niedziela, 10 lipca 2016

Dufourspitze 4634 m n.p.m.

 Dufourspitze wyprawa Dufourspitze

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa.

PRZEJŚCIE Z BREITHORN 4164 m n.p.m. NA DUFOURSPITZE 4634 m n.p.m.
Po udanym wejściu na Breithorn 4164 m n.p.m. przyszedł czas na Dufourspitze 4634 m n.p.m. i Nordend 4609 m n.p.m. Obie góry wydawały nam się nie do pokonania, bo czym był Breithorn w porównaniu do nich?... Mieliśmy wiele obaw, ponieważ dotychczas weszliśmy na Mt. Blanc (dwa lata temu) i teraz na Breithorn. Czytałem, że Dufourspitze jest znacznie trudniejszy. Czekała nas przeprawa przez dwa lodowce i szukanie drogi na wyżej położonych lodowcach usianych szczelinami. Trudno nam było uwierzyć, że możemy dać radę, ale po to przyjechaliśmy, żeby spróbować i sprawdzić przeczytane informacje. Chcieliśmy zdobyć kolejne doświadczenia. Mieliśmy nadzieję, że pogoda będzie bardziej sprzyjała i po raz pierwszy przejdziemy przez prawdziwy jęzor lodowcowy i spróbujemy naszych sił w najwyższych górach Europy. Dufourspitze jest drugą – tuż po Mont Blanc – górą pod względem wysokości. Najbardziej bałem się szczelin, jak również ostrej grani podszczytowej, która w moich myślach ciągle krążyła, jako bardzo wymagająca, jak na moje możliwości. Do Dufourspitze mieliśmy daleką drogę, dlatego rozpocznijmy wszystko od początku…

W nocy, z piątego na szósty dzień naszej wyprawy, (bo wcześniej wchodziliśmy na Breithorn 4164 m n.p.m.) spaliśmy w namiocie rozłożonym na idealnie płaskim terenie w lesie, ponad poziomem najwyżej położonych domów w Zermatt – Winkelmatten. Szukając miejsca pod namiot, wybieraliśmy możliwie równy teren i z dala od ludzi, żeby nie rzucać się w oczy. Jako, że miejscowość jest bardzo znana tak, jak Zakopane, to na szlakach widzieliśmy mnóstwo turystów, którzy wieczorem wracali z gór. Trasa prowadziła stromym podejściem z wieloma trawersami, a my dźwigaliśmy ponad 30kg plecaki. Na szczęście szybko znaleźliśmy dogodne miejsce, na kilkadziesiąt metrów przed stacją pociągu na Gornergrat – Stn. Findelbach. Rafał na stacji uzupełniał wodę i wypatrzył nawet ogromny most nad potokiem Findelbach. Sprawdził nawet rozkład jazdy pociągów, żeby wiedzieć, kiedy pociąg będzie przejeżdżać mostem. Postanowiliśmy, że wszystkie trasy pokonamy pieszo, żeby poznać tutejsze góry i chcieliśmy cieszyć się alpejską przyrodą. Przed namiotem zrobiło się cicho. Gotowaliśmy nasze ulubione zupy pomidorowe na kuchence gazowej. Rozmawialiśmy o drodze, jaką będziemy iść w stronę lodowca Gornergletscher. Planowaliśmy zajść tam następnego dnia, by założyć kolejną bazę do wyjścia w nieznane nam góry. Zanim poszliśmy spać, przygotowaliśmy jedzenie na jutrzejszy dzień, żeby nie tracić czasu. Zauważyliśmy też, jak bardzo spaliło nas słońce. Rafał miał wokół ust aż siedem popękanych, krwawiących ran. U mnie twarz wyglądała nie lepiej... Wszystkie rany zakrzepły i musieliśmy dalej chronić się przed słońcem. Używaliśmy filtra UV 50…


Spanie w lesie w Zermatt

Wstaliśmy pełni optymizmu. Pogoda dopisywała. Królował błękit na niebie. Dodatkowo w dość dużym prześwicie pomiędzy drzewami, ukazał się Matterhorn w całej okazałości! Rafał długo nie mógł napatrzeć się na to widowisko. Wiedział, że wyczerpują mu się baterie w aparacie, ale taki widok koniecznie musiał zapisać na zdjęciach. I mnie przypadł do gustu Matterhorn „zza krzaka”. Zachęcony fenomenalnym widokiem, Rafał szybko zebrał się do wyjścia. O godzinie 6.30 jedliśmy już śniadanie i niedługo wyruszyliśmy, by wejść jak najwyżej. Na dzisiaj zaplanowaliśmy około 1000m podejście. Chcieliśmy koniecznie zobaczyć lodowiec Gornergletscher, żeby następnego dnia przejść do właściwej części wyprawy. Wczesnym porankiem, zanim poszliśmy dalej, zebraliśmy niepotrzebne rzeczy, spakowaliśmy je do 120-litrowych worków na śmieci i ukryliśmy je w pobliskich krzakach tak, żeby nikt nie mógł ich znaleźć. Zabraliśmy ze sobą zapasy żywności na jeden tydzień. W workach zostawiliśmy rzeczy potrzebne na powrót do domu, mydła, lekkie buty, itp. rzeczy. Łącznie uzbierało się tego około 7kg. Dla mnie to znaczna zmiana. Dzięki odciążeniu pleców mogłem przyspieszyć kroku. Wyruszyliśmy po 7.00 rano trawersami, idąc modrzewiowym lasem. Krajobraz długo się nie zmieniał, ale czuliśmy, że szybko zdobywamy wysokość. Na poziomie około 2000 m n.p.m. modrzewie pokrywały krzaczaste porosty, które przypominały wąsy. Długo przyglądaliśmy się im. W okolicy zauważyliśmy drewniane grzyby wystrugane z pni przewróconych modrzewi. Szlak prowadził nieustannie stromo do góry, co bardzo nas męczyło. Wnosiliśmy i tak za ciężkie plecaki, ale przynajmniej widzieliśmy postęp… Las pomału zaczął się przerzedzać. Dotarliśmy do białej chatki, która okazała się być stacją przekaźnikową. Niestety większa potrzeba zatrzymała mnie tu na dłużej… Z mapy wynikało, że wystarczyło dojść do Riffelalp, a później do Riffelberg, by za niedługo przejść za Riffelsee na ścieżkę prowadzącą w stronę lodowca Gornergletscher. Ponad górnym poziomem lasu doszliśmy do skrzyżowania szlaków na Riffelalp 2211 m n.p.m. Dotarliśmy do kolejnej stacji pociągu na Gornergrat. Tory okazały się dość częstym widokiem na naszej trasie. Teraz wybraliśmy drogę na Riffelalp 2222 m n.p.m., gdzie miał znajdować się hotel. Od niego w ciągu godziny mieliśmy dojść do Riffelberg w godzinę. Patrząc na nasze plecaki, wiedziałem, że czasy z tabliczek są nieosiągalne dla nas. Pomnożyliśmy je razy dwa…


Matterhorn "zza krzaka"


Krzaczaste porosty na modrzewiach


Jedyna chata w lasach modrzewiowych na tej trasie - stacja przekaźnikowa

W około 10min dotarliśmy w okolice hotelu. Naprawdę warto zatrzymać się w tych okolicach, ponieważ dookoła rozlegają się piękne, alpejskie polany, a widok na Matterhorn jest niesamowity! Ta góra wyróżnia się spośród innych. Rafał zauroczony pięknem szczytu, ponownie zatrzymał się na dłużej. Za hotelem prowadziły szerokie, utwardzone, żużlowe drogi. Mogliśmy więc przyspieszyć kroku. Przyglądaliśmy się pięknym wodospadom oraz potokom mijanym po drodze. Na szczególną uwagę zasługuje wodospad w okolicach Riffelbord. Zielonymi polanami podchodziliśmy coraz wyżej, aż dotarliśmy do skalnych ścian Riffelbord. Na szczęście przeprowadzono tędy szlak, dlatego dość szybko mogliśmy podejść do góry, by wyjść ponad skały. Wszędzie dookoła panowała piękna wiosna. Kwitły sasanki i inne alpejskie kwiaty. Łąki stały się kolorowe i po prostu piękne. Czuliśmy klimat sielanki. Za plecami widniał nieustannie majestatyczny Matterhorn. Na wysokości 2582 m n.p.m. doszliśmy do dolnej stacji kolejki linowej prowadzącej w okolice Gornersee. Szeroka droga skręcała gdzie indziej, dlatego wybraliśmy wąziutką ścieżkę przecinającą alpejskie polany. Nie popatrzeliśmy na mapę. Poszliśmy raczej według naszego uznania. Długo nie sprawdzaliśmy, czy wybrana trasa jest dobra. Raczej ufaliśmy swojemu przeczuciu. W namiocie, w lesie, wypatrzyliśmy, że w okolicach Riffelberg są aż trzy szlaki wiodące do Riffelsee, stąd szybko w naszych głowach zrodziło się przeświadczenie, że to jeden z nich. Oboje myśleliśmy tak samo, dlatego nikt na mapie nie sprawdzał dokąd idziemy. Okazało się, że powoli zbaczaliśmy ze szlaku do Riffelsee… Ścieżka prowadziła do Gornergrat. Długo tak szliśmy, aż ujrzeliśmy pierwsze płaty śnieżne. Martwiliśmy się, że znowu trafimy na śnieg taki, jak na Breithornie „pod kiblem”, gdzie musielibyśmy walczyć z grubymi i rozmiękłymi warstwami. Zależało nam na szybkim dotarciu do celu. W miarę podchodzenia, omijaliśmy większe płaty śnieżne. Udawało nam się iść wyschniętą trawą. Dotarliśmy nawet w okolice Gornersee. Zobaczyliśmy zamarznięty staw. W pobliżu, pod zwałowiskiem utworzonym ze śniegu, zauważyliśmy jeszcze mniejszy fragment stawu. Nabraliśmy z niego wody do picia.


Widoki w trakcie pozaszlakowych wędrówek...

Szukaliśmy właściwej drogi. Rafał widział w oddali tory, więc wiedzieliśmy, że idziemy w dobrym kierunku. Nie chcieliśmy iść w ich pobliżu, ale raczej trzymaliśmy się zasady, by wędrować po bezdrożach. Przed ostatnią stacją doszliśmy do torów, gdzie szlak prowadził stromo, wśród wielkich zasp. Trochę dłużej zajęło nam pokonanie dużego nachylenia, ale w końcu dotarliśmy do stacji Gornergrat, na wysokość 3015 m n.p.m. Cieszyliśmy się ze wspaniałych widoków na czterotysięczniki, takich, jak: Breithorn Matterhorn, Pollux, Castor, Dufourspitze, Nordend i Lyskamm. Lodowiec Gornergletscher sprawiał wrażenie ogromnego i takim był. Zastanawialiśmy się, jak tamtędy przejdziemy, skoro usiany jest tyloma szczelinami. Nie widzieliśmy też nikogo, kto by miał takie same plany, co my. Z górnej stacji na Gornergrat poszliśmy jeszcze na szczyt właściwy tej góry, który jest o kilkadziesiąt metrów wyższy. Znajduje się tam stacja meteorologiczna, skąd można podziwiać jeszcze lepsze widoki, będąc w pewnym oddaleniu od skomercjalizowanego rejonu dworca i tłumów. Zależało nam na ciszy. W tutejszych murach znaleźliśmy nawet kąt pozwalający na osłonięcie kuchenki od wiatru i zagotowanie porządnej zupy pomidorowej. Zjedliśmy konkretny i syty obiad. Smakował zupełnie inaczej, ponieważ równocześnie podziwialiśmy piękne panoramy, przy pięknej pogodzie. Dodatkowo spotkaliśmy młodego koziorożca alpejskiego w okolicach stacji meteorologicznej. Po obiedzie wypatrzyliśmy drogę zejściową w okolice lodowca Gornergletscher. Wiedzieliśmy, że czekają nas około pięćset metrowe, strome trawersy. Postanowiliśmy, że będziemy schodzić wolniejszym tempem, żeby nie pośliznąć się na sypkich kamieniach, podobnych do żwiru leżącego na ścieżce. Szlak bardzo nam przypadł do gustu, ponieważ nagle zrobiło się cicho. Nie otaczały nas tłumy turystów. Ze szczytu Gornergrat prowadzi szlak oznaczony niebieską strzałką oznaczającą trasę dla wprawionych ludzi w górskich wędrówkach, mających doświadczenie. Schodziliśmy tak, aż do poziomu 2695 m n.p.m., gdzie skrzyżowały się ścieżki i ponownie zobaczyliśmy wspaniałą alpejską wiosnę. Wszędzie dookoła uwagę zwracały różnokolorowe kwiaty. Czuliśmy, że odpoczywamy. Jednocześnie, za przekroczeniem ucywilizowanej części gór poczuliśmy nagle, że znajdujemy się gdzieś całkiem na uboczu. Taki klimat nam odpowiadał. W okolicach Gornerli płynął wartki potok z kaskadami. Napełniliśmy butelki wodą, ponieważ wiedzieliśmy, że dalej już jej nie będzie. Pozostało nam tylko przetapianie śniegu.


Widoki ze stacji Gornergrat 3015 m n.p.m. na lodowiec Gornergletscher i pasmo górskie Monte Rosa (najdalej widoczny Castor & Pollux. Masywny szczyt po lewej stronie, to Lyskamm)


Schodzimy w stronę lodowca Gornergletscher

Około godziny 17.40 minęliśmy piękny wodospad, który dalej zamieniał się w potok przecinający szlak. Tam, gdzie go przekraczaliśmy, utworzyło się niewielkie rozlewisko i rosła bujna trawa. Jeszcze niecałą godzinę szliśmy do naszego dzisiejszego celu, jakim było dotarcie do płaskiego, trawiastego terenu pod namiot. Wiedzieliśmy z mapy, że tuż za nim rozpocznie się zupełnie inny świat – lodowce, zima i ujemne temperatury. Za wodospadem szlak ciągle prowadził wyraźną ścieżką, którą za około 35 min dotarliśmy do zupełnie płaskiego terenu. Mieliśmy dylemat, gdzie rozbić namiot, ponieważ wiele miejsc nadawało się do tego. Patrzeliśmy raczej, żeby oddalić się od skalnej ściany, żeby w razie skalnej lawiny nie posypały się kamienie w naszą stronę. W okolicy leżało ich całe mnóstwo, ale na szczęście daleko od nas. Sprzyjało nam wielkie szczęście. Pogoda dopisywała, a obok trawiastych równin wypatrzyliśmy niewielki staw, z którego czerpaliśmy wodę. Był krystalicznie czysty i na dodatek przepięknie odbijały się w nim góry. Zachwycaliśmy się pięknymi, błękitnymi oczkami wodnymi, widzianymi w dole na lodowcu Gornergletscher oraz panoramą na całe pasmo Monte Rosa. Wiedzieliśmy, że gdzieś za lodowcem powinno znajdować się schronisko Monte Rosa Hutte. Długo szukaliśmy go wśród skał i głazów w oddali. Znaleźliśmy! Rafał stwierdził, że jest to jakaś malutka chatka na kilka osób. Przynajmniej tak wyglądała z naszej perspektywy. Nie mieliśmy lepszego sprzętu, żeby móc spojrzeć na nią z bliska. Od teraz zastanawialiśmy się, którędy prowadzi właściwa droga. Wszystko dookoła sprawiało wrażenie nietkniętego, nieznanego i nie widzieliśmy nawet żadnych śladów! Czuliśmy się, jak gdybyśmy musieli po raz pierwszy przecierać nowy szlak. Coraz więcej obaw gromadziło się w naszych głowach. Namiot rozbiliśmy w pobliżu bardzo dużego głazu narzutowego. Obok głazu wybudowałem niewielki mur z kamieni, osłaniający kuchenkę gazową przed wiatrem. Teraz mogliśmy szybko gotować wodę i zupy. Miejsce bardzo nam się podobało. Panująca cisza wręcz zachwycała, jak również kolorowy świat wiosny, tuż przy granicy z lodowcami! Czułem się jak w górskim raju…


Piękny wodospad w drodze do lodowca


W tym miejscu rozbiliśmy namiot. Dalej już nie ma zieleni...


Tu się rozbiliśmy namiotem


Widoki z naszego namiotu


Murek z kamieni, mający osłaniać kuchenkę przed wiatrem

Monte Rosa Hutte
Schronisko Monte Rosa Hutte widziane z bardzo dużej odległości (znajduje się po drugiej stronie lodowca Gornergletscher). Wybudowano je w 2009 roku

Ciągle myśleliśmy, że tego wieczoru już nic nie może się stać. Końcówka dnia upływała spokojnie pod znakiem przygotowań do jutrzejszego wyjścia w góry wysokie. Nagle zobaczyliśmy trzy dobrze zbudowane koziorożce alpejskie z dużymi rogami. Rafał przestraszył się, że mogą coś nam zrobić. Nie musieliśmy się niczego obawiać, ponieważ są obeznane z ludźmi i często podchodzą dość blisko. Obserwowaliśmy, gdzie pójdą. Szybko zauważyliśmy, że zainteresowały się tym samym, co my – stawem. Koziorożce najpierw skubały trawę, a kiedy rozpoznały teren i stwierdziły, że jest bezpiecznie, zwołały resztę stada gwizdami i zza skał nadeszło kolejne szesnaście sztuk! Teraz w pobliżu pasło się dziewiętnaście koziorożców! Widok zachwycał! Przyglądaliśmy się im bardzo długo. Podczas tej wyprawy i w latach następnych, stado przychodziło w okolice stawu codziennie. Kiedy zachodziło słońce, kilka z nich podeszło na odległość około 10 m od naszego namiotu. Mogliśmy się im przyjrzeć z bliska. W tym czasie nie chodziliśmy, żeby wszystkie mogły przejść nad staw. Po godzinie 20.00 poszliśmy i my po wodę. Wtedy zobaczyliśmy, jak kilka z nich skubie trawę w jego w pobliżu. Cieszyliśmy się bardzo, ponieważ poznawaliśmy ciągle coś nowego i niespotykanego. Tym bardziej zastanawiał nas kolejny dzień. Pozostaliśmy tu aż do zachodu słońca. Rafał spał w namiocie, a ja wyszedłem, żeby fotografować odbicia gór oświetlanych ciepłymi promieniami słonecznymi. Widok tak bardzo zachwycał, że Rafał również wyszedł z namiotu, by zrobić kilka zdjęć. Nie żałował. Udało mi się nawet sfotografować koziorożce na tle lodowców, w porze zachodzącego słońca. Po tym wszystkim nastała idealna cisza zapowiadająca pogodny następny dzień.

    
Wielka gromada koziorożców alpejskich

PRZEJŚCIE PRZEZ LODOWIEC GORNERGLETSCHER I WĘDRÓWKA LODOWCEM GRENZGLETSCHER
Wstaliśmy w przepięknej scenerii. Wyspaliśmy się tak, jak trzeba. Błękit nieba i brak jakiejkolwiek chmurki zachęcał do jak najszybszego rozpoczęcia właściwej części wyprawy. Nie wiedzieliśmy jednak, którędy prowadzi szlak. Ścieżka ginęła gdzieś wśród skał… Daliśmy sobie około dwie godziny na spakowanie rzeczy. Ugotowaliśmy ciepłą pomidorówkę, napełniliśmy butelki z wodą i wróciliśmy nad staw. Ponownie odwiedziły nas koziorożce. Znowu patrzeliśmy na nie, ale tym razem z większej odległości. Zanim wyruszyliśmy, podziwialiśmy niesamowite odbicia pasma Monte Rosa w nieruchomych wodach stawu. Widok niezmiennie zachwycał, ponieważ najwyższe szczyty oświetlało wczesnoporanne, białe światło. Długo nie mogliśmy wrócić do namiotu z powodu uroku okolicy. Kiedy doszliśmy do naszej bazy, zabraliśmy się za pakowanie rozrzuconych rzeczy. Po kilku dniach mieliśmy opanowany sposób składania namiotu i pakowania rzeczy do plecaka, dlatego uporaliśmy się z tym zadaniem w kilkanaście minut. Jeszcze przez chwilę rozglądaliśmy się po okolicy i wyruszyliśmy w nieznane... Ścieżka prowadziła na płaskie skały. Doszliśmy do skrzyżowania, gdzie stał drogowskaz i tabliczka z napisem Gornergletscher 2649 m n.p.m. Trzy strzałki kierowały na Gornergrat, Monte Rosa Hutte i Riffelsee. Na Gornergrat i Monte Rosa Hutte nie podano czasu przejścia. Szczególnie trudno było ocenić, ile mogło zająć dojście do schroniska Monte Rosa Hutte, znajdujące się za dwoma lodowcami. My na ten fragment trasy daliśmy sobie cały dzień, ponieważ wszystko wydawało się takie ogromne i dziewicze z perspektywy bazy namiotowej… Płaskimi skałami szliśmy bardzo krótko, ponieważ ścieżka nagle urywała się nad przepaścią. Podeszliśmy do jej krawędzi i zobaczyliśmy dwie bardzo wysokie drabiny przymocowane do ściany skalnej. Rozpocząłem zejście pierwszą z nich. Drabina kończyła się w połowie ściany i trzeba było przejść w prawo na drugą. Obie są mocno osadzone w skale i mają solidne i mocne poręcze, dlatego nie odczuwałem strachu. Zszedłem na sam dół. Czekałem na Rafała. On również bez problemów zszedł po drabinach. W pobliżu zobaczyliśmy nietypowe znakowanie szlaku. Tworzyły je trójnożne stojaki wykonane z drewna, pomalowane w biało-niebieskie pasy. Dodatkowo na środku wysokości podwieszano kamień, żeby nie przewracał ich wiatr. Znaczy to, że tyczki są przenośne, co szczególnie jest przydatne na lodowcach, które zmieniają się w miarę upływu lat.


Przywitał nas piękny poranek


Ostatni "stały" drogowskaz na trasie na Dufourspitze

Droga przez lodowiec Gornergletscher i Monte Rosa
Wąskie zejście do lodowca Gornergletscher


Drogowskazy na lodowcu Gornergletscher


Bardzo wysoka, dwuczęściowa drabina

Za chwilę pojawiła się kolejna przeszkoda. W różnych relacjach czytałem o wartkim potoku, którego nie da się normalnie przejść. Trzeba iść w lewo i szukać starej liny, która wskaże, gdzie można go w miarę bezpiecznie przejść, skacząc po zalewanych skałach. Kilkanaście minut szukaliśmy dobrego miejsca na pokonanie potoku. Znaleźliśmy właściwy punkt, ale częściowo umoczyliśmy buty (w roku 2013 nad potokiem zainstalowano niebieski, stalowy most i jest tam do dziś). Po drugiej stronie dotarliśmy na skraj przepaści - do gładkich i kolorowych, pasiastych skał. Tworzyła ją kolejna ściana skalna, będąca jednocześnie fragmentem wielkiego koryta lodowca. Na krawędzi rozstawiono poręcze utworzone z metalowych prętów i lin, które wskazywały właściwą drogę i zabezpieczały jednocześnie całą trasę. W drodze zejściowej mogliśmy zobaczyć, jak bardzo usiany szczelinami jest lodowiec Gornergletscher. Na szczęście widzieliśmy każdą z nich, więc nic nam nie groziło. Jedyny problem pojawił się, gdy dotarliśmy do granicy skał i lodowca. Pomiędzy nimi widniała tylko szeroka, czarna otchłań nie do pokonania… Rafał zapytał: jak my to przejdziemy? Poszliśmy dalej, tyle, ile się dało, wzdłuż skał. Rafał wypatrzył mostek ze śniegu. Ze względu na wczesną porę dnia był jeszcze zmrożony. Spróbował przejść bez plecaka na lodowiec, a później podałem go nad przepaścią. Teraz kolej na mnie. Rzuciłem plecak na drugą stronę. Przeszedłem szybko ten odcinek i w końcu znaleźliśmy się na lodowcu Gornergletscher. Wyglądał fenomenalnie i czuliśmy się bardzo malutcy, patrząc na ogromne przestrzenie dookoła. Nie wiedzieliśmy ile czasu zajmie dojście do Monte Rosa Hutte. Spodziewaliśmy się raczej całodniowej wędrówki. Przejście lodowcem Gornergletscher okazało się bardzo łatwe. Dla bezpieczeństwa założyliśmy raki, ale bez nich też moglibyśmy pokonać ten odcinek. Lód usiany jest drobnymi kamyczkami, które znacznie poprawiają przyczepność. Nieoczekiwane poślizgnięcie raczej nie groziło. Lodowiec jest popękany w regularnych odstępach i szczeliny tworzą zwykle równej długości pasy, które przekraczaliśmy prostopadle. Wystarczyło stawiać większe kroki, by znaleźć się po drugiej stronie każdej rozpadliny. Szlak stopniowo prowadził w dół lodowca. Na tej wielkiej, otwartej przestrzeni rozstawiono kolejne biało-niebieskie tyczki, wskazujące właściwy kierunek. Szliśmy według nich. Dotarliśmy do moreny bocznej lodowca Gornergletscher. Teraz staliśmy po jego przeciwnej stronie.


Potok ze starą liną - tylko tutaj go przekroczymy. W sezonie jest już zamontowany niebieski, kratowy most


Oba lodowce są bardzo mocno uszczelinione

Trasa ponownie jest wytyczona w terenie skalnym, gdzie po lewej stronie widniały stawy: Ob dem See i Gornersee. Można powiedzieć, że lodowiec „wpadał” bezpośrednio do ich wód, a na powierzchni pływały wielkie bryły lodu. Teraz szliśmy w nieznacznym oddaleniu od tyczek, ponieważ oficjalna droga jest uciążliwa i w rakach trudno idzie się po tak nierównym i kamienistym terenie. Kamienne przejście stanowi morenę boczną lodowców Gornergletscher i Grenzgletscher, tuż przed miejscem ich styku. Za moreną boczną, niebiesko-białe tyczki prowadzą na drugi lodowiec – Grenzgletscher. Oznakowanie w tej części szlaku niestety wprowadzało w błąd, ponieważ lodowiec zmienił swój kształt, a tyczki pozostały w starych miejscach. Trudność polegała na tym, że oficjalna trasa przebiegała wzdłuż szczelin, przypominających ogromne kaniony nie do przebycia. Wyszukiwaliśmy więc własnej interpretacji i szliśmy około 100m na lewo od oznakowań. Lodowiec w pobliżu stawów przypominał pierwszą część na Gornergletscher, gdzie nie ma praktycznie żadnych trudności. Przechodziliśmy w pobliżu obu stawów, które z naszej perspektywy wyglądały przepięknie, ponieważ wody przyjęły zieloną barwę. Ozdabiały je wielkie bryły lodu rozsiane wzdłuż linii brzegowej. Najciekawsze jednak okazały się… szczeliny w pobliżu Gornersee, na lodowcu Grenzgletscher. W wielu miejscach płynęły potoki lodowcowe. W jednym miejscu znaleźliśmy wielką dziurę, gdzie pod lodem płynęły strumienie, które załamywały się nad lodową przepaścią i tworzyły wodospady! Ten widok zapamiętałem bardzo dobrze, ponieważ niecodziennie mogłem podziwiać potoki płynące w lodowych tunelach, gdzie w błękitnej od lodu otchłani można ujrzeć wodospad! Coś pięknego! Po prawej stronie zauważyliśmy lokalne wzniesienie, które na pół rozdzierała ogromna szczelina z czerwoną chorągiewką na szczycie. Lokalna góra przypominała o potężnych siłach działających na lodowce podczas ich niewidocznego ruchu.


Staw Gornersee - obecnie już nie istnieje (jego wody wpłynęły pod powierzchnię lodowca w 2013 roku)


Pomiędzy lodowcami Gornergletscher i Grenzgletscher


Strumyk płynący w lodowcu

Szczeliny na Monte Rosa Hutte
Jedna z większych szczelin na trasie

Szczeliny w drodze na Dufourspitze
We wnętrzu tej szczeliny powstał potężny wodospad, który był zasilany wodami z potoku płynącego pod powierzchnią lodu. Ten z góry łączył się ze znacznie większym, podlodowcowym potokiem

Powoli dochodziliśmy na skraj Grenzgletscher. Długo szukaliśmy zejścia na skalistą część szlaku, prowadzącą do schroniska Monte Rosa Hutte. Oznakowanie gdzieś zanikło. Wypatrzyliśmy w oddali jedynie starą, wyblakłą, czerwoną chorągiewkę. Ponownie musieliśmy przejść przed śnieżny mostek, ledwo trzymający się nad przepaścią pomiędzy skałami, a lodowcem. W sezonie, śmigłowce zrzucają w podobnych miejscach drewniane mostki ułatwiające przejście. Sezon rozpoczyna się zwykle około 20-tego czerwca. Jako, że szliśmy przed sezonem turystycznym, nic jeszcze nie przygotowano. Stąd musieliśmy szukać odpowiedniej drogi przejścia pomiędzy Grenzgletscher, a skałami. W końcu udało nam się i powolnym krokiem przekroczyliśmy widoczny, jedyny, lodowy most. Znaleźliśmy się na drugiej stronie. Zastanawiał nas dalszy przebieg szlaku. Na szczęście na skałach nie brakowało tyczek, przynajmniej do połowy wysokości podejścia. Ścieżkę poprowadzono wśród gładkich płyt skalnych, które tworzyły naturalną zaporę dla lodowca Grenzgletscher. Stanowiły fragment wielkiego koryta. Jego wysokość świadczyła o tym, jak wielki to był niegdyś lodowiec… Dzisiaj pozostała po nim niewielka część... Koryto przypominało ogromny wąwóz, podobny do koryta pozostałego po wyschniętej rzece. Dla ułatwienia, na skałach można szukać namalowanych białych kwadratów z niebieskim rombem w środku. Częściowo przechodziliśmy przez płaty śnieżne, ale nad sobą widzieliśmy Monte Rosa Hutte, więc wiedzieliśmy którędy iść. Nasze ślady nawet zgrały się z przebiegiem właściwej ścieżki, ponieważ intuicyjnie wydawało nam się, że tam jest najłatwiej. Już na początku skalnego odcinka trasy napotykamy na ponad dwadzieścia klamer przeprowadzających przez gładką płytę skalną, oraz na liczne drewniane schody ułatwiające podchodzenie w trudniejszym terenie. Bez zabezpieczeń też można pokonać całą drogę. Nie występują tu przepaście. Wystarczy iść do góry regularnym tempem, ponieważ pomimo ciągłego widoku na schronisko, wydaje się, że ciągle jesteśmy w tym samym punkcie, co mocno działa na psychikę. Na końcu stromizny wchodzimy na wąską grań, przypominającą nieco ostrą krawędź kaldery wulkanu. Ścieżka jest dobrze wydeptana, więc idzie się łatwo. Ten odcinek poświęciliśmy na podziwianie wspaniałych widoków na lodowiec, stawy i potężne góry. Rafał chciał przejść na skróty, ścinając zbocze prowadzące do schroniska, ale głęboki śnieg szybko zweryfikował jego zamiary. Mieliśmy za ciężkie plecaki i zapadaliśmy się w bardzo głęboki śnieg. Przypomniał mu się Breithorn. Wróciliśmy wytyczoną okrężną ścieżką, omijającą wszelkie trudności. W ten sposób wydłużyliśmy wędrówkę o 15min.


Wędrówka lodowcem


Po drugiej stronie lodowca Gornergletscher

Szlak do Monte Rosa Hutte
Szlak do schroniska Monte Rosa Hutte


Ostatnia grań tuż przed schroniskiem Monte Rosa Hutte



Nowoczesne schronisko Monte Rosa Hutte (jest niesamowicie drogie)

W końcu dotarliśmy do supernowoczesnego schroniska Monte Rosa Hutte wybudowanego w 2009 roku, wykorzystującego najnowsze, wojskowe technologie. Kolektory słoneczne, stanowiące jednocześnie ściany budynku, pokrywają w 90% zapotrzebowanie na energię elektryczną. Obiekt wykorzystuje podwójny obieg wody, gdzie zużyta woda trafia do spłuczek. Dzięki temu jest wykorzystywana po raz drugi. Najciekawsze jednak jest ogrzewanie. W sezonie wystarczy, że wyśpi się kilkoro ludzi, a ściany zatrzymają wydzielane ciepło! Dodatkowo schronisko ma dostęp do Internetu! Na polskie warunki jest zbyt drogie, ale nie dziwię się, skoro towary są dowożone śmigłowcami. Nocleg kosztował 45 Euro, ale my trafiliśmy na porę przed rozpoczęciem sezonu. Obecnie zapłacimy przynajmniej 73 EUR! Przygotowanie ciepłej wody kosztuje 5 CHF, a skorzystanie z infrastruktury w ciągu dnia - 20 CHF (np. kąpiel, jedzenie własnych posiłków, czy ubikacja)! Obiekt zdecydowanie nie jest osiągalny na polską kieszeń. Szkoda wydawać tyle pieniędzy za chwilę komfortu. Zatrzymaliśmy się tuż przed obiektem, przy drewnianym stojaku na ski-toury, gdzie ugotowaliśmy pomidorówkę. W międzyczasie dochodziły do nas kolejne ekipy. Niektórzy wchodzili do małego pokoju udostępnionego przed sezonem. Rafał poszedł zobaczyć, jak on wygląda. Powiedział, że w środku widział dużo jedzenia i ludzie nawet przyrządzają sobie spaghetti z tego, co inne ekipy pozostawiły. Nie wiedzieliśmy na jakiej zasadzie działa wspomniany pokoik i kto w nim śpi, dlatego Rafał szybko wrócił i usiedliśmy na drewnianym tarasie. Zastanawialiśmy się, gdzie będziemy spać. W pierwszym założeniu chcieliśmy pójść późnym popołudniem do poziomu 3300 m n.p.m. i tam mieliśmy wykopać dół pod namiot.

ZAŁOŻENIE KOLEJNEJ BAZY - POWYŻEJ SCHRONISKA MONTE ROSA HUTTE
Po solidnym obiedzie wyruszyliśmy samotnie do góry, przecierając nietknięty szlak. Wytyczyliśmy pięknie rysującą się ścieżkę w środku, pomiędzy dwoma rzędami skał. Ciężkie plecaki zwane przez nas „za ciężkimi dziadami” wgniatały w ziemię. Dodatkowo rozmiękły śnieg utrudniał podchodzenie. Kiedy wyszliśmy ponad pierwsze wzniesienie, do poziomu około 3300 m n.p.m., rozpoczęliśmy kopać dół pod namiot. Co ciekawe, nagle zapadła się warstwa śniegu i część wpadła do niewielkiej, płaskiej szczeliny! Wystraszyliśmy się bardzo tego miejsca i postanowiliśmy wrócić powyżej poziomu schroniska, do lewego rzędu skał (patrząc od strony Dufourspitze), aby znaleźć bezpieczne miejsce pod namiot. Doszliśmy wydeptanymi śladami do dwóch głazów. W ich pobliżu wykopaliśmy wielki dół. Tam rozbiliśmy namiot i mieliśmy przynajmniej pewność, że pod nami nie ma lodowca i być może szczelin. W okolicy mieliśmy jedynie skały przysypane śniegiem. Wieczór spędziliśmy przed namiotem, rozmawiając o Dufourspitze i trudnościach w drodze na szczyt. W domu przygotowałem trasę przejścia wraz z opisem trudności. Wyczytałem, że trzeba iść środkiem, pomiędzy dwoma rzędami skał, w miejscu zwanym Untere Plattje i iść wzdłuż, aż w pobliże Uber Plattje - do poziomu 3300 m n.p.m. My nazwaliśmy to miejsce „drogą przez wodospad”, ponieważ pomiędzy rzędami skał, tworzącymi naturalną zaporę dla mas śniegu, pod białą warstwą płynął potok i na skałach tworzył się wodospad. Słyszeliśmy go, ale nie mogliśmy nic zobaczyć. Stąd szybko obstawialiśmy, kto pierwszy w niego wpadnie. Zanim zaszło słońce, przygotowaliśmy się do jutrzejszego wyjścia. Planowaliśmy bezpośredni atak na szczyt wiedząc, że nie jesteśmy sami. W schronisku spały inne ekipy. Po południu spotkaliśmy nawet Polaków mieszkających na co dzień w Szwajcarii, mających te same cele, co my. Rozmawialiśmy z nimi o Dufourspitze, ale nikt na nim jeszcze nie był. Usłyszeliśmy od nich powtarzaną z ust do ust legendę o linie pod szczytem. Legenda mówiła, że na Dufourspitze można wejść tylko, gdy będzie już widoczna gruba, pleciona lina, tuż pod głównym wierzchołkiem. Jakaś prawda tkwiła w tym powiedzeniu, ponieważ jeśli nie ma śniegu, żeby lina mogła być widoczna, to znaczy, że nawisy zdążyły odpaść, dzięki czemu ostra grań skalna staje się do przejścia. Wypowiedzianego zdania nie traktowaliśmy jako legendę, ale jako fakt, na który warto zwrócić uwagę. Ten, kto nie zobaczył liny, z pewnością nie mógł wejść na Dufourspitze, ponieważ na bardzo wąskiej grani wówczas widać duże nawisy, które łatwo mogą odpaść pod obciążeniem. Nie trzeba wiele, by polecieć wraz z nimi w przepaść... Po długich rozmowach zakopaliśmy kiełbasę w śniegu, w okolicach drewnianego tarasu, przy Monte Rosa Hutte, którą kupiliśmy w sklepie w Zermatt. Wszędzie mieliśmy naturalną „lodówkę”. Kiełbasa miała nam się przydać po powrocie z Dufourspitze. Wodę mogliśmy czerpać po godzinie 16.00 każdego dnia z potoczków powstających od topniejącego śniegu. Przy Monte Rosa Hutte, w okolicach drewnianego podestu, pojawiało się ich coraz więcej w miarę upływu dnia. Wykorzystaliśmy ten fakt, żeby nie zużywać niepotrzebnie gazu na przetapianie śniegu.

 
Tutaj spaliśmy (w tle Lyskamm)


Widoki z namiotu (góra Lyskamm, zwana "pożeraczem ludzi")

ATAK SZCZYTOWY
Noc przebiegała spokojnie, choć Rafał nie mógł dobrze spać, ponieważ śpiwór nie zapewniał mu odpowiedniego ciepła, a karimata nie izolowała od śniegu. Stwierdził, że miał marny sen. Mi wystarczył syntetyczny śpiwór z zakresem temperatury do -22°C, kupiony za 105zł w listopadowej promocji z Flord Nansen’a. Sprawdzał się idealnie. Jedynie waga i wielkość sprawiały więcej problemów. Z Rafałem ustaliliśmy, że wstaniemy o północy i wyruszymy wtedy, kiedy rozpoczną wszystkie ekipy. Przygotowaliśmy się do ataku szczytowego po godzinie 0.30. Czekaliśmy na pierwsze ekipy. Wszyscy razem wyruszyliśmy po 1.00 w nocy. Śnieg dobrze zamarzł i wszyscy pociągnęli „drogą przez wodospad”. Stromym i męczącym podejściem dotarliśmy do poziomu 3300 m n.p.m. Pomimo przejścia blisko 500m wysokości, pamiętaliśmy, że jeszcze ponad 1300m w pionie jest przed nami! Oznaczało to wielogodzinną wędrówkę. Wszyscy podchodzili na ski-tourach. Jedynie my pokonywaliśmy trasę pieszo. Pierwsza ekipa nadała tempo i wyraźnie wysunęła się na przód, wytyczając drogę na szczyt. Zauważyliśmy, że kilka dni temu ktoś poszedł na Dufourspitze, ponieważ widzieliśmy zasypane ślady. Tylko gdzieniegdzie pojawiały się pojedyncze, dość wyraźne odciski lub linie po nartach. Utrzymywaliśmy szybkie tempo i nadążaliśmy za wszystkimi. Na ski-tourach podchodzi się zwykle szybciej niż pieszo. Za nami podchodziły jeszcze dwie inne grupy. Przyglądałem się trasie, ponieważ powyżej 3300 m n.p.m. wkraczaliśmy na lodowiec pełen szczelin. Po prawej widniały wielkie nawisy zakończone serakami i nagłymi przepaściami. Od strony drogi przejścia nie widać granicy wspomnianych nawisów, dlatego nie warto dalej podchodzić. Dopiero z większej wysokości widać w co można wdepnąć. Trudno opisać przebieg całego szlaku na lodowcu, ponieważ w nocy niewiele widać. Nie ma wyraźnych punktów odniesienia. Raczej trzeba "napierać" w górę lodowca, patrząc, by po lewej i po prawej stronie widzieć seraki. Dość łatwo można zgubić właściwą trasę, dlatego w razie niepewności, warto zawrócić i szukać innej drogi – najlepiej w kilka osób związanych liną. Obowiązkowo trzeba związać się liną od samego początku, ze względu na niewidoczne szczeliny. My trzymaliśmy się bardziej nachylonych stoków po prawej, co ułatwiało orientację. W drodze do przełęczy Sattel 4356 m n.p.m., zanim rozpocznie się strome podejście wielkim polem śnieżnym, po lewej stronie widać ogromny serak wielkości wieżowca! Z powodu ogromnej masy jest pęknięty na pół. Dodatkowo możemy zobaczyć na nim kolorowe pasy, świadczące o kolejnych warstwach śniegu, zamieniających się pod wpływem ciężaru w lód.


Nocna wędrówka do celu

Dotarliśmy do poziomu ogromnego seraka. Z tego miejsca mogliśmy zobaczyć, jak wielka jest szczelina i jak mali jesteśmy w porównaniu do niej... Jedna z ekip skręciła na lewo, obierając kierunek na Nordend 4609 m n.p.m. Dzięki tej grupie mogliśmy porównać rozmiary ludzi i seraków. Byliśmy tak naprawdę niczym w obliczu tych potężnych mas lodu. Po dłuższej chwili rozpoczęliśmy podejście stromym polem śnieżnym na przełęcz Sattel. Przy okazji podziwialiśmy fenomenalny wschód słońca przy bezchmurnym niebie. Widok pomarańczowego Matterhornu robił wrażenie! Weisshorn również wyglądał niecodziennie i pięknie. Co ciekawe, najpiękniejszy stał się Breithorn, na którego patrzeliśmy z boku. To on przyjął najpiękniejsze odcienie ciepłych barw wschodzącego słońca, przez co zatrzymywaliśmy się, aby robić zdjęcia. W oddali widniał Mont Blanc w pełnej okazałości. Musieliśmy odpoczywać, ponieważ odczuwaliśmy skutki rozrzedzonego powietrza. Nie mogliśmy już przyspieszać tempa. Raczej szliśmy stopniowo i równomiernie. Wytyczonymi trawersami przez pierwszą ekipę doszliśmy w końcu do przełęczy Sattel, podziwiając przy okazji po prawej stronie kilka dziur lodowcowych i większych seraków. Widok z przełęczy robi ogromne wrażenie! W tym czasie niebo zdążyło się rozjaśnić. Zabrałem ze sobą parówki kupione w Zermatt i teraz okazały się strzałem w dziesiątkę, ponieważ dały zastrzyk energii. Z przełęczy widać bardzo strome podejście i grań podszczytową. Mając za sobą ponad 1500m pokonanej wysokości odczuwałem duże zmęczenie. Największe dopiero jednak zaczęło się od przełęczy. Grań tworzą dwa 150-metrowe, strome podejścia. W wielu miejscach grań składa się z kamieni i głazów tworzących nieregularną drogę przejścia. Często jest bardzo ciasno – na szerokość jednego kamienia, a po obu stronach widnieją kilkusetmetrowe przepaście (obustronna ekspozycja), gdzie nie ma najmniejszych szans na próbę zatrzymania się na lodzie w razie upadku.


Rozpoczyna się nowy dzień (na wysokości powyżej 4000 m n.p.m.)


W oddali widoczna główna grań Dufourspitze

Breithorn widziany z Dufourspitze
Niesamowity wschód słońca - patrzymy w stronę Breithorn

PRZEŁĘCZ SATTEL 4362 m n.p.m. I OSTRA GRAŃ
Nie myśleliśmy o upadku, ale raczej o bezpiecznym wejściu. Wszyscy wbili swoje narty w śnieg i poszli od tego momentu pieszo przez skały. Każdy czuł się radośnie i na twarzach malowały się uśmiechy. I my cieszyliśmy się, że doszliśmy do przełęczy Sattel. Początkowy odcinek pierwszej grani pozwalał iść częściowo śniegami, ponieważ na lewej stronie trochę go nawiało. Mogliśmy dzięki temu, w dalszym ciągu używać raków, co pozwoliło na szybkie podchodzenie do góry. Za śniegiem – w połowie wysokości pierwszej grani rozpoczęły się kamienie i wąskie przejścia. Długo wybieraliśmy właściwą drogę. W niektórych miejscach bałem się, widząc bardzo strome, lodowe przepaście z obu stron. Na szczęście strach nie sparaliżował mnie. Powolnym krokiem pokonywałem kolejne trudności i wszyscy szliśmy razem. Rafał przodował. Każdy uważał, bo nie trudno tu o wypadek. Widok z grani na lodowiec Gornergletscher jest niesamowity! Jaki on jest mały z 4400 m n.p.m. wysokości! A Matterhorn? Wygląda jak mała góra! Coś niesamowitego! Takiego piękna dawno nie widziałem i przez to jeszcze bardziej ciekawił mnie  widok ze szczytu! Dotarliśmy w końcu do przełęczy pomiędzy pierwszą, a drugą granią. Druga grań rozciągała się bardziej w poziomie i szliśmy, trzymając się rękoma większości skał. Przejście jest bardzo wąskie. W większości na szerokość kilku, lub nawet jednego kamienia! Początkowo grań prowadzi stromo do góry, a później rozciąga się w poziomie, gdzie nieznacznie zdobywamy wysokość. Długo trzeba szukać właściwego miejsca na kolejny krok. Najgorsza jednak okazała się kamienna przełęcz pomiędzy granią podszczytową, a tą rozciągniętą w poziomie. Jedynie widzimy niewielkie wcięcie w wąskiej na jeden kamień grani z obustronną ekspozycją. Tam zablokował mi się prawy rak, a ja przysiadłem na lewą nogę. Około pięć minut walczyłem z problemem, żeby uwolnić się z uwięzi. Jeden chłopak z innej ekipy zapytał mnie po angielsku, czy nie potrzebuję liny. Na szczęście udało mi się wydostać z pułapki i mogłem pójść dalej.

Przełęcz Sattel 
Przełęcz Sattel


Widok z przełęczy Sattel

WEJŚCIE NA SZCZYT DUFOURSPITZE 4634 m n.p.m.
Przed nami widniała kolejna część grani rozciągniętej w poziomie. Przechodziliśmy poszarpaną i ostrą linią. W połowie drogi musiałem pozostawić czekan z powodu konieczności używania rąk do wspinaczki. Zrobiło się ponownie bardzo wąsko. Jedna ekipa szła związana liną, a inne nie. Moim zdaniem w skalistym terenie trudno iść związany liną, ponieważ w większości przypadków, w razie upadku jednej osoby, skończyłoby się to pociągnięciem wszystkich członków grupy za sobą w przepaść. Dobry chwyt za skałę nie wiele daje w omawianym przypadku, ponieważ na szpiczastej grani leży mnóstwo luźnych kamieni. Od pechowej przełęczy do szczytu pozostało jakieś 15min drogi. W połowie odcinka stał mój wbity czekan pod skałami. Odtąd mieliśmy jeszcze jakieś 7-10min do końca. Szliśmy dalej. Niektórzy wracali już z głównego wierzchołka. Teraz przyszła kolej na nas. Legenda o widocznej linie sprawdziła się. Tuż przed ostatnim podejściem, częściowo w śniegach, pokazała się gruba, pleciona lina, ułatwiająca wspinaczkę. Skorzystaliśmy z niej. Jednocześnie wskazała najlepszą drogę. Weszliśmy na szczyt o godzinie 8.48! Mieliśmy -12°C. Cieszyliśmy się z cudownego widoku! Podziwialiśmy główne pasmo Monte Rosa oraz Punta Gnifetti ze schroniskiem Margeritta – najwyżej położonym budynkiem w Europie! Za plecami, w oddali, widniały takie góry, jak: Weisshorn, Matterhorn, Nordend, Taschhorn i wiele innych szczytów. Na wierzchołku Dufourspitze znajduje się przestrzenny, kratownicowy krzyż, częściowo przysypany śniegiem. Teraz cieszyłem się niedostępnymi widokami dla większości ludzi. Jakie małe wydawało się wszystko dookoła! Pogoda nadal sprzyjała. Ciągle mieliśmy bezchmurne niebo. Na szczycie pozostaliśmy na kilkanaście minut. Chociaż Rafał dotarł jako pierwszy, bo lepiej sobie radził w skałach, to poczekał, żebym i ja mógł nacieszyć oczy tymi niezwykłymi panoramami. Obowiązkowo przyglądaliśmy się drodze na Nordend, ponieważ planowaliśmy następnego dnia pójść na jego wierzchołek. Zrobiłem dokładne zdjęcia całej drogi. W trakcie podchodzenia ostrą i poszarpaną granią podszczytową zauważyliśmy, że jeden członek ekipy idącej dzisiaj na Nordend wpadł do szczeliny, a reszta próbowała go wyciągnąć. W dużej mierze pomogły mu ski-toury, którymi zablokował dalszy upadek. Wiedzieliśmy więc co nas czeka... Będąc na wierzchołku Dufourspitze myśleliśmy teraz raczej o zejściu tą samą, problematyczną granią…

Gran Dufourspitze
Już od samego początku nie było łatwo... (główna grań prowadząca na szczyt)

Krzyż na Dufourspitze  Szczyt Dufourspitze 
Widoki ze szczytu Dufourspitze

Nordend
Nordend 4609 m n.p.m. wdziany ze szczytu Dufourspitze

Na szczycie Dufourspitze
Widoki ze szczytu Dufourspitze

POWRÓT DO NASZEJ BAZY
Po wymarzonym wejściu na Dufourspitze rozpoczęliśmy zejście. O dziwo, w drodze powrotnej, grań nie sprawiała żadnych problemów. Zabrałem z powrotem czekan pozostawiony pod skałą.  Pokonywaliśmy kolejne jej etapy. Przełęcz, na której zaklinowałem się, pozwoliła nam przejść bez trudności. Na wąskich fragmentach grani szliśmy powoli. Przyglądaliśmy się innej ekipie, w której czterej jej członów związało się liną. Lina znacznie utrudniała bezpieczne zejście napotkanej ekipie, ponieważ co chwilę zahaczała o ostre kamienie. My koncentrowaliśmy się na swoim. W końcu dotarliśmy do części śnieżnej grani, gdzie w rakach mogliśmy znacznie przyspieszyć kroku. Widzieliśmy już wbite narty w śnieg, co oznaczało przełęcz Sattel. Rafał nie czuł się najlepiej, ponieważ przycisnęło go za większą potrzebą. Trudno załatwić swoje sprawy na tak wielkiej i otwartej przestrzeni... W niewielkiej odległości od nart siedziała dziewczyna, czekająca na swojego męża wracającego ze szczytu Dufourspitze. Jako, że Rafał nie miał wyjścia, musiał zrobić to, co do niego należało, zasłaniając się tylko moim wysokim plecakiem. Po wszystkim mogliśmy schodzić dalej. Podziwialiśmy jeszcze wspaniałe widoki na góry i lodowiec, który wydawał się nieskończenie daleko od nas, a przecież podchodziliśmy do przełęczy Sattel "tylko" przez pół nocy i początkową część dnia. Wiedzieliśmy, że po 10.00 rano rozpocznie się rozmiękanie śniegu i z każdą godziną będzie coraz trudniej schodzić. Być może otworzą się szczeliny, których nie widzieliśmy… Z tego względu na przełęczy nie pozostaliśmy długo. Wszystkie ekipy, które spotkały się w tym miejscu, gratulowały sobie z uśmiechem sukcesu. I my pozdrawialiśmy innych. Większość wchodzących mogła zjechać na ski-tourach, dzięki czemu nie musieli obawiać się długiego powrotu. Przyglądając się dłużej całej trasie i nachyleniom stoków, stwierdziliśmy, że nigdzie nie występuje goły lód. Wyciągnąłem reklamówkę, a Rafał karimatę i zaczęliśmy zjeżdżać. Kiedy zobaczyliśmy, że można łatwo hamować i nigdzie nie zjeżdżamy poza zaznaczony zębami raków szlak, postanowiliśmy, że będziemy zjeżdżać ile tylko się da. Po krótkiej próbie zdjąłem raki, żeby przypadkowo nie zaryć w śnieg. Mogłoby się to skończyć skręceniem kolana. Inni zdążyli już zjechać na nartach. Panowała zupełna cisza.


Potężna grań podszczytowa Dufourspitze


Wielkie szczeliny na trasie - dopiero za dnia mogliśmy je w pełni zobaczyć


Wielki serak, obok którego szliśmy w nocy

Najciekawsze rozpoczęło się poniżej przełęczy. Zjazd na reklamówce trwał kilka minut! Udało mi się zjechać aż do poziomu 2800 m n.p.m.! To znaczy, że 1500m wysokości w pionie pokonaliśmy w mniej niż godzinę (niektóre fragmenty musieliśmy przejść pieszo, ze względu na małe nachylenie terenu)! Trasa wyglądała tak, że do poziomu wielkiego seraka z pęknięciem w środku, dojechaliśmy na jednym ciągu. Później musieliśmy przejść krótki kawałek mniej nachylonym zboczem. Za nim rozpoczynało się kolejne, dające możliwość bardzo długiego zjazdu. Od wysokości około 4000 m n.p.m. zjeżdżaliśmy do poziomu 3400 m n.p.m.! Żałowałem, że nie kamerowałem tego fragmentu, bo podziwialiśmy w międzyczasie ogromne seraki. W wielkiej, cichej dolince, zorientowaliśmy się, że jesteśmy za nisko. Teren wydawał nam się nieznajomy. Na mapie dostrzegliśmy, że wielkie pole śnieżne prowadziło na rozdwojenie lodowców, a my znajdowaliśmy się na tej drugiej, niewłaściwej części. Musieliśmy więc w bezwietrznym i gorącym od słońca, bardzo szerokim korycie śnieżnym, dojść do właściwego lodowca. Odbiliśmy w lewo i wyrównaliśmy nasze ślady z wydeptaną ścieżką. Doszliśmy do wysokości 3300 m n.p.m. Zobaczyliśmy naszą wczorajszą szczelinę, która odsłoniła się po próbie wykopania dołu pod namiot i jak bardzo ktoś wydeptał chodnik dookoła niej. Z pewnością nie jednej osobie napędził strachu ten widok, bo rzeczywiście wyglądała jak pusta przestrzeń, przykryta cienką warstwą zmrożonego śniegu. Od poziomu 3300 m n.p.m. aż do 2800 m n.p.m. mogliśmy ponownie zjeżdżać! Dzięki temu bardzo szybko „dochodziliśmy” do naszego namiotu. W drodze powrotnej usłyszeliśmy nawet potok i wodospad. Co ciekawe, w jednym miejscu zarwała się pokrywa śnieżna, ale tuż pod nią znajdowały się skały i płynący potok. Ostatni odcinek do namiotu musieliśmy przejść. Cieszyliśmy się z wejścia na szczyt i z faktu, że panowała przepiękna pogoda.


Tędy zjeżdżaliśmy w drodze powrotnej - na zdjęciu widoczne liczne seraki

Czuliśmy ogromne zmęczenie. Nikt z nas nie planował wejścia do namiotu, ponieważ panowała tam prawdziwa sauna. Nikt nawet nie myślał o układaniu rzeczy i ich suszeniu. Niedbale rzuciliśmy wszystko na większe głazy, a my sami usiedliśmy na gołych skałach i zasnęliśmy na około trzy godziny. Kiedy obudziliśmy się, zauważyliśmy, że słońce bardzo nas spaliło. Na twarzy pojawiły się ropne rany, które pękały i czasami wypływała krew. Czułem się jak Michael Jackson, ponieważ z nosa zrobiła się sztywna skorupa, a dookoła ust powstały zakrwawione rany. Po przebudzeniu, obróciłem się na drugi bok, ale tym razem zasłoniłem twarz. Rafała również mocno poparzyło. Długo już nie leżeliśmy, ponieważ głód dawał o sobie znać. Rozłożyliśmy kuchenki i zaczęliśmy przetapiać śnieg. Obowiązkowo ugotowaliśmy zupę pomidorową, która stała się znakiem rozpoznawczym naszej wyprawy – stąd też nazwa całej wyprawy „Crema di Pomodoro I”. Widzieliśmy, jak szybko kurczą się nasze zapasy. Nocne wejście wymagało wielu sił, dlatego przed wyjściem musieliśmy dużo zjeść. Dodatkowo podjadaliśmy orzechy ziemne w drodze, żeby cały czas mieć równe siły. W dużej mierze zmęczenie powoduje rozrzedzone powietrze i teraz czuliśmy całkowitą pustkę w brzuchu. Najedliśmy się nawet dobrze. Ze sobą miałem 250g czekolady. Jedna tabliczka znikała w bardzo szybkim tempie. Rafał pomarzył o kiełbasie, którą zakopaliśmy w śniegu przy schronisku. Postanowiliśmy, że po godzinie 16.00 pójdziemy tam, by nabrać wodę z potoczków oraz zabierzemy kiełbasę i ugotujemy ją w menażce. Takie proste danie po wejściu na Dufourspitze, miałoby z pewnością wyjątkowy smak… Do schroniska poszliśmy po godzinie 16.00, zostawiając wszystkie rzeczy. Zauważyliśmy, że wymarzonej kiełbasy nie ma pod śniegiem! Poza czarnymi gawronami nie było żadnych zwierząt, a w miejscu, w którym ją zakopałem, nie zdążył wytopić się śnieg. Czyżby ktoś ją wziął? Tego nie wiedzieliśmy, ale niestety musieliśmy obejść się smakiem… Na drewnianym podeście spotkaliśmy wszystkie ekipy z Dufourspitze. Wszyscy suszyli foki z nart. Spotkaliśmy wśród nich również Polaków. Rozmawialiśmy o wrażeniach z góry. Każdy dzielił się tym, co zobaczył i opowiadał o pięknie Dufourspitze.

domhutte z drogi na Dufourspitze
Ogromny głaz narzutowy, który widać nawet z górnej stacji kolejki Gornergrat

 pokój w domhutte  
We wnętrzu schroniska Monte Rosa Hutte (przed sezonem) i nasza pomidorówka

Rafał dodatkowo zrobił zwiad dookoła schroniska i dowiedział się, że jest jeszcze nieczynne i udostępniono jedynie salę wejściową z regałami na obuwie zastępcze oraz jeden pokój, będący w sezonie zarezerwowany dla przewodników górskich. Większość ekip zmieściła się w tym niewielkim pomieszczeniu. My również chcieliśmy. Zauważyliśmy, że wszyscy pakują się i będą wracali w swoje strony. Po ponad dwóch godzinach zostaliśmy tylko sami. Długo wahaliśmy się, czy nie przenieść swoich rzeczy do środka. Rafał bardzo chciał, ponieważ jego sprzęt nie pozwalał mu wyspać się komfortowo w namiocie na śniegu. Zgodziłem się i po obiedzie przed schroniskiem, wróciliśmy do namiotu, gdzie spakowaliśmy wszystko i z powrotem wróciliśmy do Monte Rosa Hutte. Zeszliśmy schodami do małego pokoju, gdzie byliśmy całkowicie osłonięci od wiatru. Mogliśmy nawet wybrać sobie łóżka. Nikt więcej już nie dotarł do schroniska. Na wieczór zostaliśmy sami. Zrobiliśmy drugi zwiad. Cieszyliśmy się z wybranego miejsca, ponieważ czuliśmy komfort spania. Różne ekipy zostawiały w szafce resztki swojego prowiantu. Wszystko znajdowało się w małej komodzie przy oknie. Rafał znalazł między innymi kilogramową paczkę… pomidorówki z Knorra! Długo śmialiśmy się z tego, bo komu chciało się wnosić takie pudło... Z pewnością do plecaka warto zabrać bardziej potrzebne rzeczy… Z drugiej strony patrzeliśmy, że teraz możemy zrobić sobie porządną zupę. Jako, że zabraliśmy ze sobą 2kg makaronu, to często gotowaliśmy ulubioną zupę. Od tego momentu naszej wyprawie nadaliśmy kryptonim „Crema di Pomodoro I”. Nazwa wzięła się oczywiście z włoskiego napisu na opakowaniu i tego, że wszędzie gotowaliśmy pomidorówki. W komodzie mogliśmy znaleźć dodatkowo talerze, przyprawy, kartusze gazowe, chleb, coś na wzór kaszy, garnki, płatki i tym podobne rzeczy. Wiedzieliśmy, że w Alpach panuje taka kultura, że pozostawia się jedzenie dla innych ekip w razie, gdyby komuś zabrakło prowiantu. Chcieliśmy uszanować ten fakt, dlatego używaliśmy tylko pomidorówki i chcieliśmy spróbować dziwnej kaszy z Tajlandii, którą ktoś zostawił tu trzy lata temu... Mimo wszystko nic się nie psuło. Nad komodą, na parapecie przy oknie, znajdowały się blankiety, gdzie za korzystanie z udostępnionego pokoju można było wnieść opłatę według uznania. W części z regałami na buty ustawiono stół i dwie ławki, dlatego tam najczęściej przebywaliśmy gotując zupę. Wieczorem podziwialiśmy jeszcze fenomenalny zachód słońca i położyliśmy się spać na piętrowych pryczach. Dla nas oznaczały wysoki komfort spania. Nawet nie musieliśmy rozkładać śpiworów, ponieważ tutejsze koce w zupełności wystarczyły.


Piękne widoki z tarasu schroniskowego wieczorem

Następnego dnia zarządziliśmy odpoczynek, mając tak dobrą miejscówkę. Wstaliśmy pełni sił i w końcu Rafał mógł porządnie się wyspać. Chociaż świeciło słońce, to wiał dość silny wiatr i pojawiało się coraz więcej chmur. Dobrze, że nigdzie nie wychodziliśmy w góry, ponieważ pogoda nie pozwoliłaby na wiele. Jedząc kolejną pomidorówkę, patrzeliśmy na mapę i planowaliśmy kolejną trasę. Wybraliśmy wejście na Nordend 4609 m n.p.m. Rafałowi podobał się stopień trudności drogi na szczyt, ponieważ trzeba było przejść przez dwa większe mosty śnieżne i omijać wiele szczelin. Dodatkowo w drodze na przełęcz Sattel widzieliśmy, jak pewna osoba z ekipy na nartach wpadła do jednej z nich, w otoczeniu ogromnych seraków. Rafał mocno studiował mapę i trasę przejścia. I mnie zaciekawiła ta góra, dlatego szybko zdecydowaliśmy się na nocne wejście podobnie, jak na Dufourspitze. Tego dnia nadrobiliśmy utracone kalorie przez wszystkie dni, dlatego czuliśmy pełnię sił na kolejne góry.

Rozpoczęliśmy trzecią część wyprawy – wejście na Nordend 4609 m n.p.m. ...

Wyprawa Crema di Pomodoro I:

    Matterhorn  Sasanki w Alpach          Koziorożec alpejski      Ob dem see, Gornersee                    Lodowiec Grenzgletscher          Seraki pod Sattel, Dufourspitze ob dem see, gornersee 

3 komentarze:

  1. Jeszcze całości nie przeczytałam /całość wydrukuje mi Marzenka/ ale ju z zachwycona jestem.Michaś jesteś Wielki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Otylia.
    Nie podpisałam się więc piszę drugi komentarz.Tyle osób zachwyca się Twoimi relacjami oraz zdjęciami, że jakbyś mógł zgadnąć od kogo to :) choć wiem, że pewnie byś wiedział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że podobają Ci się te relacje i że mogę nieco przybliżyć Ci świat Alp. Od razu poznałem kto pisze - Otylia z Goleszowa.
      Pozdrawiam Cię serdecznie Otylko i wiele dobrego dla Ciebie :)

      Usuń