środa, 17 grudnia 2025

Gruzja - Swanetia II, cz. 8: Grań Shkhary 3400 m n.p.m., kryształowa góra

 


ROZPOZNANIE POGODY. SZYBKI WYMARSZ

Po kolejnym dniu z niepewną pogodą wstaliśmy pełni optymizmu. O godzinie 5.50 rano standardowo poszedłem w stałe miejsca kwatery, aby mieć szerszy pogląd na sytuację. W rejonie punktu widokowego 2980 m n.p.m. nie zalegały żadne chmury, a w dolinie rzeki Enguri, w kierunku Mestii, dostrzegłem tylko jeden strzępek będący pozostałością po odparowywaniu wczorajszego opadu. Najbardziej jednak zawsze ciekawiła mnie sceneria podziwiana z łazienki, bo małe okienko było zawsze otwarte, dzięki czemu miałem najlepsze spojrzenie na Ścianę Bezingi. Panorama pięknych, majestatycznych, ośnieżonych gór na tle czystego, niebieskiego nieba jak zawsze zachwycała. Wiedzieliśmy, że pozostał nam ostatni pełny dzień do wykorzystania, bo na jutro zaplanowany powrót do Kutaisi. Z tego powodu nie opóźnialiśmy wstawania i wymarszu na nową trasę, ponieważ byliśmy spragnieni gór oraz dalszych wędrówek. Trzeba przyznać, że wczorajsza pogoda zmusiła nas do chodzenia w okolicach wioski. Nie mogliśmy zrobić nic więcej. Obudziliśmy się pełni energii. Szybko zebraliśmy prowiant oraz inne rzeczy, aby jak najwcześniej zacząć. Na dzisiaj wybraliśmy ambitną drogę, bo chcieliśmy przejść nową granią, gdzie nie opracowano żadnego szlaku. Nawet nie wiedziałem jaki jest jej pełny przebieg. W czasie powrotu z grzebienia Podarok propozycję możliwego podejścia w kierunku Shkhary wymyśliła Ola. Wówczas wypatrzyła długi grzbiet ciągnący się aż do samej góry – do jej ośnieżonych, ostrych, skalistych zboczy. Jest to najdłuższa dostępna opcja, bo najpierw trzeba przejść praktycznie całą drogę do lodowca do poziomu parkingu (odcinek 8 km), po czym dalej musimy odbić w krzaki, aby później wybić ku górze, idąc w linii prostej bardzo stromym stokiem, ciągnącym się przez prawie kilometr wysokości. Wiedzieliśmy, że spośród wszystkich naszych wypraw dzisiaj będziemy mieli największy wysiłek fizyczny. Trasa szykowała jeszcze jedną niespodziankę, podobną do tej znanej z grani Podarok. Przejście głównym grzbietem oferowało niesamowity widok na linię wielu lodowców położonych na skalistych zboczach Ściany Bezingi. Mieliśmy mieć stąd pierwszoplanową panoramę na co najmniej siedem lodowców. Nie można podejść w ich rejon z racji przepaści. Dzięki nowej drodze mogliśmy podziwiać ogromne, lodowe jęzory, potęgę gór oraz doświadczyć czegoś innego.

 

Zaproponowana wędrówka zapowiadała się mocno intrygująco, ponieważ po długim marszu szlakiem na lodowiec Shkhara musieliśmy znaleźć odpowiednie wejście na wybrany przez nas odcinek. Jako że z naszej ekipy nikt wcześniej tam nie był, nawet nie wiedzieliśmy, czy dobrze pójdziemy, czy przypadkiem nie wkopiemy się w jakieś trudności terenu, których nie dostrzegłem na zdjęciach. Przebieg hipotetycznej ścieżki ułożyłem sobie w głowie na podstawie wcześniejszych wyjść w góry podczas całego wyjazdu. Przeanalizowałem fotografie z dni, kiedy podchodziliśmy pod popularny lodowiec Shkhara, wędrowaliśmy na Chubedishi, a także skorzystałem z ujęć z grani Podarok, bo stamtąd miałem zupełnie nowe spojrzenie na ostatni fragment trasy. Dla mnie liczył się każdy szczegół, żebyśmy za pierwszym razem wybrali właściwy kierunek.

 

KIEDY NA DRODZE W NIEZNANE JEST ZA DUŻO PSÓW

Wyruszyliśmy najwcześniej ze wszystkich dni, po przed godziną 7.00 rano. Słońce pomału rozświetlało dolinę, a woda z wczorajszego opadu zaczęła stopniowo odparowywać. Nad bezimienną górą 3242 m n.p.m. powstał mały strzępek chmur. Ich większa grupa pojawiła się tuż przed Ścianą Bezingi, nie przysłaniając widoku na białe szczyty. Dzięki niemu mieliśmy wrażenie, jakby była przesunięta w przestrzeni. Z łatwością mogliśmy dostrzec pewnego rodzaju warstwy nad nami oraz jak wysokie są góry. Wiedziałem, że podobne fragmenty będą przeobrażać się w cumulus humilis (chmury ciepłego, letniego dnia) lub cumulus fractus (kłębiaste chmury słonecznego, chłodniejszego dnia tuż po przejściu deszczowego frontu atmosferycznego), jeśli dojdzie do nich wiatr. Oba ich rodzaje zapowiadały ogólnie dobry początek naszej wędrówki. Jednak w górach zawsze trzeba je obserwować, czy nie zamieniają się w inne postacie, aby odpowiednio wcześniej móc rozpoznać nadchodzącą burzę lub inne zagrożenia związane z pogodą. Aktualnie panował zupełny spokój. Z tyłu głowy mieliśmy jeszcze jedną rzecz, która częściowo nas martwiła. Musieliśmy wziąć ją pod uwagę. Nie chcieliśmy zabierać ze sobą dużej gromady psów, ponieważ wytyczyliśmy najdłuższą, całkowicie nam nieznaną trasę, a w planach było gotowanie obiadu w wersji polowej gdzieś na płaskowyżu. Przy pięciu psach maszerujących z nami na górę 3242 m n.p.m. zjedzenie czegokolwiek okazało się niemożliwe. Tym bardziej, kiedy one są duże i głodne. O ile nam – ludziom – nic nie zrobią, to zażarcie walczą pomiędzy sobą o każdy kawałek pożywienia. Postanowiliśmy, że jeśli ma być jakiś pies, to tylko Bioło Kepa, bo jest spokojny i go lubiliśmy. Zauważyliśmy również, że bał się wielu innych, ponieważ wielokrotnie go pogryzły. Z poprzedniej wyprawy zapamiętam mocno poranionego od walk wielkiego, rudego kaukaza w starszym dla niego wieku. Podczas bieżących wędrówek nigdy go nie spotkaliśmy. Najwidoczniej nie przeżył w środowisku, gdzie silniejszy wygrywa i regularnie nadchodzą srogie zimy. Bioło Kepa z racji młodych lat posiadał mnóstwo sił, ale w wielu sytuacjach musiał uciekać.


Rozpoczynamy wędrówkę pięknym widokiem
 

Na ostatni dzień przyjęliśmy zupełnie inną taktykę w porównaniu do wcześniejszych wędrówek. Tym razem postanowiliśmy, że znajdziemy jakiś kij, który użyjemy do odganiania psów. Wystarczyło pomachać nim z odległości kilkudziesięciu metrów, aby te przestraszyły się lub nabrały niepewności. Plan wypalił od samego początku, ponieważ jako że wyruszaliśmy pierwsi i dopiero przecieraliśmy główną trasę na lodowiec, to „zbieraliśmy” wszystkie czworonogi w okolicy. Najbardziej obawiałem się przejścia przez teren cementowni, bo pod tymczasowymi barakami nocowały te największe. Nie chodziło o ich agresję, czy nasz lęk, a o sam fakt, żeby nie poszły z nami, bo musielibyśmy ciągnąć za sobą wózek jedzenia. Po prostu nie ma możliwości wykarmić dużych psów tym, co masz w plecaku, bo pojedynczy kaukaz za jednym razem „pochłonie” więcej niż człowiek. A co dopiero, kiedy w stadzie jest ich więcej… Woleliśmy tego nie sprawdzać. Cieszyliśmy się niesamowitym spokojem. Wystarczyło, że wyszliśmy na wielki parking położony tuż przed wzgórzem z kościołem, a od razu zaczęły biec do nas psy. Jednego rozpoznaliśmy. Wielki kaukaz o imieniu Nie Świeć, szedł z nami na górę 3242 m n.p.m. Zauważyliśmy, że Bioło Kepa być może pozostał we wiosce. Musiał spać w terenie.

 

Na parkingu znalazłem giętki korzeń rozdzielający się na dwie części. Wystarczyło, że go pokazałem, a one rezygnowały z dalszej wędrówki w naszym towarzystwie. Kolejnym miejscem było oficjalne pole kempingowe, znajdujące się po prawej stronie drogi, tuż za wioską Ushguli. Spod turystycznych przyczep przybiegły dwa inne kundle. Jednego zapamiętaliśmy z krwawej walki z Biołą Kepą. Posiadał czarną, lokowaną sierść. Dołączył do niego kolejny – brązowy – o podobnej wielkości. Im również wystarczyło pokazać korzeń, aby wróciły na swoje miejsce. Tymczasem przed nami w całości odsłoniła się Ściana Bezingi. Czyste niebo oraz świeża biel śniegu i lodowców sprawiała, że widok przyciągał jak magnes. Marzyliśmy, aby podobne warunki utrzymały się przez cały dzień, co w górach w lecie jest bardzo mało prawdopodobne. Szliśmy szybkim krokiem, ponieważ wiedzieliśmy, jak wiele pozostało nam trasy „dojściowej”. Aby rozpocząć właściwą drogę, musieliśmy przejść 8-kilometrowy szlak na lodowiec, co dawało jakieś 1h 30min lub nawet więcej. W oddali, za polem kempingowym dostrzegliśmy słynny plac budowy. Na tym odcinku wspominaliśmy wszystkie wcześniejsze osiągnięte szczyty, przechodzone trasy oraz „Gvibariana” oferującego szerokie panoramy na wszystkie strony. Ucieszyliśmy się z powodu przekroczenia granicy słońca i cienia, bo odtąd poczuliśmy nagły przypływ ciepła. Dzisiejszy poranek był bardzo rześki, prawdziwie w górskim klimacie.

