ta propozycja jest dla ciebie. Wiedząc, że Fuerteventura jest powulkaniczną wyspą, założyłem, że na pewno wejdę na jakiś szczyt lub wulkan. Dobrze więc zabrać ze sobą mocniejsze buty, typu „adidasy” lub niskie buty górskie. Ja wybrałem niskie buty górskie, jak w Beskidy, bo takie w zupełności wystarczają. Szlak zaczyna się w Lajares. To rozległa wioska położona za pierwszym, widocznym łańcuchem górskim z Corralejo. Z tego miasta musimy przejechać jakieś 10km, żeby znaleźć się w centrum Lajares. Nie mając samochodu, można tam dojechać komunikacją publiczną według rozkładu, który dostaniemy bezpłatnie z mapą w każdym hotelu. Autobus nr 8 kursuje do El Cotillo i to nim musimy pojechać do Lajares. Jeszcze ciekawsza rzecz jest taka, że kierowcy przewożą nawet rowery bez dodatkowych opłat. Można wrzucić je do luku bagażowego i kupić bilet u kierowcy. Autobus kursuje od samego rana co godzinę, a w niektórych godzinach nawet co pół. U mnie dojazd do Lajares wyglądał jeszcze lepiej, bo kiedy poszliśmy na przystanek autobusowy, czekaliśmy jakieś 5min i podjechał bus 8-osobowy jakiejś firmy wycieczkowej. Kierowca zapytał, czy jedziemy do El Cotillo, ale powiedziałem mu, że do Lajares. Skoro miejscowość jest po drodze, to zapytał, czy po 3 EUR za osobę nam pasuje. Jasne, że tak. I takim sposobem jeszcze szybciej znaleźliśmy się w Lajares. Słowa przewodnika sprawdzały się. Praktyczne podejście Kanaryjczyków było widać w wielu dziedzinach życia.

Wycieczkę na kalderę Hondo zaplanowałem po obiedzie, o godzinie 15.30 z przystanku. Zachód słońca jest o 21.00, więc czasu na pewno nie zabraknie. Pierwszą połowę dnia przeznaczyliśmy na wydmy w Corralejo. Jak widać, w ciągu jednego dnia można zobaczyć dwa bardzo piękne miejsca, będące wysoko w moim rankingu. Wysiedliśmy w centrum w Lajares. Kierowca nie znał szlaku na wulkan Hondo, więc polecił nam wejść do miejscowych barów i zapytać o trasę. Tak zrobiłem. Poczułem się jak w Zakopanem, kiedy pytasz miejscowych, a oni nie znają gór, na które codziennie patrzą. W Lajares, dziewczyny w barach również nie wiedziały, którędy iść i nawet dziwiły się, że chcemy tam wejść, bo to daleko i jeszcze trzeba iść do góry. Żeby znaleźć właściwą trasę tak naprawdę poszedłem na intuicję. Pierwsza droga odbiegająca łukiem od centrum w stronę wulkanu, wzdłuż białych domków okazała się być prawdziwą. Najpierw wędrujemy jakieś 15min przez wioskę. Podziwiamy białe domki, oraz mury z czarnego kamienia, które niegdyś były ciekłą lawą. Miejscowi każdą uprawę grodzą wysokimi murami z kamienia, żeby zatrzymać wodę na dłużej, jeśli pojawi się jakikolwiek deszcz. Po 15min wędrówki docieramy do jakiegoś większego, białego zakładu przemysłowego. Na jego terenie znajduje się szosa. Skręcamy nią w lewo i docieramy do głównej drogi prowadzącej do El Cotillo. Kiedy wejdziemy tą drogą „pod górkę”, zobaczymy ciekawy, przydrożny bar serwujący tapas – lokalne przystawki do posiłków. Za barem powinniśmy z łatwością zauważyć dwie brązowe strzałki na słupku i tablicę informacyjną. Właśnie tutaj rozpoczyna się szlak na kalderę Hondo. Dowiadujemy się, że mamy jakieś 3km do kaldery, a 13km do Corralejo. Czyli cała trasa do hotelu ma około 15km. Strzałki i tablica znajdują się po drugiej strony ulicy.

Wędrówka szutrową drogą z centrum Lajares

Przy tej restauracji rozpoczyna się szlak

Wyraźny i dobrze oznaczony początek szlaku na kalderę wulkanu Hondo

Jeśli nie chcesz szukać tego miejsca na intuicję, możesz sobie znacznie ułatwić sprawę. Ściągnij na swojego smartfona aplikację „Mapy Google Offline”, pobierz intersujący cię obszar świata (Fuerteventura i Lanzarote) i to wszystko. Od teraz masz darmowego GPS’a, który nie będzie zużywać danych komórkowych! Od kaldery Hondo w stronę Lajares odchodzi tylko jedna, wąska szosa. Znajdź najkrótsze połączenie z centrum wioski i dojdziesz bez błądzenia. GPS od Googla pokazuje nawet kierunek w którym patrzysz (smartfon musisz mieć skierowany przed siebie, czyli tak, jak normalnie piszesz SMS’a). Rozpoczynając trasę na wulkan Hondo, za około 7min będziesz miał dwie możliwości wyboru. Od razu wędrować przez góry, czy okrążyć wulkan i wejść tylko na kalderę. Ścieżka w lewo, to droga przez góry, a kamienny chodnik, to droga okrężna na kalderę wulkanu Hondo. Zdecydowanie polecam tę pierwszą, ponieważ zobaczymy znacznie więcej. Za skrzyżowaniem, przed nami, widać brązową górę. Częściowo będziemy wchodzić wyraźnie wydeptaną ścieżką na lokalną przełęcz. Będziemy mieli coraz piękniejszy widok na Lajares. W około 1/4 wysokości góry ścieżka przechodzi na drugą stronę grzbietu i teraz będziemy wędrować osłonięci górą. Jesteśmy na totalnym pustkowiu. Z dość dużej wysokości widzimy okrągłe lub prostokątne kamienne mury po dawnych uprawach. Patrząc dalej, dostrzeżemy drugi brzeg Fuerteventury i granatowy ocean. Ścieżka prowadzi wzdłuż brązowego grzbietu, który ma prawdziwy, powulkaniczny charakter. Przed sobą widzimy dość wysoką górę. To wulkan Hondo. Najpierw rozpocznie się kilkunastominutowe, łagodne podejście do przełęczy pomiędzy wulkanem a górą, którą częściowo obchodziliśmy z lewej strony. Teraz mamy już ją za sobą. Na przełęczy jest bardzo przyjemnie, ponieważ wieje przyjemny, chłodny wiatr, który na pewno nas orzeźwi. Widok z przełęczy jest po prostu przepiękny! Widzimy wydmy na wschodnim wybrzeżu Fuerteventury i autostradę z Corralejo do Lajares w kształcie litery „S” wśród pustkowi i gór. Widać też nowopowstałe osiedle w Corralejo. Przestrzenie są ogromne. Najbardziej jednak wzrok przyciągają wydmy i wielkie równiny z kamiennymi murami.

Początkowy odcinek szlaku

Lajares w tle, widziane z początków szlaku

Ścieżka prowadząca na przełęcz

  
Widoki z przełęczy

Od przełęczy rozpoczyna się dość strome, ale bez trudności technicznych podejście. Od połowy wulkanu, wydeptana ścieżka rozwidla się na dwie, a za kilkadziesiąt metrów na kolejne dwie. Kształtem przypominają dwie nałożone na siebie i nieco przesunięte dwie litery „Y”. Każda droga, jaką wybierzesz jest prawidłowa. Wszystkie widać bardzo dokładnie już od samej przełęczy. Ja wybrałem tą całkiem z lewej strony, po jest najbardziej widoczna. Około 20m przed szczytem ścieżka trawersuje (trasa poprowadzona pod górę na kształt litery „Z”, dzięki czemu nie odczuwamy aż tak bardzo stromizny wzniesienia), skręcając w prawo pod ostrym kątem. Idziemy nią tak kilkadziesiąt metrów, aż dojdziemy do kolejnego małego trawersu, wyprowadzającego nas bezpośrednio na najwyższy punkt kaldery. Takiego widoku się nie spodziewałem. Kaldera jest znacznie większa niż mogłem ją sobie wyobrazić! Jest piękna! Wielki lej po dawnym wulkanie jest głęboki na 76 metrów. W popołudniowej porze spotkamy zaledwie kilku ludzi, a może nawet nikogo nie zobaczymy. Cisza jest gwarantowana. Kaldera jest tak duża, że nie mieści się na jednym zdjęciu. Ze szczytu jeszcze lepiej widzimy rzeczy, o których wspomniałem, omawiając widoki z przełęczy. Dodatkowo mamy teraz widok na kolejne góry-wulkany. Przed nami są jeszcze trzy kolejne wulkany. Nie będziemy na nie wchodzić, ponieważ na drugi z nich wejście jest zagrodzone kamiennym murem, a na trzeci i czwarty warto wejść od strony Corralejo, bo tylko od tej strony jest wydeptana ścieżka. Wędrówka od strony Hondo byłaby niebezpieczna ze względu na naturalne usypiska mniejszych i większych kamieni, pomiędzy którymi rosną kuliste i ostre krzaczki. Od naszej strony zawitamy do kaldery trzeciego z wulkanów. Będziemy w środku niej! Będąc na szczycie Hondo warto obejść kalderę po jej obwodzie, wybierając prawą stronę. Na wewnętrznych ścianach zobaczymy, jak kiedyś płynęła lawa i w jakiej postaci zastygała, tworząc skalne warstwy. Okrążając kalderę, idziemy wyraźną ścieżką w płaskim terenie. Dopiero po około 5min zaczynamy stopniowo schodzić na jego drugą stronę. W oddali, po drugiej stronie kaldery, zobaczysz taras widokowy. Wydaje się odległy i niedostępny od naszej strony. Będziemy również z niego podziwiać panoramę.

Droga z przełęczy na kalderę wulkanu Hondo

Zaznaczona droga wejścia na wulkan. Na żółto: ścieżki w kształcie dwóch nałożonych liter "Y". Najlepsza jest ta położona całkiem na lewo. Na czerwono: moja droga wejścia

   
Potężna kaldera wulkanu Hondo

    
Widoki z kaldery

Schodząc, dotrzemy do wystających skał. Ścieżka może być mniej widoczna, ale bez trudu ją odnajdziemy. Idziemy cały czas pomiędzy wystającymi skałami, omijając je raz z lewej, a raz z prawej strony. Na około 150m przed tarasem ścieżka prowadzi tuż przy krawędzi wielkiej kaldery. Jeśli masz lęk wysokości, możesz się wystraszyć tego miejsca. Schodząc dalej, mamy coraz więcej skał do ominięcia. Nie ma żadnych trudności, ani wspinaczki. Idziemy bardzo esowato wygiętą ścieżką ciągle w dół. Jeśli będziesz chciał odpocząć przygotuj się na atrakcję, o której być może nie wiesz. Kiedy usiądziesz na którejś skale, prawie idealną ciszę przerwie szelest i odgłos skakania małych zwierzątek po skałach. Za chwile otoczą cię wiewiórki, które w rzeczywistości nazywają się pręgowcami berberyjskimi. Jeśli przed wyjazdem nic o nich nie czytałeś, to wiedz, że będą dosadnie szukać czegoś do jedzenia. Będą wchodzić po nogach, wskoczą na ramię, wejdą do plecaka, pociągną za sznurówkę i spróbują zajrzeć do kieszeni. Te wiewiórki są nauczone przebywania z turystami, bo wiedzą, że mogą od nich coś dostać. Najczęściej, kiedy usiądziesz na skale wchodzą na kolana, stają jak suseł na dwóch łapkach i wyciągają małe rączki do góry. Ciekawe jest to, że po skałach skaczą jak nikt inny, a po naszych nogach się ześlizgują. Nie mają żadnych pazurków, a raczej, małe, pięciopalczaste rączki zarośnięte krótkimi włoskami. Z tego względu nie potrafią utrzymać się na naszej skórze. Za to na ubraniach mają dość dobrą przyczepność. Były też takie, co wskoczyły na ramię i wchodziły na głowę. Turyści najczęściej podają im orzeszki. Wtedy zabierają i biegną do najbliższej norki. Później biegną po kolejnego. Jeśli masz wodę spróbuj nalać jej trochę na dłoń, a zobaczysz, jak szybko ją wypiją. Nawet będą się o nią bić. Warto wspomnieć, że władze Fuerteventury ustanowiły karę za dokarmianie tych wiewiórek, ponieważ rozmnażają się bardzo szybko, jest ich mnóstwo i są szkodnikami. Nie mają swoich naturalnych wrogów. Zdarza się że polują na nie ptaki drapieżne, ale jest ich tak mało, że w stosunku do szybkości rozmnażania się tych zwierząt nie widać ich działalności. Trudno spodziewać się policjanta na trasie do kaldery Hondo, ale w bardziej znanych miejscach możemy zapłacić aż 100 EUR za dokarmianie.

 
Ścieżka prowadząca krawędzią kaldery

    
Jeśli będziesz odpoczywać na ścieżce, przygotuj się na najazd niespodziewanych gości - wiewiórki, czyli pręgowce berberyjskie. Po skałach biegają, jak kozice, ale chodzenie po naszych nogach, nawet poziomo położonych, sprawia im duży problem. Ześlizgują się

Wiewiórki opanowały „biznes” na wulkanie, Kiedy okrążamy kalderę, widzimy przed sobą taras widokowy. Pręgowce schodzą stadem razem z nami aż do tarasu. Kiedy tam odpoczniesz, one okrążą cię na drewnianym punkcie widokowym i będą szukać i prosić o jedzenie. Wkraczamy na oficjalną część szlaku po drugiej stronie kaldery Hondo. Teraz już widzisz, dlaczego nie polecałem na początku okrążać wulkanu. Widok z tarasu jest przytłumiony. Najwyższy punkt wulkanu znajduje się dużo wyżej od punktu widokowego, dlatego jego wielkość zostaje częściowo przygaszona. Widać za to, jak zastygała lawa w postaci warstw. Jeśli chcesz zobaczyć ten wulkan, polecam najpierw iść trasą przez najwyższy punkt, jak opisałem powyżej, a później schodzić obwodem kaldery do punktu widokowego z wiewiórkami. Od tarasu mamy kamienne, ładnie ułożone schody. Idziemy nimi do kamiennego chodnika biegnącego w obie strony. Przed sobą widać kilka ścieżek. Żeby wiedzieć którą wybrać, przyjrzyj się z punktu widokowego na kamienny chodnik znajdujący się po drugiej stronie równiny. Dostrzeżesz tam z łatwością brązową tablicę, a być może samochody. Wybierz sobie ścieżkę, którą pójdziesz, patrząc z góry. Idąc właściwą ścieżką po lewej stronie, na równinie będziesz widział coś na wzór bardzo małego zamku z czterema basztami, po jednej na każdym rogu. Na Fuerteventurze zamek to zbyt wielkie słowo. Tutejsze forty i budowle obronne mają zaledwie kilka metrów długości. W zaledwie kilka minut przechodzimy na drugą stronę równiny, gdzie widać tablicę i kolejne dwie strzałki z oznaczeniem szlaku. Do Corralejo mamy jeszcze 8km. Przed sobą widzimy drugi wulkan, gdzie ktoś z wielkim rozmachem ogrodził znaczny teren kamiennym murem. Ogrodzenie pnie się do połowy jego wysokości, przechodzi na drugą stronę po czym zamyka się w pobliżu szlaku, tworząc wielki trapez. Drugi wulkan nie jest ciekawy pod względem kaldery i widoków, dlatego tam nie znajdziemy wydeptanych ścieżek. Nasz szlak prowadzi w lewą stronę od tablicy (trasa jest oznaczona strzałką.

