czwartek, 29 grudnia 2016

Dolina Gąsienicowa szlaki

Czarny Staw Gąsienicowy Dolina Gąsienicowa szlaki

KUŹNICE - DOLINA JAWORZYNKI (ŻÓŁTY SZLAK DO DOLINY GĄSIENICOWEJ)
Naszą przygodę rozpoczynamy w Kuźnicach – pod dolną stacją wyciągu na Kasprowy Wierch. Z Zakopanego dojedziemy tam busem, które kursują co chwilę z różnych miejsc miasta. Możemy też dojść do wielkiego ronda w centrum Zakopanego i potem pójść około 30min spacerem drogą asfaltową. Osobiście korzystam z usług przewoźników, ponieważ szybko dojedziemy na miejsce, a i stopy nie zmęczą się „asfaltową” wędrówką. Lepiej od razu być na szlaku. Ciekawą opcją są taksówki siedmioosobowe, ponieważ za kilka zł dojedziemy nimi do Kuźnic. Kierowca oczywiście czeka aż wszystkie miejsca zapełnią się, ale wystarczy tylko chwila, żeby w aucie był komplet. Taksówkarze pozwalają skorzystać z jeszcze jednej możliwości – nocnego wyjścia w góry, dzięki czemu nie trafimy na tłumy. Wysiadamy pod dolną stacją kolejki na Kasprowy Wierch. Mamy dwie opcje wyboru, ponieważ do Doliny Gąsienicowej możemy pójść przez Boczań lub Doliną Jaworzynki. Jako, że szlak przez Boczań omówiłem bardzo dokładnie w opisie szlaku na Kościelec, na początku, to tym razem wybierzemy przejście Doliną Jaworzynki, żeby poznać coś nowego. Przy stacji skręcamy w lewo, idąc szeroką drogą około dwie minuty. Na końcu miniemy góralską chatkę z monitorem, gdzie możemy sprawdzić aktualnie panujące warunki w górach oraz prognozę pogody. W zimie dodatkowo zobaczymy tu informację o stopniu zagrożenia lawinowego. Za chatką idziemy drewnianym mostem nad szerokim potokiem. Wchodzimy w leśną część, zostawiając za sobą miasto. Teraz możemy zobaczyć drogowskaz, z którego dowiemy się, że zarówno idąc niebieskim szlakiem przez Boczań i żółtym, Doliną Jaworzynki, będziemy potrzebować mniej, więcej tyle samo czasu. Zatem czym się kierować, wybierając trasę dla nas? Szlak przez Boczań prowadzi w dużej części gęstymi lasami, idziemy mocno „wysłużoną” ścieżką, gdzie jest mnóstwo śliskich kamieni, ale stromizny są równomiernie rozłożone. Żółty szlak poprowadzono zupełnie inaczej, ponieważ idziemy spokojną i praktycznie płaską Doliną Jaworzynki, mając wspaniałe widoki od samego początku wędrówki. Na niekorzyść niebieskiego szlaku przemawiają tłumy, które tędy idą, podczas gdy żółtą ścieżkę wybierają nieliczni. Jeśli uwielbiasz ciszę i spokój, to warto wybrać Dolinę Jaworzynki. Wielkim minusem tej trasy jest jednak długa i wielka stromizna – znacznie większa, niż droga przez Boczań. Podejście zaczyna się dopiero na samym końcu doliny, dlatego szybko będziemy musieli nadrobić wysokość, którą osoby idące niebieskim szlakiem, w znacznej części już osiągnęły. Trzeba pamiętać, że w nocy lub wczesnym porankiem w Dolinie Jaworzynki możemy dość często natknąć się na niedźwiedzie.

Od drogowskazu idziemy szeroką, kamienistą drogą, nieznacznie prowadzącą do góry. Zdecydowana większość wybiera niebieski szlak, dlatego już od początku wędrujemy w ciszy. Przejście w świerkowym lesie trwa dosłownie kilka minut. W tym czasie przejdziemy drogą, gdzie leżą poukładane, okrągłe i wyślizgane kamienie, które z powodu małego nachylenia terenu, tylko nieznacznie utrudniają wędrówkę. Za pasem lasów wchodzimy bezpośrednio do Doliny Jaworzynki. Widok jest przepiękny! Po obu stronach ścieżki widzimy rozległe polany kończące się dopiero na zboczach gór, ponad którymi widzimy gęste, świerkowe lasy. Kiedy popatrzymy daleko przed siebie, to zauważymy zbocza gór zarośnięte bardzo gęstą kosodrzewiną. Na początku trasy przechodzimy przez ułożony z kamieni kanalik odprowadzający wodę na lewą stronę szlaku, gdzie znajduje się niewielkie koryto potoku Jaworzynka. Idąc doliną jakieś 5-7 min zobaczymy po lewej stronie małe liściaste drzewo i obok drewnianą chatę. Kawałek dalej mijamy aż trzy góralskie chaty ze schludnie wykończonymi gontowymi dachami. Pierwszą z nich widać już za zakrętem, gdy wychodzimy z lasu. Za trzecią z nich, w lesie po lewej, wystaje ogromna skała, której nie sposób przegapić. Wyróżnia się swoimi rozmiarami. Jej górną część zarosły gęste, ciemnozielone mchy. Za chatkami, ścieżka zakręca bardzo długim łukiem w lewo, dzięki czemu odsłania się widok na polany rozlegające się po obu stronach szlaku. Na ich końcu widać jeszcze czwarty domek. Jest dużo mniejszy i niższy od pozostałych. Widzimy go po prawej stronie szlaku, z przedłużonym pokryciem dachowym, za którym polany zwężają się tak, że po obu stronach widać tylko krótki odcinek świerkowego lasu. Warto przystanąć na chwilę, ponieważ rosną tu fioletowe kwiaty, które przypominają małe, delikatne buciki. Wokół nich często latają trzmiele i motyle. Okolica jest bardzo kolorowa dzięki nim. Za krótkim odcinkiem lasu wchodzimy na kolejną polanę o nieregularnych kształtach. Znajduje się ona naszej po prawej stronie. W jej górnej części górze widzimy porowatą skałę na zboczach, otoczoną świerkami. Kiedy popatrzymy jakieś kilkanaście metrów dalej, to zobaczymy drugą skałę, znacznie jaśniejszą – jej wystającą górną część ponad korony drzew. W tym samym miejscu, po prawej przy szlaku, stoją drewniane płotki w odległości około 2-4 metrów od siebie. Zabezpieczają szlak przed osuwającym się śniegiem w zimie. Nieco dalej, naprzeciwko płotków, stoi samotne, uschnięte młode drzewo. Za uschniętym drzewem, co roku wyrastają wielkie liście bezpośrednio z ziemi, w których przesiadują żaby. Rosną w tak dużej gromadzie, że ich duża część wystaje na ścieżkę, którą idziemy. Za kilkadziesiąt metrów szlak ponownie zagłębia się w dość gęste lasy. Na początku widzimy drzewo po prawej stronie z żółtym znakiem. Szliśmy około 30min. Rozpoczynamy podejście. Ścieżkę tworzą nierówno ułożone kamienie, które są niewygodne dla stóp. Mnóstwo na niej dziur i odstających kamieni. Kilkadziesiąt kroków dalej, przy szlaku, w lesie po prawej, zobaczymy jedną, drewnianą ławkę z ociosanych bali. Przed nią odbiega ścieżka w prawo, niebędąca szlakiem. Za dość krótkim kawałkiem lasu podejście staje się coraz bardziej strome i teraz trasa prowadzi nas kamiennymi, większymi stopniami, odsłaniając kolejne, jeszcze piękniejsze widoki na rozległe polany.

niedziela, 11 grudnia 2016

Szlak na Szpiglasowy Wierch, łańcuchy i trudności na Szpiglasowym Wierchu

Szlak na Szpiglasowy Wierch  Szpiglasowy Wierch trudności i łańcuchy

SZLAK NA SZPIGLASOWY WIERCH
Szlak na Szpiglasowy Wierch jest uważany za jeden z najłatwiejszych w całych Tatrach. Nie bez powodu nazywano go „ceprostradą”, ponieważ idą nim całe tłumy. Co je tak przyciąga? Z pewnością niepowtarzalne widoki, które uchodzą za jedne z najpiękniejszych w całych Tatrach. Jeśli ktoś lubi niesamowite widoki, a nie przeszkadza mu fakt, że trasa jest łatwa, to musi obowiązkowo przejść ten szlak. Ja też skusiłem się wiele razy, ponieważ ze szczytu Szpiglasowego Wierchu można zobaczyć fragment Czarnego Stawu pod Rysami, najwyższe szczyty Tatr, czy też niepowtarzalne stawy Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zejście do tej doliny nie jest łatwe, dlatego jedynie osoby, które mają już doświadczenie w chodzeniu szlakami ubezpieczonymi łańcuchami powinny wybierać tę opcję. Widoki po drugiej stronie Szpiglasowego Wierchu są zupełnie inne, a po zejściu długim odcinkiem z trudnościami technicznymi możemy całkowicie się wyciszyć, ponieważ będziemy przechodzić przez rozległe trawiaste hale z mnóstwem kolorowych kwiatów. Tutejsza przyroda jest po prostu przepiękna! Szlak na Szpiglasowy Wierch zaczyna się tuż przed schroniskiem nad Morskim Okiem. Nie będę omawiać szczegółowo drogi do Morskiego Oka, ponieważ opisałem ją na osobnej podstronie: szlak na Morskie Oko – czyli na co zwrócić uwagę? Naszą przygodę rozpoczynamy na płaskim terenie asfaltowym przy schronisku, gdzie po naszej prawej stronie, przy jarzębinach, zauważymy strzałkę z żółtym znakiem i napisem: Szpiglasowy Wierch 2h 25min. Już na początku wspomnę, że do Szpiglasowej Przełęczy nie zobaczymy żadnych trudności i jedyne co będziemy musieli mieć, to dość dobrą kondycję, ponieważ będziemy iść ciągle do góry. Od początku można pójść szybszym krokiem, ponieważ po przejściu kilkunastu pierwszych stromych, kamiennych stopni rozpoczyna się bardzo długi odcinek ścieżki, gdzie w ogóle nie zmęczymy się. Podchodząc stopniami, idziemy przez skupisko bardzo gęstej kosodrzewiny. Pomiędzy nią zobaczymy wiele zarośli, paproci i wielkich liści, wyrastających z ziemi. Wystarczy iść tak około dwie minuty, gdzie będziemy dość często schylać się w zaroślach, po czym szlak zakręci pod kątem prostym w lewo. Nasza ścieżka od samego początku jest bardzo wygodna, ponieważ wędrujemy chodnikiem z ułożonych, białych kamieni. Warto spojrzeć w lewo, ponieważ zauważymy tu ciekawy świerk, a raczej jeden pień, z którego wyrastają cztery drzewa tego gatunku. Jeden ze świerków, ten najbardziej wysunięty na lewą stronę, rośnie bardzo nietypowo, ponieważ na jego pniu utworzyło się coś na wzór kolana, za którym pień zakręca ponownie w lewo pod kątem prostym. Dopiero za zakrętem drzewo rośnie ku górze. Od tego miejsca szlak prowadzi nas wschodnimi zboczami, najpierw Opalonego Wierchu, a później Miedzianego – u stóp tych gór. Idąc ścieżką, bardzo powoli będziemy osiągać wysokość, przez co poczujemy się, jakbyśmy szli miejskim chodnikiem.


Odbicia Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka o godzinie 4.35 rano

Od samego początku, tuż za zakrętem z poczwórnym świerkiem, przechodzimy w skupisku na tyle niskiej kosodrzewiny, że mamy ciągłe i wspaniałe widoki na Morskie Oko. Idąc kilka minut tą ścieżką, zakręcamy w prawo, mijając wielki głaz po lewej. Za dosłownie chwilę, ponownie skręcamy w lewo i przechodzimy płaską skałą. W tym miejscu przekraczamy pierwszy naturalny mostek nad pierwszym potokiem. Za zakrętem mijamy po lewej stronie, duży i dość płaski głaz, na którym widnieje znak szlaku. Za pięć minut przekraczamy kolejne potoki. Tym razem dwa na raz. Woda płynie w nich bardzo wolno i niewielkim strumieniem. Płyną równolegle, w pobliżu siebie. Wystarczy dość ciepłe lato, by oba potoki zanikły. Przechodząc pomiędzy nimi, spójrzmy do góry – zobaczymy, jak wody sączą się po gładkich, ukośnie nachylonych płytach skalnych. Szybko przekonamy się, że nasza trasa obfituje w wodę, ponieważ już za moment dochodzimy do kolejnego strumyku. Ten wydaje się większy i jego źródła nie wysychają przez cały rok. Jego wąskie koryto prowadzi pomiędzy skałami, a my przechodzimy kamiennym chodnikiem nad nim. Jako, że strumyk jest szerszy niż wszystkie poprzednie, dźwięk jego wód usłyszymy znacznie wcześniej, zanim tu dotrzemy. Kilkadziesiąt metrów dalej, przechodzimy następny, bardzo wąski, o słabym nurcie potok. Uważny obserwator powinien zauważyć coś więcej – tuż za nim trzeba przyglądać się kamieniom, z których ułożono chodnik. Na jednym z nich zauważymy wykute trzy zera. Przekraczanie potoków i strumyków nie kończy się, ponieważ wystarczy przejść kolejne kilkadziesiąt metrów, by dojść do wyraźnego i dużego potoku, gdzie szlak zakręca najpierw w lewo, a później w prawo. Koryto stanowi wąski żleb, który przecina naszą trasę. Wody jest tak dużo, że turyści najczęściej wybierają to miejsce, by nabrać jej do butelek. Za chwilę przekraczamy jeszcze dwa następne strumyczki, ale w większym odstępie od siebie. Nieco dalej jest jeszcze trzeci, gdzie za chwilę, po prawej stronie zauważymy trzy niskie drewniane barierki, przypominające płotki, które mają zabezpieczać szlak przed osuwającym się śniegiem w zimie. Kilkanaście metrów dalej przechodzimy przez następny strumień, za którym zauważymy po lewej stronie sześć drewnianych płotków, spełniających to samo zadanie. Tuż za nimi, powinniśmy zauważyć dość ciekawy, płaski głaz, który wygląda, jakby „spływał” ukośnie ze szlaku w stronę Morskiego Oka. Sam głaz może nie jest jakiś niezwykły, ale ozdabia go bardzo mały, jarzębinowy zagajnik. W środku lata możemy zobaczyć tu kolorowe widowisko, ponieważ czerwone owoce jarzębiny na tle zielonych wód Morskiego Oka i niebieskiego nieba wyglądają przepięknie! Po prawej stronie ścieżki, patrząc ciągle z tego samego miejsca, będziemy mieli strome zbocze, które niejako przecinamy wzdłuż. Powinniśmy zauważyć tu dużą skałę, pod którą znajduje się niewielka jama. Na górze głazu rośnie bujna kosodrzewina. Miejsce jest tak urokliwe, że większość turystów zatrzymuje się, by podziwiać tutejsze widoki.

piątek, 2 grudnia 2016

Szlak na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami – czyli na co zwrócić uwagę

Czarny Staw pod Rysami szlak na Czarny Staw

Dojazd i szlak na Morskie Oko
Jeśli nie mamy własnego środka transportu, to najlepiej w centrum Zakopanego wsiąść do busa, których jest mnóstwo, a gdy mamy kwaterę w Bukowinie Tatrzańskiej, to również warto wyjść na przystanek w centrum, gdzie w godzinach porannych dojedziemy na miejsce. Z centrum Zakopanego jeżdżą tak często busy, jak szybko się zapełniają. Pierwszy kurs mamy o godzinie 6.30 rano. Od godziny 7.00 znajduje się bardzo wielu chętnych, dlatego busy odjeżdżają co kilka minut. Nie funkcjonuje tu jakiś rozkład jazdy, ale prosta zasada „aż do zapełnienia i odjazd”. Kiedy jednak mamy samochód, to polecam pojechać przez Bukowinę Tatrzańską, ponieważ w Zakopanem możemy trafić na korki w sezonie. Do Palenicy Białczańskiej dojedziemy busem za 15 zł, z Zakopanego (najlepiej z centrum - poznasz po tłumach ludzi). Jeśli jedziemy własnym autem, to musimy pamiętać, że od 2 sierpnia 2021 nie ma możliwości zaparkowania samochodu na parkingu w Palenicy Białczańskiej (początek szlaku do Morskiego Oka) bez biletu elektronicznego. Bilet w cenie 36 zł/dzień zakupisz na stronie: BILET ELEKTRONICZNY NA PARKING DO MORSKIEGO OKA. Taką zmianę wprowadzono po tym, jak z powodu koronawirusa polskie Tatry przeżywały istne oblężenie. W okolicach Łysej Polany i przed początkiem szlaku prowadzącego do Morskiego Oka codziennie powstawały kilkukilometrowe korki. Bilet elektroniczny ma za zadanie ograniczyć liczbę zaparkowanych pojazdów do 800 samochodów. Reszta chętnych osób może dostać się w ten rejon, korzystając z busów kursujących z centrum Zakopanego. Kierowcy busów również przeżywają oblężenie, ponieważ kolejka chętnych czasami ma aż kilkaset metrów długości! Ludzie, którzy są związani z Tatrami bardziej niż niedzielna lub wakacyjna turystyka, zazwyczaj nie podróżują w te góry z powodu przeraźliwie dużych tłumów nieodpowiedzialnych turystów. W takich warunkach przyjemność przebywania w górach zostaje dosłownie 'zabita'. Możemy wybrać jedno z dwóch miejsc parkingowych. Pierwsze jest najbardziej znane – to oczywiście Palenica Białczańska, gdzie ceny za parking są bardzo wysokie (35zł/dobę), dlatego jeśli jest możliwość, polecam zaparkować w drugim miejscu – na parkingu Łysa Polana, który kiedyś stanowił przejście graniczne do Słowacji. Ceny są trochę niższe i jeśli zabraknie miejsca na Palenicy Białczańskiej, to stąd możemy szybko wyjechać, podczas, gdy pod Palenicą ustawiają się z dwóch stron ulicy kilkukilometrowe rzędy aut. Jedynym i dość dużym minusem Łysej Polany, jest fakt, że musimy iść około 20min do Palenicy Białczańskiej. Może to niewiele, ale po całodniowej wycieczce i przejściu 18km drogą asfaltową, każdy kolejny metr twoje stopy bardzo odczują. Przed szlabanem parkingu Palenica Białczańska znajduje się druga brama – wejście do Tatrzańskiego Parku Narodowego. Musimy kupić tutaj obowiązkowy bilet wstępu. W lecie już od godziny 6.00 rano pobierane są opłaty. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz płaciłem za bilet, ponieważ zwykle o 3.00 w nocy rozpoczynam wędrówkę. Za bramą rozpoczynamy długą i mozolną „dreptaninę” drogą asfaltową, która szybko stanie się uciążliwa i za długa…

Na samym początku tej drogi, po lewej stronie, usłyszymy i zobaczymy potok Białka, który bardzo szybko skręca na Słowację, gdzie możemy pomiędzy drzewami dostrzec wylot najpiękniejszej doliny Tatrzańskiej – Doliny Białej Wody. Po prawej stronie nie ujrzymy nic, oprócz gęstego lasu zbudowanego z wiekowych świerków. Warto spojrzeć w stronę potoku Białka, ponieważ nasz apetyt rozbudzą niesamowite szczyty gór najwyższych, które o wczesnej porze dnia mienią się odcieniami czerwieni i pomarańczowego. To jest główny powód, dla którego jeszcze w nocy rozpoczynam wędrówkę do Morskiego Oka. Szlak na Morskie Oko jest oczywisty i nie da się pójść gdzie indziej, ale musimy pamiętać, że od głównej drogi, co jakiś czas będą odbiegać inne szlaki. Na początku naszej wędrówki zobaczymy pierwszy zakręt ścieżki w prawo, w las, gdzie niebieski szlak w 40min zaprowadzi nas na przepiękną Rusinową Polanę, oferującą niesamowity widok na panoramę Tatr. Długo, bo około przez godzinę, droga na Morskie Oko biegnie przez gęsty las, przez co nie mamy żadnych widoków na góry. Z tego względu warto „podkręcić” tempo, kto ma tylko kondycję. Znaki mówią o czasie przejścia 2h 10min do Morskiego Oka, ale mi wystarczy 1h 16min – 1h 19min, idąc bardzo szybkim tempem. Wiedząc jak długo pójdziemy, można wyliczyć czas, żeby zobaczyć wschód słońca nad Morskim Okiem. Widok jest niecodzienny i na pewno będziesz chciał oglądać go wiele razy.

piątek, 25 listopada 2016

szlak na Kościelec, Kościelec trudności

Trudności na Kościelcu Szlak na Kościelec

DOJŚCIE DO DOLINY GĄSIENICOWEJ PRZEZ BOCZAŃ
Na początku trzeba dostać się z Zakopanego do Kuźnic. Można dojść do głównego ronda w centrum miasta i później iść 30min drogą asfaltową, ale jednak polecam skorzystanie z busów lub taksówek, które za kilka zł zawiozą nas na miejsce. Szkoda naszego czasu na „asfalty” i lepiej jak najszybciej znaleźć się na szlaku. Taksówki działają tutaj na zasadzie, że kierowcy jeżdżą siedmioosobowymi samochodami, przez co szybko znajdują chętnych i cena jest bardzo dobra, dlatego głównie z ich usług korzystam. Dzięki taksówkarzom możemy wyjść w góry nawet w środku nocy i przez to zdążyć przed tłumami. Kiedy dojedziemy do Kuźnic pod dolną stację kolejki wyciągowej na Kasprowy Wierch, skręcamy w lewo drogą. Na jej końcu przejdziemy obok drewnianej chaty, gdzie zobaczymy monitor z informacjami pogodowymi oraz komunikat o warunkach sporządzony przez TOPR. Dalej przechodzimy przed drewniany most, nad potokiem. Nasza droga kończy się, wchodzimy do lasu i mamy przed sobą strzałki z oznaczeniem kierunków dróg. Wybieramy niebieski szlak, którym będziemy szli aż do Przełęczy między Kopami 1499 m n.p.m. Szlak nie jest ciekawy, ale kilka słów o nim muszę wspomnieć. Na początku idziemy mocno „wysłużoną” ścieżką, ponieważ wiele lat temu ułożono tutaj drogę z okrągłych i nieregularnych kamieni. Po upływie bardzo długiego czasu ziemia częściowo jest wypłukana, a kamienie są „wygładzone” od milionów postawionych kroków przez turystów. To oznacza, że pomimo niewielkiego nachylenia zbocza, którym podchodzimy, może być bardzo ślisko. Trzeba uważać. Już po pierwszej minucie nasz szlak staje się coraz bardziej stromy i przez to męczący. Idziemy tak około 15-20min. W tym czasie powinniśmy dojść do skrzyżowania szlaków na ostrym zakręcie. Dowiemy się tu, że możemy wybrać zieloną trasę na Nosal 1206 m n.p.m. albo pójść do Doliny Gąsienicowej przez Boczań 1224 m n.p.m. My oczywiście wybierzemy tą drugą opcję, bo chcemy pójść szlakiem na Kościelec. Zakręt jest dość ciekawy i można powiedzieć, mało bezpieczny… Wystają tam ostre jak brzytwy występki skalne z ziemi i na dodatek w wielu miejscach, pomiędzy nimi przechodzimy po „wypolerowanych” skałach od niezliczonych milionów kroków turystów. Jest tu bardzo ślisko i trzeba mocno uważać, żeby się nie pośliznąć. Nie lubię tego miejsca, dlatego staram się je obchodzić po zewnętrznej stronie.

