poniedziałek, 27 lutego 2017

Szlak na Małą Wysoką, Dolina Białej Wody szlak

 

Istnieją różne wersje, aby rozpocząć naszą wędrówkę szlakiem na Małą Wysoką. Przygodę można zacząć od Łysej Polany, Tatrzańskiej Polianki, czy też od Starego Smokowca. Omówię tutaj dwie najbardziej ciekawe opcje – w taki sposób, że jedną drogą będziemy wchodzić, a drugą będziemy schodzić. Osobiście uważam, że połączenie obu propozycji tworzy razem najpiękniejszy szlak w całych Tatrach słowackich. Zatem zaczynamy… Naszą wycieczkę rozpoczniemy w Łysej Polanie. Dostaniemy się tam licznymi busami z Zakopanego, które kursują co chwilę. Trzeba wsiąść do busa jadącego w kierunku Morskiego Oka i poprosić o zatrzymanie na przystanku na Łysej Polanie. Jako, że trasa jest bardzo długa i liczy około 10-12h ciągłej wędrówki, polecam wybrać pierwszy bus jadący w kierunku Morskiego Oka, który w lecie zaczyna kurs o godzinie 6.30 rano z centrum Zakopanego. W środku pojazdu możemy poczekać kilkanaście minut zanim kierowca ruszy, ponieważ czeka aż zapełni się cały bus – w końcu musi zarobić. Za przejazd zapłacimy około 10-11zł. Dodatkowo z ulicy Kościuszki można dojechać nieoficjalnym kursem nad Morskie Oko – cena za bilet jest taka sama. Kiedy dojedziemy w około 30min do Łysej Polany będziemy mieli już na początku dwie opcje rozpoczęcia naszej wędrówki. Po przekroczeniu granicy państwowej, za mostem od razu zaczyna się niebieski szlak prowadzący Doliną Białej Wody. Bardzo długa trasa oferuje niezwykłe i niepowtarzalne piękno tatrzańskiej przyrody, dlatego zostawimy sobie ją na powrót – będziemy mieli więcej czasu na podziwianie widoków. Wybierzemy przejście drogą asfaltową nieco dalej – do drewnianej ścianki wspinaczkowej, gdzie mieści się lokalna knajpka po prawej stronie drogi. Po lewej mamy kilka sklepów. Tuż przed ścianką i knajpką jest do dyspozycji dość duży parking. Właśnie tutaj z łatwością dostrzeżemy słupek z rozkładem jazdy autobusów cSAD (słowacki PKS). Pierwszy autobus odjeżdża o godzinie 7.05 rano (dla zainteresowanych, pod opisem umieszczam rozkład jazdy). Dla osób jadących samochodem nie ma praktycznie tematu, ponieważ jadąc przez Łysą Polanę kierujemy się bezpośrednio na Stary Smokowiec. Kurs autobusem trwa około 55min, ponieważ kierowca po drodze robi krótkie 3-5 minutowe postoje. Jeśli nam się uda, to na miejscu możemy być już po godzinie 8.15 rano, a jeśli kierowca z busa w Zakopanem przetrzyma nas dłużej z powodu oczekiwania na kolejnych turystów i nie zdążymy na pierwszy autobus cSAD-u, to następny będziemy mieli o godzinie 8.20. Wtedy w Starym Smokowcu będziemy po 9.30. Nie jest to zły czas, ponieważ letnie dni są bardzo długie. Nam udało się zdążyć na ten o godzinie 7.05 (godzina odjazdu nie zmieniła się od przynajmniej 10-ciu ostatnich lat) i na miejscu byliśmy po 8.00 rano. Mieliśmy zatem bardzo dobry czas, bo ludzie dopiero zaczynali wyruszać na szlaki. Jadąc autobusem można poprosić, żeby kierowca powiedział nam kiedy będzie Stary Smokowiec. Dla ułatwienia dodam, że trzeba wysiąść na następnym przystanku po Tatrzańskiej Łomnicy. Miejscowości są bardzo małe i przypominają raczej lokalne, zapomniane wioski. Jedynie Stary Smokowiec jest większy.

