Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starorobociański wierch zimą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starorobociański wierch zimą. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

Starorobociański Wierch zimą 2176 m n.p.m.

 szlak na Starorobociański Wierch zimą  widoki ze szczytu Starorobociańskiego Wierchu

Minęło już 28 dni od momentu, kiedy pożegnałem Tatromaniaka i Iwon, lub też 27 dni od kiedy pożegnałem Otylię, zakańczając tym samym ostatnią uczestniczkę naszego długiego, zimowego wyjazdu. Brak pogody lub pracujące soboty uniemożliwiły mi jakiegokolwiek wyjazdu w góry, a przecież tyle jeszcze pozostało energii do spalenia, którą nagromadziłem przez całą zimę… W czwartym tygodniu tego roku dowiedziałem się, że nie będzie pracującej soboty, więc od razu pomyślałem, że trzeba bardzo szybko wymyślić cel i miejsce górskiego spotkania. Kilka dni wcześniej z Tatromaniakiem dogadałem się w sprawie zimowego Zawratu, ale równie szybko dowiedzieliśmy się o panujących tam warunkach – mam na myśli duży stopień zagrożenia lawinowego. Szybko padały pytania: Co robimy?, Gdzie jedziemy?, Jaki szczyt wybieramy? Takich myśli było mnóstwo. Bardzo podobało mi się ubiegłoroczne podejście na Starorobociański Wierch, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Pomyślałem sobie… „Stary Robot – Rewanż?” – czemu nie. Zaproponowałem to miejsce jako nasz główny cel. Omówiliśmy różne warianty podejść (a było ich cztery) w zależności od warunków, jakie mogły tam panować. Zdecydowaliśmy się na podejście przez Ornak i przejście Doliną Starorobociańską – do wyboru na miejscu. Piątek, 28 stycznia 2011 był najgorętszym dniem, ponieważ sam nie wiedziałem, czy pojedzie pracujący jeszcze tej doby Daniel. Początkowo umówiliśmy się, że jeśli nie pojedzie, to ja dojadę do Nowego Targu autobusem na godzinę 5.06 i stamtąd wyruszymy w Tatry. W pracy, dobijając ostatniego end cap’a do stojana servosilnika usłyszałem znajomego mi Andy Bluemana o 21.33, co oznaczało, że dzwoni Daniel. Miał bardzo dobre wieści. Powiedział, że jedzie z nami. Umówiliśmy się, że pojedziemy o 0.30 w nocy w stronę Nowego Targu, skąd mieliśmy zabrać Iwon.

Tymczasem, tego samego dnia Tatromaniak przygotował już wszystko dla Iwon, która miała przyjechać do niego, aby u niego przenocować, co uskuteczniłoby nasz wspólny dojazd w Tatry, oszczędzając blisko godzinę na przejazdy na trasie Czarny Dunajec – Nowy Targ – Czarny Dunajec, wraz z manewrami załadunkowo-przeładunkowymi. Z Danielem uzgodniliśmy, że pojedziemy po Iwon do Nowego Targu, a później dojedziemy razem do Czarnego Dunajca. Tak też zrobiliśmy. Tatromaniak był trochę zdezorientowany, bo co chwila plany dojazdu zmieniały się, aż do godziny 21.33, gdzie dopracowaliśmy i uzgodniliśmy ostateczną wersję naszej wyprawy. Po przyjeździe do domu z drugiej zmiany nie zostało mi zbyt wiele czasu, bo zdążyłem tylko dorzucić brakujące rzeczy do plecaka, coś zjeść i czas już było ruszać.

Daniel i ja wyruszyliśmy spod bloku o 0.30 – według planu. Standardowo mijaliśmy stacje paliw, które zawsze kojarzyły nam się ze wspólnymi wyjazdami w góry. Chodziło oczywiście o stacje Orlenu, które zawsze są częścią naszych wypraw. Teraz nie było inaczej, bo po wyjeździe z Krakowa obowiązkowo zaliczyliśmy jedną z nich, ponieważ zorientowaliśmy się, że w Nowym Targu będziemy za szybko. Po krótkim postoju pojechaliśmy dalej, przejeżdżając przez kolejne miejscowości, aż dotarliśmy do Rdzawki – miejscowości, gdzie podczas naszego dojazdu na Małą Wysoką zgłaszaliśmy na Policję prawdopodobnie pijanego kierowcę, jadącego wówczas przed nami. Na granicy administracyjnej Rdzawki i Nowego Targu zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji paliw Orlenu. Na tej stacji zatrzymujemy się zawsze, od momentu, kiedy jeździmy w góry. Z Iwon byliśmy umówieni na 4.00 rano, a była… 2.45. Pomyślałem, że mamy dwie opcje: albo poczekać do czwartej nad ranem, albo zadzwonić i powiedzieć: „przyjedziemy trochę wcześniej”. Trochę się pospieszyliśmy. Do Nowego Targu wjechaliśmy dopiero po 3.40, gdzie bez problemów dojechaliśmy na adres wskazany przez Iwon. Co prawda byłem tam miesiąc temu, ale w miastach do niczego nie przywiązuję uwagi, więc i tak nie wiedziałem, gdzie ona mieszka. Jak zawsze pomogła mi papierowa mapa, która nigdy nie zawodzi.

