niedziela, 29 marca 2020

Malediwy na własną rękę, czyli Mathiveri, Veli Beach Inn, Nika Resort, Bodufolhudhoo i rafy koralowe - również w czasach COVID-19

Mathiveri, Malediwy na własną rękę Malediwy na własną rękę - Mathiveri, Veli Beach Inn

Jak wiele innych osób, z pewnością nieraz myślałeś o Malediwach, a nawet stwierdziłeś, że to twoje marzenie. Na Malediwach możemy zobaczyć przepiękne białe, piaszczyste plaże, niesamowity turkus czystych wód i palmy, które w naszym klimacie po prostu nie występują. Z drugiej strony, pewnie sobie myślisz, że wyjazd do tego kraju i spędzenie w nim urlopu kosztuje zbyt wiele. Powszechnie krąży również opinia, że na Malediwach tylko leżymy na plaży i nudzimy się. Z pewnością podobna forma spędzania czasu wolnego nas nie interesuje. W tym artykule również wyprowadzę cię z błędnego schematu myślenia o Malediwach, który najczęściej powielają nasi znajomi, nie mający pojęcia o tym wyspiarskim państwie.

Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na własną rękę na Malediwach przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZAOWAĆ WYJAZD, RÓWNIEŻ W CZASACH COVID-19?'. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych, gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Mathiveri.

MATHIVERI – RAJSKA WYSPA, CZYLI RELACJA Z MOICH WAKACJI
Jako, że wyjazd organizowałem na własną rękę, bilety mogłem kupować w dowolnym terminie. Gdyby to były wakacje z biura podróży, musiałbym rezerwować miejsce na pół roku przed wylotem. Bilety na samolot regularny zawsze są dostępne, więc liczy się tylko to, o jakiej porze dokonasz zakupu. Zdecydowanie nie polecam sprawdzania cen przelotów w weekendy, wieczorami, a tym bardziej w okresach wolnych takich, jak różnego rodzaju święta. Koszty wzrastają nawet dwuipółkrotnie! Przykładowo bilet, za który zapłacimy 2800zł prawie przez cały rok, w wolnym okresie od 20. grudnia, do około 10. stycznia, kosztuje już od 3300 do 4500zł, a cena biletu kupionego na przedział czasowy z Walentynkami potrafi nawet podskoczyć do 4500-5000zł! Podobnie jest w przypadku, gdy zaplanujemy Malediwy na święta. Niepotrzebnie narazimy się na ogromne wydatki. Najlepiej więc wybierać „martwe” okresy, czyli dni robocze. Wówczas ceny wracają do normalnych poziomów.


LOT, ODPRAWA IMIGRACYJNA I PODRÓŻ NA WYSPĘ
Przelot na Malediwy upływał bardzo spokojnie. Od czasu do czasu pojawiały się lekkie turbulencje, ale na krótką chwilę. Obiad na pokładzie samolotu linii Emirates jest bardzo dobry. Jemy makaron w sosie z dużą ilością mięsa z kurczaka lub wołowiny (do wyboru), oraz bułkę z serem lub dżemem, sałatkę warzywną, a na deser mamy ciasto lub jakiś mus owocowy z bitą śmietaną. Po zjedzeniu obiadu czułem się bardzo syty. Zanim wylądowaliśmy w Male, na krótko przed, podziwialiśmy piękne atole widziane z góry. Ten widok za każdym razem zapowiada niezwykły wypoczynek. Lotnisko wybudowano na jednej z wysp i w całości zajmuje jej powierzchnię. Pas startowy jest nawet wysunięty w wodę, ponieważ sama wyspa była za krótka… Z lotniska możemy dostać się do stolicy łodzią za 1 USD. Odpływa co 10min, więc nie musimy patrzeć na rozkład. Po wyjściu z samolotu szliśmy wzdłuż terminala. Wejścia strzegło dwóch uzbrojonych żołnierzy w kałasznikowy. Tylko przyglądali się przechodzącym ludziom. Dalej czekała nas długa odprawa imigracyjna, czyli stanie w kolejkach do kontroli paszportowej. Tutaj panuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Zazwyczaj otwarte są trzy lub cztery bramki. Sama kontrola przebiega szybko, ponieważ strażnicy, którymi są kobiety-muzułmanki, zaglądają do zdjęcia paszportowego i wbijają pieczątkę. Dobrze jest pamiętać, żeby dokument podawać prawą ręką. To jeden z miejscowych zwyczajów. Po przejściu przez bramki, przeszliśmy dodatkową kontrolę bagażów podręcznych. Dopiero wtedy mogliśmy udać się do widocznego taśmociągu z walizkami. Procedura imigracyjna trwała około 25min. Taśmociąg niestety nie jest demonem prędkości, dlatego musimy uzbroić się w cierpliwość podczas oczekiwania na bagaże. Nasze przyjechały dopiero po 35min, pomimo, że 25min trwała odprawa imigracyjna. Czyli tak naprawdę, na walizki czekaliśmy pełną godzinę. Właśnie z tego względu wybieram taki lot, żeby w stolicy wylądować o godzinie 7.50 rano. Wówczas mam pewność, że wystarczy nam czasu.

 
Takie widoki mamy z samolotu podchodzącego do lądowania

Gospodarz przekazał mi informację, że na lotnisku będzie czekać przewodnik lub ktoś wysłany przez niego. Niestety nikogo nie spotkaliśmy, kto by nas odebrał. Na lotnisku jest bardzo dobrze oznaczony punkt informacji turystycznej. Na początku zapytałem kobietę, czy ktoś nas szukał z guest house „Veli Beach Inn”. Nikogo nie było na miejscu, dlatego skorzystałem z telefonu stacjonarnego dostępnego w punkcie, zupełnie za darmo. Zadzwoniłem do menadżera prowadzącego obiekt. Powiedział, żebym zapytał osoby z kartkami z nazwami hoteli, wówczas pokierują nas, gdzie trzeba. Na 15min przed odpłynięciem łodzi na Mathiveri, podszedłem do mężczyzny z tabletem wyświetlającym nazwę jego guest house. Powiedział tylko: „nie ma problemu, tutaj stań i zaraz będziemy zbierać ludzi płynących na Mathiveri”. Poczułem wielką ulgę. Poszliśmy we wskazane miejsce, znajdujące się tuż za stoiskami dla gości z biur podróży. O godzinie 10.30 mężczyzna z tabletem pokazał nam łódź, do której mieliśmy wsiąść. Na lotnisku jest kilka przystani sąsiadujących ze sobą, dlatego wskazał właściwe molo. Załoga szybkiej łodzi motorowej prowadząca rejs powiedziała, że nie musimy nic płacić, ponieważ należność za transfer uregulujemy w hotelu na miejscu. Obsługa statku ułożyła wszystkie walizki na dolnym pokładzie, służącym tylko do przewozu rzeczy. Później, jedna z tych osób zamknęła właz i mogliśmy wsiadać. W łodzi mamy proste, skórzane siedzenia. Przy każdym z nich, w burcie, od wewnętrznej strony, w specjalnym schowku, znajdują się po dwie, półlitrowe wody mineralne. W trakcie podróży możemy z nich skorzystać bezpłatnie.


Lotnisko w Male i siedzenia w pobliżu punktu informacji turystycznej

Rejs trwa około dwie godziny. Po wypłynięciu ze stolicy, kapitan włącza pełną moc wszystkich trzech silników – każdy po 250 KM. Od razu czuć zryw i dużą prędkość. Za miastem wypływamy na otwarte wody oceanu, więc dookoła nie zobaczymy nic, poza ciemną wodą. Dopiero po ponad godzinie podróży, zaczną pokazywać się pierwsze wyspy. Łódź ma kilka przystanków, dlatego musimy wiedzieć, gdzie wysiąść. Pierwsza wyspa to Rasdhoo, druga – Ukulhas, trzecia – Bodufolhudhoo i czwarta – Mathiveri. Kapitan korzysta z systemu GPS, który również wyświetla informacje o głębokości wód i przeszkodach na trasie. Kiedy dopływaliśmy do przystani na Bodufolhudhoo, na chwilę przed nią, zgasły silniki. Łódź z niewielką siłą uderzyła o betonowy mur. Załoga tylko pooglądała dziób z poziomu przystani przez kilka sekund. Po chwili kapitan włączył silniki i pod ostrym kątem odpłynął w stronę Mathiveri. Widać, że miał dużą wprawę w sterowaniu statkiem, ponieważ przy pełnej prędkości, wszedł bardzo ostro w zakręt i wpłynął do ogrodzonej zatoki portowej Mathiveri. Na wyspie widzieliśmy poruszenie. Kilku ludzi czekało na swoich gości. Z Internetu wiedziałem, że nasz gospodarz nazywa się Faisal, więc kiedy się przedstawił od razu wiedziałem do kogo mamy iść. Jego przygotowanie było widać w każdym szczególe. Bagaże z łodzi odebrał jego syn. Załadował je na mały samochód elektryczny.

PRZYWITANIE GOSPODARZA
My wsiedliśmy do wehikułu przypominającego pojazd wożący golfistów. Faisal zawiózł nas do swojego guest house „Veli Beach Inn”. Tak naprawdę, obiekt prowadzą dwie osoby, dlatego rozmawialiśmy z oboma gospodarzami. Faisal powiedział, żebyśmy usiedli przy stole. Na początku przywitał nas świeżo ściętym kokosem ze słomką. Piliśmy naturalny sok kokosowy. Z poprzedniego pobytu na Malediwach, wiedziałem o co chodzi. Sok kokosowy ma delikatny smak. Wypiłem go z przyjemnością. Po „kokosku” gospodarz przygotował bardzo dobry obiad. Jedliśmy ryż z sosem, świeżą sałatkę warzywną z ogórkiem zielonym, oraz jakieś mięso. Później otrzymaliśmy deser. W trakcie obiadu, drugi gospodarz dolewał soku pomarańczowego i wodę. Faisal zapytał mnie, jak smakował obiad. Dla mnie malediwskie obiady są po prostu pyszne! Za każdym razem czujesz świeżość warzyw i ich pełny, głęboki smak. W naszych sklepach nie ma możliwości kupić, np. ogórków, które czuć tak intensywnie. Powiedziałem, że jedzenie jest perfekcyjne. Jednak nie obiad zachwycał najbardziej, a otoczenie. Dom wybudowano chyba w najlepszym możliwym miejscu na całej wyspie. Guest house znajduje się totalnie na uboczu, z dala od centrum wioski (tam też panuje spokój), w sąsiedztwie tropikalnego lasu, złożonego z namorzynów i palm kokosowych. Jedząc obiad na zewnątrz, mieliśmy bezpośredni widok na niego, oraz na wysokie palmy. Przez długą chwilę zachwycaliśmy się tym niezwykłym miejscem. Las znajdował się dosłownie trzy metry za murem pełniącym funkcję ogrodzenia. Wystarczyło przejść na drugą stronę ścieżki, żeby podziwiać zupełnie inne drzewa. Po skończonym obiedzie, Faisal zapytał nas, czy chcemy przejść się z nim po Mathiveri, żeby pokazać nam najciekawsze miejsca. Na Malediwach zwyczajem jest, żeby tuż po przyjeździe obejść wyspę. Drugi gospodarz zapytał, czy może chcemy zrobić obchód po godzinie 17.00, ponieważ teraz słońce bardzo mocno parzyło. Powiedzieliśmy, że możemy iść teraz, bo mamy piękną pogodę, a mocne słońce nie jest dla nas problemem.


Kokosek na powitanie

OBCHÓD PO WYSPIE MATHIVERI
Jeszcze przez 10min rozmawiałem z drugim gospodarzem na temat mojego poprzedniego pobytu na Malediwach i o artykułach, które piszę po każdym takim wyjeździe. Później poszliśmy na obchód. Przechodząc na drugą stronę ścieżki, weszliśmy do tropikalnego lasu. Na jego końcu, rozpoczyna się najpiękniejsza plaża na całej wyspie. Dopiero zobaczyliśmy pierwszą atrakcję, a już dosłownie „wgniatała w ziemię”. Na plaży znajdowały się cztery pochylone palmy kokosowe, z hamakiem i dwiema huśtawkami. Białe piaski ciągnęły się w obie strony szerokim pasem. Miejscowi zwą ją Veli Beach i stąd guest house przyjął podobną nazwę – „Veli Beach Inn”. Wzdłuż całej jej długości, widzieliśmy tylko i wyłącznie, piękne, turkusowe wody oceanu. Ponad 100m dalej, za widocznym przesmykiem wodnym, widniała druga, piaszczysta wyspa. To największa lokalna atrakcja, na którą turyści zakwaterowani w innych miejscach przypływają wynajętymi łodziami. Widoczna wyspa jest sand bankiem o nazwie Mathiveri Finolhu. Trafniej można ją opisać, jako wielką plażę na środku oceanu. Z każdej strony otacza ją przepiękna, płytka, turkusowa laguna. Od razu czujesz, że jesteś w rajskim miejscu. Druga obowiązkowa atrakcja, to plaża dla turystów. Na niej możemy się kąpać w stroju kąpielowym lub w bikini. Plaża sąsiaduje z innym obiektem hotelowym. Nie mamy powodów do obaw, ponieważ najwięcej spotkaliśmy tam siedem osób. Wszechobecne turkusy zachęcają do wskoczenia do wody. Kilkadziesiąt metrów od linii brzegowej znajdują się niesamowite rafy koralowe, dlatego nie jest dziwne, gdy każdy turysta przychodzi z maską do snurkowania. Ja sam spędzałem po trzy godziny w ciągu dwóch ostatnich dni na podziwianiu podwodnego życia.


Plaża Veli Beach - od naszego guest house mamy tylko 20 metrów do niej


Sand bank Mathiveri Finolhu

Następnym miejscem było najstarsze drzewo na wyspie, czyli fikus osiągający kilkadziesiąt metrów wysokości. Największe drzewo, znajdujące się na każdej wyspie ma przynosić szczęście. Nie mogło więc zabraknąć go również na Mathiveri. Wyrosło kilkaset lat temu i stoi niewzruszenie do dziś. Warto je zobaczyć. Fikus stanowi idealne schronienie dla ptaków mieszkających na wyspie oraz dla… nietoperzy. O nich będzie nieco później. Następnie przeszliśmy przez główną ulicę ze sklepami. Gospodarz pokazał nam dwa sklepy spożywcze i dwa z pamiątkami. Oczywiście nas interesował ten z lodami Magnum i ten z ręcznie wykonanymi, często zdobionymi jakimś obrazem pamiątkami. Dalej poznaliśmy port i główną aleję spacerową wzdłuż niego. Zdziwiliśmy się na widok niskich latarni, które oświetlały w nocy każdą uliczkę. Nie spodziewałem się, że miejscowi oświetlają drogi, na których nie ma samochodów. Kiedy byłem poprzednim razem na Malediwach, na Fehendhoo, tam nie widziałem żadnych lamp. Zapadał zmrok i robiło się ciemno. Po odwiedzinach portu Faisal wspomniał jeszcze o wyspie – sand banku o nazwie Mathiveri Finolhu. Powiedział, że każdego dnia można wypożyczać kajak za 10 USD/2h lub za 15 USD, jeśli chcemy popłynąć na wyspę rano, wrócić na obiad i popłynąć tam po południu. Można też wybrać małą łódź motorową „Aqua de Viola”. Wystarczyło wspomnieć o niej gospodarzowi, a z sąsiedniego domku wychodził miejscowy, wsiadał na statek i już można było ciekawie spędzać dzień. Za kurs liczył 10 USD. Czytałem na zagranicznych stronach (ponieważ Mathiveri prawie nie jest w ogóle znana wśród Polaków), że w przesmyku prąd może być bardzo silny, dlatego nie zaleca się pokonywania go wpław. Stwierdziłem, że jak wypoczniemy po długiej podróży, to spróbuję, jak naprawdę wygląda sprawa. Co prawda, prąd czuć dość mocno, ale szerokość plaż po obu stronach jest na tyle wystarczająca, żeby ten, kto jest słabszy, mógł dopłynąć do wyspy. Na Veli Beach wystarczyło pójść do jej lewego krańca, iść dnem laguny tyle, ile się da i dalej płynąć do przodu. Nawet, gdy prąd powoli nas znosił, i tak dopływaliśmy do któregoś krańca wyspy. Jako, że lubię pływanie długodystansowe, nie ułatwiałem sobie, ale raczej płynąłem bezpośrednio z naszej plaży w stronę sand banku pod prąd. Tylko podczas jednego dnia nurt był na tyle mocny, że ciągle musiałem machać rękami z całych sił, żeby utrzymać kierunek. Podczas pozostałych, bez większego wysiłku, mogłem przepływać na drugą stronę, nie męcząc się w ogóle. Jest jeszcze inna droga na sand bank, ale gospodarz powiedział, że można ją wybrać tylko w czasie odpływu. Następuje on średnio, co 6 godzin. Rano mieliśmy niski stan wód, a po południu coraz większy. Dopiero po koniec pobytu, proporcje zamieniły się porami, dlatego rano mieliśmy bardzo wysoki stan wód, a po południu ubywało jej jeszcze więcej – tak, że po godzinie 17.00, łódź „Aqua de Viola”, dosłownie leżała na suchym piasku. Zjawisko odpływów jest bardzo dobrze widoczne, a poziom wody w lagunie bardzo dobrze wskazuje wystający kamień, tuż przy plaży wysuniętej w jej głąb.

 
Potężny fikus na naszej wyspie Mathiveri

W GUEST HOUSIE VELI BEACH INN
Po ciekawym okrążeniu wyspy, poszliśmy spać, ponieważ podróż trochę nas umęczyła. Wstaliśmy jeszcze przed zachodem słońca i zaczęliśmy chociaż trochę rozpakowywać rzeczy z walizek. W pokoju praktycznie nie przebywa się w ogóle, poza nocą, kiedy śpimy. Jako, że na zewnątrz panuje typowo tropikalna temperatura, nie ma potrzeby przesiadywania w domu. Wolne chwile spędzamy na zewnętrznej przestrzeni dla gości. W każdym guest housie znajdziemy zewnętrzny plac ze stolikami. Chodzi się boso po białym piasku, lub co najwyżej, w klapkach. W naszym obiekcie dodatkowo mieliśmy do dyspozycji herbatę i kawę przez całą dobę. Do pokojów codziennie była dostarczana woda 1,5l w butelce. Pierwszą kolację zjedliśmy o godzinie 19.00. Ponownie zachwycaliśmy się smakiem świeżych warzywnych sałatek i owoców. Drugi gospodarz, którego imienia nie poznałem, pytał mnie o wrażenia z pierwszego pobytu na Malediwach. Kiedy wspomniałem, że odwiedziłem Fehendhoo, Fulhadhoo i Finolhu, powiedział, że to atol Baa, który należy do jednych z najpiękniejszych na Malediwach. Po tej informacji koniecznie chciał wiedzieć, jakie są moje pierwsze odczucia z Mathiveri. Nie mogłem stwierdzić, gdzie jest lepiej, dlatego powiedziałem tylko tyle, że oba miejsca są różne i dlatego podoba mi się również na Mathiveri. Wspomniałem również o tutejszej wiosce, która była większa i o sand banku dostępnym „od ręki”. Pochwaliłem gospodarzy za bardzo dobre jedzenie. Moim zdaniem bardzo się starali. Dbali o różnorodność potraw i deserów. Wieczory po kolacji również należało jakoś wykorzystać. Codziennie spacerowaliśmy przez wioskę, losowo wybierając uliczki, lub takie, żeby przejść wyspę po jej obwodzie. Ciekawiło mnie to, że nawet mało znaczące ścieżki oświetlały latarnie. Jeśli ktoś boi się o własne bezpieczeństwo podczas wakacji, to muszę dopowiedzieć, że na lokalnych wyspach zupełnie zapomnimy o tych kwestiach, ponieważ na Mathiveri panuje zupełny spokój. Wioska liczy 938 mieszkańców, według danych statystycznych z 2018 roku, dlatego wieczorami, spodziewałem się spotkania dużych grup miejscowych.