W Starym Smokowcu, z przystanku kierujemy się na lewą stronę, idąc na razie wzdłuż głównej drogi. Po prawej stronie zauważymy wiekowy, ale odnowiony i bardzo duży budynek z wieżyczkami, a nieco dalej jakiś supermarket wybudowany na lokalnym wzgórzu. Teraz będziemy szli w stronę marketu. Na początku pójdziemy krótkim odcinkiem drogi asfaltowej, gdzie jedyna wąska droga skręca od niego w lewo i od tego momentu rozpoczniemy wędrówkę żółtym szlakiem, którym dojdziemy aż na Małą Wysoką. Pierwszym etapem będzie dojście do Śląskiego Domu – schroniska położonego na wysokości 1670 m n.p.m. Już na początku szlaku ominiemy niewielkie osiedle, które tworzy zaledwie kilkanaście chat i domów. Zauważymy tu pierwszy drogowskaz. Dowiemy się z niego, że na Małą Wysoką mamy aż 5h 05min wędrówki. Można powiedzieć, że to trochę dużo, ale od strony Łysej Polany przez Dolinę Białej Wody jest co najmniej 5h 15min – a więc z obu stron trzeba przejść bardzo długi odcinek. Trzeba jednak pamiętać, że warto! Początkowo nasza trasa nie wygląda efektownie, ponieważ idziemy przez wielki pas zniszczeń po pamiętnej wichurze z dnia 19 listopada 2004, kiedy to 12 000ha lasów zostało dosłownie zrównanych z ziemią. Uprzątnięcie zamieszkanych okolic trwało aż 5 lat! Efekt jest taki, że przez około 25min idziemy przez teren z wywróconymi korzeniami (drewno zostało zwiezione). Na szczęście 13 lat po tej katastrofie odrastają nowe lasy. Najciekawszy jest widok na Tatry Wysokie z tej perspektywy, ponieważ widzimy je jako bardzo odległe góry, ale musimy mieć w świadomości, że jeszcze dzisiaj do nich dojdziemy i nawet przejdziemy na drugą ich stronę. Za ostatnimi zabudowaniami idziemy przez wielki, otwarty odsłonięty teren – pozostałość po zniszczonych lasach. Najciekawszy widok w tych okolicach mamy sierpniu, ponieważ całe powierzchnie zarastają wysokie, fioletowe kwiaty, tworząc wspaniały „dywan”. W czasie pierwszych 25min przekroczymy aż siedem różnych potoków, których wody spływają z wyższych partii gór. Od marketu idziemy cały czas nieciekawą, szeroką ścieżką. Wystają z niej liczne kamienie i korzenie, przez co wędrówka nie należy do przyjemnych. Właśnie z tego względu proponuję rozpoczęcie trasy od Starego Smokowca, bo po 11h ciągłej wędrówki powrót tą ścieżką na pewno byłby długo znienawidzony… Po około 25min, gdzie mamy ciągle odległy widok na Tatry Wysokie, stopniowo wchodzimy w piękny, zielony, świerkowy las. Przejście nim w upalne dni z pewnością nam się spodoba, ponieważ temperatura wewnątrz o poranku jest jeszcze dużo niższa w porównaniu z otwartymi powierzchniami, którymi dotąd szliśmy.

wtorek, 14 lutego 2017

Klątwa Wołowca odwołana

 

Ma być ładna pogoda – usłyszałem takie stwierdzenie od Daniela. Zapytał mnie, czy byśmy pojechali w Tatry, bo już dawno nie byliśmy z powodu brzydkiej pogody, ciągnącej się w nieskończoność tej zimy. Jak to w Polsce bywa, dni z piękną pogodą przypadają zwykle na okres poniedziałek – środa, a deszczowe na weekend. Chociaż mieliśmy już kwiecień, to na razie wszystkie weekendy były w 100% pochmurne i deszczowe. Co ciekawe, rok 2013 jest najbardziej nieudanym pod względem pogody –nawet do dzisiejszego dnia, biorąc pod uwagę wszystkie lata, które minęły już w XXI wieku. Na 52 weekendy aż 40 było całkowicie pochmurnych i deszczowych, 7 kolejnych „tylko” w pełni pochmurnych (bez deszczu), 1 częściowo słoneczny i 4 pod rząd (w sierpniu) całkowicie bezchmurne. 35 pierwszych weekendów przeminęło bezpowrotnie „pod rząd” w deszczowej aurze. Dopiero od 1 lipca mogliśmy zobaczyć trochę słońca, bo były takie rejony w Polsce, gdzie na 89 dni zimy słońce zobaczyliśmy tylko dwa razy. Pamiętam, jak w radiu i telewizji toczyły się debaty naukowców na temat „czy będziemy mieli już zawsze taką pogodę?”. Nie wiem dlaczego tego roku mieliśmy tak wyjątkowo nieudaną pogodę, ale statystyki mówiły same za siebie. Z góry pomyślałem, że jeśli Daniel mówi o ładnej pogodzie, to musi ona przypaść na… poniedziałek. Faktycznie, sobota minęła pod znakiem przejściowych frontów, a niedziela okazała się dobą, podczas której chmury powoli opuszczały teren Polski i długo oczekiwany wyż wkroczył do nas dopiero w poniedziałek. Pomyślałem, że to nic nowego, dlatego awaryjnie wziąłem sobie urlop na poniedziałek. Ileż to razy przychodziła mi myśl do głowy, żeby w Polsce przesunięto cały kalendarz o dwa dni „do przodu”, a wpływy do budżetu z tytułu „turystyka” powiększyłyby się o miliony złotych ze względu na dobrą pogodę przypadającą na dni poniedziałek – środa. Rozmyślając nad tym po raz kolejny, musiałem porzucić tę nigdy niedokończoną myśl, ponieważ zadzwonił Daniel. Gdzie idziemy i z kim? – zapytał. Wymieniłem kilka znanych nam osób, które również chciały wyjść w góry. Nawet Ania coś wspominała, że chciała pojechać w Tatry, ale sama się bała wyruszać na nocne eskapady. Nie mogłem jej jednak zagwarantować wolnego miejsca, bo przynajmniej do tej chwili mieliśmy pełny samochód chętnych.

O godzinie 19.00 w niedzielę zadzwonił Daniel, który poinformował mnie, że dwójka naszych odpadła ze względu na złe samopoczucie. Zostało nas już tylko dwoje. Pomyślałem od razu o Patryku i Ani, którzy mogli do nas dołączyć. Dosłownie na dwie godziny przed wyjazdem wyrwałem Patryka z pracy. Kiedy zadzwoniłem, tak szybko wyszedł z zakładu, że zapomniał oddać kluczy, przez co musieliśmy jeszcze podjechać pod zakład w drodze w Tatry.
Patryk, jedziesz w góry? – zapytałem.
Na to Patryk: o kule! Gdzie jedziecie?
Odparłem – w Tatry, na Wołowiec.
Patryk na to: jadę!

wtorek, 7 lutego 2017

Neverland II, czyli Stożek zimą (Beskid Śląski)

 

