środa, 24 stycznia 2024

Gruzja - Swanetia, cz. 2: Lagem Pass 2990 m n.p.m., bezimienna góra 3242 m n.p.m., Gvibari 2943 m n.p.m., Latpari Pass 2834 m n.p.m.

 

DZIEŃ 4 – LAGEM PASS 2990 m n.p.m., BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m. (BEZPOŚREDNIO WIDOCZNA Z ŁAWKI PRZED NASZYM POKOJEM) – CZYLI JAK BŁĄD NA MAPIE ZAPROWADZIŁ NAS W ZNACZNIE LEPSZE MIEJSCE, OFERUJĄCE NIESAMOWITE WIDOKI

Słyszałem w nocy, że Damianowi oddycha się ciężko. Miał „zawalony” nos. Pomyślałem, że dzisiaj nie da rady wyjść w góry, ponieważ choroba tylko by postąpiła. Co prawda na zegarku miałem 2.00 w nocy, ale mimo wszystko nie liczyłem, że tak szybko dojdzie do zdrowia. Wstałem o standardowej godzinie – 5.30 rano. Zobaczyłem, że niebo jest idealnie czyste, niebieskie. Od razu ciągnęło mnie w wysokie góry. W głowie miałem zupełnie nową trasę tam, gdzie jeszcze nas nie było – Lagem Pass 2990 m n.p.m. Obudziłem wszystkich o godzinie 5.50 rano. Basia wstała chętnie, a Damian po dłuższej chwili powiedział: ‘dzisiaj nie dam rady, ale wy idźcie, jak chcecie, ja będę tutaj w pokoju leżał’. Przygotowaliśmy ciepłą zupę i izotoniki. Bardzo ciekawiła mnie nowa trasa, co na niej zobaczymy. Fragment ścieżki prowadzącej na przełęcz widziałem pierwszego dnia, kiedy szliśmy na lodowiec Shkhara. Wydawała mi się jakaś dziwnie brązowa.

 

Z pokoju wyruszyliśmy o 7.12. Damian tymczasem leżał w łóżku. Gorączka ustąpiła rano, tyle że miał typowe objawy przeziębienia. Przywitała nas piękna pogoda. Mieliśmy nadzieję, że i tego dnia będziemy mogli w pełni podziwiać przepiękne widoki. Nasza trasa prowadziła w stronę lodowca, ale my mieliśmy przejść jej tylko początkowy fragment – pierwsze 1,5 km, czyli trochę dalej niż most na rzece Enguri. Mogliśmy wybrać pierwszą lub drugą przeprawę, po czym za 400 m rozpocznie się szlak właściwy. Idąc ścieżką w stronę muzeum etnograficznego, jeszcze połowę dolnej części zielonej „zamszowej” góry pokrywał cień. Powoli przesuwał się ku rzece Enguri. Najpiękniejszy widok jest około godziny 7.30-7.40, kiedy jego granica przechodzi przez polany, gdzie pasą się konie i krowy. Wspominaną górę na dwie części dzieli głęboki żleb. Tworzy on podłużną dziurę/urwisko przypominające kanion, który nie zostaje oświetlony, podczas gdy okolica jest w całości nasłoneczniona. Wielka wyrwa i jasne, żywo zielone trawy tworzą bardzo duży kontrast. O tej porze naturalna dziura zarośnięta trawami wygląda, jak ogromna przepaść, do której mogą wpaść zwierzęta. W późniejszej porze dnia widać, że wielki rów, którym spływają wody lokalnego potoku wpadającego do rzeki Enguri, to jedynie złudzenie optyczne. Podziwiając omawiany piękny widok poszliśmy dalej, poza ostatnie wieże wioski Ushguli. Przyszedł tylko jeden pies. Mieliśmy wrażenie, że gdzieś go już spotkaliśmy. Nie spieszyłem się. Założyłem, że będziemy iść takim tempem, abyśmy mogli wszystko przeżywać, a nie zaliczać. Za lokalnym wzgórzem, na którym stała wieża kościoła, w najwyżej położonej części Ushguli, szeroka ścieżka łączyła się z główną drogą, którą jeździły taksówki wożące turystów z Mestii do lodowca Shkhara, a raczej do ostatniego płaskiego fragmentu, ponieważ na 2,4 km przed lodowcem trzeba iść wąską ścieżką przez zarośla. W opisywanym miejscu widniały dwie drewniane budki wyciągu narciarskiego. Dookoła kwitły niebieskie niezapominajki. Bardzo uwielbiam ich widok, ponieważ zdobiły okolicę i przywoływały piękne wspomnienia. Parędziesiąt kroków dalej, po prawej stronie widzieliśmy pięć koni. Przeszliśmy obok nich. Stały przed miejscem wyznaczonym na kemping, czyli tam, gdzie jest idealnie płaska polana. Dalej droga prowadziła w kierunku dwóch mostów na rzece Enguri. Wybraliśmy ten drugi, ponieważ prowadził bezpośrednio do celu. Pierwsza przeprawa dawała niesamowitą okazję zobaczyć naturalny kanion, częściowo zarośnięty młodymi brzozami, którym płynęła Enguri. Widok jest niesamowity! W godzinach popołudniowych można wykonać kilka jego ciekawych ujęć.


Wędrówka wzdłuż rzeki Enguri

Poszliśmy dalej, za most. Minęliśmy drogowskaz ‘8,0 km Shkhara Glacier’. Nie potrzebowaliśmy kolejnych strzałek, ponieważ za 400 m planowaliśmy stopniowo skręcać w lewo, na trasę, która oficjalnie jest zaznaczona na mapach i opisana w przewodnikach. Byłem jej ciekaw, ponieważ uchodziła za jedną z trzech, które obowiązkowo trzeba przejść. Kiedy dotarliśmy na początek szlaku, granica cienia przesuwała się na naszej polanie w stronę rzeki. Stało na niej kilkanaście koni. Zdążył nas jeszcze wyprzedzić starszy, miejscowy facet w kaloszach, który przyszedł po nie. Kiedy zawróciły, ruszyły za nim, w naszym kierunku. W stadzie zauważyliśmy dwa młode osobniki, z czego jeden był młodym, jasnobrązowym źrebakiem. Z ciekawości podszedł do nas dość blisko. Odtąd szliśmy w pełnym słońcu. Od razu poczuliśmy zmianę temperatury. W cieniu mieliśmy poczucie, że powietrze jest w dużej mierze nasycone wilgocią. Z kolei w słońcu, mieliśmy wrażenie, że słońce opala jak w krajach śródziemnomorskich na wakacjach all-inclusive. Przechodząc kilkadziesiąt metrów zza linii cienia w kierunku nasłonecznionych stoków od razu mogłeś poczuć mocny kontrast termiczny. Wejście na szlak łatwo można poznać, ponieważ na zielone zbocze wprowadza błotnista droga, jakby przejechał tędy traktor. Kawałek dalej błoto zanika, a szeroki szlak staje się polną ścieżką zarośniętą niską trawą.


Początek szlaku i konie spotkane na szlaku. Chwilę wcześniej przesuwała się tedy granica światła i cienia
 

Dalszy przebieg trasy widzieliśmy jako powoli wznoszącą się pod ukosem ścieżkę, ciągnącą się wzdłuż całego, zielonego zbocza. Przecinały je dwa wąskie pasy młodych brzóz tworzących podłużne zagajniki. Nawet za nimi mogliśmy dostrzec dalszy przebieg szlaku. Wystarczyło, że dopiero rozpoczęliśmy wędrówkę nowym odcinkiem, a już zatrzymaliśmy się na pierwsze zdjęcia, ponieważ na polanie kwitły żółte kwiaty. Dodatkowo słońce oświetlało śnieżnobiałą ścianę gór najwyższych. Na tle intensywnie zielonych traw wyglądały wyjątkowo! Wcześniej podobnego widoku nie widzieliśmy, ponieważ dotychczas chodziliśmy po nieco innych szlakach. Od razu mogliśmy zauważyć, że trasa nie jest zbyt często wybierana przez turystów. W ogóle o tej porze roku trudno mówić o tłumach, ponieważ poza drogą na lodowiec, gdzie w ciągu dnia mogliśmy spotkać nawet do 100 osób dziennie, na górskich szlakach „tłumem” było zaledwie 15 osób w ciągu całej doby. Na naszej trasie spodziewałem się maksymalnie… od zera do trzech osób… Teraz już wiesz, dlaczego tak bardzo przypadły nam do gustu góry, gdzie bazą wypadową jest wioska Ushguli? Idąc zielonymi polanami obowiązkowo dołączył do nas jeden pies. Postanowił wędrować z nami. Nie spodziewaliśmy się, że może być inaczej, ponieważ one zawsze szły z nami. Ledwo weszliśmy na grzbiet pierwszego zbocza górskiego, a już stanęliśmy na chwilę. W pewnym miejscu rozległą polanę bardzo gęsto pokrywały żółte pierwiosnki, a w tle, na styku dwóch zboczy górskich, spływały wody w postaci długiej kaskady. Tworzyły one długi, poskręcany, biały pas przecinający górę na dwie części. Zdjęcie, które wykonaliśmy na łące stało się „podręcznikowym”, które każdy z nas chciał wywołać. Na pierwszym planie mieliśmy pierwiosnki tworzące naturalny „dywan”. Nieco dalej – piękne, zielone „zamszowe” trawiaste polany, a jeszcze dalej – biała kaskada przecinająca górę. Całą panoramę podziwialiśmy na tle niebieskiego nieba. Przed nami z kolei patrzyliśmy na panoramę ośnieżonych gór wchodzących w skład Ściany Bezingi. Jak tu było pięknie! Poszliśmy dalej, przecinając kolejne łąki. Stopniowo osiągaliśmy wysokość, ale można powiedzieć, że łagodnie. Polany przecinało aż pięć potoków, dlatego tam, gdzie płynęło więcej wody, zatrzymywaliśmy się, aby spróbować górskiej zimnej wody. Korzystaliśmy z niej ze względu na mocne, palące słońce. Przechodząc naprzemienne jeden potok i jedno trawiaste zbocze dotarliśmy do ostatniej łąki, dającej wspaniały widok na białą Ścianę Bezingi. Właśnie tutaj minęliśmy czerwony punkt w trawie, który pierwszego dnia był widoczny z poziomu placu budowy. Teraz mogłem zobaczyć, czym on jest. Tworzyła go gruba, czerwona folia, wokół, której kwitło mnóstwo kwiatów.


Przepiękny początek naszej trasy

Piękna kaskada i polana pełna pierwiosnków

Sielankowy charakter początkowej części szlaku
 

Na wszystkich wcześniejszych polanach gęsto kwitły białe kwiaty. Mogliśmy powiedzieć, że jeszcze tak pięknej trasy nie widzieliśmy, a dopiero rozpoczęliśmy wędrówkę. Teraz przecinaliśmy wąski pas drzew, pomiędzy którymi płynął potok. W dole widzieliśmy plac budowy, na który patrzyliśmy ze sporej wysokości. Za chwilę szliśmy długą polaną z mnóstwem różnych kwiatów. Prowadziła do zbocza zarośniętego młodymi brzozami. W tej części spływało mnóstwo wody, która lała się nawet wyznaczonym szlakiem. Cieszyliśmy się, ponieważ dalej podchodziliśmy w cieniu. Nie paliło już słońce, a na trasie mieliśmy mnóstwo zimnej i czystej wody. Tak czystej, że mieszkańcy pociągnęli tędy system plastikowych rur, którymi doprowadzali wodę do znanych im miejsc. Patrząc z zewnątrz, mogliśmy je zauważyć tylko w dolinie z punktem poboru wody, o czym będzie za chwilę. Zauważysz je również wtedy, gdy będziesz iść wyznaczonym szlakiem, w zalesionej części. Właśnie tutaj rozpoczyna się pas mokradeł, gdzie nie raz będziemy musieli przeskakiwać po kamieniach w bagnie. W miejscu, gdzie brakuje kilku drzew, rośnie piękna, dorodna kępa fioletowych kwiatów, na którą trudno nie zwrócić uwagi. Nieco dalej wchodzimy w główny fragment mokradeł i zalesionego zbocza. Czujemy, że osiągamy coraz większą wysokość, a jednocześnie ścieżka zaczyna zakręcać łukiem w lewo. Dzięki temu okrążamy górskie zbocze. Nikogo jeszcze nie spotkaliśmy. Ciągle panowała idealna cisza. Pies cały czas szedł za nami. Po około 25 min lasy z młodych brzóz kończyły się bardzo gęstym pasem rododendronów. Odtąd występowały bardzo gęsto. Teraz mieliśmy je po lewej stronie ścieżki. Wszystkie kwitły równomiernie na biało. Kilkadziesiąt kroków dalej zobaczyliśmy już trzeci widok, wręcz „wgniatający w ziemię”. Pierwszym były soczysto-zielone polany z dwoma zboczami górskimi, przedzielonymi kaskadą tworzącą białą linię. Drugi, to widok na „zamszowe”, żywo-zielone polany, ciągnące się aż po Ścianę Bezingi na tle niebieskiego nieba. Teraz weszliśmy na niezwykle kwiecistą polanę, gdzie występowały głównie dwa rodzaje kwiatów: dość wysokie białe, rosnące w grupach oraz duże, żółte jaskry alpejskie. Duża ilość dostępnej wody powodowała, że wszystko w okolicy wyrastało znacznie większe i dorodniejsze. Omawiane miejsce otaczały rododendrony w pełni kwitnące na biało. To był cudowny, rajski widok! Po przeciwnej stronie patrzeliśmy na wysoką górę, którą ze wszystkich stron pokrywała „zamszowa” trawa. Od jej stóp, aż po widoczny wierzchołek, z każdej strony kwitły grupowo rosnące białe kwiaty. Cała góra w nie obfitowała niezależnie, na które zbocze popatrzyliśmy. Za nią widniały śnieżne szczyty. Zatrzymaliśmy się na wspominanej niewielkiej, ale niezwykłej polanie, po czym usiedliśmy i zrobiliśmy wiele zdjęć. Pies położył się w trawie.


Charakterystyczna brązowa ścieżka, którą widzimy z innych szlaków

  
 
Piękne widoki na początkowym etapie szlaku

Przecinamy wąski pas lasów

Woda płynąca szlakiem

Kolejna obłędna polana

Docieramy do zakrętu szlaku, gdzie będziemy okrążać górę


Widok tuż przed zakrętem

     
Niesamowicie ukwiecona polana, gdzie trzeba wybrać właściwą trasę

 
Szlak przecina polanę w najpiękniejszym jej miejscu

Jeden z widoków z kwiecistej polany
 

BŁĄD NA MAPIE

Widziałem stąd cel naszej wyprawy – przełęcz Lagem 2990 m n.p.m. Nie wiedziałem jednak, którędy przebiega szlak, ponieważ nie dostrzegłem dalszego przebiegu ścieżki. Po dłuższym odpoczynku poszliśmy nieco dalej, do rozwidlenia ścieżki. Jedna prowadziła w dół, do widocznego potoku i punktu, gdzie założono filtr wody cząstek stałych własnej roboty. Ziemia i kamienie już dawno go zasypały, a woda przelewała się górą. Część nawet zdążyła odpaść. Wykonano go ze zwykłej, dziurkowanej blachy. Druga ścieżka z kolei stopniowo zakręcała w lewo, ale gdzieś zanikała w trawie. Ledwo ją widziałem. Mapa jasno wskazywała, że szlak prowadzi lewą stroną potoku, ale znacznie wyżej niż jest on położony w rzeczywistości, dlatego wybrałem drugą opcję, pomimo że ścieżka schodząca w dół była dobrze wydeptana i wyraźna aż do punktu poboru wody. Na rozwidleniu tras jest miejsce, gdzie dopiero wyżej odkryłem, że mapa zawiera błąd… Idąc według niej, powinienem wybrać szlak skręcający w lewą stronę. Prawidłowego kierunku mapa nie przewidywała... Dlatego pomyślałem, że widoczna, wyraźna trasa jest jedynie ścieżką wydeptana przez miejscowych do zbudowanego przez nich punktu poboru wody oraz do systemu plastikowych rur. Kiedy zaczęliśmy podchodzić wybraną przez nas ścieżką, weszliśmy na małą, trawiastą polankę „obstawioną” z każdej strony rododendronami. Nieco dalej, na jeszcze mniejszej łące, na zakręcie rosły czerwone jagody. Całe krzaczki przyjęły taki kolor. Powiedziałem na głos: ‘pamiętaj, jak będziemy wracać, to na jagodach w prawo’. Ścieżka gdzieś widniała w trawach. Kiedy dotarliśmy do gęstych rododendronów, zauważyłem, że krzaki tworzą zwartą budowę, ale pomiędzy jednymi wypatrzyłem możliwą trasę pozwalającą przejść na ich drugą stronę. Dalej widniało strome zbocze górskie pełne kwiatów. Spoglądając w rejon bliski przełęczy Lagem, zastanawiałem się, którędy prowadzi ścieżka, ponieważ patrzyliśmy na niezwykłe zbocze, które pokrywał wręcz dywan żółtych jaskrów alpejskich. Widzieliśmy go z bardzo daleka. Jednak nadal nie dostrzegałem szlaku, który pozwoliłby przeciąć na mniej więcej jednakowej wysokości wszystkie opadające zbocza, aby się tam przedostać. Tak przynajmniej wskazywała mapa.


Idziemy w stronę piękna
 

BŁĄD NA MAPIE UMOŻLIWA NAM ZOBACZENIE NIEZWYKŁYCH RZECZY

Nie miałem pomysłu jak dotrzeć do żółtego dywanu kwiatów, skąd mieliśmy dalej pójść na przełęcz. Wśród rododendronów wypatrywałem jakiejś możliwej trasy. Po przejściu na ich drugą stronę zobaczyliśmy coś niezwykłego. Przed nami „wyrosła” duża stromizna ciągnąca się aż po widoczny wierzchołek na tle niebieskiego nieba. Po obu stronach rosły bardzo gęste krzaki rododendronów, ale pomiędzy nimi początkowo przebiegała dość wąska polana, którą mogliśmy bezpośrednio wejść na wspomniany wierzchołek. Odtąd zobaczyliśmy, że duży żółty dywan kwiatów widoczny w okolicach przełęczy Lagem jest czymś małym w porównaniu z tym, co mieliśmy przed sobą. Całą górę ze wszystkich stron pokrywał bardzo gęsty dywan białych i żółtych kwiatów wymieszanych ze sobą w sposób losowy. Długo nie mogliśmy się napatrzyć na to widowisko. Widzieliśmy również, że po lewej stronie przebiega wąski, ale ciągnący się na kilkaset metrów płat śniegu wypełniający lokalne zagłębienie – punkt styku dwóch górskich zboczy. Kiedy pies zobaczył biały śnieg, od razu pobiegł w jego kierunku, po czym wskoczył do niego, aby zaznać ochłody. Widoczna polana, pozwalająca przejść pomiędzy gęstymi i szczelnie rosnącymi rododendronami poszerzała się ku górze. Ponad nimi mieliśmy dosłownie raj – piękne zielone trawy i gęsto kwitnące kwiaty.


 
Całą górę zdobiły niezliczone ilości kwiatów

 
Nawet pies szukał ochłody

Trochę na prawo od śniegu wypatrzyliśmy słabo widoczną ścieżkę. Postanowiliśmy nią iść, ponieważ tylko tędy widzieliśmy jedyne, sensowne, możliwe podejście. Pomimo dużej stromizny dostrzegaliśmy, że robimy postęp. Podchodziliśmy po kilkadziesiąt kroków, po czym odpoczywaliśmy. W ten sposób nie męczyliśmy się, a zdobywaliśmy kolejne metry wysokości. Pies również nam towarzyszył, a kiedy my przystawaliśmy, on kładł się w trawie i w kwiatach. Po około dwudziestu minutach przeszliśmy dolny pas najgęściej rosnących rododendronów. Odtąd wiosenne kwiaty pochłonęły całą naszą uwagę. Teraz patrzyliśmy na biało-żółty dywan, z którego nie chcieliśmy schodzić. Z aktualnego miejsca dostrzegliśmy, że tak pięknie będzie aż po sam szczyt! Wiedzieliśmy już, że ponad poziomem rododendronów rozpoczną się najgęściej występujące żółte kwiaty. Z naszego punktu patrzenia, góra wyglądała wręcz żółto. Sprawiała wrażenie, jakby trawa była jedynie dodatkiem do jaskrów alpejskich. Właśnie dlatego stwierdziliśmy, że widoczny dywan kwiatów w rejonie przełęczy Lagem był niczym w porównaniu z tym, na co aktualnie patrzyliśmy. Czuliśmy prawdziwy górski raj. Panowała wręcz niesamowita cisza. Chmury na niebie mówiły, że przez cały dzień będzie dobra i słoneczna pogoda. Podchodziłem według tempa Basi, żebyśmy mieli czas na wszystko. W końcu mieliśmy przeżywać tutejsze góry, a nie je zaliczać… Wędrówka przez biało-żółty kwiatowy dywan trwała długo, ponieważ często przystawaliśmy, aby najzwyczajniej odpocząć i móc podziwiać tak wielką ilość kwiatów. Krokusy w Dolinie Chochołowskiej zawsze wydawały mi się pięknym widowiskiem, gdyby nie tłumy bezmyślnych ludzi, które muszą pilnować wolontariusze, a tutaj, poza nami, nikogo nie było i na dodatek „dywany” ograniczała tylko i wyłącznie wielkość góry, na którą wchodziliśmy…

Wędrówka przez rododendrony

   
Kwiatowy obłęd trwał w najlepsze

Kiedy osiągnęliśmy poziom 2780 m n.p.m. spojrzeliśmy w dół. Zauważyliśmy małą polankę z czerwonymi krzaczkami jagodowymi. Wtedy przypomnieliśmy hasło ‘na czerwonych jagodach w prawo’. Dostrzegłem również kogoś w czerwonej kurtce. Myślałem, że idzie na przełęcz Lagem, stąd przyglądałem się, czy znajdzie ścieżkę prowadzącą do niej. Jednak zaczął podchodzić tak jak my, co mnie trochę zdziwiło, ponieważ wiedziałem, że ewidentnie idziemy poza szlakiem i na przełęcz nie dojdziemy. Z drugiej strony ciekawiło mnie, gdzie zaprowadzi nas pozaszlakowa trasa. Kierowaliśmy się w stronę najwyższego widocznego zielonego wierzchołka, który pokrywały żółte kwiaty. Przed nami widzieliśmy podłużny płat śniegu, a nieco niżej coraz rzadziej występujące rododendrony. Najpierw pilnowaliśmy trasy, żeby wyjść ponad ich poziom, a jeszcze wyżej – ponad dwa samotnie rosnące krzaczki w dużych odstępach od siebie. Kiedy dotarliśmy do końca rododendronów, przed nami otwarła się jedna wielka trawiasta polana, którą dosłownie „zalało” morze żółtych jaskrów alpejskich. Praktycznie od samego początku górę pokrywały dywany kwiatów, a na aktualnej wysokości (powyżej 2800 m n.p.m.) weszliśmy w najpiękniejszą ich strefę, ponieważ tworzyły żółte „morze”. Ponownie stanęliśmy na dłuższy moment, aby poczuć klimat gruzińskich gór. Położyliśmy się nawet na trawie, aby zrobić zdjęcia, pogłaskać psa, jak również, żeby nacieszyć oczy czymś niezwykłym. Widzieliśmy, że facet w czerwonej kurtce szybko nas dogonił. Pomachał nam z dość sporej odległości. Rozpoznał nas. Był nim ten sam człowiek z Uralu, którego minęliśmy wczoraj z Damianem przy wielkim płacie śnieżnym na grani za ścianami skalnymi, za punktem widokowym 2980 m n.p.m. w drodze na Chubedishi 3015 m n.p.m. Ucieszył się, kiedy nas zobaczył. Od razu zauważyliśmy, że i dzisiaj wyruszył w sandałach. Można powiedzieć, że pruł przez góry, bo nie zatrzymywał się na kwiatowych dywanach. Przecinał je, nie zwracając uwagi na ich piękno. Kiedy nas wyprzedził, pokazał nam, którędy mamy iść, żeby było najlepiej. My tymczasem szliśmy swoim tempem, które głównie spowalniało podziwianie pięknych widoków. Pogoda ciągle dopisywała. Dodatkowo z naszego punktu mieliśmy kolejną bardzo ładną panoramę. Za nami widniała „zamszowa” góra w całości pokryta białymi kwiatami aż po widoczny wierzchołek. To wszystko widzieliśmy na tle białej Ściany Bezingi.


 
Morze kwiatów zalało góry - wysokość 2780 m n.p.m.

 
Morze kwiatów zalało góry - wysokość 2780 m n.p.m.
 

W miarę dalszego podchodzenia zauważyliśmy, że kwiatów stopniowo ubywa. Przede wszystkim stawały się coraz mniejsze z powodu niedostatecznej ilości wody oraz późniejszej pory, kiedy mogły wyrosnąć po długiej zimie. Minęliśmy rozciągnięty, ale wąski płat śniegu, który dotychczas mieliśmy po lewej stronie. Za nim strome zbocze stawało się coraz bardziej płaskie. Teraz szliśmy najwyżej położoną granią. Po kilkunastu minutach dostrzegliśmy, że zza zielonych stoków wyłania się brązowo-biały szczyt. Był to właściwy wierzchołek góry w kierunku, której szliśmy. Tak naprawdę patrzyliśmy na trójwierzchołkową górę, którą podziwiamy na co dzień z poziomu korytarza łączącego trzy pokoje w naszym guest housie, tyle że z jego perspektywy aktualnie znajdowaliśmy się po jej drugiej stronie. Patrząc na odległość jaka dzieliła nas do głównego szczytu pomyślałem, że tam nie dojdziemy. Wydawało się za daleko, no i zalegało jeszcze sporo śniegu.

 

JESTEŚMY NA GRANICY WIOSNY I ZIMY

Kiedy dotarliśmy do poziomu 2900 m n.p.m. trafiliśmy na równą, zieloną polankę. Zanim jednak do niej doszliśmy, musieliśmy okrążyć zagłębienie terenu wypełnione śniegiem. Usiedliśmy na dłuższą chwilę, żeby podziwiać najwyższe góry. Spojrzeliśmy również na przełęcz Lagem, która wyglądała na niską w porównaniu z otaczającymi szczytami. Widzieliśmy, że facet z Rosji poszedł już znacznie wyżej. Basia powiedziała, że dalej nie idzie, bo widoki stąd i tak są bardzo piękne. Odtąd góra znacznie zmieniała swój charakter. Za polaną, na której siedzieliśmy, rozpoczynała się dwuwierzchołkowa grań – pierwsza dość stroma i nawet szeroka, a druga bardziej stroma i wąska ze spadzistymi zboczami po obu stronach. Na dodatek zdecydowanie przeważały kamienie i śnieg oraz biel na samej grani. Wiedziałem, że jeśli chciałbym pójść dalej, to musiałbym przecierać szlak, ponieważ nikt tędy nie chodził. Nie widziałem nawet starych śladów. Chociaż na odcinku 2950 m n.p.m. do poziomu 3100 m n.p.m. śniegu nie brakowało, to miałem możliwość, aby go obejść od lewej strony, idąc po sypkich kamieniach, a czasem w lekkim błocie powstającym przez spływającą wodę z topniejących białych płatów. Tam, gdzie grań przyjmowała kształt ostrego grzebienia lub przynajmniej trójkąta, śnieg tworzył nawisy, co oznaczało, że mogło go zalegać nawet do kilku metrów. Jeśli był rozmiękły, to łatwo mógłbym się w nim zakopać, gdzie tylko upływałby czas i traciłbym siły, ale nie zobaczyłbym postępu. Z tego względu na pierwszym odcinku facet z Uralu obchodził każde pole śnieżne bokiem. Z drugiej strony miał nieodpowiednie buty (jeśli sandały nadal można nimi nazywać), żeby iść przez głębokie śniegi. Wiedziałem, że jego wędrówka wkrótce się zakończy, podobnie jak trasa granią wczorajszego dnia. Za każdym razem zatrzymywały go nieodpowiednie buty. Gdyby tylko wziął pod uwagę, że powyżej 2900 m n.p.m. jeszcze może zalegać mnóstwo śniegu, osiągałby dokładnie te same cele, co my.


Granica wiosny i zimy
 

MOJA SAMOTNA WĘDRÓWKA DO ŚWIATA ZIMY

Basia powiedziała, że zostaje, ale jeśli chcę, to mogę iść dalej, ponieważ jest ciepło, ma gdzie leżeć i przede wszystkim jest pies, którego może głaskać. Umówiliśmy się tak: spróbuję podejść na sam szczyt, ale zobaczę, ile można wejść, ponieważ czym wyżej, tym coraz większe zwały śniegu zalegały. Wiedziałem, że lekko nie będzie. Jednak nie z powodu trudności technicznych, ale raczej z powodu konieczności wytyczenia trasy szlaku w kilkumetrowych, rozmiękłych zaspach. Potrzebowałem dużo sił, aby dotrzeć do celu. Cienką kurtkę przeciwwiatrową zostawiłem u Basi, żeby miała na czym leżeć. Wziąłem tylko polar, aparat, trochę jedzenia i izotonik. Wystartowałem swoim tempem, obchodząc pierwsze płaty od lewej strony, podobnie jak zrobił to facet z Uralu. Widział, że wyruszyłem samotnie. On siedział już na pierwszym wierzchołku. Za jego plecami rozpoczynały się głębokie śniegi, których nie mógł obejść w żaden sposób. W tym miejscu musiał zakończyć swoją wędrówkę. Z ciekawości chciałem sprawdzić na jakiej wysokości przebywał. Miałem taką możliwość dzięki wgranym mapom i sygnałowi GPS, ale najpierw musiałem do niego dotrzeć... Wysokość mogłem określać z dokładnością do 5 m. Pierwsza grań nie wydawała się zbyt wysoka, ale raczej trochę długa. Z tego powodu na początku nie ruszyłem szybkim tempem. Utrzymywałem jednostajny, ale ciągły krok, tylko z jedną kilkudziesięciosekundową przerwą na podziwianie widoków. Ze skalistego zbocza, z dużej wysokości widziałem Basię z psem na polanie. Czym podchodziłem dalej, tym stawali się coraz mniejsi, aż zaczęli przypominać małe punkty w morzu traw i kwiatów. Odtąd poczułem klimat kończącej się zimy. Przede mną widniała zeszłoroczna, uschnięta roślinność, a po prawej – zwały nawianego śniegu. W takiej formie pozostawał do dziś. Najdłuższy odcinek stanowiła kamienista stromizna, gdzie drobny żwir i potłuczone kamienie sypały się spod nóg. Za chwilę dorównywałem do faceta z Uralu nadal siedzącego na pierwszym wierzchołku. Najwidoczniej czekał aż dotrę do niego.