Guest House Veli Beach Inn

ŻYCIE W LOKALNEJ WIOSCE
Przechadzając się przez teren zabudowany, spotykaliśmy rodowitych mieszkańców. Wielu ludzi uśmiechało się do nas, co od samego początku pozwalało poczuć prawdziwy klimat Malediwów, jaki już znałem. W końcu nie czuliśmy żadnej presji czasu, ani typowo zachodnioeuropejskiego modelu zagonionego życia. Po godzinie 21.00 koniecznie chciałem zobaczyć, jak wyglądają w nocy publiczne plaże. Najpierw odwiedziliśmy jedną na zachodnim wybrzeżu, do której docierało światło z dwóch latarni. Wystarczyło, że postawiliśmy krok na piasku, a setki krabów, które wyszły na żer, uciekało w popłochu. Widok tak wielkiej ich grupy jest niezwykły. Kolejnym obowiązkowym punktem podczas wieczornego spaceru będzie przejście aleją wzdłuż wybrzeża portowego. Zanim jednak tam dotrzemy, przechodzimy obrzeżami wioski, przez palmowy las, który swoim klimatem przypomina Dominikanę. Warto jednak co jakiś czas popatrzeć do góry, ponieważ na każdej palmie wisi po kilkadziesiąt kokosów. Co prawda nie zdarzyło się nam, żeby w trakcie wędrówki (a chodziliśmy codziennie), któryś z nich spadł obok nas, ale ostrożności nigdy nie za wiele… Za dominikańskim lasem – bo tak go nazwałem – rozpoczyna się wybrzeże portowe. Można pójść dwiema alejami palmowymi, które są oświetlone latarniami. Nawet w nocnej porze coś zobaczymy, ponieważ miejscowi prowadzą rozmowy na licznych ławkach z widokiem na mieniącą się lagunę, a załoga łodzi, którą przypłynęliśmy na wyspę, myje swoją jednostkę. Łódź w ciągu dnia ma zaplanowane cztery, blisko dwugodzinne kursy. Załoga zostaje na Mathiveri, ponieważ po 6.00 rano wypływa z powrotem do stolicy. Droga przez otwarte wody oceanu jest bardzo monotonna, dlatego zdarza się, że sternikowi „poleci” głowa. Nie bez powodu płyną dwie lub trzy osoby. Czujność musi być zachowana.


Dominikański las palmowy

 
Dominikański las palmowy

Aleja portowa jest długa i ma swój klimat. Jeśli lubisz koty, to wiedz, że idąc wieczorem od publicznej plaży na zachodnim wybrzeżu, przez „dominikański las”, do alei portowej, prawdopodobnie spotkasz dwa koty, które będą podążać za tobą. Nas odprowadzały dwa razy, idąc dosłownie przy nodze. Nie do końca mogliśmy rozszyfrować ich zachowanie, ponieważ nie wpisywało się w „zestaw zachowań”, które znamy z książek o tych zwierzętach. Jeden z nich specjalnie plątał się pod nogami. Kiedy stanęliśmy, ustawiał się tyłkiem do nogi. Później przeciągał się tylnymi łapkami, idąc przed nami. Nie wiedzieliśmy, co to wszystko oznacza. No i bardzo dużo miauczał. Na wyspie widzieliśmy również surową konstrukcję hotelu, który kiedyś z pewnością powstanie. Dotychczas zbudowano dwa piętra, a obiekt ma posiadać 24 pokoje. Widząc w jakim tempie budują miejscowi, nie martwiłbym się o jego szybkie otwarcie… Faisal’owi powiedziałem, że gdybym miał do wyboru hotel i guest house, wybrałbym jego pensjonat, ponieważ lubię kameralną atmosferę. Goście w guest house’ach, pomimo, że pochodzą z różnych części świata, to w pewnym sensie zżywają się ze sobą. Zawierają przyjaźnie i między innymi, dzięki temu, przeżywamy klimat pięknych wakacji. My również zaprzyjaźniliśmy się na czas wakacji z Włochami i Czechami. Najczęściej rozmawialiśmy o przeżyciach z danego dnia i o tym, co zobaczyliśmy. Tematu pracy nikt nie poruszał. W końcu odpoczywaliśmy od wszystkiego.

 
 
Główna aleja portowa, gdzie najczęściej spacerują miejscowi i turyści

NASZE POMYSŁY NA MALEDIWY, PIĘKNO WYSPY MATHIVERI ORAZ WIOSKA NA MATHIVERI
A jak upływały kolejne dni? Wieczorem, po kolacji porozmawiałem z Faisal’em na temat wycieczek. Powiedział, że turyści przyjeżdżają zazwyczaj na 5-7 dni i średnio decydują się na jakieś dwie opcje aktywności poza wyspą. My wymyśliliśmy aż pięć wyjazdów, co trochę zdziwiło gospodarza. Obowiązkowo musieliśmy „zaliczyć” piknik na sand banku, popływać z mantami, wypłynąć na snurkowanie głębinowe i płytkie, odwiedzić resort z domami na palach i zwiedzić inną, lokalną wyspę. Pomimo, że nie jestem wędkarzem, to podobała mi się opcja wycieczki, w celu łowienia ryb – oczywiście nie dla zabawy. Po powrocie grillujemy ryby przed guest housem i zjadamy je na kolację. Jako, że Włosi pierwsi wpadli na podobny pomysł, nie planowałem takiej samej aktywności. Oni złowili osiem dużych ryb. Pierwszego wieczoru jedli je z grilla, a drugiego – wszyscy pozostali – na kolację. Gospodarz przechował świeżo złowione barakudy w zamrażalniku na jeden dzień. Poza wycieczkami miałem kolejne plany, czyli opłynięcie kajakiem sąsiedniego sand banku Mathiveri Finolhu, oraz poszukiwanie raf koralowych w okolicach naszej wyspy. Po całym dniu spędzonym na Mathiveri, mogłem powiedzieć coś więcej o niej. W szczególności podobały mi się dwa atrakcyjne miejsca pod względem krajobrazowym: Veli Beach i sand bank Mathiveri Finolhu. Plażę Veli Beach, mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło przejść na drugą stronę ścieżki i iść 20m przez tropikalny las. Codziennie podziwialiśmy jej piękno. Pomimo, że jest publiczna, to turyści kąpali się w strojach kąpielowych tak, jak w Europie. Miejscowi nie przychodzili na nią w godzinach 10.00-16.00. w dniach poniedziałek-czwartek i w niedzielę. Piątek i sobota dla mieszkańców wioski są dniami wolnymi od szkoły i innych większych zajęć, stąd od samego rana mogliśmy spotkać na niej dzieci, młodzież oraz ich rodziców. Miejscowi na plażę często wybierali się całą rodziną, co było pięknym widokiem. Otwartość młodych ludzi uderzyła nas od razu. Pierwszego dnia podeszła do nas młoda dziewczynka, mająca może 5-6 lat i po angielsku zapytała nas, jak się nazywamy. Dla nich jesteśmy innymi ludźmi, stąd również są ciekawi – chcą dowiedzieć się czegoś więcej o nas.

 
 
Veli Beach

 
Veli Beach Inn wieczorem

 
Veli Beach w południe i w nocy, o godzinie 22.00

 
 
 
Veli Beach w różnych odsłonach


Hamak na Veli Beach


Veli Beach

Gospodarz zapytał nawet o klimat, jaka panuje aktualnie pogoda w Polsce, jakie owoce u nas rosną i czym się zajmujemy w pracy. Nie mógł uwierzyć, gdy powiedzieliśmy, że owoce typu papaja, czy marakuja są dla nas egzotyczne i że nie występują w naszym kraju. Tak samo bardzo dziwne było dla niego, że na polskich plażach nie chodzą kraby. Najbardziej zaskoczyłem go, gdy powiedziałem, że Polska również posiada dostęp do morza, a plażami można przejść jednym ciągiem około 400 km. Tyle, że nasze morze jest zimne, nie można trafić w okres dobrej pogody, nie należy do najczystszych i praktycznie wymiera życie podwodne… Głównie z tych powodów szukamy wyjazdów zagranicznych.

Co jeszcze zwróciło moją uwagę? Widzieliśmy kilka rodzin, które ze swoimi dziećmi zorganizowały grillowanie ryb na sąsiednim sand banku. Popłynęli łodzią „Aqua de Viola” ze sprzętem. Rozłożyli się na plaży i miło spędzili czas w swoim gronie. Ten przykład pokazał, jak powinno wyglądać życie u nas w Europie, gdzie zawsze jesteśmy zagonieni. Ptaki na Mathiveri wiedziały, co się święci, dlatego w większej grupie poleciały na drugą wyspę i chodziły obok grillujących rodzin. Czekały na pozostawione resztki. Drugim razem, podobne grillowanie zobaczyliśmy dosłownie za naszym guest housem, tuż przy skrzyżowaniu uliczek. Inne rodziny zebrały się w tym miejscu, żeby porozmawiać i zjeść dobre ryby na świeżym powietrzu. Za każdym razem, kiedy widzieliśmy podobny obrazek, aż chciałoby się, żeby i u nas tak było. Oni nie musieli posiadać jakiejś działki, ani przekładać „tysiąca” ważnych spraw, żeby zorganizować spotkanie. Wystarczyło spontanicznie rzucone hasło. Na wyspie jest również dostępne profesjonalne boisko do gry w piłkę nożną, ponieważ podobnie, jak w Polsce, rząd ustanowił prawo, że każda zamieszkana, lokalna wyspa musi mieć swoje boisko [w Polsce każda gmina i miasto musi mieć własny „orlik”]. Na Mathiveri nawet zainstalowano stadionowe oświetlenie, dzięki czemu mecze piłki nożnej, lub treningi odbywały się nawet do godziny 23.00. Boisko miało jak największy sens, ponieważ każdego dnia korzystano z niego kilkanaście godzin. Co jakiś czas zmieniały się tylko grupy. Rano widywaliśmy najmniejsze dzieci ze szkoły podstawowej, a raz młodzież. Czym później, tym lepsze mecze mogliśmy zobaczyć, ponieważ grali dorośli. Piłka nożna na Malediwach jest jak religia. Każdy chłopiec biega za piłką. Dorośli również. Co roku odbywają się turnieje piłki nożnej pomiędzy lokalnymi wyspami.


Boisko na wyspie Mathiveri jest użytkowane cały dzień i do późnego wieczoru

Inna rzecz, bardzo dostrzegalna, to… plakaty wyborcze. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do widoku plakatów, którymi oklejone jest całe miasto. Na Malediwach kampania wyborcza przebiega zupełnie inaczej – najpierw polityk ze swoim sztabem przyjeżdża na wyspę, miejscowi organizują spotkanie w niewielkiej hali, która służy do tego typu spotkań, a później trwałą farbą malują na zewnętrznych ścianach budynków mieszkalnych kartę do głosowania ze zdjęciem polityka. Taka forma agitacji była dla nas niezwykła. Pierwszego dnia naszego pobytu, miejscowa kobieta zaprosiła nas do sklepu z pamiątkami. Mnie najbardziej interesowały wyroby lokalne, rękodzieło. Coś, co nie będzie rzeczą zaimportowaną z Chin, ale coś, co będzie kojarzyło się typowo z Mathiveri. Kobiety wyrabiają na wyspie bransoletki z koralików wyprodukowanych z łupiny kokosowej, stąd pomyślałem, żeby takie kupić. Magnesy na lodówkę, również spodobały nam się, ponieważ na kawałku drewna z drzewa goja namalowano obraz przedstawiający Veli Beach. Pomyślałem sobie: to jest pamiątka! Dlaczego? Ponieważ za dwa dni spotkaliśmy miejscowego przyjaciela Faisal’a, który okazał się twórcą tych magnesów! Co wieczór zasiadał przy biurku w swoim sklepie i je malował. Za dwa dni również wstąpiliśmy do jego sklepu z rękodziełem o nazwie „Meno”. Łatwo go znaleźć, ponieważ mieści się przy głównym skrzyżowaniu w centrum wioski. Sklep tego mężczyzny robił wielkie wrażenie, ponieważ widzieliśmy obrazy Veli Beach namalowane na kokosach, na płótnie, na dużych kawałkach drewna goja, czy na drewnianych magnesach na lodówkę w różnych rozmiarach. Nawet posiadał wyroby z koralowców. Przywóz fragmentów rafy koralowej do Unii Europejskiej jest zakazany, pod groźbą wysokich kar pieniężnych, dlatego nie polecam podobnych pamiątek. Właściciel pokazał nam nawet bardzo drogą bransoletkę z prawdziwych pereł. Powiedział, że to nie na jego kieszeń. Prowadzącego sklep „Meno” poznaliśmy nieco bliżej, ponieważ często chodził do Faisal’a, przez co mieliśmy okazje do rozmów. Potrafił mówić po włosku, co ucieszyło Włochów z naszego guest house’a. Wspomniałem, że zorganizowaliśmy pięć wycieczek. Co działo się na każdej z nich?


Plakat wyborczy namalowany na ścianie budynku mieszkalnego

 
 
Pamiątki w lokalnym sklepie

NASZE WYCIECZKI
1. PIKNIK NA SAND BANKU DHINNOLHU
To nasza pierwsza wycieczka pozwalająca zobaczyć coś nowego na Malediwach. Główną atrakcją jest 5-godzinny pobyt na piaszczystej, bezludnej wyspie, gdzie w południe zjemy obiad przygotowany przez gospodarza. Po śniadaniu poszliśmy do portu na godzinę 9.00. Faisal wpadł na pomysł, że zanim dotrzemy na sand bank, najpierw popłyniemy w kierunku Kodufolhudhoo, czyli tam, gdzie znajduje się resort Nika. Tuż przy jego oznaczonych wodnych granicach terytorialnych widzieliśmy niebieskie „oko”. Mieliśmy wskoczyć na głębiny, żeby podpłynąć w rejon turkusowego oczka. Faisal rozdał nam maski do snurkowania i powiedział, żebyśmy podziwiali koralowce. Nie spodziewałem się takiej atrakcji w drodze na sand bank, ponieważ pod powierzchnią wody widniała ogromna rafa. Kiedy wskoczyliśmy na głębiny, miałem wrażenie, że unosimy się nad wielką górą. Piękno rafy mogliśmy podziwiać na płyciznach, a czym głębiej, tym zbocza opadały bardziej stromo ku dnie oceanicznym. Koralowce dosłownie nie kończyły się. Jedynie zanikały z powodu coraz ciemniejszych odcieni wód. Wystarczyło przez chwilę podziwiać podwodne życie przez około dwie minuty, żeby zobaczyć przepływającego pod nami… rekina! Około dwumetrowy rekin wielorybi bardzo spokojnie przepłynął kilka metrów pod nami i tak samo, jak my, okrążał rafę. W jej pobliżu występuje najwięcej planktonu, dlatego przefiltrowywał wodę w pobliżu turkusowego „oczka”. Rekin nie pojawił się kolejny raz, ale za to mogliśmy podziwiać inne, większe i kolorowe ryby, mieniące się zielono-niebieskimi odcieniami, w zależności od kąta padania światła słonecznego. Koralowce, z kolei tworzyły wielkie zbocza przypominające górskie łańcuchy. Pływanie w ich pobliżu dawało złudzenie, jakbyśmy latali nad szczytami. Żadna widoczna przepaść, ani urwisko nie było straszne, ponieważ unosiliśmy się na powierzchni wody, obserwując wszystko z góry. Po około 15min podziwiania rafy, wsiedliśmy na pokład i popłynęliśmy dalej – na sand bank. Za dosłownie chwilę, musieliśmy się zatrzymać, ponieważ teraz lądował hydroplan przywożący gości do resortu Nika. Przy okazji mogliśmy zobaczyć z bliska lądujący samolot na wodzie… Dalsza część rejsu przebiegała spokojnie.

Dotarliśmy na piaszczystą wyspę. Widzieliśmy kilka małych łodzi, co oznaczało, że turyści z innych wysp również wpadli na podobny pomysł. Na wyspie, będącej jednocześnie wielką plażą po środku niczego [czytaj: na środku oceanu], przebywało maksymalnie piętnaście osób z różnych miejsc. Klimat sand banku bardzo mi się podobał, ponieważ otaczała nas piękna, szmaragdowa laguna, z krystalicznie czystymi wodami. Tylko w niektórych miejscach ocean przybierał turkusowe odcienie. Od środka plaży odbiegała ścieżka pod kątem prostym, wcinająca się w głąb laguny. Kilkanaście metrów dalej, stopniowo zanikała pod powierzchnią wody. Mimo wszystko, można było dalej nią spacerować. Płycizny sięgały daleko od brzegu, dlatego dużo chodziliśmy po dnie, idąc częściowo zanurzonym. Oprócz parasola chroniącego przed palącym słońcem, otrzymaliśmy również lodówkę turystyczną wypełnioną zimnymi napojami, takimi jak: Coca-Cola, Sprite, 7 Up, czy woda źródlana. W miarę upływu czasu, coraz więcej osób odpływało, aż zostaliśmy całkowicie sami. Robiłem dużo zdjęć w wodzie, ścieżki odbiegającej od wyspy, czy też kręciłem film pokazujący piękno sand banku. Możesz zapytać, co robić przez pięć godzin na piaszczystej wyspie? Przede wszystkim dużo pływać. Krystalicznie czyste i ciepłe wody wręcz do tego zachęcają! Samo patrzenie na tak piękne kolory sprawia, ze odpoczywamy. Po godzinie 13.00 przypłynął Faisal z właścicielem łodzi. Przywieźli nam świeżo przygotowany obiad. Jedzenie ciepłego posiłku na bezludnej wyspie na środku oceanu ma swój niepowtarzalny klimat! To miejsce nam się bardzo podobało, dlatego sfotografowałem je z każdego możliwego miejsca, plus dodatkowo nakręciłem różne ujęcia.

