Dlaczego taki tytuł? Ponieważ po trzech latach od momentu, kiedy oddałem mój klub górski w ręce najbardziej zaufanej osoby, chciałem zobaczyć, jak działa ta organizacja po dłuższym okresie czasu. W trakcie wędrówki na miejsce spotkania przydarzyła mi się sytuacja, która dotychczas była dla mnie najtrudniejsza (chociaż nie taka trudna, ale wymagająca kondycyjnie). Od Grzegorza, bo w jego ręce oddałem klub, dowiedziałem się, że jest organizowany trzydziesty szósty zjazd, na który jestem zaproszony ze względu na prezentacje górskie, które miałem przedstawić podczas trwania tego spotkania. Jechać tam, czy też
nie? – takie pytanie zadawałem sobie ciągle w głowie, ponieważ Grzegorz –
administrator – zaprosił mnie na ten zjazd dużo wcześniej. Trochę miałem obawy
przed tym wyjazdem, ale w końcu dałem się namówić, bo sam byłem ciekaw nowych
ludzi oraz aktualnie panującej atmosfery w klubie. Głównym jednak powodem
przybycia dla mnie była zimowa Babia Góra, której nigdy sobie nie odmawiałem, a
wszystkie zjazdy, które tam się odbywały zawsze były najliczniejsze,
najciekawsze i uznawane za najpiękniejsze. Pomyślałem, że teraz też tak na
pewno będzie, tym bardziej, że widziałem listę pewnych uczestników, na której
widniało 76 osób. Dodatkowo chciałem poznać PiotrkaP oraz Zbig9. Grzegorz
poprosił mnie, abym na zjazd przygotował jakieś prelekcje z wyjazdów górskich,
bo takie były w programie zjazdu. Jako, że miałem o czym opowiadać, z miłą
chęcią zabrałem się za montaż filmów z wypadów.
W czwartek, po II zmianie spakowałem się i
ruszyłem w drogę – do Zawoi Markowej lub Policzne – w zależności od tego, na
który bus trafię w Krakowie. Zdążyłem jeszcze na ten odjeżdżający do Zawoi
Markowej, z czego się bardzo cieszyłem, bo koniecznie chciałem przejść przez
Babią Górę, dojść do Przełęczy Krowiarki, skąd dalej miałem pójść pieszo do
Zubrzycy Górnej na wynajęte kwatery „Za Borem” na potrzeby 36. Zjazdu. Dojazd pod
Babią Górę przebiegał sprawnie, dlatego o 9.27 rano rozpocząłem wędrówkę,
przekraczając granicę Babiogórskiego Parku Narodowego. Niebieskie niebo
zachęcało do szybkiego marszu, ponieważ jak najszybciej chciałem podziwiać
wspaniałe widoki chociażby z Przełęczy Brona 1408 m n.p.m. Wspominałem po
drodze słynne trzy strome podejścia oraz barierki, na których niegdyś Królik
wypowiadał „dziwne” słowa… Sam byłem ciekaw, czy nadal będę miał siły, żeby
pójść tak, jak kiedyś – „pełną parą”. Po przekroczeniu bramy BPN-u na szlaku
znalazłem mapę Beskidu Żywieckiego i Śląskiego – całkowicie nową. Pomyślałem,
że komuś wypadła. Zabrałem ją, ale nikogo nie minąłem na szlaku, żebym mógł o
nią zapytać. Po ostatnich opadach śniegu pojawiły się tu bardzo duże ilości
śniegu. Od strony Zawoi Markowa cały szlak był dosłownie nieprzetarty – jedynie
pomiędzy drzewami dopatrzyłem się dwóch równoległych linii pozostawionych przez
zjeżdżającego narciarza, poza szlakiem. Pomimo przecierania szlaku utrzymywałem
dobre i szybkie tempo, bo zależało mi na jak najszybszym dotarciu ponad górną
granicę lasów. Na polanie poprzedzającej Markowe Szczawiny zauważyłem, że
niestety gęstych chmur przybywało. Z każdą minutą stawało się coraz ciemniej a
szczyt pokrywały już gęste mgły. Nawet zaczął padać drobny śnieg. Kiedy
dotarłem do schroniska na Markowych Szczawinach zdziwiony byłem, dlaczego
panuje tu taka cisza. Nie zaszczekał nawet pies GOPR-owców, który zawsze w ten
sposób witał turystów nadchodzących od Zawoi Markowej. Nikt nie wychodził, ani
nikt nie wchodził do schroniska. Dosłownie ruch turystyczny zamarł. Mimo
wszystko zdecydowałem iść dalej. Zawsze miałem możliwość odwrotu i przejścia
Górnym Płajem do Przełęczy Krowiarki. Na Przełęcz Brona podchodziłem szybko. W
śniegu widniały tylko ślady po rakietach śnieżnych, ale przede mną nikogo nie
widziałem. W okolicach drugiego stromego podejścia na przełęcz podziwiałem nie
tylko ogromny nawis śnieżny, ale również bardzo ciemne chmury z rodzaju stratus
nebulosus opacus – co dla osoby nie zajmującej się pogodą oznaczało tyle, że
będzie mglisto i na pewno nie ujrzę słońca. Na Przełęczy Brona zaczął wiać
wiatr, ale był znośny, ponieważ wiele razy szedłem przy silniejszych
podmuchach. Jedyne, co mi nie odpowiadało, to fakt, że śnieg zapadał się
praktycznie co każdy krok. Oznaczało to szybką utratę sił i znacznie dłuższe
wejście niż zakładałem. Przygotowałem się na taką możliwość, bo w zimie mam
zwyczaj mnożyć czas przejścia razy dwa.

