GRZEBIEŃ PODAROK 3352 m
n.p.m.
PIĘKNA
POGODA. NIEZWYKŁY WIDOK Z CHMURAMI
W końcu
doczekaliśmy się pięknej pogody. Dwa dni, gdzie nie weszliśmy na „coś” wyższego,
były dla nas mocno odczuwalne. Brakowało nam dłuższych tras w słońcu z możliwością
podziwiania pięknych otwartych przestrzeni podczas spokojnych wędrówek. Kaukaska
przyroda również miała wiele do zaoferowania. Standardowo wstałem o godzinie
5.50, aby sprawdzić aktualne warunki. Najważniejszymi punktami były dla mnie okno
z naszego pokoju oraz łazienka z prysznicem. Z pokoju mogłem ocenić chmury
ciągnące się nad szczytami w okolicach Mestii, a z łazienki mieliśmy chyba
najlepszą panoramę na całą Ścianę Bezingi. Dzień zapowiadał się wręcz idealnie.
Widząc odchodzące stratocumulus stratiformis perlucidus (chmury piętra
niskiego, płaskie, poprzecinane na kształt zbliżony do poduszek) wiedziałem, że
front z wilgotnym powietrzem odszedł w głębszą część Gruzji, a my mogliśmy
cieszyć się bardzo dobrą pogodą. Mając wymarzone warunki do wędrówki wstaliśmy od
razu, aby jak najszybciej móc zjeść śniadanie przygotowane wieczorem, spakować
najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszyć przed siebie. Wybraliśmy ambitną drogę, bo
zakładaliśmy dojście do wielkiego garbu o wysokości 3352 m n.p.m., wchodzącego
w skład grani Podarok. Dalej nic nie planowaliśmy, ponieważ obrany przez nas
cel i tak wymagał długiego marszu oraz podejścia rzędu 1200 m, co pod względem
wysokości względnej przewyższało nawet całą trasę na polskie Rysy. Z kwatery
wyruszyliśmy tuż po godzinie 7.00. Kiedy zamknąłem furtkę za sobą zauważyłem,
że coś mnie ciągnie. Czerwony cicik, którego zawsze zabierałem na wszystkie
wyjścia w góry, tym razem zahaczył o metalowy pręt bramki. Został wyszarpany z
zawieszki, przez co bezszelestnie upadł na trawę. Szybko zorientowałem się,
dlaczego poczułem dziwne szarpnięcie z tyłu. Teraz nie mogłem przyszyć cicikowi
uchwytu, dlatego zabrałem go do plecaka. Moją tradycją jest robienie mu zdjęć
na szczytach lub w jakichś ciekawych, atrakcyjnych miejscach. Na początku drogi
myśleliśmy, ile psów do nas dołączy. Trasę mieliśmy ambitną, dlatego nie
zależało nam na dużej gromadzie. Idąc prawym obrzeżem wioski wypatrywaliśmy
skąd nadejdą. Zazwyczaj wychodziły z ostatnich podwórek, kamperów lub spod
drewnianych budek, gdzie sprzedawano pamiątki i dania kuchni gruzińskiej. Bioło
Kepa obowiązkowo poszedł z nami. Był wierny, a my go lubiliśmy. Nieco dalej przyłączył
się inny, średniej wielkości pies. Przed nami stanął również wielki kaukaz
zwany „Nie Świeć”. Przejście obrzeżem wioski dostarczyło nam niesamowitych
wrażeń. Nie tylko patrzyliśmy na fenomenalną, ośnieżoną Ścianę Bezingi, ale od
bezimiennej góry 3242 m n.p.m., aż po pierwszy biały szczyt ciągnęły się
wspomniane wcześniej chmury w kształcie poduszek. Przecinały pięciotysięczniki
w połowie ich wysokości, a jednocześnie poprzez liczne szczeliny pomiędzy nimi
mieliśmy wgląd na wyższe partie Shkhary. Chmury tworzyły niesamowicie głęboki
efekt trójwymiarowości dwóch przestrzeni: jednej, w której właśnie się
poruszaliśmy i drugiej, położonej ponad nimi – zupełnie nieosiągalnej dla nas. Czym
bardziej zbliżaliśmy się do Ściany Bezingi, tym omawiane chmury rozpadały się
na coraz mniejsze kawałki. Panowała zupełnie bezwietrzna i słoneczna pogoda.
„Poduszki” nie zasłaniały słońca i to było dla nas najważniejsze. Zapewniały
niepowtarzalne widowisko, którego nie mogliśmy sobie nawet wyobrazić.