 
Widok z polany na poziomie 2900 m n.p.m.
 

DOLINA CHOCHOŁOWSKA W KROKUSACH NA KAUKAZIE

Na około osiem metrów wysokości przed lokalnym szczytem, zatrzymałem się i położyłem na zielonej polance. Dlaczego? Ponieważ góra po raz kolejny zaskoczyła mnie w nieoczekiwany sposób. Właśnie patrzyłem na czwarte miejsce, gdzie widoki dosłownie „wgniatały” w ziemię. Tym razem miałem coś na wzór Polany Chochołowskiej w pełni rozkwitu krokusów. Do 3100 m n.p.m. brakowało mi zaledwie 15 m. Zieleń w środku zimy pokrywało wręcz morze fioletowych kwiatów – pierwiosnków maleńkich. Poczułem się jak na fotografowaniu krokusów w Tatrach. Jako, że miałem słoneczne warunki, od razu chciałem złapać jak najwięcej pierwiosnków na zdjęciach. Polana z morzem kwiatów tworzyła enklawę na tle zimy dookoła. Wszędzie królował surowy krajobraz bez roślinności i z dużą ilością śniegu, skał oraz kamieni. Stałem na wycinku pełnej wiosny w środku kończącej się zimy. Pierwiosnki maleńkie zachwycały! Aż trudno było nie spojrzeć w ich stronę. W miejscu, gdzie robiłem zdjęcia, miałem tysiące tych pięknych kwiatów na tle zbocza w całości pokrytego śniegiem. Powstały bardzo dobre okoliczności do fotografowania. Zachwycałem się fioletowo-zieloną enklawą…

 

Po dłuższej chwili wstałem z ziemi, po czym dotarłem na wierzchołek, gdzie siedział facet z Uralu. Kiedy osiągnąłem lokalny szczyt podaliśmy sobie ręce. Wówczas powiedział: ‘Teraz wiesz, dlaczego tu siedzę. Bo kwiaty są przepiękne i te góry… [wskazując na śnieżne szczyty, tworzące ścianę]’. Zapytał mnie również: ‘Wiesz może na jakiej wysokości jesteśmy?’. Odpowiedziałem mu: ‘Tak, zaraz to sprawdzę… Jesteśmy na 3095 m n.p.m.’. Przysiadłem się do niego, aby podziwiać piękną panoramę dookoła. Spojrzeliśmy na główny wierzchołek, do którego prowadziła ośnieżona, dość ostra i stroma grań. Wówczas pokazał palcem na swoje sandały i powiedział: ‘Ja dalej nie dam rady iść, ale Ty masz porządne buty, więc dasz radę. Widzę, że masz kondycję i siły’. Na to odpowiedziałem: ‘Spróbuję wejść na szczyt. Zobaczę, ile się uda. Jeśli nie będę mógł wejść wyżej, to zawrócę’. Po dłuższej chwili pożegnałem się z nim, a ja podszedłem do śnieżnej grani. Dodałem tylko, że będę iść powoli i zamierzam ubijać każdy krok.


  
Gruzińska Dolina Chochołowska

 
Mały, czerwony punkt to moja kurtka, gdzie obok siedzi Basia
 

SAMOTNE WEJŚCIE NA SZCZYT

Moją wędrówkę rozpocząłem stopniowo. Każdy powstający ślad utwardzałem trzy razy, żeby nie wpadać w śnieg. Pierwsze kilka kroków wybiłem głęboko, bo aż do poziomu kolan. Kolejne były coraz płytsze. Mimo wszystko, trzykrotnie stawiałem każdy krok aż do połowy lokalnego siodła, które tworzyła półostra grań. Ubijając ślady, poczułem, że trafiłem na „betonowy” śnieg. Znaczyło to, że mogłem szybko przeskoczyć dalej, ponieważ nie powstawały kolejne dziury. Kiedy na trasie zmienił się nieco jego odcień, zwolniłem i ponownie zacząłem utwardzać każdy ślad trzy razy. Po przejściu na drugą stronę wyszedłem na pas sypkich kamieni. W podobnym terenie podchodziłem tylko kilkadziesiąt metrów. Ostatni fragment stanowiła śnieżna grań z największymi nawisami. Zszedłem więc kilka metrów na lewą stronę od głównego ciągu, po czym zacząłem ubijać każdy krok. Śnieg miał różną strukturę, stąd nie mogłem wybrać odpowiedniego kierunku. Wszędzie zapadał się w losowych miejscach. Z tego powodu każdy krok stawiałem trzy razy. Spojrzałem na faceta z Uralu siedzącego na pierwszym wierzchołku. Widział, że dotarłem prawie pod sam wierzchołek. Po dłuższej chwili zaczął schodzić w stronę zielonej polany, gdzie leżała Basia. Teraz patrzyłem na szczyt właściwy. Stanąłem przed nim, ponieważ nie wiedziałem, czego mam oczekiwać. Przede mną widniała około pięciometrowa ściana śniegu. Nawet nie miałem możliwości wejścia na nią. Pomyślałem: ‘Nie wiem, co znajduje się po jej drugiej stronie’. Nie wyglądała jak nawis nad przepaścią, dlatego postanowiłem, że u jej podstawy ubiję mokry śnieg. Liczyłem, że ten nieco wyżej będzie bardziej twardy. Przez kilka minut utwardzałem kolejne usypywane partie, aż „wyrzeźbiłem” około półtorametrowe stopnie. Powyżej schodów śnieg był zupełnie inny. Zacząłem więc przednią częścią buta wybijać kolejne ułatwienia w ścianie. Kiedy prawie wszedłem na górę, zawróciłem, zrzuciłem plecak, po czym dokończyłem wybijanie stopni „na lekko”. Złapałem obiema rękami górną część twardej ściany, po czym wystawiłem tylko głowę. Za nią widniał kawałek płaskiego i kamienistego terenu, gdzie mogłem nawet usiąść. Z tego powodu szybko wróciłem po plecak, po czym na szczyt wszedłem ze wszystkim, co zabrałem.


  
Idę w samotności na poziom 3200 m n.p.m.
 

Widoczna panorama wręcz zachwycała, ponieważ mogłem zobaczyć przynajmniej po 100 km gór Kaukazu zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Białe szczyty ciągnęły się aż po horyzont i tworzyły ogromną, białą linię. To bardzo mocno działało na wyobraźnię. A skąd wziąłem tak duże odległości? Z Ushguli do Mestii mieliśmy jakieś 45 km drogami, a Ushba choć stała daleko stąd, to za nią ciągnęło się jeszcze całe mnóstwo gór, tworzących długą linię. Byłem zachwycony tak rozległą panoramą Kaukazu. Coś podobnego widziałem jedynie ze szczytu Kaukazu i Elbrusa, ale wówczas przebywałem na zupełnie innej wysokości. Tutaj pomimo 3242 m n.p.m. miałem bardzo szeroki widok na mnóstwo lokalnych pasm górskich i najwyższych szczytów wchodzących w skład Kaukazu. To było coś! Na wierzchołku bezimiennej góry o wysokości 3242 m n.p.m., na którą codziennie patrzymy z naszego pokoju i ławki wystawionej na zewnątrz guest house’a postanowiłem posiedzieć około 15 min. Czekałem na większą chmurę aż odsłoni słońce, dzięki czemu mógłbym wykonać zdjęcia. Liczyłem na odpowiednie światło. Po dłuższej chwili udało się. Widziałem Ushbę, ale chmury „ścięły” jej charakterystyczne rogi. Ciągle wpatrywałem się w długi łańcuch białych gór na tle zieleni. W końcu niecodziennie mam okazję podziwiać takie panoramy. Rejon szczytowy bezimiennej góry, na którą codziennie patrzyliśmy z Ushguli pokrywały grube, kilkumetrowe śniegi. Pomyślałem, że wiosna jeszcze długo będzie musiała „walczyć” o te tereny. Oglądając zdjęcia w Internecie, wiedziałem, że jednak i tu kiedyś zawita. Być może pod koniec lipca. Z racji sporej wysokości nie zdążą wyrosnąć większe rośliny, a jedynie zobaczymy trawy i alpejskie kwiaty. Na nic więcej nie można liczyć, gdybyśmy przyjechali do Gruzji o miesiąc później. Po dłuższym odpoczynku i podziwianiu widoków rozpocząłem zejście. Z pięciometrowej ściany schodziłem tyłem – tak, jak zawsze robię to w Tatrach.


   
Panorama widoczna ze szczytu góry 3242 m n.p.m. Na pierwszym zdjęciu widać Ushbę

Piękny widok ze szczytu góry 3242 m n.p.m.

Nawet widać Basię z dużej wysokości
 

MAŁA UWAGA

Schodzenie z dużych stromizn przodem jest znacznie mniej bezpieczne, ponieważ, kiedy się potkniesz, od razu spadasz z dużą prędkością, której być może nie zdążysz wyhamować już na początkowym etapie upadku. Schodząc z kolei tyłem, dajesz sobie znacznie większe szanse. W razie poślizgu, obie ręce masz od razu w gotowości, ponieważ już czegoś się trzymasz. Dlatego nawet nie nabierzesz rozpędu, a już zablokujesz dalszy upadek. Najczęstszym, jakże błędnym argumentem, który słyszę w Tatrach jest: ‘nie schodzę tyłem, bo nie widzę, co jest pode mną’. Idąc przodem, częściowo widzisz, ale upadek nawet z dwóch metrów może być tragiczny. Schodząc tyłem, zawsze możesz patrzeć pod siebie i próbować wyczuć butem jakąś stabilną skałę. Po tym jak kto schodzi w trudniejszych miejscach poznasz, kto ma większe doświadczenie w górach… Zejście tyłem ma jeszcze jedną zaletę. Na stromiznach wytracasz wysokość znacznie szybciej, a kiedy będziesz miał już więcej podobnych gór za sobą, zobaczysz, że nabierzesz wprawy w płynnym schodzeniu, podczas gdy osoby wracające przodem będą co chwilę się zatrzymywać, aby wypatrywać jakiegoś kawałka skały.

 

POWRÓT Z WIERZCHOŁKA

Zejście śnieżną granią upływało mi bardzo szybko, ponieważ wcześniej wybiłem i utwardziłem każdy ślad. Nawet sypkie kamienie pozwalały schodzić szybko, bo pod nimi zalegała rozmięknięta ziemia, dzięki czemu pięta idealnie wbijała się w nią. Najdłuższy fragment śniegu prowadzący do pierwszego wierzchołka, upłynął mi wyjątkowo szybko. Każdy ślad miałem bardzo dobrze ubity, stąd wystarczyło jedynie kilka minut, aby dotrzeć do lokalnego szczytu, gdzie wcześniej siedział facet z Uralu. Z dużej wysokości nawet widziałem, że rozmawiał z Basią, ale później zaczął wracać. Tymczasem wracałem kamienistą częścią długiej grani, tuż obok ciągnącego się śniegu, wzdłuż jej głównej linii. Tak samo jak podczas podejścia, ponownie na osiem metrów pod wierzchołkiem położyłem się na trawie wśród fioletowych kwiatów, aby je fotografować. Teraz miałem inne światło, a słońce dość często wychodziło zza chmur. Wszędzie dookoła panowała słoneczna pogoda, ale jeśli jeszcze pamiętasz moje słowa: ‘każda góra ma swoją chmurkę’, to wiesz, że właśnie przebywałem pod szczytem chmurotwórczej góry. Lokalnie utrzymywało się dość duże zachmurzenie, ale wszędzie poza nim zdecydowanie przeważało niebieskie niebo. Mimo wszystko, doczekałem kilku momentów, kiedy mocno zaświeciło słońce, dlatego mogłem zrobić dużo zdjęć fioletowych pierwiosnków malutkich. Ponownie mogłem poczuć się jak w Dolinie Chochołowskiej podczas pełni rozkwitu krokusów. Tyle, że dookoła nie miałem ani jednej osoby. Panował zupełny spokój.


   
Gruzińska Dolina Chochołowska w drodze powrotnej

   
Najpiękniejsze widoki tej trasy
 

Po dłuższej przerwie na zdjęcia kontynuowałem zejście. Z racji miękkiej ziemi i sypkich kamieni, bardzo szybko dotarłem do polany, gdzie leżała Basia z psem. Opowiedziała mi jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy. Wspomniała, że najpierw słońce grzało tak bardzo, że psu było aż za gorąco. Zrobiła więc z kijka i mojej czerwonej kurtki zadaszenie, jak robi się to w górach z pałatki. Dzięki temu pies leżał w cieniu. Basia obserwowała, gdzie jestem i złapała nawet moment, kiedy dotarłem do faceta z Uralu. Powiedziała również, że widziała mnie jak podchodzę na szczyt, a dalej już zniknąłem. Później dostrzegła, kiedy wracam. W tym czasie z powodu większej ilości chmur zrobiło się zimno, dlatego musiała założyć polar. Wspomniała o facecie z Uralu, który ją zagadywał o górach. Wszystko rozumiała, ale trudniej było jej coś odpowiedzieć po angielsku. Mimo wszystko, próbowała. Teraz opowiedziałem Basi co widziałem na szczycie i jak w ogóle wyglądała trasa na wierzchołek bezimiennej góry. Przede wszystkim wspomniałem o niesamowitej linii białych gór tworzących Kaukaz, ciągnącej się w obu kierunkach. Ten widok bardzo utkwił mi w pamięci. Druga rzecz, o której musiałem powiedzieć, to „Dolina Chochołowska” i miejscowe „krokusy” na wysokości prawie 3100 m n.p.m. Fioletowe kwiaty na tle śnieżnych gór po prostu zachwycały. Pozytywnie podsumowaliśmy fakt, że pomyliłem oryginalny szlak z powodu błędu na mapie. Zastanawialiśmy się, czy pomyłka wyszła nam na gorsze, czy na lepsze… Oboje stwierdziliśmy, że w porównaniu z tym, co widzieliśmy i przeżyliśmy, przełęcz wypadała „słabiej”. Nie znaczy to, że nie zobaczymy z jej poziomu pięknych widoków. Są i to bardzo piękne! Tyle, że przez pomyłkę miałem możliwość wejścia na wysokość 3242 m n.p.m., zobaczenia wysokogórskiej „Doliny Chochołowskiej” z „krokusami”, a także niezwykłych dywanów kwiatów, jakich dotychczas nigdzie indziej nie widziałem. Kiedy dotarliśmy na najgęstsze skupiska jaskrów alpejskich usiedliśmy tam, aby jeszcze raz w spokoju popatrzeć na Shkharę oraz inne białe szczyty.