Za zakrętem szlak prowadzi bardzo gęstym lasem. Przez około 45min będziemy podchodzić do Boczania, chociaż na jego szczyt nie wejdziemy (wchodzimy do poziomu 1206 m n.p.m.). Od początku tego odcinka trasa jest stroma i będziemy tracić dużo sił. Niestety ścieżka jest bardzo niewygodna, dlatego trudno tędy się idzie. Po kilku minutach wędrówki od zakrętu szlak prowadzi niewielkim, ale dość długim wąwozem, bo tak można nazwać tę drogę, poprowadzoną około 1,8m poniżej poziomu ziemi. Na całej długości wąwozu jest mnóstwo luźno leżących kamieni o bardzo nieregularnych kształtach. Z tego powodu, co chwilę tracimy równowagę. Turyści z powodu niewygodnego przejścia szukają najczęściej jakiegoś obejścia tej trasy. Wzdłuż wąwozu, po lewej stronie, z łatwością odnajdziemy wydeptaną, dość szeroką ścieżkę, którą chyba wszyscy wybiorą. Niestety nie da się w całości ominąć niedogodności, bo w niektórych miejscach jest zbyt wąsko i musimy zejść na kamienistą drogę. Idziemy nią jakieś 10min. Powyżej niewygodnej ścieżki szlak jest ciągle stromy i ciągle prowadzi gęstym lasem. Idziemy ciągle na wprost. Teraz kamienie są ułożone w sposób regularny, ale mimo wszystko jest ślisko. Podchodząc coraz wyżej, po 20min od zakrętu, powinniśmy dojść do miejsca, gdzie szlak zakręca w lewo. Ciągle będziemy szli lasem, ale nawierzchnia drogi kilka razy się zmieni, ponieważ raz będziemy iść chodnikiem z ułożonych kamieni, a raz piękną, utwardzoną ścieżką. Na tym odcinku możemy nacieszyć się wspaniałymi zapachami pochodzącymi od świerków. Właśnie z tego względu lubię przechodzić tutejszym lasem. Nasz szlak ciągle prowadzi stromo do góry. Chociaż nie zobaczymy na razie żadnego prześwitu, to czasami zauważymy, że w niektórych miejscach jest mniej drzew. Dzięki temu trafimy na kilka miejsc, gdzie docierają promienie słoneczne. Idąc w takim terenie, po około 20min dojdziemy do Boczania. Dla osób poznających Tatry, góra ta stanie się zmorą, ponieważ chcąc poznać wszystkie szlaki polskich Tatr, będzie trzeba przejść przez nią około sześć razy. Pod jej szczytem, gdzie brakuje drzew i dzięki temu mamy pierwszy widok na Giewont i Czerwone Wierchy w tle, znajduje się kolejny ostry zakręt w lewo, gdzie trzeba jeszcze bardziej uważać. Zakręt jest długi, a wystających, ostrych jak brzytwa skał, jest znacznie więcej. Problem w tym, że jest tu bardzo ślisko tak, jak poniżej. Najlepiej jest obejść go od prawej strony. Przed sobą zobaczymy drewniane barierki. Jesteśmy na wysokości 1206 m n.p.m.

czwartek, 17 listopada 2016

Szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

szlak na przełęcz pod chłopkiem trudności na przełęczy pod chłopkiem

NA POCZĄTEK KILKA SŁÓW O SZLAKU
Idąc na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem musimy pamiętać, że jest to wymagający szlak, w szczególności dla początkujących osób. W czasach, kiedy toczyły się ożywione dyskusje na forach internetowych szlak na Przełęcz pod Chłopkiem uchodził za drugi najtrudniejszy po Orlej Perci w polskich Tatrach – no może zestawiano go na równi ze szlakiem na Rysy i toczyły się odwieczne dyskusje, który z nich jest gorszy. Cała trudność trasy polega na tym, że nie występują tu ubezpieczenia w postaci łańcuchów. Na całej długości szlaku rozmieszczono tylko siedem klamer, z czego ostatnia przerdzewiała i nie jest już używana. Wszelkie występy skalne, dziury, czy długie podejścia w poszarpanych ścianach skalnych będziemy pokonywać bez żadnych ułatwień. Cała trasa jest wymagająca pod względem kondycyjnym, ponieważ w krótkim czasie osiągamy dużą wysokość. Podchodzimy nieustannie stromymi zboczami górskimi. Szlak ma wiele zalet, ponieważ widoki z trasy są bardzo piękne i uchodzą za najpiękniejsze w całych Tatrach polskich. Wśród znanych ludzi gór szlak na Przełęcz pod Chłopkiem uchodzi za najpiękniejszy w Polsce pod względem widokowym. Pokonując poszczególne etapy znakowanej trasy zauważymy, że w bardzo krótkim czasie zmieniają się widoki. W lecie szlak przyciąga przepiękną zielenią traw, czy polanami pełnymi kwiatów. Z racji trudności, ta trasa jest mało znana, lub opowieści zasłyszane od innych skutecznie blokują niezdecydowane osoby. Kiedy będziemy pod Czarnym Stawem pod Rysami zobaczymy, że większość turystów pójdzie na Rysy, a tylko pojedyncze osoby wybiorą szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.

DOJAZD, WĘDRÓWKA DO MORSKIEGO OKA ORAZ OTOCZENIE
Do Palenicy Białczańskiej dojedziemy busem za 15 zł, z Zakopanego (najlepiej z centrum - poznasz po tłumach ludzi). Jeśli jedziemy własnym autem, to musimy pamiętać, że od 2 sierpnia 2021 nie ma możliwości zaparkowania samochodu na parkingu w Palenicy Białczańskiej (początek szlaku do Morskiego Oka) bez biletu elektronicznego. Bilet w cenie 36 zł/dzień zakupisz na stronie: BILET ELEKTRONICZNY NA PARKING DO MORSKIEGO OKA. Taką zmianę wprowadzono po tym, jak z powodu koronawirusa polskie Tatry przeżywały istne oblężenie. W okolicach Łysej Polany i przed początkiem szlaku prowadzącego do Morskiego Oka codziennie powstawały kilkukilometrowe korki. Bilet elektroniczny ma za zadanie ograniczyć liczbę zaparkowanych pojazdów do 800 samochodów. Reszta chętnych osób może dostać się w ten rejon, korzystając z busów kursujących z centrum Zakopanego. Kierowcy busów również przeżywają oblężenie, ponieważ kolejka chętnych czasami ma aż kilkaset metrów długości! Ludzie, którzy są związani z Tatrami bardziej niż niedzielna lub wakacyjna turystyka, zazwyczaj nie podróżują w te góry z powodu przeraźliwie dużych tłumów nieodpowiedzialnych turystów. W takich warunkach przyjemność przebywania w górach zostaje dosłownie 'zabita'. Szlak zaczyna się z Palenicy Białczańskiej, skąd pójdziemy bardzo długą, na 9,2km, drogą asfaltową nad Morskie Oko. Przeciętny turysta powinien przejść ją w 1h 30min. Osoby, które nie chodzą regularnie po górach pokonują tę drogę średnio w 2h do 2h 30min. Idąc cięgle przed siebie, po 30min dochodzimy do Wodogrzmotów Mickiewicza – efektownego wodospadu, ale widok na niego jest mocno zepsuty przez wysoki most, którym przechodzimy. Za następne 15-20min dotrzemy do czterech skrótów, pozwalających ominąć długie asfaltowe serpentyny. Będziemy tu szli ułożonymi schodami z kamieni. Z powodu popularności szlaku stopnie są mocno wytarte i śliskie. Przejście wszystkich skrótów powinno nam zająć od 15-stu do 30-stu minut, w zależności od tego, jaką mamy kondycję. Pierwsze dwa odcinki tworzą krótkie przejścia z kamiennymi stopniami. Trzeci z nich jest najdłuższy i na początku idziemy kamiennym chodnikiem, a później schodami w świerkowym lesie. Czwarte podejście jest bardzo krótkie, ale dość strome. Wychodzimy na zakręt drogi asfaltowej. Rozglądamy się, gdzie droga prowadzi pod górę. Tam się kierujemy. Od tego momentu cały czas wędrujemy przed siebie, aż do Morskiego Oka. W trakcie marszu zobaczymy pierwszy piękny widok – panoramę na Mięguszowieckie Szczyty. W drodze przejdziemy przez parking Włosienica, skąd mamy wspaniały widok na Tatry, który z pewnością przyczyni się do przyspieszenia naszego tempa. W tym samym miejscu dojdziemy do Marketu Turystycznego. Wzdłuż parkingu Włosienica dodatkowo prowadzi krótki odcinek starego chodnika z płyt. Po raz pierwszy zobaczymy kosodrzewinę, a świerki będą stawać się coraz niższe. Do Morskiego Oka pozostało nam jeszcze jakieś 10-15min wędrówki. W końcu dochodzimy do Schroniska nad Morskim Okiem, mając za sobą już 9,2km drogi. Trzeba pamiętać, że w godzinach porannych i po południu schronisko jest przeciążone i z pewnością nie dostaniemy się do środka, no chyba, że bardzo nam zależy. Najczęściej okupują je tysiące turystów, których głównym celem jest tylko Morskie Oko. Kto jeszcze nie był w jego wnętrzu, warto żeby tam wszedł, bo widok ze schroniskowych okien z tarasu uchodzi za jeden z najpiękniejszych i jest znany z pocztówek. Żeby dojść do stawu, musimy wybrać czerwone znaki i od schroniska skręcić nieco w prawo i zejść po kamiennych schodach. Jest ich około czterdzieści. Jesteśmy na wysokości 1410 m n.p.m. Na dole zobaczymy drogowskaz informujący między innymi o zakazie dokarmiania zwierząt. Łatwo zauważyć, że ludzie najczęściej karmią kaczki i ryby. Te same tablice mówią również, żeby niczego nie wrzucać do Morskiego Oka. Zobaczymy też znak informujący, że na Rysy powinniśmy wejść po około 4h 15min. My jednak wybierzemy tylko część tego szlaku i później skręcimy na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.

poniedziałek, 31 października 2016

Śląski Dom, szlak na Batyżowieckie Pleso, szlak na Osterwę - czyli wędrówka Tatrzańską Magistralą

 Szlak na Batyżowieckie Pleso  Tatrzańska Magistrala szlak

Pierwszy dzień wędrówki (Młynicka Dolina, Bystra Ławka, wejście na Furkot, Furkotna Dolina, Solisko) udał nam się bardzo i byliśmy z niego zadowoleni. Trochę z większym trudem szukaliśmy noclegu w Nowej Leśnej, bo nikt nie chciał nas przyjąć na jedną noc. Daniel miał namiary na pokoje u Romów. Właśnie tam zdecydowaliśmy się spędzić noc. Początkowo szukaliśmy noclegu pukając od drzwi do drzwi, ale jako, że wszędzie było już pozajmowane (bo ten weekend był ostatnim w lecie i na dodatek bezchmurnym, więc każdy, kto mógł, korzystał z idealnej pogody), pojechaliśmy do Romów pod wskazany adres. Przed chwilą przyjechała inna czwórka Polaków, która szukała noclegów, a pani myślała, że to my dzwoniliśmy i w ten sposób ktoś przypadkowo zajął nam miejsce. Romowie, mają bardzo gęstą „sieć” powiązań rodzinnych, więc zaraz zeszły się babcie, kuzynki i inni. Po dłuższych rozmowach znaleźli dla nas dla nas duży pokój na cztery osoby zaledwie kilka domów dalej. Chcieliśmy dwa pokoje na dwie osoby, ale jako, że nigdzie już nie było wolnych miejsc wybraliśmy ten duży pokój. Obejrzeliśmy go i stwierdziliśmy, że będzie bardzo dobre spanie i nic więcej nam już nie potrzeba. Tak, jak myśleliśmy, Romowie są bardzo gościnni. Zapłaciliśmy po 10 EUR za pokój, co jest niską ceną, bo w znanych miejscowościach turystycznych, takich jak np. Stary Smokowiec, zapłacimy dwa razy więcej. Głównie z tego powodu wybraliśmy Nową Leśną, bo jest na uboczu i dla osób przyjeżdżających samochodem nie ma żadnego problemu, by dostać się w Tatry w kilkanaście minut. Ja, Daniel i Monia nawet umówiliśmy się na wyjście na wschód słońca, ponieważ dom, w którym teraz zamieszkaliśmy na noc znajdował się na obrzeżach Nowej Leśnej. Wystarczyło tylko pójść dwie minuty ulicą pod górę, żeby wyjść na rozległe pola i mieć fenomenalny widok na Tatry Wysokie Słowackie. Widok po prostu wgniatał w ziemię! Przed główną panoramą Tatr ciągnęły się hektary zielonej trawy.

Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci. Szybko przygotowaliśmy się do wyjścia, wzięliśmy aparaty i wyszliśmy na zewnątrz. Rześki poranek szybko nas obudził. Poszliśmy na otwarte pola, gdzie już z ulicy mogliśmy robić dobre ujęcia. Podchodząc nieco wyżej, mieliśmy widok na cały Poprad i bardzo rozległe niziny. Z drugiej strony zaś mieliśmy widok na panoramę Tatr. Teraz oczekiwaliśmy wschodzącego słońca, które miało nadać pięknych barw górom. Do wschodu pozostało jakieś dziesięć minut. Udało nam się zrobić jeszcze kilka ujęć przed słońcem, dzięki czemu mieliśmy porównanie, jak Tatry wyglądają przed, kiedy nie widać jeszcze większości szczegółów i po wschodzie słońca, gdy widać wiele drobnych szczególików, jak np. żleby, pasy kamieni wśród zwartej kosodrzewiny, itp. Fotografując Tatry w porze wschodzącego słońca korzystaliśmy z idealnego spokoju, ponieważ nikt, ani nic nie zakłócało zupełnej ciszy. Trawę pokrywała grubokropelkowa rosa, która bardzo szybko umoczyła nam buty i spodnie. Po około pół godzinie usłyszeliśmy w oddali dzwoneczki. Dopiero za kolejne dziesięć minut zauważyliśmy, że nasze wielkie pole przed Tatrami przecina duże stado owiec. Od wczesnoporannego słońca nawet owce przyjmowały jasnopomarańczowej barwy. Ten widok na tle monumentalnych Tatr był niesamowity! Całości dopełnił samotny pasterz z kijem w ręku, ponieważ nadał ciekawy klimat nie tylko miejscu, ale również samym fotografiom, które wykonaliśmy w tym czasie. Widok tak bardzo nam się podobał, że zostaliśmy na miejscu przez około godzinę. Dopiero, kiedy ciepłe barwy promieni przemijały, wróciliśmy do domu by zjeść normalne śniadanie.

