piątek, 2 października 2020

Czym jest pasja gór, czyli dlaczego są ludzie, którym nie trzeba tego tłumaczyć i ci, którym tego nigdy nie wytłumaczysz...

 

Zastanawiałeś się czym kierują się ludzie, którzy wyruszają w góry, albo dlaczego wędrujemy po górach i w końcu, dlaczego pasja gór jest tak piękna? Jest mnóstwo osób, które twierdzą, że góry owszem są bardzo piękne, ale to nie dla nich, albo to nie ich pasja. Cały artykuł mógłbym sprowadzić do jednego krótkiego zdania: „ludzi można podzielić na tych, którym nie trzeba tłumaczyć pasji gór i na tych, którym nie da się tego wytłumaczyć”. Tak niegdyś wypowiedział się polski himalaista – Piotr Pustelnik. Tym artykułem chcę trafić do osób, którym teoretycznie „nie da się tego wytłumaczyć” i powiedzieć, co jest pięknego w pasji gór. Najpierw jednak omówię kilka rzeczy, które powodują, że większa część społeczeństwa nie przepada za górami:

1. WYSIŁEK FIZYCZNY
Nie od dziś wiadomo, że czym młodsze pokolenie, tym mniej jest chętne do uprawiania sportu. Pokazują to oficjalne statystyki dotyczące otyłości, chorób cywilizacyjnych oraz czasu, który spędzamy na aktywności fizycznej. Pomimo faktu, że nastała moda na liczenie kalorii, bycia „fit”, katowanie się różnymi dietami, itp., to jednak statystycznie, całościowo, czas, który poświęcamy na aktywność fizyczną systematycznie spada rok do roku, jeśli uwzględnimy dane z całego kraju. Dzisiejszy wielkomiejski tryb życia spowodował, że przez długie lata wyrobiły się w nas pewne nawyki, które są przeciwieństwem działania, aktywności, czy chociażby pozytywnego myślenia. Problemem jest to, że duża część ludzi potrafi mechanicznie odpowiadać „nie mam czasu”, a w rzeczywistości po pracy „ląduje” na kanapie, ogląda seriale i tak naprawdę czas „przelatuje” im pomiędzy palcami. Nie tylko złe nawyki prowadzą do najzwyczajniejszego lenistwa, z którym naprawdę trudno wygrać. Często własny umysł pokonuje nas samych. Wolimy poczuć się komfortowo i nic nie robić, niż coś zrobić, ale będzie się to wiązało z wysiłkiem. Nasz umysł nie lubi niestandardowych sytuacji, ale raczej kieruje cię w stronę czegoś przewidywalnego, gdzie z góry będzie jasny wynik twojego działania, albo po prostu nic nie robienia. Taka postawa zdecydowanie nie pasuje do pasji gór. W tej pasji potrzeba czegoś więcej, dlatego, jeśli prowadzisz podobny styl życia, jaki opisałem powyżej, rozumiem cię, dlaczego nie lubisz gór, lub przynajmniej podobają ci się one, ale nie wyruszasz na szlaki lub nie planujesz swojej własnej wyprawy.


2. BIERNOŚĆ I NIE ZASTANAWIANIE SIĘ NAD WIELOMA RZECZAMI
Ponownie odwołam się do schematycznego życia, które prowadzi większość społeczeństwa. Dlaczego tak jest? Ponieważ w każdym społeczeństwie, niezależnie, jaki kraj wybierzemy, każdy chce być akceptowany w swoim środowisku. Niestety właśnie ta sama większość niejako „oddaje” własne „ja”, czyli swoją osobowość w zamian za akceptację wśród kolegów/koleżanek lub w tłumie. Przez takie działanie nie rozwijamy się, ale zaczynamy „kserować” schemat, który powielają całe „masy”. W osobnym artykule pt. ‘Czy naprawdę jesteś sobą?’ na temat działania naszej psychiki znacznie szerzej opisałem jak działa ten mechanizm. Tutaj tylko powiem, że w Wielkiej Brytanii przeprowadzono ciekawy eksperyment. Pewna pielęgniarka w ciągu kilku lat zapytała 1500 osób będących na łożu śmierci: „czego najbardziej żałujesz w życiu?”. Usłyszała mnóstwo różnych odpowiedzi. Szybko zauważyła, że u zdecydowanej większości pacjentów jest wspólny mianownik, który sprowadza się do tych stwierdzeń: „żałuję, że nie byłam/-em sobą – żyłem tak, jak inni chcieli”, „żałuję, że tak dużo pracowałem i nie miałem czasu dla siebie i innych”, „żałuję, że nie poświęciłem rodzinie więcej czasu”, „żałuję, że nie poświęcałem więcej czasu przyjaciołom”, „żałuję, że nie robiłem tego, co chciałem robić”. Z tych wypowiedzi jasno wynika, że na pierwszym miejscu jest strach przed… bycia sobą! Żyjemy tak, jak chcą inni i dopasowujemy się do nich, żeby być akceptowanym. Nie potrafimy powiedzieć „nie”, a tym bardziej boimy się być inni niż wszyscy. Od najmłodszych lat boimy się być inni niż wszyscy, stąd być może od młodości zapalimy papierosa z kolegami, żeby nie być gorszym i mieć ich uznanie. W całym życiu boimy się braku akceptacji w danej grupie społecznej (np. klasa w szkole, czy grupa pracowników, z którymi spędzasz dużą część życia z racji wykonywanego zawodu). Na tym strachu jest budowane nasze niskie poczucie własnej wartości, dlatego chcemy dopasowywać się do innych, bo nikt nie chce pozostać sam z niczym i z nikim. Zastanawiałeś się, jak taka postawa wpływa na nas samych? Stajemy się bierni, nastawieni na gotowe rozwiązania, nie chce nam się myśleć, wkrada się lenistwo i tłum „myśli” za nas. Może trudno będzie ci się przyznać przed samym sobą, że przez całe życie właśnie tak robiłeś, ale nigdy nie jest za późno, aby to zmienić. Jeśli stwierdzasz, że tak – ciągle walczę lub walczyłem o akceptację w tłumie, to rozumiem cię, dlaczego nie podzielasz pasji gór. Pasja gór wymaga nieschematycznego postępowania, myślenia i działania. Nie bez powodu w Tatry chodzą całe „masy” ludzi, ale ilu z nich tak naprawdę „czuje” góry i wyłamuje się poza schemat: „Krupówki, Gubałówka, Morskie Oko, wjazd na Kasprowy Wierch, wędrówka na Giewont?”…


3. MEDIA SPOŁECZNOŚCIOWE
Największa zmora naszych czasów. Ciągle uważam, że media społecznościowe przyczyniły się do zmiany sposobu myślenia całych społeczeństw większości państw na świecie, a raczej do powolnego „wyłączania” myślenia. Zauważ, że w domu, w pracy, czy chociażby w towarzystwie wszędzie możemy zobaczyć, jak grupa w pewnym sensie bliskich sobie ludzi mechanicznie przegląda Internet na smartfonach, a konkretnie przewija kolejne wiadomości w mediach społecznościowych. Wieloletnie używanie telefonu w taki sposób ponownie wykształca w nas grupę złych nawyków, które do niczego dobrego nie prowadzą, a jedynie do mechanicznego, pobieżnego przetwarzania dużej ilości bezwartościowych informacji. Zastanów się, jak trudno się „wyleczyć” z podobnego zachowania oraz ile czasu byś zyskał, gdybyś tylko potrafił porzucić ten jeden nawyk… Wykształcając w sobie potrzebę mechanicznego, szybkiego i bezwartościowego przeglądania „wszystkiego” w Internecie, nie łudź się – to samo przeniknie do twojego realnego życia. Na pewno zakrada się już wspomniane lenistwo oraz nie zastanawianie się nad czymś głębszym. Jeśli ktoś nie ma siły, by porzucić ciągłe przeglądanie mediów społecznościowych, to po takim człowieku nie spodziewam się, że robi coś więcej w swoim prywatnym, realnym życiu. Mówiąc „coś więcej” mam na myśli działanie na własną rękę, realizację marzeń, wyłamywanie się z ogólnie przyjętego schematu i niejako chodzenie „pod prąd”. W takim przypadku raczej w umyśle mam „schematyczną” osobę, która ceni sobie poczucie komfortu i bezpieczeństwa, ponieważ tak jest dla niej najwygodniej. Nie zrozum mnie źle – każdy ma swoją własną wolę i nic mi do tego! Jeśli komuś odpowiada taki tryb życia i jest mu z tym dobrze, to nic mi do tego. Jednak dla mnie to zdecydowanie za mało, bo życie jest znacznie piękniejsze, kolorowe i pomimo problemów, z którymi stykamy się na co dzień, to nie one są jego główną częścią. Czym więcej przeżyjesz czegoś dobrego, czegoś, co wymaga wysiłku, myślenia i nietypowej realizacji, tym będziesz silniejszy wewnętrznie. Najłatwiej załamują się osoby, u których w życiu nie dzieje się nic, bo każdy ich dzień wygląda tak samo… Jeśli powyżej wspomniane osoby nawet wyjadą w góry, bo trafi im się okazja, to jak myślisz, jak będzie wyglądało ich spędzanie wolnego czasu? Czy nie wpiszą się w ogólny schemat „Krupówki, Gubałówka, Morskie Oko, wjazd na Kasprowy Wierch, wędrówka na Giewont?” i „zaliczanie” szczytów, żeby zrobić zdjęcie do mediów społecznościowych? W większości przypadków na pewno tak będzie. Wystarczy poobserwować niezliczone tłumy na tatrzańskich szlakach.


4. CHOROBY
Do dziś mam ciągle ten sam obraz w umyśle. Kiedy byłem kilkakrotnie w Szwajcarii na wyprawach w Alpach, zawsze rzucał mi się jednakowy obraz w oczy. Na dworcach kolejowych na trasie od Visp do Zermatt jechał pociąg złożony z 8-12 wagonów. Wiecie kto głównie podróżował koleją? Seniorzy w wieku 60-70 lat. Wyobraźcie sobie, jaki to był widok, gdy nagle z kilku wagonów, na każdym dworcu wysiadały całe grupy starszych osób, których celem były góry powyżej 2000 m n.p.m.? Skąd to wiem? Bo nie tylko widywałem całe grupy seniorów wyruszających w góry, ale również spotykałem tych samych ludzi na wysokości 3000 m n.p.m. Trzeba przyznać, że historia Polski i Szwajcarii jest zupełnie inna, jak również poziom zamożności, stąd też trudno wielu Polakom „zakochać” się w nowej pasji, kiedy większość życia to była ciągła praca na podstawowe utrzymanie. Osoby, które mają 60 lat i więcej pamiętają czasy komunistycznych rządów, gdzie do wielu rzeczy po prostu nie mieli dostępu, życie większości z góry było skazane na pewnego rodzaju schemat. Przemiany ustrojowe przyniosły pewną miarę wolności, otwarcia się na coś więcej, ale równocześnie ludzie pracowali jeszcze więcej, żeby utrzymać rodziny. To wszystko musiało odbić się na zdrowiu. Według oficjalnych danych Głównego Urzędu Statystycznego, aż 44,1% wszystkich przypadków śmiertelnych w Polsce, to choroby układu krążenia. Śmierć naturalna występuje bardzo rzadko, bo głównie umieramy na różnego rodzaju choroby. W dobie koronawirusa powiedzielibyśmy, że umierają na choroby „współistniejące”, bo innych po prostu już nie ma… Polacy to schorowane społeczeństwo i dlatego mniej osób w dojrzałym wieku może cieszyć się dobrym zdrowiem i realizować się w pasji gór… Przykre, ale prawdziwe.


5. NIE KAŻDY MUSI LUBIĆ TO SAMO
To święta racja! Nigdy nie ma tak, że w danej grupie wszyscy będą słuchać tej samej muzyki, lubić wykonywać ten sam zawód, czy pasjonować się tym samym. Różnorodność jest bardzo piękna. Mając ją na względzie, chcę trafić właśnie do takich osób, niejako patrząc „z boku”, chcę wyjaśnić, czym tak naprawdę jest pasja gór, ponieważ bardzo często słyszę stwierdzenia: „góry to nie dla mnie”, „ja za swoje pieniądze nie będę się męczyć”, „po co tam lezie w te góry?”, i wiele innych. Podobne zdania wynikają tylko i wyłącznie z najczystszej niewiedzy, co przekłada się na brak zrozumienia.


6. OBOWIĄZKI RODZINNE
To oczywiste, że jeśli rodzice poświęcają czas swoim dzieciom, to zazwyczaj nie mają już sił na nic więcej. Ciągłe powtarzanie codziennego, narzuconego "schematu" przez życie powoduje, że po wielu latach przyzwyczajamy się do domowej atmosfery. W wieku średnim trudniej wprowadza się jakieś zmiany w życiu, stąd większość akceptuje swoje poczucie komfortu i bezpieczeństwa oraz wygodę z niego wynikającą. Jest to pewna forma odpoczęcia od tego, co dotychczas dawało nam w kość. Tylko niewielu decyduje się na zmiany po długich latach "schematycznego" życia lub też uczy od młodych lat swoje dzieci odpowiedzialnej i świadomej turystyki (nie tylko górskiej). Z tego powodu "normalnością" są niezliczone tłumy na Krupówkach, Kasprowym Wierchu, Giewoncie, w Mielnie, Kołobrzegu i na Helu podczas majówki, długich weekendów oraz na wakacjach, powroty w wielogodzinnych korkach, brak pomysłu na spędzenie swojego urlopu. Ileż to razy oglądamy przeludnione plaże, upijającą się i klnącą młodzież oraz dorosłych, zachowania świadczące o braku kultury, najzwyczajniejsze chamstwo, frustrację, czy zaśmiecone otoczenie w turystycznych miejscowościach? Jeśli nie ma zmian w twoim życiu, to ten sam schemat również przeniesie się do sposobu spędzania twojego wolnego czasu. Czy dramatyzuję? Czy tak jest naprawdę? Tak jest, bo ilość tłumów w znanych miejscowościach, które "kręcą się" bez celu podczas długich okresów wolnych od pracy jasno pokazuje, że większość społeczeństwa postępuje schematycznie, ponieważ nie ma pomysłu na nic innego, ani nie próbuje czegoś zmieniać. Świadome tego problemu osoby szukają, wybierają inne odludne miejsca, żeby przeżyć coś innego, wyjątkowego...


PASJA GÓR – CO JEST SZCZEGÓLNEGO W GÓRACH?
Słowem wstępu powiedziałem już, co powoduje, że duża część ludzi nigdy nie polubi gór. No właśnie… Jeśli mieliby je polubić, to warto zastanowić się, czym jest pasja gór? O górach można opowiadać godzinami, w szczególności, gdy samemu coś ciekawego przeżyłeś. Patrząc jednak z perspektywy człowieka, który nigdy nie był w górach, wiem, że wielu rzeczy jest po prostu nieświadomy. W tym artykule chcę opowiedzieć o górach z własnego doświadczenia, czyli co mi się najbardziej podoba w tej pasji. Wypunktowane rzeczy na mojej liście nie oznaczają kolejności według, której daną sprawę cenię najbardziej. Zatem zaczynajmy! Co więc jest szczególnego w górach?


1. PIĘKNE WIDOKI
Nie da się ukryć, że ze szczytów można podziwiać panoramy, których nigdzie indziej nie będziemy w stanie zobaczyć. Chociaż dotarcie na sam wierzchołek wymaga dużego wysiłku, to zawsze trzeba pamiętać, że „tam – u góry” czeka na nas niesamowity widok, niezależnie, które pasmo górskie wybierzemy. Mogą to być Beskidy, Gorce, Bieszczady, Tatry, Alpy, Kaukaz, Andy, Kordyliery i co tylko sobie wymyślisz. Cechą szczególną wszystkich panoram jest fakt, że nie widzimy całego „brudu” cywilizacji, nie dostrzegamy problemów, które pozostają „tam – na dole” oraz sam fakt, że ze szczytów możemy podziwiać naprawdę piękną, unikatową przyrodę, która zachwyci każdego. Każdy kto „nie czuje” gór, a miałby możliwość znalezienia się na ich szczytach, na pewno skorzystałby z takiej okazji, żeby móc zobaczyć niepowtarzalną przyrodę. Inną cechą szczególną są rzędy gór, które można podziwiać we wszystkich kierunkach. Jedni będą mieli lęk przestrzeni, a inni będą się zachwycać tym, jak wiele można dostrzec z jednego miejsca. W mieście zazwyczaj widzimy najbliższe zabudowania, dlatego góry są prawdziwą odskocznią od codzienności. Różnorodność gór powoduje, że dodatkowo możemy podziwiać niesamowite zjawiska, znaleźć się ponad chmurami, co na nizinach jest raczej niemożliwe oraz dostrzec, jak jedne pasma różnią się od innych. Niezależnie od tego, co interesuje nas w panoramach górskich, każdy znajdzie coś dla siebie, coś, co zachwyci. Trzeba pamiętać, że górski krajobraz jest czymś niezwykłym, czymś, czego nie mamy na co dzień, dlatego tak bardzo za nim tęsknimy.

 
Piękne widoki w drodze na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. - Alpy


Niesamowity tunel podczas drogi powrotnej z Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Wschód słońca na Babiej Górze zimą


Świnica zimą od strony Kasprowego Wierchu


Widok z Siwej Przełęczy 1812 m n.p.m. - Tatry

Piękny widok w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem - Tatry

Piękne polany w drodze czarnym szlakiem z Wisły Jawornik na Czantorię

W drodze na Dom de Mischabel - Alpy

Morskie Oko z żółtego szlaku na Szpiglasowy Wierch

2. NIESAMOWITA PRZYRODA
Trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że przyroda w górach jest niezwykła. Nie bez powodu na ich terenie wprowadzono setki kilometrów kwadratowych obszarów chronionych, których celem jest zachowanie wyjątkowych gatunków roślin oraz zwierząt występujących na danym terenie. Świat przyrody w górach tak bardzo mnie zachwyca, że nauczyłem się wyznaczać odpowiednie pory, aby chodzić w odpowiednich górach i w odpowiednim czasie, żeby móc podziwiać kwiaty i zwierzęta. Do najczęściej podziwianych przeze mnie „atrakcji” przyrodniczych z pewnością należą: kozice w Tatrach, alpejskie łąki kwitnące różnokolorowymi kwiatami, świstaki, naturalne „ogrody”, kolory jesieni oraz poszczególne gatunki kwiatów, które występują tylko w danym, krótkim okresie czasu. Podziwiając to wszystko, czuję wewnętrzny spokój i radość, ponieważ mogę zobaczyć coś więcej, coś wyjątkowego, szczególnego, czego nie ma na co dzień. Nawet z pozoru zwykły mniszek lekarski, zwany „mleczem”, w górach potrafi stworzyć piękne widowisko. Najważniejsze, żebyśmy potrafili dostrzec unikatowość otaczającej nas przyrody. Czy słyszałeś kiedyś o „mleczach” na żółtym szlaku z Małej Czantorii do Ustronia?, o krokusach kwitnących w Tatrach, Gorcach i na Podhalu?, o niezwykłym kwiecie o nazwie kuklik rozesłany, który najpierw posiada żółte płatki, a później zamienia się w czerwoną, włochatą główkę i występuje tylko w czterech miejscach w Polsce na dużej wysokości?, o zimowitach i storczykach kwitnących pod Tułem?, o deszczu białych płatków z kwitnących czeremch na czarnym szlaku z Wisły Jawornik?, o pięknych polanach ciągnących się kilometrami w Bieszczadach?, o kozicach występujących w Tatrach?, o kwiatach występujących w kilku kolorach w Wielickim Ogrodzie w drodze na Małą Wysoką?, o pstrągach pływających w wodach Morskiego Oka?, o jarzębinach, które rosną wyżej niż kosodrzewina?, o fioletowych dzwoneczkach kwitnących bardzo wysoko w górach?, o koziorożcach alpejskich?, o regularnych morzach chmur w Pieninach?, czy, np. o niezwykle kolorowych alpejskich polanach? Jak widzisz, „tak na szybko” wymieniłem całą masę „atrakcji”, które zawsze przyciągają mnie w góry. Gdybym głębiej zastanowił się, co jeszcze mogę zobaczyć ze świata przyrody, musiałbym stworzyć naprawdę długą listę…

Przyroda w górach zachwyca - kwitnący czosnek niedźwiedzi u stóp Tułu koło Małej Czantorii

Kwitnące krokusy na Kalatówkach w Tatrach

Koziorożce w Alpach - w drodze na Dufourspitze 4634 m n.p.m.

Kozice w Tatrach

Świstak

Piękny skalniak w drodze na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m.


Licznie występujące kwiaty na trasie za Czarnym Stawem pod Rysami

Bukowo-świerkowe lasy w drodze na Małą Czantorię

3. PLANOWANIE, MYŚLENIE, DZIAŁANIE NA WŁASNĄ RĘKĘ
Wiesz, kiedy odczujesz największą przyjemność w pasji gór? Kiedy coś sam wymyślisz, a później to zrealizujesz. Wcześniej wspomniałem, że większość ludzi działa schematycznie. Ta cecha nie nadaje się do świata gór. Stąd mamy tyle wypadków wynikających z „owczego pędu”, braku myślenia i ignorancji podstawowych zasad. W górskich wędrówkach jedną z najpiękniejszych rzeczy jest właśnie porzucenie schematów i umiejętność myślenia oraz realizacji swoich planów. Kiedy przyjrzysz się „modelowi”, który jest schematycznie powielany przez większość społeczeństwa, szybko dostrzeżesz pewną zależność: niezliczona ilość osób tworząca wielkie tłumy „zabija” ideę prawdziwej turystyki. Wystarczy przyjrzeć się podczas „majówki”, okresu wakacyjnego lub długiego weekendu, gdzie jest najwięcej ludzi i korków. Rokrocznie są to: Zakopane, tatrzańskie doliny, wybrane szczyty górskie, znane miejscowości nad polską częścią Bałtyku oraz lokalne atrakcje, takie jak historyczne zamki, pałace, parki, jeziora, oraz Mazury. Faktem jest, że wymienione wyżej miejsca są piękne i wyjątkowe, ale z powodu powielania schematów oraz nie zastanawiania się nad czymś więcej, odwiedzanie wymienionych atrakcji turystycznych w sezonie lub podczas okresów dłuższego wolnego od pracy staje się po prostu uciążliwe. Nie wypoczywamy, a raczej narzekamy na korki, na zbyt duże tłumy, chamskie zachowanie, itp. W pasji gór to jest piękne, że trzeba myśleć i nikt za nas tego nie zrobi! Oczywiście można wyruszyć z tłumami na szlaki, nie wiedząc jak długa jest trasa, co mogę zobaczyć, jakie są trudności, jaka jest przewidywana pogoda, czy jaki sprzęt należałoby zabrać, tyle, że pokażemy sobą, jak bardzo jesteśmy ignoranccy i nieodpowiedzialni. W Tatrach ponad 80% wypadków wynika z najczystszej głupoty lub nieprzygotowania. Jeśli nie wierzysz, przeczytaj wybrany przez ciebie okres z kroniki akcji ratunkowych TOPR-u. Jak widzisz, myślenie, to nie tylko znacznie ciekawsza wycieczka, ale przede wszystkim twoje bezpieczeństwo. Góry nie muszą być niebezpieczne, jeśli ty sam podejdziesz do nich z rozsądkiem. Nikt nie mówi przecież o wspinaczce po ścianach skalnych, gdzie naprawdę trzeba mieć duże doświadczenie, wiedzę, dobry sprzęt, a przede wszystkim pokorę do gór. Raczej cały czas mówię w kontekście zwykłych wędrówek, gdzie jesteśmy nastawieni na piękne widoki, przyrodę, ciszę i oderwanie się od codzienności. Naprawdę można przeżyć wiele dobrego, wcześniej planując swój wyjazd.

O planowaniu, myśleniu, przewidywaniu i wyprawach mógłbym opowiadać godzinami, dlatego chcę ci pokazać, jak odpowiednie przygotowanie przyczyniło się do przeżycia wyjątkowych chwil w moim życiu. Nigdy nie byłem nastawiony na schematy, ale raczej na działanie na własną rękę, wyszukiwanie czegoś nietypowego, oraz żeby wyjazd był niekomercyjny i niestandardowy. Tylko spójrz:

A) MÓJ POCZĄTEK Z PASJĄ GÓR (2006)
Nie wiedząc praktycznie nic o górach, a mając 10 dni wolnego czasu w pierwszej pracy w 2006 roku, koniecznie chciałem rozpocząć moją pasję górskich wędrówek. Tyle tylko, że nie szukałem utartych schematów, ale raczej rozglądałem się za czymś niestandardowym, gdzie nie byłoby tłumów, ogólnie pojętej komercji, i tego, co wymaga ode mnie myślenia, czy działania. Do pewnego momentu w życiu, a dokładnie do 19. roku życia patrzyłem na świat, jak większość ludzi: poczucie komfortu i bezpieczeństwa oraz akceptacja w tłumie – to było dla mnie najważniejsze. Później wszystko się nagle zmieniło. Powiedziałem sobie, że nie chcę powielać schematów życiowych i chcę spróbować czegoś, co zawsze kochałem. Tak! Pasję gór zawsze czułem w sercu od samego dzieciństwa, pomimo, że byłem może na dwóch wycieczkach szkolnych w trzeciej klasie podstawowej. Dopiero pierwsza praca i pierwsze zarobione pieniądze pozwoliły mi na jakikolwiek wyjazd. Będąc na stażu, zarabiałem naprawę śmieszne pieniądze. Dziś nawet zasiłki są większe, niż wypłata za staż w tamtym okresie. Nie mając zbyt wielu funduszy, postanowiłem, że wytyczę trasę o długości około 200 km i przejdę nią w 10 dni. Trochę szalony pomysł, jak na moje pierwsze obcowanie z górami... Jednak stwierdziłem, że nic nie jest skazane na porażkę. Wystarczyło trochę przeczytać o szlakach, które zamierzałem przejść, kupić naprawdę podstawowy sprzęt i po prostu wyruszyć. Komfort i poczucie bezpieczeństwa to drugi stopień w pięciostopniowej skali określającej stopień rozwinięcia naszej psychiki, poziomu naszej świadomości. Na tym etapie zatrzymuje się przynajmniej 68,4% ludności wszystkich rozwiniętych lub rozwijających się krajów, co wynika chociażby z samej krzywej Gaussa (to oczywiście rozważania na osobny temat, czego podjąłem się w moim wcześniejszym artykule ‘Czy naprawdę jesteś sobą?’). Chciałem czegoś więcej. Dlatego postanowiłem, że kupię mapy, które pokażą mi szlaki od Rabki Zdrój, aż do Ustronia, tak żebym mógł je połączyć w całość. Dodatkowo kupiłem najzwyklejszy namiot za 39zł w Tesco i niskiej jakości śpiwór, ponieważ tylko na tyle było mnie stać. Najważniejsze były dobre chęci i rozważne przygotowanie mojej wówczas największej wyprawy. Oczywiście miałem wiele obaw, bo jak nazwać spanie w górskim lesie w namiocie w totalnych ciemnościach w terenie, którego nie znam? Mimo wszystko, chęć poznania czegoś nowego była we mnie znacznie silniejsza. Dzięki temu mogłem poczuć, czym naprawdę są góry. Po raz pierwszy ujrzałem piękne widoki, podziwiałem niesamowitą przyrodę, oraz mogłem zachwycać się niezwykłym spokojem bez cywilizacyjnego zgiełku. Przeżyłem naprawdę coś pięknego. W 10 dni przeszedłem 210 km. Nie tylko udało mi się zrealizować moje wielkie marzenie, ale również przeżyłem i zobaczyłem znacznie więcej niż chciałem, W trakcie wędrówki dołączali do mnie nieznajomi pasjonaci górskich wędrówek, dzięki czemu mogłem z nimi porozmawiać o przeżyciach. Mogłem też wiele się od nich dowiedzieć, bo ja dopiero zaczynałem moją przygodę. W dzisiejszych czasach niestety coraz trudniej o takie nieplanowane spotkania…

      
Mój pierwszy kontakt z górami - samotne przejście 210 km przez Beskid Żywiecki i Śląski

B) 1047 km SAMOTNIE PRZEZ GÓRY POLSKI (2009)
Mając już pewne doświadczenie, pomyślałem, że warto byłoby zrealizować moje największe marzenie w 2009 roku. Dlaczego? Ponieważ miałem aż 42 dni urlopu, dlatego powiedziałem sobie ‘teraz, albo nigdy!’ Głównym problemem oczywiście jest długi okres potrzebnego wolnego czasu od pracy, żeby móc pokonać tak długi odcinek. A co dokładnie przeszedłem? Cały Główny Szlak Beskidzki (524 km), 123 km przez niziny oraz cały Główny Szlak Sudecki (400 km). Oba najdłuższe szlaki w Polsce przechodziłem w „starych” wersjach, stąd podaję takie, a nie inne długości. Zaplanowanie wyprawy wymagało znacznie więcej przygotowań. Musiałem już posiadać dobre, wytrzymałe buty, typowo przeznaczone do turystyki górskiej. Nie mogły się przecież rozpaść gdzieś na trasie. Zainwestowałem również w lepszy i bardziej wytrzymały namiot, choć nadal niedrogi, bo kosztował mnie tylko 150zł. Wiedząc, że nikt nie będzie mnie wspierać, ani donosić rzeczy na trasie, musiałem dokładnie zaplanować, co wezmę, ile zabiorę jedzenia, jakie ubrania, sprzęt, itp. Nie nastawiałem się na opcję ‘jak coś nie wyjdzie, to najwyżej zakończę wyprawę’. Nie! Z góry założyłem, że uda mi się przejść wyznaczoną trasę. Oczywiście nic na siłę. Główny Szlak Beskidzki pokazał mi jak piękne i różnorodne góry mamy na terenie Polski. Zaczynając od Bieszczad, we wiosce Wołosate poczułem się naprawdę, jakbym był na końcu świata. Beskid Niski pokazał mi, jak wielkie i piękne są przestrzenie gór, które wcale nie muszą być wysokie, żeby zachwycać. Przede wszystkim pokazały mi, że w tym paśmie górskim mieszkają prawdziwi ludzie gór – serdeczni, przyjaźni i chętni do rozmowy. W Mochnaczce dowiedziałem się, jak zmiana ustroju „zabiła” turystykę w Beskidzie Niskim, jak te góry opustoszały oraz co dalej mogę zobaczyć. Przechodząc przez malutką wioskę składającą się z sześciu domków gdzieś w Beskidzie Niskim, zostałem ugoszczony przez pewną rodzinę, gdzie kobieta podarowała mi wyroby własnoręcznie robione. Podczas obiadu opowiadałem całej rodzinie o moich planach, co już zobaczyłem oraz, co niezwykłego przeżywam na tej wyprawie. Poczułem się, jakbym cofnął się w czasie o 60 lat, do lat młodości naszych dziadków i babć… To było naprawdę piękne przeżycie...

Dodatkowe „atrakcje” zapewnił mi również teren oraz jego ukształtowanie. Ileż to razy zastanawiałem się, czy wybrałem właściwą drogę, ponieważ musiałem przeskakiwać przez pastuchy elektryczne, przechodziłem przez czyjeś podwórko, gdzie jakaś rodzina spotkała się przy kawie, szedłem wzdłuż linii autu na skraju niskiego, ale urwistego fragmentu boiska piłkarskiego, gdzie płynął potok, musiałem wybierać jedną z trzech tak samo wyglądających gór (ewentualny zły wybór, wydłużyłby moją wędrówkę o kilka godzin), czy chociażby wędrowałem przez zarośnięty fragment szlaku, ponieważ bobry wybudowały tamę, a teren został zalany i w tym miejscu wyrosły bardzo gęste wierzby. Przeżywając piękne spotkania z ludźmi, mając tak wiele atrakcji na trasie, wiedziałem, że dalsza wędrówka ma sens, a jeśli uda mi się przejść całą, wyznaczoną trasę, to na pewno ta wyprawa stanie się moją wyprawą życia. Czym dalej przechodziłem z pasma do pasma górskiego, tym więcej nieznajomych osób spotykałem, z którymi miałem okazję dłużej porozmawiać. Po przejściu 490 km dołączył do mnie Wojtek, który przechodził Główny Szlak Beskidzki. Wędrowaliśmy przez dwa ostatnie dni jego wyprawy. Dowiedziałem się, że 77-facet w Bieszczadach, którego spotkałem na początku, to jego tata. Powiedział mu, że dzień po nim ktoś wyruszył na podobną przygodę i być może gdzieś się spotkacie. Różnica jednego dnia, spowodowała, że spotkaliśmy się za dwanaście dni, 400 km dalej… Takie spotkania szczególnie zapadają w pamięć… Na Biskupiej Górze, po przejściu 640 km dołączyła do mnie przypadkowa wycieczka szkolna z nauczycielem. Mogłem poopowiadać dzieciom, jak wygląda taka wyprawa i co się przeżywa. Na 880-tym kilometrze dołączył do mnie pewien Michał, który przed pracą wyruszył na Szrenicę na wschód słońca, a na 920-tym kilometrze wziąłem udział w spotkaniu strażaków w Górach Izerskich. Na końcu trasy, to jest po przejściu 1047 km, spotkał mnie przypadkowo burmistrz małej miejscowości Przewóz, położonej tuż przy granicy z Niemcami, który pogratulował mi całej wyprawy oraz wręczył prezenty. Dodatkowo dotarłem do rodzinnej miejscowości mojego taty o nazwie Sanice, co było jeszcze piękniejszym przeżyciem. Tym sposobem niezapowiedzianie trafiłem do domu mojej cioci i kuzynostwa. Na 12 kilometrów przed Sanicami miałem do przejścia ostatni fragment całej wyprawy. Dwie prawie równolegle do siebie drogi coraz bardziej się rozwidlały w sosnowym lesie. Tutaj mogłem sprawdzić moją wiedzę z posługiwania się kompasem i uwzględniania zmian bieguna magnetycznego w jego wskazaniach. Dzięki temu mogłem wybrać właściwą drogę i dotrzeć do celu za pierwszym razem.

Trasa mojej samotnej wędrówki 1047 km przez góry Polski

   
Migawki z różnych etapów wędrówki

W Beskidzie Sądeckim

Wojtek, którego nieświadomie "goniłem" przez 400 km

   
Piękne widoki podczas samotnej wędrówki

Migawki z Sudetów

Cała wyprawa pokazała mi, że za naprawdę niewielkie pieniądze można przeżyć coś niesamowicie pięknego, coś, czego większość ludzi nigdy nie doświadczy. Wędrówka trwała 31 dni. W tym okresie wydałem zaledwie 282 zł. Zjadłem też rekordową ilość czekolad, bo aż… 120 tabliczek! Podczas tej długiej wędrówki mogłem poznać ciekawych ludzi, którzy byli prawdziwymi ludźmi gór, mogłem odczuć na własnej skórze, że nie spotykając nikogo, przeżywając wszystko w zupełnej samotności, już po czterech dniach zapłakałem z samotności. Nie byłem świadomy, że aż tak silnie można przeżywać brak kogokolwiek. To przeżycie pokazało mi, że ludzie nie są stworzeni do życia w zupełnej samotności… Można mieszkać samemu, ale mieć rodzinę, znajomych i przyjaciół, a tutaj zostałem całkowicie sam. W styczniu 2010 roku zostałem zaproszony na finał WOŚP, gdzie podczas trwającej aukcji w schronisku mogłem opowiedzieć o tej niezwykłej wyprawie i pokazać film. Miałem wielką radość z mojej wędrówki z wielu powodów. Nie tylko udało mi się przejść piękne góry Polski, ale w pewnej mierze, również pomóc dzieciom w tamtym czasie, spotkałem się z himalaistami, którzy wchodzili na Broad Peak oraz poznałem wielu ciekawych pasjonatów gór. Mogłem pokazać innym, że do realizacji wielkich marzeń nie są potrzebne duże pieniądze, ale raczej umiejętność myślenia, planowania i przezwyciężania swoich strachów. Mając tak niewiele, mogłem przejść tak wiele… Pomimo, że dzisiaj mam o wiele większe wyprawy na swoim koncie, to nie umniejszyłem w moich myślach znaczenia tej długodystansowej wędrówki dla mnie. Ciągle jest dla mnie niezwykłym przeżyciem, bo chociaż to „tylko” polskie góry, to jednak spotkałem w nich niesamowitych ludzi, odwiedziłem niezwykle klimatyczne miejsca oraz przesunąłem swoje granice wytrzymałości. Nie obyło się bez bólu i obdartych stóp, ale dzisiaj ten ból jest już tylko wspomnieniem, a piękne przeżycia pozostały głęboko w pamięci i sercu.

C) TATRY SŁOWACKIE 2009
Zaledwie trzy tygodnie po przejściu 1047 km przez góry Polski zaplanowałem kolejną, większą dla mnie wyprawę. Teraz z nagromadzonych nadgodzin w pracy miałem do wybrania aż trzy tygodnie wolnego. Na mapie Tatr Słowackich rozrysowałem trasę tak, żeby wejść na każdy dwutysięcznik dostępny szlakiem turystycznym i żeby każdy szlak przejść tylko jeden raz. Cała wędrówka miała zająć 14 pełnych dni. Jak się okazało, na wszystkie szczyty zdążyłem wejść w… 7 dni, a to za sprawą innego podejścia do zaplanowanej trasy. 14 dni zajęłoby mi to w przypadku, gdybym spał w schroniskach i musiał do nich schodzić, a nad ranem musiałbym wracać na szlak. Do tematu Tatr Słowackich podszedłem tak, że nie chciałem robić z wyprawy gonitwy na „zaliczanie”, ale raczej chciałem cieszyć się przyrodą oraz pięknymi widokami. Stąd postanowiłem, że pójdę swoim tempem i będę się zatrzymywać na pięknych polanach, przy stawach, na ciekawych odcinkach oraz dużo fotografować. Nie wyznaczyłem sobie nawet czasu, ani odległości, ile musze przejść danego dnia. Wstawałem tak, jak się obudziłem (a zazwyczaj znacznie wcześniej niż wschód słońca) i spałem tam, gdzie zastał mnie jego zachód. Dzięki takiemu podejściu, mając już wyrobioną kondycję, udawało mi się wędrować po 16 godzin dziennie i wchodzić na trzy dwutysięczniki dziennie. Mogłoby się wydawać, że to dużo, ale kiedy spojrzysz na czas, to tempo wędrówki nie było szybkie. Raczej mógłbym powiedzieć, że wytrzymałość odegrała tu największą rolę. Podczas całej wyprawy rzeczywiście udało mi się wejść na wszystkie dwutysięczniki dostępne szlakiem turystycznym i zobaczyć niezwykłe krajobrazy, o których wcześniej mogłem tylko pomarzyć.

Podczas samotnej wędrówki mogłem również skorzystać z wiedzy o pogodzie, ponieważ zajmuję się tym codziennie od ponad 20 lat. Wtedy miałem 10-cioletnie doświadczenie. Będąc w okolicach Krywania 2495 m n.p.m., widząc jak zbliża się potężna burza z szerokim na 1,5 kilometra pasem gradu (!) podjąłem zupełnie inną decyzję niż wszyscy. Tylko ja zacząłem uciekać na szczyt, a reszta zaczęła zbiegać w panice szlakiem, czym prędzej na dół. Widząc jak przesuwa się 1,5-kilometrowy pas gradu i mając wiedzę, że pioruny najgęściej uderzają tam, gdzie aktualnie występuje największy opad, mogłem popatrzeć na całą sytuację „z boku”! Przebywając samotnie na szczycie, przeżyłem tą burzę w spokoju, podczas, gdy na uciekających turystów padał bardzo gęsto grad. Dodatkowo, będąc praktycznie u podstawy chmur, mogłem zobaczyć niezwykłe zjawisko – cały piorun od chmury, aż do ziemi. Nigdy nie miałem okazji ujrzeć czegoś podobnego! Tego dnia przeszło łącznie pięć gradobić! Tym samym 17 sierpnia 2009 przeszedł do historii słowackiej meteorologii. Podczas całej wyprawy podziwiałem mnóstwo niesamowitych widoków, innych niż w polskich Tatrach, ponownie cieszyłem się piękną ciszą, wspaniałym klimatem gór oraz po raz kolejny dostrzegłem, że wystarczy nietypowy pomysł, żeby przeżyć i doświadczyć czegoś niezwykłego. Cała wędrówka ponownie pokazała mi, że za niewielkie pieniądze mogłem przeżyć jeden z najpiękniejszych urlopów w moim życiu. Na cały urlop wydałem zaledwie 120 zł, z czego dwie trzecie całej kwoty to koszty dojazdu i powrotu, a wrażenia pozostały niezapomniane!

W drodze na Czerwoną Ławkę ze Zbójnickiej Chaty

Batyżowieckie Pleso

 
Widoki z Małej Wysokiej

W drodze ze Świstówki na Jagnięcy Szczyt

D) MONT BLANC 2010
Jeszcze w 2006 roku powiedziałem, że moim największym marzeniem górskim jest wejście na Mt. Blanc. Jednak szybko dopowiedziałem, że to tylko marzenie, które nigdy się nie zrealizuje, bo czym są Tatry w porównaniu do Mt. Blanc? Wszystko szybko się zmienia i zobaczyłem, że to, co kiedyś było dla mnie niemożliwe, teraz stało się możliwe. Tylko cztery lata później od wypowiedzenia tego marzenia, mogłem je zrealizować oraz sprawić, że jeszcze bardziej uwierzyłem w siebie. Nie mając żadnego doświadczenia z Alpami, od razu porwaliśmy się na najwyższą górę Europy. Dzisiaj pewnie inaczej podszedłbym do tematu i zdecydowałbym się na inne szczyty, a dopiero później wybrałbym Mt. Blanc. Nie chciałem pojechać tam jako nieprzygotowany turysta, ale raczej jako w pełni świadomy człowiek, który wie na co się porywa. Z tego powodu zacząłem czytać relacje dostępne na forach internetowych, relacje dostępne w Internecie oraz pytałem osoby z klubu górskiego, które już tam były. Dzięki temu mogłem zdobyć mnóstwo potrzebnych informacji. Pewnie ktoś mógłby powiedzieć, że wyprawa na Mt. Blanc dużo kosztuje. Nie! Ja zapłaciłem za trzy tygodnie w Alpach z wejściem na szczyt zaledwie 872 zł (wliczając koszty transportu w obie strony, jedzenie i koszty wyprawy). Jak to zrobić, napisałem w osobnym artykule pod tytułem ‘Jak tanio pojechać w Alpy?’. W tym przypadku jeszcze raz musiałem odrzucić schematyczne postępowanie i pomyśleć, co zrobić, żeby się dało. Każdy wyjazd w góry smakuje najlepiej, jeśli ty jesteś jego organizatorem, a wyprawa się udaje. Masz wtedy wielką satysfakcję, że możesz zobaczyć coś innego, że coś zdziałałeś na własną rękę i że masz pomysły jak to zrobić. Jeśli widzisz cel, to wszelkie przeszkody nie będą problemem. Zanim wyruszyłem, mój znajomy, będąc obeznanym wspinaczem górskim, wziął mnie na kilka zimowych wyjazdów w Tatry, gdzie trenowaliśmy wspinaczkę, obsługę sprzętów asekuracyjnych, techniki chodzenia z liną, zjeżdżanie na linie ze ścian skalnych i metody wyciągania ze szczelin lodowcowych. Jak widzisz, starałem się zdobyć jak najwięcej wiedzy, również tej praktycznej. Już sam wyjazd dostarczył nam wielu emocji, bo ani ja, ani mój kolega, nigdy nie byliśmy za granicą na własną rękę, a teraz musieliśmy pojechać pociągami z trzema przesiadkami, po 7 min na każdą. Na szczęście wszystkie jeździły z dokładnością co do jednej minuty, dlatego szybko dotarliśmy na miejsce.

Pierwsza próba wejścia na Mt. Blanc zakończyła się niepowodzeniem bardzo szybko, bo już na poziomie 2768 m n.p.m. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tak wielkimi zwałami śniegu o wysokości około 15 m. Żeby zejść na dno wielkiej dziury, która powstała na skraju urwistego zbocza, użyliśmy lin. Założyliśmy stanowisko asekuracyjne z czekana, taśmy wspinaczkowej i zaczęliśmy zjeżdżać do wielkiego leja. Przynajmniej mieliśmy okazję sprawdzić nasze umiejętności wyuczone w zimowych Tatrach. Mogliśmy dostrzec, że nie mamy najlepszego sprzętu oraz brakowało nam obycia z Alpami, bo duże ilości śniegu nas przerażały i baliśmy się szczelin lodowcowych. Posiadając jedynie podstawową wiedzę, nie potrafiliśmy rozpoznawać, gdzie ewentualnie mogą się one znajdować. Z drugiej strony, gdzie się mieliśmy tego nauczyć? Czy nie najlepszym sposobem jest praktyka? W Polsce lodowców nie ma… Widząc, że chyba wyruszyliśmy za wcześnie na tę górę, zawróciliśmy i porzuciliśmy dalszy pomysł wejścia na szczyt. Ekipa Litwinów i Słowaków również zrezygnowała. Dla mnie nowością były spotkania z zagranicznymi ekipami i wspólne rozmowy w innym języku w wolnym czasie. Byliśmy przygotowani na inne ewentualności, dlatego zaczęliśmy realizować pomysł ‘w dwa tygodnie Tour de Mont Blanc’, czyli przejście kultowego szlaku dookoła Mt. Blanc. Dzięki wcześniejszemu przygotowaniu nasz urlop nie był „spalony” i mogliśmy poznać ciekawy kawałek Alp Francuskich. Nawet na tak typowo trekkingowym szlaku przeżywaliśmy coś nowego, bo spaliśmy w namiocie powyżej 2000 m n.p.m. podziwialiśmy lodowce, mogliśmy je obserwować z bliska, dosłownie „na wyciągnięcie ręki”.

     
Na szlaku Tour de Mont Blanc

Na tydzień przed zakończeniem wyprawy spotkaliśmy inną ekipę z Polski. Im również się nie udało wejść na Mt. Blanc, pomimo tego, że próbowali kilka dni po nas. Wówczas jeden z nich powiedział: „byliście tam prawie dwa tygodnie temu. Próbujcie jeszcze raz. Przez dwa tygodnie mogło się wiele zmienić i wytopić dużo śniegu”. Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz, podjeżdżając najpierw autobusem miejskim do malutkiej wioski Le Houches, skąd z powrotem wyruszyliśmy na Mt. Blanc. Tym razem, szliśmy „jak burza”, ponieważ faktycznie wiele śniegu ubyło i niedostępne wcześniej stoki górskie okazały się możliwe do przejścia. Przebywając na wysokości schroniska Gouter (nowy obiekt położony jest na wysokości 3815 m n.p.m.) po raz pierwszy patrzeliśmy na chmury, a nie na mgły, które znajdowały się około kilometr pod nami. Widowisko było niesamowite! W ogóle dziwiliśmy się, że wystarczyło wyjść poza schronisko, a tam dalej rozpoczynał się zupełnie surowy, nowy świat dla nas. Wielkie pole śnieżne i góry widoczne gdzieś zza chmur tylko pobudzały wyobraźnię. Chcąc spróbować dalszego podchodzenia, widzieliśmy, że przed nami stoi 7-metrowa ściana śniegu. To oznaczało, że nikt wcześniej nie wychodził na Mt. Blanc. Trochę się załamaliśmy, bo szybko zdobywaliśmy wysokość, a teraz stanęła przed nami wielka przeszkoda. Nie musieliśmy długo czekać. Dosłownie po dwóch minutach wyszedł jakiś facet z piłą motorową ze schroniska i zaczął wycinać w wielkiej ścianie schody, dzięki którym mogliśmy przejść dalej! Ale to było przeżycie! Wielkie pola lodowcowe stały się dla nas dostępne! Odtąd mieliśmy nastawienie, że na pewno się uda. Jako, że na tamte czasy nocleg w schronisku był dla nas ewidentnie za drogi, musieliśmy rozbić namiot, żeby gdzieś się wyspać (dzisiaj podobna akcja jest zupełnie niedozwolona, a porządku pilnuje wysokogórska żandarmeria wojskowa). Po raz pierwszy mogliśmy sprawdzić jak reaguje nasz organizm na ponadprzeciętny wysiłek na dużej wysokości. Na szczyt weszliśmy następnego dnia.

    
Wejście na Mt. Blanc w 2010 roku, kiedy rozpoczynałem przygodę z Alpami

Dla wielu osób chodzących po górach, Mt. Blanc nie jest jakąś „wyczynową” górą, na którą koniecznie muszą wejść, ale kiedy rozpoczynasz marzenia o zagranicznych szczytach, Mt. Blanc zawsze pojawia się jako jedna z pierwszych gór. Z drugiej strony patrząc, bardzo sobie cenię to wejście, ponieważ, kiedy zapytasz w rodzinie, w pracy, czy wśród swoich znajomych, ilu z nich było na szczycie Mt. Blanc, zobaczysz, że najprawdopodobniej nikt lub jedna, maksymalnie dwie osoby. Tak właśnie patrzę na tę sprawę – mogłem przeżyć coś, czego większość ludzi nigdy nie przeżyła. Widoki na Alpy z tak dużej wysokości są czymś niezwykłym. A wschód słońca, gdzie promienie słoneczne oświetlają chmury od góry, a nie od spodu – to jest dopiero widowisko! Na góry nie patrzę jako czym trudniejsza, tym lepsza. Dla mnie musi oferować piękne widoki, musi mieć ciekawą pod względem przyrodniczym drogę oraz coś, co mnie zachwyci. Dlatego wolałbym wybrać Mont Blanc od strony włoskiej, a nie np. Matterhorn, który nazywany jest górą wszystkich gór. Może droga wejściowa jest bardzo ciekawa i zapewnia dużo adrenaliny, ale widoki ze szczytu oraz walory przyrodnicze są co najwyżej średnie. Właśnie z wyżej wymienionych powodów wolę wybrać mniej wymagające góry, ale zapewniające niesamowite panoramy i przyrodę. Nie potrzebuję się chwalić przed kimś, że byłem na Matterhornie, ale raczej chcę doświadczyć prawdziwego alpejskiego piękna, poczuć zapach alpejskich łąk, „usłyszeć” ciszę i podziwiać najpiękniejsze panoramy ze szczytów, gdzie nie ma tłumów przypadkowych turystów lub owładniętych pewnego rodzaju „gorączką”. Udane wejście na Mt. Blanc z pewnością dostarczyło mi nowych doświadczeń, mogłem zobaczyć, gdzie popełniałem błędy oraz pozwoliło mi lepiej przygotować się do kolejnych wyjazdów w Alpy. Kto raz postawił stopę w Alpach, ten na pewno tam powróci… Tak też się stało… Gdyby nie dobre przygotowanie od strony logistycznej, czyli zebranie informacji, jakim transportem publicznym można tam dojechać, godziny spędzone na czytaniu relacji innych osób i treningi w Tatrach mające na celu zdobycie praktycznej wiedzy z asekuracji, trudno byłoby zrealizować to piękne marzenie. Z drugiej strony patrząc, jeśli myślisz o Alpach, tam nie możesz opierać się na schematycznym działaniu i oczekiwaniu na gotowe rozwiązania. Każdy wyjazd w Alpy wymaga myślenia, działania oraz zdobywania dodatkowych informacji. Musi ci się chcieć, bo podstawą jest przeczytanie relacji, opracowanie map, obejrzenie kilku filmów w Internecie, zrobienie listy rzeczy, które musisz zabrać i zdobywanie doświadczenia zanim wyjedziesz w te piękne góry… 

E) PUNTA GNIFETTI/SIGNALKUPPE OD STRONY SZWAJCARSKIEJ (2013)
Od strony włoskiej dostęp na szczyt jest bardzo ułatwiony, ponieważ do wysokości 3200 m n.p.m. można wjechać kolejkami. Dalej czeka nas tylko łatwa, ale dość stroma wędrówka bez żadnych trudności z widokiem na kilka większych szczelin lodowcowych. Od strony szwajcarskiej wejście na omawiany wierzchołek góry nie jest już takie łatwe. Mając trochę doświadczenia alpejskiego, postanowiliśmy zorganizować trzytygodniową wyprawę w rejon Monte Rosa, żeby wejść na kilka czterotysięczników nie sąsiadujących ze sobą. Zorganizowanie takiego wyjazdu wymagało znacznie więcej przygotowań, ponieważ wybraliśmy niepopularne góry, gdzie nie spotkamy tłumów, a wejścia na szczyty nie wskażą nam wydeptane ścieżki. Wiedziałem, że jeśli wszystko się uda, to wyprawa będzie smakować podwójnie, ponieważ wymagała dobrego przygotowania od każdej strony. Najpierw musiałem poszukać informacji na temat samej góry, czy jest w ogóle możliwość wejścia od strony szwajcarskiej, oraz jak rozpoznać właściwą drogę. W polskim Internecie nigdzie nie znalazłem rzeczowego opisu, a w przewodnikach o Alpach i czterotysięcznikach znalazłem tylko zapis: „droga bardzo uszczeliniona, dlatego nie polecamy wchodzić tym wariantem”. Całkiem zachęcający opis… Z drugiej strony pomyślałem, że nawet gdybyśmy nie znaleźli właściwej drogi, to przecież można zejść na Dufourspitze lub Nordend i wejść na jeden z tych szczytów. Ja jednak się nie poddałem i zacząłem przeglądać zdjęcia satelitarne plus mapy Google na dużym powiększeniu. Z góry mogłem zobaczyć ukształtowanie terenu oraz układ skupisk szczelin. Wydrukowałem kilka zdjęć, połączyłem je w jedno i zaznaczyłem, którędy mamy pójść, żeby się udało. Cały szkopuł polegał na tym, że wyruszyć na trasę mieliśmy około północy, więc przez kilka godzin musieliśmy szukać właściwej drogi w środku nocy, gdzie nie ma żadnych świateł, skał i punktów odniesienia, a lodowiec faktycznie obfituje w szczeliny. W pewnym momencie, na trasie nawet znajduje się lodowa krawędź kilkunastometrowej przepaści o obłych kształtach.

Zanim pojechaliśmy na naszą wyprawę, postarałem się zebrać jak najwięcej informacji. Opłaciło się. Droga do schroniska Monte Rosa jest już bardzo ciekawa, jeśli nie korzystamy z wyciągu na Gornergrat. Na trasie do Gornergrat mogliśmy podziwiać piękne alpejskie łąki, wodospady, kolorowe kwiaty oraz wspaniałe polany oferujące panoramy na wysokie góry. Wędrówka do lodowca Gornergletscher zapewniała niesamowite widoki oraz piękne przeżycia, ponieważ zanim zeszliśmy do jego poziomu, mieliśmy okazję wyspać się w namiocie na ostatnim zielonym kawałku terenu, gdzie codziennie na wieczór przychodziło 19 koziorożców alpejskich z dużymi rogami. Piły wodę z małego stawku za naszym namiotem. Następnego dnia mogliśmy podziwiać piękne widoki podczas schodzenia do poziomu lodowca, a dalej zachwycać się pięknem samego lodowca. Około 300 m wysokości ponad schroniskiem Monte Rosa rozbiliśmy namiot. Postanowiliśmy, że jeśli chcemy wejść na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej, to musimy wcześnie wstać i wyruszyć, ponieważ chcieliśmy dać sobie zapas czasowy na szukanie właściwej drogi i bardzo długą wędrówkę pomiędzy szczelinami. 1800 m przewyższenia oznaczało wyczerpującą wędrówkę. Najlepiej, gdy na dzień pokonuje się około 1000 m przewyższenia. Wtedy masz szansę odpocząć i zregenerować siły. Przy większych różnicach wysokości mogą odezwać się skutki niewłaściwej aklimatyzacji, czy też najzwyczajniejsze zmęczenie, nawet po przespanej nocy. Mogliśmy jeszcze próbować zabrać namiot na wysokość 4000 m, ale stwierdziliśmy, że skoro nie znamy drogi, mamy ją szukać w środku nocy oraz nie wiemy jakich szczelin mamy się spodziewać, to trudno zabierać ze sobą wszystko. Moglibyśmy tylko się niepotrzebnie zajechać. Zachód słońca mieliśmy o godzinie 21.36, więc jak łatwo się domyślić, poszliśmy spać o godzinie 22.00, bo przynajmniej choć trochę pociemniało niebo. Problem w tym, że wstawaliśmy o 23.00, czyli spaliśmy niecałą godzinę… Nie mieliśmy innego wyjścia, bo trasa była bardzo długa, a trasa kręta i obfitująca w szczeliny lodowcowe.

Udało nam się wstać o 23.00 i za pół godziny wyruszyliśmy na trasę. Początkowo szliśmy wzdłuż lewej krawędzi uszczelinionego lodowca, aż dotarliśmy do jakiegoś większego wzniesienia po dwóch godzinach. Widzieliśmy, że w rejonie schroniska pojawiły się pierwsze latarki jako małe punkciki, gdzieś w oddali. Znaleźliśmy też mnóstwo śladów odchodzących na lewą stronę. Wiedziałem, że to jest droga zastępcza na Dufourspitze, dlatego nie kierowałem się nimi. Nam pozostało wejście na lodowiec i korzystanie ze zdjęć, które wydrukowałem. Od razu rozpoczęły się rzędy szczelin i kluczenie wśród nich. Najgorsza była świadomość, że góra Lyskamm, którą nieustannie widzieliśmy po prawej stronie przez kolejnych pięć godzin zdawała się ciągle stać w tym samym miejscu. Spodziewaliśmy się jakiejś widocznej różnicy, kiedy jesteśmy na początku linii jej grani, a kiedy zbliżamy się do przeciwległego krańca opadających zboczy tej góry. Niestety nic takiego nie zaobserwowaliśmy. Cały czas mieliśmy wrażenie, że chodzimy gdzieś na wysokości jej środka i nic się nie zmienia. Zgodziliśmy się, że bardzo dobrze postąpiliśmy, wychodząc tak wcześnie, zaledwie na dwie godziny po zakończeniu wczorajszego dnia. Myśleliśmy, że ciągle mamy wiele drogi przed sobą. Niektóre szczeliny faktycznie były bardzo długie, bo dwie z nich zmusiły nas do przejścia lodowca wszerz – od lewej do prawej krawędzi i z powrotem. Być może z tego powodu Lyskamm nie „przesuwał się” w tle… Widząc, że szczeliny gdzieś zniknęły i rozpoczyna się kolejny dzień, czuliśmy, że damy radę. Przed sobą zobaczyłem nawet ciemny obiekt, co od razu nasunęło mi myśl, że to nie skała, a schronisko na szczycie, które jednocześnie jest najwyżej położonym budynkiem w Europie. Mieści się ono na wysokości 4554 m n.p.m. Mając cel przed oczami, widzieliśmy, że nie zostało nam aż tak wiele drogi. Widać, że wcześniejsze przygotowanie w domu opłaciło się i warto było marzyć o czymś nietypowym. Teraz szliśmy do celu. Co prawda ostatnie półtora godziny okazały się bardzo męczące, ponieważ mocno zmrożona, tylko na kilka centymetrów warstwa śniegu zapadała się podczas stawiania kolejnych kroków. Nieustanne zapadanie się bardzo męczyło. Z tego względu poszedłem na przód, żeby przetrzeć szlak. W trakcie dalszego podchodzenia podziwialiśmy niesamowity wschód słońca. O godzinie 7.12 stanęliśmy na szczycie Punta Gnifetti.

 Punta Gnifetti 
 Punta Gnifetti relacja 
Fenomenalne widoki i przeżycia w drodze na Punta Gnifetti, oraz widok na morze chmur ze szczytu

Wybór nietypowej trasy i udane wejście smakowało podwójnie, ponieważ nikt tędy nie wchodził w tym czasie, co my. Mogliśmy zdobyć kolejne, nowe doświadczenie, zobaczyć nietypowe widoki i panoramy, oraz wytyczyć własną trasę, która nie jest opisana w przewodnikach. Takie wytyczanie dróg daje wiele radości, a przede wszystkim pozwala zdobywać doświadczenie. W jednej z książek przeczytałem, że panorama z Punta Gnifetti jest najpiękniejszą w całej Europie. Teraz mogłem się w pełni zgodzić z tym stwierdzeniem. Wszędzie dookoła widzieliśmy najwyższe góry Alp oraz niesamowite morze chmur „rozlane” aż po horyzont. Na szczycie panowała zupełna cisza, a my przez kolejne trzy godziny patrzyliśmy na niesamowite morze chmur, znajdujące się około 1,5 km pod nami… Widok przypominał trochę panoramę z samolotu. My mieliśmy ją „na żywo”. Czuliśmy wielką radość, ponieważ mogliśmy podziwiać góry w tak pięknej odsłonie, przeżyliśmy piękne chwile na trasie dojściowej, zdobyliśmy kolejne doświadczenia i to wszystko przeżyliśmy my, a nie ktoś inny, po czym opowiedział o tym w Internecie lub telewizji. A tego morza chmur nigdy nie zapomnę. W jakichkolwiek górach bym nie był, podobnego już nigdy nie miałem okazji ujrzeć. Dobry plan i przygotowanie oraz podejmowanie dobrych decyzji w nieznanym terenie pozwoliło nam przeżyć jedną z najpiękniejszych wypraw.

4. WIEDZA I JEJ WYKORZYSTANIE W TERENIE
Jak bardzo ważne jest myślenie, dobre planowanie i przede wszystkim nie podążanie za ogólnie przyjętymi schematami, można opowiadać naprawdę długo. Jednak to jeszcze nie wszystko, co daje wielką radość z pasji gór. Kolejną rzeczą, która przyczynia się do przeżywania ich piękna jest umiejętność gromadzenia wiedzy i wykorzystywanie jej w terenie. Jeśli potrafisz bardzo dobrze korzystać ze swojej wiedzy, wtedy zobaczysz, że nawet profesjonalne ekipy, które mają zawodowych przewodników w grupie, nie są gwarantem wejścia na szczyt. Kiedy tobie się udaje podejmować właściwe decyzje, radość jest jeszcze większa. W tym miejscu opowiem o kilku przypadkach, gdzie wiedza okazała się kluczem do sukcesu, pomimo, że na tle przewodników byłem zupełnym amatorem.

A) DOM DE MISCHABEL 2013
Podczas tej wyprawy w planach mieliśmy wejście na mało uczęszczaną górę Dom de Mischabel. Wysoko, ponad poziomem schroniska Domhutte rozbiliśmy namiot w miejscu do tego przeznaczonym. Mogliśmy odciąć się od wszystkiego i przebywać w naprawdę pięknych oraz niezwykłych górach. Jako, że od ponad 20-stu lat interesuję się pogodą i klimatem, nauczyłem się rozpoznawać nadchodzącą pogodę z chmur, nie mając przy sobie żadnych urządzeń elektronicznych. Z tej wiedzy korzystam podczas każdego wyjazdu w góry. Oprócz nas, na szczyt próbowały wejść jeszcze trzy ekipy słowackie. Jedną z nich tworzyli zawodowi wspinacze. Widząc jak szybko poruszają się po ścianach skalnych, mogłem im tylko pozazdrościć… Nawet myśleliśmy, że wszystkie ekipy wejdą, a my nie, bo dojście na przełęcz Festijoch na wysokości 3723 m n.p.m. wymaga wejścia około 70-metrową ścianą skalną. My nawet nie mieliśmy profesjonalnego sprzętu tak, jak oni. Jak się później okazało, nie wygląd i dobre umiejętności wspinaczkowe były wówczas najbardziej potrzebne… Wieczorem wszystkie ekipy rozpoczęły przygotowania do „ataku szczytowego”. Pomimo pięknego nieba powiedziałem do mojego kompana - Rafała: jutro nie idziemy, bo chmury szybko przykryją górę i nie będziemy mieć widoków. O 2.00 w nocy słyszeliśmy, jak inne ekipy szykowały się do wyjścia, po czym wyruszyły. Pomimo bezchmurnej nocy pozostaliśmy w namiocie. Biliśmy się z myślami, czy jeszcze nie warto wyruszyć za nimi. Jak szybko się okazało, jeszcze przed południem chmury bardzo szybko zasłoniły całą górę Dom de Mischabel od lodowca wzwyż. W ciągu dnia wypatrywaliśmy powracających ekip. Dopiero po godzinie 16.00 widzieliśmy, że dwie z nich zaczęły powrót. Kiedy wróciły do namiotu, ich członkowie opowiedzieli nam, że na całej trasie panowała gęsta mgła i trudno było podchodzić wyżej. Dotarli do poziomu 4000 m n.p.m., po czym musieli zawrócić. Ostatnia ekipa (profesjonalistów) wracała dopiero po godzinie 18.00. Zza chmur wyłoniły się sylwetki ludzi. Pomyśleliśmy, że skoro byli tak długo, to na pewno weszli na szczyt. Tym bardziej, że tempo mieli bardzo szybkie, a obsługę sprzętu wspinaczkowego opanowaną do perfekcji. Kiedy zeszli do poziomu namiotów, usłyszeliśmy od nich, że dotarli na wysokość 4100 m n.p.m., a jeden z tamtejszej ekipy wpadł do szczeliny lodowcowej.

Mając taki obraz góry, stwierdziliśmy, że zapowiada się trudne wejście. Ciągle myśleliśmy, że jeśli nikomu się nie udało, to dlaczego byśmy my mieli wejść… Analizując bieżącą pogodę stwierdziłem, że dzień naszego ataku szczytowego przypadnie na jutrzejszy dzień, ponieważ będzie idealna widoczność. Postanowiliśmy, że wstaniemy o 2.00 w nocy, żeby przy ścianie skalnej być jeszcze przed wschodem słońca, ale żeby nie wspinać się w całkowitych ciemnościach. Ściana nie wyglądała tak strasznie i ciągle mieliśmy bezchmurne niebo. Dodatkowo pod nami utworzyło się przepiękne morze chmur, po czym za chwilę mogliśmy obserwować widmo Brockenu! Coś pięknego! Będąc zupełnie sami na grani, ruszyliśmy dalej. Chociaż wiatr dawał nam się we znaki, ponieważ był mroźny, to jednak dalsza część drogi nie sprawiła nam większego problemu. Jedynie wymagała dużego wysiłku, ponieważ od przełęczy aż po sam szczyt jest bardzo stromo. Nie ma ani chwili wytchnienia. 830 m przewyższenia pokonuje się, idąc cały czas mocno nachylonym grzbietem. Na wysokości 4100 m n.p.m. widzieliśmy pozostawione ślady przez ekipę profesjonalistów, gdzie jeden z nich wpadł do szczeliny. Dookoła niej było mnóstwo wydeptanych śladów. Powyżej widniał jedynie nieprzetarty śnieg… Resztę trasy musieliśmy wytyczyć sobie sami. Mając ciągle bezchmurne niebo, skupiliśmy się na podchodzeniu do ostatniej skały, jak było napisane w przewodniku, a później musieliśmy skręcić na grań odbijającą w lewą stronę. W ten sposób dotarliśmy na szczyt.

Może dla ciebie to piękna pogoda, ale dla mnie informacja że jutrzejsze wyjście na szczyt się nie uda

Wschód słońca widziany z góry Dom  Matterhorn widziany z Dom Na szczycie Dom 
Dzięki przeczekaniu jednego na pozór słonecznego dnia cieszyliśmy się niezwykłymi widokami

Moje pierwsze wejście na Dom de Mischabel w 2013 roku dało mi wiele radości i satysfakcji, ponieważ nie tylko przeżyłem coś pięknego, zobaczyłem wyjątkowe panoramy, ale również mogłem zobaczyć, że podobne góry są dostępne również dla amatorów. Wiedzę, którą wcześniej gromadziłem, mogłem teraz wykorzystać w terenie i podejmować słuszne decyzje. Gdybyśmy wyruszyli tak, jak reszta ekip, kto wie, czy na następny dzień mielibyśmy siły, żeby jeszcze raz mierzyć się z tą górą… Będąc w tak odosobnionym miejscu na szczycie, podziwiając niezwykłe panoramy jesteś wyciszony, w pewnym sensie spełniony, ale przede wszystkim odczuwalne jest niesamowite uczucie wolności, którego tu i teraz nikt nie jest ci w stanie odebrać. Właśnie to głębokie uczucie, którego doświadczasz na szczycie w odludnym miejscu, jest tak bardzo wyjątkowe w pasji gór. Poza Punta Gnifetti, gdzie wchodziliśmy od strony szwajcarskiej, nigdy wcześniej nie doznałem tak silnego uczucia wolności. To jest coś niesamowitego, wyjątkowego, że aż trudno opisać! Ogrom przestrzeni i miejsce w którym jesteś dodatkowo potęguje wolność, którą czujesz inaczej…

B) KAZBEK
Wyprawa która miała na celu wejście na tę piękną górę, również dostarczyła mi wielu przygód. Podobnie, jak przed wyruszeniem na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej, przygotowywałem się z ukształtowania terenu przy pomocy map Google oraz czytając wiele relacji. O ile sama wędrówka do 3600 m przebiegała dość standardowo, to dalsze przejście było pięknym przeżyciem. W Meteostacji – budynku wybudowanym w 1939 roku, gdzie do dziś nie przeprowadzono remontu wnętrz, można się wyspać. Ściany wyglądają jak domy w horrorach. Wszędzie widać zacieki, które z pewnością mają po kilkadziesiąt lat… Podczas mojej próby wejścia na szczyt, tego samego próbowało aż 49 ekip z różnych państw. Przebywając na terenie Meteostacji cały czas obserwowałem górę, jak się zachowuje pod względem pogodowym. Wszystko notowałem na bieżąco. Wieczorem słyszałem rozmowy w wielu ekipach, że będą wstawać o 2.00 w nocy, po czym po śniadaniu wyruszą w drogę na wierzchołek. Obserwując chmury z rodzaju cumulus congestus, które powstawały praktycznie na cały dzień, a ustępowały tylko wieczorem, stwierdziłem, że atak szczytowy na razie jest niemożliwy. Dodatkowo zaobserwowałem, że po godzinie 7.50 - 8.00 na samym szczycie powstaje chmura typu pileus, czyli „czapka”, która przykrywa tylko wierzchołek. Z tych względów zacząłem planować wejście na szczyt zupełnie inaczej niż inni. Pomyślałem sobie tak:
1. Przewodnicy wyruszają o godzinie 2.45, bo kiedy dotrą na rozległą przełęcz świeci słońce i jest im w miarę ciepło. Kierują się typową wygodą.
2. Większość ekip wstaje lub wyrusza o godzinie 2.00 w nocy, co oznacza, że przy znajomości trasy będą na szczycie po godzinie 8.00 i nie zobaczą żadnych widoków, ale górę „zaliczą”.
3. Muszę wyruszyć kiedy ustąpią dni z chmurami cumulus congestus i na tyle wcześniej, żeby zdążyć przed „czapką” pileus.

Przez kolejne trzy dni obserwowałem, jak wszystkie ekipy wyruszają o 2.00 w nocy i po 7.00 rano wracały z niczym do schroniska. Tak wczesny powrót oznaczał dla mnie tylko jedno – nikomu nie udało się wejść na szczyt. Trzeciego dnia jeden z Gruzinów przyszedł do mnie i zapytał, czy wszystko OK i czy przypadkiem nie jestem chory. Najwidoczniej tak stwierdził, ponieważ ani razu nie próbowałem wchodzić na Kazbek. Widząc trzeciego dnia, że pogoda zaczyna się zmieniać na lepsze, postanowiłem, że teraz spróbuję ja. Na szczyt dopiero zdecydowałem się wyruszyć czwartej doby, którą spędzałem w Meteostacji. Mając pewność, że będę miał idealną pogodę, w końcu mogłem wyruszyć. Dołączyła do mnie ekipa z Polski, o której szerzej będę opowiadać w następnym punkcie. Zdecydowałem, że wstaniemy o północy i wyruszymy o 1.00 w nocy, zupełnie inaczej, niż wszyscy. Jeszcze trzeciego dnia wszystkie 49 ekip zawróciło do wioski Stepantsminda, co oznaczało koniec wyprawy. Oprócz nas nikt nie pozostał w obiekcie. Ekipie z Polski opowiedziałem o tym, co działo się tu w ciągu ostatnich dni i dlaczego nie wyruszałem jak wszyscy. Po tych rozmowach wszyscy zgodziliśmy się na szybką pobudkę i wcześniejszy wymarsz. Na szczyt dotarliśmy na około godzinę przed chmurą pileus, dzięki czemu, przez 50 min, kiedy przebywaliśmy na wierzchołku góry Kazbek, podziwialiśmy przepiękne widoki. Ponownie, jak w Alpach, wszyscy poczuliśmy to niezwykle silne uczucie niesamowitej wolności…

Dzięki znajomości chmur podjąłem właściwą decyzję o wejściu na szczyt. Nie próbowałem trzykrotnie podchodzenia na wierzchołek tak, jak wszystkie ekipy, dzięki czemu zachowałem siły na odpowiedni dzień

 
Na szczycie Kazbek

C) MONT BLANC OD STRONY WŁOSKIEJ 2019
Jedna z najpiękniejszych i klimatycznych wypraw. Dlaczego tak? Ponieważ o ile od strony francuskiej wchodzą całe tłumy ludzi (od 2019 roku ograniczone do 214 osób/dobę), to od strony włoskiej zazwyczaj spotkamy kilkanaście osób na dzień. Trasa jest bardziej wymagająca, dzika i przede wszystkim zaciszna. Można zobaczyć wiele dobrego i ciekawego. Decydując się na wejście od strony włoskiej, na Mt. Blanc mogłem nie tylko wykorzystać wcześniejsze doświadczenie, ale po raz kolejny sprawdzić się w dziedzinie rozpoznawania pogody w terenie. Wyruszając w góry, mam już wyrobiony nawyk obserwowania danej góry na bieżąco, jak „zachowuje się” pod względem pogodowym. W czasie, kiedy my wyruszaliśmy na Mt. Blanc, zauważyłem ciekawą prawidłowość. Codziennie w dolinach mieliśmy temperatury 37-39’C, a wieczorami i w nocy przechodziły burze. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego pioruny rozchodziły się tylko poziomo pomiędzy chmurami. Lokalni mieszkańcy nawet snuli teorie, że ktoś musi manipulować pogodą, bo zbliżał się sezon na winogrona i gradobicia przy takich różnicach temperatur były raczej pewne. Nie miałem jak sprawdzić zasłyszanej teorii, dlatego potraktowałem ją jako ciekawostkę. Widząc, że burze w podobnym stylu powtarzają się regularnie w naszych okolicach, musieliśmy podjąć nietypową decyzję. W schronisku Gonella wszyscy wstają o północy i o tej godzinie jest wydawane śniadanie. Widząc, że burza trwa w najlepsze musieliśmy zadecydować, czy w ogóle wstajemy i wychodzimy na Mt. Blanc. Powiedziałem, że idziemy, ponieważ pioruny będą przemieszczać się tylko w poziomie i dodatkowo podczas rozbłysków mogłem dostrzec, że warstwa chmur jest cienka, jak na ciągłe wyładowania. Zaobserwowanie tego, co aktualne dzieje się na niebie podczas rozbłysków pozwoliło mi ocenić sytuację na bezpieczną. W ciągu dwóch najbliższych godzin burza miała ustać, oraz przewidywałem, że chmury zaczną się wypłaszczać, po czym na około 2-3 godziny po wschodzie słońca zanikną całkowicie. Cała nasza ekipa zgodziła się na jak najwcześniejszy wymarsz.

W naszej grupie był pewien Maciek, który zawsze się spieszył i wszystko miał wyliczone na czas: gdzie i o której godzinie musiał się znajdować. Dla mnie góry to nie gonitwa, dlatego wiedziałem, że pierwsze ekipy, które zdążyły już wyruszyć, w pewnym sensie „przegrają” swoje wejście na Mt. Blanc. Dlaczego? Dlatego, że chmury z rodzaju stratocumulus stratiformis pozostające po nocnej burzy, będą zasłaniać słońce przez około 2-3 godziny po jego wschodzie. To oznacza, że pierwsza ekipa, która orientacyjnie wejdzie na szczyt około godziny 7.00 będzie miała szare i ponure widoki. Z tego względu nalegałem, żebyśmy celowo opóźniali podchodzenie tak, ażeby w rejonie podszczytowym być około godziny 9.00. Narzucane szybkie tempo przez Maćka przyczyniło się do tego, że jedna osoba z naszej ekipy go nie wytrzymała. Po dotarciu na wysokość 4362 m n.p.m. (schron Vallot), celowo opóźnialiśmy dalsze podchodzenie, właśnie ze względu na chmury i „szarówkę”. Decyzja okazała się trafna, ponieważ na dwadzieścia minut przed wejściem na szczyt, chmury całkowicie się rozpadły i pozostało tylko piękne, niebieskie niebo. Słońce ładnie przygrzewało, aż miło... Wyjeżdżając od ponad 10 lat w wyższe góry od Tatr, mogłem zdobyć bardzo cenne doświadczenie, które pozwoliło mi nieraz podejmować nietypowe, niestandardowe, ale trafione decyzje. Ta wyprawa pokazała mi, że pasja gór, to nie tylko zdobywanie doświadczenia, ale również gromadzenie wiedzy i korzystanie z niej w terenie.

Dzięki znajomości chmur i obserwacji góry, wiedziałem, że z tych chmur rozwinie się nocna burza

Jeśli chesz wiedzieć, jak rozpoznawać chmury oraz co one oznaczają, przeczytaj mój osobny artykuł pod tytułem: "Nie popełniaj tych samych błędów w górach - czyli 10 błędów, które turyści najczęściej popełniają w górach" (wybierz punkt 4.)

5. NIEZWYKŁE PRZYJAŹNIE, SPOTKANIA, NIEPOWTARZALNY KLIMAT
Gdybym miał zdefiniować, czym jest pasja gór, to oprócz wszystkiego, co powyżej powiedziałem, chyba najważniejszym elementem gór są ludzie, niesamowity klimat oraz sytuacje, które z nimi przeżywasz. Wielu z nas tęskni za pięknymi widokami i wędrówkami, ale chyba najbardziej za klimatem, który można doświadczyć w górach. W swoim życiu miałem mnóstwo sytuacji, które na trwałe zapisały mi się w pamięci, właśnie ze względu na niepowtarzalne przeżycia, ludzi których spotkałem i klimat, który wówczas panował. Dzisiaj, niestety wiele z tych rzeczy przeminęło bezpowrotnie… No właśnie… A zastanawiałeś się, czym tak naprawdę jest klimat górski? Kto jest prawdziwym człowiekiem gór? Dla mnie prawdziwy klimat górski to po prostu prawdziwe przeżywanie gór, docenianie ich piękna, spotkania, realizacja górskich idei, które nie będą zwykłymi spotkaniami towarzyskimi przy alkoholu, ani wędrówką w celu „zaliczania” kolejnych szczytów. A kim są ludzie gór? To nie tylko wybitne postacie znane z telewizji, ani nie zawodowi wspinacze, którzy mają pewne możliwości, których ty nie masz. Człowiekiem gór może być nawet „zwykła” osoba, czyli amator, który dopiero zaczyna przygodę z tą najpiękniejszą pasją. Najważniejsze jest, żeby kochać góry i je przeżywać, angażować w nie swoje emocje i myśli, a nie tylko chodzić, bo jest pięknie, bo się wyciszę, lub zaliczę kolejny szczyt. Tym się różni człowiek gór od turysty, że góry są nieodłączną częścią jego życia, po prostu je kocha. Jeśli jesteś człowiekiem gór, potrafisz również wytworzyć prawdziwy klimat górski, na który będą składały się wspólne wędrówki, opowiadania o górach, zachwycanie się szczegółami, które inni pomijają i przegapiają. Będziesz potrafił się podzielić tą niezwykłą pasją z innymi oraz sprawić, że inni „połkną” tego bakcyla. Żeby jeszcze lepiej zobrazować, co dokładnie mam na myśli, chcę przytoczyć kilka niezapomnianych wyjazdów, które sprawiły, że góry stały się nieodłączną częścią mojego życia. Tym samym zobaczysz, co oznaczają wyrażenia ‘klimat gór’ i ‘ludzie gór’.

A) ZJAZDY MOJEGO KLUBU GÓRSKIEGO
Kiedy zakładałem klub górski, moim głównym założeniem było, żeby wyróżniał się on tym, że będziemy przeżywać prawdziwie górskie spotkania, gdzie pasja gór będzie zawsze na pierwszym miejscu. O poszczególnych zjazdach mógłbym mówić godzinami, ale jest kilka takich, które dla wielu były wzorcowe. I nie chodzi o to, że konkretnie jakaś osoba zrobiła coś wyjątkowego, ale raczej, że grupa prawdziwych pasjonatów wytworzyła niezwykły klimat, który w późniejszych latach nigdy już się nie pojawił. Jednym z takich zjazdów było spotkanie w Gorcach, gdzie spotkało się ponad 30 osób w różnym wieku – od najmłodszych aż po seniorów. Oprócz przeżywania wędrówki na Turbacz i Turbaczyk, prowadziliśmy ciekawe rozmowy, które zachęcały do dalszego przemierzania kolejnych gór. Zwracaliśmy również uwagę na niestandardowe drzewa, skały, czy inne osobliwości przyrody. Po długiej wędrówce, wieczorem usiedliśmy przy ognisku, które nie skończyło się alkoholową imprezą. Wszyscy jak jeden mąż dyskutowali o górach, wymieniali się doświadczeniami, a starsze osoby mówiły, jak to wyglądało za dawnych czasów. Cieszyły się, że jeszcze są osoby, których interesuje to samo. Po zjeździe powstała długa relacja opisująca wiele szczegółów, włącznie z opisami przyrody tego, co widzieliśmy na szlakach. Kiedy zaczęliśmy komentować na naszej oficjalnej stronie wszystko, co przeżyliśmy, doświadczyliśmy i zobaczyliśmy w ciągu zaledwie kilku dni, pojawiło się ponad 3700 cytatów i 1200 odpowiedzi! Było widać, że ludzie naprawdę żyli górami! Jeśli ktoś „z zewnątrz” przeczytał chociażby garść komentarzy, to mógł stwierdzić, że jeżeli klubowicze tak rozmawiają w Internecie, gdzie w innych organizacjach panowały kłótnie i popularne „bicie piany”, w dzisiejszych czasach nazywane „gówno burzą”, to naprawdę trafił na prawdziwych pasjonatów kochających góry, a nie tylko chodzących po nich. Dla mnie omawiany zjazd był wręcz wzorcowym spotkaniem w górach! Aż tęsknię za tymi pięknymi czasami!

     
Zjazd w Gorcach był dla wielu wzorcowym spotkaniem w górach. Szliśmy razem, mieliśmy wiele do powiedzenia, prowadziliśmy długie rozmowy i czuliśmy wielką radość. Podczas ogniska każdy mógł odczuć, co znaczy prawdziwy klimat gór. Zamiast pospolitego picia alkoholu prowadziliśmy rzeczowe rozmowy o górach i wspominaliśmy nasze piękne, wspólne spotkania. Od tamtego czasu wiele się zmieniło... Nawet z powodu wprowadzenia RODO nie mogę pokazać, jaki naprawdę panował klimat...

Inne spotkanie dotyczyło zimowego spotkania na Babiej Górze, gdzie przyjechały aż 74 osoby. Był to mój zjazd pożegnalny. Odchodziłem z klubu, który sam założyłem, ponieważ do tego czasu wiele się zmieniło. Góry niestety stały się już tylko tłem do spotkań towarzyskich, dlatego czułem, że musiałem opuścić tą organizację, pomimo, że była moja. Zjazd pożegnalny jednak miał w sobie niepowtarzalny klimat, którego nie można zapomnieć. Z racji dużej ilości osób nie wyruszaliśmy wszyscy razem, ale raczej podzieliliśmy się na pewnego rodzaju grupy. Najciekawsze było wyjście o 2.00 w nocy na wschód słońca podczas -17’C mrozu. Młodsza część uczestników poszła jako pierwsza, a ja poprowadziłem osoby w wieku 50-60 lat. Uzbierała się duża grupa, bo aż 26 osób! Pomimo, że wielu z powstałej ekipy było schorowanych, to wyruszyliśmy wolniejszym tempem, żeby każdy mógł dotrzeć na szczyt. Jeszcze przed wschodem słońca wszyscy stanęliśmy na wierzchołku Babiej Góry i każdy z nas mógł podziwiać piękne widowisko. Dla wielu z tych starszych wiekiem osób, to było marzenie, które zawsze chcieli spełnić, a dla innych nawet szczyt swoich możliwości. Można powiedzieć, że pokonali samych siebie. Podczas tego zjazdu na Babią Górę wyruszyłem jeszcze czterokrotnie, idąc w różnych grupach. Najbardziej podobały mi się rozmowy, które prowadziliśmy na szlaku. Zachęcaliśmy się nawzajem. Oprócz samego przeżywania gór zorganizowaliśmy wspaniałe ognisko przy -16’C mrozie. W naszej grupie mieliśmy trzy kobiety po 50-tce z Podhala i jedną osobę z Zabrza, która idealnie dopasowała się do tej trójki. Z racji swojego pochodzenia, wprowadziły prawdziwie górski klimat wynikający z kultury ziem na których mieszkały. Muzyka, stroje i rozmowy z prawdziwymi góralkami – to było coś niesamowitego! Dodatkowo późnym wieczorem wprowadziliśmy prelekcje o górach, prezentacje z wypraw i rozmowy na ich temat. Kiedy nasze spotkanie dobiegało końca, ze łzami w oczach żegnałem się z tym wszystkim, co dotychczas zostało wypracowane przez cztery ostatnie lata. Ten zjazd pokazał mi również jak powinno wyglądać wzorcowe spotkanie w górach, gdzie uczestnikami jest większa ilość osób… Oczywiście trafiły się osoby, które koniecznie musiały się upić do upadłego, ale oni spędzali zjazd na swój własny sposób, nie przeszkadzając reszcie.

     
Zjazd pożegnalny miał iście górki klimat. Były na nim prelekcje o górach, piękne ognisko, wspaniałe wyjścia na wschody słońca na Babią Górę i prawdziwy, zimowy charakter gór

B) „SAMOTNE” WĘDRÓWKI W TATRACH
Od razu możesz sobie pomyśleć, jak może być klimatycznie, kiedy wędrujesz samemu? Pewne ziarenko prawdy tkwi w tym stwierdzeniu. Jednak zanim przeniosłem się w Alpy i inne wyższe góry, wiele gór schodziłem samotnie, bo tak było mi najlepiej. Dlaczego? Ponieważ najczęściej zaplanowane wyjazdy rozpadały się na dzień przed ich realizacją. Z drugiej strony wiedziałem, że idąc samemu, nigdy w górach nie będę sam… Pewnego razu w 2008 roku pojechałem w Tatry po polskiej stronie na 10 dni. Chciałem przejść wszystkie szlaki powyżej 1500 m n.p.m., przeżyć i zobaczyć coś więcej. Na pierwszy dzień wytyczyłem sobie wejście na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, Rysy i Szpiglasowy Wierch. Trochę długa trasa, jak na jeden dzień, ale czułem, że bez pośpiechu zdążę odwiedzić wszystkie wymienione szczyty. Nie muszę iść szybko, żeby przejść dużo. Wystarcza mi zwykłe, normalne tempo, tyle, że w górach wypracowałem sobie wytrzymałość. To dzięki niej mogę wędrować 16 godzin i nie jestem zmęczony „do upadłego” na koniec dnia. Kiedy wyruszyłem na Przełęcz pod Chłopkiem, zacząłem okrążać Morskie Oko od lewej strony, patrząc od schroniska. Widziałem, że przede mną idzie jakaś dziewczyna w białej bluzce. Pozdrowiłem ją, jak to jest przyjęte na szlakach w górach i poszedłem dalej. Jednak za chwilę spotkana dziewczyna zapytała mnie, gdzie idę. Odpowiedziałem, że sam nie wiem, ale chyba na Przełęcz pod Chłopkiem, bo na Rysach niedawno byłem. Ewelina, bo tak jej było na imię, zapytała mnie, czy może dołączyć do mnie, ponieważ jej marzeniem było wejście na tę przełęcz, ale zawsze bała się iść sama, ponieważ wiedziała, że na szlaku nie ma żadnych zabezpieczeń. Faktycznie na szlaku występują ubezpieczenia w postaci siedmiu klamer, ale Ewelina o tym nie wiedziała, przez co miała inny obraz w głowie. W Trakcie okrążania Morskiego Oka opowiedziałem jej, jak tłumy patrzą na ten staw, a co w rzeczywistości można zobaczyć na szlaku. Wskazałem na nietypowy kamień w kształcie granic Polski z odwróconą Wisłą, na limbę rosnącą na okrągłym głazie, która swoimi korzeniami oplotła go w całości, czy na odbicia zielonych gór: Miedzianego i Opalonego Wierchu.

 
Niesamowite odbicia gór w wodach Morskiego Oka


Nietypowy kamień w kształcie granic Polski

Nie bez powodu wybrałem jak najwcześniejszą porę, żeby rozpocząć wędrówkę, ponieważ wiedziałem, że do około 7.00 godziny rano, odbicia gór w wodach Morskiego Oka przy dobrej pogodzie są raczej zapewnione. Obowiązkowo również musiałem wskazać na piękne wschody słońca nad Morskim Okiem, podczas których czerwieniejące Mięguszowieckie Szczyty bardzo pięknie odbijają się w jego wodach. Kiedy dotarliśmy do punktu, gdzie łączą się dwa okalające szlaki najbardziej popularny staw w Polsce wskazałem jej na Czarnostawiańską Siklawę – co można zobaczyć w jej pobliżu oraz na drugą limbę na zakręcie ścieżki, która w podobny sposób, jak ta pierwsza, oplotła wielki, okrągły głaz swoimi korzeniami. W rejon Morskiego Oka, w ciągu jednego dnia potrafi ściągnąć nawet 33.000 ludzi, co potwierdzają statystyki z Tatrzańskiego Parku Narodowego. A zadałeś sobie pytanie: ile osób z tych wielkich tłumów tak naprawdę dostrzeże wspomniane rzeczy, czy rozpozna limbę? To jest właśnie jeden z wielu czynników, które charakteryzują, czy jesteś człowiekiem gór. Mam na myśli ich przeżywanie, dostrzeganie piękna, oraz dzielenie się swoimi spostrzeżeniami z innymi, bycie otwartym, podczas, gdy większość społeczeństwa staje się coraz bardziej odizolowana i „zamknięta” w sobie. Warto pokazywać spotkanym ludziom na szlakach, że do tematu gór można podejść zupełnie inaczej niż wspomniane, niezliczone tłumy. Nad Czarnym Stawem pod Rysami rozpoczyna się według mnie, najpiękniejszy szlak w całych Tatrach, czyli dwuipółgodzinne wejście na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem znakowane na zielono.


Czarnostawiańska Siklawa

Czarny Staw pod Rysami
Piękno Czarnego Stawu pod Rysami

Kiedy spojrzysz na tłumy, których wczesnym porankiem jeszcze nie uświadczysz, szybko dostrzeżesz, że ponad 95% osób kieruje się na Rysy, a tylko nieliczni wybierają „Chłopka”. Najwidoczniej pewne opinie o tej trasie są mocno rozpowszechnione w Internecie. Może i dobrze, bo nawet w środku sezonu mogę cieszyć się w miarę cichym, ale wyjątkowym miejscem. Ten szlak uważam za najpiękniejszy w Polsce nie tylko ze względu na szybko zmieniające się widoki i niepowtarzalne panoramy, ale również ze względu na pewne „ukryte” rzeczy, o których trzeba wiedzieć. Nawet osoby, które regularnie chodzą po górach przegapiają je wszystkie, co widać, po obojętnym przechodzeniu dalej… Co mam na myśli? Kiedy spojrzysz na wodospad, który w pewnym momencie trzeba przekroczyć, żeby przejść na drugą stronę szlaku, kilka metrów powyżej jego wód, powinieneś dostrzec około dwumetrowej wielkości mech, który przypomina kształtem leżącego faceta na brzuchu z podpartą głową jedną ręką. Mech wygląda tak, jakby ktoś rzeczywiście zasnął i niechcący zarósł… Sam wodospad ma również bardzo ciekawą właściwość, bo wystarczy, że znajdziesz się tutaj o godzinie 10.50 w lipcu, a wtedy dostrzeżesz niezwykłe zjawisko. Wodospad rozszczepia się na pojedyncze kropelki, a przez nie przechodzi granica światła i cienia. Wówczas kropelki mienią się pięknym fioletem oraz innymi barwami tęczy, co wynika ze zjawiska pryzmatu. Zacieniona połowa wodospadu szczególnie podkreśla to zjawisko, ponieważ mamy silniejszy kontrast. Z kolei na wysokości 2300 m n.p.m., tuż przed wejściem na ostatnią prostą prowadzącą na przełęcz, powinieneś zauważyć piękne kwiaty, a raczej pozostałość po ich przekwitnięciu. Na skraju przepaści rosną gromadnie kwiaty o nazwie kuklik rozesłany. W szczególności w okolicach 1-15 sierpnia po ich przeminięciu pozostają włochate główki z czerwonymi włosami. Wspomniany niezwykły kwiat występuje tylko w czterech miejscach w Polsce. Można więc powiedzieć, że jest wyjątkowy, unikatowy. Ponownie, jeśli przyjrzysz się ludziom, praktycznie wszyscy przechodzą obojętnie obok niego…


Ciekawa jama utworzona z głazu podpartego na dwóch innych z widokiem na Czarny Staw pod Rysami


Zarośnięty "człowiek" mchem od dawien, dawna...


Wodospad, którego wody rozszczepiają się na pojedyncze kropelki

kuklik rozesłany na przełęczy pod chłopkiem
Kuklik rozesłany


Półka z dwiema klamrami, gdzie jesteśmy chwilowo wystawieni na dużą ekspozycję

Niesamowite widoki na szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

Podchodząc z Eweliną coraz wyżej, przez całą drogę rozmawialiśmy o górach i innych naszych wyprawach, wycieczkach oraz wyjazdach. Każdy miał wiele do powiedzenia. Dzięki takim rozmowom zawsze można znaleźć inspirację do czegoś nowego. Ewelina bardzo cieszyła się, że mogła wejść na przełęcz, ponieważ widoki tego dnia powalały na kolana. Wysokie góry przecinał wąski pas białych chmur, ale każdy wierzchołek było bardzo dobrze widać. Zarówno z jednej, jak i drugiej strony przełęczy podziwialiśmy tatrzańskie stawy, które wyglądały obłędnie. Rok 2008 należał do najbardziej mokrych w ciągu ostatnich kilkunastu lat, dlatego nigdzie nie brakowało wody. Ewelina była bardzo zadowolona z niepowtarzalnych widoków i z samego faktu, że mogła tutaj dotrzeć. Jak wcześniej stwierdziła, sama nie dała by rady przejść całego szlaku ze względu na wysokie i długie płyty skalne, ukośnie ułożone względem siebie. Po raz kolejny mogłem sprawdzić słuszność mojego powiedzenia „pomimo, że jadę samotnie w góry, to nigdy nie jestem w nich sam”. Miałem okazję wejść w miłym towarzystwie na Przełęcz pod Chłopkiem. Rozmowy o górach prowadzone w górach powodują, że jeszcze bardziej czuje się tą piękną pasję. Zejście z przełęczy przebiegało sprawnie. Mogliśmy dodatkowo zobaczyć „wiszący” helikopter TOPR-u nad wodami Morskiego Oka. Tyle, że my patrzeliśmy na niego z wysokości około 880 m (spoglądaliśmy na niego z wysokości 2300 m n.p.m., a on był zawieszony na wysokości około 1420 m n.p.m.). Wrażenie jest niesamowite! Kiedy z powrotem dotarliśmy nad Morskie Oko, nasze drogi się rozeszły, ponieważ Ewelina nie planowała dalszej wędrówki, a ja miałem w najbliższej perspektywie wejście na Rysy.

Helikopter TOPR-u nad Morskim Okiem oglądany z wysokości 2300 m n.p.m.

Mając za sobą Przełęcz pod Chłopkiem, spodziewałem się, że ludzi znacznie przybyło i teraz „wdepnę” w tak zwane godziny szczytu ruchu turystycznego. Spodziewałem się wielkich tłumów. Wyruszając samemu, mogłem narzucić swoje szybsze tempo, dzięki czemu nie musiałbym stać na zatorach. Mimo wszystko, nie urządziłem sobie gonitwy po górach, ponieważ okrążając Czarny Staw pod Rysami od lewej strony, jest sześć ciekawych punktów, gdzie tuż pod powierzchnią jego wód leżą wielkie głazy. Oświetlane popołudniowym słońcem wody stawu błyszczą się oraz zachwycają niezwykłymi odcieniami turkusu i szmaragdu, jak morze w egzotycznych krajach. Obowiązkowo zatrzymałem się we wszystkich sześciu miejscach. Na końcu stawu, z kolei rozpoczyna się stroma polana z kwitnącymi kwiatami w lecie. Nie tylko zachwycałem się kolorami lata, ale również dostrzegłem piękne odbicia gór i nieba jego w wodach. Szkoda, że tak wielu ludzi obojętnie „ciągnęło” byle do góry, nie zwracając uwagi na tyle szczegółów. W trakcie podchodzenia stromymi stopniami, ciągnącymi się aż do wysokości 1900 m n.p.m. spotkałem starszą ode mnie kobietę w wieku około 50 lat. Widziałem, że szła do góry, ale była wystraszona trudnością szlaku na Rysy. W szczególności, gdy pokonała etap Buli pod Rysami i rozpoczęły się łańcuchy. W wielu miejscach czuła lęk wysokości, ponieważ trasa prowadziła płytami skalnymi, a czym wyżej, tym góry wyglądały bardziej surowo. W jednym miejscu kobieta prawie się rozpłakała, ale nie chciała wracać, bo umówiła się z kimś po stronie słowackiej. Zaproponowałem jej wspólną wędrówkę, żeby było jej łatwiej. O ile w trakcie podchodzenia na Rysy nie rozmawiała zbyt wiele, to na szczycie prowadziliśmy piękną wymianę doświadczeń z różnych gór i szlaków. Ona powędrowała dalej już sama, ponieważ szlak po stronie słowackiej jest znacznie łatwiejszy. Ciekawostką jest, że z powodu dużej ilości opadów w lecie, ze ścian Kazalnicy spływał ponad 100-metrowy wodospad! Utworzyła się na nim tęcza! Tylko raz widziałem podobne zjawisko pod Rysami, ponieważ kolejne lata nie obfitowały w tak intensywne opady. W drodze zejściowej z Rysów schodziłem w spokoju. Wówczas dołączył do mnie samotnie idący pan, który pytał mnie o różne inne ciekawe szlaki, które warto zobaczyć. O górach rozmawialiśmy aż do samego Morskiego Oka. Omawialiśmy również „zbiorowe” nieprzygotowanie tłumów do wyjścia w góry, czy niewłaściwe zachowania, jak np. zaśmiecanie szlaków. Zejście z Rysów po raz kolejny uświadomiło mi, że przez góry przewijają się całe tłumy, ale ilu z nich jest tak naprawdę prawdziwymi ludźmi gór, którzy je kochają, a nie tylko odbywają kolejną wycieczkę? Jeśli ktoś wyrzuca śmieci i nie potrafi się odpowiednio zachować w parku narodowym, to nawet nie znając danej osoby można wywnioskować, że góry nie są jego pasją, ale raczej znalazł się tu przypadkowo…

Tęcza w rejonie Kazalnicy widziana z podejścia na Rysy

Najtrudniejsze miejsce na szlaku na Rysy

W 2009 roku wpadłem na podobny pomysł, żeby wędrować w Tatrach samotnie. Zanim wyszedłem z domu od razu pomyślałem, że na pewno nie będę sam. Ktoś na pewno trafi się na szlaku i dzięki temu będę mógł przeżyć kolejne, ciekawe wędrówki. Zaplanowałem ciekawą trasę na dwa dni: Palenica Białczańska - Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem - Czarny Staw Pod Rysami - Rysy - Popradzkie Pleso - Osterva - Batizovske Pleso - Slezky Dom - Polsky Hreben - Vychodna Vysoka - Rohatka - Velka Studena Dolina - Mala Studena Dolina - Lodowa Przełęcz - Dolina Javorowa – Łysa Polana. Przejście tego odcinka wymagało około 33 godzin. Wybierając ponownie Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, poznałem pana Irka z jego dorosłą córką Natalią, która utrzymywała bardzo dobre kontakty ze swoimi rodzicami. W trakcie podchodzenia na przełęcz, przeprowadziliśmy mnóstwo rozmów o tatrzańskich szlakach oraz o tym, jak góry zmieniają się na naszych oczach. W szczególności zwróciliśmy uwagę na obumierające lasy na szlaku do Morskiego Oka, które ze szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem było widać jako wielkie „plamy”, które co roku stawały się coraz większe. Wiedzieliśmy również, że proces zamierania lasów jest nie do zatrzymania. Stwierdziliśmy nawet, że tatrzańskie lasy kiedyś będą wyglądać jak te w Beskidzie Śląskim, gdzie będziemy oglądać zaoraną ziemię i wywrócone korzenie do góry nogami… Na przełęczy spotkaliśmy tylko pojedyncze osoby, dlatego mogliśmy cieszyć się idealną ciszą. Od zawsze uważam, że takie niezapowiedziane spotkania i później wspólne wędrówki na szlakach tworzą prawdziwy klimat gór. Postanowiliśmy, że zejdziemy razem do Czarnego Stawu pod Rysami i tam się pożegnamy. Zejście upływało w miłej atmosferze. Podziwialiśmy zieleń traw, kaskady i inne piękne miejsca na szlaku. Również Irkowi i Natalii musiałem opowiedzieć o ciekawostkach trasy na Przełęcz pod Chłopkiem. Wspomniałem o wodospadzie, o mchu, oraz o czerwonych główkach kuklika rozesłanego. Oni również nie byli świadomi tych naturalnych atrakcji. Przy Czarnym Stawie pod Rysami pożegnaliśmy się, życząc sobie ponownego spotkania na szlaku. Tak dla ciekawości, spotkaliśmy się w sierpniu, 2013 roku na Kozim Wierchu. Podobne spotkania mają podwójną wartość, w szczególności, gdy po latach pamiętasz z kim wędrowałeś i o czym rozmawiałeś. To było coś pięknego!

 
Nasze przypadkowe spotkanie w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem - Irek i Natalia

Okrążając Czarny Staw nagle zauważyłem… spadającego wspinacza z Wyżniej Ściany Czarnostawiańskiej Mięguszowieckiego Kotła. Widziałem moment oderwania się od skały i kilkudziesięciometrowy lot tego pana. Na końcu uderzył z dużym impetem o stromy, trawiasty stok, po czym nieprzytomny stoczył się trochę niżej. Zaledwie po krótkiej chwili usłyszałem śmigłowiec – to znaczy, że ktoś zdążył już poinformować o wypadku. Działania odbywały się bardzo szybko, ponieważ przygotowano śmigłowiec przy schronisku Morskie Oko, dzięki czemu ratownicy mogli podjąć akcję natychmiastowo. W tym momencie rozpocząłem okrążanie Czarnego Stawu pod Rysami, żeby nie stać na drodze przelotu śmigłowca, bo zwykle pilot przelatuje tam, gdzie gromadzi się najwięcej ludzi, a dodatkowo siła wiatru wytwarzana przez łopaty wirnika jest tak duża, że woda ze stawu jest rozwiewana we wszystkich kierunkach. Z tego powodu, szybkim tempem, poszedłem czerwonym szlakiem na Rysy, żeby zatrzymać się dopiero przy pierwszym płacie śnieżnym. Tam z pewnością nie przeszkadzałbym w akcji. Przyglądałem się, jak tłumy gapiów – turystów wypoczywających nad Czarnym Stawem – nagle zaczęły uciekać, ponieważ siła nośna śmigłowca wyrzucała ogromne ilości wody ze stawu między innymi na nich. Wszyscy dostali zimny prysznic, ponieważ wody z tatrzańskich stawów nawet w lecie są lodowate. Ja tymczasem przyglądałem się temu wszystkiemu z boku, z dala od tłumów. Nieco wyżej spotkałem starszą kobietę w białej bluzce, która bardzo bała się tego szlaku i płacząc mówiła: „po co ja tu przyszłam?”. Nie chciała zawracać, bo wiedziała, że będzie miała jeszcze trudniej. Ludzie mówili, żeby dokończyła przejście i zeszła na stronę słowacką, bo tam nie ma takich trudności, a stamtąd kursują busy do Zakopanego. Widząc ją, postanowiłem, że pomogę jej w wędrówce na szczyt. Przy każdym łańcuchu podpowiadałem, gdzie ma stawiać kroki i od której strony trzeba złapać się łańcucha. Przez większą część trasy szła wystraszona, ale przynajmniej równym krokiem, dzięki czemu dość szybko pokonywała trudności na szlaku. Najbardziej obawiałem się ostatniej przełęczy pod szczytem, ponieważ trzeba tam przejść nad dużą przepaścią ubezpieczoną trzema odcinkami łańcuchów. Spodziewałem się, że nad nią będzie wystraszona najbardziej. W rzeczywistości tak było, ponieważ zobaczyła tłumy ludzi czekających w kolejce na przejście najtrudniejszego odcinka. Dodatkowo inni czekali, żeby zejść ze szczytu. Na przełęczy zrobiło się nerwowo, ale uspokajałem kobietę, mówiąc, że przejdziemy ten fragment razem, a ludzie poczekają, bo najważniejsze jest bezpieczeństwo. W takich sytuacjach nie wolno nikogo poganiać, bo wtedy najłatwiej o błąd i wypadek. Po drodze spotkaliśmy inne dwie kobiety, które przeczytały o możliwości przejścia ze Słowacji przez Rysy na stronę polską. Obie płakały, bo nie zdawały sobie sprawy, że po polskiej stronie występuje tyle trudności. Dla nich szlak na Rysy okazał się nie do przejścia, ponieważ nie mając doświadczenia i obycia z tatrzańskimi szczytami, od razu „wypuściły” się na taką trasę. Osoby, chodzące po Tatrach regularnie, nie narzekają na trudniejsze miejsca tego szlaku, dlatego zawsze polecam go tylko tym, którzy przeszli już kilka innych tras w Tatrach. Trzeba pamiętać, że z chodzenie po górach ma dawać radość, a wyjście bez doświadczenia na szlaki z ubezpieczeniami może bardzo łatwo zniechęcić. W tym przypadku wyszedł ewidentny brak przygotowania się, brak wiedzy na temat trasy, którą wybrały, brak doświadczenia i podążanie za tłumem.

 
Jedno z wielu miejsc, gdzie spotkana przypadkiem kobieta miała trudności z dalszym podchodzeniem na Rysy

Po przejściu najtrudniejszego odcinka, jakim była z pewnością przepaść pod szczytem, doszliśmy na wierzchołek razem. Podziękowałem tej kobiecie za wspólną wędrówkę i powiedziałem, że teraz będzie miała o wiele łatwiej po stronie słowackiej. Nie musiała szukać szlaku, bo wystarczyło iść za ludźmi. Pożegnaliśmy się i znowu pomyślałem, ze będę samemu przechodził kolejną część zaplanowanej trasy. Za chwilę, na szczycie Rysów, trzy dziewczyny: Asia z Zakopanego, Asia z Krakowa i Magda z Zakopanego (a wszystkie poznały się przez Internet) pytały ludzi o szlak na Słowację i możliwość dojazdu do Zakopanego. Wtedy opowiedziałem im, jak wygląda zejście oraz jak można łatwo dojechać do Zakopanego. Wtedy Asia z Zakopanego zaproponowała mi, żebyśmy wszyscy schodzili razem. Zgodziłem się. Dziewczyny zadawały mi dużo pytań, między innymi, chciały wiedzieć, gdzie zacząłem moją trasę i dokąd idę. Opowiedziałem o Przełęczy pod Chłopkiem, o Rysach i o Ostervie, którą zamierzałem odwiedzić jeszcze dzisiejszego dnia. Obie Asie i Magda zdziwiły się długością trasy i martwiły się, że niepotrzebnie mnie spowolnią. Dla mnie czas nie miał znaczenia, ponieważ wiedziałem, że choćby po zachodzie słońca, to i tak dojdę na miejsce. Zresztą założyłem, że będę spać w nieznanym mi miejscu, gdzieś pomiędzy skałami. Z Rysów zaczęliśmy schodzić razem. Opowiadaliśmy o naszych przygodach górskich i o tym, jak piękna to jest pasja. Wszystkie dziewczyny mówiły o tym, jak pokochały góry i co już zdążyły zobaczyć. Dopowiedziały też o marzeniach tatrzańskich, takich jak: Orla Perć, czy Rysy, z których właśnie teraz schodziliśmy. Rozmawiało nam się bardzo przyjemnie. Zatrzymaliśmy się w okolicach Chaty pod Rysami 2200 m n.p.m., ponieważ Asia obowiązkowo chciała zobaczyć najsłynniejszą ubikację w Tatrach, znaną z przepięknych widoków. Poszliśmy w to miejsce. Utworzyła się kolejka, bo większość turystów przychodziła, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Nieco poniżej schroniska, na szlaku, witają chorągiewki podobne do tych z Himalajów oraz drewniana rzeźba z napisem „Witajcie” w kilku językach. Przy bezchmurnym niebie było tu bardzo pięknie i kolorowo. Szlak z pewnością zachęcał do dalszej wędrówki. Zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle kolorowego widoku. Wtedy obie Asie zapytały mnie od jak dawna chodzę po górach i dlaczego chodzę samemu i czy się nie boję. Dla mnie najlepszym wytłumaczeniem dwóch ostatnich kwestii stał się fakt tego, co udało mi się zobaczyć do tej pory. Powiedziałem, że gdybym miał być zależny od innych, dużo z tych rzeczy bym wcale nie zobaczył, ponieważ wiele wyjazdów nie doszłoby do skutku, stąd zawsze jestem zdecydowany wędrować samemu, w przypadku, gdy nie potrafię znaleźć nikogo chętnego.

Kolejne, nieplanowane spotkanie w Tatrach

W drodze powrotnej z Rysów podziwialiśmy wspaniałe Żabie Plesa. O tej porze skrzyły się od promieni słonecznych. Wyglądały jak mieniące się złoto, stąd widok bardzo zachwycał. Na trasie zrobiliśmy sobie również wspólne zdjęcie pamiątkowe. Przez całą drogę mieliśmy wiele tematów do omówienia, stąd dalsza trasa upływała bardzo szybko. Jak się okazało, Asia z Zakopanego i Magda były recepcjonistkami w ośrodku SPA w Zakopanem o nazwie „Maria 5”. Asia z Zakopanego zaproponowała mi, żebym po całej wyprawie przyszedł do nich do ośrodka i zaprezentował zdjęcia z wędrówki oraz chciały mnie koniecznie zapoznać z Marią – 52-letnią kobietą – która okazała się wielką pasjonatką gór. Głównie z tego powodu zależało im na tym spotkaniu. Zgodziłem się. Na szlaku wymieniliśmy się numerami telefonów, żebym po przejściu całej mojej zaplanowanej trasy mógł dogadać szczegóły, gdzie się spotkamy. Dzień upływał szybko w miarę prowadzenia dalszych rozmów. Zatrzymaliśmy się na drewnianym mostku, gdzie szlak rozwidlał się na ten prowadzący do Popradzkiego Plesa i na ten prowadzący na Koprovsky Stit. Nie potrafiliśmy się rozstać, ponieważ prowadziliśmy długie rozmowy. W końcu powiedziałem dziewczynom, żeby się spieszyły, ponieważ jest już późna pora i mogą nie zdążyć na ostatni bus. Asia z Zakopanego długo mnie ściskała, a później pożegnaliśmy się wszyscy. Rozeszliśmy się w swoje strony. Po przejściu całej trasy umówiliśmy się na typowo górskie spotkanie. Busem dojechałem do Zakopanego, skąd wysiadłem we wskazanym miejscu przez Asię. Zadzwoniłem do niej i powiedziałem, że jestem już na miejscu. Wytłumaczyła mi, gdzie znajduje się ośrodek „Maria 5” i gdzie się spotkamy. Dotarłem w to miejsce. Za chwilę, zza drzwi wyszła Asia. Trochę trudno było mi ją poznać, ponieważ teraz wyglądała bardzo pięknie. W górach człowiek jest inaczej ubrany i bez dodatkowych „zabiegów upiększających”, dlatego tak bardzo „ta” Asia różniła się od „tej” z gór. Przywitaliśmy się, po czym zaprosiła mnie do środka.

W ośrodku „Maria 5” usiadłem przy recepcji, gdzie obie Asie obsługiwały klientów. Kiedy zrobiło się spokojniej, najpierw chciały, żebym opowiedział im całą wyprawę i co przeżyłem na szlaku oraz kogo jeszcze spotkałem. Miałem bardzo wiele do opowiadania, bo omawiałem piękne widoki, spotkanie ze Słowaczkami pod Gerlachem, czy też kozice jedzące z jednego „stołu”. Obok dziewczyn na wózku inwalidzkim siedział ośmioletni chłopiec. Bardzo fascynował go świat gór i chciał żebym mu codziennie przynosił zdjęcia z wypraw. Powiedziałem mu, że z miłą chęcią pokazałbym mu świat gór, ale ja tu jestem tylko na jeden dzień i można powiedzieć, że z przypadku. Asia wtedy opowiedziała mu całą historię, jak się poznaliśmy. Chłopiec z uwagą przysłuchiwał się opowieści oraz bardzo chciał widzieć wszystkie widoki na fotografiach, które zobaczyliśmy podczas naszej wspólnej wędrówki. Zdjęcia z wyprawy oglądaliśmy na moim aparacie, a w między czasie opowiadałem, co zobaczyłem, kogo poznałem i jakie piękno oferują Tatry. Po dłuższej rozmowie z Asią, druga Asia przyprowadziła Marię. Byłem ciekawy tego spotkania, ponieważ dziewczyny znały ją z płomiennej pasji do gór i bardzo szybkiego tempa, pomimo swojego wieku. Kiedy dołączyła do nas, poznaliśmy się i zaczęliśmy opowiadać sobie, jak zaczęła się nasza przygoda z górami oraz co już zobaczyliśmy. Dodatkowo wymienialiśmy się doświadczeniami. Maria koniecznie chciała umówić się ze mną na przejście jakiegoś szlaku. Chciała nawet zorganizować tygodniowy wyjazd w Tatry, ponieważ pochodziła znad morza, więc do gór miała bardzo daleko. Nasze rozmowy trwały bardzo długo aż do późnego popołudnia. Jako, że został mi jeszcze jeden dzień wolnego na powrót do domu, Asia i Maria postanowiła, że zakwaterują mnie w jednym z pokoi. Dzięki temu, że miałem pokój i mogłem zostać aż do jutra, rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Naszym tematem numer jeden stały się oczywiście góry. Omawialiśmy szlaki, ponieważ Maria miała mapę Tatr i chciała koniecznie dowiedzieć się, co ciekawego można zobaczyć na każdym z nich. Maria dodatkowo umówiła się ze mną, żeby nazajutrz przejść ze mną w okolicach Zakopanego jej własny wytyczony szlak, kończący się wejściem na jakieś nieznane wzniesienie, dające przepiękny widok na panoramę Tatr.

Dnia następnego wstaliśmy i o umówionej godzinie spotkaliśmy się wszyscy. Dziewczyny musiały wcześnie rano wracać do domu, ponieważ ich czas obsługi w obiekcie dobiegał końca. Została tylko Maria. Bardzo długo żegnaliśmy się. Wszyscy dogadywaliśmy się bardzo dobrze, dlatego tak trudno było nam się rozstać. Asia najdłużej się ze mną ściskała na pożegnanie. Po pożegnaniu dziewczyn, ja i Maria, poszliśmy na wzniesienie, o którym tyle mówiła wcześniej. Tak, jak Asia zapewniała, Maria chodziła bardzo szybko. W wieku 52 lat przeszła całą Orlą Perć w ciągu 11 godzin ze szlakami dojściowymi od Murowańca do Murowańca. Po samym tempie mogłem wywnioskować, że Maria jest prawdziwą pasjonatką gór. Widać, że musiała wiele gór schodzić, żeby utrzymać taką kondycję, czego jej pogratulowałem. Dziewczyny zostały jeszcze w obiekcie. Po krótkiej trasie wróciliśmy do ośrodka i spotkaliśmy się ponownie razem, gdzie jeszcze przez długi czas dyskutowaliśmy o górach. Obowiązkowo poszliśmy do chłopca na wózku inwalidzkim, aby i jemu pokazać coś ze świata gór. Bardzo ucieszył się na myśl, że pamiętaliśmy o nim. Czas już było wracać do domu. Ja i Maria znaleźliśmy wspólny język, przez to najdłużej ściskaliśmy się na pożegnanie. Maria miała jeszcze jedną przypadłość. Z każdego miejsca, które odwiedziła, musiała przywieźć jakiś kamień. Teraz pomimo, że przebywała na turnusie rehabilitacyjnym, nie odmówiła sobie wyjścia w góry, dlatego w pokoju miała zebraną już całkiem pokaźną kolekcję kamieni ze szlaków…

Podsumowując: niezwykłe kwiaty, fenomenalne zjawiska pogodowe, poszarpane i niezliczone szczyty tatrzańskie przenikające się wzajemnie, wspaniali ludzie, niekończące się rozmowy o górach, radość chwil, cisza, dzika zwierzyna, "chmury" gwiazd i idealne warunki pozwoliły mi odbyć niezwykłą, niepowtarzalną wędrówkę, gdzie mogłem poczuć, czym tak naprawdę jest prawdziwy klimat gór…

C) POMÓC SPEŁNIĆ MARZENIA INNYM
Co kryje się pod tym tytułem? W moim klubie górskim poznałem mnóstwo ludzi. Powiedziałem też coś o wyjściu w nocy na wschód słońca z ekipą starszych ode mnie osób, którzy brali udział w zjeździe. Na tym spotkaniu poznałem 52-letnią Otylię, która była dość schorowaną osobą. Wyjścia na Czantorię były dla niej większymi wyprawami. Wiedziałem też, że od zawsze marzyła o tym, żeby wejść na Babią Górę i zobaczyć wschód słońca. Otylia miała jeszcze siostrę o 10 lat starszą, którą dosłownie wyciągała w niższe góry. Po tym zjeździe spotkaliśmy się jeszcze co najmniej kilkanaście razy w Beskidzie Śląskim na mniej uczęszczanych szlakach, które one znały bardzo dobrze. Dzięki tym spotkaniom mogłem dowiedzieć się czegoś nowego o ziemiach podgórskich w pobliżu Czantorii oraz o historii dawnych kamieniołomów pod Goleszowem, produkcji wody mineralnej w lesie, czy też o zakładzie, który działa od ponad stu lat, pomimo dwóch wojen światowych. Dodatkowo pokazały mi Cisownicę - krainę siedmiu wzgórz, gdzie nie ma szlaków, a bardzo ciekawą trasą można wrócić z Małej Czantorii. Nawet od osób, które dopiero rozpoczęły swoją przygodę z górami, mogłem się tak wiele dowiedzieć… To było coś pięknego! Któregoś razu, podczas rozmów o górach, pojawił się pomysł wyjazdu na Babią Górę. Powiedziałem Otylii, że uda się spełnić jej największe marzenie. Niestety choroba ciągle postępowała i ona sama czuła, że ma coraz mniej sił.

Umówiliśmy się na wyjazd na Babią Górę w lecie, żeby spokojnie mogła wejść na szczyt, bez zbędnej gonitwy. W końcu podejście na Babią Górę wymagało znacznie więcej sił niż na Czantorię. Późnym popołudniem dotarliśmy na wierzchołek. Ta góra posiada mnóstwo tajemnic, które są jeszcze nie odkryte, stawów, do których nie prowadzą żadne szlaki, czy wyjątkową roślinność alpejską, której w pozostałej części Beskidów nie zobaczymy. Wejście na szczyt było jej Mt. Everestem. Wiedziała, że na więcej nie ma już sił. Najbardziej podbudowała mnie jej radość, że mogła wejść na wierzchołek i przesunąć swoją granicę wytrzymałości. Nigdy wcześniej nie próbowała podobnych wędrówek. Dodatkowo mogła poczuć prawdziwy klimat gór, ponieważ spała w… jamie skalnej, która jest oddalona o kilkanaście metrów wysokości od szczytu Babiej Góry. Większość turystów nawet nie wie o tym, że pod główną kopułą znajduje się jakaś jama. Tylko znawcy tematu wiedzą, za którym kamieniem należy jej wypatrywać. Wielkim przeżyciem dla niej był fakt, że jama znajduje się pod trasą szlaku prowadzącego na szczyt, dlatego po 3.00 w nocy słyszała nad swoją głową, jak inni turyści stawiają kroki na wielkim głazie. Reakcja osób, które ją widziały wychodzącą z jamy była bezcenna! Doznając tak nietypowych dla niej przeżyć i podziwiając czerwieniejący wschód słońca, spełniła swoje wielkie marzenie. Wiedzieliśmy, że pogoda ma się szybko popsuć, dlatego tuż po wschodzie rozpoczęliśmy schodzenie z gór. W oddali widzieliśmy chmury, które sprawiały wrażenie, że ląd jest połączony z niebem. Nie dało się wyznaczyć żadnej wyraźnej granicy. Gdzieś w oddali widzieliśmy błyskawice, ale bez odgłosów. Dla mnie była to informacja, że burza może znajdować się około 50-70 km od nas. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, dlatego zdążyliśmy wrócić do schroniska na Markowych Szczawinach i przeczekać intensywny opad deszczu w budynku. Po ustaniu opadów, wspominaliśmy piękne widoki, niesamowitą roślinność, przeżycia podczas wędrówki i rozmawialiśmy o tym, co jest najpiękniejszego w górach.

  
Największe marzenie Otylii się spełniło - weszła na szczyt Babiej Góry w nocy, dodatkowo śpiąc w jamie tuż pod szczytem

W tej jamie spała Otylia, kiedy spełniała swoje największe marzenie o wschodzie słońca ze szczytu Babiej Góry

Niestety, dnia 5 lipca 2017 roku dowiedziałem się że Otylia zmarła, przegrywając walkę z ciężką chorobą. Kiedy dostajesz taką przykrą wiadomość, doceniasz każdą taką chwilę po trzykroć bardziej, pomimo, że dla wielu Babia Góra nie jest jakąś wyjątkową górą. Taka kolej życia pokazuje, że nie same góry są w sobie ważne, ale wspólne przeżycia w górach, osoby poznane w górach i te piękne chwile, których nie mamy na co dzień. Nie bez powodu do jeszcze nie tak dawna mówiło się, że góry łączą. Dzisiaj już niestety „to nie działa”, dlatego jeśli kochasz góry, to dobrze wiesz, że podobne osoby trzeba wyszukiwać…

Bardzo się cieszę, że oprócz pożegnalnego zjazdu pod Babią Górą, Otylia mogła uczestniczyć jeszcze w 17-tu innych spotkaniach, dzięki czemu każdy mógł poznać ją bliżej. Każdy, kto poznał Otylię w naszym klubie górskim, na pewno zapamiętał ją na zawsze jako skromną i ciepłą osobę...

D) KAZBEK
Trochę już wspominałem o Kazbeku, dlatego nie będę powracać do historii całej wyprawy, ale raczej skupię się na niezwykłym spotkaniu. Wcześniej powiedziałem, że po analizie pogodowej podjąłem decyzję, że na szczyt wyruszę dopiero wtedy, kiedy zmieni się rodzaj chmur na taki, który będzie zwiastować dobrą pogodę. 49 ekip, które noc w noc próbowały swoich sił zostały z niczym, ponieważ trzykrotna próba wchodzenia na wierzchołek spowodowała, że skończyły się zapasy jedzenia lub najzwyczajniej zabrakło sił. Ja tymczasem przeczekiwałem mglistą pogodę. Po trzecim dniu w obskurnym budynku Meteostacji pozostałem tylko sam. Wieczorem wyszedłem jeszcze po wodę, a wtedy dostrzegłem czterech ludzi podchodzących do budynku. Czekałem aż dotrą do schronu, żeby ich przywitać, niezależnie z jakiego kraju będą. Kiedy doszli na wypłaszczenie terenu, od razu poznałem, że to Polacy! Cieszyłem się, bo mogłem z kimś porozmawiać. Byłem nastawiony, że dzisiejszej nocy samotnie wyruszę na szczyt. Widząc, że wszyscy w ekipie są zmęczeni, pokazałem im, który pokój zająłem. Wszystkie wyglądały podobnie, ponieważ od 1939 roku nie były remontowane, poza wstawieniem prostych pryczy. Zaczęliśmy gotować zupy i opowiadać o drodze prowadzącej na Kazbek. Koniecznie wspominałem o tym, co się działo tutaj podczas ostatnich trzech dni. Kiedy wysłuchali całej historii, stwierdzili, że może być nieciekawie. Przedstawiłem im, jaki wymyśliłem plan działania ze względu na pojawiające się chmury pod szczytem o określonej godzinie oraz omówiłem zwyczaje przewodników prowadzących komercyjne wyprawy. Kiedy oni rozpoczęli swoje historie, dowiedziałem się, że mam do czynienia z zawodowymi żołnierzami z Wojska Polskiego. Na Kazbek przyjechali w ramach swojego urlopu. Wrócili ze szkolenia wytrzymałościowego w Gujanie Francuskiej. Swoją formę i kondycję trenowali w dżungli w tropikalnych warunkach. Od razu pomyślałem, że na pewno muszą mieć niezłe tempo i będą nie do zajechania oraz, że Kazbek będą „przecinać” jak taran. Pomimo zmęczenia, koniecznie chcieli zrobić aklimatyzację do poziomu 4000 m n.p.m. Umówiliśmy się, że o godzinie 19.00 wyruszymy na dwie godziny, po czym po powrocie szybko spakujemy się na atak szczytowy i pójdziemy spać, ponieważ pobudkę zaplanowaliśmy o północy tak, żeby wyruszyć o 1.00 w nocy. O ile ekipa wojskowych dała mi się poznać, że nie są prawdziwymi pasjonatami gór, bo sami stwierdzili, że tylko lubią górskie wędrówki, ale nic poza tym ich nie kręci, to mimo wszystko wytworzył się ciekawy klimat rozmów, ponieważ wspominaliśmy inne nasze górskie wyprawy i wyjścia. Dla mnie niesamowitym przeżyciem był sam fakt, że spotkana grupa ludzi poprosiła mnie, żebym został ich przewodnikiem, ponieważ widzieli, że wiedzę związaną z pogodą wykorzystuję w górach bez urządzeń elektronicznych.

Wejście na szczyt podobało mi się jeszcze z jednego powodu. Na wysokości 4500 m n.p.m. na rozległej przełęczy dwójka Czechów spała w namiocie wkopanym głęboko w śnieg. Widząc, że nie mają sił i że wchodzą „na czworaka”, zachęcaliśmy ich do dalszego podchodzenia na wierzchołek. Mówiliśmy, że widoki są tak piękne, że naprawdę warto się zmęczyć. Ta sytuacja pokazała mi, że czasem obecność innych ludzi w górach jest bardzo ważna, ponieważ gdyby wtedy nikogo nie było i wchodziliby sami, najprawdopodobniej nikt nie wszedłby na szczyt. Wielokrotnie jeden do drugiego powtarzał, że już nie ma sił i chce zawrócić. Mimo wszystko idąc „na czterech” dwójka Czechów doczołgała się na sam wierzchołek. Szkoda tylko, że zanim osiągnęli swój cel, utworzyła się chmura pileus, która pokryła rejon kopuły szczytowej… Zobaczyli tylko na krótką chwilę panoramę gór podczas okna pogodowego. Trochę było mi ich szkoda, ponieważ w to wejście naprawdę włożyli swoje całe siły. Można powiedzieć, że walczyli do upadłego. Kolejną ciekawą sytuacją było spotkanie z gruzińskim przewodnikiem. Wyruszył niedługo po nas, bo jak stwierdził, musi się przygotować do prowadzenia jutrzejszych komercyjnych ekip, a w tym roku wchodził po raz pierwszy na Kazbek. Na szczycie pogratulował nam wejścia i kiedy zapytał skąd jesteśmy, żołnierze wyciągnęli flagę Polski i zrobili sobie z nią zdjęcie. Chyba nikomu nie trzeba mówić, że Polacy w Gruzji są bardzo lubiani, dlatego koniecznie chciał mieć z nami zdjęcie i z flaga Polski. Podał też adres mailowy, żebyśmy mogli mu przesłać zdjęcia.

Żołnierze z którymi poszedłem na szczyt Kazbeku

 

Morze chmur podświetlane od góry oraz rozległa przełęcz na wysokości 4450 m n.p.m.

 
 
Idziemy w stronę szczytu

 
Widoki ze szczytu. Na drugim zdjęciu widoczne dwa, białe wierzchołki na horyzoncie to Elbrus

Cała wyprawa była niezwykle udana. Nawet, gdy już zeszliśmy do wioski Stepantsminda nasza przygoda nie skończyła się. Na dwie noce zatrzymaliśmy się w prywatnym domu u Gruzinów. Mieliśmy stąd piękną bazę wypadową. W ramach relaksu wpadliśmy na pomysł, żeby na lekko pójść do poziomu słynnego kościółka Tsminda Sameba, położonego na wysokości 2200 m n.p.m. Sam kościółek nie był naszym celem, ale rozległa polana trawiasta z kwitnącymi żółtymi kwiatami, skąd rozpościerał się niesamowity widok na całą górę Kazbek, a po przeciwnej stronie na rząd czterotysięczników. Ten dzień również utkwił mi w pamięci bardzo głęboko, ponieważ po udanym wejściu na Kazbek podczas idealnej pogody, mogliśmy odpoczywać w bajecznie pięknym miejscu, w totalnej ciszy. Mogliśmy ponownie poczuć to nie do opisania uczucie wolności, które pojawia się wysoko w górach… Jeszcze tego samego dnia wyruszyłem do poziomu 2940 m n.p.m. na kolejną polanę. Z dnia wczorajszego wiedziałem, że kwitną tam sasanki w trzech kolorach oraz inne kwiaty. Koniecznie chciałem pobyć w tym wyjątkowym miejscu i nacieszyć się wspaniałymi widokami, ciszą. Droga na wysoko położoną polanę upływała mi bardzo szybko, ponieważ wędrówka bez za ciężkiego plecaka była czymś przyjemnym. Nie spodziewałem się, że nawet na tym odcinku ktoś może do mnie dołączyć. Pewna starsza ode mnie kobieta imieniem Jola, pozdrowiła mnie, kiedy zauważyła, że idę ku górze. Zapytała mnie jak daleko jest stąd do lodowca i czy może do mnie dołączyć. Zgodziłem się. Dalej poszliśmy razem do poziomu polany. Jola nie zamierzała iść dalej, ponieważ lodowiec znajduje się znacznie dalej, a dodatkowo przez minimum godzinę trzeba kluczyć moreną boczną, jeśli dobrze znasz teren. Opisałem jej całą drogę, która prowadzi do lodowca. Tak naprawdę nie zależało jej, żeby być na lodowcu, ale żeby go zobaczyć. Z kwiecistej polany mogła go podziwiać, przez co była bardzo zadowolona. Ja tymczasem zachwycałem się pięknymi kwiatami i ciszą. Do tego miejsca docierały tylko pojedyncze osoby, ponieważ większość turystów zawracała niżej. Całą wyprawę na Kazbek uważam za bardzo klimatyczną, ponieważ cieszy mnie każde spotkanie z ludźmi, którzy kochają góry, lub którzy chcą się czegoś o nich dowiedzieć. Często jest tak, że obie strony poznają coś nowego, lub mogą posłuchać o nowych doświadczeniach. Takie spotkania zawsze mają największą wartość.


Kazbek

Spotkanie na takiej polanie ma swój niepowtarzalny klimat...

E) DOM DE MISCHABEL 2018
Dla mnie to była jedna z najbardziej niesamowitych wypraw, gdzie naprawdę poczułem wielki klimat gór. Pewnego dnia stało się tak, że niejaki Radek napisał do mnie wiadomość. Poszukiwał kogoś na wyjazd w Alpy, a konkretnie na Dom de Mischabel. Ale się ucieszył, kiedy dowiedział się, że ja już tam byłem i znam całą trasę. Do niego dołączyły jeszcze dwie osoby. W sumie stworzyliśmy czteroosobową ekipę, która naprawdę kochała góry. Miałem pewność, że nie będzie to kolejne, zwykłe wejście na następną górę, ale raczej przeżyjemy wyprawę z klimatem. Dlaczego? Ponieważ każdy z nas chodził od wielu lat w góry, każdy miał inne doświadczenia, oraz każdy z nas opowiadał o nich z wielką pasją. To dało się od razu wyczuć. Dodatkowo mieliśmy podobne charaktery. Nikt nie chciał dominować, ale raczej zależało nam na wspólnej wędrówce i wspinaczce. Każdy mógł przedstawić swoje zdanie i zawsze wybieraliśmy coś po wspólnej naradzie. Kiedy omówiliśmy wszystko, umówiliśmy się na wspólny wyjazd samochodem. Od samego początku mieliśmy zapewnione przygody, ponieważ na terenie Niemiec kontrolka pokazywała, że coś dzieje się z silnikiem. Samochód cały czas jechał, więc nikt nie myślał o powrocie. Dotarliśmy nawet do Szwajcarii, 100 km w głąb Alp, do wioski Dieni. Zepsuł się samochód. Początkowo myśleliśmy, że to rozrusznik lub akumulator, że spadła klema z akumulatora, ale jak się okazało po powrocie – posypały się zawory CSV i jeszcze jakieś części związane z silnikiem. Samochód został unieruchomiony. Wspólnie próbowaliśmy rozwiązać problem. Wiedzieliśmy, że dalej tym autem nigdzie nie pojedziemy, dlatego musieliśmy coś wymyślić. Ja i Radek pobiegliśmy 2 km do sąsiedniej wioski. Wpadliśmy do kawiarni, gdzie siedzieli seniorzy. Tylko jedna starsza pani potrafiła mówić po angielsku. Dzięki niej załatwiliśmy kogoś od napraw samochodowych, a kobieta podwiozła nas do Dieni. To było bardzo ciekawe spotkanie. Maciek przeszukiwał Internet, żeby poszukać kogoś z lawetą, gdyby nie udało się mechanikowi uruchomić samochodu. Widząc jaką kwotę musielibyśmy zapłacić za alternator, powiedzieliśmy, że to są zbyt wielkie pieniądze. W Polsce ta sama część kosztowała blisko 7-krotnie mniej… Oczywiście najpierw ktoś musiał zdiagnozować, co jest uszkodzone. Mechanik stwierdził, że akumulator jest rozładowany i może to być alternator, ale żeby to stwierdzić, trzeba by było zostawić samochód w warsztacie. Wspólnymi głosami ustaliliśmy, że samochód zostawimy na parkingu w nieznanym nam miejscu na okres całej wyprawy i niech się dzieje co chce, a my od jutra dokończymy ledwo rozpoczętą wyprawę.

Gdyby nie awaria samochodu, nie zobaczylibyśmy tego pięknego stawu. W podobnych sytuacjach warto szukać tego, co pozytywne

Musieliśmy jeszcze dotrzeć do Randy – wioski, skąd rozpoczyna się wyjście na Dom de Mischabel. Jako, że znałem temat szwajcarskich pociągów, poszliśmy na najbliższy dworzec, skąd mogliśmy dojechać do Randy. Ledwo się wszyscy poznaliśmy, a tu „na dzień dobry” zdarzyła się nam taka sytuacja… Mimo wszystko atmosfera w grupie była bardzo dobra i to najbardziej cieszyło. Z samego rana, pierwszym pociągiem pojechaliśmy do Randy. W trakcie podróży podziwialiśmy piękne, alpejskie widoki. Około godziny 12.00 dotarliśmy na miejsce. Cieszyliśmy się, że choć z jednodniowym opóźnieniem, to nasza wyprawa w końcu się rozpoczęła. Teraz mieliśmy mnóstwo okazji do rozmów. Każdy z nas opowiadał historie ze swoich wyjazdów górskich. Najbardziej utkwiła mi w pamięci góra Monte Viso od Maćka. Wielokrotnie o niej wspominał z sentymentem oraz w kontekście, jak zaczynał swoją przygodę z Alpami. Każdy z nas miał wiele do opowiedzenia. Radek z kolei jest profesjonalnym znawcą Iraku, ponieważ jako fizjoterapeuta jeździ tam na kilkumiesięczne misje. O Iraku może napisać książkę, i przeprowadził już wiele prelekcji na ten temat. Opowiadanie o Iraku to bardzo szeroki temat, stąd każdy słuchał jego historii z zaciekawieniem. Od razu zauważyliśmy, że każdy z nas miał podobne podejście do gór. Maciek może trochę różnił się od nas pod względem planowania, ponieważ u niego wszystko musiało być na konkretną godzinę, co wprowadzało w niektórych momentach niepotrzebną gonitwę i nerwowość. Mimo wszystko, poza tymi nielicznymi sytuacjami, po zejściu z gór mieliśmy mnóstwo tematów do rozmów i nikt na nikogo nie był zły. A co było ciekawego w samej wyprawie? Podczas podejścia na Dom de Mischabel trzeba wejść na Przełęcz Festijoch 3723 m n.p.m. Tyle, że aby się tam znaleźć, trzeba wspiąć się bardzo stromą ścianą skalną, używając liny wspinaczkowej. Ja i Maciek znaliśmy techniki asekuracji i tematy związane ze wspinaczką z praktyki, a pozostała dwójka nie miała o tym żadnego pojęcia. Wiedząc o tym jeszcze przed wyprawą, postanowiliśmy, że podczas wejścia będziemy ich asekurować, a podczas zejścia Maciek będzie wyszukiwać spitów i punktów, gdzie można założyć stanowisko. Ja miałem wiązać linę, wpinać ich do uprzęży i opuszczać ich w dół ściany, na trzy lub cztery razy, czyli tak zwany zjazd na linie z przesiadką. Maciek miał za zadanie znalezienie jakiejś solidnej półki skalnej co około 20 m wysokości ściany, gdzie mógłby ich przejąć, wpiąć do punktu asekuracyjnego i dalej wypiąć z uprzęży.

 
Piękna wioska Randa

Wejście na Dom de Mischabel upływało nam dość szybko poza ścianą skalną, ponieważ trochę nam zeszło z asekuracją mniej doświadczonych osób w naszej ekipie – Radka i Szymona. Mimo wszystko czasu mieliśmy bardzo dużo. Dalsza wędrówka od przełęczy oznaczała ciągłą „wyrypę”, ponieważ na szczyt idzie się stromą śnieżną granią o różnicy wysokości 830 m. Widok, który zobaczyliśmy ze szczytu po prostu powalił nas na kolana. Teraz nie wiedziałem, czy wspomniana wcześniej panorama z Punta Gnifetti jest tą najpiękniejszą w Europie, czy jednak Dom de Mischabel śmiało może z nią konkurować. Byliśmy jakieś 1,5 km ponad kłębiastymi chmurami, a otwarta przestrzeń i liczne szczyty sprawiały wrażenie, jakbyśmy patrzeli z samolotu, tyle, że z jego zewnętrznej strony. Widok był tak piękny, jak również niesamowita cisza, że aż blisko godzinę spędziliśmy na szczycie. Góra nie jest odwiedzana przez tłumy, dlatego każde wyjście na jej wierzchołek ma swój niepowtarzalny, wyjątkowy klimat. Droga okrężna przez lodowiec pozwoliła nam podziwiać mnóstwo ciekawych panoram i dostrzec wiele szczegółów trasy. Ostatnie kilkaset metrów przed przełęczą Festijoch można nazwać „łamaczem serc”, ponieważ po całej nocy i dniu wędrówki i wspinaczki jesteś tak wyczerpany ciągłym napieraniem w górę, a teraz kilkugodzinnym, dokuczającym upałem na lodowcu, że po prostu opadasz z sił. Z zagłębienia terenu na polu śnieżnym podchodzi się 100 m przewyższenia powoli i długo. Będąc totalnie wyczerpanym, śmiejesz się z samego siebie, jak męczysz ostatnie 200 m w poziomie. Ja i Radek podzieliliśmy to podejście chyba na siedem kawałków. Na przełęczy każdy baton smakował podwójnie. Teraz pozostało nam zejście ścianą skalną. Zanim jednak zaczęliśmy schodzić, odpoczęliśmy przez dłuższą chwilę, zjedliśmy coś, żeby z powrotem nabrać trochę sił. Dopiero wtedy Maciek zaczął szukać drogi zejściowej i wskazywał gdzie można znaleźć punkty asekuracyjne. Gdzieś poniżej znalazł półkę skalną, na którą mógłbym opuszczać pozostałą dwójkę. Najpierw wpiąłem się do dwóch punktów asekuracyjnych, a później Szymona i Radka. Opuszczałem ich pojedynczo, a Maciek dawał mi znak, kiedy przejmował każdego z nich i zabezpieczył. Zjeżdżając „z przesiadką” ze ściany, dotarliśmy do lodowca. W szczególności Szymon i Radek przeżyli coś nowego. Dalsza wędrówka przez lodowiec dłużyła się, z powodu zmęczenia.

Blisko 500-metrowy most na naszym szlaku na Dom de Mischabel

 
  
Jeśli masz zgraną ekipę, wyprawa w Alpy zawsze będzie miała wyjątkowy klimat

Nasze wejście na Dom de Mischabel

 
 
 
Niesamowite widoki ze szczytu Dom de Mischabel i w drodze powrotnej przez lodowiec

Zjazd na linie z przesiadkami

Odpoczywając w naszej małej bazie, cieszyliśmy się z pięknych widoków ze szczytu, z udanego wejścia i niezwykłego klimatu tej góry. Każdy z nas przeżywał ją na swój sposób, ale określił ją jaką niezapomnianą wyprawę. Kiedy zeszliśmy do doliny, a konkretnie do Randy, ponownie przeżyliśmy coś nietypowego. Dzień pomału dobiegał końca. Maciek dorzucił hasło: „O 20.00 rozpoczyna się mecz Chorwacja – Anglia. Jeszcze zdążymy na niego” [mowa o półfinale mistrzostw Europy w piłce nożnej z 2018 roku]. Miał rację, że mogliśmy zdążyć. W Randzie musieliśmy tylko dotrzeć od jakiejś knajpki. Raczej wszędzie transmitowano mecze. Zaczęliśmy schodzić ze znacznie cięższymi plecakami. Przez las przechodziliśmy dość szybko, ale co kilka minut przysiadaliśmy na skałach, żeby odciążyć ramiona od wrzynającego się plecaka. Tutaj ponownie mogliśmy poczuć ciepło lata, więc szliśmy na krótko. W niższych partiach góry Maciek zaczął zbiegać i dotarł do Randy jakieś 30 min przed nami. Znalazł nawet jakąś knajpkę „Treff 494” – od nazwy stalowego mostu. Teraz tylko czekał na nas, aż dołączymy do niego. My schodziliśmy swoim tempem. Widok drewnianych domów z kamienną dachówką bardzo cieszył, bo wiedzieliśmy, że do wioski pozostało niewiele. Jeszcze czekało nas tylko przejście przez trawiaste polany i już za kilkanaście minut dotarliśmy na drogę asfaltową. Zatrzymaliśmy się przy drugim kranie z wodą z murowanym zbiornikiem i napełniliśmy nasze naczynia, żeby w nocy nie szukać wody na kolejny dzień. Teraz czuliśmy ciężar naszych plecaków. Chcieliśmy się od nich uwolnić.

"Placek" pod namiot, gdzie robiliśmy namioty. W tym miejscu rozmawialiśmy o naszych przeżyciach z trasy, tuż po zejściu ze szczytu

O godzinie 20.05 dotarliśmy do knajpki. Maciek stał na lokalnej drodze i pokazał nam gdzie mamy iść. Widok nas zaskoczył! We wiosce rozstawiono biały, handlowy namiot, gdzie w środku wisiał biały ekran. Cały mecz wyświetlano za pomocą projektora podłączonego do laptopa. Każdy z nas się cieszył, bo potrzebowaliśmy Wi-Fi, żeby zebrać informacje o pociągach, cenach, lawetach, pogodzie, itp. rzeczach. Każdy więc podłączył się do sieci i zaczął szukać odpowiednich informacji. Maciek ustalił, że po samochód przyjedzie laweta i zabierze dwie osoby wraz z samochodem do Polski. Powrót miał rozpocząć się wieczorem w piątek. Ja i Szymon mieliśmy wrócić autokarem Sindbad, a rzeczy pozostawione w aucie mieliśmy odebrać od Radka z Jaworzna. Wszyscy zgodzili się na tą wersję wydarzeń. Żeby cały plan mógł wypalić, musieliśmy wyspać się gdzieś w Randzie i wstać jutro o godzinie 6.30, aby zdążyć na drugi poranny pociąg do Visp. Miał przyjechać o 7.54. Autokar do Polski odjeżdżał z Berna o 13.40, dlatego musieliśmy zdążyć na tę godzinę z Szymonem. Mecz tymczasem trwał w najlepsze i wszyscy oglądali go z zaciekawieniem. W 37. minucie wysiadła transmisja. Nie dziwiłem się, ponieważ w Niemczech i Szwajcarii Internet w tamtym czasie był bardzo słabej jakości. Miał niską przepustowość. Zaczęliśmy żartować, że podłączyliśmy się do sieci Wi-Fi i „zeżarliśmy” im cały transfer. Na szczęście transmisja po ponownym włączeniu wróciła. Maciek zarzucił kolejne hasło: „mogłaby być dogrywka, to wtedy dłużej będziemy mieli Wi-Fi”. Teraz się przydało, bo bezustannie szukaliśmy połączeń i różnych opcji powrotu. Mecz bardzo szybko mijał i… była dogrywka! Wydarzenie sportowe zakończyło się późno, bo dopiero po 22.20. Po całej wyprawie, w trakcie meczu Maciek zamówił hamburgera, Radek i Szymon po piwie, a ja duży kufel coca-coli. A dopiero co w drodze zejściowej wspominałem o niej… Podczas płacenia kartą starsza kobieta obsługująca kasę popełniła błąd. Kilkanaście minut zajęło jej naprostowanie sprawy, bo nie miała wprawy przy takich pomyłkach. Szymon mógł się zniecierpliwić…

Po meczu wszyscy rozeszli się w mgnieniu oka, a my w całkowitych ciemnościach poszliśmy do lasu, w miejsce, które bardzo dobrze znałem. Przeszliśmy całą wioskę pod niewielkie wzniesienie prowadzące do Attermanze. W lesie znaleźliśmy płaski teren, gdzie mogliśmy dobrze spać. Cała wyprawa miała dla każdego z nas niezwykły klimat, który do dzisiaj wspominamy z wielkim sentymentem i z uśmiechem, bo pomimo problemów, które przytrafiły nam się na samym początku, nie straciliśmy chęci na dalszą realizację naszych planów. Dodatkowo góra zapewniła ciekawe doświadczenia, widoki „z górnej półki”, których nie da się zapomnieć oraz doświadczyliśmy niezwykle głębokiego uczucia wolności. Mając dużo czasu, nie nudziliśmy się w swoim towarzystwie, ponieważ w trakcie przyrządzania obiadów na polanach, na gołoborzach kamieni, czy na lodowcu, zawsze spotykaliśmy się wszyscy razem i prowadziliśmy długie rozmowy. Już w trakcie schodzenia do Randy wspominaliśmy nasze przeżycia oraz komentowaliśmy sytuacje, które nas zaskoczyły, które nam się bardzo podobały i przede wszystkim podsumowaliśmy Dom de Mischabel, jako bardzo ciekawą propozycję na alpejską wyprawę z klimatem. Pomimo, że byłem na innych wyższych i odległych górach, to ten wyjazd cenię sobie bardzo mocno, ponieważ oprócz niesamowitej góry bez tłumów, wspaniałych przeżyć, niezwykle głębokiego uczucia wolności, gdzie aż łzy cisnęły się do oczu, wyjątkowych widoków ze szczytu, każdy z nas czuł, że spotkała się ekipa, która ma to samo podejście do tematu gór, każdy z nas miał mnóstwo różnych doświadczeń i wszyscy mieliśmy coś do powiedzenia. Ta wyprawa pokazała nam, że góry to nie tylko góry, ale również góry to ludzie, którzy nimi żyją…

F) DENALI 6190 m n.p.m. (ALASKA)
Ta wyprawa miała szczególny charakter, ponieważ pozwalała nam poczuć prawdziwie górski klimat, który w Polsce szybko zanika. I nie chodzi tu wcale o wysokość m n.p.m., czy o odległość, jaką musimy pokonać. Chodzi o osoby, które można spotkać na szlakach i w schroniskach, bo musimy pamiętać, że klimat gór tworzą ludzie, a nie same góry. Nie ważne, czy będą to „zwykłe” Beskidy, czy odległa Alaska – prawdziwego klimatu możemy doświadczyć wszędzie. Długie planowanie wyjazdu opłacało się bardzo, ponieważ na miejscu nic nas nie zaskoczyło i czuliśmy, że jesteśmy bardzo dobrze przygotowani. Nawet zanim rozpoczęliśmy górską wędrówkę, doświadczyliśmy tego, co kiedyś w Polsce było zupełnie normalne jeszcze przed 2010 rokiem. Zupełnie przypadkowi ludzie nam pomagali i byli chętni do rozmowy. Wystarczy wspomnieć lot z Seattle do Anchorage, gdzie już w samolocie inne osoby pytały nas dokąd lecimy. Kiedy dowiadywały się, że naszym celem jest Denali, od razu wywiązywała się długa rozmowa o tym, jaki mamy plan i czego się spodziewamy. Pasażerowie słuchali tych opowiadań z zaciekawieniem. W mieście Anchorage, które jest stolicą Alaski, również najzwyczajniejsza życzliwość była czymś wyjątkowym. Jako, że mieliśmy po trzy torby na osobę (jedzenie na 20 dni, sprzęt górski, ubrania, ciężkie buty górskie), w centrum miasta szliśmy do hotelu z całym ekwipunkiem. Przypadkowa osoba od razu nam pomogła zanieść torby w pobliże hotelu. W ogóle mieliśmy wrażenie, że tamtejsi ludzie byli uśmiechnięci i życzliwi. Mieszkając w Polsce, gdzie tłem jest zagonione społeczeństwo, często sfrustrowane, najzwyczajniejsza życzliwość, czy uśmiech na Alasce stawał się bardzo widoczny.

Czy dobrze oceniłem sytuację? Na pewno tak, ponieważ w USA byłem na okres pół roku, dlatego widziałem, jak ludzie się do siebie odnoszą i jakie mają podejście. Teraz mogłem po raz drugi to samo zobaczyć na własne oczy. Kiedy w hotelu dowiedzieliśmy się, że autokary do wioski Talkeetna, skąd rozpoczyna się całą przygodę, wyjeżdżają dopiero od 15. maja, recepcjonistka od razu zadzwoniła do swoich znajomych z pytaniem, czy ktoś przypadkiem nie jedzie w tamtą stronę. Po chwili umówiła się z nami kobieta, która z samego rana planowała wyjazd do Fairbanks – miasta odległego o ponad 450 mil od naszego hotelu. Talkeetna była mniej, więcej w połowie drogi. Umówiliśmy się na konkretną kwotę za przejazd i pojechaliśmy. W Polsce coraz rzadziej widzi się uśmiechnięte twarze, a tutaj były one codziennością. Dziwiło nas wręcz to, że kogo zapytaliśmy o jakiś szczegół, zawsze ktoś był chętny do pomocy i pomógł nam coś zorganizować. Dzięki życzliwości mieszkańców Alaski nie tylko poczuliśmy się od razu lepiej, ale również mieliśmy jeszcze dużo czasu na załatwianie kolejnych spraw. Strażnicy z parku narodowego Denali również w naszych umysłach rysowali się jako żandarmi, którzy będą surowo strzec prawa i tylko liczą na nasze potknięcie, a okazali się uśmiechniętymi facetami, którzy z nami porozmawiali, życzyli nam wiele dobrego oraz podpowiadali na co mamy uważać. Widać, że na każdym kroku stykaliśmy się z taką prawdziwą empatią, człowieczeństwem i tym, co w Polsce bardzo szybko zanika. Kolejnym etapem jest przelot cztero- lub sześcioosobową awionetką na odnogę lodowca Kahiltna, skąd rozpoczyna się całą wyprawę. Stwierdziliśmy, że na Alasce uśmiech i życzliwość jest czymś normalnym. Na kolejnych etapach ciągle spotykaliśmy się właśnie z tymi cechami – podczas przygotowania nas do lotu i tuż po lądowaniu na lodowcu. Można powiedzieć, że prawdziwy klimat gór rozpoczął się nie u stóp Denali, ale znacznie wcześniej, gdy tylko rozpoczęliśmy etap podróży do wioski Talkeetna. Klimat gór i ludzi którzy go tworzą jest nieodłączną częścią podobnych wypraw. Na Denali nie znajdują się przypadkowe osoby, które nie wiedzą po co tutaj przyleciały. To wszystko kosztuje, dlatego każdy miał pewność, że dookoła nas są w pełni świadomi ludzie kochający góry.

Przebywając na zupełnym odludziu, gdzie nie ma innej drogi wydostania się z lodowca niż wezwanie samolotu przez obsługę, która stacjonuje na lodowcu w namiotach, oczywistym jest zachowanie, które można nazwać pewnego rodzaju braterstwem. Pomimo, że ekipy nie znają się między sobą, to jednak zawiązują się codzienne, zupełnie przypadkowe rozmowy, a w razie wypadku, lub trudnych warunków, wszyscy sobie pomagają. Ciekawe jest to, że nigdzie nie jest napisane, żeby przed wyprawą zabrać ze sobą bambusowe tyczki, żeby oznaczać nieoznaczony fragment trasy, a jednak wszyscy to robią… Dzięki temu nie tylko zapewniasz sobie bezpieczniejszy powrót, ale również wskazujesz innym, którędy mają iść. Każda nowoodkryta szczelina lodowcowa jest oznaczona dwoma skrzyżowanymi tyczkami.

Kiedy już wylądujesz na lodowcu, zostajesz tylko ze swoją ekipą i wszechobecną, głuchą ciszą...

Baza strażników i zawiadujących lotami

A co mi najbardziej się podobało podczas całej wyprawy, co mógłbym określić mianem niezwykłego klimatu gór? Z pewnością wyjątkowość miejsca i ludzie, którzy byli tam razem z nami. Na początku trzeba sobie uświadomić na jak wielkiej przestrzeni jesteśmy, gdzie nie spotkamy nikogo, ani niczego poza innymi pasjonatami gór. Po drugie, na lodowcu panuje zupełna, głucha cisza. Cała wyprawa trwa około trzy tygodnie, dlatego masz świadomość, że jesteś zupełnie odcięty od cywilizacji, nie masz zasięgu i jesteś tylko sam ze swoją ekipą. Mając bardzo dużo czasu dla siebie, nie połączysz się z Internetem, dla „zabicia nadmiaru chwil”. I nawet nie chciałbym tego robić! Dlaczego? Ponieważ podczas obozowania w kolejnych bazach, najpiękniejszy klimat, to podziwianie wyjątkowych widoków, których większość ludzi na Ziemi nigdy nie zobaczy w swoim życiu, bardzo długie rozmowy i zastanawianie się nad wieloma rzeczami. Jednym z naszych długich tematów była dyskusja na temat Polski, jako kraju turystycznego – czy go doceniamy, czy nie. Jako, że dni trwały tutaj aż do godziny 23.20, prowadziliśmy wiele rozmów o górach, o przyjaźniach, czy też o naszych doświadczeniach. To wszystko składa się na wspaniały klimat, który my sami wytwarzamy. Najważniejsze, że odcięliśmy się całkowicie od cywilizacji i robiliśmy to, co kiedyś było zupełnie czymś normalnym: mieliśmy czas, dużo rozmawialiśmy i zwracaliśmy uwagę na szczegóły, na widoki dookoła nas oraz nie spieszyliśmy się do niczego. Samo przygotowanie prostego obiadu na lodowcu, gdzieś pomiędzy namiotami miało również swój niepowtarzalny klimat. Czym podchodziliśmy wyżej, tym częściej zauważałem, że ekipy spotykają się ze sobą w wolnym czasie po dotarciu do kolejnej bazy i również prowadzili długie rozmowy.


Zakładanie bazy

 
W podobnych warunkach "mieszkaliśmy" przez 3 tygodnie

Mając tak piękne widoki, prowadziliśmy wiele ciekawych rozmów nie tylko o górach

Ile tak naprawdę znaczymy, gdy popatrzysz tylko na mały fragment gór... Jesteśmy malutcy, prawie niewidoczni... (nasza baza znajduje się w tyle, ostatnia linia namiotów poza głównym ich ciągiem)

 
Na Denali masz mnóstwo czasu, żeby podziwiać piękne widoki

Kolejnym czynnikiem byli wspaniali ludzie, z którymi miałem okazję podejść do najwyższego punktu, położonego na wysokości około 5950 m n.p.m. O ile z początku szedłem za amerykańskimi ekipami podchodzącymi w celach aklimatyzacyjnych lub w celu założenia depozytu w śniegu, to później, od wysokości 5000 m n.p.m. poszedłem już sam. Gdzieś na grani spotkałem trzech Amerykanów, którzy chcieli założyć depozyt na wysokości 5210 m n.p.m. Panował wówczas mróz -37’C, a wieczorem temperatura spadła do -40’C. Miałem sprzęt najwyższej jakości, dlatego nie martwiłem się o odmrożenia. Czułem pełny komfort. Bardzo mi się podobało, że kobieta, która była w trzyosobowej ekipie od razu zagadała i zapytała skąd wyruszyłem, skąd jestem i jak mi się podoba na Alasce. Kiedy dotarliśmy do ostatniej bazy, która jeszcze nie istniała (wysokość 5210 m n.p.m.), usiedliśmy w słońcu na śniegu, kobieta przedstawiła się i nalała z termosu każdemu gorącej czekolady. Para z kubków aż buchała. Przez najbliższe 20 min rozmawialiśmy o górach i o… Polsce. Byli bardzo ciekawi tego kraju oraz co można w nim zobaczyć, jacy są ludzie. Jako, że kocham góry, pokazałem im nasz kraj właśnie od tej strony oraz inne piękne miejsca, które udało mi się odwiedzić. Wszyscy byli zadziwieni, jak mamy piękną roślinność, jak jest kolorowo w górach, gdy wszystko zakwitnie, oraz jaką mamy ich różnorodność. Na smartfonie pokazałem im krokusy w Dolinie Chochołowskiej, deszcz płatków z czeremch w Wiśle Jawornik, Bieszczady, Tatry zimą i latem, Halę Redykalną zimą, wiosnę w miastach, i tym podobne widoki. Najbardziej zachwycały ich kolory. Stwierdzili, że u nich rosną tylko zielone drzewa i czasem trawy (na Alasce w wielu miejscach zamiast traw zobaczymy mchy). Stwierdzili, że chcieliby kiedyś odwiedzić piękne góry w Polsce.

 
Dzień odpoczynku w Camp III i zachód słońca o godzinie 23.16

Widok z naszej bazy, kiedy rozmawialiśmy o docenianiu Polski jako kraju turystycznego

Kiedy patrzę wstecz, na inne wyjazdy lub wyprawy, zawsze najbardziej ceniłem sobie te nieplanowane spotkania z przypadkowymi ludźmi kochającymi góry. Zawsze wywiązywały się ciekawe rozmowy i dzięki temu poznawałem wspaniałych towarzyszy chociażby na krótki czas. Każde dobre słowo, które słyszysz od nieznajomych, zawsze dodaje „skrzydeł”. Nie chodzi tu o chwalenie kogoś, ale raczej o dobre słowo na dalszą podróż, pozdrowienie, czy życzenie komuś pogody i pięknych widoków. To są naprawdę miłe rzeczy. W drodze powrotnej z rejonów podszczytowych chyba przeprowadziliśmy najwięcej ciekawych rozmów, ponieważ założyliśmy bazę na lodowcu Kahiltna, tuż przed pierwszym wzniesieniem. Mając mnóstwo czasu wolnego nikt nie myślał, żeby włączyć telefon i coś czytać lub słuchać audiobooków. Teraz był najpiękniejszy czas na najciekawsze rozmowy w najpiękniejszym otoczeniu gór. Każdy z nas docenił wyjątkowe miejsce i otoczenie w którym się znajdował. Dzięki temu mogliśmy poczuć prawdziwy klimat gór. Wracając do początkowej bazy po dwunastogodzinnej walce z burzą śnieżną, czuliśmy się wyczerpani. Kiedy na ostatnim fragmencie ścieżki prowadzącej do bazy zauważyli nas strażnicy parku narodowego, wyszli nam naprzeciw, ponieważ chcieli pomóc donieść nasze ciężkie plecaki i sanie na miejsce, abyśmy mogli odpocząć. Nawet porozmawiali z nami o przeżyciach na Denali. Później wskazali miejsce, gdzie możemy rozbić namiot, żebyśmy mieli równe podłoże. Kiedy rozłożyliśmy go, oprócz strażników wyszły do nas kobiety stacjonujące w tutejszej bazie. Przyniosły wielki gar makaronu na boczku z jajkiem. Kobiety nałożyły nam największe porcje, jakie tylko się dało przygotować i wraz z strażnikami zaczęły z nami rozmowę. To było coś niespodziewanego, a jednocześnie pięknego, takiego ludzkiego… Po raz kolejny mogliśmy doświadczyć tego, co nazywamy prawdziwym klimatem gór na samym końcu całej przygody z Denali… O wspaniałych ludziach, których można spotkać na podobnych wyprawach świadczyło jeszcze jedno wydarzenie. Po dłuższym załamaniu pogody, każdorazowo trzeba wydeptać w śniegu pas startowy dla awionetek. W bazie początkowej przebywało 11 osób wraz z nami. Jeden ze stacjonujących przewodników podawał nam wytyczne, jakie wymiary ma mieć pas, oraz w jaki sposób go przygotować. Po południu, oraz rankiem, następnego dnia zaczęliśmy udeptywanie śniegu według instrukcji. Podczas tego spotkania poznaliśmy się bliżej z pozostałymi ekipami. Kiedy po powrocie małą awionetką do Talkeetny spotkaliśmy te same osoby, aż łzy cisnęły się do oczu. To było niezwykłe i niesamowite spotkanie…

  
Totalne odcięcie od świata, to nie tylko wysiłek i droga do celu, ale również nieplanowane spotkania z innymi ekipami

G) USA – SZKOLENIE Z PRACY
Pewnie pomyślisz o co chodzi. W USA w 2008 roku byłem na półrocznym szkoleniu w pracy. Na początku czułem wielkie obawy, bo nauka języka zawsze przychodziła mi z wielkim trudem. Z tego powodu trudno było mi się otworzyć na nowe znajomości i w ogóle na jakiekolwiek rozmowy. Mieszkaliśmy w małej wiosce, o której istnieniu inni Amerykanie nie są nawet świadomi. Zwykły wyjazd po buty oznaczał podróż 99 km od naszego hotelu… Na kilka tygodni przed powrotem do kraju postanowiłem przełamać moje lęki związane z językiem. Poszedłem do lokalnego centrum informacji turystycznej, żeby zapytać o tutejsze atrakcje i ciekawostki. Zauważyłeś, że pisząc o Alasce dużo mówiłem o uśmiechu i życzliwości? Tutaj spotkałem się ze wspomnianymi cechami jeszcze bardziej. Ponad czterdziestoletnia pani Susan najpierw dużo opowiedziała mi o wiosce, w której mieszkam, a później wskazała ciekawe miejsca do odwiedzenia, które można przegapić. Tej rozmowie przysłuchiwała się 21-letnia Amanda, która od niedawna dołączyła do Susan. Widać, że również żyła tym, co robi. Miała wiedzę i potrafiła opowiadać o atrakcjach turystycznych. Wszystkie je odwiedziła, dlatego miałem informacje z pierwszej ręki. Kiedy ponownie przyszedłem za kilka dni, Susan podeszła do mnie i uściskała mnie. Nie spodziewałem się takiego przywitania, co było bardzo miłe. Tym razem opowiedziała mi ciekawą historię, którą z wielką pasją dokończyła Amanda. Dziewczyna wyciągnęła mapę wojskową z zaznaczoną górą, do której nie prowadzi żadna ścieżka. Gdzieś w środku lasu miał znajdować się krater, który prowadzi do pięknej jaskini, gdzie przez 90% jej długości trzeba się czołgać. Byłem podekscytowany zdobywanymi informacjami, ponieważ nawet lokalni mieszkańcy nie wiedzieli o istnieniu tej jaskini na górze. Koniecznie musieliśmy tam być!

 
Dzięki zaangażowaniu Susan i Amandy mogłem odkrywać rzeczy, o których nawet lokalni mieszkańcy nie wiedzieli. To były piękne spotkania!

Amanda zawsze miała jakieś "tajne" dojścia do niedostepnych materiałów - mapa jaskini w kraterze z 1969 roku

Kiedy pierwszym razem z moją ekipą z pracy pojechaliśmy do wskazanego miejsca, odległego o 18 mil, po dłuższym czasie odkryliśmy to miejsce. Jako, że nie wzięliśmy lepszych latarek, sprawdziliśmy pierwszą komorę do wąskiego zacisku w kształcie litery ‘Z’, będącego wąskim przesmykiem o średnicy około 50 cm. Przeciśnięcie się dalej graniczyło z cudem. Ten, kto sforsował zacisk, miał do dyspozycji około 3,5-godzinny odcinek z odnogą, która błyszczała się fioletowymi minerałami. Po pracy szybko wróciliśmy w to miejsce – tym razem z kaskami i latarkami. Teraz mogliśmy czuć się znacznie bezpieczniej. Udało nam się przecisnąć przez zacisk i spenetrować jaskinię aż do samego końca, wraz z jej odnogą. Wszędzie zrobiliśmy ciekawe zdjęcia. Następnego dnia wróciłem do centrum informacji turystycznej i pokazałem Amandzie jak wygląda wnętrze jaskini. Kiedy zapytała mnie, czy przeszliśmy przez zacisk po 10 min wędrówki, odpowiedziałem, że tak. Dodałem również, że udało nam się i dodatkowo przeczołgaliśmy się przez całą jej długość. Na końcu jaskini znalazłem ciekawy porost. Amanda wtedy przyznała, że z powodu swojej tuszy dotarła tylko do zacisku i zawsze była ciekawa, co jest dalej. Poprosiła mnie o zdjęcia, żebym pokazał jej całe wnętrze oraz opowiedział coś o charakterystycznych punktach. Kiedy zobaczyła biały porost na moich zdjęciach, wysłała to zdjęcie do jakiegoś profesora, który zajmuje się roślinami. Myślałem, że nic więcej w tej wiosce lub w jej pobliżu nie mogę już zobaczyć, ale Amanda podsunęła mi kolejny, ciekawy temat. Widząc, że lubię poszukiwanie przygód oraz odkrywanie czegoś nowego, podrzuciła mi kolejną mapę. Tym razem, jakieś 12 mil od naszej wioski znajdowało się strome i wysokie urwisko, gdzieś przy ulicy. Wskazała, że tam również znajdują się jaskinie, ale trzeba podejść wysoko i poszukać możliwego wejścia do nich. Amanda nigdy ich nie znalazła. Kiedy pojechaliśmy pierwszym razem w nowe miejsce, wyszukiwaliśmy klifu o kształcie wskazanym na mapie. Znaleźliśmy poszukiwany fragment urwiska, po czym zaczęliśmy przeszukiwanie terenu. Nie mogliśmy trafić nawet na najmniejszy otwór lub dziurę.

   
W jaskini. Tego Amanda nie zobaczyła

Kolejnego dnia wróciłem i opowiedziałem o naszych problemach. Dziewczyna stwierdziła, że są dwa urwiska o dokładnie takich samych kształtach, dlatego bardziej szczegółowo opisała, gdzie mogę szukać wspomnianych wejść do jaskiń. Pojechaliśmy drugi raz. Faktycznie, urwisko znajdowało się znacznie dalej, ale miało podobny kształt. Zaczęliśmy szczegółowe poszukiwania. Duża część stromego terenu była zagrodzona, a na siatce wisiały tabliczki: „Teren prywatny. Wstęp wzbroniony”. Zastanawiało nas, czy ktoś sobie wykupił te ziemie i zagrodził wejścia do jaskiń tylko dla siebie. Kiedy wróciłem po dodatkowe informacje do Amandy, to powiedziała, że zbadamy tą sprawę razem. Co mnie zszokowało, to fakt, że dziewczyna powiedziała Susan, że na chwilę wychodzi z pracy, bo pojedzie ze mną zrobić wywiad. Tutaj w Polsce takie coś byłoby nie do pomyślenia! Amanda nie tylko chciała mi pomóc rozwiązać tą zagadkę, ale również było widać, że sama tym żyje. Pojechała w kierunku opracowywanych przez nas urwisk, ale najpierw wypytywała lokalnych ludzi w najbliższej temu miejscu wiosce. Kiedy wstąpiła na stację benzynową spotkaliśmy tam 80-letnią babcię, która powiedziała: „Teren z jaskiniami jest ogrodzony i faktycznie jest prywatny. Właściciel wyprowadził się 12 lat temu do Wisconsin, ale wszystkie wejścia do jaskiń zasypał, żeby inni nie wchodzili na jego teren”. Dzięki tej informacji wiedzieliśmy już, czy dalsze poszukiwania mają jakikolwiek sens. Na sam koniec, kiedy już wracaliśmy do kraju, Susan i Amanda uściskały mnie, po czym się pożegnaliśmy. Nie wiem, czy jeszcze ktoś z przyjezdnych tak bardzo drążył ciekawe i niewyjaśnione tematy, ale dla mnie to była bardzo ciekawa przygoda. Dla Susan i Amandy pewnie też, bo widać, że żyły sprawami lokalnej turystyki i chętnie gromadziły informacje. Dlaczego wspomniałem o tym wszystkim, chociaż bezpośrednio nie było mowy o górach? Dlatego, że będąc w USA, na każdym kroku spotykałem się z życzliwością, chęcią pomocy, uśmiechem i zaangażowaniem. Prowadząc rozmowy, z osobami, które kochały turystykę, czułem, że przeżywam coś wspaniałego, wyjątkowego. To było wspaniałe przeżycie. Jak bardzo by się chciało, żeby po powrocie również móc na co dzień spotykać podobnych ludzi…

H) ALETSCHHORN 2020
O podobnej wyprawie w Alpy myślałem od wielu lat, ale nigdy nie mogłem znaleźć odpowiednich gór, żeby zrealizować moje pewnego rodzaju marzenie. Chciałem stworzyć taką ekipę, żeby każdy miał podobne cele i podejście do gór, żeby nie było gonitwy na czas i żebyśmy zawsze mieli dużo czasu na podziwianie widoków oraz cieszenie się danym miejscem. Dodatkowo poszukiwałem pięknej góry, która nie będzie znana tłumom, gdzie trudno będzie dotrzeć większości turystom. Po długich poszukiwaniach relacji, przewodników i wysłuchaniu wielu opowiadań, natknąłem się na górę w Alpach szwajcarskich o nazwie Aletschhorn. Alp Berneńskich nie znałem, dlatego tym bardziej cieszyłem się, że poznam zupełnie coś nowego. Udało mi się stworzyć trzyosobową ekipę, która wiedziała, co mam na myśli. Każdy z nas wiedział, że to będzie wyjątkowa wyprawa ze względu na wybraną górę. Nie chodziło nam o trudność i wspinaczkową drogę, żeby później móc się pochwalić, ale raczej poszukiwaliśmy szczytu z dala od masowej turystyki, bez ludzi, z nienaruszoną przyrodą, bez wyciągów i z pięknymi widokami lodowcowymi. Dzięki temu moglibyśmy się wyciszyć i przeżyć piękną alpejską przygodę. Najbardziej działało na nas zdanie, które przeczytaliśmy w przewodniku: „wejście na szczyt smakuje podwójnie ze względu na ciekawą i wymagającą kondycyjnie trasę”. Tym razem pojechaliśmy autokarem do Szwajcarii, a później pociągami do Betten Talstation. Nastawiliśmy się, że będziemy spać tylko i wyłącznie w namiotach, bo dzięki temu przeżywa się więcej oraz można zobaczyć więcej. Od samego początku mogliśmy podziwiać wyjątkowe widoki. One nie były piękne, lecz wyjątkowe. Dlaczego? Nie tylko mogliśmy patrzeć na „śmietankę” najwyższych gór Europy, ale również trasa prowadziła obok bardzo urokliwego stawu Bettmersee. Siedząc na ławce, podziwiając niesamowitą panoramę Alp, przywoływaliśmy nasze wspomnienia z innych wypraw. W końcu przed nami widniała góra Dom de Mischabel, na której byliśmy dwa lata temu oraz Matterhorn i Weisshorn, które zawsze podziwialiśmy podczas naszych wcześniejszych wyjazdów. Klimat tego miejsca jest po prostu niepowtarzalny! A kiedy patrzysz na panoramę Alp, która przywołuje na pamięć kilka poprzednich wypraw, to dopiero czujesz, czym jest piękno pasji gór!

Bettmersee
Bajecznie piękne miejsce, które przywoływało na pamięć poprzednie wyprawy w Alpy, między innymi na Dom de Mischabel - staw Bettmersee

Kiedy poszliśmy powyżej stawu, do wyznaczonego przez nas miejsca na nocleg w namiocie, zobaczyliśmy największy lodowiec Europy – Aletschgletscher. Ten widok wbił nas dosłownie w ziemię! A my mieliśmy tutaj spać. Tego wieczoru podziwialiśmy jeszcze zachód słońca nad lodowcem i kilkoma czterotysięcznikami. Bardzo cieszyliśmy się, że daliśmy sobie dwie godziny na zwykły relaks nad stawem Bettmersee, że nigdzie się nie spieszyliśmy i mogliśmy dzięki temu każde wyjątkowe miejsce przeżywać na swój sposób. Wieczorem jeszcze rozmawialiśmy o tym, co nas czeka oraz omawialiśmy, którędy przebiega nasza dalsza trasa. Następnego dnia wstawaliśmy powoli, nacieszyliśmy się pięknymi widokami na lodowiec oświetlany wczesno porannym słońcem, po czym po spakowaniu się wyruszyliśmy kilkaset metrów w dół, w stronę lodowej krainy. Wiedzieliśmy, że przejście wyznaczonego fragmentu lodowca powinno zająć nam nawet do ośmiu godzin. Z zagranicznych relacji wiedziałem, że lodowiec jest bardzo poprzecinany szczelinami, dlatego co kilka metrów trzeba wyszukiwać nowej drogi. Myślę, że ten lodowiec jest idealnym miejscem na sprawdzenie każdej grupy. Dlaczego? Ponieważ co chwilę trzeba poszukiwać nowej trasy przejścia i kluczyć wśród szczelin. Jeśli ktoś liczy czas, lub czasem wyrywa się szybszym tempem do przodu, to tutaj podobne zachowania bardzo szybko wprowadzą nerwowość w ekipie. Wówczas będzie jasno widać, czy grupa jest zgrana i czy ma podobne cele oraz w jaki sposób przeżywa góry. Na szczęcie nikt z nas nie chciał wyrywać się samotnie. Dawaliśmy sobie dużo czasu na podziwianie lodowej krainy i zachwycanie się pięknem otaczających nas panoram. Dodatkowo robiliśmy wiele zdjęć. Przez osiem godzin kluczenia pomiędzy szczelinami, przez cały czas szliśmy razem, komentując to, co widzimy. W każdym z nas było widać zachwyt nad tym wyjątkowym miejscem.

 
Niesamowity lodowiec Aletsch

 
Szukanie przez 8 godzin właściwej i możliwej drogi przejścia z pewnością wymaga zgranej ekipy. Zbyt szybko mogłaby się wkraść nerwowość. Ten czas można przeznaczyć na coś znacznie lepszego - na podziwianie pięknych widoków i otoczenia, którego większość ludzi nie widziała

Szybko dostrzegliśmy, że nikt, oprócz nas, nie wchodził tak głęboko w góry. Szliśmy zupełnie sami. W trakcie wędrówki przez lodowiec mogliśmy zobaczyć wielki, kilkusetmetrowy lej, pochłaniający dosłownie wszystko. Ostatni odcinek dostarczył nam wielu powodów do radości, ponieważ przeszliśmy wzdłuż lodowych piramid, gdzie dodatkowo mijaliśmy piękne, turkusowe stawy. Po przejściu na drugą stronę lodowca Aletschhorn mieliśmy całkowitą pewność, że tutaj docierają tylko prawdziwi pasjonaci gór, ponieważ droga jest wymagająca pod względem kondycyjnym oraz cały czas trzeba mieć wytężoną uwagę, żeby znaleźć możliwą trasę przejścia pomiędzy głębokimi szczelinami. Kilka godzin wędrówki w podobnych warunkach może nieźle umęczyć, tym bardziej, gdy masz na sobie 30-kilogramowy plecak… Za lodowcem rozpoczął się niesamowicie piękny świat… W przewodnikach jest opisywany jako ten, który od wielu setek lat jest nienaruszony przez człowieka! Rzeczywiście, nawet nie mogliśmy znaleźć szlaku prowadzącego do części lodowcowej Aletschhornu. Ścieżka gdzieś dawno zarosła. Widoczne były jej tylko bardzo krótkie, dwu-, trzymetrowe odcinki, co kilkadziesiąt metrów. Nie mieliśmy nawet pewności, kto je wydeptał – czy nieliczni miłośnicy gór, którzy tu docierają, czy może zwierzęta. Największe wrażenie zrobiła na nas kwiecista polana, która kwitła wszystkimi kolorami. Obiecaliśmy sobie, że w drodze powrotnej zatrzymamy się tam na jedną noc. Dalsza droga pięła się ku górze, a krajobraz stawał się bardzo surowy i kamienisty. Na końcu moreny bocznej, dotarliśmy do drugiego, wielkiego leja z ogromną dziurą. Dalej musieliśmy wejść pochyłą ścianą skalną, gdzie dalsza droga nie była tak oczywista. Jako że kończył się dzień, rozbiliśmy namiot na morenie bocznej, na kamieniach.

Wieczorem słyszeliśmy jakieś „tępe” pomrukiwania z okolic lodowca, ale niczego nie widzieliśmy, co mogłoby wywoływać ten donośny i niski dźwięk, jakby ktoś przełamywał skałę na pół. Trzecie pomrukiwanie o godzinie 19.30 oznaczało potężne zawalenie się lodowca i zjazd wielkich, 5-metrowych lodowych brył, które wyrywały z podłoża wszystkie kamienie, pozostawiając po sobie szeroki, biały ślad. O godzinie 20.06 nastąpiło drugie zawalenie lodowca, dlatego postanowiliśmy, że wyprawę musimy zakończyć na tym etapie, ponieważ nasza droga została dosłownie „przeorana” i zatarasowana bryłami lodu. Jeszcze tego samego wieczoru spakowaliśmy się i odeszliśmy od tego miejsca na około 3 km. Rozbiliśmy namiot na morenie bocznej na kamieniach. Wstaliśmy kiedy tylko pojawiło się słońce. Usiedliśmy na głazach, zaczęliśmy przygotowywać śniadanie, oraz wspominaliśmy przeżycia z całej tej trasy. Pomimo niemożliwości kontynuacji dalszej wędrówki do góry każdy z nas był przekonany, że cała wyprawa jest bardzo udana, ponieważ podejście zakończyliśmy z przyczyn całkowicie niezależnych od nas. Najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Ponownie daliśmy sobie mnóstwo czasu. Tak bardzo podobał nam się widok na Aletschhorn i otoczenie lodowcowe, że siedzieliśmy tu do godziny 14.00. Dopiero po 14.00 wyruszyliśmy na obiecaną sobie wcześniej polanę. Dotarliśmy do niej za niecałe 3 godziny. Miejsce było tak piękne, że od razu wszystko zrzuciliśmy z siebie i zaczęliśmy rozglądać się po okolicy. Przebywaliśmy na kwiecistej polanie, gdzie mieniło się od kolorowych kwiatów. Nigdzie nie widzieliśmy śladów działalności człowieka. Dodatkowo po prawej, płynął szeroki potok z kaskadami. Po długim zachwycie pięknem polany złapaliśmy za aparaty, ponieważ koniecznie chcieliśmy uchwycić rajskie widoki na zdjęciach. Dopiero później zaczęliśmy rozbijać namioty i przygotowywać obiad. Posiłek zjedliśmy na zewnątrz, ciągle podziwiając piękne kwiaty, góry oraz wspaniały widok na Aletschhorn. Wielokrotnie powtarzaliśmy, jak tu jest pięknie. Chyba nie trzeba nikomu mówić, że noc w tak wyjątkowym miejscu musiała być udana. Kiedy wstaliśmy następnego dnia, zdecydowaliśmy, ze nie będziemy wracać szybko. Ponownie chcieliśmy nacieszyć się widokiem kwiecistej, rajskiej polany, oraz wysokich gór. Dla nas – ludzi kochających góry – pewnie tak w umyśle wyglądałby raj… Wszystko dookoła było nienaruszone przez człowieka –  tylko dzika natura i niesamowite kwiaty wśród traw, kwitnące aż po skaliste zbocza wysokich szczytów. Każdy z nas czuł prawdziwe wyciszenie.

Niecodzienna sytuacja - lodowiec się zawalił na naszych oczach

Nawet w bardzo surowym terenie można spędzić bardzo piękne chwile. Siedząc na kamieniach przy obiedzie długo rozmawialiśmy o górach. Tutaj uciekliśmy po zawaleniu się lodowca

   
Na tej rajskiej polanie rozbiliśmy namioty. Spotkanie w całkowicie odludnym miejscu, nienaruszonym przez człowieka z pewnością staje się wyjątkowe...

  
Niesamowite miejsce, gdzie mogliśmy się totalnie wyciszyć oraz poczuć prawdziwie górski klimat

Najciekawszy jednak jest fakt, że całkowicie zapomnieliśmy o koronawirusie, o wszelkich obostrzeniach i o medialnym szumie wokół tej choroby. Ani razu nikt z nas nie wspominał o koronawirusie, o pracy, o wydarzeniach na świecie. Byliśmy totalnie odcięci od reszty cywilizacji. Piękne otoczenie tak na nas wpływało, że rozmawialiśmy tylko o dobrych rzeczach, wspominaliśmy nasze wcześniejsze wyprawy oraz omawialiśmy wiele pięknych przeżyć górskich. Spotkanie podczas obiadu na trawie, wśród niezliczonych tysięcy kwitnących kwiatów głęboko zapadły mi w pamięć. Wracając na lodowiec Aletsch, również mieliśmy wiele powodów do radości, ponieważ wybraliśmy inną drogę, dzięki czemu zobaczyliśmy inne widoki. Trafiliśmy również na ciekawy staw z turkusową wodą na tle skalistych czterotysięczników. To było coś! Wędrówka wśród szczelin upływała nam znacznie szybciej, choć wybraliśmy gorszy wariant. Największe rozpadliny miały nawet 800 m długości, a my szliśmy pomiędzy nimi, wzdłuż. Po dotarciu na ląd rozbiliśmy namioty w bardzo ciekawym miejscu. Mieliśmy niesamowity widok na lodowiec Aletsch, na wielki lej, szczeliny, czterotysięczniki i zielone zbocza najbliższych gór. Po południu słońce tak oświetlało lodowiec, że pewien fragment wyglądał tak, jakby z wnętrza jednej szczeliny świeciła latarka. Lód ponad rozpadliną miał intensywnie błękitny kolor. Rozglądając się po okolicy, przez przypadek odkryliśmy przepiękny staw, w którym odbijały się czterotysięczniki, a tuż za nim, za przepaścistym urwiskiem, od razu widniał lodowiec Aletsch. Bardzo cieszyliśmy się z miejsca, które wybraliśmy. Było wyjątkowe i niezwykłe. Nawet wstałem po 23.00 w nocy, żeby podziwiać gwiazdy nad lodowcem. Tego widoku nocnego, rozgwieżdżonego nieba również nigdy nie zapomnę… Zanim poszliśmy spać, znowu mieliśmy okazję zjeść obiad w pięknym otoczeniu. Po prostu czuliśmy prawdziwy klimat alpejskich wypraw. Przebywając w rejonie Aletschhornu przez siedem dni, nie spotkaliśmy ani jednej osoby. Widzieliśmy gdzieś w oddali powracającą jedną ekipę, ale nawet nie nawiązaliśmy z nimi kontaktu. Później nawet nikt nie przechodził tamtędy…

Zdjęcie dla pokazania w jakich czasach odbyła się nasza wyprawa

Po powrocie kolejką do Betten Talstation zorientowaliśmy się, że powoli wracamy do „normalności”. Zauważyliśmy maseczki, ponieważ 6 lipca 2020 r. w Szwajcarii wprowadzono obowiązek noszenia maseczek w środkach transportu publicznego. Zorientowaliśmy się, że Aletschhorn tak bardzo nas „zresetował”, że zapomnieliśmy o dotychczasowym świecie. Czuliśmy się jak w raju! Nie tylko doświadczyłem głębokiego uczucia wolności, ale również mogliśmy odczuć, że nawet w tak krótkim okresie całkowicie można zapomnieć o wszystkich problemach tego świata. Na koniec naszej wyprawy podsumowałem, że moje założenia, o których myślałem od wielu lat zostały wypełnione w 100%, pomimo tego, że nie weszliśmy na szczyt Aletschhornu. Przeżyliśmy niezwykłą wyprawę górską z klimatem, którego trudno szukać gdzie indziej. Byliśmy całkowicie odcięci od cywilizacji, od problemów tego świata i mogliśmy się poczuć jak w raju, chociaż nikt nigdy w nim nie był... To uczucie jest bardzo piękne, wręcz nie do opisania. Mało jest chwil w życiu, kiedy możesz całkowicie wyłączyć myśli i poczuć totalny spokój wewnątrz. Teraz już wiesz dlaczego góry Aletschhorn, Denali, czy Dom de Mischabel tak bardzo mi się podobają? Jeśli masz w ekipie odpowiednich kompanów do wspólnej wędrówki lub wspinaczki, naprawdę możesz przeżyć niesamowitą wyprawę. Ta zdecydowanie należała do najlepszych. Najważniejsza nie jest sama góra i to, czy wejdziesz na jej szczyt, ani nawet jej trudność trasy dojściowej, ale to, co przeżyjesz, czego doświadczysz, o czym porozmawiasz w pięknych okolicznościach przyrody z najbliższymi na ten czas osobami, niesamowite widoki, panoramy, polany, łąki, umiejętność dostrzegania szczegółów, przeżywanie wszystkiego dookoła, doznanie głębokiego uczucia wolności, całkowite wyciszenie, dzielenie się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami, przypadkowe spotkania z prawdziwymi pasjonatami oraz zachwyt niepowtarzalnym światem gór. Wybrany szczyt nie może być jedynie celem do „zaliczenia”… Teraz już wiesz, dlaczego szukałem odpowiednich ludzi i odpowiedniej góry, a nie poszedłem, np. na Matterhorn?

6. GÓRSKIE IDEE, POMYSŁY, POSZUKIWANIE CIEKAWYCH ZJAWISK, FOTOGRAFIA
Pewnie zastanawiasz się co mam na myśli i w jaki sposób to wszystko może przyczynić się do pogłębiania pasji gór. W punkcie piątym bardzo dużo mówiłem o górskim klimacie oraz o tym, co jest najważniejsze w górach. Jednak jest jeszcze coś, co może pogłębić twoją pasję gór. Nie od dziś wiadomo, że ci którzy naprawdę kochają góry, zazwyczaj lubią fotografować odwiedzane miejsca, żeby później móc wracać do tych pięknych miejsc myślami. Jeśli lubimy fotografię krajobrazową, to na pewno umiejętnie połączymy ją z pasją gór, ponieważ obie dziedziny w pewnym sensie bardzo się uzupełniają, przenikają. Zauważ, że pasjonaci, którzy przeszli mnóstwo gór i mogą bardzo wiele o nich opowiedzieć, znają ciekawe miejsca, mają swoje „perełki”, które są dla nich pewnikiem dobrego odpoczynku, wyciszenia, przepięknych widoków oraz stają się stałym miejscem powrotów, gdzie wybrane, regularnie odwiedzane góry w ich pamięci kojarzą się zawsze z czymś dobrym, wyjątkowym, a być może z powtarzalnym, szczególnym zjawiskiem. Ja, jako pasjonat gór, również mam takie miejsca, do których chętnie wracam, ponieważ kojarzą mi się z czymś pięknym, lub przeżyłem w nich coś wyjątkowego. Z kolei inne „perełki” są idealnym „światem” dla fotografa, ponieważ krajobraz jest nadzwyczajnie urokliwy. Pasja gór, to nie tylko wielkie wyprawy, ale również góry, do których masz łatwy dostęp. Najważniejsze, żeby je doceniać. Nawet w niskich i łatwo dostępnych górach można wyszukać coś wyjątkowego.

Od 2009 roku przyjaźnię się z Danielem – osobą starszą wiekiem ode mnie o kilkanaście lat. Chociaż nigdy nie byliśmy na większych zagranicznych wyprawach razem, to każdy wyjazd z nim był i jest wielką przyjemnością, czymś wyjątkowym. Dzięki pomysłom Daniela mogłem poznawać góry jeszcze z innej, ciekawej strony, dlatego bardzo szybko polubiłem jego styl podróżowania, który śmiało mógłbym podciągnąć pod punkt trzeci tego artykułu. Każdy jego wyjazd w góry jest dokładnie przemyślany, a czas jest dokładnie obliczony, a to wszystko po to, żeby zaobserwować jakieś niezwykłe zjawisko. Zawsze jeździmy w najbliższe dostępne nam góry w Polsce, czyli Tatry, Beskidy lub Gorce. Daniel ma dar wyszukiwania ciekawych, specjalnych warunków dla fotografa, dlatego wyjazd z nim w góry zawsze jest wielką przyjemnością. Dzięki niemu mogłem zobaczyć te same góry, ale w jakże pięknej odsłonie… Tylko zobaczcie, jak wyglądają znane wam bardzo dobrze góry, kiedy pojedziesz w dobrze dobranym okresie i wyznaczysz odpowiedni czas na poszczególne miejsca:

A) MORZA CHMUR W PIENINACH
Piękny pomysł Daniela z 2010 roku stał się rokroczną tradycją, którą powtarzamy lub powtarzam regularnie, jeśli on nie może pojechać w tym czasie. W dniach 13-24. października trafia się zazwyczaj jeden dzień, kiedy nakłada się największa głębia kolorów liści jesieni oraz gęste zjawisko mórz chmur. Połączenie obu czynników tworzy niepowtarzalny krajobraz, który można zaobserwować jeden lub maksymalnie dwa razy do roku! Morza chmur występują oczywiście znacznie częściej w październiku, ale głębia kolorów liści i słoneczna pogoda już nie… Żeby móc trafić na ten wyjątkowy dzień, trzeba przeanalizować wykresy pogodowe z serwisu meteo.pl i właściwie je zinterpretować. Dodatkowo musisz wyruszyć w podróż tak, żeby, np. z Krościenka rozpocząć wędrówkę o 2.00 lub 2.30 w nocy, aby dotrzeć na szczyt Trzech Koron jeszcze przed wschodem słońca. Sami tylko zobaczcie, jak wyglądało omawiane morze chmur z 2017 roku:

Na szczycie Trzech Koron byliśmy o 4.50 nad ranem. Co nas najbardziej zadziwiało, to fakt, że nie wiał wiatr lub od czasu do czasu poczuliśmy lekki, ciepły powiew. Takie warunki ostatnim razem mieliśmy w 2010 roku. Teraz myśleliśmy, o której zaczyna się robić jasno i o której będzie wschód słońca. Mieliśmy ponad dwie godziny do wschodu. Daniel wyciągnął więc ponownie statyw i aparat, po czym zrobił serię nocnych zdjęć. Mój aparat miał założony filtr polaryzacyjny oraz miał taką wadę techniczną, że powyżej ISO 800 powstawało „ziarno” na zdjęciach, dlatego nawet nie próbowałem nocnej fotografii przy bardzo słabym i zanikającym świetle Księżyca. Wolałem popatrzeć na zjawisko na żywo. Przyjąłem znaną zasadę wśród fotografów: „jeśli zapomniałeś aparatu, a chcesz zrobić dobre zdjęcie, to jedyna rzecz jaką możesz zrobić, to podziwiać piękny widok i cieszyć się chwilą oraz zapamiętać go z jak największymi szczegółami”. Właśnie tak zrobiłem, bo morza chmur rzeczywiście zadziwiały zasięgiem. Oprócz 2010 roku nigdy później nie widzieliśmy, żeby sięgały aż po horyzont z każdej strony. Teraz wyczekiwaliśmy wschodu słońca, żeby zacząć serię zdjęć pokazujących piękno tego zjawiska. Na platformie widokowej byliśmy tylko my. Dopiero po godzinie 6.00 przyszły dwie kolejne osoby. Tuż przed początkiem nowego dnia doszły jeszcze dwie kolejne osoby – tym razem nastolatkowie. W końcu nadszedł długo wyczekiwany wschód słońca. Patrzeliśmy, jak ciepłe światło zaczęło powoli oświetlać Tatry w oddali. Minęło kilkanaście minut zanim ujrzeliśmy pierwsze promienie słońca. Po godzinie 7.15 zaczął płonąć od światła szczyt Nowej Góry 808 m n.p.m. Właśnie ta góra w połączeniu z morzami mgieł tworzy najpiękniejsze widowisko. Wyróżnia się całkowitym zalesieniem aż po sam wierzchołek, a pomiędzy świerkami rosną pojedyncze buki i modrzewie, jakby ktoś zrzucił je pomiędzy zwarty las. Patrząc w stronę Nowej Góry widzimy pełną głębię kolorów jesieni. Okrągły wierzchołek sąsiedniej góry tworzy piękną wyspę, jakbyśmy byli na otwartym morzu. Patrząc nieco bliżej, widzimy kolorowe drzewa ciągnące się aż pod naszą platformę tyle, że dużo poniżej nas. Za nami za to widać skaliste ściany, z których wyrastają malutkie, ale kolorowe drzewa.

Najbardziej zachwyca jednak widok w stronę metalowych schodów, którymi przyszliśmy. Czerwone buki na tle niebieskiego nieba tworzą istną mozaikę, której trudno gdzie indziej szukać. Patrząc nieco w lewo, w stronę odległych lasów, również dostrzegliśmy piękną mozaikę kolorów. Na szczycie zostaliśmy do godziny 9.40, ponieważ wiedzieliśmy, że morza chmur zmieniają swoje oblicze przez pierwsze trzy godziny od wschodu słońca. Wtedy można zobaczyć wiele różnorodności. Początkowo całe góry pokrywają się pięknym, różowym kolorem i gdzieniegdzie chmury podświetlane są na taki kolor. Za około 15 min wszystko „płonie” niesamowicie ciepłą, pomarańczową barwą. Wtedy następuje złota godzina dla fotografów. Chmury podświetlane od góry aż „płoną” od promieni słonecznych i dlatego wszystko dookoła jest takie wyjątkowe. W tym czasie kolory drzew jeszcze za bardzo się zlewają. Chociaż można odróżnić bardzo dobrze barwy, to jednak najpiękniejszy efekt jest dopiero około pół godziny po wschodzie, ponieważ od tego momentu największe znaczenie mają kolory liści. Na tle mórz mgieł wyróżniają się bardzo mocno i tworzą przepiękne widowisko. Wtedy patrzeliśmy w stronę Nowej Góry, żeby widzieć, jak powstają nowe wyspy oraz, jak coraz bardziej intensywne stają się barwy jesieni. Jak co roku, najwięcej czasu poświęcam na podziwianie mórz chmur w okolicach Nowej Góry. Pojedyncze, kolorowe drzewa „wstawione” pomiędzy ciemnozielone świerki wyglądają, jak gdyby dziecko malowało obraz palcami. Dlatego widok jest tak niezwykły. W tym samym czasie, za nami, słońce wędruje coraz wyżej nad horyzontem, a chmury ciągle płoną. Wzrok wszystkich fotografów przyciągała Sokolica 747 m n.p.m., która wyglądała, jakby broniła się przez „zalaniem” przez morza chmur. Mieliśmy wrażenie, że brakowało tylko 50 m, żeby mgły przelały się na drugą stronę przez jej szczyt. W nocy widzieliśmy wiele błysków pochodzących z czołówek, stąd wiedzieliśmy, że na Sokolicy też są ludzie obserwujący to same zjawisko. Zarówno na Trzech Koronach, jak i na Sokolicy wszyscy wstrzelili się idealnie z terminem, warunkami i pogodą. Kto był, ten nie żałuje, że pojechał w Pieniny, a nie na przykład w Tatry. Tatry z tej perspektywy wyglądały bardzo surowo i bez chmur. Jedynie powyżej 2400 m n.p.m. zalegały jeszcze cienkie warstwy śniegu.
A zdjęcia? Tylko zobaczcie, co tam się działo:

Morza chmur w Pieninach    
Morza chmur w Pieninach są po prostu wyjątkowe. Ile razy byłeś na Trzech Koronach? A ile razy widziałeś to zjawisko?...

B) KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ
Niby nic specjalnego, ale jeśli nie postąpimy, jak wielkie tłumy nieprzygotowanych turystów w Tatrach, to możemy zobaczyć coś zupełnie innego. Wiemy, że co roku jest organizowany dzień krokusa, co oznacza niezliczone tłumy. Dlatego najpierw musimy nauczyć się wyznaczać datę maksymalnego rozkwitu tych kwiatów. Jak to zrobić? Przeczytaj mój osobny poradnik na ten temat: Kiedy kwitną krokusy w Dolinie Chochołowskiej. Jeśli dowiesz się, jak to robić, musisz wybrać odpowiedni dzień, żeby nie trafić na hordy nieprzygotowanych, przypadkowych turystów. Najlepiej, jeśli wybierzesz dzień w środku tygodnia ze słoneczną pogodą. Wówczas będziesz miał gwarancję mniejszej ilości ludzi. Krokusy w Dolinie Chochołowskiej stały się bardzo znane i „sławne” dzięki portalom społecznościowym, dlatego i tak spodziewaj się większych tłumów. Najlepiej, kiedy na Polanie Chochołowskiej będziesz już po godzinie 9.30, a wtedy w spokoju będziesz mógł podziwiać kwiaty. Płatki otwierają się dopiero po 10.30, dlatego dodatkowo będziesz miał okazję zaobserwować cały ten proces, a być może nagrać film typu ‘timelapse’ [film mający na celu pokazać długotrwające procesy w przyspieszonym tempie]. Nasza tradycja powracania w celu podziwiania setek tysięcy kwitnących krokusów co roku pozwala nam obserwować zachodzące zmiany w dolinie, oraz wprowadzane coraz większe ograniczenia ze względu na bezmyślność przypadkowych ludzi i weekendowych tłumów. Z tego względu zmieniliśmy nasze miejsce podziwiania tych kwiatów, ponieważ cała przyjemność oglądania krokusów zniknęła w momencie, kiedy wszędzie rozstawiono wolontariuszy i ogrodzenia z taśm. Jeśli wcześniej mogłeś przyglądać się kwiatom z bliska, a teraz najbliższe widzisz z odległości 7-10 m, to dla każdego fotografa Dolina Chochołowska stała się bardzo nieatrakcyjna… Będąc w 2018 roku z Danielem „na krokusach”, tak zrelacjonowaliśmy nasz obchód dookoła polany:

Wyszliśmy po godzinie 8.45 i krokusy wszędzie były już w pełni otwarte. Zaczęliśmy iść w stronę kapliczki, gdzie po prawej stronie mamy jeden z pięciu najgęściej zakwitniętych obszarów na całej polanie. Przecina go wydeptana ścieżka. Co roku można było tamtędy przejść, ale w 2018, nawet ten kawałek ogrodzono taśmami. Szkoda, bo tam zawsze jest pięknie... Za pierwszym wzniesieniem, po lewej stronie i za chwilę po prawej, mamy dwa kolejne skupiska, gdzie znajdziemy bardzo gęsto kwitnące krokusy. W drodze do kapliczki po prawej stronie widać trzy pofałdowania, które wyróżniają się fioletem. Właśnie tutaj ludzie schodzą ze szlaku i zza drzew wchodzą na uschniętą trawę obok trzech dywanów krokusów. Jeśli widziałeś zdjęcia krokusów na tle ośnieżonych gór, to właśnie stąd zostały one zrobione. Chwilę dalej dochodzimy do kapliczki, gdzie na terenie ogrodzonym po lewej stronie, widzimy gęste, ale małe pole krokusów i za płotem, przed nami. Warto tutaj zrobić kilka ujęć. Schodząc z wzniesienia z kapliczką przetniemy szlakiem rozległy dywan krokusów, ale tutaj kwiaty są rzadziej rozmieszczone i wyglądają na nieco mniejsze. Na samym końcu ścieżki dochodzimy do głównej drogi prowadzącej do schroniska, którą przyszliśmy. Przed nami widzimy ponownie trzy drewniane chaty. Pomiędzy drugą, a trzecią zauważymy bardzo zieloną trawę (podczas, gdy wszędzie jest uschnięta), gdzie rosną najpiękniejsze i najbardziej fioletowe krokusy. Gdybym miał przeglądać wszystkie 2.000.000 kwiatów, które w pełni sezonu zakwitają jednocześnie (inne źródła podają nawet 14.000.000 kwiatów w pełni sezonu, w urodzajnym roku), to wiem, że najpiękniejsze są właśnie tutaj – pomiędzy dwiema ostatnimi chatami. Pomimo, że spotykamy je tuż przy głównej drodze, to w 2018 roku nawet je zagrodzono taśmą. Z tego samego miejsca mamy przepiękny widok na zieloną ścieżkę, przecinającą jeden z najpiękniejszych, fioletowych dywanów. Tutaj również kwiaty występują bardzo gęsto. Za trzecią chatą rozpoczyna się zakręt drogi prowadzącej do schroniska. Po prawej widać drewniane pale wbite do ziemi z taśmą TPN-u. Właśnie odtąd, aż do schroniska, ciągnie się bardzo gęsty dywan kwiatów, którego koniec widać przy drewnianej chacie. Zanim wejdziemy do schroniska, polecam jeszcze raz skręcić w kierunku kapliczki i spojrzeć tuż za schroniskiem w dół (tam, gdzie ścieżka przecina fioletowy dywan). Niżej, przed rzędem drzew, ujrzymy trzy dywany przecięte niewielkim pasem zieleni i uschniętych traw. To są wszystkie, najbardziej obfitujące w kwiaty miejsca na Polanie Chochołowskiej, które trzeba koniecznie zobaczyć.

       
Krokusy w Dolinie Chochołowskiej

   
Krokusy na Kalatówkach

Niestety co roku zauważam, że odgradza się coraz większy teren, ustawia coraz więcej wolontariuszy i stosuje różne zabezpieczenia. To wszystko powoduje, że na najlepsze miejsca możemy popatrzeć tylko z daleka, podczas gdy jeszcze w 2015 i 2016 roku wchodziliśmy w centrum wszystkich omówionym miejsc dostępnymi, zielonymi ścieżkami, nie depcząc kwiatów. Pamiętasz, jak na początku mówiłem, dlaczego większość ludzi może nie podzielać pasji gór? By wymagają myślenia, nieschematycznego działania, wysiłku fizycznego i pasji, która musi być w sercu. Szlak do Doliny Chochołowskiej pokazuje mi jednak, że większość polskiego społeczeństwa niestety nie zastanawia się nad wieloma rzeczami, a w życiu wystarczy im tylko zwykłe poczucie komfortu, bezpieczeństwa oraz wygody, co powoduje, że większość ludzi się nie rozwija w żadnym kierunku w swoim dorosłym życiu. Tylko spójrz:

Głównym problemem Doliny Chochołowskiej jest niestety reklama w mediach, która powoduje, że ludzie przybywają masowo. W ciągu jednego weekendowego dnia do doliny potrafi przyjechać nawet 33.000 ludzi! Takiego tłumu nikt, ani nic nie jest w stanie wytrzymać, dlatego stosuje się różne zabezpieczenia i ogrodzenia, żeby turyści nie zadeptywali kwiatów. To fragment mojej relacji z wyjazdu, z dnia 2 kwietnia 2017 roku, podczas, gdy jedyny dzień dobrej pogody przypadł na weekend, przez co nie mieliśmy innej możliwości, aby podziwiać krokusy:
Po godzinie 10.45 rozpoczęliśmy nasze zejście doliną na parking. Wpadłem na pomysł, że w dziesięciu miejscach włączę stoper na jedną minutę i policzę ile osób mijam w tym czasie idących tylko w stronę doliny. Przy Polanie Chochołowskiej naliczyłem 75 osób/minutę, ale już w drugim punkcie pomiarowym – czyli na odejściu czerwonego szlaku na Trzydniowiański Wierch, już 110 osób/minutę. Ilość idących ciągle wzrastała. Do Polany Huciska ustaliłem sześć punktów pomiarowych. Dalsze statystyki wyglądały tak: Leśniczówka Chochołowska: 126 osób/minutę, Wyżnia Chochołowska Brama 111 osób/minutę, odejście czarnego szlaku (ścieżka nad reglami) 110 osób/minutę i na kilkadziesiąt metrów przed Polaną Huciska: 132 osób/minutę. Za Polaną Huciska - cztery dodatkowe punkty pomiarowe: 1. 123 osób/minutę, 2. 117 osób/minutę, 3. 114 osób/minutę i 4. 112 osób/minutę. Te liczby dały mi wiele do myślenia… „Nacierający” tłum przez chociażby tylko godzinę dawał dwie osoby na sekundę, czyli aż 7 200 osób na godzinę! Schodziliśmy około półtorej godziny, więc my zobaczyliśmy w tak krótkim czasie aż 11 000 osób! A ile było ludzi przez cały dzień? Te statystyki będą dopiero dostępne następnego dnia po naszym przejściu. Mieliśmy szacunkowy obraz ile może być turystów, bo wchodząc na polanę pod Kozińcem spotkaliśmy strażnika parku, który strzegł krokusów, żeby ludzie ich nie stratowali. Wyznaczył granice, do których można się poruszać i nie zamierzaliśmy ich przekraczać. Powiedział nam, że w sobotę było 31 000 ludzi i że powrót do Krakowa trwał 7 godzin. Dzisiaj spodziewał się 36 000 ludzi. Statystyki są tworzone na podstawie sprzedanych biletów, a ilu weszło jeszcze przed otwarciem kas – w tym my? Tysiąc? Może dwa...

Tłumy i góry - to ewidentnie niedobre połączenie... Podczas weekendu z krokusami w drodze do Doliny Chochołowskiej zazwyczaj mijamy od 110 do 132 osób/minutę!

Widać też, że z roku na rok przybywa nieświadomych ludzi, nie mających pojęcia o górach (mówię tu o naprawdę podstawowej wiedzy). Brak świadomości rozpoznaję chociażby po zadawanych pytaniach na pierwszej polanie z kwiatami (10 min wędrówki od parkingu). Osoby, które nie wiedzą zupełnie nic o Dolinie Chochołowskiej i krokusach pytają, czy to już jest ta polana, co w telewizji pokazują. Inny zły przykład dają młodzi rodzice pchający wózek z małymi dziećmi. Nie wiedzą, że za 6 km czeka ich 4,5 km odcinek kamienistej, błotnistej, a często oblodzonej drogi, gdzie dziecko będzie lepiej wytrzęsione niż kulki w maszynie losującej Lotto… Niestety widać, że coraz więcej ludzi jest nieprzygotowanych do wyjścia w góry: zaczynając od podstawowej wiedzy, a kończąc na butach, gdzie jest wielu takich, którzy wędrują w sandałach, czy trampkach. Nic w tym złego nie ma, gdy idziemy asfaltem, ale pamiętajmy, że po 6 km asfaltowej drogi mamy około 4,5 km odcinek kamienistego szlaku, gdzie często występuje błoto, a nierzadko na ostatnich dwóch kilometrach… lód! Z tego powodu zawsze polecam zabrać ze sobą małe raczki zakładane na buty (raczki, to nic innego, jak gumowa nakładka z metalowymi kolcami, dzięki której będziemy mogli chodzić po oblodzonej powierzchni o niewielkim nachyleniu). W różnych marketach spotykam je co roku za około 20 zł, więc wydatek nie jest duży, a zdecydowanie ułatwimy sobie przejście. Nie raz widziałem, jak kobiety „walczyły” z ostatnim kilometrem trasy, po czym i tak wszystkie leżały na lodzie, bo nawet nie ma możliwości, żeby go obejść. Po lewej stronie widnieje zalesiona stromizna, a po prawej - pionowy, kamienny mur, za którym płynie szeroki potok, położony kilka metrów poniżej naszego poziomu... Czy to nie ja powinienem się uczyć od dorosłych i starszych osób?... Innym zjawiskiem jest młodzież, która przywykła do życia z telefonem w ręku. Niestety nie cieszą się górami, ale ciągle przeglądają Internet lub słuchają muzyki z przenośnego głośnika bluetooth…

Widząc, jak wiele zmieniło się w Dolinie Chochołowskiej (coraz większe zabezpieczenia, możliwość podziwiania najpiękniejszych miejsc tylko z daleka, tłumy nieprzygotowanych turystów) postanowiłem, że nie odwiedzę tego miejsca przez co najmniej kilka, kilkanaście lat… Na szczęście zdążyłem zrobić zdjęcia najpiękniejszych dywanów kwiatów w czasie, kiedy to było jeszcze możliwe –  np. w latach 2013-2016…

C) WYJAZDY NA WSCHODY SŁOŃCA
Nie ważne jaką górę byśmy wybrali, to wschody słońca ze szczytów zawsze są ciekawym i pięknym zjawiskiem, na które choć raz w swoim życiu warto się wybrać. Niegdyś u stóp Babiej Góry przewodnik tłumaczył uczestnikom wycieczki szkolnej, że w nocy w góry się nie chodzi, ale wszyscy to robią. Daniel tylko dodał „bo warto!”. Właśnie tak! Podczas wschodzącego słońca zawsze można zobaczyć najpiękniejsze widoki, ponieważ mogą zalegać morza chmur, świeci piękne, ciepłe światło, oraz nie ma tłumów. Nawet w znanych miejscach możesz poczuć się wyciszony oraz doświadczyć prawdziwy klimat gór. Podczas wyjść z Danielem zawsze zobaczymy coś nadzwyczajnego. To fragment relacji z naszego wyjścia na wschód słońca w drodze na Bystrą:

Tuż za ostatnimi drzewami dotarliśmy do miejsca, gdzie mogliśmy podziwiać rozległe widoki. W dolinie zauważyłem powstawanie pierwszych chmur, wyglądających jak jezioro! Z każdą chwilą powstawało ich coraz więcej, aż przed wschodem słońca dosłownie "zalały" całą okolicę - aż po horyzont! Cóż to był za widok! Teraz z każdym metrem osiąganej wysokości podziwialiśmy ten wspaniały spektakl chmur. Widząc tak spektakularne morze chmur obowiązkowo chciałem przyspieszyć, by iść coraz wyżej i tym samym widzieć coraz więcej... Kiedy słońce zaczęło wschodzić - podziwialiśmy, jak chmury są podświetlane od góry oraz, jak wszystkie dwutysięczniki mienią się wspaniałym fioletem i różem wczesnych promieni słonecznych. Ten widok był niesamowity, dlatego każdy z nas chwycił za aparat. Co chwilę przystawaliśmy, by wykonać zdjęcia, bo widzieliśmy jak szybko zmienia się sceneria... Droga na Bystrą przez pasmo Ornaków przebiegała bardzo spokojnie, ale bardzo widokowo. Od Suchego Wierchu Ornaczańskiego nie śpieszyliśmy się nigdzie. Nawet wiatr nie przeszkadzał... Najbardziej zaciekawił nas widok w stronę Grzesia i tego, co znajdowało się za ciągiem Wołowiec-Rakoń-Grześ. Widzieliśmy dosłownie piękne wyspy, które tworzyły wystające szczyty gór! Takiego krajobrazu w Tatrach nigdy nie widziałem! Przez kolejne Ornaki szliśmy spokojnym krokiem, a same góry nie przedstawiały żadnych trudności. Śnieg był dobrze ubity, a wielu miejscach wędrowaliśmy przez duże powierzchnie trawiaste. Pięknie kontrastowały z białymi dwutysięcznikami, ponieważ krajobraz przypominał nieco góry w Kirgistanie.


Wschody słońca w Tatrach zawsze są niesamowite. Piękny widok na Tatry Zachodnie (od lewej: Starorobociański Wierch 2176 m n.p.m., Raczkowa Czuba 2194 m n.p.m., Jarząbczy Wierch 2137 m n.p.m.)


Wschód słońca podziwiany z Siwej Przełęczy 1812 m n.p.m.

Piękne morza chmur w drodze na Bystrą (widok z Ornaka)

INNE WSCHODY SŁOŃCA W TATRACH:

Ciemniak zimą 
Starorobociański Wierch 2176 m n.p.m. i Raczkowa Czuba 2194 m n.p.m. (za nim, po prawej)

 
Wschód słońca nad Morskim Okiem

Dolina Pięciu Stawów jesienią - szlak na Miedziane 
Wschód słońca ze Szpiglasowego Wierchu

Kończysty Wierch zimą
Wschód słońca na Kończystym Wierchu

WSCHODY SŁOŃCA W ALPACH:

Monte Rosa z Pfulwe
Słońce pięknie oświetla najwyższe szczyty Alp (Nordend  4609 m n.p.m., Dufourspitze 4634 m n.p.m., Lyskamm 4527 m n.p.m., Castor 4228 m n.p.m., Pollux 4092 m n.p.m., pięcioszczytowy Breithorn - najwyższy wierzchołek ma 4164 m n.p.m.)

Wyprawa na Nordend
Wschód słońca w drodze na Nordend 4609 m n.p.m. (na horyzoncie widoczny podświetlony Mt. Blanc)

D) ZIMOWE WYJŚCIA
Nikomu nie trzeba mówić, że kiedy występuje śnieg i duży mróz, to zawsze można spodziewać się pięknych widoków na szlaku, choćbyś nawet wybrał najbardziej popularną trasę. Jeśli połączysz taką wędrówkę z wyjściem na wschód słońca, to widowisko staje się jeszcze piękniejsze. Do dzisiaj mam wiele cennych wspomnień związanymi ze wspólnymi wyjazdami w Tatry, gdzie podeszliśmy do tematu gór niestandardowo, a przez to mogliśmy zobaczyć niezwykłe panoramy, których przeciętny turysta nigdy nie zobaczy. Tak wyglądał jeden z naszych wyjazdów na Ciemniak zimą:

Nocne podejście rozpoczęliśmy po godzinie 3.35, ponieważ pierwsze 20 min zajęło nam przejście Doliny Kościeliskiej do momentu rozgałęzienia szlaków. Na końcu długiej polany skręciliśmy w las. Do tego miejsca droga była w fatalnym stanie, ponieważ wszystkie ślady po turystach i samochodach ciężarowych zamarzły i przez to szło się bardzo niewygodnie. W lesie liczyłem na poprawę warunków, ale tutaj ślady zostawiły traktory, które były jeszcze głębsze. Dodatkowo po czymś takim musieliśmy podchodzić do góry. Na szczęście za chwilę wybawieniem okazał się drewniany mostek nad potokiem, którędy prowadził pieszy szlak letni. Od tego miejsca ślady traktorów zniknęły gdzieś w lesie, gdzie prowadzono nieustanną zrywkę drewna po huraganie Ksawery z 14 grudnia 2013. Od początku odcinka leśnego szlak prowadzi stromo do góry. Na szczęście w nocy nie widzieliśmy ile zostało do celu, dlatego nic nie rozpraszało naszej uwagi. Dość szybkim krokiem szliśmy przed siebie, żeby zmniejszać ten dystans. Strefa leśna zajęła nam blisko dwie godziny. Zakończyło ją ogromne pole śnieżne, gdzie za zakrętem w prawo przeszliśmy jeszcze wąski pas lasu, za którym stanęliśmy na małej przełęczy obok skał zwanych „piecem”. Tutaj dostrzegliśmy, że za niedługo dzień będzie się zaczynał. Na wschodzie niebo pomału czerwieniało. Zastanawialiśmy się, gdzie ujrzymy wschód słońca i czy znajdziemy atrakcyjne miejsce do jego obserwacji.

Od teraz podchodziliśmy w strefie wielkich pól śnieżnych. Ścieżkę wyznaczały ślady innych górołazów z poprzednich dni, dlatego nie traciliśmy czasu na poszukanie trasy. Trafiliśmy jednak na uciążliwy, zapadający się śnieg pod nogami, przez co podejście trwało dłużej. Po dłuższym odcinku i pierwszym lokalnym wzniesieniu, wyszedłem na prowadzenie, ponieważ była już godzina 5.17 rano, a po prawej stronie widziałem część pasma Tatr Zachodnich. Pomyślałem, że gdy teraz zacznie wschodzić słońce, będziemy mieli kapitalny widok. Przyspieszyłem kroku, aby znaleźć dogodne miejsce do obserwacji tego pięknego widowiska. Niestety przed nami wyrosły dwa wielkie wzniesienia stanowiące główną grań Ciemniaka, które wraz ze wzrostem wysokości bardziej zasłaniały pasmo Tatr Zachodnich. Teraz chciałem znaleźć się na wysokości wspomnianych dwóch wzniesień, żeby być ponad nimi. Do wschodu słońca mieliśmy około pół godziny. Przewidziany był na godzinę 5.49. Widziałem, że większość pozostałego czasu zabierało nam podejście pod małe, lokalne wzniesienie. Tak nam się przynajmniej wydawało, bo stąd wyglądało jako „małe”. Podchodząc pod nie, przed nami wyrastały kolejne jego partie i tak znaleźliśmy się na Chudej Przełączce. Wszedłem tutaj pierwszy, a Daniel fotografował trochę niżej. Widok, który stąd zobaczyłem po prostu mnie „zamurował”… Poczułem się jak na Alasce! Przede mną ciągnęła się tylko dzicz, potężne szczyty górskie, nieograniczona biel i zupełna cisza… Widok przede mną bardzo przypominał mi widok na… Mc. Kinley! (od 2015 roku Denali). To miejsce jest niesamowite! Czułem się tutaj odizolowany i samotny, przebywając w zupełnej ciszy, mając przed sobą niezliczone góry! Tylko sobie powiedziałem: „jak mogłem tak długo unikać Ciemniaka!”. Z Chudej Przełączki wyszedłem na wyższy punkt grani przeciwny do głównego ciągu szlaku. Stamtąd miałem widok na całe Tatry Zachodnie. Rozpoczął się wschód słońca. Każdy ze szczytów oświetlało ciemnopomarańczowe światło. Widok oświetlonych czubków na tle całej panoramy wywarł na mnie ogromne wrażenie! W jednej chwili ponad dwadzieścia punktów wyróżniało się wczesno porannym światłem od wschodzącego słońca. Z każdą minutą promienie ozdabiały coraz większą część gór. Wtedy dołączył do mnie Daniel, który fotografował góry z przełączki. W tym miejscu zostaliśmy dość długo, ponieważ widoki szybko się zmieniały oraz obserwowaliśmy, jak promienie słoneczne rozświetlają coraz większą część panoramy Tatr. Dawno podobnego widoku nie widziałem, ponieważ Tatry Zachodnie w zimie są całkowicie białe, co niezwykle potęguje wrażenie. Tatry Wysokie ze względu na swoją skalistość nie dostarczają tak spektakularnych panoram w porze wschodzącego słońca. Po dłuższym nacieszeniu się widokami, poszliśmy na Chudą Przełączkę, skąd bardzo stromym stokiem ruszyliśmy na szczyt Ciemniaka.


Piękna grań prowadząca na Ciemniak 2096 m n.p.m. jeszcze przed wschodem słońca


Wschód słońca nad Tatrami Zachodnimi - widok z podejścia na Ciemniak


Widok na Bystrą 2248 m n.p.m.

Ciemniak zimą
Starorobociański Wierch 2176 m n.p.m. i Raczkowa Czuba 2194 m n.p.m. (za nim, po prawej)


Wczesne promienie wschodzącego słońca przepięknie oświetlają grań Tatr Zachodnich (nakładające się na siebie szczyty Rohacza Płaczliwego 2125 m n.p.m. i Rohacza Ostrego 2088 m n.p.m., Wołowiec 2064 m n.p.m. i za nim widoczny szczyt Banówka 2178 m n.p.m.)


Widok na Tatry Zachodnie z Ciemniaka 2096 m n.p.m.

E) ULUBIONE MIEJSCA
Moim ulubionym miejscem jest z pewnością Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem i wejście na Małą Wysoką od strony Doliny Białej Wody. Kilkukrotnie przechodziliśmy te same szlaki w poszczególnych latach, ponieważ obie trasy wyróżniają się wyjątkowym pięknem. Do dzisiaj uważam, że trasa na „Chłopka” jest najpiękniejszym szlakiem w Polsce, a przejście Doliną Białej Wody na Małą Wysoką jest najpiękniejszym szlakiem całych Tatr i całej Słowacji. Wyjścia z Danielem w góry zawsze oznaczało połączenie, np. wschodu słońca z powrotem w ulubione miejsca z powodu jego nadzwyczajnego piękna. Oboje bardzo lubimy fotografię górską, dlatego wybieramy między innymi szlaki o wyjątkowych walorach. Podczas jednej z wędrówek na Przełęcz pod Chłopkiem nasze wyjście w góry zrelacjonowałem tak [fragmenty]:

Podziwiając szczyty, rozmawialiśmy o górach i dziele stwórczym. Niedługo, bo już za chwilę góry przyjęły kolor złocisty. Była to najpiękniejsza część widowiska, ponieważ dopiero teraz docierało światło do Mnicha. Mięguszowieckie Szczyty były oświetlone dopiero w jednej trzeciej wysokości, licząc od szczytów. Barwa jaką teraz przyjmowały owe góry była wręcz nie do opisania. Złociste szczyty poprzecinane ciemnymi, zacienionymi szczelinami robiły ogromne wrażenie. Z każdą chwilą granica złocistego oświetlenia i cienia posuwała się w dół, oświetlając coraz więcej gór. Daleko – na południowym zachodzie majaczył Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m.

Po wykonaniu serii zdjęć w tak szybko zmieniającej się scenerii poszliśmy powolnym krokiem, zaglądając jeszcze przez nasze prawe ramię w stronę Miedzianego. Tam mocno spękane skały o ukośnym ułożeniu na tle zielonej trawy przyjmowały również złocistą barwę. 

Zaczęliśmy okrążać Morskie Oko wariantem lewostronnym. Wybraliśmy tę opcję, ponieważ widoki z tej strony są o wiele piękniejsze niż te po prawej. Lewa strona Morskiego Oka umożliwiała nam ciągłe podziwianie odbijających się Mięguszowieckich Szczytów, Miedzianego i Opalonego Wierchu. W trakcie przechodzenia tego fragmentu robiliśmy mnóstwo zdjęć, ponieważ widok i naświetlenie zmieniały się z każdą chwilą. Przechodząc przez krótki fragment leśny, znajdujący się blisko drewnianego mostu na Rybim Potoku, pokazałem grupie kamień o kształcie granic naszego kraju z odwrotnie płynącą Wisłą. Ilona powiedziała, że nigdy nie zwróciłaby na niego uwagi. Miała rację, bo był tylko jednym z wielu kamieni stanowiącym prawostronny krawężnik szlaku. Za lasem znajdowało się wydeptane klepisko z limbą o korzeniach owijających skałę. Właśnie tam grupa wykonywała sobie zdjęcia. Miejsce to było mi doskonale znane, dlatego czekałem na coś lepszego – na odcinek z kaskadami na szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem. Idąc i robiąc zdjęcia odbijających się szczytów, w końcu dotarliśmy do podejścia na Czarny Staw pod Rysami. 

Droga skręcała tu mocno w prawo, pod kątem 90°, gdzie odtąd szło się cały czas wąską dróżką. Po obu jej stronach widniały bardzo strome i skaliste zbocza porośnięte bardzo gęstą i wysoką trawą. Tą drogą szliśmy tylko trzy minuty, bo dalej szlak zakręcał w prawo pod ukosem do góry, trawersując północne stoki Czarnego Mięguszowieckiego Szczytu 2410 m n.p.m. Była to najgorsza część szlaku nie ze względu na jakiekolwiek trudności, ale na ostre skały, które wystawały na środku ścieżki. Były bardzo nieregularne i wąskie, dlatego trzeba było uważać, gdzie stawiało się nogę, aby nie stanąć przez przypadek krzywo. Jednak to mnie nie zrażało, bo trawersując wspomniany odcinek, mogłem podziwiać kwiat, który fascynował mnie od momentu jego pierwszego zobaczenia, czyli od 2007 roku. Jest to niewielka roślina wyrastająca z trawy na wysokość ok. 10 cm. Jego kwiat był niezwykły, ponieważ tworzyły go lewoskrętne lub prawoskrętne, czerwone włosy, które łączyły się, tworząc szpiczasty czubek. 

Zatrzymaliśmy się tutaj, podziwiając razem szczyty gór wysokich po prawej stronie, wśród których zalegały białe obłoki w okolicach podszczytowych. Przyglądaliśmy się im bardzo długo, ponieważ całe niebo dookoła nas było błękitnie czyste. Patrząc na szczyty jak i na szmaragdowe Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami, Wielkie i Małe Hińczowe Plesa po stronie słowackiej, Basia i Ilona powiedziały, że można by tu siedzieć cały dzień i patrzeć na widoki. Rozglądając się w różne strony można dostrzec Mnicha 2070 m n.p.m., lecz w jego niecodziennej odsłonie, ponieważ, stąd wyglądał jak sterta większych, płasko ułożonych kamieni. Było stąd widać zaledwie cztery piętra takich głazów. Zrobiliśmy i tutaj wspólne zdjęcia ze wszystkich stron, ponieważ z przełęczy zdjęcia wychodziły bardzo kolorowo. Po małej serii zdjęć poszliśmy raz w stronę "Czarnego Mięgusza", a raz w stronę najwyższego "Mięgusza", aby podziwiać widoki z innej perspektywy. Daniel poszedł prawie pod szczyt Pośredniego Mięguszowieckiego, aby wykonać serię zdjęć. 

szlak na przełęcz pod chłopkiem 
Płyta skalna z trzema klamrami

W okolicach Mięguszowieckiego Kotła

Kuklik rozesłany

 
Widoki z przełęczy i okolic


Wielkie i Małe Hińczowe Pleso widziane z przełęczy

Podczas jednej z wędrówek na Małą Wysoką, gdzie schodziliśmy Doliną Białej wody nasze wyjście w góry zrelacjonowałem tak [fragmenty]:
Dodatkowo szlak na Małą Wysoką wyróżnia się przepiękną przyrodą. Najciekawiej jest, gdy mamy błękitne niebo i czerwone jarzębiny. Wówczas okolica bardzo przyciąga niecodziennymi kolorami. Jeśli zdążyliśmy na pierwszy autobus cSAD-u, to z pewnością nie spotkamy jeszcze tłumów. Co prawda będą z nami wyruszały większe grupy, ale kiedy odpuścimy sobie postój w schronisku, z pewnością wiele zyskamy na czasie. Ciekawostką w okolicy jest fakt, że wszystko tu nazywa się „wielickie” – potok, staw, góry, a nawet polana! Wielka polana, którą zobaczymy ponad szeroką „półką”, gdzie widać Wielicką Siklawę, jest chyba najpiękniejszym miejscem na odpoczynek, ponieważ przez tamtejszą dolinę przepływa często w kilku mniejszych ciekach potok, a dookoła kwitną kwiaty aż w siedmiu kolorach! Dodatkowo, jeśli będziemy pierwsi na szlaku, z pewnością zobaczymy kozice, czy też bardziej licznie występujące świstaki. Polana ta jest nazywana Wielickim Ogrodem ze względu na skupisko wielu gatunków kwiatów w jednym miejscu. Właśnie tutaj można zobaczyć najwięcej świstaków, bo i one upodobały sobie to miejsce.

Wyróżnia ją wysokość, kolor oraz szczególne warunki i to, co tu można zobaczyć [mowa o Małej Wysokiej]. Szlak jest tak poprowadzony, że docieramy praktycznie do jej stóp, a po lewej stronie mamy dość dużą, trawiastą stromiznę. Również barwa skał przykuwa uwagę, ponieważ są bardzo ciemnego koloru, prawie czarne. Najciekawsza jest jednak właściwość tego miejsca w październiku podczas bezchmurnych nocy i dni. Wtedy w ciągu dnia woda kapie z górnych części ściany tak gęsto, że czujemy, jakby padał słaby deszcz przy bezchmurnym niebie. Kiedy nastaje noc, wszystko dookoła zamarza i następnego poranka mamy niesamowity widok. Wszystkie kępy traw zamieniają się w lodowe „pająki”! To znaczy, że każde źdźbło jest zamrożone w około jednocentymetrowej średnicy lodowej rurce, co wygląda niecodziennie! Dodatkowo z poziomo nachylonych źdźbeł zwisają sople. Myślę, że niewiele osób miało okazję podziwiać to niezwykłe zjawisko, które powstaje dzięki połączeniu odpowiednich warunków pogodowych oraz dużej ilości dostępnej wody. Prawie wszyscy idą dalej, nie zwracając uwagi na nic.

Najpiękniejsze jest jednak przed nami! Idąc równą polanką dochodzimy do kolejnych rumowisk kamiennych. Wtedy dochodzimy do skraju wielkiej „półki”, na której powstał Zmarzły Staw. Teraz rozpocznie się długie i dość strome zejście, ale już w otoczeniu zieleni. Najbardziej jednak uwagę przyciągać będzie Litworowy Staw. Jest cudowny! Kiedy oświetla go w pełni słońce, zobaczymy przepiękną paletę barw. Z tego względu nigdy nie polecam przechodzenia Doliny Białej Wody w godzinach porannych, gdyż długo trzeba czekać zanim pojawi się w niej światło słoneczne. Kilka razy szedłem tędy rano i stąd wiem, że najpiękniej w tych okolicach będzie dopiero po godzinie 13.00 w lecie. W trakcie schodzenia, przed nami widnieje charakterystyczny skalisty szczyt po prawej, przypominający kształtem nieco Machu Picchu. Wyróżnia się w okolicy. Z poziomu Polskiego Grzebienia, czy też Zmarzłego Stawu wyglądał na najniższą górę. Mowa o Hrubej Wieży 2086 m n.p.m. W trakcie schodzenia ta góra nagle „urasta”, ponieważ Litworowy Staw położony jest na wysokości 1860 m n.p.m. Rozpoczynamy kolejną serię trawersów, dzięki czemu dojdziemy w to najpiękniejsze miejsce doliny. Na skraju wielkiej „półki”, po lewej stronie, zobaczymy wielką rozpadlinę, jakby góra była przecięta na dwie części. Widzimy też dalszy przebieg szlaku na dole, przy stawie. Najbardziej jednak wzrok przyciąga polana w płaskim terenie przy Litworowym Stawie, która wygląda, jak gdyby ktoś skosił równo trawę w jego pobliżu. Jest po prostu przepiękna!
Ciekawych miejsc typowo fotograficznych mamy oczywiście znacznie więcej, ale tymi krótkimi „wspominkami” chcę Wam pokazać, jakie piękno jest blisko nas. Czy potrafimy je docenić?

Wielicki Ogród

Odbicia w Wielickim Stawie


Buja, kwitnąca roślinność w okolicach Litworowego Stawu


Litworowy Staw

Zamrożone kępy traw w październiku


Tatrzańska roślinność w pełni rozkwitu w dniach 1-20 lipca (Dolina Białej Wody i Wielicki Ogród)

F) NIETYPOWE MIEJSCA
Wędrując z Danielem po Tatrach on zawsze szukał czegoś niestandardowego, żeby móc jednocześnie realizować pasję fotografii krajobrazowej. Zawsze potrafił wyszukać niestandardowe góry, albo niestandardową porę wejścia na wybraną przez siebie górę. Każde takie wejście ma swój niepowtarzalny i niezapomniany klimat. Masz też świadomość, że zobaczyłeś coś wyjątkowego, czego większość ludzi chodzących po Tatrach nie zobaczy. Jednym z takich miejsc było uzyskanie pozwolenia w rejon Żabiego Szczytu Niżniego. Jako że jest tam ustanowiony rezerwat ścisły, Daniel postarał się o pozwolenie z Tatrzańskiego Parku Narodowego, dzięki czemu, mogliśmy legalnie odwiedzić interesujący nas fragment Tatr. W tym rejonie nie ma nawet wydeptanej ścieżki – raczej trzeba sugerować się wcześniej przeczytanymi opisami z Internetu. To, co zobaczyliśmy podczas naszego wejścia zrelacjonowałem tak:

Tak, jak się spodziewaliśmy, widok nas bardzo zaskoczył. Ostre granie na tle błękitnego nieba wyglądały fenomenalnie. Nieskażoność przyrody, oraz zupełnie nowe panoramy bardzo zachwycały! Najbardziej jednak chyba panorama na Żabie Stawy (Wyżni i Niżni Żabi Staw Białczański - Vyšné Žabie pleso Bialčanské i Nižné Žabie pleso Bialčanské). Wyglądały przepięknie! Nie prowadził tam żaden szlak, stąd wydawały się dzikie i nietknięte ręką ludzką. Docierające promienie słoneczne w Żabią Dolinę Białczańską oświetlały stawy na całej ich powierzchni. Mieniły się pięknymi odcieniami turkusu, błękitu i zieleni podobnie, jak ten pod Rysami. Różnica polegała na tym, że stąd mogliśmy podziwiać dwa podobne stawy w pobliżu siebie. Widzieliśmy też, że wytyczono jakąś ścieżkę, która nie jest oficjalnym szlakiem. Marzyło nam się przejście w ich pobliżu, jednak szybko doszliśmy do wniosku, że okolice stawów są idealnym siedliskiem dla niedźwiedzi, ponieważ nie występuje w ich pobliżu zjawisko masowej turystyki górskiej. Przebywając na Owczej Przełęczy zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, by cieszyć się niecodziennymi widokami. Słońce przygrzewało bardzo pięknie, dlatego cieszyliśmy się, ponieważ dotychczas szliśmy po zacienionej stronie długiej i ostrej grzędy skalnej. Po odpoczynku postanowiliśmy, że pójdziemy w stronę Żabiego Mnicha 2146 m n.p.m. Założyliśmy, że będziemy iść tyle, aż dotrzemy do Białczańskiej Przełęczy 2024 m n.p.m., i dalej – do momentu, aż grań zablokuje nasze przejście. Nie wspinaliśmy się, dlatego interesował nas tylko fragment „normalnej” trasy. Rozpoczęliśmy podejście. Przy okazji podziwialiśmy piękne, czerwone krzaczki jagodowe. W tej oprawie ozdabiały nasłonecznione zbocza. Trudno było przejść obojętnie obok nich. Oglądając się za plecy, patrzeliśmy na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. – mały skalisty wierzchołek, na który, już po wszystkim, chcieliśmy wejść. Widok na Mięguszowieckie Szczyty z zupełnie innego kąta robił niemałe wrażenie. W oddali widniały Pieniny. Panorama na tak odległe góry wywierała ogromne wrażenie, bo chociaż są niskimi górami, to na tle ogromnej przestrzeni z morzem chmur u ich stóp, bardzo zwracały na siebie uwagę. Niecodziennie widzi się podobne widowisko.

Żabi Szczyt Niżny 
Inny widok na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Widok na Wyżni Żabi Staw Białczański

Niesamowite grań

Niżni i Wyżni Żabi Staw Białczański

Zejście w stronę Czarnego Stawu pod Rysami

Udało nam się również zrealizować inne, ciekawe wejścia, które były połączeniem gór i fotografii oraz klimatu górskiego. W szczególności miło wspominam naszą wędrówkę na Szpiglasowy Wierch, Miedziane i Opalony Wierch (również z uzyskanym pozwolenie z TPN-u), którą odbyliśmy podczas tego samego wyjazdu na Żabi Szczyt Niżni. Po powrocie z rejonu tej góry, Daniel poszedł spać do schroniska Morskie Oko, a ja zasnąłem w śpiworze na brzegu Morskiego Oka, przy szlaku. Najbardziej utkwił mi w pamięci niesamowity widok, gdzie podczas ostatniego słonecznego weekendu tamtego roku, na tle Tatr widziałem mnóstwo czołówek świecących w różnych częściach grani. Wyglądały jak gwiazdy na tle gór. Nawet gdy już zapadł zmrok, nadal obserwowałem światełka czołówek pod Rysami, w okolicach „Chłopka”, czy w innych partiach skalistych grani. Umówiliśmy się, że wyruszymy o 3.00 w nocy na Szpiglasowy Wierch, żeby zdążyć na wschód słońca. Mielibyśmy wówczas mnóstwo czasu, aby odwiedzić Miedziane i Opalony Wierch. Tak wówczas zrelacjonowałem tamtą noc i początek dnia:

Po wczorajszym dniu, gdzie wchodziliśmy na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Daniel spał w schronisku nad Morskim Okiem, a ja nad brzegiem stawu wciśnięty ze śpiworem pomiędzy dwa głazy. Jako, że spałem samemu, patrzyłem dookoła, ponieważ noc obfitowała w piękne widoki. Przyglądałem się ludziom wracającym z gór. Pomimo nocnej pory wszystkie szczyty mieniły się od światła latarek „czołówek”. Wyglądały, jakby świetliki błyszczały pośród skał. Co ciekawe, światełka widziałem nawet na szczycie Rysów, czy też na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem. Nawet w nocy mogłem zobaczyć przebieg szlaków, ponieważ na różnych wysokościach świeciły się czołówki. Wiedziałem też, że ci ludzie kiedyś będą przechodzić obok mnie w środku nocy. Ten widok szczególnie utkwił mi w pamięci, ponieważ światełka sprawiały wrażenie, jakby wszystkie gwiazdy z nieba spadały na Tatry… Dodatkowo widziałem ich odbicia w spokojnych już wodach Morskiego Oka. Turyści chcieli koniecznie wykorzystać w pełni, tak piękny, słoneczny weekend. Nie dziwiłem im się, bo i my to samo robiliśmy. W środku nocy podziwiałem dodatkowo wspaniałe rozgwieżdżone niebo. Temperatura przy gruncie spadła poniżej zera. Miałem -2°C. Mimo wszystko byłem przygotowany do spania w takich warunkach. Z Danielem umówiliśmy się na godzinę 3.00 w nocy, skąd mieliśmy wyruszyć dalej – na Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m. i Miedziane 2233 m n.p.m. W trakcie spania pokryła mnie grubokropelkowa rosa, a później to wszystko zamarzło…

O godzinie 3.00 w nocy bardzo szybko zebrałem się do wyjścia. Zjadłem na szybko czekoladę, strzepnąłem śpiwór ze szronu i zamarzniętych kropelek rosy oraz robiłem wszystko, aby rozgrzać zziębnięte stopy. Gotowy do wyjścia byłem o godzinie 3.15 w nocy. Po 3.00 słyszałem, jak ktoś mnie woła: „Michał, spisz?”. To oczywiście był Daniel. Opowiedział mi, co działo się w schronisku. Mówił, że nie wyspał się, ponieważ wiele ludzi piło alkohol i rozmawiało do 2.00 w nocy. Z góry wiedziałem, że tak będzie, ponieważ najczęściej ludzie piją alkohol w schroniskach po udanych wędrówkach górskich. Z tego powodu nie korzystam z usług schroniskowych od ponad dziesięciu lat. Daniel nie wyspał się, a ja miałem zziębnięte stopy. I tak po 3.15 w nocy wyruszyliśmy na Szpiglasowy Wierch, mając w nadziei podziwianie wschodu słońca z jego szczytu. Założyliśmy, że będziemy potrzebowali około 2h 25min. Wiedzieliśmy, że około godziny 6.00 rano powinniśmy być już na wierzchołku. Nocnym szlakiem szliśmy szybko. Nie rozglądaliśmy się za bardzo, ponieważ i tak wiele nie mogliśmy zobaczyć. Dopiero za bardzo długą pierwszą prostą, gdzie szlak zaczyna prowadzić trawersami, Daniel zauważył światełka w drodze na Rysy. Widzieliśmy, że ktoś podchodził w nocy na ten szczyt przy świetle „czołówek”. Po chwili zauważyliśmy dziwny ruch jednej z latarek, jakby ktoś spadał… Daniel myślał, czy dzwonić po pomoc, ale po dłuższym przyglądnięciu się sprawie, światełko „wróciło” na swoje miejsce. Pełni spokoju trawersowaliśmy kolejne etapy szlaku.

Dolina Pięciu Stawów jesienią - szlak na Miedziane 
Niesamowity wschód słońca obserwowany ze Szpiglasowego Wierchu

Kozice na grani

Trzy Korony widziane z Tatr
Gdzieś tam, w oddali było widać Pieniny i Trzy Korony

Każde takie spotkanie ma swój wyjątkowy klimat

Dolina Pięciu Stawów widziana z Miedzianego
Nieco inne spojrzenie na Dolinę Pięciu Stawów Polskich

Wiesz, dlaczego tyle mówiłem o szczegółach? Bo jak widzisz, to my sami wytwarzamy pewnego rodzaju coś, co nazywamy klimatem gór. Drugą część „dokłada” otoczenie i niespodziewane sytuacje, piękne widoki, itp. rzeczy. Daniel miał bardzo piękny pomysł na poznawanie nowych gór, łącząc go z pasją fotografii krajobrazowej. Z drugiej strony, nie spodziewaliśmy się czegoś niestandardowego, a noc spędzona nad Morskim Okiem pozwoliła mi zobaczyć coś szczególnie pięknego i niezwykłego. Dodatkowo mogliśmy się nacieszyć przepięknym wschodem słońca ze Szpiglasowego Wierchu, mając prawdziwie jesienny widok na Dolinę Pięciu Stawów Polskich, pomimo, że wchodziliśmy tam 3. września… Wrażenia z tego wyjazdu są niezapomniane i do dziś je bardzo sobie cenię.

G) INDYWIDUALNE PODEJŚCIE DO GÓR – POSZUKIWANIE NIEZWYKŁYCH WIDOKÓW
Jadąc samemu w góry, również można poczuć niesamowity klimat gór, oraz przeżyć coś wyjątkowego. Nie bez powodu również staram się wybierać ciekawe trasy, w ciekawych warunkach oraz w niestandardowych porach. Dzięki takiemu podejściu do sprawy, mogę zobaczyć znacznie więcej, nawet, gdybym poszedł znanym szlakiem. Jako, że na razie mam dobrą wytrzymałość podczas długich wędrówek, toteż staram się zaplanować wschód słońca na trasie i dalej poszukiwać czegoś niestandardowego. 16 grudnia 2017 roku wytyczyłem sobie ciekawą trasę. Interesował mnie zupełny brak ludzi, piękne widoki i przede wszystkim możliwość zobaczenia czegoś nieszablonowego, niepospolitego. Wybrałem trasę: Ornak, Błyszcz, Bystra, Kamienista, Smreczyński Wierch, Tomanowy Wierch - czyli samotny rajd granią Tatr nocą. Przejście wszystkich gór powinno zająć mi około 21 godzin wraz z przerwami na nocną fotografię. Nie liczył się czas przejścia, dlatego tylko orientacyjnie założyłem, że będę potrzebować około 21 godzin. Wyruszyłem z Doliny Kościeliska o godzinie 18.50, po czym skierowałem się na Iwaniacką Przełęcz. Po 22.00 stałem na przełęczy. Widok na Kominiarski Wierch na tle rozgwieżdżonego nieba był przepiękny! Dodatkowo, dookoła wszędzie widniały ośnieżone świerki, co przy świecącym księżycu wyglądało fenomenalnie. Trasę miałem wymagającą pod względem wytrzymałościowym, ponieważ od Iwaniackiej Przełęczy nikt już dalej nie szedł. To znaczy, że dalszą część musiałem sobie samemu wytyczyć i przetrzeć. Liczyłem się z tym, że mój czas przejścia może się wydłużyć lub, że będę musiał zakończyć moją wyprawę gdzieś w połowie trasy. Za Iwaniacką Przełęczą zacząłem przecierać nienaruszony śnieg. Tempo oczywiście spadło, ale najważniejsze, że szedłem do przodu i do góry. Teraz podchodziłem na Suchy Ornaczański Wierch. O godzinie 23.50 po raz pierwszy miałem okazję podziwiać niesamowite morze chmur! Jak pięknie ono wyglądało oświetlane światłem księżyca od góry na tle rozgwieżdżonego nieba! Coś niesamowitego! Przed Siwą Przełęczą, miałem okazję podziwiać rejon Starorobociańskiego Wierchu na tle niezliczonej ilości gwiazd. Dodatkowo to pierwsze morze chmur zdążyło się już rozpaść, a za godzinę powstawało kolejne! Tej nocy podziwiałem całą serię niezwykłych zjawisk i widoków! Zdążyłem również wejść na Błyszcz i Bystrą, skąd mogłem popatrzeć na piękną, poszarpaną grań Liliowych Turni.

 
 
 
Niesamowite widoki w drodze na Bystrą w godzinach nocnych

Nocne morza chmur na Ornaku około godziny 23.50

Od tego momentu czekały mnie nowe przeżycia. Nigdy nie byłem na Kamienistej, Smreczyńskim Wierchu, ani nawet na Tomanowym Wierchu. Kierując się w stronę Kamienistej, popatrzyłem na Bystrą zupełnie od przeciwnej strony. W tym samym czasie rozpoczął się przepiękny wschód słońca, dlatego jego białe zbocza stawały się najpierw fioletowe, a później pomarańczowe. Z każdą minutą widok się zmieniał, a to za sprawą osiąganej wysokości na stokach Kamienistej. Dalsza wędrówka na Smreczyński i Tomanowy Wierch pozwoliła mi na bardzo ciekawe spotkanie z kozicami, które mnie obserwowały z najbliżej położonych skał, oraz znalazłem ciekawy, kamienny mur. Jego przeznaczenie mogło być tylko jedno – miał chronić namiot przed porywami wiatru. Jak sam zauważysz – Kamienista, Smreczyński Wierch i Tomanowy Wierch to góry, na które nie prowadzi żaden szlak turystyczny. Skoro jest oficjalny zakaz wstępu na wyżej wymienione szczyty, to moje pytanie jest takie: skąd wziął się mur chroniący namiot przed wiatrem? W Tatrach jest kilka przepisów, które są ustalone dla równych i równiejszych, dlatego nie dziwił mnie fakt, że zdarzają się podobne rzeczy. Nie będę rozwijać wspomnianej kwestii, ponieważ musiałbym rozpocząć nowy artykuł. Z wyżej wymienionych wierzchołków również mogłem podziwiać panoramę Tatr z innej perspektywy, której wcześniej nie znałem. Bardzo podobało mi się „złote” zejście stromą granią Kamienistej w stronę Smreczyńskiego Wierchu. Dlaczego „złote”? Ponieważ o godzinie, w której schodziłem z Kamienistej padały, żółte, ciepłe promienie słoneczne. Cała trasa wywarła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ mogłem podziwiać ośnieżone świerki, oświetlane światłem księżyca w środku nocy, rozgwieżdżone niebo, piękne zimowe szczyty, niepowtarzalne morza chmur, poszarpane, śnieżne granie, wspaniały wschód słońca, spojrzenie na znaną górę od nieznanej strony, bliskie spotkania z kozicami, ujrzeć niecodzienną panoramę Tatr z innej perspektywy oraz wędrować aż 20h 30min w jednym ciągu. Podczas tego wyjścia w góry cieszyłem się niezwykłymi widokami, których nikt inny nie zobaczył, ponieważ nikogo nie zauważyłem, ani nikogo nie spotkałem na trasie, a szlaki w śniegu musiałem sobie samemu wytyczyć i przecierać. Przebywając samemu w górach, zawsze możesz zrealizować cele, które trudniej osiągnąć w grupie oraz, np. ułożyć wędrówkę głównie nastawioną na fotografię krajobrazową, jeśli jest ona twoją drugą pasją. Tak właśnie zrobiłem, dzięki czemu przeżyłem piękny wyjazd, obfitujący w niecodzienne panoramy, widoki i zjawiska.


Bystra 2248 m n.p.m. w drodze na Kamienistą


Widoki ze szczytu Kamienistej 2121 m n.p.m. - godzina 7.35

Hlińska Przełecz 1907 m n.p.m. i droga na Smreczyński Wierch 2068 m n.p.m.


Kamienista 2121 m n.p.m. i Hlińska Przełecz 1907 m n.p.m. widziana z kamienistego podejścia na Smreczyński Wierch

    
Spotkanie z kozicami na Smreczyńskim Wierchu


Na szczycie Smreczyńskiego Wierchu 2068 m n.p.m. - kamienny krąg mający ochraniać namiot przed wiatrem


Niesamowite widoki z Tomanowego Wierchu 1977 m n.p.m. (najwyższa góra to Świnica 2301 m n.p.m.)

Innym przykładem jest wykorzystanie jedno- lub dwudniowych epizodów zimy w… zimie. Nikomu nie trzeba mówić, że śnieg w górach występuje coraz rzadziej, dlatego postanowiłem wykorzystać jedną z niewielu okazji, kiedy zima naprawdę była zimą. Zapytałem, czy ktoś z pracy jest chętny na wspólny wyjazd w góry. Wiedząc, że w dniach 7-8.01.2017 spodziewany jest silny mróz, rzędu -22’C do -26’C, od razu wyobraziłem sobie zmrożone i oszronione drzewa, a kto wie, czy nie zobaczyłbym nawet diamentowego pyłu… To wszystko zaczęło działać na moją wyobraźnię, dlatego postanowiłem pojechać na Halę Boraczą, gdzie jest dużo drzew, oraz powyżej Hali Redykalnej można zobaczyć piękną, zimową panoramę Tatr. Trasa może nie jest wymagająca, ale przy takim mrozie i nieprzetartych szlakach wszystko się zmienia. Mieliśmy wrażenie, że znane góry odkrywaliśmy zupełnie na nowo. Zanim wyruszyliśmy w góry, odwiedziliśmy klimatyczną kawiarnię „Alaska” w Żabnicy, gdzie porozmawialiśmy o najpiękniejszych chwilach w górach, o ciekawych przeżyciach i o tym, co nas czeka. W drodze na Halę Redykalną podziwialiśmy całkowicie białe drzewa. Nawet pnie w pełni oszroniło. Każda gałąź była dokładnie pokryta cienką warstwą białych kryształków, co dodatkowo podkreśliło piękno widowiska. W rejonie Hali Redykalnej szliśmy przez las oświetlany ciepłym światłem słonecznym, dzięki czemu widoki stały się jeszcze piękniejsze. Pomimo mocnego mrozu, cały czas fotografowałem okolicę. To było coś! Na koniec, zanim zaszło słońce, mieliśmy okazję podziwiać jedną z najpiękniejszych panoram tatrzańskich. Góry te wyglądały jak niedostępne, odległe pasmo. Nie bez powodu kojarzyło mi się z mroźną Alaską. Dodatkowo szlak z Hali Boraczej, przez Halę Redykalną i dalej – na Rysiankę, był w ogóle nie przetarty. Całą trasę musieliśmy przetrzeć samemu, przez co do schroniska dotarliśmy dopiero po zmroku. Decydując się na nocleg w schronisku, mogłem jeszcze poczuć prawdziwy klimat gór… Wewnątrz, przy stołach siedzieli ludzie dyskutujący o górach, w kominku trzaskał ogień, a każdy kto dotarł do tego obiektu mógł się wyspać. Dla nas już miejsca zabrakło, dlatego obsługa przygotowała dodatkowe materace. Dzięki temu mogliśmy wyspać się „na glebie”, jak za trochę dawniejszych czasów… Czas spędzony w tym schronisku miał swój niepowtarzalny klimat, ponieważ w telewizji ostrzegano przed silnymi mrozami, a kto kocha góry, wręcz oczekiwał podobnych warunków – stąd przypadkowi turyści tego dnia nie dotarli na Rysiankę.

Hala Lipowska Hala Boracza zimą  
     
Tęsknię za takimi zimami...

Drugiego dnia wyruszyliśmy na Pilsko. Pomimo, że jedna osoba dostała gorączki z powodu przeziębienia w schronisku (poprzez nieszczelne okna wdzierał się gwiżdżący wiatr do środka), następnego dnia poszliśmy przy dość silnym wietrze na Pilsko. Ponownie nacieszyliśmy się wspaniałymi widokami i niesamowitą panoramą Tatr. Cały wyjazd pokazał nam, jak piękne mogą być znane większości góry, a jednocześnie niedostępne dla przeciętnego turysty. Mogliśmy je podziwiać w warunkach, które niecodziennie się zdarzają, tym bardziej, że zimy w Polsce są coraz słabsze. Takie chwile bardzo cieszą. Dodatkowo możliwość spędzenia wieczoru i nocy w schronisku, gdzie panował prawdziwy górski klimat, powodowała, że oprócz pięknych widoków oraz bardzo rzadkich warunków pogodowych mogliśmy poczuć się jak dawniej.

Podejście na Pilsko i widok na Babią Górę w tle

 
Piękna droga na Pilsko zimą

7. WPROWADZANIE NOWYCH LUDZI DO ŚWIATA GÓR
Tyle już opowiedziałem o górach, klimacie górskim, o ludziach, którzy go tworzą oraz o szlakach, którymi chodzimy. Rozmawiając jednak o tym, co tworzy klimat gór nie poruszyłem jeszcze wszystkich kwestii. Wiele razy wspominałem, że oprócz pięknych widoków, niestandardowych tras, czy szczególnych warunków, najważniejsi są ludzie, których spotykamy, z którymi przeżywamy nasze wędrówki, czy chociażby wspólne działanie, zgranie w grupie, ale również przypadkowe spotkania z nieznajomymi. Często można trafić na ciekawą osobę i razem cieszyć się wspólną wędrówką, gdy, np. pojechaliśmy sami. Jeśli wędrujesz od kilku lub więcej lat po górach z pewnością zdarzyło ci się innych „wyciągnąć” w góry. I to niekoniecznie takich, co również podzielają pasję gór z Tobą. Zastanawiałeś się może, jakie będziesz mieć uczucia oraz przeżycia, jeśli zabierzesz kogoś, kto wcześniej nie chodził po górach i pokażesz mu ten piękny świat? Myślę, że podczas podobnych wyjazdów również poczujesz niezwykły klimat gór. Z pewnością pasja gór stanie się w tobie jeszcze bardziej żywa. Ciekawe jest fakt, że nie tylko ja „wprowadzałem” nowe osoby do tego pięknego świata, ale również mi ktoś pokazywał góry na samym początku. Tylko zobacz, co przeżywa się podczas podobnych, pięknych spotkań – niezależnie, czy Ty kogoś „zarażasz” tą najpiękniejszą pasją, czy ktoś ciebie:

A) MOMENT, KIEDY KTOŚ WPROWADZA MNIE W ŚWIAT GÓR
Tę datę pamiętam do dziś – 14 marca 2008. Co prawda, na swoim „koncie” miałem już kilka większych wędrówek – między innymi samotne przejście 210 km w Beskidzie Śląskim i Żywieckim jako mój pierwszy kontakt z górami, przejście wszystkich szlaków w polskich Tatrach, czy np. samotne przejście 1047 km przez wszystkie większe pasma górskie od granicy ukraińskiej do granicy niemieckiej – ale nigdy nie uważałem, że wiem i znam już wszystko. Wręcz przeciwnie. Chciałem poznawać ciągle nowe góry oraz zdobywać nowe doświadczenia. Mój kolega Darek – poznany zupełnie niespodziewanie w moim klubie górskim, który wówczas prowadziłem – napisał prywatną wiadomość do kilku osób o godzinie 22.00, z informacją, że szykuje się na zimowe wejście na Babią Górę. Koniecznie chciał spróbować czegoś nowego. Nikogo chętnego nie znalazł, do momentu, kiedy tę wiadomość odebrałem ja. Też chciałem koniecznie gdzieś pojechać, dlatego napisałem, że się zgadzam i możemy wyruszyć jeszcze dzisiaj po godzinie 23.00. Wyjazd okazał się bardzo udany – pewnie dlatego, że był w pełni niezaplanowany, spontaniczny. Widząc, że mamy piękną zimę w Tatrach, Darek zaproponował zimowe wejście na Rysy. W tamtym czasie, dla mnie to było jak przeskok o dwie ligi w górę. Nigdy nie chodziłem w zimie w Tatrach Wysokich, a z drugiej strony Darek od jakiegoś czasu trenował wspinaczkę w terenie, więc był już obyty w temacie gór. Ja w porównaniu do niego byłem amatorem, dopiero rozpoczynającym całą przygodę. Darek jednak widział, że jestem otwarty na nowe pomysły i nie boję się czegoś niestandardowego. Od kiedy zacząłem wędrówki górskie, miałem jednak znacznie większą wytrzymałość niż on.

Tak, jak zaplanowaliśmy, postanowiliśmy, że 14 marca 2008 r. wejdziemy na Rysy. Lepszych warunków nie mogliśmy sobie wymarzyć, ponieważ od co najmniej dwóch tygodni trzymał dość duży mróz, dzięki czemu pokrywa śnieżna znacznie się utrwaliła. Wyjechaliśmy późnym wieczorem, a wieczorem, w rejonie Morskiego Oka rozbiliśmy namiot w głębokich zaspach śnieżnych, gdzieś pod świerkami, a dokładnie gdzieś pod drzewem na styku Rybiego Potoku oraz Rybiego Stawu. Nigdy nie zapomnę, jak obudziliśmy się o godzinie 7.00 rano, a po otwarciu zamka spojrzeliśmy na błękit nieba i ośnieżone, zmrożone Mięguszowieckie Szczyty! Wtedy powiedziałem do Darka: Idziemy! Zdążyliśmy się spakować i wyruszyć na szlak w zaledwie 10 min. Wypiłem tylko na wpół zamrożoną wodę z butelki. W tamtym czasie nie posiadałem nawet kuchenki turystycznej, ani żadnego porządnego sprzętu. Sprzęt, który użyłem podczas tego wejścia, ledwie nadawałby się do letnich wędrówek… Jedynie raki i czekan miałem porządne. Bez nich nie mógłbym myśleć o Tatrach zimą. Wtedy nie posiadałem nawet górskich spodni, kurtki, ani niczego podobnego. Zabrałem to, co używałem w mieście podczas mroźnych dni. Na początku wstąpiliśmy do schroniska Morskie Oko, bo widzieliśmy pięciu TOPR-owców. Darek zapytał jednego z nich, czy wiedzą jakie są warunki na Rysach. Usłyszeliśmy odpowiedź: „od dwóch tygodni nikt tam nie wchodził”. Następnie jeden z nich zaczął nas instruować, którą częścią żlebu mamy chodzić oraz czego unikać. Ciekawe, że nawet między sobą panowie nie byli zgodni, czy podchodzić środkiem żlebu, czy jego brzegiem. Mój kolega wspomniał również, że mieliśmy szkolenie lawinowe z nieżyjącym już, szanowanym i znanym człowiekiem w świecie gór – panem Edwardem Chudziakiem. Prowadził on schronisko pod Babią Górą o nazwie Markowe Szczawiny. Wówczas jeden z TOPR-owców powiedział: „a kto to jest? Jakiś nauczyciel WF-u?”. W 2008 roku już byłem zrażony do hermetycznego środowiska wspinaczy, a teraz dostałem kolejny dowód, że nie warto dołączać do tych grup. Na każdym kroku w grupach wspinaczkowych zawsze obserwowałem, jak góry dzielą, a nie łączą… O ile w wśród znajomych wspinaczka jest piękna, to w oficjalnych organizacjach zawsze istnieje jakiś podział i pewne „skatalogowanie” ludzi lub wewnętrznych grup. W jednej z nich usłyszałem, jak instruktor powiedział: „jak chcesz być jego przyjacielem, to musisz bardzo dobrze znać topografię Tatr”. No cóż… - za moich czasów uczono mnie, że przyjaźń to nie znajomość Tatr…

Słysząc to szydzące zdanie z poważanej osoby, postanowiliśmy pójść na Rysy nie oglądając się na piątkę „wspaniałych”. Na początku przecięliśmy w linii prostej zamarznięte Morskie Oko. W ten sposób w zaledwie 20 min dotarliśmy do podejścia nad Czarny Staw pod Rysami. W połowie drogi zupełnie opadłem z sił, jakbym zjadł pizzę przed wyjściem. Zupełnie brakowało mi mocy, żeby pójść wyżej. Darek nawet rozwinął linę i zarzucił w moją stronę, żebym mógł podciągać się rękoma. To był dobry pomysł, bo teraz było mi znacznie łatwiej. W ten sposób podeszliśmy do poziomu Czarnego Stawu pod Rysami. Jego również przecięliśmy w linii prostej, aż znaleźliśmy się po drugiej stronie. Przed nami widniało bardzo strome i zaśnieżone zbocze, praktycznie aż po sam szczyt góry. Oczywiście widzieliśmy tylko jego fragment, ale wiedzieliśmy, że jego pokonanie zajmie nam dużo czasu. Darek wyruszył jako pierwszy. Do poziomu 2000 m n.p.m. warunki były tak dobre, że nie musieliśmy nawet zakładać raków. Problem w tym, że podejście stawało się monotonne oraz niewiele zmieniało się dookoła. Czuliśmy, że wkładamy wiele sił, a tak naprawdę nie widać żadnego postępu. Na wysokości około 2100 m n.p.m. Darek powiedział: „ja już nie daję rady, czuję się bardzo zmęczony, jak ty w drodze na Czarny Staw”. Moje zmęczenie dawno minęło, dlatego teraz w głowie miałem obraz, że wejdziemy na Rysy.

Kto pamięta jeszcze takie ilości śniegu? W lecie te tabliczki znajdują się powyżej poziomu naszych oczu...

Podczas mojej ówczesnej przygody życia nie miałem dobrego sprzętu w góry

 
Nasz pierwszy widok z namiotu po długiej nocy zimowej

Namiot "upchany" gdzieś pod drzewami

Gdyby nie lina Darka, nie wszedłbym nawet do poziomu Czarnego Stawu pod Rysami

    
Mozolne podejście na Rysy "niszczyło" psychicznie

Zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, po czym powiedziałem Darkowi: „patrz na Mięgusze. Ile mają wysokości? Jesteśmy na ich poziomie, więc do szczytu nie jest daleko. Idziemy!”. Rzeczywiście, z racji dość dużej odległości zdawało się, że patrzymy z tej samej wysokości na Czarnego Mięgusza 2410 m n.p.m. Darek podłapał temat, myśląc, że jesteśmy na co najmniej 2350-2400 m n.p.m. Wiedziałem, że jesteśmy gdzieś niżej, ponieważ niedawno minęliśmy Bulę pod Rysami. Tym sposobem wymusiłem w nim dalszą chęć mozolnego podchodzenia powyżej 2300 m n.p.m. Musieliśmy założyć raki, ponieważ warstwa śnieżna przypominała raczej beton. Mocno wbijaliśmy zęby raków, żeby poczuć stabilność kroku. Moje niegórskie buty pomału nie dawały rady w -10’C mrozie. Czułem, że palce u stóp się wychładzają, ale jeszcze mogłem wytrzymać. Od dłuższego postoju szedłem jako pierwszy. Ciągle miałem w głowie szczyt Rysów, a po moim zmęczeniu nie było ani śladu. Widząc postrzępione granie Żabich Szczytów, ucieszyłem się, ponieważ wiedziałem, że do celu mamy już blisko. Rzeczywiście, wystarczyło jeszcze 20 min i zobaczyłem przysypane łańcuchy prowadzące na wierzchołek. Powiedziałem Darkowi: patrz co to jest! Łańcuchy! Jeszcze tylko tyle [wskazując na pionową skałę] i jesteśmy na szczycie. Podejście za przepaścistą przełęczą tuż przed ostatnim fragmentem przed szczytem trochę sprawiło nam problemów, ponieważ w rejonie wierzchołka powstały nawisy śnieżne, po których musieliśmy przejść. Darek przywiązał linę do łańcuchów, wytyczył oraz zabezpieczył drogę, po czym mogłem wchodzić ja. Tym sposobem dotarliśmy na szczyt Rysów. Może dla wielu to nic wielkiego, ale dla mnie tamta „wyprawa” miała swój wielki klimat. Dlaczego? Ponieważ nigdy wcześniej nie chodziłem po takich wysokich górach zimą i nigdy nie widziałem tak pięknych panoram. Dla mnie wejście na Rysy zimą było ogromnym przeżyciem – czymś nowym, dającym nowe doświadczenie. Tym bardziej, że od dwóch tygodni nikt nie wszedł na Rysy, a tego dnia byliśmy tylko my, a wszędzie dookoła tylko pustka.

     
Wejście na Rysy w pełni się udało

Brak pokory jednego z TOPR-owców bardzo szybko się „zemścił”. O tym samym panu przeczytałem w kilku górskich gazetach, że dnia 16 marca 2008 roku (czyli dwa dni później) zmarł przysypany przez lawinę na Marchwicznym Żlebie. Ten sam TOPR-owiec instruował nas, żebyśmy chodzili środkiem śnieżnych żlebów, a najlepiej nie wybierali ich, bo żleby są pierwszym miejscem, gdzie schodzą lawiny. Tam pokrywa trzyma się zazwyczaj najsłabiej ze względu na duże nachylenie terenu i wąską rynnę, które one tworzą. Piątka TOPR-owców wybrała się dwa dni po nas na ski-toury. Zaplanowali wejście Żlebem Marchwicznym. Wybrali podchodzenie jego środkiem. Kiedy przeczytałem tą wiadomość w jednej z gazet, nie pomyślałem źle o tym człowieku, ale wspomniało mi się jedno zdanie ze szkolenia lawinowego, nieżyjącego już pana Edwarda Chudziaka: „lawina nie wie, że jesteś ekspertem”… To było bardzo wymowne zdanie kończące całe szkolenie. Szkoda, że tak szybko zobaczyłem ile, ono tak naprawdę znaczy…

Drugą stroną medalu naszego wejścia okazało się to, co poruszyłem już wcześniej – Internet i media społecznościowe. O ile w tamtym czasie Facebook był czymś nieznanym dla większości z nas, to mieliśmy własne forum, gdzie dzieliliśmy się relacjami. Spodziewałem się, że podzielone środowisko wspinaczy będzie miało dużo do powiedzenia, a także jedni powiedzą dobre słowo, inni o coś zapytają, a jeszcze inni będą krytykować nasz wyjazd. Mając już pewne doświadczenie w rozpoznawaniu zachowań w Internecie w połączeniu z polską mentalnością, po prostu trafiłem w punkt. Jedni się dopytywali, jak to wszystko wyglądało, pomimo, że była opublikowana obszerna relacja, inni krytykowali, a ci ze środowiska wspinaczy mówili, że nie powinniśmy wchodzić na Rysy, że relacja zbyt patetyczna, itp… Szukaliśmy tego patetyzmu, ale jakoś nawet oni nie potrafił go wskazać, pomimo wielu próśb… Nie bez powodu już w wielu artykułach wspominałem o tym, że Internet wymaga od nas pełnej poprawności politycznej. Jeśli nie zrobiłeś wszystkiego tak, jak jest napisane w książkach „po Bożemu”, to zawsze spłynie na ciebie fala krytyki. Tak już jest niestety w Internecie. Jeśli nie wierzysz, to spójrz na dowolne komentarze na dowolnym portalu informacyjnym. Wypominana jest każda litera, pomyłka lub stwierdzenie. Mam wrażenie, że dzisiaj artykuły czyta się dla wytykania błędów… Mimo wszystko nie jestem osobą, która pójdzie za tłumem. Mam swoje zdanie i działam według niego, bo dopasowanie się do tłumu niczego nie zmienia w twoim życiu…
Pomimo, że upłynęło już tyle lat, to tamto spotkanie wspominam jako wyjątkowe, ze względu na nowy pomysł, nowe doświadczenie i niesamowite widoki, które dzisiaj zachwyciłyby mnie tak samo oraz na osobę, z którą mogłem to wszystko przeżyć.

B) WPROWADZENIE INNYCH OSÓB W ŚWIAT GÓR
Mój kolega Robert z poprzedniej pracy widział już wiele zdjęć z moich wędrówek górskich, oraz nasłuchał się wiele opowieści. W końcu sam zapragnął pojechać w góry i zobaczyć to wszystko na własne oczy. W sierpniu 2013 roku tak się złożyło, że do końca lipca wszystkie weekendy pod rząd były deszczowe. Dopiero po 31 weekendach, od 1. sierpnia, cztery kolejne z nich były w pełni słoneczne. Robert powiedział, żebym wybrał jakiś szlak, najlepiej jakiś ze sztucznymi ubezpieczeniami, dzięki czemu mógłby sprawdzić siebie oraz, czy w ogóle góry mu się spodobają. Jako, że pracowałem z nim od kilku lat, znałem go już trochę. Wiedziałem, że da radę oraz, że pasja gór będzie również jego pasją. Jak na pierwszy raz, wybrałem… Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Jeśli ktoś nie chodzi po Tatrach, to zazwyczaj spotyka się z opisami informującymi, że Orla Perć jest najtrudniejszym szlakiem w Polsce, a drugim w zależności od puntu widzenia jest: Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem, Rysy i dalej Kościelec. Miejsce drugie i trzecie jest zależne oczywiście od subiektywnej, indywidualnej oceny. Robertowi opisałem tylko, co nas czeka, jakie są trudności, a przede wszystkim – jak piękne zobaczymy panoramy. Do naszej grupy dołączyła Brygida, która dla mnie była pewną osobą w Tatry, więc nic jej nie musiałem tłumaczyć, oraz Ania, która w zakładzie była znana, jako osoba chodząca po górach i Tatrach. Mając taki skład, pomyślałem, że Robert będzie najsłabszym ogniwem, a z drugiej strony wiedziałem, że da radę oraz wytworzymy wspaniały klimat naszych wyjazdów.

Na „dzień dobry” rozpoczęliśmy wejście na „Chłopka”. Specjalnie dobraliśmy czas początku wędrówki tak, ażeby przed wschodem słońca być już nad Morskim Okiem. Wschód okazał się niezwykły, ponieważ wszystkie Mięguszowieckie Szczyty przecinały trzy pasy cieni, które z kolei rzucały chmury piętra średniego. Góry od razu skojarzyły nam się z umaszczeniem tygrysa, stąd też nazwa naszego spotkania: „Mięgusz Tygrysi”. Nieco dalej spotkaliśmy całą rodzinę jeleni z młodymi. To był piękny widok! Robert powiedział, że jest pierwszy raz w górach, a tu od razu takie rzeczy! W trakcie dalszej wędrówki cieszyliśmy się pięknymi widokami. Do wysokości 1900 m n.p.m. każdy szedł swoim równym tempem. Zachwycaliśmy się niesamowitymi panoramami oraz wspominaliśmy wiele innych wyjazdów, oraz sytuacji z pracy, które bezpośrednio nas dotyczyły. Kiedy rozpoczął się etap podchodzenia po skałach z użyciem rąk, Ania bardzo się wystraszyła, bo miała lęk wysokości. Nawet rozpłakała się na szlaku. Mimo wszystko nie zakończyła swojej wędrówki. Od tego momentu pokazywałem jej na każdej skale, gdzie ma stawiać stopę. Nie trudno się domyślić, że wejście na przełęcz znacznie się wydłużyło. Z drugiej strony mieliśmy wspaniałe widoki bez tłumów. Na miejscu pozostaliśmy na dłużej, aby cieszyć się wspaniałymi panoramami. Teraz obawialiśmy się o Anię, ponieważ musiała zejść stromiznami i skałami. Tutaj ponownie pokazywałem jej, gdzie ma stawiać każdy pojedynczy krok. Wiele czasu upłynęło zanim opuściliśmy strefę skał, ale warto było. Dzięki temu, każdy z nas mógł zobaczyć wyjątkowy szlak, który uważam za najładniejszy w Polsce. Robert cały czas szedł równym tempem i bez obaw pokonywał każde trudności. Wszyscy widzieliśmy, że bardzo mu się spodobały wysokie góry. Kiedy zeszliśmy do Morskiego Oka, Robert dosłownie położył się na asfalcie i odpoczywał. Czuł się totalnie wykończony. Przez całą drogę powrotną śmialiśmy się w naszej grupie, że Roberta „Bobcika” ciepało [rzucało] na prawą stronę podczas wędrówki asfaltową drogą z Morskiego Oka. Każdy z nas miał wielką radość, że mógł zobaczyć coś nowego, coś pięknego oraz, że spędziliśmy czas w swoim towarzystwie. W ciągu jednego wyjścia, aż trzy osoby mogły poznać najpiękniejsze rejony Tatr. Rozmowy o górach i dalsze plany na kolejny weekend tylko wzmacniały apetyt na góry.

Rodzina jeleni spotkana na szlaku

 
Mięgusz Tygrysi

     
Nasze podejście na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem miało niezwykły klimat

Widząc, że w naszej grupie bardzo dobrze się układa i że mamy apetyt na góry, pojechaliśmy drugim razem na Świnicę. Wyjazd również miał swój niepowtarzalny klimat, ze względu na wybraną trasę, piękne rozmowy, oraz zachęcanie się nawzajem. Za trzecim razem wybraliśmy Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m. Nie zależało nam na trudnościach, ale na wyjątkowo pięknych widokach. Ten, kto zna tę górę, ten wie, że ze szczytu można zobaczyć przepiękną panoramę Tatr Wysokich, dużą część Orlej Perci, liczne stawy oraz niesamowitą Dolinę Pięciu Stawów Polskich. Dodatkowo do naszej ekipy dopiero poznającej góry dołączyliśmy Ewę – również z naszej pracy. Wiedzieliśmy, że nie będzie chodzić na stałe po nich ze względu na dzieci. Raczej chciała doświadczyć tej samej radości i zobaczyć piękno Tatr, o którym tyle już jej opowiadaliśmy. Tak, jak poprzednio, umówiliśmy się, że pojedziemy w nocy, a w rejonie Morskiego Oka będziemy jeszcze przed wschodem słońca. Tak, jak podczas pierwszego razu, zachwycaliśmy się niezwykłym spokojem wód, pięknymi odbiciami Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka oraz spokojem wczesnego poranka. Od razu wyruszyliśmy w stronę Szpiglasowego Wierchu. Wiedząc, że Ewa od długich lat nie chodziła po górach, a Ania nie wędruje zbyt szybko, nie zakładaliśmy jakichś ram czasowych. Szliśmy na zasadzie: ile czasu zajmie, to zajmie. Jako, że na szlaku nie ma żadnych trudności, dotarliśmy na przełęcz Szpiglasową w komplecie. Na szczyt dotarliśmy w 15 min, gdzie za skałami ubraliśmy nasze koszulki z pracy. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie. Nikomu z pasjonatów gór chyba nie trzeba przedstawiać pięknych widoków ze Szpiglasowego Wierchu, ponieważ są one bajecznie piękne. Szkoda tylko, że wówczas nie miałem lepszego aparatu, ale zdjęcia i relacja oczywiście są. Najbardziej jednak w pamięć zapadła wędrówka ze Szpiglasowej Przełęczy do Doliny Pięciu Stawów Polskich, ponieważ początkowo trzeba zejść długim fragmentem z łańcuchami. Ewa, która nigdy wcześniej nie była w Tatrach, od razu opanowała sytuację i nawet jej się to bardzo podobało. Ania niestety dalej była zablokowana. Trzeba było jej pokazywać gdzie ma stawiać poszczególne kroki. Dalsza trasa upływała w spokoju. Jako, że w pracy byliśmy zawsze ze sobą zżyci w pewien sposób, to również tutaj spędzaliśmy miło czas w swoim towarzystwie. Po raz kolejny rozmawialiśmy o naszych planach górskich, a jednocześnie cieszyliśmy się z niesamowitych widoków. Droga do Doliny Pięciu Stawów Polskich prowadzi przez piękne, kwieciste polany, które zawsze zachwycają. Z kolei wędrówka Doliną Pięciu Stawów Polskich, zawsze jest relaksująca i pełna pięknych panoram wśród pięknych, kwiecistych polan.

Świnica latem       
Każde spotkanie w Tatrach w tym samym składzie miało swój klimat - drugie spotkanie (Świnica 2301 m n.p.m.)

       
Trzecie nasze spotkanie - Szpiglasowy Wierch. Z każdym kolejnym spotkaniem w górach chcieliśmy jeszcze więcej gór w naszym towarzystwie

Będąc w połowie drogi w dolinie do schroniska, w lewo odbija szlak na Kozi Wierch. Stojąc w grupie na polanie pełnej kwitnących wrzosów rzuciłem temat: kto idzie ze mną na Kozi Wierch? Robert, Ewa i Ania byli dosłownie padnięci, więc od razu odmówili. Brygida długo się wahała, ale w końcu powiedziała. Idziemy! Robert policzył ile to może trwać, dlatego postanowił, że reszta grupy pójdzie do schroniska i tam poczeka na nas. Wiedziałem na ile stać Brygidę, dlatego powiedziałem jej, że narzucimy szybkie tempo, żeby długo nie musieli na nas czekać. Samo wejście na Kozi Wierch również nie obfituje w zmieniające się widoki, dlatego można było przycisnąć tempo. Cały czas napiera się ”zygzakami” do góry, a panorama jest raczej jednakowa, ze stopniowym odsłanianiem się szczytów. Dopiero z samego wierzchołka Koziego Wierchu, widok po drugiej stronie góry jest zupełnie inny, ale piękny. Ze skrzyżowania szlaków, z wrzosowej polany wypruliśmy bardzo szybkim tempem. Brygida dotrzymywała kroku, aż po sam wierzchołek, robiąc tylko jedną, chwilową przerwę. Inni turyści aż się dziwili, że tak szybko podchodzimy po męczących stromiznach. Ciekawe jest, że tuż pod szczytem spotkałem Irka i Natalię, o których wspomniałem już w kontekście nieplanowanych spotkań z 2008 roku. Takie spotkania są zawsze bardzo miłe. Od razu ich rozpoznałem i zamieniliśmy kilka słów, życząc sobie kolejnych spotkań w górach. Brygida teraz miała podwójną radość – bo nie tylko przeszła kolejny, bardzo piękny szlak w Tatrach, ale również pokonała samą siebie. Nigdy nie weszła na dwie góry (w tym przypadku dwa dwutysięczniki) podczas jednego dnia i dodatkowo w tak szybkim tempie. Wejście na Kozi Wierch dosłownie dodał jej „skrzydeł”. Widoki, które zobaczyła, bardzo ją zachwyciły. Kiedy wróciliśmy do schroniska, Robert zdziwił się, że tak szybko „załatwiliśmy” sprawę. Mieliśmy dużo do opowiadania. W trakcie drogi powrotnej podziwialiśmy piękne, górskie kwiaty.

Kozi Wierch   
Nasze wejście na Kozi Wierch ekspresowym tempem

Wspominając o tych wszystkich wyjazdach i spotkaniach w Tatrach zawsze mam w pamięci najpiękniejsze chwile spędzone w górach. Pomimo, że po Tatrach chodziliśmy amatorsko, to jednak nie liczyły się wybitne szczyty, ale obecność w górach, ich przeżywanie, zachwycane się kwiatami na szlaku, szukanie ciekawych szlaków, odpowiednich pór i najważniejsze – przebywanie w grupie pasjonatów, którzy siebie rozumieją nawzajem. Pomimo, że byłem w „poważniejszych” górach, to do dziś tamte spotkania oraz góry bardzo miło wspominam. Uważam, że te spotkania miały swój niepowtarzalny klimat. Każde nasze rozmowy w górach to było dla nas coś pięknego…

W świat gór również wprowadziłem w niestandardowy sposób mojego kolegę z pracy. Jako, że nigdy nie był dalej niż swoje miasto, postanowiłem, że pojedziemy w „fajne miejsce” i pokażę mu piękne góry. Miał wielki apetyt na gór, ponieważ wcześniej naoglądał się moich zdjęć z różnych wypraw i mniejszych wyjazdów. Podobnie, jak ja kilkanaście lat temu zgodziłem się na propozycję spontanicznego wyjazdu na zimową Babią Górę o 23.00 jeszcze tego samego dnia, tak Damian, bo o nim mowa, zgodził się na wspólny wyjazd zaraz po zakończeniu drugiej zmiany. 16 lutego 2019 roku pojechaliśmy jego samochodem w nocy, tak, żeby o 3.00 w nocy rozpocząć wędrówkę. Co ciekawe, Damian nigdy nie chodził po żadnych górach, dlatego wiedziałem, że przeżyje coś pięknego. Wybrałem dla niego Wołowiec zimą. Pożyczyłem mu cały sprzęt – od kurtki puchowej, przez spodnie, aż po raki i czekan. W terenie przeprowadziłem szybkie szkolenie na trasie. Ktoś, kto nigdy nie był w zimowych Tatrach mógł się tutaj poczuć jak w zupełnie innym państwie, gdzieś na odludziu. Rzędy gór pokrywała tylko biel i biel… ciągnąca się aż po horyzont. Damian nigdy nie przypuszczał, że w Polsce mamy tak piękne góry i w ogóle, że są takie miejsca. Tatry wyglądały jak odległa Alaska. Nie przypominały niczego polskiego… Wiele razy słyszałem słowa zachwytu u Damiana, ponieważ przeżywał i widział zupełnie coś nowego. Pomimo, że ja podziwiałem podobne widoki już wiele razy, każde takie wyjście ma dla mnie wielkie znaczenie, ponieważ nie tylko mogę chłonąć piękno gór, wyciszyć się lub realizować swoją pasję, ale przede wszystkim komuś mogę pokazać, jak blisko mamy piękny świat, który dzisiaj wyglądał na surowy i bardzo odległy od wszystkiego, co znamy na co dzień… To wyjście w Tatry miało dla nas wielkie znaczenie, ponieważ mogliśmy podziwiać nadzwyczajne piękno nocnego, rozgwieżdżonego nieba, ośnieżonych gór, wschodu słońca oraz poczuć prawdziwy klimat gór – poczuliśmy się całkowicie wyciszeni, z dala od cywilizacji i gonitwy, włożyliśmy w wędrówkę pewien wysiłek, który został wynagrodzony niezwykłymi panoramami zimowych gór, mogliśmy zobaczyć coś innego, nowego, a przede wszystkim teraz był czas na rozmowy i zastanawianie się nad głębszymi rzeczami. Oboje mieliśmy odczucie, że przeżyliśmy bardzo ciekawy wyjazd w Tatry, który głęboko zapadł nam w pamięć.

       
Bardzo piękne wejście na Ciemniak 2096 m n.p.m. w zimie. Oby było więcej takich spotkań

PODSUMOWANIE
Czytając cały artykuł, mogłeś zobaczyć, że pasja gór to nie tylko chodzenie po górach, które może jednym się podobać, a innym nie. W tej pasji potrzeba czegoś więcej i przeżywa się coś więcej. Nie bez powodu nazwałem ją najpiękniejszą ze wszystkich. Nie dlatego, że jestem jej wielbicielem, ale dlatego, że wymaga pewnego zaangażowania, a nie schematycznego postępowania, co niestety robi większa część społeczeństwa każdego kraju w swoim codziennym życiu. Opowiadając streszczone historie z różnych etapów moich górskich wędrówek, które rozpoczęły się w 2006 roku, mogłeś zauważyć, ile pięknych rzeczy się przeżywa na szlakach oraz na większych wyprawach. W góry nie wychodziłem tylko po to, żeby zobaczyć piękne widoki. Jak mogłeś zobaczyć, zawsze poszukiwałem tego niezwykłego klimatu, który same góry nie są w stanie „wytworzyć”. Do tego potrzebni są ludzie, ciekawe miejsca i pasjonaci, którzy kochają to, co robią. W tej pasji nic nie może być schematyczne, ponieważ szybko zobaczysz, że wędrówka zamieni się w „coś”, co widzimy np. w drodze nad Morskie Oko lub na Krupówkach w pełni sezonu… Z pewnością nie chcemy przeżywać bezmyślnych „schematów”, ale raczej chcemy sięgać głębiej, aby doświadczać czegoś więcej, czego nie ma na co dzień w miastach. Każdy z nas może zostać człowiekiem gór, ponieważ ludzie gór to nie tylko wybitne postacie znane z telewizji, ani nie zawodowi wspinacze, którzy mają pewne możliwości. Człowiekiem gór możesz zostać nawet ty. Najważniejsze, żeby kochać góry, je przeżywać, angażować w nie swoje emocje i myśli, a nie tylko chodzić, bo jest pięknie, bo się wyciszę, lub zaliczę kolejny szczyt. Tym się różni człowiek gór od turysty, że góry są nieodłączną częścią jego życia, po prostu je kocha. Jeśli jesteś człowiekiem gór, potrafisz również wytworzyć prawdziwy klimat, na który będą składały się wspólne wędrówki, opowiadania o górach, zachwycanie się szczegółami, które inni pomijają i przegapiają. Będziesz potrafił się podzielić tą niezwykłą pasją z innymi oraz sprawić, że inni „połkną” tego bakcyla. Nie potrzebujesz wyjątkowej sprawności fizycznej. Pamiętaj, że najważniejsza nie jest sama góra i to, czy wejdziesz na jej szczyt, ani nawet jej trudność trasy dojściowej, ale to, co przeżyjesz, czego doświadczysz, o czym porozmawiasz w pięknych okolicznościach przyrody z najbliższymi na ten czas osobami, niesamowite widoki, panoramy, polany, łąki, umiejętność dostrzegania szczegółów, przeżywanie wszystkiego dookoła, doznanie głębokiego uczucia wolności, całkowite wyciszenie, dzielenie się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami, przypadkowe spotkania z prawdziwymi pasjonatami oraz zachwyt niepowtarzalnym światem gór. Wybrany szczyt nie może być jedynie celem do „zaliczenia”, ale raczej staje się miejscem twoich wyjątkowych przeżyć…

Może nigdy się nie zastanawiałeś nad pewnym zagadnieniem z górami, które powoduje, że nie bez powodu nazwałem tę pasję najpiękniejszą. Oprócz wszystkich rzeczy, które wymieniłem powyżej, jest pewne uczucie, o którym wspominałem w wielu miejscach, w szczególności, gdy mówiłem o Alpach i wyższych górach. Co mam na myśli? Niesamowite i głębokie uczucie wolności, którego nigdzie indziej nie można doświadczyć, no chyba, że połączysz pasję gór z paralotniarstwem, ale to nadal są góry. Jeśli nigdy nie czytałeś życiorysów sławnych i znanych himalaistów, np. z Polski, to polecam ci, żebyś wybrał minimum dwie postacie i zobaczył, jak głębokie jest to uczucie. Nie oceniając nikogo, kto, np. poszedł w Himalaje, żeby zdobyć jakiś tytuł, żeby o nim się pisało, czy po prostu, żeby wpisać się do ksiąg historii górskiej, wszyscy doświadczyli tego samego uczucia. Jest ono tak silne, że na pewnym etapie życia, gdzie w grę wchodziło, np. spędzenie świąt Bożego Narodzenia z rodziną, ci ludzie bez zawahania wybierali wyprawę w Himalaje. Pewnie pomyślisz, że to bardzo egoistyczne. Jest w tym sporo racji, dlatego pasja gór może nauczyć cię jeszcze czegoś – panowania nad sobą. Najważniejsze, żebyś był w pełni świadomy tego zjawiska. Teraz już wiesz, dlaczego na początku przytoczyłem słowa znanej postaci ze świata Himalajów – Piotra Pustelnika: „ludzi można podzielić na tych, którym nie trzeba tłumaczyć pasji gór i na tych, którym nie da się tego wytłumaczyć”? Ponieważ trzeba doznać tego uczucia, aby zrozumieć pasję gór. Jeśli nigdy nie doświadczysz tego uczucia, nigdy do ciebie nie trafi żaden argument w tej spornej kwestii. W dobie, koronawirusa, gdzie stopniowo jest nam odbierana wolność, gdzie nie można już zrobić wielu rzeczy, takie uczucie ma podwójną wartość. Nie bez powodu wyprawę na Aletschhorn 4195 m n.p.m., w Alpach, z 2020 roku, uważam za jedną z najpiękniejszych w moim życiu. Miała swój niepowtarzalny klimat, który jest idealnym podsumowaniem moich ostatnich 10 lat w górach wysokich (2010-2020). Na Aletschhorn przeżyłem bardzo piękne chwile. Miałem wrażenie, jakby podczas naszej wędrówki, z każdej poprzedniej wyprawy powtórzył się jakiś warty uwagi element, przeżycie, wspomnienie... To było coś!

Góry wymagają również wrażliwości i dlatego pasja gór jest zamiłowaniem ludzi wrażliwych, potrafiących doceniać piękno. Góry nie tylko oferują nam wspaniałe piękno, przeżycia i głębokie uczucia, ale również uczą nas szanować przyrodę, żyć z nią w zgodzie, dostrzeganie jacy mali i nic nieznaczący jesteśmy. Uczą nas pokory. Góry pokażą ci, jak wiele błędów popełniają ludzie – w szczególności mam na myśli konflikty, które wywołują, nienawiść, wojny i wszelkie nierówności społeczne. Stojąc na szczycie wysokiej góry, zobaczysz, że „naszych brudów” cywilizacyjnych nie widać i tego, o czym wspomniałem przed chwilą. To samo powinieneś „wynosić” ze szczytu swojej wysokiej góry do codziennego życia. 

Czego można chcieć więcej?...

Kiedy poobserwujesz twoje najbliższe otoczenie, zauważysz, że większość ludzi prowadzi schematyczne życie, w którym nic się nie zmienia. Te osoby przyzwyczaiły się do pewnej miary komfortu i poczucia bezpieczeństwa - wiedzą, co będą robić jutro, pojutrze, za tydzień, itd., bo tak jest wygodnie. Zazwyczaj są to "wypracowane" nawyki przez lata, jak np. oglądanie seriali, sprzątanie domu, wyjazd na zakupy do galerii handlowej, itp., lub codzienne obowiązki wynikające z życia w rodzinie. W tym drugim przypadku naprawdę trudno jest coś zmienić, dopóki dzieci nie wyrosną i będą w większej mierze odpowiedzialne. Życie w tym niejako "schemacie" rodzinnym powoduje, że kiedy już znajdziesz czas dla siebie po długich latach, tobie najzwyczajniej nie będzie już się chciało coś zmieniać, ponieważ przywykniesz do rzeczy, do których się przyzwyczaiłeś. Będziesz doceniał między innymi przewidywalność i spokój. Nie bez powodu duża część społeczeństwa zostaje "domatorami". Tylko nie zrozum mnie źle - nie jestem przeciwnikiem rodziny. Jedynie wskazuję na pewne zmiany, które dzieją się wewnątrz nas - w umyśle, kiedy obowiązki zmuszają nas do przyjęcia pewnego rodzaju schematu życia na długie lata, który będzie się powtarzać każdego dnia, tygodnia, miesiąca, lata... Mając już w młodym wieku tego pełną świadomość, naturę "włóczykija", będąc sercem związanym z górami, schematyczne życie nigdy nie było mi po drodze. Stąd nigdy nie widziałem siebie w życiu rodzinnym, powoli stając się "domatorem". Góry nauczyły mnie, że ciągle trzeba być gotowym na zmiany, nie przyzwyczajać się do tego, co już dobrze znam oraz kształtują silny i zdecydowany charakter. Czy w kwestiach, z którymi się nie zgadzasz pójdziesz za tłumem?... Jak widzisz, dzisiaj niewielu ludzi ma odwagę iść "pod prąd". Większość raczej woli się podporządkować ogółowi i nie sprawdzać, czy można inaczej i czy jest inaczej niż nam mówią. Góry uczą siły charakteru, a on przenosi się do twojego codziennego życia. Góry to nie tylko pasja, ale również praca nad twoją osobowością, a w szczególności nad jej umacnianiem.

Góry są przeciwieństwem schematycznego życia...

Na sam koniec możesz sobie jeszcze raz odpowiedzieć na pytanie, dlaczego większość ludzi z chęcią poogląda górskie widoki na zdjęciach, ale nigdy góry nie będą ich pasją? Pomijając osoby, które są schorowane, lubią słodkie lenistwo lub warunki życia nie pozwalają im na realizację marzeń (np. obowiązki wynikające z posiadania rodziny, dzieci), można powiedzieć, że pasja gór wymaga nieszablonowego myślenia, zaangażowania emocji i umysłu, przeżywania piękna, wrażliwości, przede wszystkim prawdziwej pokory, działania, dobrego planowania, oraz spotykania na swojej drodze odpowiednich ludzi… To wszystko wymaga działania, to wszystko musi wychodzić z naszego wnętrza. Z tego powodu, dla większości ludzi pasja gór jest najzwyczajniej ujmując… za trudna…

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza