Minęło już 28 dni od momentu, kiedy pożegnałem
Tatromaniaka i Iwon, lub też 27 dni od kiedy pożegnałem Otylię, zakańczając tym
samym ostatnią uczestniczkę naszego długiego, zimowego wyjazdu. Brak
pogody lub pracujące soboty uniemożliwiły mi jakiegokolwiek wyjazdu w góry, a
przecież tyle jeszcze pozostało energii do spalenia, którą nagromadziłem przez
całą zimę… W czwartym tygodniu tego roku dowiedziałem się, że nie będzie
pracującej soboty, więc od razu pomyślałem, że trzeba bardzo szybko wymyślić
cel i miejsce górskiego spotkania. Kilka dni wcześniej z Tatromaniakiem
dogadałem się w sprawie zimowego Zawratu, ale równie szybko dowiedzieliśmy się
o panujących tam warunkach – mam na myśli duży stopień zagrożenia lawinowego.
Szybko padały pytania: Co robimy?, Gdzie jedziemy?, Jaki szczyt wybieramy?
Takich myśli było mnóstwo. Bardzo podobało mi się ubiegłoroczne podejście na
Starorobociański Wierch, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Pomyślałem
sobie… „Stary Robot – Rewanż?” – czemu nie. Zaproponowałem to miejsce jako nasz
główny cel. Omówiliśmy różne warianty podejść (a było ich cztery) w zależności
od warunków, jakie mogły tam panować. Zdecydowaliśmy się na podejście przez
Ornak i przejście Doliną Starorobociańską – do wyboru na miejscu. Piątek, 28
stycznia 2011 był najgorętszym dniem, ponieważ sam nie wiedziałem, czy pojedzie
pracujący jeszcze tej doby Daniel. Początkowo umówiliśmy się, że jeśli nie
pojedzie, to ja dojadę do Nowego Targu autobusem na godzinę 5.06 i stamtąd
wyruszymy w Tatry. W pracy, dobijając ostatniego end cap’a do stojana
servosilnika usłyszałem znajomego mi Andy Bluemana o 21.33, co oznaczało, że
dzwoni Daniel. Miał bardzo dobre wieści. Powiedział, że jedzie z nami.
Umówiliśmy się, że pojedziemy o 0.30 w nocy w stronę Nowego Targu, skąd
mieliśmy zabrać Iwon.
Tymczasem, tego samego dnia Tatromaniak
przygotował już wszystko dla Iwon, która miała przyjechać do niego, aby u niego
przenocować, co uskuteczniłoby nasz wspólny dojazd w Tatry, oszczędzając blisko
godzinę na przejazdy na trasie Czarny Dunajec – Nowy Targ – Czarny Dunajec,
wraz z manewrami załadunkowo-przeładunkowymi. Z Danielem uzgodniliśmy, że
pojedziemy po Iwon do Nowego Targu, a później dojedziemy razem do Czarnego
Dunajca. Tak też zrobiliśmy. Tatromaniak był trochę zdezorientowany, bo co
chwila plany dojazdu zmieniały się, aż do godziny 21.33, gdzie dopracowaliśmy i
uzgodniliśmy ostateczną wersję naszej wyprawy. Po przyjeździe do domu z drugiej
zmiany nie zostało mi zbyt wiele czasu, bo zdążyłem tylko dorzucić brakujące
rzeczy do plecaka, coś zjeść i czas już było ruszać.
Daniel i ja wyruszyliśmy spod bloku o 0.30 –
według planu. Standardowo mijaliśmy stacje paliw, które zawsze kojarzyły nam
się ze wspólnymi wyjazdami w góry. Chodziło oczywiście o stacje Orlenu, które
zawsze są częścią naszych wypraw. Teraz nie było inaczej, bo po wyjeździe z
Krakowa obowiązkowo zaliczyliśmy jedną z nich, ponieważ zorientowaliśmy się, że
w Nowym Targu będziemy za szybko. Po krótkim postoju pojechaliśmy dalej,
przejeżdżając przez kolejne miejscowości, aż dotarliśmy do Rdzawki –
miejscowości, gdzie podczas naszego dojazdu na Małą Wysoką zgłaszaliśmy na
Policję prawdopodobnie pijanego kierowcę, jadącego wówczas przed nami. Na
granicy administracyjnej Rdzawki i Nowego Targu zatrzymaliśmy się na kolejnej
stacji paliw Orlenu. Na tej stacji zatrzymujemy się zawsze, od momentu, kiedy
jeździmy w góry. Z Iwon byliśmy umówieni na 4.00 rano, a była… 2.45.
Pomyślałem, że mamy dwie opcje: albo poczekać do czwartej nad ranem, albo
zadzwonić i powiedzieć: „przyjedziemy trochę wcześniej”. Trochę się pospieszyliśmy.
Do Nowego Targu wjechaliśmy dopiero po 3.40, gdzie bez problemów dojechaliśmy
na adres wskazany przez Iwon. Co prawda byłem tam miesiąc temu, ale w miastach
do niczego nie przywiązuję uwagi, więc i tak nie wiedziałem, gdzie ona mieszka.
Jak zawsze pomogła mi papierowa mapa, która nigdy nie zawodzi.

