poniedziałek, 21 marca 2016

Świnica 2301 m n.p.m., Kościelec 2159 m n.p.m. zimą

Świnica, Kościelec zimą 
Fot. D. Czogała

Od blisko czterech miesięcy wyczekiwaliśmy dobrej pogody w Tatrach. U nas w mieście, w tym roku, zima wyjątkowo nie dopisywała. Przez cały jej okres trwała dni ze śniegiem można było zliczyć na palcach jednej ręki… W Tatrach większe ilości śniegu pojawiły się dopiero pod koniec lutego. Stąd oczekiwaliśmy dnia, kiedy dobre śnieżne warunki nałożą się ze słoneczną pogodą, bo i tej było jak na lekarstwo… W czwartek pojawiła się taka okazja, ale splot różnych okoliczności sprawił, że nie mogliśmy zorganizować wyjazdu. Pokładaliśmy nadzieję w następnym dniu, ponieważ słoneczna pogoda miała się utrzymać tyle, że miały być na niebie „białe chmury”, te które utrudniają wykonanie dobrego zdjęcia. Mimo tego postanowiliśmy pojechać, bo wiedzieliśmy, że nie będzie tych chmur dużo. Dodatkowo mieliśmy informację, że w południe się rozpadną i dopiero w ostatniej części dnia miały powstawać nowe. Jak dla nas takie warunki nam odpowiadały.

Umówiliśmy się na godzinę 22.30. Wyjechaliśmy o czasie decydując się na wyjazd w rejon Doliny Gąsienicowej, ponieważ Daniel chciał koniecznie fotografować góry nocą z gwieździstym niebem. Ja z kolei miałem na celu standardowo zobaczenie wschodu słońca i wejście na jakiś dwutysięcznik, stąd nasz wybór padł na Świnicę. Na miejsce dojechaliśmy o godzinie 1.10 w nocy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy rondzie w Kuźnicach – tam, gdzie rozpoczyna się półgodzinna wędrówka pod stację kolejki na Kasprowy Wierch. W tym momencie Daniel zauważył taksówkę, która zatrzymała się w pobliżu. Wpadł na pomysł, żeby nas podwiózł pod dolną stację tej kolejki, żebyśmy nie musieli niepotrzebnie iść drogą asfaltową, czego w górach nikt nie lubi. Umówiliśmy się na godzinę 1.50. Kiedy Daniel zauważył taksówkę zaskoczyło nas coś jeszcze… Obok jego samochodu przechodziły trzy duże sarny. Dodatkowo taksówkarz tak zaparkował, że przednimi światłami je podświetlał. Daniel bardzo szybko wysiadł z samochodu i chwycił za aparat. Przechodziła tamtędy jeszcze jedna kobieta, która też przyglądała się tym sarnom. Widok był niezwykły, bo w środku miasta, chodnikiem wędrowały sobie sarny i się nie bały ludzi. Dopiero gdy podeszło się do nich na odległość około trzech metrów, to zaczęły szybciej iść. Sarna stojąca przy samochodzie wyglądała, jakby nie wiedziała co zrobić. Ciągle wpatrywała się nas. Taksówkarz powiedział, że on je zna, bo są stałymi bywalcami tych rejonów i są oswojone. Ja tymczasem podsumowałem, że dzień już dobrze się zaczyna.

czwartek, 17 marca 2016

Harney Peak - 2207 m n.p.m., Mount Rushmore - 1745 m n.p.m., Black Hills (USA), cz. 1 - 4.10.2008



Cztery end anchor'y w ręku i pytanie: co nimi rozdzielić? Wall mounted czy cztery zestawy napięć? Upadający auxillaries dał znak, że dzień pracy już się zakończył. Nareszcie nadszedł czas naszej długo oczekiwanej wyprawy do South Dakoty, o której rozmawialiśmy od kilku tygodni. Jeszcze przed pracą, w zakładzie, ustaliliśmy co zobaczymy, gdzie pojedziemy i jakie atrakcje warto zobaczyć. Wybór padł na Rushmore Mountain, znanych bardziej jako cztery twarze prezydentów Stanów Zjednoczonych, jaskinię Beautiful Rusmore Cave, Wildlife Loop, Sitting Bull Crystal Caverns i Park Narodowy Badlands, gdzie czekały nas szlaki wśród kanionów. Po pracy wsiedliśmy do samochodu, bez większego przygotowania. 

O 21.34 ruszyliśmy zadowoleni. Wyjechaliśmy z Richland Center, za którym rozmawialiśmy o drodze, która czeka nas za La Crosse. W firmie słyszeliśmy opinie, że ta droga jest bardzo długa i nudna - ponoć dziesięciokrotnie bardziej niż "East 14". Kiedy przejeżdżaliśmy przez Westby, Marcin zwolnił, ponieważ z prawej strony skrzyżowania nadjeżdżała Policja. Do La Crosse dojechaliśmy szybko, gdzie w ciemnościach przekraczaliśmy Mississippi, którą lepiej było widać na mapie GPS-u niż w rzeczywistości. Za tym miastem minęliśmy jeszcze kilka małych osad i już za chwilę wjeżdżaliśmy na drogę "West 90". Gdy skręciliśmy na nią, na GPS-ie ujrzałem napis: 622ml. Znaczyło to tyle, że do przejechania tym prostym odcinkiem drogi mieliśmy jeszcze 622 mile. Widząc to Marcin, powiedział do nas: "Ja pier... Patrzcie 622 kilometry do przejechania". Wtedy go poprawiłem: "Marcin, ale to są mile, nie kilometry". Wtedy zdziwiliśmy się trochę, bo zdumiewające było to, że jeden, prosty odcinek drogi mógł mieć 1094km. Było to coś niesamowitego - tak samo jak przejazd nią. Początkowe etapy nie były szczególne, dlatego pierwsze 5 godzin upłynęło dosyć szybko. O 2.42 w nocy nastąpiła zamiana kierowców, gdzie Tomek zamienił zmęczonego Marcina, który mówił, że na krótką chwilę zamknęły mu się oczy na trasie. Tomek szybko wyrównał prędkość do tej, którą utrzymywaliśmy. Jechał tak przez 2h 50min, ponieważ kończyła nam się benzyna. Musieliśmy obowiązkowo zjechać do najbliższego Rest Area. Były to przydrożne miejsca odpoczynku rozmieszczone średnio co 30-50 mil. Zjeżdżając do jednego z nich Marcin zapytał: "Co jest?", wstając nagle obudzony, prawdopodobnie innym odgłosem silnika, od dotychczasowego. Miejsce, które wybraliśmy sobie, a raczej to, które podyktowało nam kończące się paliwo, było złośliwe. Wiał tu zimny wiatr, a termometr wskazywał 34 stopnie Farenheita, co dawało 2 stopnie w skali Celsjusza. Kiedy Marcin wysiadał z samochodu, powiedział: "A tu co tak wieje?!". Na początku zastanawialiśmy się, gdzie zaparkować.

wtorek, 15 marca 2016

Wild Life Loop, Badlands National Park (USA), cz. 2 - 5.10.2008



Następny dzień rozpoczął się mniej optymistycznie, bo przez całą noc padał rzęsisty deszcz, a teraz na zachodzie niebo pokrywały gęste chmury piętra średniego. O godzinie 7.00 rano wyszedłem do małego budynku stojącego w sąsiedztwie hotelu. Podawano w nim śniadania. Właśnie z tego budynku, przez okna, spoglądałem na niebo i rozwijającą się sytuację pogodową. Już myślałem, że będziemy musieli wracać tego samego dnia do domu, a mieliśmy przecież jeszcze kaniony do przejścia. Z rozmów tutejszych gości dowiedziałem się, że duża część gości hotelowych wstała już i pojechała na polowania. Na szybach widniał napis "Fall!" dookoła, którego przyklejone były plastikowe, przezroczyste, ozdobne liście. Napis "Fall!" znaczył tyle samo, co jesień. Po lewej stronie mojego stolika widniał pusty basen, w którym po dnie wędrował większy, czarny pająk. Po zjedzeniu śniadania poszedłem po Marcina i Small Toma. Marcin był już gotowy aby zejść na śniadanie. Small Tom doszedł do nas za chwilę. Siedzieliśmy tutaj dłużej, dyskutując o sytuacji pogodowej i czarnym pająku, którego jakimś cudem wypatrzyłem. Na początku tego dnia mieliśmy w planach Wild Life Loop. Był to przejazd przez najdziksze tereny parku narodowego. Z informacji dowiedzieliśmy się, że możemy tam spotkać dziko żyjące bizony i sarny. Gdy dojechaliśmy do zakrętu, zjeżdżając z drogi 16A na Wild Life Loop spostrzegliśmy czerwono-białe bandy zamykające przejście. Był tu zakaz wjazdu... Trochę się zdenerwowaliśmy, bo przyjechaliśmy tu na dwa dni 1200km w jedną stronę i prawie podczas naszej wycieczki ta droga była zamknięta. Nie do końca chcieliśmy odpuścić, dlatego pojechaliśmy kawałek dalej drogą asfaltową skręcającą w las. Jechaliśmy nią za czarnym pick-up'em. Powierzchnia drogi szybko zmieniła się na żwirową. Jechaliśmy nią tak, aż dojechaliśmy do jakiejś szkoły, w której uczyły się tylko same dziewczyny. Był tu zakaz wjazdu, ale widząc, że tamten pick-up wjechał. My też postanowiliśmy tam wjechać.

niedziela, 13 marca 2016

The Badlands of South Dakota (USA), cz. 3 - 6.10.2008



Dnia trzeciego powróciliśmy do Badlands, ponieważ z mapy wynikało, że wczoraj nie zdążyliśmy już przejść krótkiego odcinka Door Trail i choć części dziesięciomilowego Castle Trail. Pustynne widoki i piaskowce, z których zbudowane były góry bardzo przypadły nam do gustu. Mieliśmy tu jedynie w planach spędzenie godziny lub maksymalnie półtora, ponieważ dnia następnego mieliśmy przyjść do pracy, a jeszcze trzeba było wliczyć 12 godzin powrotu samochodem. Do parku narodowego wjeżdżaliśmy tym razem od drugiej strony - od strony Door Trail czy też Exit 131. Poranek w Badlands był przepiękny. Prawie bezchmurne niebo i poranne Słońce nadawało tym górom niepowtarzalnego uroku. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od Door Trail - krótkiego szlaku, którego zachodzące słońce nie pozwoliło nam poznać wczoraj. Oświetlone szczyty odległych gór zachęcały nas do wędrówki. Będąc na miejscu, poszukaliśmy miejsca, gdzie rozpoczyna się ten szlak. Znaleźliśmy go szybko, bo w całości prowadził niskim chodnikiem zbudowanym z plastikowych listew imitujących drewno. Poszliśmy do jego końca. Szlak kończył się widokową platformą i informacją o możliwych wężach w tej okolicy. Zeszliśmy ze szlaku na ścieżki wydeptane w kierunku Window Trail. Widok z platformy jak i terenów poza nią, ukazywał wielkość tych gór. Dosłownie w każdym kierunku setki szczytów poprzecinanych czerwonymi pasami, tak samo jak pasy składające się z minerałów w mice, zajmowały rozległe przestrzenie. Ten widok przypominał morze szczytów, które nie miało końca. Jedynie za naszymi plecami widzieliśmy dwie góry wyróżniające się swoją wysokością od pozostałych. Właśnie tutaj, poza szlakiem wpadliśmy na pomysł zrobienia niecodziennych zdjęć. Mieliśmy wykonywać skoki z małej półki skalnej tak, aby "trafić" w przełęcz pomiędzy dwoma największymi górami, które znajdowały się za naszymi plecami. Mówiąc "trafić" mam na myśli wizualne uchwycenie naszych sylwetek na tle nieba pomiędzy tymi górami. Zdjęcia wyszły naprawdę efektownie, co ucieszyło nas, bo wyglądaliśmy jak gdyby pomiędzy obiema górami, w połowie ich wysokości, była rozpięta szklana półka - a my na niej.

piątek, 11 marca 2016

Mięguszowicka Przełęcz pod Chłopkiem, czyli "Szafnymy to"

 

Spotkaliśmy się o 00.27 w sobotę 21 sierpnia 2010. Ciągle myślałem, że pojedzie tylko Daniel i Wioleta – no może Dominik. Ku mojemu zdziwieniu przywitała mnie Basia i jej mąż – Tomek. Po krótkim przywitaniu podjechaliśmy pod blok Ilony, skąd Tomek miał jechać cały czas za Danielem. Na początku podróży czułem się nieco zmęczony, ponieważ bezpośrednio po pracy postanowiłem dołączyć do grupy. Za Tychami zmęczenie przestawało dokuczać, bo rozpocząłem rozmowę z Danielem i Wioletą. Zapobiegało to również ewentualnemu zasypianiu kierowcy, którym był Daniel. W okolicach Świnnej Poręby wszyscy zaczęli obserwować gwieździste niebo zza szyb samochodowych. Nie było to zwykłe gwieździste niebo, ponieważ znajdowaliśmy się w terenie górskim, dzięki czemu widzieliśmy ich o wiele więcej niż na nizinach. Jeszcze przed Nowym Targiem, w Rdzawce zauważyliśmy, że kierowca samochodu o rejestracji WB 89734 jeździ co najmniej dziwnie, co chwile hamując i zmieniając pas, jak gdyby tracił nad nim panowanie. Daniel zaproponował aby zadzwonić na Policję, jednak Wioleta powiedziała, że nie będzie mówić przez telefon. Po chwili Daniel zadzwonił i opisał całe zdarzenie na drodze. Byliśmy zdziwieni jak szybko komisariat policji w Rabce Zdrój przekazał informacje komisariatowi w Nowym Targu, bo już za chwilę dojeżdżaliśmy do podstawionego radiowozu, gdzie policjanci czekali na przejazd srebrnego samochodu podobnego do jeepa. Jechaliśmy cały czas za dziwnie prowadzącym kierowcą, jednak ten skręcił na pobliską stację Statoil znajdującej się po lewej stronie. Daniel zatrzymał się za radiowozem, który był już podstawiony i opisał funkcjonariuszowi gdzie aktualnie znajduje się poszukiwany kierowca. Po chwili udaliśmy się w dalszą drogę mijając jeszcze Poronin i Bukowinę Tatrzańską. Niesamowity spokój w drodze do Palenicy Białczańskiej i brak jakiegokolwiek oświetlenia z zewnątrz pozwalał nam podziwiać bardzo gęsto ugwieżdżone niebo. Jaki naprawdę był to widok mogliśmy przekonać się dopiero parkując samochody na parkingu w Palenicy Białczańskiej. Zgasiliśmy wszystkie światła... Naszym oczom ukazało się tak gęsto ugwieżdżone niebo, że jednogłośnie stwierdziliśmy, że takiego nieba dawno nie widzieliśmy. Gwiazd było tyle, że nad naszą głową ciągnęła się biała Droga Mleczna przecinając niebo linią o rozciągłości wschód - zachód. Wioleta była zdziwiona ilością samochodów, które stały na parkingu, ponieważ myślała, ze będziemy tylko my. Prognozy były dobre, dlatego pojawiło się tylu turystów. Kasjer, który musiał wstać aby nas przyjąć po 3.00 w nocy powiedział, że nie dajemy mu spać. Oczywiście żartował, po czym wyłoniła się żartobliwa rozmowa, gdzie prym wiódł Tomek. Po krótkim przygotowaniu się do wyjścia ruszyliśmy znienawidzoną drogą asfaltową do Morskiego Oka o długości 9km zwaną w skrócie "asfaltem".

środa, 9 marca 2016

Tatry Słowackie - 16-22.08.2009

 

Celem tego wyjazdu było przejście wszystkich szlaków dostępnych turystycznie w Tatrach Wysokich Słowackich za jednym razem tak, aby przez każdy z nich przejść tylko jeden raz. Dzięki temu mogłem poznać przepiękne Tatry Wysokie Słowackie w ciągu jednego tygodnia, bo właśnie tyle zajęło mi przejście tego całego odcinka. Odwiedziłem 14 dwutysięczników i wiele innych bardzo ciekawych miejsc. Całą przygodę rozpocząłem od polskiej strony zaczynając wejście na Rysy o godzinie… 23.00. Na szczycie byłem już o godzinie 3.20 w nocy, gdzie blisko 2 godziny oczekiwałem na wschód Słońca. Dalej wchodziłem kolejno na następujące szczyty i inne miejsca: Rysy słowackie 2 503 m n.p.m. - Koprovsky Stit 2 363 m n.p.m. - Ciemnosmreczyńskie Niżne Pleso 1 677 m n.p.m. - Tri Studnicky - Jamskie Pleso 1 447 m n.p.m. - Krywań 2 494 m n.p.m. - Furkotna Dolina - Solisko 2 117 m n.p.m. - Bystra Ławka 2 300 m n.p.m. - Młynicka Dolina - Szczyrbskie Pleso 1 347 m n.p.m. - Popradzkie Pleso 1 494 m n.p.m. - Osterva 1 979 m n.p.m. - Batyżowieckie Pleso 1 884 m n.p.m. - Śląski Dom – Wielickie Pleso 1 665 m n.p.m. - Polski Grzebień 2 200 m n.p.m. - Mała Wysoka 2 429 m n.p.m. - Rohatka 2 290 m n.p.m. - Zbójnicka Chata 1 969 m n.p.m. - Czerwona Ławka 2 352 m n.p.m. - Lodowa Przełęcz 2 373 m n.p.m. - Chata Teryho 2 010 m n.p.m. - Mała Dolina Staroleśna (Velka Studena) - Hrebieniok 1 285 m n.p.m. - Wielka Dolina Staroleśna (Velka Studena) do góry i powrót - Hrebieniok 1 285 m n.p.m. - Sławkowski Szczyt 2452 m n.p.m.- Skalnate Pleso 1 751 m n.p.m. - Wielka Świstówka 2 023 m n.p.m. - Zielone Pleso - Jagnięcy Szczyt 2 230 m n.p.m. - Dolina Białego Potoku - Dolina Jaworowa - Lodowa Przełęcz 2 373 m n.p.m. Dolina Jaworowa - Tatrzańska Jaworzyna.

Atrakcji na szlaku miałem mnóstwo, bo sypiałem przez wszystkie sześć nocy ‘pod chmurką’, dzięki czemu mogłem zobaczyć, jak 11 kozic przechodziło obok mnie o godzinie 4.20 nad ranem w okolicach Zbójnickiej Chaty wywołując tym samym małą lawinę kamieni, podziwiałem świstaki w Wielickiej Dolinie, czy też miałem okazję podziwiać, jak samica jelenia (łania) przepływa wpław Ciemnosmreczyńskie Pleso, wydając przy tym potężny ryk. Wyjazd był bardzo nietypowy dla mnie, ponieważ nigdy na tak długo nie zdecydowałem się iść ‘bez niczego’. Przeżycia były niezapomniane, ponieważ mogłem wiele zobaczyć i nacieszyć się nietypowymi widokami. 17 sierpnia 2009 okazał się rekordowym dniem, ponieważ w ciągu jednej doby utworzyło się aż 5 burz, a co najmniej 3 z nich przyniosły gradobicie. W podtatrzańskich miejscowościach spadło aż 8 cm gradu! ‘Ścianę’ gradu o szerokości większej niż 1km utrwaliłem na zdjęciach z daleka. Zdjęcia pokazują trudności i łańcuchy na Małej Wysokiej, na Czerwonej Ławce, na Bystrej Ławce, Rohatce, czy na Jagnięcym Szczycie.

wtorek, 8 marca 2016

Szpiglasowy Wierch w sierpniu

 

Jest! W końcu będzie słoneczna pogoda w sobotę! Tak właśnie cieszyliśmy się na myśl, że dzień wolny będzie pogodny. Słoneczne weekendy to raczej rzadkość, dlatego planowaliśmy pojechać w góry, żeby wykorzystać ten czas. Ja i Daniel chcieliśmy wybrać jakiś dość łatwy, ale zarazem widokowy i piękny szczyt w Tatrach, żeby pokazać mojej żonie – Moni – Tatry. Jako, że to miał być dla niej debiut w Tatrach, chcieliśmy je zaprezentować z jak najlepszej strony. Szybko zdecydowaliśmy się na Szpiglasowy Wierch, ponieważ szlak prowadził tu pięknymi polanami z widokiem na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami. Dodatkowo kwitło tu mnóstwo kwiatów, a widok ze szczytu z pewnością należy do jednych z najpiękniejszych w Polsce. Właśnie to dla niej przygotowaliśmy, żeby za pierwszym razem nie zraziła się do gór, ale raczej, żeby je „poczuła”. Była jeszcze z nami Ilona, ale te szlaki są dobrze jej znane, więc dołączyła się do naszej grupy z przyjemnością, bo liczył się sam fakt, że mogła pojechać w góry.

Umówiliśmy się standardowo na godzinę 00.00 w nocy, a to ze względu na mój stały plan działania w Tatrach. Wyjeżdżając o tej godzinie, na miejscu jest się przed 3.00 w nocy. Wyruszając o tym czasie ma się blisko trzyipółgodzinną przewagę nad tłumami, które zwykle gromadzą się nad Morskim Okiem w porze przyjazdu pierwszego busa, tj. około godziny 7.00. Chcąc cieszyć się ciszą i wspaniałymi widokami trasę zaplanowaliśmy tak, aby nad Morskim Okiem zastał nas wschód Słońca. Dodatkową atrakcją miały być lustrzane odbicia gór w wodach tego stawu. Monia zawsze chciała zobaczyć Morskie Oko przy pięknej pogodzie, a my chcieliśmy, żeby zobaczyła znacznie więcej. Ale to nie koniec niespodzianek, bo w trakcie przejazdu autostradą A4 za pierwszymi bramkami za Mysłowicami, zadzwonił telefon. Dzwonił do mnie Robert z pracy, i powiedział, że jest około 10min drogi za nami i że też jedzie na Szpiglasowy Wierch. Zdziwiłem się, że mamy takie same plany. Dopowiedział, że jest z nim Brygida i Tomek. Umówiliśmy się zatem tak, abyśmy zobaczyli się na stałym już naszym przystanku – na stacji Orlen za Rdzawką pod Nowym Targiem. Tam poznaliśmy się i pojechaliśmy razem do celu. Na parkingu w Palenicy Białczańskiej byliśmy około godziny 3.00.

