niedziela, 2 kwietnia 2017

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej 2021 - kiedy kwitną? - czyli porady i wskazówki

Krokusy Dolina Chochołowska Krokusy - Kalatówki

Kiedy kwitną krokusy? Krokusy w Dolinie Chochołowskiej 2021 – kilka faktów i wskazówek. 

Pory kwitnienia krokusów w poszczególnych latach:
  • W 2021 roku - pierwsze krokusy pojawiły się przed 10-tym kwietnia, jednak pogoda dwukrotnie zafundowała nam istny roller coaster, gdzie najpierw mieliśmy +22'C, a za jeden dzień opady śniegu i za kilka dni ponownie +16'C, a w dniach 13-18.04.2021 mieliśmy ostry nawrót zimy (opady śniegu nawet do 70 cm). 19 kwietnia całą dolinę pokrywała gruba warstwa śniegu. Eksperci z TPN-u przewidywali wysyp kwitnienia krokusów na długi weekend majowy. 1 maja na Polanie Chochołowskiej było tylko widać obszary pojedynczych kwiatów, nie tworzących większych skupisk. Podczas majówki panowała beznadziejna pogoda. Na Polanie Chochołowskiej pierwsze kwiaty przebiły śnieg 24 kwietnia, ale pracownicy schroniska nie mieli pewności, czy krokusy zdążą utworzyć piękne dywany kwiatów z powodu kolejnego, chłodnego tygodnia przed nami. Wielokrotnie nawracająca zima najprawdopodobniej zniszczyła mnóstwo kwiatów na Polanie Chochołowskiej, przez co historia z roku 2020 się powtórzyła - krokusów na Polanie Chochołowskiej było jak na lekarstwo... 28 i 29 kwietnia na polanie pojawiły się pierwsze małe skupiska kwiatów, ale nigdzie nie widzieliśmy "dywanów". Wówczas ustąpiły śniegi, dlatego kwiaty nie zdążyły się rozwinąć z powodu załamania pogody na początku maja. Kwiaty występowały w rzadkich skupiskach, nie mogąc się nawet otworzyć... Po 28 kwietnia 2021 brakowało dobrej, słonecznej pogody, potrzebnej do pełnego otwarcia kwiatów. Jeszcze 30 kwietnia po godzinie 12.00 mieliśmy ostatnią szansę podziwiania krokusów przy pełnej, słonecznej pogodzie. Najpiękniejszy wysyp kwiatów mieliśmy właśnie 28 kwietnia, na Butorowym Wierchu (zielony szlak), gdzie mogliśmy podziwiać przepiękne "dywany" krokusów, jak na Polanie Chochołowskiej w najlepszych latach. Był to jedyny w pełni słoneczny dzień, gdzie kwiaty mogły się w pełni otworzyć. Wysyp krokusów na Butorowym Wierchu trwał od 21 kwietnia do około 5 maja. Seryjne załamania pogody zniszczyły kwiaty. Zazwyczaj podczas załamania pogody występuje opad krupy śnieżnej lub drobnego gradu, który tratuje krokusy. 1-3 maja na Polanie Chochołowskiej widzieliśmy tylko małe skupiska rozstrzelonych, pojedynczych krokusów, które nie utworzyły fioletowych obszarów zwanych "dywanami". Moim zdaniem Polana Chochołowska nawaliła drugi rok z rzędu. W tym roku królował Butorowy Wierch 28 kwietnia, gdzie mieliśmy idealny, wręcz podręcznikowy wysyp kwiatów. 30 kwietnia mieliśmy jeszcze ostatnią szansę, ale dopiero od godziny 12.00. Od 28 kwietnia na Kalatówkach trwał pełen wysyp krokusów do około 5-6 maja. Również tam było pięknie, ale brakowało słonecznej pogody, żeby kwiaty mogły się w pełni otworzyć. Najbliższą i ostatnią okazję mieliśmy jeszcze 4 maja 2021, gdzie na niebie sunęły tylko pojedyncze chmury. Na Kalatówkach powstały dywany kwiatów, ale nie były tak duże i spektakularne, jak podczas wcześniejszych lat sprzed roku 2020. Sezon na krokusy można było zakończyć już po 4 maja 2021. W tym roku Butorowy Wierch rządził.
  • 2020 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 13-17 kwietnia. Z powodu p(l)andemii koronawirusa i wprowadzonych zakazów, tego roku nie było możliwości podziwiania krokusów w rozkwicie. Był to pierwszy rok, kiedy natura odetchnęła od zmasowanego ataku turystów... Na oficjalnych stronach TPN-u można było je podziwiać za pomocą kamery internetowej. W roku 2020 nie nastąpił żaden "wysyp" kwiatów. Na całej polanie mogliśmy zobaczyć jedynie pojedyncze krokusy lub małe grupki. Jedyny fioletowy "dywan" wystąpił na polanie Huciska tuż za bacówką. Informacja pochodzi od osób związanych z TPN-em, będących na miejscu: Tomasza Skrzydłowskiego oraz Jana Krzeptowskiego-Sabała. Panowie przypuszczają, że tak słabe kwitnienie, prawdopodobnie jest przyczyną nawrotu zimy w połowie marca.
  • 2019 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 8-10 kwietnia. Jako, że od 10 kwietnia mieliśmy 5-cio dniowe załamanie pogody w Tatrach, krokusy nie mogły zakwitnąć równomiernie i jednocześnie. To znaczy, że tylko połowa polany Chochołowskiej i Kalatówek w dniach 8-10 kwietnia była w szczycie rozkwitu (dolna część obu polan), a druga połowa, wyżej położona, zakwitła bardzo słabo dopiero po 14. kwietnia, ponieważ załamanie pogody utrzymujące się przez 5 dni oraz padający śnieg zniszczył krokusy mające zakwitnąć w wyższych częściach obu polan. Ciekawostką jest fakt, że dodatkowo codziennie na wieczór, na polanę Kalatówki przychodziło 13 saren i... zjadało zakwitnięte krokusy w rejonie drewnianej bacówki. Stąd w roku 2019 masowy wysyp krokusów nie nastąpił w ogóle... 
  • 2018 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 10-12.04.2017 (cała polana jednocześnie).
  • 2017 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 1-2.04.2017 (cała polana jednocześnie).
  • 2016 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 3.04.2016 (strome zbocza przy kapliczce), 8, 9.04.2016 - dolna część polany.
  • W 2015 roku szczyt kwitnienia krokusów przypadł na dni 23, 24.04.2015 (cała polana jednocześnie)
Wskazówki, jak się zabrać do tematu wyjazdu pt. „podziwianie krokusów” – czyli kiedy kwitną krokusy w postaci rozległych dywanów kwiatów?
Zanim pójdziesz za tłumem, weź pod uwagę kilka faktów. Poniżej w relacji zobaczysz, co może Cię czekać, kiedy zignorujesz te informacje.
  • planując wyjazd do Doliny Chochołowskiej, postaraj się sprawdzić o której mamy wschód słońca. Z parkingu wyrusz na około godzinę przed wschodem słońca. Usłyszysz niesamowicie bajeczny śpiew ptaków oraz będziesz przed znaczną większością ludzi, którzy lubią sobie dłużej pospać.
  • kiedy dojdziesz na Polanę Chochołowską około 45 min po wschodzie słońca zobaczysz, że za jakieś pół godziny zacznie do niej dopiero docierać światło słoneczne, które z kolei jest konieczne do otwarcia kielichów krokusów.
  • od wschodu słońca upłynie około półtora godziny, zanim zaczną otwierać się pierwsze krokusy. Od momentu pojawienia się światła na Polanie Chochołowskiej, dolicz około dwie godziny, które będą potrzebne na powolne otwieranie się kwiatów. Średnio po upływie 3h 30min od wschodu słońca można robić pierwsze zdjęcia krokusów w ich pełnej okazałości. Na początku kwietnia, przed godziną 9.00, wszystkie kwiaty są pozamykane i wyglądają, delikatnie mówiąc, „licho”. Pokrywają je grube kropelki rosy.
  • jeśli wybierasz inne polany niż ta w Dolinie Chochołowskiej, weź mapę i sprawdź położenie polany względem gór. 21. marca słońce wschodzi dokładnie na wschodzie, a z każdym dniem miejsce wschodu oddala się w stronę północnego-wschodu. Mając te dane, zobacz, czy jakieś góry nie stoją na przeszkodzie (czy nie zacieniają dużej części wybranej polany). Np. Kalatówki znacznie piękniej prezentują się w godzinach popołudniowych niż w porannych.
  • jeśli przyjechałeś w weekend, to po godzinie 9.00 nie masz po co wyruszać. Ilość ludzi Cię przytłoczy. Powstają ogromne kolejki po bilety, a ulica jest całkowicie zakorkowana. Czym później wrócisz tym gorzej dla ciebie!
  • jeśli nie masz innej możliwości niż weekend, to oblicz czas według powyższych wskazówek tak, żeby udało ci się podziwiać krokusy w godzinach 9.00 – 11.00. Później musisz już wracać na parking, żebyś nie wracał tylko do samego Krakowa przez 6-7 godzin. Dla ułatwienia – przeczytaj sobie przedostatni i ostatni akapit tego artykułu – podałem tam statystyki „obciążenia” szlaku i konsekwencje, jakie to za sobą niesie.
  • jak wyznaczyć odpowiedni czas, kiedy krokusy tworzą dywany kwiatowe i kiedy jest ich najwięcej? Najlepiej zaglądaj na stronę internetową Schroniska na Polanie Chochołowskiej lub tatrzańskie profile na Facebooku. Jeśli zobaczysz pierwszy komunikat o pierwszych krokusach, to od tego czasu mija 13-16 dni (w zależności, jakie są temperatury i czy nie dopadał nowy śnieg w tym czasie). Jeśli spadł śnieg, to wtedy trzeba doliczyć kolejne dni na jego roztopienie. Druga możliwość, to szukanie na Facebooku hashtagu #krokusowyraport. Miłośnicy tych kwiatów piszą o aktualnych warunkach i zamieszczają zdjęcia. Nie patrz na terminy zorganizowanych wycieczek, bo zwykle ich terminy są „rozjechane” z rzeczywistością. Kwiaty po osiągnięciu pełni rozkwitu, utrzymują się tylko kilka dni w najpiękniejszej formie. Chociaż kwitną jeszcze przez około dwa tygodnie, to wyglądają później na przekwitnięte lub „stratowane”. Dlatego najważniejsze jest, żeby odpowiednio wyznaczyć czas pierwszych dni najintensywniejszego kwitnienia krokusów.
  • zapamiętaj sobie najważniejszą rzecz: nie zabieraj bardzo małych dzieci ze sobą! One nie wytrzymają tak długiej wędrówki (11,2 km w jedną stronę), a jeśli myślisz, że przewieziesz je w wózku, to tym bardziej się umęczy ono i ty! Dlaczego? Ponieważ, blisko połowę naszej trasy stanowi kamienista i wyboista droga, gdzie prowadzenie wózka z dzieckiem to czysta mordęga. Dodatkowo dochodzi błoto na trasie i oblodzenie od miejsca, gdzie kończy się asfalt. Zobaczysz, jak szybko zdenerwuje cię szarpanie się z wózkiem i jak dziecko będzie szybko płakać z powodu zbyt silnych wstrząsów. Wyobraź sobie, że taką drogą będziesz musiał wędrować około 4,5 km. Pamiętaj, ze szlak najpewniej będzie dodatkowo błotnisty i oblodzony.
  • jeśli dopiero zaczynasz przygodę z krokusami, to wiedz, że wiele ominęło Cię już bezpowrotnie... Z każdym rokiem w Dolinie Chochołowskiej tereny kwitnienia krokusów coraz bardziej są odgradzane i obstawiane wolontariuszami, co strasznie mnie zniechęca. Każdego roku kwiaty można podziwiać z coraz większej odległości, stąd w roku 2018 byłem tam po raz ostatni. Z jednej strony rozumiem wprowadzane zabiegi, ponieważ do Doliny Chochołowskiej przybywają dziesiątki tysięcy ludzi, którzy nie potrafią się zachować, nie wiedzą gdzie są, i w ogóle, czego mają się spodziewać. To najczęściej oni łamią wszelkie zasady obowiązujące w górach, co wymusza stosowanie omawianych środków zabezpieczających. Na szczęście to, co najbardziej chciałem utrwalić na zdjęciach, sfotografowałem kilka lat wcześniej, W dzisiejszych czasach podziwianie kwiatów z bliska jest po prostu niemożliwe (czytaj: na najpiękniejsze dywany krokusów popatrzysz tylko z daleka...)
  • rok 2018 po raz kolejny potwierdził, że od informacji o ujrzeniu pierwszych krokusów mija około 16 dni do ich pełni. Pamiętaj, że jeśli widzisz krokusy w pełni rozkwitu, a jutro zapowiadają deszcz, w tym roku możesz je ujrzeć ostatni raz. Intensywny, wiosenny opad potrafi je dosłownie stratować - bardziej niż tłumy ludzi. Tak było w 2016 roku, gdzie w pierwszym dniu pełnego rozkwitu, po południu spadł deszcz i krupa śnieżna, tratując większość kwiatów. Te, które zostały były bardzo poniszczone i poszarpane. Z tego względu nigdy nie odkładaj podziwiania krokusów "na jutro", bo jutro może być już za późno...
  • gdzie szukać najpiękniejszych krokusów w Dolinie Chochołowskiej? Znajdziemy pięć miejsc:
1. Przedostatnia drewniana chata z drewnianymi ławkami po prawej stronie szlaku. Dookoła chaty rośnie niezwykle zielona trawa, a na niej najpiękniejsze gromady krokusów. Tutaj kwiaty przyjmują ciemnofioletowy kolor, którego nigdzie indziej nie zobaczymy! Kwiaty dodatkowo są duże i bardzo równe – są pięknego kształtu. Patrząc przed siebie, dostrzeżemy z łatwością zieloną wąską ścieżkę. Po obu jej stronach zobaczymy najgęściej występujące krokusy. Dzisiaj możemy popatrzeć na to skupisko tylko z daleka...

 

2. Zakręt szlaku w drodze przed schroniskiem. Rozpoznamy go po jednakowej wysokości, grubych drewnianych słupkach, gdzie po prawej stronie ciągną się dywany krokusów. Dywan kwiatów kończy się ostatnią drewnianą chatą po prawej stronie ścieżki.

 

3. Wzniesienie, zbocze opadające ku dolinie w okolicach kapliczki. W zagłębieniu terenu z pewnością zauważymy trzy wielkie dywany kwiatów, łączące się w jeden, ciągnący się aż do wypłaszczenia terenu. Możemy stąd również podziwiać najpiękniejszy widok na ośnieżone góry!

 

4. Piękna, zielona ścieżka po środku dywanu z krokusów - zobaczymy ją tuż przed zakrętem prowadzącym do schroniska, czyli w rejonie przedostatniej chaty, gdzie na żywozielonej trawie rosną najbardziej fioletowe krokusy ze wszystkich. Obecnie możemy popatrzeć na nią tylko z daleka...

 

5. Zakręt w prawo, tuż za schroniskiem - zobaczymy tam dywan krokusów przecięty wydeptaną ścieżką - właśnie to miejsce jest jednym z najgęściej kwitnącym kawałkiem na całej Polanie Chochołowskiej. Obecnie najgęstsze skupiska będziemy mogli podziwiać tylko z dużej odległości. Takich zdjęć, jak poniżej na pewno już nie wykonasz.

 

We wszystkich, wyżej wymienionych miejscach, zobaczymy najgęściej występujące krokusy:

 
 
Nasza relacja z wyjazdu 12.04.2018 (Dolina Chochołowska + Kalatówki)
Jak co roku, postanowiliśmy pojechać w Tatry, żeby podziwiać piękne krokusy. Mając doświadczenie z lat poprzednich, założyliśmy pewne fakty: trzeba pojechać w środku tygodnia, żeby nie było tłumów i wolontariuszy, musi być słońce, żeby kwiaty mogły się otworzyć i niebieskie niebo, żeby można było zrobić dobre zdjęcia. Długo zastanawialiśmy się, kiedy pojechać na Kalatówki, bo już w tamtym roku mieliśmy odwiedzić tę piękną polanę. Jako, że po południu panują tam lepsze warunki oświetleniowe postanowiliśmy, że pojedziemy w nocy do Doliny Chochołowskiej, a po południu pojedziemy na Kalatówki. Wyruszyliśmy o 5.10 rano, słuchając dziesiątków śpiewających ptaków w okolicach parkingu. Ich śpiew jest niepowtarzalny! W tym czasie czekaliśmy na Basię poznaną na Sokolicy w Pieninach, podczas jesiennego polowania na morza chmur. 1h 45min – tyle zajęło nam przejście całej Doliny Chochołowskiej wolnym tempem. Wiedząc, że kwiaty otworzą się dopiero za dwie godziny, postanowiliśmy przeczekać ten czas w schronisku. Zdążyliśmy zjeść dobre śniadanie, a niektórzy wypić ciepłą herbatę z bufetu. Po 8.35 rzuciłem hasło, że kwiaty mogą być już otwarte.

Wyszliśmy po godzinie 8.45 i krokusy wszędzie były już w pełni otwarte. Zaczęliśmy iść w stronę kapliczki, gdzie po prawej stronie mamy jeden z pięciu najgęściej zakwitniętych obszarów na całej polanie. Przecina go wydeptana ścieżka. Co roku można było tamtędy przejść, a w 2018, nawet ten kawałek ogrodzono taśmami. Szkoda, bo tam zawsze jest pięknie... Za pierwszym wzniesieniem, po lewej stronie i za chwilę po prawej, mamy dwa kolejne skupiska, gdzie znajdziemy bardzo gęsto kwitnące krokusy. W drodze do kapliczki po prawej stronie widać trzy pofałdowania, które wyróżniają się fioletem. Właśnie tutaj ludzie schodzą ze szlaku i zza drzew wchodzą na uschniętą trawę obok trzech dywanów krokusów. Jeśli widziałeś zdjęcia krokusów na tle ośnieżonych gór, to właśnie stąd zostały one zrobione. Chwilę dalej dochodzimy do kapliczki, gdzie na terenie ogrodzonym po lewej stronie, widzimy gęste, ale małe pole krokusów i za płotem, przed nami. Warto tutaj zrobić kilka ujęć. Schodząc z wzniesienia z kapliczką przetniemy szlakiem rozległy dywan krokusów, ale tutaj kwiaty są rzadziej rozmieszczone i wyglądają na nieco mniejsze. Na samym końcu ścieżki dochodzimy do głównej drogi prowadzącej do schroniska, którą przyszliśmy. Przed nami widzimy ponownie trzy drewniane chaty. Pomiędzy drugą, a trzecią zauważymy bardzo zieloną trawę (podczas, gdy wszędzie jest uschnięta), gdzie rosną najpiękniejsze i najbardziej fioletowe krokusy. Gdybym miał przeglądać wszystkie 2.000.000 kwiatów, które w pełni sezonu zakwitają jednocześnie (inne źródła podają nawet 14.000.000 kwiatów w pełni sezonu, w urodzajnym roku), to wiem, że najpiękniejsze są właśnie tutaj – pomiędzy dwiema ostatnimi chatami. Pomimo, że spotykamy je tuż przy głównej drodze, to w 2018 roku nawet je zagrodzono taśmą. Z tego samego miejsca mamy przepiękny widok na zieloną ścieżkę, przecinającą jeden z najpiękniejszych, fioletowych dywanów. Tutaj również kwiaty występują bardzo gęsto. Za trzecią chatą rozpoczyna się zakręt drogi prowadzącej do schroniska. Po prawej widać drewniane pale wbite do ziemi z taśmą TPN-u. Właśnie odtąd, aż do schroniska, ciągnie się bardzo gęsty dywan kwiatów, którego koniec widać przy drewnianej chacie. Zanim wejdziemy do schroniska, polecam jeszcze raz skręcić w kierunku kapliczki i spojrzeć tuż za schroniskiem w dół (tam, gdzie ścieżka przecina fioletowy dywan). Niżej, przed rzędem drzew, ujrzymy trzy dywany przecięte niewielkim pasem zieleni i uschniętych traw. To są wszystkie, najbardziej obfitujące w kwiaty miejsca na Polanie Chochołowskiej, które trzeba koniecznie zobaczyć. Niestety co roku zauważam, że odgradza się coraz większy teren, ustawia coraz więcej wolontariuszy i stosuje różne zabezpieczenia. To wszystko powoduje, że na najlepsze miejsca możemy popatrzeć tylko z daleka, podczas gdy jeszcze w 2015 i 2016 roku wchodziliśmy w centrum wszystkich omówionym miejsc dostępnymi, zielonymi ścieżkami, nie depcząc kwiatów.

Głównym problemem Doliny Chochołowskiej jest niestety reklama w mediach, która powoduje, że ludzie przybywają masowo. W ciągu jednego weekendowego dnia do doliny potrafi przyjechać nawet 33.000 ludzi! Takiego tłumu nikt, ani nic nie jest w stanie wytrzymać, dlatego stosuje się różne zabezpieczenia i ogrodzenia, żeby turyści nie zadeptywali kwiatów. Widać też, że z roku na rok przybywa nieświadomych ludzi, nie mających pojęcia o górach (mówię tu o naprawdę podstawowej wiedzy). Brak świadomości rozpoznaję chociażby po zadawanych pytaniach na pierwszej polanie z kwiatami (10 min wędrówki od parkingu). Osoby, które nie wiedzą zupełnie nic o Dolinie Chochołowskiej i krokusach pytają, czy to już jest ta polana, co w telewizji pokazują. Inny zły przykład dają młodzi rodzice pchający wózek z małymi dziećmi. Nie wiedzą, że za 6 km czeka ich 4,5 km odcinek kamienistej, błotnistej, a często oblodzonej drogi, gdzie dziecko będzie lepiej wytrzęsione niż kulki w maszynie losującej Lotto… Niestety widać, że coraz więcej ludzi jest nieprzygotowanych do wyjścia w góry: zaczynając od podstawowej wiedzy, a kończąc na butach, gdzie jest wielu takich, którzy wędrują w sandałach, czy trampkach. Nic w tym złego nie ma, gdy idziemy asfaltem, ale pamiętajmy, że po 6 km asfaltowej drogi mamy około 4,5 km odcinek kamienistego szlaku, gdzie często występuje błoto, a nierzadko na ostatnich dwóch kilometrach… lód! Z tego powodu zawsze polecam zabrać ze sobą małe raczki zakładane na buty (raczki, to nic innego, jak gumowa nakładka z metalowymi kolcami, dzięki której będziemy mogli chodzić po oblodzonej powierzchni o niewielkim nachyleniu). W różnych marketach spotykam je co roku za około 20 zł, więc wydatek nie jest duży, a zdecydowanie ułatwimy sobie przejście. Nie raz widziałem, jak kobiety „walczyły” z ostatnim kilometrem trasy, po czym i tak wszystkie leżały na lodzie, bo nawet nie ma możliwości, żeby go obejść. Po lewej stronie widnieje zalesiona stromizna, a po prawej - pionowy, kamienny mur, za którym płynie szeroki potok, położony kilka metrów poniżej naszego poziomu... Innym zjawiskiem jest młodzież, która przywykła do życia z telefonem w ręku. Niestety nie cieszą się górami, ale ciągle przeglądają Internet lub słuchają muzyki z przenośnego głośnika bluetooth…

Widząc, jak wiele się zmieniło w Dolinie Chochołowskiej (coraz większe zabezpieczenia, możliwość podziwiania najpiękniejszych miejsc tylko z daleka, tłumy nieprzygotowanych turystów) postanowiłem, że nie odwiedzę tego miejsca przez co najmniej kilka lat… Na szczęście zdążyłem zrobić zdjęcia najpiękniejszych dywanów w czasie, kiedy to było jeszcze możliwe, np. w latach 2013-2016…

Pomału przenosiliśmy się na Kalatówki. Dużo słyszeliśmy o krokusach na tej polanie, ale nigdy jej nie odwiedzaliśmy w czasie kwitnienia krokusów. Musieliśmy sprawdzić, jakie dywany kwiatów można tam podziwiać. Spod dolnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch wyruszyliśmy około godziny 14.00, a dotarliśmy na Kalatówki około 14.40. Z Danielem poszliśmy jeszcze czarnym szlakiem na lokalne wzniesienie, żeby popatrzeć na polanę z wysokości. Jest piękna! Całą akcję zdążyliśmy zrobić w 25 min, po czym wróciliśmy na Kalatówki. To, co zobaczyliśmy na polanie, przerosło nasze oczekiwania! Pomiędzy pierwszą, a drugą bacówką występują tak gęste dywany kwiatów, że aż nie można było oderwać od nich wzroku i... aparatu! Wszędzie jednakowa gęstwina! Tyle kwiatów na tle ośnieżonych gór... Cóż za widok! Największe skupiska podziwialiśmy w rejonie obu bacówek, dlatego wszyscy je okrążali i robili zdjęcia krokusom. Kwiaty rosną tak gęsto, że nawet nie widać uschniętej trawy! Będąc na miejscu, stwierdziłem, że Kalatówki są znacznie piękniejsze od Doliny Chochołowskiej. Na Kalatówkach mamy całe mnóstwo kwiatów i tak samo dużo fioletowych dywanów, ale tło jest znacznie piękniejsze. Na Kalatówkach widzimy więcej białych gór. A co mi się najbardziej podobało? Nie było ŻADNEGO ogrodzenia, ani wolontariusza! I tylko kilka pojedynczych osób! Żadnych tłumów! Najciekawsze, że mogliśmy wchodzić wszędzie, gdzie nam się podobało, korzystając z utartych ścieżek, na których nie rosną kwiaty. Właśnie czegoś takiego potrzebowaliśmy! Dobrze, że w telewizji nie mówi się o Kalatówkach, bo tylko jedna dolina jest przeciążona, a na drugiej jest spokojnie…

KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ:

  
  
  
  
  

KROKUSY NA KALATÓWKACH:

  
  
  
  

Nasza relacja z wyjazdu 2.04.2017 (Dolina Chochołowska)
Długo myśleliśmy o krokusach i kiedy pojechać do jakiejś doliny tatrzańskiej, żeby zobaczyć je u szczytu rozkwitu. Oczekiwaliśmy wręcz fioletowych, krokusowych dywanów, pokrywających całą dolinę. Mając doświadczenia z poprzednich lat, staraliśmy się wyznaczyć odpowiedni termin tak, żeby trafić na najlepszy moment. Na drodze stanął jednak pewien problem. Okres dobrej pogody rozpoczął się w 26. marca i trwał równy tydzień. W tym czasie pracowałem, więc planowałem w tygodniu wziąć nawet urlop na żądanie, żeby zdążyć. Codziennie jednak duża ilość chmur nie pozwalała mi podjąć decyzji o wyjeździe. Zresztą w tygodniu doliny nie pokryły się jeszcze w pełni krokusami, dlatego odkładałem mój dzień urlopu. Wszelkie prognozy wskazywały, że prawdziwie słoneczna pogoda będzie dopiero w weekend. Z jednej strony cieszyłem się, że idealne warunki przypadną w wolny czas, a z drugiej strony martwiłem się, ponieważ sobota i niedziela to czas przeciążonego ruchu turystycznego w Tatrach. Wiedzieliśmy również, że po niedzieli ma być już po wszystkim. Cały następny tydzień zapowiadano jako szary i pochmurny. Teraz włączyła się w nas „desperacja”, czyli: albo zobaczymy krokusy w weekend, albo w tym roku już w ogóle ich nie będziemy podziwiać, ponieważ po weekendzie 1-2. kwietnia krokusy miały powoli przemijać – tak przynajmniej ocenialiśmy sytuację. Sobotę mieliśmy zajętą, więc pozostawała tylko niedziela. Słyszeliśmy w radio, że w sobotę o godzinie 11.00 droga do Doliny Chochołowskiej była zakorkowana, a chętnych ludzi przyjechało tyle, że zastanawialiśmy się, gdzie ich ta dolina pomieści… W niedzielę miało być jeszcze gorzej… Na dzień przed wyjazdem, Daniel odwiedził nas w domu, gdzie prowadziliśmy rozmowy na temat tras wędrówek i o jakich godzinach mielibyśmy odwiedzać wybrane miejsca. Nasze rozmowy przypominały trochę rozmowy maniaków fotografii, bo zagłębialiśmy się w szczegóły ukształtowania terenu, przeanalizowaliśmy kąt padania światła o danej godzinie, kiedy otwierają się krokusy, która góra o jakich godzinach przysłania światło słoneczne, gdzie będziemy fotografować pod kątem prostym w stosunku do promieni słonecznych (wtedy najlepiej działa filtr polaryzacyjny) i wreszcie - którą dolinę wybrać: Chochołowską, czy Kalatówki? A to ze względu na pory padania promieni słonecznych. Sami zaśmialiśmy się z tego, co braliśmy pod uwagę… Danych nie zaciągnęliśmy jeszcze tylko z Jowisza i z Księżyca…

Postanowiliśmy, że wyjedziemy o godzinie 3.00 w nocy, żeby przybyć znacznie wcześniej przed tłumami, których się spodziewaliśmy, ale chcieliśmy rozpocząć po wschodzie słońca, ponieważ krokusy potrzebują promieni, żeby mogły się otworzyć. Liczyliśmy, że kwiaty osiągną pełnię dopiero po godzinie 9.00, dlatego wyznaczyliśmy trzy godziny na dojazd, półtorej godziny na wędrówkę i godzinę na oczekiwanie na promienie słoneczne, dające „zapłon” kwiatom do otwierania. Na parking u wylotu Doliny Chochołowskiej dojechaliśmy o godzinie 5.30. O 5.36 rano wyruszyliśmy już na szlak. Ilość samochodów na parkingu przeraziła nas, ponieważ świadczyła o tłumach, które są przed nami. Już na początku, na parkingu, zachwycił nas niezwykły śpiew ptaków. Słyszeliśmy dziesiątki bardzo donośnych głosów, które każdemu się podobały. Długo słuchaliśmy tego melodyjnego śpiewu – głównie kosów. Idąc doliną, mieliśmy całkowity spokój. W trakcie dalszej wędrówki cieszyliśmy się pięknymi lasami i śpiewającymi ptakami. Przy ostatniej drewnianej chacie na Siwej Polanie, po prawej stronie, gdzie można kupić góralskie serki, widzieliśmy bardzo gęste skupiska krokusów. Zauważyliśmy też ogrodzenie z czerwono-białych taśm i tabliczkami z treścią: „Zakaz wstępu”. Ucieszyłem się, ponieważ wiedziałem, że na Polanie Chochołowskiej musi być bardziej gęsto i kwiaty pokrywają znacznie większe powierzchnie. Od tego momentu szedłem pełen optymizmu. Na podstawie tego, co zobaczyłem, po prostu miałem pewność czego się spodziewać. Za chwilę weszliśmy drogą w gęsty las. Przed nami wędrowały dwie osoby, a za nami nawet nie słyszeliśmy nikogo. Długo wędrowaliśmy w spokoju. Dotarliśmy w końcu do polany Huciska. Pamiętaliśmy, że w 2016 roku występowały tutaj duże gromady krokusów, które z kolei tworzyły bardzo wielkie skupiska. Niestety, dzisiaj nie widzieliśmy podobnych skupisk. Szkoda, bo mieliśmy nadzieję, że w trakcie powrotu zatrzymamy się jeszcze na polanie Huciska. W tym miejscu kończy się droga asfaltowa.

Po bardzo krótkim postoju poszliśmy dalej ubitą drogą pełną kamieni. Powoli odsłaniały się piękne widoki na Trzydniowiański Wierch. Właśnie w tym momencie wschodzące słońce oświetliło szczyt wspomnianej góry. Wierzchołek pokryła pomarańczowa barwa i z każdą chwilą coraz więcej stromych zboczy rozświetlały ciepłe promienie. Taki widok zachęcił każdego z nas do dalszej wędrówki. Kiedy weszliśmy na odcinek błotnistej i kamienistej drogi, dogoniliśmy młodą parę z dzieckiem w wózku, której każdy krok sprawiał wielkie problemy. Kiedy podeszliśmy do nich, Daniel zaproponował, żebyśmy złapali wózek od przodu – ja z jednej strony, a Daniel z drugiej, dzięki czemu moglibyśmy go przenieść nad kamieniami. Szliśmy tak aż do końca drogi. Na równym, ubitym odcinku stanęliśmy i postawiliśmy wózek. Para z dzieckiem mogła teraz iść normalnym krokiem. Podziękowała nam i pożegnaliśmy się. Ruszyliśmy do przodu. Przed nami widniał jeszcze Rakoń. Wędrowaliśmy już ostatnim odcinkiem szlaku prowadzącym do schroniska. Jak każdego roku, w tym miejscu zalegała warstwa lodu, przez co przejście stawało się nieco trudniejsze. Wiedząc o wzmożonym ruchu turystycznym, służby parku posypały lód drobnym żwirkiem, co trochę ułatwiało wędrówkę.

Za kilka minut dotarliśmy na skraj Polany Chochołowskiej. Daniel powiedział, że nie ma szału kwiatowego, na co odpowiedziałem mu, że dalej będzie. Standardowo wzniesienie pod kapliczką i polana przy drewnianych chatach zakwita najintensywniej. Wystarczyło przejść kilkadziesiąt kroków dalej, aby móc podziwiać piękne dywany jeszcze nieotwartych krokusów! Widok po prostu przyciągał jak magnes! Na polanę zaszliśmy około godziny 6.55, a więc znacznie wcześniej przed wyznaczonym czasem. Podeszliśmy więc do naszego ulubionego miejsca – pod przedostatnią drewnianą chatę po prawej stronie, gdzie można usiąść na ławkach. Dookoła nich rosną najbardziej intensywnej, fioletowej barwy krokusy oraz najpiękniejsze kępy i skupiska tych kwiatów. Przed sobą widzieliśmy, jak granica cienia i słońca przesuwa się w dół doliny. Oczekiwaliśmy momentu, kiedy dotrze do nas. Wystarczyło kilkanaście minut, żeby większość polany oświetliły promienie. Teraz potrzebowaliśmy jeszcze godzinę lub półtorej, aby słońce mogło jeszcze mocniej doświetlić dolinę, a tym samym spowodować otwieranie się kwiatów. Mając jeszcze dużo czasu, poszliśmy szlakiem pod schronisko, podziwiając w międzyczasie największe skupiska kwiatów. Idąc dalej, skierowaliśmy się w stronę kapliczki, ponieważ na wzniesieniu widzieliśmy największe dywany krokusów. Na zakręcie trasy, gdzie wiedzie zielona, wydeptana ścieżka porośnięta trawą, wszyscy przystawali na chwilę, żeby zrobić zdjęcia. Dlaczego akurat tutaj? Ponieważ po obu jej stronach występują najgęstsze skupiska krokusów.

Tuż przed kapliczką widać zagłębienie terenu wzdłuż wzniesienia, które co roku najgęściej pokrywają kwiaty. Trudno zobaczyć coś innego niż fiolet! Z tego powodu zeszliśmy do połowy długości zagłębienia, co chwilę robiąc zdjęcia w stronę Wołowca. W rejonie podszczytowym góry zauważyliśmy ślad po zejściu lawiny gruntowej. Sunący śnieg miał tak wielką siłę, że zabrał za sobą nawet kamienie! Została tylko szeroka, brązowa struga po przejściu lawiny. Kończyło ją dwurzędowe, szerokie pole o tej samej barwie. Najwidoczniej nagromadzony śnieg zdążył się wytopić i dzięki temu mogliśmy podziwiać ślad, jaki zostaje po tym groźnym zjawisku. Na szczęście wszystko obserwowaliśmy z dala od szlaku turystycznego, więc nawet, gdyby ktoś wchodził na Wołowiec, to lawina nikomu nie groziła. Za chwilę wróciliśmy do naszych kwiatów. Schodziliśmy co kilka metrów wzniesieniem, żeby zrobić inne ujęcia fioletowych krokusów na tle ośnieżonych gór. Widok jest niecodzienny i kto go nie miał możliwości zobaczyć, niech żałuje! Kiedy wróciliśmy na szlak, spotkałem dwie osoby z klubu górskiego, który niegdyś prowadziłem. Niestety nie poznałem kto to był. Próbowałem skojarzyć, ale myślę, że to była para, która działała już po moim odejściu z niego. Wymieniliśmy wiele zdań i uwag. Doszliśmy do wniosku, że kluby działające na zasadzie forum internetowego zamierają po 2015 roku. Ludzie przerzucili się na Facebooka i tam umawiają się na wyjazdy w mniejszych grupach. Nikt już nie chce brać odpowiedzialności za wielką grupę lub podejmować decyzje w strukturach klubowych. Większość jest nastawiona na „branie”, a nie na „dawanie”. Stąd doszliśmy do wniosku, że najlepsze lata podobnych organizacji przeminęły, chociaż nadal przyciągają sporo ludzi. Jeszcze chwilę porozmawialiśmy, po czym powiedzieliśmy sobie, że pójdziemy w przeciwnych kierunkach, dzięki czemu spotkamy się jeszcze raz. Każdy z nas planował drugie przejście dookoła Polany Chochołowskiej, żeby wypełnić czas pozostały do pełnego otwarcia kwiatów. Każdy z nas oczekiwał najwłaściwszego momentu do zdjęć.

W okolicach kapliczki, niezmiennie największe skupiska krokusów zobaczyliśmy za drewnianym ogrodzeniem. Widząc ile ludzi szło w naszą stronę postanowiliśmy iść dalej i rozpocząć drugie okrążenie. Kiedy doszliśmy do drewnianych chat stanęliśmy na dłużej, ponieważ przy przedostatniej, tam gdzie są rozstawione ławki, zawsze trawa ma żywo-zieloną barwę, podczas gdy reszta polany jeszcze nie. Na tym małym skrawku rosną najpiękniejsze kwiaty. Wyróżniają się swoją ciemnofioletową barwą oraz pięknymi kształtami kęp. Na pytanie Daniela „gdzie jest ten najpiękniejszy krokus?”, mógłbym jasno odpowiedzieć, że na pewno w którejś z tych kęp. Wszędzie dookoła są również ładne krokusy, ale tutaj są wyjątkowe. Takiej barwy trudno szukać na reszcie Polany Chochołowskiej. Przy chacie, patrząc na wprost od ławek, dodatkowo widać, jak piękna, wąska ścieżka zarośnięta krótką, żywo-zieloną trawą, przecina na pół niesamowity kwiatowy dywan. Ten widok co roku mnie przyciąga jak magnes. Właśnie tutaj po raz drugi spotkałem parę z mojego klubu górskiego. Idąc zalewie kilkadziesiąt metrów dalej szlakiem dochodzimy za ostatnią chatę drewnianą, gdzie po prawej stronie stoją liczne, drewniane słupki. Właśnie tam możemy zobaczyć równie gęste i rozległe dywany kwiatowe ciągnące się przez kilkadziesiąt metrów pomiędzy świerkami. Właśnie w tych okolicach spędziliśmy najwięcej czasu, ponieważ chcieliśmy zobaczyć tak gromadnie występujące krokusy z każdej strony. Najciekawsza jest tutaj gra padających cieni i świateł na fioletowe dywany kwiatów. Kształty cieni są niecodzienne! W 2015 roku jeden ze strażników parku powiedział, że na Polanie Chochołowskiej jednocześnie kwitnie około 2 000 000 kwiatów! Zobaczyć ich tyle naraz – to jest niesamowity widok! W tym roku wszystkie zakwitły prawie w jednym czasie, więc ich liczba mogła być zbliżona do tej podanej przez strażnika.

Ciesząc się tymi niesamowitymi widokami musieliśmy powoli wracać, bo widzieliśmy, że napływała fala tłumów. My na szczęście trafiliśmy na okres spokoju. Nasze godziny podziwiania kwiatów dobraliśmy świadomie, bo wiedzieliśmy, co oznacza słoneczny weekend w Tatrach… Już wkrótce przekonałem się, jak sprawa wyglądała w rzeczywistości. Po godzinie 10.45 rozpoczęliśmy nasze zejście doliną na parking. Wpadłem na pomysł, że w dziesięciu miejscach włączę stoper na jedną minutę i policzę ile osób mijam w tym czasie idących tylko w stronę doliny. Przy Polanie Chochołowskiej naliczyłem 75 osób/minutę, ale już w drugim punkcie pomiarowym – czyli na odejściu czerwonego szlaku na Trzydniowiański Wierch, już 110 osób/minutę. Ilość idących ciągle wzrastała. Do Polany Huciska ustaliłem sześć punktów pomiarowych. Dalsze statystyki wyglądały tak: Leśniczówka Chochołowska: 126 osób/minutę, Wyżnia Chochołowska Brama 111 osób/minutę, odejście czarnego szlaku (ścieżka nad reglami) 110 osób/minutę i na kilkadziesiąt metrów przed Polaną Huciska: 132 osób/minutę. Za Polaną Huciska - cztery dodatkowe punkty pomiarowe: 1. 123 osób/minutę, 2. 117 osób/minutę, 3. 114 osób/minutę i 4. 112 osób/minutę. Te liczby dały mi wiele do myślenia… „Nacierający” tłum przez chociażby tylko godzinę dawał dwie osoby na sekundę, czyli aż 7 200 osób na godzinę! Schodziliśmy około półtorej godziny, więc my zobaczyliśmy w tak krótkim czasie aż 11 000 osób! A ile było ludzi przez cały dzień? Te statystyki będą dopiero dostępne następnego dnia po naszym przejściu. Mieliśmy szacunkowy obraz ile może być turystów, bo wchodząc na polanę pod Kozińcem spotkaliśmy strażnika parku, który strzegł krokusów, żeby ludzie ich nie stratowali. Wyznaczył granice, do których można się poruszać i nie zamierzaliśmy ich przekraczać. Powiedział nam, że w sobotę było 31 000 ludzi i że powrót do Krakowa trwał 7 godzin. Dzisiaj spodziewał się 36 000 ludzi. Statystyki są tworzone na podstawie sprzedanych biletów, a ilu weszło jeszcze przed otwarciem kas – w tym my? Może kolejny tysiąc? Tymczasem strażnik przegonił jedną kobietę i powiedział, że ma szczęście, że ją tylko przegonił, bo mogła otrzymać mandat za niszczenie krokusów. Przyznaliśmy, że powrót męczył nas pod względem psychicznym, ponieważ dosłownie przez półtorej godziny schodziła „lawina ludzi”. Nawet nie myśleliśmy, gdzie Polana Chochołowska pomieści 15 000 ludzi w tym samym czasie. To jak widownia na stadionie piłkarskim! Na polanie pod Kozińcem krokusy prezentowały się równie pięknie, bo tworzyły bardzo rozległy kwiatowy dywan. Najpiękniejszy był chyba fakt, że wszystkie kwiaty rosły na żywo-zielonej trawie, czego nie ma np. na Polanie Chochołowskiej.

Czy warto było pojechać? Zdecydowanie tak! Pomimo, że co roku staramy się zobaczyć piękne krokusy, to nigdy nie są takie same. Widok setek tysięcy, a może nawet dwóch milionów (!) kwitnących kwiatów w jednym miejscu zachwyci każdego! Wystarczy wyjść odpowiednio wcześniej, żeby nie trafić na tłumy w weekend, albo nie zwracać uwagę na czas jeśli pojedziemy w tygodniu, podczas dni pracujących. Wtedy z pewnością nacieszymy się spokojem.

Widząc tłumy o godzinie 12.00 stojącej w kolejce po bilety, zadałem sobie pytanie: „w co ci ludzie wierzą?”. Dlaczego tak? Ponieważ to pokazało ile tysięcy polskich turystów nie ma wiedzy na temat miejsca, w które jedzie. Miałem wrażenie, że idą za tłumem – takim owczym pędem. Rozsądnie myśląc, już sam dojazd o godzinie 12.00 sprawiał niesamowite problemy i ruchem kierowała policja. Stanie w kolejce po bilety – to jakieś dwie godziny, bo kolejka kończyła się dopiero w 3/5 długości parkingu. Człowiek, który nie chodzi po górach lub idzie z dziećmi, będzie potrzebował jakieś 2 do 2,5 godziny na przejście całego szlaku, co daje już godzinę 16.30 na Polanie Chochołowskiej. A gdzie czas na podziwianie, czas na odpoczynek, czas na powrót doliną i wreszcie czas na powrót? Nie trzeba być tęgim umysłem, żeby wyliczyć tak proste fakty i wziąć je pod uwagę… Po raz kolejny próbowaliśmy dojść do wniosków, jak to jest, że Słowacy jak idą w góry, to wiedzą po co idą i z czym się muszą liczyć na trasie, a Polacy jak wyruszają w góry to zdecydowana większość tłumów nie wie co jest dalej, z czym się spotka na trasie, nie wspominając już o podstawie – odpowiednim stroju do panujących warunków (nie muszą to być przecież ubrania górskie, a jedynie takie, które osłonią przed wiatrem, czy buty, które pozwolą wygodnie przejść przez kamienną drogę).

Najbardziej przerażała nas niewiedza tysięcy, albo nawet dziesiątek tysięcy ludzi. Często słyszeliśmy na polanie pod Kozińcem lub na Polanie Huciska, że to już jest Polana Chochołowska. Duża część nie wiedziała jak długo trzeba iść, co jest na końcu, jak długi jest szlak i co jest ich celem wędrówki (nie wiedzieli czego się spodziewać). Najbardziej jednak brakiem wiedzy popisali się liczni rodzice z dziećmi w wózkach. Nie od dziś wiadomo, że asfaltowa droga w Dolinie Chochołowskiej kończy się na około 3/5 długości doliny, czyli na poziomie Polany Huciska. Dalej mamy dość długi pas błotnistej drogi (nie polecam spaceru w białych "adidasach", co niestety nagminnie ludzie robili), później około 7-10 minutowy fragment bardzo kamienistej drogi, gdzie kółka wózka dziecięcego po prostu się blokują i nie ma innej możliwości niż przeniesienie go w trzy osoby nad tą drogą.
Niestety trzeba też wspomnieć, że co roku obserwuję na "dolinowych" szlakach spadek kultury osobistej i brak przestrzegania zasad obowiązujących w górach. Nacierający tłum nie uznaje faktu, że inni wracają z trasy i nie ustępują miejsca takim osobom. Ilość wyrzuconych śmieci nawet pomiędzy krokusy wręcz przerażała. W tej dolinie mogliśmy bardzo dokładnie zobaczyć jak wielka jest przepaść pomiędzy polskimi turystami, a tym, co widzimy w górach Słowacji, kiedy tam jesteśmy. Poziom kultury i świadomości jest dosłownie przeciwstawny...

Właśnie w tym celu opisałem te wszystkie rzeczy, żeby kolejni nieświadomi turyści mogli się dowiedzieć przed wyruszeniem w trasę, co powinno być celem podróży, jak długi jest szlak (11,2km) i jakiej nawierzchni się spodziewać oraz jak zachować się na szlaku, a wtedy nam wszystkim będzie lżej - w szczególności przyrodzie... a kulturę osobistą powinien zabrać każdy z nas...

KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ:

  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  
  

13 komentarzy:

  1. Pięknie,,,,,,,,,

    OdpowiedzUsuń
  2. W tym roku niestety nie zdążyłam zobaczyć krokusów, ale następnej wiosny nie odpuszczę. Piękne zdjęcia!

    Pozdrawiam
    http://mojepodrozemaleiduze.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, że to widowisko co roku jest piękne. I ja będę polować na krokusy, jak co roku :). Dziękuję za miłe słowa i również Cię pozdrawiam.

      Usuń
  3. Byłam w zeszłym roku właśnie w najbardziej kulminacyjnym momencie. Przepiękny widok! Aż zapiera dech i każdy powinien choć raz zobaczyć coś tak pięknego! :) Warto wtedy pojechać do Zakopanego na kilka dni, ponieważ to okres posezonowy więc wszystko jest tańsze, i na każdym kroku czekają okazje. :) Naszą stałą bazą wypadową jest Willa Motylek, którą polecamy każdemu z czystym sumieniem (https://www.apartamentywpolsce.pl/noclegi-zakopane)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację. Tam jest pięknie w kwietniu!
      Pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń
  4. W tym roku jak myslisz, kiedy przypadnie najlepszy okres na krokusy? :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Zniechęciło mnie to na maksa.

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam. Czy ktoś może podpowiedzieć jak wygląda aktualna sytuacja z krokusami na Polanie Chochołowskiej? Wybieram się tam 23 kwietnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już jest po wszystkim. Do 10 kwietnia krokusy zakwitły tylko w dolnej części Polany Chochołowskiej, a pięciodniowe załamanie pogody zniszczyło resztę, położoną w wyższych partiach polany. Niestety w tm roku nie było pełnego wysypu kwiatów.

      Usuń
  7. Uuuu kiepsko... no trudno, dziękuję za informację. W przyszłym roku będzie lepiej ;) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby tak było. Cały urok podziwiania krokusów już minął około 3 lata temu, ponieważ na Polanie Chochołowskiej stawia się kolejne ogrodzenia oraz jeszcze więcej wolontariuszy. Teraz krokusy ogląda się z kilku lub kilkunastu metrów, a pamiętam czasy, kiedy mogłem je podziwiać bezpośrednio. Z drugiej strony jest to uzasadnione, ponieważ Facebook i internet zrobił swoje - sława o krokusach się rozprzestrzeniła w błyskawicznym tempie, a bezmyślnych turystów, którzy nie wiedzą nawet gdzie są tam nie brakuje... Stąd przerzuciłem się na inne polany, inne miejsca oraz wyjazd organizuję zawsze w dni robocze, gdzie nie będę musiał chodzić między innymi z tysiącami matek z dziećmi w wózku, które go ciągną po bardzo nierównych, wystających kamieniach i po lodzie, bo same nie wiedzą, co jest na trasie i w ogóle jak wygląda trasa... Co roku widzę masową niewiedzę ludzi, który tam idą... Każdy ma prawo do podziwiania krokusów, ale przy 30-tysięcznym tłumie sama wędrówka na miejsce jest niezwykle uciążliwa, stąd przydałaby się większa świadomość turystów.

      Usuń