czwartek, 31 marca 2022

Malediwy na własną rękę, czyli Fenfushi, Hurasdhoo - również w czasach COVID-19

 

Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na własną rękę na Malediwach przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD, RÓWNIEŻ W CZASACH COVID-19'. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych, gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Fenfushi.

Jak co roku, najwięcej czasu zajmuje mi wyszukanie ciekawej wyspy na wakacje, ponieważ Malediwy liczą 1280 wysp, z których część jest niezamieszkanych, inne są przeludnione, a jeszcze inne są nieciekawe. Najważniejsze, żebyśmy sami określili, co jest celem naszych wakacji. Jeśli lubimy przebywać w znanym miejscu, gdzie jest dużo turystów, a jednocześnie nie chcemy przepłacać, to polecam Mafushi. Jeśli z kolei szukamy spokoju, ciszy, pięknych widoków, to trzeba się bardziej wysilić, żeby coś znaleźć. W 2019 roku zrobiłem listę dwunastu wysp, które są warte odwiedzenia, stąd teraz było mi łatwiej wybrać coś odpowiedniego dla mnie. W tym artykule pokażę Ci również, że taki wyjazd można zorganizować dosłownie na dwa dni przed wyjazdem i to z wykonaniem testu PCR, bo tak właśnie dołączyła jedna para z dzieckiem do naszej ekipy. Wybrałem wyspę Fenfushi, ponieważ moim głównym kryterium jest bardzo duża, rozległa i turkusowa laguna, która musi otaczać wyspę, miejsce musi być mało znane i obowiązkowo muszą być palmy, może las tropikalny i kilka innych wysp dookoła. Fenfushi idealnie spełnia te kryteria, ponieważ do dziś jest uznawana za mało turystyczną, a to za sprawą informacji, których brakuje w Internecie. Mało kto decyduje się tam pojechać, ponieważ od stolicy Male’ trzeba płynąć szybką łodzią 2h 05min i na dodatek mamy tylko kilka zdawkowych informacji o Fenfushi. Co więc mnie przekonało, żeby wybrać tę wyspę? Przede wszystkim ja sam zbieram wiadomości z różnych stron, również tych obcojęzycznych, dlatego jest mi znacznie łatwiej podjąć decyzję. Chociaż na zagranicznych stronach również brakuje nowych wiadomości, a strony facebookowe obiektów noclegowych są mocno nieaktualne, to wziąłem pod uwagę kilka rzeczy, które pomogły mi dokonać właściwego wyboru. Moim zwyczajem, na mapach Google, zacząłem oglądać widok z satelity, dzięki czemu mogłem ocenić rozmiary laguny i czy wody będą turkusowe. Później oceniłem zabudowę i ilość zieleni na wyspie.

 
Fenfushi słynie z pięknej laguny i zieleni nawet w strefie zabudowanej

Z lotu ptaka wyspa wydaje się być bardzo zielona, ponieważ między bujnymi drzewami widzimy pojedyncze domy, a połowę wyspy porastają palmy lub tropikalna roślinność. Plaże również nie odbiegały od moich wyobrażeń, bo ciągną się praktycznie wzdłuż dwóch najdłuższych linii brzegowych oraz są szerokie. Nawet gdyby przyjechało więcej turystów, to nie zobaczyłbym nigdzie tłumów. Kolejną zaletą Fenfushi jest z pewnością długi piaszczysty półwysep, cypel, który głęboko wcina się w krystalicznie czyste wody oceanu. To miejsce jest najbardziej uwielbiane przez fotografów i… miejscową ludność, która codziennie chodzi tam podziwiać zachody słońca. Dodatkowym walorem Fenfushi jest sandbank odległy od cypla o 480 m. Co prawda nie pływają tam żadne łodzie, jedynie z resortów, ale jeśli umiemy pływać, to można podczas odpływu wód przejść płytką lagunę do połowy trasy, a drugą połowę przepłynąć. Ja próbowałem wszystkich wersji – od maksymalnego odpływu po pełny przypływ, oraz drogą okrężną przez płycizny i w linii prostej przez miejsca, gdzie występują najsilniejsze prądy podczas maksymalnego przypływu. Z tego względu stwierdzam, że sandbank był osiągalny dla mnie każdego dnia. Na Mapach Google wypatrzyłem również, że wokół wyspy jest dużo rafy koralowej, dlatego będę miał również okazję podziwiać kolorowe ryby. Dodatkowe atrakcje wymyślam już po przybyciu na miejscu w zależności od możliwość miejscowego właściciela. Nigdy bym nie przypuszczał, że z Fenfushi można popłynąć na piękną, bezludną wyspę odległą o 20 km. Z tego też względu jeden dzień poświęciliśmy właśnie na nią (Hurasdhoo). W szczególności moją uwagę zwrócił fakt, że na Fenfushi nie ma rozbudowanej bazy noclegowej, co oznaczało, że spodziewałem się pełnego spokoju. Na stronie Ministerstwa Turystyki Malediwów znalazłem tylko dwa obiekty dopuszczone przez ten organ do świadczenia usług turystycznych, z czego, jak się okazało, jeden faktycznie działał, a drugi miał się otworzyć na początku zimy 2022 roku. Znalazłem obiekt Oasis Village Fenfushi, ale ten był jeszcze w remoncie.

Wyspa na pewno oczaruje pięknymi widokami

GUEST HOUSE NA FENFUSHI I CZEGO SIĘ MOŻNA SPODZIEWAĆ
Kiedy szukam obiektu noclegowego, zawsze wyszukuję na mapach Google guest house’y (polski odpowiednik to pensjonat), po czym na telefonie, w kontaktach, zapisuję sobie numery telefonów, które są podane w Googlach. Dzięki temu wyskakuje mi informacja, czy można rozmawiać z właścicielem przez WhatsApp’a (na Malediwach jest to najczęściej używany komunikator do celów biznesowych). Kiedy na Fenfushi znalazłem obiekt Oasis Village Fenfushi napisałem do właściciela. Był jeszcze drugi – Vevu Villa Fenfushi. Ten pierwszy miał sześć pokoi, a ten drugi – dwanaście. Tak przynajmniej głosiła rządowa strona Ministerstwa Turystyki Malediwów. Napisałem do gospodarza tam, gdzie było mniej pokoi, ponieważ lubię małe i kameralne obiekty. Pomimo, że Oasis Village Fenfushi był jeszcze w remoncie, to właściciel zakwaterował nas w Vevu Villa Fenfushi, ponieważ oba obiekty prowadzą bracia, więc nie miało to dla nas większego znaczenia. Jak szybko zauważyliśmy Vevu Villa Fenfushi miał tylko sześć pokoi do dyspozycji, dlatego nadal mieliśmy kameralny obiekt. Vevu Villa Fenfushi prowadzi miejscowy po 30-tce, którego nazywają Latti. Jest wesoły, uśmiechnięty i dużo żartuje. Kiedy przypływamy ze stolicy do portu Fenfushi czeka już na nas trójkołowy pojazd, którym zawożone są nasze walizki. My tymczasem idziemy jakieś 290 m do naszego obiektu Vevu Villa. Poznajemy go, gdy tylko widzimy jego mury, ponieważ zgadzają się ze zdjęciami w Googlach. Recepcja znajduje się wewnątrz budynku zamykanego z obu stron drewnianymi drzwiami (w wielu obiektach przynajmniej jedna część jest otwarta i nie ma żadnych drzwi). W obu kierunkach ciągnie się kilkumetrowy hol, gdzie są wejścia do wszystkich sześciu pokojów. Za drugimi drzwiami mamy otwartą część, gdzie będziemy jeść posiłki. Ten obiekt nastawił się na pełne wyżywienie, dlatego będziemy jeść śniadania, obiady i kolacje. Śniadania mamy w godzinach 7.30-8.30, obiady 13.30-14.30, a kolacje 19.30-20.30. Oczywiście nic się nie stanie, jeśli zaśpimy, albo trochę później wrócimy z plaży. To są jedynie umowne godziny.

Vevu Villa Fenfushi

 
Wejście do Vevu Villa Fenfushi i widok na sąsiadujące zabudowania. Zieleni nigdzie nie brakuje

Muszle pod drzewem po prawej stronie przy naszym guest house

 
Bananowiec za ogrodzeniem naszego guest house i otwarta przestrzeń, gdzie jemy śniadania, obiady i kolacje

Obowiązkowo trzeba też powiedzieć o wadach i zaletach trzydaniowego pakietu wyżywienia, o którym być może nigdzie się nie mówi. Na Malediwach wschód słońca na przełomie luty/marzec mamy około godziny 6.21, a zachód o godzinie 18.19. Na plażę zazwyczaj wychodzi się około 9.30 lub 10.00, a około 13.00 wraca się na obiad. Zanim zjesz obiad i ponownie wyjdziesz na plażę, zauważysz, że jest już godzina 15.00. To powoduje, że z każdym dniem masz wrażenie, jakby szybko uciekały ci dni, ponieważ po 15.00 słońce jest już na tyle daleko na niebie, że czas do jego zachodu wydaje nam się szybko upływać, a dodatkowo laguny nie są już tak pięknie oświetlane, przez co nie widzimy ich jako turkusowych, ale raczej jako niebiesko-stalowe, co daje nam wrażenie, że to już końcówka dnia. Mając na uwadze, że takie odczucie pojawia się na Malediwach, zawsze staram się znaleźć obiekt, który daje możliwość wyboru śniadań i obiadokolacji, ponieważ bardzo zmienia się poczucie czasu w ciągu dnia. Nie mając obiadu w środku dnia mamy wrażenie, że dzień jest długi, że można jeszcze wiele zrobić oraz nie musisz pilnować godziny powrotu do obiektu w środku dnia. Zaletą trzydaniowego pakietu wyżywienia z kolei jest możliwość jedzenia dobrych posiłków oraz większej ilości lokalnych owoców. Wszystko od nas zależy, co bardziej cenimy: czy lubimy więcej zjeść, czy lubimy w pełni wykorzystać nasz dzień. Gdyby w tym obiekcie była możliwość wyboru systemu dwudaniowego, z pewnością wybrałbym go, bo bardziej mógłbym wykorzystać dzień. Mimo wszystko podobało mi się, bo odległości z plaży do guest house nie są duże. Do Vevu Villa mamy 630 m, a do Oasis Village mamy 530 m. Wędrówka przez mały tropikalny las i dalej przez wioskę jest więc przyjemnością. Pokoje są bardzo czyste, wykafelkowane (najłatwiej sprząta się wówczas podłogi z piasku) a łóżka są wielkie i wygodne. Dostajemy codziennie 1,5 l butelkę wody, mamy ręczniki plażowe do dyspozycji oraz po dwa ręczniki do kąpieli. W każdym pokoju jest lodówka oraz czajnik z zestawem do zaparzania kawy i herbaty. Na Malediwach herbata nie jest popularna, dlatego też i wybór jest mniejszy. To wszystko mamy w cenie naszego noclegu.

A co jest serwowane w ciągu dnia? To my ustalamy, co chcemy, a właściciel przygotowuje nam wszystko według naszego uznania. Śniadania mogą być kontynentalne lub lokalne. Kontynentalne, to oczywiście tosty, masło, miód, dżem, kawa herbata, dwa jajka i zestaw owoców po śniadaniu. Lokalne to sześć placków z tuńczykiem nazywane ‘roshi’ lub ‘papadam’ i zestaw owoców. Sześć placków wykonanych z mąki kokosowej lub z owoców drzewa chlebowego to dużo, bo ostatni zjadało się już na siłę. Tuńczyk przyprawiony lokalnymi ziołami jest po prostu pyszny. Po śniadaniu otrzymujemy pokrojony w kostkę arbuz schłodzony w lodówce, dlatego smakuje jeszcze lepiej. Oprócz arbuza mamy jeszcze papaję (to już klasyka Malediwów) oraz lokalne banany, które są dużo mniejsze niż te znane z polskich sklepów, ale są słodkie i bardzo soczyste. Są tak dobre, że w ostatnim dniu, w stolicy, na targu owocowym kupiłem ich całą reklamówkę. Na obiady mamy ponownie to, co sobie zażyczymy. Zazwyczaj będą to makarony przyprawione miejscowymi ziołami, ryż, kurczak lub ryba, czasem hamburgery/hot-dogi własnej produkcji, gotowane warzywa i obowiązkowo zestaw owoców. Kolacje wyglądają bardzo podobnie. My zażyczyliśmy sobie, żeby na kolację każdego dnia była ryba. Dlaczego? Dlatego, że tutaj nie kupuje się ryb i nie są mrożone w zamrażarkach, ale codziennie ktoś wypływa łodzią na otwarty ocean i je łowi, dlatego mamy świeże ryby prosto z oceanu. Ich smak jest zupełnie inny niż ten, który znamy z hodowlanych łososi, mintajów przywożonych z Chin i Wietnamu, czy innych „wynalazków” z polskich marketów. Tutaj wiesz co jesz. Jako, że ryby są łowione na bieżąco, to nigdy nie wiesz jaką dziś rybę będziesz jeść. W każdym razie ryb jest tak dużo w oceanie, że połów trwa zaledwie kilkanaście minut. Najwięcej trafia się ryb znanych jako ‘red snapper’. Są wielkie, dlatego wystarczy jedna większa, aby wszyscy się najedli do syta. Przez dwa tygodnie właśnie tę rybę dostawaliśmy najczęściej. W smaku jest bardzo dobra. Cała sztuka polega na ich dobrym przygotowaniu. Miejscowi nacinają ją jak my kiełbasę na grilla, po czym przygotowują ją na grillu opalanym łupinami kokosowymi. Tam nie ma węgla drzewnego. Palma kokosowa jest w 100% wykorzystywana: z drewna można wykonać różne rzeczy, z liści maty ozdobne lub służy jako strzecha pokrywająca dachy, a kokos rozbiera się na czynniki pierwsze. Najpierw wypija się sok kokosowy, później wyjada biały miąższ przylegający do drewnianej łupiny, a same łupiny rzuca się na kilka tygodni pod mur tam, gdzie ciągle świeci słońce, a później spala się je podczas grillowania ryb.

Grillowane ryby na Malediwach są standardowym daniem

 
   
Przykładowe obiady w naszym guest house

Porcja owoców po obiedzie, którą otrzymujemy każdego dnia

LOTNISKA, TRANSFER, PRZYJAZD NA MIEJSCE
Naszą podróż zaczęliśmy od lotniska w Warszawie. Pomimo ograniczeń związanych z koronawirusem, widać, że w lutym 2022 latało już bardzo dużo ludzi. Warto jeszcze w domu zrobić sobie odprawę check-in online, dzięki czemu odprawa biletowa będzie trwała tylko chwilę. Kasy biletowe są otwierane na trzy godziny przed wylotem, dlatego nie ma kolejek i tłumów. Ze względu na wojnę Ukraina – Rosja, linie Emirates nieznacznie zmodyfikowały trasę przelotu samolotu, tak, aby już nie lecieć przez Lwów ale, żeby okrążyć fragment Ukrainy przez Słowację. Pod względem czasowym nie odczuliśmy tej różnicy, ponieważ samolot i tak przyleciał 35 minut przed czasem, pomimo 20 minutowego opóźnienia startu. Nasz samolot leciał praktycznie na całej trasie z prędkością 1020-1030 km/h, gdzie zazwyczaj leci się z prędkością 820-880 km/h. W Dubaju trzeba pamiętać, aby przestawić zegarki o trzy godziny do przodu, żeby mieć aktualny, lokalny czas. Na przesiadkę mieliśmy 5h 30min, co przydało nam się, aby wypełnić deklarację zdrowia IMUGA. Nigdy nie robię tego w Polsce, ponieważ na lotnisku w Dubaju jest bardzo dobry dostęp do Internetu. Jak wypełnić ten formularz, szczegółowo objaśniłem w osobnym artykule: 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD, RÓWNIEŻ W CZASACH COVID-19'. Tutaj koncentruję się na tym, co zobaczyliśmy i przeżyliśmy. W Dubaju nikt nie sprawdzał testów COVID-owych, ani czy mamy wypełniony formularz IMUGA. Po prostu można było wsiąść do samolotu, jak przed erą COVID-a. Samolot na Malediwy również przyleciał przed czasem około 35min. Wiatry nadal nam sprzyjały – lecieliśmy ponad 1030 km/h. Około godziny 9.50 przylatuje więcej samolotów z różnych krajów, dlatego odprawa imigracyjna trwa długo. Cała hala była wypełniona dziesięcioma kolejkami ludzi oczekujących do kontroli paszportowej. W 2022 roku kontrole przeprowadzane były szybciej, dzięki czemu w kolejce staliśmy tylko 30 min, pomimo ewidentnie przeciążonego lotniska. Kiedy przychodzi czas naszej kontroli i wbicia pieczątki wizowej do paszportu, widzimy, że na monitorze wyświetla się już wypisany przez nas formularz IMUGA z naszym zdjęciem. Praktycznie co minutę lub dwie są przepuszczane dwie osoby. Pomimo tłumów na lotnisku widać postęp. Kiedy wyszliśmy po nasze bagaże, wolny taśmociąg był zapełniony walizkami z dwóch samolotów.

Lotnisko w Dubaju

Po przejściu do głównej części, wszędzie stoją ludzie z logami swoich resortów, żeby odebrać nas z lotniska. Właściciel Vevu Villa z Fenfushi mieszka w Male, dlatego podesłał nam jakąś osobę, która miała zaprowadzić nas na speed boat, czyli szybką łódź motorową. Jako, że mieliśmy jeszcze niecałe 5 godzin do rejsu, umówiliśmy się, że spotkamy się o 14.45 przy pizzerii. Na szczęście w obrębie lotniska jest bardzo dobre miejsce na przeczekanie, ponieważ za głównym budynkiem, po drugiej stronie ulicy mamy do dyspozycji zadaszoną poczekalnię tuż przy oceanie, gdzie ciągle wieje orzeźwiający wiatr. Nie ma tutaj żadnych ścian, dlatego mamy piękne widoki, a jednocześnie nie czujemy upału. W środku budynku lotniska powietrze wydaje się „zużyte”, stojące i panuje ciągły zaduch. Widać, że wielu turystów nie wie o poczekalni na świeżym powietrzu na otwartym terenie, ponieważ gnieżdżą się na małej przestrzeni w środku budynku. Wysłany przez właściciela kolega szybko nas znalazł o 14.45, po czym zaprowadził na łódź. Nasz rejs trwał 2h 05 min, a przepłynęliśmy 126 km, robiąc po drodze trzy przystanki. Fenfushi jest ostatnią wyspą na trasie, dlatego z łatwością można policzyć że łódź płynęła z prędkością około 65-67 km/h. Łodzie są kryte, mają solidny dach i płócienne ścianki, które mają nas chronić od rozpryskującej się wody przecinanych fal i od słońca. Łódź była w całości zapełniona. Kiedy dopłynęliśmy do Fenfushi, w porcie czekała na nas ekipa miejscowych ludzi, którzy załadowali nasze walizki na trójkołowy pojazd, a Latti zaprowadził nas do guest house Vevu Villa, odległego o 290 m od portu.

Jeśli musimy dłużej poczekać na łódź, warto pójść kilkadziesiąt metrów dalej na otwartą poczekalnię w bezpośrednim sąsiedztwie lotniska. Dzięki temu będziemy mieli przewiew i piękny widok na turkusową przystań z napisem, jak na zdjęciu

Na miejscu zostaliśmy przywitani kokoskiem z lodówki (kokos z wyciętą dziurą, z którego pijemy sok kokosowy przy pomocy słomki). Po chwili przywitania i wniesieniu naszych bagażów, Latti zapytał nas, czy chcemy teraz zrobić obchód po wyspie (tak zwyczajowo robi się na każdej wyspie, żeby turysta wiedział od samego początku, gdzie co się znajduje). Poszliśmy od razu zobaczyć najważniejsze punkty na wyspie. Latti mówił, że zdarzali mu się tacy turyści, który dzwonili, do niego jak wrócić do obiektu, ponieważ zgubili drogę. Mnie to dziwiło, ponieważ wyspa miała co najwyżej wymiary 800 x 300 m w najszerszym i najdłuższym punkcie, dlatego choćby wybierając losowo ścieżki zawsze gdzieś się dotrze. Już w domu przeglądałem mapę Google, żeby wiedzieć, gdzie co się znajduje, dlatego pomimo, ze nigdy nie byłem na Fenfushi, od razu wiedziałem, którędy mam iść. Wszystko zgadzało mi się z tym, co zapamiętałem z map. W trakcie przebywania na wyspie jedynie możesz znaleźć dodatkowe skróty lub odkryć coś więcej, co nie zostało zaznaczone na mapie. Pomimo posterunku policji na wyspie, który znajduje się tuż przy porcie, nikt nie kontrolował maseczek na wyspie, ani w obiektach, sklepach, itp. Niektórzy z miejscowych nosili je na zewnątrz, ale nikt tego nie wymagał. Praktycznie zapomnieliśmy o COVIDzie. Po obchodzie po wyspie, teraz czekaliśmy na pierwszą kolację o 19.30. Przypłynęliśmy około 17.00, stąd też z dnia przyjazdu niewiele nam zostało. Każdy następny dzień należał w pełni do nas. Pierwsze wrażenie samego obiektu i obsługi było bardzo dobre. Z drugiej strony nie mam dużych oczekiwań pod względem hoteli i pensjonatów, ponieważ cały dzień spędzam na zewnątrz, na plaży, na pływaniu lub zwiedzaniu. U mnie coś się musi dziać. W każdym razie obiekt jest czysty, łózka wygodne, a jedzenie bardzo dobre.

Kokosek z lodówki na przywitanie

Otwarta część naszego guest house

PLAŻE NA FENFUSHI
Trudno mówić o plażach, ponieważ większość linii brzegowej to jedna wielka plaża, dlatego raczej skupię się na podziale linii brzegowej na kawałki, ponieważ na każdym odcinku jest coś innego.

Plaże na Fenfushi na pewno nas zachwycą swoim pięknem

PLAŻA DLA GOŚCI
To pierwsza plaża, na którą zaprowadzi Cię właściciel guest house. Znajdziemy na niej parasole i leżaki z materacami. Kiedy my przypłynęliśmy na wyspę, byliśmy tylko my i para starszych Włochów przebywająca na Fenfushi od tygodnia. Plaża jest bardzo długa, a około 10-15 metrów (w zależności od pływów wód) mamy przed sobą pas skał i zamierającej rafy koralowej. Pomimo tego, wzdłuż wspomnianego pasa pływają kolorowe ryby. Co kilkanaście metrów w pasie rafy znajdziemy przejście, które pozwala nam przedostać się w głąb laguny. Jeśli wybierzemy przedostatni parasol i pójdziemy od niego na wprost przez lagunę, to po lewej stronie, przy przejściu przez rafę znajdziemy żyjącą, wielką, niebieską muszlę, która zamyka się na nasz widok i po chwili otwiera. Jest charakterystyczna, ale trzeba jej szukać kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnią wody. Samą plażę tworzy dość drobno pokruszona, biała rafa koralowa, a bliżej zarośli mamy miękki piasek. Pod względem widokowym miejsce zachwyca, ponieważ od portu, aż do odległej resortowej wyspy Bodufinolhu ciągnie się turkusowa laguna. Posiada ona bardzo ciekawą właściwość. Jeśli mamy odpływ, to wody jest na tyle mało, że przyjmuje kolor szmaragdowy (zielony), a jeśli mamy przypływ, to robi się intensywnie turkusowa (jasny niebieski). Właśnie ten drugi kolor jest najbardziej pożądany, ponieważ wtedy aż trudno oderwać wzrok od takich wód.

   
Plaża dla gości jest szeroka, a przed sobą widzimy szeroką na 510 m lagunę

Wejście na plażę dla gości

Kolejną właściwością jest zmienność pływów. Wszystko jest zależne od faz Księżyca, dlatego jeśli przyjechaliśmy i widzimy, że rano jest mało wody, to musimy wiedzieć, że za tydzień lub maksymalnie dziewięć dni, sytuacja się odwróci i odtąd rano będzie więcej wody aż o 50-70 cm, a wieczorem będzie jej mało. Wówczas część skał tworzących rafę koralową wystaje ponad powierzchnię wody. Dla osób, które nie potrafią pływać, warto wypatrzeć czas, kiedy jest odpływ, ponieważ możemy iść w głąb laguny aż 400 m i po drodze podziwiać pojedyncze skupiska rafy na tle turkusowych wód. (czym bardziej w głąb, tym wody w czasie odpływu zmieniają swój kolor ze szmaragdowego na turkusowy). W odległości 510 metrów od plaży dla gości znajduje się wyraźna i widoczna granica laguny i głębin oceanicznych. Widać ją, jakby namalowano ją od linijki. Jeśli potrafimy dobrze pływać (a raczej wytrzymałościowo), to polecam podpłynąć do tej granicy z zestawem do snurkowania i zobaczyć, dlaczego granica jest taka równa. Laguna kończy się około trzymetrowymi wodami, po czym następuje nagły spad dna, jak gdyby to były zbocza gór. Nie widać dokąd one opadają, ponieważ jest tak głęboko. Mamy wówczas wrażenie, jakbyśmy latali nad wysokimi górami, a wszędzie dookoła nas widać jednolite, granatowe wody. Warto jeszcze podpłynąć jakieś 20-50 metrów w stronę ciemnych, granatowych wód, żeby móc popatrzeć na opadające zbocza od ich czoła. Wtedy dostrzeżemy, jak wielkie są tutejsze stromizny. Z ciemnych wód nie wiadomo skąd przypływają do ciebie ryby zwane ‘butterfly fish’. Są to podobne do skalarów, kolorowe ryby, które mają wielkość 40-50 cm. Zazwyczaj wypatrzymy grupę liczącą od dwóch do dziesięciu ryb. Będą się ciebie trzymać tak długo, jak długo będziesz pływać na głębinach, lub jeśli nie wpłyniesz do laguny na płytkie wody, a jedynie na jej krawędź, gdzie występuje rafa koralowa. Cała grupa będzie pływać dookoła ciebie w odległości kilkunastu, kilkudziesięciu centymetrów. Wiedząc o tym, kiedy płynąłem gdziekolwiek, żeby zobaczyć nowe partie koralowców, lub zobaczyć piaszczystą wysepkę, najpierw kierowałem się na granicę laguny z głębinami, żeby kolorowe ryby butterfly fish płynęły ze mną. Za każdym razem pływałem w ich towarzystwie, dzięki czemu mogłem je dokładnie sfotografować.

Ciekawskie ryby butterfly - jeśli je znajdziesz, będą Tobie towarzyszyć przez całą drogę na głębinach

Plaża dla gości jest cały czas nasłoneczniona, dlatego w godzinach porannych co około półtora godziny trzeba przestawiać leżak, żeby mieć cień, a po obiedzie nawet co pół godziny, ponieważ kąt padania cienia jest na tyle duży, że bardzo szybko zmienia swoje położenie. Tłem dla naszej plaży są piękne palmy, które tworzą mały tropikalny las.

 
Droga dojściowa na plażę dla gości i dostępne leżaki na niej

PLAŻA NA KOŃCU WYSPY
Według mnie najpiękniejsze miejsce całej wyspy. Dlaczego? Długi, piaszczysty cypel wcina się daleko w głąb oceanu, przez co mamy do dyspozycji bardzo długi pas szerokiej plaży. Co prawda nie jest to część, gdzie można się rozbierać tak, jak na europejskich plażach, to jednak do późnego popołudnia nikt z miejscowych tam nie chodzi, dlatego turyści się „normalnie” rozbierają. Ta część plaży jest szczególnie piękna dla fotografów krajobrazowych, ponieważ oprócz wyraźnego i długiego cypla, po prawej stronie mamy malutką, piaszczystą wyspę i dalej turkusowe pasy bardzo płytkiej wody, którymi możemy iść w głąb laguny, nawet kilkaset metrów. Dodatkowo kierując się 480 metrów w stronę widocznego resortu, zobaczymy sandbank, na którym żyje ponad 100 małych, białych rybitw. Możemy się dostać do niego na dwa sposoby: płynąć wpław, siłując się z dość mocnym prądem, ale wtedy wymagana jest wytrzymałość, albo pójść prostopadle do cypla w prawo, widoczną, turkusową ścieżką przez płytkie wody, przepłynąć kawałek ciemnozielonych wód (taki widok mamy dzięki nagromadzonej połamanej rafie koralowej na dnie, skupionej w jednym miejscu) i dalej iść turkusowymi wodami aż na wyspę. Droga jest mocno okrężna, dlatego najlepiej próbować jej w czasie odpływu. Niski stan wód utrzymuje się do około godziny 11.30, jeśli rano jest odpływ, później dość szybko wody przybywa. Plaża na końcu wyspy jest najpiękniejsza ze wszystkich, ponieważ stykają się tu różne odcienie pasów wód: turkusowe i szmaragdowe, a dodatkowo zobaczymy małą, piaszczystą wysepkę, oraz plaże tworzy piasek drobny jak mąka. Taki jest najbardziej ceniony wśród turystów. Dodatkowo na początku cypla mamy boisko do gry w siatkówkę na piasku oraz dwie wiaty, gdzie miejscowi przychodzą grillować ryby. Znajdziemy też drewnianą huśtawkę oraz ławki z widokiem na ocean. Jedynym minusem cypla, jest brak zacienionej powierzchni, dlatego tutaj warto przyjść, aby dużo pływać.

       

 
Plaża na końcu wyspy jest bajecznie piękna. Zachwyci każdego

  
Dwie wiaty, gdzie miejscowi spotykają się przy grillu

PLAŻA PO LEWEJ STRONIE PO WYJŚCIU Z OBIEKTU VEVU VILLA (PO PRZECIWNEJ STRONIE WYSPY, PATRZĄC OD STRONY PLAŻY DLA GOŚCI
Wspomniana plaża nie jest ciekawa, ponieważ przez większość czasu brakuje dużo wody, a ścieki kanalizacyjne z wioski są kierowane do laguny za pomocą niebieskich rur poprowadzonych dnem morskim. Po tej stronie wyspy możemy jedynie wykonać kilka interesujących zdjęć, ponieważ palmy prezentują się bardzo ciekawie. Dodatkowo u ich stóp można dostrzec małe, kolorowe chaty. Fotografowie na pewno znajdą coś dla siebie. Z powodu płycizn i spokoju wód tutejsze rejony upodobały sobie ptaki brodzące, ponieważ mają łatwy dostęp do małych ryb, którymi się żywią.

 
Chociaż nie polecam pływać po przeciwnej stronie wyspy w stosunku do plaży dla gości, to warto wykonać tu zdjęcia pięknych palm

 
Po tej stronie wyspy plaża nie jest ciekawa ze względu na zanieczyszczenia

SANDBANK
Jeśli ktoś potrafi dobrze pływać, może z cypla na końcu wyspy Fenfushi popłynąć wpław na sandbank. Z pewnością nikogo tam nie będzie. Tutejsza piaszczysta wyspa zachwyca swoim pięknem, ponieważ dookoła mamy rozległą, turkusową lagunę, która ciągnie się we wszystkich kierunkach. Wody są dość płytkie, dlatego przez kilkaset metrów możemy mieć co najwyżej średni poziom głębokości 1,5 m. Sandbank ma 380 metrów długości, ale w czasie przypływu 50 metrowy odcinek jest zalewany, przez co na początku zobaczymy tylko małą wyspę, a za 50-metrowym pasem wód pozostałą część. Nasz sandbank wyróżnia się idealną ciszą. Pomimo swojej długości jest bardzo wąski, a pomimo tego, fale regularnie formują piaszczysty klif. Minusem piaszczystej wyspy jest fakt, że w czasie przypływu w krótkim czasie może przypłynąć duża ilość śmieci – przede wszystkim 330 ml butelek plastikowych po wodzie oraz pozostałości po owocach, które przypływają z okolicznych resortów.

Fragment 380-metrowego sandbanku

PORT
Chociaż przy porcie nie ma ciekawej plaży, to jest długi pas turkusowej wody, którym można podejść praktycznie aż do samej granicy laguna-głębiny. Warto zacząć od tego miejsca, aby w godzinach porannych zobaczyć młode rekiny i inne kolorowe, duże ryby, których nazw nawet nie znam, ponieważ u nas takie nie występują. W okolicach portu mamy największe rafy, a co za tym idzie, spotkamy największe ławice, dzięki czemu tutaj zobaczymy najwięcej. Płynąc wzdłuż granicy jasnej i ciemnej wody możemy dopłynąć aż do sandbanku, jeśli tylko mamy tyle sił. Ja tak płynąłem, dzięki czemu mogłem podziwiać najpiękniejsze ławice.

W okolicach portu zobaczymy duże ławice ryb oraz nieco dalej stromo opadające zbocze dna w granatową otchłań

SNURKOWANIE
Będąc na Fenfushi obowiązkowo trzeba spróbować snurkowania, aby móc podziwiać piękno raf koralowych i żyjących wśród nich ryb. Na Fenfushi można znaleźć kilka ciekawych miejsc do snurkowania. Dzieci zazwyczaj próbują swojego szczęścia 10-15 metrów od plaży dla gości. Długi pas skał, który porastają koralowce zamieszkują kolorowe ryby. Jeśli trafimy na spokojny okres, gdzie nie ma przypływu, a co za tym idzie, wody nie będą zmącone, to możemy dostrzec kilka ciekawszych ryb. Jeśli chcemy zobaczyć coś więcej, polecam wyjść poza pas skał i iść w kierunku ciemnych plam, które widzimy w turkusowych wodach. Są to pojedyncze skupiska koralowców, gdzie schronienie znalazły różne ryby. Czym dalej pójdziemy w stronę głębin, tym większe zobaczymy. Tuż przed stromo opadającym dnem znajduje się pas koralowców o szerokości 10 m. Tam dzieje się najwięcej. Jeśli pływamy słabo, warto spróbować podejść jak najdalej podczas odpływu. Drugim ciekawym miejscem jest granica jasnych i ciemnych wód, która ciągnie się od portu. Warto pójść w okolice portu i przez najbardziej turkusową wodę (najpłytszą) iść w stronę wspomnianej granicy. Jeśli popłyniemy wzdłuż niej, tuż przy porcie powinniśmy zobaczyć młode rekiny, długie żółto-czarne ryby w wąskie poziome paski oraz ławice niebieskich ryb z żółtym ogonem. Dodatkowo trafiają się duże zielono-niebieskie ryby oraz czarne ławice. W tym miejscu jest ich najwięcej.

 
Snurkowanie w pobliżu plaży dla gości

Płynąc dalej, ilość ryb się zmienia – jest ich coraz mniej. Kiedy dopłyniemy do wysokości parasoli widocznych na plaży podpłyną do nas ciekawskie butterfly fish, które słyną ze swojej palety kolorów. We wskazanym miejscu „urzęduje” grupa złożona z dziesięciu ryb, która trzyma się nas, gdy tam dotrzemy. Największą ciekawostką jest fakt, że one płyną cały czas z nami, a kiedy zatrzymamy się na środku głębin one będą spokojnie krążyć dookoła nas i obserwować, patrząc dużymi oczami. Kiedy popłyniemy dalej, na wysokości białego parasola widocznego na końcu lasu palmowego, pod wodą zobaczymy mały szelf (lokalną półkę z piasku około 5-7 m pod powierzchnią wody). W tym rejonie znajdziemy najwięcej butterfly fish. Dalej możemy płynąć w stronę sandbanku, ale tam jest mniejsza różnorodność ryb.

     
Ryby butterfly na lokalnym szelfie

Kolejnym miejscem do snurkowania są płycizny po drugiej stronie Fenfushi, czyli po przeciwnej stronie wyspy w stosunku do plaży dla gości. Tam wody są bardzo płytkie, ale wszędzie zobaczymy rafę koralową. Z racji występowania płycizn spotkamy dużo kolorowych ryb, ale będą małe (największe do 40 cm). Dodatkową atrakcją dla odważnych jest snurkowanie nocą. Można umówić się z miejscowym mistrzem, który poprowadzi nas do ciekawych miejsc w pobliżu naszego guest house. Szybko zobaczymy, że w nocy na dnie, pod wodą żyją zupełnie inne stworzenia, których za dnia nie widać. W nocy widzieliśmy węże morskie (najdłuższy miał około 1 m i średnicę do 3 cm), biało czerwone węże, czerwone, włochate kraby, barakudy i kraby z podłużnymi muszlami. Najciekawszym widowiskiem  jednak jest niebieski plankton, który w ciemnych wodach wygląda, jak gwiazdy na niebie. Tego widoku się nie zapomina. Kiedy ja płynąłem, widziałem tylko pojedyncze punkciki, ale dwa lata wcześniej miałem okazję zobaczyć całe skupisko niebieskich światełek w środku dnia na głębinach. Wyglądały jak rozgwieżdżone niebo we wszystkich kierunkach.

 
Snurkowanie na płyciznach

 
Rafa koralowa tuż przy plaży dla gości

 
Snurkowanie na płyciznach

Dodatkową opcją jest wypłynięcie w ramach wycieczki na piękne miejsca do snurkowania, gdzie żyje mnóstwo kolorowych ryb, ale wtedy zapłacimy za koszt organizacji wycieczki.

WYSPA FENFUSHI
Zanim popłyniemy na jakiekolwiek wycieczki, warto poznać wyspę, na której jesteśmy. Jeśli byliśmy już kilka razy na Malediwach, szybko dostrzeżemy różnicę w stosunku do innych wysp. Ludzie na Fenfushi pozdrawiają turystów, uśmiechają się i są bardziej otwarci. Na innych wyspach nie zdarzało mi się, żeby ktoś z prywatnego domku powiedział zwyczajowe „dzień dobry”, uśmiechnął się, czy zapytał skąd jesteśmy. To zainteresowanie mogło wynikać z faktu, że na Fenfushi działał tylko jeden guest house, więc lokalna ludność nie czuła, że właściciele guest house’ów fundują spęd turystów. Pamiętajmy, że nadmiar urlopowiczów zawsze jest niemile widziany, co chociażby widać po dużych europejskich miastach, które wprowadzają różne regulacje, żeby nie gromadzić zbyt wielu ludzi w jednym miejscu. Wystarczy spojrzeć na Rzym, Paryż, czy Wenecję. Na Fenfushi turyści są rzadko widywani, dlatego być może jest takie, a nie inne nastawienie do nas. Wyspę zamieszkuje około 1000 mieszkańców, ale dla wielu z nich stałym miejscem zamieszkania jest stolica – Male’. Na Fenfushi działa dwanaście sklepów. My odwiedziliśmy siedem. W porównaniu z europejskimi sklepami mamy wrażenie, że cofnęliśmy się do początkowych lat dziewięćdziesiątych w Polsce. Widać białe, zakurzone proste regały, na których często brakuje towaru. W innych sklepach jest bardzo mała powierzchnia, dlatego jest bardzo ciasno a towar nie tylko leży na półkach, ale też wisi z regałowych wsporników. Miejscowej ludności takie sklepy w zupełności wystarczają do codziennego życia, ponieważ można w nich kupić wszystko, włącznie z podstawowymi artykułami budowlanymi. Jeden ze sklepów wyglądał jak prywatny dom, ale kiedy bliżej się przyjrzałem co jest w środku, wszedłem do środka. Warto było, ponieważ tylko tam na całej wyspie posiadali herbatę eksportową AKBAR, która smakiem przewyższa europejskie cenione marki. A gdzie go znaleźć? Z Vevu Villa idziemy główną drogą do portu, tak jak przyszliśmy. W połowie drogi mamy zielony, trzypiętrowy budynek z wielką anteną w kształcie talerza na dachu. Na tym skrzyżowaniu skręcamy w prawo. Idąc cały czas przed siebie, po prawej stronie znajdziemy dwa sklepy. W tym pierwszym było dużo herbat AKBAR, a ten drugi jest bardzo ciasny, ale mamy mnóstwo towaru. Sklepy w pobliżu portu są znowu duże, dzięki czemu mamy więcej miejsca.

W rejonie portu znajdziemy najwięcej sklepów

W pobliżu portu znajduje się również sklep, który jest połączony z jeszcze większym sklepem z pamiątkami – głównie drewnianymi. Kiedy weszliśmy do środka, zauważyliśmy, ze wszystko jest pokryte bardzo grubą warstwą kurzu. Sprzedawca powiedział nam, że odkąd zaczął panować COVID, od dwóch lat nie przyjeżdżają turyści z resortów, a to oni byli główną klientelą. Codziennie mógł zarobić nawet do 100 dolarów. Teraz wszystko stało i kurzyło się. A co warto kupić w sklepie z pamiątkami? Wszelkie wyroby ręczne. Najbardziej polecam drewniane magnesy z ręcznie malowanymi motywami wakacyjnymi, kubki z kokosów z ręcznymi malunkami, bransoletki z drewna kokosowego, naszyjniki z czerwonego koralowca, z muszelek, notesy z liści, itp. Najważniejsze, żeby to był lokalny wyrób, a nie made in China. Wtedy ma największą wartość. A w sklepach spożywczych co najlepiej kupić? Na pewno herbatę AKBAR, przekładane ciastka z cytrynowym lub waniliowym nadzieniem oraz lokalne przyprawy. W szczególności polecam kupować na plażę ciastka CHIPS MORE – te niebieskie. Po kilku dniach wykupiliśmy je już w kilku sklepach, dlatego chodziliśmy do kolejnych i szukaliśmy, kto je jeszcze ma na stanie. Warto próbować słodyczy, ponieważ są wytwarzane w Indiach lub pochodzą ze Sri Lanki.

   
Kupując pamiątki, wybierajmy te ręcznie robione - będziemy mieli pewność, że są lokalnej produkcji, a przynajmniej namalowane obrazy będą wykonane przez miejscowych ludzi

Jeśli uda Ci się trafić na banany obowiązkowo kup kilka, żeby spróbować ich niezwykłego smaku. Z kosmetyków warto kupić ALOE VERA 99% w podłużnej, falistej, zielonej butelce. Są dwa produkty: jeden jest żelem pod prysznic, a drugi jest balsamem do smarowania oparzonej lub podrażnionej skóry. Zazwyczaj w europejskich odpowiednikach mamy do czynienia z napisem 99%, gdzie w składzie wyczytamy, że aloes vera stanowi 10% całego składu i 99% aloe vera jest liczone z tej objętości 10%. W przypadku kosmetyków na Fenfushi w składzie nie ma wody, ale właśnie na pierwszym miejscu mamy 99% aloe vera. Dodatkowo polecam kupić bardzo ciekawą indyjską przyprawę do herbaty, którą nazwaliśmy ‘Hitler’, ponieważ całe opakowanie jest w swastykach. Kiedy dokładniej przyjrzymy się głównej swastyce, ma dodatkowe cztery kropki, co oznacza indyjską swastykę szczęścia. Nazwa tej przyprawy to ‘HEERA PANNA’. Jest pakowana w czerwono-złotą puszkę. Problem w tym, że jest mało znana, dlatego w siedmiu sklepach, które odwiedziliśmy, znaleźliśmy ją tylko w jednym i najczęściej jest gdzieś zakamuflowana. Na wyspie Thoddoo znalazłem ją w dziale z artykułami budowlanymi, a na Fenfushi na górnej półce w wepchniętym kartonie. Sprzedawca aż musiał zadzwonić, żeby dowiedzieć się, jaka jest cena tej przyprawy. Kiedy wrócisz już z Malediwów, zrób herbatę owocową, dorzuć do niej kilka kawałków różnych owoców (jabłko, plasterek mandarynki, cztery połówki winogrona, kawałek kiwi i wsyp dwie szczypty naszej przyprawy. Gdyby mieć pod Tatrami herbaciarnię, z pewnością zbiłbyś na tym majątek. Takiego smaku nie miałby nikt.

Lokalne banany są dużo mniejsze, ale są pełne soku

Banany rosnące przy ogrodzeniu naszego guest house

 
Przyprawa 'Heera Panna' zwana przez nas 'Hitler'

Na Fenfushi mamy również trzy meczety. Dwa są współczesne, a jeden ma już 1100 lat. Jest osłonięty dodatkowo dachem, który ma chronić stary obiekt przed deszczem. Jest to jeden z trzech tak starych meczetów na całych Malediwach. Za nim znajduje się cmentarz i zegar słoneczny po prawej stronie. Meczet z cmentarzem będziemy mijać codziennie, bo jest on w połowie drogi na plażę dla gości. Idąc przez wyspę, zawsze przyglądam się lokalnej ludności jak żyją. W ciągu dnia widać niewielu ludzi. Kobiety zazwyczaj zbierają liście palmowe, jakieś zioła, suszą ziarna, papryczki, robią pranie, wietrzą pościel, itp. Mężczyźni remontowali domy lub przywozili coś skuterami. Wieczorami wielu mieszkańców wychodziło na koniec wyspy, żeby podziwiać zachód słońca, a kobiety przed swoimi domami gromadziły się, siedziały w swoich leżakach i przeglądały Internet na telefonach. Faceci z kolei po 20.00 zaczynali grę w piłkę nożną na oświetlonym stadionie, który musi być na każdej wyspie według malediwskiego prawa. Nawet jedna osoba z naszej grupy już od drugiego dnia wakacji wkręciła się do lokalnej drużyny i przez dwa tygodnie rozgrywała mecze z lokalnymi drużynami. Fenfushi słynie z bardzo dużej ilości kotów na wyspie, czego nigdzie wcześniej nie widziałem. Tutaj zobaczymy je praktycznie na każdej ulicy, na murkach, w krzakach, w zaroślach, na dachach. Są dosłownie wszędzie. Mur w części, gdzie jedliśmy posiłki w naszym obiekcie był najwidoczniej głównym szlakiem dla kotów, ponieważ codziennie widzieliśmy jak tamtędy koty chodziły raz w jedną, a raz w drugą stronę. Trudno ich nie zauważyć, ponieważ często miauczą, albo słychać jak „drą koty” w krzakach. Jednego dnia w trakcie kolacji nie zauważyliśmy przechodzącego kota, dlatego sam upomniał się o uwagę. Zamiauczał w naszym kierunku, po czym poszedł dalej. Tutejsze koty można by nawet podzielić na kategorie, bo było ich tak dużo: Snajper – obserwuje z dachu, Tajniak – ty go nie widzisz, ale on ciebie tak; obserwuje z krzaków, Street Fighter – usłyszysz go w zaroślach jak się „pierze” z innym kotem na pięści, Przyczajony Tygrys, Ukryty Smok – trzyma dystans, ale jest gotowy do ucieczki, Wędrowiec – znajdziesz go w tropikalnym lesie, Komandos – cienkie, wysokie mury nie są mu straszne, Spadochroniarz – podczas nocnych walk na dachu słychać jak z niego spada i wreszcie Leser, Obibok – leży brzuchem do góry z wyciągniętymi łapami.

  
          
Będąc na wyspie przyglądaj się, jak żyją ludzie oraz jak wyglądają ich domy, podwórka i ulice we wiosce

Fryzjer obok naszego guest house

Inną ciekawostką na Fenfushi jest fakt, że w drodze na plażę dla gości, po prawej stronie mamy przychodnię oraz miejsce, gdzie gotowe do niesienia pomocy są dwie karetki pogotowia ratunkowego. Tutejsze samochody oraz przychodnia nie wyglądają okazale, ale budynek spełnia swoją funkcję, a karetki są zadbane. Trzeba przyznać, że jak na 1000 mieszkańców, z czego wielu nie mieszka na stałe, dwie karetki to bardzo dużo. Najbardziej zastanawiający jest fakt, że na Malediwach ludzie palą duże ilości papierosów, a mimo wszystko mają bardzo dobrą kondycję. Nasz właściciel palił dwie paczki dziennie, a mimo wszystko potrafi przepłynąć długie dystanse i dodatkowo zanurkować bez butli na głębokość 25 metrów, co miałem okazję zobaczyć na własne oczy, nagrywając również jedno z takich zejść pod wodę kamerą GoPro.

 
Dwa ambulansy obok przychodni są zawsze gotowe do akcji niesienia pomocy

NIEWYGODNE FAKTY
Omawiając wyspę, muszę również wspomnieć o minusach, których nie wolno pominąć, żeby artykuł przekazał rzetelne informacje, a nie przyczynił się do kolorowania rzeczywistości, przez co po przyjeździe można by później poczuć wielkie rozczarowanie. Mieszkańcy Malediwów nie są nauczeni szanowania swojej małej powierzchni do życia. To, co dla nas wydaje się oczywiste, dla nich takie nie jest. Nas – Europejczyków – bardzo razi, gdy ktoś rzuci „papierek”, butelkę, czy szkło na ziemię lub w krzaki zaraz po wypiciu napoju lub zjedzeniu czegokolwiek. Tutaj na Malediwach (wyspa nie ma znaczenia) to jest „normalne”. Specjalnie piszę w cudzysłowie słowo „normalne”, bo oni są nauczeni tego nawyku od młodości. Przez co na każdej lokalnej wyspie, w szczególności poza obszarem zabudowanym zobaczymy jakieś śmieci. Mało kto zajmuje się ich sprzątaniem, a czasem nawet w ogóle, dlatego są miejsca, gdzie plastikowe butelki lezą od wielu lat. To, jak spojrzymy na wyspę, wszystko zależy od nas. Jeśli skupimy się na śmieciach, z pewnością będziemy narzekać, ale jeśli skupimy się na atmosferze panującej na wyspie, pięknej naturze, plażach. lagunie i pogodzie, to z pewnością ten wyjazd będziemy wspominać jako rajskie wakacje. Przykład o czym mówię, można zobaczyć na boisku do piłki nożnej w pobliżu 1100-letniego meczetu, gdzie w trawie i krzakach zobaczymy trochę plastikowych butelek po wodzie leżących tam od dłuższego czasu.

Drugim miejscem będzie plaża podczas przypływów wieczorem. Wówczas ocean wyrzuca większe ilości śmieci na brzeg. Dla nas np. szokujące było to, że osoby kierujące szybką łodzią motorową piją napój, po czym pustą puszkę/butelkę wyrzucają prosto w ocean. To dlatego wieczorami do brzegu fale wyrzucają niechciane rzeczy na brzeg. Kilka razy widziałem, jak oddelegowana osoba w bordowej koszuli chodziła porankiem i zbierała śmieci wzdłuż plaży dla gości i nieco dalej. Przy cyplu raz one są, a raz jest ich mniej. O tym wszystkim wiedziałem już po pierwszym pobycie na Malediwach w 2019 roku, ale jedna rzecz zszokowała nawet mnie, pomimo że na wakacje na Malediwy jeżdżę co roku. Kobiety, które z natury przywiązują większą uwagę do czystości, okazały się tymi najbardziej zaśmiecającymi wyspę. Wieczorami miały zwyczaj wychodzić na cypel, gdzie organizowały spotkanie po całym dniu. W trakcie takiego spotkania jadły różne posiłki i piły napoje z butelek. Kiedy już wszystko zjadły i wypiły, zostawiały opakowania na plaży tak, jak je położyły. Nigdy bym nie pomyślał, że kobiety nie mają dla nas naturalnego odruchu, żeby zabrać ze sobą śmieci. Ja, gdybym miał w świadomości, że żyję na małej, kilkusetmetrowej wyspie, gdzie mamy zamkniętą społeczność, dbałbym o ten teren, żeby wyglądał jak najlepiej, bo chyba utrzymanie czystości przez 1000-osobową społeczność na terenie 800 x 300 m nie jest chyba aż takie trudne. Najwidoczniej nieodpowiednie podejście do czystości terenów publicznych jest już zakorzenione od wielu pokoleń. Przyjeżdżając na lokalną wyspę, warto mieć w świadomości, że tak jest, dlatego spojrzysz na tę sprawę nieco inaczej.

Dlaczego więc jeżdżę na lokalne wyspy, a nie do resortów, choć mógłbym do nich jeździć? Po prostu lubię klimat wsi, proste życie, ciszę i spokój, obserwować realne życie, tak jak jest naprawdę i poczuć swojski klimat. Jeśli dobrze wybierzemy lokalną wyspę, to w zamian otrzymujemy piękne plaże, rozległe, turkusowe laguny, piękne życie podwodne i świat przyrody, który możemy podziwiać każdego dnia. W resortach nie podoba mi się z kolei sztuczne zagospodarowanie przestrzeni i życie w trybie „all inclusive”. Taki klimat mogę mieć w np. w Grecji, stąd ja poszukuję czegoś innego. To, że są śmieci – trudno. Piękno wyspy ma jednak znacznie większą moc oddziaływania, dlatego nie przywiązuje uwagi do zaśmieconych niektórych kawałków terenu. Na wyspie, w najmniej ciekawej części, gdzie nie ma nic, a linia brzegowa jest nieładna, w zaroślach znajduje się spalarnia śmieci. W szczególności wieczorem, na granicy lasu tropikalnego w pobliżu murów ogradzających teren przychodni czuć zapach palonych plastików. Na Malediwach jest to powszechna praktyka. Co można, to spala się na miejscu, pomimo że z ekologią to nie ma nic wspólnego, a czego nie da się spalić/zutylizować gromadzi wyznaczona do tego jednostka na terenie wyspy, po czym zgodnie z nowym programem rządowym zatwierdzonym w 2018 roku, takie śmieci mają być wywożone na jedną wyspę w pobliżu stolicy, która jest jednym, wielkim wysypiskiem śmieci. Na szczęście w ciągu dnia nie czujemy zapachów palonych śmieci, ani nawet nie widzimy dymu. Chodząc na plażę nawet nie dostrzeżemy, gdzie jest miejscowa spalarnia. Za nieprawidłowe podejście do tematu śmieci mieszkańcom Malediwów należy się duży minus, ale trzeba pamiętać, że wszystkie powody, dla których przyjeżdżamy na lokalna wyspę znacznie przewyższają ten problem, przez co po przyjeździe nawet nie będziemy wspominać, że problem śmieci w ogóle istniał.

CIEKAWOSTKI NA WYSPIE
Na wyspie dodatkowo możemy odkryć kilka ciekawych rzeczy. W drodze na plażę dla gości, idąc wzdłuż upraw arbuzów i papai możemy dostrzec szybkie jaszczurki z długim ogonem, które potrafią zmieniać kolor w zależności od otoczenia. Są to orientalne jaszczurki ogrodowe. Wieczorami, na oświetlonych częściach ścian dodatkowo chodzą gekony. Zarówno jedne, jak i drugie nie stanowią dla ludzi żadnego zagrożenia, ponieważ uciekają przed nami oraz nie posiadają zębów ani jadu. Żywią się jedynie małymi owadami, polując na nie długim językiem. Orientalna jaszczurka ogrodowa jest wielkości palca u ręki dorosłego człowieka, ale ma ogon dwukrotnie dłuższy. Jej ciekawą właściwością jest fakt, że potrafi zmieniać kolory z odcieni szarości aż do zielono-czerwonych. Warto się im przyjrzeć, choć to może nie być łatwe, ponieważ są bardzo szybkie i płochliwe.

Orientalna jaszczurka ogrodowa

Gekony z kolei siedzą na zewnętrznych ścianach wieczorową porą, najlepiej tam, gdzie jest oświetlenie. Jako, że w pobliżu lamp gromadzą się owady, gekony wyłapują je długim językiem. Ich szczególną właściwością jest umiejętność chodzenia we wszystkich kierunkach po wszystkich powierzchniach – nawet po szklanym suficie. Co kilkanaście minut wydają ciekawy, krótki dźwięk powtarzany 6-7 razy, przypominający śpiew ptaka. W szczególności usłyszymy je podczas kolacji. Gekony mają bardzo ciekawy chód, ponieważ stawiają kroki naprzemiennie, wyginając przy tym tułów raz w jedną, a raz w drugą stronę. Przy lampach możemy nawet dostrzec walki gekonów, ponieważ są to miejsca, gdzie mogą się najszybciej najeść.


Gekon na ścianie zewnętrznej wieczorową porą

Kolejną ciekawostką jest drzewo chlebowe (chlebowiec). Poza najstarszym fikusem na całej wyspie, drzewo chlebowe jest drugim najpotężniejszym, tuż po fikusie. Posiada gruby pień, rozrasta się do bardzo dużych rozmiarów oraz ma duże, ciemnozielone liście. Zapewnia dużo cienia. Dodatkowo wydaje owoce, które są zbierane przez miejscowych, żeby przyrządzić z nich, np. śniadanie. Z tych owoców robi się placki, do których dodawany jest tuńczyk lub, po prostu, zjadamy je na kolację w postaci ugotowanej. Po ugotowaniu wyglądają jak pietruszka z rosołu. Nie mają nawet wyrazistego smaku, a mimo tego są cenione ze względu na swoje właściwości zdrowotne.

Inną ciekawostką są ciekawe malunki na murach wielu domów. Z pewnością zauważysz biały kwiat z pięcioma płatkami, a na każdym z nich będzie jakiś numer. Może również to być wiatrak z trzema łopatami, lub czyjaś twarz. Co te malunki oznaczają? To są plakaty wyborcze. Na Malediwach rzadziej wywiesza się papierowe plakaty, a częściej maluje się karty wyborcze na murach w sposób trwały, stąd na ścianach, chcąc nie chcąc, jest zapisywana historia wyborów politycznych.

 
Plakat wyborczy

Ewenementem na skalę światową są z pewnością nietoperze, z którymi spotkamy się na każdej wyspie – w tym na Fenfushi. Nazywają się rudawka wielka. Jego potoczna nazwa to nietoperz owocowy lub latający pies (jego głowa rzeczywiście przypomina głowę psa). Długość ciała wynosi około 32 cm, a rozpiętość skrzydeł dochodzi nawet do 1,5 metra! Widok wielkiego nietoperza na dziennym niebie robi wielkie wrażenie! Pomimo swoich rozmiarów jest w ogóle niegroźny dla ludzi, ponieważ interesuje się tylko owocami. Nie posiada zmysłu echolokacji, ale ma dobry wzrok i słuch. Dlatego druga część dnia i wieczór jest jego najlepszą porą na żerowanie. Kiedy przyjrzymy mu się z bliska, zobaczymy, że szyja i głowa jest zarośnięta rudą sierścią. W przypadku niespodziewanego natknięcia się na nietoperza wieczorem, nic nam nie grozi, ponieważ puści gałąź na której wisi i poleci trochę wyżej. Na Fenfushi znaleźliśmy nawet drzewo, na którym gromadnie „urzędują” w ciągu dnia. Nietoperze gromadzą się w ciągu dnia na największym fikusie, w jego koronie, który znajdziemy przy bramie wejściowej do szkoły podstawowej. Warto posiedzieć przez chwilę po przeciwnej stronie drogi na drewnianym podejście przy opuszczonym i niszczejącym budynku, żeby trochę je poobserwować. Zobaczymy nawet moment, kiedy puszczają gałąź, na której wiszą i rozpoczynają lot. Na pewno też dostrzeżemy, jak rozprostowują długie skrzydła oraz że na ich końcu mają rączkę, którą chwytają się gałęzi. Dzięki czemu mogą jak małpa przechodzić z gałęzi na gałąź. Duże skupisko rudawek na jednym drzewie powoduje, ze zawsze usłyszymy głośne odgłosy walk o miejsce w postaci pisków nieco podobnych do tych wydawanych przez szczury.

 
 
 
 
 
Wielkie nietoperze na Malediwach, latające w ciągu dnia

ZACHODY SŁOŃCA
Na żadnej innej wyspie nie naoglądałem się tylu zachodów słońca, co na Fenfushi. Najpewniej tak było z racji położenia wyspy, ponieważ słońce tutaj zachodzi nieco na lewo od piaszczystego cypla wysuniętego w głąb oceanu na końcu wyspy. Mając okazję do codziennego podziwiania zachodów słońca zauważyłem, że pewne rzeczy powtarzają się regularnie. Na wieczór, tj. w okolicach godziny 17.50 zaczyna się tworzyć nieco więcej pojedynczych chmur w kierunku zachodnim, dzięki czemu stanowią one piękne urozmaicenie dla całego widowiska. Jednak nie sam zachód słońca jest ciekawostką, ale to, co dzieje się około 20 min po nim. Wszyscy opuszczają piaszczysty cypel tuż po zaniku słońca za taflą wody, a według mnie, najpiękniejsze widowisko rozpoczyna się właśnie około godziny 18.40. Na Malediwach masy powietrza są mocno nasycone parą wodną, co w szczególności czujemy podczas wysiłku fizycznego. Gruba warstwa takiego powietrza powoduje, że czerwone światło o tej porze dnia robi się coraz bardziej intensywne, a niebo wręcz płonie od pomarańczowych i czerwonych odcieni. Czym więcej pary wodnej w powietrzu, tym intensywniejsze jest zjawisko. Dzieje się tak, ponieważ wielokilometrowa warstwa powietrza nasycona parą wodną, przez którą patrzymy w kierunku słońca, które już zaszło, dosłownie wzmacnia światło docierające z niego. My już go nie widzimy, ale tam wysoko jeszcze świeci. Dzięki temu, wysoko na niebie możemy zobaczyć czerwone promienie słoneczne, pomimo, że słońce już dawno zanikło. Para wodna jest dobrym wzmacniaczem światła. To dlatego, np. w Polsce na co dzień nie zobaczymy podobnego zjawiska, ponieważ zazwyczaj brakuje dużej ilości wilgotnego powietrza podczas słonecznych dni. Wybierając się na zachód słońca warto zabrać ze sobą latarkę (wystarczy nawet ta z telefonu), żeby później móc wrócić przez kawałek ciemnego lasu tropikalnego. Nie musimy bać się żadnych zwierząt, ponieważ w lesie nie żyje nic niebezpiecznego dla nas. Co najwyżej usłyszymy głośne ostrzeganie się nawzajem ptaków przy wyjściu z lasu. Jeśli masz czym nagrać wspomniane dźwięki, polecam to zrobić. Odgłosy są podobne do tych z filmów o życiu w dżungli. W nocy panuje cisza, stąd jakość nagrania z pewnością będzie bardzo dobra.


20 min po zachodzie słońca zaczyna się najpiękniejsze widowisko - płonące niebo

Droga na plażę 30 min po zachodzie słońca

       
Zachody słońca na Fenfushi

CO ROBIĆ NA WYSPIE FENFUSHI?
1. WYSPA FENFUSHI
Każdy wyjazd na Malediwy rozpoczynam od poznawania wyspy, na której jestem, ponieważ zawsze jest coś ciekawego do zobaczenia. Kiedy przejdziemy się uliczkami Fenfushi szybko dostrzeżemy, że są kolorowe i pełne kwiatów, ponieważ wielu mieszkańców wzdłuż swoich murów sadzi jakieś kwiaty, żeby w przyszłości mogły pięknie zakwitnąć. Najpiękniej zdobione są obiekty, które mają znaczenie publiczne, socjalne, itp. Będzie to posterunek policji, elektrownia, budynki zarządców wyspy, szkoła, czy chociażby zielony dom naprzeciwko naszego guest house, którego przeznaczenia nie odgadłem. Warto jednego dnia w drodze na plażę pójść przez wioskę, żeby pooglądać, jak wyglądają tutejsze budynki oraz jak są zdobione. Z pewnością odkryjemy kilka ciekawych miejsc, gdzie zrobimy ciekawe, kolorowe zdjęcia. W części portowej z łatwością dostrzeżemy oficjalne boisko, które można uznać za lokalny stadion. Właśnie tutaj co wieczór, od godziny 20.00, przy mocnych sześciu lampach stadionowych są rozgrywane mecze. Po kolacji warto zobaczyć, jak wygląda miejscowy mecz i sprawdzić, że rządowy przepis nakazujący budowę przynajmniej jednego profesjonalnego boiska do piłki nożnej na każdej zamieszkanej wyspie jest skutecznie realizowany. Na każdej wyspie, na której byłem, takie boisko jest. Na wysokości środkowego rzędu lamp stadionowych, gdzie znajduje się wysoka wieża sędziowska, po jej przeciwnej stronie, na zewnątrz, przy wejściu do jednego z domów mieszka… czapla. Jedna z miejscowych rodzin posiada białą czaplę, która na noc schodzi w okolice leżaka przed drzwiami wejściowymi i tam zasypia. Widzieliśmy również, jak ptak chodzi za ludźmi z tego domu. Wydawało się to nam bardzo dziwne. Wyspa nie jest duża, dlatego co kilka, kilkanaście domów znajdziemy jakiś sklep. Jeśli czegoś nie znajdziemy w jednym, idźmy do następnego. Największe z nich są w przy głównej drodze prowadzącej do szkoły.

Mury okalające budynek policji na Fenfushi

Elektrownia na Fenfushi

Jedna z uliczek we wiosce

Budynek policji na Fenfushi

Elektrownia na Fenfushi

Szkoła podstawowa na Fenfushi

Budynek zarządzających wyspą

W drodze do portu

         
Kwiaty i owoce na Fenfushi

Piękno uliczek we wiosce na Fenfushi

W połowie drogi na plażę dla gości znajduje się stary meczet, liczący 1100 lat. O ile nie można wejść do jego środka, to na jego teren już tak. Warto zobaczyć obiekt z bliska. Cmentarz też ma ukrytą ciekawostkę, ponieważ każdy pomnik informuje nas, czy został pochowany mężczyzna, czy kobieta. Kobieta jest oznaczona półokrągłym kamiennym pomnikiem, a na pomniku mężczyzny dodatkowo widnieje szpiczasty cypel. Przed głównym wejściem do meczetu, tuż za naszymi plecami znajduje się równie stary zegar słoneczny, obok którego stoją dwa wielkie dzbany na wodę. Chcąc zwiedzić tutejszy teren starajmy się przychodzić w innych godzinach niż pory modlitw. W ciągu dnia mamy pięć modlitw: Fajr 5.06, Dhuhr 12.26, Asr 15.36, Maghrib 18.26, Isha 19.28. Są to przybliżone czasy, które podałem na podstawie rzeczywiście odnotowanych godzin, kiedy się one rozpoczynały. Jako, że na wyspie znajdują się trzy meczety, usłyszymy jednocześnie trzy modlitwy nadawane przez megafony. Są słyszane na całej wyspie. Kilkanaście metrów od historycznego meczetu znajduje się współczesny, przez co bardzo ciekawie słychać, gdy nakładają się dwa śpiewy nadawane przez megafony. Są na tyle głośne, że kiedy popłynąłem z najbardziej wysuniętego cypla na sandbank, to nawet tam je wyraźnie słyszałem. Po modlitwie rozpoznawałem, że teraz jest godzina około 12.25. Za starym meczetem rozpoczyna się tropikalny las z palm, mniejszych mangrowców (namorzynów) oraz innych zarośli. Miejscowe kobiety przychodzą czasami w tutejsze zarośla, aby zebrać wyschnięte liście palm, które będą mogły użyć do wytworzenia ozdobnych mat. Na samym początku lasu mamy dwie drogi rozchodzące się pod niewielkim kątem względem siebie. Lewa jest szersza, a prawa wąska. Wybierzmy tą wąską, bo ona jest skrótem na plażę dla gości. Ta szersza prowadzi do anteny nadawczo-odbiorczej sieci komórkowych. Nawet, jeśli źle wybierzemy, to nasza droga wydłuży się jedynie o kilkadziesiąt metrów. Z zakończenia obu dróg widać plaże po obu stronach wyspy. W tej części zobaczymy najpiękniejsze palmy. Jeśli jesteś fotografem, z pewnością któregoś dnia zatrzymasz się tutaj, aby zrobić ciekawe ujęcia. Dodatkowo polecam spojrzeć w górę, ponieważ liście palm tworzą ciekawy wzór.

  
1100-letni meczet ze zbiornikiem na wodę i cmentarzem obok

1100-letni meczet ze zbiornikiem na wodę i cmentarzem obok

Palmy w drodze na plażę dla gości

Droga na plażę dla gości, tuż za historycznym meczetem

Na wyspie Fenfushi nie można się nudzić, ponieważ do dyspozycji mamy dwie bardzo ciekawe plaże. Jeśli lubimy się opalać, to wystarczy pójść na plażę dla gości i się opalać. Jeśli lubimy aktywność, to polecam pływanie najpierw w płytkich wodach laguny, a później snurkowanie w zależności od naszych umiejętności pływackich oraz naszej wytrzymałości. Kiedy my przyjechaliśmy na wakacje (a byliśmy w szczycie sezonu), plaża świeciła pustkami. Oprócz naszej grupy mieliśmy tylko starszą grupę Włochów, z którymi codziennie rozmawialiśmy i pozdrawialiśmy się. Dopiero na trzy dni przed końcem urlopu przyjechały dwie pary innych Włochów i nieco wcześniej para Hiszpanów, która przyjechała na cztery dni, ponieważ w planach miała kolejne wyspy. Moim najpiękniejszym miejscem jednak okazała się druga plaża, czyli cypel na końcu wyspy. Najpiękniej jest tam w godzinach 11.00 – 13.30, ponieważ wtedy najmocniej świeci słońce, przez co laguna przybiera najintensywniejszych turkusowych odcieni. Jako, że lubię fotografować piękne widoki lustrzanką, a nie telefonem, dlatego światło ma dla mnie największe znaczenie.

Oprócz wspaniałych warunków fotograficznych, w szczególności mamy tu kilka opcji do wyboru w kwestiach pływania. Uwielbiam pływać, dlatego w drugim tygodniu najczęściej pływałem w rejonie cypla. W jego pobliżu mamy bardzo płytkie wody, którymi możemy iść daleko w głąb laguny. Ciekawe jest miejsce, gdzie widać malutką, piaszczystą wyspę, która w miarę upływu dnia jest zalewana. Znajduje się zaledwie kilka metrów od brzegu, ale kiedy chcemy przejść przez wodę na skróty w linii prostej, bardzo szybko poziom wody wynosi ponad 1 m, a za kilka kroków wychodzimy na wyspę. Pomiędzy brzegiem a małą wysepką proponuję położyć się na wodzie i pozwolić, by zabrał nas dość silny prąd. Wówczas przepłyniemy pomiędzy dwoma piaszczystymi kawałkami lądu, a na zakończeniu wyspy „wyrzuci” nas za cyplem, po czym nagle poczujemy, że dość silny prąd nagle ustał. Tak naprawdę nie zanikł, ale znaleźliśmy się po drugiej stronie wyspy, dlatego nie ma już mocy oddziaływania. Po przeciwnej stronie mamy wody głębokie do 150 cm, gdzie na dnie zalega mnóstwo połamanych, martwych koralowców, przez co woda przyjmuje szmaragdowy odcień. Tutaj możemy zobaczyć kilka rodzajów kolorowych ryb. Pod względem widokowym okolice cypla są najpiękniejsze, ponieważ mamy wiele odcieni turkusowych i szmaragdowych pasów wód, a mała, piaszczysta wysepka dodatkowo upiększa tutejszy fragment laguny. Bardzo uspokajająco działa wpatrywanie się w kilkunastocentymetrowe fale, które przelewają się przez małą wysepkę, ponieważ przemieszczają się wolno, krzyżują się z innymi, nadchodzącymi z innego kierunku oraz widzimy jak bardzo czyste są tutejsze wody. Fale dosłownie są przezroczyste z lekką, białą pianą u ich czoła.

       
      
       
Piękno laguny w rejonie cypla

Czystość wód zachwyca

2. SNURKOWANIE
Kiedy już trochę zwiedziliśmy naszą wyspę, czas rozpocząć snurkowanie. Warto podzielić je sobie na dwa etapy, bo wszystko zależy od tego, czy potrafimy pływać i na ile wystarczy nam sił. Jako, że laguna ma około 510 metrów szerokości, licząc od plaży dla gości, a w lewą stronę ciągnie się na kilka kilometrów, zdecydowanie będzie gdzie pływać i jeden dzień na pewno nie wystarczy, żeby zobaczyć wiele. Na początku, w czasie odpływu (wówczas wody przy brzegu nie są zmącone) warto zobaczyć widoczny pas skał z koralowcami odległy o 10-15m od plaży dla gości. Oprócz kulistych i kolorowych formacji koralowców dostrzeżemy kolorowe ryby. Na takich płyciznach najbardziej lubię małe ławice skalarów w pionowe biało-czarne paski, które w mgnieniu oka potrafią schować się w kulistym koralowcu, dlatego najlepiej nie ruszać się i czekać, kiedy wypłyną na zewnątrz. Piękny jest widok, gdy płynie cała ich gromadka o różnej wielkości. Przy jednym przejściu przez pas skał (szczelina w postaci brakujących skał o szerokości kilkudziesięciu centymetrów), po lewej stronie dostrzeżemy niebieską małżę żyjącą w dużej muszli wrośniętej w skały. Przypomina nieco faliste wargi o intensywnej, niebieskiej barwie. Muszlę znajdziemy na przejściu, na wysokości trzeciego i czwartego, białego parasola widocznego na plaży. Jeśli przejdziemy przez pas skał, wszędzie przed nami będziemy widzieli ciemne plamy na tle turkusowych wód laguny. Każdy ciemny punkt, to lokalne skupisko koralowców, gdzie pływają kolorowe ryby. Warto wybrać kilka z nich i zobaczyć, jak piękne jest podwodne życie. Kiedy nie potrafimy zbyt dobrze pływać, można pójść na koniec wyspy, na piaszczysty cypel. Na drugiej stronie, tam, gdzie wody przyjmują szmaragdowy (ciemnozielony) odcień możemy wejść do wody, żeby obserwować różne ryby. W tym przypadku nie musimy się oddalać od brzegu, ponieważ pierwsze małe grupy ryb zobaczymy już nawet dwa metry od plaży. Dno opada bardzo szybko, dlatego dwa metry dalej od linii brzegowej mamy głębokość ponad 1 m. Dalej mamy poziom 1-1,5 m i tak przez najbliższe 200 metrów. Warto i tutaj popływać w różnych kierunkach, aby zobaczyć jak najwięcej kolorowych ryb. Jeśli z kolei lubimy płycizny, to warto podejść w okolice wiaty do grillowania i stamtąd wejść do płytkich, szmaragdowych wód. W tym rejonie poziom wody wynosi co najwyżej kilkadziesiąt centymetrów, ale lokalnych skupisk rafy jest bardzo dużo. Dzięki temu, co chwilę natkniemy się na ryby o różnych barwach. Z powodu płycizn, trzeba jednak uważać, żeby pływać bardzo spokojnie, aby nie zahaczyć o koralowce. Rafa jest krucha ale twarda, dlatego można się skaleczyć w postaci obtarć.

Wielka niebieska muszla przy plaży dla gości


Skalary pływające w grupie są szybkie niczym błyskawica. W koralowcach chowają się szybciej niż trwa mrugnięcie okiem

  
Pływanie na płyciznach

Ostatnią, ale najciekawszą opcją jest snurkowanie na głębinach tuż za linią jasnych, turkusowych wód laguny. Jeśli chcemy się jak najmniej zmęczyć, pójdźmy na skraj plaży po prawej stronie, patrząc od strony plaży dla gości. Dotrzemy wówczas do hangaru z falistej, rdzewiejącej blachy. Stamtąd idźmy na wprost przez najbardziej płytkie wody aż dotrzemy do granicy jasnych i ciemnych wód. Dopiero od tego momentu zaczniemy pływać w czasie odpływu, pomimo tego, że od brzegu odeszliśmy już na odległość ponad 300 m. Będziemy w pobliżu prawego falochronu stanowiącego jednocześnie prawą granicę wejścia do portu. Od tego miejsca rozpoczynają się najpiękniejsze fragmenty koralowców. A tam gdzie rafa, tam dużo kolorowych ryb. Płynąc wzdłuż granicy laguny, będziemy widzieć, że zbocze opada stosunkowo łagodnie, ale czym dalej odpłyniemy od portu, tym zbocza dna będą wyglądały jak podwodne góry, tworzące niekończącą się przepaść. Na ich wysokości powinniśmy zobaczyć duże czarne ławice oraz ryb w wąskie, podłużne, czarno-żółte paski. Na dnie w godzinach porannych pływają młode rekiny. Nie zwracają na nas w ogóle uwagi. Płynąc dalej, na wysokości plaży z parasolami, dotrzemy do miejsca, gdzie rafy na zboczach jest mniej, ale za to wielokrotnie przepływa tędy rozciągnięta, długa ławica żółtych ryb, która składa się z wielu tysięcy osobników. Warto popłynąć w ich kierunku, ponieważ dość szybko zawracają, dzięki czemu będziemy mieli okazję napatrzeć się na nią wielokrotnie. W tym miejscu również podpływają nie wiadomo skąd ryby zwane butterfly fish, które cały czas dotrzymują towarzystwa. Nie boją się ludzi, a być może właśnie w nas upatrują bezpieczeństwa. Jeśli na nie trafimy, wówczas będą nam towarzyszyć tak długo, aż wpłyniemy na płytkie wody laguny. One nie zapuszczają się do płytkiej, turkusowej laguny. Wspomniane ryby spotkamy o każdej porze dnia. Próbowałem nawet późnym popołudniem. Również się pojawiły

       
Ryby butterfly na granicy opadającego zbocza dna i na lokalnym szelfie

Jeśli nigdy nie byliśmy na tak dużych głębinach, początkowo stromo opadające i zanikające zbocza mogą nas przerazić, ponieważ pod sobą widzimy tylko niekończącą się granatową otchłań, której głębokości nawet nie można ocenić. Kiedy oswoimy się z tym widokiem nasze odczucia zmienią się zupełnie. Będziemy myśleć, że latamy nad wysokimi szczytami gór, a przepaście i nierówności terenu nie będą dla nas przeszkodą, ponieważ będziemy się unosić nad nimi. Na granicy laguny i głębin, z kolei zobaczymy wielkie formacje koralowców wyglądające jak drzewa, lub wielkie kalafiory. Mają po kilka metrów wysokości. Szkoda, że i ta rafa już zamiera, ale tak jest na całych Malediwach. Koralowce potrafią być naprawdę ogromne. Największe formacje znaleziono całkiem niedawno, bo w 2019 roku na australijskiej Wielkiej Rafie Koralowej. Odkryto tam, wówczas siedem pięćsetmetrowych, pojedynczych koralowców. Na Malediwach takich nie znajdziemy, ale trzeba przyznać, że już kilkumetrowe, podwodne „drzewa” zrobią ogromne wrażenie. Płynąc dalej, wzdłuż granicy, na wysokości białego parasola i huśtawki, z powierzchni widać krystalicznie czystą, granatową wodę. Jest to lokalny szelf, czyli podwodna półka, gdzie dno jest płaskie. Znajduje się na głębokości 5-7 metrów. W tym miejscu widok jest bardzo piękny, ponieważ mamy białe, piaszczyste dno, krystalicznie czyste wody i jedyne co dookoła nas pływa, to ryby butterfly, które „zaciągnęliśmy” za sobą z wcześniejszego etapu. W tym miejscu mamy najlepsze warunki do ich fotografowania. Kiedy będziemy próbowali wpłynąć do laguny, po drodze miniemy piękną rafę pełną kolorowych ryb. Zawsze starałem się tamtędy wracać, ponieważ po tej stronie, rejon rafy w sąsiedztwie szelfu był najpiękniejszy. Ryby butterfly w tym miejscu nawet wpływają w głąb laguny, ponieważ jest więcej rafy. Odtąd możemy wracać na plażę, ponieważ dalej dno nie będzie urozmaicone tak bardzo, jak do tej pory. Jeśli mimo wszystko chcemy popłynąć dalej, skierujmy się na sandbank widoczny przed nami.

Ryby butterfly w płytkiej lagunie

3. SANDBANK
Kolejna ciekawa propozycja, którą obowiązkowo trzeba zobaczyć, jeśli umiemy dobrze pływać. Sandbank to piaszczysta wyspa na środku otwartych wód, na której nic innego oprócz piasku nie znajdziemy. Wokół niej zazwyczaj mamy przepiękną lagunę. Na innych wyspach organizuje się specjalne wycieczki, żeby móc przebywać na takiej wysepce, a na Fenfushi mamy sąsiadujący sandbank z naszą wyspą. Jeśli nie potrafimy długo utrzymać się na powierzchni wody, to najlepiej poczekać na porę odpływu i iść widocznymi, wąskimi pasami turkusowej wody, która ciągnie się aż po horyzont. W lagunie wypatrzymy nawet ścieżkę przez jej wody, którą wyznaczają najjaśniejsze pasy turkusów. Zauważymy również, że ścieżka prowadzi bardzo okrężną drogą, ale coś za coś. Jeśli z kolei potrafimy pływać, wystarczy, że pójdziemy z piaszczystego cypla na końcu wyspy pierwszą, widoczną, turkusową ścieżką, kilkanaście metrów w głąb laguny. Później płyniemy w linii prostej do widocznego przed nami sandbanku. Silniejszy prąd pomoże nam, ponieważ spycha nas w jego stronę. Piaszczysta wyspa jest przesunięta względem Fenfushi w głąb, dlatego na pewno nie zniesie nas poza jej zasięg, ale raczej zdążymy dopłynąć jeszcze przed sandbankiem, a resztę dystansu będziemy musieli przejść po dnie płytkiej laguny. Sandbank jest bardzo piękny, ponieważ z Fenfushi widzimy go tylko jako kilkumetrową wysepkę z piasku, a kiedy do niej docieramy, szybko orientujemy się, że jest ona bardzo długa, bo aż na 380 metrów. Przez to, że jest ustawiona prawie w osi z Fenfushi, z zamieszkanej wyspy widzimy ją tylko z wąskiego profilu bocznego, który przysłania widok na pozostałą jej część.

Piękno tutejszego sandbanku

Kiedy docieramy do wysepki, szybko widzimy, że tutejsza wyspa jest malutka, a część właściwa rozpoczyna się 50 m dalej. Jeśli mamy odpływ, to oba lądy są połączone ze sobą, ale jeśli zaczyna się przypływ, to przejście między nimi zalewają fale. Na szczęście w czasie przypływu to przejście jest zalane maksymalnie 20 cm wody, więc niezależnie od pory, zawsze da się wrócić na początek, gdzie przypłynęliśmy. Kiedy przejdziemy na drugą wyspę, która jest wąska, ale bardzo długa, zobaczymy, że powstał tu nawet mały klif tworzący długą linię. Na końcu klifu mamy przewężenie i tak już wąskiej wyspy, po czym wchodzimy na ostatnią, szerszą i płaską część, gdzie mamy piasek miękki jak mąka. Ciekawy jest widok z końca sandbanku, ponieważ patrząc w stronę widocznego resortu, widzimy poszarpaną linię o nieregularnych kształtach, która oddziela turkusową lagunę od szmaragdowych wód wchodzących w jej skład po przeciwnej stronie wyspy. Gdyby nie fakt, że wyspa z resortem jest prywatna, można by było przejść dnem laguny aż do niej. Nie warto jednak próbować, ponieważ służby porządkowe zajęłyby się nami. W końcu ludzie w resortach płacą grube pieniądze za niezmącony spokój i bezpieczne wakacje. Z całej długości sandbanku możemy podziwiać rozległą lagunę, która ciągnie się kilometrami oraz z oddali popatrzeć na Fenfushi, gdzie mieszkamy w czasie naszych wakacji. Pomimo znacznej odległości, modlitwy nadawane z meczetów przez megafony są tu dobrze słyszalne, stąd w przypadku popołudniowej modlitwy o godzinie 12.26, widziałem, że jeszcze mam godzinę czasu na dopłyniecie do Fenfushi, zabranie rzeczy i powrót do guest house na obiad. Pobyt na sandbanku zawsze jest bardzo pięknym doświadczeniem, ponieważ widok plaży na środku oceanu nie jest codziennością, a dodatkową tę plażę po środku niczego okalają krystalicznie czyste, turkusowe wody.

    
     
   
Piękno sandbanku. Warto tutaj przypłynąć, żeby w samotności podziwiać przepiękne widoki

Jak, już wcześniej wspomniałem, największym problemem są śmieci. Właśnie na podobnych bezludnych wyspach można dostrzec ten problem najbardziej, ponieważ nikt nie sprząta tego, co wyrzuci ocean na brzeg. W czasie przypływu na brzeg fale potrafią wyrzucić dziesiątki butelek, ścinków i obierek po owocach oraz wiele innych opakowań i przedmiotów. Jednego dnia zdarzyło się, że na wyspę przypłynęła nawet… drewniana paleta w dobrym stanie. Wykorzystałem ją do ukrycia lustrzanki, telefonu i baterii przed piekący słońcem. Wystarczyło wykopać mały dołek w piasku, żeby to wszystko zmieściło się w worku pod paletą. W jednym miejscu zobaczyłem również ciąg z plastikowych 330 ml butelek po wodzie źródlanej. Utworzyły łańcuch z ponad trzydziestu butelek. Resorty również borykają się z tym samym problemem tylko, że tam jest zapewniona ekipa sprzątająca, która na bieżąco zbiera to, co wyrzuca ocean na plaże. W końcu resorty są największym producentem śmieci. Jeśli się dobrze przyjrzysz, na uboczu widocznego resortu jest zacumowany wielki statek, który wygląda jak statek widmo. Właśnie tam są wyrzucane śmieci produkowane przez hotel na prywatnej wyspie, a kiedy się zapełni, odpływa na wysypisko śmieci w pobliżu stolicy. Kiedy na lokalnych plażach na naszej wyspie zobaczymy ścięte pióropusze po ananasach, ładnie pokrojone limonki, pomarańcze, czy inne owoce, to wiedz, że przypłynęły one właśnie z któregoś resortu. Pomimo śmieci, które ocean może wyrzucić na ten sandbank (i na każdy inny) warto przypłynąć, ponieważ plaże są bardzo piękne, widokowe a turkusowa laguna po prostu zachwyca! Czujesz się jak w raju.

Zdarza się, że podczas przypływu ocean potrafi wyrzuć cały rząd plastikowych butelek na brzeg sandbanku

4. PLAŻE NOCĄ
Jeśli myślałeś, że na plażach zobaczyłeś już wszystko, to spróbuj jeszcze wrócić na nie wieczorem po kolacji lub trochę później. Powietrze będzie już bardziej przyjemne, będzie wiał lekki wiatr od oceanu i zobaczysz jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Weź ze sobą latarkę, ponieważ, o ile dojścia do samych plaż są oświetlone ulicznymi latarniami (tak – we wiosce nie ma asfaltowych dróg, ale są latarnie LED), to same plaże już nie. Warto od razu pójść na koniec wyspy, ale do miejsca, gdzie jest wiata na grill. Idąc piaskiem wzdłuż linii brzegowej, przyglądaj się uciekającym krabom. Będzie dużo małych, białych krabików, a od czasu do czasu, zobaczymy, kto przesiaduje w norach, które w Polsce przypisalibyśmy kretom. Spotkamy dość duże, zielone kraby, które są bardzo szybkie. Ich uszczypnięcie jest bolesne, ponieważ mają bardzo umięśnioną pierwszą parę odnóży. Z drugiej strony uszczypnięcie przez jakiekolwiek kraby jest niemożliwe, ponieważ one bardzo się boją wszystkiego, co jest w ruchu. Bardzo szybko biegają, dlatego jedynym sposobem na przyglądanie się im z bliska jest świecenie latarką w ich kierunku. Część zdąży uciec na bezpieczną odległość od nas, a część będzie oślepiona światłem latarki. Wówczas możemy przykucnąć i przyglądać się tym pięknym stworzeniom. Na pewno powinniśmy zwrócić uwagę na ich składane oczy do korpusu (tułowia). Mają tam podłużne dwa otwory na oczy, które wysuwają się na pręcikach. Co kilka, kilkanaście sekund krab sprawdza, rozglądając się dookoła, czy niebezpieczeństwo już minęło. Nawet dotykałem kraby. One nigdy nie atakowały szczypcami, tylko stały nieruchomo, bo mają gruby pancerz, który ma zapewnić im ochronę.

 
Najbardziej pospolite kraby na nocnych plażach. Z łatwością znajdziemy ich setki

Oprócz nich występują jeszcze czerwone kraby w dużych muszlach jak po ślimakach. Jeśli znajdzie się jakiś kawałek owocu na plaży, mniejsze kraby w muszelkach zgrupują się wokół niego. Takich lokalnych „zebrań” znajdziemy z pewnością kilka podczas naszej nocnej wędrówki. Dopiero wieczorem i w nocy widzimy, jak cała plaża ożywa, bo po piaszczystej powierzchni chodzą setki krabów we wszystkich kierunkach. Te wychodzące z nor są szybkie, dlatego zawsze w promieniu kilku metrów dookoła nas będziemy wolni od krabów, ale musimy patrzeć pod nogi, ponieważ te z muszlami są wolne i pomału przeczesują z ich punktu widzenia piaszczyste góry. Przy tej okazji zostawiają charakterystyczny, podwójny, prążkowany ślad. Kiedy rano pójdziemy na plażę zobaczymy, że praktycznie cały piasek będzie we wzorkach, które powstawały przez całą noc przez setki, jeśli nie tysiące krabów z muszlami. Ten cykl powtarza się codziennie…

  
 
Zebranie małych krabów i dorosłe kraby w muszlach, które aktywne są w nocy

Teraz postarajmy się znaleźć miejsce, gdzie nie widać mocnych świateł z resortów (najlepiej gdzieś po przeciwnej stronie wyspy względem plaży dla gości). Zgaśmy wszystkie latarki i odczekajmy aż nasz wzrok przyzwyczai się do ciemności. Najpierw popatrz na linię wody i fale, które wlewają się na piaszczystą plażę. Zobaczysz piękny, świecący, niebieski plankton! Jest niesamowity! Jeśli spojrzysz obojętnie w którą stronę, dostrzeżesz nawet całą linię niebieskich światełek wzdłuż linii brzegu. Najciekawszy jest fakt, że kiedy przejdziesz się po mokrym piasku, będziesz miał podświetlane podeszwy. Co krok, przyklejony plankton do spodniej strony buta będzie się „żarzył”. Wówczas przychodzi mi jedno skojarzenie: buty na imprezę techno, albo do shuffle dance. Ten taniec jest szczególnie modny w Australii wśród młodych ludzi. Kiedy obejrzysz kilka teledysków na YouTube, wpisując „EDM, shuffle dance Melbourne”, szybko zorientujesz się, co miałem na myśli. Na Thoddoo nawet przydarzyło się nam, że krab, który uciekł do wody, został zalany falą z planktonem. Kiedy wrócił na ląd, dostrzegliśmy, że na jego korpusie jest niebieskie światełko. Czym szybciej uciekał, tym mocniej ono świeciło. Na początku, w ciemnościach trudno było dostrzec kraba, dlatego na początku myśleliśmy, że światełko nagle dostało nóg i na dodatek zaczęło się obracać. Właśnie dla takich widoków warto odwiedzić nocną plażę. Na Fenfushi można zobaczyć dokładnie takie same widoki, trzeba mieć jedynie trochę szczęścia. Plankton trafi się zawsze, ale to, czy będzie go więcej, czy mniej, zależy od faz Księżyca. W czasie nowiu i tydzień przed planktonu jest bardzo dużo, więc najlepiej wtedy wybierać się na plażę w nocy.

Niezależnie na jaką plażę pójdziesz, dodatkowym widowiskiem są gwiazdy na niebie. Jest tak gęsto usiane, że białe kropki tworzą całe skupiska, które grupują się w „chmury”. Pośrodku przebiega ciemny pas, który rozdziela dwa pasy białych chmur. Jako, że Malediwy są umiejscowione na Oceanie Indyjskim, lub jak kto woli, otacza je częściowo Morze Lakkadiwskie, to niebo nie jest rozświetlone miejskimi latarniami. Dzięki temu możemy obserwować niezwykłe roje gwiazd, których w naszym miejscu zamieszkania nie jesteśmy w stanie zaobserwować. Wystarczy, że pójdziemy na plażę tam, gdzie nie docierają światła z wioski, żeby móc podziwiać coś niezwykłego. Najlepiej, gdy Księżyc będzie w nowiu, albo przynajmniej gdzieś trochę ponad linią horyzontu. Wówczas nie ”zagłuszy” swoim światłem gwiazd. Patrząc w niebo, dostrzeżemy bardzo wyraźne dwa skupiska gwiazd, tworzących dwie równoległe linie, a pomiędzy nimi będzie ciemna przestrzeń. Skupiska ciągną się przez połowę nieba, a kończą na horyzoncie. Nie wszyscy jednak wiedzą, na co patrzą. To połowa Drogi Mlecznej, czyli naszej Galaktyki! Jako, że planeta Ziemia jest umiejscowiona na jej obrzeżach, to mamy w nią wgląd, w stronę jej środka. Patrzymy na nią dosłownie z boku. Widzimy jej połowę, ale bez punktu centralnego. Skupiska gwiazd są tak gęste, że wyglądają jak chmury! Ciemny pas pomiędzy dwiema, białymi, równoległymi liniami to mgławice. Kiedy jeszcze bardziej uświadomisz sobie jak duże jest to, na co patrzysz, zrozumiesz, jacy naprawdę jesteśmy mali i nic nieznaczący. Od końca skupisk gwiazd, tworzących równoległe linie, do horyzontu (ponieważ tutaj kończy się widok), mamy dystans około 40.000 lat świetlnych. Jeden rok świetlny to 9.460.700.000.000 km (blisko 9,5 biliona kilometrów). 40.000 lat świetlnych to 378.428.000.000.000.000 (blisko 378,5 biliarda kilometrów). Może trudno ci wyobrazić sobie takie liczby, a co dopiero odległość… Aby łatwiej zrozumieć, o czym mówię, wyobraź sobie, że światło „pędzi” z prędkością około 300.000 km/s [kilometrów na sekundę], czyli 1.080.000.000 km/h [kilometrów na godzinę]. Pomimo tak ogromnej prędkości potrzebne jest aż 40.000 lat, żeby pokonać ten dystans! Patrząc na dwie linie gwiazd, które na niebie przecież nie są takie wielkie, w rzeczywistości dla większości z nas mają niewyobrażalną długość.

Jeśli myślisz, że przytoczone liczby i odległości są ogromne, to muszę ci powiedzieć, że będą niczym, w porównaniu z tym, co jeszcze obserwujemy z poziomu plaży. Poza rojami gwiazd, niektóre widoczne punkty, to całe galaktyki, skupiska, a nawet ich wielkie gromady. Skoro Droga Mleczna ma około 100.000 lat świetlnych średnicy, to wyobraź sobie, jakie odstępy muszą być pomiędzy nimi… Idąc dalej tym tokiem rozumowania, pomyśl, jakie odległości dzielą całe ich gromady! Nie bez powodu, w jednej z komercyjnych ofert wyjazdu na Malediwy na lokalną wyspę Fehendhoo, jest napisane: „na wyspie wyciszysz się i będziesz mógł rozmyślać nad sensem życia…”. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, kiedy spojrzysz na tak ogromną przestrzeń, której widzimy i tak niewielki kawałek. Najdalszy obiekt, jaki udało się dotychczas zaobserwować astronomom, to galaktyka GN-z11 odległa o 13,4 miliarda lat świetlnych od nas. My oczywiście jej nie zobaczymy z poziomu plaży, ponieważ potrzebne by było bardzo duże obserwatorium astronomiczne. To pokazuje, że pomimo wielkich liczb, które omówiliśmy powyżej, tak naprawdę znaczą one niewiele w porównaniu z ogromem całego wszechświata. Gdyby przeliczyć odległość galaktyki GN-z11 na kilometry, otrzymalibyśmy wynik: 1.267.733.800.000.000.000.000.000 km, czyli blisko 1,268 kwintyliona kilometrów. Zawsze kiedy obserwuję tak niesamowicie piękne niebo, myślę o niemożliwych do przebycia dla nas odległościach w obecnych czasach i ile tak naprawdę znaczymy w obliczu całego Wszechświata… Malediwska plaża pozwala nam obserwować naprawdę cudowne rzeczy na niebie, ale musimy je docenić i wiedzieć na co patrzymy. Nawet, jeśli ktoś zupełnie nie zna się na astronomii i w tym wszystkim na niebie widzi tylko skupiska gwiazd, to widok i tak zachwyci każdego, ponieważ gwiazd jest niezliczenie dużo.

 
 

Fragment Drogi Mlecznej widziany z plaży. Na trzecim zdjęciu, w lewym górnym rogu widać inną galaktykę (zaznaczona w żółtym okręgu). Ten mały punkt w rzeczywistości ma przynajmniej 100.000 lat świetlnych długości, czyli 946.070.000.000.000.000 km (946,07 biliarda kilometrów). Pomyśl, jak wielka jest przestrzeń, na którą patrzysz...

5. FISHING, CZYLI ŁOWIENIE RYB
Możemy nie być fanem łowienia ryb, ponieważ w Polsce widzimy jak „modelowo” wygląda to zajęcie, przez co taki obraz utrwalił nam się głęboko w głowie. Łowienie ryb w Polsce zawsze kojarzy mi się z emerytami, którzy przesiadują przy stawach całymi godzinami, zazwyczaj nic nie udaje im się złowić, a przy tym pociągają z butelki co nieco. Z tego też względu raczej nie pomyślimy o łowieniu ryb, jako czymś ciekawym, co trzeba koniecznie spróbować. Gospodarz ma w ofercie wycieczkę na nocne łowienie ryb. Jeśli nigdy nie byliśmy wędkarzami, najpierw musimy wyrzucić z głowy, to co zobaczyliśmy w Polsce przy stawach i nastawić się na zupełnie inne przeżycia. Nigdy nie szufladkujmy czegoś, tylko dlatego, bo tak nam się wydaje. Z tego też względu proponuję najpierw dowiedzieć się, jak wygląda łowienie ryb na Malediwach. Najważniejsze, o czym trzeba powiedzieć, to że nie będziemy zajmować się tak zwanym „łowiectwem sportowym”, co można przetłumaczyć, jako łapanie ryb, a co za tym idzie ich okaleczanie i zabijanie dla przyjemności i dobrej zabawy, ale raczej wypływamy ze świadomością, że to, co złowimy dzisiejszego wieczoru dzisiaj będziemy jeść na kolację. Ryby przygotowywane są na grillu, dlatego będą miały wyjątkowy smak. Podczas poprzedniego wyjazdu na Malediwy do tego typu wycieczki podszedłem tak: ponieważ nigdy nie łowiłem ryb i tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać, postanowiłem spróbować. Odrzuciłem przy tym obrazki, które utrwaliły się w moim umyśle na podstawie tego, co zobaczyłem nad polskimi stawami. Chciałem spróbować czegoś nowego. Łódź wypływa na około godzinę przed zachodem słońca, ponieważ wtedy ryby są bardzo aktywne, a miejscowi znają bardzo dobre łowiska. To, co najbardziej mi się podoba w podejściu lokalnej społeczności do zasobów ryb w oceanie, to fakt, że nie łowią ich przy pomocy sieci, żeby mieć dla siebie jak najwięcej. Łapią tylko tyle ryb, ile zjedzą dzisiejszego dnia lub tyle, ile jest potrzebnych do dzisiejszych dań dla gości. Dzięki takiemu podejściu do sprawy ławice mają czas się odradzać, a miejscowi nie muszą płynąć gdzieś daleko w poszukiwaniu miejsca, gdzie jeszcze można coś złapać.

A jak wygląda łowienie ryb na naszej wycieczce? Najpierw płyniemy łodzią na otwarty ocean, gdzie mamy styk ciemnych szmaragdowych wód i tych granatowych (najgłębszych). Każdy uczestnik dostaje krążek z nawiniętą żyłką. Na krążku mamy 200 m żyłki. Na początku linki znajduje się haczyk, a 50 cm dalej, mały kamień z otworem. Gospodarz każdemu nabija kawałek mięsa, które najczęściej są pozostałościami z wcześniej wyłowionych ryb lub po prostu używa się do tego mniejsze rybki. Instrukcja łowienia jest bardzo prosta: trzeba założyć rękawiczki, które rozdaje gospodarz, rozwinąć żyłkę tak, żeby poczuć dno. Kiedy żyłka nad wodą zrobi się luźna, po wyczuciu dna nawiń 1 m linki i czekaj. Na początku możesz mieć problem z wyczuciem dna, ponieważ trzeba nabrać trochę wprawy, ale nie ma lepszej metody, jak próbować w praktyce opanować tę sztukę. Z pewnością będziemy mieli wrażenie, że stanęliśmy na jakiś wielkich głębinach, bo rozwijając żyłkę, ciągle jest luźna. Przestajemy rozwijać żyłkę, kiedy zobaczymy, że unosi się na wietrze w lekko pofalowanej postaci. Kiedy będziemy nawijać jej nadmiar, poczujemy, że się naciąga. Tutejsze wody są obfite w ryby, dlatego nie musimy długo czekać, żeby coś się złapało. Po kilkudziesięciu sekundach, lub kiedy poczujemy, że coś ciągnie naszą przynętę, zaczynamy nawijać żyłkę na krążek.

  
Nocne łowienie ryb (zdjęcia z wyjazdu na Thoddoo, ponieważ na Fenfushi nie wybraliśmy tej wycieczki)

Najczęściej uda nam się wyłowić red snappera, czyli rybę, którą najczęściej jemy podczas kolacji. Szybko zobaczymy, że już od pierwszych chwil, łowienie ryb nas wciągnie, ponieważ nie łapiemy ich przy pomocy tradycyjnej wędki, ale robimy to tak, jak miejscowi, przy użyciu najprostszego z możliwych sprzętów. Ale za to jaki jest skuteczny! Nawet, jeśli łowimy ryby po raz pierwszy w życiu, tutaj na pewno uda nam się je złapać. Podczas wycieczki jesteśmy dobrze poinstruowani, dzięki czemu każdy z nas ma okazję spróbować czegoś nowego. Z połowów wracamy w ciemnościach, już po zachodzie słońca. Miejscowi od razu obrabiają ryby na plaży. Mają w tym wielką wprawę, dlatego kilka ryb są w stanie wypatroszyć i zdjąć z nich łuski dosłownie w kilka minut. To, co zostanie wrzucają z powrotem do oceanu. Inne ryby to zjedzą. Po powrocie do guest house, gospodarz rozpala grill, który jest niczym innym jak metalową beczką przeciętą wzdłuż na pół, stojącą na przyspawanych metalowych nóżkach z prętów. Opalany jest łupinami kokosowymi, dlatego na początku zobaczymy duży ogień. Kiedy w beczce nagromadzi się dużo żaru, gospodarz wykłada złowione ryby na folii aluminiowej, żeby nie przywierały do rusztu. Dlaczego tak bardzo lubię ryby na Malediwach? Dlatego, że są zupełnie inne, niż te, które znamy z polskich sklepów. Przede wszystkim nie są hodowane na antybiotykach, nie są przez to schorowane, zdeformowane i nasączone wodą, żeby sprzedać mniej ryby płacąc za zamrożoną wodę, są świeże, bo sam je złowiłeś i przede wszystkim mają prawdziwy smak ryby. Mięso jest delikatne i trochę suche jak mięso kurczaka.

Malediwski grill

Malediwski grill w akcji. W trakcie jego rozpalania zerwała się kilkuminutowa tropikalna ulewa

Grillowany red snapper

6. MANTY
Obowiązkowa wycieczka na Malediwach, którą trzeba przeżyć. To jest trochę jak z tym słynnym powiedzeniem: „być w Rzymie i nie zobaczyć papieża, to tak jakbyś nie był w Rzymie”. Tutaj jest podobnie: „być na Malediwach i nie zobaczyć mant, to tak jakbyś nie był na Malediwach”. Manty to wielkie płaszczki, których rozpiętość płetw dochodzi nawet do 6 m. Są więc dużo większe od nas. Trzeba pamiętać, że nie są w ogóle jadowite, pomimo że posiadają kolec. Nie są też agresywne, dlatego nigdy nie znajdziemy informacji, że manty kogoś zaatakowały, ponieważ nie mają nawet zębów. Manty żywią się tylko planktonem, dlatego przy pomocy szerokiej paszczy przesiewają jak największe ilości wody, żeby złapać go jak najwięcej. Podczas naszego pobytu codziennie rozmawialiśmy z miejscowym mistrzem (tak go nazwaliśmy) o podwodnym świecie. Pomimo, że nurkował już 30.000 razy i widział naprawdę dużo, powiedział, że widok mant nigdy się nie nudzi i dla niego to jest najpiękniejszy podwodny obrazek. Miejscowi wiedzą, gdzie one przypływają na żer, dlatego za każdym razem wycieczka się udaje. Manty występują gromadnie, dlatego za każdym razem trafimy na kilka mant. A jak wygląda wycieczka? Z portu wypływamy kilka kilometrów łodzią na otwarty ocean, tam, gdzie są ciemnoszmaragdowe wody (oznaczające głębokość 10-20 metrów. Kiedy dopłyniemy na miejsce, kapitan zatrzymuje łódź, gospodarz wypatruje manty z pokładu, a nasz mistrz mówi nam, kiedy mamy skoczyć z burty do wody. Najważniejsze jest, aby wszyscy wskakiwali w jednym miejscu i później stworzyli grupę, która będzie poruszać bez gwałtownych ruchów. Wystarczy chwilę poczekać i rozpoczyna się całe widowisko. Na wycieczce jedna osoba z naszej grupy, nie umiała długo pływać, tak samo jak jej 13-letnie dziecko. Wspomniany wcześniej mistrz założył im kamizelki ratunkowe, które unosiły obie osoby na wodzie. Każdej z nich towarzyszyli koledzy Lattiego, którzy pływali tuż obok nich, dzięki czemu wszyscy mogli założyć gogle, rurki do snurkowania i cieszyć się wspaniałymi widokami.

Wystarczyło kilkanaście sekund od wskoczenia do wody, a gospodarz pokazał nam, że manty nadpływają. Pierwszy widok zrobił na mnie ogromne wrażenie, pomimo że na wycieczce pod tytułem „Manty” byłem już czwarty raz. Całą grupą odpłynęliśmy na kilkanaście metrów od łodzi, a w naszą stronę kierowały się od razu cztery manty w układzie piętrowym. Każda kolejna płynęła nad poprzednią i dodatkowo była przesunięta o kilka metrów do tyłu względem swojej poprzedniczki. Kiedy zbliżyły się na kilkanaście metrów, ta najniżej położona podpłynęła do nas i dosłownie przed nami wykonała ostry zakręt o 180 stopni, odsłaniając swój biały brzuch poprzecinany naturalnymi otworami (skrzelami). Tak samo zachowywały się kolejne z nich. Wszystkie podpływały do nas na odległość styku końcówką płetwy z którąś z osób, po czym wykonywały ostry zakręt. Na chwilę znikały, ale jako, że one są również ciekawe ludzi, dlatego wielokrotnie powracają, wykonując podobne manewry przed naszymi oczami. Przy okazji przesiewają duże ilości wody, dzięki czemu mogą się najeść. Wielokrotnie się zdarza, że manty podpływają tak blisko, że możemy ręką zahaczyć o ich końcówkę płetwy oraz płyną prosto na nas z w pełni otwartą paszczą, dzięki czemu możemy zobaczyć ich pełne użebrowanie od środka. Kości mant wewnątrz paszczy nie są pokryte niczym – nawet skórą, mięśniami, ani inną tkanką. Żebra są w całości odsłonięte. Manty mają duże skrzela, dlatego, kiedy płyną z otwartą paszczą, możemy dosłownie patrzeć na wylot przez ich otwór gębowy. Dosłownie są „dziurawe” na wylot. Jeśli manty podziwiamy pierwszy raz w życiu, widok dużo większej ryby płynącej w naszym kierunku z w pełni otwartą paszczą może nas przestraszyć, dlatego najpierw warto dowiedzieć się o nich nieco więcej, żeby być spokojnym. Trzeba wiedzieć, że tuż przed nami wykonują ostry zakręt albo popłyną pod nami. Często się zdarza, że kiedy one odpływają, a my szukamy kolejnych, nagle pod naszymi nogami płynie kilka mant w równym rzędzie. Płyną tak blisko, że odruchowo podnosimy nogi, żeby nie zahaczyć o nie.

     
Manty

   
Piękno mant w ich naturalnym środowisku

 
Manta z bliska

W czym tkwi piękno mant? W ich sposobie poruszania. Mamy wrażenie, że są to podwodne, wielkie ptaki, które są nawet trzy razy większe od nas samych. Tyle, że płetwami machają powoli, z gracją. Właśnie ten sposób poruszania i obserwowanie z jaką lekkością to robią powoduje, że chcemy oglądać następne i następne. Manty są bardzo ciekawskie ludzi, dlatego te same płaszczki mogą wielokrotnie krążyć wokół nas i dosłownie na styk wykonywać ostre zakręty. Pomimo ich dużych rozmiarów, pływają z wielką gracją i są bardzo zwrotne. Z drugiej strony są bardzo spokojne i nie wykonują żadnych gwałtownych ruchów. Najwidoczniej nie czują żadnego zagrożenia. Dzięki temu mamy cudne widowisko, które może trwać i trwać. Mant jest tak dużo, że nie musimy się trudzić z ich poszukiwaniem, bo jeśli miejscowi znajdą odpowiednie miejsce, to one zaczynają krążyć wokół nas. Wycieczka jest w pełni bezpieczna, dlatego może na nią popłynąć każdy, nawet dzieci bez doświadczenia, ponieważ same manty nie mają czegokolwiek, czym mogłyby nam zrobić krzywdę pomimo ich dużych rozmiarów. Są bardzo spokojne i okazują dużą ciekawość. Dodatkowo pływamy na otwartych wodach oceanu, gdzie nie ma pienistych fal. Panuje spokój i w razie obaw o nasze umiejętności pływackie możemy płynąć w asyście miejscowych ludzi w kamizelce ratunkowej. Trzeba pamiętać, że miejscowi pomimo tego, że manty widzieli wielokrotnie w swoim życiu, oni również się nimi zachwycają.

7. BEZLUDNA WYSPA HURASDHOO
Jako, że w pobliżu Fenfushi jest sand bank, mając do wyboru wycieczkę na sandbank lub bezludną wyspę, wybierzemy tą drugą opcję, żeby zobaczyć coś nowego. Hurasdhoo znajduje się 20 km od naszego portu w Fenfushi, dlatego będziemy płynąć około 1h 10min. Bezludna wyspa jest odosobniona. Na środku głębokich wód oceanicznych mamy około 300 metrowy kawałek lądu, który otacza bajecznie piękna laguna, w której znajdziemy dużo rafy koralowej, a co za tym idzie, zobaczymy mnóstwo kolorowych ryb. Hurasdhoo z każdej strony otaczają koralowce, dlatego nie można przypłynąć tu większymi łodziami. Jako, że nasz gospodarz ze swoimi kolegami pływał z nami na wycieczki większą łodzią, to przywiązali mniejszą, kilkuosobową łódkę do naszej, po czym ciągnęli ją za sobą pustą. W okolicach wyspy mieliśmy przesiadkę z dużej łodzi na małą na głębokich wodach, co jest dodatkową atrakcją, dla osób, które nie były jeszcze na Malediwach i nie mają zbyt wielu doświadczeń z morzem. Nasza łódka jest na tyle mała, że bez problemu możemy przepłynąć nad rafami. Kiedy wejdziemy na małą łódź, podpływamy do piaszczystego brzegu. Piękno wyspy od razu zachwyca, ponieważ mamy do dyspozycji dwie rajskie plaże. Codziennie przypływają tu cztery lub pięć wycieczek, ale my mieliśmy szczęście, ponieważ byliśmy tylko my.

Plaża, na której wysiedliśmy ciągnęła się w obu kierunkach. Nieco dalej widzieliśmy skaliste zbocze. Przed nami widniała turkusowa laguna, do której od razu chcieliśmy wejść. Po tej stronie nie ma praktycznie fal, dlatego jeśli chcemy się nauczyć snurkowania i po raz pierwszy zobaczyć podwodny świat, to Hurasdhoo jest do tego idealnym miejscem. W asyście gospodarza lub jego kolegów będziemy na zupełnie płytkich wodach poinstruowani jak używać sprzętu do snurkowania. Wody mają kilkadziesiąt centymetrów głębokości, dlatego są idealnym miejscem na naukę pływania, snurkowania i dla dzieci. Jeśli z kolei chcemy zobaczyć coś więcej, a potrafimy lepiej pływać, warto pójść do końca plaży i przejść kawałek dnem przez płytkie wody. Za moment rozpocznie się druga piękna plaża, gdzie są przepiękne widoki, ale wody są głębsze i mniej spokojne. Od tej strony widać działanie mocniejszego prądu morskiego. Z tego względu warto podejść do samego końca plaży, wejść do wody, po czym spokojnie pływać na rafach. Prąd będzie nas lekko znosił w kierunku wyspy, dlatego możemy spędzić dużo czasu na podziwianiu koralowców i pięknych ryb. Jako, że w naszej grupie były osoby, które dobrze pływały, nie potrafiły pływać, nastolatka, starsze małżeństwo z Włoch i osoby, które pływały ale tylko na płyciznach i krótko, to ta niewielka wyspa oferowała coś dla każdego. Z racji małych odległości, każdy robił to, na co pozwalały mu jego umiejętności. Najważniejsze, że wszędzie mieliśmy dostęp do rafy, odległej zaledwie o kilka metrów od brzegu, dzięki czemu nawet, jeśli nie potrafisz pływać, możesz do nich podejść, założyć gogle z rurką do snurkowania, zanurzyć głowę i podziwiać podwodny świat.

Piękno wyspy Hurasdhoo

       
Piękna laguna, rafy koralowe i plaże wyspy Hurasdhoo

Ja z kolei pływałem na głębszych wodach, gdzie były duże skupiska koralowców, dzięki czemu mogłem podziwiać mnóstwo kolorowych ryb. Podobnie jak na Fenfushi, koniecznie chciałem popłynąć granicą laguny i głębi oceanicznych, żeby zobaczyć jak bardzo strome zbocza opadają gdzieś w nieznane. Gospodarz powiedział, że najlepiej jest podejść do końca plaży, ponieważ w tym miejscu laguna ma tylko kilkanaście metrów szerokości, więc dość szybko można się dostać do tej granicy. Problemem może być jednak silny prąd, który będzie trzeba pokonać. Kiedy wszedłem do wody od razu poczułem, jak trzeba z nim walczyć. Zaledwie 5 metrów od brzegu próbowałem popłynąć dalej, ale pomimo dziesięciu prób odpychania się do przodu widziałem, że ciągle unoszę się nad tym samym koralowcem. Dopiero, kiedy trafiłem na załamanie pomiędzy dwiema falami, wtedy udało mi się przełamać siłę tutejszego prądu. Kiedy dotarłem do granicy laguny, zobaczyłem, że zbocza są tutaj o wiele bardziej pochylone w głąb oceanu niż na Fenfushi, co wyglądało jak podwodne góry. Widok był niesamowity! Dodatkowo płynąc wzdłuż granicy podziwiałem duże formacje rafy, gdzie pływały ławice różnych ryb. Tego nie się nie zobaczy od strony plaży, stąd chciałem zobaczyć również, jakie ryby występują na końcu laguny. Będąc na wysokości plaży, gdzie zostawiliśmy nasze rzeczy, zacząłem powrót przez rafy w linii prostej. Widać, że czym dalej od plaży, tym większe i ładniejsze ryby pływają. Wyspa bardzo mi się podobała ze względu na dwie piękne, rajskie plaże, które zapewniały wspaniały widok na turkusową lagunę. Przebywając na tej wyspie czułeś, że odpoczywasz. Już samo patrzenie na tak czystą wodę powodowało, że czułeś się uspokojony.

Trzeba jednak też wspomnieć o tym, że problemem Malediwów są śmieci. Ten problem również nie ominął wyspy Hurasdhoo. Miejscowi nie dbają o swoje otoczenie ani środowisko naturalne, dlatego nie sprzątają śmieci. Ktoś w krzakach wystawił jedynie dwa wielkie worki na śmieci, ale wiele butelek, plastikowych opakowań i pozostałości po owocach dosłownie walało się w zaroślach. Nasza grupa w pięć minut posprzątała teren dookoła i wrzuciła śmieci do zostawionych worków. Szkoda, że miejscowi nie potrafią zadbać o piękne miejsce, na które przywożą turystów. Na szczęście śmieci nie przysłaniały piękna wyspy, plaż, laguny ani koralowców. Jednak musiałem wspomnieć, że taki problem istnieje. Mimo wszystko każdy, kto tam przypłynie, będzie zachwycony pięknem wyspy oraz turkusową laguna. Po prostu jest przepięknie! W trakcie wycieczki mamy zapewniony obiad i zimne napoje z lodówki. Z racji dużej odległości na obiad mamy sandwiche z tuńczykiem a na deser dużą porcję zimnych kawałków arbuza oraz sok owocowy, który możemy pić do woli. Bardzo podobał mi się klimat tej wycieczki, ponieważ przebywaliśmy na odległej bezludnej wyspie, nie było innych grup i przez cały ten czas mogliśmy cieszyć nasze oczy wspaniałymi widokami. Jako, że jestem fotografem krajobrazowym, dodatkowo znalazłem tutaj kilka ciekawych miejsc na zdjęcia, które ukazują piękno wyspy Hurasdhoo oraz Malediwów. Dodatkowym atutem wyspy jest fakt, że każdy niezależnie od wieku i umiejętności pływackich znajdzie coś dla siebie.

8 komentarzy:

  1. Malediwy to najlepsze miejsce na pełny wypoczynek. Polecam ten kierunek szczególnie jeśli nie ogranicza was ilość gotówki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli chcecie szybko i bez stresu ogarnąć wakacje za granicą to aplikacja mobilna ITAKA - https://www.itaka.pl/aplikacje-mobilne/ moze wam w tym pomóc. Jest darmowa i bardzo intuicyjna. Każdy sobie z nią poradzi :) Znajdziecie tam pełną ofertę biura ITAKA, zdjęcia, opisy oraz opinie dotyczace hoteli. Zawsze w razie czego możecie skorzystać z pomocy rezydenta ITAKI przez czat lub videoczat. Jak dla mnie swietna opcja!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kiedy byłeś na Fenfushi? W tekście jest informacja że w szczycie sezonu, a pod koniec że pływałeś z Mantami. Czy Manty nie przepływają tylko w okresie od maja/czerwca do listopada?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,

      Na Fenfushi byłem 27 lutego do 13 marca 2021. Teoria tak mówi, że manty występują zazwyczaj w porze deszczowej, ale to jest poważny błąd suchoteoretyczny. Na Malediwach co roku zawsze jestem na przełomie: ~20 lutego/~10 marca tak, żeby być na miejscu przez dwa pełne tygodnie. Co roku również wypływam z miejscowymi na manty, żeby je zobaczyć. Co roku (a byłem już 4 razy) manty występowały gromadnie i miejscowi są pewni, że wycieczka się uda, bo są każdego dnia zawsze. Tyle, że aby je zobaczyć trzeba wypłynąć łodzią na głębiny, gdzie są wody o głębokości 10-25 metrów. One całymi gromadami pojawiają się w godzinach porannych (6.00-9.00). Później odpływają na głębiny. Na każdej wycieczce nigdy nie musieliśmy ich szukać, ponieważ miejscowi wiedzieli, gdzie są najczęściej, dlatego za każdym razem bez problemowo mieliśmy zapewnioną udaną wycieczkę. Na Fenfushi miałem nawet tak, że 4 manty na raz płynęły na wprost na mnie, by na kilka metrów przede mną nagle zakręcić. One wykonują kilka takich okrążeń, dlatego okazji do ich podziwiania jest bardzo dużo. Poza tymi czterema mantami przypływały kolejne.

      Usuń
  4. Jaki jest koszt transportu szybką łodzią z lotniska na wyspę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj,

      Obecnie kosztuje 50$. Na dalszą wyspę Nilandhoo też kosztuje 50$

      Usuń
  5. Witam, wspaniałe zdjęcia i interesujący opis bardzo zachecajacy :-) czy można dostać się bezpośrednio z Fenfushi albo z Dhigurah na Nilandhoo? Czy trzeba wrócić do Male? pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Witaj,

    Niestety nie ma takiego transportu, ale można dogadać się z gospodarzem. Oni są w stanie zrobić taki kurs, ale tu trzeba przeliczyć co się bardziej opłaca: wydać trochę więcej pieniędzy na transport lokalny, czy stracić jeden dzień na podróż.

    OdpowiedzUsuń

www.VD.pl