Minął rok od momentu,
kiedy pojechaliśmy pierwszy raz zimą w góry. Podczas tamtego wyjazdu, który
nazwaliśmy 'Neverland', Otylia chciała spełnić swoje górskie marzenie, by przejść
zimowy szlak. Chciała tym samym sprawdzić swoje granice wytrzymałości i jednocześnie
przesunąć je nieco dalej. Chociaż dla mnie ta trasa nie była w ogóle
wymagająca, to zależało mi na tym, żeby Otylia mogła spełnić swoje marzenie.
Można powiedzieć, że był to jej "Everest", który chciała zdobyć. Od
zrealizowanego marzenia upłynął już rok i teraz Otylia nie planowała
powtórzenia całej ubiegłorocznej trasy, ale od tamtego czasu powtarzała mi
wielokrotnie, że chciałaby jeszcze raz zobaczyć tak pięknie ośnieżone drzewa,
jak kiedyś. Na razie nic nie zapowiadało nadejścia zimy. Sytuacja szybko
zmieniła się, ponieważ drugiego grudnia spadł śnieg i powstała bardzo gruba
warstwa. Teraz czekałem dosłownie na pierwszy słoneczny i wolny dzień. Nie
musiałem długo czekać, ponieważ ósmego grudnia miało być czyste, błękitne
niebo, a ja miałem wolne. Z tego względu szybko zadzwoniłem do Otylii, czy ma
czas, żeby wyjść w góry, bo na ten dzień przewiduję warunki podobne, jak w roku
ubiegłym. Ucieszyła się na tę wiadomość i od razu zdecydowała, że pojedzie ze
mną. Umówiliśmy się tak, że wsiądę do pierwszego pociągu do Wisły Głębce, a
Otylia wsiądzie w Goleszowie. Mieliśmy spotkać się już w pociągu. Otylia szybko
znalazła mnie w pociągu i do końca trasy jechaliśmy już razem, rozmawiając o
tym, co możemy zobaczyć, oraz wspominaliśmy poprzedni zimowy wyjazd, który
obfitował we wspaniałe widoki i białe drzewa. Teraz koniecznie chcieliśmy
powtórzyć to samo, lub zobaczyć jeszcze więcej.
Najbardziej zależało mi na tym, żeby w wyższych
partiach gór zobaczyć oszronione lub zaśnieżone drzewa. Ten widok zawsze
zachwyca – niezależnie ile razy go w życiu widziałem. Wybraliśmy prostą i
dobrze nam znaną trasę od Wisły Głębce na Stożek przez Kiczory, gdzie ponownie
mieliśmy zobaczyć naszą „szubienicę”, czyli samotne drzewo z trzema prostopadle
ułożonymi gałęziami względem pnia, a znajdowało się pod szczytem Kiczor. Liczyliśmy
również na najpiękniejsze świerki w tamtym rejonie oraz mnóstwo śniegu. Dalej
chcieliśmy pójść za górę Soszów, skąd moglibyśmy zejść do Wisły Jawornik
czarnym szlakiem. W tym roku Otylia nie chciała już wchodzić na Czantorię, bo
wiedziała ile sił kosztowało ją tamte wejście. Nie zakładałem nawet wędrówki na
Czantorię, ponieważ bardziej zależało mi, żeby iść spokojnie i żeby mieć czas
na podziwianie pięknej zimy. Z taką myślą też wyruszyliśmy w góry. Naszą
przygodę rozpoczęliśmy z dworca Wisła Głębce około godziny 9.20 rano, bo tak
przyjechał pociąg na ostatnią stację, skąd dalej poszliśmy już niebieskim, a
później czerwonym szlakiem, prowadzącym na Stożek. Koniecznie chcieliśmy
przejść przez Kiczory, pomimo wydłużenia sobie trasy, ale wiedzieliśmy, że
właśnie tam powstają najpiękniejsze formacje śnieżne, gdy sprzyjają ku temu
warunki. Przez najwyżej położone skupiska domów szliśmy normalnym tempem. Sądząc
po warunkach, jakie zobaczyliśmy na miejscu, nie spodziewaliśmy się jakiejś
nadzwyczajnej zimy i nawet zaczęliśmy myśleć, czy u góry będzie trochę
lepiej?... Za ostatnią chatą standardowo weszliśmy w rzadszą część lasu, gdzie
prowadzi jeszcze ułożona droga z betonowych płyt. Na tym odcinku mogliśmy już podziwiać
świerki w zwartej grupie, które utrzymywały na sobie duże płaty śniegu. Widok
bardzo zachwycał, stąd wyciągnąłem wniosek, że u góry musi być znacznie lepiej!
Taką miałem nadzieję i jakoś nie dopuszczałem innej myśli do umysłu. Pomimo
wczesnej porannej godziny czasami miałem wrażenie, że minęło już pół dnia.
Patrząc w dal, wiele gór pokrywał cień i na dodatek czuliśmy silny mróz.
Termometr wskazywał -15’C. Taka temperatura bardzo mnie cieszyła, bo oznaczała,
że cały dzień na pewno będzie pogodny.