wtorek, 25 października 2016

Pieniny 2016 - 23.10.2016 - morza chmur w Pieninach, Pieniny jesienią

 Pieniny jesienią Trzy Korony - szlaki

Zjawisko mórz chmur w Pieninach – kiedy występują najlepsze warunki?
Morza chmur w Pieninach są tak niezwykłe i niepowtarzalne, że już na jedenaście miesięcy przed wystąpieniem tego zjawiska zaplanowałem urlop. Bardzo trudno jest wyznaczyć konkretny dzień, kiedy mogą powstać morza chmur, dlatego nastawiłem się na tydzień od 17-ego do 23-ego października 2016. Wtedy najbardziej liczyłem na udaną pogodę. Wybrałem te dni, ponieważ zawsze zależy mi na tym, żeby nie tylko wystąpiły morza chmur, ale żeby to zjawisko nałożyło się z najintensywniej ubarwioną jesienią, czyli krótko mówiąc – czekałem, aż jesień będzie miała największą ilość kolorów i na czas, kiedy nastąpi inwersja w pogodzie. Od sześciu lat „polujemy” na ten szczególny czas, ponieważ wtedy jest po prostu najpiękniej, a teraz miał być udany rok siódmy… Tak przynajmniej zakładaliśmy. Całe zjawisko polega na tym, że kiedy zaczynamy wędrówkę w góry, jesteśmy poniżej poziomu chmur i widzimy nad nami tylko szare, mało optymistyczne chmury. W trakcie podchodzenia przebijamy się przez ich warstwę, ponieważ są nisko „zawieszone” nad dolinami i potem wędrujemy przy bezchmurnym niebie, mając równą warstwę chmur pod nami. Kiedy wejdziemy wyżej, zobaczymy, że chmury niejako rozlewają się niczym wody morza i wśród nich wystają tylko szczyty najwyższych gór w okolicy. Przypomina to trochę widok, jakbyśmy stali na małej wysepce i oglądali inne równie małe wyspy rozsiane dookoła nas. Właśnie to wszystko chcieliśmy ujrzeć jednocześnie i dlatego pozostaje tylko jeden tydzień w roku, kiedy jest dość duża szansa. Zwykle wszystkie zjawiska występują jednocześnie w dniach 13-20 października każdego roku. Problem w tym, że trzeba obserwować, jaki jest wrzesień. Jeśli jest ciepły i słoneczny, to spodziewajmy się, że nasze „polowanie” na morza chmur uda się w okolicach 20. października lub nawet kilka dni później, a kiedy wrzesień jest chłodny, pochmurny i deszczowy, jak np. w latach 2013 i 2015, to raczej powinniśmy spodziewać się widowiska około 13. października. Wszystko ma związek z barwieniem liści na różne kolory, co jest zależne, między innymi, od pogody we wrześniu.

Widząc, że wrzesień był piękny i słoneczny byliśmy raczej pewni, że morza chmur i pełnia jesieni nastąpią po 20-tym października. Niestety początek października nagle odmienił się i nastały chłodne dni i deszczowa pogoda. Czekając na lepszą aurę, po prostu nie doczekaliśmy jej i nawet 21. października ciągle padało… Po cichu myśleliśmy, że to będzie pierwszy rok, kiedy nie zobaczymy pięknej jesieni w Pieninach, bo minęły już trzy deszczowe tygodnie i nadal nie widzieliśmy żadnej odmiany na horyzoncie. Wypatrzeliśmy jakieś okno pogodowe dopiero na 23. października. To tylko jeden jedyny słoneczny dzień, ale właśnie wtedy mieliśmy największą szansę powodzenia, bo wtedy zapowiadali bezchmurne niebo i miała nagle spaść temperatura, czyli spodziewaliśmy się inwersji, gdzie temperatury w dolinach są dużo niższe niż te wyżej w górach. Jako, że w tym roku mieliśmy tylko jedną szansę, musieliśmy jechać bez względu na wszystko, żeby zobaczyć, jak będzie w tym roku. Drugiej możliwości po prostu nie było, bo później już miało być po kolorowej jesieni.

Tak wyglądały nasze przygotowania i „polowanie” na morza chmur. Szlak na Trzy Korony.

Zaplanowaliśmy nasz wyjazd na godzinę 00.30 w nocy 23. października po to, żeby na miejscu być około godziny 4.00 i żeby wejść na szczyt Trzech Koron przed wschodem słońca. Właśnie o takiej porze jest najpiękniejsze światło i najciekawsze kolory, dlatego, jak co roku wejście na Trzy Korony musiało być zaplanowane w całości w nocy. Obawialiśmy się tylko jednej rzeczy – skoro cały październik był zimny, deszczowy i całkowicie pochmurny, to jesień nie będzie miała pełnej gamy kolorów. Liście zanim poczerwienieją zdążą od razu zżółknąć i od razu zbrązowieć, a duża część zielono-żółtych liści po prostu opadnie przedwcześnie. Tak dzieje się w przypadku, gdy mamy zbyt chłodny i pochmurny wrzesień lub październik. Wiedzieliśmy, że praktycznie tak będziemy mieli na pewno, dlatego nie nastawialiśmy się na najpiękniejsze widowisko, jakie mogliśmy dotychczas zobaczyć. Do dziś niezmiennie króluje widok z 2010 roku, gdzie wystąpiły idealne warunki, zarówno te pogodowe, jak i te dotyczące jesieni. Pomimo, że co roku udaje nam się wyznaczyć odpowiedni czas i zobaczyć piękne morza chmur, to dotychczas nie trafiliśmy na piękniejsze widowisko niż z 2010 roku – głównie z powodu niedostatecznych warunków przed okresem „polowań” na morza chmur, co ma wielki wpływ na jakość kolorów jesieni, kiedy występuje już to zjawisko.

poniedziałek, 17 października 2016

Młynicka i Furkotna Dolina szlaki, Furkot - 2404 m n.p.m., szlak na Solisko

 Młynicka Dolina szlaki  Szlak na Solisko

MŁYNICKA DOLINA, FURKOTNA DOLINA SZLAKI - NASZA RELACJA I OPIS SZLAKU
Długo w naszych głowach rodził się pomysł wyjazdu w Tatry Słowackie. Daniel od dawna marzył, żeby zobaczyć Dolinę Młynicką i Furkotną. Chociaż słowo „dolina” może znaczyć wędrówka w pobliżu gór, a nie po górach, to w tym przypadku słowo „dolina” znaczyło o wiele więcej, ponieważ mieliśmy chodzić powyżej wysokości 2300 m n.p.m. i planowaliśmy podziwiać prawdziwie tatrzańskie widoki z góry. Cały urok obu dolin polega na tym, że obie są spięte bardzo małą przełęczą zwaną Bystrą Ławką 2300 m n.p.m., która oferuje bardzo ciekawe widoki i dla idących tu pierwszy raz – będą zagwarantowane pewne emocje związane z pokonywaniem szlaku. Umówiliśmy się tek, żeby rozpocząć wędrówkę na około godzinę przed wschodem słońca. Nie liczyliśmy na duży ruch turystów, a tym bardziej na zatory w wąskich miejscach. Naszym głównym celem było podziwianie pięknej tatrzańskiej przyrody, licznych stawów oraz wysokogórskich widoków. Jechały z nami również Ilona i Monia, dlatego nie wybraliśmy wymagającej trasy.

Samochód zaparkowaliśmy w Nowym Szczyrbskim Plesie, na największym, dwupoziomowym, parkingu w okolicy. Miejsca na pewno nikomu nie zabrakło. Jest tu kilka dużych parkingów, a na każdym z nich wiele miejsc do wyboru. Po wyjściu z obiektu chwilowo idziemy ulicą, a później okrążamy z prawej strony Szczyrbskie Pleso. W trakcie przejścia możemy popatrzeć na tutejszą skocznię narciarską. Po kilkunastu minutach dochodzimy do wiaduktu, gdzie rozdwajają się szlaki. Czerwony prowadzi w prawo, na Popradzkie Pleso, a żółty już bezpośrednio Młynicką Doliną. Większość ludzi wybiera czerwony szlak, ponieważ od Popradzkiego Plesa rozpoczyna się osławiony szlak na Rysy od strony słowackiej, który jest mocno oblegany. Tylko nieliczni wybierają żółty, prowadzący Młynicką Doliną. Tego dnia wybraliśmy właśnie tą trasę i wiedzieliśmy, że spokój na szlakach mamy raczej zapewniony. Za wiaduktem rozpoczynamy wędrówkę głównym deptakiem. Można się tutaj poczuć trochę jak w Zakopanem, ale na szczęście nie trafiliśmy na wielki ruch o tej porze dnia i roku. Cały odcinek jest przyjemny, ponieważ idziemy w płaskim terenie oraz będziemy podziwiać piękną trawiastą polankę, nadającą specyficzny klimat temu miejscu. Po lewej stronie zauważymy kilka wyciągów narciarskich, a na końcu deptaka miniemy Hotel FIS. Cała przyjemność rozpoczyna się dosłownie za jego budynkiem, ponieważ wkraczamy w piękny świat tatrzańskich szlaków. Od teraz będziemy szli aż półtorej godziny, podziwiając na początku tatrzańskie lasy, a dalej przyrodę i wspaniałe widoki. Wędrówka przez las trwa jakieś 45 do 50-ciu minut. Od samego początku możemy podziwiać stare świerki „oblepione” krzaczastymi porostami, które tworzą gęsty i zwarty las. Jako, że tutaj rozpoczyna się Dolina Młynicka i teren jest raczej „upchnięty” pomiędzy dwa zbocza górskie, to las, którym idziemy jest wyjątkowy, ponieważ w innych częściach Tatr Słowackich u stóp gór, wszystkie zostały położone przez potężną wichurę z dnia 19 listopada 2004. Wtedy zostało połamane do gołej ziemi aż 12 000 hektarów lasów i do dziś te miejsca wyglądają nieatrakcyjnie. Cieszy jedynie fakt, że na miejscu starych drzew rosną już młode i kiedyś znowu będzie tu pięknie. Mogliśmy powiedzieć, że idziemy wyjątkowym lasem, ponieważ ten ocalał.

poniedziałek, 10 października 2016

Czerwone Wierchy jesienią, grań Tatr Zachodnich

szlak na Kończysty Wierch 

Długo czekałem na dobrą pogodę. W końcu nadeszła! Pełne słońce miało być w piątek i w sobotę, toteż wziąłem wolne w pracy, żeby pojechać w góry. Moja żona, Monia, miała jeszcze zajęty piątek, dlatego postanowiliśmy, że dojedzie do nas autobusem z koleżanką Iloną. Ja i Daniel pojechaliśmy już o 3.00 w piątek w nocy, w stronę Doliny Chochołowskiej. Dlaczego tam? Dlatego, że w planach mieliśmy podziwianie pięknych rdzawo-brązowych traw w Tatrach Zachodnich. Zaplanowaliśmy, że naszą trasę zaczniemy od Trzydniowiańskiego Wierchu, ponieważ już od tego szczytu, na całej trasie mieliśmy cieszyć się jesiennymi kolorami. Na miejsce dotarliśmy dokładnie o 6.00 rano. Niebo zaczęło jaśnieć. Idealna pogoda zachęcała do wędrówki. Trawy pokrył szron, dlatego zastanawialiśmy się, czy taki sam mróz jest wyżej. Z drugiej strony wiedziałem, że w takie dni w dolinach jest najchłodniej, toteż liczyłem, że tam – u góry – będzie cieplej. Szybkim tempem poszliśmy Doliną Chochołowską. Niestety musieliśmy przejść ją prawie całą. To nużąca i długa trasa. Jedynie ostatnie 15min drogi prowadzącej do schroniska nie stało się częścią naszej trasy. Skręciliśmy w lewo, gdzie czerwony szlak prowadził Krowim Żlebem na Trzydniowiański Wierch. Po dwóch latach, wyciągnąłem moje buty górskie, które dziwnym trafem… zstąpiły się. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale zmalały o co najmniej 2-3 numery… Kupiłem je o 5mm za duże, a teraz były o 5mm za małe… ciągle zastanawiałem się, jak to będzie i czy po całej trasie nie będę musiał zrywać dużych paznokci u stóp, co jest bardzo bolesne.