  
Ponownie cieszę się kwiecistymi polanami w drodze powrotnej
 

CIEKAWOSTKA ZE ŚWIATA GÓR

Siedząc na polanie, mając dane z mapy o powierzchni widocznego zbocza, spróbowałem oszacować, ile kwiatów może tu występować. W 2019 roku na stronach Tatrzańskiego Parku Narodowego czytaliśmy, że w kwietniu w jednym czasie najwięcej zakwitło około 14 milionów krokusów. Tyle, że znajdowały się one na jednej polanie. Tutaj z kolei mieliśmy wszędzie dookoła dywany kwiatów pokrywające zbocza gór od ich stóp aż po szczyty. Dodatkowo patrzyliśmy na inne pasma w całości pokryte białymi kwiatami lub żółtymi jaskrami alpejskimi. Widząc jak wielki mają zasięg, spróbowałem oszacować, ile ich jest tylko na zboczu, na którym aktualnie siedzieliśmy. W obliczeniach pominąłem inne fragmenty tej samej góry, a tym bardziej szczyty, na które mieliśmy bezpośredni widok. Biorąc pod uwagę powierzchnię trawiastej części policzonej na podstawie wgranej mapy oraz szacunkowe obliczenia zagęszczenia kwiatów na wybranej jednostce powierzchni, otrzymałem wynik… 9,6 miliona kwitnących jednocześnie jaskrów alpejskich i innych białych, nieznanych mi kwiatów… Gdybym miał wziąć pod uwagę tylko widoczne najbliższe góry, kto wie, czy nie doliczyłbym się ich aż 100 milionów… W szczególności te białe, które rosły w gromadach i zajmowały całe pasma, z pewnością podniosłyby i tak już ogromny wynik.


Jak myślisz? Ile kwiatów jest tylko na tej jednej górze?...
 

Po dłuższej przerwie zaczęliśmy schodzić. Idąc dalej przez „dywany”, dotarliśmy do miejsca, gdzie na wąskim pasie dostrzegliśmy jeszcze nieznane mi fioletowe kwiaty i pierwiosnki. Okolica wyglądała obłędnie. W najgęstszych miejscach występowania jaskrów alpejskich stawaliśmy, żeby zrobić ciekawe zdjęcia na tle ośnieżonych gór. Teraz mogliśmy zobaczyć jak wysoko weszliśmy i jaką stromiznę pokonaliśmy dzisiejszego poranka. Rozpoczynając podchodzenie mocno nachylonym zboczem w drodze na szczyt, poziom końca rododendronów wydawał się niesamowicie wysoko. Z tamtej perspektywy wyglądał jakby tuż nad nim znajdował się wierzchołek. Teraz, kiedy patrzyliśmy z rozległej trawiastej polany, widzieliśmy, że pozostało nam dużo wysokości do wytracenia, zanim dotrzemy do najmniejszych krzaków rododendronów. Nawet stąd dostrzegliśmy czerwone jagody na małej polance, które były dla nas punktem orientacyjnym. Ponownie powtórzyliśmy hasło: ‘na czerwonych jagodach w prawo’. Gęste trawy i mocno przeryta ziemia znacznie ułatwiały schodzenie, ponieważ duże kępy lub kopce dobrze amortyzowały większość kroków. Droga przez rododendrony bardzo szybko upływała. Dopiero teraz mogliśmy poczuć, że dzisiejsza stromizna była wymagająca pod względem kondycyjnym. Schodziliśmy tak długo, aż dotarliśmy do mieszanki białych i żółtych kwiatów, czyli do wypłaszczenia terenu prowadzącego przez wąską ścieżkę pomiędzy rododendronami na małą polankę z czerwonymi jagodami. W oddali, po lewej stronie, widzieliśmy, że ktoś schodzi z przełęczy Lagem, ale dzieliła ich spora odległość od nas. Zrobiliśmy jeszcze jeden postój na pierwszej łące z gęstą mieszanką białych kwiatów i jaskrów alpejskich oraz w pełni otwartych rododendronów (patrząc z perspektywy osoby, która dopiero zaczynałaby szlak). Zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę, żeby jeszcze popatrzeć na piękno dzisiejszej góry. Pies nadal miał siły. Z radością biegał pomiędzy kwiatami.


   
Widoki w drodze powrotnej do doliny rzeki Enguri
 

Po przerwie dołączyliśmy do oficjalnej ścieżki prowadzącej do Ushguli. Ponownie przebijaliśmy się przez zarośla pełne plastikowych rur doprowadzających wodę. Mieliśmy wrażenie, że aktualnie spływa znacznie więcej wody niż wczesnym porankiem. Ścieżka rozmiękła, a wody wyraźnie przybyło w potokach i na szlaku. Tak w rzeczywistości było, ponieważ w miarę upływu dnia słońce wytapiało coraz więcej śniegu. Ten cykl powtarza się codziennie. W nocy z kolei spływa coraz mniej wody. Etap z rurami przeszliśmy szybko. Jeszcze raz zwróciliśmy uwagę na osobno rosnącą gęstą kępę fioletowych kwiatów. Wyróżniała się na tle ziemistej ścieżki. Idąc nią przez szeroką polanę, skąd widać plac budowy, wyprzedziło nas pięciu ludzi ubranych w większości na czarno. Byli zdziwieni, ponieważ nie widzieli nas na trasie, a teraz kogoś spotkali. Zapytali, którędy szliśmy. Odpowiedziałem, że chcieliśmy pójść na przełęcz, ale pomyliliśmy szlak, przez co wyruszyliśmy na szczyt góry 3242 m n.p.m. Opowiedziałem im, co tam zobaczyliśmy oraz wspomniałem, że widziałem jakichś ludzi idących z przełęczy. Chłopaki pochodzili z Izraela, co nas troszkę zaskoczyło. Nie spodziewałem się w Gruzji miłośników gór z tego państwa. Pogratulowali nam wejścia na szczyt, ponieważ od strony przełęczy wejście nie było możliwe. Tam grań przyjmuje kształt ostrej brzytwy i na dodatek w całości pokrywały ją zwały śniegu. Oni również chcieli spróbować pociągnąć wędrówkę dalej, w którąś z możliwych stron, ale ostra grań ze śniegiem skutecznie zablokowała ich plany. Tym bardziej cieszyłem się, że pomyliłem szlak, bo dzięki temu zobaczyliśmy coś więcej i chyba bardziej wyjątkowego. Mimo wszystko, nie ważne kto, gdzie wszedł, ponieważ z każdej góry i przełęczy w Swanetii mamy wspaniałe widoki.


   
Wyrównujemy do ścieżki prowadzącej do głównej drogi przy rzece Enguri
 

Idąc najłatwiejszą częścią szlaku, czyli przekraczając pięć kolejnych polanek przeciętych pięcioma potokami z widokiem na wysoką kaskadę, na jednej z nich dotarliśmy do miejsca, gdzie pasło się stado krów. Dopiero teraz spostrzegłem, że tak naprawdę zeszliśmy ze szlaku, przez co nadal utrzymujemy stałą wysokość. Szliśmy ścieżką wydeptaną i utrwaloną przez krowy. Pies cały czas szedł z nami. Zdziwiliśmy się, kiedy zobaczył krowy, ponieważ zaczął je przeganiać, jakby chciał oczyścić nam drogę. Szczekał na te, które szły naszą trasą lub tuż obok niej. Słońce świeciło nieprzerwanie. Oświetlało wszystkie góry dookoła. Zieleń przybierała intensywnego koloru, co spowodowało kolejne przystanki na zdjęcia. Nawet tutaj, gdzie szliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów nad poziomem głównej doliny prowadzącej do lodowca Shkhara widoki wręcz zachwycały. Zieleń kipiała w wielu odcieniach, a także ciągnęła się aż do ostatniego widocznego pasma górskiego, znajdującego się po przeciwnej stronie wioski Ushguli. Kiedy dotarliśmy do głównej drogi (a udało nam się skręcić w ostatnim możliwym momencie) zobaczyliśmy, że do Ushguli przybyło znacznie więcej turystów. Nie wiedzieliśmy, czy nocują we wiosce, czy są tylko przyjezdnymi z Mestii, którzy dotarli na miejsce taksówką, aby przejść popularny szlak do lodowca. Nawet ostatni powrotny odcinek do naszej chaty zachwycał swoim pięknem, ponieważ na każdej polanie kwitły niezapominajki, pierwiosnki i inne fioletowe kwiaty kipiące swoimi intensywnymi kolorami. Kiedy wróciliśmy do pokoju, odtąd inaczej patrzyliśmy na górę witającą nas codziennie o poranku. Od razu sprawdziliśmy, jak jest ze zdrowiem u Damiana. Wyglądało na to, że znacznie mu się poprawiło. Pozostał jedynie ból gardła i kaszel. Słyszeliśmy, że ciągle odkasłuje wydzielinę z płuc. Damian powiedział: ‘jestem zaskoczony, bo gospodarz przyszedł do mnie, zapytał jak zdrowie, przyniósł mi dwie tabletki i zrobił gorącej herbaty. Ta herbata mnie postawiła na nogi’. Zaczął też opowiadać o samochodzie, który miał naprawiać któregoś dnia. W końcu miał trochę więcej czasu. Podczas wczorajszego wieczoru Damian mówił, że kiedyś zajmował się autami – naprawiał je. Miriam powiedział, że hamulce mu nie działają. Damian musiał sprawdzić co jest nie tak, ale umówił się z gospodarzem na lepszy dzień.


   
Stado krów na szlaku

Jako że piękna pogoda trwała w najlepsze – świeciło pełne słońce – postanowiliśmy jeszcze razem pójść do środkowej części Ushguli. Jest to najbardziej rozpoznawalny fragment wsi. Właśnie tam są wykonywane zdjęcia do wszelkich katalogów, reklam, czy na strony internetowe zachęcające do przyjazdu do Swanetii. Aktualnie mieliśmy najlepsze warunki do fotografowania, ponieważ słońce świeciło w pełni. Jedynie za nami, w okolicach Shkhary gromadziły się szare chmury. Nawet zaczęło padać w jej rejonie, co utworzyło wielki kontrast do pięknej, letniej pogody. Pod charakterystyczną wieżą na wzgórzu wykonaliśmy kilka zdjęć tej części wioski. Promienie oświetlały dachy wiekowych domów. Za naszymi plecami mieliśmy równie ciekawy widok. Granica cienia przecinała wzdłuż na pół, całe Ushguli. Wspomnianą linię kreśliła góra, na którą codziennie spoglądaliśmy wychodząc z pokoju. Wieczorem spotkaliśmy się przy chaczapuri i winie oraz standardowo przedłużyliśmy nocleg o jeden dzień… Miriam powiedział: ‘wy już tu do końca miesiąca zostaniecie’. Siostra gospodarza bardzo nas polubiła. Niespodziewanie przyniosła nam do spróbowania dość spory talerz z białym serem w śmietanie własnej produkcji posypany miętą. Nigdy podobnego nie jedliśmy, dlatego tym bardziej przypadł nam do gustu. Zachwycaliśmy się nim. Ponownie mogliśmy zasmakować kawałek Gruzji… Siostra również nam powiedziała, że jesteśmy dla niej jak bracia i siostry. Każdego wieczoru spotykaliśmy się u gospodarza w jego kawiarni. Panował w niej piękny klimat – w szczególności, kiedy przyjeżdżali turyści z różnych kierunków świata. Każdy z nas opowiadał swoje doświadczenia lub odczucia, jakie mieliśmy chodząc po górach Swanetii.


       
Wioska Ushguli późnym popołudniem

 
Jeszcze jedno spojrzenie na Ushguli

 
Niezapominajkowe spojrzenie oraz rzut na górną część wioski Ushguli
 

DZIEŃ 5 – GVIBARI 2943 m n.p.m., LATPARI PASS 2834 m n.p.m.

Podobnie, jak dnia poprzedniego, wstałem o godzinie 5.50 rano, aby spojrzeć na niebo. Pogoda zachęcała, żeby wyruszyć w góry. Nigdzie nie widziałem ani jednej chmury. Myślałem, że dzisiejsza trasa nie pójdzie tak łatwo, ponieważ dobra passa z pogodą nie może trwać wiecznie. Jako że mieliśmy wymarzone warunki, postanowiliśmy wyruszyć. Damian również. Zjedliśmy śniadanie w postaci gorących zup oraz przygotowaliśmy izotoniki na trasę. Z pokoju wystartowaliśmy o godzinie 7.12. Tym razem zmieniliśmy kierunek, ponieważ nie wybraliśmy drogi na lodowiec, ani stromego podejścia z punktem widokowym na poziomie 2980 m n.p.m. Szliśmy ścieżką przebiegającą ponad poziomem środkowego Ushguli.


 
Przecinamy górną część wioski Ushguli
 

MIEJSCE, KTÓRE WARTO OMIJAĆ, ALE NIE MA INNEJ ALTERNATYWY…

Gruzja od zawsze kojarzyła nam się z gościnnością i pięknymi chwilami, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto potrafi zepsuć cały klimat. Na wysokości środkowej części wioski, ścieżka przechodzi przez teren prywatny. Innej możliwości nie ma, dlatego trzeba przez niego przejść. Kiedy dotarliśmy do drewnianej furtki, tuż obok niej widniała tabliczka: ‘to jest teren prywatny. Jeśli chcesz przejść, pobieramy opłatę 2 lari za osobę’. Dla mnie nie w porządku był fakt, że oficjalny szlak opisywany w przewodnikach poprowadzono przez teren prywatny, albo…, że ktoś wybudował się na jego fragmencie, ale nie zmieniono przebiegu trasy. Idąc przez długą posesję nikogo nie spotkaliśmy. Dopiero na samym końcu, przy drugiej furtce stało dwóch rozmawiających ze sobą facetów i jedna kobieta. Kiedy nas zobaczyła, powiedziała chłodnym głosem ‘two lari per person’, po czym szybko odwróciła głowę na bok, jakby wstydziła się tego, co mówi. Koniecznie chciała uniknąć kontaktu wzrokowego. Dotychczas nie tak wyglądała gruzińska gościnność. Wystarczyło się uśmiechnąć i powiedzieć coś miłym głosem, a zdecydowanie inny byłby odbiór wspomnianego miejsca. Niestety nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć kilka złych słów o właścicielach omawianego terenu. Góry zdecydowanie nie uczą podobnego podejścia do ludzi, stąd nie znając gospodarzy, mogłem jasno stwierdzić, że nie byli ich pasjonatami, ani nawet nie mieli ich w sercu, pomimo wspaniałego miejsca zamieszkania. Z drugiej strony, nie ma innej możliwości przejścia na drugą stronę posesji. Może jest…, ale ścieżka, którą proponują mapy nie jest polecana, ponieważ szlak jest ultra uciążliwy od tej strony, o czym opowiem, opisując naszą drogę zejścia. Na razie w skrócie powiem, że tuż przed wejściem na teren prywatny ścieżka zakręca w lewo, zieloną polaną pod górę – w stronę lasu. Mielibyśmy piękną alternatywę pozwalająca ominąć chłodnych ludzi bez serc do gór, ale niestety od początku lasu, stromizna szlaku oraz luźno leżące kamienie i płynąca woda całą szerokością drogi powoduje, że wejście na lokalne wzniesienie „wypruje” nas całkowicie z sił, tylko po to, aby dostać się na mało znaczące 2350 m n.p.m. Zdecydowanie nie warto męczyć się na początkowym fragmencie trasy walcząc z jej uciążliwościami. W ramach ciekawostki dopowiem, że można wybrać wspomniany szlak w drodze powrotnej, żeby ominąć nieszczęsną posesję. Tak też zrobiliśmy. Przy drugiej furtce oczywiście zapłaciliśmy właścicielom, ale Basi mina mówiła wszystko, co o tym myśli. Nie chodziło o pieniądze, ale o bezduszność i chłód serc. Podobni ludzie powinni być opisywani w relacjach niekoniecznie z dobrej strony, żeby inni zobaczyli, że coś jest nie tak. To właśnie zrobiłem… Najlepiej, gdyby turyści wydeptali tuż za ogrodzeniem nową ścieżkę, pokazując gospodarzowi, jaki mają stosunek do niego. Co innego, gdyby ci ludzie podeszli do turystów z innym nastawieniem.

 

INNY CHARAKTER GÓR

Przeszliśmy na drugą stronę prywatnego terenu. Odtąd wąska ścieżka wydeptana w trawie zakręcała powoli łukiem w lewą stronę, prowadząc wzdłuż granicy lasu. Po prawej nadal ciągnęły się zielone polanki. Jako że szliśmy od północnej strony pasma górskiego, spodziewałem się znacznego chłodu, wilgoci i w ogóle odmiennych warunków. Tutejsze góry w całości porastały brzozowe lasy, a nieco dalej, pomiędzy drzewami, widniały kwitnące rododendrony. Bardzo nisko, jak na te same kwiaty w innych częściach gór. Zazwyczaj pojawiały się od wysokości 2450 m n.p.m. Ten dzień chyba dla każdego był ciężki. Każdy z nas czuł ‘zmęczenie materiału’, a inny charakter szlaku pogłębiał wspomniane uczucie. Nie mieliśmy nasłonecznionych stoków, szliśmy przez zarośla, a ścieżka wiła się pomiędzy drzewami. Podobny stan rzeczy działał na psychikę, ponieważ mieliśmy świadomość, że podczas wcześniejszych dni wędrowaliśmy piękniejszymi trasami, gdzie od początku podziwialiśmy sielankowe widoki. Początek nie zachwycał, a w głowach krążyła chłodna myśl: ‘two lari per person’, które odtąd powtarzaliśmy. O ile miałem sporo sił, to jakoś głowa „nie pchała” mnie dalej. Nie podpowiadała mi: ‘idź dalej, wyżej!’. Dosłownie zabrakło „napędu nóg” od strony psychiki. Szedłem tylko dlatego, bo Damian i Basia też podchodzili… Basia również czuła zmęczenie po kilku intensywnych poprzednich dniach. Damian z kolei nadal miał przeziębienie, mocny katar i bolało go gardło. Na dodatek z powodu choroby, nie pomyślał o butach, żeby je wysuszyć obok pieca lub przynajmniej w okolicach kaloryfera. Przez to wędrówkę dzisiejszego dnia rozpoczął w przemokniętych butach. Nieświadomie stworzył idealny „materiał” na pogłębienie choroby, o czym nawet wspomniał nasz gospodarz wieczorem.


Szlak w drodze na Latpari Pass ma zupełnie inny charakter - jest dużo drzew oraz śniegi pojawiają się znacznie wcześniej
 

Idąc szlakiem, już po kilkunastu minutach dotarliśmy do punktu na wysokości 2200 m n.p.m., gdzie zobaczyliśmy pierwszy, duży płat śniegu. Dodatkowo płynął tędy dość szeroki potok, z większym kamieniem na środku. Żeby przejść na drugą stronę, nie pozostawało nic innego, jak przeskoczyć na niego i dalej – na drugi brzeg. Znając właściwości podeszwy Vibram, od razu odrzuciłem możliwość wskoczenia z rozpędu na kamień wystający z wody, ponieważ Vibram w ogóle nie trzyma się mokrej powierzchni. Mam nawet wrażenie, że każde zwykłe buty mają lepszą przyczepność w podobnych warunkach niż markowa podeszwa… Na mokrych kamieniach po prostu „jeździ”. Nie czuć żadnego tarcia ani przyczepności. Powiedziałem o tym na głos. Basia podpierała się kijkiem. Stawiała kroki wolno, ale stabilnie. Damian z kolei próbował wskoczyć z rozpędu na kamień, po czym chciał wybić się na drugą stronę potoku. Niestety podeszwa Vibram w ogóle nie radzi sobie w takich warunkach. Wystarczyło, że Damian dotknął jego powierzchni, ale nie zdążył ustać nawet na chwilę. Od razu pośliznął się obiema nogami i wpadł od lewej strony biodrem do małej kaskady, zalewając całkowicie buty górską, zimną wodą oraz w większości spodnie aż do pasa. Po tym zdarzeniu bardzo szybko wyskoczył z potoku na drugi brzeg. Dobrze, że tylko się nieco poobijał, a nie złamał sobie kości biodrowej. Zapytałem Damiana, czy wracamy, ponieważ miał wszystko mokre od pasa w dół, a w szczególności buty, w których łatwo mógł się jeszcze bardziej doprawić. Po dłuższej chwili namysłu odpowiedział, że idzie dalej pomimo braku sił, zmęczenia i teraz przemoczenia. Mieliśmy tylko nadzieję, że przynajmniej szybko dotrzemy do nasłonecznionych stoków, dzięki czemu będzie mu ciepło oraz ubrania będą mogły wyschnąć.


 
Widoki na początkowym etapie szlaku
 

PRZYKŁAD POKAZUJĄCY JAK DZIAŁA PSYCHIKA W GÓRACH

Odtąd szliśmy spokojnym krokiem w zacienionym lesie, gdzie pojawiało się coraz więcej rododendronów. Za chwilę przechodziliśmy na drugą stronę płatu śnieżnego. Szedłem jako pierwszy, żeby wybijać ślady. Po 25-ciu minutach osiągnęliśmy wysokość 2300 m n.p.m. Jako że szlak zaczyna się od poziomu 2087 m n.p.m., to mogliśmy powiedzieć, że to już coś… Mimo wszystko, nie staliśmy nawet na równi z lokalnym wzniesieniem z wieżą. Ten na razie nijaki dla mnie szlak wynagrodził mi pierwszy piękny widok. Wyłoniła się Ushba na tle niebieskiego nieba. Cieszyłem się bardzo, ponieważ mogliśmy ją zobaczyć w pełni i na dodatek z dość małej wysokości. Dotychczas musieliśmy wchodzić na co najmniej 3000 m n.p.m., aby móc ją dostrzec. Wystarczyło, że nie osiągnąłeś wspomnianej wysokości przed godziną 11.30, a już nie miałeś możliwości, aby podziwiać dwuwierzchołkowy, rogaty szczyt z powodu chmur, które go „ucinały”. Góry rządzą się swoimi prawami, dlatego musimy dostosowywać nasze plany do procesów chmurotwórczych, a nie próbować je dopasować pod siebie… Zapamiętajmy sobie oczywistą prawdę: nie przesuniemy wschodu słońca, nie zmienimy pór powstawania chmur, nie spowodujemy, że śnieg stopnieje szybciej, nie przedłużymy dnia, ani nie przyspieszymy kwitnięcia kwiatów. Z omawianym zjawiskiem najczęściej spotykam się w Tatrach, gdzie tłumy turystów wyruszają zbyt późno, po czym nie mają żadnych widoków lub tylko częściowe. Niestety chmur nie można przespać. Trzeba je wyprzedzać… Od tego momentu dostałem jakby nowego przypływu sił. Wiedziałem, że problemem nie jest ich wyczerpanie, ale dotychczasowy brak motywacji, który wynikał chyba z faktu, że podczas poprzednich dni początki szlaków były znacznie piękniejsze i widowiskowe. Dotychczas czegoś mi brakowało. Jednak widok Ushby zachęcił mnie, aby iść coraz wyżej, ponieważ chciałem zobaczyć więcej i więcej. Wraz z osiąganiem coraz wyższych poziomów góra odsłaniała się bardziej, a obok niej „wyrastały” kolejne, białe góry. Odcinek leśny jeszcze trochę nam zajął. Ścieżka w czterech miejscach przechodziła na przemian przez większe płaty śnieżne oraz rododendrony.


  
Pojawia się Ściana Bezingi i Ushba
 

PIĘKNO DALSZEJ TRASY

Dotarliśmy na wysokość 2450 m n.p.m. Odtąd rododendrony tworzyły zwarte skupiska. Ich gęstość nie pozwalała na jakiekolwiek zboczenie ze szlaku. Płaty śnieżne z kolei tworzyły ciąg w linii prostej, ponieważ śnieg wypełniał zagłębienie terenu w postaci żlebu. Czym podchodziliśmy wyżej, tym przybywało bieli. Jej skupiska stawały się większe i dłuższe. Na piątym z nich nawet mieliśmy trudność, aby odnaleźć właściwą ścieżkę, ponieważ całkowicie została przysypana. Gdzieś wyżej, po lewej stronie, znalazłem jej dalszy ciąg, dlatego wykorzystałem śnieg do poprowadzenia śladów w linii prostej. Powyżej ścieżka wiodła pomiędzy rododendronami. Tych nie brakowało. Tymczasem Ushba pokazała się nawet z jej podstawą. Dopiero teraz mogliśmy dostrzec, jak jest piękna. Po prawej dostrzegliśmy kolejny biały szczyt. Panorama ośnieżonych gór otwierała się coraz bardziej – z każdym metrem osiąganej wysokości. Widoczna stromizna, kończąca jednocześnie serię wielkich płatów śnieżnych wyznaczała ostatni fragment męczącego podejścia. Dotarliśmy na piękny teren, gdzie szlak rozgałęział się na dwie możliwości. W lewo prowadził na nieoficjalne zejście do Ushguli, pozwalające ominąć posesję, którą nazwaliśmy ‘two lari per person’, a w prawo prowadził szlak właściwy – pozwalający na wejście na Gvibari. Pamiętałem słowa gospodarza, który powiedział, że na Latpari Pass, jeszcze może być za wcześnie, ponieważ w okolicach Gvibari zalega jeszcze zbyt dużo śniegu. Poleca przechodzić wspomniany kawałek trasy dopiero w sierpniu. Wcześniej nie ma co liczyć na możliwość dotarcia do przełęczy Latpari. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że będę szczęśliwy, gdy uda nam się dotrzeć na szczyt Gvibari, ponieważ z poziomu wioski widzieliśmy, ile zalega na nim śniegu oraz że okoliczne szczyty w całości są pokryte grubą warstwą bieli, pomimo że wyższe góry w sąsiednich pasmach górskich już dawno zakwitły jaskrami alpejskimi… Od wysokości 2450 m n.p.m. szlak bardzo mi się podobał, ponieważ zacienione lasy brzozowe przeminęły (a te drzewa kojarzą mi się z nizinami). Odtąd jedynie kwitły piękne rododendrony i na dodatek mieliśmy bajeczny widok na Ushbę. Zanim wyruszyliśmy dalej, zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg, ponieważ z ziemi wybijało źródełko z zimną wodą. Każdy z nas się jej napił i schłodził twarz. Słońce mocno przypiekało. A czym wyżej, tym bardziej czuliśmy jego promienie.


Cudny widok na Ścianę Bezingi z poziomu 2450 m n.p.m.

Wyłania się coraz więcej ośnieżonych gór. W tej części panoramy króluje Ushba 4710 m n.p.m.
 

Dalsza ścieżka przecinała poziomo długie zbocze górskie. Przeszliśmy więc spory kawałek, nie osiągając dodatkowej wysokości. Zamieniliśmy jednak zbocze na inne, które częściowo porastały trawy, a na niej z kolei kwitły dorodne żółte jaskry. Piękne kwiaty, gdzie w tle mieliśmy ciąg białych szczytów, w tym Ushbę, przyciągały wzrok. Pozioma, długa ścieżka przebiegała przez zwartej budowy rododendrony. Na jej końcu „wyrastało” trawiasto-rododendronowe wzniesienie, którym podchodziliśmy stopniowo do góry. Dosłownie za chwilę doprowadziło nas ono do niesamowitego zagłębienia terenu, które bardzo przypominało mi Mięguszowiecki Kocioł w drodze na tak zwaną Przełęcz pod Chłopkiem w polskich Tatrach. Miałem wrażenie, że przebywamy w bardzo podobnym miejscu, tyle że w porównaniu ze szlakiem na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem wchodziliśmy do jego wnętrza. W kotle zalegało mnóstwo śniegu. Opierał się nawet na stromych zboczach. W jego zagłębieniu leżało mnóstwo wielkich głazów. Jeden z nich wykorzystaliśmy jako punkt postojowy. Miejsca wystarczyło dla każdego, a z racji, że tworzył naturalny stół, mieliśmy gdzie rozłożyć się z jedzeniem. Podobało mi się również pobliskie otoczenie, ponieważ dookoła kwitły żółte dorodne jaskry. Jako że czerwony i rudy cicik zawsze są ze mną na trasie, obowiązkowo zrobiłem im zdjęcie na jednym z głazów na tle wyższych gór. Na czerwonym ciciku położyłem dodatkowo jeden żółty kwiat, jak gdyby miał go we włosach. Wystarczyło kilka minut, aby poczuć jak mocno przypieka słońce. Czuliśmy wręcz upał. Damian dzięki temu mógł osuszyć ubrania znacznie szybciej, ale buty potrzebowały znacznie więcej czasu.


 
Widok na Ścianę Bezingi z wysokości 2650 m n.p.m.

Bezimienna góra 3242 m n.p.m. z wczorajszego dnia

Ushba w całej swojej wspaniałości widziana z poziomu 2650 m n.p.m.

 
Widok z lokalnego kotła tuż pod podejściem na przełęcz Gvibari i ciciki podziwiające panoramę Kaukazu

Po dłuższej przerwie wyruszyliśmy wyżej. Widzieliśmy, że ścieżka prowadzi do strefy śniegów, a przebywaliśmy dopiero na wysokości 2650 m n.p.m. To oznaczało, że od poziomu około 2800 m n.p.m. spodziewaliśmy się ustępującej zimy. Pomimo, że na sąsiednich górach zima „trzymała” dopiero od wysokości 3200 m n.p.m., to na Gvibari trwała w najlepsze od poziomu 2800 m n.p.m. Północny układ zboczy plus dodatkowa naturalna osłona w postaci całego, zaśnieżonego, nieco wyższego pasma górskiego znajdującego się tuż za naszą granią powodowała, że panowały tu zupełnie inne warunki, nieco spóźnione względem otoczenia. Było to dla nas nowe doświadczenie, ponieważ przeszliśmy szlaki należące do dwóch sąsiednich pasm górskich, gdzie wiosna „zajęła” znacznie wyżej położone tereny. Tamtejsze góry w czerwcu głównie porastały trawy i niezliczone miliony różnokolorowych kwiatów, a na Gvibari nawet co innego pokrywało niżej położone zbocza… U jego stóp rosły brzozowe lasy, przeplatające się z rododendronami. Dalej rododendrony szczelnie porastały góry aż do wysokości 2800 m n.p.m. Powyżej pojawiały się niewielkie trawiaste polany, nad którymi zalegały jeszcze duże masy śniegu. Jak wielkie, mieliśmy się przekonać za chwilę. Podchodząc ponad poziom naszego kotła przypominającego fragment polskich Tatr, ścieżka prowadziła stromizną przez gęsto rosnące rododendrony. Na ich kwitnięcie jeszcze miała przyjść pora. Być może od połowy lipca, ponieważ od północy zima ustępowała znacznie wolniej. Słońce oświetlało w mniejszym stopniu miejscowe stoki oraz promienie padają pod mniejszym kątem, przez co rośliny otrzymują mniej ciepła niż te same na południowych zboczach, rosnące na tej samej wysokości.


   
Cudne widoki z podejścia na poziomie 2650 m n.p.m.

BŁĄD NA MAPIE NR 2

Na końcu rododendronowej stromizny dotarliśmy na wysokość 2780 m n.p.m. Przed nami widniała piękna, trawiasta polana z żółtymi jaskrami alpejskimi. W tle mieliśmy bajeczny widok na sporą część Kaukazu. Ushba królowała na tle innych gór, ale obok niej stało jeszcze czterech sąsiadów w bieli, którzy również zachwycali swoim pięknem. Na lewo od Ushby widzieliśmy niższe góry, które tworzyły ciąg w linii prostej. Ich szczyty częściowo były pokryte śniegiem, pozostałym po zimie. Taka panorama działała na wyobraźnię, ponieważ mogliśmy dostrzec stąd, jak długim pasmem jest Kaukaz, a przecież patrzeliśmy tylko na jego mały wycinek… Tuż ponad rododendronami, nagle rozpoczęły się śniegi. Mieliśmy wrażenie, że wchodzimy na główną grań, ale kiedy podeszliśmy nieco wyżej dostrzegliśmy, że jest jeszcze widoczna jedna linia, położona równolegle do naszej, w odległości kilkuset metrów przed nami. Tworzył ją ostatni ciąg śnieżnych grani. Dopiero stamtąd mogliśmy wejść na szczyt Gvibari. Z oddali zauważyliśmy charakterystyczny drogowskaz na przełęczy o tej samej nazwie 2943 m n.p.m. Mapy elektroniczne podają wysokość 2972 m n.p.m., ale to by świadczyło, że przełęcz jest wyższa o 30 m niż dwa sąsiednie wierzchołki… Takich błędów na mapach Gruzji jest znacznie więcej, dlatego każdą informację trzeba weryfikować. Co ciekawe, poziomice są dobrze oznaczone, stąd właśnie od nich biorę punkty odniesienia pozwalające określać moje prawdziwe położenie. Grań pokryta śniegami tworzyła w przybliżeniu prostą linię, średnio przebiegającą na wysokości 2850 m n.p.m. Pomiędzy nią a szczytem Gvibari mamy niewielkie, ale dość długie zagłębienie terenu. W całości wypełnia je gruba warstwa śniegu – od jednego do półtora metra. Przecinają ją liczne głębokie pęknięcia. Na jej początku zauważyłem suche, brązowo-czerwone patyki wystające z białej powierzchni. Od razu rzuciłem hasło: ‘pamiętajcie, jak będziemy wracać, to idziemy na badyle i w lewo’. Przejście do przełęczy Gvibari z drogowskazem na razie uznaliśmy za niemożliwe z racji uciążliwego, mokrego śniegu.


Polana z żółtymi jaskrami z widokiem na Ushbę

Ushba w nieco innej scenerii

Jeszcze jedno spojrzenie na ścianę Bezingi


I jeszcze jeden widok na Ushbę


 
Spojrzenie w stronę Ushguli

WEJŚCIE NA SZCZYT GVIBARI 2943 m n.p.m.

Znaleźliśmy inną drogę, która bezpośrednio prowadziła na szczyt Gvibari 2943 m n.p.m., Ta z kolei pozwalała w większości ominąć trudności. Idąc obrzeżem wielkiej warstwy bieli dotarliśmy na wierzchołek, pomijając przy tym przełęcz z drogowskazem. Przecięliśmy tylko nieznaczny fragment wielkiego skupiska śniegu. Przez całą zimę pod kopułą szczytową nawiało około trzech metrów śniegu o bardzo dużym nachyleniu. Jako że Damian miał mokre buty, wydeptałem w nim stopnie, a później je utwardzałem, żeby się nie zapadały. Szczyt Gvibari wyglądał zupełnie inaczej. Jako że od południowej strony docierało mnóstwo światła słonecznego, nie zalegała na nim nawet najmniejsza ilość bieli. Dosłownie kilkanaście metrów dalej, na południowych stokach nie tylko rosła trawa, ale również gęsto kwitły różnokolorowe kwiaty. Dopiero teraz mogliśmy dostrzec, jak wielka jest różnica w porach roku na odcinku zaledwie kilkudziesięciu metrów… Wszystko zależało od kąta padania promieni oraz długości czasów nasłonecznienia. Na głównym wierzchołku postanowiliśmy zrobić dłuższą przerwę. Słońce przypiekało, dlatego mogliśmy zdjąć buty i pozwolić odpocząć stopom. Trzeba przyznać, że początkowa niechęć do dzisiejszego szlaku, bardzo szybko zamieniła się w radość od momentu, kiedy góry stopniowo ukazywały nam Ushbę i jej sąsiednie szczyty. Teraz mieliśmy naprawdę piękny, bajeczny i cudowny widok na wiele pasm górskich, naszą wioskę oraz… trasy z poprzednich dni.


 
Widok ze szczytu Gvibari 2943 m n.p.m.

Widok ze szczytu Gvibari 2943 m n.p.m.

 
Widok ze szczytu Gvibari 2943 m n.p.m.
 

Gvibari dawał niesamowitą możliwość podziwiania wysokich gór z każdej strony. Teraz rozumiałem, dlaczego ta trasa według przewodników i różnych rankingów jest uważana za drugą najpiękniejszą w Swanetii. Chociaż sam szlak nie przebiega w ciekawym terenie, ponieważ wcześniej mieliśmy okazję podziwiać lepsze trasy dojściowe, to jednak panorama 360 stopni rekompensowała wszelkie braki i niedogodności. A co widzieliśmy ze szczytu Gvibari? Na pierwszy plan wysuwała się bezimienna góra, na którą codziennie patrzyliśmy z korytarza łączącego pokoje o wysokości 3242 m n.p.m. Z tej perspektywy wyglądała przepięknie. Z każdej jej strony opadały „zamszowe”, zielone i trawiaste zbocza, a główny wierzchołek (trzeba pamiętać, że omawiana góra składa się z trzech szczytów) przysypany był jeszcze około 5-metrową warstwą śniegu, co miałem okazję sprawdzić, będąc tam wczoraj. Na prawo od niej ciągnie się biała Ściana Bezingi przyciągająca swoim pięknem każde oko. Nad wszechobecną zielenią górują najwyższe szczyty, które przez cały rok pokrywa gruba warstwa bieli. Na tle niebieskiego nieba wyglądają fenomenalnie. Idąc dalej w prawo, widzieliśmy naszą trasę z drugiego i trzeciego dnia oraz grań, którą przeszedłem z Damianem. Za nami ciągnęło się całe pasmo górskie, gdzie kulminację osiągało na górze Dadiashi 3536 m n.p.m. Właśnie ono w całości pokrywały grube warstwy śniegu, które z kolei napędzały o tej porze roku procesy chmurotwórcze wynikające z konwekcji, ponieważ ich duże ilości dostarczały „materiał” do produkcji pary wodnej i wilgoci. Odwracając się dalej w prawo, patrzyliśmy na rejon przełęczy Latpari, wciśniętej gdzieś pomiędzy dwie skaliste góry: Gorvashi 3051 m n.p.m. i Mushuri 3142 m n.p.m. W ich okolicy panowały zupełnie surowe warunki. Miałem wrażenie, że widoczne szczyty są jeszcze niedostępne, a w okolicach przełęczy Latpari było jakoś ciemno, ponuro… Nie podobała mi się jedynie widoczna z dużej odległości szeroka droga poprowadzona głównymi wierzchołkami, gdzie nawet widniały jakieś słupy. Bardzo przypominała mi wielką ranę, jaką zadano górze Śnieżka, przecinając ją na pół „ulicą”. Takie rzeczy powinny być całkowicie zabronione ze względu na piękno krajobrazu i ochronę przyrody. Rozjeżdżanie wszystkiego co się da autami, mamy już bardzo mocno przerobione w polskich górach. Wygodnictwo i dobrobyt niestety nie tylko ogłupiają ludzi, którzy nie potrafią z niego właściwie korzystać, ale również przyczynia się do niszczenia świata przyrody. O tyle dobrze, że droga znajdowała się jakieś 6 km od nas, dlatego aż tak bardzo nie „straszyła”. Przed nami, w oddali, widniał bardzo długi ciąg białych gór, gdzie głównym szczytem jest wyróżniająca się Ushba. W jej stronę spoglądaliśmy najczęściej. Ale to nie wszystko, co mogliśmy zobaczyć. U stóp Gvibari patrzyliśmy na Ushguli, a przynajmniej na jej widoczną część oraz mieliśmy bardzo pięknie wyłożoną, jak na dłoni, dolinę Enguri – aż po sam lodowiec Shkhara. Z wierzchołka mogliśmy prześledzić cały przebieg popularnego szlaku na lodowiec, który stąd wyglądał przepięknie.

 

Na szczycie pozostaliśmy na kilkadziesiąt minut, ponieważ dopiero powstawały pierwsze malutkie chmury cumulus humilis (oznaczają stabilną, słoneczną pogodę). Wierzchołek osiągnęliśmy kilka minut po godzinie 12.00. Mieliśmy zatem jeszcze mnóstwo czasu. Nie spieszyło nam się nigdzie. Mając tak piękne widoki, dosłownie chłonęliśmy je z każdej strony. Nie mogliśmy nasycić nimi naszych oczu. Basia i Damian zachwycali się tutejszymi panoramami. Ja również. Każdy z nas odpoczywał. Nikt nie wspominał o powrocie, ponieważ niesamowite widoki z każdej strony zachęcały, aby pozostać na górze trochę dłużej. Ciągle nie spotkaliśmy ani jednej osoby.


   

Widok ze szczytu Gvibari 2943 m n.p.m.


SAMOTNY RAJD GRANIĄ W STRONĘ LATPARI PASS

Po około 25-ciu minutach, kiedy zjedliśmy porządny posiłek zagryzany „radzieckimi” ciastkami, Basia i Damian postanowili, że zostają na szczycie. Jako że na niebie nie przybywało chmur, zastanawiałem się nad dalszą wędrówką na Latpari Pass. Szczerze? Nie widziałem możliwości, aby tam dotrzeć, ponieważ patrzyliśmy na odległe o 5 km ośnieżone góry. Szlak z Gvibari na przełęcz Latpari miał z kolei aż 6,7 km długości w jedną stronę, co wymagałoby przy obecnych warunkach ogromnych ilości czasu. Pomyślałem, że pójdę samotnie wzdłuż widocznej grani, po czym zobaczę, jak sytuacja wygląda dalej. Jeśli napotkam grube warstwy śniegu, to najzwyczajniej zawrócę i będę cieszył się tym co przeszedłem, ponieważ z Gvibari mieliśmy i tak już najwyższej klasy panoramy. O moich planach powiedziałem Damianowi i Basi. Dla Damiana panowały idealne warunki, ponieważ słońce mocno grzało, dzięki czemu mógł suszyć buty. Ból gardła i katar jeszcze nie ustępowały. Zanim wyruszyłem, sprawdziłem wzrokowo jak wygląda moja dalsza trasa. Czekał mnie blisko pięciokilometrowy marsz w jedną stronę. Tutejsza grań bardzo przypominała mi tę znaną z polskich Tatr na odcinku Kasprowy Wierch – Świnicka Przełęcz, tyle tylko, że wszędzie kwitło mnóstwo żółtych kwiatów. Wiedziałem również, że przez najbliższe 4,5 km będę stopniowo obniżał wysokość aż do poziomu 2700 m n.p.m. To oznaczało, że gdzieś pod koniec, czekało na mnie ponownie strome i męczące podejście. Z drugiej strony, niższa wysokość oznaczała więcej zieleni i pięknych, różnokolorowych kwiatów. Szybko przeliczyłem wyznaczony szlak na czas, jaki będzie mi potrzebny na dotarcie do punktu oznaczonego jako ‘najbliżej jak się da do przełęczy Latpari’. Pomimo dłuższej trasy, którą dotychczas przeszliśmy, miałem jeszcze mnóstwo sił.

 

Przed rozpoczęciem biegu zjadłem trochę kabanosów, ciastek, orzechów i bakalii. Wypiłem pół litra izotonika. Postanowiłem, że zostawię plecak z rzucającym się w oczy czerwonym cicikiem, a na przełęcz wyruszę na lekko, bez niczego. O siły się nie martwiłem, o picie też nie, ponieważ w rejonie dużych skupisk śniegu na pewno musiał wypływać jakiś strumyk powstały z roztopów. Damianowi i Basi powiedziałem, że w jedną stronę będę iść około godzinę, po czym zawrócę. Nie liczyłem, że dotrę do samej przełęczy Latpari, dlatego sądziłem, że tyle czasu mi wystarczy. Pomachałem jeszcze ręką moim kompanom, po czym wystartowałem. Czułem, że jeszcze miałem dużo sił, dlatego widząc jaką strukturę ma grań, postanowiłem zrobić bieg na 4 km. Nie tworzyła ona w ogóle tak zwanych ostrych brzytw, a raczej na całym odcinku przyjmowała kształt zaokrąglonej powierzchni o szerokości kilku metrów, stopniowo opadającej po obu stronach. Taka forma zachęcała do biegu. Ze szczytu Gvibari zszedłem po wąskim pasie śniegu, przecinając go, po czym wyrównałem do głównego ciągu grani. Odtąd kwitły wszędzie piękne kwiaty, a w wielu miejscach rosła już nawet zielona trawa. Biegłem tak aż do ósmej minuty. Pomiędzy lokalnymi wzniesieniami wypatrzyłem jeszcze do połowy zamarznięty staw. Wzdłuż niego ciągnął się jasno-niebieski płat śniegu pod powierzchnią lustra wody. Obowiązkowo wykonałem kilka zdjęć. Dalej nie robiłem przystanków. Stopniowe obniżanie terenu powodowało, że bieg sprawiał mi przyjemność. Ciągnąłem tak aż do pierwszej przełęczy, która nie ma nazwy. Znajdowała się na wysokości 2808 m n.p.m. Stanąłem przed pierwszą z dwóch ośnieżonych gór, które z Gvibari wyglądały surowo. Za sobą miałem 4,5 km trasy od miejsca odpoczynku Damiana i Basi. Ścieżka skręcała w lewą stronę, okrążając górę bez nazwy o wysokości 3051 m n.p.m.


     
Samotny bieg na 4,5 km granią w stronę Latpari Pass
 

Wiedziałem, że pomimo dobrego tempa, nie będę miał zbyt wiele czasu na jej okrążanie, ponieważ w dużej mierze pokrywała ją gruba warstwa bieli, a trasa dłużyła się i to bardzo. Dodatkowo musiałbym torować w mokrym, zapadającym się i ciężkim śniegu, co zabrałoby mi mnóstwo czasu oraz sił. Mapa pokazywała jeszcze jakąś ścieżkę, dzięki której nie musiałbym okrążać góry, ale w praktyce ani na niej, ani w terenie nic nie widziałem. Na mapie urywała się gdzieś w 1/3 długości zbocza prowadzącego do przełęczy Latpari, a w terenie całe zbocze pokrywała gruba warstwa nieprzetartego śniegu. Przejście odcinka o długości około 1,5 km w takich warunkach śmiało można by nazwać mordownią lub trasą do zżerania czasu, bo postępu żadnego bym nie zobaczył. Z tego powodu postanowiłem pójść według sztuki, czyli oficjalnym szlakiem, tym bardziej, że widziałem jego dalszy przebieg. Z drugiej strony, na pierwszym planie widniały trzy większe płaty śniegu. Jedynie pomyślałem, dokąd uda mi się dotrzeć, bo patrząc realistycznie, nie widziałem możliwości osiągnięcia przełęczy Latpari. Z najniższego punktu kończącego grań (2808 m n.p.m.) skręciłem w lewo. Rozpocząłem podejście okrążające widoczną przede mną skalistą górę. Początek szlaku zachwycał, ponieważ wędrowałem przez trawiastą polanę pełną kwiatów. Za kilka minut przecinałem pierwszy biały płat. Zajął mi blisko 10 min. W mokrym śniegu musiałem wybijać każdy ślad, ponieważ w wielu miejscach było głęboko. Trochę męczył mnie fakt, że nie widziałem postępu, a czas nieubłaganie upływał.


 
Rejon pierwszego, wielkiego płatu śnieżnego tuż za przełęczą 2808 m n.p.m. pod bezimienną górą 3051 m n.p.m.
 

Znacznie wyżej, ponad pierwszym skupiskiem bieli, zauważyłem ścieżkę prowadzącą na lokalne wzniesienie, za którym przeszedłem na drugą stronę zbocza. Dzięki temu odsłoniły się przede mną wspaniałe widoki. Mogłem stąd podziwiać żywo zielone łąki, w całości pokryte kwiatami w kilku kolorach. Najbardziej jednak fascynowały mnie niewielkie polanki położone dużo powyżej poziomu łączącego oba płaty śnieżne. Tamtejsza zieleń przyjmowała intensywny odcień, a w trawach rosło mnóstwo żółtych jaskrów alpejskich. Często spoglądałem w ich kierunku. Powyżej kwiatów widniało niebieskie niebo, wolne od chmur. Drugi płat okazał się bardziej rozległy. Wiedziałem, że pomału upływał ustalony przeze mnie czas, który przewidywałem na przejście szlaku, ale postanowiłem jeszcze trochę spróbować, aby mieć pełen obraz, czy jest możliwe dotarcie do przełęczy Latpari w obecnych warunkach. Śnieg wypełniał większy kocioł pomiędzy dwoma opadającymi zboczami, dlatego też nagromadziło się go tutaj znacznie więcej. Powoli wybijałem kolejne ślady, a jednocześnie stromo podchodziłem ku górze. Niestety nie zauważałem, żebym jakoś znacząco okrążył skalistą ścianę. Dopiero wychodziłem poza jej główny obrys. Ponownie jak pierwszy biały odcinek, ten również stał się miejscem do „pochłaniania” czasu bez widocznego postępu. W okolicach lokalnej przełęczy 2808 m n.p.m. wypatrzyłem, że coś biegnie w moją stronę. Biszkoptowy pies zauważył mnie z daleka, dlatego zaczął biec bardzo szybko w moją stronę. Pierwszy płat pokonał bez przystanku – w jednym ciągu. Trawiasty odcinek pomiędzy śniegami równie sprawnie mu poszedł. Na drugim nagromadzeniu bieli nadal biegł, ale nieco wolniej. Kiedy dotarł do mnie, pogłaskałem go, a on z radości położył się na śniegu, otwarł pysk i w ten sposób zaczął zjeżdżać po zboczu, jakby chciał się schłodzić całą powierzchnią ciała. Kiedy przeszedłem na drugą stronę rozległego płatu, ścieżka prowadziła skalisto-trawiastym zboczem, gdzie szlak zakręcał w prawo. Wówczas nie miałem widoku na dotychczasową trasę. Przede mną z kolei otworzył się widok na właściwą część góry, którą właśnie okrążałem. Niestety największe masy śniegu, dopiero widniały przede mną… Nawet nie próbowałem ich pokonywać, ponieważ skalistą górę plus cały wielki kocioł u jej stóp zasypała gruba warstwa bieli. Torowanie omawianego fragmentu zajęłoby mi około godzinę, może nawet więcej... Nie miałem aż tyle czasu, ponieważ za granią czekało na mnie drugie tyle samo szlaku. Jako że po tej stronie szlak przez większą część dnia jest zacieniony, to jedynie mogłem spodziewać się jeszcze większych ilości śniegu…


   
Warto było pokonywać kolejne płaty śnieżne
 

POWRÓT

Za drugim płatem, gdzie miałem widok na potężny kocioł z ośnieżoną górą podjąłem decyzję, że wracam z powodu trudnych warunków oraz ograniczonej ilości czasu. Nie mogłem sobie ot tak po prostu zniknąć i nie mówić nikomu, gdzie jestem. Tym bardziej, że planowałem iść około 1h w jedną stronę, a upłynęło już 1h 30min. Spodziewałem się również, że za górą, patrząc od strony Ushguli, nie będzie zasięgu, stąd nie będę mógł dać znać mojej ekipie, czy wszystko jest w porządku oraz nawet gdzie jestem. Powrót upływał mi znacznie szybciej, ponieważ płaty śniegu przecinały moje ślady. Wiedziałem, którędy mam iść oraz nachylenie stoku powodowało, że mogłem znacznie przyspieszyć tempo. Dosłownie w kilkanaście minut powróciłem na lokalną przełęcz z kwiatami. Teraz patrzyłem na grań powrotną. Nawet nie widziałem stąd Gvibari. Znając układ innych pasm górskich mogłem oszacować, gdzie powinna być wspomniana góra. Zostało mi do niej 4,5 km, co oznaczało, że mam do przejścia kilka lokalnych szczytów oraz trasę prowadzącą w większości stopniowaną stromizną. Na początku poszedłem szybkim krokiem. Pomimo nieustannie wznoszącej się ścieżki, w wielu miejscach podziwiałem polany z kwiatami. Bardzo mi się one podobały. Czułem wielki spokój oraz najzwyczajniej wolność. Szkoda tylko, że w jednym miejscu zalegało jeszcze sporo śniegu, bo tak bym miał okazję popatrzeć na mały staw, w którym odbijałyby się naprzeciwległe góry. W jego pobliżu minęły mnie trzy osoby.


 
Powrót tą samą granią w kierunku Gvibari
 

NIECODZIENNE SPOTKANIE

Jeden chłopak uśmiechnął się, bo od razu mnie poznał. Spotkaliśmy się przecież wczoraj, wracając z bezimiennej góry 3242 m n.p.m., gdzie podchodziliśmy przez rajskie, kwieciste polany. Kiedy szliśmy przez trawiaste łąki prowadzące do głównej drogi na lodowiec Shkhara, spotkaliśmy pięciu Izraelczyków. Trójka, którą teraz widziałem, była częścią tej grupy. Podaliśmy sobie ręce, po czym chłopaki zapytali mnie, którędy szedłem i czy byłem na przełęczy Latpari. Odpowiedziałem: ‘w tych warunkach to raczej niemożliwe. Trzeba mieć mnóstwo czasu i sił, żeby torować mokry śnieg. Ciągnie się on setkami metrów, a każdy kolejny płat jest coraz większy’. Na to jeden z nich odpowiedział mi, że oni nie zamierzają okrążać oficjalnym szlakiem góry, bo wspomniana trasa jest zbyt długa, ale raczej chcą skorzystać ze skrótu, który pozwala w linii prostej dotrzeć do Latpari Pass, przecinając wszystkie opadające zbocza skalistego, ośnieżonego szczytu. Powiedziałem im: ‘raczej ta sztuka Wam się nie uda, ponieważ nawet mapa wskazuje, że ścieżka urywa się dość szybko, a przed sobą macie około 1,5 km mokrego i głębokiego śniegu. Stracicie dużo sił i czasu’. Odpowiedzieli, że spróbują, a jak nie będzie takiej możliwości, to zawrócą. Pożegnaliśmy się, życząc sobie wiele dobrego, po czym poszedłem dalej – przed siebie. Idąc coraz wyżej, w drodze powrotnej, obserwowałem postępy Izraelczyków. Nie mogłem wypatrzeć ich na rozległym śniegu. Nie wiem, czy się poddali, czy znaleźli jakieś „tajne” przejście, ale więcej ich już nie zobaczyłem. Trzy czarne punkty z łatwością dostrzegłbym na białym tle. Sądząc po czasie, którego potrzebowali na pokonanie grubej warstwy mokrego śniegu, mogłem wywnioskować, że pokonali zaledwie początek, po czym musieli zawrócić lub próbować jeszcze oficjalnej części szlaku. Nie widziałem z oddali wydeptanej ścieżki, co sugerowało mi, że najprawdopodobniej porzucili swój plan A.

 

CIEKAWOSTKA ZE ŚWIATA GÓR

Dla ciekawostki podam, że po 20 czerwca 2012 roku wchodziłem na Nordend 4609 m n.p.m. w Alpach Szwajcarskich. Na tę górę chodzi tak mało ludzi, że w całości musieliśmy sobie torować drogę od wysokości 2700 m n.p.m., aż po sam szczyt. Ślad, który pozostawiliśmy, utrzymywał się przez długi czas, ponieważ każdy kolejny dzień był słoneczny. Kiedy zeszliśmy z Nordend’a i Dufourspitze po czterech dniach, naszą ścieżkę widzieliśmy z odległości 15 km, z zielonej części Alp. Jej przebieg można zobaczyć u mnie na blogu w relacji Nordend 4609 m n.p.m. Dlaczego o tym wspominałem? Dlatego, że ścieżkę wydeptaną przez trójkę ludzi widziałbym z odległości około jednego kilometra, a później dwóch, kiedy poszedłem już nieco wyżej i dalej.

 

POWRÓT

Mniej, więcej w połowie biegu i częściowo szybkiego marszu sprawdziłem, czy Damian lub Basia nie napisali mi jakiejś wiadomości. Była godzina 14.27. Teraz otrzymałem informację z 14.24, ponieważ telefon złapał zasięg. Damian napisał: ‘gdzie jest Cić’. Odpisałem, że na Gvibari będę maksymalnie do 30 minut. Nie chciałem wracać zbyt szybko, ponieważ panowała idealna cisza, a widoki wręcz zachwycały. Damian i Basia postanowili, że rozpoczną zejście, ponieważ i tak ich dogonię. Damian zabrał mój plecak z czerwonym cicikiem. Ja tymczasem szybkim krokiem zbliżałem się do Gvibari granią przypominającą polskie Tatry na odcinku Świnicka Przełęcz – Kasprowy Wierch. Dotarłem tu w 20 min od wiadomości Damiana. Kiedy stanąłem na szczycie, zobaczyłem, że ich już nie ma, jak również mojego plecaka. Rozejrzałem się jeszcze dookoła, aby podziwiać piękną, zachwycającą panoramę oraz zrobiłem zdjęcia. Słońce grzało bardzo mocno. Za chwilę rozpocząłem zejście trasą, którą przyszliśmy razem. Wystarczyło, że zszedłem z około trzymetrowej ściany śniegu, w której wybijaliśmy ślady, a zobaczyłem gdzieś w dole, pomiędzy rododendronami Damiana i Basię. Względem mnie byli znacznie poniżej strefy śniegów. Napisałem Damianowi, żeby na skrzyżowaniu ścieżek ze źródełkiem nie schodził niżej, bo musiałby iść z powrotem do góry. Czując zmęczenie i będąc przeziębionym raczej nie miałby chęci na powtórkę „z rozrywki”. Basia i Damian mieli się tam zatrzymać, ponieważ planowałem powrót inną trasą tak, aby nie przechodzić przez posesję ‘two lari per person’. Nie chodziło nam o pieniądze, a o bezduszność i chłód tych ludzi. Nie chcieliśmy tamtędy wracać, choć szlak mógłby być łatwy i przyjemny. Odtąd musielibyśmy iść nieznaną trasą, w sumie nie wiedząc, czego się spodziewać. A co, jeśli będzie kolejny błąd na mapie?...


  
Powrót piękną granią i próba dogonienia mojej ekipy
 

Kiedy spojrzałem na wielkie pola śnieżne, od razu szukałem wzrokiem „badyli”, czyli punktu orientacyjnego, na który uwagę zwróciła Basia. Najpierw skorzystałem z trawiastego zbocza, skąd mieliśmy rano piękny widok na Ushbę i dalej – przecinałem nagromadzenie śniegu tylko tam, gdzie musiałem. Właściwy szlak prowadził przez szczeliny i spękania grubej warstwy bieli głębokich nawet na 1-1,5 m. Niecodziennie można zobaczyć tak wielkie rozstępy w nagromadzonym śniegu. Na „badylach” skręciłem w lewo, gdzie trasa prowadziła bezpośrednio na rododendronowy szlak. Później szybko nadrabiałem zaległości, ponieważ wykorzystywałem żleb wypełniony bielą. W jednym miejscu ścieżka prowadziła licznymi zakrętami w zaroślach, ale w każdym takim przypadku korzystałem ze śniegu umożliwiającego mi schodzenie w linii prostej i na dodatek z amortyzacją. Dzięki „ułatwieniu” dość znacznie przybliżyłem się do Damiana i Basia. Na odcinku prowadzącym do poziomej części szlaku dogoniłem Basię. Damian przeszedł znacznie wcześniej ten fragment i był już po drugiej stronie góry. Basia wyjawiła, dlaczego Damian tak szybko ‘wypruł’ do przodu. Poszedł na ul. Gęste Krzaki 3/4 [czytaj: przycisnęła go dwójka]. Kiedy schodziłem dalej z Basią i dotarliśmy na początek poziomej ścieżki pozwalającej przechodzić z jednego zbocza na drugie oraz znaleźć się po drugiej stronie góry, zauważyłem, że Damian minął skrzyżowanie ze źródełkiem. Rozpoczął dalsze zejście. Zadzwoniłem do niego, aby powiedzieć, żeby zawrócił. Na szczęście odebrał połączenie, dzięki czemu miał tylko kilkadziesiąt metrów drogi powrotnej.

 

Tymczasem ja i Basia dotarliśmy do skrzyżowania ścieżek. Teraz byliśmy w komplecie. Jako że słońce mocno parzyło, zimna woda wypływająca spod ziemi bardzo nas orzeźwiała. Nabraliśmy jej do pustych pojemników na izotoniki po dwa litry na osobę. Powierzchnia butelek szybko pokryła się kropelkami dzięki zjawisku kondensacji pary, a woda wyglądała na krystalicznie czystą. Zrobiliśmy nawet zdjęcie pokazujące jak zimna i czysta ona była. Tak, na zdjęciu również można zobaczyć, że woda jest bardzo zimna. Po dłuższej chwili odpoczynku i nacieszeniu oczu miejscowymi widokami wyruszyliśmy dalej, przed siebie, a nie w dół, tak jak przyszliśmy. Chcąc ominąć posesję ‘two lari per person’, musieliśmy przejść nieco pod górę na zielone zbocze w całości pokryte rododendronami i nieco dalej rozpoczynać zejście trawami oraz pomiędzy gęstymi krzakami rododendronów. Mapa wskazywała jakiś szlak, dlatego trzymałem się jej wskazań. Pomimo braku oficjalnych oznaczeń, ścieżkę widzieliśmy wyraźnie. Jednak za kilka minut zniknęła na trawiastym, podmokłym terenie. Starałem się iść według wskazań mapy, aby utrzymać ogólny kierunek. Dookoła słyszeliśmy strumyki i większy potok, a pod nogami chlupotała woda. Miałem wątpliwości, czy na mapie nie ma błędu, ponieważ odtąd nie mogłem dostrzec żadnej wyraźnej trasy. Po lewej stronie wystawały nawet skałki oraz widniały zarośla z mokradłami, dlatego postanowiłem, że pójdziemy przez bagnistą polankę nieco w dół, a dopiero tam skręcimy w lewo, aby wyrównać do ogólnego kierunku ścieżki zaznaczonej na mapie. Widząc, że lokalne polany szybko się kończą, a górę porastają niemal same rododendrony, rozglądałem się za możliwą trasą przecinającą tę zwartą strukturę. Schodząc podmokłymi trawami nadal szukaliśmy właściwej drogi. Przechodziliśmy z jednych mokradeł do drugich. Przez krótki moment nawet pomyślałem, że mapa wskazuje szlak tam, gdzie płynie szeroki i dość głośny potok. Na szczęście, po kilku minutach wypatrzyłem ścieżkę wydeptaną w trawie poniżej oraz wcinającą się w zwartą strukturę rododendronów. Odczuliśmy ulgę, bo odtąd wiedzieliśmy, którędy iść, nie brodząc w bagnach. Damian i tak miał wystarczająco mokre buty, aby jeszcze bardziej zwiększać swój dyskomfort. Niestety mokre buty bardzo szybko przyczyniają się do zmiękczenia skóry, przez co bardzo łatwo o odciski i ich rozerwanie. Dodatkowo w równie łatwy sposób można się przeziębić lub tak, jak w przypadku Damiana – doprawić się jeszcze bardziej.


Krystalicznie czysta woda nabrana ze źródła na wysokości 2650 m n.p.m.


 
Wędrówka przez pozaszlakowe bagna
 

Schodząc strefą rododendronów w linii prostej, wytracaliśmy wysokość. Dotarliśmy do miejsca, gdzie ponownie otwarły się przed nami zielone polany. Na dole doszliśmy do bardzo pięknego miejsca, gdzie po lewej stronie mieliśmy półokrąg z kwitnących w pełni rododendronów, a przed nami widniały kwiaty w różnych kolorach. Ponownie zrobiło się sielankowo i zielono. Ścieżka dalej prowadziła w las złożony z małych brzóz. Aktualnie przebywaliśmy nieco powyżej poziomu kamiennej wieży położonej na lesistej górze, na którą codziennie patrzymy z wioski. Pomimo dość niskiej wysokości polany względem Ushguli, mieliśmy widoki, które zachwycały. Zatrzymaliśmy się na niej dłużej, aby słońce jeszcze nam przygrzewało, żeby nacieszyć się zielenią i przede wszystkim, chcieliśmy popatrzeć na ciąg ośnieżonych gór. Tak, nawet stąd mogliśmy je podziwiać. Wiedzieliśmy, że wioska jest niedaleko nas, stąd nie spieszyło się nam do powrotu. Jedynie Damian poszedł dalej z racji przeziębienia, rozerwanych odcisków i mokrych butów. Dla niego było lepiej, żeby ich nie zdejmował, ponieważ po dłuższym postoju i ponownym ich założeniu odczuwałby mocny ból przy stawianiu każdego kroku. Powiedziałem tylko Damianowi, że jak już trafi na rozwidlenie dróg w dolnej części lasu, to ma wybrać ścieżkę w prawo, a wyjdzie pomiędzy dolną a środkową częścią Ushguli, poza prywatną posesją. Basia tymczasem położyła się na trawie i zasnęła na dłuższą chwilę. Ja podziwiałem widoki, przyglądałem się kwiatom i po prostu chłonąłem ciszę. Nikt tędy nie schodził oraz nie mijaliśmy żadnych ludzi. Po dłuższej chwili mi również oczy „odpłynęły”. Zasnąłem gdzieś pomiędzy kwiatami. Przez cały ten czas bardzo dokuczały nam gromady much. Niestety podczas upalnych dni w górach jest ich zawsze mnóstwo. Podobnie mamy, np. na Babiej Górze, w Sudetach ponad poziomem lasów, czy w Tatrach w części z kosodrzewiną.


  
Rododendronowy szlak
 

UCIĄŻLIWA STROMIZNA, O KTÓREJ WSPOMINAŁEM PODCZAS PRZEJŚCIA PRZEZ TEREN PRYWATNY – ALTERNATYWA, KTÓREJ NIE WARTO BRAĆ POD UWAGĘ 

Po około godzinnym odpoczynku zaczęliśmy schodzić. Ścieżka wcinała się w las złożony z młodych brzóz. Dziwiła nas tylko jej stromizna. Prowadziła tędy szeroka, ale bardzo kamienista droga nachylona pod kątem 45 stopni! Spad był niestandardowy jak na początkową część trasy. Za kilkadziesiąt metrów, dodatkowo na szlak zaczęły spływać wody małych strumyków. Trasa miała bardzo uciążliwy charakter, ponieważ dłużyła się, a za każdym zakrętem widzieliśmy kolejny, długi odcinek. Pomyśleliśmy ‘co za niewdzięczny szlak!’. Rzeczywiście ciągnął się niemiłosiernie, a końca nie mogliśmy dostrzec. Stromizna nie ustępowała ani na chwilę. Mało tego, w wielu miejscach ścieżka prowadziła przez wąwóz. Kiedy spojrzeliśmy za siebie, zdziwiliśmy się, że początkowa trasa ma aż tak wielkie nachylenie. Musieliśmy spoglądać mocno ku górze, aby zobaczyć cały widoczny przebieg szlaku. Coś podobnego kojarzę jedynie z Bieszczad – z góry Rotunda i Kozie Żebro. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Po około 25-ciu minutach stromizna nieco stawała się łagodniejsza, ale nadal odczuwaliśmy ją w kolanach. Gdzieś pomiędzy drzewami prześwitywała zielona polana prowadząca do wioski. Kiedy dotarliśmy do niej, odetchnęliśmy z ulgą. Teraz mogłem zrozumieć, dlaczego ludzie nie wybierali alternatywy, żeby nie płacić ‘two lari per person’. Ponieważ stromizna jest tak wielka, że szkoda na początku stracić większość sił na jej pokonanie. Omawiany fragment trasy jest niezwykle uciążliwy, ponieważ kamienie wyjeżdżają spod nóg, ciągle spływa woda, przez co jest ślisko, a kolana odczuwają bardzo mocno duży kąt nachylenia stoku. Okazuje się, że efektem końcowym jest „zdobycie” wysokości zaledwie 2350 m n.p.m., gdzie idąc oficjalnym szlakiem nie poczujesz zmęczenia, a osiągniesz dokładnie to samo i znacznie szybciej… Jeśli więc kiedykolwiek ktoś z Was będzie chciał zaplanować sobie tę trasę, polecam wybrać opcję ‘two lari per person’, a wrócić inną – tą co my – aby zobaczyć góry z innej perspektywy oraz żeby nie musieć dawać zarobić podwójnie bezdusznym ludziom. Zmiana trasy zawsze wychodzi na dobre, ponieważ widzimy co innego oraz z ciekawością przyglądamy się temu, czego jeszcze nie znamy.

 

Na zielonej polance prowadzącej do wioski widziałem mnóstwo niebieskich niezapominajek, które kojarzyły mi się z czymś pięknym. Lubię przy nich stanąć i po prostu na nie popatrzeć. Za chwilę weszliśmy do środkowej części Ushguli, gdzie zdążyliśmy zrobić jeszcze mnóstwo zdjęć historycznej zabudowy wioski mającej co najmniej 900 lat. Mieliśmy idealne światło do fotografowania. Korzystaliśmy z niego w pełni. Na niebie wisiały pojedyncze, małe chmury. W większości było niebieskie i czyste. Jako że zegarek wskazywał godzinę 17.30, kilkanaście ludzi kręciło się w centrum. Niektórzy ewidentnie nie pasowali do otoczenia. Widać, że pojawił się nowy „rzut” turystów, którzy przyjechali typowo zwiedzić wioskę i zamierzających wrócić do Mestii jeszcze tego samego dnia. A dlaczego nie pasowali do otoczenia? Ponieważ niektóre osoby ubrały się jak na prawdziwego „korpoluda” przystało – biała koszula z kołnierzykiem, miejskie buty oraz eleganckie spodnie. Dodatkowo wyperfumowali się czymś drogim. Tymczasem dookoła chodziły krowy, załatwiały się gdzie popadnie, a tutejsze ścieżki wręcz spływały ich „guanem”. Zanim wróciliśmy do kwatery, poszliśmy do sklepu z artykułami spożywczymi. Basia powiedziała, że kończy jej się słodkie, dlatego chciała coś sobie dokupić. Jeszcze przed wyjazdem do Gruzji mówiłem, że najlepiej część jedzenia zabrać ze sobą, a resztę dokupimy w drodze do Mestii lub w samej Mestii. W Ushguli niestety ceny są bardzo wysokie z racji trudnego transportu i dużej odległości. Snikers kosztował 8 lari, a mała paczka ciastek aż 15 lari. Powiedziałem Basi, że ja i Damian mamy jeszcze dużo słodyczy, dlatego nie musi tu nic dokupować. Rzeczywiście zostało nam jeszcze trochę prowiantu, dlatego nie obawiałem się, że czegoś zabraknie. Jedzenia mieliśmy na tyle, żeby podzielić się między sobą. Najciekawszy jednak był większy pies, który szedł z nami przez wioskę. Idąc do sklepu, trzeba za sobą zamknąć drewnianą furtkę. Pies tak długo kombinował, jak się wcisnąć, że w końcu przeszedł przez szczelinę, po czym dobiegł do nas.


Cudne niezapominajki, z którymi mam przepiękne wspomnienia

 
Widok na wioskę po wyjściu z gęstych lasów i po zejściu z uciążliwej stromizny
 

Dopiero po 18.20 wróciliśmy na kwaterę. Rzuciliśmy tylko plecaki i poszliśmy na zewnętrzny taras znajdujący się przy kawiarni gospodarza. Wspominaliśmy całą naszą dzisiejszą trasę. Damian zdążył się wykąpać oraz uwolnić nogi od ciężkich i mokrych butów. Teraz mogliśmy zobaczyć jak bardzo rozwalił odciski powyżej pięt. Skóra dosłownie przypominała zwisające strzępy materiału. Cieszyłem się, że pomimo trudów w postaci choroby, wpadnięcia do lodowatej kaskady, wędrówce w butach z kałużami i w mokrych spodniach oraz z rozwalonymi odciskami powyżej pięt przeszedł całą trasę bez polskiego narzekania. Zresztą Damian, podobnie jak i Basia nigdy nie narzekali. Zawsze cieszyli się widokami, górami, a w szczególności morzem kwiatów i ciszą, której brakuje w miastach. Chociaż poziomy naszego doświadczenia górskiego są różne, to ekipa w naszym składzie bardzo mi się podobała, ponieważ każdy z nas przeżywał gruzińskie góry, żył nimi i czuł prawdziwy ich klimat. Właśnie na wyżej wymienionych rzeczach najbardziej mi zależało – na przeżywaniu gór, a nie na ich zaliczaniu.


 

Drewniany taras i wnętrze kuchni
 

Ten dzień dał nam popalić, dlatego chyba każdy z nas czuł spore zmęczenie. Wróciliśmy dość późno, a zostały nam jeszcze przygotowania na jutro oraz zjedzenie kolacji w miejscowej kawiarni. Kiedy gospodarz nas zobaczył, od razu się przysiadł. Zapytał, gdzie dzisiaj byliśmy oraz jakie warunki panowały na trasie do przełęczy Latpari, ponieważ jeszcze kilka dni temu mówił, że na grani zalega zbyt wiele śniegu, aby można było do niej dotrzeć. Poza trzema osobami z Izraela nikogo więcej nie spotkaliśmy na szlaku. Podobnie wyglądały wszystkie inne nasze wyjścia. Najbardziej znana górska trasa to punkt widokowy 2980 m n.p.m., na który weszliśmy drugiego i trzeciego dnia. Podczas pięknej, słonecznej pogody minęliśmy nie więcej niż 15 osób w ciągu całej doby. Gospodarz poczęstował nas winem, a nawet jego większą ilością. Kiedy nabrał śmiałości, wziął Damiana na osobność, ponieważ miał kilka pytań do niego. Później zapytał go o możliwość naprawy samochodu. Pomimo zmęczenia, Damian zdecydował się, że jeszcze dzisiaj pójdzie zobaczyć wspomniane auto. Tuż przed godziną 22.00 Miriam i Damian poszli na wioskę tam, gdzie stał jego jeep. Postawili go na jednym prostym podnośniku, ale ciśnienie stopniowo z niego schodziło, przez co samochód opadał. Damian zdiagnozował co może być potencjalną przyczyną niedziałających hamulców. Postawił na dwie rzeczy. Jak się okazało – bardzo słusznie, o czym będzie w dalszej części relacji. Wróciliśmy do pokoju. Damian przyszedł o godzinie 23.00. Cały czas mieliśmy w głowie, że jutro nie odpuszczamy i dopóki jest piękna pogoda, to wyruszamy w góry bez ociągania się. W końcu po to przyjechaliśmy do Gruzji.


 
Ushguli późnym popołudniem po zejściu z gór

Poprzednia część:
Kolejna część:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl