środa, 29 marca 2017

Babia Góra zimą - Zjazd Samurajów

 

W końcu nadszedł ten dzień. Zjeżdżaliśmy się ze wszystkich stron. Naszym miejscem spotkania była Lipnica Wielka. Wynajęliśmy całą chatę z numerem 1014. Ja i Bodzio przyjechaliśmy na miejsce tuż po godzinie 8.00 rano. W pokojach czekała na nas już ekipa Wtorka z Warszawy, jak również Mc Gregor i jego kolega Remek. Nieco wcześniej na miejsce dojechała grupa Zjawy oraz Ice-Breakera. Było nas już dwanaście osób. Spotykając się tak wcześnie z rana myśleliśmy, jak wykorzystać wolny, pozostały czas, aż do momentu, kiedy przyjadą wszyscy. Szybko zadecydowaliśmy, że obowiązkowo musimy wejść na Babią Górę i sprawdzić jakie warunki panują na zielonym szlaku z Lipnicy Wielkiej, ponieważ w zimie bardzo mało turystów wybiera ten szlak ze względu na jego nieprzetarte ścieżki. Usłyszeliśmy wiadomość o warunkach na szlaku od McGregora, który obecnie był u Grzegorza z Lipnicy Wielkiej. Wczoraj próbowali przejść jego kawałek, ale kiedy zobaczyli, że zaspy są tak wielkie, że zapadali się do pasa w śniegu, zawrócili. Musiałem sam to zobaczyć na własne oczy, bo z ich opinii wynikało, że wejście od tej strony będzie niemożliwe lub bardzo trudne.

Szybko zebraliśmy pierwszą ósemkę do przetarcia szlaku. Byli to: Zjawa, Ice-Breaker, Mosorczyk, Limonka, Zanzara, Bodzio, Mithape, Suonecznik. Pocieszałem się, że jeśli przejdziemy zaśnieżoną drogę asfaltową, która prowadziła od naszej chaty do leśniczówki położonej u stóp Babiej Góry, to na szlaku też damy radę. Drogę przeszliśmy bardzo szybkim tempem. Nie wiadomo skąd, dwa kilometry dalej stał przed nami Bodzio, który właśnie wyszedł ze sklepu. Mówił, że znalazł się tu, bo nie poczekaliśmy na niego. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy go przed nami. Przed lasem, którym prowadziła droga, widzieliśmy ile śniegu zalegało na drewnianych barierkach. Dostrzegłem tam również wystającą gałąź z jednej ze sztachet, na której utworzyła się piękna kula śniegu składająca się z różnokształtnych formacji śnieżnych. Przed nami był zakręt w prawo i za kilkadziesiąt kroków, zakręt w lewo. Jako, że miałem krokomierz przy sobie wiedziałem, że przeszliśmy już około siedem tysięcy kroków. Skręciliśmy w lewo, w las. Linia nasypu stanowiła granicę dla ubitego śniegu przez samochody i świeżego śniegu, który zalegał na szlaku. Początkowo weszliśmy w las. Śniegu mieliśmy lekko powyżej poziomu kostek. Idąc dalej stok nachylał się bardzo powoli, nie dając nam tym samym powodu do zmęczenia. Śniegu jednak przybywało. Wędrując szlakiem martwiłem się jedynie o trzy punkty rozejścia, które mogłem pomylić w zimie, ponieważ wiedziałem, że są w bardzo rzadkim lesie. Na szczęście zauważyłem ślady po nartach, które ułatwiały zadanie, jednak w miarę zdobywania wysokości zapadaliśmy się coraz głębiej. Owe ślady służyły nam jako znaki, ponieważ te zielone – letnie – były już dawno przysypane. Przed nami szła trójka narciarzy, sugerując się również zasypanymi rowkami pozostawionych przez innych ski-tourowców. Powoli dochodziliśmy w okolice Krzywego Potoku. Nasłuchiwałem otoczenia, czy już przypadkiem nie słychać jego szumiących wód. Dużą część potoku pokrywała gruba warstwa puchu. Przed sobą widzieliśmy zaspy tworzące większe kule. Wyglądały jak gdyby coś większego było pod nimi zasypane. Tak też było. Jako pierwszy rozpocząłem przeprawę przez zaspy. Zapadaliśmy się do pasa, ponieważ dokładnie pod nami przepływał strumień. Śnieg dosłownie wisiał nad wodami, dlatego wpadaliśmy tak głęboko. Dodatkowo pomiędzy warstwą śniegu a wodami znajdowała się pusta przestrzeń.

poniedziałek, 13 marca 2017

Babia Góra - moja najtrudniejsza sytuacja w górach i odwiedziny mojego klubu górskiego po trzech latach

 

Dlaczego taki tytuł? Ponieważ po trzech latach od momentu, kiedy oddałem mój klub górski w ręce najbardziej zaufanej osoby, chciałem zobaczyć, jak działa ta organizacja po dłuższym okresie czasu. W trakcie wędrówki na miejsce spotkania przydarzyła mi się sytuacja, która dotychczas była dla mnie najtrudniejsza (chociaż nie taka trudna, ale wymagająca kondycyjnie). Od Grzegorza, bo w jego ręce oddałem klub, dowiedziałem się, że jest organizowany trzydziesty szósty zjazd, na który jestem zaproszony ze względu na prezentacje górskie, które miałem przedstawić podczas trwania tego spotkania. Jechać tam, czy też nie? – takie pytanie zadawałem sobie ciągle w głowie, ponieważ Grzegorz – administrator – zaprosił mnie na ten zjazd dużo wcześniej. Trochę miałem obawy przed tym wyjazdem, ale w końcu dałem się namówić, bo sam byłem ciekaw nowych ludzi oraz aktualnie panującej atmosfery w klubie. Głównym jednak powodem przybycia dla mnie była zimowa Babia Góra, której nigdy sobie nie odmawiałem, a wszystkie zjazdy, które tam się odbywały zawsze były najliczniejsze, najciekawsze i uznawane za najpiękniejsze. Pomyślałem, że teraz też tak na pewno będzie, tym bardziej, że widziałem listę pewnych uczestników, na której widniało 76 osób. Dodatkowo chciałem poznać PiotrkaP oraz Zbig9. Grzegorz poprosił mnie, abym na zjazd przygotował jakieś prelekcje z wyjazdów górskich, bo takie były w programie zjazdu. Jako, że miałem o czym opowiadać, z miłą chęcią zabrałem się za montaż filmów z wypadów.

W czwartek, po II zmianie spakowałem się i ruszyłem w drogę – do Zawoi Markowej lub Policzne – w zależności od tego, na który bus trafię w Krakowie. Zdążyłem jeszcze na ten odjeżdżający do Zawoi Markowej, z czego się bardzo cieszyłem, bo koniecznie chciałem przejść przez Babią Górę, dojść do Przełęczy Krowiarki, skąd dalej miałem pójść pieszo do Zubrzycy Górnej na wynajęte kwatery „Za Borem” na potrzeby 36. Zjazdu. Dojazd pod Babią Górę przebiegał sprawnie, dlatego o 9.27 rano rozpocząłem wędrówkę, przekraczając granicę Babiogórskiego Parku Narodowego. Niebieskie niebo zachęcało do szybkiego marszu, ponieważ jak najszybciej chciałem podziwiać wspaniałe widoki chociażby z Przełęczy Brona 1408 m n.p.m. Wspominałem po drodze słynne trzy strome podejścia oraz barierki, na których niegdyś Królik wypowiadał „dziwne” słowa… Sam byłem ciekaw, czy nadal będę miał siły, żeby pójść tak, jak kiedyś – „pełną parą”. Po przekroczeniu bramy BPN-u na szlaku znalazłem mapę Beskidu Żywieckiego i Śląskiego – całkowicie nową. Pomyślałem, że komuś wypadła. Zabrałem ją, ale nikogo nie minąłem na szlaku, żebym mógł o nią zapytać. Po ostatnich opadach śniegu pojawiły się tu bardzo duże ilości śniegu. Od strony Zawoi Markowa cały szlak był dosłownie nieprzetarty – jedynie pomiędzy drzewami dopatrzyłem się dwóch równoległych linii pozostawionych przez zjeżdżającego narciarza, poza szlakiem. Pomimo przecierania szlaku utrzymywałem dobre i szybkie tempo, bo zależało mi na jak najszybszym dotarciu ponad górną granicę lasów. Na polanie poprzedzającej Markowe Szczawiny zauważyłem, że niestety gęstych chmur przybywało. Z każdą minutą stawało się coraz ciemniej a szczyt pokrywały już gęste mgły. Nawet zaczął padać drobny śnieg. Kiedy dotarłem do schroniska na Markowych Szczawinach zdziwiony byłem, dlaczego panuje tu taka cisza. Nie zaszczekał nawet pies GOPR-owców, który zawsze w ten sposób witał turystów nadchodzących od Zawoi Markowej. Nikt nie wychodził, ani nikt nie wchodził do schroniska. Dosłownie ruch turystyczny zamarł. Mimo wszystko zdecydowałem iść dalej. Zawsze miałem możliwość odwrotu i przejścia Górnym Płajem do Przełęczy Krowiarki. Na Przełęcz Brona podchodziłem szybko. W śniegu widniały tylko ślady po rakietach śnieżnych, ale przede mną nikogo nie widziałem. W okolicach drugiego stromego podejścia na przełęcz podziwiałem nie tylko ogromny nawis śnieżny, ale również bardzo ciemne chmury z rodzaju stratus nebulosus opacus – co dla osoby nie zajmującej się pogodą oznaczało tyle, że będzie mglisto i na pewno nie ujrzę słońca. Na Przełęczy Brona zaczął wiać wiatr, ale był znośny, ponieważ wiele razy szedłem przy silniejszych podmuchach. Jedyne, co mi nie odpowiadało, to fakt, że śnieg zapadał się praktycznie co każdy krok. Oznaczało to szybką utratę sił i znacznie dłuższe wejście niż zakładałem. Przygotowałem się na taką możliwość, bo w zimie mam zwyczaj mnożyć czas przejścia razy dwa.