 

Trasę dojściową podzieliłem na kilka fragmentów:

- odcinek Ushguli – pole kempingowe,

- odcinek pole kempingowe – plac budowy (cementownia)

- odcinek plac budowy – drewniana konstrukcja przyszłego domu tam, gdzie mieliśmy szałas

- odcinek drewniana konstrukcja chaty – wielka, płaska polana o długości 1,5 km z morzem kwiatów

- odcinek wielka, kwiecista polana – Cicinkowe Wzgórze kończące tym samym wielką polanę

- Cicinkowe Wzgórze – Trzy góry tworzące wspólny szczyt

- Trzy góry – parking w drodze na lodowiec


 
Macierzanka wczesna przy drodze prowadzącej do lodowca
 

Musieliśmy przejść wszystkie wyżej wymienione etapy, aby w ogóle móc rozpocząć wybraną przez nas trasę. Mając świadomość, że po południu z racji konwekcji przybędzie znacznie więcej chmur, utrzymywaliśmy szybkie tempo, ponieważ chcieliśmy mieć jak najszersze spojrzenie na rozległą okolicę, przebywając na jak największej wysokości. Spodziewałem się, że w późniejszych godzinach może być podobnie, jak podczas wędrówki na Gvibari, gdzie jedną część gór pokryły gęste, szare chmury. Z ostatniego dnia chcieliśmy „wycisnąć” jak najwięcej. Za polem kempingowym, zza zielonych liści wyrastających z traw podbiegł do nas Bioło Kepa. Zdziwiliśmy się, że spał „za krzaczkiem” na otwartej przestrzeni. Przygarnęliśmy go do siebie oraz pogłaskaliśmy na przywitanie. Był wiernym towarzyszem większości naszych wędrówek, dlatego teraz nie mogło go zabraknąć. Kiedy dotarliśmy do siatki odgradzającej baraki na terenie cementowni, spod nich wybiegły cztery duże psy. Dwa z nich rozpoznałem z poprzednich szlaków. Tych nie mogliśmy zabrać ze sobą, bo najzwyczajniej były za wielkie. Nie wykarmilibyśmy ich w żaden sposób i na dodatek musielibyśmy oglądać krwawe walki o każdy kęs pomiędzy nimi. Postanowiłem, że tym samym sposobem odciągnę ich uwagę. Podniesiony kij wystarczył, aby powróciły tam, skąd przyszły. Bioło Kepa wahał się, czy iść z nami, ale podszedłem bliżej, po czym pogłaskałem go na znak, że zabieramy go ze sobą. Za „cementownią” nastał spokój. Nieco dalej, po lewej stronie stały dwa kampery. Z jednego właśnie wychodził jakiś gość, aby przygotować ciepłą kawę. Miał najlepszą miejscówkę, bo w pełni mógł podziwiać wspaniałą Ścianę Bezingi. Dodatkowo o poranku szybko świeciło słońce, pozwalając mu o wczesnej porze usiąść przed samochodem. W pobliżu podziwiał rozległe, kwieciste polany. Pod kamperami spały dwa inne kundle, ale tych nie musieliśmy odganiać, ponieważ na widok kija nie starały się nawet podejść blisko nas. Raczej wolały pozostać w okolicach obu kamperów.


 
Bioło Kepa dołączył do nas
 

CISZA

Od teraz odetchnęliśmy z ulgą, bo dalej nie widzieliśmy żadnych stałych punktów, gdzie mogłyby nocować psy. Cieszyliśmy się dziką przyrodą i kwiatami łapiącymi pierwsze promienie słońca, których brakowało w ostatnich dniach. W rejonie kamperów patrzyliśmy na liczne, wspaniałe wodospady – poznane na początkowej trasie na górę 3242 m n.p.m. Uważam, że w tej części Kaukazu skaliste, pionowe, brązowe ściany skalne, gdzie potoki spływają w postaci wodospadów, a wszędzie dookoła mamy zielone, ukwiecone polany, należą do najpiękniejszych, jakie można zobaczyć. Kiedy poranna rosa dodatkowo zacznie odparowywać, widowisko jest naprawdę najwyższej klasy! Właśnie coś podobnego obecnie podziwialiśmy. Zatrzymaliśmy się nawet na krótką chwilę, aby w spokoju móc zobaczyć ten niezwykły spektakl natury. Nieco dalej przechodziliśmy obok miejsca, gdzie cztery dni temu grzaliśmy kiełbaski i fotografowałem rudego cicika na skalniaku o nazwie macierzanka wczesna. Jakże zupełnie inaczej dzisiaj wyglądał pofałdowany teren na styku dwóch lokalnych pasm górskich! Wielki, kolorowy ogród pełen kwiatów w całości oświetlało wczesne poranne słońce. O ile większość z nich nie zdążyło się otworzyć z powodu chłodu, to różowe „cicinki”, niezapominajki i częściowo jaskry ostre już teraz tworzyły wyraźne „dywany”, podobne do tych znanych z kwitnięcia krokusów w Dolinie Chochołowskiej. Z łatwością odnaleźliśmy półokrągłą skałę ze skalniakiem, a także miejsce za potokiem, gdzie poszczególne gatunki roślin tworzyły osobne gromady. Wspominaliśmy, jak tu było pięknie. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby posiedzieć w pełnym słońcu, w otoczeniu widocznego, naturalnego ogrodu. Z drugiej strony nie mieliśmy zbyt wielu dni, aby spędzać je w dolinach. Z tego samego powodu wybraliśmy nieznaną nam trasę, aby poznać coś nowego i przeżyć coś zupełnie innego. Liczyło się pełne wykorzystanie okresu, kiedy panują dobre warunki, a aktualnie właśnie takie mieliśmy. Kiedy dotarliśmy na wysokość drewnianej konstrukcji chaty, od razu wspomnieliśmy o zbudowanym przez nas szałasie. Przynajmniej mieliśmy awaryjne miejsce na wypadek ulewy. Kto wie? Może się jeszcze przyda?


Piękne rośliny i skały widzimy już od samego początku trasy
 

Po lewej stronie od naszego prowizorycznego schronienia rozciągała się zielona grań z wygniecioną w trawie ścieżką w kierunku grani Podarok. W kilka dni od jej wydeptania tymczasowy szlak stopniowo zanikał. Za linią niskich krzaków i nieregularnej roślinności spojrzeliśmy na znaną, ale jakże piękną panoramę. Przed nami widniała 1,5-kilometrowa polana pełna różnokolorowych kwiatów. Słońce na tyle ją ogrzało, że większość z nich zdążyła się otworzyć, dzięki czemu podziwialiśmy niesamowity spektakl natury. Długość wspomnianego odcinka sprawiała mi radość, ponieważ mogłem na nie patrzeć bez zbędnych postojów. Panowała zupełna cisza. Nawet nie wiał wiatr. Za nami szedł tylko jeden pies – Bioło Kepa. Z każdym krokiem przybliżaliśmy się do Ściany Bezingi. W porównaniu z panoramą z Ushguli, obecnie te same góry wydawały się większe i potężniejsze. Największe jednak wrażenie będziemy mieli, kiedy w połowie ich wysokości zawiśnie niewielki pas strzępiastych, białych chmur. Wówczas powstaje odczucie, jakbyśmy patrzyli przez trójwymiarowe warstwy utworzone przez nie, oferujące możliwość spojrzenia na to, co dzieje się w dole i na to, co widać w okolicach szczytów. Patrząc z głową wysoko zadartą ku górze, nasz mózg czasem nie wie, jak interpretować to przesunięcie w przestrzeni i jak ocenić odległość. Efekt jest niesamowity! Wielka polana z kolei dała nam możliwość wyciszenia się oraz podziwiania najpiękniejszych fragmentów Kaukazu. Na jej końcu dotarliśmy do wyróżniającego się w okolicy Cicinkowego Wzgórza. Teraz w pełni oświetlało je słońce, a rdest wężownik występował na nim wyjątkowo obficie. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy wspomnianej „górze”, aby ponownie na nią popatrzeć. Rozległa łąka kończy się przewężeniem z nieregularnie rosnącymi krzakami i brzozami. Przechodzimy tędy przez naturalną bramę, gdzie po lewej stronie mamy kilkumetrową skałę z dużym skalniakiem – macierzanką wczesną. Widok na nią jest bardzo ciekawy. Za bramą pozostały nam do przekroczenia dwa potoki, szerzej opisane w rozdziale „1. Lodowiec Shkhara”. Z łatwością odnaleźliśmy ścieżkę prowadzącą w głąb zarośli do miejsca, gdzie mogliśmy przekroczyć pierwszą wodę, korzystając z kładki w postaci pojedynczej deski. Drugi potok najzwyczajniej przeskoczyliśmy. Po przekroczeniu obu przeszkód, po lewej stronie wyłoniły się jakże znane nam strome zbocza górskie. Środkowym zjeżdżaliśmy na d***, wracając z grani Podarok. Skrajne stoki miały wystające, kilkunastometrowe zarośnięte ściany skalne, dlatego nie wybraliśmy ich podczas powrotu. Pomimo upływu trzech dni jeszcze dostrzegaliśmy niewyraźną linię pozostałą po naszym zjeździe.

 

Do początku nowej trasy do przejścia pozostał nam przedostatni odcinek szlaku dojściowego. Szliśmy tyle, aż minęliśmy wszystkie trzy strome zbocza, bo te „jedynie” umożliwiały wejście na grań Podarok. My musieliśmy pójść o rząd gór dalej. Po prawej stronie z przodu widzieliśmy drewniane chaty, będące popularnym miejscem postojowym dla turystów w drodze powrotnej z lodowca Shkhara. Można do nich dotrzeć, idąc drewnianym mostkiem nad rzeką Enguri. Patrząc na nie z dość bliskiej odległości wiedziałem, że zaraz będziemy musieli zboczyć z głównej drogi w lewo, gdzieś w zarośla. Tuż przed niewielką przeprawą na bieżąco analizowałem stromizny, aby wiedzieć którą z nich wybrać, ponieważ w pełnym świetle słonecznym mogłem dostrzec znacznie więcej. Zaletą każdej z nich był fakt, że nie posiadały małych, zarośniętych ścian skalnych. Wszystkie w całości pokrywała gęsta, wysoka trawa i morze „cicinek”, czyli rdestów wężowników. Początkowo chcieliśmy wybrać środkowe podejście, bo na całej długości miało jednakowy kąt nachylenia. Prawe znajdowało się trochę dalej, a lewe wydawało nam się najlepszą opcją. Dlaczego? Ponieważ za krótką równiną z zagajnikiem zbocze wznosiło się nieznacznie. Trasę wytyczyliśmy wzrokiem przez pofałdowany teren kierujący na nieco dłuższy stok, ale o nieco mniejszym nachyleniu. Pomimo mniejszej stromizny na początku podejścia, wyżej szybko dorównywała do pozostałych. Mniej, więcej od poziomu trochę poniżej jej połowy, w wielu miejscach trzeba było używać rąk.


 
Chociaż na zdjęciu nie widać stromizny, którą mamy do pokonania, to musimy pamiętać, że wybierając środkowe podejście pokazane na drugim obrazie, mamy aż 750 m przewyższenia do pokonania. Fotografia również nie oddaje stromizny nachylenia. Lepiej będzie nią widać na kolejnych ujęciach
 

ROZPOCZYNAMY STROME WEJŚCIE NA NIEZNANĄ GÓRĘ

Ostatecznie wybraliśmy pierwsze zbocze, bo z odcinka na lodowiec wypatrzyliśmy możliwą drogę przejścia. Wystarczyło przedrzeć się przez gęste krzaki, aby wejść na trawę, skąd mielibyśmy pełny widok na wszystkie opadające stoki. Na szczęście zarośla tworzyły niewielki pas, który szybko przekroczyliśmy. Pies podążał za nami. Teraz musieliśmy przeciąć podmokły teren. Wydawało się, jakby tędy wydeptano ścieżkę, co znacznie ułatwiało nam omijanie bagien. Dosłownie za chwilę to, co nazywaliśmy ścieżką, całkowicie zanikło. Odtąd patrzyliśmy na nietknięty świat przyrody. Czym bliżej podchodziliśmy wielkiej stromizny, tym bardziej pochyła nam się ona wydawała. Pomimo początkowo łagodnej części nogi odczuwały duży wysiłek. Wybrany przez nas stok miał bardzo ciekawą cechę. Cała jego powierzchnia wydawała się wyjątkowo równa, a dokładnie w połowie, gdzieś wysoko ponad nami, na krawędzi niewielkiego urwiska widniał pojedynczy krzak, a być może samotne drzewo, wyglądające niczym mały punkcik. Znajdowało się on aż 400 m wysokości względnej powyżej naszego poziomu. Wiedzieliśmy, że nawet, jeśli dotrzemy w jego okolice, to będziemy mieli dopiero połowę stromizny za sobą. Trudność we wchodzeniu na tę grań polegała na wędrówce przez wysokie trawy w terenie o bardzo dużym nachyleniu, co szybko męczyło stopy. W oddali, po lewej stronie, przez cały czas dostrzegaliśmy górę 3242 m n.p.m. Patrzyliśmy na jej charakterystyczny wąski, ale bardzo długi pas śniegu, ciągnący się wzdłuż jej ramion. Bioło Kepa rozglądał się za nami, ponieważ najprawdopodobniej nie znał tej trasy i sam nie wiedział, dokąd iść. Na niebie pojawiały się niewielkie małe chmury z rodzaju cumulus fractus. Są typowe dla pierwszego słonecznego dnia po większym załamaniu pogody. Odtąd obserwowałem je przez cały czas, aby wiedzieć jakie mogą nastąpić warunki w ciągu najbliższych kilku godzin.


Właściwie pokazany kąt nachylenia zbocza. Idąc tak około 700m wysokości mięśnie nóg będą mocno zmęczone. Nie ma tu żadnych schodów jak na Rysach w Tatrach

 
Bioło Kepa czekał na nas na każdym postoju. Z racji dużego nachylenia terenu musiał podskakiwać, wybijając się tylnymi łapami

 
Piękny rdest wężownik. Na całej górze występował wyjątkowo obficie
 

Nierówny teren przeszliśmy szybko. Wszędzie dookoła, w dużych ilościach rósł rdest wężownik. Pięknie zdobił okolicę. Wiedzieliśmy, że na obu sąsiednich zboczach będzie podobnie. Za zielonymi i podmokłymi fałdami, przed nami otworzyła się równomiernie nachylona przestrzeń. Odtąd miało być tylko gorzej. Chociaż na trasie nie ma żadnych trudności technicznych, to stopy szybko męczyły się od dużej stromizny. Spoglądałem w stronę wysoko rosnącego drzewka widniejącego ponad nami. Wzięliśmy je za pierwszy punkt orientacyjny w nieznanym otoczeniu. Musieliśmy do niego dotrzeć. W trakcie podchodzenia zauważyliśmy, że jesteśmy dość mocno wystawieni na widok. Skoro patrzyliśmy na kilka kilometrów drogi do lodowca i drewniane chaty położone za mostkiem na rzece Enguri, to inni mogli tak samo nas zobaczyć. Nie martwiłem się o ludzi, a o ewentualne psy, posiadające możliwość wędrówek z innymi turystami. Wystarczyło, że Bioło Kepa zaszczekałby, przywołując je, a niektóre z nich mogłyby chcieć dołączyć do nas. Pamiętaliśmy przecież szybki bieg dwóch kundli podczas wchodzenia na grań Podarok. W kilkadziesiąt sekund pokonały kilkaset metrów zbocza, nawet nie odczuwając zmęczenia. Na szczęście jeszcze nie widzieliśmy żadnych spacerowiczów przechodzących w rejonie wielkiej, kwiecistej polany. Trasa wydawała się niezwykle monotonna, bo mieliśmy do pokonania stromiznę o wysokości około 800 m, gdzie tak naprawdę dookoła nic się nie zmieniało. Potrzebowaliśmy wytrwałości, ale tej na szczęście nam nie brakowało, ponieważ cały czas wiedzieliśmy po co idziemy, utrzymując równomierne tempo.

 

W oddali patrzyliśmy na wielką grań Podarok i łąki u jej stóp. Pomimo dużych podobieństw z tamtą drogą, obecnie do góry pchała nas ciekawość. Po kilkunastu minutach dostrzegliśmy, że spory kawał nachylonego terenu jest za nami, a my spoglądaliśmy na okolicę ze sporej wysokości. Widzieliśmy szybki postęp. Zdziwiliśmy się, bo na poprzedniej wyprawie moja ekipa nie posiadała tyle sił, aby iść w podobnym terenie. Nawet rozważali zakończenie podejścia bliżej jego początku. Teraz mieliśmy zupełnie inaczej. Nikt nie myślał o dłuższym odpoczynku. Widoczny w oddali krzaczek był naszym celem i tam koniecznie musieliśmy dotrzeć. Dzięki temu, że nie zrobiliśmy ani jednej przerwy, a jedynie przystawaliśmy na kilkusekundowe postoje na złapanie oddechu, to dzięki utrzymaniu solidnego kroku dotarliśmy do jedynego drzewka na trasie. Przypominał on nieco wierzbę iwę. Rosło przy płaskim głazie pokrytym zielonymi porostami. Postanowiliśmy, że w jego okolicy zatrzymamy się na dłuższą chwilę. Pies od razu skorzystał z okazji. Zasnął na skale. Po drzemce do picia dałem mu wodę oraz kawałek gruzińskiego chleba. Pił z moich rąk. Z racji swojej budowy ciała, na tutejszym zboczu czasami podchodził, a czasami podskakiwał. Dla niego droga była bardziej męcząca, bo jego nogi i przednie łapy nie są przystosowane do dużych stromizn z powodu ich prawie jednakowej długości. Osiągnęliśmy pierwszy cel. Kolejnym motywatorem była najzwyczajniejsza ciekawość. Widzieliśmy stąd zakończenie wszystkich trzech, mocno opadających stoków. Na końcu środkowego widniały jakieś pomarańczowe rośliny. Niezależnie jaką górę wybralibyśmy na początku, to dotarlibyśmy do tego samego miejsca na ich końcu, ponieważ spinała je jedna grań. Mieliśmy świadomość, że po osiągnięciu górnego punktu mocne podejścia się nie kończą. Grzbiet nadal kierował pod górę w stronę Shkhary, a w przynajmniej dwóch miejscach miał być jeszcze bardziej pochyły niż obecnie. Mimo wszystko, myśli o trudnościach nie zajmowały naszych umysłów, bo znacznie silniej napędzała ciekawość. Chcieliśmy odkryć kolejny kawał bardzo pięknych gór. Wiadomo, że w latach poprzednich ktoś na pewno próbował podobnej drogi, ale dla nas stanowiła ona piękną przygodę. Jest bardzo niewielki odsetek ludzi, próbujący tego samego co my, ze względu na brak jej oznaczenia i jakichkolwiek opisów w internecie. Ja mam naturę twórcy, odkrywcy, wędrowca, dlatego podobne miejsca bardzo mocno mnie przyciągają. Moimi przejściami nie chwalę się w mediach społecznościowych, ponieważ te są śmieciowe i nie są mi one potrzebne. Kiedy znajdę coś nowego i interesującego, przygotowuję szczegółowy opis wraz ze zdjęciami na mojego bloga w formie przewodnika-relacji, aby inne ambitne osoby mogły z niego skorzystać.


 
Pojedynczy krzaczek, który wyznaczał połowę wysokości naszej stromizny


Przypadkowo dostrzeżony ul założony na jednym źdźble kwiatu

W pobliżu jedynego krzaczka znajdował się pojedynczy głaz. Bioło Kepa odpoczywał na nim podczas naszego postoju
 

Po dłuższej przerwie trwającej kilkanaście minut postanowiliśmy wyruszyć. Mając porównanie do poprzedniej wyprawy wiedziałem, że utrzymujemy naprawdę dobre tempo. Na dodatek posiadaliśmy zapas sił, a ciekawość robiła swoje. W głowach zadawaliśmy sobie pytanie: ‘być może uda się nam dzisiaj podziwiać góry z największej wysokości, której wcześniej nie osiągnęliśmy?’. Na Kaukazie wystarczyło przekroczyć granicę 3200 m n.p.m., a wówczas odsłaniały się liczne pasma, wywierające ogromne wrażenie. Po spakowaniu jedzenia poszliśmy przed siebie. Próbowaliśmy trawersować zbocze, aby choć trochę zniwelować nachylenie. Stopy mogły częściowo odpocząć, ponieważ raz pracowała ich zewnętrzna, a raz wewnętrzna strona. Spoglądając w dół, dostrzegliśmy pierwszych turystów idących do lodowca. Wyglądali jak małe punkciki. Towarzyszące im psy również. Nawet, gdyby teraz odezwał się Bioło Kepa, to żaden z nich nie podbiegłby tak wysoko. Można powiedzieć, że byliśmy odcięci od świata zewnętrznego. Szliśmy bezdrożami, o których nic nie wiedziałem. W trakcie dalszej wędrówki wiele razy spoglądałem w dolinę, bo mieliśmy na nią przepiękny widok. Poniżej skrzyła się rzeka Enguri, a po lewej, na wysokości lodowca Shkhara, spoglądaliśmy w kierunku dwóch dopływów wpadających do niej. Aktualnie od wody odbijały się promienie słoneczne, dlatego wyglądały jakby mocniej podświetlone. Druga połowa podejścia upływała dość szybko, ponieważ nie zwalnialiśmy kroku. Nie spieszyliśmy się, bo ciągle podziwialiśmy niesamowitą panoramę na okoliczne góry. Przekroczenie poziomu 2900 m n.p.m. dawało pierwszą możliwość zajrzenia za najbliższe lokalne pasma górskie przysłaniające kolejne szczyty. Stromizna nie ustępowała. Do samego końca miała jednakowe nachylenie i co zadziwiające, roślinność w ogóle się nie zmieniała, pomimo pokonanych 800 m wysokości. W polskich Tatrach na podobnym odcinku dostrzeglibyśmy ogromne różnice. Tutaj niezmiennie występowała gęsta trawa i morze rdestów wężowników nazywanych przez nas „cicinkami”.


  
Spoglądamy w głąb Doliny Enguri i na błyszczącą rzekę
 

Mając osiągniętą sporą wysokość względną, czyli tą liczoną od podstawy góry, po lewej stronie podziwialiśmy odsłoniętą górę 3242 m n.p.m. – jakże nam znaną z początków naszego wyjazdu. Teraz wydawała się taka zielona. Jedynie w okolicach szczytowych zalegało trochę śniegu. Pomimo dużej odległości wypatrywaliśmy ledwo wydeptaną ścieżkę pozostawioną za nami. Wzrokiem rysowaliśmy jej dalszy przebieg. Po około półtorej godziny dotarliśmy na koniec rozciągłego i bardzo stromego zbocza, „łamiącego” psychikę osób nieprzyzwyczajonych do długich wędrówek. W końcu po prawej stronie mieliśmy szersze spojrzenie na sytuację. Dokładnie mogliśmy popatrzeć na miejsce, gdzie łączą się trzy bardzo podobne, o mocnym kącie nachylenia górskie stoki. Na początku chcieliśmy się zatrzymać, jak tylko ukończymy najbardziej uciążliwą stromiznę, ale postanowiliśmy, że przerwę zrobimy w znacznie lepszym punkcie. Zaplanowaliśmy nieco dłuższy marsz wzdłuż jedynej widocznej grani przed nami. Wspomniany grzbiet łączył wszystkie zbocza w całość. Pomimo, że z poziomu doliny rzeki Enguri wyglądały na bardzo wysokie, za którymi nie znajduje się nic, to aktualnie mogliśmy zobaczyć, że tak naprawdę nieznana trasa dopiero rozpoczyna się przed nami... Po drodze czekało na nas kilka bardzo mocno nachylonych podejść oraz lokalnych gór wchodzących w skład głównego ramienia grani Shkhary. Mając świadomość ile czasu nam zajmie wybrany szlak, byliśmy dobrze przygotowani na tę wędrówkę. W oddali podziwialiśmy jedną z najpiękniejszych panoram na Ścianę Bezingi. Pomimo przebycia dotychczasowego fragmentu szlaku nadal mieliśmy piękne, z niewielką ilością chmur błękitne niebo. Rejon ośnieżonych szczytów wciąż cieszył pełną przejrzystością. Z naszej perspektywy tworzyły one wielką białą ścianę, gdzie nagle rozpoczynała się zieleń. Dodatkowo w tle patrzyliśmy na dwa większe lodowce, dające początek górskim rzekom wpływającym do Enguri. Widok należał do bardzo pięknych. Stojąc na grani, pies odetchnął z ulgą, po czym od razu położył się na trawie. Nawet on czuł wielką stromiznę w nogach. Musiał odpocząć. Na razie otrzymał drugą okazję do dłuższego odpoczynku.


  
Widoki po osiągnięciu grani stromego podejścia, w miejscu, gdzie łączą się trzy szczyty. 

1. Widok na Ścianę Bezingi

2. Bioło Kepa idzie na pierwszy płaski kawałek dzisiejszej wędrówki

3. Góra 3242 m n.p.m. z jej charakterystycznymi białymi, śnieżnymi pasami w okolicach szczytu

 

Postanowiliśmy iść przez kilkanaście minut, aż dotrzemy do płaskiego terenu, gdzie przed nami będzie widniał kolejny wierzchołek z dużymi pochyłościami. Pies ochoczo ruszył za nami. W okolicach góry 3242 m n.p.m. zauważyłem większą ilość niewielkich, sunących cumulus fractus (rozwiewane kłębiaste chmury słonecznego, ale chłodnego dnia, po przejściu frontu atmosferycznego). Jednak niebo nie wyglądało na czyste. Przybierało nawet żółtawy odcień. Na razie nic nie zapowiadało opadów, a my mogliśmy cieszyć się wspaniałymi krajobrazami dookoła. Z każdej strony dostrzegaliśmy coś niezwykłego. Idąc głównym ciągiem wyznaczonej trasy, z przodu mieliśmy majestatyczną Ścianę Bezingi, choć jeszcze nie na pierwszym planie, ponieważ przysłaniało je przedłużenie ramienia grani Shkhary. Właśnie tam zamierzaliśmy dotrzeć – do poziomicy 3400 m n.p.m. Po lewej patrzyliśmy na nieco oddaloną górę Kareta 3524 m n.p.m. Częściowo przysłaniał ją grzbiet Podaroka 3682 m n.p.m. Wyglądał jak potężne usypisko kamieni przysypane śniegiem w okolicach jego wierzchołka. Teraz mogliśmy prześledzić, jak przebiegała nasza trasa trzy dni temu. W głębi doliny wypatrzyliśmy górną część wioski Ushguli. Nieco bardziej na prawo i znacznie powyżej widzieliśmy górę, będącą drugim celem naszej gruzińskiej wyprawy. Po prawej spoglądaliśmy na rozciągłą grań, rozpoczynającą się punktem widokowym 2980 m n.p.m. Ponownie mieliśmy dobrą okazję do przejrzenia przebiegu całego szlaku w jego kierunku i dalej – w stronę Chubedishi. Idąc grzbietem zauważyliśmy, że pomimo sporej wysokości nadal mamy bujną i gęstą roślinność. Teren przed nami porastały trawy i ciemiężyca zielona. Na razie formowała grube liście, dlatego nazywaliśmy ją „kapustą”. Wędrując nieznacznie nachyloną polaną położoną na skalistym garbie, szliśmy tak przez kilkanaście minut. Pomimo ciągłego marszu odczuwaliśmy ulgę, bo dotychczas było znacznie ciężej.

 

ODPOCZYNEK NA GRANI

Podchodząc coraz wyżej, dotarliśmy do ciekawej łąki. Uznaliśmy ją za idealne miejsce na odpoczynek. Zdziwiłem się, kiedy zobaczyliśmy, że zegarek wskazuje 10.30. To oznaczało, że mieliśmy naprawdę dobry czas. Szliśmy znacznie szybciej niż książkowe 300 m wysokości/godzinę. Podobny przelicznik jest stosowany w polskich górach do oceniania, ile zajmie nam przejście danego szlaku. W Gruzji przekraczaliśmy tę normę. Być może z powodu dużej stromizny, jaką pokonywaliśmy w linii prostej. Dopiero za samotnym krzaczkiem, czyli od połowy zbocza, zaczęliśmy trawersować niektóre jej fragmenty. Od momentu wyjścia z wioski w przybliżeniu szliśmy od trzech i pół godziny. Półtorej godziny zajęło nam przejście drogi do lodowca. Około dwie godziny poświęciliśmy na pokonanie długiego i mocno nachylonego stoku wraz z krótkim odcinkiem grani, którą aktualnie wędrowaliśmy. Do tego czasu musieliśmy doliczyć kilkunastominutowy odpoczynek pod drzewkiem. Podchodziliśmy naprawdę mocnym krokiem, co bardzo mnie zdziwiło. Kiedy Ola zapytała, czy mamy dobry czas, odpowiedziałem: ‘tak, bardzo dobry’. Z tego powodu postanowiliśmy nieco odpocząć przed kolejnym nachylonym garbem, zdającym się być trudniejszym w porównaniu do stoku, jaki przed chwilą pozostawiliśmy za sobą. Czasami zastanawiałem się, czy będziemy ujeżdżać, gdyby w jego okolicach nie odparowała poranna rosa po wczorajszych opadach. W drodze do miejsca na wyczekiwaną przerwę po prawej stronie minęliśmy pomarańczowy punkt. Widzieliśmy go od samego dołu. Wieńczył on środkową górę, którą początkowo braliśmy za najlepszą opcję. Pomarańczowy, a raczej jasnobrązowy kolor dawało osuwisko ziemi. Teraz mogliśmy popatrzeć na nie z odległości dosłownie kilku metrów. Przystanęliśmy na płaskim fragmencie trawiastego grzbietu. Znaleźliśmy przynajmniej dwa powody, dlaczego warto zatrzymać się na okolicznej polanie. Po pierwsze, od ponad dwóch godzin w końcu mogliśmy stanąć na płaskim terenie, co z pewnością było wielką ulgą dla stóp. Mogliśmy zdjąć ciężkie buty górskie i dać im odpocząć. Jedynie przydałby się zimny potok, aby je schłodzić i niejako „zresetować”. Po drugie, nieco poniżej zauważyłem rozległy, niesamowity ogród pełen kwiatów. Głównie tworzyły go pełniki altaicus oraz w mniejszym stopniu zawilce narcyzowe. Kiedy obie rośliny opanowują jakąś powierzchnię, zawsze mamy wspaniałe widowisko. Dlaczego tak? Ponieważ zazwyczaj występują w miejscach, gdzie nie utworzono żadnej ścieżki oraz porastają bardzo licznie zielony kawałek terenu wciśnięty pomiędzy wysokie góry, gdzie w pobliżu płynie potok. Obecnie działała ta sama zasada. Na bujnej łące zostaliśmy na dłużej.


Polana, którą wypatrzyłem tuż pod granią, na której się zatrzymaliśmy

ZEJŚCIE DO NIEZWYKŁEGO OGRODU PEŁNIKÓW ALTAICUS I ZAWILCÓW NARCYZOWYCH. ŚNIEŻNY MIKRO KANION

Z powodu niepowtarzalnego kawałka terenu nie zamierzałem wygodnie siedzieć na trawie, bo wspomniane kolonie kwiatów zawsze mnie przyciągały jak magnes. W głowie planowałem, jak się do nich dostać, ponieważ chciałem zobaczyć je z bliska, a także mieć możliwość sfotografowania największych zgromadzeń pełników i zawilców. Kiedy się zatrzymaliśmy, od razu zrzuciliśmy plecaki na ziemię, wyjęliśmy zimne izotoniki oraz ciastka, żeby uzupełnić kalorie. Bioło Kepa również dostał porcję jedzenia. Dałem mu duży kawał gruzińskiego chleba. Zajadał go łapczywie. Za chwilę nasze rzeczy były rozrzucone w najbliższej okolicy, a Ola i pies spali na trawie. Oboje zasnęli bardzo szybko. Bioło Kepa dosłownie padł na lewy bok. Jedynie zdążyłem powiedzieć, że idę w okolice ogrodu, bo bardzo mnie ciekawił i koniecznie chciałem tam być. Teraz miałem czas na wędrówkę w kwiatach. Zacienioną, północną grań w całości opanowały różaneczniki kaukaskie. Z racji sporej wysokości, większość z nich dopiero miała zakwitnąć, podczas gdy na górze Gvibari wszystkie jednocześnie cieszyły oczy swoimi beżowymi płatkami. Tamtejszy widok należał do niezwykłych.

 

Szukałem możliwej drogi zejścia do lokalnej doliny górskiego strumienia, gdzie znajdował się wspomniany ogród. Jak później mogłem zobaczyć płynąca woda, biorąca swój początek z ziemi, gdzie jej źródło pokrywała gruba warstwa śniegu, była tym samym potokiem, który przeskakiwaliśmy w drodze na lodowiec. Teraz mogłem sprawdzić skąd wypływa. Patrząc od strony wioski Ushguli, ten był drugą przeszkodą jaką pokonywaliśmy w zaroślach przy pomocy kładki z pojedynczej deski, korzystając z wydeptanej ścieżki do najwęższego punktu w okolicy. Fajnie było mieć tę świadomość, że potok w drodze na lodowiec miał swój początek bardzo wysoko i na dodatek w tak wyjątkowym miejscu. W celu odszukania właściwej drogi zejścia do lokalnej doliny musiałem podejść naszą granią nieco dalej, a dopiero później skręcić na stromo opadające, kilkumetrowe zbocze. Tam dojrzałem przewężenie w rododendronach oraz ich stopniowy zanik wraz z wysokością. Kiedy zszedłem poniżej ich poziomu, rozpocząłem schodzenie aż do źródła. Dość znacznie obniżałem wysokość, ponieważ w drodze do niego wytraciłem około 30 m w pionie. Patrzyłem na główny grzbiet, którym przyszliśmy. Gdzieś wysoko dostrzegłem punkt, gdzie odpoczywaliśmy. Przede mną otwierało się wielkie morze kwiatów. Ale tu było pięknie! Widoczna przestrzeń miała swój niepowtarzalny urok, bo ograniczające ją góry z przodu wchodziły w skład głównej linii grani Podarok. Jej przedłużenie stanowiło ośnieżone ramię łączące się ze Shkharą Zachodnią 5069 m n.p.m. Poniżej widniała powoli opadająca zielona dolina, będąca po środku przecięta nieznanym strumieniem. Odtąd miałem świadomość, że wody wypływające z tutejszego płatu śnieżnego spływają aż do rzeki Enguri w rejonie drewnianego mostku w pobliżu dwóch chat. Przed nim przekracza się dwa potoki. Drugi z nich jest kontynuacją wspomnianych wód. Trzeba przyznać, że okolice za źródłem zostały wyjątkowo ozdobione przez naturę. Na środku zagłębienia leżał duży, samotny głaz narzutowy o ściętych krawędziach. Za nim znajdował się rozległy płat śniegu, za którym mogłem dostrzec jego początek. Wszędzie dookoła bardzo obficie kwitły pełniki altaicus. W pobliżu leżały dwa inne głazy. Te z kolei, wyglądały jak duże zęby wystające z ziemi. Ograniczały one ogród we wschodnim kierunku. Dobrze, że podszedłem w ich kierunku, ponieważ miałem stąd pełny widok na dalszy odcinek dzisiejszej trasy. Mogłem dokładnie się przyjrzeć kolejnym stromiznom i przebiegowi widocznej grani.


  
Szybko znalazłem zejście do polany z kwiatami
 

Na miejscu wybierałem najbardziej gęste skupiska pełników. Zrobiłem im wiele ujęć w trybie makro, aby pokazać ich piękno oraz jak wielkie pokrywają przestrzenie. Zajmowały każdy minimalnie podmokły teren. Wilgoci w okolicy nie brakowało. Zawilce narcyzowe nie konkurowały z nimi o najlepsze mokradła. Raczej utworzyły wąski, ale długi pas wzdłuż grani, którą przyszliśmy. Wybrały obszar, gdzie słońce o poranku do nich nie dociera. Czy lubią podobne warunki? Trudno powiedzieć, bo pomiędzy szczytem 3242 m n.p.m. a Karetą 3524 m n.p.m. znajduje się inna góra o wysokości 3106 m n.p.m., nieposiadająca nazwy własnej, będąca w całości wystawiona na działanie promieni słonecznych, gdzie ze wszystkich stron – od jej stóp, aż do poziomu 2950 m n.p.m. owe kwiaty ją opanowały, nie pozostawiając miejsca dla innych roślin (specjalnie podaję wysokości bezwzględne wszystkich wierzchołków, ponieważ bardziej zainteresowana osoba może sobie odszukać omawiane punkty i dokładnie sprawdzić na mapie ich położenie). Na wspomnianym szczycie jest tylko jeden mały fragment, gdzie rośnie wąski pas pełników. Z łatwością dostrzeżemy go w drodze zejściowej z bezimiennej góry 3242 m n.p.m. Po dłuższym fotografowaniu kwiatów, postanowiłem podejść do wielkiego, białego płatu śnieżnego, bo wyraźnie kontrastował z resztą otoczenia. Wszędzie dookoła, w najlepsze trwała pełnia wiosny, ale jeszcze znalazłem obszary, gdzie zalegały duże masy mokrego, topniejącego śniegu. Pobliski płat miał dwie szczególne właściwości. W pewnym miejscu, pod jego powierzchnią płynął mały strumień. Spływające wody wyżłobiły coś na wzór kanionu o głębokości około 60-70 cm. Wewnętrzne ściany posiadały zaokrąglone kształty, a krawędzie tworzyły mikro urwiska. W niektórych miejscach wypatrzyłem mosty śnieżne pomiędzy przeciwległymi ścianami. Wyglądały niesamowicie!


     
Takie skupiska pełników ciągnęły się na setki metrów w każdym kierunku!

   
Śnieżny mikro kanion
 

Drugą jego cechą była wyraźnie widoczna walka wiosny z zimą. Pomimo braku światła, na gołej ziemi wewnątrz małego kanionu wyrastały nowe pełniki w postaci kiełków. Pomiędzy bielą a roślinami, nie dostrzegłem żadnego płynnego przejścia. Punkt styku kwiatów i śniegu wyglądał jakby wiosna mocno się opóźniała, a teraz bardzo szybko próbowała nadrabiać zaległości. Podobna historia miała miejsce na obrzeżach płatu. Tam również nie dostrzegłem formy przejściowej pomiędzy światem zimy i zieleni. Przy jego krawędzi rosła trawa oraz pełniki szykujące się do rozkwitu. Takie rzeczy mogłem zaobserwować jedynie w innych partiach gór Kaukazu. W polskich Tatrach nie spotkałem się z niczym podobnym, ponieważ długo zalegające, częściowo zlodowaciałe, białe płaty umiejscowione są w kamienistych żlebach, stąd nie mamy okazji, aby sprawdzić, czy odwieczna „wojna” wiosny i zimy w polskich warunkach wyglądała by tak samo. Kiedy nacieszyłem oczy najgęstszymi „dywanami” pełników, śnieżną przestrzenią w środku wiosny, lokalnym, niesamowitym mikro kanionem z naturalnymi mostkami oraz wielkimi głazami narzutowymi, podszedłem do białego pasa zawilców narcyzowych. Wyróżniały się swoim pięknem, bo liczne kwiaty tworzyły dużą formację widoczną nawet z daleka. Każdy kawałek ziemi, gdzie występuje ogromne nagromadzenie kwitnących roślin przyciąga jak magnes. Nie wyobrażałem sobie, aby nie zejść do pobliskiej doliny. Od razu przypomniała mi się wędrówka na grań Podarok, gdzie w drodze powrotnej wybraliśmy pozaszlakową trasę. Nie znając terenu, na bieżąco wymyślaliśmy możliwą drogę przejścia. Właśnie tam trafiliśmy na podobny ogród, gdzie wśród licznych, wielkich głazów kwitło morze pełników i zawilców narcyzowych. Oba gatunki kwiatów przenikały się wzajemnie. Chociaż tutaj nie mogłem obserwować płynnego przejścia bieli w żółć, to rośliny niezmiennie zachwycały.


     
Piękne głazy narzutowe na terenie wielkiej polany

Przepiękne pełniki altaicus

       
Jeszcze jedno spojrzenie na morza kwiatów. Biały pas roślin to zawilec narcyzowy
 

POWRÓT NA GRAŃ. KOLEJNA STROMIZNA

Wiedziałem, że w dolinie spędziłem dość sporo czasu, dlatego pomału musiałem już wracać. Popatrzyłem na strome zbocze głównego grzbietu prowadzącego do celu. Pomimo dużej wysokości, gdzieś po prawej stronie dostrzegłem wąski, trawiasty przesmyk pomiędzy krzakami różaneczników. Skorzystałem z widocznego skrótu. Tylko w jednym miejscu musiałem stanąć na gałęziach. Dzięki nowej drodze znacznie szybciej wróciłem na grań. Dołączyłem do ekipy. Ola powiedziała, że kiedy się przebudziła, widziała mnie w zagłębieniu z kwiatami. Jeszcze przez chwilę siedzieliśmy na trawie, aby nabrać sił. Pomału przygotowywaliśmy się do wyjścia na dalszy etap nieznanej trasy. Z naturalnego ogrodu w szczególności zapamiętałem spojrzenie w kierunku ramienia Shkhary. W głowie miałem obraz przebiegu pozostałej części grzbietu. Stamtąd mogłem go obejrzeć bardziej dokładnie, ponieważ każdy odcinek był odsłonięty. Z miejsca odpoczynku nie mieliśmy tak dobrego poglądu na sytuację. Widzieliśmy stąd jedynie najbliższą, trawiasto-kwiecistą stromiznę. Według mnie, miała największy kąt nachylenia. Z naszej perspektywy wyglądała jak ściana. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że gdy podejdziemy bliżej, zobaczymy jej prawdziwy kształt. Większość drogi przeszliśmy, dlatego postanowiliśmy, że nie zabierzemy wszystkich sprzętów. Jako że na grani rosło mnóstwo rododendronów, ukryliśmy w nich kilka niepotrzebnych rzeczy na ostatni etap wędrówki. Zostawiliśmy puste butelki po izotonikach, jeden plecak, kartusz gazowy, kubek, kuchenkę i jedzenie, które zamierzaliśmy na niej przygotować. Zakładaliśmy, że w drodze powrotnej, kiedy będziemy głodni, zrobimy porządną przerwę na obiad.

 

Nad górą 3242 m n.p.m. przybyło nieco chmur. Podobnie w okolicach Ściany Bezingi. Wiedziałem, że odtąd będą gęstnieć. Popołudniowa pora robiła swoje. W górach w sezonie letnim standardem jest konwekcja przyspieszająca ich powstawanie, dlatego z każdą następną godziną spodziewałem się coraz mniejszych ilości promieni słonecznych. Widoczność na Ścianę Bezingi miała być szybko ograniczana. Mimo wszystko, dopóki nie trafialiśmy na trudne warunki, warto było iść przed siebie. Aktualnie nadal większa część nieba była wolna od chmur, dzięki czemu podziwialiśmy góry Kaukazu. Patrzyliśmy na rozległą przestrzeń we wszystkich kierunkach. Jedynie grań Podarok przysłaniała dalszą panoramę. Możliwość oglądania jej z innej perspektywy bardzo cieszyła, bo mieliśmy świadomość, że dotarliśmy na jej wierzchołek. Od południowo-wschodniej strony pokrywały ją zielone trawy, a wyżej tworzyła wielkie usypisko z drobnych, jasnobrązowych kamieni. Pozostawione rzeczy w krzakach przykryliśmy pokrowcem przeciwdeszczowym, aby w razie zmiany pogody je zabezpieczyć. Odczułem, że mam o wiele lżejszy plecak. Podjęliśmy słuszną decyzję, bo na kolejnych stromiznach mogliśmy podchodzić szybciej i sprawniej. Zabraliśmy jedynie, to co potrzebne. Mieliśmy ze sobą czapki i rękawiczki, ponieważ spodziewałem się „wygwizdowa”, czyli silnych podmuchów zimnego wiatru z powodu dużej ekspozycji skalistego ramienia Shkhary nad lodowcową doliną. Dzięki najbardziej wysuniętemu grzbietowi na wschód korzystaliśmy z możliwości wędrówki w najbliższych okolicach Ściany Bezingi. Zapewniała pierwszoplanowe widoki na kilka dużych lodowców. Tak wyglądał dalszy plan na dziś. Po długiej przerwie wyruszyliśmy niespiesznym krokiem. Szliśmy cały czas przed siebie, gdzie jedyna grań automatycznie wyznaczała właściwą drogę. Po około 10 min dotarliśmy do największego nachylenia terenu. Tworzyło ją bardzo mocno pochyłe zbocze, w pełni pokryte trawą. Po lewej stronie kwitło mnóstwo pełników zdobiących okolicę. Kiedy tylko zaczęliśmy podchodzić, od razu zauważyliśmy, że jest bardziej strome niż te, którym szliśmy z doliny rzeki Enguri. Musieliśmy bardziej uważać jak stawiamy kroki, bo pomimo sielankowej scenerii ewentualny poślizg mógł oznaczać niekontrolowany zjazd w kierunku trawiastego kotła. Zatrzymywaliśmy się wiele razy, bo trudniej było nam złapać oddech. Środkowa część wzniesienia przypominała szeroką drogę polną, jakby kiedyś jeździły tędy samochody. Oczywiście nigdy ich tam nie było, bo zbyt mocno opadające stoki z każdej strony nie pozwalały nawet na dojazd w tutejsze okolice. Nie wspominając już o wjeździe na samą górę. Ewentualny wyczyn należał do niemożliwych. Idąc coraz wyżej, musieliśmy podpierać się rękoma od połowy podejścia.


 
Pogoda nieco się zmienia, ale mimo wszystko mamy piękne widoki
 

SUROWY ŚWIAT

Odbiliśmy nieco w prawo, aby ominąć największą ekspozycję. Chociaż na grani nie ma urwisk ani przepaści takich jak w Tatrach, to po lewej stronie widniało bardzo długie trawiaste zbocze, gdzie niekontrolowany zjazd mógł być krytyczny. Koniecznie chcieliśmy uniknąć tej możliwość. Zmieniając kierunek, dorównywaliśmy do głównego ciągu grzbietu. Aktualnie pokonywane wzniesienie było nieco przesunięte względem głównej osi grani, stąd musieliśmy korygować nowo wytyczaną ścieżkę. Pomimo dużego wysiłku, dość szybko weszliśmy na jego szczyt. Staliśmy na wysokości 3060 m n.p.m. Teraz nogi mogły odpocząć. Odtąd zupełnie zmieniał się świat. Zielone trawy zanikały, a z przodu widniał grzbiet pokryty drobnymi, płaskimi kamieniami, podobnymi do tych z Podaroka. Zaczął wiać chłodniejszy wiatr. Na szczęście zabraliśmy dodatkowy polar i kurtkę, aby mieć komfort termiczny nawet w zimowych warunkach. Sięgnęliśmy po czapki. Zauważyliśmy, że na niebie przybyło chmur, ale nadal mieliśmy szerokie pole widzenia we wszystkich kierunkach. Po lewej stronie przed nami, patrzyłem na ostatni punkt zaplanowanej na dziś trasy. Powyżej poziomicy 3350 m n.p.m. jasnobrązowe ramię Shkhary pokryte drobnymi kamieniami zamieniało barwę na czarną. Oba odcienie oddzielała równa granica jakby narysowana od linijki. Wyglądała dziwnie, a także budziła grozę. Zanim jednak mieliśmy do niej dotrzeć, gdzieś w połowie widniała duża szczerbina o największym nachyleniu terenu. Luźno leżące kamienie nie były związane z podłożem. Musieliśmy „jedynie” pokonać te utrudnienia. Stwierdziliśmy, że stromizna jest jeszcze większa od poprzedniej. Wiedzieliśmy, że ewentualny poślizg spowodowałby pewny zjazd w stronę lokalnej przełęczy. Z drugiej strony nie mogliśmy tego wiedzieć na 100%, dopóki sami nie dotarliśmy do omawianego punktu. Zawsze istniała możliwość powrotu w razie zbyt dużego niebezpieczeństwa. Nie robiliśmy nic na siłę. Kierował nami rozsądek, ale także chęć poznawania czegoś nowego oraz najzwyczajniejsza ciekawość świata.