Taras widokowy po okrążeniu kaldery i "przytłumiona" wielkość wulkanu z tego miejsca

Potoki zastygłej lawy widziane z tarasu widokowego

Taras widokowy jest bardzo dobrze opanowany przez wiewiórki. Wystarczy kapsel z wodą, a zbiegnie się całe stado

  
Ścieżka prowadząca z wulkanu Hondo w kierunku kolejnych wulkanów

 
Jak budować płot, to z rozmachem. Połowa drugiego wulkanu jest zagrodzona. Wystarczy popatrzeć na ten mur!

W drodze do trzeciego i czwartego wulkanu

Teraz idziemy szeroką drogą szutrową, która będzie ciągnęła się aż do samego miasta Corralejo. Najpierw obejdziemy z lewej strony drugi wulkan. Po lewej stronie drogi zobaczymy dziwną, bardzo małą osadę, która tak naprawdę wygląda jak park maszyn budowlanych, a trochę jak nielegalny skład byle czego. Wędrując płaskim terenem dochodzimy do lekkiego wzniesienia, gdzie droga będzie trawersować to niskie zbocze. Za nim będziemy już tylko schodzić. Po około 25min docieramy do kolejnego skrzyżowania szlaków. Ponownie zobaczymy tablicę i dwie strzałki. W prawo, w 5min zejdziemy do wielkiej kaldery trzeciego wulkanu, która jest bardzo ciekawa. Z poziomu drogi mamy dostęp do kaldery, ponieważ bardzo dawno temu ta część wulkanu się zawaliła, dając dostęp do środka z niskiego poziomu. Wewnątrz rosną zielone rośliny, co jest rzadko spotykane i czujemy tutaj zupełną ciszę i wyobcowanie. Czujemy się jak na końcu świata. Jeśli lubisz wiewiórki, możesz ponownie zatrzymać się na płaskim, wydeptanym terenie. Nie wiadomo skąd zbiega się całe stado, szukając czegoś do jedzenia. Nawet nie zapytają, tylko obskoczą cię i będą próbować wspinać się po nogach, żeby wejść wyżej. Jako, że usiadłem pod naturalnym murkiem skalnym, wykorzystały ten fakt i wchodziły mi na ramię z tego murka. Z wnętrza kaldery możemy za to zobaczyć bardzo wysokie ściany wewnętrzne wulkanu, którędy niegdyś wypływały potężne strumienie lawy. Ten wulkan skrywa jeszcze jedną tajemnicę. Nie dostrzeżemy jej z poziomu kaldery. Dopiero, kiedy spojrzymy na mapę, lub gdy okrążymy go, idąc normalnie szlakiem, zobaczymy, że najwyższa ściana skalna jest częścią wspólną dla dwóch wulkanów! Ta sama ściana rozgranicza dwie kaldery! Jeśli chcemy wejść na szczyt tej ściany, to najpierw musimy okrążyć szeroką drogą szutrową ten wulkan i dopiero za plecami zauważymy wydeptaną, wyraźną ścieżkę prowadzącą na szczyt. Najlepiej wybrać się tam z Corralejo, jako osobna wycieczka, ponieważ po 18.00 lub 19.00 zazwyczaj tworzą się siwe chmury, które odbiorą radość z podziwiania pięknych widoków.

 
Szeroka droga szutrowa i ścieżka prowadząca do wnętrza kaldery trzeciego wulkanu

    
Wiewiórki w okolicach trzeciego krateru wulkanu przeszukają dosłownie wszystko. Wystarczy usiąść, a pojawią się nie wiadomo skąd...

W miejscu, gdzie wchodziliśmy do kaldery trzeciego wulkanu, z powrotem idziemy na szlak, czyli na szeroką szutrową drogę. Od tego momentu niewiele będzie się zmieniało. Będziemy szli esowato wygiętą drogą, ciągle w dół – aż do samego Corralejo. Jedyną atrakcją będzie zobaczenie oświetlonego miasta wieczorem, jeśli planujemy dłuższe postoje na podziwianie pięknych widoków. Szlak wprowadza nas na sztuczny twór, który na mapie nazywa się Tres Islas. Wygląda jak wielkie osiedle. Kiedy dotrzesz do niego, zobaczysz, że to, co na mapie wygląda jak osiedle, w rzeczywistości jest siatką ulic w kratkę na pustkowiu. Być może kiedyś powstaną tam domy, ponieważ widziałem przyuliczne rozdzielnice, gdzie wystawały przewody, a niektóre bezpieczniki przysypał już pył. Jest nawet zamknięty zjazd do autostrady. Znając przebieg trasy i korzystając z porad recepcjonistki Anny z naszego hotelu, wiedziałem, że jest krótsza droga przez kopalnię. Nie musieliśmy dzięki temu okrążać Tres Isles. Szlak prowadzi cały czas szeroką szutrową drogą, ale przed nami, za ostatnim, czwartym wulkanem, który ma część wspólną, widać wyraźną żółtą ścieżkę wydeptaną przez kamienne wzgórze. Idąc nią, dojdziemy do wielkiej kopalni, a raczej kamieniołomu. Przechodząc szeroką drogą pomiędzy maszynami, docieramy do białej, murowanej bramy po prawej stronie. Idziemy do bramy i przechodzimy przez linę, która wisi rozwieszona pomiędzy dwoma słupami bramy. Brama, lina i znak wyglądają, jakby wiele lat tędy nikt nie chodził. Nie spotkaliśmy nawet ani jednego człowieka pilnującego terenu kamieniołomu. Jeśli nie czujesz się pewny, wróć normalnie szlakiem do Corralejo, gdzie wyjdziesz na ciekawy rynek. Tam znajduje się tablica informacyjna, z której dowiesz się, że od tego miejsca rozpoczyna się szlak poprowadzony przez całą Fuerteventurę aż do latarni na półwyspie Jandia. Do przejścia jest 154km. Wybierając wydeptaną ścieżkę przez wzgórze, znacznie skrócimy sobie powrót do części hotelowej.

Powrót przez kopalnię

5. AJUY
Nazwa tej bardzo małej wioski rybackiej szczególnie lubiana jest wśród Polaków, bo czytamy ją jako „Ahuj”. Przewodnicy z tego względu starają się nie wymawiać nazwy miejscowości, ale raczej stosują wyrażenie „pojedziemy do tej miejscowości”. Wioska rybacka znajduje się na zachodnim wybrzeżu, odbijając z drogi dojazdowej do Pajared. Mamy tylko jedną wąską szosę, którą dobrze oznakowano, dlatego pomyłka nam nie grozi. Wioska Ajuy składa się z kilkunastu zamieszkanych domków i kilku restauracji przy dość dużej, czarnej plaży z kilkoma kolorowymi łódkami na środku. Główną atrakcją miejscowości są wielkie jaskinie. Prowadzi do nich 15min szlak pieszy. Idziemy chodnikiem zbudowanym z ułożonych kamieni. Kto nie lubi chodzić po wzniesieniach lub po jaskiniach, może spędzić swój wolny czas na czarnej plaży. Jest pięknie i widokowo. Idąc kamienną ścieżką, na początku, po prawej stronie zobaczymy ciekawe formacje skalne w postaci wystającego na szlak piaskowca. Poniżej znajduje się czarna warstwa, a pod nią lite skały. Taki układ sugeruje, że poziom wód oceanu był o około 20m wyższy niż obecnie, lite skały przykryła czarna warstwa lawy, a dopiero na niej powstawały piaski, które tutaj występują w postaci piaskowca z uwięzionymi muszelkami. Jest ich mnóstwo, co sugeruje, że kiedyś na tej wysokości musiały być plaże. Za zakrętem dochodzimy do dwóch, wielkich, pionowych dołów, których wylot kończy się tuż nad powierzchnią oceanu. Ludzie mieszkający tutaj znacznie wcześniej opanowali sztukę wytwarzania materiału służącego do malowania domów na biało i nie była to farba. W dwóch wielkich dołach wypalali tutejsze skały, dzięki czemu otrzymywali biały materiał. Idąc dalej, dochodzimy do zatopionej już przystani, gdzie możemy zobaczyć wielkie kraby z dużymi, czerwonymi odnóżami. Na końcu 15min wędrówki schodzimy około 20m do poziomu oceanu, żeby po prawej stronie zobaczyć ogromną jaskinię. Nie wygląda ona, jak te znane nam z Polski. Jest to raczej szeroka i dość długa komora, którą wyżłobiły fale oceanu. Pomiędzy litymi skałami znajdowały się duże pokłady piaskowca i to właśnie one zostały wypłukane. Jego resztki tworzą dzisiejsze sklepienie. Rozmiar komory na pewno przytłoczy swoją wielkością, bo z katalogów dowiadujemy się o „jakichś tam” jaskiniach, a w rzeczywistości są znacznie większe.

Idąc do samego końca, dotrzemy do małych tuneli, z których widać ocean. Wracając na początek jaskini, warto rozejrzeć się na prawo, bo pomiędzy skałami znajduje się widoczne i dość szerokie przejście. Przechodzimy z naszej do drugiej jaskini. Tamta jest jeszcze większa. Kiedy przyjrzymy się jej kształtowi, zobaczymy, że jaskinia to około kilkudziesięciometrowa, wielka komnata o jednakowej szerokości. Tutaj jeszcze wyraźniej widać piaskowcowe sklepienie. Obie jaskinie są główną atrakcją Ajuy, dlatego warto odwiedzić obie. Przed wejściem do pierwszej z nich, czyli tak, jak prowadzi szlak z kamiennych schodów, po lewej stronie mamy piękne oczko wodne, które powstało naturalnie przez zwalone skały do oceanu. Do dzisiaj fale przelewają się przez skały, dlatego jest częściowo ciągle spienione. Woda przyjmuje szmaragdowe i granatowe odcienie. Kolor granatowy oznacza głębiny. Ciekawe jest, że wzdłuż całej długości szlaku ocean ma odcień bardzo ciemnego granatu, co sugeruje nam, że zbocza wyspy opadają prawie pionowo do oceanu na dużą głębokość. Na szlaku można zobaczyć wielkie nieprzygotowanie turystów, którzy chodzą w jaskini w japonkach, czy innych wynalazkach tego typu. O zwichnięcia i wypadki nie trudno. Do drugiej jaskini przechodzą tylko nieliczni. Być może z niewiedzy, że coś tam można zobaczyć więcej. Przejście jest widoczne i dodatkowo w skale są wykute, nie rzucające się w oczy stopnie, podobnie, jak na tatrzańskich szlakach, na gładkich płytach skalnych. Jeśli chcemy dostać się do Ajuy, oczywiście najłatwiej jest dojechać wypożyczonym samochodem. Jeśli nie mamy takiej możliwości, miejscowe biura turystyczne, jak również nasze biuro podróży będzie organizować objazdówkę po Fuerteventurze. Wioska Ajuy jest obowiązkowym punktem każdego programu. Co ciekawe, kilka miejscowych biur turystycznych oferujących jednodniowe wycieczki proponuje taką objazdówkę w kilku wersjach. Warto więc zapytać, lub zobaczyć przebieg całej trasy. Wycieczka jest organizowana 5 razy w tygodniu. Na Fuerteventurze najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wycieczki organizuje się codziennie, lub minimum pięć razy w tygodniu. W Grecji zazwyczaj mamy jeden lub dwa razy na tydzień. Trudno więc wstrzelić się w Grecji w odpowiedni termin, w szczególności, gdy mamy jeden tydzień urlopu. Na Fuerteventurze mamy pełną dowolność pod tym względem, bo można sobie nawet ułożyć program na cały tydzień, mając możliwość przestawiania konkretnych wyjazdów. Wycieczka objazdowa zazwyczaj pozwala zobaczyć najpiękniejsze miejsca na Fuerteventurze, a przerwę na obiad mamy właśnie w Ajuy, dzięki czemu pozostały czas możemy spędzić na zwiedzaniu okolicy. Czas wyznaczony na wędrówkę po jaskiniach nie wlicza się w przerwę obiadową. W okolicy mamy tylko kilka restauracji, dlatego warto wstąpić do jednej z nich przy czarnej plaży. Możemy zjeść ryby złowione w tutejszych wodach, a nie przywiezione mrożonki z Chin. Będąc w Ajuy nie musimy martwić się o pogodę, ponieważ siwe chmury zalegają nad pasmami górskimi, a tutaj jesteśmy po skrajnie zachodniej stronie, stąd po południu zawsze świeci słońce. Nad górami przez cały dzień potrafią wisieć okropne chmury.

    
Wioska Ajuy

Charakterystyczne, kolorowe łódki na plaży


Smaczne ryby z Ajuy

   
Szlak prowadzący do jaskiń i fragment trasy zwany "Titanic"

 
Wielki piaskowiec z uwięzionymi muszelkami na trasie do jaskiń

   
Wnętrze pierwszej jaskini

 
Wnętrze drugiej jaskini

6. LOBOS
Ta niewielka wyspa sąsiadująca z Fuerteventurą na wysokości Corralejo jest ciekawą atrakcją dla miłośników przyrody, ptaków, pięknych widoków i kąpieli. Nigdzie w Grecji nie widziałem tak bogatej oferty, czym można dopłynąć na miejsce. Można wybrać od małej łódki, poprzez taksówkę wodną, aż do katamaranów i rybackich łodzi, gdzie możemy łowić ryby, mając w tle wyspę Lobos. Łącznie naliczyłem 9 opcji, czym ludzie tam dopływają. Najbardziej rozpowszechnioną opcją są taksówki wodne. Wszędzie płaci się tyle samo, czyli 15 EUR. Władze Fuerteventury zauważyły, że przyroda niszczeje, kiedy następuje niekontrolowany przepływ turystów, stąd, żeby dostać się na wyspę, trzeba uzyskać pozwolenie. W ciągu dnia wyspę może odwiedzić tylko 200 osób. Pani rezydent z twojego biura podróży poda ci adres strony, gdzie można się zarejestrować, żeby wypełnić formularz i na końcu doda, że musimy sobie wydrukować to pozwolenie. Na wakacjach trudno o drukarkę no i komu chce się szukać stron z formularzami w obcym języku… Wyjazd można załatwić w o wiele łatwiejszy sposób. Wystarczy, że pójdziesz w Corralejo do głównej przystani. Z wielką łatwością zauważysz rząd kolorowych budek, które oferują dostanie się na wyspę za pomocą taksówki wodnej. Kiedy podejdziemy do jednej z nich, obsługujący każe tylko napisać na kartce drukowanymi literami imiona i nazwiska uczestników. Na smartfonie wchodzi na stronę z pozwoleniami, wpisuje dane i sprawdza, kiedy jest dostępny termin. Zazwyczaj miejsca są zajęte od jednego do półtora dnia do przodu. Biorąc pod uwagę fakt, że taksówki kursują co godzinę we wszystkie dni tygodnia, nie stanowi to żadnego problemu. Za dosłownie chwilę obsługujący powie nam, które terminy są wolne. Dodatkowo mamy opcję wyboru godzin wypłynięcia i powrotu z wyspy. Z tego powodu w każdej budce znajduje się zeszyt z rozpisanymi miejscami w każdej taksówce na każdą godzinę. Stąd mamy pewność, że nikt nie zajmie nam miejsca o umówionej godzinie. Taksówki to szybkie i zwrotne łodzie pontonowe na dziesięć miejsc. Są ciekawą konstrukcją, ponieważ na środku łodzi poprowadzono dwa rzędy, po pięć siedzeń, jak w motocyklu. Wyjazdy nawet są łączone, ponieważ widzieliśmy, że ktoś wybrał sobie łowienie ryb na Lobos i popłynął razem z nami. Większa łódź rybacka stała już zakotwiczona na terenie łowiska, gdzie podpłynęliśmy i jedna osoba przesiadła się z naszej taksówki na łódź rybacką. Widzieliśmy, że w okolicach Lobos wystarczyło zatrzymać się w dowolnym miejscu, a ryby pływały dosłownie ławicami. Ten, kto chciał coś złowić, mógł bardzo szybko wypełnić swoje kosze. Do wyspy dopływamy w 10-15min.

Patrząc od Corralejo, po prawej stronie wyspy znajduje się przystań, gdzie będziemy wysiadać. Całkiem po lewej widać stożek dawnego wulkanu. Reszta wyspy jest płaska, lub z niewielkimi usypiskami kamieni. Przystań jest ciekawie rozwiązana, ponieważ schody w obu kierunkach rozpoczynają się już pod linią wody oceanu. Niezależnie, jak wielką łodzią tu przypłyniemy, od razu mamy dostęp do stopni, stąd nawet starsze osoby nie miały problemu z wysiadaniem i wsiadaniem na łódź. Osoby prowadzące w „budkach” zazwyczaj zalecają, żeby spędzić cztery godziny na wyspie Lobos. Głównym problemem jest palące słońce, a nie znajdziemy żadnego miejsca, gdzie można schronić się piekących promieni. Przejście wszystkich szlaków zajmuje około 2,5h, no chyba, że jeszcze chcemy wejść na wulkan. Rozpoczynając wędrówkę z przystani wchodzimy do zadaszonych miejsc z ławkami i tablicami informacyjnymi. Odtąd rozpoczynamy wędrówkę wyznaczonymi szlakami. Jako, że musiałem sprawdzić wszystkie, opowiem, co gdzie się znajduje, a czytelnik oceni sobie samemu, co warto, a co nie warto zobaczyć. W punkcie początkowym wybieramy ścieżkę w lewo. W siedem minut dojdziemy, do pięknej piaszczystej plaży, z turkusowymi i szmaragdowymi wodami. Jeśli będziemy dłużej na wyspie, to warto na końcu przyjść na tę plażę, żeby popływać i schłodzić się. Na początku trasy dowiedzieliśmy się, że do plaży jest 7min wędrówki, a na szczyt wulkanu 46min. Z plaży pozostało więc jeszcze 39min. Według mnie, to najciekawsza część trasy, ponieważ za plażą idziemy przez skupiska kamieni, które niegdyś były lawą, a pomiędzy nimi rosną piękne, kuliste i kolorowe krzaczki, które ozdabiają surową okolicę. Skupiska podobnych krzaczków zobaczymy jeszcze kilkukrotnie. Tam, gdzie kończy się prosta droga, będąca ułożonym chodnikiem z kamieni znajduje się skrzyżowanie szlaków. Na wprost, pod górę, pójdziemy na wulkan, a na prawo – do latarni i dalej – szlakiem dookoła wyspy. Ścieżka w płaskim terenie od plaży prowadzi przez około 5-7min, po czym zakręca nieco w prawo i u stóp wulkanu. Strzałka pokazuje 32min na szczyt wulkanu. Ścieżka na wulkan odbija pod bardzo ostrym kątem w lewo i początkowo przebiega prawie równolegle do trasy, którą przyszliśmy. Za kilkanaście metrów zakręca łukiem w prawo, gdzie rozpoczynamy podejście na lokalną przełęcz. Kilka minut będziemy podchodzić wyraźnym chodnikiem z ułożonych kamieni aż do przełęczy. Nachylenie zbocza jest niewielkie, więc nawet nie powinniśmy się zmęczyć. Idąc tym fragmentem szlaku, zobaczymy, że cały wulkan jest siedliskiem mew. Widać je dosłownie wszędzie. W wielu miejscach poza szlakiem znajdziemy mnóstwo białych miejsc, gdzie ptaki załatwiają swoje potrzeby.

  
Początek szlaku, po wyjściu z łodzi. Szlaki są bardzo dobrze oznaczone


Kolorowa roślinność obok ścieżki w drodze na wulkan

Z przełęczy mamy pierwszy widok na ocean i Lanzarote, oraz na przebieg szlaku dookoła wyspy oraz latarnię. Widać, że Lobos nie jest taką małą wyspą i uświadamiamy sobie, że trochę czasu będziemy potrzebować, żeby obejść ją całą. Szlaki nie prowadzą wybrzeżem, ale raczej gdzieś w środku wyspy. Sama linia brzegowa nie jest ciekawa, ponieważ w przeważającej większości dominują czarne skały i głębiny oceaniczne. Nie zobaczymy turkusowych ani szmaragdowych odcieni wód. Od przełęczy na szczyt wulkanu prowadzi jedna, wyraźna ścieżka. Idziemy kamiennymi stopniami. Trzeba dodać, że w tym miejscu widać działalność mew. Wiele schodów jest dosłownie białych ze względu na odchody, które zostawiają. Mew jest tak dużo, że z wysokości dostrzeżemy wiele białych punktów poza wyznaczoną trasą. Za kilkadziesiąt metrów kamienne schody kończą się i teraz będziemy musieli iść sypką, żwirową ścieżką. Często prowadzi trawersami, czyli zygzakami, po to, żeby w mniejszym stopniu odczuwać stromość nachylenia zbocza. Wulkan ma 126m wysokości nad poziomem morza. Wejście nie jest trudne, bo skoro na strzałce było napisane 32min do szczytu, a mi cała przeprawa zajęła 18min z przerwami na zdjęcia, to znaczy, że czas policzono dla osób niechodzących po górach. Widok z wulkanu jest bardzo ciekawy. Na pierwszy rzut oka stwierdzamy, że idziemy krawędzią dawnej kaldery. Połowa wulkanu musiała zwalić się bardzo dawno temu z wielkim hukiem do wody, bo kaldera ma kształt półokręgu i jej strome zbocza opadają bezpośrednio do oceanu, gdzie wybrzeże ma podobny kształt. Strome zbocza są naturalnym miejscem wylęgu mew. Zobaczymy mnóstwo młodych ptaków nie umiejących jeszcze latać. Kaldera jest ogrodzona, żeby nie iść dalej jej obwodem, ze względu na ptaki, które tu gniazdują. Kiedy usiądziemy na szczycie, z pomiędzy skał wyjdą jaszczurki, które podobnie, jak wiewiórki, potrafią czekać na jedzenie. Wystarczy rzucić niewielki kawałek jabłka, a każda zaniesie w krzaki małą część. Z wierzchołka wulkanu pięknie widać Lanzarote i jej białe miasta oraz całą wyspę Lobos, którą będziemy przechodzić po zejściu z wulkanu. Schodząc ze szczytu, musimy uważać na sypką ścieżkę, aż do kamiennych schodów, żeby się nie pośliznąć. Co prawda nie ma przepaści, ale można się mocno potłuc.

  
Widoki z wulkanu. W oddali Lanzarote


Jaszczurki na szczycie wulkanu zjedzą każdy kawałek owoców

Na kalderę idą tylko nieliczni, bo kiedy zobaczysz na równinach, ile osób wybrało szlak na wulkan, to stwierdzisz, że większość poszła chyba na plażę i latarnię. Ludzie na wakacjach nie lubią się męczyć, dlatego nawet tak łatwy szlak zachęca tylko pojedyncze osoby. Podczas całego naszego wejścia i zejścia z wulkanu wchodziła tylko jedna para emerytowanych Włochów. Mieli naprawdę dobre tempo. Być może większość nie wybiera szczytu, ponieważ nie mają odpowiednich butów. W japonkach zdecydowanie nie polecam wędrówki po kamieniach. Nie bądźmy polskimi turystami, wybierającymi się na Giewont w szpilkach… Po zejściu z wulkanu ponownie stajemy na skrzyżowaniu szlaków. Teraz idziemy na latarnię. Według strzałki powinniśmy tam dojść w 40min. Szczerze mówiąc, na szlaku nie ma nic ciekawego pod względem widokowym. Ciągle będziemy iść przez usypiska kamieni. Jedyne, co przyciągnęło moją uwagę, to większe, kuliste krzaki, które miały nawet zielone liście. Gałęzie miały kolor jasno zielony i każda z nich wydawała się taka sama. Drzewka wyglądały bardzo ciekawie. Do końca szlaku idziemy rumowiskiem złożonym ze skał i kamieni, a mewy towarzyszą nam bez przerwy. Nawet tutaj, na usypiskach dostrzeżemy gniazdujące ptaki i wiele młodych, nie potrafiących jeszcze latać. Latarnia nie zachwyca swoim wyglądem, ponieważ jest to stara konstrukcja, która „sypie się” ze starości. Ostatni latarnik wyjechał stąd w… 1968 roku, ponieważ pracę lamp zastąpiły układy automatyki. Od tamtego czasu widać, jak drewniane okiennice wyschły na wiór, a farba i tynk aż sam odpada. Zaletą latarni jest jej wysokość położenia i widoki, jakie nam oferuje. Możemy zobaczyć stąd skrzyżowanie szlaków, gdzie będziemy mogli wybrać szlak dookoła wyspy. Tuż przed latarnią stajemy na skrzyżowaniu, skąd w prawo mamy trasę pozwalającą okrążyć Lobos. Jedną drogą przyszliśmy, więc innej nie mamy do wyboru, poza tą, żeby okrążyć wyspę. Rozpoznamy ją po małych kamieniach, które co kilkanaście centymetrów tworzą krawężnik.

 
Kuliste krzaki na trasie


Mało ciekawy krajobraz w drodze do latarni i z latarni do przystani

Trasa dookoła wyspy również nie zachwyci tak naprawdę niczym. Ciągle będziemy iść usypiskami kamieni. Według znaków na skrzyżowaniu, za 40min powinniśmy dotrzeć do laguny. Nie wyobrażajmy sobie pięknej, turkusowej laguny z piaszczystą plażą. Będzie to raczej lokalne bajoro, powstałe w wyniku przelewania się fal przez naturalny kamienny wał. Laguna jest idealnym miejscem dla ptaków wodnych, i to najczęściej badacze ptaków przychodzą tutaj, żeby je podziwiać. Na brzegu zielonej równiny zbudowano nawet ambonę, która nie służy do polowań, ale do tego, żeby fotografowie mogli zrobić dobre zdjęcia. Z ambony fotograf nie jest widoczny, przez co może obserwować ptaki, nie obawiając się, że je wypłoszy. Po okrążeniu laguny docieramy do skalistych wybrzeży wyspy Lobos. Widzimy rozbijające się fale o czarne skały, a szlak poprowadzono dosłownie obok nich. Docieramy do kolejnego skrzyżowania szlaków, gdzie widać grubą linę. Idąc szeroką ścieżką przez dwie minuty dochodzimy do jakiegoś podziemnego domku z zieloną wodą. Nie wiadomo co to za konstrukcja, ponieważ nie ma żadnych tablic informacyjnych. Dalej szlak nie prowadzi, stąd musimy wrócić na trasę główną. Tutaj dowiadujemy się, że do portu mamy kolejne 30min, ale kiedy ujdziemy jakieś 10min, nagle na strzałkach mamy 3min, Nie wiem, kto liczył te czasy, ale widać, że nie mają takiej wprawy, jak w Polsce, gdzie nawet wielogodzinne szlaki w większości przypadków są dobrze policzone. Tutaj, na płaskiej, 15min drodze rozstrzał jest ogromny… Po około 2,5-godzinnej wędrówce docieramy do pierwszych budynków na szlaku. Niewielka osada, złożona z kilku białych domów, przyciąga uwagę. Koniecznie musiałem wejść do osady, żeby zobaczyć co się w niej znajduje. Większość chat, to weekendowe domy rybaków z Fuerteventury. Pomiędzy nimi widać wielki, przecierający się napis „Restaurant”. Poszedłem więc za strzałką, by przy brzegu, trzy domy dalej, zobaczyć strzałkę „Restaurant behind this house” (restauracja za tym domem). Faktycznie za tym domem znajdowała się oblężona restauracja, a po drugiej stronie wąskiej, wydeptanej ścieżki, w drugiej chacie była stołówka, gdzie klienci mogli spożywać zamówione dania. Na całej wyspie, tylko ta stołówka dawała cień.

 
Latarnia, w której ostatni człowiek mieszkał w... 1968 roku... Sam obiekt nie zachwyca, jak również linia brzegowa. Brak pięknych plaż, czy ciekawego wybrzeża


Dziwny dom pod przykryciem z zieloną wodą

 
Laguna, ambona obserwacyjna dla miłośników ptaków oraz szlak prowadzący w rejonie laguny


Jedyna osada na wyspie Lobos

    
Piękne zatoczki w rejonie osady. To właśnie tutaj miłośnicy Instagrama nie rozstają się ze swoimi kijkami do selfie

W rejonie domków rybackich znajdują się najpiękniejsze zatoki do pływania. To właśnie je podziwiamy w katalogach biur podróży, jeśli wspominają o Lobos. Na miejscu mamy trzy zatoki, a pomiędzy nimi wybudowano drewniane molo. Z brzegu zobaczymy naprawdę turkusowe kolory wód. Nie bez powodu miłośniczki Instagrama i Facebooka bez przerwy robią sobie tutaj całe serie zdjęć typu selfie. Szczególnie Instagram przyjmie ich każdą ilość… Na molo zobaczysz najlepiej, co oznacza użyty przeze mnie zwrot „selfiary, instagramiary”. Całe osiedle domów rybackich jest niewielkie i zamknęłoby się w rozmiarach 20m x 20m. Powrót do portu, gdzie zaczynaliśmy wycieczkę, powinien zająć nam jeszcze 7min. Po czterech minutach docieramy do płaskiego terenu oznaczonego jako miejsce kempingowe. Według przepisów, można się tu rozłożyć z namiotem na maksymalnie trzy dni. Są nawet ławki i stoły. Na szczęście nie widać walających się śmieci. Jak widać, wyspa Lobos jest ciekawym miejscem, ale mając cztery godziny czasu (możesz sobie zamówić późniejszą godzinę powrotu, jeśli chcesz pozostać dłużej) warto wybrać ciekawe miejsca. Osobiście wybrałbym piękną piaszczystą plażę odległą o 7min wędrówki od portu, wejście na wulkan, ze względu na ciekawe widoki, oraz osiedle, białych rybackich domków z pięknymi, turkusowymi zatokami. Trzy wymienione miejsca są bardzo ciekawe pod względem fotograficznym i widokowym. Szlak dookoła wyspy to raczej długie i żmudne wędrowanie po jałowym terenie bez żadnych widoków. A latarnia? Na Fuerteventurze są znacznie lepsze…

  
Jedyna i bardzo piękna plaża na wyspie Lobos. Warto w czasie wolnym od zwiedzania wykąpać się w tutejszych wodach

7. BETANCURIA
Pod tą nazwą kryje się dawna stolica Fuerteventury. Choć nie jestem miłośnikiem miast i betonów, to tutejsza mała mieścina zachwyci każdego. Przede wszystkim jest ciekawie położona w górach, a dojechać można tu tylko przez dwie, bardzo wysokie przełęcze: od południowej strony z Pajara, lub od strony La Olivia/Antigua. Niezależnie, którą opcję wybierzemy, będziemy mieli do pokonania ciąg serpentyn pnących się wysoko w górę. Betancuria znajduje się w kotlinie, czyli płaskim terenie otoczonym górami. Od roku 1800 Betancuria nie jest już stolicą, a to za sprawą jej… pięknego położenia. Brak terenu do dalszego rozwoju przekreślił możliwość pozostania stolicą w późniejszych latach. Nie ważne, że miasteczko utraciło możliwość bycia stolicą Fuerteventury, ale nie utraciło swojego uroku i do dzisiaj jest pięknym miejscem, chętnie odwiedzanym przez turystów, w którym obowiązkowo musisz być. Najciekawszym miejscem jest oczywiście rynek z kościołem. Zadbano o każdy szczegół: znajdziemy fontannę, kolorowe, kwitnące kwiaty i zdobione, białe mury, charakterystyczne dla Wysp Kanaryjskich. Wędrówka wąskimi uliczkami cieszy, ponieważ nie zobaczymy księżycowego krajobrazu. Betancuria jest bardzo spokojną miejscowością i nie przeżywa najazdu turystów, stąd jej położenie w sercu wysokich gór powoduje, że możemy nacieszyć się ciszą i pięknymi widokami. Z parkingu głównego idziemy 150m kamiennym chodnikiem i schodami do rynku miasteczka. Na wycieczkach objazdowych, przewodnicy dają wystarczająco dużo czasu, żeby zobaczyć najpiękniejsze miejsca Betancurii. Na niżej położonych uliczkach znajdziemy sklep z miejscowymi serami, czy firmowy sklep Aloe Vera, do którego polecam wstąpić.