Na Krowim Żlebie nie czułem niewygód związanych z butami i pomyślałem, że będzie dobrze. Jasne niebo i widok na Chochołowskie Mnichy utwierdziły nas w przekonaniu, że wyżej może być tylko lepiej. Wyobrażałem już sobie te wspaniałe trawy, polany i rdzawo-brązowe szczyty. Za Krowim Żlebem rozpoczęło się bardzo strome podejście lasem. Z Danielem stwierdziliśmy, że zimą jest tu łatwiej i można podchodzić szybciej. Teraz szliśmy stromymi schodami. W lesie unosił się bardzo piękny zapach świerków oraz czuliśmy rześkie powietrze. Oddychało nam się bardzo dobrze. Nie pociłem się, toteż szedłem miarowym tempem. Szybko doczekaliśmy momentu, kiedy gęsty las zamieniał się pomału w połać karłowatych świerków. Te zaś, szybko zamieniły się w pas kosodrzewiny. Stąd ujrzałem chyba najpiękniejszy, zachęcający widok. Starorobociański Wierch mienił się u szczytu pięknymi, oszronionymi skałami. To był niesamowity widok! Wiedziałem, że dalej będzie równie pięknie! Do Trzydniowiańskiego Wierchu podchodziliśmy wolnym krokiem, ponieważ podziwialiśmy cudne widoki. Obok kosodrzewiny patrzeliśmy na uschniętą, ale wysoką trawę, która tworzyła piękny pejzaż z górami w tle. Właśnie tutaj Daniel spostrzegł, że… nie wziął baterii do aparatu i cała przyjemność robienia zdjęć tego dnia odeszła gdzieś w kosodrzewinę,  a chciałoby się rzec  „w krzaki”… Jednak nic nie stracił, bo robiliśmy zdjęcia moim aparatem na przemian, bo każdy z nas widział to samo na swój sposób. Mnie szczególnie zachwycił widok na Dolinę Chochołowską i drewniane szałasy. Stąd wyglądały pięknie i widzieliśmy, jak wielka jest wysokość tego szczytu. Spoglądaliśmy w stronę Wołowca, bo i tam wzrok przyciągały rdzawo-brązowe zbocza. Dołączył do nas samotnie idący pan, który opowiadał nam, jak wracał leżąco na ziemi z gór z powodu halnego. On również cieszył się idealną pogodą. Po krótkiej przerwie na Trzydniowiańskim Wierchu poszliśmy w stronę Kończystego Wierchu. Nie wiedzieliśmy jakie panują tam warunki, dlatego postanowiliśmy, że spróbujemy tam dojść, a jeśli warunki pozwolą, to pójdziemy dalej – na Jakubinę, liczącą 2194 m n.p.m. To wysoki szczyt dający rozległe widoki – szczególnie na Tatry Wysokie i całe Zachodnie. Na Kończysty Wierch doszliśmy szybko. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać panoramę Tatr we wszystkich kierunkach. Nie myliliśmy się – rdza pięknie „rozlała” się po całych Tatrach równomiernie. Te widoki zachwycały! My jednak chcieliśmy zobaczyć coś więcej.

wtorek, 4 października 2016

Starorobociański Wierch zimą 2176 m n.p.m.

 szlak na Starorobociański Wierch zimą  widoki ze szczytu Starorobociańskiego Wierchu

Minęło już 28 dni od momentu, kiedy pożegnałem Tatromaniaka i Iwon, lub też 27 dni od kiedy pożegnałem Otylię, zakańczając tym samym ostatnią uczestniczkę naszego długiego, zimowego wyjazdu. Brak pogody lub pracujące soboty uniemożliwiły mi jakiegokolwiek wyjazdu w góry, a przecież tyle jeszcze pozostało energii do spalenia, którą nagromadziłem przez całą zimę… W czwartym tygodniu tego roku dowiedziałem się, że nie będzie pracującej soboty, więc od razu pomyślałem, że trzeba bardzo szybko wymyślić cel i miejsce górskiego spotkania. Kilka dni wcześniej z Tatromaniakiem dogadałem się w sprawie zimowego Zawratu, ale równie szybko dowiedzieliśmy się o panujących tam warunkach – mam na myśli duży stopień zagrożenia lawinowego. Szybko padały pytania: Co robimy?, Gdzie jedziemy?, Jaki szczyt wybieramy? Takich myśli było mnóstwo. Bardzo podobało mi się ubiegłoroczne podejście na Starorobociański Wierch, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Pomyślałem sobie… „Stary Robot – Rewanż?” – czemu nie. Zaproponowałem to miejsce jako nasz główny cel. Omówiliśmy różne warianty podejść (a było ich cztery) w zależności od warunków, jakie mogły tam panować. Zdecydowaliśmy się na podejście przez Ornak i przejście Doliną Starorobociańską – do wyboru na miejscu. Piątek, 28 stycznia 2011 był najgorętszym dniem, ponieważ sam nie wiedziałem, czy pojedzie pracujący jeszcze tej doby Daniel. Początkowo umówiliśmy się, że jeśli nie pojedzie, to ja dojadę do Nowego Targu autobusem na godzinę 5.06 i stamtąd wyruszymy w Tatry. W pracy, dobijając ostatniego end cap’a do stojana servosilnika usłyszałem znajomego mi Andy Bluemana o 21.33, co oznaczało, że dzwoni Daniel. Miał bardzo dobre wieści. Powiedział, że jedzie z nami. Umówiliśmy się, że pojedziemy o 0.30 w nocy w stronę Nowego Targu, skąd mieliśmy zabrać Iwon.

Tymczasem, tego samego dnia Tatromaniak przygotował już wszystko dla Iwon, która miała przyjechać do niego, aby u niego przenocować, co uskuteczniłoby nasz wspólny dojazd w Tatry, oszczędzając blisko godzinę na przejazdy na trasie Czarny Dunajec – Nowy Targ – Czarny Dunajec, wraz z manewrami załadunkowo-przeładunkowymi. Z Danielem uzgodniliśmy, że pojedziemy po Iwon do Nowego Targu, a później dojedziemy razem do Czarnego Dunajca. Tak też zrobiliśmy. Tatromaniak był trochę zdezorientowany, bo co chwila plany dojazdu zmieniały się, aż do godziny 21.33, gdzie dopracowaliśmy i uzgodniliśmy ostateczną wersję naszej wyprawy. Po przyjeździe do domu z drugiej zmiany nie zostało mi zbyt wiele czasu, bo zdążyłem tylko dorzucić brakujące rzeczy do plecaka, coś zjeść i czas już było ruszać.

Daniel i ja wyruszyliśmy spod bloku o 0.30 – według planu. Standardowo mijaliśmy stacje paliw, które zawsze kojarzyły nam się ze wspólnymi wyjazdami w góry. Chodziło oczywiście o stacje Orlenu, które zawsze są częścią naszych wypraw. Teraz nie było inaczej, bo po wyjeździe z Krakowa obowiązkowo zaliczyliśmy jedną z nich, ponieważ zorientowaliśmy się, że w Nowym Targu będziemy za szybko. Po krótkim postoju pojechaliśmy dalej, przejeżdżając przez kolejne miejscowości, aż dotarliśmy do Rdzawki – miejscowości, gdzie podczas naszego dojazdu na Małą Wysoką zgłaszaliśmy na Policję prawdopodobnie pijanego kierowcę, jadącego wówczas przed nami. Na granicy administracyjnej Rdzawki i Nowego Targu zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji paliw Orlenu. Na tej stacji zatrzymujemy się zawsze, od momentu, kiedy jeździmy w góry. Z Iwon byliśmy umówieni na 4.00 rano, a była… 2.45. Pomyślałem, że mamy dwie opcje: albo poczekać do czwartej nad ranem, albo zadzwonić i powiedzieć: „przyjedziemy trochę wcześniej”. Trochę się pospieszyliśmy. Do Nowego Targu wjechaliśmy dopiero po 3.40, gdzie bez problemów dojechaliśmy na adres wskazany przez Iwon. Co prawda byłem tam miesiąc temu, ale w miastach do niczego nie przywiązuję uwagi, więc i tak nie wiedziałem, gdzie ona mieszka. Jak zawsze pomogła mi papierowa mapa, która nigdy nie zawodzi.

środa, 31 sierpnia 2016

Szpiglasowy Wierch latem 2172 m n.p.m.

Szpiglasowy Wierch latem Wielki Staw Polski

W środku tygodnia, w pracy, rozmawialiśmy o kolejnym dobrym pod względem pogodowym weekendzie. To niesłychane, że po trzydziestu jeden, pod rząd deszczowych sobotach, trend się odwrócił i teraz zapowiadali trzeci pod rząd słoneczny weekend. Obowiązkowo zarządziliśmy wyjazd w góry. Wpadliśmy na pomysł, że zaraz po drugiej zmianie wsiadamy do samochodu Roberta i jedziemy w Tatry. Zebraliśmy się w grupie Ja – czyli Michał, Ania, Robert, Ewa i Brygida. Ewa po bardzo długiej przerwie postanowiła odwiedzić jakiekolwiek góry, dlatego dla niej wybraliśmy Szpiglasowy Wierch ze względu na piękno przyrody. Wiedziałem, że będzie zachwycona tą trasą. Do naszej grupy dopisał się jeszcze Piotr, jego dziewczyna i koledzy. Oni jechali w drugim samochodzie. Ja i Robert znaliśmy możliwości Ani, dlatego mieliśmy duże obawy o jej tempo, czy da radę dotrzymać nam kroku, bo po poprzednich wyjazdach w tym miesiącu zauważyliśmy, że kondycyjnie mocno odstaje od grupy. Mimo wszystko chcieliśmy ją zabrać ze względu na dobre towarzystwo i jej niepowtarzalny śmiech. Spod zakładu pracy wyruszyliśmy o godzinie 22.10 z myślą, by na około 1.00 w nocy dojechać na Palenicę Białczańską, skąd dalej ruszylibyśmy na Morskie Oko i dalej – na Szpiglasowy Wierch. Zejście planowaliśmy Doliną Pięciu Stawów i przez Dolinę Roztoki. Kiedy mijaliśmy drugie bramki na autostradzie A4 w Balicach Piotr i jego ekipa pogubili się i przejechali zjazd do Zakopanego. Nasz samochód zatrzymała policja do rutynowej kontroli. W tym momencie dzwonił Piotrek aż osiem razy, ale nie odebraliśmy, bo w tym czasie mieliśmy kontrolę. Dopiero po wypuszczeniu nas Robert zadzwonił do Piotrka, ale ten obraził się, że nie odbieraliśmy telefonu. Na nic były tłumaczenia, że w tym czasie zatrzymała nas policja i nic z tym nie mogliśmy zrobić. Po kontroli pojechaliśmy dalej, a ekipa Piotrka pojechała na Kasprowy Wierch zupełnie inną drogą. W samochodzie powiedziałem tylko tyle, że nie ma co roztrząsać sprawy, tylko róbmy swoje, bo kto odwraca się do tyłu, ten nigdzie nie dochodzi. Powiedziałem tak po tym, jak żadne argumenty nie miały siły przebicia. Z natury lubię konkrety i dla mnie istnieje tylko „tak”, albo „nie”. Jeśli coś jest po środku, to odrzucam i robię swoje. Dzięki temu mogę iść ciągle do przodu i działać. Teraz nie inaczej – trzymałem się tej prostej, ale jakże skutecznej zasady…

Jadąc dalej dziewczyny jeszcze przez chwilę wspominały o tym zdarzeniu, a ja myślami byłem już przy wschodzie słońca nad Morskim Okiem. Koniecznie go chciałem zobaczyć, dlatego teraz tylko to zajmowało moje myśli. Na miejsce dojechaliśmy po 1.30 w nocy. Obliczyliśmy, że dojście nad Morskie Oko powinno nam zająć jakieś dwie godziny lub może minimalnie więcej. Mieliśmy więc dużo czasu. Niespiesznym tempem przygotowywaliśmy się do wyjścia. Dziewczyny ubrały kurtki i buty górskie, Robert pozamykał samochód i w końcu wyruszyliśmy do góry. Na tempo Ani policzyliśmy 2h 30min, gdyby potrzebowała odpoczynku. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w środku nocy. Rozmawialiśmy ze sobą i wspominaliśmy osławiony już moduł 4A od Eli, o którym to Robert, Ania i Brygida rozmawiały dwa tygodnie temu na szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem, kiedy to razem poszliśmy w góry w podobnym składzie, tylko bez Ewy. Spoglądaliśmy też na rozgwieżdżone niebo i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu. Od czasu do czasu ciszę przerywał cichy szelest opadających igieł, czy też bardzo lekkie podmuchy wiatru. Wiedzieliśmy, że ten dzień będzie idealny do wędrówki, i że z pewnością dużo dziś zobaczymy. W połowie nocnego szlaku stanęliśmy przed skrótami składającymi się z czterech odcinków kamiennych schodów, dość stromo ułożonych pod górę. Ania przez chwilę odpoczywała i zjedliśmy po jednej bułce. Wchodziliśmy wolnym tempem, żebyśmy wszyscy razem doszli do ostatniego podejścia. Na górze również odpoczęliśmy, żeby Ania i Ewa mogły nabrać sił. Ewa odczuwała, że dawno nie była w górach, ale mimo wszystko nie narzekała. Od teraz – według znaków, pozostało nam pięćdziesiąt minut ciągłej wędrówki równą drogą asfaltową. Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Następny postój zarządziliśmy przy parkingu Włosienica. Jest to miejsce, do którego dojeżdżają wozy konne. Tutaj podziwialiśmy spokój okolicy oraz coraz wyraźniejsze góry. Mięguszowieckie Szczyty wydawały się być tak blisko nas. Po dłuższej chwili wstaliśmy i poszliśmy nad Morskie Oko.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Tour de Monte Rosa szlak, trekking w Alpach

Tour de Monte Rosa szlak, trekking Tour de Monte Rosa zdjęcia

To już ostatnia część opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa.

Po udanym wejściu na Breithorn 4164 m n.p.m., Dufourspitze 4634 m n.p.m., Nordend 4609 m n.p.m. i Rimpfischhorn 4199 m n.p.m. (doszliśmy do lodowca położonego na wysokości 4001 m n.p.m.) pozostałem sam, po tym, jak Rafał musiał już wracać do domu ze względu na kończący się urlop. Mi pozostały jeszcze trzy dni wolnego czasu, dlatego postanowiłem, że wybiorę kultowy szlak Tour de Monte Rosa i przejdę jego najciekawsze fragmenty od Zermatt aż po St. Niklaus. Kiedy Rafał pojechał, przebywałem w namiocie rozbitym w krzakach za Tasch (patrząc od strony Zermatt) przy wielkim stawie, w pobliżu pola golfowego ‘Matterhorn’. Zaplanowałem, że zejdę do wioski Randa liczącej około 440 mieszkańców i tam znajdę odpowiednie miejsce pod namiot. Założyłem, że zatrzymam się w rejonie Randa-Wildi, w okolicach potoku Wildibach, gdzie będę miał dostęp do świeżej wody. Tuż przed lasami, w części Wildi, w Randzie, minąłem pole namiotowe Atermanze. Za nim, idąc około 10min lasem, przekroczyłem mostem szeroki i silny potok Wildibach. Poszedłem dalej, za usypisko głazów, które tworzyło jego naturalne koryto. Skręciłem w prawo, ponieważ około pięć minut drogi od Wildibach usłyszałem cichy szum mniejszego potoku. W lesie rosła wysoka trawa, a wśród niej kwitły piękne alpejskie kwiaty. W trawach wypatrzyłem ledwo widoczną, zarastającą ścieżkę i tam postanowiłem wejść i rozglądnąć się za polem pod namiot. Podchodząc słabo nachylonym stokiem, doszedłem do malutkiego potoku, na którym zbudowano rynienkę doprowadzającą wodę za pomocą gumowych rur. Nieco wyżej umiejscowiono wannę, która miała za zadanie odfiltrowywanie wody z osadów. Przeszedłem jeszcze odległość równą całej instalacji do góry i znalazłem małe, ale równe miejsce pod namiot osłonięte od góry gęstymi modrzewiami. W razie deszczu miałem bardzo dobry, naturalny parasol. Bez wahania rzuciłem wszystko i zacząłem rozbijać namiot. Około 50 cm od niego płynął ten sam potok, toteż miałem ciągły dostęp do świeżej wody.

Miejsce jak najbardziej odpowiadało mi, ponieważ nikt mnie nie mógł tutaj zauważyć, a ja sam miałem wszystko, czego potrzebowałem do wyjścia w góry. Po rozbiciu namiotu rozejrzałem się za sklepem w wiosce i zauważyłem, że otwierali go tylko rano, od 9.00 do 12.00 i w południe, od 17.00 do 20.00. Sklep prowadziła starsza pani. Kupiłem w nim chleb i makaron potrzebny do gotowania zup pomidorowych oraz same zupy pomidorowe z Knorra. Wracając przez wioskę Randa zauważyłem starą zabudowę, którą wyróżniał styl budownictwa. Domy sprzed kilkudziesięciu lat i te jeszcze starsze, budowano na kamiennych cokołach, na których ustawiano kamienną okrągłą, płaską płytę i dopiero na tym budowano drewniany dom. Taka płyta miała chronić dom przed wszędobylskimi szczurami. Co ciekawe, dachy również pokrywały kamienne płyty ułożone tak, jak dachówki. Miały kształt rombu. Przyznam, że część wioski Randa-Wildi pod lasem robiła dobre wrażenie i nie sposób było przejść obojętnie obok wiekowych domów. Tymczasem zastanawiałem się dokąd pójdę samemu. Tour de Monte Rosa jest wielkim szlakiem, więc musiałem wybrać jakiś fragment. Wybrałem wyście do schroniska Domhutte położonego na wysokości 2940 m n.p.m. Chciałem koniecznie tam dojść ze względu na dużą wysokość możliwą do osiągnięcia w ciągu jednego dnia. W kolejnych latach planowałem odwiedzenie szczytu góry Dom. Chciałem zobaczyć, jak wygląda droga dojściowa do Domhutte. Pomyślałem, że będę musiał przejść z wysokości 1400 m n.p.m. aż do 3000 m n.p.m. w ciągu poranka i później wrócić. To znacznie więcej niż w drodze na Rysy. Miałem wielkie chęci i siły, dlatego nie zmieniałem planów. W Randzie panował spokój, dlatego czułem się zupełnie bezpiecznie i rozmyślałem nad tym, co zobaczę dnia kolejnego. Potrzebowałem tylko dobrej pogody i wielu sił. Mając namiot dla siebie, wiedziałem, że będę miał dobry sen. Zasnąłem jeszcze przed zachodem słońca. Dzięki temu miałem dużo czasu na odpoczynek.

piątek, 5 sierpnia 2016

Rimpfischhorn 4199 m n.p.m. - Alpy

Monte Rosa z Pfulwe droga na Rimfischhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa. Jak dojechać z Polski do Zermatt komunikacją publiczną dowiesz się z relacji Breithorn.

WĘDRÓWKA Z ZERMATT
Znajdowaliśmy się pod Winkelmatten w lesie, ponad zabudową Zermatt. Rozbiliśmy tam namiot po udanym wejściu na Breithorn, Dufourspitze i Nordend. Teraz planowaliśmy wejście na Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Długo wybieraliśmy kolejną górę za nasz cel, ponieważ nie opracowaliśmy w domu żadnych tras oprócz tego, co sobie założyliśmy i już zrealizowaliśmy, a zostało nam jeszcze dużo wolnego czasu. Cieszyliśmy się, że mieliśmy więcej dni i mogliśmy myśleć o jeszcze jednej górze. Patrząc na mapę, próbowaliśmy ocenić, na który czterotysięcznik możemy jeszcze wejść i jaka góra może być ciekawa. Porównywaliśmy Zinalrothorn 4221 m n.p.m. i Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Wybór padł na ten drugi, ponieważ z naszego aktualnego miejsca mogliśmy wyruszyć bezpośrednio w stronę Rimpfischhorn. Tego dnia zeszliśmy z zielonej równiny trawiastej pod Gornergrat (wracaliśmy z Dufourspitze i Nordend), gdzie szlak prowadzi bezpośrednio na lodowiec Gornergletscher. Zatrzymaliśmy się w lasach pod Winkelmatten, ponieważ znaleźliśmy duży i płaski teren pod namiot z dala od ludzi. Niewielką równinę w lesie znajdziemy około 100m drogi pieszej od stacji Stn. Findelbach pociągu na Gornergrat. Pomimo bliskości stacji, dookoła panuje zupełna cisza. Jako, że tydzień temu zostawiliśmy nasze rzeczy w krzakach obok namiotu, kiedy wyruszaliśmy na Dufourspitze i Nordend, to musieliśmy wrócić do tego samego miejsca. Teraz myśleliśmy o pięknej pogodzie, która ciągle utrzymywała się od kilku dni. Chcieliśmy wykorzystać ją na kolejne podejścia. Rafał zaproponował Rimpfischhorn 4198 m n.p.m. Z powodu bezpośredniej trasy z naszego miejsca noclegu zdecydowaliśmy jednogłośnie, że pójdziemy na Rimpfischhorn. Nikt z nas nie wiedział, jakie trudności nas spotkają, ale z drugiej strony, jak mieliśmy się dowiedzieć nie widząc tej góry na oczy?

Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci i pełni sił po obfitym śniadaniu, ponieważ wczoraj w Zermatt uzupełnialiśmy prowiant. Teraz planowaliśmy wyruszyć wzdłuż potoku Findelbach, po jego prawej stronie, idąc ciągle do góry modrzewiowym lasem. Na wysokości 2022 m n.p.m. mieliśmy przekraczać potok, gdzie dalej wyszlibyśmy ponad górną granicę lasów. Dość szybko poskładaliśmy nasze rzeczy. Jako, że wybraliśmy po raz kolejny wyjście z lasów pod Winkelmatten, to ponownie ukryliśmy nasze rzeczy w tych samych krzakach, żeby nie nosić niepotrzebnych ciężarów. Wyruszyliśmy przy pięknej, słonecznej pogodzie. Nikt z nas nie patrzył na zegarek, dlatego nawet nie wiem o której godzinie mogliśmy wyjść. Z naszego miejsca musieliśmy pójść na stację kolejową Stn. Findelbach, skąd szlak nieznacznie skręcał w lewo, prowadząc ścieżką wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Trasa prowadziła praktycznie w linii prostej, bez trawersów. Ciągle mieliśmy widok przez drzewa na potok Findelbach. Wśród modrzewiów wszędzie kwitły róże alpejskie. Wyglądały fenomenalnie, ponieważ zdobiły okolicę różowymi kwiatami. Podchodziliśmy jednostajnym tempem, aż doszliśmy do potoku Balmbrunne na wysokości 1950 m n.p.m. Szlak prowadził przez mały mostek, gdzie obok niego rozstawiono przestrzenne znaki ostrzegawcze z wykrzyknikiem informujące, że w razie opadów potok jest silny i jego nurt może porwać. Za potokiem przeszliśmy w pobliże skał, gdzie na chwilę mogliśmy odpocząć od ciężkich plecaków zwanych przez nas „za ciężkimi dziadami”. Na poziomie 2200 m n.p.m. dotarliśmy do znacznie większego potoku o nazwie Findelbach, który płynął dość szerokim korytem. Widzieliśmy jaką ma siłę. Co ciekawe, spotkaliśmy dwie dziewczyny, które rozdawały ulotki informacyjne, mówiące o zagrożeniu podczas wędrówki przez potoki. Widocznie jest to większy problem, skoro prowadzi się zorganizowaną kampanię. Szczególnie kładziono nacisk na fale, które powstają po opadach, będące bezpośrednim zagrożeniem dla życia. Zabraliśmy jedną ulotkę w języku angielskim.

środa, 27 lipca 2016

Nordend 4609 m n.p.m.

Mont Blanc z Nordend Nordend Relacja

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro I podczas, której weszliśmy na Breithorn, Dufourspitze, Nordend i Rimpfischhorn (do poziomu 4001 m n.p.m.) oraz przeszedłem samotnie odcinek Randa - St. Niklaus kultowego szlaku Tour de Monte Rosa. Jak dojść do schroniska Monte Rosa i co trzeba ze sobą zabrać, oraz jakie trudności czekają na trasie - dowiesz się z poprzedniej relacji Dufourspitze. Jak dojechać z Polski do Zermatt komunikacją publiczną dowiesz się z relacji Breithorn.

W MONTE ROSA HUTTE
Po udanym wejściu na Dufourspitze przyszedł czas na Nordend. Bardzo chcieliśmy wejść na tę górę, ponieważ jest nieco zapomniana, ma ciekawą trasę oraz oferuje przepiękne widoki. Teraz znajdowaliśmy się w schronisku Monte Rosa Hutte. Przebywaliśmy w pokoju dla przewodników, który przed sezonem turystycznym jest udostępniony dla wszystkich. Całe schronisko nadal oczekiwało na rozpoczęcie sezonu. W środku odkryliśmy, że w pokoju, w kredensie, inne ekipy pozostawiły dużo jedzenia, które nam się przydało. W szczególności kilogramowa paczka zupy pomidorowej, dzięki czemu uzupełniliśmy zapasy o to, co lubiliśmy najbardziej. W szafce znaleźliśmy również dziwną kaszę z Tajlandii, ryż, płatki, itp. rzeczy. Wejście do schroniska prowadziło do dużego pomieszczenia z regałami na buty zastępcze oraz z wielkim stołem i dwoma ławkami. Właśnie tam najczęściej przebywaliśmy, ponieważ często gotowaliśmy zupy, żeby uzupełnić utracone kalorie po wejściu na Dufourspitze. Podczas jedzenia kolejnej pomidorówki planowaliśmy, gdzie będziemy wchodzić. Najbardziej spodobał nam się Nordend. Trasa na szczyt wyróżniała się nieprzedeptanym szlakiem, dwoma większymi mostami śnieżnymi, szczelinami lodowcowymi, ogromnymi serakami oraz ciekawą granią podszczytową. Chcieliśmy koniecznie tam wejść, żeby zdobyć nowe doświadczenie, ale również po to, żeby zobaczyć nowe rzeczy. Pogoda dzisiaj nie pozwalała na wyruszenie w góry. Chociaż świeciło słońce, to przebijało się ono zza chmur. W wyższych partiach nie mogliśmy nic zobaczyć. Nie chcieliśmy tracić sił na „bezwidokowe” przejście, które nic by nie przyniosło. Woleliśmy poczekać na dzień kolejny. Nieco wypoczęci poszliśmy spać na piętrowe prycze, gdzie wyspaliśmy się bardzo dobrze i komfortowo. W międzyczasie do schroniska przyleciała śmigłowcem ekipa techniczna mająca przygotować schronisko do sezonu. Trochę hałasowali przestawiając drewniane ściany. Zauważyliśmy, że dzięki nim, znany nam przedpokój z regałami zmienił swoje kształty i stał się znacznie większy. Nawet pojawiły się dodatkowe ubikacje. Późnym wieczorem słyszeliśmy w jadalni rozmowy, ponieważ trwało tam w najlepsze jakieś spotkanie towarzyskie. Słyszeliśmy ciągłe gadanie, które początkowo utrudniało zasypianie.

ATAK SZCZYTOWY NA NORDEND 4609 m n.p.m. I NIEUDANA PIERWSZA PRÓBA
Wstaliśmy po północy. W schronisku byliśmy sami, poza ekipą techniczną przygotowującą schronisko, której celem nie były z pewnością góry. Zaplanowaliśmy przejście tą samą trasą, co na Dufourspitze, a później, pod ostatnim podejściem na przełęcz Sattel 4364 m n.p.m. mieliśmy skręcić w lewo na lodowiec pod Nordendem. Nikt z nas nie znał trasy, ale właśnie o to chodziło, żebyśmy sami ją wytyczyli. Rozpoczęliśmy długą i żmudną wędrówkę w nocy. Na początku musieliśmy iść „drogą przez wodospad”. Jest to trasa wytyczona tuż nad schroniskiem. Kiedy stanie się ponad nim, to przed sobą widnieje stromo pochylona grań Obere Plattje. Tworzą ją dwa równoległe rzędy skał, pomiędzy, którymi znajduje się pole śnieżne, aż do wysokości 3300 m n.p.m. Trzeba iść jego środkiem. Pod powierzchnią śniegu płynął potok oraz wodospad, dlatego droga wzięła od niego nazwę. Zastanawialiśmy się tylko, kto pierwszy wpadnie do tych wód. Trasę przechodziliśmy czwarty raz, bo pierwszy raz, gdy zakładaliśmy bazę ponad granią, drugi – gdy szliśmy na Dufourspitze, trzeci – gdy wracaliśmy z niego i czwarty – idąc na Nordend. Nie lubiliśmy tego fragmentu, ponieważ dłużył się, zabierał trochę sił oraz znaliśmy go po tylu przejściach. Jedynym plusem jest fakt, że utrwalaliśmy właściwą drogę przejścia dla innych ekip, wydeptując ją coraz wyraźniej. „Drogę przez wodospad” pokonaliśmy w dłuższym czasie. Nikt z nas nie patrzył na zegarek. Martwił nas fakt, że w nocy było bardzo ciepło i zastanawialiśmy się, jakie będą warunki śnieżne powyżej. Na razie mokry i ciężki śnieg nie pozwalał skorzystać z „mocy” raków, gdzie wystarczyłoby wbijać zęby do zmrożonej pokrywy, przez co moglibyśmy przyspieszyć tempa. Co chwilę musieliśmy otrzepywać oblepione raki. Czułem się, jakbym miał założone buty z 20-centymetrową podeszwą na imprezę techno… Idąc w nocy, szukaliśmy właściwej trasy. Rozglądając się w terenie, zauważyliśmy, że wszystkie ślady z przedwczorajszego dnia zawiał wiatr. Szkoda, bo z pewnością ułatwiłyby nam zadanie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Breithorn 4164 m n.p.m.

Breithorn wyprawa Breithorn wyprawa

Dwa lata po udanym wejściu na Mont Blanc chcieliśmy koniecznie poznać kolejny czterotysięcznik. Wiedzieliśmy, że Alpy szwajcarskie będą znacznie trudniejsze niż najwyższa góra Europy, ale mimo wszystko musieliśmy spróbować dopiero co rozpoczętej nowej przygody wchodzenia na szczyty czterotysięczników. Długo zastanawialiśmy się, które góry wybrać, a tym bardziej, które są na nasze możliwości. Nie mieliśmy przecież dużego doświadczenia alpejskiego, dlatego nie mogliśmy wybrać ambitnych szczytów wymagających typowej wspinaczki po ścianach skalnych. Raczej musiały być to trekkingowe podejścia, co najwyżej, z elementami wspinaczki. Standardowo spotkaliśmy się w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach, by omówić szczegóły wyprawy: gdzie jedziemy, co zabieramy ze sobą i na jakie góry wchodzimy. Po analizach map, książek i relacji w Internecie zdecydowaliśmy się na: Breithorn (jako jeden z najłatwiejszych czterotysięczników służący do aklimatyzacji), Dufourspitze (jako najwyższy szczyt Szwajcarii i drugi najwyższy w Europie, tuż po Mt. Blanc), Nordend (jako „zapomniany” trzeci najwyższy czterotysięcznik z bardzo ciekawą drogą przejściową) i ewentualnie jakiś fragment Tour de Monte Rosa. Oboje zgodziliśmy się co do naszych wyborów, stąd szybko omówiliśmy plan wyjazdu.

NASZ DOJAZD DO ZERMATT NIE MAJĄC SAMOCHODU
Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Z Katowic i innych większych miast w Polsce jeżdżą bezpośrednie autokary do Genewy. Bilety można kupić na stronach w Internecie, wpisując hasło „bilety autokarowe”. Firm jest tak dużo, że można wybierać praktycznie każdy dzień. My zdecydowaliśmy się na 9 czerwca 2012. Kupiliśmy bilet do Lozanny (Lausanne) za 560 zł w obie strony (w 2023 roku bilet kosztuje 597 zł). Warto sobie wydrukować mapę Lozanny w powiększeniu, ponieważ z przystanku autokarowego pod stadionem Velodrome trzeba przejść jakieś 2,5 km do dworca kolejowego. Rafał przyjechał na miejsce tydzień temu, ale przez cały ten czas przeczekiwał burze i deszczową pogodę. Jedynie mógł rozglądnąć się po okolicy i poznać najbliższe ciekawe miejsca. Znalazł nawet fajne miejsce do spania, gdzie w pobliżu miał dostęp do wody i toalety publicznej. Miałem pojechać z nim w tym samym czasie, ale kiedy zobaczyłem, że w Alpach ma nastąpić pogorszenie pogody na kilka dni, to przełożyłem mój urlop o tydzień do przodu, żeby cieszyć się słońcem, bo po prostu nie przepadam za „szarówą” w górach podczas, gdy w tym samym okresie mógłbym podziwiać piękne widoki. Rafał wiedział, że przesunąłem wolne i stwierdził, że dobrze zrobiłem, bo szkoda było tracić urlop na byle jaką pogodę, w myśl zasady „dni słonecznych wolnych jest tak mało, że nie ma czasu na nic innego niż góry”. Autokar wyjeżdżał z Katowic, spod budynku przy ul. Korfantego 2, o godzinie 12.00. W 2023 roku autokary odjeżdżają z ulicy Sądowej 5, stanowiska 11-13 w Katowicach. Na miejsce jechał około 21 godzin. Wszystko zależy od kontroli na granicy austriacko-szwajcarskiej. Czasami kontrole trwają dwie godziny. Nasz przejazd kontrolowano tylko 15 min. Kiedy autokar z firmy Almabus dotarł pod stadion Velodrome, niektóre osoby zatrzymywała policja do ponownej kontroli. Na szczęście nikogo nie musieli zabierać do radiowozu. Niecałą godzinę zajęło mi dojście do dworca, mając na plecach 36kg plecak. Dlaczego taki ciężki? Ponieważ nosiłem ze sobą linę o długości 30 m oraz namiot, którego Rafał nie musiał dźwigać. Przydały mi się takie ciężary dla wzmocnienia nóg i kondycji. Tym razem nie popełniłem błędów z Mt. Blanc, gdzie wzięliśmy kilogramy zbędnego sprzętu, bo za dużo przeczytaliśmy o zasadach bezpieczeństwa i prowiancie. Teraz zależało nam głównie na minimalistycznym wchodzeniu na czterotysięczniki. Z góry założyliśmy, że będziemy spać tylko w namiocie, ponieważ szwajcarskie schroniska są zbyt drogie na polską kieszeń. Dawać minimum 160 zł za nocleg każdego dnia – tego nikt nie chciał przyjąć nawet do myśli…

wtorek, 5 lipca 2016

Mettelhorn 3406 m n.p.m.

 Mettelhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro II podczas, której weszliśmy na szczyty Dom 4545 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Wszelkie informacje znajdziesz w pierwszej części relacji - Dom 4545 m n.p.m. lub na końcu tej relacji. Jak wejść na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej znajdziesz w relacji Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Po udanym powrocie z Punta Gnifetti i Zumsteinspitze na przedmieściach Zermatt znaleźliśmy w zaroślach starą, drewnianą chatkę, która służyła niegdyś bacom podczas wypasania owiec. Obecnie chata niszczała. Jedną ze ścian wybito, w oknach i drzwiach wstawiono podarte folie, a w środku wymalowano graffiti. Zanim „zakwaterowaliśmy się” tam, posprzątaliśmy miejsce z butelek, puszek i innych rzeczy tak, żebyśmy mogli się wyspać i żeby miejsce służyło nam za bazę na kolejne trzy dni. W pobliżu płynął potok, dzięki czemu mieliśmy dostęp do świeżej wody. Doszliśmy tu późnym popołudniem, dlatego resztę dnia poświęciliśmy na porządki, rozpakowanie rzeczy, karimat i śpiworów oraz gotowanie zupy pomidorowej na kuchenkach gazowych. Mając tak dogodną bazę wypadową zaplanowaliśmy dwa wyjścia. Rafał chciał zobaczyć wielką tamę pod Matterhorn na rzece Zmuttbach i wejść na trzy szczyty Mettelhorn (3406 m), Patterhorn (3345 m) i Wissmiss (2936 m). Jeśli pogoda miała nam pozwolić na zrealizowanie tych planów, to mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia podczas pozostałych dni. 4. lipca postanowiliśmy, że przejdziemy do tamy. Jako że wstaliśmy późno i wyjście rozpoczęliśmy dopiero po godzinie 12.00, to stwierdziliśmy, że dzisiaj zobaczymy tamę, a jutro z samego rana pójdziemy na wszystkie trzy góry. Z mapy wynikało, że idąc nieznanymi ścieżkami, dojdziemy na oficjalny szlak, który zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy. Ścieżki są oznakowane bardzo dobrze. Co najbardziej nas rozbawiło, to fakt, że z każdego skrzyżowania mogliśmy dotrzeć do Trift. Znak ze słowem „Trift” stał w każdym miejscu. Postanowiliśmy, że pójdziemy trawiastymi łąkami nad Zermatt, dzięki czemu będziemy mogli spoglądać na miasto z góry. Cały szlak pozwalał cieszyć się fenomenalną wiosną i kwiatami, których w Polsce nie spotkałem. Kwitły we wszystkich możliwych kolorach. Wybraliśmy trasę przez Balmen, Alterhaupt, Herbrigg, Hubel, skąd dalej ścieżka prowadziła bezpośrednio do tamy. Trasa zajęła nam 2h 20min. Na alpejskich łąkach spotkaliśmy stado owiec, które odpoczywało w trawie. Najciekawiej wyglądała jedna z miejscowości, Zmutt, widziana ze szlaku. Raczej było to zwarte skupisko domów z dachami z kamiennych płyt – takie, jakie widzieliśmy w Randzie. Są to chaty budowane kilkadziesiąt lat temu w swoim wyjątkowym stylu.

wtorek, 21 czerwca 2016

Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. - Alpy

Dom relacja Mont Blanc widziany ze szczytu Dom

Dostępna jest nowsza relacja z 2018 roku. Znajduje się tutaj: Dom de Mischabel 2018 - moja druga wyprawa na tę górę. Mimo wszystko, sposób organizacji wyprawy nie zmienił się w ogóle, pomimo upływu lat.

Minął rok od naszej wyprawy w Alpach, gdzie wchodziliśmy na Dufourspitze, Breithorn, Nordend i inne bardzo piękne czterotysięczniki oraz niższe szczyty. Ten rok ponownie chcieliśmy spędzić w Alpach i stanąć na wierzchołkach wybranych czterotysięczników. Rafał, bo z nim jeździłem w Alpy, też chciał poznawać kolejne góry. Założyliśmy z góry, że będzie to budżetowy wyjazd tak, jak poprzednio, Zastanawialiśmy się tylko, co wybrać. Rafał wymieniał Taschhorn, Weisshorn, a ja Dom, czy też Punta Gnifetti (Signalkuppe). Marzyły mi się obie góry. Dom 4545 m n.p.m. ze względu na fakt, że byłem w jego pobliżu i chciałem zobaczyć co jest wyżej, a Punta Gnifetti, ze względu na bajeczne widoki, o których nie raz słyszałem. Rafał nie miał czasu z powodu pracy w Anglii i innych rzeczy, z którymi gonił się przed wyjazdem. Wolne dostał dopiero na kilka dni po rozpoczęciu się mojego urlopu tak, że nasz wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Ostatecznie umówiliśmy się tak, że ja pojadę pierwszy w Alpy, założę bazę, a on do mnie dojedzie za trzy dni. Wybraliśmy Dom 4545 m n.p.m. i Punta Gnifetti 4554 m n.p.m., ponieważ góry wymienione przez Rafała przedstawiały dużą trudność techniczną, a Rafał nawet nie miał kiedy popracować nad kondycją. Postanowiliśmy, że na Weisshorn przyjdzie czas w późniejszych latach. Jeszcze w domu zacząłem studiować trasy przejścia na obie góry i zbierałem informacje jak się w ogóle za nie zabrać. Wejście na Dom rozpoczynało się z Randy, dlatego cieszyłem się, bo wiedziałem co to za miejscowość i gdzie założyć pierwszą bazę. Randa jest niewielką wioską, gdzie mieszka około 440 osób (tak podają statystyki). Wiedziałem, jak się poruszać po tutejszych szlakach i leśnych, nieznakowanych drogach. Postanowiłem więc, że namiot rozbiję w lesie za dzielnicą Wildi, ale jeszcze przed dużym potokiem Wildibach. Idąc znakowaną ścieżką, w płaskim terenie przebiega ledwo widoczna, wydeptana ścieżka w lesie, skręcająca w lewą stronę. Wtedy idzie się wzdłuż malutkiego potoczku, z którego miejscowi pobierają wodę. Potok przyjemnie szumi i to jest znak rozpoznawczy, że idziemy dobrą drogą. Wędrówka wzdłuż potoku odbywa się po lekko stromym zboczu  wśród modrzewiowych igieł i do pewnego momentu widać ułożony prowizoryczny rurociąg, który kończy się „wanną” zbudowaną z byle czego. Tam zbiera się woda. Co jakiś czas jest oczyszczana z osadów przez miejscowych i dopiero przelewa się do zainstalowanych rur. Ja podszedłem wyżej – mniej, więcej o długość rurociągu do góry tak, żeby nikt mnie na pewno nie zobaczył. Na pochyłym terenie, po prawej stronie potoku znajduje się niewielkie wypłaszczenie terenu na modrzewiowych igłach, gdzie da się rozbić namiot, który będzie stał dosłownie 50cm od potoku, ale będzie za to bardzo dobrze ukryty wśród starych drzew. Nie rzuca się w oczy nawet, gdy chcielibyśmy się dokładnie przyjrzeć z poziomu rurociągu. Wyżej nikt nie chodzi. Dalsze podejście wzdłuż potoku blokują ogromne głazy naniesione z pewnością przez lodowiec.

DOJAZD
Wyjazd rozpocząłem autokarem z Katowic do Lousanny  (Lozanny). Autokar jedzie około 22h, a bilet kosztuje 499zł w obie strony. Jedyna niedogodność to fakt, że do dworca kolejowego jest jakieś trzy kilometry i trzeba przejść je pieszo. Wydrukowałem sobie mapę miasta i zaznaczyłem na czerwono, jak dojść do dworca, bo przyznam, że trasa jest długa z tak ciężkim plecakiem (mój ważył 36kg). U przewoźnika można mieć 25kg bagażu, dlatego za każdy dodatkowy kilogram dopłaca się 10zł. Mi na szczęście policzył tylko 30zł. Autokar przyjechał opóźniony o dwadzieścia minut z powodu remontu dróg w Szwajcarii, ale nie sprawiało mi to problemu, ponieważ pociągi do Visp kursowały co 20min w godzinach 9.30 – 13.35. W Lozannie kupiłem bilet do Zermatt z przesiadką w Visp, bo nie ma innej możliwości. Kosztował 78 CHF (w 2016 roku 80CHF). Przyznam, że koleje są bardzo drogie, ale przynajmniej jest duży komfort jazdy. Dla niewtajemniczonych: bilety na dworcu można kupić w licznych automatach, ale mogą nie przyjąć pieniędzy z polskich kantorów. Trzeba więc kupić coś w sklepie, żeby rozmienić banknoty i mieć te „miejscowe”. Nie wiem jaka to różnica, ale automaty dopiero wtedy działają. Zdarzało mi się to za każdym razem, gdy chciałem zapłacić pieniędzmi z kantoru. Pociągi jadą z bardzo dużą szybkością, bo w 58min przejeżdżają odcinek 96km z czterema stacjami pośrednimi. W Visp miałem przesiadkę do Zermatt. Pociągi do miejsca przeznaczenia jeździły co 30min, więc każde opóźnienie naszego autokaru nie staje się problemem. Pociąg do Zermatt jedzie po torach trójszynowych. Środkowa, zębata szyna, służy do wjazdu pod górę i przed nią pociąg zwalnia do 5km/h i „wpina się” do niej. Wtedy może podjeżdżać pod strome zbocza. Chociaż pociąg jedzie wolno, to jednak jazda bardzo cieszy, bo w drodze podziwia się piękne góry, wodospady, a w oddali widnieją białe czterotysięczniki. Widok robi ogromne wrażenie!

niedziela, 12 czerwca 2016

Łapszanka, Wysoki Wierch, Wysoka (Pieniny) - 7.05.2016

Wysoki Wierch, Łapszanka panorama z Łapszanki

Umówiliśmy się na godzinę 1.30 w nocy. Zaplanowaliśmy wyjazd w Pieniny, żeby podziwiać piękno wiosny. Wybrane trasy nie miały nas zmęczyć, ale raczej chcieliśmy nacieszyć oczy wspaniałą, wszechobecną zielenią. Na początek naszych szlaków wybraliśmy Łapszankę – niewielką miejscowość, gdzieś na uboczu Pienin z cudowną panoramą na Tatry Słowackie. Wiedzieliśmy, że o tej porze szczyty będzie pokrywać śnieg, a my będziemy to wszystko obserwować z „poziomu” wiosny. Dodatkowo wschód słońca tego dnia przypadał na godzinę 5.04, dlatego koniecznie chcieliśmy zobaczyć pierwsze jego promienie opierające się na najwyższych szczytach Tatr. Na miejsce przyjechaliśmy prawie godzinę przed czasem. Obserwowaliśmy jeszcze, jak niebo stopniowo się rozjaśnia. Daniel wyszedł z samochodu, żeby fotografować Tatry nocą. Monia i Ilona spały w samochodzie. Ja obserwowałem góry z samochodu, ponieważ zdjęcia z ręki nie wychodziły, a poza tym warunki świetlne nie nadawały się do efektownych ujęć. Czekaliśmy wszyscy do wyznaczonej godziny 5.04. Wschód słońca rozpoczął się minutę wcześniej. Ja i Daniel przygotowaliśmy się do sesji zdjęciowej. Fotografowaliśmy Tatry przed wschodem. Patrzeliśmy, jak promienie stopniowo oświetlają białe góry. Powoli przybierały pomarańczowych odcieni. Krajobraz upiększały chmury powstające nad szczytami. Na początku przyjęły intensywnej pomarańczowej barwy, a później przechodziły w żółty ocień. Ten dzień podobał nam się bardzo, ponieważ wiedzieliśmy, że w całym tygodniu tylko około dwie trzecie doby miało być pogodne, a my właśnie korzystaliśmy z tego krótkiego czasu. Koniecznie chcieliśmy wykorzystać odrobinę słońca do wędrówek górskich. Jadąc samochodem, bezpośrednio wjeżdża się na punkt widokowy w Łapszance. Stąd nazwałem to miejsce samochodową turystyką górską. Widzieliśmy znaki szlaków prowadzące w różne części gór. Dowiedzieliśmy się, że w 5h 20min można dotrzeć do miejscowości Zdiar na Słowacji, a za 5min drogi w tamtą stronę przekroczy się granicę polsko-słowacką. Podziwiając piękne Tatry oczekiwaliśmy na słońce, które miało oświetlić trawiastą polanę. Upływało wiele czasu, ale nachylenie terenu było zbyt duże, żeby promienie mogły oświetlić trawy. Czekaliśmy ponad godzinę, ale pojawiły się tylko pojedyncze pasy światła. Widok dzięki temu stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Cieszyliśmy się w szczególności wspaniałym spokojem i rozległymi widokami. Czuliśmy się sielankowo. Wiosna dopiero wkraczała na te tereny. Żółte mlecze również oczekiwały na słońce, by otworzyć kwiaty. Wtedy polana stawała się bardzo piękna.

wtorek, 7 czerwca 2016

Maria 5 - Tatry polsko-słowackie

Czarny Staw pod Rysami Tatry słowackie

Trasa: Palenica Białczańska - Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem - Czarny Staw Pod Rysami - Rysy - Popradzkie Pleso - Osterva - Batizovske Pleso - Slezky Dom - Polsky Hreben - Vychodna Vysoka - Rohatka - Velka Studena Dolina - Mala Studena Dolina - Lodowa Przełęcz - Dolina Javorowa – Łysa Polana.

Na mapie pogodowej zobaczyłem, że przez cztery kolejne dni ma być mnóstwo słońca. Obowiązkowo chciałem wykorzystać takie warunki. Długo zastanawiałem się kto da mi urlop na tyle dni i jaką ewentualnie trasę mógłbym wybrać. Sprawa z urlopem ułożyła się sama, ponieważ przeniesiono mnie na inną linię, a lider tamtej linii bez problemu dał mi cztery dni wolnego. Teraz obmyślałem plan – gdzie iść… Jako, że dobra pogoda przydarzyła się w sierpniu, to obowiązkowo musiałem odwiedzić Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem ze względu na piękny kwiat, którego podziwiam co roku. Mowa oczywiście o kukliku rozesłanym, charakteryzującym się czerwoną „włochatą” głową. Jest niezwykły ze względu na swój kształt. Jako, że nie mogłem liczyć na drugą osobę, która dołączyłaby do mnie, musiałem zdać się na środki komunikacji publicznej. Postanowiłem, że dojadę do Zakopanego i później pierwszym busem do Morskiego Oka. Przejście drogi asfaltowej do Morskiego Oka zajmuje mi zwykle 1h 16min do 1h 19min, dlatego wiedziałem, że zdążę jeszcze przed tłumami i będę cieszyć się wspaniałą pogodą, widokami oraz ciszą w górach.

Wyruszyłem tak, jak zaplanowałem. Do Zakopanego dotarłem w nocy, dzięki czemu udało mi się załapać na pierwszego busa do Morskiego Oka. O tej porze swoją wędrówkę rozpoczęło około sto osób, ale dzięki utrzymywaniu szybkiego tempa, wyprzedzałem je kolejno tak, że za Wodogrzmotami Mickiewicza szedłem już tylko sam. Cieszyła mnie przepiękna bezchmurna i słoneczna pogoda. Czułem lato w pełni. Pomyślałem, że nawet jeśli idę samemu, to i tak na pewno kogoś spotkam na szlaku i będę miał z kim porozmawiać. Do Morskiego Oka dotarłem dokładnie w 1h 16min, co dawało mi sporą przewagę nad pierwszymi tłumami. Teraz bez odpoczynku obrałem cel na Czarny Staw pod Rysami. Stamtąd chciałem iść na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Droga do Czarnego Stawu trochę dłużyła mi się, a to ze względu na piękne odbicia gór w Morskim Oku. Co chwilę przystawałem, żeby zrobić zdjęcie. Zachwycałem się soczystą zielenią traw i spokojem, którego jeszcze nikt, oprócz mnie, nie zdążył zmącić. Obchodząc Morskie Oko dostrzegałem, jak zmienia się odbicie gór w jego wodach. Z początku widziałem Mięguszowieckie Szczyty i Mnicha, a teraz podziwiałem Miedziane i Opalone. Na podejściu na Czarny Staw pod Rysami postanowiłem nieco podgonić tempo, żeby zostawić sobie dużą przewagę nad tłumami ludzi, z którymi zaczynałem wędrówkę. Odcinek z Morskiego Oka na Czarny Staw zajął mi dwadzieścia pięć minut. Teraz widziałem, jak wielką miałem przewagę, ponieważ większość ludzi zatrzymało się nad Morskim Okiem przy schronisku. Tylko nieliczni szli dalej – z pewnością na Rysy.

www.VD.pl