sobota, 30 maja 2020

"Nie mam czasu" - czy twój umysł nie przeszedł w tryb uśpienia?

 nie mam czasu  pułapki naszego umysłu

Jeszcze zanim dotarł do nas koronawirus, z powodu którego zatrzymane zostały prawie wszystkie gospodarki świata na jakiś czas, ludzie mieszkający w bogatszych krajach lub rozwijających się, ciągle nie mieli na nic czasu. Ileż to razy słyszeliśmy „nie mam czasu”. Ten artykuł będzie o docenianiu prostych rzeczy, które mamy na co dzień, ale z powodu wszędobylskiej gonitwy (no właśnie za czym?), nie potrafimy zwracać na nie uwagi. Koronawirus szybko zweryfikował wartość tego, czym zajmowaliśmy się dotychczas. Jeszcze w roku 2019 głównymi tematami były nowe smartfony, moda na „eko”, perfumy, markowe ubrania, moda na zdrową żywość i zdrowy styl życia, czy też gonitwa za karierą. Z drugiej strony staliśmy się bardziej zestresowani i zagonieni, a w społeczeństwie nastała pewnego rodzaju znieczulica, rozpoczynając od zwykłego zdarzenia na ulicy, gdzie większość nie potrafi już właściwie zareagować, a kończąc na lekarzach, dla których zdrowie drugiego człowieka nie jest ważne, pomimo składanej przysięgi Hipokratesa. Oczywiście nie możemy powiedzieć tak o wszystkich ludziach i lekarzach, ale zjawisko z pewnością przybiera na sile i tutaj trudno podważyć to stwierdzenie. Wystarczy zobaczyć, co się dzieje, gdy ktoś leży nieprzytomny na chodniku, jak ludzie zareagują. Większość przejdzie obojętnie, ponieważ zawsze coś ma zaplanowane i taka nieprzewidziana sytuacja wybija ich z planu i pewnego poczucia komfortu, które jest budowane przez lata na podstawie powtarzających się czynności lub sytuacji. Między innymi, codzienne wyjście do pracy, powoduje, że czujemy się w pewnym sensie komfortowo, bo wiemy, że jutro też tak będzie, i pojutrze też. Stąd nieprzewidziana sytuacja na ulicy wybija nas z pewnego planu, którego powtórzenia spodziewamy się kolejnego dnia. Nasze myśli nie są nastawione na coś nieoczekiwanego i nowego w tak prostej czynności, jak np. dojazd do pracy. Coś zaburza w nas spokój. Kiedy znowu przyglądniemy się ideom i rzeczom, którymi zajmowały się całe społeczeństwa jeszcze przed koronawirusem, to zobaczymy ile z tych rzeczy tak naprawdę w pewnym sensie nas zniewalało.

Weźmy pod uwagę rok 2019, kiedy gospodarka światowa była jeszcze w prawie szczytowej formie, a ludziom żyło się w miarę spokojnie. Szybko zauważamy, że egocentryzm zakradał się coraz bardziej do życia. Wśród młodych ludzi liczyła się kariera, wygląd, bycie „fit”, posiadanie wielu gadżetów, itp. Doszło nawet do tego, że faceci pod pewnymi względami byli gorsi niż kobiety. Co mam na myśli? Liczenie kalorii. W poprzednim zakładzie, gdzie pracowałem 10 lat, faceci liczyli z taką przesadą kalorie, że samemu przygotowywali sobie śniadania, obiady, kolacje, dzieląc je na wyliczone ziarenka ryżu, zważone co do jednego grama, porcje kaszy, warzyw i innych rzeczy. Słysząc codziennie takie rozmowy na przerwach, zastanawiałem się, czy to nie są kobiety w skórze faceta, które zawsze mają do zrzucenia parę kilogramów, nawet gdy są szczupłe… O tym, dlaczego tak kobiety mają, pisałem już wcześniej w moim artykule ‘czy naprawdę jesteś sobą?’. Te same osoby rozmawiały w dalszej kolejności o ćwiczeniach, ilości białka, które trzeba codziennie zjadać, o indeksach żywieniowych, czy jeszcze o tym, jaką wartość ma szczupły facet, a jaką umięśniony. Kolejnym tematem były smartfony i głupie filmiki z Youtube’a, które tak naprawdę nic nie wnosiły do ich życia. Ale to nie koniec, bo gonitwa za karierą stała się ich kolejnym priorytetem, na zasadzie „musisz to mieć”. W efekcie mnóstwo ludzi chodziło/chodzi na studia, tylko ja się pytam: na jakie…? Dlaczego w Polsce mamy największy procent ludzi na tle Europy, którzy uczęszczają na studia? Bo studia stały się „śmieciowe”. Napowstawało wiele płatnych szkół zaocznych, które oferują wyższe wykształcenie, ale ile one mają tak naprawdę wspólnego z prawdziwymi studiami? Odpowiedź znasz. I chociaż w podobnych szkołach również trzeba się dużo uczyć, to zdecydowana większość jest tam tylko po to, żeby zdobyć „papier”. Osoba, która czymś się pasjonuje, nie wybierze studiów zaocznych, bo dla niego będzie to strata czasu. Jego zdolność rozumowania i analizy faktów po prostu mu na to nie pozwoli. Jak to wyjaśnisz, że osoba, która w szkole średniej „jechała” na jedynkach i miernych, teraz ukończyła studia? Nagle doznała cudownego oświecenia? Nie. To szkoły są „śmieciowe”, bo system powinien takich studentów wyeliminować od razu, jak to ma miejsce na prawdziwych uczelniach. Według krzywej Gaussa, opisującej gęstość prawdopodobieństwa, jasno wynika, że wyższe wykształcenie może posiadać tylko 10% całego społeczeństwa. I nie wynika to z ograniczeń systemowych, ale najzwyczajniej z inteligencji. Według tej samej krzywej aż 69,6% społeczeństwa, to osoby mniej lub bardziej przeciętne. I tak samo jest również w całym świecie przyrody. Bardzo szybko można zrobić ciekawe porównanie, czy tak się naprawdę rzeczy mają. Czy większość społeczeństwa jest naukowcami, lub odkrywa nowe rzeczy, o których wcześniej nie wiedzieliśmy? Zdecydowanie nie. Tylko garstka ludzi posiada znacznie lepszy umysł niż my, i to dlatego mogą spojrzeć szerzej i głębiej na nieznane zjawiska.

sobota, 18 kwietnia 2020

Susza w Polsce 2020 a koronawirus - czego możemy się spodziewać?

 Susza w Polsce 2020  Susza a koronawirus w Polsce

Codziennie w mediach jesteśmy bombardowani informacjami o koronawirusie. Ten temat praktycznie zdominował i przyćmił wszystko inne. Jako, że lubię trzeźwą analizę danych, które do nas spływają, zauważyłem ciekawy, ale nie koniecznie dobry trend. Praktycznie wszędzie słyszymy, jak zaraźliwy jest wirus SARS-Cov-2 i jak wielu ludzi zabija, ale nikt nie mówi, ile dana grupa wiekowa ma szans na przeżycie. Np. u ludzi w wieku 0-19 lat, takie szanse są aż na poziomie 99,999%. W wieku 20-39 lat ten współczynnik nadal jest wysoki, bo wynosi aż 99,82%. Dlaczego więc media przestawiają ogólną, procentową śmiertelność, będącą uśrednioną wszystkich grup wiekowych? Odpowiedź jest bardzo prosta. Panika i strach najlepiej sprzedają się w mediach. Dzięki temu ludzie śledzą temat „na okrągło”, przez co sami czują się wystraszeni. Trudno się nie zgodzić, że SARS-Cov-2 jest nowym i jeszcze mało znanym wirusem, nad którym ciągle prowadzi się wiele badań i że jest zaraźliwy. Trudno też pominąć fakt, że z jego powodu lub z powodu „nałożenia się” na inne już istniejące choroby ludzie umierają. Dopóki nie ma na niego leku ani szczepionki, społeczeństwa czują się niepewnie, bo nie wiedzą co będzie dalej. Jako, że media zajęły się praktycznie jednym tematem lub czasem „dorzucą” coś z polityki, to pomijają według mnie bardzo ważny szczegół, który będzie miał wpływ na nasze życie w ciągu kilku najbliższych miesięcy. O co chodzi?

Pewnie wiele osób słyszało już coś o suszy, którą mamy w Polsce. W tym artykule chcę przedstawić fakty statystyczne, które warto przeanalizować. Susze w Polsce mamy każdego roku, a ten okres rozpoczął się od 2015 roku. Pisałem o tym w moim poprzednim artykule pod tytułem „Ocieplenie klimatu – jest, czy go nie ma?”. Rok 2020 przebija dosłownie wszystkie inne lata poprzednie, ponieważ w zimie praktycznie nie występowały opady śniegu, a jeśli nawet się pojawiły, to były krótkotrwałe i raczej widzieliśmy coś na wzór „posypki do ciasta”, zamiast pełnej pokrywy śnieżnej. Taka „posypka” utrzymywała się na powierzchni ziemi zaledwie przez kilka godzin. Podobnych dni mieliśmy podczas tegorocznej zimy zaledwie od 4 do 16 w zależności od miejsca w Polsce. Oczywiście mówimy o nizinach. Jako, że w 2019 roku panowała susza, jesień nie obfitowała w opady, gdzie liście nawet nie miały swoich normalnych barw, o czym szerzej powiedziałem w moim poprzednim artykule, wspomnianym powyżej, oraz w zimie nie było śniegu, wiosna rozpoczęła się praktycznie bez nawodnionych gleb. Kiedy wejdziemy sobie na oficjalne strony IMGW – Instytut Metrologii i Gospodarki Wodnej, możemy sobie przeanalizować mapy stanu wód w Polsce, oraz stopień wilgotności gleb na powierzchni, oraz na poziomie 2m. Poziom 2m jest bardzo ważny z punktu widzenia sadowników i tych, którzy uprawiają drzewa owocowe. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że jeszcze nigdy nie mieliśmy tak wysuszonych gleb, jak w tym roku, a przecież rośliny dopiero zaczynają wegetację. Spójrzmy na tę sprawę z kilku punktów. 10. kwietnia 2020 mieliśmy aż 60% gleb o wilgotności 35-40%, co jest już krytyczną granicą dla drzew owocowych. 17 kwietnia 2020 (zaledwie tydzień później) mieliśmy już 7% gleb o poziomie wilgotności 0-5%, i 68% gleb o wilgotności 35-40% na poziomie 2m. Jeśli na głębokości 2m jest zaledwie 5% wilgotności, to na powierzchni jest już „beton”. Co to oznacza? Nawet jeśli pojawi się jakikolwiek opad, a raczej w czasie wiosny będzie to opad konwekcyjny (gwałtowny i intensywny), to taka woda szybko spłynie do potoków i rzek i nadal będzie susza. Tak naprawdę takie opady nam już niewiele pomogą, ponieważ amerykańska Narodowa Służba Oceaniczna i Atmosferyczna, bardziej znana jako NOAA wskazuje, żeby do końca kwietnia nadal nie spodziewać się opadów. W maju wielkość opadów ma być trochę poniżej normy wieloletniej 1981-2010, a od czerwca ponownie mają wrócić ciepłe i suche dni. Ich ogólne prognozy na najbliższe miesiące sprawdzają się, jeśli chodzi o trendy pogodowe i tendencje do susz i pogody. A skąd to wiem? Ponieważ te tematy śledzę i sam badam klimat od 20 lat. Również sam gromadzę regularnie dane pogodowe, żeby tworzyć wykresy klimatyczne i obserwować, w którą stronę zmienia się nasza pogoda. Przyjrzyjmy się drugiej kwestii. Kiedy widziałeś pierwsze kwitnące kwiaty na drzewach owocowych? W tym roku był to 27 marca 2020. Zwykle pierwsze kwiaty obserwowałem w dniach 2-5 kwietnia. Kiedy nałożysz na to cztery okresy wiosennego ocieplenia i mrozów, które następowały po sobie w ciągu zaledwie kilku dni, przepis na upadek upraw owocowych mamy gotowy. Przyjrzyjmy się temu dokładniej. Taki mieliśmy rozkład temperatur w ciągu jednego miesiąca:

wtorek, 14 kwietnia 2020

Ocieplenie klimatu - jest, czy go nie ma?


Jaka jest prawda o ociepleniu klimatu?  Czy ocieplenie klimatu powodują ludzie?

Jako, że minęło 20 lat od momentu, kiedy zacząłem gromadzenie danych pogodowych każdego dnia, postanowiłem, że utworzę wykres z tych dwudziestu lat i opiszę, jakie zmiany zaszły za naszych czasów w klimacie, bo są znaczne, a mój wykres tylko potwierdzi zachodzące zmiany. Codziennie od 1 stycznia 2000 zapisuje następujące dane: najniższa i najwyższa temperatura dnia, temperatura na godzinę po zachodzie słońca, 10 razy dziennie stopień zachmurzenia wraz z typami, rodzajami i gatunkami chmur, wielkość opadu, występowanie pokrywy śnieżnej, oraz wszystkie zjawiska, które zachodzą dodatkowo. Dzięki zabranym danym mogłem stworzyć wykres zachodzących zmian.
W ciągu ostatnich 20 lat mogę wyodrębnić trzy wyraźne okresy pogodowe, które można oddzielić konkretnym przedziałem czasu. Na lekcjach geografii uczyliśmy się, że klimat danego miejsca możemy opisywać na podstawie minimum 50 lat gromadzenia danych pogodowych. Myślę, że w dzisiejszych czasach taka definicja przedawniła się, ponieważ co kilka, kilkanaście lat następuje pewna, gwałtowna zmiana w klimacie, której wcześniej nigdy nie było. Uśrednianie dzisiejszych danych, np. z latami 1970 – 1990 znacznie zaburzy aktualny obraz sytuacji. Co mam na myśli? Już wyjaśniam:

LATA 2000-2005/06
W tym czasie mieliśmy od 4 do 6 dni z temperaturą równą lub przekraczającą +30’C, w zimie mieliśmy kilka dni z temperaturą poniżej -20’C, a okresów z mrozem poniżej -10’C, mieliśmy od trzech do sześciu w ciągu jednej zimy. Lipiec zazwyczaj był deszczowy, ale ciepły (+23-29’C), a sierpień słoneczny. W lecie występowało do 4 trąb powietrznych/rok.

LATA 2005/06 - 2014
W tym czasie mieliśmy od 6 do 10 dni z temperaturą równą lub przekraczającą +30’C, tylko w latach 2006, 2010, 2012 mieliśmy po jednym dniu z temperaturą poniżej -20’C, a okresów z mrozem poniżej -10’C mieliśmy od jednego do dwóch w ciągu jednej zimy. Każdy okres trwał tylko 3-6 dni. Lata stały się deszczowe i dość pochmurne. W lecie występowało od 10-16 trąb powietrznych/rok. Zaczęły się pojawiać średnio dwa dni z upałem +35’C. Lata 2010 i 2013 były rekordowo pochmurne (2400 i 2380/3650 możliwych punktów). W 2013 roku w radio i telewizji prowadzono nawet liczne debaty na temat klimatu, czy takie „szarówy” czekają nas już co roku. Prognozy klimatologów na szczęście się nie sprawdziły.

niedziela, 29 marca 2020

Malediwy na własną rękę, czyli Mathiveri, Veli Beach Inn, Nika Resort, Bodufolhudhoo i rafy koralowe

 Mathiveri, Malediwy na własną rękę  Malediwy na własną rękę - Mathiveri, Veli Beach Inn

Jak wiele innych osób, z pewnością nieraz myślałeś o Malediwach, a nawet stwierdziłeś, że to twoje marzenie. Na Malediwach możemy zobaczyć przepiękne białe, piaszczyste plaże, niesamowity turkus czystych wód i palmy, które w naszym klimacie po prostu nie występują. Z drugiej strony pewnie sobie myślisz, że wyjazd do tego kraju i spędzenie w nim urlopu kosztuje zbyt wiele. W tym artykule chcę ci pokazać, że nie musisz mieć fortuny pieniędzy, aby spędzić wakacje w prawdziwym raju. Pokażę ci w jaki sposób zorganizować wakacje na Malediwach na własną rękę tak, żebyś przeżył jak najwięcej i żebyś przywiózł najpiękniejsze wspomnienia. Zobaczysz też różnicę pomiędzy wakacjami zorganizowanymi przez biuro podróży, a tymi, które zaproponuję ci ja. Powszechnie krąży opinia, że na Malediwach tylko leżymy na plaży i nudzimy się. Z pewnością podobna forma spędzania czasu wolnego nas nie interesuje. W tym artykule również wyprowadzę cię z błędnego schematu myślenia o Malediwach, który najczęściej powielają nasi znajomi, nie mający pojęcia o tym wyspiarskim państwie.

KWESTIE BEZPIECZEŃSTWA NA MALEDIWACH
Zanim wspomnę o kwestiach pogodowych, muszę trochę powiedzieć o bezpieczeństwie, ponieważ z każdym rokiem mamy coraz więcej obaw w związku z niepewną sytuacją polityczną, chorobami lub innego typu zagrożeniami. Malediwy są bardzo bezpiecznym państwem, ponieważ kraj głównie utrzymuje się z turystyki, więc w interesie rządu jest, by sytuacja wewnątrz była spokojna. Działa to w logiczny sposób: są turyści, są duże wpływy do budżetu. Nikomu w rządzie nie jest na rękę, żeby wprowadzać niepokój na wyspach. Zanim jednak pojedziemy na Malediwy, poznajmy kilka faktów, które pozwolą nam przygotować się na wyjazd. Malediwy to państwo składające się z 1190 wysp rozsianych na Oceanie Indyjskim. Na wielu mapach możemy spotkać się z nazwą Morze Lakkadiwskie, ale to tak naprawdę te same wody wchodzące w skład Oceanu Indyjskiego. 1190 wysp tworzy 26 atoli, czyli skupisk wysp utworzonych z rafy koralowej. Na Malediwach główną religią jest Islam, dlatego będziemy musieli przestrzegać kilku zasad. W resortach (czyli hotelach z domami na palach) możemy wypoczywać w stylu europejskim. Wakacje spędzane w resorcie raczej należą do luksusowych, a co za tym idzie – będzie znacznie drożej. Podobnie, jak w europejskich hotelach, w ofercie all inclusive, mamy przygotowane gotowe jedzenie, które możemy wybierać według naszego upodobania, oraz możemy skosztować dość sporo gatunków alkoholi. Urlop na wyspach lokalnych kosztuje nawet do czterech razy mniej,  ale będą obowiązywać nas pewne zasady. Jako, że na wyspach mieszka lokalna ludność, będziemy musieli częściowo podporządkować się ich zwyczajom. Na przykład, idąc przez wioskę, nie możemy chodzić w bikini, lub bez koszulki, czy też wylegiwać się na publicznych plażach w podobny sposób. Na wyspie znajdziemy wyznaczoną dla turystów plażę, która na pewno będzie bardzo piękna. Tam możemy wypoczywać w europejskim stylu. Dodatkowo, we wioskach nie kupimy alkoholu, ponieważ religia miejscowych nie zezwala na spożywanie trunków. Na szczęście mi ta reguła nie przeszkadzała, ponieważ w ogóle nie piję alkoholu, a nawet piwa. Nie wolno również przytulać się, całować i chodzić za rękę w miejscach publicznych (np. teren wioski, publiczne plaże). Kolejną zasadą jest fakt, że nie fotografujemy miejscowych kobiet. Powinniśmy zapytać o zgodę jej męża. Jeśli się zgodzi, dopiero wtedy możemy zrobić zdjęcie. Ostatnim, chyba, najciekawszym zwyczajem są zakupy. Szybko zauważymy, że lokalni mieszkańcy, wchodząc do lokalnego marketu lub małego sklepu, zdejmują klapki lub japonki. Możesz sobie pomyśleć: „ale mają dużo ograniczeń, a na urlopie chcę poczuć się swobodnie”. Pamiętaj, że teraz czytasz „suchy” tekst, który wydaje się surowy i wyrabia w tobie błędne poczucie ograniczenia wolności. Szybko jednak zobaczysz, że w rzeczywistości wszystko wygląda zupełnie inaczej.

poniedziałek, 23 marca 2020

Koronawirus - moja analiza twardych faktów...

 

Od początku marca, tematem numer jeden w mediach jest koronawirus. Przypadki zachorowań na COVID-19 rozpatruje się pod różnymi kątami, ponieważ wielu chce wiedzieć, kiedy zaraza może się zakończyć, czy znowu będzie tak, jak kiedyś było, oraz, czy w ogóle jako ludzkość sobie z nią poradzimy? Jako, że lubię trzeźwą analizę, oraz dementowanie fake newsów, które wprowadzają w błąd, postanowiłem, że również wypowiem się na ten temat.

To, kiedy zostanie wynaleziona szczepionka i kiedy zostanie „przygaszona” choroba COVID-19, nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Nie możemy również jasno stwierdzić, skąd wziął się koronawirus SARS-COV-2. Jedni twierdzą, że wziął się z chińskiego laboratorium w Wuhan, inni, że jest to spisek rządów w celu redukcji populacji na naszej planecie lub spisek chińskiej władzy, a jeszcze inni uważają, że wziął się od zwierząt. Jako, że rządy wiele ukrywają, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jak było naprawdę. Są jednak rzeczy, które można przeanalizować i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Co mam na myśli? Nie możemy stwierdzić, jak będzie wyglądała ogólnoświatowa gospodarka i kiedy wszystko wróci do normy. Można jednak przewidzieć ogólne konsekwencje ekonomiczne epidemii, które będą miały ogromny wpływ na nasze dalsze życie. Zanim jednak omówię, co myślę na ten temat, musimy zrozumieć, jak działa ogólnoświatowy system finansowy, którego jesteśmy częścią. Dlaczego tak? Ponieważ świat jest oparty na pieniądzach i chciwości...

poniedziałek, 24 lutego 2020

Czy naprawdę jesteś sobą?

 Jak stać się silnym wewnętrznie?  Analiza siebie samego

Zastanawiałeś się, czy jesteś naprawdę sobą, jak bardzo jesteś ograniczony w sobie i dlaczego w wielu sytuacjach czujesz się słaby? Albo, dlaczego większość ludzi nigdy nie spełni swoich marzeń, lub nawet nie wyjdzie poza to, co nazywamy codziennością? Dzisiaj dość często słyszymy w różnych mediach stwierdzenie typu: „bo trzeba pokonać lub przekroczyć własne poczucie komfortu i bezpieczeństwa, żeby móc osiągnąć coś więcej”. Mówiąc „osiągnąć”, nie mam na myśli kariery w pracy i pieniędzy [w tym kontekście najczęściej media rozumują słowo „sukces”], ale dążenie do samorealizacji. W powyższym stwierdzeniu jest dużo prawdy, ale warto zastanowić się dokładnie, dogłębnie, skąd biorą się nasze ograniczenia i dlaczego nie chcemy ich pokonywać? Według badań osób, które prowadzą szkolenia na temat samorealizacji, wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że 80% społeczeństwa już na samym początku odrzuci spełnianie marzeń i dążenie do sukcesu, ponieważ trzeba zrobić coś więcej. Myślenie takich ludzi wygląda na wzór: „szkoda, że marzenia same nie przyjdą, same się nie zrealizują, a mnie najlepiej byłoby tylko tak w nie wkleić”. Tak by było najłatwiej. Jeśli pooglądamy strony w Internecie, czy też filmy i poradniki osób zajmujących się samodyscypliną oraz szkoleniem twojej osobowości, tylko po to, żebyś osiągnął sukces, szybko dostrzeżemy, że wszystkie z nich są robione konkretnie w jednym celu: masz osiągnąć sukces w pracy i zarabiać dużo pieniędzy. Przesłanie jest podobne i brzmi ono tak: masz być kreatywny, pokonywać bariery, iść do przodu, nie patrzeć na innych i praca, praca, jeszcze raz praca. W moim artykule nie będę się w ogóle odnosił do pracy, ponieważ to robią inni. Raczej chcę pokazać, dlaczego zdecydowana większość społeczeństwa nigdy nie zrealizuje swoich wielkich marzeń i nie będzie pracować nad swoją osobowością, oraz dążyć do samorealizacji. Jeśli czytasz ten artykuł z zaciekawieniem, to znaczy, że jest on dla ciebie, bo znaczy, że nie chcesz żyć, jak większość ludzi. Chcesz coś zmienić.

Żyjemy w szybko zmieniającym się świecie i ten świat ma na nas coraz większy wpływ, a słowo „prywatność” gdzieś chyba pomału zaczyna się zacierać z wirtualną rzeczywistością. Mało kto może powiedzieć o sobie, że dba o swoją prywatność, lub też, uznać siebie za naprawdę wolnego człowieka. Nie wiem, czy masz świadomość, czy też nie, ale jesteś uwikłany w pewne schematy życiowe, które ograbiają cię z bycia sobą. Na początku musisz zadać sobie pytanie: czy jestem naprawdę wolny? Mówiąc „wolny” mam na myśli: czy ja w pełni kontroluję swoją osobę?, czy jestem sobą?, czy może raczej żyję tak, jak chcą inni?... Warto się głęboko nad tym zastanowić. Artykuł ma na celu naprowadzenie cię na szereg pytań i odpowiedzi, którymi będziesz mógł sprawdzić samego siebie, czy naprawdę ty to jesteś ty… Pewna brytyjska pielęgniarka regularnie przez kilka lat zadawała to samo pytanie osobom będącym na łożu śmierci, a brzmiało ono tak: „czego najbardziej żałujesz w życiu?”. Usłyszała mnóstwo różnych odpowiedzi od ponad tysiąca osób. Szybko zauważyła, że u zdecydowanej większości pacjentów jest wspólny mianownik, który sprowadza się do tych stwierdzeń: „żałuję, że nie byłam/-em sobą – żyłem tak, jak inni chcieli”, „żałuję, że tak dużo pracowałem i nie miałem czasu dla siebie i innych”, „żałuję, że nie poświęciłem rodzinie więcej czasu”, „żałuję, że nie poświęcałem więcej czasu przyjaciołom”, „żałuję, że nie robiłem tego, co chciałem robić”.

czwartek, 17 października 2019

Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. od strony włoskiej

 Punta Gnifetti od strony włoskiej  Zumsteinspitze od strony włoskiej

Poniższa relacja jest kontynuacją opisu naszej wyprawy, gdzie za pierwszy cel obraliśmy Mt. Blanc od strony włoskiej. Weszliśmy na szczyt, mając piękne widoki. Teraz opisuję dalszą część całej wyprawy, której celem było wejście jeszcze na Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.pm. Jeśli chcesz wiedzieć, jak wyglądały przygotowania, jak dojechaliśmy na miejsce, ile wydaliśmy na organizację całej wyprawy i co zabraliśmy ze sobą, przeczytaj najpierw artykuł o naszym wejściu na Mont Blanc od strony włoskiej drogą papieską. Znajdziesz w nim szczegółowe listy rzeczy i cen, oraz sposób na zorganizowanie taniego wyjazdu w Alpy z wejściem na jeden lub kilka czterotysięczników.

Po udanym wejściu od strony włoskiej na Mt. Blanc planowaliśmy Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. oraz Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Na obu górach już byłem, ale wiedziałem, że ze szczytów można zobaczyć bardzo piękne widoki. Nawet najbardziej kultowe góry, jak Matterhorn, czy Weisshorn, które wręcz urosły do rangi gór-religii, nie zaoferują tak pięknych panoram. Wszystkiemu winne jest ich położenie „w środku” łańcucha gór. Punta Gnifetti i Zumsteinspitze stanowią główny ciąg czterotysięczników, dzięki czemu w połączeniu z chmurami, można zobaczyć naprawdę niepowtarzalne widowisko. Wejście na Punta Gnifetti jest uważane za jedno z łatwiejszych w całych Alpach, jeśli wybierzemy podejście od strony włoskiej. Byłem od strony szwajcarskiej, dlatego teraz chciałem zobaczyć coś nowego. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, bo z pewnością poszedłbym jeszcze na Lyskamm. Powrót z Mt. Blanc upłynął nam szybko, a okres przewidywanej, najgorszej pogody mieliśmy za sobą. Wieczorem miała się pojawić jeszcze burza, ale raczej taka, która nie wpłynęłaby w żaden sposób na nasze plany. W drodze powrotnej czytaliśmy „suchy” przewodnik „Alpejskie czterotysięczniki” po to, żeby wybrać konkretną drogę. Do przejechania mieliśmy około 160km, ale do wyboru mieliśmy dwie miejscowości: Alagna Valsesia, lub Stafal. Z obu miejscowości prowadziły kolejki linowe na lodowiec, ponieważ w przewodniku przeczytaliśmy, że w dzisiejszych czasach nikt nie ciora nudnej drogi do lodowca, bo po prostu to nie ma sensu. Lepiej ten czas poświęcić na działalność górską. W książce wyczytaliśmy, że kolejka ze Stafal jest zamknięta, więc wybór padł na Alagnę. Z drugiej strony, nie wiedzieliśmy, czego możemy spodziewać się po jednej i drugiej miejscowości. Wiedzieliśmy tylko tyle, że z każdej podejście jest bardzo długie. Ciekawostką jest, że z Courmayeur pod Mt. Blanc do Stafal można dojechać w 2,5h, a do Alagny w 4h…, a przecież obie miejscowości są oddalone od siebie o kilka kilometrów w linii prostej. Znacznie dłuższy czas dojazdu zawdzięczamy bardzo długiej, ciągnącej się na 38km dolinie Val Grande z rzeką o nazwie Sesia. W wielu źródłach można znaleźć nazwę ‘Valsesia’, jako główna nazwa, ale określa ona zbiór wszystkich dolin bocznych, odbiegających od doliny głównej Val Grane. W skrócie można powiedzieć, że Valsesia, to dolina Val Grande plus wszystkie boczne doliny i dolinki takie, jak: Val Mastallone, Val Sermenza, Val Sorba, Valle Artogna, Val Vogna i Val d'Otro. Droga prowadzi pomiędzy wysokimi górami, jest mnóstwo rond i ogólnie mówiąc, w wielu miejscach są wąskie ulice. Z tego względu nie rozwiniemy dużych prędkości.

środa, 14 sierpnia 2019

Fuerteventura - co warto zobaczyć?

 Fuerteventura - co warto zobaczyć?  Plaże Fuerteventury

Fuerteventura – wyspa, którą jedni kochają, a drudzy nie są z niej zadowoleni. W tym poradniku opowiem o wszystkim, co może spowodować, że tę wyspę będziemy spostrzegać jako atrakcyjne miejsce wypoczynku, lub też jako te, które nie będzie naszym „muszę tam być”. Wybierając wakacje na Wyspach Kanaryjskich musimy być w pełni świadomi, jak największej ilości rzeczy, żeby na miejscu nie poczuć rozczarowania. Chyba nie tego chcemy na urlopie. Musimy pamiętać, że na wyspie będziemy „walczyć” z wiatrem, falami, zimną wodą, piaskiem, chmurami, a nawet z „komuną”. Wszystkie te myśli rozszerzę, omawiając każdą z atrakcji turystycznych wartych zobaczenia.

POGODA
Nie da się ukryć, że pogoda na każdych wakacjach jest tematem nr 1. W końcu chcemy odpoczywać w słońcu i cieple, a nie w klasycznej, majówkowej, polskiej pogodzie, gdzie ciągle pada. Każda z wysp Kanaryjskich ma swój własny mikroklimat i pomimo, że leżą tak blisko siebie, to każda z nich jest zupełnie inna. Lanzarote (leżąca tuż nad Fuerteventurą) jest całkowicie spalona słońcem, a wcześniej erupcjami wulkanów, których łącznie na wyspie jest aż 420. Dla odmiany, Gomera jest bardzo zieloną wyspą. A co z Fuerteventurą? Wyspa wyróżnia się na tle innych, ponieważ ma dodatkowe mikroklimaty, które warto omówić. Na Fuerteventurze aż 330 dni w roku jest słonecznych, 16 deszczowych, a pozostałe można określić jako półprzejściowe, czyli nie wiadomo, co to za pogoda. Oznacza to, że praktycznie cały rok nadaje się na odpoczynek. Temperatury w ciągu roku wzrastają bardzo powoli i potrzeba wielu miesięcy, żeby powietrze było nagrzane o tylko kilka stopni więcej. W styczniu mamy zazwyczaj: 18-20’C, w kwietniu: 21-23’C, w czerwcu: 23-25’C, od połowy lipca do końca sierpnia: 25-27’C i od września ponownie temperatura opada po jeden, dwa stopnie na miesiąc. Jak widać, upałów nie ma, ale za to mamy bardzo przyjemne temperatury. Najzimniejszą temperaturę wody mamy w marcu – 17’C, a najcieplejszą w lipcu i sierpniu – 19-21’C. Czytając o cieple na Fuerteventurze musimy wziąć wielką poprawkę na wiatr, który wieje przez cały rok. Jest silny, a na plażach często porywisty. Głównie z tego względu omawiane temperatury w rzeczywistości są niższe, ponieważ zimny wiatr znad oceanu powoduje, że przy 23’C możemy mieć „gęsią skórkę”. O zwykłym plażowaniu na ręczniku, czy kocu możemy pomarzyć, ponieważ porywy wiatru bardzo szybko nawieją duże ilości piasku, lub jeśli niczym nie zabezpieczymy naszego koca, to go po prostu zwieje. Wiatr jest bardzo przewidywalny, ponieważ w lecie, codziennie wieje z północy, lub północnego wschodu. Właśnie taki, przewidywalny układ wiatrów spowodował, że wyspa podzieliła się pod względem klimatu na dwie główne części: wszystko, co znajduje się poniżej linii gór (wschodnie i południowe wybrzeże) będzie miało piękne, piaszczyste plaże, z dużą ilością słońca, a wszystko, co znajduje się powyżej linii gór (czyli zachodnie i północne wybrzeże), będzie bardzo wietrzne, bez zabudowy, z silnymi prądami morskimi i często dzikie. Z tego powodu omawiana linia brzegowa nie nadaje się do kąpieli i wielu miejscach jest zabronione pływanie. O zakazie dowiemy się ze znaków informacyjnych. Pogodę na Fuerteventurze kształtują zimne masy powietrza znad Oceanu Atlantyckiego, prądy morskie i pasma górskie znajdujące się na wyspie, które w rzeczywistości są wygasłymi wulkanami. Na kilku szczytach możemy podziwiać wyraźnie zachowane kaldery, a na wielu z nich zobaczymy fragmenty lub mocno wygładzone krawędzie, będące pozostałościami po dawnych kalderach.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Mont Blanc 4810 m n.p.m., od strony włoskiej

 Mont Blanc od strony włoskiej  Droga papieska na Mont Blanc

Bardzo długo marzyliśmy o tym, żeby wejść na Mt. Blanc – szczególnie Maciek, ponieważ od trzech lat wybierał się na tę górę, a jednak zawsze coś stawało mu na drodze w realizacji tego marzenia. Ja byłem na szczycie góry w 2010 roku, dlatego z miłą chęcią wróciłbym jeszcze raz, aby zobaczyć, co się zmieniło. Julek był zupełnie nową osobą w ekipie. Chodził w Tatrach zimą, dlatego chciał poszerzyć swoje doświadczenie górskie. Ostatnią osobą w składzie była Brygida. Ona, podobnie, jak Julek też chciała poszerzyć swoje doświadczenie górskie. Wykrystalizował się zatem skład, gdzie dwie osoby były już w Alpach, a dwie jeszcze nie. Przed wyjazdem skompletowaliśmy potrzebny sprzęt, również ten do wyciągania ze szczelin. W trakcie omawiania trasy przejścia i aktualnych wydarzeń związanych z Mt. Blanc, mieliśmy niezły mętlik w głowie. Nie od dziś wiadomo, że władze Francji od 1 czerwca 2019 wprowadziły konieczność wykupienia noclegu w schronisku Gouter lub Tete Rousse, a ustalonego porządku ma pilnować wysokogórska żandarmeria wojskowa. Celem nałożonego ograniczenia jest wyeliminowanie „niedzielnych” turystów oraz zbyt dużej ilości alpinistów, którzy chcieliby wejść na szczyt – głównie tych początkujących z „przewodnikiem” bez uprawnień. Do 2019 roku w ciągu jednego dnia próbowało swojego wejścia aż 300-350 osób. Po wprowadzeniu ograniczeń ma być tylko 214 osób od strony francuskiej. Nie chcąc jechać w nieznane pod względem zamieszania z pozwoleniami, czy wymuszonymi noclegami, postanowiliśmy, że wybierzemy znacznie ciekawszą drogę włoską, zwaną drogą papieską. Trasa jest znacznie trudniejsza od francuskiej, którą idą tłumy, dlatego cieszyliśmy się, że zobaczymy coś nowego. Pierwszym razem wchodziłem od strony francuskiej, dlatego już na samą myśl o wejściu od strony włoskiej cieszyłem się bardzo, bo Mt. Blanc mogłem traktować jak górę, na którą wchodzę pierwszy raz. Każdy z nas miał więc podobny cel. Na pewno nikt się nie będzie nudzić, a tym bardziej narzekać, że już tam był. Rozpoczęły się zatem przygotowania.

Na początku określiliśmy, co jest nam potrzebne, żeby wyprawa mogła odbyć się sprawnie. Mając tydzień czasu, postanowiliśmy, że wejdziemy na Mt. Blanc 4810 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4653 m n.p.m. Pewnie pomyślisz, że plany mieliśmy dość wymagające, jak na tydzień czasu, ale to jest możliwe, nawet mając dwie nowe osoby w składzie. Całą organizacją zajął się głównie Maciek. Pożyczył samochód Dacia Duster, który miał pomieścić nasze plecaki i jedzenie na całą wyprawę. Z poprzedniego roku, z wyprawy na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m., wiedzieliśmy, że potrzeba naprawdę dużo miejsca. Trasę również opracował Maciek. Ja też poczytałem o niej i oglądnąłem wszystkie możliwe filmy (jest ich bardzo mało w polskim Internecie), żeby mieć rozeznanie. Głównie przygotowałem się na Monte Rosę, bo tam działałem od kilku lat. Znałem większość tras na popularne szczyty oraz wszystkie trudności, które mogą na nas czyhać. Podzieliliśmy więc informacje na pół: Maciek zbiera wszystko o Mt. Blanc, a ja wszystko o Monte Rosa. Kolejny temat, to wyposażenie na każdego uczestnika wyprawy. Zrobiliśmy długą listę, co kto potrzebuje, żeby każdemu wszystkiego wystarczyło. Ja podszedłem do tego tematu następująco:

czwartek, 28 marca 2019

Malediwy - Fehendhoo, Fulhadhoo, Finolhu - jak zorganizować wakacje na własną rękę?

 Fehendhoo Malediwy  sand bank na Malediwach, Fehendhoo

Malediwy – kto o nich nie myślał? Chyba każdy z nas. Ten mały fragment ziemi kojarzy się nam głównie z rajskimi plażami, palmami i niesamowicie turkusowymi wodami. Połączenie wszystkiego, co wymieniłem przed chwilą, daje nam poczucie, jak gdybyśmy byli w raju. Z drugiej strony Malediwy kojarzą się nam również z drogimi cenami i ze zrujnowanym portfelem. W tym artykule podpowiem, jak zorganizować wyjazd na Malediwy tak, żebyśmy wrócili w pełni wypoczęci i przede wszystkim żebyśmy wrócili z efektem WOW! Słyszałem już wiele pytań w stylu, a czy drogo?, a kiedy jest najlepsza pogoda?, czy nie zanudzę się tam?, czy jest tam rzeczywiście tak pięknie, jak pokazują na zdjęciach?, itp. Myślę, że tym artykułem rozwieję Wasze wszelkie wątpliwości.

POGODA NA MALEDIWACH
Na początku rozpocznę od klasycznego pytania: kiedy jest najlepsza pogoda na Malediwach? W tym kraju rozróżniamy dwie pory: pora sucha i pora deszczowa. Najbardziej słonecznie będziemy mieli w miesiącach: styczeń, luty i marzec, a najbardziej deszczowo w lipcu i sierpniu. Z tego względu biura podróży sprzedają wycieczki na Malediwy w lipcu i sierpniu po zaniżonych cenach, bo zawsze ktoś skorzysta z okazji, a być może trafi się nieświadoma osoba swojego wyboru... W styczniu i lutym mamy przeważnie prawie bezchmurne niebo. Czasem zdarzy się pojedynczy dzień z białym niebem, ale bez deszczu. Temperatury wynoszą wówczas 31-32’C w ciągu dnia, a 26-27’C w ciągu nocy. Jak widać, różnica temperatur jest niewielka, więc w ciągu doby nieustannie mamy ciepło. Temperatura wody zazwyczaj wynosi 25-28’C. Marzec to miesiąc, gdzie do około 15-stego dnia tego miesiąca nadal mamy słoneczną pogodę z tym, że 4-tego marca od kilku lat jest mocno pochmurnym dniem. Po 15-stym marca powoli kończy się pora sucha i na niebie zaczyna pojawiać się coraz więcej chmur piętra wysokiego i średniego: cirrostratus i altostratus translucidus/opacus. Dla zainteresowanych fotografią podam, że takie chmury powodują, że nasze zdjęcia będą przepalone, lub po prostu szare. Z tego względu, jeśli zależy nam na dobrych zdjęciach, na Malediwy nie wybierałbym się po 15-stym marca. Po tym dniu zazwyczaj jeszcze nie pada deszcz, ale widać, że chmur nieco przybywa. Ciągle jednak mamy dużo słońca, bo przebija się ono przez białe chmury. Pod koniec miesiąca mogą trafić się już dni z krótkim ale intensywnym deszczem. Kwiecień to już lekkie przejście do pory deszczowej. Czyli będą się trafiać pojedyncze deszczowe lub pochmurne dni. Najdłużej w miesiącu może utrzymać się aż 3 dni pochmurnej pogody.  Maj i czerwiec to miesiące, gdzie deszczowych lub pochmurnych dni możemy mieć już od 7 do 11 w ciągu miesiąca. W lipcu i sierpniu deszcz pada bardzo często, dlatego nie polecam jechać w tych miesiącach. Zazwyczaj są to krótkotrwałe opady, ale intensywne. Tyle, że później utrzymuje się duże zachmurzenie na niebie. Raczej zależy nam na słońcu, bo słabą pogodę mamy przecież nad polskim morzem, więc szukamy czegoś innego…

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Górski poradnik fotograficzny - czyli, jak wybrać aparat?, jak dobierać obiektywy?, oraz jak fotografować?

 

Lubisz fotografować, ale nie wiesz, jak się do tego zabrać, żeby robić dobre zdjęcia? Używając terminu „dobre zdjęcia” mam na myśli takie, które ciebie zadowolą, a być może, takie, które również docenią inni. Dziedzina fotografii zawiera całe mnóstwo dziwnych terminów, zjawisk i rzeczy, które trzeba uwzględnić, dlatego postaram się stworzyć poradnik, który zbierze wybrane, najważniejsze dla nas sprawy, które sprawią, że nasze zdjęcia będą dobrej klasy. Z pewnością będzie trzeba poruszyć kwestie: czym robić zdjęcia?, lub czym robisz zdjęcia?, jaka pogoda jest najlepsza?, o której godzinie robić zdjęcia?, czy warto brać pod uwagę rodzaj chmur?, z jakiej odległości fotografować?, czy potrzeba dodatkowego sprzętu?, jak wyglądają konkursy fotograficzne?, itp. Zagadnień jest naprawdę całe mnóstwo do omówienia, dlatego w prosty i przystępny sposób przedstawię ci te, które dla nas – „Kowalskich” – przydadzą się najbardziej. Książek na temat fotografii jest naprawdę całe mnóstwo i omawiają mnóstwo kwestii technicznych oraz używają terminów typowych dla środowiska fotografujących jak, np. „złota godzina”, czy „trójpodział kadru”, dystorsja, abberacja chromatyczna, winietowanie, itp. W tym artykule nie chcę zasypywać teorią, bo ona jest wszędzie dostępna, a raczej skupię się na zdobytym doświadczeniu i wypracowanych technikach, które pozwalają mi wstrzelić się w dobre warunki. Opowiem też ci co nieco o warunkach, o których być może nie masz pojęcia.

Z pewnością nie raz przeglądałeś mnóstwo profili facebookowych lub miałeś/masz konto w serwisie fotograficznym. Można tam zobaczyć super profesjonalne zdjęcia oraz takie, które są ewidentnie przepalone, jakby były zrobione z telefonu (przepalone zdjęcie – fotografia, której część jest całkowicie biała z powodu zbyt mocnego oświetlenia. Takie zdjęcia najłatwiej zrobić „pod słońce”, czy też w południe, kiedy słońce najmocniej świeci). Kolejną kategorią są zdjęcia ze zbyt bladymi kolorami, czy też lekko zamglone. To wszystko może być spowodowane nieumiejętnością korzystania ze sprzętu, który posiadamy lub po prostu jest to niedoskonałość naszego sprzętu. W tym miejscu możesz powiedzieć: ale ja mam porządny smartfon, który jest określany mianem flagowca, więc zdjęcia robi idealne. Tak ci się wydaje, ponieważ, ile razy zgrywałeś swoje zdjęcia z telefonu na komputer? Pamiętaj, że w smartfonach sam wyświetlacz jest aż przesycony i na dodatek ustawiony na mocne kontrasty, żebyśmy otrzymali „cukierkowe” kolory, co powoduje, że każde zdjęcie wygląda bajecznie. Ale jeśli przeniesiemy je na komputer, staną się jakieś blade i „bez życia”… Spróbuj zrobić taki eksperyment i przenieś kilka twoich ulubionych zdjęć ze smartfona, które nigdy go nie opuściły… Dlaczego tak się dzieje? Wszystkiemu jest winna matryca i obiektyw oraz ich fizyczne ograniczenia, o czym szerzej będzie w dalszej części tekstu. W poradniku chcę skupić się na „zwalczaniu” takich przepalonych, bez koloru i „bez życia” zdjęć, które wręcz zalewają Internet (czytaj: żebyśmy my nie byli ich producentami). Mam na myśli fakt, że można nie mieć sprzętu z górnej półki, a robić naprawdę dobre zdjęcia. Wystarczy zaangażować w to trochę doświadczenia, wiedzy i umiejętności. Zatem zaczynajmy!