      
Piękny ryneczek w Betancurii

 
 
 
Inne miejsca w Betancurri. W ciągu 30min zdążysz zobaczyć je wszystkie

Znane miejscowości na Fuerteventurze mają napis podobny do tego z Hollywood, tyle, że nie znajdują się na zboczach gór, ale w centrum, najczęściej obok ryneczku lub w pobliżu otwartej przestrzeni. Betancuria ma również swój napis, który warto zobaczyć na tle białego kościoła przy drodze głównej. Dojazd do Betancurii od strony Pajara pozwoli zobaczyć nam jeszcze jedną ciekawostkę. Każdy obszar administracyjny (u nas byłaby to gmina) ma swoją bramę przywitalną z nazwą gminy. Chyba każdy katalog pokazuje słynną bramę z Betancurii, która znajduje się aż 600 m n.p.m. Żeby ją zobaczyć, musimy jechać od Pajara. Wtedy rozpocznie się najwyższy podjazd na całej Fuerteventurze, gdzie praktycznie od poziomu oceanu będziemy podjeżdżać licznymi serpentynami, pnąc się wysoko w górę. Na około 300m przed bramą Betancurii wzdłuż ulicy rozstawiono białe bloki kamienne o jednakowym kształcie. Mają zabezpieczać samochody przed zsunięciem w przepaść. Są masywne i ciężkie. Rzeczywiście, powyżej 400 m n.p.m. droga prowadzi wzdłuż przepaścistych zboczy. Czym wyżej, tym bardziej są pochylone w dół. Betancurię zrobiłem na dwa sposoby – pierwszym razem z wycieczką objazdową, a drugim razem… rowerem. Przejażdżka rowerem pozwalała zatrzymywać mi się w najciekawszych miejscach, nawet na środku przepaścistej drogi, gdzie mogłem zrobić zdjęcia. Jadąc samochodem nie zatrzymasz się w tych pięknych miejscach. Rzecz jasna ruch nie jest duży. Od czasu do czasu widać jeden samochód. Na najwyżej położonej przełęczy z drogą asfaltową stoi omawiana brama. Obok niej znajduje się nawet wyasfaltowany parking i punkt widokowy. Każdy zatrzymuje się tutaj w drodze do Betancurii. Wiewiórki i dwa duże, czarne gawrony wiedzą o tym, dlatego na widok każdego człowieka gromadnie przybiegają. Wystarczy, że usiądziesz na kamiennym murku, a wiewiórki będą wskakiwać na kolana parami. W murze są wykonane kwadratowe otwory na spływającą wodę. Kiedy dasz coś wiewiórce do jedzenia, ona pójdzie przez otwór, a ty będziesz mógł popatrzeć na nią w spokoju za murkiem. W tym samym miejscu stoi znak „nie karmić wiewiórek”, ale i tak każdy to robi... Kiedy ja byłem na przełęczy rowerem, jedna kobieta najwyraźniej nic nie przeczytała o Fuerteventurze przed wyjazdem i kiedy usiadła na murku przybiegło do niej kilka wiewiórek, a niektóre zaczęły próbować wspinać się po jej nogach. Ta kobieta wystraszyła się i „tańczyła” w miejscu, nie wiedząc, co to jest. Jej towarzysze mieli wiele powodów do śmiechu, bo wiedzieli, że to tylko miejscowe wiewiórki.


Napis z nazwą miejscowości


Skrzyżowanie przy napisie z nazwą miejscowości oraz chodnik prowadzący na ryneczek z kościołem (po lewej stronie). W Betancurii wszystko jest na wyciągnięcie ręki, stąd dojście na rynek powinno zająć nam około 1-2 min


Droga do Betancurri

 
Charakterystyczna brama Betancurii


Parking przy bramie Betancurii i znak "nie karmić wiewiórek"


Wystarczy, że usiądziesz na chwilę gdzieś na murku, a wiewiórki same do ciebie przyjdą...

Zjazd z przełęczy również dostarcza niesamowitych widoków. Jeśli nic za nami nie jedzie, warto jechać wolniej i podziwiać widoki. Jeśli jest taka możliwość, można opuścić szyby i zrobić zdjęcie. Przed nami widać dłuższy kawałek drogi, stąd będziemy wiedzieć, czy coś jedzie, czy nie. Dla rowerzysty to bardzo trudne miejsce, bo podmuchy wiatru są tak duże, że zrzucają z roweru, stąd najlepiej jechać, trzymając się środkowej, przerywanej linii, oddzielającej pasy ruchu. Dojeżdżając od tej strony do Betancurii zobaczymy, jak wysoko w górach znajduje się ta miejscowość. Pomimo zjazdu z bardzo wysokiej przełęczy, będziemy jechać jeszcze raz pod górę. Betancuria osobiście podobała mi się ze względu na przełamanie spalonego słońcem krajobrazu zielenią, białymi domkami oraz licznymi, kwitnącymi, kolorowymi kwiatami. Widok z okolic kościoła dawał piękną panoramę na miasteczko i okoliczne góry. Cisza, jaką możemy zaznać pomimo strefy zamieszkania jest godna podziwu.

8. VEGA DE RIO PALMAS
Piękna, podłużna wioska ciągnąca się w drodze do Betancurii, kiedy zjedziemy już z punktu widokowego z bramą przywitalną obszaru podległemu Betancurii. O ile sama wioska nie ma miejsc ciekawych pod względem historycznym, to czemuś zawdzięcza swoją nazwę. Kiedy będziemy przez nią przejeżdżać, zobaczymy, że wzdłuż wszystkich domów i pół uprawnych obstawionych kamiennymi murami ciągną się rzędy palm. Normalnie nie utrzymałyby się w tutejszym suchym i słonecznym klimacie, stąd wzdłuż wszystkich rzędów palm ciągną się czarne węże ogrodowe, częściowo przysypane drobnymi, kamyczkami. Jeśli na Fuerteventurze widzisz zielone rośliny, to wiedz, że zawsze jest tam system nawadniania w postaci czarnych wężów ogrodowych. Przyznam, że władzom udało się utrzymać ciekawy klimat tej wioski, ponieważ jest długa, a wszędzie możemy podziwiać zielone palmy, znane z terenów hotelowych. Przez wioskę przebiega nawet część pieszego kultowego szlaku GR-131, liczącego 155km długości, plus dojścia do ciekawych punktów widokowych. Na samym końcu wioski znajduje się charakterystyczny napis „Vega de Rio Palmas”, a 200 metrów dalej jedyny, bardzo ciekawy pod względem architektury, mały kościół katolicki. Na mapie znajdziemy go pod nazwą Obispado Diocesis de Canarias. W tym samym miejscu jest piękny, brukowy ryneczek z restauracją. Będąc na rynku, po raz kolejny zobaczymy, jak piękna i zielona jest ta wioska. Mi w szczególności podobała się ze względu na panujący spokój, zieleń i czystość. Za wioską rozpoczyna się kolejny podjazd serpentynami do Betancurii. Ciekawostką jest również sam dojazd do Vega de Rio Palmas. Kiedy będziemy na wysokości serpentyn z białymi kamieniami ustawionymi wzdłuż drogi prowadzącej do Betancurii, w dolinie powinniśmy dostrzec pierwsze zabudowania wioski Vega de Rio Palmas i… mały zbiornik wodny. Ten mały staw jest ewenementem na całej Fuerteventurze. Trudno znaleźć na wyspie inny zbiornik z wodą po środku niczego…


Jedyny zbiornik słodkowodny na Fuerteventurze znajduje się właśnie w Vega de Rio Palmas

 
Vega de Rio Palmas widoczne z drogi do Betancurii

 
Przykościelny rynek


Kościół w Vega de Rio Palmas


Charakterystyczny napis z nazwą miejscowości

9. PUNKT WIDOKOWY ESTATUAS DE GUISE Y AYOSE
Kiedy wyjedziemy z Betancurii w stronę la Olivy lub Antigua musimy podjechać kolejną serią serpentyn stromym zboczem na drugą, wysoko położoną przełęcz. Na przełęczy znajduje się niewielki parking, gdzie po drugiej stronie ulicy widać figury dwóch mężczyzn strzegących wejścia do kotliny Betancurii i Vega de Rio Palmas. Same statuy nie są główną atrakcją, a widok, który możemy stąd zobaczyć. Z parkingu odbija 250 metrowa ścieżka na szczyt góry, gdzie znajduje się restauracja Morro Velosa. Z pewnością można zobaczyć z niej drugą, najpiękniejszą panoramę na całej Fuerteventurze. Warto więc tam pójść, ponieważ patrząc w doliny, dostrzeżemy wiele miejscowości, którymi później będziemy wracać. Będą to na pewno: Valle de Santa Ines, Llanos de la Concepción, Tefia i odległa Tindaya z jej charakterystyczna górą. Jeśli przejrzystość powietrza na to pozwoli, możemy sięgnąć jeszcze dalej, w głąb Fuerteventury i zobaczyć płaskowyż, na którym leży La Oliva. Niesamowite jest to, ile możemy zobaczyć z tego jednego miejsca! Najbardziej jednak podobały mi się pofalowane góry, które wyglądały, jak Czerwony Wierchy w Tatrach w październiku. Widok jest po prostu nieziemski, bo obejmuje znaczną część wyspy!

 
Punkt widokowy Estatuas de Guise y Ayose i statuy Ayosów niegdyś zamieszkujących Fuerteventurę

   
Niesamowite panoramy z punktu widokowego

10. OASIS PARK – FUERTEVENTURA
Ktoś powie, że to kolejne zoo. Jest w tym dużo racji, ale myślę, że warto odwiedzić to miejsce, a w szczególności, jeśli z nami są dzieci. I dla dorosłych znajdzie się dużo ciekawych rzeczy, bo oprócz ciekawych zwierząt, będziemy mogli poznać mnóstwo pięknych i endemicznych roślin. Celem tego parku jest ochrona zwierząt zagrożonych wyginięciem, edukacja oraz ochrona nietypowych i rzadko występujących roślin, które mogą żyć w tutejszym klimacie. Z drugiej strony całe zoo, to jeden wielki biznes. Jest tak bardzo rozkręcony, że o dojazd nie musisz się martwić w ogóle. Włodarze parku już od dawna wpadli na pomysł, żeby jeździć darmowymi, 50-osobowymi autokarami po hotelach w znanych miejscowościach. To nic, że niektóre są odległe nawet o 90km od zoo, jak np. Corralejo. Mimo wszystko, w każdym hotelu znajdziemy rozkład informujący, obok jakich hoteli się zatrzymuje i o której godzinie odjeżdża. Darmowy kurs i tak zwraca im się kilkukrotnie, bo autobusy są w większości zapełnione i przystosowane do przewożenia wózków. Bilet wstępu dla dorosłej osoby kosztuje 35 EUR, a dzieci płacą połowę ceny. Jeśli wejściówkę kupujemy w naszym biurze podróży może zdarzyć się promocja na zasadzie: drugi dorosły płaci tylko 20,50 EUR. Z tego względu nie warto kupować biletu przez Internet, jak również dopiero na miejscu, w zoo. Pamiętasz, jak na początku artykułu pisałem, że będziemy walczyć z „komuną”? Nadszedł właśnie ten moment. Jeśli chcemy kupić bilet w kasie na miejscu, to będziemy musieli odstać iście komunistyczną kolejkę, zanim dostaniemy bilet. Jeśli kupimy bilet w naszym biurze podróży, to dostaniemy voucher z wypisanymi danymi i przez to na miejscu, w kasie obok, gdzie będzie tylko kilka lub kilkanaście osób, będziemy mogli go wymienić na bilet wstępu. Godzinę mamy zaoszczędzoną... Przy zamianie vouchera na bilet, pani zapyta się, czy chcemy wykupić dodatkową opcję, czyli spotkania za zwierzętami. Za 10 EUR mamy wstęp do specjalnej strefy z lemurami, za 10 lub 20 EUR mamy przejażdżkę na wielbłądach w dwóch wersjach – trasa krótsza i dłuższa oraz za 45 EUR mamy pływanie z lwami morskimi.

Z tych wszystkim możliwości polecam spotkanie z lemurami, bo to bardzo ciekawe zwierzęta. Jeżdżenie na wielbłądach w Polsce może wywoływać złe nastroje, kojarzone głównie z męczeniem koni na trasie do Morskiego Oka. Spotkanie z lemurami polega na tym, że wchodzimy do specjalnej, zalesionej strefy, gdzie żyją one w dużej grupie. Mieszkają w odtworzonym lesie madagaskarskim na terenie zoo. Na końcu ich strefy znajduje się krąg z ławkami, gdzie siadamy na wybranych przez nas miejscach, a pani prowadząca opowiada ciekawostki o lemurach. Tymczasem cała uwaga ulatuje, jak dym papierosowy, ponieważ lemury szukają jedzenia w kokosowych półmiskach rozwieszonych na gałęziach drzew. Tym samym wykorzystują nas, żeby do nich się dostać. Zaczynają po nas chodzić, stają nawet na głowie i dość głośno „ciamkają” znalezione owoce. Lemury nie mają pazurków, a raczej pięciopalczaste, owłosione rączki. Tylne łapki wyglądają podobnie, dlatego ich dotyk jest przyjemny. Mi się udało, ponieważ dwa lemury przyszły szukać jedzenia i jeden wszedł na głowę, a drugi siedział na ramieniu. Dodatkowo fotograf robi zdjęcia i jeśli chcemy, po zwiedzeniu całego parku będziemy mogli kupić sobie takie zdjęcia za 5 EUR. Jako, że sam jestem fotografem krajobrazowym, to samemu mogłem sobie zrobić podobne zdjęcia. Strefa z lemurami jest otwierana co pół godziny. Po zakupieniu biletów, pani w kasie pokazuje nam miejsce obok, gdzie mamy się zgromadzić o napisanej godzinie na bilecie. Będzie to „Lemur meeting point” przy kasie, który jest wyraźnie oznaczony. Stamtąd inna pani zaprowadzi nas do strefy z lemurami. Wchodząc na teren parku z roślinami i zwierzętami, na rękę dostajemy pieczątkę, która potwierdza, że mamy ważny bilet. Omijamy w ten sposób całą „komunistyczną” kolejkę, która dopiero stoi po bilet wstępu.

 
 

Według mnie, najciekawsza opcja - wstęp do lasu, gdzie mieszkają lemury

 
Lemury w akcji

Park, według mnie, jest bardzo ciekawie zaplanowany, ponieważ w pełni przełamuje jednolity krajobraz Fuerteventury. Od samego początku wszystko aż kipi od zieleni, oraz co krok kwitną jakieś kwiaty. Najciekawsze są na czerwono kwitnące drzewa, z których wyrastają bardzo duże fasolki. Czym wgłębiamy się dalej w park, tym większe zwierzęta zobaczymy. Na początku będą to małe małpki, flamingi, wydry i tego typu stworzenia, aż po wielkie krokodyle, słonie, antylopy, wielbłądy, czy żyrafy. Biznes musi się kręcić, dlatego na początku są sprzedawane paczki z pokarmem dla różnych zwierząt, dzięki czemu będziemy mogli je dokarmiać i zrobić sobie zdjęcia. Największą popularnością cieszyły się żyrafy, gdzie potrafiły zaglądać ponad płotem i wielkim, czarnym językiem sięgały po jedzenie. Najczęściej jadły owoce i marchewki. W parku odbywają się również cztery pokazy zwierząt. Nie trzeba za nie płacić. Najwcześniej i zresztą najbliżej wejścia do parku rozpoczyna się pokaz papug. Warto wejść do otwartej sali, gdzie para pracowników pokaże nam te ptaki z bliska. Na początku przelatują z liny na linę, a później prezenterzy przechodzą po przeciwnych stronach od rzędu do rzędu, gdzie papugi przelatują nam dosłownie nad głowami. Możemy w ten sposób podziwiać piękne, duże i dorosłe ary. Później prowadząca mówi, że pod siedmioma losowo wybranymi ławkami znajdują się grube patyki z uchwytem. Osoby, które je mają pod swoim siedzeniem mają je unieść do góry i trzymać wyciągnięte ku górze. Wtedy papugi przelatują od jednego do drugiego patyka, siadając na każdym z nich. Wtedy jest okazja do zrobienia ciekawych zdjęć. W trzech pierwszych rzędach siedzą dzieci, dlatego i dla nich przygotowano inne papugi. Tym razem będą to nieco mniejsze, ale i tak duże, zielono-niebieskie ptaki i jeden z białą grzywą. Te papugi przechodzą z ręki prowadzącego na głowę pierwszego dziecka i przeskakują z głowy na głowę, aż obskoczą trzy rzędy. Nie ważne, które miejsce zajmiemy i tak zobaczymy wszystkie ptaki z bliska, ponieważ pokazy przygotowane są tak, żeby każdy zobaczył to samo i nie musiał przedzierać się przez tłum. Drugi pokaz należy do lwów morskich. Na niego nie dotarłem, bo wybrałem pokaz gadów i węży. Od głównego wejścia znajduje się on 980m dalej. Na szczęście przy każdej ścieżce są drogowskazy i przy ich pomocy dotrzemy do celu. Na pokaz węży i gadów jest przygotowany wielki amfiteatr. Nawet starożytni Grecy nie powstydziliby się takiej akustyki i zadaszenia. Dach wykonano w całości z drewna, a ogromne bale mogłyby być wykorzystane do budowy drewnianego mostu, po którym mogłyby przejeżdżać TIR-y. Na szczęście w amfiteatrze cały czas słyszymy bardzo spokojną, relaksacyjną i cichą, przyjemną muzykę.


Flamingi zobaczymy na samym początku parku


Kwitnące drzewo na czerwono wydające duże fasole

 
 
Pokaz papug

Na początku podziwiamy ogromne jaszczury, które przynoszą pracownicy na zielony trawnik. Później pojawia się krokodyl, który siedzi w drewnianej skrzyni. Na końcu pracownicy przechodzą przez wszystkie rzędy z różnymi wężami. Najciekawsze było, jak jeden facet tak bardzo bał się węży, że uciekał z widowni do innych rzędów. Obecni w amfiteatrze na wolnym powietrzu zawsze głośno wybuchali śmiechem, kiedy ten facet uciekał ze swojego miejsca. Na koniec pokazano nam żółtego pytona. Jak się okazało, za chwilę był jeszcze większy, który owinął się o ciało pracownika, który go prezentował. Kiedy wszyscy myśleli, że to największy wąż, jaki dzisiaj zobaczymy (a był wielki), wtedy pracownik zachęcił do zrobienia sobie zdjęcia z pytonem tego samego gatunku. Ale poszedł do drewnianego domku i wyciągnął największego i najgrubszego pytona, jakiego mieli. Ten był ogromny i gruby. Wtedy pracownik wyłonił z widowni wysokiego Murzyna, który idealnie kontrastował z jasnożółtym i ogromnym wężem, którego przewiesił mu przez kark. Wąż i tak dosięgał ziemi. Pyton zrobił na każdym ogromne wrażenie. W pobliżu amfiteatru jest utworzone bajoro, gdzie żyją dorosłe krokodyle nilowe obok wraku statku, który został tam celowo umieszczony. Krokodyle są ogromne i dokładnie takie, jak z filmów dokumentalnych. Ostatni, a zarazem najpóźniejszy pokaz, jest organizowany w najwyższym punkcie całego parku. Na górze. Znajduje się 1,3km od wejścia głównego. To pokaz największych ptaków drapieżnych. Podobnie, jak wcześniej, rozsiadamy się w amfiteatrze na otwartej przestrzeni, tym razem z lekkim zadaszeniem, gdzie będą nam prezentowane najpiękniejsze sowy, bielik amerykański, czy harpie. Największe ptaki spacerują między widzami, a później przelatują nad naszymi głowami. Każdy ruch skrzydła wyrzuca z wielkim pędem dużą ilość powietrza, co poczujemy na sobie. Na środku widać zieloną trawę, jak na boisku do piłki nożnej. Na rogach tego „boiska” ustawiono cztery stojaki, pomiędzy którymi będą przelatywać cztery wielkie sowy. Trzy z nich przeskakiwały i leciały tuż przy ziemi, po czym siadały na przeciwnym stojaku, podczas gdy czwarta z nich poleciała na dach amfiteatru i wróciła na stojak. Zaskakujące było, z jaką gracją lądowały.

 
 
 
 
Pokaz gadów - wężę, jaszczury i krokodyle

Najbardziej podobały mi się pokazy orłów, ponieważ za gęstym zagajnikiem jeden pracownik pojechał samochodem gdzieś w góry, widoczne w tle z amfiteatru. My, jako widzowie, oczywiście nie widzimy trasy przejazdu, ani samochodu. Przez chwilę panuje cisza, ale jedna osoba zaczyna nawoływać ptaki. Wielkie orły, po kolei nadlatują z wysokich gór i siadają na ręce prezentera. Pokaz specjalnie zorganizowano tak, żeby zobaczyć ptaki w locie z rozpiętymi skrzydłami. Jeden z nich, nadlatując, dodatkowo łapie w powietrzu podrzuconą zdobycz. Ostatni z nich ląduje przy małym stawie i wyciąga sztuczną rybę z jego wód, po czym dostaje kawał mięsa do zjedzenia. Harpie natomiast występują w grupie, gdzie podobnie, jak sowy, przelatują z jednego stojaka na drugi i na przygotowane grzędy pod zadaszeniem. Możemy je zobaczyć z bliska. W trakcie pokazu zobaczymy jeszcze orła, który będzie polować na przynętę, poruszającą się na linie po trawie. Jego zadaniem jest schwytać ją na „boisku”. Orzeł opanował tę sztukę do perfekcji. Inne orły prezentowane są również z dwóch wysokich, drewnianych wież. Wyglądają jak powiększone, średniowieczne katapulty – trebusze. Orły przelatują tuż przy powierzchni trawy, od jednej do drugiej wieży o wysokości około 6-ciu pięter. Widok tak dużych ptaków w locie na pewno zachwyci każdego. Wracając z pokazu ptaków drapieżnych warto zatrzymać się przy sąsiadującej z amfiteatrem kolekcji kaktusów z całego świata. Na bardzo dużej powierzchni zgromadzono dziwne kaktusy, o których istnieniu nawet nie jesteśmy świadomi. Zobaczymy ogromne kule kolców, skupiska kul, typowo meksykańskie kaktusy, wysokie nawet do siedmiu metrów, czy kwitnące i wyglądające jak drzewa okazy. Niektóre z nich mają dodatkowo puch, który rozciąga się pomiędzy kolcami. Kaktusy zajmują dużą przestrzeń, dlatego warto przejść wszystkie ścieżki, żeby zobaczyć jak najwięcej gatunków. Kolekcja kaktusów na Fuerteventurze jest największą w całej Europie. Na zobaczenie dużej części całego parku powinniśmy poświęcić około ośmiu godzin, dlatego bezpłatne autobusy są tak zorganizowane. Wyjeżdżają średnio w godzinach od 8.00 do 9.00, w zależności od miejsca i wracają do hoteli po godzinie 17.00-17.45. Mamy więc cały dzień na podziwianie zwierząt i roślin. Czas szybko biegnie, jeśli pójdziemy na pokazy papug, węży, lwów morskich, czy ptaków drapieżnych. Na terenie zoo znajdziemy również restauracje oraz automaty z napojami. Najwięcej kontrowersji wśród polskiego społeczeństwa z pewnością wywoła pokaz lwów morskich, ponieważ są intensywnie tresowane i występują przy dość głośnej muzyce. To nie jest ich naturalne środowisko.

 
 
 
 
 
 
Pokaz ptaków drapieżnych i sów


Harpia w locie

 
 
 
 
Największa hodowla kaktusów w Europie

  
  
  
Niesamowite kaktusy w parku

11. POPCORN BEACH
To niewielka plaża znajdująca się około 5km od miasta Corralejo. Możemy dotrzeć na nią pieszo, lub wypożyczyć rower, jeśli mieszkamy w Corralejo. Żeby odnaleźć tę plażę, trzeba dojść do końca miasta Corralejo, idąc wzdłuż głównej drogi prowadzącej przez miasto. Po prawej stronie będziemy mieli zwartą zabudowę, a po lewej nieużytki i zatoczkę wcinającą się w kamienisty ląd. Zobaczymy dwie żwirowe, szerokie drogi. Niezależnie, którą wybierzemy, to pójdziemy dobrze, ponieważ obie łączą się nieco dalej, tyle że druga droga jest krótsza. Będziemy cały czas iść wybrzeżem, gdzie miniemy najpierw dwa duże wiatraki zamieniające energię wiatru w energię elektryczną, a później niewielki zakład odsalania wody na pustkowiu. Dalej zobaczymy tylko rumowisko kamieni i bardzo ubogą roślinność. Od tej strony również spojrzymy na ciąg czterech wulkanów, gdzie drugim od prawej jest znany nam już Calderon Hondo. Przed dotarciem na plażę miniemy, dziwny domek, pomalowany na niebiesko o niewiadomym przeznaczeniu. Widać trochę rękodzieła, ale żadnych ludzi dookoła. Za kilkadziesiąt metrów dochodzimy do Popcorn Beach. Plaża nazywa się tak, ponieważ nie ma na niej piasku, ale za to widzimy kamienie, które wyglądają jak wysypany popcorn. Pokrywają całą plażę. Popcorn to wyrzucone koralowce z oceanu, oszlifowane przez skały i wodę. Są całkowicie białe, jak śnieg. Pamiętajmy, że zabieranie tych kamieni jest zabronione i karane, dlatego niech nam nie wpadnie do głowy świetny pomysł przywiezienia sobie pamiątki z wakacji. Pomimo, że na plaży leżą kamienie próbowałem na nich się położyć. Nie są tak nieprzyjemne, jak normalne skały. Z racji tego, że są oszlifowane przez wodę, mają gładkie kształty. Stąd mamy uczucie miękkości. Niewiele osób dociera na plażę, ponieważ miejsce nie jest reklamowane, żadne wycieczki tu nie przyjeżdżają, a wypożyczonym samochodem nie wolno jeździć po szutrowych drogach. Pozostaje więc tylko rower lub piesza wędrówka.

 
 

Popcorn Beach - tu nie znajdziemy piasku. Wylegiwać możemy się na popcornie

12. El Cotillo
El Cotillo to piękna miejscowość na północy Fuerteventury, odległa o 15km od Corralejo. Nie ma w niej hoteli znanych biur podróży, ani masowej turystyki. Znajdziemy tu tylko prywatne mieszkania, pensjonaty i tym podobne obiekty, które można zarezerwować na Booking.com. Na plażach nie spotkamy tłumów, a do wyboru są dwie szerokie, piaszczyste plaże. Parking przy plaży pomieści co najmniej 100 samochodów, dlatego nie widziałem, żeby był zapełniony nawet w 20%. El Cotillo polecam osobom, które chcą odpocząć z dala od tłumów, choć na Fuerteventurze trudno o tłumy... Szkoda, że nie udało mi się zrobić lepszych zdjęć w El Cotillo, ponieważ trafiłem na okropną pogodę. Pomimo, że na Fuertaventurze mamy aż 330 dni słonecznych w ciągu roku, to ja trafiłem na krótką, ale mocną ulewę i okropne, siwe chmury opadające z gór. Góry z czasem zanikły w strugach deszczu i mgły... Nie wiem, czy mieszkańcy widzieli w lecie taką pogodę... Po prostu zobaczyłem coś niemożliwego... W El Cotillo jest dużo sklepów spożywczych, sportowych, agencji turystycznych i kawiarni. Każdy znajdzie coś dla siebie. Z tej samej miejscowości można pojechać rowerem do Popcorn Beach i do Corralejo, ponieważ wzdłuż wybrzeża poprowadzono szutrową drogę łączącą wymienione punkty.

  
Plaża w El Cotillo - tłumów nie spotkamy


El Cotillo w czerwcu podczas ulewy. Nie widać głównego rzędu gór, które normalnie są widoczne każdego dnia. Prędzej zobaczysz UFO niż taką pogodę w środku lata...


Mieszkania na uboczu miejscowości przy plaży

13. Pajara
Pajara to niewielka miejscowość-wioska w pobliżu półwyspu Jandia. Sama wioska nie oferuje zbyt wiele. Główną atrakcją jest najbardziej okazały kościół na Fuerteventurze - Nuestra Seniora de la Regla. W środku jest bogato zdobiony. Każda wycieczka typu objazdówka po Fuerteventurze zawiera w programie odwiedziny tego kościoła. Z Cardón do Pajara prowadzi również najpiękniejsza, 11-kilometrowa, droga przez góry w kolorze rdzy. Pajara jest miejscowością kończącą tą część pięknych widoków. Trasę zdecydowanie polecam przejechać w kierunku Pajara, ponieważ obserwowane widoki tylko w tę jedną stronę wywierają tak ogromne, pozytywne wrażenie.

14. Obserwatorium astronomiczne Sicasumbre
15. Wiatrak w Llanos de la Concepción
16. Wiatrak tuż przy wjeździe do miejscowości Tefia
17. Monument "No Hay" w drodze do Valle de Santa Ines 

UWAGA! Zdjęcia i opisy wymienionych miejsc w punktach 13-17. znajdują się w kolejnej propozycji: "18. Dla ambitnych - wycieczka rowerowa 226km dookoła Fuerteventury", ponieważ podczas wycieczki rowerowej po wyspie odwiedziłem wszystkie wyżej wymienione punkty po kolei. Te same miejsca możesz odwiedzić, jadąc samochodem.

18. DLA AMBITNYCH – WYCIECZKA ROWEROWA 226km DOOKOŁA FUERTEVENTURY
Jeśli lubisz jeździć na rowerze, chcę ci zaproponować ciekawą wycieczkę dookoła wyspy, gdzie odwiedzisz większość znanych miejsc i będziesz mógł zatrzymać się na zdjęcia, gdzie tylko będziesz chciał. Jadąc samochodem nieraz sobie myślisz: „zatrzymałbym się na zdjęcia, ale za mną jadą inne samochody, a tu nie wolno się zatrzymywać”. Ile razy miałeś podobne myśli, widząc piękne góry, czy inne widoki? Ja wielokrotnie, stąd wpadłem na pomysł realizacji trasy, która spinałaby wszystkie punkty, które dotychczas zobaczyłem. Trasa nie jest teoretyczną propozycją, ale czymś co sam przejechałem i wiem, że się da, jeśli chcemy. Cała trasa będzie przebiegać następująco: Corralejo – Puerto del Rosario – Caleta de Fuste – Gran Tarajal lub Tarajalejo – Cardón – La Pared – Oasis Park Fuerteventura – Cardón – Pajara – Punkt widokowy Betancuria (Brama) – Vega de Rio Palmas – Betancuria – punkt widokowy ze statuami dwóch mężczyzn – Valle de Santa Ines – Llanos de la Concepción – Tefia – Tindaya – La Oliva – Lajares – szlak przy wulkanie Hondo – Corralejo. Pewnie pomyślisz, że tyle to nawet samochodem ludzie nie przejeżdżają. Masz rację. Wykorzystałem do tego celu wiatry Fuerteventury, które w porze letniej wieją z północy na południe. To oznacza, że wyruszając jeszcze przed wschodem słońca będziesz mógł wykorzystać je do przyspieszenia w pierwszej części trasy. Jadąc z Corralejo masz cały czas silny wiatr w plecy, gdzie w godzinę dojechałem do Puerto del Rosario – stolicy odległej o 31km! Droga poprowadzona przez równiny wzdłuż wschodniego wybrzeża oznaczona jako FV-1 jest równa i pozwala utrzymywać stałą prędkość. Dzięki temu w trzy i pół godziny możemy przejechać 90km. Ta część drogi nie jest ciekawa, dlatego trasę ustawiłem tak, żeby to, co mniej ciekawe przejechać jak najszybciej, a to co najlepsze, żeby pokonywać w trybie normalnym.

Trasę rozpocząłem o godzinie 6.30 rano. O 10.00 przejechałem już 90km. Na Fuerteventurze władze dbają o rowerzystów, dlatego każde miasto ma swoją drogę rowerową, która pozwala przejechać przez całą miejscowość, bez konieczności stania na światłach, czy wjeżdżania na drogi szybkiego ruchu. Najbardziej podobało mi się, jak mogłem ominąć całą stolicę. Wzdłuż obwodnicy miasta, mającej 7km długości, poprowadzono równolegle trasę rowerową. Dzięki temu mogłem w spokoju ominąć stolicę z jej całym ruchem samochodowym. Wzdłuż ścieżki rowerowej w kilku miejscach nasadzono palmy i utworzono dwa przystanki na odpoczynek. Ścieżka kończyła się poza miastem, na ostatnim osiedlu w żwirowej dziurze, skąd dalej pokierowałem się drogą FV-2. Utrzymując to samo tempo, szybko mogłem ominąć Caleta de Fuste i pokierować się w stronę Gran Tarajal. Dlaczego zboczyłem z trasy? Ponieważ ta miejscowość leży pomiędzy dwoma pasmami górskimi, ma swoją plażę oraz można z niej wyjechać, używając 3,5km skrótu pozwalającego na dołączenie do drogi FV-2, skąd za niedługo miała rozpocząć się właściwa część wyprawy, czyli najpiękniejsze miejsca Fuerteventury. Z drogi FV-2 odbijałem na Cardón. Miejscowość jest typowo nieturystyczna i będziemy mogli zobaczyć tu prawdziwe życie Fuerteventury. Ludzie mieszkają w skromnych domach i prowadzą swoje uprawy w układzie tarasowym, gdzie każde z pięter jest otoczone kamiennym murem. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem na wulkanicznej pustyni uprawy kwitnących ogórków i kartofli… Ponoć się da… To wszystko mogłem zobaczyć na tle pięknej góry przypominającej Giewont. Tutaj nazywa się ona Montana Cardón. Wśród Polaków mieszkających na Fuerteventurze znana jest jako Giewont. Podczas wycieczek, będziemy mogli ją zobaczyć tylko z drogi głównej FV-2 prowadzącej do Morro Jable. W Cardón mamy ją na wyciągnięcie ręki. Jest po prostu piękna i sprawia wrażenie niedostępnej i tajemniczej. Odtąd szosa pnie się cały czas do góry. Po lewej stronie widzimy skrzyżowanie szlaków, w tym strzałki kultowego GR-131. Podjechałem jeszcze wyżej, gdzie wiatr dopomógł pokonać mi tutejsze wzniesienia. Na skrzyżowaniu dróg, na końcu wzniesienia mamy ścieżkę prowadzącą do obserwatorium astronomicznego nazywanego tutaj Mirrador Astronomico de Sicasumbre. Warto przejść 150m ścieżki pod górę, po to żeby zobaczyć piękne górskie widoki i przede wszystkim fenomenalną panoramę na półwysep Jandia z jej piaszczystym przewężeniem o szerokości 6km. Widok jest nieziemsko piękny! Na szczycie góry znajdowało się dawne, historyczne obserwatorium astronomiczne, a dzisiaj mamy tylko odrestaurowany fragment tych budowli i tablice informacyjne. Głównie ze względu na rozległy widok warto wejść na wierzchołek.


Tarasowa uprawa kartofli i ogórków w Cardón


Giewont, czyli Montana Cardón


Uprawy w Cardón


Wyjazd z Cardón i droga do obserwatorium astronomicznego Mirrador Astronomico de Sicasumbre. W tle widoczny piaszczysty półwysep Jandia

   
Obserwatorium astronomiczne Mirrador Astronomico de Sicasumbre

  
Obserwatorium astronomiczne Mirrador Astronomico de Sicasumbre

   
Niesamowite widoki z obserwatorium astronomicznego Mirrador Astronomico de Sicasumbre

Droga oznaczona jako FV-605 prowadząca do La Pared prowadzi cały czas z góry, więc można szybko pokonać dość dużą odległość. W trakcie zjazdu cieszmy się pięknym i przybliżającym się widokiem na półwysep Jandia. Podczas zjazdu, po prawej stronie zobaczymy ranczo Niemców Anke i Waltera, gdzie można zamówić jazdy konne. Ponoć trzymane są tu bardzo drogie konie, ale mają najwyższą jakość opieki i tak samo nie są zarzynane jazdami tylko dla pieniędzy. Niemcy raczej osiedli tu z pasji, a nie z chęci zysku, stąd klienci bardzo dobrze wspominają omawiane miejsce. Dojeżdżając do La Pared, można podjechać przez miejscowość aż do restauracji La Pared, skąd pójdziemy na punkt widokowy Punta Guadalupe. Mamy stąd widok na czarną plażę otoczoną skałami. Całe odejście od trasy głównej liczy 900m. Za La Pared wjeżdżamy w południową część Fuerteventury, czyli na półwysep Jandia. Tutejsza droga prowadzi przez piaszczyste wzgórza, na których rosną kuliste krzaczki. Na razie nie będziemy wjeżdżać na półwysep Jandia, ze względu na zbyt długą trasę. Skręcamy do La Lajita, gdzie znajduje się słynny na całą Fuerteventurę Oasis Park. Do La Lajita zjeżdżamy „z górki”, a później mamy 5km kawałek drogą, gdzie będzie nieznacznie do góry. Problemem tego odcinka są dość silne wiatry, z którymi musimy się zmierzyć. Niestety będziemy pochłaniać mnóstwo sił, żeby przebrnąć na drogę prowadzącą do Cardón. Cały czas jedziemy drogą FV-56. Za 2km od skrzyżowania dojeżdżamy do znanej nam już drogi do Cardón. Niestety kierunek jazdy nie sprzyja szybkiemu powrotowi do hotelu. Każdy kilometr trzeba wymęczyć, wycisnąć i wypocić. Czym dalej od Cardón, tym bardziej stromo pod górę. Jedyną zaletą jest skrzyżowanie na przełęczy w górach. Odtąd poczujemy ulgę i przyjemny wiatr we włosach. Jeszcze raz spójrzmy na wspaniałe widoki na półwysep Jandia z jego żółtymi piaskami i być może z chmurami, które zatrzymały się na tamtejszych szczytach gór.

Od punktu widokowego, który odwiedziliśmy, rozpocznie się najpiękniejsza droga na całej Fuerteventurze. Do przejechania mamy około 11km do miejscowości Pajara, która jest tutejszą gminą. Na czym polega wyjątkowość tej drogi? Dawne, wygasłe wulkany zarosły pomarańczową roślinnością. Całe góry wyglądają na równomiernie pofałdowane i pofalowane. Takie połączenie przypominało Czerwone Wierchy w Tatrach w październiku i Bieszczady w jednym miejscu. Klimat jest niesamowity! Miejscowi mówią, że jadąc tylko w jedną stronę z La Pared do Pajara w porze wschodzącego słońca można zobaczyć nieziemski widok. Wczesnoporanne promienie oświetlają te góry na czerwono, dzięki czemu wyglądają, jakby płonęły. Cały szczegół polega na tym, że góry ciągną się kilometrami. Mamy stąd bardzo rozległą panoramę. Zjeżdżając serpentynami, aż trudno się napatrzeć na tak piękne góry. Kto by pomyślał, że kiedyś lawa spływała tu strumieniami, a okolica płonęła od gorąca… Na całym odcinku rower ma wielką przewagę, bo w każdym miejscu można się zatrzymać i zrobić zdjęcie. Z samochodem będzie nieco gorzej, ponieważ nikt nie stanie na zakręcie, żeby nie tarasować przejazdu. Kolejnym problemem 11km odcinka jest chęć ujrzenia czerwonych gór o wschodzie słońca. Najpierw trzeba trafić na dzień, kiedy nie będzie chmur do godziny 10.00… Najlepiej mieć dwa tygodnie urlopu i po prostu polować. Podobnie, jak na Cofete, może zabraknąć wielu tygodni, by trafić na odpowiednie warunki. Tam czeka się na bezwietrzny dzień, którego nie ma, a tutaj czeka się na niebo bez chmur, które jest rzadkością… Pamiętajmy, że poranki na Fuerteventurze albo są bezchmurne, albo prawie całkowicie pochmurne, tyle, że tych drugich jest około 80-92% w miesiącu… (informacja z pogodowych danych statystycznych o Fuerteventurze). Kiedy dojedziemy do Pajara, zobaczymy, jak piękne góry zostawiliśmy za sobą. Podobne jeszcze będą przed nami, ale nieco dalej.

 
Przejazd drogą do Pajara

    
Niesamowite widoki podczas 11-kilometrowego przejazdu drogą do Pajara

Pajarę zapamiętałem bardzo miło, ponieważ całą trasę zaplanowałem na niedzielę. Nie spotkałem żadnych turystów, tylko kilkoro miejscowych. Dodatkowo panowała bezchmurna pogoda, dzięki czemu mogłem poprawić wszystkie zdjęcia na zewnątrz, które nie udały się podczas wycieczki objazdowej (zgadnij… TAK! Znowu okropne, siwe chmury zrobiły swoje…). Droga główna prowadzi obok najbardziej rozpoznawalnego kościoła na Fuerteventurze Nuestra Seniora de la Regla. O dziwo, nawet tutaj nie spotkałem żadnego turysty. Kościół sąsiaduje z wielkim urzędowym budynkiem tej gminy. Jego wnętrze jest bardzo bogato zdobione, a w szczególności ołtarz, ambona i sklepienie. Odwiedziłem ten obiekt podczas wycieczki objazdowej, stąd mogę powiedzieć, co znajduje się w środku. Teraz jedynie przyjrzałem się budynkowi z zewnątrz i pojechałem dalej - w stronę Betancurii. Pajara jest położona pomiędzy dwoma łańcuchami górskimi, dlatego nastawmy się, że teraz będziemy pokonywać najdłuższy i najwyższy podjazd na całej Fuerteventurze. Najdłuższy może będzie za kilkanaście kilometrów, ale rozłożony w czasie, a ten z pewnością będzie najwyższy. To najsłynniejszy podjazd do bramy prowadzącej do Betancurii. Z dolin musimy wjechać na wysokość 600 m n.p.m. Psychika trochę mi pomogła, ponieważ cały czas myślałem, że Vega de Rio Palmas znajduje się przed podjazdem i że za nim jest tylko Betancuria. Z tego powodu, nie patrząc w mapę, zabrałem się jak najszybciej za pokonanie gór, bo w umyśle miałem kolejny podjazd – ten największy – do Betancurii. Z Pajara od razu rozpoczynamy stromy podjazd, którego nie ma jak obejść. Otoczenie gór pomogło mi nieco ukryć się przed wiatrem, a kiedy skręcałem na każdej serpentynie w lewo, od czasu do czasu dostawałem lekki podmuch w plecy. Dzięki ukształtowaniu terenu, które ma wielki wpływ na operowanie wiatrów, całą górę pokonałem bardzo szybko, ponieważ zatrzymałem się tylko dwa razy, żeby zrobić zdjęcia ze stromizn. Kiedy w wyższych partiach widziałem białe, masywne krawężniki, które chronią przed osunięciem w przepaść, zdziwiłem się, że są takie same, jak w Betancurii. Na szczycie jednak dostrzegłem najważniejszy punkt: bramę Betancurii! Cieszyłem się, bo oznaczała ona, że właśnie kończę najbardziej stromy podjazd na Fuerteventurze. Co kilka minut mijał mnie tylko jeden samochód. Widok z góry bardzo cieszył. Zatrzymałem się przy bramie i obowiązkowo zrobiłem kilka zdjęć. Najbardziej zachwycały mnie odległe góry i niesamowite panoramy. W tle usłyszałem język polski.


Wjazd do miejscowości Pajara


Most w Pajara


Najbardziej okazały kościół na Fuerteventurze - Nuestra Seniora de la Regla w Pajara

  
Wnętrze kościóła Nuestra Seniora de la Regla


Budynek urzędowy w Pajara znajduje się po przeciwnej stronie kościoła Nuestra Seniora de la Regla


Pajara za moimi plecami - w drodze do Betancurii


Pomiędzy Betancurią a Pajara


Najbardziej wymagający podjazd na wyspie - droga z Pajara do Betancurii


Kamienne bloki na krawędzi ulicy mają zabezpieczać przed upadkiem w przepaść. Na zdjęciu ostatnie fragmenty podjazdu do bramy Betancurii


Fragment podjazdu oglądany z dużego dystansu


Już widać bramę!


Brama gminy Betancuria


Po drugiej stronie bramy mamy informację o przekroczeniu granicy gminy Pajara

  
Chwilowy postój na punkcie widokowym z bramą - wiewiórki same przychodzą do ludzi. Dwa gawrony również czekają na coś do jedzenia

Turyści, którzy przyjechali samochodem również podziwiali widoki. Za chwilę karmili wiewiórki, a jedna z nich ugryzła ciastko i zabrała je całe w zębach do swojej nory za kamiennym murem. Ciastko wydawało mi się jakieś znajome, stąd powiedziałem: ooo, hotelowe ciastka. Z jakiego jesteście hotelu? Wtedy zobaczyłem, że oni są z tego samego hotelu, co ja! Ale spotkanie! Bardzo się zdziwili, gdy zobaczyli, że przyjechałem w to samo miejsce rowerem. Opowiedziałem o moich dalszych planach i pozdrowiłem ich. Równocześnie, drugim samochodem jeździła grupa Francuzów – dwie kobiety i dwóch facetów. Jak później zobaczyłem, jeszcze trzykrotnie spotkałem ich w innych miejscowościach wartych odwiedzenia. Na punkcie widokowym spędziłem blisko pół godziny. Zdążyłem wyciągnąć tylko aparat, a już dwie wiewiórki stały na moich kolanach i prosiły o jedzenie. Są wyuczone. Wielkie, dwa gawrony, również opanowały tę sztukę. Chodziły po barierce za ludźmi. Wiewiórki zbiegły się większą grupą i co chwilę zamieniały miejsca. Zjazd z punktu widokowego w stronę Betancurii jest dość długi, ale trzeba szczególnie uważać. Wieje dość silny wiatr i może przewrócić na bok. Problemem mogą okazać się tutejsze pobocza. Drogi spełniają najwyższe standardy, ponieważ są równe, bez dziur i takie, jak trzeba. Drogę tworzy kilka grubych warstw asfaltu. Kiedy zejdziemy na pobocze w dowolnym miejscu w okolicach serpentyn, zobaczymy, że asfalt opada pionowo w dół do kamienistego rowu, który powstał przy budowie drogi. Upadek na rowerze w taki rów skończy się bardzo źle, dlatego zjeżdżałem cały czas, trzymając się środkowej, ciągłej linii.  W razie silnego podmuchu spadłbym jedynie na asfalt. Co najbardziej mnie zadziwiło? Prędkość, którą musiałem utrzymywać. Zjeżdżałem tylko 10km/h, ponieważ przy szybszej jeździe wiatr przewracał na bok. To znaczy, że pod górę mogłem szybciej wjeżdżać niż zjeżdżać z góry… Zjazd dostarcza wielu ciekawych widoków. Przede wszystkim możemy popatrzeć z góry na Vega de Rio Palmas i zobaczyć sztuczny zbiornik wodny, wokół, którego rosną palmy. Miejscowi mawiają, że zbiornik z wodą jest o wiele większą atrakcją niż miejscowy kościół, który z pewnością zachwyca pod względem architektury. Za Vega de Rio Palmas kończy się przyjemność podziwiania pięknych widoków, a zaczyna mozolny podjazd. Jak się okazało, ten również szybko minął. Stromizna prowadząca do Betancurii pozwala zobaczyć coś innego. Kiedy wyjedziemy poza Vega de Rio Palmas, gdzieś w oddali i wysoko ponad nami, widać białe domki. To Betancuria. Ciągle musimy pedałować pod dość stromą górę. Na szczęście widoki są piękne, więc całą swoją uwagę skupiałem na nich.


Zjazd z punktu z bramą do Vega de Rio Palmas


Vega de Rio Palmas


Ryneczek i kościół w Vega de Rio Palmas


W drodze do Betancurii

Niesamowicie wygląda wioska, którą właśnie pozostawiłem za sobą. Wszędzie widać wysuszone góry, a za mną ciągnęły się rzędy zielonych palm. Do Betancurii zawitałem około godziny 15.30. Na rynku głównym spotkałem po raz trzeci Francuzów. Byli jeszcze w Vega de Rio Palmas. Uśmiechnęli się do mnie i poszliśmy zwiedzać najbliższe okolice. Niebo nadal zachwycało spokojem, stąd mogłem poprawić zdjęcia z brakiem odpowiedniego światła i siwymi chmurami, które zepsuły cały widok podczas wycieczki objazdowej. Teraz panował zupełny spokój. Betancuria podobała mi się ze względu na swoje położenie względem gór. Naprawdę trudno byłoby się dowiedzieć o istnieniu tego pięknego miasteczka, gdyby nie dzisiejsza technika i asfaltowe drogi. Ze wszystkich stron jest otoczona górami i trudno o lepsze położenie w czasach, gdzie piraci szukali miejscowości, które można by było szybko obrabować i odpłynąć. Z Betancurii nie da się inaczej wyjechać, jak pokonać kolejny stromy podjazd. Do Corralejo pozostaje 49km, więc jeśli masz siłę w nogach i zacięcie, to polecam nadal wracać rowerem. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ o 16.30 jedzie jedyny, popołudniowy autobus, gdzie można wrzucić rower do luku bagażowego i przyjechać do stolicy Fuerteventury – Puerto del Rosario. Mając jeszcze 5 godzin do zachodu słońca, postanowiłem, że to, co zacząłem, to i dokończę. 49km to w końcu niedużo, jak na rower. Spodziewałem się jednej nieprzyjemnej rzeczy, ale nie wiedziałem, że aż tak ją odczuję. To oczywiście wiatr, z którym będzie trzeba powalczyć. Nie wiedziałem tylko, że pełne 49km to będzie walka z ciągłym, silnym wiatrem, lub z bardzo mocnymi porywami – szczególnie w górach i na przełęczach. 49km jazdy zamienia się w mordownię. Nie bez powodu na tym odcinku wymyśliłem swoją nazwę wiatru wiejącego na Fuerteventurze. To wiatr upierdliwy-ciągły-porywisty. Inaczej nie dało się go nazwać, skoro ani na chwilę nie dawał wytchnienia, a tym bardziej po przejechaniu 177km, nogi są bardzo zmęczone i pojawiają się pierwsze skurcze.

  
W Betancurii

Jedyny posiłek zjadłem o 6.00 rano w hotelu. Teraz w planach miałem podjazd do jakiegoś sklepu lub restauracji, żeby coś w końcu zjeść. Wiedziałem, że na tak długiej trasie trzeba jeść regularnie i małymi porcjami, często, żeby siły rozkładały się równomiernie, ale z drugiej strony nie brałem udziału w wyścigu. Jeszcze nie opadałem z sił. Rozpocząłem podjazd od Betancurii do statuy dwóch mężczyzn na przełęczy. Powiedziałem sobie, że jak tam dojadę, to już będzie luz, ponieważ zjadę w doliny i będzie spokój. Szkoda, że mapy nie są bardziej precyzyjne, a w szczególności te googlowskie, gdzie nie widać stopnia nachylenia, gdy pochyłość rozciąga się stopniowo na przestrzeni 30km. Wszystko sprawia wrażenie, jakby było płaskie. Długi podjazd do statuy pozwolił zobaczyć mi drugi najpiękniejszy widok na Fuerteventurze. Najpierw podziwiałem wysokie góry otaczające Betancurię, a z punktu widokowego ze statuą mogłem ponownie ujrzeć rozległą panoramę z pofałdowanymi, pomarańczowymi górami oraz rozległy teren, aż do La Olivy! Ten widok również utkwił mi mocno w pamięci. Ciekawe jest również ostatnie 500m drogi dojazdowej do punktu widokowego. Droga po prawej stronie jest zabezpieczona metalowymi barierami, żeby nie spaść w przepaść. Wzdłuż barier wyrosły masywne, niskie drzewa o gładkich gałęziach. Całe drzewa pokryte są zielonymi porostami, tak gęstymi, że w ciągu kilku lat je zaduszą. Połowa każdego z drzew jest już martwa, ponieważ została już zaduszona. Widok omawianych drzew na tle gór Betancurii jest czymś niezwykłym, wyjątkowym. Trudno będzie zwrócić na nie uwagę jadąc samochodem, ponieważ droga jest kręta i przepaścista. Z punktu widokowego możemy popatrzeć na ich cały rząd, ciągnący się wzdłuż barier nad przepaścią. Tworzą zielony ciąg, co kilka metrów przerywany usypiskiem drobnych skał i kamieni. Niecodziennie możemy zobaczyć tak dziwne formacje w spalonym słońcem terenie. Szkoda, że nie pisze się nic o tych drzewach w przewodnikach, bo uważam, że należą do rzadkości, które trzeba zobaczyć na Fuerteventurze, podobnie, jak 11km odcinek drogi z punktu widokowego Sicasumbre, znajdującego się za Cardón do Pajara.


Podjazd do przełęczy z punktem widokowym ze statuami. Tutaj zawsze wieje silny wiatr. Drzewa są karłowate, pochylone na jedną stroną ku ziemi i mają grube gałęzie powyginane od silnych i ciągłych podmuchów


Drzewa nieusutannie walczą z silnym wiatrem w okolicach punktu widokowego ze statuami Ayosów.

 
Punkt widokowy ze statuami


Tam, na dole, jest Betancuria - jeszcze 46km do hotelu

       
Jedne z najpiękniejszych widoków na całej Fuerteventurze - widok z przełęczy ze statuami

Opuszczając punkt widokowy, zupełnie zmieniamy świat. Zostawiasz za sobą wysokie góry, a przed sobą widzisz wielkie równiny i pojedyncze góry-wulkany, które przecinają krajobraz. Jest pięknie pod względem widokowym. Od punktu widokowego ze statuą rozpoczęły się same problemy. Odtąd wiedziałem, że czas pozostały do zachodu słońca może nie wystarczyć. Zjazd rozpoczął się w bardzo silnym, porywistym wietrze. Jechałem środkiem ulicy, ponieważ już za kilka metrów silny podmuch zrzucił mnie z roweru na drogę. Teraz nie zjeżdżałem, ale walczyłem o utrzymanie równowagi. Ciężkie i silne podmuchy pozwalały jechać z góry tylko do 10km/h. Kiedy jechał samochód, zatrzymałem się przy poboczu, żeby nie stwarzać zagrożenia. Chwilowo ratowały mnie przydrożne drzewa, które częściowo tłumiły siłę wiatru. Widać, że tutejszy wiatr jest czymś normalnym, ponieważ drzewa były niskie, masywnej budowy i przede wszystkim zdeformowane. Ciągle walczyły z trudnościami. Druga rzecz, która mnie zaskoczyła, to długość zjazdu. Biorąc pod uwagę fakt, że tyle wjeżdżałem do Betancurii i później jeszcze do przełęczy ze statuami, a przed sobą widziałem znak informujący o długości zjazdu 900m, bardzo się zaskoczyłem tym, co zobaczyłem. To znaczyło, że dojazd do Corralejo może być zróżnicowany, a nie jak mapy wskazywały – jazda w równym terenie. Chciałbym, żeby było inaczej, ze względu na porywisty wiatr. Zanim przejechałem 900m serpentynami, wiatr zdążył zrzucić mnie aż siedem razy! Ucieszyłem się na widok wielkiej równiny z pierwszą jej miejscowością Valle de Santa Ines. Szybko jednak radość zamieniła się w mordęgę, bo ciągle od lewej strony dostawałem bardzo silne podmuchy wiatru. Próbowałem przemęczyć ten odcinek, żeby posuwać się do przodu. W połowie drogi do Valle de Santa Ines, po zjechaniu z góry, przejeżdżałem obok dziwnego monumentu, o którym niewiele jest w internecie. Wspomina o nim tylko mapa, ale żadnych informacji nie mogłem znaleźć. Zatrzymałem się tu, ponieważ okolice monumentu są jednocześnie wspaniałym punktem widokowym na rozległe góry Fuerteventury. Najpiękniejsze światło do zdjęć mamy tutaj w godzinach popołudniowych. Sam monument nosi nazwę Monumento "No Hay", co znaczy "nie ma". Jeśli przyjrzymy się postaciom na dwóch brązowych słupach, to z łatwością dostrzeżemy rzeźbę jednego, większego mężczyznę i drugiego, mniejszego człowieka wykonanego z ażurowej konstrukcji. Czy chodzi o kogoś, lub jakąś grupę, której już nie ma? Tego nie wiadomo, ponieważ brak jakichkolwiek informacji w internecie. Przede mną widniała kolejna miejscowość o nazwie Llanos de la Concepción. Znajduje się tutaj ciekawy wiatrak, który widać przy drodze. W ramach krótkiego odpoczynku, zrobiłem kilka zdjęć. Jest to wiatrak typu "don-kichotowskiego", czyli napędzany jest tylko siłą wiatru. Kanaryjskie wiatraki mogą być napędzane siłą mięśni osłów, gdyby ustał wiatr. Obok niego znajduje się mały, biały dom, który dodaje uroku temu miejscu. Przed większym pasmem górskim, już z kilku kilometrów widziałem skrzyżowanie pod kątem prostym. Teraz pomyślałem, że jeszcze raz będę musiał pokonywać góry, żeby przedostać się na drugą stronę. Na szczęście za Llanos de la Concepción trzeba było skręcić w lewo. Myślałem, że będzie lżej, ale sprawa znacznie bardziej się pogorszyła. Teraz jechałem wzniesieniem, ciągnącym się około 30km przez trzy płaskowyże i dodatkowo z porywistym silnym i ciągłym wiatrem w twarz. Mięśnie teraz najbardziej dostawały wycisku. Wiedziałem też, że do samego końca trasy nie uda mi się już rozpędzić bardziej niż 10km/h... Wiatr po prostu zatrzymywał w wielu miejscach.



Zjazd z przełęczy ze statuami - niskie, zdeformowane drzewa tylko przez krótką chwilę osłaniają przed bardzo silnym, bocznym wiatrem. Kiedy pojedziesz dalej, tuż za drzewem bardzo silny podmuch wiatru powali cię na ziemię. Z tego względu lepiej zjeżdżać jak najdalej od tych drzew, żeby w trakcie zjazdu nie wpadać w bardzo wąskie pasy ciszy wiatrowej, które wytwarzają drzewa, będące naturalną barierą dla wiatru.

 
Zjazd z przełęczy do miejscowości Valle de Santa Ines

 
Zjeżdżając do Valle de Santa Ines, na środku pustkowia natrafimy na monument nazwany "No Hay", co z hiszpańskiego oznacza "nie ma". Trudno dowiedzieć się coś więcej, ponieważ cały internet milczy na ten temat. W polskim internecie brakuje nawet jakiejkolwiek wzmianki o monumencie. Mawiają, że czego nie ma w Google, to nie istnieje. Chyba znalazłem coś, co jest dodatkowo publicznym miejscem, a Google o tym nie wie... Widoki z tego miejsca są przepiękne, jednak trzeba pamiętać, że w twarz wieje bardzo silny wiatr.


Brama z nazwą "gminy" Puerto del Rosario, którą mijamy w drodze do Llanos de la Concepción


Wiatrak w Llanos de la Concepción


 
Wiatrak w drodze z Llanos de la Concepción do Tefii (tuż przed wjazdem do miejscowości Tefia - skrzyżowanie dróg FV-207 i FV-221)


Widoki z terenu wiatraka przy skrzyżowaniu dróg FV-207 i FV-221

Teraz kierowałem się na Tefię. To mała miejscowość u stóp długiego, ale niewysokiego pasma górskiego. Jeszcze przed Tefią, na pustkowiu, zaczęły mnie gonić trzy agresywne psy. Nie mogłem przyspieszyć ze względu na wiatr, dlatego zszedłem z roweru i obstawiłem się nim. Przejeżdżający kierowca zauważył całą akcję, więc jechał cały czas za mną tak, jak szedłem i osłaniał mnie samochodem z tyłu. Kiedy oddaliłem się na około 100m od nich, podziękowałem mu i pojechał dalej. Teraz „męczyłem” każdy kilometr, żeby być tylko bliżej celu. Najbardziej denerwował wiatr, który ciągle utrudniał. Kiedy spojrzałem za siebie, ciągle widziałem przełęcz ze statuą oraz obserwatorium na górze. Przejazd z Tefii do Tindaya zapamiętałem, jako najgorszy fragment całej trasy. Jeśli byłeś w Tatrach Słowackich i wchodziłeś na jakiś dwutysięcznik, to wiesz, że ich doliny mają układ tarasowy. Tutaj jest dokładnie tak samo, tyle, że cały czas jedziesz pod silny wiatr, ciągle pod górę, bez ani chwili wytchnienia i każda miejscowość znajduje się na coraz wyżej położonym płaskowyżu. Tindaya jest położona na drugim płaskowyżu. Na początku każdego zawsze do pokonania jest bardziej stromy podjazd. W przypadku płaskowyżu z miejscowością Tindaya, czeka bardzo uciążliwy podjazd, gdzie na środku wysokiej góry mamy skrzyżowanie. Silny wiatr urasta do rangi niemożliwego do pokonania. Można jechać tylko z… ujemną prędkością (czytaj: do tyłu), albo prowadzić rower i starać się utrzymać równowagę. Bardzo silne podmuchy występują aż do samego skrzyżowania. Kiedy zmienisz kierunek w lewo i chcesz pojechać w kierunku Tindaya, zobaczysz, że jeszcze przez chwilę będą tobą rzucać podmuchy we wszystkich kierunkach. Kilkadziesiąt metrów dalej da się zjechać około 200 metrów przy bardzo słabym wietrze, ponieważ jesteśmy osłonięci zboczem góry, po czym wystawiamy się na kolejną, długą prostą, jadąc idealnie pod momentami huraganowy wiatr. Dopiero za miejscowością Tindaya bardzo dobrze widać, jak przez te kilkanaście kilometrów od przełęczy ze statuą stopniowo zdobywaliśmy wysokość. Pasmo górskie, które ciągnie się wzdłuż Tefii, jest o połowę niższe, ponieważ patrzymy na nie z połowy wysokości. Góra Tindaya, która wydawała się taka wysoka, teraz jest taka niska, ponieważ patrzymy na jej kopułę szczytową.

Na trasie mogłem sobie uświadomić, że Fuerteventura od wysokości Antigua lub Valle de Santa Ines stopniowo wypiętrza się aż do samych północnych krańców wyspy. Przejazd z Tindaya do La Olivy, to kolejne zdobywanie wysokości rozciągnięte w czasie. La Oliva to większa miejscowość, która leży na jeszcze wyżej położonym płaskowyżu. Można zobaczyć na jej obrzeżach ciekawą twierdzę z 365 oknami. Nazywana jest Domem Pułkowników, czyli La Casa de los Coroneles. Z La Olicy czeka długi podjazd na ostatni płaskowyż, na którym leży Lajares. To mało znacząca wioska na dość rozległym terenie. Brakuje zwartej zabudowy. Wszystkie domki sprawiają wrażenie losowo rozrzuconych na dużej przestrzeni. Nawet centrum nie wygląda okazale. Nie wyróżnia się od innej części Lajares poza tym, że przebiega tędy główna droga i widzimy kilka sklepów. Ciekawy jest za to dojazd do Lajares. Walcząc z silnym wiatrem, dojeżdżamy do momentu, kiedy droga rozwidla się na 6km przed wioską. Dwie podobnie wyglądające szosy przebiegają prawie równolegle, nachylone pod niewielkim kątem. Wybierając jedną z nich, ciągle możemy patrzeć na drugą. Ukształtowanie terenu pozwala nawet z samego początku szosy patrzeć na Lajares i widzieć kierunek, w której części znajdziemy się po przejechaniu 6km prostej drogi. Widok jest co najmniej ciekawy i jadąc, masz wrażenie, że wioskę mamy na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie myślimy, że nie przybliżamy się do niej. Ten odcinek zapamiętałem jako pozytywny, warty zobaczenia. Widoczny efekt jest z pewnością ciekawy. Ostatni, 13-sto kilometrowy odcinek, to pieszy szlak z Lajares do Corralejo. Pierwsze 2km trzeba pokonać pieszo, ponieważ ścieżka z ułożonych kamieni prowadząca na wulkan Hondo nie nadaje się do jazdy rowerem, no chyba, że mamy terenową wersję. Ja jechałem trekkingowym rowerem, stąd omawiane nierówności pozostało pokonać mi pieszo. Po ominięciu wulkanu Hondo u jego stóp, widać szeroką drogę, którą szczegółowo opisałem, omawiając wulkan Hondo.


Chodnik pod wulkanem Hondo, który nie nadaje się do jazdy rowerem

Resztę trasy mogłem przejechać dość szybko, ponieważ praktycznie cała droga za wulkanem prowadziła w dół i przy małym wietrze. Dopiero tutaj mogłem odczuć ulgę i cieszyć się na widok miasta Corralejo, pół godziny po zachodzie słońca. Podobnie, jak podczas innych dni, po godzinie 19.00 niebo zaczęły przykrywać siwe chmury. Osoby, które liczyły na efektowny zachód słońca obserwowany z wulkanu Hondo musiały obejść się smakiem… Wiedząc o tutejszych chmurach, nigdy nie planowałem „grubszej” akcji typu wschód lub zachód słońca. One w większości przypadków są za chmurami, dlatego koncentrowałem się na dziennym podróżowaniu, gdzie można zrobić ciekawe, krajobrazowe zdjęcia przy dobrym świetle. Cała trasa liczyła 226km i udała mi się tylko dzięki silnemu wiatrowi o poranku, który pchał mnie do przodu. Pierwsze 90km mogłem przejechać bardzo szybko i dzięki temu zyskałem więcej czasu na ewentualne trudności. Cały wyjazd wspominam bardzo pozytywnie, bo zobaczyłem najpiękniejszy fragment drogi prowadzący przez dawne, wygasłe wulkany, które dzisiaj wyglądają, jak jesienne Tatry Zachodnie i Bieszczady. Możliwość zrobienia zdjęć z różnych punktów bardzo mnie ucieszyła. Niemile wspominam tylko podjazd do Tindaya, bo tak naprawdę nic ciekawego tam nie zobaczyłem, a najbardziej się umęczyłem. Corralejo ma bardzo dobrze przygotowane trasy rowerowe przez miasto, dlatego powrót do hotelu jest bardzo wygodny i z dala od wieczornego ruchu samochodów.

CIEKAWOSTKI FUERTEVENTURY:
  1. Na każdym rondzie musi znaleźć się jakaś rzeźba. Jeśli jej nie ma, to na pewno kwitną na nim kwiaty. Kwiaty są zapowiedzią, że w przyszłości będzie stała rzeźba.
  2. Idąc na szlaki Fuerteventury musisz odzwyczaić się od polskiego modelu znakowania tras. Tutaj znacznie rzadziej zobaczymy dwa paski w kolorze białym i czerwonym, lub białym i zielonym. W ważniejszych punktach są strzałki z odległością do kolejnego miejsca. Na skrzyżowaniach nie ma znaków, którędy iść. Musisz próbować wszystkich dróg. Tam, gdzie zobaczysz znak „X” namalowany białą i czerwoną lub białą i zieloną kreską, to jest znak, że tam nie masz iść. Ich system oznaczeń sugeruje, gdzie nie masz iść, a polski – gdzie masz iść.
  3. Będąc w sklepie, nie zobaczysz ochroniarza, który pracuje 240 godzin w miesiącu, często śpiącego po 24-godzinnej zmianie, pracującego za stawkę 1680zł na miesiąc. Ochrona sklepowa ma kajdanki i pałę, jak policja. Tam zawód ochroniarza wykonuje kwalifikowany personel z uprawnieniami.
  4. Zwiedzając Fuerteventurę podziel wyspę na dwie części: południe (półwysep Jandia) i reszta wyspy. Południe ma zupełnie inny klimat i jest bardziej tajemnicze, oraz bardzo dużo będziemy jeździć krętymi i szutrowymi drogami. Resztę wyspy da się objechać drogami asfaltowymi w bardzo dobrym stanie. Stąd popularne są wycieczki typu: objazdówka po Fuerteventurze.
  5. Chcąc wypożyczyć samochód najlepiej skorzystaj z wypożyczalni CiCar. Oferuje najtańsze stawki, ma pełne ubezpieczenie (zabronione jest tylko jeżdżenie po drogach szutrowych). Wypożyczenie samochodu na 3 dni, to koszt zaledwie 61 EUR. Ciekawy jest też system odbierania i odstawiania samochodu. Pani z biura wskazuje parking na którym się on znajduje i mówi, gdzie możemy go odstawić (darmowe parkingi). Przy oddawaniu samochodu musimy zrobić zdjęcie licznika oraz miejsca, gdzie odstawiliśmy samochód. Samochody są nowoczesne – z czujnikami parkowania i komputerem pokładowym oraz klimatyzacją.
  6. Radia analogowe odbierają tylko do pierwszych gór znajdujących się tuż za Caleta de Fuste i Valles de Ortega. Później sygnał stopniowo zanika i szybko się całkowicie traci.
  7. W przewodnikach można wyczytać, że najlepiej na Cofete wybrać się w bezwietrzną pogodę. Na taki dzień możesz czekać cały rok i się go nie doczekasz…
  8. Władze Fuerteventury nakazały przewodnikom i agencjom turystycznym prostować błędne stwierdzenie, że żółte piaski, które tworzą kilometry plaż na Fuerteventurze przyniosły wiatry z Sahary. Owszem, na Wyspach Kanaryjskich występuje zjawisko Kalima, czyli wschodni wiatr znad Sahary, który powoduje coś na wzór burzy piaskowej, ale przynosi ona jedynie piaskową mgłę i zapylenie. Jeśli te piaski miałyby tworzyć tak piękne plaże, to dlaczego tworzą je punktowo na wybrzeżu, gdzie operuje woda, a w środku lądu już nie? Taki piasek powinien bardziej zachować się na lądzie, na pustkowiach, a jednak tak się nie dzieje…
  9. Woda na Fuerteventurze jest po prostu ziiiiimna. Jeśli byłeś w Grecji, to odczujesz dużą różnicę temperatur wody. Tutaj naprawdę trzeba przyzwyczajać organizm do zimnej wody, żeby do niej wejść. Najwyższa temperatura wody to 22’C, najniższa 17’C. Odczuwalnie jest znacznie gorzej. Po prostu mróz.
  10. Ciekawa historia jest również z założeniem swojej własnej miejscowości. Możesz założyć swoją miejscowość pod warunkiem, że będzie w niej kościół, boisko dla dzieci i przedszkole. Może tam być tylko twój dom i ty sam możesz mieszkać w tej miejscowości, ale będziesz miał prawo założyć nową miejscowość, która będzie naniesiona na mapie i będzie miała swoje tablice przy wjeździe. Co ciekawe, na Fuerteventurze istnieje taka miejscowość, ale nazwy nie pamiętam. Przejazd samochodem przez nią trwał… 6 sekund…
  11. Aloe Vera – to substancja pozyskiwana z liliowców aloe vera barbadensis miller. Jej właściwości lecznicze są wykorzystywane w medycynie i kosmetologii. Będąc na wyspie, warto kupić kilka produktów z firmowego sklepu Aloe Vera, ponieważ Wyspy Kanaryjskie są najlepszym miejscem dla tej rośliny na całym świecie. W tych kosmetykach nie ma chemii, a wyrabia się je na miejscu. Wnikają w najgłębsze miejsca skóry, czego nawet bardzo drogie kremy ze znanych, o światowym zasięgu korporacji, nie potrafią.
  12. Dziurawego asfaltu nie łata się na Fuerteventurze. Całą drogę zalewa się nowym asfaltem i walcuje. Jak przyjrzysz się drogom w kilku miejscowościach, zobaczysz, że mają po kilkadziesiąt centymetrów grubości.
  13. Na wyspie możesz zobaczyć wielkie uprawy w czymś, co przypomina szklarnie. Jednak jest to jasnobrązowa siatka. Hodowcy pomidorów i ogórków używają siatek, żeby ograniczyć dostęp promieni słonecznych, zminimalizować zapylenie (cała Fuerteventura jest wyschnięta na wiór) oraz… żeby zatrzymać trzmiele kupione na Gran Canarii jak najdłużej. Ich celem jest zapylanie założonych upraw.
  14. Wybory do rządu w Hiszpanii przeprowadzane są w bardzo mądry sposób. Mieszkańców nie zalewa się tonami papierowych ulotek i nie obwiesza się całych miast milionami plakatów. To wszystko kosztuje. Z tego powodu na wyspach zobaczymy tylko kilka prostych, drewnianych tablic, gdzie partie mogą wywiesić swój plakat. Zazwyczaj znajdują się w szczerym polu przy drodze dojazdowej. W ten sposób oszczędza się miliony euro, a ludzie nie muszą stresować się na widok swojego znienawidzonego polityka.
  15. Na Fuerteventurze nie znajdziemy soli kuchennej w sklepach. Sól jest pozyskiwana z wód oceanu. Cały proces możemy poznać, wybierając się do muzeum soli Salinas del Carmen
  16. W 2004 roku NATO przeprowadzało szkolenia przy użyciu łodzi podwodnych w pobliżu Fuerteventury. Sonary z łodzi myliły naturalne sonary, które mają kaszaloty, przez co czuły się zdezorientowane. Ocean wyrzucił aż 5 kaszalotów na plaże Fuerteventury w różnych miejscach. Dzisiaj prawdziwe szkielety tych wielkich ryb stoją wystawione na pokaz w znanym miejscu. Możemy je zobaczyć między innymi w: Morro Jable, El Cotillo i Salinas del Carmen. Ciekawostką jest, że w niewyjaśnionych okolicznościach zginęły kolejne trzy kaszaloty w 2019 roku w pobliżu wybrzeży Fuerteventury. Przyczyna ich śmierci nie jest znana, lub celowo ukrywana. Jednego kaszalota ocean wyrzucił na plaży Tierra Dorada.
  17. Gołębie cukrówki są wszędzie. Jeśli myślisz, że uda ci się zrobić piękne zdjęcie, jak z niedostępnych terenów w Afryce, to szybko zobaczysz, że prawie wszędzie trafi się jakiś gołąb. Nawet w zoo, gdzie można podziwiać mnóstwo dzikich zwierząt gołębie tworzą całe stada i gromady. Na terenie hoteli budują gniazda, dlatego w każdym hotelu usuwa się ich gniazda zanim ptaki złożą jaja.
  18. Przez całą Fuerteventurę przebiega bardzo piękny szlak pieszy i rowerowy, który jest oznaczony jako GR-131. Cała trasa ma długość 155km i zaczyna się w Corralejo, a kończy przy latarni znajdującej się na samym końcu Fuerteventury, ponad 20km za Morro Jable. Cała trasa spina najpiękniejsze punkty, o których mówiłem w całym artykule. Idąc pieszo, lub jadąc rowerem, mamy większe możliwości, ponieważ możemy odbijać do interesujących punktów przy szlaku, które są dobrze oznaczone. Warto odwiedzić każdy z nich. Moja trasa rowerowa,  licząca 226km, miała na celu poznanie zdecydowanej większości tego szlaku. Resztę poznałem podczas wycieczki na plażę Cofete. Przy latarni dowiadujemy się, że do Corralejo mamy 155km, a w Corralejo dowiadujemy się, że do latarni mamy 154km...
  19. W Morro Jable na terenie portu, przystani, możemy podziwiać niesamowite płaszczki, które mają aż 2-3m długości. Pływają tam gromadnie, ponieważ czekają na wyrzucane ryby z małych łodzi, które rybacy wyrzucają w trakcie czyszczenia sieci. Po drugiej strony ulicy znajduje się wylęgarnia żółwi caretta-caretta, szczególnie znanych z wyspy Zakyntos w Grecji.
  20. W Corralejo, na przyportowej plaży zazwyczaj dwóch mężczyzn buduje z piasku bardzo ciekawe i złożone konstrukcje z piasku. Możemy zobaczyć tam zamki z płonącymi wieżami, smoki, czy też syreny. Mężczyźni ci liczą na jakiś "grosz", kiedy będziemy chcieli zrobić sobie zdjęcie. Warto przyjrzeć się ich technikom budowania poprzez nakrapianie, dzięki czemu są w stanie nawet zrobić piaskowe drzewa i choinki.
Jeden z pięciu szkieletów kaszalotów, które ocean wyrzucił na brzeg Fuerteventury w 2004 roku (szkielet ze zdjęcia znajduje się na terenie muzeum soli Salinas del Carmen)

W muzeum soli Salinas del Carmen

Wielkie uprawy pod siatką. Siatka ma chronić przed pyłem oraz zatrzymać na jak najdłuższy czas trzmiele przywożone z Gran Canarii

  
Płaszczki w Morro Jable


Na rynku w Corralejo rozpoczyna się kultowy szlak GR-131


W Corralejo, przy porcie głównym, na małej plaży zazwyczaj dwie osoby budują przez kilka dni swoje dzieła z piasku. Zazwyczaj są to syreny, zamki z płonącymi wieżami, czy też smoki z płonącymi nozdrzami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz