ROZPOZNANIE POGODY. SZYBKI WYMARSZ
Po
kolejnym dniu z niepewną pogodą wstaliśmy pełni optymizmu. O godzinie 5.50 rano
standardowo poszedłem w stałe miejsca kwatery, aby mieć szerszy pogląd na
sytuację. W rejonie punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie zalegały żadne chmury,
a w dolinie rzeki Enguri, w kierunku Mestii, dostrzegłem tylko jeden strzępek
będący pozostałością po odparowywaniu wczorajszego opadu. Najbardziej jednak
zawsze ciekawiła mnie sceneria podziwiana z łazienki, bo małe okienko było
zawsze otwarte, dzięki czemu miałem najlepsze spojrzenie na Ścianę Bezingi. Panorama
pięknych, majestatycznych, ośnieżonych gór na tle czystego, niebieskiego nieba jak
zawsze zachwycała. Wiedzieliśmy, że pozostał nam ostatni pełny dzień do
wykorzystania, bo na jutro zaplanowany powrót do Kutaisi. Z tego powodu nie opóźnialiśmy
wstawania i wymarszu na nową trasę, ponieważ byliśmy spragnieni gór oraz
dalszych wędrówek. Trzeba przyznać, że wczorajsza pogoda zmusiła nas do chodzenia
w okolicach wioski. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Obudziliśmy się pełni energii.
Szybko zebraliśmy prowiant oraz inne rzeczy, aby jak najwcześniej zacząć. Na
dzisiaj wybraliśmy ambitną drogę, bo chcieliśmy przejść nową granią, gdzie nie opracowano
żadnego szlaku. Nawet nie wiedziałem jaki jest jej pełny przebieg. W czasie
powrotu z grzebienia Podarok propozycję możliwego podejścia w kierunku Shkhary wymyśliła
Ola. Wówczas wypatrzyła długi grzbiet ciągnący się aż do samej góry – do jej
ośnieżonych, ostrych, skalistych zboczy. Jest to najdłuższa dostępna opcja, bo
najpierw trzeba przejść praktycznie całą drogę do lodowca do poziomu parkingu (odcinek
8 km), po czym dalej musimy odbić w krzaki, aby później wybić ku górze, idąc w
linii prostej bardzo stromym stokiem, ciągnącym się przez prawie kilometr
wysokości. Wiedzieliśmy, że spośród wszystkich naszych wypraw dzisiaj będziemy
mieli największy wysiłek fizyczny. Trasa szykowała jeszcze jedną niespodziankę,
podobną do tej znanej z grani Podarok. Przejście głównym grzbietem oferowało
niesamowity widok na linię wielu lodowców położonych na skalistych zboczach
Ściany Bezingi. Mieliśmy mieć stąd pierwszoplanową panoramę na co najmniej
siedem lodowców. Nie można podejść w ich rejon z racji przepaści. Dzięki nowej
drodze mogliśmy podziwiać ogromne, lodowe jęzory, potęgę gór oraz doświadczyć czegoś
innego.
Zaproponowana
wędrówka zapowiadała się mocno intrygująco, ponieważ po długim marszu szlakiem
na lodowiec Shkhara musieliśmy znaleźć odpowiednie wejście na wybrany przez nas
odcinek. Jako że z naszej ekipy nikt wcześniej tam nie był, nawet nie
wiedzieliśmy, czy dobrze pójdziemy, czy przypadkiem nie wkopiemy się w jakieś trudności
terenu, których nie dostrzegłem na zdjęciach. Przebieg hipotetycznej ścieżki
ułożyłem sobie w głowie na podstawie wcześniejszych wyjść w góry podczas całego
wyjazdu. Przeanalizowałem fotografie z dni, kiedy podchodziliśmy pod popularny
lodowiec Shkhara, wędrowaliśmy na Chubedishi, a także skorzystałem z ujęć z
grani Podarok, bo stamtąd miałem zupełnie nowe spojrzenie na ostatni fragment
trasy. Dla mnie liczył się każdy szczegół, żebyśmy za pierwszym razem wybrali
właściwy kierunek.
KIEDY NA
DRODZE W NIEZNANE JEST ZA DUŻO PSÓW
Wyruszyliśmy
najwcześniej ze wszystkich dni, po przed godziną 7.00 rano. Słońce pomału
rozświetlało dolinę, a woda z wczorajszego opadu zaczęła stopniowo odparowywać.
Nad bezimienną górą 3242 m n.p.m. powstał mały strzępek chmur. Ich większa
grupa pojawiła się tuż przed Ścianą Bezingi, nie przysłaniając widoku na białe
szczyty. Dzięki niemu mieliśmy wrażenie, jakby była przesunięta w przestrzeni.
Z łatwością mogliśmy dostrzec pewnego rodzaju warstwy nad nami oraz jak wysokie
są góry. Wiedziałem, że podobne fragmenty będą przeobrażać się w cumulus
humilis (chmury ciepłego, letniego dnia) lub cumulus fractus (kłębiaste chmury
słonecznego, chłodniejszego dnia tuż po przejściu deszczowego frontu
atmosferycznego), jeśli dojdzie do nich wiatr. Oba ich rodzaje zapowiadały
ogólnie dobry początek naszej wędrówki. Jednak w górach zawsze trzeba je
obserwować, czy nie zamieniają się w inne postacie, aby odpowiednio wcześniej móc
rozpoznać nadchodzącą burzę lub inne zagrożenia związane z pogodą. Aktualnie
panował zupełny spokój. Z tyłu głowy mieliśmy jeszcze jedną rzecz, która
częściowo nas martwiła. Musieliśmy wziąć ją pod uwagę. Nie chcieliśmy zabierać
ze sobą dużej gromady psów, ponieważ wytyczyliśmy najdłuższą, całkowicie nam
nieznaną trasę, a w planach było gotowanie obiadu w wersji polowej gdzieś na
płaskowyżu. Przy pięciu psach maszerujących z nami na górę 3242 m n.p.m.
zjedzenie czegokolwiek okazało się niemożliwe. Tym bardziej, kiedy one są duże i
głodne. O ile nam – ludziom – nic nie zrobią, to zażarcie walczą pomiędzy sobą
o każdy kawałek pożywienia. Postanowiliśmy, że jeśli ma być jakiś pies, to
tylko Bioło Kepa, bo jest spokojny i go lubiliśmy. Zauważyliśmy również, że bał
się wielu innych, ponieważ wielokrotnie go pogryzły. Z poprzedniej wyprawy zapamiętam
mocno poranionego od walk wielkiego, rudego kaukaza w starszym dla niego wieku.
Podczas bieżących wędrówek nigdy go nie spotkaliśmy. Najwidoczniej nie przeżył
w środowisku, gdzie silniejszy wygrywa i regularnie nadchodzą srogie zimy.
Bioło Kepa z racji młodych lat posiadał mnóstwo sił, ale w wielu sytuacjach musiał
uciekać.
Na ostatni
dzień przyjęliśmy zupełnie inną taktykę w porównaniu do wcześniejszych wędrówek.
Tym razem postanowiliśmy, że znajdziemy jakiś kij, który użyjemy do odganiania
psów. Wystarczyło pomachać nim z odległości kilkudziesięciu metrów, aby te
przestraszyły się lub nabrały niepewności. Plan wypalił od samego początku,
ponieważ jako że wyruszaliśmy pierwsi i dopiero przecieraliśmy główną trasę na
lodowiec, to „zbieraliśmy” wszystkie czworonogi w okolicy. Najbardziej
obawiałem się przejścia przez teren cementowni, bo pod tymczasowymi barakami
nocowały te największe. Nie chodziło o ich agresję, czy nasz lęk, a o sam fakt,
żeby nie poszły z nami, bo musielibyśmy ciągnąć za sobą wózek jedzenia. Po
prostu nie ma możliwości wykarmić dużych psów tym, co masz w plecaku, bo pojedynczy
kaukaz za jednym razem „pochłonie” więcej niż człowiek. A co dopiero, kiedy w
stadzie jest ich więcej… Woleliśmy tego nie sprawdzać. Cieszyliśmy się
niesamowitym spokojem. Wystarczyło, że wyszliśmy na wielki parking położony tuż
przed wzgórzem z kościołem, a od razu zaczęły biec do nas psy. Jednego
rozpoznaliśmy. Wielki kaukaz o imieniu Nie Świeć, szedł z nami na górę 3242 m
n.p.m. Zauważyliśmy, że Bioło Kepa być może pozostał we wiosce. Musiał spać w terenie.
Na
parkingu znalazłem giętki korzeń rozdzielający się na dwie części. Wystarczyło,
że go pokazałem, a one rezygnowały z dalszej wędrówki w naszym towarzystwie.
Kolejnym miejscem było oficjalne pole kempingowe, znajdujące się po prawej
stronie drogi, tuż za wioską Ushguli. Spod turystycznych przyczep przybiegły
dwa inne kundle. Jednego zapamiętaliśmy z krwawej walki z Biołą Kepą. Posiadał
czarną, lokowaną sierść. Dołączył do niego kolejny – brązowy – o podobnej
wielkości. Im również wystarczyło pokazać korzeń, aby wróciły na swoje miejsce.
Tymczasem przed nami w całości odsłoniła się Ściana Bezingi. Czyste niebo oraz
świeża biel śniegu i lodowców sprawiała, że widok przyciągał jak magnes.
Marzyliśmy, aby podobne warunki utrzymały się przez cały dzień, co w górach w
lecie jest bardzo mało prawdopodobne. Szliśmy szybkim krokiem, ponieważ
wiedzieliśmy, jak wiele pozostało nam trasy „dojściowej”. Aby rozpocząć
właściwą drogę, musieliśmy przejść 8-kilometrowy szlak na lodowiec, co dawało
jakieś 1h 30min lub nawet więcej. W oddali, za polem kempingowym dostrzegliśmy
słynny plac budowy. Na tym odcinku wspominaliśmy wszystkie wcześniejsze osiągnięte
szczyty, przechodzone trasy oraz „Gvibariana” oferującego szerokie panoramy na
wszystkie strony. Ucieszyliśmy się z powodu przekroczenia granicy słońca i
cienia, bo odtąd poczuliśmy nagły przypływ ciepła. Dzisiejszy poranek był
bardzo rześki, prawdziwie w górskim klimacie.
Trasę
dojściową podzieliłem na kilka fragmentów:
-
odcinek Ushguli – pole kempingowe,
-
odcinek pole kempingowe – plac budowy (cementownia)
-
odcinek plac budowy – drewniana konstrukcja przyszłego domu tam, gdzie mieliśmy
szałas
-
odcinek drewniana konstrukcja chaty – wielka, płaska polana o długości 1,5 km z
morzem kwiatów
-
odcinek wielka, kwiecista polana – Cicinkowe Wzgórze kończące tym samym wielką
polanę
-
Cicinkowe Wzgórze – Trzy góry tworzące wspólny szczyt
- Trzy
góry – parking w drodze na lodowiec
Musieliśmy
przejść wszystkie wyżej wymienione etapy, aby w ogóle móc rozpocząć wybraną
przez nas trasę. Mając świadomość, że po południu z racji konwekcji przybędzie
znacznie więcej chmur, utrzymywaliśmy szybkie tempo, ponieważ chcieliśmy mieć
jak najszersze spojrzenie na rozległą okolicę, przebywając na jak największej
wysokości. Spodziewałem się, że w późniejszych godzinach może być podobnie, jak
podczas wędrówki na Gvibari, gdzie jedną część gór pokryły gęste, szare chmury.
Z ostatniego dnia chcieliśmy „wycisnąć” jak najwięcej. Za polem kempingowym, zza
zielonych liści wyrastających z traw podbiegł do nas Bioło Kepa. Zdziwiliśmy
się, że spał „za krzaczkiem” na otwartej przestrzeni. Przygarnęliśmy go do
siebie oraz pogłaskaliśmy na przywitanie. Był wiernym towarzyszem większości naszych
wędrówek, dlatego teraz nie mogło go zabraknąć. Kiedy dotarliśmy do siatki
odgradzającej baraki na terenie cementowni, spod nich wybiegły cztery duże psy.
Dwa z nich rozpoznałem z poprzednich szlaków. Tych nie mogliśmy zabrać ze sobą,
bo najzwyczajniej były za wielkie. Nie wykarmilibyśmy ich w żaden sposób i na
dodatek musielibyśmy oglądać krwawe walki o każdy kęs pomiędzy nimi.
Postanowiłem, że tym samym sposobem odciągnę ich uwagę. Podniesiony kij
wystarczył, aby powróciły tam, skąd przyszły. Bioło Kepa wahał się, czy iść z
nami, ale podszedłem bliżej, po czym pogłaskałem go na znak, że zabieramy go ze
sobą. Za „cementownią” nastał spokój. Nieco dalej, po lewej stronie stały dwa
kampery. Z jednego właśnie wychodził jakiś gość, aby przygotować ciepłą kawę. Miał
najlepszą miejscówkę, bo w pełni mógł podziwiać wspaniałą Ścianę Bezingi.
Dodatkowo o poranku szybko świeciło słońce, pozwalając mu o wczesnej porze usiąść
przed samochodem. W pobliżu podziwiał rozległe, kwieciste polany. Pod kamperami
spały dwa inne kundle, ale tych nie musieliśmy odganiać, ponieważ na widok kija
nie starały się nawet podejść blisko nas. Raczej wolały pozostać w okolicach
obu kamperów.
CISZA
Od teraz
odetchnęliśmy z ulgą, bo dalej nie widzieliśmy żadnych stałych punktów, gdzie
mogłyby nocować psy. Cieszyliśmy się dziką przyrodą i kwiatami łapiącymi
pierwsze promienie słońca, których brakowało w ostatnich dniach. W rejonie
kamperów patrzyliśmy na liczne, wspaniałe wodospady – poznane na początkowej
trasie na górę 3242 m n.p.m. Uważam, że w tej części Kaukazu skaliste, pionowe,
brązowe ściany skalne, gdzie potoki spływają w postaci wodospadów, a wszędzie
dookoła mamy zielone, ukwiecone polany, należą do najpiękniejszych, jakie można
zobaczyć. Kiedy poranna rosa dodatkowo zacznie odparowywać, widowisko jest
naprawdę najwyższej klasy! Właśnie coś podobnego obecnie podziwialiśmy. Zatrzymaliśmy
się nawet na krótką chwilę, aby w spokoju móc zobaczyć ten niezwykły spektakl
natury. Nieco dalej przechodziliśmy obok miejsca, gdzie cztery dni temu
grzaliśmy kiełbaski i fotografowałem rudego cicika na skalniaku o nazwie
macierzanka wczesna. Jakże zupełnie inaczej dzisiaj wyglądał pofałdowany teren
na styku dwóch lokalnych pasm górskich! Wielki, kolorowy ogród pełen kwiatów w całości
oświetlało wczesne poranne słońce. O ile większość z nich nie zdążyło się
otworzyć z powodu chłodu, to różowe „cicinki”, niezapominajki i częściowo
jaskry ostre już teraz tworzyły wyraźne „dywany”, podobne do tych znanych z
kwitnięcia krokusów w Dolinie Chochołowskiej. Z łatwością odnaleźliśmy
półokrągłą skałę ze skalniakiem, a także miejsce za potokiem, gdzie
poszczególne gatunki roślin tworzyły osobne gromady. Wspominaliśmy, jak tu było
pięknie. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby posiedzieć w pełnym słońcu, w otoczeniu
widocznego, naturalnego ogrodu. Z drugiej strony nie mieliśmy zbyt wielu dni, aby
spędzać je w dolinach. Z tego samego powodu wybraliśmy nieznaną nam trasę, aby
poznać coś nowego i przeżyć coś zupełnie innego. Liczyło się pełne
wykorzystanie okresu, kiedy panują dobre warunki, a aktualnie właśnie takie
mieliśmy. Kiedy dotarliśmy na wysokość drewnianej konstrukcji chaty, od razu wspomnieliśmy
o zbudowanym przez nas szałasie. Przynajmniej mieliśmy awaryjne miejsce na wypadek
ulewy. Kto wie? Może się jeszcze przyda?
Po lewej stronie od naszego prowizorycznego schronienia
rozciągała się zielona grań z wygniecioną w trawie ścieżką w kierunku grani
Podarok. W kilka dni od jej wydeptania tymczasowy szlak stopniowo zanikał. Za
linią niskich krzaków i nieregularnej roślinności spojrzeliśmy na znaną, ale
jakże piękną panoramę. Przed nami widniała 1,5-kilometrowa polana pełna różnokolorowych
kwiatów. Słońce na tyle ją ogrzało, że większość z nich zdążyła się otworzyć,
dzięki czemu podziwialiśmy niesamowity spektakl natury. Długość wspomnianego
odcinka sprawiała mi radość, ponieważ mogłem na nie patrzeć bez zbędnych
postojów. Panowała zupełna cisza. Nawet nie wiał wiatr. Za nami szedł tylko
jeden pies – Bioło Kepa. Z każdym krokiem przybliżaliśmy się do Ściany Bezingi.
W porównaniu z panoramą z Ushguli, obecnie te same góry wydawały się większe i
potężniejsze. Największe jednak wrażenie będziemy mieli, kiedy w połowie ich
wysokości zawiśnie niewielki pas strzępiastych, białych chmur. Wówczas powstaje
odczucie, jakbyśmy patrzyli przez trójwymiarowe warstwy utworzone przez nie,
oferujące możliwość spojrzenia na to, co dzieje się w dole i na to, co widać w
okolicach szczytów. Patrząc z głową wysoko zadartą ku górze, nasz mózg czasem nie
wie, jak interpretować to przesunięcie w przestrzeni i jak ocenić odległość. Efekt
jest niesamowity! Wielka polana z kolei dała nam możliwość wyciszenia się oraz
podziwiania najpiękniejszych fragmentów Kaukazu. Na jej końcu dotarliśmy do wyróżniającego
się w okolicy Cicinkowego Wzgórza. Teraz w pełni oświetlało je słońce, a rdest
wężownik występował na nim wyjątkowo obficie. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy
wspomnianej „górze”, aby ponownie na nią popatrzeć. Rozległa łąka kończy się
przewężeniem z nieregularnie rosnącymi krzakami i brzozami. Przechodzimy tędy
przez naturalną bramę, gdzie po lewej stronie mamy kilkumetrową skałę z dużym
skalniakiem – macierzanką wczesną. Widok na nią jest bardzo ciekawy. Za bramą
pozostały nam do przekroczenia dwa potoki, szerzej opisane w rozdziale „1. Lodowiec
Shkhara”. Z łatwością odnaleźliśmy ścieżkę prowadzącą w głąb zarośli do miejsca,
gdzie mogliśmy przekroczyć pierwszą wodę, korzystając z kładki w postaci
pojedynczej deski. Drugi potok najzwyczajniej przeskoczyliśmy. Po przekroczeniu
obu przeszkód, po lewej stronie wyłoniły się jakże znane nam strome zbocza
górskie. Środkowym zjeżdżaliśmy na d***, wracając z grani Podarok. Skrajne stoki
miały wystające, kilkunastometrowe zarośnięte ściany skalne, dlatego nie
wybraliśmy ich podczas powrotu. Pomimo upływu trzech dni jeszcze dostrzegaliśmy
niewyraźną linię pozostałą po naszym zjeździe.
Do
początku nowej trasy do przejścia pozostał nam przedostatni odcinek szlaku
dojściowego. Szliśmy tyle, aż minęliśmy wszystkie trzy strome zbocza, bo te „jedynie”
umożliwiały wejście na grań Podarok. My musieliśmy pójść o rząd gór dalej. Po
prawej stronie z przodu widzieliśmy drewniane chaty, będące popularnym miejscem
postojowym dla turystów w drodze powrotnej z lodowca Shkhara. Można do nich
dotrzeć, idąc drewnianym mostkiem nad rzeką Enguri. Patrząc na nie z dość
bliskiej odległości wiedziałem, że zaraz będziemy musieli zboczyć z głównej drogi
w lewo, gdzieś w zarośla. Tuż przed niewielką przeprawą na bieżąco analizowałem
stromizny, aby wiedzieć którą z nich wybrać, ponieważ w pełnym świetle
słonecznym mogłem dostrzec znacznie więcej. Zaletą każdej z nich był fakt, że
nie posiadały małych, zarośniętych ścian skalnych. Wszystkie w całości
pokrywała gęsta, wysoka trawa i morze „cicinek”, czyli rdestów wężowników. Początkowo
chcieliśmy wybrać środkowe podejście, bo na całej długości miało jednakowy kąt
nachylenia. Prawe znajdowało się trochę dalej, a lewe wydawało nam się
najlepszą opcją. Dlaczego? Ponieważ za krótką równiną z zagajnikiem zbocze
wznosiło się nieznacznie. Trasę wytyczyliśmy wzrokiem przez pofałdowany teren kierujący
na nieco dłuższy stok, ale o nieco mniejszym nachyleniu. Pomimo mniejszej
stromizny na początku podejścia, wyżej szybko dorównywała do pozostałych. Mniej,
więcej od poziomu trochę poniżej jej połowy, w wielu miejscach trzeba było używać
rąk.
ROZPOCZYNAMY
STROME WEJŚCIE NA NIEZNANĄ GÓRĘ
Ostatecznie
wybraliśmy pierwsze zbocze, bo z odcinka na lodowiec wypatrzyliśmy możliwą
drogę przejścia. Wystarczyło przedrzeć się przez gęste krzaki, aby wejść na
trawę, skąd mielibyśmy pełny widok na wszystkie opadające stoki. Na szczęście
zarośla tworzyły niewielki pas, który szybko przekroczyliśmy. Pies podążał za
nami. Teraz musieliśmy przeciąć podmokły teren. Wydawało się, jakby tędy wydeptano
ścieżkę, co znacznie ułatwiało nam omijanie bagien. Dosłownie za chwilę to, co
nazywaliśmy ścieżką, całkowicie zanikło. Odtąd patrzyliśmy na nietknięty świat
przyrody. Czym bliżej podchodziliśmy wielkiej stromizny, tym bardziej pochyła
nam się ona wydawała. Pomimo początkowo łagodnej części nogi odczuwały duży
wysiłek. Wybrany przez nas stok miał bardzo ciekawą cechę. Cała jego powierzchnia
wydawała się wyjątkowo równa, a dokładnie w połowie, gdzieś wysoko ponad nami,
na krawędzi niewielkiego urwiska widniał pojedynczy krzak, a być może samotne drzewo,
wyglądające niczym mały punkcik. Znajdowało się on aż 400 m wysokości względnej
powyżej naszego poziomu. Wiedzieliśmy, że nawet, jeśli dotrzemy w jego okolice,
to będziemy mieli dopiero połowę stromizny za sobą. Trudność we wchodzeniu na
tę grań polegała na wędrówce przez wysokie trawy w terenie o bardzo dużym
nachyleniu, co szybko męczyło stopy. W oddali, po lewej stronie, przez cały
czas dostrzegaliśmy górę 3242 m n.p.m. Patrzyliśmy na jej charakterystyczny
wąski, ale bardzo długi pas śniegu, ciągnący się wzdłuż jej ramion. Bioło Kepa
rozglądał się za nami, ponieważ najprawdopodobniej nie znał tej trasy i sam nie
wiedział, dokąd iść. Na niebie pojawiały się niewielkie małe chmury z rodzaju
cumulus fractus. Są typowe dla pierwszego słonecznego dnia po większym
załamaniu pogody. Odtąd obserwowałem je przez cały czas, aby wiedzieć jakie
mogą nastąpić warunki w ciągu najbliższych kilku godzin.
Bioło Kepa czekał na nas na każdym postoju. Z racji dużego nachylenia terenu musiał podskakiwać, wybijając się tylnymi łapami
Nierówny
teren przeszliśmy szybko. Wszędzie dookoła, w dużych ilościach rósł rdest
wężownik. Pięknie zdobił okolicę. Wiedzieliśmy, że na obu sąsiednich zboczach
będzie podobnie. Za zielonymi i podmokłymi fałdami, przed nami otworzyła się
równomiernie nachylona przestrzeń. Odtąd miało być tylko gorzej. Chociaż na
trasie nie ma żadnych trudności technicznych, to stopy szybko męczyły się od
dużej stromizny. Spoglądałem w stronę wysoko rosnącego drzewka widniejącego ponad
nami. Wzięliśmy je za pierwszy punkt orientacyjny w nieznanym otoczeniu.
Musieliśmy do niego dotrzeć. W trakcie podchodzenia zauważyliśmy, że jesteśmy dość
mocno wystawieni na widok. Skoro patrzyliśmy na kilka kilometrów drogi do lodowca
i drewniane chaty położone za mostkiem na rzece Enguri, to inni mogli tak samo
nas zobaczyć. Nie martwiłem się o ludzi, a o ewentualne psy, posiadające możliwość
wędrówek z innymi turystami. Wystarczyło, że Bioło Kepa zaszczekałby,
przywołując je, a niektóre z nich mogłyby chcieć dołączyć do nas. Pamiętaliśmy
przecież szybki bieg dwóch kundli podczas wchodzenia na grań Podarok. W
kilkadziesiąt sekund pokonały kilkaset metrów zbocza, nawet nie odczuwając
zmęczenia. Na szczęście jeszcze nie widzieliśmy żadnych spacerowiczów przechodzących
w rejonie wielkiej, kwiecistej polany. Trasa wydawała się niezwykle monotonna, bo
mieliśmy do pokonania stromiznę o wysokości około 800 m, gdzie tak naprawdę
dookoła nic się nie zmieniało. Potrzebowaliśmy wytrwałości, ale tej na
szczęście nam nie brakowało, ponieważ cały czas wiedzieliśmy po co idziemy,
utrzymując równomierne tempo.
W oddali
patrzyliśmy na wielką grań Podarok i łąki u jej stóp. Pomimo dużych podobieństw
z tamtą drogą, obecnie do góry pchała nas ciekawość. Po kilkunastu minutach dostrzegliśmy,
że spory kawał nachylonego terenu jest za nami, a my spoglądaliśmy na okolicę
ze sporej wysokości. Widzieliśmy szybki postęp. Zdziwiliśmy się, bo na
poprzedniej wyprawie moja ekipa nie posiadała tyle sił, aby iść w podobnym
terenie. Nawet rozważali zakończenie podejścia bliżej jego początku. Teraz mieliśmy
zupełnie inaczej. Nikt nie myślał o dłuższym odpoczynku. Widoczny w oddali
krzaczek był naszym celem i tam koniecznie musieliśmy dotrzeć. Dzięki temu, że
nie zrobiliśmy ani jednej przerwy, a jedynie przystawaliśmy na kilkusekundowe
postoje na złapanie oddechu, to dzięki utrzymaniu solidnego kroku dotarliśmy do
jedynego drzewka na trasie. Przypominał on nieco wierzbę iwę. Rosło przy
płaskim głazie pokrytym zielonymi porostami. Postanowiliśmy, że w jego okolicy
zatrzymamy się na dłuższą chwilę. Pies od razu skorzystał z okazji. Zasnął na
skale. Po drzemce do picia dałem mu wodę oraz kawałek gruzińskiego chleba. Pił
z moich rąk. Z racji swojej budowy ciała, na tutejszym zboczu czasami
podchodził, a czasami podskakiwał. Dla niego droga była bardziej męcząca, bo
jego nogi i przednie łapy nie są przystosowane do dużych stromizn z powodu ich prawie
jednakowej długości. Osiągnęliśmy pierwszy cel. Kolejnym motywatorem była
najzwyczajniejsza ciekawość. Widzieliśmy stąd zakończenie wszystkich trzech, mocno
opadających stoków. Na końcu środkowego widniały jakieś pomarańczowe rośliny. Niezależnie
jaką górę wybralibyśmy na początku, to dotarlibyśmy do tego samego miejsca na
ich końcu, ponieważ spinała je jedna grań. Mieliśmy świadomość, że po
osiągnięciu górnego punktu mocne podejścia się nie kończą. Grzbiet nadal kierował
pod górę w stronę Shkhary, a w przynajmniej dwóch miejscach miał być jeszcze bardziej
pochyły niż obecnie. Mimo wszystko, myśli o trudnościach nie zajmowały naszych
umysłów, bo znacznie silniej napędzała ciekawość. Chcieliśmy odkryć kolejny
kawał bardzo pięknych gór. Wiadomo, że w latach poprzednich ktoś na pewno próbował
podobnej drogi, ale dla nas stanowiła ona piękną przygodę. Jest bardzo niewielki
odsetek ludzi, próbujący tego samego co my, ze względu na brak jej oznaczenia i
jakichkolwiek opisów w internecie. Ja mam naturę twórcy, odkrywcy, wędrowca, dlatego
podobne miejsca bardzo mocno mnie przyciągają. Moimi przejściami nie chwalę się
w mediach społecznościowych, ponieważ te są śmieciowe i nie są mi one
potrzebne. Kiedy znajdę coś nowego i interesującego, przygotowuję szczegółowy opis
wraz ze zdjęciami na mojego bloga w formie przewodnika-relacji, aby inne
ambitne osoby mogły z niego skorzystać.
W pobliżu jedynego krzaczka znajdował się pojedynczy głaz. Bioło Kepa odpoczywał na nim podczas naszego postoju
Po
dłuższej przerwie trwającej kilkanaście minut postanowiliśmy wyruszyć. Mając
porównanie do poprzedniej wyprawy wiedziałem, że utrzymujemy naprawdę dobre
tempo. Na dodatek posiadaliśmy zapas sił, a ciekawość robiła swoje. W głowach zadawaliśmy
sobie pytanie: ‘być może uda się nam dzisiaj podziwiać góry z największej wysokości,
której wcześniej nie osiągnęliśmy?’. Na Kaukazie wystarczyło przekroczyć
granicę 3200 m n.p.m., a wówczas odsłaniały się liczne pasma, wywierające ogromne
wrażenie. Po spakowaniu jedzenia poszliśmy przed siebie. Próbowaliśmy
trawersować zbocze, aby choć trochę zniwelować nachylenie. Stopy mogły częściowo
odpocząć, ponieważ raz pracowała ich zewnętrzna, a raz wewnętrzna strona.
Spoglądając w dół, dostrzegliśmy pierwszych turystów idących do lodowca. Wyglądali
jak małe punkciki. Towarzyszące im psy również. Nawet, gdyby teraz odezwał się
Bioło Kepa, to żaden z nich nie podbiegłby tak wysoko. Można powiedzieć, że
byliśmy odcięci od świata zewnętrznego. Szliśmy bezdrożami, o których nic nie
wiedziałem. W trakcie dalszej wędrówki wiele razy spoglądałem w dolinę, bo
mieliśmy na nią przepiękny widok. Poniżej skrzyła się rzeka Enguri, a po lewej,
na wysokości lodowca Shkhara, spoglądaliśmy w kierunku dwóch dopływów wpadających
do niej. Aktualnie od wody odbijały się promienie słoneczne, dlatego wyglądały
jakby mocniej podświetlone. Druga połowa podejścia upływała dość szybko,
ponieważ nie zwalnialiśmy kroku. Nie spieszyliśmy się, bo ciągle podziwialiśmy
niesamowitą panoramę na okoliczne góry. Przekroczenie poziomu 2900 m n.p.m.
dawało pierwszą możliwość zajrzenia za najbliższe lokalne pasma górskie przysłaniające
kolejne szczyty. Stromizna nie ustępowała. Do samego końca miała jednakowe
nachylenie i co zadziwiające, roślinność w ogóle się nie zmieniała, pomimo
pokonanych 800 m wysokości. W polskich Tatrach na podobnym odcinku dostrzeglibyśmy
ogromne różnice. Tutaj niezmiennie występowała gęsta trawa i morze rdestów
wężowników nazywanych przez nas „cicinkami”.
Mając osiągniętą
sporą wysokość względną, czyli tą liczoną od podstawy góry, po lewej stronie podziwialiśmy
odsłoniętą górę 3242 m n.p.m. – jakże nam znaną z początków naszego wyjazdu. Teraz
wydawała się taka zielona. Jedynie w okolicach szczytowych zalegało trochę
śniegu. Pomimo dużej odległości wypatrywaliśmy ledwo wydeptaną ścieżkę
pozostawioną za nami. Wzrokiem rysowaliśmy jej dalszy przebieg. Po około
półtorej godziny dotarliśmy na koniec rozciągłego i bardzo stromego zbocza, „łamiącego”
psychikę osób nieprzyzwyczajonych do długich wędrówek. W końcu po prawej
stronie mieliśmy szersze spojrzenie na sytuację. Dokładnie mogliśmy popatrzeć
na miejsce, gdzie łączą się trzy bardzo podobne, o mocnym kącie nachylenia górskie
stoki. Na początku chcieliśmy się zatrzymać, jak tylko ukończymy najbardziej
uciążliwą stromiznę, ale postanowiliśmy, że przerwę zrobimy w znacznie lepszym punkcie.
Zaplanowaliśmy nieco dłuższy marsz wzdłuż jedynej widocznej grani przed nami.
Wspomniany grzbiet łączył wszystkie zbocza w całość. Pomimo, że z poziomu
doliny rzeki Enguri wyglądały na bardzo wysokie, za którymi nie znajduje się
nic, to aktualnie mogliśmy zobaczyć, że tak naprawdę nieznana trasa dopiero rozpoczyna
się przed nami... Po drodze czekało na nas kilka bardzo mocno nachylonych
podejść oraz lokalnych gór wchodzących w skład głównego ramienia grani Shkhary.
Mając świadomość ile czasu nam zajmie wybrany szlak, byliśmy dobrze przygotowani
na tę wędrówkę. W oddali podziwialiśmy jedną z najpiękniejszych panoram na
Ścianę Bezingi. Pomimo przebycia dotychczasowego fragmentu szlaku nadal
mieliśmy piękne, z niewielką ilością chmur błękitne niebo. Rejon ośnieżonych
szczytów wciąż cieszył pełną przejrzystością. Z naszej perspektywy tworzyły one
wielką białą ścianę, gdzie nagle rozpoczynała się zieleń. Dodatkowo w tle patrzyliśmy
na dwa większe lodowce, dające początek górskim rzekom wpływającym do Enguri. Widok
należał do bardzo pięknych. Stojąc na grani, pies odetchnął z ulgą, po czym od
razu położył się na trawie. Nawet on czuł wielką stromiznę w nogach. Musiał
odpocząć. Na razie otrzymał drugą okazję do dłuższego odpoczynku.
1. Widok na Ścianę Bezingi
2. Bioło Kepa idzie na pierwszy płaski kawałek dzisiejszej wędrówki
3. Góra 3242 m n.p.m. z jej charakterystycznymi białymi, śnieżnymi pasami w okolicach szczytu
Postanowiliśmy iść przez kilkanaście minut, aż dotrzemy do płaskiego terenu, gdzie przed nami będzie widniał kolejny wierzchołek z dużymi pochyłościami. Pies ochoczo ruszył za nami. W okolicach góry 3242 m n.p.m. zauważyłem większą ilość niewielkich, sunących cumulus fractus (rozwiewane kłębiaste chmury słonecznego, ale chłodnego dnia, po przejściu frontu atmosferycznego). Jednak niebo nie wyglądało na czyste. Przybierało nawet żółtawy odcień. Na razie nic nie zapowiadało opadów, a my mogliśmy cieszyć się wspaniałymi krajobrazami dookoła. Z każdej strony dostrzegaliśmy coś niezwykłego. Idąc głównym ciągiem wyznaczonej trasy, z przodu mieliśmy majestatyczną Ścianę Bezingi, choć jeszcze nie na pierwszym planie, ponieważ przysłaniało je przedłużenie ramienia grani Shkhary. Właśnie tam zamierzaliśmy dotrzeć – do poziomicy 3400 m n.p.m. Po lewej patrzyliśmy na nieco oddaloną górę Kareta 3524 m n.p.m. Częściowo przysłaniał ją grzbiet Podaroka 3682 m n.p.m. Wyglądał jak potężne usypisko kamieni przysypane śniegiem w okolicach jego wierzchołka. Teraz mogliśmy prześledzić, jak przebiegała nasza trasa trzy dni temu. W głębi doliny wypatrzyliśmy górną część wioski Ushguli. Nieco bardziej na prawo i znacznie powyżej widzieliśmy górę, będącą drugim celem naszej gruzińskiej wyprawy. Po prawej spoglądaliśmy na rozciągłą grań, rozpoczynającą się punktem widokowym 2980 m n.p.m. Ponownie mieliśmy dobrą okazję do przejrzenia przebiegu całego szlaku w jego kierunku i dalej – w stronę Chubedishi. Idąc grzbietem zauważyliśmy, że pomimo sporej wysokości nadal mamy bujną i gęstą roślinność. Teren przed nami porastały trawy i ciemiężyca zielona. Na razie formowała grube liście, dlatego nazywaliśmy ją „kapustą”. Wędrując nieznacznie nachyloną polaną położoną na skalistym garbie, szliśmy tak przez kilkanaście minut. Pomimo ciągłego marszu odczuwaliśmy ulgę, bo dotychczas było znacznie ciężej.
ODPOCZYNEK
NA GRANI
Podchodząc
coraz wyżej, dotarliśmy do ciekawej łąki. Uznaliśmy ją za idealne miejsce na
odpoczynek. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyliśmy, że zegarek wskazuje 10.30. To
oznaczało, że mieliśmy naprawdę dobry czas. Szliśmy znacznie szybciej niż
książkowe 300 m wysokości/godzinę. Podobny przelicznik jest stosowany w
polskich górach do oceniania, ile zajmie nam przejście danego szlaku. W Gruzji
przekraczaliśmy tę normę. Być może z powodu dużej stromizny, jaką pokonywaliśmy
w linii prostej. Dopiero za samotnym krzaczkiem, czyli od połowy zbocza, zaczęliśmy
trawersować niektóre jej fragmenty. Od momentu wyjścia z wioski w przybliżeniu szliśmy
od trzech i pół godziny. Półtorej godziny zajęło nam przejście drogi do lodowca.
Około dwie godziny poświęciliśmy na pokonanie długiego i mocno nachylonego stoku
wraz z krótkim odcinkiem grani, którą aktualnie wędrowaliśmy. Do tego czasu
musieliśmy doliczyć kilkunastominutowy odpoczynek pod drzewkiem. Podchodziliśmy
naprawdę mocnym krokiem, co bardzo mnie zdziwiło. Kiedy Ola zapytała, czy mamy
dobry czas, odpowiedziałem: ‘tak, bardzo dobry’. Z tego powodu postanowiliśmy nieco
odpocząć przed kolejnym nachylonym garbem, zdającym się być trudniejszym w
porównaniu do stoku, jaki przed chwilą pozostawiliśmy za sobą. Czasami
zastanawiałem się, czy będziemy ujeżdżać, gdyby w jego okolicach nie odparowała
poranna rosa po wczorajszych opadach. W drodze do miejsca na wyczekiwaną
przerwę po prawej stronie minęliśmy pomarańczowy punkt. Widzieliśmy go od
samego dołu. Wieńczył on środkową górę, którą początkowo braliśmy za najlepszą
opcję. Pomarańczowy, a raczej jasnobrązowy kolor dawało osuwisko ziemi. Teraz
mogliśmy popatrzeć na nie z odległości dosłownie kilku metrów. Przystanęliśmy
na płaskim fragmencie trawiastego grzbietu. Znaleźliśmy przynajmniej dwa
powody, dlaczego warto zatrzymać się na okolicznej polanie. Po pierwsze, od
ponad dwóch godzin w końcu mogliśmy stanąć na płaskim terenie, co z pewnością było
wielką ulgą dla stóp. Mogliśmy zdjąć ciężkie buty górskie i dać im odpocząć. Jedynie
przydałby się zimny potok, aby je schłodzić i niejako „zresetować”. Po drugie,
nieco poniżej zauważyłem rozległy, niesamowity ogród pełen kwiatów. Głównie
tworzyły go pełniki altaicus oraz w mniejszym stopniu zawilce narcyzowe. Kiedy
obie rośliny opanowują jakąś powierzchnię, zawsze mamy wspaniałe widowisko. Dlaczego
tak? Ponieważ zazwyczaj występują w miejscach, gdzie nie utworzono żadnej
ścieżki oraz porastają bardzo licznie zielony kawałek terenu wciśnięty pomiędzy
wysokie góry, gdzie w pobliżu płynie potok. Obecnie działała ta sama zasada. Na
bujnej łące zostaliśmy na dłużej.
ZEJŚCIE
DO NIEZWYKŁEGO OGRODU PEŁNIKÓW ALTAICUS I ZAWILCÓW NARCYZOWYCH. ŚNIEŻNY MIKRO
KANION
Z powodu
niepowtarzalnego kawałka terenu nie zamierzałem wygodnie siedzieć na trawie, bo
wspomniane kolonie kwiatów zawsze mnie przyciągały jak magnes. W głowie
planowałem, jak się do nich dostać, ponieważ chciałem zobaczyć je z bliska, a
także mieć możliwość sfotografowania największych zgromadzeń pełników i
zawilców. Kiedy się zatrzymaliśmy, od razu zrzuciliśmy plecaki na ziemię,
wyjęliśmy zimne izotoniki oraz ciastka, żeby uzupełnić kalorie. Bioło Kepa
również dostał porcję jedzenia. Dałem mu duży kawał gruzińskiego chleba.
Zajadał go łapczywie. Za chwilę nasze rzeczy były rozrzucone w najbliższej okolicy,
a Ola i pies spali na trawie. Oboje zasnęli bardzo szybko. Bioło Kepa dosłownie
padł na lewy bok. Jedynie zdążyłem powiedzieć, że idę w okolice ogrodu, bo
bardzo mnie ciekawił i koniecznie chciałem tam być. Teraz miałem czas na wędrówkę w kwiatach. Zacienioną,
północną grań w całości opanowały różaneczniki kaukaskie. Z racji sporej
wysokości, większość z nich dopiero miała zakwitnąć, podczas gdy na górze
Gvibari wszystkie jednocześnie cieszyły oczy swoimi beżowymi płatkami.
Tamtejszy widok należał do niezwykłych.
Szukałem
możliwej drogi zejścia do lokalnej doliny górskiego strumienia, gdzie znajdował
się wspomniany ogród. Jak później mogłem zobaczyć płynąca woda, biorąca swój
początek z ziemi, gdzie jej źródło pokrywała gruba warstwa śniegu, była tym
samym potokiem, który przeskakiwaliśmy w drodze na lodowiec. Teraz mogłem sprawdzić
skąd wypływa. Patrząc od strony wioski Ushguli, ten był drugą przeszkodą jaką
pokonywaliśmy w zaroślach przy pomocy kładki z pojedynczej deski, korzystając z
wydeptanej ścieżki do najwęższego punktu w okolicy. Fajnie było mieć tę
świadomość, że potok w drodze na lodowiec miał swój początek bardzo wysoko i na
dodatek w tak wyjątkowym miejscu. W celu odszukania właściwej drogi zejścia do
lokalnej doliny musiałem podejść naszą granią nieco dalej, a dopiero później
skręcić na stromo opadające, kilkumetrowe zbocze. Tam dojrzałem przewężenie w rododendronach
oraz ich stopniowy zanik wraz z wysokością. Kiedy zszedłem poniżej ich poziomu,
rozpocząłem schodzenie aż do źródła. Dość znacznie obniżałem wysokość, ponieważ
w drodze do niego wytraciłem około 30 m w pionie. Patrzyłem na główny grzbiet,
którym przyszliśmy. Gdzieś wysoko dostrzegłem punkt, gdzie odpoczywaliśmy. Przede mną otwierało się wielkie morze kwiatów. Ale tu było pięknie! Widoczna
przestrzeń miała swój niepowtarzalny urok, bo ograniczające ją góry z przodu
wchodziły w skład głównej linii grani Podarok. Jej przedłużenie stanowiło ośnieżone
ramię łączące się ze Shkharą Zachodnią 5069 m n.p.m. Poniżej widniała powoli
opadająca zielona dolina, będąca po środku przecięta nieznanym strumieniem. Odtąd
miałem świadomość, że wody wypływające z tutejszego płatu śnieżnego spływają aż
do rzeki Enguri w rejonie drewnianego mostku w pobliżu dwóch chat. Przed nim przekracza
się dwa potoki. Drugi z nich jest kontynuacją wspomnianych wód. Trzeba
przyznać, że okolice za źródłem zostały wyjątkowo ozdobione przez naturę. Na
środku zagłębienia leżał duży, samotny głaz narzutowy o ściętych krawędziach.
Za nim znajdował się rozległy płat śniegu, za którym mogłem dostrzec jego
początek. Wszędzie dookoła bardzo obficie kwitły pełniki altaicus. W pobliżu leżały
dwa inne głazy. Te z kolei, wyglądały jak duże zęby wystające z ziemi.
Ograniczały one ogród we wschodnim kierunku. Dobrze, że podszedłem w ich kierunku,
ponieważ miałem stąd pełny widok na dalszy odcinek dzisiejszej trasy. Mogłem
dokładnie się przyjrzeć kolejnym stromiznom i przebiegowi widocznej grani.
Na
miejscu wybierałem najbardziej gęste skupiska pełników. Zrobiłem im wiele ujęć
w trybie makro, aby pokazać ich piękno oraz jak wielkie pokrywają przestrzenie.
Zajmowały każdy minimalnie podmokły teren. Wilgoci w okolicy nie brakowało. Zawilce
narcyzowe nie konkurowały z nimi o najlepsze mokradła. Raczej utworzyły wąski,
ale długi pas wzdłuż grani, którą przyszliśmy. Wybrały obszar, gdzie słońce o
poranku do nich nie dociera. Czy lubią podobne warunki? Trudno powiedzieć, bo
pomiędzy szczytem 3242 m n.p.m. a Karetą 3524 m n.p.m. znajduje się inna góra o
wysokości 3106 m n.p.m., nieposiadająca nazwy własnej, będąca w całości
wystawiona na działanie promieni słonecznych, gdzie ze wszystkich stron – od jej
stóp, aż do poziomu 2950 m n.p.m. owe kwiaty ją opanowały, nie pozostawiając
miejsca dla innych roślin (specjalnie podaję wysokości bezwzględne wszystkich
wierzchołków, ponieważ bardziej zainteresowana osoba może sobie odszukać omawiane
punkty i dokładnie sprawdzić na mapie ich położenie). Na wspomnianym szczycie
jest tylko jeden mały fragment, gdzie rośnie wąski pas pełników. Z łatwością dostrzeżemy
go w drodze zejściowej z bezimiennej góry 3242 m n.p.m. Po dłuższym
fotografowaniu kwiatów, postanowiłem podejść do wielkiego, białego płatu
śnieżnego, bo wyraźnie kontrastował z resztą otoczenia. Wszędzie dookoła, w
najlepsze trwała pełnia wiosny, ale jeszcze znalazłem obszary, gdzie zalegały
duże masy mokrego, topniejącego śniegu. Pobliski płat miał dwie szczególne
właściwości. W pewnym miejscu, pod jego powierzchnią płynął mały strumień. Spływające
wody wyżłobiły coś na wzór kanionu o głębokości około 60-70 cm. Wewnętrzne
ściany posiadały zaokrąglone kształty, a krawędzie tworzyły mikro urwiska. W
niektórych miejscach wypatrzyłem mosty śnieżne pomiędzy przeciwległymi
ścianami. Wyglądały niesamowicie!
Drugą
jego cechą była wyraźnie widoczna walka wiosny z zimą. Pomimo braku światła, na
gołej ziemi wewnątrz małego kanionu wyrastały nowe pełniki w postaci kiełków. Pomiędzy
bielą a roślinami, nie dostrzegłem żadnego płynnego przejścia. Punkt styku
kwiatów i śniegu wyglądał jakby wiosna mocno się opóźniała, a teraz bardzo
szybko próbowała nadrabiać zaległości. Podobna historia miała miejsce na
obrzeżach płatu. Tam również nie dostrzegłem formy przejściowej pomiędzy
światem zimy i zieleni. Przy jego krawędzi rosła trawa oraz pełniki szykujące
się do rozkwitu. Takie rzeczy mogłem zaobserwować jedynie w innych partiach gór
Kaukazu. W polskich Tatrach nie spotkałem się z niczym podobnym, ponieważ długo
zalegające, częściowo zlodowaciałe, białe płaty umiejscowione są w kamienistych
żlebach, stąd nie mamy okazji, aby sprawdzić, czy odwieczna „wojna” wiosny i
zimy w polskich warunkach wyglądała by tak samo. Kiedy nacieszyłem oczy
najgęstszymi „dywanami” pełników, śnieżną przestrzenią w środku wiosny, lokalnym,
niesamowitym mikro kanionem z naturalnymi mostkami oraz wielkimi głazami
narzutowymi, podszedłem do białego pasa zawilców narcyzowych. Wyróżniały się
swoim pięknem, bo liczne kwiaty tworzyły dużą formację widoczną nawet z daleka.
Każdy kawałek ziemi, gdzie występuje ogromne nagromadzenie kwitnących roślin
przyciąga jak magnes. Nie wyobrażałem sobie, aby nie zejść do pobliskiej doliny.
Od razu przypomniała mi się wędrówka na grań Podarok, gdzie w drodze powrotnej wybraliśmy
pozaszlakową trasę. Nie znając terenu, na bieżąco wymyślaliśmy możliwą drogę przejścia.
Właśnie tam trafiliśmy na podobny ogród, gdzie wśród licznych, wielkich głazów
kwitło morze pełników i zawilców narcyzowych. Oba gatunki kwiatów przenikały
się wzajemnie. Chociaż tutaj nie mogłem obserwować płynnego przejścia bieli w
żółć, to rośliny niezmiennie zachwycały.
POWRÓT
NA GRAŃ. KOLEJNA STROMIZNA
Wiedziałem,
że w dolinie spędziłem dość sporo czasu, dlatego pomału musiałem już wracać. Popatrzyłem
na strome zbocze głównego grzbietu prowadzącego do celu. Pomimo dużej
wysokości, gdzieś po prawej stronie dostrzegłem wąski, trawiasty przesmyk
pomiędzy krzakami różaneczników. Skorzystałem z widocznego skrótu. Tylko w
jednym miejscu musiałem stanąć na gałęziach. Dzięki nowej drodze znacznie
szybciej wróciłem na grań. Dołączyłem do ekipy. Ola powiedziała, że kiedy się
przebudziła, widziała mnie w zagłębieniu z kwiatami. Jeszcze przez chwilę
siedzieliśmy na trawie, aby nabrać sił. Pomału przygotowywaliśmy się do wyjścia
na dalszy etap nieznanej trasy. Z naturalnego ogrodu w szczególności
zapamiętałem spojrzenie w kierunku ramienia Shkhary. W głowie miałem obraz
przebiegu pozostałej części grzbietu. Stamtąd mogłem go obejrzeć bardziej
dokładnie, ponieważ każdy odcinek był odsłonięty. Z miejsca odpoczynku nie
mieliśmy tak dobrego poglądu na sytuację. Widzieliśmy stąd jedynie najbliższą,
trawiasto-kwiecistą stromiznę. Według mnie, miała największy kąt nachylenia. Z
naszej perspektywy wyglądała jak ściana. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że gdy
podejdziemy bliżej, zobaczymy jej prawdziwy kształt. Większość drogi
przeszliśmy, dlatego postanowiliśmy, że nie zabierzemy wszystkich sprzętów.
Jako że na grani rosło mnóstwo rododendronów, ukryliśmy w nich kilka
niepotrzebnych rzeczy na ostatni etap wędrówki. Zostawiliśmy puste butelki po
izotonikach, jeden plecak, kartusz gazowy, kubek, kuchenkę i jedzenie, które
zamierzaliśmy na niej przygotować. Zakładaliśmy, że w drodze powrotnej, kiedy
będziemy głodni, zrobimy porządną przerwę na obiad.
Nad górą
3242 m n.p.m. przybyło nieco chmur. Podobnie w okolicach Ściany Bezingi.
Wiedziałem, że odtąd będą gęstnieć. Popołudniowa pora robiła swoje. W górach w
sezonie letnim standardem jest konwekcja przyspieszająca ich powstawanie,
dlatego z każdą następną godziną spodziewałem się coraz mniejszych ilości
promieni słonecznych. Widoczność na Ścianę Bezingi miała być szybko ograniczana.
Mimo wszystko, dopóki nie trafialiśmy na trudne warunki, warto było iść przed
siebie. Aktualnie nadal większa część nieba była wolna od chmur, dzięki czemu
podziwialiśmy góry Kaukazu. Patrzyliśmy na rozległą przestrzeń we wszystkich
kierunkach. Jedynie grań Podarok przysłaniała dalszą panoramę. Możliwość
oglądania jej z innej perspektywy bardzo cieszyła, bo mieliśmy świadomość, że
dotarliśmy na jej wierzchołek. Od południowo-wschodniej strony pokrywały ją
zielone trawy, a wyżej tworzyła wielkie usypisko z drobnych, jasnobrązowych
kamieni. Pozostawione rzeczy w krzakach przykryliśmy pokrowcem przeciwdeszczowym,
aby w razie zmiany pogody je zabezpieczyć. Odczułem, że mam o wiele lżejszy
plecak. Podjęliśmy słuszną decyzję, bo na kolejnych stromiznach mogliśmy
podchodzić szybciej i sprawniej. Zabraliśmy jedynie, to co potrzebne. Mieliśmy
ze sobą czapki i rękawiczki, ponieważ spodziewałem się „wygwizdowa”, czyli
silnych podmuchów zimnego wiatru z powodu dużej ekspozycji skalistego ramienia Shkhary
nad lodowcową doliną. Dzięki najbardziej wysuniętemu grzbietowi na wschód korzystaliśmy
z możliwości wędrówki w najbliższych okolicach Ściany Bezingi. Zapewniała pierwszoplanowe
widoki na kilka dużych lodowców. Tak wyglądał dalszy plan na dziś. Po długiej
przerwie wyruszyliśmy niespiesznym krokiem. Szliśmy cały czas przed siebie,
gdzie jedyna grań automatycznie wyznaczała właściwą drogę. Po około 10 min
dotarliśmy do największego nachylenia terenu. Tworzyło ją bardzo mocno pochyłe
zbocze, w pełni pokryte trawą. Po lewej stronie kwitło mnóstwo pełników
zdobiących okolicę. Kiedy tylko zaczęliśmy podchodzić, od razu zauważyliśmy, że
jest bardziej strome niż te, którym szliśmy z doliny rzeki Enguri. Musieliśmy
bardziej uważać jak stawiamy kroki, bo pomimo sielankowej scenerii ewentualny
poślizg mógł oznaczać niekontrolowany zjazd w kierunku trawiastego kotła. Zatrzymywaliśmy
się wiele razy, bo trudniej było nam złapać oddech. Środkowa część wzniesienia
przypominała szeroką drogę polną, jakby kiedyś jeździły tędy samochody. Oczywiście
nigdy ich tam nie było, bo zbyt mocno opadające stoki z każdej strony nie
pozwalały nawet na dojazd w tutejsze okolice. Nie wspominając już o wjeździe na
samą górę. Ewentualny wyczyn należał do niemożliwych. Idąc coraz wyżej, musieliśmy
podpierać się rękoma od połowy podejścia.
SUROWY
ŚWIAT
Odbiliśmy
nieco w prawo, aby ominąć największą ekspozycję. Chociaż na grani nie ma urwisk
ani przepaści takich jak w Tatrach, to po lewej stronie widniało bardzo długie
trawiaste zbocze, gdzie niekontrolowany zjazd mógł być krytyczny. Koniecznie
chcieliśmy uniknąć tej możliwość. Zmieniając kierunek, dorównywaliśmy do głównego
ciągu grzbietu. Aktualnie pokonywane wzniesienie było nieco przesunięte
względem głównej osi grani, stąd musieliśmy korygować nowo wytyczaną ścieżkę. Pomimo
dużego wysiłku, dość szybko weszliśmy na jego szczyt. Staliśmy na wysokości
3060 m n.p.m. Teraz nogi mogły odpocząć. Odtąd zupełnie zmieniał się świat.
Zielone trawy zanikały, a z przodu widniał grzbiet pokryty drobnymi, płaskimi
kamieniami, podobnymi do tych z Podaroka. Zaczął wiać chłodniejszy wiatr. Na
szczęście zabraliśmy dodatkowy polar i kurtkę, aby mieć komfort termiczny nawet
w zimowych warunkach. Sięgnęliśmy po czapki. Zauważyliśmy, że na niebie
przybyło chmur, ale nadal mieliśmy szerokie pole widzenia we wszystkich
kierunkach. Po lewej stronie przed nami, patrzyłem na ostatni punkt
zaplanowanej na dziś trasy. Powyżej poziomicy 3350 m n.p.m. jasnobrązowe ramię
Shkhary pokryte drobnymi kamieniami zamieniało barwę na czarną. Oba odcienie
oddzielała równa granica jakby narysowana od linijki. Wyglądała dziwnie, a
także budziła grozę. Zanim jednak mieliśmy do niej dotrzeć, gdzieś w połowie widniała
duża szczerbina o największym nachyleniu terenu. Luźno leżące kamienie nie były
związane z podłożem. Musieliśmy „jedynie” pokonać te utrudnienia. Stwierdziliśmy,
że stromizna jest jeszcze większa od poprzedniej. Wiedzieliśmy, że ewentualny
poślizg spowodowałby pewny zjazd w stronę lokalnej przełęczy. Z drugiej strony
nie mogliśmy tego wiedzieć na 100%, dopóki sami nie dotarliśmy do omawianego
punktu. Zawsze istniała możliwość powrotu w razie zbyt dużego niebezpieczeństwa.
Nie robiliśmy nic na siłę. Kierował nami rozsądek, ale także chęć poznawania
czegoś nowego oraz najzwyczajniejsza ciekawość świata.
Świat dookoła staje się coraz bardziej surowy
Delikatne, ale jakże piękne kwiatuszki spotkane w miejscu, gdzie nic innego nie rosło na tej wysokości. Takie małe "wysepki" zieleni tworzą swój mikroklimat, dlatego w Polsce podobne miejsca są chronione
DOCIERAMY
DO NAJWYŻSZEGO PUNKTU CAŁEGO WYJAZDU – 3264 m n.p.m. LODOWCE I DWIE BURZE
Szczyt
kamienistego wzniesienia znajdował się na poziomie 3264 m n.p.m. Dotarliśmy
do bardzo ciekawego miejsca, ponieważ aby przejść dalej, po raz pierwszy od
samego początku trasy najpierw musieliśmy obniżyć poziom, żeby móc następnie rozpocząć
podejście najbardziej stromym i kamienistym zboczem. Staliśmy tuż przed
szczerbiną, której najbardziej się obawialiśmy. Miałem wielkie chęci, aby pokonać
ten fragment, bo bardzo chciałem zobaczyć tajemniczą granicę oddzielającą jasny
brąz od czerni. Zanim jednak poszliśmy dalej, zrobiliśmy dłuższą przerwę, aby nabrać
sił oraz obserwować pogodę. W czasie odpoczynku patrzyliśmy na jeden z
najciekawszych widoków – cztery duże lodowce na raz! Chmury jeszcze nie zdążyły
zakryć słońca, dlatego robiłem im zdjęcia, póki były oświetlone. Siedząc za
wystającą skałą częściowo schroniliśmy się przed zimnym wiatrem. Podziwialiśmy
lodowce, będące na pierwszym planie. Bliżej nie mogliśmy podejść, bo za wybranym
miejscem na postój grań opadała bardzo strono, tworząc przepaść. Pierwszy
lodowiec składał się z licznych, dużych białych fragmentów. Tworzył
charakterystyczny jęzor, o jakim uczyliśmy się w podstawówce na lekcjach
geografii. Drugi z nich wyglądał potężnie, bo przyjmował podobny kształt, z
którego wiele fragmentów lodu zdążyło odpaść w postaci luźnych seraków. Serak
to nic innego, jak wielka bryła lodu wisząca na krawędzi lodowca lub w jego
części, grożąc oberwaniem. Najbardziej zaciekawił mnie fakt, na jakim podłożu
on powstał. Dosłownie leżał na ogromnych, matowych, jakby wygładzonych skałach,
mających znacznie większe rozmiary niż on sam. Ich ogrom robił wielkie wrażenie!
Za nim niejako „spływały” trzy mniejsze lodowczyki, układające się w stożki
przypominające swoją formą kształt chmur cirrus spissatus (dla zainteresowanych
proponuje wpisać to hasło w wyszukiwarkę, aby zobaczyć o czym jest mowa). Nieco
dalej widniało kolejne duże zagłębienie wypełnione brudnym lodem. W jego wyższych
partiach zalegał świeży, biały śnieg. W niżej położonej części trzy małe
lodowczyki łączyły się nie tylko ze sobą, ale również z innym, położonym w
głębi jęzorem. Po jego prawej stronie przebiegała bardzo ciekawa grań. Jej
połowę pokrywały surowe skały, a drugą – zielone trawy. Ten naturalny mur
oddzielał wspomniany wcześniej lodowiec od najszerszego koryta, gdzie mieścił
się czwarty – ostatni. Tyle, że z naszego punktu obserwacyjnego mogliśmy
dostrzec jedynie jego malutką część, ponieważ przysłaniały go inne skały.
Poniżej jego poziomu znajdowała się wielka, płaska, ciemnobrązowa równina z
wieloma roztopowymi stawkami, skąd z kolei wypływała górska rzeka, łącząca się
w dolinie z Enguri. Spojrzenie w kierunku tak niedostępnego terenu pobudzało
wyobraźnię.
Szukając
innych formacji w okolicy, zauważyłem jeszcze jeden intrygujący szczegół. Patrząc
w linii prostej głęboko w dół, mocno poniżej dostrzegliśmy jakże znany nam
lodowiec Shkhara, który odwiedziliśmy pierwszego dnia. Zobaczyliśmy jego
zaledwie mały fragment, a dokładniej – prawy górny kawałek popękanej ściany.
Jednak nie ten fakt przyciągał naszą uwagę. Ponad jej poziomem znajdował się niewidoczny
z oficjalnego szlaku szmaragdowy staw. Aby go zobaczyć trzeba by było wspiąć
się po niestabilnej powierzchni na nią, co jest bardzo niebezpieczne ze względu
na luźne, niezwiązane z podłożem kamienie, głazy i inne odłamki. W ciągu dnia, w
jej rejonie, w zupełnie niekontrolowany sposób spadają kamienie. Z naszej
perspektywy mogliśmy zobaczyć, że ściana wydająca się z poziomu szlaku jak ogromna
tama, teraz jest najmniejszym punktem w najbliższym otoczeniu! Jest tak mała,
że dosłownie „ginie” na tle innych lodowców, potężnego koryta czy skalistych
szczytów. Spoglądając za siebie, mieliśmy widok na grań częściowo ostrą jak
brzytwa, prowadzącą w kierunku Shkhary. W wersji trekkingowej pozwalała dotrzeć
do wysokości około 3400 m n.p.m. Później byłyby wymagane umiejętności
wspinaczkowe. Gęste chmury sunęły po krawędzi ostatniego fragmentu omawianego
grzbietu – na styku czarnych skał i białego śniegu, gdzie Zachodnia Shkhara
wznosiła się w postaci prawie pionowych ścian z licznymi wystającymi, brązowymi
iglicami.
Ciemniejsze
chmury podświetlane promieniami dosłownie sunęły nad ostrym, kamienistym grzbietem.
Od tego miejsca widzieliśmy jej dalszy przebieg. Najbliżej nas znajdowała się
szczerbina. Musieliśmy ją pokonać jako następny etap dzisiejszej trasy.
Zauważyłem, że strome zbocze w 2/3 wysokości ma dodatkową trudność. Był nią
niewielki, sypki gzyms skalny obrzucony drobnymi kamyczkami. Po lewej stronie wyglądał
na nieosiągalny, ale czym bardziej patrzyłem w prawo, tym większe szanse na jego
przejście dostrzegałem. Po dłuższej chwili chmury znacznie obniżyły pułap. Dosłownie
„ocieraliśmy” o nie głową. Tworzyły równą, wyraźną linię. Za kilka minut ich
podstawa opadła znacznie niżej. Nagle znaleźliśmy się we mgle. Bioło Kepa był
najwyraźniej zdezorientowany, ponieważ nagle zrobiło się zimno i najprawdopodobniej
nie znał tych terenów. Wyglądał na lekko przestraszonego. Co chwilę nas
obserwował, oczekując na jakikolwiek ruch. Najwidoczniej badał, czy odczuwamy jakąś
miarę lęku. Wbrew pozorom, psy na podstawie naszego fizycznego serca, są w
stanie określać podstawowe ludzkie emocje z odległości do sześciu metrów. Bioło
Kepa zorientował się, że obecna sytuacja jest niestandardowa. Na szczęście nie miałem
w sobie żadnych obaw, bo znałem przebieg podobnego zjawiska. Wyjaśniłem, że
aktualnie działa konwekcja oraz ma miejsce chwilowy spadek ciśnienia powietrza,
przez co powstały idealne warunki, aby chmury opadały coraz niżej. Wystarczyło
przeczekać ten moment. Rzeczywiście, po kilku minutach ponownie dostrzegliśmy
górę 3242 m n.p.m. Mieliśmy wrażenie, że głową dosłownie dotykamy ich podstawy.
Nad nami zrobiło się mocno szaro, a poniżej spoglądaliśmy na nieoświetloną
zieleń polan i innych szczytów. Postanowiłem wykorzystać prześwit, aby
sprawdzić, jak wygląda dalsza trasa za szczerbiną. Poszedłem sprawdzić
jedynie początkowy fragment stromizny. Nachylenie wyraźnie utrudniało
wchodzenie, a drobne kamienie sypały się pod nogami. Zawróciłem, ponieważ teraz
nie mieliśmy stabilnej sytuacji pogodowej. Nie warto było ryzykować, tym
bardziej, że powyżej nas znajdowały się zdradliwe, skaliste ścianki, których
możliwości przejścia nie miałem okazji zweryfikować.
Dalszy i złowieszczo wyglądający fragment trasy, Ostra grań jak brzytwa na tle szybko zmieniających sie warunków nie zachęcała do dalszej wędrówki. Widoczność utraciliśmy w kilka minut
Ponownie
ujrzeliśmy wszystkie cztery największe lodowce. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że
wracamy, bo lepiej nie będzie. Po kilku minutach usłyszeliśmy pierwszy grzmot.
Standardowo góra 3242 m n.p.m., nazywana przeze mnie „generatorem chmur”,
przyczyniła się do rozbudowy dużej komórki burzowej. Nad jej szczytem niebo
bardzo pociemniało. Podobnie wyglądało w okolicach Chubedishi 3015 m n.p.m.
oraz nad samą wioską Ushguli. Znając układ miejscowych pasm i procesów
chmurotwórczych z nimi związanych, wiedziałem, że Gvibari 2943 m n.p.m. jest „producentem
niepogody” dla wioski. Jeśli nadchodziły burze, to Gvibari oraz Dadiashi 3536 m
n.p.m. bardzo mocno podbijały tę moc. Pomimo słyszalnych z obu stron grzmotów, powiedziałem
tak: ‘to jest ten moment, kiedy zrobimy coś zupełnie przeciwnego do ogólnie
przyjętych zasad. Mawiają, żeby jak najszybciej uciekać w doliny w czasie
górskiej burzy, aby nie zostać trafionym piorunem. Tymczasem my zostaniemy na
dużej wysokości i będziemy obserwować obie burze z boku. Zobaczysz – nawet nie
zmokniemy’. Skąd miałem taką pewność? Dlatego, że podobny temat przerabiałem
między innymi w Tatrach Słowackich, na Krywaniu 2495 m n.p.m., gdzie śledziłem
kierunek przemieszczania się widocznego pasa z opadem gradu o szerokości 1,5 km,
jednocześnie obserwując chmury i ich przemiany. Wówczas oceniłem, że ci co będą
uciekać ze szczytu w popłochu, idealnie wbiegną w lodowy deszcz. Tam, gdzie występuje
najbardziej intensywny opad, tam najczęściej trafiają pioruny. Wspominany dzień
zapisał się w historii słowackiej meteorologii jako rekordowy, ponieważ podczas
jednej doby przeszło aż pięć gradobić i każde z nich mogłem obserwować. Co
ciekawe… nie zmokłem wcale, bo zostałem 10 m poniżej poziomu wierzchołka
Krywania, a całe zjawisko wraz z piorunami obserwowałem z boku. Aktualnie
spodziewałem się czegoś podobnego. O ile nie liczyłem na grad (i dobrze), to
wiedziałem, że w Ushguli oraz nad okalającymi ją górami, będzie naprawdę sroga
ulewa. Gdybyśmy poszli w ich stronę, jedynie przybliżalibyśmy się do niej. Jako
że chcieliśmy jej uniknąć, usiedliśmy na kamieniach i czekaliśmy.
Po
kolejnych kilku minutach nad wioską zrobiło się naprawdę ciemno. Niebo
wyglądało strasznie. Nad nami przechodziły znacznie lżejsze odmiany chmur. Przedzierało
się przez nie nawet światło słoneczne. Zdecydowanie wybraliśmy najlepszą opcję.
Z racji dużej wysokości mieliśmy wgląd w odległe pasma i chmury ponad nimi.
Widziałem, że tuż przy głównej linii ciągu Kaukazu, do którego należała między
innymi Ściana Bezingi, na niebie zawieszone są najlżejsze z ciężkich chmur. Czułem
spokój, co z pewnością swoim dodatkowym zmysłem „wykrywał” pies. Podczas
odpoczynku dałem mu do zjedzenia połowę gruzińskiego chleba. Kiedy obie burze
stopniowo ustępowały, a z ciemnych chmur padał ulewny deszcz, rozpoczęliśmy
zejście. Jako że opad miał charakter typowo konwekcyjny wiedziałem, że po fazie
z piorunami, stopniowo zacznie wygasać. Zakładałem, że zanim dotrzemy do parkingu
przy szlaku, niebo będzie zdecydowanie przyjemniejsze dla oka. Schodziliśmy
niespiesznym krokiem. Obserwowaliśmy jak wielka ulewa dosłownie zalewa okolice
wioski. Chwilami zupełnie znikała za opadem wyglądającym niczym mgła z horrorów.
Chmury wyglądały naprawdę złowieszczo, jakby za moment miały się zwalić na
dolinę rzeki Enguri i pokryć ją nieprzeniknioną czernią. Tymczasem u nas odczuwaliśmy
pojedyncze krople deszczu. Nie mokliśmy. Kiedy opuściliśmy strefę skalistego
grzebienia, zaczęliśmy wędrówkę powrotną długim zboczem, gdzie kolana nie
męczyły się od ciągłego hamowania. Ponownie zobaczyliśmy małe, białe skalniaki
w postaci drobnych kwiatuszków rosnących na niewielkiej zielonej kulce mchu. Wyróżniały
się w okolicy, ponieważ zdobiły zupełnie surowe otoczenie. O ile wiosna zdążyła
dotrzeć na naszą aktualną wysokość, to nawet trawy nie dały rady opanować
kamienistych zboczy. Zdecydowanie brakowało ziemi, gdzie nasiona wszelkich
roślin mogłyby wykiełkować. Drugą przeszkodą był zbyt zimny klimat oraz zbyt
krótki czas wegetacji, nie pozwalający na ich wzrost. Potrzebowały znacznie więcej
ciepła. Zejście kamienistym zboczem upływało szybko. Obecnie myśleliśmy, aby
dotrzeć do naszych rzeczy, żeby zjeść coś dobrego. W końcu, przez cały
dotychczasowy dzień podchodziliśmy stromiznami. Potrzebowaliśmy nieco
odetchnąć. Patrząc za siebie zauważyliśmy, że podstawa chmur podniosła się
ponad poziom 3500 m n.p.m. Wyglądała, jak równa, szara linia. Widzieliśmy, że pozostałe
po burzy obrzeża oparły się na ośnieżonych szczytach gór najwyższych. Stanowiły
dla nich mur nie do przebycia. Po cichu liczyłem, że deszcz nas nie złapie.
W drodze
powrotnej mogliśmy zobaczyć bardzo ciekawe zjawisko. Opad występował w postaci zbliżających
się w naszym kierunku pasów. Czasami nawet poczuliśmy wilgoć. Na szczęście
gęstniejące rzędy kropel skręcały w dolinę rzeki Enguri, a my podziwialiśmy je
z boku. Wiedząc, że chmury nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa w związku z
gorszą pogodą, spowolniliśmy krok. Przystanęliśmy nawet, aby obserwować
jednolitą ich warstwę z płaską podstawą u stóp Zachodniej Shkhary. Okolice góry
3242 m n.p.m. pomału się rozjaśniały.
KRYSZTAŁY
GÓRSKIE I ICH MOC
Największa
burza przechodząca nad szczytem bez nazwy oraz nad Ushguli ustępowała, a za
dłuższą chwilę pomału zanikała. Wyruszyliśmy dalej. Kiedy dotarliśmy do
miejsca, gdzie trawa znalazła miejsce do życia (okolice poziomic 3050-3100 m
n.p.m.) pod stopami ponownie zauważyliśmy błyszczące kryształy górskie. Jedne z
nich występowały w formie warstw wtopionych w skały, a inne leżały luzem. Zbieraliśmy
je. Widać, że w ciągu całego roku naszą trasą nie chodził nikt lub naprawdę
pojedyncze osoby, bo z łatwością wypatrywaliśmy mnóstwo pięknych kamieni,
których nikt nie podnosił. W Polsce za podobne okazy trzeba zapłacić dość sporą
sumę pieniędzy, a tutaj mieliśmy ich szeroki wybór. Kryształy na trasie
ujawniły jak działa głowa w kwestiach lęków związanych z górami. Np. podczas
wejścia na szczyt 3242 m n.p.m. i grań Podarok u Oli uwidocznił się strach
powiązany z otwartą przestrzenią. Kiedy przebywaliśmy powyżej 3100 m n.p.m.
czuła niepokój wynikający z rozległych panoram. Skąd wiedziałem, że chodzi o
lęk przestrzenny a nie wysokości? Dlatego, że zbocze z kryształami jest bardzo
szerokie, a po obu jego stronach łagodnie opadają stoki, nie tworząc żadnych
przepaści. Pomimo tego, odczuwała niewielki niepokój. Jednak na aktualnej
drodze lekka forma strachu w niczym nie przeszkadzała. Kiedy zauważyliśmy kilka
okazów, zaczęliśmy szukać tych najpiękniejszych, podobnie jak grzybów. Kiedy głowa
została zajęta przeczesywaniem terenu, Ola zauważyła, że w ogóle nie myśli o
czymś innym. Teraz jak nigdy, chodziła od jednej strony zbocza do drugiego. Działała
klasyczna zasada: ‘nie patrz w dół’. Zdziwiliśmy się jakie kamienie wypatrywaliśmy
pod naszymi stopami. Najciekawszy znalazła Ola. Był nim podwójny, sześciokątny,
czysty kryształ wtopiony we wspólną podstawę. Długo przyglądaliśmy się jemu,
ponieważ podobne widziałem jedynie na wystawach minerałów lub w sklepach pod
Mt. Blanc. Za chwilę znalazłem inny, cudny okaz. Dziesiątki mniejszych
kryształów łączyły się ze sobą na wspólnej, białej podstawie. Również go zabraliśmy.
Mieliśmy sporo czasu, dlatego nadal poszukiwaliśmy najpiękniejszych kamieni. Z
łatwością odnajdowaliśmy kolejne. Byliśmy w szoku, że dosłownie nikt ich nie
zauważył, ani nie zabrał jako naturalnej pamiątki. Z drugiej strony nie wytyczono
tędy żadnego szlaku, dlatego nie spodziewałem się, że na naszej trasie spotkamy
kogokolwiek przez cały dzień. Tylko Bioło Kepa nie rozumiał co się dzieje i
dlaczego krążymy po okolicy, nie kontynuując zejścia. Po dłuższej chwili
położył się na trawie, aby odpocząć. Kiedy stopniowo obniżaliśmy wysokość, co
chwilę podbiegał, po czym ponownie się kładł.
POWRÓT
DO DOLINY ENGURI
Po
upływie ponad czterdziestu minut nie mogliśmy znaleźć ciekawszych kryształów,
dlatego skierowaliśmy się w kierunku największej trawiastej stromizny, gdzie po
prawej stronie widniał rząd pełników. Wracając z surowego otoczenia, bardzo
dobrze było ponownie zobaczyć trawę i kwiaty. Oczy bardzo szybko przyzwyczajają
się do jednolitych, skalisto-śnieżnych powierzchni. Jednak, kiedy wstąpiliśmy
do świata wiosny, zieleń dla wzroku była zbyt intensywna. Przez dłuższą chwilę
musieliśmy się do niej przyzwyczajać. Podobny efekt miałem w Alpach Szwajcarskich,
gdzie po czterech dniach spędzonych w rejonie lodowca Monte Rosa wróciliśmy do kwitnącej
części gór. Wówczas miałem wrażenie, że kolor traw jest zbyt… „gęsty”. Nieco inna
sytuacja pokazała mi jak działa takie zjawisko. Podczas powrotu kolejką linową
z włoskiej Monte Rosy doświadczyłem odczucia związanego z atmosferą. W trakcie
szybkiego obniżania wysokości powietrze było dla nas „za mocne”, wręcz duszące.
Szybka zmiana poziomów powodowała, że w dolinie Aosty trudniej nam się
oddychało, a miało być przecież odwrotnie. Na lodowcowych szczytach jego
mniejsza gęstość przyczynia się do gorszego samopoczucia, a u nas było
odwrotnie. Wspomniany efekt osiągnęliśmy poprzez dłuższe przebywanie ponad
poziomem 4000 m n.p.m. Na szczęście, podczas aktualnej wędrówki zieleń
pojawiała się stopniowo, dlatego powoli przyzwyczajaliśmy do niej wzrok. Mając
na uwadze fakt, że trawa po lekkich opadach może być bardzo śliska, wybraliśmy
naturalną ścieżkę, przypominającą drogę polną. Z racji kształtu grani oraz
wiatrów często smagających ten fragment góry, bardziej złożona roślinność tu
nie występowała. Dla nas lepiej, bo mieliśmy bezpieczniejszą możliwość
szybkiego powrotu.
Schodząc
coraz niżej czuliśmy, że stromizna jest naprawdę duża. Uważaliśmy, aby się nie
pośliznąć, ponieważ po upadku zjazd byłby bardzo długi. Obraliśmy kierunek na
przełęcz nieleżącą w głównym ciągu grzbietu, czyli podobnie jak szliśmy do stóp
Shkhary Zachodniej. Sprawnie pokonywaliśmy tę część. W połowie drogi
wypatrzyliśmy nasze rzeczy w oddali leżące w krzakach rododendronów. Jako że
słońce przysłaniały chmury, brakowało kolorów. W końcu stanęliśmy na lokalnej przełęczy.
Odtąd mogliśmy iść łagodnie opadającą granią w stronę wcześniejszego miejsca
odpoczynku z pozostawionymi sprzętami. Z powodu wyraźnie obniżonej temperatury
powietrza oraz lekko deszczowej pogody w rejonie wioski i doliny rzeki Enguri
postanowiliśmy, że nie będziemy przygotowywać obiadu. Dłuższe przesiadywanie
bez ruchu za bardzo by nas wychłodziło. Stwierdziliśmy, że będziemy dalej
schodzić, a coś dobrego zjemy w kawiarni u Tjechnologa. Ta myśl napędzała nas
do utrzymywania równomiernego i dość rytmicznego kroku. Całkowicie zachmurzone
niebo nie pozwalało podziwiać barwnych łąk, stąd powstała decyzja o ciągłym
marszu. Widząc, jak mocno zmieniła się pogoda, tym bardziej doceniałem moje
poranne zejście do widocznego ogrodu z potokiem, głazami narzutowymi w
kształcie zębów i wielkim płatem śnieżnym z mikro kanionem. Obecnie nie mógłbym
wydobyć jego piękna na zdjęciach. Zawsze powtarzam, że do świata roślin i
krajobrazów potrzebne jest światło, a teraz go brakowało.
Będąc na
płaskim fragmencie grani szukaliśmy krzaków, gdzie pozostawiliśmy nasze rzeczy.
Szybko je odnaleźliśmy. Biołej Kepie dałem drugą połowę chleba, a my z powrotem
spakowaliśmy wszystko do plecaka. Od razu poczuliśmy ciężar na plecach. Jednak
nie na tyle, aby o nim myśleć. Ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy, że zejdziemy
tą samą drogą, co weszliśmy, ponieważ stromizna wydawała się mniejsza, co nie
oznaczało lżejsza. Pamiętaliśmy, że od samotnego krzaczka w górę, wszystkie
trzy zbocza górskie opadające równolegle względem siebie, miały ten sam ostry
kąt nachylenia. Dopiero poniżej jego poziomu stopniowo pojawiały się niewielkie
różnice. Z dużych wysokości widzieliśmy, dokąd sięgał opad deszczu. W trakcie
długiej wędrówki powrotnej zdążył zmoczyć wszystkie trawiaste stoki pochylone w
kierunku doliny rzeki Enguri. Przez cały dzień nie tylko nie spotkaliśmy nikogo,
ale również nie dostrzegliśmy żadnego turysty idącego z lodowca. Najwyraźniej
osoby mające go w planach, na widok ciężkiej burzy przechodzącej przez Ushguli
i szczyt 3242 m n.p.m. zawróciły. Tymczasem my, najgorsze przeczekaliśmy na najwyższych
dostępnych graniach, niejako obserwując „temat” z boku. Zejście z wysokiego na
około 800 m zbocza upływało nam dość szybko. Nie zjeżdżaliśmy na d*pie, jak w
drodze powrotnej z grani Podarok. Widząc, jak niszczą się przy tym spodnie,
postanowiliśmy normalnie przejść całą trasę. W końcu mieliśmy sporo czasu. Chcieliśmy
wrócić na kwaterę przed zachodem słońca. Co innego, gdybyśmy musieli dojechać
gdzieś autobusem, jak to często jest w polskich warunkach. Bioło Kepa się
ożywił. Z przodu zobaczył znane mu tereny oraz drogę, której jakiś fragment
zapewne pokonywał codziennie. Pomimo, że mógł pobiec przed siebie, towarzyszył
nam do samego końca. Gruzińskie psy są zawsze wierne. Zatrzymują się wszędzie
tam, gdzie zrobisz krótki postój na odpoczynek. Wpisywały się na stałe w
krajobraz Kaukazu. Poniżej poziomu samotnego krzaczka, Ola zaczęła zbierać
najbardziej dorodne główki rdestu wężownika, a kiedy docieraliśmy do końcowych
fragmentów zbocza, dodawała do nich kwiaty z każdego napotkanego gatunku. Z
racji obfitości miejscowego świata przyrody, bardzo szybko utworzyła kolorowy
bukiet, który zamierzała zabrać do domu i ususzyć jako pamiątkę.
Odetchnęliśmy
z ulgą, kiedy wędrowaliśmy przez pas pofałdowań. Od dłuższego czasu, bez
przerwy mieliśmy stale napięte mięśnie od ciągłego hamowania. W tym miejscu
wypatrzyliśmy wyróżniający się okaz barszczu Sosnowskiego. Pomimo niskiego
wzrostu miał bardzo grubą łodygę i jeden, ale potężny kwiat w postaci baldachu.
Do przejścia pozostał nam jeszcze kawałek podmokłych zarośli, aby móc wejść na
główną drogę do Ushguli. W trakcie schodzenia nierównym terenem z „cicinkami” z
góry wypatrywałem jedynej możliwej opcji przekroczenia gęstych krzaków. Dzięki obserwacjom
bezbłędnie obraliśmy właściwy kierunek. Po dłuższej chwili, w końcu wstąpiliśmy
na znaną nam trasę. Przed sobą mieliśmy 8 km wędrówki szlakiem wiodącym na
lodowiec, ale nie zrażała nas odległość, ponieważ maszerowaliśmy płaską drogą. Za
kilka minut przeskakiwaliśmy przez dwa potoki, będącymi stałymi fragmentami wspomnianego
odcinka. Patrząc od naszej strony, po całodniowej przygodzie, ten pierwszy miał
dla mnie szczególne znaczenie. Wiedziałem, że swój początek bierze w pięknym
ogrodzie z mnóstwem gęsto kwitnących pełników i w mniejszym stopniu zawilców
narcyzowych. Dodatkowo jego źródło znajduje się tuż za wielkim płatem śnieżnym oraz
za skałami w kształcie zębów. Teraz mogliśmy zobaczyć, jak rozlewa się na
głównej drodze, po czym wpada do rzeki Enguri. W trakcie 8-kilometrowej
wędrówki zwracaliśmy uwagę na wiele pięknych miejsc, gromad kwiatów, czy
ciekawych formacji skalnych. Wspominaliśmy również, co zobaczyliśmy na
wszystkich poprzednich trasach. Naszej uwadze nie umknęła nawet pomarańczowa
kula utworzona z dziko rosnących maków polnych przy drodze prowadzącej na
Zagaro Pass. W okolicach placu budowy zaczął padać drobny deszcz. Nie
przejmowaliśmy się nim, ponieważ wszelkie ciężkie i groźne zjawiska pogodowe już
przeminęły. Opad stanowił pozostałość po przejściu burzowego frontu kilka
godzin temu. Podczas długiego marszu doliną niebo zaskakiwało swoim wyglądem.
Nad pewną trójkątną górą powstała niewielka błękitna dziura w chmurach, przez
którą nieustannie świeciły promienie słoneczne. Resztę pokrywały jednolite
szare chmury, należące do rodzaju altostratus opacus, oznaczającego warstwę nieprzepuszczającą
światła. Powstałe „oko” utrzymywało się nieruchomo do końca dnia.
Mieliśmy
świadomość, że dzisiejszy szlak był ostatnim, dlatego tym bardziej
pogratulowaliśmy sobie nawzajem wyboru najbardziej ambitnej i zupełnie nieznanej
trasy, gdzie w trakcie powrotu zabraliśmy kilka kryształów górskich na
pamiątkę. Wzięliśmy ładniejsze okazy, przez co plecak ważył dużo więcej niż powinien.
W pokoju koniecznie musieliśmy je przesortować, a resztę ułożyć na murku wzdłuż
domu gospodarza. W miejscu, gdzie po lewej stronie widniało duże niebieskie,
niezapominajkowe zbocze, położone tuż za wzgórzem z kościołem, zrobiliśmy
zdjęcia zebranym kwiatom ułożonym w bukiet. Wyglądały bardzo pięknie, bo tworzyły
go kolorowe rośliny. Lekko padający deszcz całkowicie ustąpił. W kilku
miejscach droga mieniła się od łun światła na niebie. Odbijały się na mokrej
powierzchni. Na ostatnim zakręcie szlaku, tuż za niezapominajkowym stokiem widzieliśmy
przemoczone stado krów. Przeszliśmy pomiędzy nimi. Dotarliśmy do Ushguli. Wybraliśmy
najkrótszy odcinek do kwatery, ponieważ zależało nam na szybkiej kąpieli i
spotkaniu się na ostatniej kolacji u gospodarza. Wiedzieliśmy, że nasza wyprawa
dobiega końca, dlatego koniecznie wszyscy razem musieliśmy powspominać, co
ciekawego zobaczyliśmy, przeżyliśmy, jak wyglądały znane trasy i te wymyślone
przez nas oraz jakie są odczucia po całym wyjeździe. Jedną miałem pewność –
każdy z nas był zachwycony, a wręcz oczarowany gruzińskimi górami. One mają w sobie
coś wyjątkowego – niesamowitą przyrodę, której nigdzie indziej nie zobaczysz, a
także nieopisany spokój, gdzie nawet w środku sezonu nie uświadczysz tłumów
ludzi. Wiele z wybranych tras przechodziliśmy zupełnie sami.
SPOTKANIE
U MIRIAMA
Po szybkim rozładunku plecaków w pokoju i higienie po całodniowej wędrówce, od razu spotkaliśmy się u Tjechnologa. W trakcie przejścia do kawiarni zauważyliśmy, że chmury rozstępują się, a w wielu miejscach nawet dostrzegaliśmy fragmenty niebieskiego nieba. Na koniec mieliśmy piękny widok na Ścianę Bezingi oraz na wielki ogród złożony z kwiatów żółtej gorczycy i wysokich białych, w kształcie baldachów podagryczników pospolitych, ciągnący się aż do wzgórza z kościołem. U Miriama zamówiliśmy wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. Wiedzieliśmy, że od jutra nie będziemy mieli tego wyjątkowego klimatu, dlatego cieszyliśmy się chwilą. Każdy z nas miał smak na opiekane kartofle, słynną już sałatkę pomidorowo-ogórkową i pyszny, ziemniaczany placek z górskim serem. Tego wieczoru przesiadywaliśmy trochę dłużej, ponieważ mieliśmy sobie jeszcze wiele do opowiedzenia, wspominania i wskazania, co można było zobaczyć w kaukaskich górach. Gospodarz dołączył do nas, poczęstował winem i najzwyczajniej rozmawiał z nami w jego charakterystycznym stylu. Damianowi zaoferował podwózkę naszej grupy do Kutaisi za bardzo niską cenę 350 GEL, gdzie taksówkarze brali przynajmniej dwa razy więcej. Od razu się zgodziliśmy. Zaproponował, że jutrzejszego dnia na spokojnie wyjedziemy około godziny 10.00. Stwierdził, że tyle w zupełności wystarczy, aby zajechać do miasta i wrócić na wieczór. Po udanym spotkaniu poszliśmy do pokoju, aby spakować pozostałe rzeczy. Nie chcieliśmy mieć gonitwy o poranku. Zależało nam na dobrym śnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz