piątek, 2 października 2020

Czym jest pasja gór, czyli dlaczego są ludzie, którym nie trzeba tego tłumaczyć i ci, którym tego nigdy nie wytłumaczysz...

 

Zastanawiałeś się czym kierują się ludzie, którzy wyruszają w góry, albo dlaczego wędrujemy po górach i w końcu, dlaczego pasja gór jest tak piękna? Jest mnóstwo osób, które twierdzą, że góry owszem są bardzo piękne, ale to nie dla nich, albo to nie ich pasja. Cały artykuł mógłbym sprowadzić do jednego krótkiego zdania: „ludzi można podzielić na tych, którym nie trzeba tłumaczyć pasji gór i na tych, którym nie da się tego wytłumaczyć”. Tak niegdyś wypowiedział się polski himalaista – Piotr Pustelnik. Tym artykułem chcę trafić do osób, którym teoretycznie „nie da się tego wytłumaczyć” i powiedzieć, co jest pięknego w pasji gór. Najpierw jednak omówię kilka rzeczy, które powodują, że większa część społeczeństwa nie przepada za górami:

1. WYSIŁEK FIZYCZNY
Nie od dziś wiadomo, że czym młodsze pokolenie, tym mniej jest chętne do uprawiania sportu. Pokazują to oficjalne statystyki dotyczące otyłości, chorób cywilizacyjnych oraz czasu, który spędzamy na aktywności fizycznej. Pomimo faktu, że nastała moda na liczenie kalorii, bycia „fit”, katowanie się różnymi dietami, itp., to jednak statystycznie, całościowo, czas, który poświęcamy na aktywność fizyczną systematycznie spada rok do roku, jeśli uwzględnimy dane z całego kraju. Dzisiejszy wielkomiejski tryb życia spowodował, że przez długie lata wyrobiły się w nas pewne nawyki, które są przeciwieństwem działania, aktywności, czy chociażby pozytywnego myślenia. Problemem jest to, że duża część ludzi potrafi mechanicznie odpowiadać „nie mam czasu”, a w rzeczywistości po pracy „ląduje” na kanapie, ogląda seriale i tak naprawdę czas „przelatuje” im pomiędzy palcami. Nie tylko złe nawyki prowadzą do najzwyczajniejszego lenistwa, z którym naprawdę trudno wygrać. Często własny umysł pokonuje nas samych. Wolimy poczuć się komfortowo i nic nie robić, niż coś zrobić, ale będzie się to wiązało z wysiłkiem. Nasz umysł nie lubi niestandardowych sytuacji, ale raczej kieruje cię w stronę czegoś przewidywalnego, gdzie z góry będzie jasny wynik twojego działania, albo po prostu nic nie robienia. Taka postawa zdecydowanie nie pasuje do pasji gór. W tej pasji potrzeba czegoś więcej, dlatego, jeśli prowadzisz podobny styl życia, jaki opisałem powyżej, rozumiem cię, dlaczego nie lubisz gór, lub przynajmniej podobają ci się one, ale nie wyruszasz na szlaki lub nie planujesz swojej własnej wyprawy.

czwartek, 17 września 2020

Jak bardzo zmieniła się turystyka górska w ciągu ostatnich 15 lat?

 

W tym artykule chcę przedstawić przemyślenia na temat moich subiektywnych spostrzeżeń związanych z turystyką, ponieważ minęło niewiele lat, a zmieniło się tak wiele… Co mam na myśli? Fakt, że swoją przygodę z turystyką rozpocząłem w 2006 roku, a widzę jak wielkie zaszły zmiany i to niekoniecznie na dobre… Moim celem nie jest narzekanie, ale raczej wskazanie na pewne wartości, które rządziły „dawniejszą” turystyką, a czymś, co aktualnie kieruje ludźmi w kwestiach podróży. Na początku zastanówmy się nad turystyką górską. Kiedy zaczynałem przygodę z górami w 2006 roku, jeszcze nie wiedziałem, że dobre czasy będą trwały jeszcze tylko około 4-5 lat. Po prostu żyłem chwilą. Nie mając wówczas żadnej wiedzy o nich postanowiłem, że założę klub turystyki górskiej, który zasięgiem obejmowałby całą Polskę, a konkretnie, chciałem, żeby była to organizacja non-profit i bez reklam. Jej celem było zrzeszanie ludzi kochających góry oraz takich, którzy nie mogli znaleźć wspólnego kompana na wyjazdy na swoim „podwórku”. Wiecie co jest ciekawe? Nie mając żadnej wiedzy o górach, moje marzenie spełniło się po upływie połowy roku. Na początku przeczytałem internetowy, 198-stronicowy poradnik o tym, jak tworzyć strony internetowe. Najbardziej rzuciło mi się w oczy pierwsze zdanie: „jeśli nie masz czasu dla innych ludzi, odłóż tą książkę”. Tak – to była święta racja! Kiedy myślisz o założeniu strony w Internecie, musisz wiedzieć, że jej odbiorcą będzie konkretna, nieprzypadkowa grupa ludzi, która będzie czegoś poszukiwać. Żeby przyciągać nowe osoby, trzeba więc tworzyć nowe wartościowe artykuły, zbierać informacje i je aktualizować. To wszystko wymaga nakładu czasu. Moim celem oczywiście było przyciąganie ludzi na stronę, żeby mogli wejść na forum, zarejestrować się i zacząć umawiać się na spotkania górskie.

Założenie udało się wypełnić już po upływie połowy roku, ponieważ od maja 2007 rozpocząłem organizację pierwszych wyjazdów, a sam dalej szkoliłem się w kwestii gór, żeby tworzyć wartościowe artykuły. Oczywiście nie były one bezbłędne, ale przynajmniej miałem wielki zapał, żeby działać. Za niedługo przystąpiłem do opisywania szlaków polskich Tatr i Beskidów. Dzięki temu wyraźnie zwiększyła się ilość ludzi chcących dołączyć do naszej organizacji, ponieważ na stronie mogli znaleźć to, czego poszukiwali – szczegółowych opisów ze zdjęciami. Do tego zadania podchodziłem odmiennie niż wszyscy, ponieważ przewodniki na ogół są pisane bardzo „sucho”, czyli jest w nich dużo ogólników i brak szczegółów. Ja chciałem wypełnić tę niszę, dlatego postarałem się o przejście wszystkich szlaków z zeszytem w ręku, gdzie odnotowywałem każdy większy kamień, liczyłem każde przęsła z łańcuchami, opisywałem, jak trzeba się złapać danego ułatwienia, żeby było wygodnie i bezpiecznie, oraz wspominałem o tym, gdzie pociągnięcie łańcucha u dołu może spowodować odrzucenie osoby na skały. Skoncentrowałem się również na ciekawych głazach na popularnych szlakach, drzewach obrastających okrągłe skały, czy też dobierałem odpowiednie pory, żeby światło słoneczne idealnie padało na rozproszone kropelki wody z danego wodospadu. To wszystko miało za zadanie wypełnić lukę w przewodnikach. Zdawałem sobie sprawę, że wielu osobom po prostu podobne informacje nie będą potrzebne, ale z drugiej strony nie chciałem pisać o czymś, czego w sieci można znaleźć „na pęczki”. Internet, podobnie jak muzyka, daje wspaniałe możliwości, ponieważ pomimo wielu stron na podobny temat, zawsze można stworzyć coś nowego lub uzupełnić istniejące informacje o coś nowego. To był mój główny cel.

piątek, 24 lipca 2020

Aletschhorn 4195 m n.p.m.

Bettmersee  Aletschhorn

Prawie co roku udaje mi się pojechać w Alpy na przełomie czerwca i lipca. Tak samo chciałem zrobić w tym roku. Pomimo, że był już 20 czerwca, to nadal nie miałem żadnych planów, ani nawet nie wiedziałem, czy w ogóle gdziekolwiek pojadę. Największym problemem okazała się tak zwana pandemia COVID-19, która nie pozwalała niczego zaplanować z góry. Międzynarodowe loty uruchomione zostały dopiero od 15 lipca, ale w bardzo ograniczonym zakresie, a możliwość swobodnego przekraczania granic przywrócono dopiero 15 czerwca. 17 czerwca pojechały pierwsze autokary do Szwajcarii, dlatego pomału zaczął mi się rysować plan wyjazdu w Alpy szwajcarskie. Nie wiedziałem jeszcze, czy będą to Alpy Walijskie, czy może Berneńskie. W Alpach Walijskich byłem już wiele razy, dlatego teraz koniecznie chciałem odwiedzić coś nowego. Długo czytałem książki na temat czterotysięczników alpejskich i ostatecznie wybrałem Aletschhorn 4195 m n.p.m. Wejście na szczyt podobno smakuje podwójnie, ponieważ od wieków człowiek w nią nie ingeruje, wszystko jest dzikie, a trasa dojściowa jest bardzo długa. Trzeba mieć dobrą kondycję, żeby myśleć o Aletschhorn. Trasa jest wyjątkowa i piękna, a trzy nadane przez mnie nazwy opisujące całą trasę dość dużo mówią o jej charakterze. Droga prowadząca do stóp Aletschhorn otrzymała ode mnie następujące nazwy: „Mielenie Guana”, „Nie dla Amatorów Kwaśnych Jabłek” i „Droga Lejów”.

Na dwa dni przed wyjazdem, który zaplanowaliśmy na 3 lipca, w piątek, tuż po pracy, kupiłem bilety dla naszej trójki w firmie Sindbad, ponieważ nie mieliśmy samochodu do dyspozycji, na którym moglibyśmy polegać. W końcu dwa lata temu, prawie u celu, wysoko w górach szwajcarskich, zepsuł się nam bardzo poważnie samochód i musiał być ściągany do Polski lawetą. Teraz nie chcieliśmy mieć podobnych atrakcji. Po około 21-godzinnej podróży autokarem, przyjechaliśmy do Berna, do Car Terminal Neufeld. Tak naprawdę jest to kawałek ziemi przy autostradzie, dzięki czemu nie trzeba wjeżdżać do centrum miasta i stać w korkach. Na szczęście z terminala samochodowego kursuje co 10 min trolejbus o numerze 11, którym w 7 min zajedziemy do centrum miasta. Płaciliśmy 2,60 CHF. Bilety można kupić w automacie, które znajdują się na każdym przystanku. Wysiadamy na ostatnim przystanku, gdzie znajduje się główny dworzec kolejowy Bern Hbf (skrót Hbf oznacza główny dworzec kolejowy). Od dawna wiem, że podróże koleją w Szwajcarii są bardzo drogie, ale nie mieliśmy wyjścia. Bilet do naszej wioski Betten Talstation kosztował po 60 CHF/osobę. Niecałe półtora godziny jazdy, a cena taka wysoka… U nas za te same pieniądze pojechałbym z Katowic do Gdańska i z Gdańska do Katowic, dopłacając jedynie 50 zł… Od razu pomyślałem, że w tym kraju zarabia się w złotówkach a płaci we frankach… Po prostu straszne. Nie bez powodu szwajcarskie Alpy zawsze traktuję budżetowo, żeby zobaczyć piękny kraj, ale nie przepłacać ciężko zarobionych pieniędzy. Co mam na myśli? Przede wszystkich drrrrogie hotele (ilość literek „r” proporcjonalnie do drożyzny w tym kraju), gdzie w Betten Talstation jedna noc kosztuje od 800 zł wzwyż, a standardem jest 1000 zł. Chociaż mam środki na wyprawy, to jednak szanuję pieniądze i takiej kwoty nie mam zamiaru wydawać za jedną noc. W Szwajcarii od 10-ciu lat śpię w namiotach, głównie ze względu na elastyczność na wybranych trasach, oraz na przeżycia, których z poziomu hotelu nie doświadczymy.

niedziela, 21 czerwca 2020

Wakacje nad Morzem Bałtyckim, Hel - czy warto pojechać?

 

Co roku wyjeżdżałem gdzieś za granicę na dwutygodniowy urlop, żeby zobaczyć coś pięknego i ciekawego. W Polsce przeszedłem wszystkie główne i większe pasma górskie, dlatego uważałem, że to, co chciałem zobaczyć, to już zobaczyłem. Z pewnością wakacje nad Morzem Bałtyckim od zawsze były u mnie na ostatnim miejscu ze wszystkich możliwych pomysłów. Od zawsze powtarzałem, że nad Bałtykiem brakuje pogody, morze jest zimne, brudne, plaże przeludnione, jest drogo, trzeba swoje odstać w korkach, no i w iperycie kąpać się nie będę (o iperycie będzie nieco później). Dodatkowo powtarzałem, że za swoje pieniądze nigdy tam nie pojadę. Ale czy naprawdę jest aż tak tragicznie nad polskim morzem? Jako, że w roku 2020 mamy ograniczenia z powodu wirusa SARS-Cov-2, możliwość wyjazdu zagranicznego została ograniczona praktycznie do zera. Jeśli nawet przywrócono wyjazdy do Grecji, czy Włoch, to do wyboru mamy jedynie wybrane główne miasta, a przejazd z miasta do miasta mnie w ogóle nie interesuje. Moim celem są piękne pod względem przyrodniczym wyspy oferujące niepowtarzalne widoki i plaże. Lubię aktywnie spędzać wakacje, dlatego od lat stawiam na jednakowe warunki. Ze względu na ograniczenia pozostało więc tylko polskie morze. Jako, że sytuacja wręcz narzuciła jedyny wybór, powiedziałem sobie, że teraz jest najlepsza okazja, żeby sprawdzić jak się naprawdę rzeczy mają i czy wszystko, co wcześniej wymieniłem, będzie miało miejsce. Wybraliśmy Hel, jako że ponoć to miejsce jest ciekawe, można aktywnie spędzić czas, no i pod względem widokowym można dość dużo zobaczyć. Byłem nastawiony na TAK, dlatego koniecznie chciałem sprawdzić jak nad Bałtykiem jest naprawdę.

sobota, 30 maja 2020

"Nie mam czasu" - czy twój umysł nie przeszedł w tryb uśpienia?

 nie mam czasu  pułapki naszego umysłu

Jeszcze zanim dotarł do nas koronawirus, z powodu którego zatrzymane zostały prawie wszystkie gospodarki świata na jakiś czas, ludzie mieszkający w bogatszych krajach lub rozwijających się, ciągle nie mieli na nic czasu. Ileż to razy słyszeliśmy „nie mam czasu”. Ten artykuł będzie o docenianiu prostych rzeczy, które mamy na co dzień, ale z powodu wszędobylskiej gonitwy (no właśnie za czym?), nie potrafimy zwracać na nie uwagi. Koronawirus szybko zweryfikował wartość tego, czym zajmowaliśmy się dotychczas. Jeszcze w roku 2019 głównymi tematami były nowe smartfony, moda na „eko”, perfumy, markowe ubrania, moda na zdrową żywość i zdrowy styl życia, czy też gonitwa za karierą. Z drugiej strony staliśmy się bardziej zestresowani i zagonieni, a w społeczeństwie nastała pewnego rodzaju znieczulica, rozpoczynając od zwykłego zdarzenia na ulicy, gdzie większość nie potrafi już właściwie zareagować, a kończąc na lekarzach, dla których zdrowie drugiego człowieka nie jest ważne, pomimo składanej przysięgi Hipokratesa. Oczywiście nie możemy powiedzieć tak o wszystkich ludziach i lekarzach, ale zjawisko z pewnością przybiera na sile i tutaj trudno podważyć to stwierdzenie. Wystarczy zobaczyć, co się dzieje, gdy ktoś leży nieprzytomny na chodniku, jak ludzie zareagują. Większość przejdzie obojętnie, ponieważ zawsze coś ma zaplanowane i taka nieprzewidziana sytuacja wybija ich z planu i pewnego poczucia komfortu, które jest budowane przez lata na podstawie powtarzających się czynności lub sytuacji. Między innymi, codzienne wyjście do pracy, powoduje, że czujemy się w pewnym sensie komfortowo, bo wiemy, że jutro też tak będzie, i pojutrze też. Stąd nieprzewidziana sytuacja na ulicy wybija nas z pewnego planu, którego powtórzenia spodziewamy się kolejnego dnia. Nasze myśli nie są nastawione na coś nieoczekiwanego i nowego w tak prostej czynności, jak np. dojazd do pracy. Coś zaburza w nas spokój. Kiedy znowu przyglądniemy się ideom i rzeczom, którymi zajmowały się całe społeczeństwa jeszcze przed koronawirusem, to zobaczymy ile z tych rzeczy tak naprawdę w pewnym sensie nas zniewalało.

Weźmy pod uwagę rok 2019, kiedy gospodarka światowa była jeszcze w prawie szczytowej formie, a ludziom żyło się w miarę spokojnie. Szybko zauważamy, że egocentryzm zakradał się coraz bardziej do życia. Wśród młodych ludzi liczyła się kariera, wygląd, bycie „fit”, posiadanie wielu gadżetów, itp. Doszło nawet do tego, że faceci pod pewnymi względami byli gorsi niż kobiety. Co mam na myśli? Liczenie kalorii. W poprzednim zakładzie, gdzie pracowałem 10 lat, faceci liczyli z taką przesadą kalorie, że samemu przygotowywali sobie śniadania, obiady, kolacje, dzieląc je na wyliczone ziarenka ryżu, zważone co do jednego grama, porcje kaszy, warzyw i innych rzeczy. Słysząc codziennie takie rozmowy na przerwach, zastanawiałem się, czy to nie są kobiety w skórze faceta, które zawsze mają do zrzucenia parę kilogramów, nawet gdy są szczupłe… O tym, dlaczego tak kobiety mają, pisałem już wcześniej w moim artykule ‘czy naprawdę jesteś sobą?’. Te same osoby rozmawiały w dalszej kolejności o ćwiczeniach, ilości białka, które trzeba codziennie zjadać, o indeksach żywieniowych, czy jeszcze o tym, jaką wartość ma szczupły facet, a jaką umięśniony. Kolejnym tematem były smartfony i głupie filmiki z Youtube’a, które tak naprawdę nic nie wnosiły do ich życia. Ale to nie koniec, bo gonitwa za karierą stała się ich kolejnym priorytetem, na zasadzie „musisz to mieć”. W efekcie mnóstwo ludzi chodziło/chodzi na studia, tylko ja się pytam: na jakie…? Dlaczego w Polsce mamy największy procent ludzi na tle Europy, którzy uczęszczają na studia? Bo studia stały się „śmieciowe”. Napowstawało wiele płatnych szkół zaocznych, które oferują wyższe wykształcenie, ale ile one mają tak naprawdę wspólnego z prawdziwymi studiami? Odpowiedź znasz. I chociaż w podobnych szkołach również trzeba się dużo uczyć, to zdecydowana większość jest tam tylko po to, żeby zdobyć „papier”. Osoba, która czymś się pasjonuje, nie wybierze studiów zaocznych, bo dla niego będzie to strata czasu. Jego zdolność rozumowania i analizy faktów po prostu mu na to nie pozwoli. Jak to wyjaśnisz, że osoba, która w szkole średniej „jechała” na jedynkach i miernych, teraz ukończyła studia? Nagle doznała cudownego oświecenia? Nie. To szkoły są „śmieciowe”, bo system powinien takich studentów wyeliminować od razu, jak to ma miejsce na prawdziwych uczelniach. Według krzywej Gaussa, opisującej gęstość prawdopodobieństwa, jasno wynika, że wyższe wykształcenie może posiadać tylko 10% całego społeczeństwa. I nie wynika to z ograniczeń systemowych, ale najzwyczajniej z inteligencji. Według tej samej krzywej aż 69,6% społeczeństwa, to osoby mniej lub bardziej przeciętne. I tak samo jest również w całym świecie przyrody. Bardzo szybko można zrobić ciekawe porównanie, czy tak się naprawdę rzeczy mają. Czy większość społeczeństwa jest naukowcami, lub odkrywa nowe rzeczy, o których wcześniej nie wiedzieliśmy? Zdecydowanie nie. Tylko garstka ludzi posiada znacznie lepszy umysł niż my, i to dlatego mogą spojrzeć szerzej i głębiej na nieznane zjawiska.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Ocieplenie klimatu - jest, czy go nie ma?


Jaka jest prawda o ociepleniu klimatu?  Czy ocieplenie klimatu powodują ludzie?

Jako, że minęło 20 lat od momentu, kiedy zacząłem gromadzenie danych pogodowych każdego dnia, postanowiłem, że utworzę wykres z tych dwudziestu lat i opiszę, jakie zmiany zaszły za naszych czasów w klimacie, bo są znaczne, a mój wykres tylko potwierdzi zachodzące zmiany. Codziennie od 1 stycznia 2000 zapisuje następujące dane: najniższa i najwyższa temperatura dnia, temperatura na godzinę po zachodzie słońca, 10 razy dziennie stopień zachmurzenia wraz z typami, rodzajami i gatunkami chmur, wielkość opadu, występowanie pokrywy śnieżnej, oraz wszystkie zjawiska, które zachodzą dodatkowo. Dzięki zabranym danym mogłem stworzyć wykres zachodzących zmian.
W ciągu ostatnich 20 lat mogę wyodrębnić trzy wyraźne okresy pogodowe, które można oddzielić konkretnym przedziałem czasu. Na lekcjach geografii uczyliśmy się, że klimat danego miejsca możemy opisywać na podstawie minimum 50 lat gromadzenia danych pogodowych. Myślę, że w dzisiejszych czasach taka definicja przedawniła się, ponieważ co kilka, kilkanaście lat następuje pewna, gwałtowna zmiana w klimacie, której wcześniej nigdy nie było. Uśrednianie dzisiejszych danych, np. z latami 1970 – 1990 znacznie zaburzy aktualny obraz sytuacji. Co mam na myśli? Już wyjaśniam:

LATA 2000-2005/06
W tym czasie mieliśmy od 4 do 6 dni z temperaturą równą lub przekraczającą +30’C, w zimie mieliśmy kilka dni z temperaturą poniżej -20’C, a okresów z mrozem poniżej -10’C, mieliśmy od trzech do sześciu w ciągu jednej zimy. Lipiec zazwyczaj był deszczowy, ale ciepły (+23-29’C), a sierpień słoneczny. W lecie występowało do 4 trąb powietrznych/rok.

LATA 2005/06 - 2014
W tym czasie mieliśmy od 6 do 10 dni z temperaturą równą lub przekraczającą +30’C, tylko w latach 2006, 2010, 2012 mieliśmy po jednym dniu z temperaturą poniżej -20’C, a okresów z mrozem poniżej -10’C mieliśmy od jednego do dwóch w ciągu jednej zimy. Każdy okres trwał tylko 3-6 dni. Lata stały się deszczowe i dość pochmurne. W lecie występowało od 10-16 trąb powietrznych/rok. Zaczęły się pojawiać średnio dwa dni z upałem +35’C. Lata 2010 i 2013 były rekordowo pochmurne (2400 i 2380/3650 możliwych punktów). W 2013 roku w radio i telewizji prowadzono nawet liczne debaty na temat klimatu, czy takie „szarówy” czekają nas już co roku. Prognozy klimatologów na szczęście się nie sprawdziły.

niedziela, 29 marca 2020

Malediwy na własną rękę, czyli Mathiveri, Veli Beach Inn, Nika Resort, Bodufolhudhoo i rafy koralowe

 Mathiveri, Malediwy na własną rękę  Malediwy na własną rękę - Mathiveri, Veli Beach Inn

Jak wiele innych osób, z pewnością nieraz myślałeś o Malediwach, a nawet stwierdziłeś, że to twoje marzenie. Na Malediwach możemy zobaczyć przepiękne białe, piaszczyste plaże, niesamowity turkus czystych wód i palmy, które w naszym klimacie po prostu nie występują. Z drugiej strony pewnie sobie myślisz, że wyjazd do tego kraju i spędzenie w nim urlopu kosztuje zbyt wiele. W tym artykule chcę ci pokazać, że nie musisz mieć fortuny pieniędzy, aby spędzić wakacje w prawdziwym raju. Pokażę ci w jaki sposób zorganizować wakacje na Malediwach na własną rękę tak, żebyś przeżył jak najwięcej i żebyś przywiózł najpiękniejsze wspomnienia. Zobaczysz też różnicę pomiędzy wakacjami zorganizowanymi przez biuro podróży, a tymi, które zaproponuję ci ja. Powszechnie krąży opinia, że na Malediwach tylko leżymy na plaży i nudzimy się. Z pewnością podobna forma spędzania czasu wolnego nas nie interesuje. W tym artykule również wyprowadzę cię z błędnego schematu myślenia o Malediwach, który najczęściej powielają nasi znajomi, nie mający pojęcia o tym wyspiarskim państwie.

KWESTIE BEZPIECZEŃSTWA NA MALEDIWACH
Zanim wspomnę o kwestiach pogodowych, muszę trochę powiedzieć o bezpieczeństwie, ponieważ z każdym rokiem mamy coraz więcej obaw w związku z niepewną sytuacją polityczną, chorobami lub innego typu zagrożeniami. Malediwy są bardzo bezpiecznym państwem, ponieważ kraj głównie utrzymuje się z turystyki, więc w interesie rządu jest, by sytuacja wewnątrz była spokojna. Działa to w logiczny sposób: są turyści, są duże wpływy do budżetu. Nikomu w rządzie nie jest na rękę, żeby wprowadzać niepokój na wyspach. Zanim jednak pojedziemy na Malediwy, poznajmy kilka faktów, które pozwolą nam przygotować się na wyjazd. Malediwy to państwo składające się z 1190 wysp rozsianych na Oceanie Indyjskim. Na wielu mapach możemy spotkać się z nazwą Morze Lakkadiwskie, ale to tak naprawdę te same wody wchodzące w skład Oceanu Indyjskiego. 1190 wysp tworzy 26 atoli, czyli skupisk wysp utworzonych z rafy koralowej. Na Malediwach główną religią jest Islam, dlatego będziemy musieli przestrzegać kilku zasad. W resortach (czyli hotelach z domami na palach) możemy wypoczywać w stylu europejskim. Wakacje spędzane w resorcie raczej należą do luksusowych, a co za tym idzie – będzie znacznie drożej. Podobnie, jak w europejskich hotelach, w ofercie all inclusive, mamy przygotowane gotowe jedzenie, które możemy wybierać według naszego upodobania, oraz możemy skosztować dość sporo gatunków alkoholi. Urlop na wyspach lokalnych kosztuje nawet do czterech razy mniej,  ale będą obowiązywać nas pewne zasady. Jako, że na wyspach mieszka lokalna ludność, będziemy musieli częściowo podporządkować się ich zwyczajom. Na przykład, idąc przez wioskę, nie możemy chodzić w bikini, lub bez koszulki, czy też wylegiwać się na publicznych plażach w podobny sposób. Na wyspie znajdziemy wyznaczoną dla turystów plażę, która na pewno będzie bardzo piękna. Tam możemy wypoczywać w europejskim stylu. Dodatkowo, we wioskach nie kupimy alkoholu, ponieważ religia miejscowych nie zezwala na spożywanie trunków. Na szczęście mi ta reguła nie przeszkadzała, ponieważ w ogóle nie piję alkoholu, a nawet piwa. Nie wolno również przytulać się, całować i chodzić za rękę w miejscach publicznych (np. teren wioski, publiczne plaże). Kolejną zasadą jest fakt, że nie fotografujemy miejscowych kobiet. Powinniśmy zapytać o zgodę jej męża. Jeśli się zgodzi, dopiero wtedy możemy zrobić zdjęcie. Ostatnim, chyba, najciekawszym zwyczajem są zakupy. Szybko zauważymy, że lokalni mieszkańcy, wchodząc do lokalnego marketu lub małego sklepu, zdejmują klapki lub japonki. Możesz sobie pomyśleć: „ale mają dużo ograniczeń, a na urlopie chcę poczuć się swobodnie”. Pamiętaj, że teraz czytasz „suchy” tekst, który wydaje się surowy i wyrabia w tobie błędne poczucie ograniczenia wolności. Szybko jednak zobaczysz, że w rzeczywistości wszystko wygląda zupełnie inaczej.

poniedziałek, 23 marca 2020

Koronawirus - moja analiza twardych faktów...

 

Od początku marca, tematem numer jeden w mediach jest koronawirus. Przypadki zachorowań na COVID-19 rozpatruje się pod różnymi kątami, ponieważ wielu chce wiedzieć, kiedy zaraza może się zakończyć, czy znowu będzie tak, jak kiedyś było, oraz, czy w ogóle jako ludzkość sobie z nią poradzimy? Jako, że lubię trzeźwą analizę, oraz dementowanie fake newsów, które wprowadzają w błąd, postanowiłem, że również wypowiem się na ten temat.

To, kiedy zostanie wynaleziona szczepionka i kiedy zostanie „przygaszona” choroba COVID-19, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie możemy również jasno stwierdzić, skąd wziął się koronawirus SARS-COV-2. Jedni twierdzą, że wziął się z chińskiego laboratorium w Wuhan, inni, że jest to spisek rządów w celu redukcji populacji na naszej planecie lub spisek chińskiej władzy, a jeszcze inni uważają, że wziął się od zwierząt. Jako, że rządy wiele ukrywają, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jak było naprawdę. Są jednak rzeczy, które można przeanalizować i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Co mam na myśli? Nie możemy stwierdzić, jak będzie wyglądała ogólnoświatowa gospodarka i kiedy wszystko wróci do normy. Można jednak przewidzieć ogólne konsekwencje ekonomiczne epidemii, które będą miały ogromny wpływ na nasze dalsze życie. Zanim jednak omówię, co myślę na ten temat, musimy zrozumieć, jak działa ogólnoświatowy system finansowy, którego jesteśmy częścią. Dlaczego tak? Ponieważ świat jest oparty na pieniądzach i chciwości...

poniedziałek, 24 lutego 2020

Czy naprawdę jesteś sobą?

 Jak stać się silnym wewnętrznie?  Analiza siebie samego

Zastanawiałeś się, czy jesteś naprawdę sobą, jak bardzo jesteś ograniczony w sobie i dlaczego w wielu sytuacjach czujesz się słaby? Albo, dlaczego większość ludzi nigdy nie spełni swoich marzeń, lub nawet nie wyjdzie poza to, co nazywamy codziennością? Dzisiaj dość często słyszymy w różnych mediach stwierdzenie typu: „bo trzeba pokonać lub przekroczyć własne poczucie komfortu i bezpieczeństwa, żeby móc osiągnąć coś więcej”. Mówiąc „osiągnąć”, nie mam na myśli kariery w pracy i pieniędzy [w tym kontekście najczęściej media rozumują słowo „sukces”], ale dążenie do samorealizacji. W powyższym stwierdzeniu jest dużo prawdy, ale warto zastanowić się dokładnie, dogłębnie, skąd biorą się nasze ograniczenia i dlaczego nie chcemy ich pokonywać? Według badań osób, które prowadzą szkolenia na temat samorealizacji, wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że 80% społeczeństwa już na samym początku odrzuci spełnianie marzeń i dążenie do sukcesu, ponieważ trzeba zrobić coś więcej. Myślenie takich ludzi wygląda na wzór: „szkoda, że marzenia same nie przyjdą, same się nie zrealizują, a mnie najlepiej byłoby tylko tak w nie wkleić”. Tak by było najłatwiej. Jeśli pooglądamy strony w Internecie, czy też filmy i poradniki osób zajmujących się samodyscypliną oraz szkoleniem twojej osobowości, tylko po to, żebyś osiągnął sukces, szybko dostrzeżemy, że wszystkie z nich są robione konkretnie w jednym celu: masz osiągnąć sukces w pracy i zarabiać dużo pieniędzy. Przesłanie jest podobne i brzmi ono tak: masz być kreatywny, pokonywać bariery, iść do przodu, nie patrzeć na innych i praca, praca, jeszcze raz praca. W moim artykule nie będę się w ogóle odnosił do pracy, ponieważ to robią inni. Raczej chcę pokazać, dlaczego zdecydowana większość społeczeństwa nigdy nie zrealizuje swoich wielkich marzeń i nie będzie pracować nad swoją osobowością, oraz dążyć do samorealizacji. Jeśli czytasz ten artykuł z zaciekawieniem, to znaczy, że jest on dla ciebie, bo znaczy, że nie chcesz żyć, jak większość ludzi. Chcesz coś zmienić.

Żyjemy w szybko zmieniającym się świecie i ten świat ma na nas coraz większy wpływ, a słowo „prywatność” gdzieś chyba pomału zaczyna się zacierać z wirtualną rzeczywistością. Mało kto może powiedzieć o sobie, że dba o swoją prywatność, lub też, uznać siebie za naprawdę wolnego człowieka. Nie wiem, czy masz świadomość, czy też nie, ale jesteś uwikłany w pewne schematy życiowe, które ograbiają cię z bycia sobą. Na początku musisz zadać sobie pytanie: czy jestem naprawdę wolny? Mówiąc „wolny” mam na myśli: czy ja w pełni kontroluję swoją osobę?, czy jestem sobą?, czy może raczej żyję tak, jak chcą inni?... Warto się głęboko nad tym zastanowić. Artykuł ma na celu naprowadzenie cię na szereg pytań i odpowiedzi, którymi będziesz mógł sprawdzić samego siebie, czy naprawdę ty to jesteś ty… Pewna brytyjska pielęgniarka regularnie przez kilka lat zadawała to samo pytanie osobom będącym na łożu śmierci, a brzmiało ono tak: „czego najbardziej żałujesz w życiu?”. Usłyszała mnóstwo różnych odpowiedzi od ponad tysiąca osób. Szybko zauważyła, że u zdecydowanej większości pacjentów jest wspólny mianownik, który sprowadza się do tych stwierdzeń: „żałuję, że nie byłam/-em sobą – żyłem tak, jak inni chcieli”, „żałuję, że tak dużo pracowałem i nie miałem czasu dla siebie i innych”, „żałuję, że nie poświęciłem rodzinie więcej czasu”, „żałuję, że nie poświęcałem więcej czasu przyjaciołom”, „żałuję, że nie robiłem tego, co chciałem robić”.

czwartek, 17 października 2019

Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. od strony włoskiej

 Punta Gnifetti od strony włoskiej  Zumsteinspitze od strony włoskiej

Poniższa relacja jest kontynuacją opisu naszej wyprawy, gdzie za pierwszy cel obraliśmy Mt. Blanc od strony włoskiej. Weszliśmy na szczyt, mając piękne widoki. Teraz opisuję dalszą część całej wyprawy, której celem było wejście jeszcze na Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.pm. Jeśli chcesz wiedzieć, jak wyglądały przygotowania, jak dojechaliśmy na miejsce, ile wydaliśmy na organizację całej wyprawy i co zabraliśmy ze sobą, przeczytaj najpierw artykuł o naszym wejściu na Mont Blanc od strony włoskiej drogą papieską. Znajdziesz w nim szczegółowe listy rzeczy i cen, oraz sposób na zorganizowanie taniego wyjazdu w Alpy z wejściem na jeden lub kilka czterotysięczników.

Po udanym wejściu od strony włoskiej na Mt. Blanc planowaliśmy Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. oraz Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Na obu górach już byłem, ale wiedziałem, że ze szczytów można zobaczyć bardzo piękne widoki. Nawet najbardziej kultowe góry, jak Matterhorn, czy Weisshorn, które wręcz urosły do rangi gór-religii, nie zaoferują tak pięknych panoram. Wszystkiemu winne jest ich położenie „w środku” łańcucha gór. Punta Gnifetti i Zumsteinspitze stanowią główny ciąg czterotysięczników, dzięki czemu w połączeniu z chmurami, można zobaczyć naprawdę niepowtarzalne widowisko. Wejście na Punta Gnifetti jest uważane za jedno z łatwiejszych w całych Alpach, jeśli wybierzemy podejście od strony włoskiej. Byłem od strony szwajcarskiej, dlatego teraz chciałem zobaczyć coś nowego. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, bo z pewnością poszedłbym jeszcze na Lyskamm. Powrót z Mt. Blanc upłynął nam szybko, a okres przewidywanej, najgorszej pogody mieliśmy za sobą. Wieczorem miała się pojawić jeszcze burza, ale raczej taka, która nie wpłynęłaby w żaden sposób na nasze plany. W drodze powrotnej czytaliśmy „suchy” przewodnik „Alpejskie czterotysięczniki” po to, żeby wybrać konkretną drogę. Do przejechania mieliśmy około 160km, ale do wyboru mieliśmy dwie miejscowości: Alagna Valsesia, lub Stafal. Z obu miejscowości prowadziły kolejki linowe na lodowiec, ponieważ w przewodniku przeczytaliśmy, że w dzisiejszych czasach nikt nie ciora nudnej drogi do lodowca, bo po prostu to nie ma sensu. Lepiej ten czas poświęcić na działalność górską. W książce wyczytaliśmy, że kolejka ze Stafal jest zamknięta, więc wybór padł na Alagnę. Z drugiej strony, nie wiedzieliśmy, czego możemy spodziewać się po jednej i drugiej miejscowości. Wiedzieliśmy tylko tyle, że z każdej podejście jest bardzo długie. Ciekawostką jest, że z Courmayeur pod Mt. Blanc do Stafal można dojechać w 2,5h, a do Alagny w 4h…, a przecież obie miejscowości są oddalone od siebie o kilka kilometrów w linii prostej. Znacznie dłuższy czas dojazdu zawdzięczamy bardzo długiej, ciągnącej się na 38km dolinie Val Grande z rzeką o nazwie Sesia. W wielu źródłach można znaleźć nazwę ‘Valsesia’, jako główna nazwa, ale określa ona zbiór wszystkich dolin bocznych, odbiegających od doliny głównej Val Grane. W skrócie można powiedzieć, że Valsesia, to dolina Val Grande plus wszystkie boczne doliny i dolinki takie, jak: Val Mastallone, Val Sermenza, Val Sorba, Valle Artogna, Val Vogna i Val d'Otro. Droga prowadzi pomiędzy wysokimi górami, jest mnóstwo rond i ogólnie mówiąc, w wielu miejscach są wąskie ulice. Z tego względu nie rozwiniemy dużych prędkości.

środa, 14 sierpnia 2019

Fuerteventura - co warto zobaczyć?

 Fuerteventura - co warto zobaczyć?  Plaże Fuerteventury

Fuerteventura – wyspa, którą jedni kochają, a drudzy nie są z niej zadowoleni. W tym poradniku opowiem o wszystkim, co może spowodować, że tę wyspę będziemy spostrzegać jako atrakcyjne miejsce wypoczynku, lub też jako te, które nie będzie naszym „muszę tam być”. Wybierając wakacje na Wyspach Kanaryjskich musimy być w pełni świadomi, jak największej ilości rzeczy, żeby na miejscu nie poczuć rozczarowania. Chyba nie tego chcemy na urlopie. Musimy pamiętać, że na wyspie będziemy „walczyć” z wiatrem, falami, zimną wodą, piaskiem, chmurami, a nawet z „komuną”. Wszystkie te myśli rozszerzę, omawiając każdą z atrakcji turystycznych wartych zobaczenia.

POGODA
Nie da się ukryć, że pogoda na każdych wakacjach jest tematem nr 1. W końcu chcemy odpoczywać w słońcu i cieple, a nie w klasycznej, majówkowej, polskiej pogodzie, gdzie ciągle pada. Każda z wysp Kanaryjskich ma swój własny mikroklimat i pomimo, że leżą tak blisko siebie, to każda z nich jest zupełnie inna. Lanzarote (leżąca tuż nad Fuerteventurą) jest całkowicie spalona słońcem, a wcześniej erupcjami wulkanów, których łącznie na wyspie jest aż 420. Dla odmiany, Gomera jest bardzo zieloną wyspą. A co z Fuerteventurą? Wyspa wyróżnia się na tle innych, ponieważ ma dodatkowe mikroklimaty, które warto omówić. Na Fuerteventurze aż 330 dni w roku jest słonecznych, 16 deszczowych, a pozostałe można określić jako półprzejściowe, czyli nie wiadomo, co to za pogoda. Oznacza to, że praktycznie cały rok nadaje się na odpoczynek. Temperatury w ciągu roku wzrastają bardzo powoli i potrzeba wielu miesięcy, żeby powietrze było nagrzane o tylko kilka stopni więcej. W styczniu mamy zazwyczaj: 18-20’C, w kwietniu: 21-23’C, w czerwcu: 23-25’C, od połowy lipca do końca sierpnia: 25-27’C i od września ponownie temperatura opada po jeden, dwa stopnie na miesiąc. Jak widać, upałów nie ma, ale za to mamy bardzo przyjemne temperatury. Najzimniejszą temperaturę wody mamy w marcu – 17’C, a najcieplejszą w lipcu i sierpniu – 19-21’C. Czytając o cieple na Fuerteventurze musimy wziąć wielką poprawkę na wiatr, który wieje przez cały rok. Jest silny, a na plażach często porywisty. Głównie z tego względu omawiane temperatury w rzeczywistości są niższe, ponieważ zimny wiatr znad oceanu powoduje, że przy 23’C możemy mieć „gęsią skórkę”. O zwykłym plażowaniu na ręczniku, czy kocu możemy pomarzyć, ponieważ porywy wiatru bardzo szybko nawieją duże ilości piasku, lub jeśli niczym nie zabezpieczymy naszego koca, to go po prostu zwieje. Wiatr jest bardzo przewidywalny, ponieważ w lecie, codziennie wieje z północy, lub północnego wschodu. Właśnie taki, przewidywalny układ wiatrów spowodował, że wyspa podzieliła się pod względem klimatu na dwie główne części: wszystko, co znajduje się poniżej linii gór (wschodnie i południowe wybrzeże) będzie miało piękne, piaszczyste plaże, z dużą ilością słońca, a wszystko, co znajduje się powyżej linii gór (czyli zachodnie i północne wybrzeże), będzie bardzo wietrzne, bez zabudowy, z silnymi prądami morskimi i często dzikie. Z tego powodu omawiana linia brzegowa nie nadaje się do kąpieli i wielu miejscach jest zabronione pływanie. O zakazie dowiemy się ze znaków informacyjnych. Pogodę na Fuerteventurze kształtują zimne masy powietrza znad Oceanu Atlantyckiego, prądy morskie i pasma górskie znajdujące się na wyspie, które w rzeczywistości są wygasłymi wulkanami. Na kilku szczytach możemy podziwiać wyraźnie zachowane kaldery, a na wielu z nich zobaczymy fragmenty lub mocno wygładzone krawędzie, będące pozostałościami po dawnych kalderach.