piątek, 4 marca 2016

Starorobociański Wierch zimą

 

W poniedziałek 21 grudnia 2015 mieliśmy pojechać w góry, ale niestety nałożyło się tyle spraw, że zabrakło czasu, żeby wszystko zmieścić w dwudziestu czerech godzinach… Po prostu nie wyrobiłem się i musiałem obejść się tylko smakiem… Były rzeczy ważniejsze. Szukałem następnej okazji do wyjazdu, bo dwa miesiące bez gór to dla mnie chyba zbyt dużo… Odczuwałem wielki niedosyt… Wiedziałem, że przez kolejne dni ma być dużo chmur, ale Daniel wypatrzył w prognozach pogody, że 24 grudnia ma być czyste niebo i pełnia księżyca. Ta data tkwiła mi w pamięci. Codziennie zaglądałem na wykresy pogodowe i wyczytałem z nich, że ma powstać nawet morze chmur zawieszone na wysokości 1800 m n.p.m. Dla mnie to były wymarzone warunki. Jedynie martwił mnie ciągły brak śniegu… Tego roku zima była najgorsza z najgorszych. W górach brakowało śniegu, na szlakach zalegał tylko lód, a w grudniu temperatury sięgały +10’C – +15’C. Tegoroczną zimę określiłem już chyba wszystkimi dostępnymi słowami, wraz z ich stopniowaniem, opisując, jak bardzo jest słaba… W poniedziałek na tatrzańskich szczytach zalegał śnieg, który z daleka wyglądał jeszcze w miarę akceptowalnie, jednak ciepło podczas dwóch kolejnych dni wytopiło znaczne ilości białego puchu. Nie nastawiałem się na piękne białe widoki. Miałem tylko nadzieję, że brak zimy nadrobi piękne morze chmur i wschód słońca.

Dnia 23 grudnia 2015 postanowiliśmy, że pojedziemy o godzinie 23.00. Na miejscu mieliśmy być o 2.00 w nocy, skąd zaplanowaliśmy wyjście na Ornak i dalsze góry (po drodze mieliśmy wybrać na którą górę pójdziemy). Mi marzyła się Bystra lub Starorobociański Wierch. Właśnie tam najbardziej podobało mi się w zimie. Obie góry znałem z przepięknych widoków. Na miejsce dojechaliśmy bez najmniejszych problemów. Wypadek z udziałem siedmiu samochodów, który miał miejsce przy bramkach w Balicach w stronę Krakowa, skutecznie zatrzymał ruch. Jednak zanim tam dojechaliśmy policjanci sprzątali pozostałości po całym zdarzeniu. Karambol miał miejsce przed godziną 21.00. W Tatry dojechaliśmy planowo o 2.00 w nocy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy wylocie Doliny Kościeliskiej. Obok samochodu Daniela stało tu tylko jedno auto. Na miejscu przerażał nas całkowity brak śniegu. Co to za zima?... To pytanie ciągle zadawałem sobie w myślach. Pocieszające było tylko to, że temperatura spadła poniżej zera. Poczekaliśmy jeszcze dziesięć minut, po czym poszliśmy Doliną Kościeliska. Nawet tam nie widzieliśmy śniegu. Daniel powiedział: „mamy nauczkę, że jak nie ma śniegu, to nie jeździ się w Tatry”. Dodatkowo całkowicie zachmurzone niebo, jakby miał spaść deszcz, nie zachęcało do dalszej wędrówki. Ja jednak wierzyłem wykresom pogodowym i miałem nadzieję, że po godzinie 6.00 nad ranem chmury zaczną opadać i utworzą morze chmur. Koniecznie chciałem zobaczyć to zjawisko. W miarę pokonywania dalszych etapów doliny na drodze pojawiał się coraz grubszy lód. Już po przejściu pierwszego kilometra lód utrudniał wędrówkę. Przez dwa tygodnie – czyli od momentu ostatniego opadu – śnieg był wytapiany i w nocy zmrażany codziennie, co powodowało, że lód na drodze wyglądał jakby polerowany. Drobne igiełki ze świerków, czy resztki liści i kory ułatwiały nieco podchodzenie tą drogą. Co raz częściej myśleliśmy o wyciągnięciu raków, żeby przejść tą dolinę. Daniel powiedział, że szlaki chyba będą tak samo wyglądać. Ja nie chciałem kończyć tego wyjścia w góry już tutaj, ale najpierw chciałem sprawdzić jakie warunki panują na szlakach i dopiero wtedy ewentualnie podjąć decyzję o odwrocie. Chmury z każdą godziną wyglądały mniej optymistycznie. Niebo ciemniało a szczyty gór zostały ukryte gdzieś w chmurach. Miałem tylko nadzieję, że wierzchołki wystają ponad nimi…
www.VD.pl