poniedziałek, 7 marca 2016

Mała Fatra - 6-7.06.2015


 
Fot. Daniel Czogała

Od wielu lat marzyło mi się, aby pojechać w pasmo Małej Fatry. Ten rejon zawsze mnie pociągał ze względu na nieznane mi góry i ze względu na fakt, że wielu, których znałem tam już było i słyszałem same dobre opinie o tamtejszych szlakach i widokach. Okazja nadarzyła się niespodziewanie i tak jakoś nagle (zresztą jak zawsze). Zauważyłem, że jest dobra pogoda, więc zadzwoniłem do Daniela z pytaniem, czy chciałby pojechać ze mną. Jako, że był to długi weekend, to rozważaliśmy jeszcze opcję Bieszczadów. Szybko ją jednak odrzuciliśmy ze względu na burze i zbyt długie czasy dojazdu i powrotu. Jadąc na Małą Fatrę nie zakładaliśmy, że chcemy zobaczyć wschód Słońca. Ten wyjazd traktowaliśmy raczej jako rekonesans i rozpoznanie nowego dla nas pasma górskiego. Przyjechaliśmy dość wcześnie, bo mieliśmy jeszcze czas na spanie w samochodzie do momentu, kiedy będzie już się rozjaśniać. Wyruszyliśmy około godziny 3.30 nad ranem. Na początek założyliśmy sobie wejście na Wielki Krywań 1738 m n.p.m. od Chaty Vratnej położonej na wysokości 750 m n.p.m. obok, której wybudowano bardzo duży parking. Z mapy mieliśmy informację, że szlak z Chaty Vratna na Snilovskie Sedlo 1524 m n.p.m. szlak nie będzie ciekawy i przez dwie godziny będziemy musieli iść stromo do góry lasem wzdłuż linii kolejki. Nasze obawy zostały szybko rozwiane. O ile sam szlak nie okazał się ciekawy, to jednak widoki bardzo zachwycały. Podchodziliśmy szeroką polaną zarośniętą wielkimi liśćmi, która mieniła się świeżo-zielonymi barwami wczesnej wiosny. Tak, w czerwcu kwitną tam dopiero pierwiosnki. Po drodze oczekiwaliśmy wschodu słońca, ponieważ niebo na północnym-wschodzie już czerwieniało. Kiedy doczekaliśmy tego momentu roślinność i otoczenie nabrały bardzo pięknych, ciepłych barw. Zatrzymywaliśmy się co chwilę, ponieważ widoki bardzo szybko się tu zmieniały. Kiedy patrzyłem na prawą stronę widziałem niezwykłe dla mnie góry, bo czułem się jakbym był… w Bieszczadach. Obie góry porastał bardzo gęsty i zdrowy las bukowy. Widok bardzo przyjemny dla oka. Obserwując otoczenie zastanawiałem się czym jeszcze to pasmo mnie zaskoczy, choć już wiedziałem, że będziemy przechodzić wiele trawiastych polan, co bardzo uwielbiam w górach. Uważam je za najpiękniejsze miejsca w „zielonych” górach. Chociaż mieliśmy blisko 1000m podejścia w pionie, to jednak bardzo szybko osiągaliśmy wysokość. Minęliśmy nawet granicę światła i cienia. Od teraz na szlaku zrobiło się cieplej. Ciągle zachwycałem się zielonymi polanami oraz widokami, które oferowały. W oddali za warstwą nagrzanego powietrza majaczył Wielki Rozsutec 1609 m n.p.m.

Wisła Jawornik - Mała Czantoria (piękna wiosna) - 7.05.2015

 

Ten wyjazd nie miał na celu zdobycia jakichś wysokich szczytów, ani nie miał na celu przejścia wielu kilometrów. Raczej to miała być zupełna sielanka – podziwianie cudów natury i wiosny, tej, która teraz tak pięknie rozkwitła pięknym kwieciem. Od razu pomyślałem o kwitnących czeremchach w Wiśle Jawornik, które podziwiam co roku na początku maja. Ten rok również musiał dostarczyć mi takich atrakcji. Proponowałem ten wyjazd Patrykowi, osobie, z którą staram się jak najczęściej jeździć w góry. Patryk nie mógł, więc zadzwoniłem jeszcze po Otylię z Goleszowa, która mieszka praktycznie na miejscu. Dla niej te tereny są znane, ale każdy z nas chciał zobaczyć te same czeremchy i otwarte pola, jak pięknie kwitną i cieszą zielenią. Wysiedliśmy standardowo na dworcu w Wiśle Uzdrowisko, skąd poszliśmy znanym nam szlakiem omijającym ruchliwą ulicę prowadzącą do Wisły Centrum. My poszliśmy wzdłuż lewego brzegu rzeki Wisły, gdzie prowadził piękny chodnik wśród kwitnących drzew. Po około dziesięciu minutach doszliśmy do głównej drogi Wisły Jawornik, gdzie zaczynał się nasz szlak. Tutaj ruch samochodów nie przeszkadzał ze względu na wczesną porę dnia. Niebo zrobiło się błękitne, a słońce świeciło tak, jak chciałem. Nie było zbyt ciepło, ale najważniejsze, że widoki były istnie wiosenne. Zanim droga się skończyła Otylia zaproponowała, żeby wejść w jedną odnogę, którą zauważyliśmy podczas poprzednich wypadów w góry. Wchodząc w tą szeroką ścieżkę czuło się całkowity spokój, sielankę, a wspaniałe widoki wyciszały zupełnie…

Zostaliśmy na dłużej obchodząc „zapomniane” łąki z każdej strony, ponieważ wszędzie kwitły czeremchy, jabłonie, czy tysiące mniszków. Widok był niezapomniany! Zrobiłem tu dużo zdjęć, aby pokazać piękno wiosny i terenów, na które nie prowadzi żaden szlak i z pewnością są znane tylko kilku mieszkańcom… Dodatkową atrakcją był deszcz białych płatków, które opadały z drzew, ponieważ powiewał lekki wiatr. Po dłuższej chwili wróciliśmy na właściwy szlak. Doszliśmy do miejsca, skąd mogliśmy podziwiać najpiękniejszą aleję kwitnących czeremch. To właśnie tutaj, co roku, zatrzymuję się, aby podziwiać okolicę. Spojrzałem stąd w dół. Zauważyłem, że polany, które znajdowały się poza szlakiem, są również stąd widoczne, ale z góry nie robiły takiego wrażenia. Powyżej mijaliśmy duże skupisko czeremch i dzięki temu mieliśmy okazję podziwiać drugi „deszcz” złożony z płatków tych pięknych kwiatów. Wyglądał jak piękny, padający śnieg podczas pięknej, zielonej wiosny… Nie czuło się takiego ogromu przestrzeni. Powyżej alei kwitnących czeremch pomału wchodziliśmy do lasu, który za dosłownie krótką chwilę, wprowadził nas na kolejną polanę. Tutejsza polana rozkwitała pięknymi, białymi kwiatami, a trawa zieleniła się na potęgę. Widok był bardzo przyjemny, ponieważ odsłaniał cały ogrom przestrzeni i ukazywała coraz odleglejsze góry. Z polany mieliśmy zaledwie pięć minut do skrzyżowania szlaków, gdzie wchodziło się na Główny Szlak Beskidzki prowadzący przez Czantorię. Poszliśmy w stronę Czantorii, ponieważ chcieliśmy wejść na jej szczyt i podziwiać świeżo-zielone lasy bukowe oraz kwitnące czereśnie dziko rosnące na szlaku. Wejście upływało tak szybko, że nie spostrzegliśmy dużej stromizny. Na szczycie skorzystaliśmy z wieży widokowej, która rzuciła nam światło na Małą Czantorię i jej zapomniane szlaki. Właśnie tam się udaliśmy w kolejnej części wędrówki. Niebo pokryły gęste chmury, ale czym bliżej byliśmy Małej Czantorii, tym niebo bardziej wypełniało się słońcem. W drodze na Małą Czantorię minęliśmy przepiękną polanę, na które kwiknęły trzy stare czereśnie oraz bardzo starą chatę, obok której kwitło bardzo stare drzewo prawie dotykające swoim pniem murów budynku. Wszystko dookoła się już rozlatywało, co nadawało temu miejscu ciekawego klimatu. Trawa wyglądała tu jak wykoszona i ciągle zachwycała swoim pięknem. Jeszcze tylko chwila i byliśmy już na właściwym szczycie Małej Czantorii – tym, który jest odległy od szlaku turystycznego o 200m. Stąd rozpościerał się niesamowity widok na zieloną Polskę. Tak mogę napisać, bo wielką jej część mogliśmy zobaczyć. Wszędzie widzieliśmy tylko niziny w pełni zielone i mnóstwo żółtych pól kwitnącego rzepaku. Widok był nieprzeciętny, ponieważ nigdzie nie mogliśmy dostrzec czegokolwiek uschniętego. Wszystko odżyło w pełni… Niebo jeszcze przez chwilę zanosiło się na deszcz i faktycznie, lekko padało, ale po dłuższej chwili chmury ułożone w równej linii ustąpiły i odsłonił się piękny, czysty błękit nieba. Widzieliśmy, jak poszczególne krainy rozświetla słońce. Czekałem tak długo, aż rozświetli je wszystkie… Doczekałem się nawet widoku Jeziora Goczałkowickiego widzianego z dużej odległości. Właśnie w tym momencie wykonałem najwięcej zdjęć, ponieważ wszędzie świeciło słońce bardzo równomiernie. Byliśmy zachwyceni tak ogromnym widokiem wiosny. Dookoła buki świeżo zazieleniły się, co dodawało uroku okolicy. Odwiedziliśmy jeszcze miejsce zwane kuchnią polową na szczycie, gdzie paralotniarze robią często grilla. Tutaj, jak to mamy w zwyczaju, również zrobiliśmy sobie zdjęcie pod tytułem "jaskółka". Każdy, kto oglądał to zdjęcie myślał, że Otylia jest moją żoną. Gdy Otylia się o tym dowiedziała, bardzo się zaczerwieniła i sami się z tego cieszyliśmy.

Kefalonia, Grecja - co warto zobaczyć?

 Kefalonia - co warto zobaczyć?

KEFALONIA - CO WARTO ZOBACZYĆ?
Jeśli jesteś człowiekiem, który praktycznie cały swój czas wolny spędzał w świecie natury i w ciszy, a wizja zwiedzania miast, czy nawet spędzanie czasu w mieście Cię przeraża, to Kefalonia jest właśnie dla Ciebie! Wyspa na pewno zapewni Ci piękne miejsca z bliskim dostępem do plaż, a przede wszystkim do bardzo pięknego i krystalicznie czystego Morza Jońskiego. Nawet w środku sezonu miejscowości nie są przeludnione i nie doświadczysz tu zjawiska masowej turystyki. W przewodnikach wyspa Kefalonia określana jest jako dzika i nieskomercjalizowana. Najczęściej w ofertach znajdziemy tylko dwa hotele, jeden w miejscowości Skala a drugi w Katelios. Polecam "Utopia Resort", który nie należy do najtańszych, ale za to oferuje bardzo wysoki poziom komfortu oraz bardzo dobre all inclusive. Od standardowych wakacji może być nawet o 100-300zł droższy za tydzień. Wystarczy, że będziemy obserwować ceny, a możemy wstrzelić się w dobrą ofertę i zapewnić sobie wyjazd za około 2070 zł za tydzień. W maju i czerwcu tygodniowy pobyt kosztuje około 2070-2100 zł, a w sezonie około 2300-2500 zł. Myślę, że warto wybrać to miejsce, ponieważ widoki, które możemy zobaczyć w miejscowości, gdzie znajduje się hotel są naprawdę piękne. Najbardziej zachwyca czyste morze, gdzie aż do kilometra będziemy widzieli dno! W Skali nie będziemy mieli aż tak pięknie... Na Kefalonię zazwyczaj latają samoloty firmy Small Planet z Litwy, gdzie polecimy wyczarterowanym Airbusem A320 – najbardziej rozpowszechnionym samolotem świata, uchodzącym też za najbezpieczniejszy i najbardziej „wylatany” model. Najciekawsze jest lotnisko przypominało nieco dworzec w Katowicach w jego starej wersji... Czułem się tam, jakbym przeniósł się do roku 1980… Stare, kineskopowe, wysłużone telewizory robiły ogromne wrażenie. Takich już nigdzie nie ma... Do hotelu „Utopia Resort & Spa” jest jakieś 36 km drogi, ale z powodu krętych dróg taka podróż trwa około 50 minut. Podczas dojeżdżania na miejsce dowiedzieliśmy się, że pierwszeństwo mają tutaj osoby wjeżdżające na rondo oraz, że… większy pojazd ma zawsze pierwszeństwo... Na pewno szybko wytworzy się sytuacja, gdzie zobaczymy omawiane zasady w praktyce. Dla przykładu nasz autokar wjechał w bardzo krętą i bardzo wąską dróżkę, gdzie z naprzeciwka nadjeżdżała cysterna. Kierowca musiał wycofać pomimo wielkości pojazdu. Widać, że był wprawiony w takich manewrach, ponieważ bardzo sprawnie lawirował pomiędzy ciasnymi uliczkami i domami stojącymi tuż przy krawężnikach. Trasa dojazdowa zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wyspa okazała się górzystym terenem z wieloma wzniesieniami oraz dawała przepiękne widoki na morze. Ale nie to przykuło moją uwagę. Najbardziej moją uwagę zwracały kwitnące ogromem kwiecia liczne drzewa i inne rośliny pomimo upalnych dni. Kefalonia to zdecydowanie wyspa kolorowych kwiatów. Niskie domy również pięknie komponowały się w krajobraz, ponieważ wszystkie pomalowano na jasne, pastelowe kolory, odpowiednie dla słonecznego klimatu. Nadawały klimat temu miejscu.

niedziela, 6 marca 2016

Orla Perć

 

Daniel, z którym jeździłem zawsze w góry miał takie marzenie, żeby przejść Orlą Perć. Niegdyś powiedział, że kiedy będą suche warunki w Tatrach, to będzie chciał spróbować tego przejścia. Minął już prawie rok i nic nie wskazywało, że coś się zmieni w tej kwestii. Nieoczekiwanie jednak październik pozwolił zrealizować jego plan. Kilka dni wcześniej wszystkie prognozy pogody na pierwszego października zapowiadały ciepły, suchy i słoneczny dzień, a w Tatrach szlaki miały być idealne. Zdecydowaliśmy, że kiedy wrócę z drugiej zmiany z pracy do domu, to od razu wsiądę do samochodu Daniela i pojedziemy bezpośrednio w góry. W samochodzie obliczyliśmy czas potrzebny na przejście całej Orlej Perci oraz wszystkich tras dojściowych i powrotnych. Naszą trasę wyceniliśmy na około czternaście godzin. Z Kuźnic na Zawrat daliśmy sobie cztery godziny czasu, na Orlą Perć sześć godzin i na powrót cztery godziny.

Na miejsce dojechaliśmy o 3.00 w nocy. Bez zastanowienia wyruszyliśmy w góry. Podchodząc w okolice rozdroża na Nosal zauważyliśmy, jak bardzo jest ciepło. W środku nocy i to w październiku szliśmy w koszulkach z krótkimi rękawami! Podejście na Boczań bardzo mi się dłużyło, ponieważ, kiedy poznawałem Tatry, w ciągu sześciu dni przechodziłem go aż dwanaście razy, więc myślę, że mi wystarczy już tego szczytu na kolejne lata... Podejście przez Dolinę Jaworzyny nie wchodziło w grę, bo zależało nam na czasie i jak najszybszym rozpoczęciu szlaku właściwego. Do Murowańca szliśmy szybkim tempem. Dopiero nad Czarnym Stawem Gąsienicowym zatrzymaliśmy się, kiedy niebo zaczęło się rozjaśniać. Była jeszcze noc. Daniel rozstawił aparat na statywie i zaczął fotografować gwiazdy oraz podejście na Zawrat na tle rozgwieżdżonego nieba. Przyznam, że zdjęcia robiły wrażenie. Rozpoczęliśmy podejście na Zawrat. Czarny Staw Gąsienicowy dość szybko zniknął nam za skałami, a Daniel mógł się rozgrzać przed Orlą Percią, ponieważ na trasie było mnóstwo ubezpieczeń w postaci klamer i łańcuchów. Na tym etapie spojrzeliśmy do góry, ponieważ szczyty oświetlały pierwsze promienie słońca. Wyróżniały się wśród reszty, jeszcze zacienionych gór. Daniel i tu przystanął, żeby sfotografować ten piękny widok. Dalsze wchodzenie przebiegało bardzo sprawnie. Wszelkie trudności na dojściu na Zawrat nie sprawiały Danielowi problemów, dlatego na przełęczy stanęliśmy o godzinie 7.10 rano. Widok był niecodzienny! Trawy przyjęły niezwykle rdzawych barw, a to wszystko oświetlało wczesnoporanne słońce. Zadni Staw dodatkowo podkreślał piękno tego rejonu. Jako, że widok bardzo cieszył nasze oczy przystanęliśmy na chwilę, by zrobić kilka zdjęć oraz nacieszyć się tym widokiem, który zmieniał się bardzo szybko. Dodatkowo Daniel w trakcie wchodzenia na Zawrat zwrócił uwagę na Zmarzły Staw, który faktycznie już zamarzał i teraz mógł na niego spojrzeć z wysokości.

Beskid Sądecki - 4.10.2013

 

Nasze przejście rozpoczęliśmy od przejścia z miejscowości Zabrzeż. Ta nazwa sprawiała wiele kłopotów, bo Ania cały czas wymawiała ją: Zabierz. Za nic nie mogłem znaleźć tej miejscowości na mapie w wersji Ani, dlatego tak trudno było zrozumieć o jaki szlak jej chodzi... a to z tego powodu, że pierwszy dzień Ania miała zaplanować, a ja drugi. To właśnie w tym momencie zauważyłem jak bardzo się różnimy. Jeśli ja lubiłem kontury gór, dla Ani to było brzydkie; jeśli ja lubiłem mrozy, to Ania podgrzewane, ruchome schody na szlakach; jeśli ja lubiłem zimne, to ona gorące... I tak bym mógł wymieniać po stokroć. I jak tu coś zaplanować, jeśli trzeba było to wszystko wziąć pod uwagę? Wyłonił się jeszcze temat kuchenki z gazem (o czym w polskich górach w ogóle bym nie pomyślał), aby zabrać ze sobą. Po długich poszukiwaniach skąd wytrzasnąć gaz na ostatnią godzinę, znalazłem dwie butle z wyprawy sprzed dwóch lat u taty. Ucieszyłem się, bo kolejne założenia były już łatwiejsze do spełnienia. W końcu umówiliśmy się na konkretne trasy. Ja wybrałem Pieniny, bo spodziewałem się mrozu i morza chmur, a Ania Beskid Sądecki do Dzwonkówki, bo chciała zobaczyć ten szlak. Nie ukrywam, że ten szlak podobał mi się bardzo, ponieważ było tam wiele pięknych polan z pięknymi widokami. Nasze plany mieliśmy spiąć tak, aby połączyć je jedną linią i żeby wyrobić się w dwa dni. Ja koniecznie naciskałem na morze chmur, chociaż Ania nie przepadała za barierkami na Trzech Koronach… Ja też nie, ale co tam barierki, kiedy takie morze chmur widniało na horyzoncie! Nie myśli się wtedy o tej biżuterii i o żelastwie, ale o tych widokach! I tak właśnie myślałem.

Pieniny 2013 - 4-5.10.2013 - czwarty rok polowań na "morza chmur".

 

Nasze przejście rozpoczęliśmy od przejścia z miejscowości Zabrzeż. Ta nazwa sprawiała wiele kłopotów, bo Ania cały czas wymawiała ją: Zabierz. Za nic nie mogłem znaleźć tej miejscowości na mapie w wersji Ani, dlatego tak trudno było zrozumieć o jaki szlak jej chodzi... a to z tego powodu, że pierwszy dzień Ania miała zaplanować, a ja drugi. To właśnie w tym momencie zauważyłem jak bardzo się różnimy. Jeśli ja lubiłem kontury gór, dla Ani to było brzydkie; jeśli ja lubiłem mrozy, to Ania podgrzewane, ruchome schody na szlakach; jeśli ja lubiłem zimne, to ona gorące... I tak bym mógł wymieniać po stokroć. I jak tu coś zaplanować, jeśli trzeba było to wszystko wziąć pod uwagę? Wyłonił się jeszcze temat kuchenki z gazem (o czym w polskich górach w ogóle bym nie pomyślał), aby zabrać ze sobą. Po długich poszukiwaniach skąd wytrzasnąć gaz na ostatnią godzinę, znalazłem dwie butle z wyprawy sprzed dwóch lat u taty. Ucieszyłem się, bo kolejne założenia były już łatwiejsze do spełnienia. W końcu umówiliśmy się na konkretne trasy. Ja wybrałem Pieniny, bo spodziewałem się mrozu i morza chmur, a Ania Beskid Sądecki do Dzwonkówki, bo chciała zobaczyć ten szlak. Nie ukrywam, że ten szlak podobał mi się bardzo, ponieważ było tam wiele pięknych polan z pięknymi widokami. Nasze plany mieliśmy spiąć tak, aby połączyć je jedną linią i żeby wyrobić się w dwa dni. Ja koniecznie naciskałem na morze chmur, chociaż Ania nie przepadała za barierkami na Trzech Koronach… Ja też nie, ale co tam barierki, kiedy takie morze chmur widniało na horyzoncie! Nie myśli się wtedy o tej biżuterii i o żelastwie, ale o tych widokach! I tak właśnie myślałem.

Pieniny 2014 - 11.10.2015 - piąty rok polowań na "morza chmur".

 

Wyjazd w Pieniny był, jak co roku, podstawowym celem do zrealizowania. Kiedyś napisałem kalendarz powtarzających się zjawisk górskich i właśnie takie morza chmur w Pieninach są jednym z nich. Regularnie, co roku występują w okolicach 13-20 października, co nakłada się z największą liczbą kolorów liści, dlatego to widowisko jest najpiękniejsze tylko w tych dniach. Wyszukiwałem jakiegoś dnia, który pogodowo będzie idealny do takiego wypadu, żeby można było podziwiać morze chmur, bo kolory liści już były... W tym roku jednak mój wyjazd się różnił od poprzednich... bo pojechałem tam z moją narzeczoną, która tylko słyszała o tym wszystkim, a teraz chciała zobaczyć to na własne oczy. Z pewnością domyślacie się jakie wrażenie muszą wywrzeć takie widoki na osobie, która nie chodziła po górach... Takie widoki muszą zapisać się w pamięci bardzo trwale... Zaczęliśmy o nietypowej porze, bo o godzinie 23.20 z Krościenka. Obowiązkowo chcieliśmy wejść na Trzy Korony. Szybko opuściliśmy miasto i dalej szlak prowadził przez ciemny las i widokowe polany. Dodatkowo uroku naszej wędrówce dodawał Księżyc prawie w pełni. Dawał bardzo dużo światła, przez co i do lasu dostawały się jego znaczne ilości. Nie śpieszyło nam się w ogóle. Szliśmy powoli, aby podziwiać te wszystkie widoki, ponieważ teraz Krościenko 'majaczyło' gdzieś na dole, oświetlone miejskimi latarniami. Wszystko to widzieliśmy za cienką mgłą... Dalsze wejście okazało się łatwe i przyjemne. Strome podejście z początku Monika - bo tak nazywa się moja narzeczona - po prostu przegapiła, z powodu ciemności. Kiedy tędy wracaliśmy zapytała: 'to tu było tak stromo?'. Piękne widoki nas nie opuszczały na dłużej, bo po krótkich odcinkach leśnych wychodziliśmy na kolejne polany dające panoramiczne widoki. W okolicach szczytowych byliśmy po godzinie 1.17 w nocy. Zatrzymaliśmy się w deszczochronie, z którego na szczyt mieliśmy niewiele, bo tylko 5 min. marszu. Do wschodu Słońca było jeszcze daleko, dlatego podziwialiśmy okoliczne widoki bardzo długo prowadząc rozmowy. Spotkaliśmy też innych zapaleńców i obserwatorów jesiennych mórz chmur oraz wschodów Słońca, którzy mieli taki sam pomysł, co my. Widoków było tyle, że nie było czasu spać. Zresztą i tak się nawet nie chciało. Wschód Słońca rozpoczął się bardzo efektownie, a przez górę chmury 'przewalały' się jeszcze blisko dwie godziny. W tym czasie podziwialiśmy widmo Brockenu (zjawisko polegające na tym, że kiedy stoimy nad chmurami i rzucamy na nie cień, to dookoła cienia naszej głowy powstaje gloria - tęcza. Sam cień jest dziwnie przesunięty względem chmur, co wygląda jak jakaś zjawa. Z tym zjawiskiem jest związany przesąd, ale jako, że w ogóle w nie nie wierzę, to nie piszę o nim, bo gdyby był prawdziwy już trzy razy powinien się stać :-) ). Powstawało jedno za drugim, aż nie sposób ich było zliczyć... Tylko pozostało mi robić zdjęcia... Co jeszcze było ciekawego? Z pewnością piękne widoki po tych dwóch godzinach, kiedy Pieniny nareszcie otwarły się w całości... Schodząc ze szczytu mogliśmy podziwiać najpiękniejsze kolory jesieni - szczególnie na Przełęczy Chwała Bogu.

sobota, 5 marca 2016

Bystra, Błyszcz zimą

 

- Ma być piękna pogoda - usłyszałem od Daniela takie słowa.

- Może uda się gdzieś w Tatry pojechać - odpowiedziałem.

- Ciekawe czy będzie morze chmur

- zobaczę - jest jakaś szansa...

Taki dialog wywiązał się pomiędzy nami, gdy zauważyliśmy poprawę pogody, a co za tym idzie - możliwość wyjazdu w góry. Szybko wybraliśmy za nasz cel Bystrą, bo już tyle razy próbowaliśmy dojść tam zimą, ale zawsze albo warunki nie pozwalały, albo dzień był za krótki... Teraz postanowiliśmy, że pójdziemy na Bystrą standardowym szlakiem przez Iwaniacką Przełęcz jeszcze w nocy, żeby dać sobie mnóstwo czasu w ciągu dnia na długą wędrówkę granią Ornaków. Daniel dodatkowo chciał sprawdzić swoją wytrzymałość, zasypiając w namiocie podczas mroźnych nocy, ponieważ za 4 miesiące miałem w planach wyjazd do Gruzji na Kazbek i do Rosji na Elbrus. Daniel cały czas rozważał tę opcję, by dołączyć do ekipy. Nie było lepszej możliwości niż ta, by spróbować noclegu w zimowych Tatrach. Rozpoczęliśmy standardowo o 3.00 w nocy od Doliny Kościeliskiej. Wędrówka doliną nieco nam się dłużyła, ponieważ w nocy niewiele widzieliśmy. Zależało nam na jak najszybszym dotarciu w wyższe partie gór, żeby przejść do części właściwej całego wyjazdu. W Dolinie Kościeliskiej minęliśmy kilka charakterystycznych punktów, które zawsze u mnie przywołują dobre wspomnienia. Kiedy dotarliśmy do schroniska na Hali Ornak usiedliśmy tylko na chwilę na ławkach. Spostrzegliśmy, że w pobliżu nas siedzi kot w paski w odcieniach szarości. Pogłaskaliśmy go nawet, a on położył się obok nas. My jednak za kilka chwil musieliśmy ruszać dalej, żeby zdążyć w rozsądnym czasie na Bystrą. Wybierając żółty szlak, dalej "pociągnęliśmy" na Iwaniacką Przełęcz. Z naukowej prognozy pogody wiedziałem, że zobaczymy morze chmur. Nocne podejście na przełęcz upływało szybko, ale nie widziałem żadnej oznaki tworzenia się tak wyczekiwanego morza chmur. Narzuciliśmy szybkie tempo, dlatego stromizna w lesie minęła nam aż za szybko. Cieszyłem się, bo przyznając szczerze - nie lubię odcinka na Iwaniacką Przełęcz. Tam się nic nie dzieje. Na przełęczy zatrzymaliśmy się tylko, żeby coś zjeść i się napić, po czym ruszyliśmy dość szybkim krokiem na pierwszy z Ornaków - Suchy Ornaczański Wierch 1832 m n.p.m. Dopiero po przejściu przerzedzającego się lasu ponad przełęczą stanęliśmy przed wielką górą. Tak ją nazywam, ponieważ po wyjściu z lasu przed nami widać tylko ogromny i bardzo nachylony stok, który ciągnie się bez końca. Do pokonania jest około 400 m przewyższenia. W warunkach zimowych takie podejście może dodatkowo zmęczyć.

Wołowiec zimą 2064 m n.p.m.

Dolina Chochołowska zimą 

Jest 31 grudnia 2014 roku. Jako, że nie obchodzę Sylwestra jako święto, czy jakąś okazję do imprezowania, zauważyłem w tym dniu możliwość wyjazdu w góry i odpoczęcia od pracy. W pracy rozmawialiśmy na temat pogody i ewentualnego wyjazdu w góry. Niejako nastawialiśmy się psychicznie. Kiedy nadarzyła się okazja, po południu, 30 grudnia, zadecydowałem, że pogoda będzie wymarzona na wyjazd. Stwierdziłem, że będziemy mieli duży mróz i piękne widoki dzięki idealnej przejrzystości powietrza. Ja i Robert spakowaliśmy plecaki bardzo szybko. Umówiliśmy wyjazd na godzinę 00.00. Robert szukał jeszcze dodatkowej osoby, żeby zmniejszyć koszty za paliwo. Powstało małe nieporozumienie, bo Robert powiedział, że zadzwoni do Brygidy, a później zapomniał o niej w myślach.... Brygida dopiero o godzinie 20.00 dowiedziała się, że chcemy jechać w góry, a konkretnie w Tatry, dlatego bez zastanawiania robiła wszystko, by pojechać z nami. Brygida miała jeszcze zaplanowaną imprezę sylwestrową o godzinie 18.00, dlatego musiała mieć gwarancję, że zdążymy wrócić na czas.

Od samego początku atrakcje nie omijały nas ani na chwilę. Robert – zwany Bobcikiem –  o godzinie 23.50 zadzwonił, że spóźni się trochę i będzie po godzinie 00.20. Nie wiedziałem o co chodzi – pomyślałem, że Brygida potrzebowała trochę więcej czasu, bo dowiedziała się zbyt późno o naszym wyjeździe. Kiedy przyjechali do mnie od razu zauważyłem, że coś jest nie tak. Czekałem na dworze 30min przy temperaturze -17°C, a właśnie dowiedziałem się, że nie ma ogrzewania w samochodzie, bo wysiadło… Dla mnie nie był to problem, bo jestem przyzwyczajony do niskich temperatur, ale bardziej martwiłem się, żeby sam dojazd w góry nie wychłodził Roberta i Brygidy. Było tak zimno, że każdy oddech wywoływał kłęby pary, która zamarzała na przedniej szybie. Przez trzy godziny jazdy, cały czas, przed oczyma kierowcy drapałem skrobaczką powstający lód, żeby Bobcik miał widoczność. Powiedziałem tyle tylko, że ten wyjazd będziemy bardzo mocno wspominać, bo już się ciekawie zaczął... Na miejsce dojechaliśmy po godzinie 3.30 u wylotu Doliny Chochołowskiej. Bobcik i Brygida mieli bardzo wychłodzone stopy od jazdy w zmrożonym aucie, dlatego martwiłem się, czy w ogóle dadzą radę rozpocząć wędrówkę, bo stopy wręcz bolały ich z zimna. Miałem przy sobie trzy komplety bardzo grubych skarpet na alpejskie wyprawy oraz polary. Dałem Brygidzie te rzeczy, żeby była bardziej chroniona od zimna. Ekipa postanowiła wyjść z samochodu i spróbować się rozgrzać. Postanowiłem, że pierwsze pół godziny narzucimy tempo tak, co by stopy mogły się rozgrzać. Po 20min marszu powoli ciepło wracało do stóp i do nóg, dzięki czemu chęci powróciły do dalszej wędrówki. Widzieliśmy, że Robert trochę odstaje, bo nie chodził już długo po górach, przez co musiał zwalniać na drodze i się zatrzymywać, by nadążyć za własnym oddechem. Szliśmy tak około dwie godziny. Robert wypatrywał schroniska, żeby trochę odpocząć. W trakcie wędrówki mierzyłem temperaturę. Mieliśmy już -22°C, ale byliśmy rozgrzani, więc nie odczuwaliśmy tak bardzo tego silnego mrozu. Powiedziałem ekipie, że na długo w budynku nie możemy zostać, żeby nie ochłonąć z wędrówki, bo wtedy mróz stanie się bardziej odczuwalny. Robert stwierdził, że nie da rady na razie iść gdziekolwiek dalej i poczeka na nas w schronisku. Ja zaplanowałem wyjście na wschód Słońca, bo po to tu głównie przyjechałem.

O godzinie 6.00 wyruszyłem ja i Brygida w stronę Grzesia. Kiedy nastawał ostatni dzień roku trochę byłem rozczarowany niebem – około 90% pokryło się chmurami z rodzaju stratocumulus stratiformis perlucidus, a ja chciałem widzieć piękne i rozległe widoki. Powiedziałem sobie „no trudno” – idę. Brygida chciała dojść na wschód Słońca, dlatego nadawała własne tempo – ja szedłem za nią. Na Grzesia dotarliśmy o godzinie 7.20, gdzie mieliśmy jeszcze około 25min czasu do wschodu. Tymczasem podziwialiśmy chmury podświetlane na czerwono od wschodzącego słońca. Utworzyła się równa granica chmur, przez co zjawisko ognistego nieba zostało spotęgowane. Ten widok był niesamowity! Najlepsze miało dopiero nadejść… Na minutę przed wschodem słońca zauważyłem zjawisko, które powtarza się raz na kilkadziesiąt lat… Było to optyczne zjawisko polegające na specjalnym układzie chmur, który powoduje, że widzi się dwa jednocześnie wschodzące słońca – jedno na wschodzie – to prawdziwe, a drugie na zachodzie – to „nieprawdziwe”. Na szczycie stałem i podziwiałem to niezwykłe zjawisko ciesząc się, że je ujrzałem. Jest niesamowite! Po chwili pojawiło się słońce „prawdziwe” i rozpoczął się drugi spektakl… Tym razem cienka linia różowego i fioletowego światła zaczęła oświetlać wierzchołki dwutysięczników oraz Osobitą… Cała uwaga była poświęcona Osobitej ze względu na jej zbocza. Wypełniały je górnoreglowe świerki ośnieżone bardzo grubą warstwą, na dodatek oszronione poprzez silny mróz. Kiedy tamtędy zaczęła wędrować linia światła słonecznego utworzył się niepowtarzalny widok, ponieważ nigdzie indziej nie docierało światło – tylko na Osobitą. Ta góra została wyróżniona. Widok tysięcy białych, zamrożonych świerków był niepowtarzalny! Utworzyły dodatkowo linię cieni, przez co powstał naturalnie artystyczny widok. Coś pięknego!

Z Grzesia nie widzieliśmy dalszej drogi na Wołowiec – bo była po prostu przysypana. Postanowiłem przetrzeć szlak, ale już pierwszy krok spowodował, że zanurzyłem się w śniegu na około 1m głębokości… Mimo wszystko próbowałem dalej. Dotarłem do zasypanej, ale widocznej ścieżki. Teraz szliśmy nią w stronę Rakonia. Co chwilę spoglądałem na Osobitą i te niesamowite chmury… Podejście na Rakoń zmęczyło fizycznie i psychicznie Brygidę, ponieważ widziała szczyt, ale po drodze mieliśmy siedem większych wzniesień, co skutecznie zniechęcało do wysiłku. Mimo wszystko dotarliśmy na szczyt Rakonia. Brygida powiedziała, że dalej już nie ma siły, że musi tu odpocząć. Mieliśmy -14°C. Brygida stwierdziła, że poczeka tu na mnie, kiedy ja będę wchodzić na Wołowiec. Umówiliśmy się tak, że kiedy będzie jej zimno, to niech zacznie schodzić z Rakonia wydeptaną ścieżką (tutaj nie było żadnych zasp). Brygida powiedziała, że schodzić może – nie czuje się zmęczona do schodzenia. Jeśli tak, to postanowiłem, że wejdę na Wołowiec, ale nie będę kazać czekać na siebie długo. Tymczasem Kiedy wchodziliśmy na szczyt Rakonia, Robert od półtorej godziny wchodził na Grzesia. Pomachał nam z daleka i na szczęście zauważyliśmy go. Ja skierowałem się w stronę Wołowca. Narzuciłem sobie duże tempo. Na szczyt wchodziłem 20min podziwiając stado złożone z jedenastu kozic. To był niesamowity widok! Przyglądały mi się bardzo, tak jak ja im. Na 5min przed szczytem nagle w jednej chwili chmury rozpadły się… Ze szczytu podziwiałem czysty i rozległy widok – czyli to, co chciałem… Pomyślałem, że ten wyjazd jest niezwykle udany, bo jakie piękne zjawiska mogłem podziwiać, a jeszcze na koniec tak piękna panorama Tatr we wszystkich kierunkach! Ze szczytu zauważyłem, że Brygida zaczęła schodzić z Rakonia. Ja zacząłem schodzić z Wołowca. Odwróciłem się za siebie a tam… efekt glorii wokół Słońca! Była jak potrójna tęcza złożona z sześciu okręgów naprzemiennie ułożonych: różowych i zielonych. Co za piękny widok! Koniecznie musiałem to uwiecznić na zdjęciu, ponieważ potrójnie występujące okręgi są niezwykle rzadkie… Po drodze minąłem jeszcze raz stado kozic i szybko dogoniłem Brygidę przy schodzeniu z Rakonia. Dalej dochodziliśmy powolnym krokiem do Grzesia, gdzie na szczycie widoki podziwiali pierwsi turyści. Po drodze mijaliśmy bardzo piękne, ośnieżone świerki oraz naturalne śniegowe kule… Na Grzesiu spotkaliśmy pana, który wniósł drona z kamerą i zaczął filmować widoki z powietrza.

Zaczęliśmy schodzić. Słońce świeciło bardzo mocno, przez co można było się opalić. Już po chwili radowaliśmy się kolejnym widokiem, ponieważ świerkowy las dostarczył niesamowitych wrażeń. Wyglądało tu jak w Alpach! Kominiarski Wierch był bajeczny, perspektywa odległych, oświetlonych lasów widzianego z zacienionego lasu potęgowała wrażenie wielkości. Tego widoku nie da się zapomnieć! Do schroniska doszliśmy szybko. Brygida odpoczywała, a ja rozmawiałem z Bobcikiem. Poszliśmy na zewnątrz uwiecznić ten niesamowity widok na Kominiarski Wierch z Doliny Chochołowskiej, ponieważ wyglądał jak alpejski szczyt… Po odpoczynku szliśmy około dwie godziny do samochodu. Brygida najbardziej się cieszyła, ale miała w świadomości, że „zmarnowana” jeszcze musi pójść na imprezę sylwestrową. Ja byłem zadowolony z przepięknych widoków, ciszy i majestatycznych gór. To były niesamowite zjawiska i wspaniałe panoramy. W drodze powrotnej Robert zorientował się, że ma za mało oleju w silniku. Kiedy dolał oleju… ogrzewanie wróciło i wszyscy się cieszyliśmy. Przez całą drogę wspominałem te zjawiska i widoki mi towarzyszące aż do samego szczytu Wołowca, bo Wołowiec to bardzo piękna góra…

      szlak na Wołowiec zimą                                Kominiarski Wierch zimą