Minął rok od momentu, kiedy pojechaliśmy pierwszy raz zimą w góry. Podczas tamtego wyjazdu, który nazwaliśmy 'Neverland', Otylia chciała spełnić swoje górskie marzenie, by przejść zimowy szlak. Chciała tym samym sprawdzić swoje granice wytrzymałości i jednocześnie przesunąć je nieco dalej. Chociaż dla mnie ta trasa nie była w ogóle wymagająca, to zależało mi na tym, żeby Otylia mogła spełnić swoje marzenie. Można powiedzieć, że był to jej "Everest", który chciała zdobyć. Od zrealizowanego marzenia upłynął już rok i teraz Otylia nie planowała powtórzenia całej ubiegłorocznej trasy, ale od tamtego czasu powtarzała mi wielokrotnie, że chciałaby jeszcze raz zobaczyć tak pięknie ośnieżone drzewa, jak kiedyś. Na razie nic nie zapowiadało nadejścia zimy. Sytuacja szybko zmieniła się, ponieważ drugiego grudnia spadł śnieg i powstała bardzo gruba warstwa. Teraz czekałem dosłownie na pierwszy słoneczny i wolny dzień. Nie musiałem długo czekać, ponieważ ósmego grudnia miało być czyste, błękitne niebo, a ja miałem wolne. Z tego względu szybko zadzwoniłem do Otylii, czy ma czas, żeby wyjść w góry, bo na ten dzień przewiduję warunki podobne, jak w roku ubiegłym. Ucieszyła się na tę wiadomość i od razu zdecydowała, że pojedzie ze mną. Umówiliśmy się tak, że wsiądę do pierwszego pociągu do Wisły Głębce, a Otylia wsiądzie w Goleszowie. Mieliśmy spotkać się już w pociągu. Otylia szybko znalazła mnie w pociągu i do końca trasy jechaliśmy już razem, rozmawiając o tym, co możemy zobaczyć, oraz wspominaliśmy poprzedni zimowy wyjazd, który obfitował we wspaniałe widoki i białe drzewa. Teraz koniecznie chcieliśmy powtórzyć to samo, lub zobaczyć jeszcze więcej.

Najbardziej zależało mi na tym, żeby w wyższych partiach gór zobaczyć oszronione lub zaśnieżone drzewa. Ten widok zawsze zachwyca – niezależnie ile razy go w życiu widziałem. Wybraliśmy prostą i dobrze nam znaną trasę od Wisły Głębce na Stożek przez Kiczory, gdzie ponownie mieliśmy zobaczyć naszą „szubienicę”, czyli samotne drzewo z trzema prostopadle ułożonymi gałęziami względem pnia, a znajdowało się pod szczytem Kiczor. Liczyliśmy również na najpiękniejsze świerki w tamtym rejonie oraz mnóstwo śniegu. Dalej chcieliśmy pójść za górę Soszów, skąd moglibyśmy zejść do Wisły Jawornik czarnym szlakiem. W tym roku Otylia nie chciała już wchodzić na Czantorię, bo wiedziała ile sił kosztowało ją tamte wejście. Nie zakładałem nawet wędrówki na Czantorię, ponieważ bardziej zależało mi, żeby iść spokojnie i żeby mieć czas na podziwianie pięknej zimy. Z taką myślą też wyruszyliśmy w góry. Naszą przygodę rozpoczęliśmy z dworca Wisła Głębce około godziny 9.20 rano, bo tak przyjechał pociąg na ostatnią stację, skąd dalej poszliśmy już niebieskim, a później czerwonym szlakiem, prowadzącym na Stożek. Koniecznie chcieliśmy przejść przez Kiczory, pomimo wydłużenia sobie trasy, ale wiedzieliśmy, że właśnie tam powstają najpiękniejsze formacje śnieżne, gdy sprzyjają ku temu warunki. Przez najwyżej położone skupiska domów szliśmy normalnym tempem. Sądząc po warunkach, jakie zobaczyliśmy na miejscu, nie spodziewaliśmy się jakiejś nadzwyczajnej zimy i nawet zaczęliśmy myśleć, czy u góry będzie trochę lepiej?... Za ostatnią chatą standardowo weszliśmy w rzadszą część lasu, gdzie prowadzi jeszcze ułożona droga z betonowych płyt. Na tym odcinku mogliśmy już podziwiać świerki w zwartej grupie, które utrzymywały na sobie duże płaty śniegu. Widok bardzo zachwycał, stąd wyciągnąłem wniosek, że u góry musi być znacznie lepiej! Taką miałem nadzieję i jakoś nie dopuszczałem innej myśli do umysłu. Pomimo wczesnej porannej godziny czasami miałem wrażenie, że minęło już pół dnia. Patrząc w dal, wiele gór pokrywał cień i na dodatek czuliśmy silny mróz. Termometr wskazywał -15’C. Taka temperatura bardzo mnie cieszyła, bo oznaczała, że cały dzień na pewno będzie pogodny.