 
Sand bank Dhinnolhu

 
 
 
 
 
 
 
 
 

2. POSZUKIWANIE MANT
To chyba jedyna wycieczka, gdzie śniadanie zjemy w niestandardowej godzinie, bo o 7.30 rano. Jak na wakacje, to trochę za wcześnie, ale musimy, jeśli myślimy o zobaczeniu wielkich płaszczek, jakimi są manty. Na godzinę 8.00 byliśmy umówieni w porcie. Faisal ma swojego znajomego z szybką łodzią, dlatego za każdym razem będziemy z nim płynąć. W końcu zna lokalne wody najlepiej. Jeśli ktoś ma obawy, ponieważ słabo pływa, albo nie potrafi długo utrzymać się na powierzchni wody, lub np. głębokość ma dla niego psychologiczne znaczenie, to płynąc na wycieczki łodzią znajomego od Faisal’a, możesz trochę się wystraszyć, ponieważ statek podskakuje na falach z powodu dużej prędkości, a czasem jesteśmy mocno ochlapani wodą, kiedy podczas wyskoku przecinamy fale. Podróż na miejsce akcji trwała około 15min. Od brzegu Mathiveri odpłynęliśmy wystarczająco daleko, żeby naszą wyspę było widać jakby zza mgły. Dookoła nas widzieliśmy inne, mniejsze wysepki oraz głębiny oceaniczne. Właśnie tutaj zatrzymaliśmy się na środku. Kolega Faisal‘a wypatrywał mant, a Faisal wskakiwał do wody we wskazane miejsce przez niego. Na jego sygnał dołączaliśmy my. Za pierwszym razem goniliśmy jedną mantę, ale dość szybko popłynęła przed siebie. Równie szybko zniknęła z naszego pola widzenia. Tymczasem Faisal powiedział, żebyśmy zatrzymali się w wodzie i popatrzyli w dół, pod jej powierzchnię. Nagle wszystko dookoła zaczęło świecić intensywnym, niebieskim światłem! Okazało się, że podziwialiśmy niebieski plankton, który wyglądał, dokładnie, jak czerwcowe świetliki! Z zachwytem podziwialiśmy całe zjawisko. Widziałem coś podobnego na Fehendhoo rok wcześniej, ale tylko w nocy. Tutaj plankton obserwowaliśmy w środku dnia. Mienił się niesamowicie intensywną, niebieską barwą. Przepiękne widowisko!

Za chwilę wsiadaliśmy na pokład łodzi przy pomocy drabinki opuszczanej do wody. Płynęła z nami jeszcze para z Kanady. Oni również mieli wiele powodów do zachwytu. Odpłynęliśmy nieco dalej – jakieś 3min drogi na przód. Faisal wypatrzył trzy kolejne manty. Z lewej burty wskoczyliśmy do oceanu wszyscy, jeden po drugim. Faisal wskazał, żeby płynąć w prawo od łodzi, ale tylko ja popłynąłem na lewo, ponieważ zauważyłem dwie manty płynące jedna za drugą. Pierwsza z nich kierowała się szeroką paszczą prosto na mnie. Wiedziałem, że manty nie są groźne dla człowieka, dlatego poczekałem i robiłem zdjęcia, żeby uchwycić je z jak najmniejszej odległości. Czekałem, co zrobi, kiedy stanę jej na drodze. W ostatnim momencie płaszczka zanurkowała około jeden metr pode mną i w ten sposób mnie ominęła. Pod łodzią zatoczyła krąg i ponownie wróciła. Tym razem dwie manty płynęły prosto na mnie. Ponownie mogłem podziwiać ich wielkie paszcze. Za chwilę przepłynęły obok, na odległość około 20cm, licząc od krawędzi lewej płetwy. Dzięki takiej bliskości, mogłem nagrać film, pokazujący ich piękno. Za chwilę zauważyłem, że przed pierwszą z nich płynęła kolorowa ryba w paski. Tak naprawdę znajdowała się na wlocie szerokiej paszczy, ale nie wpływała do środka. Trzymała się kierunku nadawanego przez płaszczkę. Pozostała część grupy krążyła w miejscu, które wskazał Faisal. Reszta ekipy również zobaczyła manty, ponieważ w pobliżu pływały tak naprawdę trzy płaszczki, dzięki czemu każdy miał swoje widowisko. Po udanych obserwacjach, wsiedliśmy na łódź. Odpłynęliśmy jeszcze dalej, żeby poszukać kolejnych okazów. Za około 4min zatrzymaliśmy się i ponownie wskoczyliśmy do wody. Faisal wskazał nam dwie kolejne ryby. Szybko złapaliśmy za kamery i zaczęliśmy nagrywać filmy i robić zdjęcia. Tutaj również spotkaliśmy na naszej drodze dwie, piękne manty. Każdy z nas był zadowolony z udanej wycieczki.

Faisal zapytał, czy udało nam się coś zaobserwować i nagrać. Powiedzieliśmy, że tak. Ja widziałem łącznie siedem mant, a pięć z nich sfotografowałem, lub nagrałem film z ich udziałem. Jako, że wszystkim bardzo się podobało, mogliśmy wracać na Mathiveri. Jego kolega, jak zawsze „dawał w rurę”, dzięki czemu płynęliśmy szybko, a woda od czasu do czasu nas ochlapywała. Przed wpłynięciem do portu, weszliśmy pod ostrym kątem w zakręt, po czym za chwilę stanęliśmy na wlocie do zatoczki portowej. Musieliśmy założyć ubrania, ponieważ w publicznej części, na wyspach lokalnych, nie można chodzić w stroju kąpielowym. Szybko założyliśmy krótkie koszulki i spodenki. Mogliśmy już wpłynąć do portu. Podziękowaliśmy za udaną wycieczkę i za niezapomniane wrażenia. Nie spodziewaliśmy się aż tylu płaszczek, a tym bardziej niebieskiego planktonu świecącego w środku dnia! Wyglądał, jak gdyby do oceanu ktoś wpuścił świetliki. W trakcie całej wycieczki na łodzi mamy do dyspozycji lodówkę turystyczną pełną zimnych napojów. Możemy napić się Fanty, Sprite, 7 Up, czy Coca Coli. Zimna woda jest również dostępna. Po długim pływaniu w ciepłych wodach oceanu, każdemu chciało się pić. Wybierając safari wodne, którego celem jest bezpośrednie spotkanie z mantami, mogę zagwarantować, że każdy wróci w pełni zadowolony, jeśli nigdy wcześniej nie miał okazji ich obserwować.


Manta na naszej wycieczce

 
 
 
Manty spotkane na naszej wycieczce

3. RESORT NIKA
Nasz kolejny pomysł polegał na porównaniu: bogate i lokalne Malediwy. Zapytaliśmy Faisala, czy mógłby nas zawieść do któregoś resortu, ponieważ w okolicy mieliśmy aż cztery do wyboru. Wcześniej poczytałem trochę na temat wszystkich czterech opcji i najlepiej spodobał mi się Nika Resort. Zapytałem, gospodarza, który z nich jest najpiękniejszy, oraz który by nam polecił. Wyciągnął telefon i przedstawił ofertę z resortu Nika. Moja analiza pokryła się z subiektywną opinią Faisal’a. Przedstawił nam trzy opcje pobytu w resorcie. Pierwsza to czterogodzinny pobyt bez obiadu, druga, to sześciogodzinny pobyt z obiadem w restauracji all inclusive, oraz trzecia – całodzienny pobyt z pełnym pakietem wyżywienia all inclusive i powrót późnym wieczorem. Wybraliśmy drugą możliwość, ponieważ z doświadczenia wiem, że pięć godzin wystarcza w zupełności na wszystko. Z drugiej strony, miejscowi nie mają takich łodzi, ani uprawnień, żeby pływać w nocy. Stąd pozostał do wyboru sześciogodzinny pobyt na terenie hotelu Nika. O godzinie 10.00 wypłynęliśmy z portu Mathiveri do molo Nika Resort. Podróż szybką łodzią trwa co najwyżej 10min. Wspomniałem, że od samego początku będzie widać wielką różnicę, pomiędzy naszą, lokalną wyspą, a prywatną, hotelową. Na molo przywitał nas elegancko ubrany pan z identyfikatorem wpiętym w koszulę z jego imieniem w kolorze złotym. Był uśmiechnięty. Przywitał nas i zaprowadził do recepcji. Przystań przy której cumują łodzie, jest wysunięta kilkadziesiąt metrów dalej od wyspy głównej. Idąc molo usypanym z kamieni, zauważyłem, że co około 15m widać niewielki mostek, który miał zapewniać przepływ wód na drugą stronę.


Droga do recepcji

Na końcu przeprawy, w oczy rzuca się ciekawy budynek recepcji. Tworzy go kilka białych kopuł, połączonych w jeden obiekt. W środku znajdują się regały na książki oraz stoliki z krzesłami. Pomiędzy każdą z kopuł mamy przejścia we wszystkich kierunkach do kolejnych pomieszczeń. W najdalszej z nich znajduje się recepcja i biuro, gdzie załatwiamy wszystkie formalności. Uśmiechnięta pani przejęła nas w recepcji i poinstruowała na temat zasad pobytu. Wyglądała na osobę z Azji, ale mówiła bardzo zrozumiałym angielskim i to się dla nas liczyło najbardziej. Równie ważny był uśmiech i radość, ponieważ tak powinno być zawsze. W recepcji trzeba okazać paszporty. Recepcjonistka wpisze w formularz kilka danych i za chwilę będziemy musieli podpisać wystawiony dokument. Każdy resort ma swoje zasady, ale musimy pamiętać, że w cenę nie są wliczone alkohole. Jeśli bardzo nam na nich zależy, to musimy za nie dodatkowo zapłacić. Miła pani pokazała nam również mapę całego terenu hotelu, omawiając, gdzie co się znajduje. W recepcji wydano nam ręczniki plażowe. Następnie zapytała, czy chcemy dowiedzieć się coś więcej o wyspie. Zaproponowała krótki obchód. Zgodziliśmy się, ponieważ mogliśmy poznać szczegóły, o których nigdzie nie przeczytamy. Wyspa, na której znajduje się resort, to Kudafolhudhoo. Przejście z jednego krańca na drugi, zajmowało około 6min. Z poziomu recepcji patrzymy na piękną publiczną plażę, z której można popłynąć wpław na rafy koralowe. Pierwsze znajdziemy zaledwie 30m od brzegu, więc wystarczy iść płytką laguną. Dotarcie do rafy jednak nie było przyjemne, ponieważ dno jest usiane resztkami rozdrobnionych koralowców, przez co nie raz stawałem na jakimś ostrym kawałku. Nie mogłem nawet podpłynąć z plaży, ponieważ laguna miała zaledwie 20-30cm głębokości. Dopiero po kilkunastu metrach poziom wód nieznacznie wzrastał. Przy pierwszych rafach pływaliśmy w lagunie o głębokości 60cm. Za pasem koralowców o szerokości 10m, dno nagle tworzyło ostry spad. Powstawała wyraźna granica między płytką laguną, a głębinami. Idąc dalej z recepcji, dowiedzieliśmy się, że cała wyspa jest jednym, wielkim ogrodem złożonym z tropikalnych roślin. Widzieliśmy nawet małą uprawę ogórków, czy bananów.

 
 
 
Budynek recepcji

 
 
 
Płytkie rafy koralowe, odległe o 30m od plaży

Na obrzeżach Kudafolhudhoo ciągnęły się rzędy prywatnych bungalowów, które rezerwują sobie turyści na wyłączność. Tam nie mieliśmy wstępu. Jedyna ścieżka, biorąca swój początek z recepcji, doprowadziła nas do wschodniego wybrzeża. Na drugim końcu wyspy mieści się największa przestrzeń użytkowa. Najpiękniej wyglądał rejon Welness & Spa, czyli strefa masażów i odnowy biologicznej. Ogrody i sposób zagospodarowania przestrzeni przyciągał wzrok. Wszędzie widzieliśmy kolorowe kwiaty, nietypową roślinność, oczka wodne i drewniane chaty, które pięknie komponowały się z otoczeniem. Kilkadziesiąt kroków dalej, dotarliśmy do najstarszego drzewa na wyspie – do fikusa. Podobnie, jak na wyspach lokalnych, obowiązkowo musi być drzewo przynoszące szczęście. Jako, że resort jest w pewnym sensie miejscem komercyjnym, można w pobliskim sklepie zamówić sobie usługę napisania swojego życzenia na karteczce i umieszczenia go w licznych szczelinach pomiędzy korzeniami przypominającymi liany. Podobnych karteczek widzieliśmy całe mnóstwo. Naprzeciwko około tysiącletniego drzewa znajduje się sklep, gdzie turyści mogą zakupić artykuły codziennego użytku oraz pamiątki. Dziewczyna, która oprowadzała nas po resorcie, przyznała, że na Mathiveri mamy lepsze „souveniry”, ponieważ na lokalnych wyspach jest zawsze lepiej pod tym względem. A co mi się nie podobało w resorcie? Jedyna rzecz, która wręcz negatywnie uderzała, to fakt, że w sklepie promowano włoskie marki modowe dla bogaczy. Wszystko inne, jak najbardziej miało swój klimat. Obok sklepu i fikusa znajdował się mały meczet. W końcu personel hotelu w dużej mierze stanowili rodowici mieszkańcy Malediwów, więc musieli mieć swoje miejsce modlitw.

 
Welness & SPA

  
Ogrody na wyspie

 
 
 
Najpiękniejsze miejsca na wyspie - sklep, meczet i oczko wodne

Kilkanaście kroków dalej mogliśmy spojrzeć na największy budynek na całej wyspie, czyli restaurację all inclusive. Tworzyły ją trzy, połączone kopuły ze strzechy. Obiekt nie posiadał ścian. Wewnątrz rozstawiono stoliki i krzesła, a na każdym z nich leżał kokos z namalowanym numerem. W resorcie obiad i wodę źródlaną mamy wliczoną w cenę. Jeśli do posiłku zachce nam się alkoholi lub soków owocowych, będziemy musieli zapłacić za nie dodatkowo. Sok ze świeżo wyciskanych owoców kosztował 3,50 USD, więc cena według mnie nie jest wygórowana. Pamiętajmy, że przebywamy w pięciogwiazdkowym hotelu. Dziewczyna z Azji zwróciła uwagę, że przeszliśmy całą wyspę, a spotkaliśmy tylko dwie osoby. Powiedziała, że tłumy nie grożą nam w resorcie, ponieważ wszyscy przebywają w swoich prywatnych bungalowach, lub na plaży. Jako, ze jeden domek przechodził gruntowny remont, weszliśmy do środka i mogliśmy zobaczyć pokoje, łazienkę i sposób urządzenia wnętrza. Koniecznie musieliśmy odwiedzić prywatną plażę. Chcieliśmy wiedzieć za co płaci się około czterokrotnie większą cenę w porównaniu do naszego wyjazdu. Teren prywatnego domku faktycznie zapewniał pełne odcięcie od świata, a kolor wód zachwycał. Każdą chatę oddzielał gruby i gęsty pas bujnej, tropikalnej roślinności. Plaże oddzielały mury z koralowców. Dowiedzieliśmy, że cały resort w 100% został wybudowany z obrobionych koralowców, dlatego mogą wyglądać, jak zwykłe kamienie. Mieliśmy szczęście, ponieważ jako gość z zewnątrz, nie ma możliwości zobaczenia wnętrza bungalowów, a to ze względu na szczyt sezonu, gdzie w okresie styczeń – marzec wszystkie chaty są zajęte. Ścieżka za restauracją prowadziła do ostatniej, ale największej atrakcji – do domów na palach. Drewniane molo wysunięte w głąb laguny, pozwalało spacerować nad poziomem turkusowych wód, oraz dotrzeć do pięknych bungalowów. Nie trudno się domyśleć, że pobyt w tutejszych chatach jest najdroższy. Każdy z domków ma prywatne zejście do turkusowej laguny. Spacerując molo, mogliśmy zobaczyć kolorowe ryby pływające w czystych wodach. W połowie „osiedla” nad wodą, dostrzegliśmy nawet ławicę krążącą w jednym miejscu.

 
Budynek restauracji widoczny w tle i zewnętrzna przestrzeń, gdzie możemy zjeść obiad

 
Na prywatnej plaży i część plażowa prywatnego bungalowa

 
Storczyk na palmie przy restauracji i woda mineralna w szklanej butelce

Tuż przed wejściem na molo mamy do dyspozycji drugą publiczną plażę z palmami. Wody przez kilkadziesiąt metrów są płytkie. Niestety na dnie leży jeszcze więcej szczątków koralowców, przez co trudno rozpocząć pływanie. Moim zdaniem, jak na resort, plaże powinny mieć piaszczyste dno, żeby goście mieli gdzie pływać. Tak naprawdę, nie widzieliśmy kąpiących się turystów w tej części resortu Nika. Jedynie kilkoro ludzi wypoczywało na leżakach pod słomkowymi parasolami. Po przeprowadzeniu obchodu, który trwał około 15min mieliśmy czas wolny dla siebie. Na początek poszliśmy na plażę przy recepcji. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć rafę z bliska. Pod powierzchnią wody nagrałem piękne formacje roślinne i kolorowe ryby w ich pobliżu. Na granicy gwałtownie opadającego dna, w pewnym momencie przepłynęła wielka ławica ryb ustawionych w równoległe rzędy. Wyglądały jak ptaki odlatujące do ciepłych krajów. Tuż za nimi krążyły większe, niebiesko-zielone okazy. Rafa bardzo nam się podobała. Nawet, jeśli ktoś nie potrafi pływać, mógł podziwiać podwodne życie, ponieważ laguna miała w tym miejscu zaledwie 60cm głębokości. Wystarczyło włożyć kamerę pod wodę i robić zdjęcia lub kręcić filmy. Po udanych obserwacjach koralowców, poszliśmy w stronę restauracji. Chcieliśmy zobaczyć ogromne drzewo z życzeniami, budynek meczetu, czy też samą restaurację. Przejście z jednego, na drugi koniec wyspy zajęło nam 6min. W jednym z ogrodów zauważyłem ciekawy napis: „Natura nie lubi schematów”. Obok niego widniały ciekawe formacje roślinne. To, co najbardziej podoba mi się na Malediwach, to fakt, że niezależnie, czy jesteśmy w resorcie, czy na lokalnej wyspie, w recepcji i w restauracji nie ma podłogi wyłożonej kafelkami lub panelami. Chodzimy po białym piasku w klapkach lub na boso. Z pewnością ma to swój niepowtarzalny urok. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć domy na palach, dlatego poszliśmy na drewniane molo. Ciągnęło się kilkadziesiąt metrów w głąb laguny. Widok na turkusowe wody należy do jednych z najpiękniejszych w rejonie. Bungalowy specjalnie wybudowano w takim miejscu, ponieważ można patrzeć na całą wyspę i lagunę jednocześnie. Nie bez powodu pokoje nad wodą są najdroższe. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczyna się rząd pierwszych, drewnianych chat. Każdy bungalow tworzą dwa domki, połączone ze sobą. Dodatkowo na wysokości dachu, utworzono taras z leżakiem, skąd turyści mają najpiękniejszą panoramę na turkusowe płycizny oraz na resort. W trakcie wędrówki do końca molo, wielokrotnie widzieliśmy przepływające, kolorowe rybki. Aż dziwne, że nic większego ich nie zjadało. Nie oczekiwaliśmy od razu rekina, ale wystarczyło coś większego od nich. W wiosce nad wodą spędziliśmy trochę czasu, ponieważ nagrywałem film od momentu wejścia na molo, aż do jego samego końca. Później robiliśmy zdjęcia i podziwialiśmy piękne widoki. Na koniec bungalowów wracaliśmy jeszcze kilkakrotnie, ponieważ chcieliśmy wykonać różne ujęcia. Przejście całego molo zajmowało około 2min 30s. W połowie tworzyło łuk skręcający w lewo, co dawało kolejne możliwości zrobienia ciekawych ujęć.


Wejście na molo

 
 
 
 
Osiedle na palach


Piękny widok na lagunę

Po opuszczeniu „osiedla” nad wodą, udaliśmy się do restauracji, ponieważ nastał czas pory obiadowej. Od godziny 12.00 do 14.00 wydawano posiłki w formie all inclusive. My dotarliśmy o 12.40. Wielu turystów zdążyło już zjeść i wrócić do swoich prywatnych chat. Poza nami, obiad rozpoczynało jeszcze około 20-25 osób. Na tak wielkiej przestrzeni pod strzechą, nawet nie odczuwaliśmy, że przyjechało tylu urlopowiczów. Do wyboru mieliśmy praktycznie wszystko: pełne obiady, desery, sałatki, owoce, itp. Jedynie alkohol i naturalne soki były płatne, ale alkoholu nie piliśmy. Sok dokupiliśmy. Jedzenie obiadu w takim miejscu należało do pewnego rodzaju atrakcji, ponieważ stoliki rozstawiono na piaszczystej powierzchni. Mieliśmy widok na piękny, tropikalny ogród i kwitnące kwiaty. Po drugiej stronie patrzyliśmy na turkusową lagunę. Wszędzie rosły palmy. Nie trudno się domyśleć, że dookoła panowały prawdziwie rajskie warunki. Po obiedzie wróciliśmy po ręczniki, które zostawiliśmy na plaży przy recepcji. Ponownie wróciliśmy w okolice restauracji, żeby skorzystać z drugiej publicznej plaży, na której aktualnie wypoczywały tylko cztery osoby. Kilka innych spędzało swój czas w barze, który jednocześnie zakańczał plażę od lewej strony. Na dnie leżało mnóstwo fragmentów koralowców, dlatego trudno mi się chodziło w wodze z aparatem. Koniecznie chciałem uchwycić domy na balach z poziomu laguny. Później nagrałem krótki film, po czym zacząłem pływać w turkusach. Od czasu do czasu trafiałem na kolorowe ryby. Główną atrakcją resortu są wieczory. Na ścianie baru widocznej od plaży, wisiało zdobione ogłoszenie: „miejsce karmienia rekinów wieczorem. Brak ratowników”. W trakcie zachodzącego słońca, lub chwilę po nim, obsługa wrzuca do wody kawałki mięsa, po czym nauczone rekiny przypływają o stałej porze. Rekiny obserwuje się z tarasu widokowego położonego na terenie baru. Z tego względu Faisal wspominał o trzeciej opcji, gdzie można zostać do późnego wieczora. Kiedy zapada zmrok, słychać nawet muzykę i można potańczyć.

 
Obiad i sok, który wybraliśmy w restauracji

    
Osiedle na palach widziane z poziomu wody

Pozostały czas spędziliśmy na przybarowej plaży. Najpierw dużo pływałem, a później opalałem się. Około 15min przed porą powrotu na Mathiveri, wróciliśmy do recepcji załatwić formalności. Facet, który przywitał nas na początku, zapytał, czy mamy paszporty i jak nam podobał się resort. Cały pobyt wspominam bardzo dobrze i dlatego powiedziałem, co mi się podobało na wyspie. Oczekując na łódź powrotną, zauważyliśmy, że resortowi goście wynajęli duży statek. Popłynęli na sand bank Mathiveri Finolhu sąsiadujący z wyspą Mathiveri. Trzeba przyznać, że na terenie resortu Nika plaże są bardzo małe, a my mieliśmy od ręki dostępny sand bank każdego dnia. Nie dość, że codziennie korzystaliśmy z rajskiej Veli Beach, to na dodatek mogliśmy popłynąć wpław na piaszczystą wyspę. Pod tym względem mieliśmy znacznie lepsze warunki. Jak oceniam pobyt w resorcie? Moim zdaniem prywatne plaże są za małe, a publiczne – nie za wielkie. Niestety na dnie leżą szczątki połamanych i pokruszonych koralowców, przez co łatwo się skaleczyć. Z tego powodu na plażach nie widać turystów. Z drugiej strony patrząc, w restauracji mieliśmy duży wybór jedzenia, który można było zjeść w pięknym miejscu z niesamowitymi widokami. Kolacje spożywano również przy stolikach rozmieszczonych na zewnątrz, ale przy lagunie. Cała przestrzeń dodatkowo jest oświetlona przez latarnie, podobne do tych, które są w naszej wiosce.

   
Przybarowa plaża

Zarówno w resorcie, jak i na lokalnej wyspie można nacieszyć się niesamowitym spokojem. Z pewnością tutaj możesz poczuć luksus, ponieważ jesteś obsługiwany przez innych. Minusem resortu jest zbyt mała przestrzeń, co sprawiało wrażenie dużego ograniczenia. Nasza lokalna wyspa, Mathiveri, oferowała znacznie większe możliwości. Główną atrakcją hotelu Nika jest zobaczenie domów na palach, które są wizytówką Malediwów. Koniecznie trzeba je podziwiać na tle turkusowej laguny. Dodatkowym atutem resortu Nika jest własna rafa koralowa dostępna z poziomu plaży. Wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów w wodzie, by zacząć podziwiać piękne podwodne życie. Nie mogę jednoznacznie powiedzieć, która forma wypoczynku będzie lepsza: czy ta na lokalnej wyspie, czy w resorcie, ponieważ wszystko zależy od człowieka, co bardziej lubi i jakie są jego preferencje. Ja zdecydowanie bardziej lubię lokalne wyspy, pomimo tego, że trzeba się stosować do lokalnej kultury. Mi to nie przeszkadza, bo jestem otwartą osobą i nie mam uczucia wyższości nad innymi. Moim zdaniem, lokalne wyspy oferują piękne, naturalne, szerokie, nietknięte plaże z krabami i pochylonymi palmami. Dają mi również ciekawą możliwość spędzania wieczorów, oraz poznawania kultury i rozmów z miejscowymi ludźmi. Po prostu życie we wiosce jest dla mnie piękniejsze niż w hotelu, który jednak jest formą komercyjnej turystyki. Z drugiej strony nikogo nie oceniam, ponieważ wszystko zależy od tego, co lubimy. Najważniejszy jest fakt, że wybrane miejsce ma nam sprawiać radość, a nie innym. Zawsze, kiedy jestem na Malediwach, odwiedzam jeden resort, po to żeby zobaczyć coś innego, poznać nowe miejsce, i żeby inni, którzy są ze mną, mogli na własne oczy podziwiać wizytówkę Malediwów, czyli domy na palach. Tylko kiedy poznasz życie na lokalnej wyspie i w resorcie, sam będziesz mógł stwierdzić, gdzie najbardziej ci się podoba. Dla siebie wybieram lokalne wyspy, ponieważ lubię poznawać miejscową kulturę, obserwować niesamowite, turkusowe laguny, życie na wsi, podziwiać piękne krajobrazy i poczuć się „swojsko”. Lubię odkrywać nowe miejsca. Dodatkowo, na lokalnej wyspie, goście, którzy przebywają w tym samym guest housie, stają się pewnego rodzaju przyjaciółmi, ponieważ spędzamy z nimi swój czas. Nie raz wyruszymy na tę samą wycieczkę razem. Wieczorami zaś, spotykamy się przy stolikach na kolacji i wymieniamy ze sobą wrażenia z danego dnia. To są piękne chwile, które powodują, że żyjemy tym, co widzieliśmy.

4. SNURKOWANIE
Wycieczka, gdzie jesteśmy nastawieni na podziwianie rafy koralowej. Snurkowanie, to inaczej pływanie na powierzchni wody z maską i rurką na głowie, dzięki czemu nie musimy się wynurzać, żeby zaczerpnąć powietrza. Można pływać godzinami i ciągle mieć głowę pod powierzchnią wody. Jednego dnia tak mocno wciągnęło mnie snurkowanie, że wynurzyłem się dopiero po trzech godzinach. Wycieczka podzielona jest na dwa etapy: snurkowanie na głębinach i płyciznach. Rejs umówiony był na godzinę 10.00. Z portu popłynęliśmy w przeciwną stronę od wyspy Nika Resort. Na środku oceanu widzieliśmy większe, turkusowe oko. Faisal i jego kolega stanęli łodzią w jego pobliżu. Mieliśmy wskoczyć do głębokich wód, żeby dalej podpłynąć do oka. Na otwartym oceanie fale są większe, dlatego trudno byłoby od razu wskakiwać na płycizny. Nawet, kiedy fale będą faktycznie większe, mając założoną maskę z rurką do snurkowania, nie musimy wynurzać głowy, żeby zaczerpywać świeżego powietrza. Zupełnie zapominamy o tej kwestii. Jedynie czujemy falowanie wody i widzimy, jak znosi nas względem dna powstający prąd. Trzeba pamiętać, że snurkowanie mocno wciąga, dlatego warto od czasu do czasu rozglądać się, gdzie pływa reszta grupy i kontrolować położenie łodzi.

Kiedy wskoczyliśmy na głębiny, pierwsze, co rzuciło się w oczy, to forma, jaką przyjęły koralowce. Płynąc ku płyciznom, koralowce utworzyły bardzo stromo opadające zbocza, które wyglądały jak łańcuch górski. Ciągnęły się w obu kierunkach, bardzo daleko. Bardzo szybko znikały gdzieś w głębinach i ciemniejszych wodach. Czym bliżej płycizn, tym koralowce przypominały kształtem szczyty i wielką, okrągłą kotlinę pomiędzy nimi. Przepływając z głębokiej do płytkiej strefy, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy lecieli nad górami. Większe fale ułatwiały pływanie, ponieważ popychały nas do przodu. Ja postawiłem sobie za cel dotrzeć do środka błękitnego oka. Tak bardzo wciągnęło mnie obserwowanie kolorowych rybek i koralowców, że fale same zniosły mnie tam, gdzie chciałem. W ten sposób okrążyłem całą formację. W trakcie podziwiania raf, głównie przewijały się trzy rodzaje ryb. Pierwsze były całe niebieskie. Ich ogon miał żółtą barwę, a oddzielał go czarny, półokrągły pas. Drugie tworzyły ławice pół na pół. Czarne ryby płynące w równoległych rzędach przecinały biało-żółte, z wąskimi, czarnymi, pionowymi paskami. Trzecie z nich mieniły się żywo-niebieską barwą, a ogon i boki przybierały zielony odcień. Każda z nich zachwycała. Na wycieczkę popłynęliśmy z czteroosobową grupą Włochów. Rafę podziwialiśmy około 40min, po czym wsiadaliśmy po kolei na łódź, przy pomocy drabinki. Na pokładzie znajdowała się lodówka turystyczna z zimnymi napojami, dlatego skorzystałem z niej, żeby się schłodzić. Wszyscy widzieliśmy, że jednej osoby brakuje. Dopiero z poziomu statku mogliśmy wypatrzeć Włocha, którego tak wciągnęły obserwacje, że fale zniosły go znacznie dalej od nas. Nie kontrolował kierunku, dlatego został tam, gdzie był. Podpłynęliśmy łodzią do niego. Dołączył do reszty grupy. Teraz, po krótkim odpoczynku, płynęliśmy dalej – na płycizny.

  
Snurkowanie na granicy płycizn i szybko opadających zboczy koralowców ku dnie

Najpierw okrążyliśmy sand bank Mathiveri Finolhu, sąsiadujący z naszą wyspą, po czym zatrzymaliśmy się za długą granicą głębin i turkusowej laguny, którą widać na linii końca piaszczystej wyspy. Wskoczyliśmy do płytkiej wody. Tutejsze rafy tworzyły długie rzędy, składające się z kulistych formacji. W wielu z nich, schronienie znajdowały skalary różnej wielkości, wszystkie o tym samym zabarwieniu. Ryby te przypominały umaszczeniem zebry, ponieważ miały podobne czarno-białe paski. Wystarczyło delikatnie się poruszyć, żeby w ułamku sekundy zniknęły w kulistych koralowcach. Pływały całymi rodzinami. Przy największych osobnikach zawsze widzieliśmy coraz mniejsze rybki, trzymające się tych największych. Podziwialiśmy nawet czarne ryby z czerwonymi oczami. Kiedy unosiłem się na wodzie i nie wykonywałem żadnych ruchów, ciekawskie ryby podpływały do kamery i oglądały ją z każdej strony. Dzięki temu mogłem wykonać kilka zdjęć z ciekawskimi rybami, przyglądającymi się raz z lewej, a raz z prawej strony. Tutaj również pływaliśmy około 40min. Co ciekawe, na płyciznach „grasował” nawet młody rekin wielorybi. Czas było wracać na łódź. Droga powrotna zajęła tylko kilka minut, ponieważ pływaliśmy w pobliżu Mathiveri. Całą wycieczkę zdecydowanie zaliczam do udanych, ponieważ mogliśmy zobaczyć dwa rodzaje rafy koralowej: głębinową i tą na płyciznach. Różnica polega przede wszystkim w formie, jaką tworzą ich skupiska. Rafy głębinowe przypominają niesamowite, podwodne „góry”, z ostrymi krawędziami i przepaściami, z których wystają kuliste koralowce. Te z kolei stanowią idealne schronienie dla małych ryb. Z kolei rafy na płyciznach można podziwiać z bliska, z odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów, a inne można nawet dotykać. Przyjmują różne barwy, a wśród nich pływają kolorowe ryby o różnych rozmiarach.

Płycizny umożliwiają wykonanie pięknych ujęć, ponieważ światło słoneczne dociera w pełni na dno. Najważniejsze, że nie potrzebujemy specjalistycznego sprzętu, a jedynie maskę z rurką do oddychania, którą w sklepach internetowych możemy kupić za około 60-80zł. Dostępne są oczywiście droższe modele, ale sprzęt w podanym przedziale cenowym w zupełności wystarczy. Trzeba pamiętać, że rozróżniamy dwa rodzaje masek: pełnotwarzową i maskę w postaci okularów, z rurką doczepioną do nich. Każde rozwiązanie ma pewną wadę i zalety. Maska pełnotwarzowa przede wszystkim nie utrudnia oddychania. Czujemy się dokładnie tak samo, jak na lądzie. Jej wadą jest fakt, że musimy dość mocno naciągnąć dwie gumy z tyłu głowy, żeby uszczelka idealnie przylegała do twarzy w każdym miejscu. Zazwyczaj potrzebujemy pomocy drugiej osoby. Czym dłużej pływamy, tym bardziej czujemy ucisk, przez co może rozboleć głowa. Maska z doczepianą rurką bardziej mi odpowiada. W tym przypadku oddychamy przez rurkę, którą mamy włożoną do ust. Na początku trzeba włożyć rurkę do ust i zacisnąć ją zębami (znajdziemy w niej odpowiednie wypustki). Oddychanie przez usta jest nieco trudniejsze, ale szybko można się przyzwyczaić. Wystarczy popływać kilka minut. Maska zakładana na oczy, nawet po trzech godzinach nie powoduje uczucia ucisku, stąd będzie znacznie bardziej komfortowa. Wadą oddychania przez rurkę jest fakt, że po około 30min zbiera się ślina, którą trzeba wypłukać, żeby móc dalej swobodnie nabierać powietrza. Zakładanie maski z rurką jest znacznie łatwiejsze i nie wymaga pomocy drugiej osoby. Na Mathiveri miałem okazję wypróbować obu rozwiązań na kilku snurkowaniach, stąd mam wyrobioną opinię. Ze względu na lekkość i łatwość zakładania, zdecydowanie bardziej wolę maskę z rurką.

    
Snurkowanie na płyciznach

 
Ciekawskie ryby zaglądające do obiektywu kamery

5. LOKALNA WYSPA BODUFOLHUDHOO
Na Malediwach warto zwiedzić kilka wysp, ponieważ każda z nich ma do zaoferowania coś innego. Na pewno zobaczymy ciekawe, rajskie plaże, czy też odmienne zagospodarowanie terenu. Najbliższa lokalna wyspa, znajdowała się w sąsiedztwie Nika Resort. Zanim w ogóle pojechaliśmy na Malediwy, wiedziałem, że będzie mniej urokliwa niż nasza Mathiveri, ale mimo wszystko chciałem poznawać nowe tereny. Wyjazd zaplanowaliśmy na godzinę 10.00. Szybką łodzią płynęliśmy około 10min. Kolega Faisal’a zabrał ze sobą jeszcze jednego znajomego, który oprowadził nas po Bodufolhudhoo. Pokazał, gdzie znajdziemy lokalne restauracje, plażę dla turystów i te publiczne. Mieliśmy szybki wgląd w atrakcje wyspy. Miłe z jego strony, bo ułatwił nam zadanie zwiedzania nowego lądu. Przystań Bodufolhudhoo różniła się od tej z Mathiveri, ponieważ portową zatokę wypełniały ciemne, głębokie wody, a tutaj przybierały one mętny, turkusowy kolor. Przy przystani działała duża restauracja, która trochę przypominała dworcową knajpę w Polsce. Tyle, że obiady serwowano na zewnątrz, mając bezpośredni widok na zatokę. Przyznam, że to miejsce mi się bardzo podobało. Za lokalem gastronomicznym widzieliśmy coś na wzór, starej, podupadłej, dwupiętrowej szkoły podstawowej. Obiekt wyglądał, jak gdyby wybudowano go za czasów komunistycznych, we wczesnych latach siedemdziesiątych. Przed budynkiem rosły gęste krzaki, a w nich mieściła się druga restauracja o nazwie „Three Sevens” (Trzy siódemki). Gdyby nie reklama, nawet nie przypuszczałbym, że w miejscowych krzakach można znaleźć lokal gastronomiczny. Od początku wyspa miała swój klimat. Chwilę dalej przechodziliśmy bardzo wąską uliczką przez wioskę. Tędy mógł przejechać co najwyżej skuter. Nic więcej. Uliczką doszliśmy do głównej drogi we wsi, gdzie widzieliśmy kilka sklepów i jedną restaurację. Wyglądała dość nowocześnie, dlatego zdecydowaliśmy, że w porze obiadowej pójdziemy, do tej przy porcie. Przynajmniej będziemy mieli piękny widok na turkusowe wody. O jakość serwowanych posiłków nie obawiałem się w ogóle, ponieważ z poprzedniego wyjazdu wiedziałem, że obiekt nie musi spełniać żadnych standardów, a może wręcz odstraszać, ale jedzenie na pewno będzie na najwyższym poziomie.


Portowa restauracja


Przyportowy deptak


Restauracja "Three Sevens" w krzakach i w otoczeniu podupadłego budynku przypominającego szkołę

 
   
Najpiękniejsze miejsca w małej wiosce

Droga główna prowadziła do plaży dla turystów nazwanej „Sunset Beach”. Cały jej teren ogrodzono płotem z zaplecionych liści palmowych. Tutaj mogliśmy spacerować i pływać w strojach kąpielowych, oraz w pełni korzystać z letniej pogody. Na miejscu była dostępna dwuosobowa ławka, kilka leżaków i hamak rozwieszony pomiędzy słupkami w płytkiej wodzie. Cała plaża jest idealnie umiejscowiona, ponieważ gęste, żywo-zielone krzaki i drzewa zapewniały dużo cienia. Całkiem po prawej stronie, patrzyliśmy na przystań, gdzie wysiadają turyści płynący z Male. Właśnie tutaj nasza łódź „Nevi 2”, w drodze na Mathiveri uderzyła o betonowe wybrzeże. Plaża zachęcała do wypoczynku, ponieważ wzdłuż ciągnęły się turkusowe wody pełne kolorowych ryb. Jedyną wadą mogły być szczątki koralowców na dnie, które czasem lekko raniły stopy. Szybko obszedłem problem, idąc kilka metrów twardą powierzchnią, po czym, płynąc na płyciznach, odpychałem się rękoma. W ten sposób, za około 30 metrów dotarłem do pięknej rafy koralowej. Z dna wystawały różnokolorowe, kuliste formacje. Wśród nich żyły kolorowe rybki, oraz mnóstwo skalarów. Okrążałem duże skupiska koralowców, żeby zobaczyć jak najwięcej. Rafa cieszyła oczy, ponieważ sąsiadowała z wyspą, na której działa resort Nika. Skoro tam była bardzo piękna, to i na Bodufolhudhoo musiała być dobrej jakości. Zrobiłem nawet kilka ciekawych ujęć z częściowym zanurzeniem. Po około dwugodzinnym wypoczynku, poszliśmy zwiedzać całą wyspę. Rozpoczęliśmy wędrówkę uliczkami wioski. Podobały nam się „plakaty” wyborcze, namalowane na ścianach budynków mieszkalnych, szkoła podstawowa i styl życia miejscowych ludzi. Wróciliśmy na główną ulicę, która prowadziła do bramy z liści palmowych, na długą i szeroką publiczną plażę. Miała swój klimat. Na piasku stały nawet pojedyncze krzesła. Sama plaża jest bardzo piękna, ale kilka palm wyraźnie usychało. Woda w oceanie przybierała turkusowe odcienie, ale na dnie leżało mnóstwo koralowców i kamieni. Jeśli ktoś decydował się pływać w tutejszej lagunie, to jedynie w celach obserwacji życia podwodnego oraz rafy koralowej. Tej nie brakowało, ponieważ ciągnęła się wzdłuż całego wybrzeża. Plażę przeszliśmy obowiązkowo całą. Kończył ją skalisty cypel, za którym swój początek brała znana nam już Sunset Beach. Dosłownie mogliśmy przejść z jednej na drugą, wydeptaną ścieżką wśród zarośli, idąc pasem wydeptanej ziemi.

 
Wejście na plażę Sunset Beach

 
Plaża Sunset Beach i widoczna przystań

   
Plaża Sunset Beach i widoczny resort Nika


Piękna rafa koralowa rozpoczynająca się dosłownie kilkanaście metrów od brzegu

    
Widoki na początkowym fragmencie rafy koralowej


Piękna ławica ryb spotkana pomiędzy biało-czerwonymi słupami wyznaczającymi granicę głębokich wód dla statków

Następnie wpadliśmy na pomysł, żeby obejść całą wyspę Bodufolhudhoo wzdłuż jej linii brzegowej, na tyle, na ile to będzie możliwe. Wyruszyliśmy z końca publicznej plaży. Wyszliśmy na główną ulicę prowadzącą do Sunset Beach. Tuż przed bramą wejściową, miejscowi siedzą na huśtawkach podwieszonych na wysokim figowcu. Zapewniał mnóstwo cienia. Później wróciliśmy na główną drogę. Minęliśmy boisko piłkarskie, podobne do tego z Mathiveri, oraz dużą szkołę podstawową, gdzie aktualnie trwały lekcje. Mieliśmy szczęście, ponieważ zobaczyliśmy miejscowe dziewczynki w szkolnych, islamskich strojach, które wyglądały na odświętnie ubrane. Na końcu wyspy odkryliśmy Malediwy „za kulisami”. Nie od dziś wiadomo, ze Malediwy mają największy problem ze śmieciami. Po prostu sobie z nimi nie radzą. Na każdej lokalnej wyspie znajdziemy wielkie palenisko, gdzie wypala się dosłownie wszystko – bez zwracania uwagi na ekologię. W godzinach porannych zobaczymy duży ogień, do którego miejscowi wrzucają plastiki i wszystko, co można zamienić w popiół. Nad wybrzeżem widać wówczas biały dym. O ile na wyspach, które dotychczas zwiedziliśmy na Malediwach, nie dostrzegaliśmy problemu, to na Bodufolhudhoo mieszkańcy ewidentnie nie radzili sobie ze śmieciami. Myślę, że w dużej części ich nieuporządkowana wyspa wygląda tak, z powodu złego nastawienia i mentalności. Od 2019 roku rząd Malediwów uchwalił ustawę, która zapewniała wywóz śmieci ze wszystkich wysp na jedną, wyznaczoną do tego celu (Thilafushi. Tę wyspę zamieniono na wysypisko śmieci decyzją z dnia 5 grudnia 1991r.). Dzięki temu środowisko miało znacznie się poprawić oraz estetyka pozostałych lądów. Na Bodufolhudhoo najwidoczniej coś nie zadziałało… Wystarczyło przejść na koniec publicznej plaży, w stronę portu, aby zobaczyć dzikie wysypisko śmieci, które sami urządzili mieszkańcy. Na pierwszy rzut oka znajdowaliśmy tam: kineskopowe telewizory, kanapy, lodówki i dużo starych mebli. Część z odpadów dostała się do wody, ale zatrzymała je bujna roślinność przy brzegu. Wybrzeże na końcu publicznej plaży ewidentnie nie zachęcało do wypoczynku. Kiedy wysiadaliśmy z łodzi, w porcie przywitała nas tablica reklamująca wyspę Bodufolhudhoo. Przeczytaliśmy z niej: „tutaj nie lubimy plastikowych reklamówek”, „dbamy o czystość”, „nie śmiecimy” i „żyjemy w zgodzie z naturą”. Niestety, „reklamówka”, a rzeczywistość nie pokrywały się ze sobą. Raczej powtarzano „eko-slogany”, które kopiuje cały świat. Wszyscy nadal produkują plastik, bo jest tanio i wygodnie. W oceanach wcale go nie ubywa… Dzikie wysypisko śmieci nie świadczyło o czystości wyspy, jak również początkowa część wybrzeża, patrząc na prawo za portem, licząc od zarośli.

 
Główna "ulica" na wyspie


Wejście na publiczną plażę

    
Publiczna plaża


Dzikie wysypisko śmieci na końcu publicznej plaży


Spalarnia śmieci - na Malediwach można legalnie palić plastiki i opony

Na Bodufolhudhoo udało nam się znaleźć zarówno piękne miejsca, jak również te „za kulisami”. Szkoda, że miejscowi nie dbają o wizerunek swojej wyspy. Skoro mieszkańcy wiedzą, że turyści przyjeżdżają do nich, powinni przyciągać ich naturalnym pięknem wyspy. Nie ma lepszej reklamy, niż polecanie danego miejsca na wakacje wśród swoich znajomych. Jeśli wyspa jest naprawdę piękna, to nie trzeba wydawać żadnych pieniędzy na reklamy. Wystarczy utrzymywać poziom, a dobre opinie zrobią swoje. Turystyka sama rozkwitnie. Po obchodzie całej wyspy poszliśmy na obiad. Wstąpiliśmy do lokalnej restauracji działającej w porcie. Na początku szukaliśmy wejścia do dużej chaty, oraz kasy, gdzie ktoś mógłby nas obsłużyć. Zaskoczony naszym widokiem miejscowy kucharz i sprzedawca w jednej osobie, szybko się pozbierał i zapytał, co chcemy zamówić. Wręczył menu. Na liście widniało ponad 350 pozycji. Zamówiłem frytki z lokalnym jedzeniem, czyli rybę i warzywną sałatkę. Prowadzący obiekt przygotowywał obiad 45min, co świadczyło o tym, że obiad nie jest odgrzewany w mikrofalówce. Zresztą obserwowałem proces przygotowania przez szparę w ścianie. Sałatki również wyglądały bardzo świeżo i tak samo smakowały. Obiad naprawdę wyszedł bardzo dobry i nie odbiegał w niczym, od tego, co serwował Faisal w naszym guest housie. Po obiedzie poszliśmy jeszcze raz w stronę plaży dla turystów. Jako, że każda wyspa ma swoje drzewo przynoszące szczęście, górujące nad całą okolicą, musieliśmy również odszukać je na Bodufolhudhoo. Starych, kilkusetletnich fikusów poszukiwaliśmy nie ze względu na przesądy i tradycje miejscowych, ale ze względu na potężne rozmiary oraz ich wysokość.

Kilkadziesiąt metrów przed wejściem na Sunset Beach, znaleźliśmy wąskie ścieżki prowadzące do wysokich drzew. Z ziemi wyrastały cztery fikusy po jednej stronie i jeden po prawej. Za tym po prawej, znajdował się cmentarz. Chociaż fikusy miały pięć osobnych pni, to korony drzew łączyły się ze sobą, tworząc bardzo wielką gęstwinę. Podobnie, jak na Mathiveri, nietoperze i inne ptaki musiały dzielić miejsce między sobą. Teraz mogliśmy powiedzieć, że zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy na Bodufolhudhoo. Wróciliśmy więc na Sunset Beach, by jeszcze cieszyć się wspaniałymi widokami. Ciągnęło mnie, żeby ponownie podziwiać rafę koralową. Wszedłem do płytkiej laguny, ale nie pływałem, ponieważ za chwilę musieliśmy wracać na Mathiveri. Na 15min przed umówionym czasem, poszliśmy do portu i usiedliśmy na znanych nam krzesłach z pory obiadowej. W końcu teren restauracji przy porcie stał się jednocześnie poczekalnią dla turystów. Patrzyliśmy na kolejno przypływające statki. Największy z nich przybił do portu w czasie naszego obiadu i teraz odpływał w stronę nieznanych nam wysp. Wielka jednostka to niebieski prom, którym można przypłynąć z Male za 1 USD. Jedyną wadą jest fakt, że statek płynie bardzo wolno i podróż na Mathiveri trwa aż 7 godzin. Nie bez powodu wszyscy turyści wybierają szybkie łodzie motorowe, które są nastawione typowo na przewóz osób, a nie jak w przypadku promów – na transport towarów.

   
Potężne fikusy na wyspie

Jak podsumowałbym wyspę Bodufolhudhoo? Zdecydowanie odstawała od Mathiveri i nie posiadała tak pięknych, rajskich miejsc. Publiczna plaża była zbyt kamienista przy brzegu, oraz pływanie znacznie utrudniały fragmenty ostrych koralowców na dnie. Plaża Sunset Beach jest piękna, mamy dostępne darmowe leżaki, huśtawkę, oraz znajduje się tam wypożyczalnia sprzętu wodnego. Jeśli chcemy popłynąć na rafy, możemy wypożyczyć maskę do snurkowania. Jedynym minusem z pewnością będzie całe mnóstwo fragmentów koralowców zalegających na dnie, przez co dość łatwo okaleczyć stopy. Na wielki minus Bodufolhudhoo z pewnością zasługuje dzikie wysypisko, które nie powinno mieć w ogóle miejsca. Ciągnie się praktycznie wzdłuż całego południowo-zachodniego wybrzeża. Otwarta spalarnia śmieci zdecydowanie psuje krajobraz wyspy. Moim zdaniem, Bodufolhudhoo jest trochę zapuszczoną wyspą. Nieco brakuje turystycznego klimatu. Wszystkie tablice informacyjne, które kiedyś zamontowano dla urlopowiczów, stoją na słupach nie wiadomo jak długo, a wiele z nich po prostu wyblakło. Ten, kto przyjechał z nieświadomości na wakacje na Malediwy, wybierając Bodufolhudhoo, mógł przeżyć wielkie rozczarowanie. Jeśli ktoś w ogóle jest pierwszy raz na Malediwach i trafił na Bodufolhudhoo, może sobie wyrobić błędną opinię o tym kraju. Nie bez powodu, tyle uwagi poświęciłem uważnemu wybieraniu wysp na nasz urlop. Pamiętajmy, że wszystkie wskazówki, które wcześniej podawałem, mają na celu dokonanie świadomego wyboru. Tylko dzięki niemu, nasze wakacje będą niezapomniane. W Veli Beach Inn zakwaterowani byli Czesi. Jedna z kobiet o imieniu Eva, powiedziała, że podzielili sobie urlop na trzy części: tydzień w resorcie, 5 dni na lokalnej wyspie i kolejne 5 dni na drugiej lokalnej wyspie. Nie zrozumiałem tylko, na jakiej pierwszej wyspie wypoczywała cała grupa. Eva mówiła, że nie podobały jej się góry śmieci. Na Mathiveri wszystko wyglądało zupełnie inaczej…

6. PLAŻA DLA TURYSTÓW NA MATHIVERI I PŁYTKIE RAFY KORALOWE
Atrakcję uważam za jedną z najpiękniejszych podczas całego urlopu. Kiedy przyjeżdżasz na Mathiveri, Faisal pokazuje ci plażę dla turystów i publiczną – Veli Beach. Kiedy poznamy Veli Beach, warto pójść na tę przeznaczoną dla turystów. Co jest w niej pięknego? Z pewnością ciągnące się, krystalicznie czyste, turkusowe wody, oraz możliwość wypłynięcia wpław na rozległe rafy koralowe. Są tak wciągające, że można przegapić porę obiadową. Plaża dla turystów znajduje się za generatorem prądu i jeszcze za dwiema uliczkami dalej, idąc wzdłuż linii gęstych zarośli. Szeroka uliczka z piasku wprowadza na plażę. Jest wąska, ale długa. Po stronie guest house „Ari Atol”, plaża będzie dość szeroka i długa. Wystarczy pójść do jej samego końca i wejść do wody. Na początek proponuję kierować się do wystającej linii skał ponad poziom laguny. Najlepiej już założyć maskę do snurkowania, ponieważ atrakcje będą zapewnione od samego początku. Wystarczy, że popłynęliśmy 50m do skał. Jedna z nich wyraźnie przypomina dziobową część wraku Titanica, znajdującego się pod wodą. Odtąd rozpoczynamy obserwacje podwodnego życia. Zobaczymy duże ryby i niezwykłe okazy. Najpiękniejszym z nich jest dość duża, żółta ryba w wąskie, czarne paski wzdłuż całego ciała. W tym samym miejscu żerują dwie wielkie ławice czarnych i biało-żółtych, w pionowe czarne paski ryb. Zawsze tworzą zwartą grupę. Wystarczy podpływać powoli, aby podziwiać, jak pływają w szyku. Za każdym razem ustawiają się w równoległe linie i w pewnego rodzaju „kluczu” przemieszczają się z jednego miejsca na drugie. Ich pożywieniem są glony obrastające koralowce. Jasnej barwy ryby gromadnie okrążały wybraną, kulistą formację, po czym czyściły ją ze wszystkich stron z glonów. Wówczas mamy najlepszy moment na dobre ujęcia.

   
Plaża dla turystów

 
Charakterystyczne skały wystające ponad powierzchnię wody, oraz ciekawa, biało-żółta ryba w wąskie, podłużne paski

Odbijając w lewo od wystających skał, wypływamy na dalszą część laguny. Pomimo, że oddalamy się od brzegu, ciągle będziemy przepływać około 50-100cm nad rafą koralową. Tylko od czasu do czasu znajdowaliśmy bardzo małe powierzchnie, gdzie mogliśmy stanąć gołą stopą na miękkim piasku. Całe dno porastały niezwykłe formacje koralowców. Jeśli myślisz, że nie potrafisz długo pływać, to zobaczysz, że na rafie zapomnisz o czasie i zmęczeniu. Pamiętaj, że podziwiając podwodne życie nie pływamy siłowo. Raczej wykonujemy powolne ruchy. Czujemy pełen relaks. Kuliste koralowce przybierały różne kolory oraz formy oraz zapewniały schronienie różnym gatunkom ryb. Najlepiej przeczesywać rafę rzędami, ponieważ nie widać ich końca. Co kilka minut rozpoczynałem przeszukiwanie kolejnych, a za nimi rozpoczynały się następne i następne… Pomimo, że byliśmy na wycieczce pod tytułem „snurkowanie”, to jednak miejscowe rafy oferują najwięcej. Podziwiając kolejne rzędy, odnalazłem niebieskie, żółte, czerwone, fioletowe, białe i brązowe kule, przypominające krzaki. Wśród nich żyło mnóstwo rodzajów ryb. Tutaj również trafiłem na ciekawskie, czarne okazy, które zaglądały swoimi czerwonymi oczami do kamery. Niektóre tak długo nie odpuszczały, że musiałem je odganiać, żeby nagrać coś więcej.

   
Kuliste formacje

     
Ciekawe koralowce

O rafie dowiedziałem się od Czechów, którzy mieszkali w naszym guest housie. Wieczorami rozmawialiśmy z nimi każdego dnia. Zapytałem o piękne koralowce, o których tyle opowiadały kobiety. Jedna z nich wskazała palcem, gdzie należy pójść. Ja tym czasem od razu stwierdziłem: „to jest kobieta, więc na pewno pomyliła strony”. Powiedziałem tak tylko dlatego, bo ewidentnie nie pasował mi kierunek, który pokazywała. Dodatkowo miałem doświadczenie z kobiecą ekipą, próbującą zdobyć szczyt Mt. Blanc od strony francuskiej. Nie dotarły do pierwszego schroniska, ponieważ nie potrafiły określić swojego położenia i kierunku dalszej części trasy. Koleżanka Evy z Czech, wskazywała na port (północ wyspy), a miała być plaża dla turystów (zachodnia część wyspy). Z tego względu dopytywałem o szczegóły ukształtowania terenu. Dzięki Evie, dowiedziałem się, że na dnie, wśród koralowców, żyją duże, niezwykłe jeżowce. Nie poruszają się i bardzo dobrze je widać, ze względu na ich fluorescencyjny, fioletowy kolor. Musieliśmy tylko uważać, żeby nie nadepnąć na nie. Każdy z nich można dostrzec z odległości kilku, kilkunastu metrów. Zawsze występują pojedynczo, nigdy w grupach. Koniecznie chciałem je zobaczyć. Z całą, czeską rodziną popłynęliśmy w miejsce, gdzie Eva widziała je po raz ostatni. Znaleźliśmy trzy okazy, ale częściowo schowane pod skałami.

Ostatniego dnia wypłynąłem na dłuższe poszukiwania – nie tylko jeżowców, ale również nowych koralowców i innych ryb, których jeszcze nie widziałem. Na plażę poszliśmy po śniadaniu, ponieważ wtedy panował najwyższy stan wód. Mogliśmy bez problemów pływać nad rafami, nie obawiając się otarć brzuchem o ich ostre krawędzie. Najpierw popłynąłem w stronę wystających kamieni. Czesi byli pierwsi, więc spłoszyli dużą ławicę. Czekałem na dobre światło do zdjęć, ponieważ na pół godziny niebo pokryły gęste, ciemne, szare i ciężkie chmury. Ryby uciekały w moją stronę, dlatego nakręciłem bardzo dobre ujęcia. Dosłownie za mną, jasna część ławicy, zaczęła obgryzać koralowce z glonów. Nieco dalej znalazłem pierwszego jeżowca. Nie przypomina w ogóle tego, znanego z Grecji lub Chorwacji. Miejscowy jeżowiec ma do 40cm rozpiętości ramion, a liczy ich aż 16! Każde z nich jest uzbrojone w grube, rozdzierające skórę kolce. Wzdłuż każdego z nich przebiega fioletowy, fluorescencyjny pasek. Nie sposób przegapić takie stworzenie. Ze względu na ich jaskrawe ubarwienie, nie obawiałem się, że przypadkowo wdepnę na jeden z nich. W oddali zauważyłem następnego. Postanowiłem, że będę pływać wzdłuż linii łączącej wszystkie napotkane jeżowce. Po dotarciu do kolejnego, okrążyłem go i wykonałem serię zdjęć. Za chwilę, przede mną, dostrzegłem kolejne dwa. Cztery z nich leżały na dnie, prawie w równej linii. Kiedy dopłynąłem do ostatniego, nie znajdowałem kolejnych. Zauważyłem jednak, że zmienił się typ rafy koralowej. Małe, kuliste „krzaczki”, teraz zastępowały okazałe, brązowo-białe formacje. Dosłownie wszędzie mogłem je podziwiać. Zachwycałem się ich pięknem, ponieważ wyglądały, jakby brązowe gałęzie z białymi końcówkami tworzyły duże kule. Pomiędzy „gałęziami” schronienie znajdowały liczne ławice skalarów. Najbardziej podobał mi się sposób w jaki unikały niebezpieczeństwa. Wystarczyło poruszyć ręką, żeby w ułamku sekundy ryby zniknęły – każda w swojej szczelinie. Skalary pływają w małej grupie, ale zobaczymy ich cały przekrój wiekowy. Od najmłodszych, poprzez średnie, aż do dorosłych ryb. Są bardzo piękne i sprawiają, że ozdabiają każdą „kulkę”. Przepływając od jednego, do drugiego rzędu koralowców, dość często trafiałem na niebieskie ryby z żółtym ogonem. Na Mathiveri są bardzo znane i popularne. Nawet stały się głównym motywem na rysunku reklamującym wycieczkę „snurkowanie na płyciznach i głębinach”.

   
Piękne jeżowce

  
Ryby płynące w charakterystycznym kluczu


Charakterystyczna, najbardziej popularna ryba na Malediwach

 
Skalary występowały zawsze w okolicach kulistych koralowców, ponieważ tam znajdowały szybkie schronienie

Najważniejsze, co trzeba wiedzieć, to fakt, że na płyciznach, w których cały czas pływamy, nie występują żadne zagrożenia. Jeżowce, które tak bardzo obserwowałem, nie posiadają trucizny, ani jadu. Jedynie mają grube kolce. Nadepnięcie na 16-ramienne stworzenie będzie bardzo bolesne. Z drugiej strony, każde z nich jest bardzo dobrze widoczne. Jeśli założyliśmy maskę do snurkowania, nie ma możliwości, żebyśmy przegapili je w naszym obrębie. Każde z ich ramion „świeci” fioletową, fluorescencyjną barwą, co znacznie ułatwia ich odnajdowanie. Jeżowce żyją w przynajmniej w 7-10 metrowych odstępach, oraz nie tworzą grup. Dla lokalnych mieszkańców są zmorą, ponieważ żywią się koralowcami. Z tego powodu miejscowi od czasu do czasu wyławiają je, żeby i tak już zamierająca rafa nie znikała jeszcze szybciej. Faisal, kiedy zobaczył na moich zdjęciach, co widziałem pod wodą, zapytał mnie, ile ich widziałem. Powiedział: „jeden?”. Ja mu na to: „dziesięć”. Każdy z jeżowców dodatkowo miałem udokumentowany na zdjęciu. Zrobił duże oczy i powiedział mi w czym rzecz. Kobieta z Czech o imieniu Eva, też chciała je zobaczyć w takiej okazałości, jak na moich zdjęciach, dlatego zapytała mnie, gdzie je widziałem. Zaprowadziłem ją na miejsce. Jako, że na wodzie mieliśmy stałe punkty odniesienia, mogłem wskazać orientacyjny kierunek. Stałymi punktami na pewno były: stara, rdzewiejąca barka, wystające znad powierzchni wody skały, oraz biała łódka. Swoje położenie określaliśmy przy pomocy tych trzech obiektów. Kolejną atrakcją były wielkie, żywe muszle. Zdobiły dno lagun i koralowce. Grube, wypełnione niebieską, pofalowaną w kropki małżą, mieniły się cudownymi odcieniami niebieskiego i granatu. Udało mi się nawet znaleźć kilka naprawdę „starych” osobników, które dosłownie wrosły w masę koralową. Muszla, choć przypominała nieżywą, skamieniałą falbankę, to w rzeczywistości, na podstawie „czegoś” określała, nasze położenie. Kiedy podpływałem do niej, zamykała się, a kiedy stawałem w bezruchu, otwierała się częściowo i szybko ponownie zamykała. Wyglądało, jakby czekała i obserwowała, czy już odpłynąłem. Jednak nie widziałem żadnych oczu, ani czułków. Muszla przyjmowała kształt niebieskiej falbanki w kropki, dlatego za każdym razem przyciągała wzrok.

   
Piękne muszle wrośnięte w koralowce

Dla tych, co całkowicie nie potrafią pływać, stworzono namiastkę rafy koralowej. Kilkanaście metrów od plaży, w około 70-centymetrowych wodach, położono na dnie dwie cembrowiny (betonowe kręgi ustawiane jeden na drugim podczas wykopu studni). Każda z nich jest oddalona o kilkanaście metrów, w tej samej odległości od plaży. Wystarczy podejść do pierwszej z nich, żeby w jej wnętrzu obserwować kuliste formacje koralowców, niebieską małżę w masywnej muszli, fioletowego jeżowca i kolorowe rybki. Obowiązkowo przy kulistych koralowcach muszą występować skalary, dlatego je również zaobserwujemy. Różnorodność rafy od naszej plaży, aż po dalekie wody, jest bardzo duża, dlatego pływając, kontroluj czas. Podziwianie podwodnego życia w ogromnej różnorodności bardzo wciąga, dlatego bardzo łatwo można zapomnieć o upływających godzinach. Tutejsza laguna stała się moim poligonem doświadczalnym, gdzie mogłem przetestować dwa rodzaje masek do snurkowania: pełnotwarzową i tą zakładaną na oczy, z doczepianą rurką. Pełnotwarzową pożyczył mi mąż Evy, którą poznaliśmy przy kolacji w naszym guest housie, a tę zakładaną na oczy, wypożyczył mi Faisal. Mogłem sprawdzić obie i wyrobić sobie pełną opinię podczas dwóch, trzygodzinnych serii.

   
Namiastka rafy koralowej w cembrowinie

7. PŁYWANIE KAJAKIEM
Na Malediwach jest to obowiązkowy punkt, który muszę odhaczyć na mojej liście atrakcji. Każda lokalna wyspa ma zawsze jakieś ciekawe tereny, które można zobaczyć z poziomu wody. Faisal posiada własne kajaki – w wersji jedno- i dwuosobowej. Ja wypożyczyłem dwuosobowy. Tego dnia mieliśmy płynąć na manty, ale przed śniadaniem dostaliśmy informację, że silnik w łodzi wysiadł, dlatego wycieczka będzie odwołana i dopiero wyruszymy nazajutrz. Chcąc wykorzystać cały aktualny dzień, wpadliśmy na pomysł, że popłyniemy kajakiem dookoła sąsiadującej wyspy, będącej sand bankiem. Sprzęt leżał w zaroślach, przy Veli Beach. Faisal wydaje tylko wiosła. Odpłynęliśmy zaledwie 30 metrów od brzegu, po czym spadło nam plastikowe wiosło założone na drewniany styl. Przez około 15min szukaliśmy go na dnie, ponieważ szczątki raf koralowych wyglądały podobnie. W końcu wypatrzyliśmy je. Wyciągnęliśmy zgubę z wody i zawróciliśmy na brzeg. Pokazałem drugiemu gospodarzowi, że wiosło jest uszkodzone, ponieważ krążek dociskający był pęknięty. Bez problemu wydał mi drugie – tym razem sprawne. Wróciłem na plażę. Popłynęliśmy do wyznaczonego celu – wzdłuż linii brzegowej Mathiveri Finolhu, w odległości 50m od plaży. Przed wpłynięciem na głębsze wody, sprawdziłem dokręcenie obu wioseł. Teraz miałem pewność, że możemy pokonywać dłuższe dystanse. Na początek wyznaczyłem trasę wzdłuż zachodniego wybrzeża sand banku, w odległości około 50m. Pływaliśmy na granicy turkusowej laguny i wielkich raf koralowych. Na końcu wyspy poczuliśmy, że prąd w lagunie stawał się coraz silniejszy. Siedziałem z tyłu kajaka. Wiosłowałem sam, ponieważ mogłem płynąć szybko i stabilnie, mieć pełną kontrolę oraz dużą zwrotność. Przedłużeniem wyspy jest długi pas wąskich skał. Około 20m od brzegu można wypatrzeć w nich wąski przesmyk, ale bardzo często rozbijały się tam fale. Dostrzegliśmy, że wąska cieśnina była jedynym miejscem, którędy można bezpiecznie pokonać niespokojne wody. Płynąłem pod prąd. Czuliśmy, że dość mocno podskakujemy na falach. Nie mogłem bardziej przyspieszyć. Starałem się wycelować w przesmyk, żeby nie zahaczyć o wystające, poszarpane skały. Wystarczyło przepłynąć na drugą stronę, aby prąd stał się o wiele słabszy.

 
Opływamy wyspę Mathiveri Finolhu od prawej strony wzdłuż raf koralowych

 
Skały za sand bankiem Mathiveri Finolhu i wąski przesmyk


Piękna plaża na końcu sand banku Mathiveri Finolhu

Za skałami powstawały dość długie fale, które powodowały mocne, boczne kołysanie. Przepływaliśmy nad rafami. Jednego razu nawet zaryliśmy dnem o wystające koralowce. Próbowaliśmy opływać wyspę dalej, ale stwierdziliśmy, że od wschodniej strony nie uda nam się bezpiecznie przedostać z powrotem na Mathiveri, ponieważ ciągle dostawaliśmy boczne i długie fale. Kajak skierowałem prostopadle i tyłem do nich, żeby wykorzystać ich naturalną siłę. Prądy znosiły nas z powrotem w kierunku wąskiego przesmyku. O to mi chodziło. Ponownie próbowałem wymanewrować tak, żeby nie wpłynąć na wystające, ostre skały. Fale nieco nas poganiały, dlatego nie miałem zbyt wiele czasu do namysłu. Musieliśmy pokonać wąską cieśninę za pierwszym razem. Trafiliśmy dokładnie w sam środek. Silny nurt wypchnął nas na drugą stronę. Ponownie odczuliśmy spokój w lagunie. Postanowiliśmy, że zatrzymamy się na chwilę przy brzegu, na końcu wyspy, ponieważ jeszcze nie mieliśmy okazji podziwiać tutejszej plaży. Ledwo wysiedliśmy i postawiliśmy kilka kroków na białych piaskach, a już znaleźliśmy wielką, „karaibską” muszlę. Zrobiłem jej zdjęcie na tle turkusowej laguny. Widząc tak piękne wody, koniecznie musieliśmy popływać przy plaży. Po krótkiej chwili relaksu odpłynęliśmy w stronę początku sand banku (patrząc od Mathiveri). Tym razem nie przybijaliśmy do brzegu, ale raczej z odległości około 50m, chcieliśmy wykonać serię zdjęć pokazujących piękno obu wysp. W trakcie fotografowania, zauważyliśmy, że niewielkie, spokojne fale, delikatnie spychały nas w kierunku raf. Na szczęście nie zahaczaliśmy dnem o podwodne rośliny. Po udanej sesji, wróciliśmy na Mathiveri. Cała wycieczka trwała około półtorej godziny. Najczęściej turyści wypożyczają kajak, żeby przedostać się na drugą stronę cieśniny pomiędzy Mathiveri, a sand bankiem. Mało kto wie, że przesmyk można przepłynąć wpław. Niewiele osób próbuje swoich sił, dlatego kajaki mają duże wzięcie.

  
Piękno plaży znajdującej się na końcu Mathiveri Finolhu

  
"Karaibska" muszla

  
Wyspa Mathiveri i fragment sand banku widoczny z poziomu kajaka

A gdzie jeszcze można nimi dotrzeć? Jeśli zobaczyliśmy sand bank z poziomu laguny, możemy popłynąć przez cieśninę, trzymając się jednak bliżej wybrzeża Mathiveri. Po środku odczujemy dość silny prąd. Płynąc wzdłuż wybrzeża, do miejsca, gdzie często widać biały dym, zobaczymy nie tylko piękną, turkusową lagunę, ale również niesamowite, wystające z wody skałki po lewej stronie. Znajdują się tuż za linią wschodniego wybrzeża wyspy Mathiveri. Wyglądają jak małe maczugi ustawione w rzędzie. Z powodu mocnego nurtu przepływających wód, cały czas musimy wiosłować, aby utrzymać kierunek i dobry punkt obserwacyjny. Ciekawostką jest fakt, że silny prąd prawie całkowicie wygasa, zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Jeśli szukamy innych atrakcji, możemy skręcić w przeciwną stronę. Z Veli Beach wypływamy w prawo, w kierunku plaży dla turystów. Po drodze zobaczymy długi ciąg skał wystających z wody, „wbijających się” w lokalną plażę, oraz piękne, pochylone palmy nad białymi piaskami. Widoki z poziomu laguny są zupełnie inne, dlatego warto poznać również tę trasę. W okolicach plaży dla turystów możemy nacieszyć oczy wspaniałą turkusową wodą, a także skierować się na widoczne w oddali, ciemne plamy w lagunie. Będziemy przepływać nad wielkimi rafami koralowymi. Nawet z poziomu kajaka wyglądają bardzo ciekawie, ponieważ na dnie rosną niesamowite, kuliste formacje o różnych kolorach. Patrząc przez falującą wodę, wypatrzymy ich całe rzędy. Kto wie, czy nie zaświeci jakiś fioletowy jeżowiec z dna, który powinien być również bardzo widoczny…

8. WĘDRÓWKA PODWODNYM SZLAKIEM PRZEZ LAGUNĘ Z WYSPY MATHIVERI NA SAND BANK MATHIVERI FINOLHU
Dla ciekawości powiem, że Google Maps oznaczyło tajemniczą, podwodną ścieżkę prowadzącą z Mathiveri na sand bank. Na zagranicznych forach czytałem, że jest możliwe piesze przejście z jednej wyspy na drugą. Trzeba jednak zatoczyć przynajmniej 500-metrowy łuk, idąc przez turkusowe wody, aby ominąć głębsze strefy. Chciałem sprawdzić, czy taka wędrówka jest w ogóle możliwa. Zabrałem ze sobą kamerę GoPro oraz lustrzankę. Wyruszyłem z plaży Veli Beach, maszerując do jej końca. Później wszedłem do bardzo płytkiej wody. Skierowałem się w stronę skalistego wybrzeża Mathiveri, które kończy wyspę. W oddali widać domy na palach, należące do Nika Resort oraz Bodufolhudhoo. Obie wyspy już odwiedziliśmy. Za skałami, gdzie często widać biały dym, poszedłem dalej dnem laguny, stawiając bardzo krótkie kroki. W tym miejscu prąd jest najsilniejszy przez około 30 metrów. Dosłownie trzeba się z nim siłować. Jeśli pokonamy mocny nurt, to pozostała, dalsza droga będzie o wiele łatwiejsza. Wody mamy, co najwyżej do pasa w najgłębszym miejscu, lub minimalnie powyżej. Wszystko zależy od nas, którędy wybierzemy przejście. Sugerując się mapą i tym, co z niej zapamiętałem, wybrałem dwa skrajne punkty w lagunie o ciemniejszym kolorze. Bardzo dobrze je widać, ponieważ oznaczają znacznie większą głębinę. Szedłem w odstępie około 5m od nich. Kierowałem się tak, żeby iść w pobliżu dłuższego, ciemniejszego pasa, ale wybierałem przy tym najjaśniejszy turkus. Za drugim ciemniejszym pasem, zakręciłem w prawo, ponieważ dalsza wędrówka na wprost sprowadziłaby mnie na rafy i coraz głębsze wody. Szedłem tyle, aż woda wyraźnie stawała się płytsza. Za kilka minut zobaczyłem piaszczystą ścieżkę, wyłaniającą się z wody. Prowadziła bezpośrednio na sand bank. Dalsza droga była dla mnie oczywista.

W trakcie wędrówki powrotnej wybrałem tę samą trasę. W połowie podwodnego szlaku mijałem pewną kobietę z Francji, ze swoim, około 10 letnim synem. Zapytała mnie, czy przejście będzie łatwe. Najgorszy punkt mieli już za sobą, dlatego odpowiedziałem, że odtąd będzie znacznie łatwiej. Dziecko miało założone nadmuchiwane rękawki. Z poziomu plaży Veli Beach, widziałem że oboje szybko dotarli na drugą wyspę. Wędrówka przez lagunę z wyspy na wyspę jest pięknym przeżyciem, dlatego warto również spróbować tej atrakcji. Jedyne, co trzeba mieć na względzie, to fakt, że czym bliżej pełni księżyca, tym prądy w lagunie będą silniejsze. Dodatkowo wielkie znaczenie ma pora dnia, którą wybierzemy na „tajemne” przejście przez turkusowe wody. Wysoki ich poziom utrzymuje się popołudniami, a rano jest bardzo niski. Za kilka dni wszystko się zmienia – rano mamy wysoki stan, a po południu odpływ. Odpływ potrafi być tak duży, że zacumowane łodzie przy Veli Beach pozostaną na suchym piasku, by około godziny 21.00 ponownie zobaczyć je na powierzchni wody. Warto obserwować zjawiska odpływu i przypływu, ponieważ w dużej mierze od nich zależy rodzaj naszej aktywności. Kiedy mamy przypływ, warto pójść na plażę dla turystów, by wybrać podziwianie raf koralowych. W czasie odpływu polecam wędrówkę laguną na drugą wyspę, ponieważ zobaczymy kilkudziesięciometrową, wynurzoną ścieżkę z piasku, o szerokości dochodzącej nawet do 13 metrów, prowadzącą na sand bank. Dzień wcześniej, z poziomu Veli Beach, wypatrzyłem jakieś trzy białe punkty w oddali. Teraz mogłem sprawdzić, czym one tak naprawdę są. Z okolicznych krzaków, jeden z lokalnych mieszkańców, zaciąga na ścieżkę trzy leżaki. Trzeba przyznać, że dodają one uroku temu miejscu i nadają wakacyjny klimat. Pewna grupa turystów szczególnie upodobała sobie porę mniejszego stanu wód w lagunie. Wówczas spotkamy najwięcej dziewczyn z kijkami do selfie, chcących zrobić jak najbardziej idealne zdjęcie do portali społecznościowych.


Wędrówkę rozpoczynam z Veli Beach

     
Wędrówka "podwodnym" szlakiem

Tak wygląda przejście z wyspy na wyspę w przyspieszonym tempie:



9. KRABY, REKINY, DROGA MLECZNA I… OGROMNE LICZBY…
Jeśli ciągle poszukujesz nowych atrakcji, to wiedz, że Mathiveri oferuje je przez całą dobę. Wieczorem, najlepiej po kolacji, polecam wyjście na spacer po wiosce. Obowiązkowo zaglądajmy na każdą plażę. Po zachodzie słońca swoją aktywność rozpoczynają kraby. Nie ma się czego obawiać. Nie uszczypną nas, a tym bardziej nic nam nie zrobią. Chociaż mogą mieć długość ciała dochodzącą do 10cm wraz z odnóżami, to na widok ludzi wieją gdzie popadnie. Wchodząc na plażę, staraj się spacerować spokojnie. Za chwilę usiądź na piasku. Powinieneś usłyszeć ich delikatne tuptanie. Z jednego miejsca możemy dostrzec co najmniej kilkadziesiąt krabów. Będą dosłownie wszędzie. Kiedy przyjrzymy się im z bliska, zauważymy, że mają wysunięte oczy na pręcikach, które są składane do zagłębień w tułowiu. Kraby uciekają w panice wzdłuż linii wody, dlatego tam wypatrzymy ich najwięcej. Kiedy na chwilę usiądziemy, możemy zaobserwować, jak wygląda ich życie wieczorem. Zdarzyło nam się również, że wzdłuż wybrzeża najpierw przeszły trzy największe z nich, a dopiero za nimi powędrowały mniejsze. Na Veli Beach jest bardzo spokojnie, dlatego nie raz chodziliśmy na tę plażę po kolacji. Jeśli chcesz zobaczyć naprawdę dużo krabów, proponuję ci abyś poszedł na główną ulicę we wiosce i poszedł nią do samego końca. Powinieneś wyjść w palmowym lesie, który nazwałem „dominikańskim”, ponieważ dokładnie tak samo palmy rosną na Dominikanie. Pomiędzy nimi nie ma żadnych zarośli. Od ich skupiska skręć w lewo, jedyną, wydeptaną ścieżką. Powinieneś zobaczyć bardzo długą i piękną, publiczną plażę. W dwóch miejscach nawet oświetlają ją latarnie uliczne. Powoli wejdź na piasek w okolicach latarni, a później obserwuj, jak duże gromady krabów zaczną uciekać w obu kierunkach. Na moje oko, zarówno po lewej, jak i po prawej stronie, biegało nawet po kilkaset krabów! Utworzyły dwie, wielkie, ciemne plamy na plaży. Widok jest niesamowity! Musimy pamiętać, że niezależnie, na której plaży będziemy, spotkamy się jeszcze z zupełnie odmiennym gatunkiem krabów. Te drugie, mieszkają w muszli i są bardzo powolne. Przeczesują piaski we wszystkich kierunkach, dlatego każdego poranka, możemy zobaczyć ciekawe i charakterystyczne ślady, pozostawione po ich nocnych wędrówkach. Są powolne, ponieważ odpychają się tylko jedną, ale najsilniejszą nogą. Ciągną ze sobą muszlę. Kiedy wchodzą pod górkę, odwracają się, po czym wypychają muszlę jako pierwszą. Tak jest im najłatwiej. Siedząc wieczorem na plaży, usłyszymy cichy szelest biegających krabów, oraz tych ciągnących muszle po piasku.


Nocny krab

A co z rekinami? W porze nocnej ssaki upodobały sobie płytkie laguny, dlatego codziennie, po godzinie 22.00 odwiedzają również wybrzeże Mathiveri. Tak, jak przebiega linia brzegowa Veli Beach, tak rekin wielorybi, powoli przepływa w odległości około dwóch metrów od plaży. Widok jest niesamowity, ponieważ w wodzie najpierw zobaczymy wielką plamę. Szybko spostrzeżemy również, że będzie ruchoma. Na pierwszy rzut oka ogarnie nas strach, ponieważ zobaczymy coś większego i nieznanego. To „tylko” młody rekin wielorybi. Mówię „tylko”, bo one nie posiadają zębów i jedynie przefiltrowują wodę. Żywią się planktonem. Ten, którego ja obserwowałem, pływał kilka razy od początku do końca, równolegle do linii brzegowej Veli Beach. Nie spieszył się w ogóle. Z opowiadań miejscowych wiemy też, że lubią okolice portu. Warto więc choć jednego wieczoru wyjść po godzinie 22.00 na plażę, by wypatrzyć „swojego” rekina.

A co z Drogą Mleczną? Jako, że Malediwy są umiejscowione na Oceanie Indyjskim, lub jak kto woli, otacza je częściowo Morze Lakkadiwskie, to niebo nie jest rozświetlone miejskimi latarniami. Dzięki temu możemy obserwować niezwykłe roje gwiazd, których w naszym miejscu zamieszkania nie jesteśmy w stanie zaobserwować. Wystarczy, że pójdziemy na plażę tam, gdzie nie docierają światła z wioski, żeby móc podziwiać coś niezwykłego. Najlepiej, gdy księżyc będzie w nowiu, albo przynajmniej gdzieś trochę ponad linią horyzontu. Wówczas nie ”zagłuszy” swoim światłem gwiazd. Patrząc w niebo, dostrzeżemy bardzo wyraźne dwa skupiska gwiazd, tworzących dwie równoległe linie, a pomiędzy nimi będzie ciemna przestrzeń. Skupiska ciągną się przez połowę nieba, a kończą na horyzoncie. Nie wszyscy jednak wiedzą, na co patrzą. To połowa Drogi Mlecznej, czyli naszej Galaktyki! Jako, że planeta Ziemia jest umiejscowiona na jej obrzeżach, to mamy w nią wgląd, w stronę jej środka. Patrzymy na nią dosłownie z boku. Widzimy jej połowę, ale bez punktu centralnego. Skupiska gwiazd są tak gęste, że wyglądają jak chmury! Ciemny pas pomiędzy dwiema, białymi, równoległymi liniami to mgławice. Kiedy jeszcze bardziej uświadomisz sobie jak duże jest to, na co patrzysz, zrozumiesz, jacy naprawdę jesteśmy mali i nic nieznaczący. Od końca skupisk gwiazd, tworzących równoległe linie, do horyzontu (ponieważ tutaj kończy się widok), mamy dystans około 40.000 lat świetlnych. Jeden rok świetlny to 9.460.700.000.000 km (blisko 9,5 biliona kilometrów). 40.000 lat świetlnych to 378.428.000.000.000.000 (blisko 378,5 biliarda kilometrów). Może trudno ci wyobrazić sobie takie liczby, a co dopiero odległość… Aby łatwiej zrozumieć, o czym mówię, wyobraź sobie, że światło „pędzi” z prędkością około 300.000 km/s [kilometrów na sekundę], czyli 1.080.000.000 km/h [kilometrów na godzinę]. Pomimo tak ogromnej prędkości potrzebne jest aż 40.000 lat, żeby pokonać ten dystans! Patrząc na dwie linie gwiazd, które na niebie przecież nie są takie wielkie, w rzeczywistości dla większości z nas mają niewyobrażalną długość.

Jeśli myślisz, że przytoczone liczby i odległości są ogromne, to muszę ci powiedzieć, że będą niczym, w porównaniu z tym, co jeszcze obserwujemy z poziomu plaży. Poza rojami gwiazd, niektóre widoczne punkty, to całe galaktyki, skupiska, a nawet ich wielkie gromady. Skoro Droga Mleczna ma około 100.000 lat świetlnych średnicy, to wyobraź sobie, jakie odstępy muszą być pomiędzy nimi… Idąc dalej tym tokiem rozumowania, pomyśl, jakie odległości dzielą całe ich gromady! Nie bez powodu, w jednej z komercyjnych ofert wyjazdu na Malediwy na lokalną wyspę Fehendhoo, jest napisane: „na wyspie wyciszysz się i będziesz mógł rozmyślać nad sensem życia…”. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, kiedy spojrzysz na tak ogromną przestrzeń, której widzimy i tak niewielki kawałek. Najdalszy obiekt, jaki udało się dotychczas zaobserwować astronomom, to galaktyka GN-z11 odległa o 13,4 miliarda lat świetlnych od nas. My oczywiście jej nie zobaczymy z poziomu plaży, ponieważ potrzebne by było bardzo duże obserwatorium astronomiczne. To pokazuje, że pomimo wielkich liczb, które omówiliśmy powyżej, tak naprawdę znaczą one niewiele w porównaniu z ogromem całego wszechświata. Gdyby przeliczyć odległość galaktyki GN-z11 na kilometry, otrzymalibyśmy wynik: 1.267.733.800.000.000.000.000.000 km, czyli blisko 1,268 kwintyliona kilometrów. Zawsze kiedy obserwuję tak niesamowicie piękne niebo, myślę o niemożliwych do przebycia dla nas odległościach i ile tak naprawdę znaczymy w obliczu całego Wszechświata…




Fragment Drogi Mlecznej widziany z plaży. Na trzecim zdjęciu, w lewym górnym rogu widać inną galaktykę (zaznaczona w żółtym okręgu). Ten mały punkt w rzeczywistości ma przynajmniej 100.000 lat świetlnych długości, czyli 946.070.000.000.000.000 km (946,07 biliarda kilometrów). Pomyśl, jak wielka jest przestrzeń, na którą patrzysz...

Odpoczywając na lokalnej wyspie, nie przestrasz się dużych nietoperzy. Pierwsze z nich pojawiają się po godzinie 15.00. Zazwyczaj latają nad palmami przy plażach oraz w obrębie najwyższych drzew. Wcześniej wspominałem o fikusach, które są zawsze najstarszymi i najwyższymi okazami na całej wyspie. To właśnie one są ulubionym miejscem dla nietoperzy. Jeśli nieraz słyszałeś opowieści o tych zwierzętach, pewnie masz wyrobioną opinię, że wplątują się w włosy. Tak naprawdę powtarzana z ust do ust historyjka, jest kolejnym, bezmyślnie powtarzanym stwierdzeniem. Nietoperze latają z dala od ludzi i wbrew obiegowym opiniom, nie interesuje ich nasza krew. Reżyserzy hollywoodzkich produkcji wykreowały wizerunek nietoperza-wampira, który na trwałe pozostał w pamięci całej ludzkości. Owszem, w przyrodzie występują nietoperze, które żywią się krwią zwierząt, ale są to nieliczne gatunki, głównie występujące w Ameryce Środkowej. Mimo wszystko, nie upatrują sobie ludzi za główny cel. Z tego powodu możemy zapomnieć o wampirach, które na stałe wryły się w naszą pamięć. Tutejsze nietoperze latają wysoko ponad koronami drzew, więc możemy jedynie popatrzeć na nie z dużej odległości. Wieczorem wydają charakterystyczny, dźwięczny pisk, który my odbierzemy jako piękny, ptasi śpiew. Polecam również popatrzeć, jak „siadają” na drzewach. W chwili lądowania, łapią w locie za giętką, cienką gałązkę, po czym zawisają głową ku ziemi. Przez chwilę bujają się jak wahadło. Ich pokarmem są ćmy, muchy i inne owady, które latają w najwyższych partiach drzew. Z tego względu wspomniane „gacki” głównie zobaczymy w locie ponad poziomem palm. Nietoperze są naprawdę duże, ponieważ ich rozpiętość skrzydeł wynosi 50-70cm. Z powodu ich rozmiarów, nieświadome niczego osoby przebywające na Malediwach po raz pierwszy, mogą się porządnie przestraszyć.

TAK BYŁO NA WSZYSTKICH NASZYCH WYCIECZKACH – film pokazujący piękne widoki (47:51):




VELI BEACH INN – NASZ GUEST HOUSE
Obiekt posiada 6 pokoi z klimatyzacją. Każdy przewidziany jest na dwie osoby, z możliwością dostawki dla dziecka. W pokoju mamy szerokie łózko na dwie osoby. Syn Faisala i drugi gospodarz, codziennie sprzątają nasze pokoje. Pościel będzie zawsze ładnie ułożona, a podłogi wysprzątane od piasku. Również codziennie mamy uzupełniany zapas wody źródlanej. Dostajemy 1,5l butelkę na stolik. W pokoju znajduje się lodówka, stolik, regały i schowki na nasze rzeczy, oraz duża szafa z wieszakami. Dostajemy również dwa ręczniki plażowe. Obsługa wymienia je co dwa dni. Najwięcej kłopotów może sprawić nam oświetlenie na początku naszego pobytu, ponieważ kontakty są połączone w układy krzyżowe, co oznacza, że jeśli chcesz zapalić światło w łazience, musisz znaleźć kontakt, który uaktywni tę część obwodu elektrycznego. Warto więc sprawdzić, który przycisk załącza konkretną lampę. W łazience mamy ubikację i wydzieloną przestrzeń z prysznicem. Pomimo tego, do dyspozycji mamy bardzo dużo miejsca. Nie zachlapiemy reszty pomieszczenia. Po zapaleniu światła, włącza się wentylator, który ma natychmiast usuwać nieprzyjemne zapachy na zewnątrz. Przy umywalce stoją: szampon do włosów i żel do ciała. Gospodarze uzupełniają je systematycznie. Pamiętajmy, żeby nie zabierać pustych buteleczek po kosmetykach jako pamiątka z wakacji, ponieważ na koniec naszego urlopu, właściciele sprawdzają ich obecność w łazience. Dodatkowo do dyspozycji mamy podświetlane niebieskimi diodami szklane półki.

   

Pory posiłków: śniadania o 8:30, obiady o 13.00, w piątki o 13.30 (ze względu na modlitwy Muzułmanów) i kolacje o 19.00. Jedzenie w Veli Beach Inn zdecydowanie należy do najlepszych. Nikt nie wykupuje oferty all inclusive. Jemy to, co żony gospodarzy dla nas przygotują. Wszystko, co było podawane bardzo nam smakowało. Aż szkoda, że u nas nie ma tak świeżych warzyw i owoców oraz ryb. Na śniadanie jemy placki roshi z tuńczykiem lub z czymś na wzór drobnej fasoli po bretońsku (ale smakuje inaczej). Placki zagryzamy soczystą, czerwoną papają. Jeśli nie lubimy tego malediwskiego przysmaku, to do wyboru mamy jeszcze chleb tostowy, ser żółty i dżemy oraz jajka. Na deser dostajemy przygotowany ananas, pomarańcze, banany lub żółtą marakuję. Obiady są zróżnicowane. Najczęściej zjemy: makarony w sosie, ryż w sosie z malediwskimi przyprawami, sałatki warzywne (tych zjadałem najwięcej), sałatki z nieznanych nam roślin malediwskich, ryby różnego rodzaju [czytaj: co się złowi danego dnia]. Rzadziej gospodarze podają nam kurczaka lub pizzę, która również będzie bardzo dobra. Na deser zjemy ciasto lub owoce: pomarańcze, marakuje, banany, ananasy, papaje. Kolacje wyglądają podobnie, jak obiady, ale zawsze różnią się każdego dnia. Dodatkowo pojawiają się prażynki z ciemnym sosem, za którymi bardzo, ale to bardzo przepadam. Na deser dostajemy zazwyczaj ciasto czekoladowe, mus czekoladowy, mus owocowy przypominający smakiem budyń lub owoce. Zapewniam, że każde przygotowane danie będzie nam bardzo smakowało, pod warunkiem, że lubimy ryby. Jako, że Malediwy są krajem morskim, ryby stanowią podstawowy składnik diety. Nie bez powodu na śniadanie najczęściej jemy placki z tuńczykiem. Na Malediwach, z powodu wysokiej temperatury powietrza przez cały rok, posiłki spożywamy na zewnątrz. Również w naszym guest housie jest urządzona zewnętrzna przestrzeń, gdzie mamy stoliki dla gości oraz osobny stolik z krzesłami dla palaczy. Za popielniczkę służy muszla, którą widzieliśmy „wrośniętą” w rafę koralową. Na zewnątrz nie ma podłóg pokrytych sztucznymi materiałami. Chodzimy po białym i przyjemnym piasku. Obowiązkowo na boso.

             
Przykładowe śniadania, obiady, kolacje i desery

Przy murku znajdują się sznurki do rozwieszania ręczników lub strojów kąpielowych. Słońce jest tak mocne, że wszystko wysycha bardzo szybko. Wyprałem nawet buty. Osuszyłem je w ciągu jednego popołudnia. Obok stolika dla palaczy rosną dwie palmy, a pomiędzy nimi możemy poleżeć na hamaku. Przy oknie pokoju 101, na zewnątrz, stoi osobny stolik ze znalezionymi muszlami i koralowcami. Warto tam zajrzeć, aby zobaczyć, co można spotkać podczas snorkelingu w trakcie całego, naszego urlopu. Witani jesteśmy świeżo ściętym kokosem z rurką, dzięki czemu możemy napić się świeżego soku kokosowego. W dniu wyjazdu, przed wyjściem do portu, gospodarz przygotowuje o godzinie 11.00 drugie śniadanie, żebyśmy nie pojechali głodni. Wieczorem, na zewnątrz chodzą gekony – małe jaszczurki o długości około 7cm. Mają zdolność chodzenia we wszystkich kierunkach w przestrzeni i po wszystkich powierzchniach. Bez problemu wspinają się po pionowych ścianach, dachach od spodniej strony, czy po rynnach. W pokojach na szczęście ich nie znajdziemy. Po zachodzie słońca głównie przebywają w rejonie ozdobnych lampek, ponieważ polują na owady. Łapią je za pomocą długiego języka. Gekony są stałym elementem wieczornego krajobrazu na Malediwach, dlatego musimy wiedzieć, że one zawsze tam będą, niezależnie, jakie miejsce sobie wybierzemy. Gospodarz Faisal jest bardzo miły, zawsze coś doradzi i poda wskazówki, żebyśmy zobaczyli jak najwięcej. Jest stałym mieszkańcem Mathiveri, dlatego ma wiedzę na temat wyspy, oraz zna morskie miejsca, gdzie można spotkać ciekawe okazy fauny. Drugi gospodarz pomaga Faisalowi, ale mieszka w Male – stolicy Malediwów. Kiedy zapytamy go o szczegóły na Mathiveri, odeśle nas do Faisala, ponieważ tylko on zna wioskę szczegółowo, zwyczaje ludzi i historię tego miejsca. Widać, że Faisalowi bardzo zależy na naszym udanym pobycie, dlatego zawsze się stara, pomimo, że od kilku lat wykonuje swoją pracę. Przykładowo, kiedy do obiektu przyjechali Włosi, mieli w swojej grupie „damulkę”, która zawsze coś wymagała. Miała pewne przyzwyczajenia, o których nie potrafiła zapomnieć. Na przykład, zawsze musiała mieć okrągły talerz, a nie jak reszta – kwadratowy, czy też na śniadanie musiał być rogal croisant. Kiedy zapytała, czy ma na śniadanie croisanta, Faisal powiedział, że na Malediwach nie ma czegoś takiego. Nagle wsiadł na skuter i gdzieś zniknął. Okazało się, że podjechał do lokalnego sklepu na głównej ulicy i kupił coś najbardziej zbliżonego do znanego rogala. To było miłe z jego strony.


Gekon na ścianie zewnętrznej


Guest house Veli Beach Inn wieczorem

KLIMATYZACJA – JAK Z NIEJ KORZYSTAĆ?
Korzystając z klimatyzacji w pokoju, warto pamiętać o złotej zasadzie: różnica temperatur nie może wynosić więcej niż 7’C. Wtedy na pewno nie przeziębimy się poprzez nagłą zmianę klimatu. Jeśli średnio na zewnątrz mamy 31’C w ciągu dnia i 27’C w nocy, to klimatyzację najlepiej zaprogramować na 26’C. Pewnie pomyślisz, że to za ciepło. Kiedy wejdziesz do pokoju, poczujesz orzeźwiający chłód, a kiedy po całej nocy wyjdziesz na zewnątrz, poczujesz uderzenie bardzo gęstego, wilgotnego i gorącego powietrza. Standardowo klimatyzacja ustawiona jest na 21’C, stąd na samym początku nie zapomnijmy jej przestawić, dla naszego zdrowia.

DZIEŃ POWROTU
Powrót do domu z tak rajskiego miejsca nie jest niczym przyjemnym. Z pewnością chcielibyśmy pozostać jeszcze dłużej, ale zawsze kiedyś ten czas niestety nadchodzi… Łódź powrotną do Male mamy o godzinie 12.45. Faisal przygotuje dla nas drugie śniadanie na godzinę 11.00, po czym o 12.00 pójdziemy do portu. Walizki zostaną przewiezione przeznaczonym do tego celu samochodem. Dwie firmy obsługują transfer z Mathiveri do Male: Coral i Nevi. W zależności od liczby gości, możemy wracać różnymi łodziami. Nasz transfer odbywał się statkiem firmy Nevi. Mają oni mniejsze jednostki napędzane trzema silnikami po 250KM. Coral posiada większą łódź, napędzaną czterema silnikami o mocy 250KM. Do stolicy powinniśmy dopłynąć w około 1h 45min do 2h. Raczej nastawiałbym się na 2h, ponieważ płyniemy pod prąd i często będziemy przecinać wysokie fale. Mniej więcej do połowy drogi, łódź bardzo podskakiwała z powodu wysokich fal, a później rejs przebiegał spokojnie, ponieważ ocean był zupełnie spokojny. Widzieliśmy tylko drobne zmarszczki na powierzchni wody. Faisal wskaże nam do której łodzi mamy wsiąść. Bagaże na dolny pokład załaduje personel firmy transferowej. Usługę transferu załatwia nam gospodarz. Do stolicy dopływamy około godziny 15.00. Jeśli lot mamy późnym wieczorem lub w nocy, możesz pomyśleć, jak wykorzystać drugą połowę dnia. Czekanie na lotnisku jest zbyt męczące, dlatego warto mieć pomysł na poznawanie stolicy. Można pójść na basen, o którym dowiemy się na lotnisku, ale trzeba pamiętać, że miejscowi płacą 35 USD, a turyści mogą zapłacić 110 USD z niewiedzy. Jeśli chcemy spędzić czas na mieście, warto pozostawić bagaże na lotnisku. Usługa kosztuje 6 USD. Wystarczy, że podejdziemy w pobliże punktu informacyjnego. Z łatwością zauważymy duże, szklane drzwi z napisem „Storage your baggage”. Napis jest naprawdę wielki. Na pewno go nie przegapimy. Dodatkowo ręka z podniesionym kciukiem, dobrze znana z opcji „Lubię to” na Facebooku, wskazuje to miejsce. Wystarczy wejść do środka, a obsługujący oznaczy nasz bagaż, odłoży go na regał i wyda bilety z numerem. Zapłacimy dopiero po powrocie, okazując bilet. Opłaty nie dokonamy w tym samym miejscu, ale w okienku po lewej stronie, patrząc od pierwszej bramki. Z okienkiem sąsiaduje biuro opłat celnych i policji. Po okazaniu biletu, pan naliczy opłatę (6 USD za cały dzień) i wyda nam papier, który będzie potwierdzeniem zapłaty. Dopiero z nim możemy wrócić do przechowalni. Bagażownia i okienko są odległe o około 25m, więc nie musimy się obawiać, że czegoś nie znajdziemy.

Mając walizki w bezpiecznym miejscu, możemy pójść na miasto. W bagażowni siedzi lokalny przewodnik, który zaproponuje nam poznanie stolicy wraz z jego historią. Za usługę liczy sobie 20 USD od osoby. Jeśli go nie ma, to znaczy, że wyruszył już w teren z jakąś grupą. W poprzednim roku również byłem w stolicy, ale teraz chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Od razu przystaliśmy na propozycję przewodnika. Na początku zaprowadził nas do lotniskowego portu, kupił bilety za 20 MVR, po czym wsiedliśmy do miejskiej łodzi, która kursowała do stolicy co 10min. W trakcie wędrówki przedstawił program, co zobaczymy oraz czego się dowiemy. Program bardzo nam się spodobał. W stolicy wysiedliśmy na przystani głównej, obok Narodowego Banku Malediwów. W promieniu 5min wędrówki w linii prostej znajdowały się wszystkie rządowe budynki. Przewodnik pokazał nam prywatny dom prezydenta Malediwów, budynek rządowy (parlament), budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz sąsiadujący pomnik z ośmioma flagami narodowymi, zdobiony kwiatami. Dowiedzieliśmy się, że w 1988 roku grupa terrorystów ze Sri Lanki zorganizowała napad na ten obiekt i zabiła 19 żołnierzy. Pomnik postawiono ku ich czci. Naprzeciwko budynku znajdował się prywatny port prezydenta. Widzieliśmy jego opancerzoną łódź. Niedaleko stąd widać największy meczet na Malediwach, gdzie jednocześnie w modlitwie udział może brać aż 8.000 osób. Nad wejściem głównym widnieje imię króla, który w 1152 roku wprowadził Islam, a wyprał Buddyzm. Do dziś jest uważany za najważniejszego przywódcę. Zobaczyliśmy również inny, historyczny meczet wybudowany 350 lat temu z koralowca. Widać, ile pracy w jego budowę włożono, ponieważ każda cegła jest bogato zdobiona. Budynek stoi do dziś. Obok widzimy cmentarz najważniejszych osób w kraju z tamtych czasów. Od przewodnika wiemy również, że na Malediwach nie znajdziemy bogatych pomników. Stawia się tylko zwykłą kamienną tablicę. Półokrągła oznacza, że pochowano kobietę, a półokrągła ze szpicą – że pochowano mężczyznę. Obok cmentarza widać kolejny, ważny meczet. Służył najważniejszym osobom w państwie. W tym miejscu przewodnik zapytał, czy mamy banknot 50 MVR. Na rewersie można zobaczyć dokładnie ten sam budynek. W trakcie wędrówki, pokazał nam również trzy największe szkoły, w których uczą się miejscowi. Polskie szkoły w porównaniu z malediwskimi wypadały bardzo blado. Tutejsze miały co najmniej 10 pięter, a rzędy balkonów ciągnęły się bardzo długo. W dwóch nauczano po angielsku, a jednej w języku narodowym. Przewodnik potrafił rozmawiać w czterech językach i znał bardzo dużo polskich słów. Co chwilę wypytywał nas o kolejne i sprawdzał, czy dobrze pamięta te, które zdążył już poznać.

Po odwiedzeniu wszystkich ważnych miejsc, poszliśmy na targ owoców i warzyw. Przewodnik znał się ze sprzedawcami, dlatego mogliśmy skosztować każdej nieznanej rośliny. Klimat targu bardzo nam się podobał. Proste, blaszane pomieszczenie mieniło się mnóstwem kolorów. Dalej poszliśmy na targ rybny, gdzie zobaczyliśmy jak wygląda tuńczyk żółty. Jest ogromny! Widzieliśmy również wiele innych ryb i dowiedzieliśmy się, że na Malediwach jest sześć gatunków tuńczyków. Około godziny 17.00 poszliśmy do pobliskiej restauracji. Przewodnik powiedział, że zniknie na 20min, ponieważ idzie na modlitwę, po czym wróci. Kiedy skończyliśmy jeść obiad, dołączył do nas. Opowiedział o ostatniej atrakcji. Na wybrzeżu, w pobliżu owocowego targu pływały gromady białych płaszczek. Na jednym zdjęciu udało mi się uchwycić aż siedem okazów! Pływały tam, ponieważ wiedziały, że miejscowi wyrzucają do morza ryby zaplątane w sieci. Później wróciliśmy łodzią na lotnisko. Po 17.00 kursowały już co 30min. Przewodnik zażartował, że jesteśmy w klasie biznes, ponieważ siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, a z nami podróżowały jeszcze tylko dwie osoby. W lotniskowym porcie zwrócił jeszcze uwagę na metalową skrzynkę z aparaturą, przypominającą stację meteorologiczną. Okazało się, że jest to stacja ostrzegawcza przed nadchodzącą falą tsunami. Powstała po największej tego typu katastrofie z dnia 26 grudnia 2004r., kiedy po podwodnym trzęsieniu ziemi w pobliżu wyspy Pukhet, wielka fala tsunami spowodowała śmierć około 400.000 ludzi w wielu krajach południowej i południowo-wschodniej Azji. Przez stolicę Malediwów przelała się wówczas czterometrowa fala, wyrzucając mnóstwo ryb na ulice. Rząd całkowicie nie był przygotowany na sytuację kryzysową. Jedna wyspa została doszczętnie zniszczona. Zginęło 108 osób, a 1200 zostało rannych. Zanim tsunami dotarło do stolicy, poziom wód opadł o 8m. Opancerzona łódź prezydenta najpierw się przewróciła, a później leżała na lewej burcie na suchym dnie. Mieszkańcy stolicy nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Wtedy było już za późno... Stacja ma za zadanie ostrzegać przed kolejnym, podobnym wydarzeniem. Wysyła wiadomość o zagrożeniu do centrum ostrzegawczego Narodowego Malediwskiego Instytutu Meteorologii, wtedy, gdy nagle zmieni się poziom wód oceanu. Na końcu wycieczki zapłaciliśmy przewodnikowi za bardzo dobrze wykonaną pracę. Dzięki niemu mieliśmy konkretnie wypełniony czas i poznaliśmy dużo ciekawych faktów historycznych o Malediwach. Cieszyliśmy się, że trafiliśmy na niego w przechowalni bagażów.

PODSUMOWANIE – KOSZTY
LOTY
  • EK 180, Warszawa 13.00 (WAW) – Dubaj 21.40 (DXB), długość lotu 5h 08min, dystans 4159km*
  • EK 656, Dubaj 2.45+1 dzień (DXB) – Male 7.50+1 dzień (MLE), długość lotu 3h 38min, dystans 3032km*
  • EK 653, Male 22.55 (MLE) – Dubaj 3.05+1 dzień (DXB), długość lotu 5h 50min, dystans 3032km*
  • EK 179, Dubaj 8.05+1 dzień (DXB) – Warszawa 11.20+1 dzień (WAW), długość lotu 3h 59min, dystans 4159km*
Cena: 2650-2850 zł, w zależności od okresu w którym lecimy, dnia i pory dnia zakupu biletu

* Dane zaktualizuję po ustąpieniu epidemii COVID-19, ponieważ obecnie można wykupić loty na Malediwy na rok 2021, ale na razie nie wiemy, jakie zmiany jeszcze przyniesie cała sytuacja

TRANSFER NA MATHIVERI (łódź załatwia Faisal):
Prom publiczny: 1 USD – czas podróży: 7h
Szybka łódź motorowa: 50 USD – czas podróży: około 1h 45min do 2h
Rozkład rejsów:
Male – Mathiveri: 10:15, 15,45
Mathiveri – Male: 6:30, 12:30

ZAKWATEROWANIE I WYŻYWIENIE (cena za dwie osoby w jednym pokoju):

GRUDZIEŃ – MARZEC
  • Tylko pokój: 70 USD
  • Pokój + śniadanie: 75 USD
  • Pokój + śniadanie i obiadokolacja: 100 USD
  • Pokój + pełne wyżywienie (3 razy dziennie): 130 USD *
  • All Inclusive: 165 USD
* - mi policzył 55 USD za dzień z pełnym wyżywieniem za osobę

KWIECIEŃ – MAJ
  • Tylko pokój: 65 USD
  • Pokój + śniadanie: 70 USD
  • Pokój + śniadanie i obiadokolacja: 95 USD
  • Pokój + pełne wyżywienie (3 razy dziennie): 120 USD
  • All Inclusive: 150 USD
CZERWIEC – SIERPIEŃ
  • Tylko pokój: 50 USD
  • Pokój + śniadanie: 55 USD
  • Pokój + śniadanie i obiadokolacja: 80 USD
  • Pokój + pełne wyżywienie (3 razy dziennie): 100 USD
  • All Inclusive: 130 USD
WRZESIEŃ – LISTOPAD
  • Tylko pokój: 65 USD
  • Pokój + śniadanie: 70 USD
  • Pokój + śniadanie i obiadokolacja: 95 USD
  • Pokój + pełne wyżywienie (3 razy dziennie): 120 USD
  • All Inclusive: 150 USD
WYCIECZKI
  • Snurkowanie: 40 USD/osobę (minimum dwie osoby)*
  • Poszukiwanie delfinów: 60 USD/osobę (minimum dwie osoby)*
  • Piknik na sand banku: 90 USD/osobę (minimum dwie osoby)*
  • Łowienie ryb: 55 USD/osobę (minimum dwie osoby)*
  • Poszukiwanie mant: 60 USD/osobę (minimum dwie osoby)*
  • Poszukiwanie rekina wielorybiego: 150 USD/osobę (minimum cztery osoby)*
  • Transfer na lokalne wyspy lub do resortu: 40 USD za łódź
* - jeśli wykupujemy więcej wycieczek, cena będzie niższa. Przy moim zestawie wycieczek zaoszczędziłem 70 USD.

Wypożyczenie kajaka – 5 USD za godzinę
Kurs łodzią motorową na sand bank – 10 USD, lub 15 USD, gdy popłyniemy tam rano i po południu

INNE
CENY W SKLEPACH
  • Lody Magnum: 34 MVR
  • Magnesy na lodówkę: 5-7 USD
  • Mleczko do ciała Dove lawendowe 500ml: 54 MVR
  • Duże magnesy na lodówkę (ręcznie malowane): 15-20 USD
  • Herbata najwyższej jakości, importowana ze Sri Lanki (100 torebek): 42 MVR
  • Obiady w lokalnych restauracjach: 50-80 MVR
  • Obiady w stolicy: 220-400 MVR
  • Obiady w stolicy w restauracji obok hotelu Octave (prowadzą ją ludzie ze Sri Lanki): 9 USD na dwie osoby
ZASADY PANUJĄCE NA WYSPACH LOKALNYCH
  • W strojach kąpielowych opalamy się i kąpiemy tylko na wyznaczonej plaży dla turystów. Na pozostałych musimy mieć założone minimum krótkie spodenki i krótką koszulkę. Kobiety nie muszą zakrywać nóg. Krótkie spodenki i bluzka na ramiączkach to minimum.
  • Przez wioskę nie spacerujemy w stroju kąpielowym lub bez koszulki w przypadku mężczyzn.
  • W miejscach publicznych nie możemy chodzić za rękę, przytulać się, ani całować.
  • Na lokalnych wyspach nie kupisz alkoholu, nie ma go w sklepach (Muzułmanie mają zakazany alkohol).
  • Na wyspie usłyszysz 5 razy dziennie modlitwy nadawane z meczetu przez megafony we wszystkich kierunkach.
  • Do Polski nie wolno przywozić muszli i kawałków raf koralowych.
  • Na Malediwy nie wolno przywozić rzeczy stojących w sprzeczności z Islamem (Biblia, łańcuszek z krzyżykiem, itp.).
  • Na Malediwach nie ma psów, ponieważ pies jest zwierzęciem nieczystym dla Muzułmanów.

2 komentarze:

  1. Ten kierunek to bez wątpienia moje marzenie - kto wie, może kiedyś się uda. Póki co korzystam z uroków Polski, jakiś czas temu odwiedziłam Kraków i zatrzymałam się w tym hotelu: http://www.hotelsecesja.pl Też było pięknie, najważniejsze to doceniać małe rzeczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za opinię :)
      Ja już Polskę bardzo mocno zjeździłem, dlatego kiedy tylko mogłem, podróżowałem za granicę. Polska jest bardzo piękna i bardzo doceniam jej atrakcje.

      Usuń