Ostra grań, która została nam do przejścia

   
Świat dookoła staje się coraz bardziej surowy

 Po wejściu na wierzchołek lokalnego trawiastego zbocza, wchodzącego w skład głównej grani, obraliśmy następny kierunek. Spoglądaliśmy na powoli wznoszący się kamienisty stok. Pomiędzy oboma pośrednimi szczytami przechodziliśmy szerokim, prawie płaskim zagłębieniem. W wielu miejscach wypatrzyliśmy małe skalniaki w postaci drobnych białych kwiatuszków rosnących na zielonym mchu. Wyglądały przepięknie na tle surowych skalistych gór. Przyspieszyliśmy tempo, ponieważ z racji mniejszych ciężarów w plecaku było nam o wiele łatwiej iść przed siebie. Długo wznoszące się zbocze pokonywaliśmy praktycznie bez odpoczynku. Stawialiśmy rytmiczne kroki, dzięki czemu dość szybko osiągnęliśmy jego wierzchołek. Kiedy spojrzeliśmy za siebie dostrzegliśmy, że na niebie przybyło znacznie więcej chmur. W wielu miejscach pojawiały się pasy kryształów górskich zatopionych w skałach. Niecodziennie można znaleźć takie cuda. Coś podobnego mieliśmy tylko na odcinku punkt widokowy 2980 m n.p.m. – Chubedishi 3015 m n.p.m. Tam również jest wiele fragmentów, gdzie można zobaczyć nawet kilkumetrowe warstwy kryształów w ziemistym podłożu.


Ostatni zielony punkt na trasie. Później przebiliśmy podstawę chmur, przez co utraciliśmy widoczność

 
Delikatne, ale jakże piękne kwiatuszki spotkane w miejscu, gdzie nic innego nie rosło na tej wysokości. Takie małe "wysepki" zieleni tworzą swój mikroklimat, dlatego w Polsce podobne miejsca są chronione
 

DOCIERAMY DO NAJWYŻSZEGO PUNKTU CAŁEGO WYJAZDU – 3264 m n.p.m. LODOWCE I DWIE BURZE

Szczyt kamienistego wzniesienia znajdował się na poziomie 3264 m n.p.m. Dotarliśmy do bardzo ciekawego miejsca, ponieważ aby przejść dalej, po raz pierwszy od samego początku trasy najpierw musieliśmy obniżyć poziom, żeby móc następnie rozpocząć podejście najbardziej stromym i kamienistym zboczem. Staliśmy tuż przed szczerbiną, której najbardziej się obawialiśmy. Miałem wielkie chęci, aby pokonać ten fragment, bo bardzo chciałem zobaczyć tajemniczą granicę oddzielającą jasny brąz od czerni. Zanim jednak poszliśmy dalej, zrobiliśmy dłuższą przerwę, aby nabrać sił oraz obserwować pogodę. W czasie odpoczynku patrzyliśmy na jeden z najciekawszych widoków – cztery duże lodowce na raz! Chmury jeszcze nie zdążyły zakryć słońca, dlatego robiłem im zdjęcia, póki były oświetlone. Siedząc za wystającą skałą częściowo schroniliśmy się przed zimnym wiatrem. Podziwialiśmy lodowce, będące na pierwszym planie. Bliżej nie mogliśmy podejść, bo za wybranym miejscem na postój grań opadała bardzo strono, tworząc przepaść. Pierwszy lodowiec składał się z licznych, dużych białych fragmentów. Tworzył charakterystyczny jęzor, o jakim uczyliśmy się w podstawówce na lekcjach geografii. Drugi z nich wyglądał potężnie, bo przyjmował podobny kształt, z którego wiele fragmentów lodu zdążyło odpaść w postaci luźnych seraków. Serak to nic innego, jak wielka bryła lodu wisząca na krawędzi lodowca lub w jego części, grożąc oberwaniem. Najbardziej zaciekawił mnie fakt, na jakim podłożu on powstał. Dosłownie leżał na ogromnych, matowych, jakby wygładzonych skałach, mających znacznie większe rozmiary niż on sam. Ich ogrom robił wielkie wrażenie! Za nim niejako „spływały” trzy mniejsze lodowczyki, układające się w stożki przypominające swoją formą kształt chmur cirrus spissatus (dla zainteresowanych proponuje wpisać to hasło w wyszukiwarkę, aby zobaczyć o czym jest mowa). Nieco dalej widniało kolejne duże zagłębienie wypełnione brudnym lodem. W jego wyższych partiach zalegał świeży, biały śnieg. W niżej położonej części trzy małe lodowczyki łączyły się nie tylko ze sobą, ale również z innym, położonym w głębi jęzorem. Po jego prawej stronie przebiegała bardzo ciekawa grań. Jej połowę pokrywały surowe skały, a drugą – zielone trawy. Ten naturalny mur oddzielał wspomniany wcześniej lodowiec od najszerszego koryta, gdzie mieścił się czwarty – ostatni. Tyle, że z naszego punktu obserwacyjnego mogliśmy dostrzec jedynie jego malutką część, ponieważ przysłaniały go inne skały. Poniżej jego poziomu znajdowała się wielka, płaska, ciemnobrązowa równina z wieloma roztopowymi stawkami, skąd z kolei wypływała górska rzeka, łącząca się w dolinie z Enguri. Spojrzenie w kierunku tak niedostępnego terenu pobudzało wyobraźnię.


           
Surowy i groźnie wyglądający świat lodowców
 

Szukając innych formacji w okolicy, zauważyłem jeszcze jeden intrygujący szczegół. Patrząc w linii prostej głęboko w dół, mocno poniżej dostrzegliśmy jakże znany nam lodowiec Shkhara, który odwiedziliśmy pierwszego dnia. Zobaczyliśmy jego zaledwie mały fragment, a dokładniej – prawy górny kawałek popękanej ściany. Jednak nie ten fakt przyciągał naszą uwagę. Ponad jej poziomem znajdował się niewidoczny z oficjalnego szlaku szmaragdowy staw. Aby go zobaczyć trzeba by było wspiąć się po niestabilnej powierzchni na nią, co jest bardzo niebezpieczne ze względu na luźne, niezwiązane z podłożem kamienie, głazy i inne odłamki. W ciągu dnia, w jej rejonie, w zupełnie niekontrolowany sposób spadają kamienie. Z naszej perspektywy mogliśmy zobaczyć, że ściana wydająca się z poziomu szlaku jak ogromna tama, teraz jest najmniejszym punktem w najbliższym otoczeniu! Jest tak mała, że dosłownie „ginie” na tle innych lodowców, potężnego koryta czy skalistych szczytów. Spoglądając za siebie, mieliśmy widok na grań częściowo ostrą jak brzytwa, prowadzącą w kierunku Shkhary. W wersji trekkingowej pozwalała dotrzeć do wysokości około 3400 m n.p.m. Później byłyby wymagane umiejętności wspinaczkowe. Gęste chmury sunęły po krawędzi ostatniego fragmentu omawianego grzbietu – na styku czarnych skał i białego śniegu, gdzie Zachodnia Shkhara wznosiła się w postaci prawie pionowych ścian z licznymi wystającymi, brązowymi iglicami.


Stawek w pobliżu oficjalnego szlaku na lodowiec Shkhara, którego turyści nie mogą zobaczyć ze ścieżki. Nie są świadomi jego istnienia
 

Ciemniejsze chmury podświetlane promieniami dosłownie sunęły nad ostrym, kamienistym grzbietem. Od tego miejsca widzieliśmy jej dalszy przebieg. Najbliżej nas znajdowała się szczerbina. Musieliśmy ją pokonać jako następny etap dzisiejszej trasy. Zauważyłem, że strome zbocze w 2/3 wysokości ma dodatkową trudność. Był nią niewielki, sypki gzyms skalny obrzucony drobnymi kamyczkami. Po lewej stronie wyglądał na nieosiągalny, ale czym bardziej patrzyłem w prawo, tym większe szanse na jego przejście dostrzegałem. Po dłuższej chwili chmury znacznie obniżyły pułap. Dosłownie „ocieraliśmy” o nie głową. Tworzyły równą, wyraźną linię. Za kilka minut ich podstawa opadła znacznie niżej. Nagle znaleźliśmy się we mgle. Bioło Kepa był najwyraźniej zdezorientowany, ponieważ nagle zrobiło się zimno i najprawdopodobniej nie znał tych terenów. Wyglądał na lekko przestraszonego. Co chwilę nas obserwował, oczekując na jakikolwiek ruch. Najwidoczniej badał, czy odczuwamy jakąś miarę lęku. Wbrew pozorom, psy na podstawie naszego fizycznego serca, są w stanie określać podstawowe ludzkie emocje z odległości do sześciu metrów. Bioło Kepa zorientował się, że obecna sytuacja jest niestandardowa. Na szczęście nie miałem w sobie żadnych obaw, bo znałem przebieg podobnego zjawiska. Wyjaśniłem, że aktualnie działa konwekcja oraz ma miejsce chwilowy spadek ciśnienia powietrza, przez co powstały idealne warunki, aby chmury opadały coraz niżej. Wystarczyło przeczekać ten moment. Rzeczywiście, po kilku minutach ponownie dostrzegliśmy górę 3242 m n.p.m. Mieliśmy wrażenie, że głową dosłownie dotykamy ich podstawy. Nad nami zrobiło się mocno szaro, a poniżej spoglądaliśmy na nieoświetloną zieleń polan i innych szczytów. Postanowiłem wykorzystać prześwit, aby sprawdzić, jak wygląda dalsza trasa za szczerbiną. Poszedłem sprawdzić jedynie początkowy fragment stromizny. Nachylenie wyraźnie utrudniało wchodzenie, a drobne kamienie sypały się pod nogami. Zawróciłem, ponieważ teraz nie mieliśmy stabilnej sytuacji pogodowej. Nie warto było ryzykować, tym bardziej, że powyżej nas znajdowały się zdradliwe, skaliste ścianki, których możliwości przejścia nie miałem okazji zweryfikować.


Podstawa chmur się nagle obniżyła

 
Dalszy i złowieszczo wyglądający fragment trasy, Ostra grań jak brzytwa na tle szybko zmieniających sie warunków nie zachęcała do dalszej wędrówki. Widoczność utraciliśmy w kilka minut

  
Ciężkie chmury pokryły okolicę
 

Ponownie ujrzeliśmy wszystkie cztery największe lodowce. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że wracamy, bo lepiej nie będzie. Po kilku minutach usłyszeliśmy pierwszy grzmot. Standardowo góra 3242 m n.p.m., nazywana przeze mnie „generatorem chmur”, przyczyniła się do rozbudowy dużej komórki burzowej. Nad jej szczytem niebo bardzo pociemniało. Podobnie wyglądało w okolicach Chubedishi 3015 m n.p.m. oraz nad samą wioską Ushguli. Znając układ miejscowych pasm i procesów chmurotwórczych z nimi związanych, wiedziałem, że Gvibari 2943 m n.p.m. jest „producentem niepogody” dla wioski. Jeśli nadchodziły burze, to Gvibari oraz Dadiashi 3536 m n.p.m. bardzo mocno podbijały tę moc. Pomimo słyszalnych z obu stron grzmotów, powiedziałem tak: ‘to jest ten moment, kiedy zrobimy coś zupełnie przeciwnego do ogólnie przyjętych zasad. Mawiają, żeby jak najszybciej uciekać w doliny w czasie górskiej burzy, aby nie zostać trafionym piorunem. Tymczasem my zostaniemy na dużej wysokości i będziemy obserwować obie burze z boku. Zobaczysz – nawet nie zmokniemy’. Skąd miałem taką pewność? Dlatego, że podobny temat przerabiałem między innymi w Tatrach Słowackich, na Krywaniu 2495 m n.p.m., gdzie śledziłem kierunek przemieszczania się widocznego pasa z opadem gradu o szerokości 1,5 km, jednocześnie obserwując chmury i ich przemiany. Wówczas oceniłem, że ci co będą uciekać ze szczytu w popłochu, idealnie wbiegną w lodowy deszcz. Tam, gdzie występuje najbardziej intensywny opad, tam najczęściej trafiają pioruny. Wspominany dzień zapisał się w historii słowackiej meteorologii jako rekordowy, ponieważ podczas jednej doby przeszło aż pięć gradobić i każde z nich mogłem obserwować. Co ciekawe… nie zmokłem wcale, bo zostałem 10 m poniżej poziomu wierzchołka Krywania, a całe zjawisko wraz z piorunami obserwowałem z boku. Aktualnie spodziewałem się czegoś podobnego. O ile nie liczyłem na grad (i dobrze), to wiedziałem, że w Ushguli oraz nad okalającymi ją górami, będzie naprawdę sroga ulewa. Gdybyśmy poszli w ich stronę, jedynie przybliżalibyśmy się do niej. Jako że chcieliśmy jej uniknąć, usiedliśmy na kamieniach i czekaliśmy.


 
Po dłuższej chwili ponownie ujrzeliśmy lodowce
 

Po kolejnych kilku minutach nad wioską zrobiło się naprawdę ciemno. Niebo wyglądało strasznie. Nad nami przechodziły znacznie lżejsze odmiany chmur. Przedzierało się przez nie nawet światło słoneczne. Zdecydowanie wybraliśmy najlepszą opcję. Z racji dużej wysokości mieliśmy wgląd w odległe pasma i chmury ponad nimi. Widziałem, że tuż przy głównej linii ciągu Kaukazu, do którego należała między innymi Ściana Bezingi, na niebie zawieszone są najlżejsze z ciężkich chmur. Czułem spokój, co z pewnością swoim dodatkowym zmysłem „wykrywał” pies. Podczas odpoczynku dałem mu do zjedzenia połowę gruzińskiego chleba. Kiedy obie burze stopniowo ustępowały, a z ciemnych chmur padał ulewny deszcz, rozpoczęliśmy zejście. Jako że opad miał charakter typowo konwekcyjny wiedziałem, że po fazie z piorunami, stopniowo zacznie wygasać. Zakładałem, że zanim dotrzemy do parkingu przy szlaku, niebo będzie zdecydowanie przyjemniejsze dla oka. Schodziliśmy niespiesznym krokiem. Obserwowaliśmy jak wielka ulewa dosłownie zalewa okolice wioski. Chwilami zupełnie znikała za opadem wyglądającym niczym mgła z horrorów. Chmury wyglądały naprawdę złowieszczo, jakby za moment miały się zwalić na dolinę rzeki Enguri i pokryć ją nieprzeniknioną czernią. Tymczasem u nas odczuwaliśmy pojedyncze krople deszczu. Nie mokliśmy. Kiedy opuściliśmy strefę skalistego grzebienia, zaczęliśmy wędrówkę powrotną długim zboczem, gdzie kolana nie męczyły się od ciągłego hamowania. Ponownie zobaczyliśmy małe, białe skalniaki w postaci drobnych kwiatuszków rosnących na niewielkiej zielonej kulce mchu. Wyróżniały się w okolicy, ponieważ zdobiły zupełnie surowe otoczenie. O ile wiosna zdążyła dotrzeć na naszą aktualną wysokość, to nawet trawy nie dały rady opanować kamienistych zboczy. Zdecydowanie brakowało ziemi, gdzie nasiona wszelkich roślin mogłyby wykiełkować. Drugą przeszkodą był zbyt zimny klimat oraz zbyt krótki czas wegetacji, nie pozwalający na ich wzrost. Potrzebowały znacznie więcej ciepła. Zejście kamienistym zboczem upływało szybko. Obecnie myśleliśmy, aby dotrzeć do naszych rzeczy, żeby zjeść coś dobrego. W końcu, przez cały dotychczasowy dzień podchodziliśmy stromiznami. Potrzebowaliśmy nieco odetchnąć. Patrząc za siebie zauważyliśmy, że podstawa chmur podniosła się ponad poziom 3500 m n.p.m. Wyglądała, jak równa, szara linia. Widzieliśmy, że pozostałe po burzy obrzeża oparły się na ośnieżonych szczytach gór najwyższych. Stanowiły dla nich mur nie do przebycia. Po cichu liczyłem, że deszcz nas nie złapie.


 
Przez Ushguli przechodziły dwie ciężkie burze. Obserwowaliśmy je z boku
 

W drodze powrotnej mogliśmy zobaczyć bardzo ciekawe zjawisko. Opad występował w postaci zbliżających się w naszym kierunku pasów. Czasami nawet poczuliśmy wilgoć. Na szczęście gęstniejące rzędy kropel skręcały w dolinę rzeki Enguri, a my podziwialiśmy je z boku. Wiedząc, że chmury nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa w związku z gorszą pogodą, spowolniliśmy krok. Przystanęliśmy nawet, aby obserwować jednolitą ich warstwę z płaską podstawą u stóp Zachodniej Shkhary. Okolice góry 3242 m n.p.m. pomału się rozjaśniały.

 

KRYSZTAŁY GÓRSKIE I ICH MOC

Największa burza przechodząca nad szczytem bez nazwy oraz nad Ushguli ustępowała, a za dłuższą chwilę pomału zanikała. Wyruszyliśmy dalej. Kiedy dotarliśmy do miejsca, gdzie trawa znalazła miejsce do życia (okolice poziomic 3050-3100 m n.p.m.) pod stopami ponownie zauważyliśmy błyszczące kryształy górskie. Jedne z nich występowały w formie warstw wtopionych w skały, a inne leżały luzem. Zbieraliśmy je. Widać, że w ciągu całego roku naszą trasą nie chodził nikt lub naprawdę pojedyncze osoby, bo z łatwością wypatrywaliśmy mnóstwo pięknych kamieni, których nikt nie podnosił. W Polsce za podobne okazy trzeba zapłacić dość sporą sumę pieniędzy, a tutaj mieliśmy ich szeroki wybór. Kryształy na trasie ujawniły jak działa głowa w kwestiach lęków związanych z górami. Np. podczas wejścia na szczyt 3242 m n.p.m. i grań Podarok u Oli uwidocznił się strach powiązany z otwartą przestrzenią. Kiedy przebywaliśmy powyżej 3100 m n.p.m. czuła niepokój wynikający z rozległych panoram. Skąd wiedziałem, że chodzi o lęk przestrzenny a nie wysokości? Dlatego, że zbocze z kryształami jest bardzo szerokie, a po obu jego stronach łagodnie opadają stoki, nie tworząc żadnych przepaści. Pomimo tego, odczuwała niewielki niepokój. Jednak na aktualnej drodze lekka forma strachu w niczym nie przeszkadzała. Kiedy zauważyliśmy kilka okazów, zaczęliśmy szukać tych najpiękniejszych, podobnie jak grzybów. Kiedy głowa została zajęta przeczesywaniem terenu, Ola zauważyła, że w ogóle nie myśli o czymś innym. Teraz jak nigdy, chodziła od jednej strony zbocza do drugiego. Działała klasyczna zasada: ‘nie patrz w dół’. Zdziwiliśmy się jakie kamienie wypatrywaliśmy pod naszymi stopami. Najciekawszy znalazła Ola. Był nim podwójny, sześciokątny, czysty kryształ wtopiony we wspólną podstawę. Długo przyglądaliśmy się jemu, ponieważ podobne widziałem jedynie na wystawach minerałów lub w sklepach pod Mt. Blanc. Za chwilę znalazłem inny, cudny okaz. Dziesiątki mniejszych kryształów łączyły się ze sobą na wspólnej, białej podstawie. Również go zabraliśmy. Mieliśmy sporo czasu, dlatego nadal poszukiwaliśmy najpiękniejszych kamieni. Z łatwością odnajdowaliśmy kolejne. Byliśmy w szoku, że dosłownie nikt ich nie zauważył, ani nie zabrał jako naturalnej pamiątki. Z drugiej strony nie wytyczono tędy żadnego szlaku, dlatego nie spodziewałem się, że na naszej trasie spotkamy kogokolwiek przez cały dzień. Tylko Bioło Kepa nie rozumiał co się dzieje i dlaczego krążymy po okolicy, nie kontynuując zejścia. Po dłuższej chwili położył się na trawie, aby odpocząć. Kiedy stopniowo obniżaliśmy wysokość, co chwilę podbiegał, po czym ponownie się kładł.


 
Niesamowity kryształ górski znaleziony na trasie powyżej poziomu 3100 m n.p.m.
 

POWRÓT DO DOLINY ENGURI

Po upływie ponad czterdziestu minut nie mogliśmy znaleźć ciekawszych kryształów, dlatego skierowaliśmy się w kierunku największej trawiastej stromizny, gdzie po prawej stronie widniał rząd pełników. Wracając z surowego otoczenia, bardzo dobrze było ponownie zobaczyć trawę i kwiaty. Oczy bardzo szybko przyzwyczajają się do jednolitych, skalisto-śnieżnych powierzchni. Jednak, kiedy wstąpiliśmy do świata wiosny, zieleń dla wzroku była zbyt intensywna. Przez dłuższą chwilę musieliśmy się do niej przyzwyczajać. Podobny efekt miałem w Alpach Szwajcarskich, gdzie po czterech dniach spędzonych w rejonie lodowca Monte Rosa wróciliśmy do kwitnącej części gór. Wówczas miałem wrażenie, że kolor traw jest zbyt… „gęsty”. Nieco inna sytuacja pokazała mi jak działa takie zjawisko. Podczas powrotu kolejką linową z włoskiej Monte Rosy doświadczyłem odczucia związanego z atmosferą. W trakcie szybkiego obniżania wysokości powietrze było dla nas „za mocne”, wręcz duszące. Szybka zmiana poziomów powodowała, że w dolinie Aosty trudniej nam się oddychało, a miało być przecież odwrotnie. Na lodowcowych szczytach jego mniejsza gęstość przyczynia się do gorszego samopoczucia, a u nas było odwrotnie. Wspomniany efekt osiągnęliśmy poprzez dłuższe przebywanie ponad poziomem 4000 m n.p.m. Na szczęście, podczas aktualnej wędrówki zieleń pojawiała się stopniowo, dlatego powoli przyzwyczajaliśmy do niej wzrok. Mając na uwadze fakt, że trawa po lekkich opadach może być bardzo śliska, wybraliśmy naturalną ścieżkę, przypominającą drogę polną. Z racji kształtu grani oraz wiatrów często smagających ten fragment góry, bardziej złożona roślinność tu nie występowała. Dla nas lepiej, bo mieliśmy bezpieczniejszą możliwość szybkiego powrotu.

 

Schodząc coraz niżej czuliśmy, że stromizna jest naprawdę duża. Uważaliśmy, aby się nie pośliznąć, ponieważ po upadku zjazd byłby bardzo długi. Obraliśmy kierunek na przełęcz nieleżącą w głównym ciągu grzbietu, czyli podobnie jak szliśmy do stóp Shkhary Zachodniej. Sprawnie pokonywaliśmy tę część. W połowie drogi wypatrzyliśmy nasze rzeczy w oddali leżące w krzakach rododendronów. Jako że słońce przysłaniały chmury, brakowało kolorów. W końcu stanęliśmy na lokalnej przełęczy. Odtąd mogliśmy iść łagodnie opadającą granią w stronę wcześniejszego miejsca odpoczynku z pozostawionymi sprzętami. Z powodu wyraźnie obniżonej temperatury powietrza oraz lekko deszczowej pogody w rejonie wioski i doliny rzeki Enguri postanowiliśmy, że nie będziemy przygotowywać obiadu. Dłuższe przesiadywanie bez ruchu za bardzo by nas wychłodziło. Stwierdziliśmy, że będziemy dalej schodzić, a coś dobrego zjemy w kawiarni u Tjechnologa. Ta myśl napędzała nas do utrzymywania równomiernego i dość rytmicznego kroku. Całkowicie zachmurzone niebo nie pozwalało podziwiać barwnych łąk, stąd powstała decyzja o ciągłym marszu. Widząc, jak mocno zmieniła się pogoda, tym bardziej doceniałem moje poranne zejście do widocznego ogrodu z potokiem, głazami narzutowymi w kształcie zębów i wielkim płatem śnieżnym z mikro kanionem. Obecnie nie mógłbym wydobyć jego piękna na zdjęciach. Zawsze powtarzam, że do świata roślin i krajobrazów potrzebne jest światło, a teraz go brakowało.


   
Wracamy podczas spokojnej pogody. Ponownie mamy widoki
 

Będąc na płaskim fragmencie grani szukaliśmy krzaków, gdzie pozostawiliśmy nasze rzeczy. Szybko je odnaleźliśmy. Biołej Kepie dałem drugą połowę chleba, a my z powrotem spakowaliśmy wszystko do plecaka. Od razu poczuliśmy ciężar na plecach. Jednak nie na tyle, aby o nim myśleć. Ruszyliśmy dalej. Postanowiliśmy, że zejdziemy tą samą drogą, co weszliśmy, ponieważ stromizna wydawała się mniejsza, co nie oznaczało lżejsza. Pamiętaliśmy, że od samotnego krzaczka w górę, wszystkie trzy zbocza górskie opadające równolegle względem siebie, miały ten sam ostry kąt nachylenia. Dopiero poniżej jego poziomu stopniowo pojawiały się niewielkie różnice. Z dużych wysokości widzieliśmy, dokąd sięgał opad deszczu. W trakcie długiej wędrówki powrotnej zdążył zmoczyć wszystkie trawiaste stoki pochylone w kierunku doliny rzeki Enguri. Przez cały dzień nie tylko nie spotkaliśmy nikogo, ale również nie dostrzegliśmy żadnego turysty idącego z lodowca. Najwyraźniej osoby mające go w planach, na widok ciężkiej burzy przechodzącej przez Ushguli i szczyt 3242 m n.p.m. zawróciły. Tymczasem my, najgorsze przeczekaliśmy na najwyższych dostępnych graniach, niejako obserwując „temat” z boku. Zejście z wysokiego na około 800 m zbocza upływało nam dość szybko. Nie zjeżdżaliśmy na d*pie, jak w drodze powrotnej z grani Podarok. Widząc, jak niszczą się przy tym spodnie, postanowiliśmy normalnie przejść całą trasę. W końcu mieliśmy sporo czasu. Chcieliśmy wrócić na kwaterę przed zachodem słońca. Co innego, gdybyśmy musieli dojechać gdzieś autobusem, jak to często jest w polskich warunkach. Bioło Kepa się ożywił. Z przodu zobaczył znane mu tereny oraz drogę, której jakiś fragment zapewne pokonywał codziennie. Pomimo, że mógł pobiec przed siebie, towarzyszył nam do samego końca. Gruzińskie psy są zawsze wierne. Zatrzymują się wszędzie tam, gdzie zrobisz krótki postój na odpoczynek. Wpisywały się na stałe w krajobraz Kaukazu. Poniżej poziomu samotnego krzaczka, Ola zaczęła zbierać najbardziej dorodne główki rdestu wężownika, a kiedy docieraliśmy do końcowych fragmentów zbocza, dodawała do nich kwiaty z każdego napotkanego gatunku. Z racji obfitości miejscowego świata przyrody, bardzo szybko utworzyła kolorowy bukiet, który zamierzała zabrać do domu i ususzyć jako pamiątkę.


Kolorowy bukiet kwiatów na zakończenie trasy

Bioło Kepa towarzyszył nam do samego końca
 

Odetchnęliśmy z ulgą, kiedy wędrowaliśmy przez pas pofałdowań. Od dłuższego czasu, bez przerwy mieliśmy stale napięte mięśnie od ciągłego hamowania. W tym miejscu wypatrzyliśmy wyróżniający się okaz barszczu Sosnowskiego. Pomimo niskiego wzrostu miał bardzo grubą łodygę i jeden, ale potężny kwiat w postaci baldachu. Do przejścia pozostał nam jeszcze kawałek podmokłych zarośli, aby móc wejść na główną drogę do Ushguli. W trakcie schodzenia nierównym terenem z „cicinkami” z góry wypatrywałem jedynej możliwej opcji przekroczenia gęstych krzaków. Dzięki obserwacjom bezbłędnie obraliśmy właściwy kierunek. Po dłuższej chwili, w końcu wstąpiliśmy na znaną nam trasę. Przed sobą mieliśmy 8 km wędrówki szlakiem wiodącym na lodowiec, ale nie zrażała nas odległość, ponieważ maszerowaliśmy płaską drogą. Za kilka minut przeskakiwaliśmy przez dwa potoki, będącymi stałymi fragmentami wspomnianego odcinka. Patrząc od naszej strony, po całodniowej przygodzie, ten pierwszy miał dla mnie szczególne znaczenie. Wiedziałem, że swój początek bierze w pięknym ogrodzie z mnóstwem gęsto kwitnących pełników i w mniejszym stopniu zawilców narcyzowych. Dodatkowo jego źródło znajduje się tuż za wielkim płatem śnieżnym oraz za skałami w kształcie zębów. Teraz mogliśmy zobaczyć, jak rozlewa się na głównej drodze, po czym wpada do rzeki Enguri. W trakcie 8-kilometrowej wędrówki zwracaliśmy uwagę na wiele pięknych miejsc, gromad kwiatów, czy ciekawych formacji skalnych. Wspominaliśmy również, co zobaczyliśmy na wszystkich poprzednich trasach. Naszej uwadze nie umknęła nawet pomarańczowa kula utworzona z dziko rosnących maków polnych przy drodze prowadzącej na Zagaro Pass. W okolicach placu budowy zaczął padać drobny deszcz. Nie przejmowaliśmy się nim, ponieważ wszelkie ciężkie i groźne zjawiska pogodowe już przeminęły. Opad stanowił pozostałość po przejściu burzowego frontu kilka godzin temu. Podczas długiego marszu doliną niebo zaskakiwało swoim wyglądem. Nad pewną trójkątną górą powstała niewielka błękitna dziura w chmurach, przez którą nieustannie świeciły promienie słoneczne. Resztę pokrywały jednolite szare chmury, należące do rodzaju altostratus opacus, oznaczającego warstwę nieprzepuszczającą światła. Powstałe „oko” utrzymywało się nieruchomo do końca dnia.


Wyróżniający się barszcz Sosnowskiego
 

Mieliśmy świadomość, że dzisiejszy szlak był ostatnim, dlatego tym bardziej pogratulowaliśmy sobie nawzajem wyboru najbardziej ambitnej i zupełnie nieznanej trasy, gdzie w trakcie powrotu zabraliśmy kilka kryształów górskich na pamiątkę. Wzięliśmy ładniejsze okazy, przez co plecak ważył dużo więcej niż powinien. W pokoju koniecznie musieliśmy je przesortować, a resztę ułożyć na murku wzdłuż domu gospodarza. W miejscu, gdzie po lewej stronie widniało duże niebieskie, niezapominajkowe zbocze, położone tuż za wzgórzem z kościołem, zrobiliśmy zdjęcia zebranym kwiatom ułożonym w bukiet. Wyglądały bardzo pięknie, bo tworzyły go kolorowe rośliny. Lekko padający deszcz całkowicie ustąpił. W kilku miejscach droga mieniła się od łun światła na niebie. Odbijały się na mokrej powierzchni. Na ostatnim zakręcie szlaku, tuż za niezapominajkowym stokiem widzieliśmy przemoczone stado krów. Przeszliśmy pomiędzy nimi. Dotarliśmy do Ushguli. Wybraliśmy najkrótszy odcinek do kwatery, ponieważ zależało nam na szybkiej kąpieli i spotkaniu się na ostatniej kolacji u gospodarza. Wiedzieliśmy, że nasza wyprawa dobiega końca, dlatego koniecznie wszyscy razem musieliśmy powspominać, co ciekawego zobaczyliśmy, przeżyliśmy, jak wyglądały znane trasy i te wymyślone przez nas oraz jakie są odczucia po całym wyjeździe. Jedną miałem pewność – każdy z nas był zachwycony, a wręcz oczarowany gruzińskimi górami. One mają w sobie coś wyjątkowego – niesamowitą przyrodę, której nigdzie indziej nie zobaczysz, a także nieopisany spokój, gdzie nawet w środku sezonu nie uświadczysz tłumów ludzi. Wiele z wybranych tras przechodziliśmy zupełnie sami.


 
Przemoczone krowy na drodze do Ushguli
 

SPOTKANIE U MIRIAMA

Po szybkim rozładunku plecaków w pokoju i higienie po całodniowej wędrówce, od razu spotkaliśmy się u Tjechnologa. W trakcie przejścia do kawiarni zauważyliśmy, że chmury rozstępują się, a w wielu miejscach nawet dostrzegaliśmy fragmenty niebieskiego nieba. Na koniec mieliśmy piękny widok na Ścianę Bezingi oraz na wielki ogród złożony z kwiatów żółtej gorczycy i wysokich białych, w kształcie baldachów podagryczników pospolitych, ciągnący się aż do wzgórza z kościołem. U Miriama zamówiliśmy wszystko, na co tylko mieliśmy ochotę. Wiedzieliśmy, że od jutra nie będziemy mieli tego wyjątkowego klimatu, dlatego cieszyliśmy się chwilą. Każdy z nas miał smak na opiekane kartofle, słynną już sałatkę pomidorowo-ogórkową i pyszny, ziemniaczany placek z górskim serem. Tego wieczoru przesiadywaliśmy trochę dłużej, ponieważ mieliśmy sobie jeszcze wiele do opowiedzenia, wspominania i wskazania, co można było zobaczyć w kaukaskich górach. Gospodarz dołączył do nas, poczęstował winem i najzwyczajniej rozmawiał z nami w jego charakterystycznym stylu. Damianowi zaoferował podwózkę naszej grupy do Kutaisi za bardzo niską cenę 350 GEL, gdzie taksówkarze brali przynajmniej dwa razy więcej. Od razu się zgodziliśmy. Zaproponował, że jutrzejszego dnia na spokojnie wyjedziemy około godziny 10.00. Stwierdził, że tyle w zupełności wystarczy, aby zajechać do miasta i wrócić na wieczór. Po udanym spotkaniu poszliśmy do pokoju, aby spakować pozostałe rzeczy. Nie chcieliśmy mieć gonitwy o poranku. Zależało nam na dobrym śnie. 


 
Kolacja u Miriama

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl