sobota, 17 lutego 2024

Gruzja - Swanetia, cz. 3: bezimienna góra 3106 m n.p.m., Zagaro Pass 2623 m n.p.m.

 

DZIEŃ 6 – BEZIMIENNA GÓRA 3106 m n.p.m.

Wszystkie oficjalne szlaki w okolicach Ushguli już przeszliśmy, a nawet mieliśmy jedną pozaszlakową górę na koncie tylko dlatego, że pomyliłem trasę w drodze na przełęcz Lagem. Dzięki temu mogłem wejść na bezimienną górę o wysokości 3242 m n.p.m. Dzisiaj przyszedł czas na drugi bezimienny szczyt – tym razem o wysokości 3106 m n.p.m. Jako że nikt z nas nie miał ochoty opuszczać pięknej wioski, na każdy dzień wymyślałem kolejne szczyty, trasy i szlaki, które moglibyśmy przejść. Dzisiejsza góra miała być najbardziej wymagająca, ponieważ nie prowadził na nią żaden szlak. Miałem jedynie informacje z mapy, gdzie zaznaczono możliwy przebieg ścieżki, która przy obecnej porze roku i bujnie rozrastających się chaszczach, mogła już dawno zaniknąć. Nie mogłem jednak tego stwierdzić jednoznacznie, dopóki nie sprawdzimy, jak jest naprawdę. Aby rozpocząć wędrówkę na tę górę musieliśmy wykorzystać początkowy fragment oficjalnej trasy na lodowiec Shkhara. Około 600 m za drugim mostem odbiegała początkowo błotnista ścieżka, przecinająca pod ukosem trawiaste zbocza. Wystarczyło, że wyszliśmy za obszar wioski, a podszedł do nas pierwszy pies. Znaliśmy go, a on nas. Był to stary kaukaz, który wchodził z nami drugiego dnia oraz podczas wędrówki na lodowiec Shkhara. Pogłaskaliśmy go na przywitanie. Widać, że nie miał siły chodzić po górach, dlatego dość szybko zawrócił i odpoczywał. Najwidoczniej był głodny. Rzuciliśmy mu coś do jedzenia. Nieco dalej, na wysokości terenu przewidzianego na kemping oraz tam, gdzie stały dwie drewniane budki wyciągu narciarskiego, przeszliśmy obok pasącego się stada koni. Kiedy poszliśmy nieco dalej, ono zaczęło iść za nami. Podobnie, jak podczas wcześniejszych dni, konie były przyjaźnie nastawione, zbiegały się wokół nas, po czym zaczęły nas lizać. Zdążyliśmy zrobić kilka ciekawych ujęć, nawet z młodym źrebakiem.


Tego dnia słońce świeciło pełną parą. Ponownie podziwialiśmy z bliska białą ścianę Bezingi, która wręcz zachwycała. Cieszyliśmy się bardzo, że mamy bardzo dobrą pogodę. Czas szybko upływał. Mieliśmy już szósty dzień wędrówek. Każdy z nas czuł zmęczenie po poprzednich trasach, ale jednak nadal chcieliśmy poznawać coś nowego. Podobnie jak wczoraj, źle zadziałała u mnie psychika. Posiadałem duże siły, zmęczenie organizmu dawało o sobie znać, ale jeszcze sporo mogłem pociągnąć. Jednak świadomość, że w krótkim czasie przechodzę ten sam fragment powodowała, że brakowało mi „napędu”. Potrzebowałem czegoś, co doda mocy moim nogom, by mogły iść dalej. Wczoraj tym czynnikiem była wyłaniająca się Ushba ponad lesistymi zboczami, a dzisiaj najwidoczniej potrzebowałem czegoś nowego, czego jeszcze nie znałem. Wiedziałem, że kiedy rozpoczniemy wędrówkę w nieznane, wówczas znajdzie się czynnik, który napędzi mnie do dalszej wędrówki. Z drugiej strony wiele radości dawał mi odcinek, którym aktualnie wędrowaliśmy, pomimo że szliśmy nim drugi raz. Od samego początku mieliśmy pewnego rodzaju atrakcje na szlaku, ponieważ przywitał nas stary pies, za chwilę przyjazne stado koni, a za drugim mostem wchodziliśmy na rozległe, zielone polany pełne kwiatów. Sam początek trasy daje nam możliwość podziwiania jednego z najpiękniejszych widoków, które zobaczymy podczas całego wyjazdu. Mówię o pięknej, długiej kaskadzie utworzonej na dwóch zboczach trawiastych gór, które tworzą niesamowite tło dla zielonej polany pełnej żółtych pierwiosnków. Dalej przecinaliśmy kolejne pofałdowania terenu, gdzie żywo-zieloną trawę pokrywały tysiące białych kwiatów. Właśnie z tej perspektywy najbardziej podobała mi się Ściana Bezingi, ponieważ pięknie komponowała się z zielenią i jasnoniebieskim niebem. Słońce wzeszło niedawno, dlatego aktualnie mieliśmy najpiękniejsze warunki do zdjęć.

środa, 24 stycznia 2024

Gruzja - Swanetia, cz. 2: Lagem Pass 2990 m n.p.m., bezimienna góra 3242 m n.p.m., Gvibari 2943 m n.p.m., Latpari Pass 2834 m n.p.m.

