sobota, 17 lutego 2024

Gruzja - Swanetia, cz. 3: bezimienna góra 3106 m n.p.m., Zagaro Pass 2623 m n.p.m.

 

DZIEŃ 6 – BEZIMIENNA GÓRA 3106 m n.p.m.

Wszystkie oficjalne szlaki w okolicach Ushguli już przeszliśmy, a nawet mieliśmy jedną pozaszlakową górę na koncie tylko dlatego, że pomyliłem trasę w drodze na przełęcz Lagem. Dzięki temu mogłem wejść na bezimienną górę o wysokości 3242 m n.p.m. Dzisiaj przyszedł czas na drugi bezimienny szczyt – tym razem o wysokości 3106 m n.p.m. Jako że nikt z nas nie miał ochoty opuszczać pięknej wioski, na każdy dzień wymyślałem kolejne szczyty, trasy i szlaki, które moglibyśmy przejść. Dzisiejsza góra miała być najbardziej wymagająca, ponieważ nie prowadził na nią żaden szlak. Miałem jedynie informacje z mapy, gdzie zaznaczono możliwy przebieg ścieżki, która przy obecnej porze roku i bujnie rozrastających się chaszczach, mogła już dawno zaniknąć. Nie mogłem jednak tego stwierdzić jednoznacznie, dopóki nie sprawdzimy, jak jest naprawdę. Aby rozpocząć wędrówkę na tę górę musieliśmy wykorzystać początkowy fragment oficjalnej trasy na lodowiec Shkhara. Około 600 m za drugim mostem odbiegała początkowo błotnista ścieżka, przecinająca pod ukosem trawiaste zbocza. Wystarczyło, że wyszliśmy za obszar wioski, a podszedł do nas pierwszy pies. Znaliśmy go, a on nas. Był to stary kaukaz, który wchodził z nami drugiego dnia oraz podczas wędrówki na lodowiec Shkhara. Pogłaskaliśmy go na przywitanie. Widać, że nie miał siły chodzić po górach, dlatego dość szybko zawrócił i odpoczywał. Najwidoczniej był głodny. Rzuciliśmy mu coś do jedzenia. Nieco dalej, na wysokości terenu przewidzianego na kemping oraz tam, gdzie stały dwie drewniane budki wyciągu narciarskiego, przeszliśmy obok pasącego się stada koni. Kiedy poszliśmy nieco dalej, ono zaczęło iść za nami. Podobnie, jak podczas wcześniejszych dni, konie były przyjaźnie nastawione, zbiegały się wokół nas, po czym zaczęły nas lizać. Zdążyliśmy zrobić kilka ciekawych ujęć, nawet z młodym źrebakiem.


Tego dnia słońce świeciło pełną parą. Ponownie podziwialiśmy z bliska białą ścianę Bezingi, która wręcz zachwycała. Cieszyliśmy się bardzo, że mamy bardzo dobrą pogodę. Czas szybko upływał. Mieliśmy już szósty dzień wędrówek. Każdy z nas czuł zmęczenie po poprzednich trasach, ale jednak nadal chcieliśmy poznawać coś nowego. Podobnie jak wczoraj, źle zadziałała u mnie psychika. Posiadałem duże siły, zmęczenie organizmu dawało o sobie znać, ale jeszcze sporo mogłem pociągnąć. Jednak świadomość, że w krótkim czasie przechodzę ten sam fragment powodowała, że brakowało mi „napędu”. Potrzebowałem czegoś, co doda mocy moim nogom, by mogły iść dalej. Wczoraj tym czynnikiem była wyłaniająca się Ushba ponad lesistymi zboczami, a dzisiaj najwidoczniej potrzebowałem czegoś nowego, czego jeszcze nie znałem. Wiedziałem, że kiedy rozpoczniemy wędrówkę w nieznane, wówczas znajdzie się czynnik, który napędzi mnie do dalszej wędrówki. Z drugiej strony wiele radości dawał mi odcinek, którym aktualnie wędrowaliśmy, pomimo że szliśmy nim drugi raz. Od samego początku mieliśmy pewnego rodzaju atrakcje na szlaku, ponieważ przywitał nas stary pies, za chwilę przyjazne stado koni, a za drugim mostem wchodziliśmy na rozległe, zielone polany pełne kwiatów. Sam początek trasy daje nam możliwość podziwiania jednego z najpiękniejszych widoków, które zobaczymy podczas całego wyjazdu. Mówię o pięknej, długiej kaskadzie utworzonej na dwóch zboczach trawiastych gór, które tworzą niesamowite tło dla zielonej polany pełnej żółtych pierwiosnków. Dalej przecinaliśmy kolejne pofałdowania terenu, gdzie żywo-zieloną trawę pokrywały tysiące białych kwiatów. Właśnie z tej perspektywy najbardziej podobała mi się Ściana Bezingi, ponieważ pięknie komponowała się z zielenią i jasnoniebieskim niebem. Słońce wzeszło niedawno, dlatego aktualnie mieliśmy najpiękniejsze warunki do zdjęć.

www.VD.pl