 

DZIEŃ 4 – LAGEM PASS 2990 m n.p.m., BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m. (BEZPOŚREDNIO WIDOCZNA Z ŁAWKI PRZED NASZYM POKOJEM) – CZYLI JAK BŁĄD NA MAPIE ZAPROWADZIŁ NAS W ZNACZNIE LEPSZE MIEJSCE, OFERUJĄCE NIESAMOWITE WIDOKI

Słyszałem w nocy, że Damianowi oddycha się ciężko. Miał „zawalony” nos. Pomyślałem, że dzisiaj nie da rady wyjść w góry, ponieważ choroba tylko by postąpiła. Co prawda na zegarku miałem 2.00 w nocy, ale mimo wszystko nie liczyłem, że tak szybko dojdzie do zdrowia. Wstałem o standardowej godzinie – 5.30 rano. Zobaczyłem, że niebo jest idealnie czyste, niebieskie. Od razu ciągnęło mnie w wysokie góry. W głowie miałem zupełnie nową trasę tam, gdzie jeszcze nas nie było – Lagem Pass 2990 m n.p.m. Obudziłem wszystkich o godzinie 5.50 rano. Basia wstała chętnie, a Damian po dłuższej chwili powiedział: ‘dzisiaj nie dam rady, ale wy idźcie, jak chcecie, ja będę tutaj w pokoju leżał’. Przygotowaliśmy ciepłą zupę i izotoniki. Bardzo ciekawiła mnie nowa trasa, co na niej zobaczymy. Fragment ścieżki prowadzącej na przełęcz widziałem pierwszego dnia, kiedy szliśmy na lodowiec Shkhara. Wydawała mi się jakaś dziwnie brązowa.

 

Z pokoju wyruszyliśmy o 7.12. Damian tymczasem leżał w łóżku. Gorączka ustąpiła rano, tyle że miał typowe objawy przeziębienia. Przywitała nas piękna pogoda. Mieliśmy nadzieję, że i tego dnia będziemy mogli w pełni podziwiać przepiękne widoki. Nasza trasa prowadziła w stronę lodowca, ale my mieliśmy przejść jej tylko początkowy fragment – pierwsze 1,5 km, czyli trochę dalej niż most na rzece Enguri. Mogliśmy wybrać pierwszą lub drugą przeprawę, po czym za 400 m rozpocznie się szlak właściwy. Idąc ścieżką w stronę muzeum etnograficznego, jeszcze połowę dolnej części zielonej „zamszowej” góry pokrywał cień. Powoli przesuwał się ku rzece Enguri. Najpiękniejszy widok jest około godziny 7.30-7.40, kiedy jego granica przechodzi przez polany, gdzie pasą się konie i krowy. Wspominaną górę na dwie części dzieli głęboki żleb. Tworzy on podłużną dziurę/urwisko przypominające kanion, który nie zostaje oświetlony, podczas gdy okolica jest w całości nasłoneczniona. Wielka wyrwa i jasne, żywo zielone trawy tworzą bardzo duży kontrast. O tej porze naturalna dziura zarośnięta trawami wygląda, jak ogromna przepaść, do której mogą wpaść zwierzęta. W późniejszej porze dnia widać, że wielki rów, którym spływają wody lokalnego potoku wpadającego do rzeki Enguri, to jedynie złudzenie optyczne. Podziwiając omawiany piękny widok poszliśmy dalej, poza ostatnie wieże wioski Ushguli. Przyszedł tylko jeden pies. Mieliśmy wrażenie, że gdzieś go już spotkaliśmy. Nie spieszyłem się. Założyłem, że będziemy iść takim tempem, abyśmy mogli wszystko przeżywać, a nie zaliczać. Za lokalnym wzgórzem, na którym stała wieża kościoła, w najwyżej położonej części Ushguli, szeroka ścieżka łączyła się z główną drogą, którą jeździły taksówki wożące turystów z Mestii do lodowca Shkhara, a raczej do ostatniego płaskiego fragmentu, ponieważ na 2,4 km przed lodowcem trzeba iść wąską ścieżką przez zarośla. W opisywanym miejscu widniały dwie drewniane budki wyciągu narciarskiego. Dookoła kwitły niebieskie niezapominajki. Bardzo uwielbiam ich widok, ponieważ zdobiły okolicę i przywoływały piękne wspomnienia. Parędziesiąt kroków dalej, po prawej stronie widzieliśmy pięć koni. Przeszliśmy obok nich. Stały przed miejscem wyznaczonym na kemping, czyli tam, gdzie jest idealnie płaska polana. Dalej droga prowadziła w kierunku dwóch mostów na rzece Enguri. Wybraliśmy ten drugi, ponieważ prowadził bezpośrednio do celu. Pierwsza przeprawa dawała niesamowitą okazję zobaczyć naturalny kanion, częściowo zarośnięty młodymi brzozami, którym płynęła Enguri. Widok jest niesamowity! W godzinach popołudniowych można wykonać kilka jego ciekawych ujęć.

piątek, 15 grudnia 2023

Gruzja - Swanetia, cz. 1: Lodowiec Shkhara, bezimienny punkt widokowy 2980 m n.p.m., Chubedishi 3015 m n.p.m., bezimienny punkt widokowy 3153 m n.p.m.

 

WSTĘP

Słyszałem o pięknych szczytach pokrytych zamszowymi trawami o niepowtarzalnym odcieniu zieleni, znacznie wyższych niż składnice deszczu i śniegu sunące po niebie, gdzie stoi się z głową zadartą do góry, jakbyś wypatrywał spadających gwiazd na nocnym niebie, gdzie kwiaty kwitną we wszystkich kolorach – od ich stóp aż po same chmury, od białego, aż po prawie czarny, tworzące niekończące się dywany, gdzie jest ich więcej niż ziaren piasku nad brzegiem morza, gdzie nigdy nie znajdzie się osoba, która je policzy, ponieważ kiedy jedne przemijają, w ich miejscu wyrastają nowe, równie piękne; gdzie zamszowa zieleń sięga aż po miejsca na niebie, z których otrzymuje życiodajną wodę; gdzie będziesz miał wrażenie, jakby wojska zimy już nie miały siły i wiosny nigdy nie przemogły; gdzie przeniesiesz się w czasie, bo tylko jednym spojrzeniem zobaczysz przekrój całego roku: wiosnę walczącą zamszową zielenią o jak najwyżej położone tereny, lato w pełni kolorów, jesień, której świadectwem są drewniane rzeźby z wyciągniętymi rękoma, które stoją niczym chochoły i pomniki, przypominające, jak kiedyś dawniej było oraz zimę, która musiała ukryć się aż ponad składnicami deszczu i śniegu, żeby wojska wiosny jej nigdy nie znalazły; gdzie wszystkie zwierzęta żyją w zgodzie ze sobą na ich cudownych zboczach, w pełni czując co to wolność; gdzie chociażbyś wyruszył w pojedynkę, to żadnej trasy, szlaku, czy nawet nic nie znaczącej ścieżki nigdy nie przejdziesz samotnie; gdzie zwierzęta pokażą Ci jak wygląda prawdziwa miłość, a każdy pies przytuli się do Ciebie jak dziecko do matki; gdzie okrąży Cię stado koni, kiedy pierwszy promień słońca zajrzy w tutejsze doliny; gdzie zawieje zimny wiatr, a ogrzeje przyjemne, gorące słońce, jakbyś opalał się nad brzegiem morza; gdzie przez ani jeden moment nie przyjdzie Ci żadna zła myśl do głowy; gdzie ludzie mieszkają w domach pamiętających bardzo dawne czasy, dla których będziesz jak brat; gdzie poczujesz przestrzeń, przyrodę i zobaczysz piękno w najlepszej postaci oraz gdzie rzeczywistość znacznie przekroczy twoje oczekiwania nawet, kiedy masz najlepiej opracowany plan wyprawy, i w których na zawsze zostanie cząstka ciebie, co sprawi, że będziesz chciał tam wracać…

 

Gdzie jest ten świat? Może pomyślisz, że mówię o najwyższych górach na Ziemi – o Himalajach, a może o innym, niedostępnym fragmencie naszej planety? Na szczęście znacznie bliżej nas jest świat, w którym wszelkie jego problemy i smutki zostają gdzieś w dolinach. Podobnie, jak wspomniana wcześniej wiosna, ma tak wielką siłę, że wrócisz z niego odmieniony, pełen radości i szczęścia oraz nieustającej myśli, która stale będzie Ci mówić: „wrócę tam jeszcze”. To Kaukaz – piękne, majestatyczne góry, które nie zostały jeszcze skażone duchem komercjalizacji, chciwością i hałasem, gdzie każdy, kto chce poznawać coś nowego, odpocząć od zgiełku, czy żyć w zgodzie z naturą, znajdzie to, co najlepsze dla siebie…

czwartek, 13 kwietnia 2023

Nilandhoo, czyli Malediwy na własną rękę - jak zorganizować wyjazd?

 

Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na własną rękę na Malediwach, przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZOWAĆ WYJAZD?’. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych, gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Nilandhoo.

DLACZEGO WYBRAŁEM NILANDHOO?
Jeśli mam jechać na Malediwy, to zawsze zastanawiam się, którą wybrać wyspę, ponieważ jest ich 1280, gdzie około 300 z nich jest zamieszkanych lub są prywatnymi wyspami pod resorty. Jako że zawsze jeżdżę na lokalne wyspy, ponieważ pasuje mi ich klimat, to mam też pewne wymagania, które musi spełnić miejsce, które chce odwiedzić. Przede wszystkim musi być dużo zieleni, palm, mało turystów, żeby nie było tłumów, a czym bardziej dziko, tym lepiej. Laguna musi być turkusowa i duża oraz wyspa musi oferować piękne widoki. Dodatkowo z wybranej wyspy musi być możliwość organizowania wycieczek, gdzie mógłbym zobaczyć trochę więcej różnorodnych rzeczy. W chwili pisania tego artykułu, poza Nilandhoo na Malediwach byłem cztery razy. Zawsze wybierałem takie miejsca, żebym podczas jednego wyjazdu mógł zwiedzić dwie, trzy wyspy, sand bank (będzie o nich w dalszej części tekstu) oraz miał możliwość podziwiania raf koralowych z podwodnym życiem (kolorowe ryby, manty, rekiny). Dotychczas odwiedziłem: Fehendhoo, Fulhadhoo, Finolhu (resort), Mathiveri,Bodufolhudhoo, Nika Island (resort), Thoddoo, Rasdhoo, Fenfushi oraz kilka sand banków i bezludnych wysp pomiędzy nimi. Według mojego rozpoznania, zrobionego jeszcze przed wyjazdem, z analiz wyszło mi, że tutaj będę miał znacznie większe możliwości niż na każdym poprzednim wyjeździe. Dlaczego? Ponieważ rejon Nilandhoo oferował kilka lokalnych wysp, mnóstwo tych bezludnych oraz wiele sand banków i duże możliwości podziwiania życia podwodnego. Na Nilandhoo chciałem pojechać już trzy lata temu, ale zawsze wszystkie miejsca były zajęte, dlatego musiałem poszukiwać innej wyspy. Teraz nadarzyła się okazja, dlatego skorzystałem.

poniedziałek, 20 marca 2023

Krokusy w Dolinie Chochołowskiej 2024 - kiedy kwitną? - czyli porady i wskazówki

Krokusy Dolina Chochołowska Krokusy - Kalatówki

KIEDY KWITNĄ KROKUSY?

KROKUSY W DOLINIE CHOCHOŁOWSKIEJ 2024 – KILKA FAKTÓW I WSKAZÓWEK.

PORY KWITNIENIA KROKUSÓW W POSZCZEGÓLNYCH LATACH:

  • 2024 roku - 10 lutego zauważono już pierwszego krokusa na Kalatówkach, a także kilka cebulek tych kwiatów wykopanych przez zwierzęta
  • 2023 roku przewidywałem, że szczyt kwitnienia krokusów przypadnie na okres 24-26 kwietnia. W tygodniu 4-9 kwietnia Polana Chochołowska była pokryta śniegiem, a temperatury w ciągu dnia były ciągle ujemne. W ostatnim tygodniu marca zakwitły tylko pojedyncze kwiaty. 10 kwietnia dolinę nadal pokrywał śnieg, a całe Tatry były pokryte bardzo grubą i gęstą mgłą. 12 kwietnia mieliśmy informację z TPN-u i od będących na miejscu gospodarzy schroniska w Dolinie Chochołowskiej, że w 2023 roku krokusy nie wyrosną w postaci dywanów kwiatów z powodu złej pogody. To już czwarty słaby rok z rzędu. 14 kwietnia: krokusy zakwitły, ale nie utworzyły "dywanów", a jedynie większe fioletowe powierzchnie, gdzie kwiaty występowały w dość rzadkich odstępach. Kwiatów było wyraźnie mniej i polana nie kwitła równomiernie. Duża cześć zaczęła wyrastać pod koniec marca, po czym kwiaty zginęły pod śniegiem. Opady deszczu ze śniegiem dnia 17 kwietnia i temperatura poniżej 0'C utrzymująca się przez trzy kolejne dni tylko "dobiła" i tak już dość słabej jakości widowisko... Krokusy w Dolinie Chochołowskiej nie dopisały w roku 2023, ale jak się okazało, od około 12 kwietnia mieliśmy pełny wysyp kwiatów na Kalatówkach. Cała polana zakwitła równomiernie i obficie, przez co widowisko było naprawdę piękne, a miłośnicy fotografii mieli mnóstwo gęstych miejsc idealnych do zdjęć. 12 kwietnia krokusy były w szczycie rozkwitu na Kalatówkach.

piątek, 3 lutego 2023

Malediwy na własną rękę 2024 - jak zorganizować wyjazd?

 

Jako, że już pięć razy byłem na Malediwach, postanowiłem zebrać wszystkie informacje, które przydadzą się podczas planowania i załatwiania urlopu na Malediwach również w czasach COVID-19 (gdyby kiedykolwiek coś podobnego miało wrócić). W tym artykule opowiem o tym jak zorganizować wakacje na Malediwach, jak maksymalnie obniżyć koszty, żeby było naprawdę tanio, na co musimy w szczególności uważać oraz najważniejsze – jak spędzać czas na wybranej przez nas wyspie. Przeprowadzę cię krok po kroku przez procesy wyszukiwania biletów lotniczych, opowiem o samym locie, omówię parametry związane z przelotem, wskażę jak wypełnić formularze, które mogą być później skontrolowane, opowiem jak wyszukiwać atrakcyjne lokalne i tanie wyspy na Malediwach, jak wygląda życie miejscowych ludzi, co zjemy w naszym hotelu oraz, co ty sam wyniesiesz ze swoich wakacji. Zaproponuję również kilka wycieczek, które są bardzo ciekawe oraz pokażę ci jak spędzać aktywnie czas, ponieważ, kto nie był na Malediwach, ten zazwyczaj myśli schematycznie: urlop na wyspie jest dla zakochanych, będę się nudzić i nie interesuje mnie wylegiwanie się na plaży. Chcę wyprowadzić cię z błędnego myślenia i pokazać, że Malediwy nie muszą być drogie oraz, że spędzisz tam naprawdę rajskie, aktywne wakacje (organizuję wyjazdy do czterech razy taniej niż w biurach podróży, wliczając w koszty: wyżywienie, przeloty i noclegi).
Jeśli jednak już wiesz, jak zorganizować takie wakacje, możesz od razu przejść do artykułów o poszczególnych wyspach:


Malediwy są dla jednych marzeniem, a dla innych krajem, który nie spełni ich oczekiwań. Wszystko zależy od tego, na co jesteśmy nastawieni oraz, co już zobaczyliśmy i przeżyliśmy w swoim życiu. Pomimo, że na Malediwach byłem już trzeci raz (zawsze na innej wyspie/wyspach), to za każdym razem jestem zauroczony pięknem natury, plaż i krajobrazów. Dla mnie Malediwy są wakacjami marzeń. Na Malediwach z pewnością będziemy cieszyć się przepięknymi białymi, piaszczystymi plażami, niesamowitymi turkusowymi, czystymi lagunami i rajskimi palmami, których w naszym klimacie po prostu nie spotkamy. Z drugiej strony, wiele osób, które nigdy nie próbowały organizować podobnych wakacji na własną rękę, pomyśli sobie, że wyjazd do tego kraju i spędzenie w nim urlopu kosztuje fortunę. W tym artykule chcę ci pokazać, że nie musisz mieć worka pieniędzy, aby odpocząć w prawdziwym raju. Pokażę ci w jaki sposób zorganizować wakacje na Malediwach na własną rękę tak, żebyś przeżył jak najwięcej i żebyś przywiózł najpiękniejsze wspomnienia. Zobaczysz też różnicę pomiędzy wakacjami zorganizowanymi przez biuro podróży, a tymi, które zaproponuję ci ja. Nie będę mówił, jak bardzo złe są biura podróży (bo nie są), ale raczej moim celem jest wskazanie różnic, żebyś sam mógł dokonać odpowiedniego dla ciebie wyboru. Powszechnie krąży opinia, że na Malediwach nie ma co robić i raczej takie wakacje są dobrą opcją dla zakochanych. Zazwyczaj myślimy, że podczas urlopu będziemy tylko leżeć na plaży i nudzić się. Z pewnością podobna forma spędzania czasu wolnego nas nie interesuje. W tym artykule również wyprowadzę cię z błędnego schematu myślenia o Malediwach, który najczęściej powielają nasi znajomi, nie mający pojęcia o tym wyspiarskim państwie. A mówię to wszystko, jako człowiek, który organizuje wyprawy wysokogórskie i lubi aktywność górską.

sobota, 19 listopada 2022

Nie odkładaj swojego życia na "kiedyś"

 

W tym artykule chcę Cię zachęcić do refleksji nad samym sobą, ponieważ czasy są jakie są, a większość z nas „przegapia” swoje życie. Słowa te kieruję głównie do osób, które czują się mało lub nic nie warte, które ledwo wiążą koniec z końcem, i które czują się niespokojnie, ponieważ brakuje im środków do życia, a optymistycznych (dobrych) informacji ciągle brakuje. Osoby, które osiągnęły coś w życiu również dowiedzą się kilku nowych, ciekawych rzeczy. Zastanowimy się także, co jeszcze chcemy zrobić w naszym życiu oraz, jak sami siebie oszukujemy. Do analizy tego artykułu zachęcam w szczególności osoby, które na co dzień prowadzą rodzinne życie i nie sięgają myślami poza swoje najbliższe otoczenie, ponieważ właśnie takie osoby popełniają najwięcej podstawowych błędów w swoim życiu. Omówię wiele mechanizmów, które to powodują. Zapraszam również samotnych, nie mających pomysłu na swoje życie, których prawie każdy dzień wygląda tak samo, bo wpadli w pewien zły schemat nawyków: praca, jedzenie, telefon, telewizor, Internet do późnej nocy, spanie.

Zauważyłem, że niezależnie od tego, ile człowiek ma lat, ciągle używa te same sformułowania: „kiedyś to zrobię”, „kiedyś tam pojadę”, „może kiedyś mi się uda”, „kiedyś może sobie kupię”, itp. Podobne wyrażenia można mnożyć, ponieważ w zależności od sytuacji danego człowieka tym „kiedyś” do zrobienia może być wszystko. O co chodzi? O to, że myśląc, że chcemy coś zrobić, tak naprawdę nie myślimy, żeby coś zrealizować, a jedynie zwodzimy, zbywamy, oszukujemy samych siebie. Można powiedzieć, że wręcz boimy się marzyć. Od razu zaczynamy wymyślać jakie będą problemy po drodze, a nie widzimy jaki będzie cel naszego przedsięwzięcia. Tak! Widzimy tylko problemy. Wiecie dlaczego tak jest? Ponieważ nie czujemy naszej własnej wartości, nie wierzymy w siebie, mamy „wewnętrznego lenia” i boimy się wyjść poza nasze poczucie komfortu i bezpieczeństwa (czytaj: wygodę). Po pracy wolimy usiąść na kanapie i bezwładnie przeglądać śmieciowe treści na Facebooku lub odpalamy Netflixa, bo tak jest wygodnie. Jednocześnie czujemy się kimś mało ważnym, nic nie znaczącym. Tym jednym zdaniem mógłbym zakończyć cały artykuł, jednak należałoby się zastanowić, co powoduje, że czujemy się mało warci, że zawsze dopada nas leń i na dodatek widzimy same problemy? Ja znalazłem wiele takich rzeczy, dlatego omówię każdy z przypadków, ponieważ kiedy znasz swojego przeciwnika, będziesz wiedział „z czym” walczyć. Zadajmy więc sobie pytanie: co stoi na przeszkodzie, żeby nie odkładać czegoś na „kiedyś” i co powoduje, że zazwyczaj czujemy się mało warci i tracimy wiarę w siebie?

czwartek, 22 września 2022

Korfu - co warto zobaczyć? - Korfu - top 10

Co zobaczyć na Korfu? plaże Paleokastritsa

KILKA DOBRYCH SŁÓW O KORFU
Wyspa jest sama w sobie dość specyficzna. Jeśli wcześniej byłeś gdzieś na greckich wakacjach i widziałeś wspaniałe błękitne laguny, jak np. na Krecie, czy Zakyntosie, to z pewnością nic lepszego tutaj nie zobaczysz. Wyspa oferuje wspaniałe widoki, piękne wrażenia i można cieszyć oczy zielenią przez 12 miesięcy w roku. Z pewnością przed wyjazdem warto zrobić sobie listę plaż, które chcemy odwiedzić, ponieważ same w sobie są pewną atrakcją przyrodniczą. Można też pokusić się o rejsy na sąsiednie wysepki, ponieważ tam zobaczymy bardzo wiele. Dla mnie osobiście Korfu pod względem przyrodniczym jest bardzo piękną wyspą i żałuję, że nie wszystko mogłem zobaczyć, co chciałem. Najbardziej na wyspie ciekawiły mnie malutkie plaże wciśnięte gdzieś pomiędzy skały, czy też takie, nad którymi wyrastały ogromne i wysokie klify. Jako, że jeżdżę głównie dla podziwiania wspaniałych krajobrazów, to właśnie na nich się skupię i o nich będę opowiadać. Z pewnością czystość wód zachwyca i możemy tu znaleźć wiele małych zatoczek z pięknymi szmaragdowymi i szafirowymi wodami. Korfu ma bardzo ciekawą linię brzegową i uchodzi za jedną z piękniejszych w Grecji, stąd warto skupić się na zwiedzaniu wyspy głównie na jej obrzeżach. Bardzo podobały mi się również małe i ciche wioski, piękna zieleń, poszarpana linia brzegowa i przede wszystkim czyste wody. Widoki z każdego wzniesienia z pewnością zapisywały się na trwałe w pamięci.

KILKA SŁÓW NA TEMAT RZECZYWISTOŚCI NA KORFU
Rzeczywistość na Korfu nie jest już taka kolorowa. Pomimo, że jestem osobą, która koncentruje się na pozytywach, to jednak są rzeczy, których nie da się ominąć, bo występują praktycznie na każdym kroku. Z tego względu muszę o nich wspomnieć, żeby uniknąć niepotrzebnego rozczarowania. Na Korfu bardzo szybko można zobaczyć, że wyspa dosłownie tonie w śmieciach. Przy każdej drodze po obu stronach zobaczymy sterty walających się butelek, papierków, kubków, itp. Przy każdej plaży znajdziemy całe mnóstwo chusteczek, zużytych materacy, papierków, kubków, itp. Po prostu nikt tego nie sprząta, a sami turyści mogliby zachowywać się lepiej, gdyż to oni głównie zaśmiecają teren, widząc, jak już jest na miejscu. Inna kwestia, to pozostawione samochody. Nie wiem, jakie Grecy mają prawo, ale na Korfu wyeksploatowany samochód, łódź czy motorówkę zostawia się w krzakach i pozostawia aż samemu się rozłoży pod wpływem warunków atmosferycznych. W drodze do jakiejkolwiek atrakcji turystycznej zauważymy co najmniej kilka takich aut, czy też łodzi i motorówek. Najbardziej w oczy jednak rzuca się głęboki oddech kryzysu z lat 2008/09 i 2015. Od razu można zauważyć, że tamtejszych Greków oba kryzysy gospodarcze musiały bardzo mocno przycisnąć, ponieważ w każdej wiosce znajdziemy średnio co drugi lub trzeci dom opuszczony lub walący się. Porzucone domy są w różnym stadium budowy. Niektóre są na etapie budowy betonowego szkieletu, inne mają wykończony parter i betonowy szkielet, a jeszcze inne są świeżo ukończone i pozostawione. Co ciekawe nawet funkcjonujące od długich lat hotele są porzucone w centrum znanych miejscowości, gdzie sprzęty niszczeją i stoją na dworze. W środku popularnej i dużej miejscowości turystycznej Sidari możemy znaleźć taki hotel, a w centrum miasta stoi pusty „szkieletor” straszący szarym betonem. W pobliżu innego trzygwiazdkowego hotelu mamy bezpośredni widok na inny betonowy, trzypiętrowy szkieletor. Ten widok jest tak powszechny, że nie da się tego nie zauważyć i nie wspomnieć. Najgorszy jest jednak fakt, że na obrzeżach Peroulades sfinansowano budowę szkoły z Unii Europejskiej oraz chodnik z latarniami do niej. Dzisiaj szkoła niszczeje i również jest porzucona, a chodnik i latarnie popadają w ruinę.

wtorek, 20 września 2022

Nie daj się zaskoczyć!

 

Dzisiejszy świat tak szybko się zmienia, że artykuł, który ukończyłem kilka dni temu stał się w pewnym sensie nieaktualny, ponieważ wydarzyły się kolejne wydarzenia, o których trzeba obowiązkowo opowiedzieć. Napisałem go z myślą o Was, ponieważ tego nie uczą w szkołach, a kiedy powstaje jakaś nagła sytuacja, Polacy zawsze tracą dwukrotnie pieniądze. Spójrzmy jaki błąd popełniono w Polsce. Kiedy przyszła pierwsza informacja o ataku Rosji na Ukrainę, ludzie masowo w panice zaczęli robić zapasy benzyny, dolarów i Euro. Rynek tak działa, że kiedy wszyscy działają jednakowo w tym samym czasie (czytaj: panikują), to ceny gwałtownie rosną. Dokładnie to obserwowaliśmy w Polsce. Ceny benzyny dochodziły do 7,50 zł, a ropy przekraczały nawet 8 zł. Ludzie i tak masowo kupowali wyżej wymienione rzeczy, ponieważ myśleli ‘i tak będzie drożej’. Podobnie było z Euro i dolarami, czy słynnym cukrem w lipcu. Ludzie kupowali dolary za 5 zł i cukier za 8-10 zł, podczas, gdy dzień wcześniej dolar kosztował 4.05 zł, a cukier w lipcu kosztował 8-12 zł. Kiedy z każdym dniem cena dolara zaczęła spadać, panikujący zaczęli sprzedawać drogo kupionego dolara po coraz niższych cenach. Kiedy się temu przyjrzysz, zauważysz, że walutę kupili bardzo drogo i sprzedali ją tanio. Czyli stracili dwukrotnie. Jeśli ktoś kupił dolara za 5000 zł, to w wyniku omawianych zakupów w kilka dni stracił około 1300 zł. Dlaczego? Dlatego, że nie znał praw rządzących rynkiem, bo tego nie uczą w szkołach, a społeczeństwo nie chce się samo uczyć. Oczywiście mówimy w kontekście gospodarki światowej i Europy. Podobnie było z cukrem. Ludzie nie kupowali go kiedy był po 2,50-3,00 zł, ale brali po 10 kg, kiedy był po 8-12 zł, ponieważ myśleli, że go nie będzie. Kiedy cena cukru spadła do 5 zł, panikujące społeczeństwo zostało z kilogramami super drogiego cukru w domach. Jak zawsze po panice przychodzi spadek cen. We wrześniu cukier kosztował już 5-6 zł. Samą paniką ludzie spowodowali, że sztucznie można było podnieść dwukrotnie cenę cukru po okresie paniki, bo dla nich i tak jest tanio, bo był przecież taki drogi... Nikt za to w domu nie zadał sobie pytania: ale, jak to? Przecież cukier dostępny w Niemczech jest produkowany w Polsce i jest eksportowany do Niemiec. Tam cały czas kosztował w przeliczeniu na złotówki 3,60 zł. Nie dość, że cukier musiał być przewieziony za granicę, to i tak jest dużo tańszy niż w Polsce, pomimo, że polskie zakłady na terenie Polski go produkują... Jednak Was uspokoję, bo społeczeństwo niemieckie nie jest lepsze - też dali się "sfrajerzyć" na akcji o podobnym mechanizmie działania, tyle, że tam wybrano olej, a w Wielkiej Brytanii benzynę, której było w brud, ale sztucznie wywołana panika pozwoliła obłowić się tym, którzy ją wywołali. Ci, którzy sztucznie wywołują takie punktowe kryzysy doskonale wiedzą, jak działa ludzka psychika i jakie mamy braki w edukacji, dlatego takie numery będą POWTARZANE! Przed nami są kolejne sztuczne wydarzenia, dlatego wyprzedzajcie czasy i bądźcie przygotowani.

środa, 3 sierpnia 2022

Rodos - co warto zobaczyć? - czyli Rodos - Top 10

Co zobaczyć na Rodos? Rodos - Top 10

Co warto zobaczyć na Rodos? Z pewnością na wyspie znajdziemy mnóstwo ciekawych miejsc do odwiedzenia. W zależności, kto co lubi, znajdziemy atrakcje przyrodnicze, historyczne, kulturalne, czy typowo związane z wypoczynkiem - oczywiście mam na myśli piękne, piaszczyste plaże. Najpierw jednak powiem o samej wyspie Rodos, ponieważ każda grecka wyspa ma w sobie coś wyjątkowego. Rodos zdecydowanie wyróżnia się długością okresu słonecznego. W całej Grecji Rodos uchodzi za najbardziej słoneczną wyspę. Dni ze słońcem mamy aż 300 w ciągu roku, podczas, gdy średnia dla Grecji wynosi „tylko” 200. Będąc pod koniec września, lub na początku października, można nadal cieszyć się letnią pogodą. W tym czasie mamy bezchmurne niebo i około +25’C. Wody są ciepłe (ok. +19'C do +21'C), więc pomimo początków jesieni, ciągle możemy pływać w morzu. Ciekawa jest również sama pogoda, a raczej związane z nią wiatry. Na Rodos przez połowę tygodnia może wiać dość silny, ale ciepły wiatr. Południowo-wschodnia część wyspy jest zabudowana gęsto hotelami w znanych miejscowościach i ciągle powstają nowe… Północno-zachodnia część wyspy jest praktycznie bez obiektów turystycznych. Wyspę można podzielić wzdłuż na pół. Dolna połówka, czyli południowo-wschodnia, jest rozwinięta pod względem infrastruktury turystycznej, a druga część już nie. Nie trzeba daleko szukać powodu, dlaczego tak się stało. Na południowo-wschodniej części (dolna połówka) wiatr wieje z lądu do morza, co jest korzystne, a w górnej części wyspy wiatr wieje z morza na ląd, co nie jest szczególnie oczekiwane przy beztroskim wypoczynku. Inną kwestią są stromo opadające zbocza gór bezpośrednio do morza oraz brak piaszczystych lub szerszych plaż. W końcu na Rodos przyjeżdżamy, żeby wypocząć nad morzem.Ogólnie można powiedzieć, że wyspa jest wietrzna i słoneczna. Najlepiej pokazuje to przykład pięknej, piaszczystej plaży o nazwie Tsambika, gdzie wiatr nawiał ponad 20m wydmę na jej końcu, zasypując skaliste zbocza góry. Co ciekawe, w tym samym miejscu kąpiemy się w krystalicznie czystych wodach o przepięknym błękicie. O tej plaży będzie w dalszej części.

Z czego jeszcze słynie wyspa? Na pewno z dwóch pięknych, piaszczystych plaż, o których opowiem znacznie szerzej. Mi na pewno w głowie utkwił jeden bardzo ważny szczegół. Mam na myśli sposób organizowania wycieczek do znanych miejsc we własnym zakresie. Na innych wyspach greckich nie spotkałem się, żeby można było wszędzie dojechać… komunikacją miejską… Tak! Właśnie to jest najtańszy i pewny sposób na organizację dobrej wycieczki. Zdziwiłem się, gdy zobaczyłem informację, że autobusy jeżdżą do znanych plaż aż do 15 października! Rozkład jest zmieniany na lato, na wrzesień i na okres 1-15 października. Zadziwił mnie fakt, gdy chcesz pojechać do miasta Rodos, na plażę Tsambika, Lindos, do miasta Lindos, czy do Doliny Motyli, to możesz dojechać tam wsiadając w autobus. Wycieczki w biurach podróży kosztują od 37 EUR, nawet do ponad 50 EUR za osobę, a bilet na przejazd w komunikacji miejskiej kosztował 1,80 EUR do 2,90 EUR w zależności do jakiego miejsca chciałeś pojechać (cena biletu w jedną stronę). Kiedy podliczyłem sobie koszty wyszło, że codziennie oszczędzałem około 30-35 EUR na osobę. To bardzo dużo, tym bardziej, gdy chcesz codziennie coś nowego zobaczyć. Rodos zdecydowanie wyróżnia się pod względem ilości… kotów. Są dosłownie wszędzie: w opuszczonych miejscach, na krzakach, pod krzakiem, na drzewach, na terenie hotelu, na murkach, na krzesłach, itp. Jeśli będziesz w hotelu, nie zdziw się, jak rano wyjrzysz za okno, a w pobliżu będą spały trzy koty. Jedząc obiad, czy kolację, bez większego problemu znajdziemy przynajmniej pięć kotów w okolicy. Na szczęście nie są natrętne i nie wskakują na kolana, ani na stoły. Po prostu leżą gdzieś na murkach, przechodzą w pobliżu lub śpią w rogu lub w cieniu pod krzakiem. Rodos była nazywana kiedyś Wyspą Węży, ponieważ nie brakuje tutaj spalonych miejsc słońcem, co jest idealnym środowiskiem dla węży. Nie poleca się chodzić przez zarośnięte i cierniste tereny, ponieważ możemy nieświadomie zaskoczyć węża naszą obecnością. Jeśli już musimy iść przez takie miejsca, to wybierajmy wydeptane ścieżki, gdzie widać otoczenie. Wyspa jest warta odwiedzenia, tylko trzeba próbować łapać dobre okazje. W dzisiejszych czasach Rodos zmieniła nazwę z Wyspy Węży na Wyspę Kotów.

piątek, 29 lipca 2022

Kazbek 5047 m n.p.m. - Gruzja

 

DOJAZD, SPOTKANIE NASZEJ EKIPY I PIERWSZE PRZYGODY
Możesz pomyśleć: po co pojechałem drugi raz na Kazbek, skoro już tam byłem? Zupełnie nie planowałem tej wyprawy, a nawet nie zakładałem żadnego wyjazdu do Gruzji. Cały pomysł okazał się spontanicznym impulsem, który bardzo szybko się zrealizował. Tyle, że impuls wyszedł zupełnie z niespodziewanej strony. Można wręcz zacytować Kubusia Puchatka: „właśnie z niczego często rodzą się najlepsze cosie”. Jako, że prowadzę bloga, którego właśnie czytasz lub przeglądasz, nieznani mi ludzie zadają mi różne pytanie dotyczące gór. Najpierw wywiązała się rozmowa z Żanetą, która miała mnóstwo pytań o górę Denali na Alasce i sprzęt, który używam podczas wypraw. Później dołączyła Agnieszka M., której zawsze marzył się Kazbek w Gruzji. Dla niej od dłuższego czasu ta góra była marzeniem życia. Po przeprowadzeniu kilku rozmów z Żanetą i jej mężem Grzesiem oraz Agnieszką M. pomyślałem, że skoro już trzy osoby chcą wejść na Kazbek, to ja również zdecyduję się i zorganizuję całą wyprawę. Pomysł został wprowadzony w czyn dosłownie w jeden dzień, mając już nieco większą pewność, że koronawirusowe szaleństwo nie zablokuje nam wyjazdu. W międzyczasie na innym komunikatorze napisał do mnie Łukasz, który zaproponował, żebym dał mu znać, kiedy będę wybierać się w góry wyższe niż Tatry. Jako, że powstał pomysł wejścia na Kazbek, zaproponowałem mu taki wyjazd. Szybko się zgodził. Jako, że na swoim koncie miał Dom de Mischabel w Alpach oraz inne góry, nasza rozmowa była bardzo konkretna i rzeczowa. Skompletowałem pięć osób gotowych na wyjazd. W ostatnim momencie pojawiła się jeszcze Agnieszka K. – koleżanka pierwszej Agnieszki. Obie dziewczyny przygotowywały się razem. Wymieniały się zdobytymi informacjami, przez co w bardzo szybkim tempie dokupiły potrzebny sprzęt – w szczególności mocniejsze śpiwory oraz buty. Mając sześć zdecydowanych osób, mogłem kupić bilety do Tbilisi. Z całej oferty najtaniej wychodziły Polskie Linie Lotnicze LOT (informacje o kosztach całej wyprawy znajdziesz na samym końcu artykułu).

Teraz czekaliśmy na dzień naszego wylotu. Żaneta i obie Agnieszki były bardzo podekscytowane wyjazdem, ponieważ dla nich było to coś zupełnie nowego oraz musiały przekroczyć swoje nieznane granice. Obie Agnieszki nigdy nie przebywały powyżej poziomu 2500 m n.p.m., a Żaneta z Grzesiem tylko dwa razy nocowali na wysokości 2600 m n.p.m. w Dolomitach, dlatego nie mogły ocenić, jak zachowa się ich organizm na dużej wysokości. Dla mnie góra była znana, ale już dwa lata temu mówiłem, że chciałem wrócić na Kazbek ze względu na przepiękną przyrodę oraz chęć wykonania lepszych zdjęć, ponieważ Canon 650D, który wówczas posiadałem, zupełnie nie poradził sobie z tym zadaniem. Dominanta niebieskiej barwy niestety ‘zabiła’ wiele ciekawych ujęć, przez co dużo zdjęć było dla mnie nieakceptowalnej jakości. Teraz miałem szansę wyrównać, albo nawet nadrobić powstałe zaległości. Skoro zdarzyła się taka okazja, musiałem z niej skorzystać. Pomimo, że nie znałem Łukasza, od razu wiedziałem, że jest konkretną osobą, która wie po co jedzie i zna się na rzeczy. Grzesiu i Żaneta zasypywali mnie gradem pytań o sprzęt i do tego Żaneta prowadziła mnóstwo analiz. Obie Agnieszki raczej zadawały pytania, kupowały, to co im poleciłem i dzięki temu plan posuwał się szybko do przodu.
www.VD.pl