Bilehfahi – cudna, rajska, jeszcze nieskażona masową turystyką wyspa. Wypatrzyłem ją już we wcześniejszych latach, ale dojazd na nią wydawał mi się zbyt daleki, uciążliwy. W tym roku postanowiłem to zmienić, ponieważ dotarły do mnie nowe informacje, że Malediwy szybko się zmieniają, ale niekoniecznie w dobrą stronę. W promieniu półtorej godziny podróży szybką łodzią motorową od stolicy (speed boat’em) turystów jest tak dużo, że nie poczujemy charakterystycznej malediwskiej ciszy. Wyspa Dhigurah słynie z przeciążenia, ponieważ w sezonie mamy ponad 600 turystów w tym samym czasie. Z powodu tak dużego najazdu gości Malediwczycy musieli nagiąć własne zasady, udostępniając cały ciąg plaż jako bikini beach. Jak wszędzie na tym świecie, również tutaj wygrywa pieniądz, dlatego pomimo świadomości problemu, nowe obiekty nadal są budowane, a tropikalny las wycinany. Chyba nie takie Malediwy chcielibyśmy oglądać… Innym problemem są szybko powstające nowe lotniska obsługujące krajowe loty. Kultowa wyspa wśród Polaków – Nilandhoo – niestety została zmieniona poprzez przekopanie laguny przeznaczonej do pływania na potrzeby lotniska. Z tego względu trzeba na bieżąco śledzić wiadomości, co dzieje się na Malediwach, aby wybrać odpowiednie miejsce na nasz wypoczynek. Jako że jestem fanem lokalnych wysepek, koniecznie chciałem znaleźć kolejną z cudnym, rajskim klimatem. Nie od dzisiaj wiadomo, że pogoda na północy tego kraju jest najbardziej stabilna, stąd postanowiłem, że pojedziemy nieco później niż w innych latach, nie mając obaw, że słoneczny okres się zakończy. Dodatkowo założyłem, że dojazd musi być nieco utrudniony tak, aby większość ludzi zrezygnowała już na samym początku planowania. Z tego względu wybrałem Bilehfahi jako wyspę znajdującą się aż o 5h drogi szybką łodzią od stolicy. O tak długiej trasie pomyśli niewiele osób. Jeśli ktoś się zdecyduje, to na pewno na Malediwy przyjeżdża któryś raz z rzędu. Bilehfahi jest niezwykle spokojną wyspą i to najbardziej do mnie przemówiło. Od roku 2025 mam kontakt telefoniczny i przez WhatsApp’a z właścicielem obiektu Crystal Sea Inn, stąd miałem informacje z pierwszej ręki, że w 2025 roku w sezonie przyjechały do niego tylko dwie pary, pomimo że obiekt ma najwyższe oceny. Jeśli nie wiesz, jak zabrać się za organizację wyjazdu na własną rękę na Malediwy, to koniecznie przeczytaj mój poradnik krok po kroku tutaj: Malediwy na własną rękę – jak zorganizowaćwyjazd? A tymczasem przechodzimy do artykułu o Bilehfahi.
BILEHFAHI
– CO NIECO O WYSPIE
Wyspa znajduje się ponad 246.4 km na północ od stolicy Malediwów – Male. Leży w atolu Shaviyani. Najdłuższy lądowy odcinek ma długość 1,92 km, a w najszerszym miejscu 630 m. Na wyspie mieszkają 783 osoby (dane za marzec 2026). Północną część wyspy porasta bardzo gęsty tropikalny las, gdzie miejscowi wytyczyli wąskie ścieżki. Palmy rosną tu tak gęsto, że do ziemi dociera bardzo mało światła. Z tego względu palmy są wysokie i smukłe. Każda z nich walczy o dostęp do słońca. Pomiędzy nimi rośnie niezliczona ilość młodych drzew, które dopiero „wykluły” się z kokosa. Spacerując w tamtejszym lesie warto popatrzeć w górę, aby sprawdzić, czy nad nami nie wiszą kokosy. Ich losowe upadki słychać co jakiś czas. Spacer ścieżkami miejscowych zapewni nam wspaniałe widowisko, a także posłuchamy egzotycznych ptaków. W tle będzie słychać dźwięk rozbijających się fal w oddali, które powstają na granicy płycizn i głębin. Środkowa część wyspy jest zamieszkana. Przeszliśmy chyba wszystkie ulice, ponieważ na każdej wsi znajdujemy ciekawe budynki z kwiatami, które pięknie wpisują się w krajobraz. Przy okazji mamy zrobiony wywiad, gdzie znajdują się lokalne sklepy spożywcze. Na południu wioski znajdziemy nowe boisko do gry w piłkę nożną, z którego codziennie po godzinie 21.30 korzystają miejscowi. Najczęściej od 22.00 rozpoczynają się tutaj mecze w formule 20 min na każde spotkanie. We wiosce powstaje mnóstwo nowych domów, w tym obiektów użyteczności publicznej. Najbardziej jednak zszokowało mnie centrum fitnessu, które miało być zbudowane w 180 dni. Rozpoczęto również budowę posterunku policji, a także hali ogólnego przeznaczenia, na różne wydarzenia lokalnej społeczności oraz guest house’y. Aż sam jestem ciekaw jak ta wyspa będzie wyglądać za 5 lat, ponieważ rozwój Malediwów jest zbyt szybki, przez co spokojnych miejsc mamy coraz mniej. W każdym razie obecne Bilehfahi jest niezwykle spokojne.
Najważniejsze
jednak są plaże i czyste wody morza, bo w końcu po to się przyjeżdża do tego
rajskiego państwa. Te na Bilehfahi należą do przepięknych, światowej klasy,
ponieważ tworzą je białe, mięciutkie piaski oraz patrzymy na cudną, turkusową
lagunę w kilku odcieniach, złożoną z wyraźnie oddzielonych pasów. Co ciekawe, w
połowie wyspy mamy dwie wydzielone prywatne plaże, które nie są zagrodzone, a
jedynie prowadzi do nich wąska ścieżka. Ich właścicielem jest gospodarz Crystal
Sea Inn, gdzie się zatrzymaliśmy. Z drugiej strony tłumy turystów nam nie
groziły, co było widać każdego dnia. Poza prywatnymi plażami, które należały do
nas na czas urlopu, nikogo nie spotykaliśmy. Podczas całego pobytu była
najpierw para z Polski z dzieckiem, para z Włoch, małżeństwo z Czech mieszkające
w sąsiednim obiekcie, a później para z Francji, która przyjechała na 64 dni… Wszystkie
wymienione osoby poza Francuzami, pojechały do domu już po kilku dniach od
naszego przyjazdu. Rodzina z Polski pomyślała dokładnie tak jak my – szukali
czegoś zacisznego, z dala od ludzi i trudniej dostępnego dla przeciętnego
turysty. Na Malediwach byli już 5 razy, dlatego wiedzieli, czego chcą. Z tego
względu szybko znaleźliśmy wspólny język.
Kolejną
zaletą wyspy jest jej sam koniec, czyli cypel wysunięty maksymalnie na południowy
zachód. Znajduje się tam bajeczna plaża, którą z pewnością nie jeden
instagramowicz wykorzystałby do zdjęć na swój profil. Cypel wygląda niczym sand
bank. Otaczają go krystalicznie czyste wody tworzące trzy wyraźnie oddzielone
pasy kolorów – od jasnego błękitu, poprzez intensywny turkus, a kończąc na
szmaragdowych odcieniach. Po prostu rajskie widoki! Koniecznie trzeba tam iść,
aby zobaczyć jak pięknie się one układają. W jego rejonie możemy zobaczyć
rekina rafowego, duże kraby, czy też płaszczkę. Wieczorem nawet trafiały się
delfiny. Południowa część Bilehfahi z obu stron ma cudne plaże. Ta po
przeciwnej stronie do naszej idealnie nadaje się dla małych dzieci i osób
niepływających. Wody są długo płytkie, a dalej dno opada ku głębinom w łagodny
sposób. Laguna jest tak czysta, że widzimy każde pofałdowanie piasku powstające
podczas falowania. Często wokół nas będą pływać ryby dość dobrze kamuflujące
się z kolorem piaszczystego dna. Stałym bywalcem cypla jest czapla, która
każdego poranka czatuje na przybrzeżne ryby. Będąc na wyspie, zwróć uwagę na
rzeczy przyciągające wzrok: domy, gdzie rosną bardzo gęsto kwitnące bugenwille
i inne kolorowe kwiaty, pasy kolorów wody, laguny otaczające wyspę, zieleń i
ścieżki prowadzące nimi, palmowy las, kraby na plażach, czy wielkie nietoperze latające
nad naszymi głowami w ciągu dnia po południu. Zwróć również uwagę na lokalnych
mieszkańców będących jeszcze otwartymi dla przyjezdnych, ponieważ jeszcze nie
mieli okazji doświadczyć zjawiska masowej turystyki. Będąc na miejscu,
gospodarz potraktuje Cię indywidualnie, a nie jak kolejnych ludzi, którzy będą
źródłem zarobków.
DOJAZD
NA BILEHFAHI
Dojazd
na tę wyspę może nie należy do najłatwiejszych, ale z pewnością warto pojechać,
bo to co przeżyjesz na miejscu jest tego warte. Gospodarz wspominał o
bezpośrednim speed boacie, który płynie około 5h ze stolicy, ale startuje o
7.00 rano, podczas gdy pierwsze samoloty różnych linii lądują od 7.15 do
godziny 7.50. Zanim przejdziemy wszystkie procedury + odbiór bagaży, to będzie
już po 8.30. Z tego względu powyższa opcja jest niedostępna, chyba że planujemy
zostać na jeden dzień w stolicy i wyruszyć następnego dnia. Jednak Male polecam
zostawić sobie na koniec, bo wtedy będziemy mieli czas. Planując przyjazd na
Bilehfahi najlepszą metodą jest skontaktowanie się z gospodarzem obiektu poprzez
WhatsApp’a (numer znajdziemy w Googlach, kiedy będziemy szukać informacji o
Crystal Sea Inn; ta sama zasada zadziała w przypadku innych obiektów, które
będą oddawane do użytku). Dlaczego tak? Dlatego, że kiedy rezerwuje miejscowy,
to ma niższe ceny. Podróż na Bilehfahi wygląda następująco: ze stolicy lecimy
55 min na wyspę Hanimaadhoo małym samolotem ATR-46 w barwach Maldivian
Airlines, który ma 44 miejsca na pokładzie. Jest to turbośmigłowy samolot,
którego zaletą jest zwrotność oraz długość lotu. Niech nas nie zwiedzie fakt,
że samoloty ze śmigłami mają słabsze silniki niż odrzutowe. Tak jest, bo sam
środek transportu jest dużo mniejszy, jednak moc obu silników turbośmigłowych
poczujesz podczas startu, gdzie dosłownie wgniata nas w fotel, jak w sportowym
samochodzie wyścigowym. Z pewnością takiego efektu nie poczujesz podczas startu
Boeinga 777-300ER, którym przylatujemy na Malediwy. Lot narodowym przewoźnikiem
Malediwów pozytywnie mnie zaskoczył, bo pomimo krótkiego lotu wznosimy się na
wysokość 5700 m, podziwiamy niesamowite atole i jeśli jesteśmy któryś raz na
Malediwach, to po drodze rozpoznajemy takie wyspy jak: Fehendhoo, Fulhadhoo,
Goidhoo, Finolhu, Thoddoo, Bilehfahi i Hurasdhoo (wyspa piknikowa). Dodatkowo w
trakcie podróży dostajemy podwójny baton KitKat, orzeszki do pochrupania i sok
owocowy do wyboru. Miło z ich strony. Ciekawostką jest fakt, że kiedy sam
będziesz chciał kupić sobie bilet przez internet, to oczywiście można, ale
będzie on o kilkanaście, czasem o 20-30 dolarów droższy niż gdy kupi go
gospodarz. Dlatego zwracam uwagę, żeby najpierw się z nim skontaktować, aby
kupił nam bilety po obniżonej cenie. Nawet jeśli w samolocie nie będzie miejsc,
zadzieje się „magia”, bo dla gospodarza linie lotnicze najczęściej odblokowują fotele,
których nie ma w systemie.
Lądujemy na międzynarodowym lotnisku na wyspie Hanimaadhoo. Wygląda na duże, aż za duże, ponieważ przestrzeni jest mnóstwo. Na tablicy wystawione są zazwyczaj trzy/cztery loty dziennie, gdzie w każdym samolocie mamy do 44 osób. Co kilka dni lądują tutaj samoloty z Indii i Colombo (Sri Lanka). Największy szok przeżyliśmy, kiedy wyszliśmy z lotniska, a na nas czekał już taksówkarz! Na Hanimaadhoo są asfaltowe drogi prowadzące do portu. Gospodarz opłaca tego taksówkarza, dlatego naszym zadaniem jest tylko się pojawić i pojechać z nim na miejsce. W porcie czeka na nas prywatny speed boat, albo publiczny „autobus” firmy RTL (zależy od okresu – czy jesteśmy w czasie Ramadanu, czy poza nim). Podczas Ramadanu kursuje mniej łodzi, stąd odcinek z Hanimaadhoo do Kulhudhufushi nie jest skomunikowany zbyt dobrze, dlatego nasz właściciel guest house’a wynajmuje speed boat-a, który na dowolną godzinę zawiezie nas na wyspę Kulhudhufushi. Koszt takiej usługi to 50 USD. Z Kulhudhufushi popłyniemy drugą łodzią. Będzie to publiczny „autobus” firmy RTL, który za 9 USD zawiezie nas do portu w Bilehfahi. Dlaczego nazwałem tę łódź autobusem? Dlatego, że w środku wygląda bardzo podobnie. Mamy rzędy krzeseł i mnóstwo rurek do trzymania się. Z Hanimaadhoo płyniemy do 25 min (zazwyczaj poniżej 20 min), a z Kulhudhufushi 1h 10min. Zdążymy jeszcze zasnąć. Podczas organizacji wyjazdu możesz sobie pomyśleć, że taka podróż jest za długa. Kiedy jednak uświadomisz sobie fakt, że na Nilandhoo dotrzesz na 17.10, a na Bilehfahi na godzinę 16.00, jasnym się staje, że przybędziesz szybciej, pomimo tylu przesiadek. Na Nilandhoo płyniemy bezpośrednio. Jest to najczęściej wybierana wyspa lokalna przez Polaków, bo gospodarzem jest tam znana Magda z Malediwów. Byłem tam, dlatego informacje mam z własnego doświadczenia. Po dotarciu do portu w Bilehfahi gospodarz przyjeżdża do nas pojazdem ‘buggy’, czyli czymś na wzór Melexa, tyle że ten jest czysty i przeznaczony typowo do przewozu osób. Pojazd nie ma szyb ani drzwi z racji ciepłego klimatu. Jest wynajmowany z tutejszego urzędu na czas rozwiezienia turystów do guest house’ów. Nietrudno się domyślić, że poza nami, nikt inny nie przyjechał. Najwięcej osób wysiadło na dość sporej wyspie Kanditheem, którą odwiedziliśmy na późniejszej lokalnej wycieczce. Tym bardziej była warta odwiedzenia, ponieważ nie znajdziemy tam obiektów noclegowych dla zagranicznych turystów, a cała infrastruktura jest przygotowana dla miejscowych. Chociaż cała podróż „na papierze” może wyglądać na męczącą, to dla mnie była piękna, widokowa i pełna wrażeń. Z samolotu mogłem podziwiać rajskie atole – turkusowe perełki na tle bezkresnego Oceanu Indyjskiego, a z poziomu łodzi oglądać kolejne wyspy oferujące białe, piaszczyste plaże.
Dopływamy na Bilehfahi
PRZYWITANIE
NA BILEHFAHI
Również
ta część zaskoczyła mnie pozytywnie, bo na innych wyspach nie spotkałem się z
podobnym przywitaniem. Przed wejściem do guest house stało troje dzieci w
odświętnych, czerwonych strojach, gdzie najpierw zawieszono nam na szyi ręcznie
robione naszyjniki w kształcie ryby-skalara wytworzonego z liści palmowych. Coś
pięknego! Wspólną częścią z innymi wyspami jest napicie się soku kokosowego
bezpośrednio z kokosa i wręczenie zimnych ręczników z lodówki w celu
schłodzenia się. Ta część na pewno zapadnie nam głęboko w pamięć. Następnie
gospodarz pokaże nam nasz pokój. Trzeba przyznać, że gdziekolwiek byłem na
Malediwach, wszyscy trzymają wysoki standard. Również tutaj. Po otwarciu drzwi
pokojowych kolejny element zaskakuje, ponieważ na szerokim łóżku zobaczymy
starannie ułożone zdobienia z motywami kwiatowymi i liśćmi palmowymi. Ktoś
przed naszym przyjazdem musiał długo układać ten cały wzór. Od początku na
Bilehfahi czujemy się wyjątkowo. Jeśli jeszcze mamy siły po długiej podróży,
gospodarz zaprowadzi nas na prywatną plażę dla turystów, żebyśmy wiedzieli,
którędy iść. Po drodze nad głowami latają nietoperze (rudawki wielkie,
dorastające do 1,5 m wielkości, choć tutejsze miały około 90-110 cm rozpiętości
skrzydeł). Jeśli nie wiedziałeś o nich, to możesz się nieźle przestraszyć.
Jednak nie ma powodów do obaw, ponieważ one żywią się tylko i wyłącznie
owocami, nie mają zmysłu echolokacji, ale za to posiadają bardzo dobry wzrok.
Kilka razy zdarzyło się tak, że nietoperz wisiał na liściu drzewa papai na
wysokości naszych oczu, gdzie w momencie zaskoczenia puszczał chwyt, przez
chwilę spadał, po czym dzięki wielkim skrzydłom zaczął szybko się wznosić. Na Bilehfahi
z pewnością zobaczymy je z bardzo bliska i usłyszymy trzepot ich skrzydeł, a
wieczorami będą wielokrotnie krążyć nad nami po kilka na raz. W drodze na plażę,
również z bliska dostrzeżemy drzewa, na których rosną papaje, palmy z kokosami oraz
intensywnie zielone krzewy, które zdobią okolicę. Nie można także zapomnieć o
drzewach z owocem pandanu.
Artystycznie zdobione łóżko kwiatami i fragmentami liści palmowych
Rzut na pokój
POGODA
NA BILEHFAHI
Za tę
kwestię uwielbiam Bilehfahi. Jako że wyspa leży na północy kraju, to mamy
najwięcej słonecznych dni. Czym bardziej na południe, tym więcej deszczu możemy
się spodziewać. Dlatego nigdy nie zapuszczam się głębiej niż maksymalnie 2h podróży
szybką łodzią od stolicy na południe. Np. w 2025 roku na Nilandhoo cały luty
był deszczowy. Wyspa znajduje się dokładnie 2h 05min od stolicy na południe.
Bilehfahi jest bardzo słoneczne i przede wszystkim spokojne. W sezonie wschód
słońca mamy o 6.14, a zachód o 18.19. Jedynym minusem tak długich okresów ze
słońcem jest fakt, że powietrze staje się mętne, przez co niebo nie przybiera
żywego, czystego błękitu. Kiedy następuje zmiana mas powietrza, niebo wyraźnie
przeczyszcza się tak, że widzimy wyspy odległe od nas nawet o 15 km. Czas,
gdzie nastąpił długi okres oczyszczenia atmosfery oraz powstania intensywnego
błękitu nieba i wody wykorzystałem na zdjęcia, pływanie i cieszenie się
turkusowym kolorem laguny. Przyjazd na tę wyspę gwarantuje nam wakacyjną pogodę
przez cały urlop. Na pewno się nie zawiedziemy. Nie będzie trzeba sprawdzać
prognoz. Nawet jeśli przyjdą deszczowe dni, to te okresy są znacznie krótsze
niż w pozostałej części Malediwów.
A co
zabrać ze sobą na wyspy? Może lepiej powiedzieć, czego nie zabierać... Na pewno
nie bierzemy żadnych skarpet (tylko jedne na powrót), spodni, kurtek, swetrów i
bluz. Najzimniej jest w środku nocy, ale to „zimno” ma 27’C. Za dnia jest
zazwyczaj 31’C. Różnice temperatur są niewielkie na całych Malediwach.
Praktycznie we wszystkie dni w roku mamy od 27’C do 31’C. Poza sezonem, w porze
monsunowej, zdarza się wybitne załamanie pogody, gdzie tylko przez jeden lub
dwa dni w roku temperatura spada do 21’C. Dla miejscowych to „mróz”. Nie bez
powodu wyjazd za granicę u nich zazwyczaj kończy się przeziębieniem lub
chorobą. Nie mają styczności ze zmiennym klimatem ani z masami ludzi, którzy
roznosiliby różne bakterie i wirusy. Morze jest ich naturalną ochroną przed
światowymi zagrożeniami biologicznymi. Dlaczego na Malediwach nie da się
zachorować na grypę? Dlatego, że wirus tej choroby całkowicie ginie od 27’C
wzwyż. To, co my uważamy za idealne warunki na wakacje, dla niego jest śmiertelne.
Pamiętajmy, aby na Malediwy zabrać rzeczy i ubrania tylko i wyłącznie na upalne
lato. Nawet podczas deszczowego dnia temperatura wynosi 27-28’C. W takim
przypadku (np. na Nilandhoo) wychodziliśmy na plażę, żeby kąpać się w lagunie.
Dlaczego? Bo nie tylko poczujesz ciepły, letni deszcz, ale przede wszystkim
woda, do której wejdziesz, będzie cieplejsza niż otoczenie. Można się w niej…
ogrzać. Po drugie, w ciągu dnia niebo się przejaśnia. Możesz zobaczyć, jak
wyglądają monsunowe chmury. Są znacznie potężniejsze niż nasze chmury burzowe.
O ile nie tworzą spektakularnych „kowadeł” rozlewających się 13 kilometrów nad
naszymi głowami, to są znacznie wyższe niż w Europie. Wynika to z działających
sił Coriolisa na równiku, gdzie atmosferę tworzy najgrubsza warstwa powietrza.
Chmury na Malediwach urastają aż do 18 kilometrów wysokości, a w Europie tylko
do 13 km. Ziemia obraca się wokół własnej osi z prędkością 1200 km/h, co
powoduje, że powstaje siła odśrodkowa. Największa siła jest przy równiku, a
najmniejsza w okolicach biegunów. Właśnie ta siła wypycha masy powietrza w
stronę otwartej przestrzeni kosmicznej, jednak grawitacja naszej planety nie
pozwala na ucieczkę gazów w pustkę, a jedynie umożliwia odkształcenie ich
warstw. Mając odrobinę szczęścia, podczas deszczu będziesz mógł zaobserwować
wysokie na 18 kilometrów chmury kłębiące się pod niebiosa. Jako że powietrze na
równiku jest mocno nasycone wilgocią, to tak wysokie formacje na różnych
wysokościach są poprzecinane wieloma ciemnymi pasami o nazwie pileus,
informującymi nas, że tam znajduje się największe nagromadzenie wilgoci.
PRZYRODA
BILEHFAHI
Jest to
jeden z głównych powodów, dla których wybrałem tę wyspę, podobnie jak kiedyś
Feridhoo. Na wyspie mamy zachwycającą przyrodę. Znajdziemy tu bardzo gęste lasy
palmowe z egzotycznymi ptakami, dużo zieleni, a także zachwycą nas obie laguny znajdujące
się po obu stronach wyspy. Palmowy las na północy jest bardzo gęsty. Drzewa są
wysokie, bo każde z nich walczy o dostęp do światła słonecznego. Na szczęście
miejscowi utworzyli pomiędzy nimi kilka ciekawych ścieżek, dzięki czemu możemy
popatrzeć na nie od środka. Jako, że ludzie pojawiają się tam stosunkowo
rzadko, to egzotyczne ptaki będą ostrzegać się nawzajem przed niebezpieczeństwem,
dzięki czemu usłyszymy donośne, melodyjne piski. Coś pięknego! Jeden z ptaków
wydaje nawet bulgoczący dźwięk w tle, co nadaje tajemniczości tym zaroślom. Na
szczęście na Malediwach nie występują jadowite węże, jaszczurki ani pająki,
stąd wędrówka jest bezpieczna. Jedynym zagrożeniem mogą być spadające kokosy,
dlatego zawsze polecam zwracać uwagę na trasę, którą idziemy. Palm jest tak
dużo, że dość często słychać „bombę” spadającą z dużej wysokości, uderzającą z
hukiem o ziemię. Kokosy są ciężkie i zdrewniałe. Jeśli lubisz fotografować lub
po prostu odkrywać nowe tereny, koniecznie dodam, że w zaroślach wytyczono
ścieżki, którymi można przejść cały tropikalny las od jednego krańca do
drugiego, nie wychodząc z niego. W trakcie wędrówki, po drodze trafimy na kilka
bananowców z owocami. Z racji panującego klimatu (przez cały rok mamy lato),
rośliny tego samego gatunku zobaczymy we wszystkich stadiach rozwoju – od
nasiona, poprzez młodniki i kwitnące po raz pierwszy drzewka, te po zrzuceniu
kwiatów i owocujące, te z dojrzewającymi owocami i dopiero wyrastającymi na
gałęziach, takimi których owoce już opadły i takimi co przez cały rok zmieniają
liście po kilka sztuk w różnych miejscach. Na Malediwach cykle wegetacji
przenikają się nawzajem, ale nigdy się nie kończą.
Bananowiec na obrzeżach lasu
Na jednej gałęzi mamy pandan dojrzały i dopiero będący dojrzewać za ponad miesiąc
Polecam również wędrówkę główną ulicą z portu w kierunku szkoły podstawowej i meczetu. Nigdzie nie skręcamy. Kiedy dotrzemy do jej końca, przed nami zobaczymy jeden z najpiękniejszych widoków na Bilehfahi. Znajduje się tam jedno z wielu wejść do tropikalnego lasu, jednak tutejsze pochyłe palmy tworzą cudną aleję. Na jej końcu mamy prześwit na turkusowe morze. Po lewej stronie widzimy pięknie wygrabione miejsce spotkań lokalnej społeczności. To miejsce można przyrównać do parku miejskiego, tyle że leżaki rozmieszczone są wśród gęsto rosnących palm. Po prawej stronie mamy widok na dziki, naprawdę gęsty tropikalny las. Właśnie tam w szczególności polecam się udać. Jeśli nadal nie wiemy, dokąd iść, to już na początku alei, na jednym z pni zauważymy plastikową, żółtą strzałkę. Wskazuje ona wąską ścieżkę pozwalającą dotrzeć do wybrzeża z niewielkim punktem spotkań dla miejscowych oraz do innej części wioski. Największą atrakcją opisywanego fragmentu lasu z pewnością są piski, nawoływania i krzyki egzotycznych ptaków, niesamowicie piękne młode palmy, których liście krzyżują się, tworząc kratownice. Kiedy padają na nie promienie słoneczne widzimy przepiękną grę świateł i cieni. Po prostu raj dla fotografów! Po kilkudziesięciu metrach ścieżka kończy się skrzyżowaniem w kształcie litery ‘T’. Skręcamy w lewo, aby zobaczyć najpiękniejszą aleję. Tworzą je do wewnątrz pochyłe palmy, gdzie wpada dość dużo słońca. Dzięki temu mamy niepowtarzalne widowisko. Idąc do końca wspomnianej ścieżki dochodzimy do wybrzeża, gdzie znajdziemy stolik oraz charakterystyczne, malediwskie siedziska. Przypływy z marca 2026 spowodowały wielkie oberwania terenu, co wygląda jakby przeszło tam trzęsienie ziemi. Podczas porannego odpływu mamy wrażenie, jakbyśmy z dużej wysokości patrzyli na morze. Wracając wspomnianą dróżką jeszcze raz przejdziemy przez cudną aleje palmową. Jednak tym razem nie będziemy wracać tą samą trasą, którą przyszliśmy, tylko pójdziemy dalej – na wprost, przed siebie. Po drodze zobaczymy jeszcze jedna grę świateł i cieni liści młodych palm kokosowych. Za chwilę wyjdziemy na obrzeżach wioski, gdzie będą rosły bananowce, a także bambusy. Trasa kończy się główną drogą prowadzącą nad morze. Ta część jest charakterystyczna, ponieważ po lewej stronie zobaczymy siedem palm rozmieszczonych w równych odstępach, tworzących jedną linię na środku szerokiej, piaszczystej drogi. Gdyby to było miasto, z pewnością to miejsce mogłoby posłużyć jako zajezdnia autobusowa bez konieczności ingerencji w przyrodę.
Wejście do lasu palmowego od strony głównej ulicy ze szkołą
Niesamowita aleja palmowa
Naturalna zajezdnia autobusowa
Piękny bananowiec, gra świateł i cieni na liściach palmowych i zachwycająca aleja palmowa
Kiedy z
kolei przejdziemy się przez wioskę, naszą uwagę zwróci kilka, a nawet
kilkanaście domów, które są bogato zdobione intensywnie kwitnącymi roślinami.
Najpopularniejsza jest bugenwilla. Na Bilehfahi znaleźliśmy dwa miejsca, gdzie
te rośliny kwitły wyjątkowo obficie. Pierwszym obiektem oczywiście był nasz
guest house, a drugim prywatny dom gospodarza. Miejscowi nie tylko mają
bugenwille dookoła budynków. Zobaczymy tam również wielkie drzewa chlebowca,
drobne, ale kolorowe kwiaty w doniczkach, solandra grandiflora (wielkie żółte
dzwony), fioletową allamandę (allamanda blanchetii), różę chińską oraz jej
odmianę – ketmia. Wszystkie razem tworzą kolorowy obraz wioski. Największy
efekt otrzymujemy, kiedy staniemy na końcu drogi prowadzącej do apteki i
przychodni. Wystarczy spojrzeć w przeciwną stronę. Wówczas na widziane domy
nałoży się kilka rzędów bugenwilli. Coś pięknego! Jeśli chcemy zobaczyć
owocujący pandan, polecam pójść na prywatną plażę. Dostrzeżemy tam jego owoce
we wszystkich stadiach rozwoju. Będziemy wiedzieli, jak wygląda tworzący się
owoc: zielony, niedojrzały, dojrzewający i w pełni czerwony. Nawet znalazłem
takie drzewo, gdzie obok siebie rosły dwa pandany – jeden zielony, niedojrzały,
a drugi w pełni dojrzały – czerwony. Podobnych miejsc znalazłem cztery, dlatego
poczekałem na odpowiednią porę dnia, aby były oświetlone promieniami słońca,
żebym mógł je dokładnie sfotografować.
Allamanda blanchetii
Owoce pandanu w różnych stadiach rozwoju na jednej gałęzi
Fauna również zachwyci miłośników przyrody lub fotografii. Najbardziej charakterystycznymi przedstawicielami świata zwierząt lądowych na Malediwach są oczywiście kraby. Zobaczymy je wczesnym porankiem lub od godziny 15.00, kiedy to rozpoczynają się ich pochody. Jako że plaża ma po 485 m długości w obie strony, licząc od naszej prywatnej, to każdego dnia mamy okazję podziwiać ponad 900-metrowy „sznur” krabów pustelników, które tworzą ciągłą falistą linię. Sprzątają wszystko co organiczne na plaży. Mogą to być: resztki owoców, przekąski turystów, owady, wyrzucone na brzeg kawałki ryb, itp. Pełnią funkcję naturalnego oczyszczania otoczenia. Kiedy znajdą coś dobrego do jedzenia od razu poznamy je po ich wielkim zgromadzeniu, które nazwaliśmy zebraniem krabików. Tłoczą się, jakby chciały umówić jakąś ważną sprawę, a kiedy podejdziesz sprawdzić, co się u nich dzieje, powoli rozchodzą się we wszystkich kierunkach. Są bardzo wolne, dlatego kiedy widzą, że zagrożenie się zbliża, od razu chowają się do muszli noszonych na swoich grzbietach. Wraz z upływem czasu one rosną i stają się większe, dlatego stale muszą je wymieniać. Robią to wieczorami i w nocy, kiedy nikt ich nie widzi. Morze każdego dnia zapewnia im nowy zestaw muszelek, a inne przejmują je po starszych „kolegach”. Jeśli znajdziemy jakąś piękną muszlę, upewnijmy się, że nie jest już zajęta. Zdecydowana większość z nich ma swojego mieszkańca. Są one chodliwym „towarem” wśród nich. Obserwując tamtejszą przyrodę, ma się wrażenie, że nic się nie marnuje. Na plażach „grasują” również inne kraby. Są większe i szybsze. Znamy je jako gatunek Ocypode, co po grecku oznacza ‘szybkie stopy’. Bez problemu uciekną przed nami, a z drugiej strony nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Nie mają zębów ani trującego jadu. Posiadają tylko silne szczypce. Jednak żaden z nich nie będzie ryzykował walki z czymś większym od niego, co się na dodatek rusza. Jeśli zauważy jakiś ruch, od razu ucieknie do wykopanej przez siebie dziury lub wejdzie do płytkiej wody. Jednak, kiedy obie strategie nie zadziałają, to użyje jeszcze jednej z trzech kolejnych sztuczek: jednym ruchem zakopie się w piasku, po czym będzie udawać nieżywego, a jeśli wszystko inne zawiedzie, to wyciągnie szczypce ku górze i będzie pokazywać jaki jest groźny. Będzie pozować. Oczywiście nie stanie do walki. Po krótkim pokazie szybko ucieknie. Kraby te są ubarwione w piaskowych odcieniach, żeby zlewać się z otoczeniem.
Zabranie krabików
Na
miejscu udało nam się również spotkać bardzo powolnego kraba tęczowego. Nie
wiem, czy był tak stary, czy przechodził okres zmiany pancerza, ale nie
próbował nawet użyć wszystkich metod odstraszania, tylko przeszedł do
ostatecznej ostateczności – bardzo powoli uniósł szczypce ku górze, żeby
wyglądać na maksymalnie strasznego, po czym równie wolno zaczął iść bokiem.
Widząc, że nie spieszy się, nie dotykałem go, ani nawet nie zbliżałem się za
bardzo, żeby mógł w spokoju odejść w zarośla. Wspomniane kraby mogą żyć do 10
lat w swoim naturalnym środowisku. Zmieniają pancerz do 20 razy w ciągu całego
swojego życia. Możliwe, że właśnie przechodził proces lnienia (w tym okresie są
leniwe i powolne). Zmiana pancerza jest konieczna ze względu na ich przyrost. W
młodym wieku porzucają go nawet raz na miesiąc, a w dojrzałych latach tylko raz
na niecały rok. Wymiana pancerza trwa od pół godziny do kilku godzin, ale
kolejne trzy dni zajmuje stwardnienie nowego. Z tego względu jest bardziej narażony
na niebezpieczeństwa. Możliwość zobaczenia przedstawicieli trzech gatunków
krabów na jednej wyspie była dla mnie czymś wyjątkowym – czymś, co będzie się
pamiętać. Obok nich na szczególną uwagę zasługują orientalne jaszczurki
ogrodowe. Z pewnością spotkamy je na plaży podczas odpoczynku. Zazwyczaj siedzą
na korze drzew, wyłapując owady lub przemkną nam pod leżakiem. Dorosłe
jaszczurki są efektowne, ponieważ zmieniają kolor swojego ciała, dostosowując je
do otoczenia, a także posiadają bardzo długi ogon. Są szybkie i całkowicie
niegroźne dla nas. Nie mają zębów, jadu ani trującego śluzu. Rudawka wielka, to
kolejny przedstawiciel świata zwierząt, z którym musisz się zapoznać. Jest to
największy nietoperz na świecie, którego rozpiętość skrzydeł dochodzi do 150
cm! Pomimo swojej wielkości nie są straszne. Żywią się tylko owocami.
Wieczorami dużo krążą na wysokości koron drzew i palm. Na Bilehfahi bardzo
często przelecą nad naszymi głowami, ponieważ w okolicy rosną papaje, gdzie przesiadują,
a raczej wiszą na ich liściach. Ich cechą charakterystyczną jest nie tylko
wielkość, ale również głowa, która wygląda jak głowa rudego lisa. Nie bez
powodu potocznie jest nazywany latającym psem. Patrząc na niego mamy wrażenie,
jakby ktoś odciął głowę lisa i przyszył ją do tułowia dużego nietoperza. Jego
całą głowę porasta ruda sierść. Patrzy na nas wielkimi oczami. Nigdy nie
atakuje ludzi. Obowiązkowo na każdej wyspie trzeba znaleźć nietoperzowe drzewo
i najstarsze drzewo, bo zawsze takie są. O tym będzie poniżej. Z kolei czaple
są stałymi bywalcami większości malediwskich wysp, ponieważ wzdłuż linii
brzegowej pływają mniejsze ryby, którymi się żywią. Te ptaki są płochliwe,
dlatego podziwiać możemy je tylko z odległości kilkudziesięciu metrów.
Orientalna jaszczurka ogrodowa na drzewie na terenie prywatnej plaży
Na niechlubnej liście niestety znajdują się wrony. Tak bardzo nie boją się ludzi, że tylko czekają, aby coś ukraść z plecaka lub torby na plaży. Z łatwością wyciągają chusteczki i inne rzeczy z bocznych kieszeni i toreb. Potrafią nawet dostać się do zapakowanych ciastek i wydziobać zawartość pudełka. Znalazłem na nie szybki, ale skuteczny sposób. Trzeba je nastraszyć kamieniem. Rzuć „ślepaka” w krzaki, po czym następnym razem postrasz je tylko udawanym rzutem. Po kilku razach z tym miejscem będą kojarzyły nieustanne zagrożenie, dlatego znajdą sobie inne miejsce. Pamiętaj, że kiedy wybierzesz się na cypel na końcu wyspy, kilka wron przyleci, aby sprawdzić, co zostawiłeś w torbie na plaży. Kiedy tylko wejdziesz do wody, one zajmą się zawartością, po czym wyłożą ją na piasku. Z tego względu przepłosz je na początku. Słońce gra na naszą korzyść. Cypel jest takim miejscem, gdzie one nie wytrzymają zbyt długo, ponieważ w całości są czarne. W tutejszym – równikowym słońcu – przegrzeją się bardzo szybko. Z tego względu będą musiały uciekać w zarośla. Jak więc my mamy wytrzymać w takim samym słońcu bez żadnego cienia? O tym będzie dwa akapity dalej.
NIETOPERZOWE
DRZEWO I NAJSTARSZE DRZEWO NA WYSPIE
Skoro
już wspomnieliśmy o wielkich nietoperzach, to musimy pamiętać, że muszą one
gdzieś mieszkać. Na każdej malediwskiej wyspie z zielenią znajduje się jedno
takie drzewo, które nietoperze upatrzyły sobie jako swój dom. Można wówczas na
nim zobaczyć w środku dnia kilkadziesiąt zwisających rudawek! Poszukując tego
drzewa zawsze wybieramy sprawdzoną metodę – przechodzimy wszystkie zarośla
dostępnymi ścieżkami, gdzie nasłuchujemy głośnych pisków i wrzasków, trochę
przypominających dźwięki wydawane przez szczury. Zazwyczaj będzie to
rozłożyste, wysokie, zacienione drzewo, ukryte głęboko w tropikalnym lesie.
Jednak na Bilehfahi wyłamały się z ogólnie przyjętego schematu. Tym razem
wybrały niewielkie, niewyróżniające się niczym zarośla przy głównej, szerokiej
drodze, którą na dodatek jeżdżą koparki do portu. Aby je znaleźć, trzeba iść w
stronę apteki i dalej w kierunku plaży. Kilkadziesiąt metrów przed nią
przetniemy drogę, gdzie wyraźnie będzie widać ślady gąsienic koparek (jest
bardzo szeroka). Wystarczy skręcić w lewo. Około 10 m od wspomnianego
skrzyżowania po prawej mamy nietoperzowe drzewo. Zresztą je usłyszymy.
Wystarczy postać w tej okolicy przez kilka minut, żeby zobaczyć wielką gromadę
rudawek wielkich oraz podziwiać je w locie. Jest ich naprawdę dużo.
A
najstarsze drzewo na wyspie? Trudno jednoznacznie określić, które jest tym
najbardziej wiekowym, ponieważ kilka z nich zasługiwało na to miano. Na innych
wyspach sprawa była dość oczywista, bo takie drzewo wyróżniało się na pierwszy
rzut potężnym pniem. Na Bilehfahi znaleźliśmy kilka okazów. Jeden z tych
najstarszych znajdował się w tropikalnym lesie na północy wyspy. Wystarczyło
iść dostępnymi wąskimi ścieżkami wydeptanymi przez miejscowych, aby natknąć się
na potężny figowiec, który od wielu dziesiątków lat wypuszcza system korzeni w
kierunku ziemi. Wyglądają jak gąszcz lian oplatających główny pień. W jego
okolicy prawie wcale nie dociera światło słoneczne, dlatego musi górować nad
pozostałymi roślinami.
PIĘKNE
PLAŻE I CYPEL
Wcześniej
wspomniałem, że do dyspozycji mamy dwie prywatne plaże oraz długi ciąg białego
piasku aż po sam cypel. Dodatkowo po drugiej stronie wyspy mamy kolejną, długą
plażę. Na wyspie można wyróżnić kilka pięknych plaż:
- Prywatne plaże Crystal Sea Inn - miejsce odpoczynku jest zacienione dzięki drzewom pandanu i dość młodym palmom. Przed nami rozciąga się bardzo szeroka i turkusowa długa laguna. Kiedy trafimy na dzień z czystym błękitem nieba, turkus wód jest wówczas najintensywniejszy. Wystarczy iść dnem kilkanaście metrów od brzegu, żeby wejść w szeroki pas krystalicznie czystej wody o intensywnym odcieniu. Ten kolor zachwyca. 660 m i 720 m od brzegu znajdują się nieznacznie zatopione sand banki. Jeśli masz kondycję, możesz spróbować do nich dopłynąć. W sezonie są zalane cały czas, ale podczas odpływu tylko na około 30-40 cm. Poza sezonem są okresy, kiedy możemy nawet stanąć na suchym piasku. Pomimo ich zalania warto tam dopłynąć, ponieważ stamtąd mamy rzut na całe północno-zachodnie wybrzeże wyspy. Zobaczymy aż 17 dzikich plaż pooddzielanych krzakami oraz nasze prywatne miejsca odpoczynku z hamakiem i huśtawką. Za nią rozciąga się ponad 500-metrowy pas białego piasku aż po sam cypel. Na naszej prywatnej plaży do dyspozycji mamy drewniane stoły, leżaki, huśtawkę i hamak. Miejsca jest bardzo dużo, a przede wszystkim przez cały dzień nie brakuje cienia. Pamiętajmy, że na Malediwach słońce znajduje się prawie w zenicie, dlatego bardzo łatwo można się poparzyć aż do krwi. Jeśli myślisz o opalaniu, to wystawiaj się na słońce tylko na kilka minut – podobnie jak w miejscach, gdzie jest napisane ‘Nowe lampy’… Gwarantuję, że bez opalania i tak będziesz cały brązowy/-a. Wystarczy, że pływasz w wodzie lub spacerujesz po wiosce lub wybrzeżu, a słońce zrobi swoje. Ja tak właśnie robię. Nigdy się nie opalam ani minuty. Po prostu chodzę, podziwiam, pływam, a zawsze jestem maksymalnie opalony.
- Cypel – jest to najatrakcyjniejsze miejsce wyspy pod względem plażowania oraz fotografowania. Piaski tworzą półkolisty półwysep otoczony krystalicznie czystymi wodami. Te z kolei tworzą trzy wyraźnie oddzielone pasy w odcieniach turkusu, niebieskiego i szmaragdowego w oddali. Każdy pas jest bardzo wyraźnie oddzielony równą granicą. Ten podział wynika z szybko opadającego dna oraz z martwych koralowców, które znajdują się w odległości kilku metrów od linii brzegowej. Najpłytszy pas jest całkowicie przezroczysty, a na dnie widzimy piaszczyste fale. Jeśli popatrzysz na nie z ukosa, to dostrzeżesz jak w przezroczystych falach odbija się szmaragdowy kolor wód z koralowcami. Dzięki temu zjawisku można wykonać efektowne i niepowtarzalne zdjęcia krajobrazowe. Zresztą sam skorzystałem ze wspomnianych okoliczności. A jak wytrzymać kilka godzin na cyplu, który jest całkowicie odsłonięty? Wykorzystaj dwa sprytne triki. Pierwszy to woda. Zabierz ze sobą litr wody do picia. Nie musi być nawet z lodówki. Wykop ręką w piasku dziurę o głębokości większej niż półtora wysokości twojego pojemnika na wodę. Wrzuć go tam, a dziurę przykryj ręcznikiem plażowym. Wewnątrz utrzymuje się stała temperatura o kilka stopni niższa niż temperatura powietrza w cieniu. Będziesz miał pewność, że woda do picia nie będzie się stopniowo nagrzewać. Drugi trik polega na pływaniu lub chodzeniu w lagunie, będąc zanurzonym powyżej linii bioder. Przebywając w morzu, nawet po trzech godzinach nie chce się pić. Organizm jest cały czas chłodzony cieczą, więc nie pocisz się ani nie ma uczucia przegrzania. Tym samym nie powstaje pragnienie. Można się opalać, ale tylko przez kilka minut z powodu gorącego słońca. Później z powrotem wejdź do wody. Nie doznasz szoku termicznego jak na Bałtyku, gdzie takie nagłe wejście do zimnego morza po opalaniu kończyło się w skrajnych przypadkach omdleniami, utonięciem, zawałem serca lub popękaniem naczyń krwionośnych. Na Malediwach laguna ma tylko kilka stopni mniej niż otoczenie, dlatego nie czujemy wielkich różnic temperatur. Czym bliżej brzegu, tym płycizny są bardziej nagrzane. Z tego powodu idziemy trochę dalej, aby się schłodzić. Dla osób umiejących pływać w szczególności polecam popłyniecie z prądem. Wystarczy, że dotrzemy do cypla, a później wrócimy około 50 m lewym wybrzeżem. Tam wchodzimy do wody na środkowy (najbardziej turkusowy pas), po czym dajemy się nieść silnemu prądowi. Wystarczy, że będziemy unosić się na powierzchni wody, a prąd poprowadzi nas wzdłuż brzegu, po czym wyrzuci poza cyplem. Tam docieramy do miejsca, gdzie łączą się masy wód z dwóch lagun, przez co trafiamy do całkowicie spokojnego miejsca, skąd wracamy na brzeg. Z racji silnego prądu, tuż za cyplem powstał dość duży naturalny basen o niebieskich wodach. Regularnie pływa tam ławica większych zielonych ryb, składająca się z kilkunastu osobników. Jest na co popatrzeć.
- Plaża i laguna tuż przed cyplem, po drugiej stronie wyspy – ta część słynie z płytkich, ale krystalicznie czystych wód. Jeśli przyjechaliśmy z dziećmi lub nie potrafimy pływać, właśnie tutaj podziwiałbym piękno czystej laguny. Dno zdobią naturalnie utworzone fałdy z piasku, które idealnie komponują się z turkusowymi odcieniami morza. Nieco dalej widzimy dwa kolejne pasy ciemniejszych kolorów. Ile razy byliśmy na cyplu, tyle razy nie zdarzyło się, żeby przyszedł jeszcze ktoś inny. Panowała tam zupełna cisza. Podobnie jest z obiema lagunami w okolicach cypla. Są całkowicie spokojne. Nie bez powodu te rejony wybierają płaszczki. W godzinach porannych mamy największe szanse je zobaczyć.
- 17 dzikich plaż i możliwość przejścia do każdej z nich podczas odpływu – są to zupełnie niewykorzystywane plaże, które znajdują się na prawo od prywatnego miejsca wypoczynku, wciśnięte pomiędzy uschniętymi od słonej wody krzakami. Kilka z nich jest interesujących, ponieważ rosną tam palmy zdobiące okolicę. Do dwóch z nich prowadzą dwie szerokie drogi, z których korzystają miejscowi. Tylko dwa razy widzieliśmy kogoś z mieszkańców kąpiących się w morzu. Jednym z takich miejsc jest przedłużenie drogi prowadzącej do apteki i przychodni. Dalej mamy piękny ciąg palm. Od czasu do czasu przychodzą tam matki z dziećmi, aby spędzić z nimi część dnia. Podczas odpływu wszystkie plaże są ze sobą połączone piaszczystym przejściem, z którego skorzystałem, aby sfotografować całe wybrzeże.
PŁYWY
WÓD
Na
Malediwach występuje dobrze widoczne zjawisko przypływów i odpływów, podczas
których różnice poziomów wody dochodzą do 70-80 cm w ciągu dnia. Wszystko
zależy od pory, kiedy przyjechaliśmy na nasz urlop. W ciągu dnia zjawisko
występuje w dwóch cyklach. W 12 godzin mamy pełny przypływ i pełny odpływ.
Podczas naszego pobytu o godzinie 6.00 rano był pełny odpływ (plaża wyglądała
niczym lotnisko dla awionetek – szeroka i płaska), o 12.00 pełny przypływ – plaża
zalana aż do samego klifu, o 18.00 pełny odpływ, ale wody było nieco więcej niż
w godzinach porannych podczas wschodzącego słońca, o 00.00 maksymalny przypływ
– fale wdzierały się nawet poza klif. Zjawisko potęguje położenie księżyca
względem Ziemi. Kiedy przyjedziemy na dłuższy pobyt, zauważymy, że co dwa
tygodnie następuje zmiana cyklu pływów. Jeśli rano mieliśmy odpływ, to za pół
miesiąca, o tej samej porze będzie przypływ. Sama zmiana pływów trwa półtora
dnia. Będąc na Malediwach zawsze mam okazję zaobserwować ten szczegół. W marcu zazwyczaj
przypływy są bardzo silne. Na Bilehfahi zabrały część prywatnej plaży, a na
końcu tropikalnego lasu dosłownie wyrwały wielkie kawały ziemi ze skałami, co
wyglądało, jakby tylko tam przeszło trzęsienie ziemi. Linia brzegowa wyspy cały
czas ulega zmianom. Pomimo że widzieliśmy mocne przypływy, to najwidoczniej nie
były to najsilniejsze z nich. Skąd mogę wyciągnąć takie wnioski? Z obserwacji
krzaków dzielących wybrzeże na 17 plaż, o których już wcześniej wspominałem.
Widać, że podczas największego przypływu pomiędzy wodą a uschniętym pasem
gałęzi, jakby wyznaczono go od linijki, widniała około półmetrowa szczelina.
Skoro gałęzie usychały tam, gdzie zostały zanurzone w słonej wodzie, to
znaczyło, że kiedyś musiało jej być jeszcze więcej. Pływy rządzą się swoimi
prawami, ale warto je obserwować, bo możemy zaobserwować jak w ciągu jednej
doby zmienia się nasze otoczenie.
GUEST
HOUSE
W
chwili, kiedy przebywaliśmy na wyspie dostępny był tylko jeden guest house o
nazwie Crystal Sea Inn. Prowadzi go Samir – miejscowy gospodarz. Ma
indywidualne podejście do turystów, dzięki czemu czuje się prawdziwy klimat
tego miejsca. Jedynym minusem wyspy Bilehfahi jest fakt, że inni również
poczuli pieniądz, przez co wielu lokalsów rozpoczęło własne budowy podobnych
obiektów. Jeden z budynków – najbliżej położony plaży – jest budowany przez
miejscowego i Włocha, który przyłączył się do akcji. Włoch po prostu
zainwestował w ten biznes. Kilkukrotnie mieliśmy okazję z nim porozmawiać, stąd
wiemy, jak sprawy wyglądają. Crystal Sea Inn znajduje się całkiem w zachodniej
części wyspy, dzięki czemu jest na uboczu. Nie ma więc hałasu w najbliższym
otoczeniu. Jedynie w godzinach 20.00-22.00, w pobliskiej kawiarni Roni
spotykają się miejscowi faceci, gdzie prowadzą głośne rozmowy. Trzeba pamiętać,
że ich życie wygląda nieco inaczej, ponieważ mają mocne słońce w ciągu dnia.
Wszelkie prace odbywają się tu wczesnym porankiem (jeszcze przed wschodem
słońca, a budowy rozpoczynane są tuż po jego zachodzie i mogą się ciągnąć aż do
1.00 w nocy). Najbardziej jednak zaskoczył mnie fakt, kiedy o godzinie 5.30
wychodziłem na wschód słońca, gdzie przechodziłem przez działkę z nowo
budowanym domem. A kiedy wracałem z widowiska, to nie było ani ludzi, ani
sprzętu, ale nowy mur już stał… To znaczy, że w półtorej godziny przyszła jakaś
ekipa, popracowała przez „chwilę”, po czym nagle znikła jak duch – niczym kraby
‘szybkie nogi’.
Obiekt
Crystal Sea Inn ma tylko 3 pokoje, co dla nas turystów jest z pewnością zaletą
oraz własny aneks kuchenny, co w malediwskich obiektach jest niespotykane. W
środku do dyspozycji mamy nie tylko wspólną lodówkę, ale również pralkę, wielki
czajnik elektryczny o pojemności 4 litrów oraz w pełni wyposażoną kuchnię.
Możemy nawet ugotować sobie tam obiad! Goście z Włoch i Francji korzystali z
tych udogodnień. My jednak mamy nieco inne podejście, ponieważ mając wyżywienie
HB (rano i wieczorem) czuliśmy się zawsze najedzeni. W ciągu upalnego dnia nie
chce się jeść. Pokoje są w kolorze białym, co potęguje wrażenie przestrzeni.
Nad każdym łóżkiem wiszą ogromne zdjęcia wykonane przez samego właściciela,
przez co mają większą wartość. Łazienkę wyposażono w przepływowy podgrzewacz
wody, dzięki czemu wykąpiemy się jak u siebie w domu. Najpiękniejsze jest
jednak otoczenie przed obiektem, ponieważ wchodzimy przez długi pas kwitnących
bugenwilli w trzech kolorach. Wzdłuż murku zbudowanego z koralowców ustawiony
jest ciąg kwiatów w doniczkach, a inne rosną bezpośrednio w ziemi. Ta część
jest bardzo piękna tak, że fotografowaliśmy ją wielokrotnie podczas różnych
warunków. Po obu stronach domu znajdują się sznury do suszenia prania. Na
początku dostajemy komplet ręczników do łazienki oraz tych plażowych. Niczego
nie brakuje. Śniadania i obiadokolacje serwowane są w drewnianej chatce tuż za
murkiem. Chatka jest zbudowana tylko i wyłącznie z naturalnych materiałów:
drewno, liście palmowe i bambusy. Nawet stół jest wykonany ze starego drzewa,
zachowując jego pierwotne kształty. Nie ma tu kafelek ani innego rodzaju
podłogi. Mamy biały piasek taki sam, jak na plaży. Nawet jeśli żona Samira
spóźni się ze śniadaniem lub kolacją, to bardzo przyjemnie jest posiedzieć w
tym domku, ponieważ mamy z niego widok na okolicę, możemy posłuchać ptaków, czy
zobaczyć jak inni miejscowi jadą na swoje ziemie, żeby podlać papaje, czy
doglądać budowy.
Ciekawostką
jest fakt, że śniadania i kolacje nie są przyrządzane w guest housie. Wszystkie
danie są przygotowywane w domu prywatnym Samira, a jego zona i siostra przywożą
je na skuterze na drewnianej tacy. Jedna z nich prowadzi maszynę, a druga
trzyma w rękach tacę z posiłkami. W ten sposób codziennie dowożą dania do
drewnianej chatki. Ma to swój niepowtarzalny klimat. Malediwska kuchnia nie
jest różnorodna, dlatego musimy być świadomi faktu, że nie będziemy mieli
wyboru jak w restauracjach. Na samym początku naszego pobytu gospodarz zapytał
się nas, jakiego rodzaju chcemy dania - czy kontynentalne, czy malediwskie,
lokalne. Wybór był oczywisty – wybraliśmy lokalne jedzenie, bo w końcu po to
się przyjechało, żeby smakować czegoś innego. Najbardziej charakterystyczne
jest śniadanie mas huni, ponieważ jemy je tak jak miejscowi. Posiłek składa się
z roshi (tradycyjny malediwski chlebek chapati w postaci
placków), na który nakładamy tradycyjną, orzeźwiającą i pożywną sałatkę
składającą się z drobno posiekanego wędzonego lub gotowanego tuńczyka, wiórków
kokosowych, cebuli, limonki oraz chili. Do tego pijemy gorącą herbatę.
Malediwczycy codziennie, przez całe życie jedzą to jedno danie na przywitanie
dnia i nigdy im się ono nie nudzi. Nam także, dlatego zamówiliśmy je na okres
całego pobytu, żeby każdego dnia czuć ten niepowtarzalny smak, bo tego w domu
nie będzie.
Żona
Samira bardzo się starała, bo nie tylko przygotowywała nam śniadania i
obiadokolacje, ale również wymyślała różne desery i dodatki. Widziała, że
bardzo nam się podoba na Bilehfahi i że doceniamy tę wyspę, a przede wszystkim,
że żyjemy tym miejscem. Nie doświadczyliśmy czegoś, co nazwalibyśmy ‘masowym
przerabianiem turystów’. Czułem, że mieliśmy indywidualne podejście. Wszystko,
co przyrządzała żona i siostra Samira bardzo nam smakowało. Najczęściej
serwowano nam dania na bazie ryżu z kurczakiem, ryb, rzadziej na makaronie,
jednak wszystko było doprawione wyśmienicie. Porcje są duże i bardzo sycące.
Śniadanie malediwskie jest lekkie dla żołądka, a jednocześnie daje dużo
energii, orzeźwia. Przede wszystkim jest bardzo zdrowe. Nie bez powodu nie
chcieliśmy sandwich’ów, bo takie możemy przyrządzić u siebie w domu. Tuńczyk
jest bardzo cenioną rybą, a w malediwskich warunkach nie trzeba jej nawet
kupować. Na porannym łowieniu ryb z łatwością można je złapać, dlatego mamy je
z pierwszej ręki, zupełnie świeże. Tą świeżość czuć w każdym śniadaniu. Do
obiadów dodawane były pokrojone owoce, takie jak: malediwskie banany, papaje,
marakuje, miejscowe czerwone i pomarańczowe arbuzy, rzadziej jabłka oraz desery
w postaci budyniów, ciast czy przekładańców na bazie śmietanki. Nie mogliśmy
zapomnieć o świeżo wyciskanych sokach przygotowanych na bazie mleka, które były
podawane w formie schłodzonego koktajlu. Każdego dnia chwaliliśmy pracę tych
dwóch osób, bo w tamtejszych realiach kobiety są w cieniu. Nie widać ich, a
wykonują kawał dobrej roboty. Posiłki nie tylko cieszyły oko i smakowały
pysznie, ale widziałem w nich wkład, który wkładały w ich przygotowanie. Obiekt
Crystal Sea Inn wraz z obsługą spełnił nasze wszelkie oczekiwania, gdzie
oczywiście wystawiłem najwyższą możliwą ocenę, bo tylko taka się należała. W
części wspólnej budynku, gdzie znajduje się duży telewizor i wystawka z
replikami tradycyjnych łodzi i miejscowych wyrobów, dołożyliśmy swoją rękę,
ponieważ podczas wycieczek nazbieraliśmy mnóstwo pięknych muszli i koralowców,
które wykorzystaliśmy do ozdobienia otoczenia przed wejściem i wspomnianej
wystawki. Pozostawiliśmy tam swój ślad.
SKLEPY
NA WYSPIE
Wioskę
zamieszkuje około 780 osób, dlatego nie spodziewajmy się wielkich sklepów,
gdzie zrobimy zakupy. Na miejscu znaleźliśmy 5 lokalnych sklepów. Każdy z nich
przypomina mi obiekty z lat 90’ w Polsce, po teoretycznym upadku komunizmu. Do
dzisiaj jedni liczą i zapisują w zeszytach, a inni mają program, kasę fiskalną
i skaner kodów. Mimo wszystko listę tego, co zostało sprzedane wpisują do
dużego zeszytu. A jaki mają asortyment? Znajdziemy tam podstawowe produkty, jak
również te, które przydadzą się turyście. Możemy kupić tam: pieczywo, filtry do
opalania z ochroną 60 UV, a także szampony Head & Shoulders, wyroby z
aloesu łagodzące skutki poparzeń słonecznych, herbatę cejlońską, chrupki,
słodycze, ciastka, kosmetyki, przyprawy z Indii oraz wiele innych. Co mógłbym
polecić z tych sklepów dla nas – turystów?
- herbata Akbar (40-45 MVR) – warto przywieźć do domu; my przywieźliśmy 5 pudełek po 100 szt.,
- filtr do opalania UV 60 – na nasz urlop i warto dokupić jedno opakowanie, żeby zabrać do domu. Emulsja nie jest oleista i szybko się wchłania; jest idealna dla facetów,
- ciastka Crisp More (te niebieskie) na plażę,
- ciastka przekładane nadzieniem cytrynowym – na plażę
- suche ciastka Marie – na plażę
- chrupki o smaku kałamarnicy Miaow Miaow – na plażę,
- lody Magnum – podczas wieczornego spaceru po wiosce, kiedy jest już ciemno
- Herra Panna – przyprawa odświeżająca oraz dodawana do kawy i herbaty – potocznie nazywana przez nas ‘sproszkowanym Hitlerem’ ze względu na puszkę z motywem swastyki.
Idąc na plażę, warto pamiętać o zamykanym pudełku plastikowym, ponieważ kiedy tylko wejdziemy do wody, przylecą wrony, żeby sprawdzić czy można nam coś ukraść. Jak już wspominałem, one potrafią wyciągać rzeczy z toreb czy kieszeni plecaków.
Ciekawostką
jest fakt, że w sklepach miejscowi mogą sobie kupić rury do nawadniania upraw,
żyłki, sztuczne ryby jako przynęty, buty, klapki, kosmetyki wszelkiego typu,
żele do włosów, przybory do szkoły, zeszyty, koronki, akcesoria do szycia,
materiały, z których można uszyć ubrania (na wyspie działa dwóch krawców i
każdy z nich jest mężczyzną) oraz narzędzia. Pod względem towaru lokalne sklepy
przypominają polskie Żabki, tyle tylko, że jeszcze mają artykuły przemysłowe do
wyboru. Pamiętajmy, że jeśli spodoba nam się jakiś materiał, koronki lub inne
rzeczy sprzedawane na jednostkę miary, podawajmy im wynik w calach. 1 m = 39
cali, 2 m = 78 cali. Malediwy podlegały pod Imperium Brytyjskie przez wiele
długich lat. Niepodległość ogłosili dopiero w roku 1965 roku. Stąd też system
miar imperialnych oraz lewostronny ruch drogowy jest pozostałością po wpływach
Brytyjczyków. Pamiętajmy również, aby podczas Ramadanu nie jeść w ciągu dnia na
terenie zabudowanym, a także w towarzystwie lokalnej ludności. Jako że mieliśmy
noclegi z wyżywieniem HB, nie potrzebowaliśmy dokupować produktów na obiad. Na
plaży zazwyczaj jedliśmy dla smaku jakieś chrupki lub ciastka.
CO ROBIĆ
NA BILEHFAHI?
Kto nie był na Malediwach, ten z pewnością będzie miał błędne wyobrażenie o tym kraju. Zazwyczaj od takich ludzi słyszę: ‘a co ty tam będziesz robić przez tyle czasu?’, ‘Malediwy są dla zakochanych, tam się tylko leży na plaży, bo nie ma tam nic więcej’. Wówczas odpowiadam: ‘nic bardziej mylnego!’. Malediwy to nie wyspy dla zakochanych, choć również takie mogą być, a miejsce dla miłośników przyrody, pięknych krajobrazów oraz aktywnego wypoczynku. Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby uprawiać jakiś sport na miejscu. Jednym z wielu punktów, które są do zrobienia na wyspie jest zwiedzanie całej wioski, przebywanie na wszystkich plażach, snurkowanie, podziwianie życia podwodnego, szukanie drzewa nietoperzowego, wędrówki tropikalnym lasem, smakowanie lokalnych owoców, łowienie ryb (wieczorne, a teraz doszło poranne), podziwianie wschodów słońca, pływanie w turkusowych lagunach, szukanie sand banków, czy cieszenie oczu krystalicznie czystymi wodami o różnych odcieniach tworzącymi wyraźne pasy w okolicach cypla, które zazwyczaj są na wielu wyspach. Zawsze powtarzam, że wyjazd na Malediwy musi być świadomy, a nie podjęty pod wpływem emocji, bo się dobrze „sprzeda” na Facebooku. Jak możesz zobaczyć, byłem kilka razy na Malediwach (zbliżam się do dwucyfrowej liczby), a jednak ani razu nie pochwaliłem się tym w mediach społecznościowych. Dlaczego? Bo nie jadę tam w celu „podnoszenia” swojego ego, chwalenia się, czy pokazywania jak mi się dobrze żyje. Poszukuję ciszy, niepowtarzalnej przyrody, turkusowych wód i rajskich miejsc. Jedyne, co robię, to piszę przewodniki na bloga, którego teraz czytasz. W dzisiejszych czasach większość ludzi i tak nie przeczyta tego tekstu, bo jest za długi. Wolą obrazki i krótkie, szybko znikające treści w gąszczu innych śmieci. Z tego względu piszę dla ambitnych podróżników, którzy wiedzą czego poszukują. Choć takich osób jest zdecydowana mniejszość, to właśnie do nich chcę trafiać, docierać, bo nie zarabiam na artykułach. Od masowego przekazu są media społecznościowe, gdzie użytkownicy często muszą się dowartościowywać, żeby ktoś ich zauważył, poświęcił im uwagę. Tam jednak trwa zazwyczaj niekończący się „konkurs” własnego ego i chwalenia się tym, jak dobrze wiedzie się im w życiu lub napędza ich chęć pokazania, że mają lepiej niż sąsiedzi/znajomi. Tego nie potrzebuję, stąd Malediwy lokalnie są dla mnie idealnym miejscem na urlop, bo wiem czego chcę. Teraz co nieco opowiem o każdej z atrakcji. Inne zostały omówione powyżej.
1.
WĘDRÓWKA PO BILEHFAHI
Na
pierwszy rzut oka może wydawać Ci się, że wyspę można przejść w kilkanaście
minut i będzie po temacie. Nam jednak zajęło to kilka dni. Dlaczego? Ponieważ
wyspa składa się z kilku „warstw”. Można podzielić ją na: wioskę, las
tropikalny, piękne plaże i laguny, miejscową przyrodę. Jeśli lubisz wyszukiwać
szczegóły, to Bilehfahi Cię wciągnie. Przechodząc przez wioskę zobaczysz wiele
domów zdobionych bugenwillami i innymi kolorowymi kwiatami. Dodatkowo
poobserwujesz życie mieszkańców, a wielu z nich uśmiechnie się do Ciebie i
przywita. Drugą warstwą jest las tropikalny. Szliśmy do niego kilkukrotnie,
gdzie za każdym razem spędzaliśmy w nim kilka godzin. Zawsze dostrzegaliśmy w
nim coś nowego: a to znaleźliśmy miejsca z piękną grą świateł i cieni palmowych
liści, a to odkryliśmy nową ścieżkę, usłyszeliśmy egzotyczne ptaki, czy mieliśmy
okazję przejść aleją z pochylonymi palmami. A plaże? Koniecznie trzeba
odwiedzić je wszystkie. Ich odkrywanie daje wielką frajdę, bo 17 z nich, o
których wspominałem już wcześniej są dostępne tylko podczas odpływu. Musisz
więc zaplanować odpowiednią porę dnia, aby zobaczyć je wszystkie. Na wielu z
nich mamy wrażenie, że nikt nigdy tam nie był, ponieważ wszystko jest w stanie
nienaruszonym. Widać tylko działanie sił natury – głównie fal morskich. Nie
zobaczymy na nich udziału ręki człowieka. A znane plaże ciągnące się aż po
cypel? Tam również nie spotkaliśmy innych ludzi. Były całkowicie puste. Oprócz
opalania się i pływania zwracaj uwagę na kraby jak kopią dziury, żeby schronić
się przed słońcem, jak wchodzą i wychodzą z nich bokiem, jak szczypcami
zbierają pożywienie; przyglądaj się nietoperzom, ponieważ po godzinie 18.10
jeden z nich regularnie przylatuje na prywatną plażę, po czyn zawisa na niskim
drzewie obok nas. Dosłownie przelatuje nad naszymi głowami.
Spacerując
po wyspie popatrz na drzewa pandanowe i ich owoce. Są większe niż ananasy.
Przybierają intensywnie czerwony kolor, dlatego są widoczne nawet z daleka.
Jednak są trudno dostępne dla zwierząt, bo zarówno pień jak i liście pokrywają
kolce. Każdy pandan jest otoczony kulistą formacją kolczastych liści. Tylko
człowiek ma możliwość podebrania owocu od spodniej strony, omijając tym samym wszelkie
„zabezpieczenia”. Pandanowiec ma wyjątkową budowę, ponieważ pień, gałęzie i sam
owoc są włókniste. Tylko z zewnętrznej strony pień jest zdrewniały. Jego środek
wypełniony jest licznymi „włoskami”. Podobnie jest z owocem, który wykorzystuje
się do produkcji kosmetyków, a także do celów leczniczych. W szczególności
upodobały go sobie wrony i kraby, stąd jest cennym łupem, jeśli samoistnie opadnie
z drzewa. Zazwyczaj spada w kawałkach, a nie jako cały owoc. Idąc w kierunku
cypla popatrz na piękne pasy kolorów wody w obu lagunach oddzielonych wyraźną
granicą. Na koniec wyspy podejdź kilka razy podczas całego pobytu, ponieważ
każdego dnia mamy inne światło, pomimo słonecznej pogody, przez co barwy są
inne. Jednym razem laguna przyjmie szmaragdowe odcienie (podczas mętnego
błękitu nieba), a innym razem będzie intensywnie turkusowa jak z folderów biur
turystycznych. Obowiązkowo przyglądaj się krabom i ich pochodom w porze późno
popołudniowej. Kraby pustelniki przemierzają plażę wzdłuż granicy fal na plaży,
tworząc długi na kilkaset metrów sznur. Jeśli jesteś wrażliwy na takie
szczegóły, to wyspa na pewno Cię pochłonie i dosłownie wciągnie. Dlatego zawsze
powtarzamy – Malediwy nie są dla każdego. Jeśli lubisz imprezy, alkohol i
cywilizację, wybierz Tajlandię. Tam znajdziesz wszystko. Malediwy są dla ludzi,
którzy szukają spokoju z dala od masowej turystyki.
Po
kolacji koniecznie wybierz się z latarką na plażę, połóż się na leżaku lub na
piasku i podziwiaj rozgwieżdżone niebo. Widok naprawdę „wgniata” w ziemię, bo
jeśli nie mamy pełni księżyca oraz trafimy na wysoką przejrzystość powietrza,
to ujrzymy długi pas Drogi Mlecznej, czyli białe skupiska gwiazd tworzących
linię aż po horyzont. Patrząc w morze, gdzieś daleko dostrzeżemy samotną,
czerwoną lampę. W czerni rozlanej niczym mgła, dojrzymy, że to światełko ucieka
nawet o kilka metrów w prawo, po czym nieregularnym ruchem wraca na swoje
miejsce. To nie żadne UFO ani coś nieznanego, a ciekawe, wytłumaczalne
zjawisko. Wyspa Bilehfahi jest otoczona lagunami. Na ich obrzeżach znajduje się
naturalna skalista granica, na której podbijane są fale. W nocy ich nie
widzimy, ale za to słyszymy je bardzo wyraźnie. Właśnie na nich przemieszcza
się to czerwone światełko. Jako że są one w ruchu, to i lampka wydaje się
poruszać, ponieważ jej światło odbija się od ruchomej wody zmieniającej
położenie. Wyspa, na której świeci wspomniana lampa znajduje się ponad 15 km od
nas. Odległość jest na tyle duża, że jeśli staniesz na plaży na wysokości poziomu
morza, to nie zobaczysz jej wcale, ale kiedy wejdziesz na piaski tworzące plażę
(klif o zmiennej wysokości – zazwyczaj około 70-90 cm, to wówczas dostrzeżesz
czerwone światło. Na tym polega piękno Malediwów – wyszukujemy szczegóły,
drobiazgi oraz to, co jest inne niż w naszym codziennym życiu.
2.
WIECZORNE ŁOWIENIE RYB
Jeśli
myślisz, że to nie jest zajecie dla Ciebie, bo nigdy nie łowiłeś ryb, to witaj
w klubie. Ja też nie przesiaduję w Polsce nad stawami, nie obalam flaszek z
kolegami, gdzie wędka jest tylko pretekstem, żeby się wyrwać z domu. Jak
wygląda tutejsze łowienie ryb wieczorem? Wypływamy starą rybacką łodzią poza
obrys laguny naszej wyspy – nieco na głębsze wody. Nie mamy żadnej wędki.
Dostajemy jedynie krążek z 200 m żyłki, na końcu której przywiązuje się
ołowiany ciężarek rozmiaru 4, a nieco dalej haczyk. Miejscowy nabija nam na
niego kawałek mniejszej ryby na przynętę. Naszym zadaniem jest rozwijać żyłkę
aż dotknie dna, a później nawinąć jej jeden metr, aby kawałek mięsa mógł
utrzymywać się w wodzie. Wystarczy kilka chwil, a pierwsze ryby zaczynają brać.
Kiedy poczujesz lekkie szarpnięcie lub jakikolwiek ruch, pociągnij energicznie
żyłkę do siebie, po czym zacznij ją wciągać bez zwijania. Niech jej nadmiar
odkłada się na pokładzie łodzi. W ten sposób sprawisz, że zdobycz nie wyrwie
się z haczyka. Emocje są duże, ponieważ ryby łowi kilka osób i każdy coś łapie.
Mi na samym początku udało się złowić dużą, zieloną rybę. Najczęściej jednak wyciągamy
z morza red snapera lub red groupera. Według mnie, obok wahoo są to dwie
najsmaczniejsze ryby na całych Malediwach. Podczas tej wycieczki mamy
szczęście, że łapiemy je jak coś pospolitego. Wyłowione ryby są przygotowywane
przez gospodarza na kolację dnia następnego. Red snapery i groupery najlepiej
smakują z grilla. W polskich sklepach nie ma podobnych ryb. Tutaj z kolei mamy
je świeże – z pierwszej ręki, bo złowiliśmy je sobie sami. Przy okazji warto
wziąć ze sobą aparat, ponieważ oprócz głównego celu wyprawy możemy spotkać
delfiny, które bardzo często pływają w okolicach Bilehfahi, a także powstaje
niepowtarzalna możliwość podziwiania zachodu słońca z poziomu morza, gdzie wyspa
staje się tłem. Opisywane widoki zapadają głęboko w pamięć.
3.
PORANNE ŁOWIENIE RYB
Nigdy
nie byłem na podobnej wycieczce, dlatego koniecznie chciałem spróbować oraz
sprawdzić, czym się różni od wieczornego. Miejscowi mówili, że rano głównie
płynie się po tuńczyki i najbardziej cenioną rybę na Malediwach – tuńczyka
żółtopłetwego. Charakter wyprawy jest nieco inny. Płyniemy nową łodzią
przystosowaną do łowienia grubszych ryb. Znajdują się na niej cztery uchwyty na
wędki za krzesłami i sześć uchwytów wbudowanych w burtę. Podczas tej wycieczki
ryby łowimy za pomocą profesjonalnych wędek. Miejscowy przygotowuje je tak,
żeby spławik wraz ze sztuczną rybą płynął daleko od łodzi, po czym utrzymuje
prędkość 17-18 km/h. Łódź musi być cały czas w ruchu, aby sztuczna przynęta poruszała
się tuż pod powierzchnią wody. Jako że jest kolorowa i błyszczy w słońcu, ryby
dość szybko dają się nabrać na ten trik. Wystarczyło, że płynęliśmy 5 min, a
już dopisało mi szczęście. Poczułem silne szarpniecie, po czym bębenek zaczął
automatycznie popuszczać żyłkę. Kiedy przejąłem wędkę, rozpocząłem nawijanie
żyłki. Czułem duży opór, dlatego miejscowy pokazał mi w jaki sposób mam sobie poradzić.
Koniec wędki miałem oprzeć o lewą część brzucha, nieco ją wbijając. Następnie
trzeba było ją unieść, po czym szybko opuszczać. W tym momencie zwijałem żyłkę.
Bęben ma wbudowaną przekładnię, dlatego jeden obrót korby przekłada się na
kilka obrotów bębna. Dzięki temu w szybki sposób możemy nawijać duże ilości
żyłki. Po dłuższym siłowym nawijaniu, okazało się, że złapałem… tuńczyka
żółtopłetwego! Od razu miałem idealny start. Okaz można zobaczyć na zdjęciu
poniżej.
Dodatkową
atrakcją był dla mnie wschód słońca. Tego dnia powietrze miało bardzo wysoką
przejrzystość, dlatego tarczę słoneczną widzieliśmy od samego horyzontu. Kilka
minut po wschodzie pomarańczową kulę przecinały dwa bardzo cienkie pasy wąskich
chmurek, co przyczyniło się do niesamowitego widowiska. Dzięki temu, że miałem
ze sobą lustrzankę z dużym powiększeniem optycznym a nie cyfrowym, to mogłem w
bezstratny sposób wykonać bardzo dobrej jakości zdjęcie. Rzecz jasna, łowienie
ryb nie dobiegło końca. Po wschodzie próbowaliśmy dalej. Szczęście nie
odpłynęło od nas, bo za kolejnych kilka minut złapałem drugą rybę. Tą samą
metodą wyciągnąłem srebrnego tuńczyka. Jest także ceniony przez miejscowych, bo
używają go do malediwskich śniadań. Później złapałem jeszcze jedną taką samą
rybę. Jak bardzo ceniony jest tuńczyk z żółtymi płetwami, najlepiej widać po reakcji
lokalsów. Ich także ogarniają jednakowe emocje, pomimo że z pewnością złowili
go wiele razy w swoim życiu. Na tym etapie byłem już bardzo, ale to bardzo
zadowolony z naszej wycieczki. Jednak za chwilę, blisko nas, pojawiło się stado
delfinów. Dosłownie przypłynęły pod naszą łódź, gdzie po obu stronach
towarzyszyły im inne delfiny wyskakujące z wody. Widowisko było cudne!
Wycieczkę rozpoczynamy o 5.40 w porcie, a kończymy po 7.15 rano. Wynika to z aktywności
tuńczyków w głębszych wodach. Co ciekawe, w trakcie krążenia łodzią na morzu
srebrne tuńczyki pływały w ławicach wyskakujących z wody podobnie jak delfiny!
Delfiny w trakcie łowienia ryb
3.
WYCIECZKA NA WYSPĘ HURASFARU
Jeśli
chcemy poczuć się totalnie samotnie, gdzie nie ma nawet lokalnych ludzi,
polecam wybrać wycieczkę na tę wyspę. Jest to miejsce oddalone od Bilehfahi o
23 km. Można powiedzieć, że wyspa ma kształt bardzo długiego sand banku, gdzie
po środku mamy zieleń, ale nie palmy. Hurasfaru wyróżnia się obłędną, turkusową
laguną, która posiada dwa płytkie przejścia wysunięte w morze. Dzięki obu
podwodnym szlakom można popatrzeć na dużą część Hurasfaru z odległości ponad
100 m. Widok jest niesamowity, kiedy spojrzysz na pasy kolorów tworzących
lagunę. Kolejną cechą tej wyspy jest cypel, w pobliżu którego się zatrzymujemy.
Gospodarz i właściciel łodzi wkopują duży parasol w piasek, a także rozstawiają
krzesła i stół. Mamy też lodówkę turystyczną z bardzo zimnymi napojami oraz obiad,
który zjemy w pięknych okolicznościach przyrody. Mając sporo czasu, możemy iść
wzdłuż wyspy. Nawet w sezonie nikogo nie spotkaliśmy. Panowała zupełna cisza. Z
racji, że Hurasfaru jest oddalone od zamieszkanych wysp, a turystów z innych miejsc
po prostu nie ma, na plażach znajdziemy piękne koralowce, duże muszle jak z
Karaibów oraz inną naturalną „biżuterię”. Chociaż nie możemy zabrać ich do
domu, to zbieraliśmy te największe „krzaczki” koralowe i muszle, po to, żeby
przywieźć je do naszego guest house na wystawkę. Wielkie wrażenie z pewnością
zrobi wędrówka w głąb wyspy. Przez kilkadziesiąt metrów pójdziemy piaszczystą
plażą położoną około 1 m nad poziomem morza. Całą atrakcją jest widok na nią,
gdzie patrzymy na wąskie przejście o szerokości 3-10 metrów, dzięki czemu po
obu stronach widzimy piaszczyste klify, skąd patrzymy na dwie laguny
jednocześnie. Za wąskim pasem Hurasfaru zaczyna się rozszerzać. Pojawia się nawet
zielona roślinność w postaci krzaków.
Jako że
wyspa jest bezludna i nikt nią nie zarządza, to niestety morze wyrzuca na brzeg
mnóstwo plastiku. Wystarczy jedna noc, aby wzdłuż linii brzegowej pojawiło się
mnóstwo plastikowych butelek. Jest to odwieczny problem Malediwów, który na
początku wymaga zmiany mentalności lokalnej ludności. Niestety oni mają typowo
azjatycki styl, czyli: zjeść, wypić, wyrzucić w krzaki. W jednym z najszerszych
miejsc Hurasfaru znajduje się nawet mały szałas piknikowy, jednak miejscowi nie
zadbali, żeby go oczyścić. Nasz gospodarz na szczęście zabrał wszystkie
opakowania po naszym obiedzie. Pomimo wspomnianego problemu, wyspa ma kilometry
pięknych, piaszczystych, białych plaż. To właśnie one przyciągają najbardziej.
Podziwiając krajobrazy nie musimy się martwić, że na każdym kroku będziemy
mieli śmieci. Na szczęście w większości wybrzeże jest czyste. Turkusowa laguna
znajdująca się po drugiej stronie przyciąga jak magnes. Dodatkowo tuż przed nią
znajdują się turkusowe oczka wodne, które nazwałem prywatnymi jacuzzi.
Dosłownie wyglądają, jak mały, okrągły basen pośrodku ciemniejszych stref. Cała
wycieczka bardzo nam się podobała, ponieważ mogliśmy na niej zobaczyć
przepiękną turkusową lagunę z pasami koralowców przecinającymi nią na kilka
części, zebrać cudne krzaczaste koralowce, duże muszle jak na Karaibach, a
także zjeść obiad, mając widok na cypel oraz dwie laguny jednocześnie. Wędrówka
wzdłuż wybrzeży była bardzo piękna. Wszędzie mieliśmy rajskie widoki.
4. INNA
WYSPA LOKALNA – KANDITHEEM
Jest to
jedna z dwóch wysp, które można zwiedzać z Bilehfahi. Aktualizacja na pierwszy
kwartał roku 2026: z racji wojny w krajach Zatoki Perskiej i zwiększonych
kosztów za paliwo nie odwiedza się sąsiada Kanditheem - Goidhoo (na Malediwach cena
ropy wzrosła o 100%).
Wybrana
przez nas wyspa była na swój sposób wyjątkowa, ponieważ nie znajdziemy tam bazy
noclegowej dla turystów. Jak się dowiedziałem od naszego gospodarza Samira – Kanditheem
była jego drugim domem przez 5 lat, ponieważ tutaj chodził do szkoły średniej.
Miło wspomina tamten okres, stąd z wielką chęcią zorganizował ten wyjazd.
Wycieczkę wyobrażałem sobie w ten sposób, że zawiozą nas do portu, dadzą kilka
godzin na zwiedzanie okolicy, po czym przypłyną po nas łodzią. Jednak tutaj
wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Samir najpierw zgłosił nasze przybycie na
wyspę tamtejszym władzom w ich urzędzie. Kiedy przypłynęliśmy do portu,
przyjechał po nas lokalny mieszkaniec elektrycznym pojazdem buggy, jakim
odbiera się turystów przybywających na urlop. Mieliśmy zatem miejscowego
przewodnika. Powiedział nam, że Kanditheem posiada 4-kilometrową, utwardzaną
drogę, którą poprowadzono dookoła wyspy. Mieliśmy nią pojechać i zobaczyć
wszystkie najciekawsze punkty na Kanditheem. Pierwsze, na co zwróciliśmy uwagę
to fakt, że z portu wychodzi się przez wielką bramę w kształcie miecza o
przedłużonej rękojeści. Zdziwiłem się, że na Malediwach akurat w taki sposób
ozdobiono główne przejście. Zacząłem nawet się zastanawiać czy prowadzono na
tej wyspie jakieś walki, ale w internecie nie znalazłem nic o historii tego regionu.
Na charakterystycznych huśtawkach podwieszonych na rozłożystym drzewie
siedziało kilka miejscowych kobiet. Byliśmy dla nich atrakcją, bo niecodziennie
mogą zobaczyć białego człowieka.
Kiedy
przyjechał lokalny przewodnik, wsiedliśmy do elektrycznego buggy, którym woził
nas, korzystając z obwodnicy Kanditheem. Początek trasy mocno zaskakiwał, ponieważ
pomimo że na lokalnych wyspach nie ma dróg asfaltowych, to tutaj była szeroka,
utwardzana ulica dwukierunkowa, gdzie każdy pas ruchu oddzielały młode drzewka
i kwiaty. To coś niespotykanego na innych odwiedzonych przeze mnie wyspach, a zwiedziłem
ich już około 15. Nieco dalej dotarliśmy do obwodnicy. Najpierw podziwialiśmy
lokalną roślinność i kwiaty w zaroślach, mijając je po drodze. Za niedługo
zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych ponad koronami drzew.
Koniecznie trzeba dodać, że Kanditheem jest wyspą dla lokalnej ludności, gdzie
na weekend lub dłuższe wolne przybywają Malediwczycy z innych wysp spragnieni
odpoczynku. Cała infrastruktura, którą później zobaczymy jest zbudowana z myślą
o nich. Jedną ze wspomnianych jej elementów jest konstrukcja, na którą za
chwilę mieliśmy wejść. Gdzieś w środku lasu było widać taras widokowy w koronach
drzew (Bunbaru Deck). Kiedy płynęliśmy na tę wyspę, widzieliśmy jakiś pomost pośród
palm i innych drzew, ale nie przypuszczaliśmy, że tam pójdziemy. Na taras
prowadziły schody, a później wąski chodnik z barierkami. Na jego końcach
znajdowały się dwa punkty widokowe. Ten po prawej był mniejszy, ale dawał
rozległy widok na płytką lagunę pełną obumarłych koralowców. Mimo wszystko,
warto zobaczyć to miejsce.
Drugi z
punktów jest o wiele ciekawszy, ponieważ mamy nie tylko cudną panoramę na
lagunę, ale również na sąsiednią wyspę oraz piękną linię brzegową. Dodatkowo na
dnie płytkiej laguny, w podwodnych zaroślach wykonano równy napis KANDITHEEM.
Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego na innych wyspach. Mogliśmy stąd
dostrzec przejście do małej wysepki o nazwie Kudadhoo w postaci piaszczystego
nasypu. Właśnie tam mieliśmy pójść dalej. Punkt widokowy, z którego oglądaliśmy
wspomniane widoki jest dobrze przygotowany. Podłogę wykonano z drewna oraz
wyznaczono przestrzeń wypoczynkową z charakterystycznymi, malediwskimi leżakami
i stolikiem. Dowiedzieliśmy się, że poza okresem Ramadanu miejscowi przychodzą
tu odpoczywać lub nawet zjeść śniadanie. Jako że plaża pod tarasem i w jego
okolicy nie jest wykorzystywana do kąpieli, nawet w środku dnia z łatwością
wypatrzymy na niej duże kraby – większe niż na Bilehfahi. Zawsze kojarzą mi się
one z rajskimi miejscami, ponieważ są ich stałym elementem. Gdybym był
mieszkańcem Kanditheem, również korzystałbym z takiej atrakcji. Schodząc z
chodnika w koronach drzew przeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej – na
połączenie pozwalające przejść na małą wysepkę. Z wąskiej, piaszczystej wydmy
możemy obserwować czaple na plaży oraz podziwiać dwie laguny. Nieco brakuje
turkusowych wód, ale przewodnik ostrzegał, że Kanditheem nie ma potencjału
turystycznego ze względu na kamieniste plaże i laguny. Tutaj przyjeżdża się
oglądać innego rodzaju widoki. Przechodząc na małą wysepkę Kudadhoo
widzieliśmy, że poza krzakami i palmami nic na niej nie ma, a jednak dokądś
prowadziły dwie ścieżki. Wybraliśmy obie, aby sprawdzić co się znajduje na ich
końcach. Warto było, bo wybierając lewą, dotarliśmy do niewielkiej turkusowej
laguny, gdzie kiedyś próbowano otworzyć centrum sportów wodnych. Dzisiaj
pozostało tam jedynie podupadające molo wraz z wielką, białą poduszką, którą
zarastają glony. Mimo wszystko, sama płycizna zachęca do kąpieli z racji
czystości wód.
Wybierając
prawą ścieżkę, po kilkudziesięciu krokach docieramy do tajemniczego starego
lasu, złożonego tylko i wyłącznie z bardzo wiekowych krzewów. Nie występują tu
wysokie drzewa. Krzewy są powyginane. Na miejscu od razu czuć, że minął spory
kawał czasu. Można dowiedzieć się, że tutaj znajdował się jakiś podziemny
schron, który obecnie regularnie zalewają wody morza podczas dużych przypływów.
Schron ma nazwę Feeboa Valhugandu. Obecnie go nie zobaczymy, ponieważ niegdyś jedynie
widniało małe przejście pod ziemię. Teraz zostało zasypane. Obok znajdował się
cmentarz, co mogłem zobaczyć na zdjęciach innych podróżnych sprzed kilkunastu
lat. W dzisiejszych czasach nie ma śladu po nagrobkach. Zastanowiła mnie
jeszcze jedna rzecz, która jednocześnie tłumaczyłaby, dlaczego wspomniane oba
punkty zupełnie zniknęły. Kiedy spojrzymy na bardzo stare krzewy, przychodzi
myśl, że przecież musiały mieć dziesiątki lat czasu, żeby mogły takie wyrosnąć.
Jednak, gdy do środka wyspy zaczęła się wdzierać słona woda z morza, te zaczęły
usychać, podobnie jak krzaki wzdłuż linii brzegowej przy 17-stu plażach na
Bilehfahi. Na Kudadhoo obserwowaliśmy dokładnie to samo zjawisko. Skoro wiekowe
krzewy obumierały tylko w jednym miejscu, ponieważ wyrosły na dość rozległym
zagłębieniu terenu, to znaczy, że poziom wód musiał się zwiększać dopiero kilka
lat temu na tyle, żeby fale mogły wdzierać się do środka lasu. To by
tłumaczyło, dlaczego wcześniejsi turyści widzieli cmentarz i wejście do schronu
podziemnego, a obecnie obu wspomnianych punktów nie ma. Dla kogoś z pewnością
będą to zwykłe krzaki, ale jeśli obserwujesz świat przyrody, to możesz
pokojarzyć znacznie więcej rzeczy. Można z nich wyczytać jakiś fragment
historii.
Niestety trzeba przyznać, że w lesie na Kudadhoo najbardziej widać azjatycką mentalność, ponieważ w zaroślach widzimy mnóstwo śmieci. Część z nich pozostawili mieszkańcy Kanditheem, a inne z pewnością przyniosły fale morskie, ponieważ te dookoła wyspy miały wyjątkową siłę. Wystarczy, że poszliśmy kilka kroków dalej, a wyszliśmy ze starego lasu na skalisty brzeg. Słyszeliśmy, że gdzieś rozbijają się duże masy wody, a teraz mogliśmy zobaczyć o co chodzi. Niedaleko od linii brzegowej znajdowała się granica płytkiej laguny pełnej obumarłych koralowców, za którą dno nagle opadało, tworząc głębiny. Taki nagły uskok w połączeniu z silnymi prądami i przypływem przyczyniały się do powstawania wysokich fal, które można by było wykorzystać do serfowania. Rozbijały się ciężkimi uderzeniami, a ich impet wpychał wodę na ląd. Nie bez powodu w zagłębieniu pomiędzy wiekowymi krzewami tworzyły się słonowodne kałuże. Wracając z malutkiej wyspy Kudadhoo ponownie stanęliśmy na piaszczystym przejściu. Teraz słońce wyszło zza małej chmury, dzięki czemu laguny po obu stronach nabrały kolorów. Nawet zobaczyliśmy dwie czaple z bliska i dużego kraba idącego plażą. Kolejnym etapem wycieczki był drugi punkt widokowy o nazwie Nikamathi. Jest to węższa platforma, ale znacznie wyżej położona. Prowadzą na nią kręte schody wijące się dookoła drzewa. Docieramy nimi do punktu widokowego z drewnianą podłogą, gdzie również mamy leżaki, stolik i nawet dwie huśtawki. Podobnie jak na Bunbaru Deck, miejscowi przychodzą tu spokojnie rozpocząć swój dzień. Z mojego punktu widzenia fajnie, że władze przyczyniły się do powstania podobnych miejsc. Z tarasu mamy boczny widok na lagunę z napisem KANDITHEEM oraz małą wysepkę Kudadhoo. Widok w ramce z zielonych gałęzi jest ładny. Jedynie brakowało, żeby się napić czegoś schłodzonego z lodówki. Pewnie taka atrakcja byłaby zorganizowana dla nas, gdyby nie Ramadan, podczas którego miejscowi poszczą. Nie mogą jeść ani pić od wschodu do zachodu słońca. Stąd również my nie piliśmy ani nie spożywaliśmy niczego przy nich. Zawsze szanujemy zasady kraju, do którego przybywamy.
Nieco
dalej, w okolicach zamieszkanej części, zatrzymaliśmy się przy Rose Park by
Reunion. Jest to niewielka plaża z potężnym drzewem na środku, z podwieszonymi
huśtawkami. Dodatkowo rozstawiono tu stolik i leżaki ułożone w kwadrat. Lokalni
mieszkańcy mają kolejny dobry punkt na odpoczynek. Jadąc dalej przewodnik
zmienił kurs. Postanowił przeciąć wyspę, korzystając z dwupasmowej ulicy, po
czym w okolicach portu wjechaliśmy na obwodnicę. Tym razem jechaliśmy w
przeciwnym kierunku tak, abyśmy przejechali przez cały las tropikalny. Dzięki
temu zobaczyliśmy niesamowite i rozległe uprawy bananów. Drzewa te są
intensywnie zielone, a z racji, że owocami interesują się nietoperze, wiele z
dojrzewających kiści było owiniętych w czarną, prześwitującą siatkę. Za
wielkimi plantacjami przejeżdżaliśmy przez ogród kaczek o nazwie Duck Kanditheem.
Nawet miejscowi wystawiają opinie stwierdzające fakt, że kaczki tu nie
występują. W każdym razie w okolicy mamy słodkowodny, podłużny staw wśród palm
kokosowych. Dla samego widoku warto go zobaczyć, kiedy już jesteśmy na Kanditheem.
Jadąc kilkaset metrów dalej docieramy do najpiękniejszego miejsca całej wyspy –
plaży Akuru. Białe piaski i turkusowa woda od razu przyciągają wzrok. Nie bez
powodu w jej okolicach spędziliśmy najwięcej czasu. Wokół plaży jest
przygotowana cała infrastruktura dla odpoczywających. Mieliśmy w pewnym sensie
szczęście, ponieważ trafiliśmy na okres Ramadanu, gdzie nie było ani jednej
osoby, podczas gdy codziennie przybywa tu od 80 do 150 osób. Dzięki idealnemu
spokojowi mogliśmy sfotografować najpiękniejsze widoki w totalnej ciszy.
Bajeczne
widoki na całej długości linii brzegowej sprawiały, że na Akuru spędziliśmy
najwięcej czasu. Ostatnim punktem na mapie było lokalne muzeum Kanditheem.
Miejscowy pokazał wiele eksponatów z dawnych czasów dotyczących ich codziennego
życia. Wiele z przedstawionych rzeczy było nam znanych, ale np. nie potrafił
odpowiedzieć mi na pytanie z jakiego okresu są małe monety, które zdecydowanie
wyglądały na historyczne, bardzo stare. Najbardziej jednak zadziwiła nas
wystawa sprzętów elektronicznych, które wyszły z użytku. Według mnie wpadli na
dobry pomysł, ponieważ pokazali, że elektronika dotarła również do nich i że
tak samo z niej korzystali. Wraz z upływem lat wspomniane eksponaty będą miały
coraz większą wartość. Zobaczyliśmy tam między innymi: dyskietki, kasety, płyty
CD, DVD, same urządzenia takie jak: magnetofon, stara drukarka, odtwarzacz DVD,
dawny komputer, ksero, organizery, pierwsze laptopy, itp. Z pewnością muzeum
jest bardzo ciekawe. Przed wejściem do budynku, przy kamiennym murze w rogu
rośnie piękne drzewo plumeria, kwitnące słodko pachnącymi, biało-żółtymi
kwiatami o pięciu płatkach, z których najczęściej tworzy się girlandy na
Hawajach. Po zwiedzaniu muzeum przewodnik odwiózł nas do portu, skąd wróciliśmy
na Bilehfahi. Cała wycieczka bardzo nam się podobała, ponieważ mogliśmy zobaczyć
jak żyją miejscowi oraz dowiedzieć się, że oni również przyjeżdżają na inne
wyspy w celach wypoczynkowych – jak my podczas majówki.
5.
PŁYWANIE, PRZEDE WSZYSTKIM PŁYWANIE
Jednym z
głównych powodów, dla którego przyjeżdża się na Malediwy są krystalicznie
czyste, turkusowe laguny i białe, piaszczyste plaże z palmami w tle. Zawsze,
kiedy jestem na Malediwach przyjmuję tę samą zasadę: jeśli nie wyjeżdżam na
żadną wycieczkę, to chcę spędzić cały dzień na plaży, gdzieś w terenie lub w
tropikalnym lesie, tak żeby do pokoju wrócić dopiero po zachodzie słońca. Laguny
na Bilehfahi są dla każdego – niezależnie, czy potrafimy pływać, czy też nie – ponieważ
są płytkie, a dno opada stopniowo. Widokiem na turkusową i krystalicznie czystą
wodę nie można nasycić oczu, a ten kolor nigdy się nie nudzi. Pływanie w
lagunie po prostu wycisza, uspokaja i pozwala cieszyć się dniem. Jeśli
dodatkowo jesteś fotografem, każdego dnia na plaży znajdziesz coś ciekawego. Ja
np. lubię szukać wyjątkowych muszli, koralowców i wszystkiego, co naturalnego
wyrzuca morze na brzeg. Także obserwuję duże kraby z poziomu wody oraz fale.
Zobacz na zdjęciu poniżej, jak ich efektowne ujęcia można wykonać. Warto
również podzielić sobie dzień na kilka części. Wybraliśmy trzy pomysły na dobry
dzień:
- W godzinach porannych szliśmy przez wioskę, aby sfotografować kwiaty i kolorowe domy, później do lasu palmowego, aby przejść jego najpiękniejsze fragmenty i dalej na cypel. Dopiero po południu przychodziliśmy na naszą prywatną plażę.
- Po śniadaniu szliśmy na cypel, ponieważ panował tam zupełny spokój. Dużo pływaliśmy w jego okolicy. Z cypla mamy widoki jak z folderów biur podróży. Przy okazji trafił się duży krab, dzięki czemu mogłem go sfotografować z bliska. W południe wody znacznie przybywało, dlatego mogliśmy zobaczyć, jak zmienia się to miejsce w zaledwie kilka godzin. Po południu wracaliśmy na naszą plażę
- Cały dzień przeznaczamy na plażowanie u nas, czyli na prywatnej plaży. Bardzo pięknie jest witać nowy dzień, siedząc lub leżąc w cieniu palm i cieszyć się spokojem poranka. Patrzeć jak kraby pustelniki schodzą z piasku, żeby ukryć się w zaroślach, czy spoglądać w kierunku turkusowej laguny, gdzie dopiero powstają pierwsze fale. Pływanie w jej wodach zawsze cieszy i nigdy nie ma dość. W końcu mamy świadomość, że w Polsce jeszcze nie ma zieleni w tym okresie i tak naprawdę Malediwami skracamy sobie długi okres szarówki.
6.
SNURKOWANIE
Snurkowanie
na Bilehfahi jest przeznaczone dla bardziej wprawionych osób, ponieważ nie mamy
tutaj łatwo dostępnej rafy. Dobre miejsce do obserwacji podwodnego życia
znajdziemy tylko na wschodzie wyspy, a konkretnie wzdłuż linii ciemnych od skał
wód ciągnących się w prawo od maksymalnie wysuniętego cypla w lesie
tropikalnym. Z łatwością znajdziemy ten punkt na mapie. Nie jest tam jednak
bezpiecznie, ponieważ fale mają dużą siłę, przez co podczas przypływu z
łatwością możemy być rzuceni o skały, a podczas odpływu będziemy poocierani. W
tamtym rejonie nie każdy dzień nadaje się do snurkowania. Trzeba obserwować
warunki na morzu. Co więc polecam? Najlepiej jest pójść w stronę portu, skąd
dalej wybrać uliczkę z kawiarnią Roadhi Cafe. Znajdziemy ją tuż za skrzyżowaniem
za czerwonym bankomatem Maldives. Wspomnianą dróżką dotrzemy do kamiennej
grobli wysunięj w morze. Tutaj również musimy uważać, aby fale były nieco
spokojniejsze. Pod wodą dużo się dzieje, dlatego warto próbować.
7.
WSCHODY I ZACHODY SŁOŃCA
Jeśli na
wyspę przyjadą jacyś turyści, to z wygody na podziwianie wschodów słońca
wybierają wspomnianą kamienną groblę wysuniętą w morze. O ile sam punkt jest dobry,
to otoczenie mogłoby być ciekawsze. Z tego powodu polecam nieco wcześniejsze
wstanie i wyruszenie o godzinie 5.30 rano w kierunku cypla. Dlaczego tak?
Dlatego, że przejście na koniec wyspy zajmie nam 16 min idąc plażą, a o
godzinie 5.54 niebo dosłownie płonie największą intensywnością kolorów. Na
Malediwach jest takie zjawisko, gdzie na 20 min przed wschodem i 20 min po jego
zachodzie na niebie tworzą się najbardziej nasycone barwy pod wpływem dużej
wilgoci. Pominięcie tego zjawiska przed zaplanowanym wschodem sprawi, że coś
Cię ominie. Szybko dostrzeżesz, że za 10 min od 5.54 niebo jest jakby dużo
bledsze. Teraz pozostaje czekać na wschód, który ponownie rozpali niebo. Jeśli
mamy dzień z dużą przejrzystością powietrza, to zobaczymy słońce wychodzące
bezpośrednio z morza. Będzie przecięte wąskimi pasami chmur, które dodadzą
uroku widowisku. W godzinach porannych zazwyczaj pojawiają się pojedyncze
chmury kłębiaste jak na Karaibach, dlatego warto poczekać, aż słońce przejdzie
ponad ich linią. Po naszej lewej zobaczymy podświetlane na pomarańczowo chmury
od góry, co na tle ciemnego jeszcze o tej porze nieba wygląda cudnie. Rano mamy
najwięcej chmur. To one sprawiają, że wschody są tak wyjątkowe. W trakcie
wschodzącego słońca i tuż po nim obserwuj także miejscowych przychodzących na
cypel z małą wędką zrobioną z patyka. Łowią młode ryby, które posłużą jako
przynęta na coś większego. O tej samej porze wychodzi najwięcej dużych krabów.
Lubię je podziwiać w ciepłym świetle rozpoczynającego się dnia. O godzinie 7.00
zobaczymy startujący z portu speed boat płynący do stolicy. Kiedy słońce
wzejdzie już nieco wyżej, wróć przez prywatną plażę i poczuj ten spokój, kiedy
jedne zwierzęta budzą się do życia, a inne szukają kryjówek. O tej samej porze
promienie przyjmują jeszcze ciepłą barwę, dlatego w strefie zieleni dodatkowo
szukałem owoców pandan, aby zobaczyć je w porannym świetle. Wówczas wyglądają
przepięknie.
Zachody słońca w sezonie w większości przypadków nie są aż tak efektowne jak wschody, ale i tak czekałem na każdy z nich, bo każdy był piękny na swój sposób. Jeśli powietrze nie ma dużej przejrzystości, to słońce stopniowo zaniknie za białą warstwą rozmytych chmur oraz wilgoci. Nie zobaczymy go chowającego się za wielką wodą. Nie będzie też intensywnych barw ani niebo nie zapłonie jak podczas wschodów. Jednak, kiedy powietrze ma dużą przejrzystość, to zazwyczaj słońce wizualnie dotrze do linii horyzontu lub na samym końcu przysłoni go jakaś ciemna, ale wyraźna chmura kłębiasta. Wówczas od godziny 18.19 dolicz 20 min aby zobaczyć, jak niebo zapłonie. Jeśli dodatkowo widzisz przed sobą małe, ciemne, kłębiaste chmury, to zapewniam, że doczekasz się wspaniałego widowiska, ponieważ staną się one dosłownie czarne, a dookoła powstanie czerwono-pomarańczowa łuna tworząca dla nich piękne tło. Tuż po zachodzie dostrzeżemy również najmocniejsze gwiazdy. Do pokoju polecam wracać minimum po 18.40, ponieważ niebo jest jeszcze na tyle jasne, że zdążymy przejść ścieżką bez latarki oraz na otwartych przestrzeniach o tej porze nad naszymi głowami będą krążyć nietoperze – rudawki wielkie. Wspomniany widok zawsze zachwyca. Dodatkowo usłyszymy głośne, piskliwe, a czasem bulgoczące egzotyczne ptaki – a to wszystko na tle ciągłego dźwięku wydawanego przez cykady. Nie są tak słyszalne jak w Grecji i Chorwacji, ale dzięki nim powstaje cudny klimat kończącego się dnia. Jest jeszcze druga możliwość obserwacji zachodu słońca. Można pójść na piaszczysty cypel, gdzie będzie panował zupełny spokój. Oprócz pięknych barw zobaczymy jak morze się uspokaja, a lokalne prądy morskie rysują na jego powierzchni długie i równe linie zanikające gdzieś daleko. Przy odrobinie szczęścia można wypatrzeć delfiny lub podczas wieczornego snurkowania rekina rafowego. Najpewniejszą atrakcją jednak będą duże kraby, dla których rozpoczyna się godzina żerowania. Na tle rozpływających się czerwonych od słońca fal wyglądają cudnie. Można porównać je do największych pająków na świecie, jednak kraby nie są dla nas w ogóle niebezpieczne. Wracając z cypla po zachodzie słońca zwróć uwagę na pochód krabów-pustelników. Tworzą ciągły sznur o długości całego piaszczystego wybrzeża, czyli ponad 900 m.
UWAGI
DLA FOTOGRAFÓW
Kiedyś
to było oczywiste, ale dzisiaj już nie. Aparat lustrzanka lub bezlusterkowiec
zrobi zdjęcia ostre „jak żyleta”, a nawet najnowszy telefon z jabłkiem nigdy im
nie dorówna. Dlaczego tak jest? Bo ostrość bierze się z optyki aparatu i
matrycy, a w telefonie dostajemy cukierkowe fotografie, ponieważ są
przetwarzane wewnętrznie za pomocą algorytmów. Każda taka ingerencja przyczynia
się do utraty ostrości i pikselozy. Nie bez powodu na telefonie nasze ujęcia
wyglądają idealnie, a gdy ściągniesz je na komputer przeżyjesz szok. Obraz
będzie miał „płaskie” kolory, dużo ziarna (kropki, punkty i nieczystości na
jednolitym tle), a także serię nakładających się rozmytych grup pikseli. Tak
właśnie działa wielokrotne przetwarzanie, za co odpowiadają algorytmy.
Lustrzanka ma tę przewagę, że posiada o wiele większą matrycę przetwarzającą
obraz, a wiele z niedoskonałości koryguje system 14-stu do 17-stu soczewek
wbudowanych w obiektyw. Jak istnieje powiedzenie „jakość musi kosztować”, tak w
fotografii możemy przyznać, że „jakość musi ważyć”. Ciężkim aparatem zrobisz
naprawdę dobre ujęcia, którym IPhone nigdy nie dorówna.
Jeśli
chcemy przywieźć dobre zdjęcia z Bilehfahi, to musimy wziąć pod uwagę kolejną
myśl: „amator martwi się o sprzęt, a profesjonalista o światło”. Dlatego w tym
akapicie poświęcę uwagę światłu słonecznemu, bo bez niego będą one martwe.
Chcąc zrobić profesjonalne ujęcia weź pod uwagę co chcesz fotografować, bo
różne obiekty na wyspie wymagają innego czasu, aby otrzymać najlepszy efekt.
Czy wiedziałeś, że kiedy chcemy złapać turkusową wodę laguny, to masz tylko
trzy i pół godziny w ciągu dnia na takie ujęcia? W godzinach 10.00-13.30 pada
najlepsze światło na płycizny położone po zachodniej i północnej stronie wyspy.
Wówczas „wyciągniemy” najbardziej intensywny turkus. Mało tego – trzeba wziąć
pod uwagę jeszcze pływy wód. Przy zbyt dużym odpływie wody jest za mało,
wówczas stanie się ona przezroczysta w odcieniach zieleni, a kiedy mamy duży
przypływ, przyjmie zieloną barwę. Musisz wyłapać dzień, kiedy w lagunie będzie
około 1 m wody, bo przy białym piaszczystym dnie powstaje najbardziej nasycony
turkus. To jednak nie wszystkie parametry, mające wpływ na barwę morza. Równie
ważna jest intensywność błękitu nieba. Jeśli jest żywy, czysty i na dnie mamy
biały piasek, a głębokość wynosi około 1-1,5m, to wówczas powstanie
najmocniejszy odcień turkusu. W ciągu 3 tygodniowego urlopu podobne warunki
powstają od dwóch do czterech razy. Jednak najmocniejsza nakładka wszystkich
opisanych tu zjawisk trafia się tylko jeden lub maksymalnie dwa razy. Fotografując
małe obiekty, takie jak: kokosy, kraby chodzące po plaży, owoce na drzewach,
kwiaty. muszle czy koralowce, pamiętaj, żeby robić to pomiędzy 9.30 a 11.00
oraz od 14.00 do 15.30, przy założeniu, że zależy nam na pokazaniu szczegółów.
Wtedy mamy mocne, boczne światło, które wydobędzie detale widziane z boku. Podobnie
jest z kwiatami. Tylko rano wychodzą najpiękniej. Pomiędzy 11.00 a 13.30 słońce
góruje prawie nad naszymi głowami, dlatego jedynie górna część omawianych
obiektów będzie dobrze oświetlona, a boczne fragmenty będą w cieniu. Duży
kontrast spowoduje przepalenia na fotografiach. Oczywiście możemy robić zdjęcia
w późniejszych godzinach, ale wtedy będziemy mieli ciepłe światło, które nie
pozwoli wyciągać szczegółów, ale za to stworzymy klimat. Nie bez powodu ciepłe
światło jest najbardziej cenione wśród fotografów.
I... ta sama laguna, kiedy wszystkie warunki zostały spełnione
Podczas rejestrowania obrazów w ciągu słonecznego dnia zwracaj uwagę na kompensację ekspozycji. Na Malediwach ustaw ją przynajmniej na -0,7 EV, żeby nieco bardziej przytłumić silne, białe punkty. Tropikalne lasy fotografuj w godzinach porannych, maksymalnie do 11.30 lub po godzinie 14.00, ponieważ na Malediwach słońce będące w zenicie na biało rozświetla wilgoć unoszącą się w powietrzu. Pamiętajmy, że na wyspach wilgotność powietrza wynosi ponad 80% każdego dnia. To powoduje, że nad nami widnieje duży kawał białego, a nie niebieskiego nieba, przez co obraz staje się martwy lub przepalony. W fotografii nie ma nic gorszego niż białe niebo. Może padać deszcz albo niech będzie błękit, ale nie białe niebo. Dlaczego? Dlatego, że zdjęcia mają okropnie płaską, martwą kolorystykę. Niby jest słonecznie, a jednak wybitnie do niczego pod względem wykonywania ujęć, czyli coś w rodzaju: niby zielony, ale sierściuch…
Trzeba
sobie powiedzieć brutalną prawdę, że przynajmniej połowa urlopu nie nadaje się
do robienia zdjęć lagun, wody i wioski, ponieważ powietrze jest mocno nasycone
wilgocią, przez co niebo przyjmuje martwe odcienie, takie jak: mleczny błękit,
bezpłodna biel, brudny niebieski, amelinowy biały, byle jaki błękit, niby
słonecznie, ale biało, nijaki mglisty, mgła z marasem, itp. Można się
prześcigać w tym, kto wymyśli lepsze określenie na rozmyty biały błękit, który
nie pozwala wyciągać pięknych barw na zdjęciach. Niedoświadczona osoba z
pewnością nie zauważy o czym teraz piszę, ale zrozumie wtedy, gdy trafi się ten
jedyny dzień z żywym błękitem. Wówczas kolory na wyspie dosłownie „zapłoną”.
Kiedy wieczorem zacznie przeglądać swoje ulubione ujęcia i porówna je z tymi wykonanymi
przez cały tydzień, to dostrzeże jak ogromna jest różnica. Nie znaczy to
jednak, że na Malediwach jest byle jaka pogoda. Nie. Do plażowania takie
przesycone wilgocią niebo nadal jest atrakcyjne, ponieważ przyjmuje odcienie
mlecznego błękitu, mamy upalny dzień, a także pełne lato. Laguna jest
szmaragdowo-turkusowa, lub szmaragdowa (tłumacząc dla facetów:
zielono-niebieska lub zielona). Powyższe uwagi dotyczą jedynie zdjęć na
poziomie profesjonalnym.
Jeśli
będziemy mieli do dyspozycji dzień z żywym błękitem, polecam udać się na cypel,
gdzie dobre zdjęcia wychodzą tylko do godziny 13.30. Później słońce odbija się
w morzu, co powoduje, że woda nie ma żadnej atrakcyjnej barwy. Staje się
stalowa, biała, szara, mglista. Nie „zdejmie” tego nawet filtr polaryzacyjny. We
wcześniejszych porach dnia zarejestrujemy piękne trzy pasy rajskiej laguny.
Jednak nie one są główną atrakcją w dziedzinie fotografii. Jeśli chcemy zrobić
naprawdę dobre ujęcie, polecam położyć się bokiem na piasku, przeciwnie do
słońca tak, aby leżeć na granicy wody i plaży. Wówczas zaobserwujemy małe, ale
krystalicznie czyste fale rozbijające się o brzeg. W falującej wodzie odbijają
się głębsze partie laguny, przez co powstaje bardzo krótka okazja na
niecodzienny obraz. Dzień z idealnym błękitem i karaibskimi chmurkami
wykorzystałem na fotografowanie tropikalnego lasu, cicikowych kompozycji,
turkusowej laguny oraz cypla i krystalicznie czystych fal z odbiciami. O co
chodzi z cicikowymi kompozycjami? To element fotografii, który Cię wyróżnia. Nawet
jeśli ktoś był przed Tobą na Bilehfahi, to mając jakieś rekwizyty możesz wykonać
niepowtarzalne w swoim rodzaju zdjęcia. Dzięki temu będziesz się czymś
wyróżniać (jeśli zakładasz publikowanie w mediach społecznościowych). Ja na
szczęście nie udzielam się tam, bo za dużo tam jest chamstwa, polskiej
frustracji i jadu. Ciciki, to nic innego jak pompony z naturalnej sierści. Zbierając
drobne elementy z plaży takie, jak muszelki, koralowce czy gałęzie oszlifowane
słonymi falami można zrobić małą artystyczną kompozycję. Takie ujęcia wykorzystuję
do swojego kalendarza, który wydaję co roku. Zachęcam tym samym do
eksperymentowania z fotografią. Może Ci przyjść również taka myśl: dlaczego nie
kręcę filmów z użyciem GoPro lub drona? Kiedyś nad tym myślałem, ale podczas
pierwszej wyprawy do Gruzji w góry Swanetii zauważyłem, że filmowanie, robienie
zdjęć i kopiowanie tych samych ujęć telefonem zabiera zbyt wiele czasu, a
ucieka mi czas na przeżywanie tego miejsca. Stąd zrezygnowałem z nadmiernego
rozproszenia już w pierwszym dniu. Zostałem przy pierwszej pasji – fotografii.
Ona nie kradnie czasu. Staje się niejako jego strażnikiem, dzięki któremu zatrzymuję
dany widok w strumieniu płynącego czasu. Filmy niestety są dla mnie zbyt
absorbujące, gdzie umysł wyłącza się z przeżywania miejsca, w którym przebywam.
CIEMNA STRONA WYSP LOKALNYCH – W TYM BILEHFAHI
Pomimo że przyjechaliśmy do raju, to w niedoskonałym świecie musimy oczekiwać niedoskonałego raju. Na miejscu mamy piękne turkusowe laguny, pasy kolorów wody, tropikalny las, barwne kwiaty i owoce pandanu, a także wiele innych naturalnych skarbów, jednak musimy pamiętać, że głównym problemem większości państw Azji są niestety śmieci. Wynika to z mentalności mieszkańców tego kontynentu, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było plastików, a wszystko, co jedli pochodziło z natury, dlatego pozostałości odruchowo wyrzucali w krzaki. W obecnych czasach pakuje się nawet każde ciastko osobno, a później to wszystko umieszcza do plastikowego zgrzewanego opakowania, a także tworzywo pakuje się w plastik, co generuje niezliczone ilości śmieci. Nawyk wyrzucania „wszystkiego” w krzaki nadal pozostał, dlatego odpadki zobaczymy w wielu miejscach. Na pewno w zaroślach przy plażach, morze będzie wyrzucać różne rzeczy na brzeg, a także sami mieszkańcy dokładają się do tego obrazu. Malediwy dodatkowo mają niekorzystną strukturę swoich ziem, ponieważ stanowi go system 1280 wysp oddzielonych wodą, co powoduje, że z każdego zamieszkanego lądu trzeba by było wywozić śmieci. Każdy potrafi liczyć pieniądze, dlatego rząd tego kraju zezwolił na powstawanie wysypisk w każdej wiosce, gdzie odpady najzwyczajniej są wypalane. Nietrudno się domyślić, że najczęściej z dymem „leci” plastik. Miejsca pozbywania się nieczystości zazwyczaj lokalizuje się „na tyłach” wyspy tak, aby nie było ich widać i czuć. Z zapachem jest gorzej, bo to, gdzie zaleci dym jest zależne od wiatru – z której strony zawieje danego dnia. Na Bilehfahi na szczęście obiekt ukryto głęboko w zaroślach, poza strefą zabudowania.
Drugim
dość mocno widocznym zjawiskiem jest wyrzucanie plastików przez morze. Nie
ważne, gdzie jesteś – czy na wyspie lokalnej, czy w resorcie – wszyscy mają ten
sam problem. Butelki, japonki i klapki, palety, sieci rybackie, skrzynie,
obierki po owocach, pióropusze z ananasów oraz różnego rodzaju opakowania
trafiają na każdy ląd – bez wyjątku. Na niektórych wyspach (podkreślam – tylko
na niektórych), władze starają się regularnie usuwać śmieci z plaż. Na innych
robią to miejscowi, a częściej turyści. Z drugiej strony nie wpadajmy w panikę,
bo najpewniej pomyślimy, że plaże będą tonąć w odpadkach. Gdyby tak było, nie
jeździłbym na Malediwy. Tak jest np. w Indiach, gdzie wspomniane państwo można
nazwać największym śmietnikiem świata. Tam rzeczywiście wszystko i wszystkie
miejscowości, rzeki i pola są zalane plastikami. Nie raz miałem wrażenie, że woda
w rzece jest tylko dodatkiem do płynących opakowań. Na Malediwach tak nie ma. O
ile morze wyrzuca dość często butelki i japonki, to jak widzisz na zdjęciach w
całym tym artykule, plaże są przede wszystkim rajskie, piękne, długie,
piaszczyste i zachęcają do kąpieli w morzu. Dlatego, jeśli nigdy nie byliśmy na
Malediwach, to nie wpadajmy w panikę. Na lokalną wyspę trzeba przyjechać, bo
wszystko inne co zobaczysz, bardzo szybko spowoduje, że zapomnisz o problemie.
Ostatnią
„odnogą” śmieciowej mentalności jest fakt, że miejscowi nie mają, gdzie wyrzucać
urządzeń AGD. Nikt nie będzie wozić przez rozległe morze zużytych pralek,
lodówek, telewizorów, starych monitorów czy kuchenek mikrofalowych. Spalić też
się ich nie da, dlatego na każdej wyspie, na najmniej atrakcyjnym kawałku
terenu, gdzie i tak byś nie przyszedł, bo wszędzie dookoła jest ładniej,
wyznaczają sobie miejsce, gdzie będą składować niepotrzebne sprzęty. W praktyce
taką lodówkę wrzucają w niższe zarośla, po czym inni mieszkańcy podążają w te
same ślady. Wówczas powstaje hałda elektrośmieci, z którymi nic się nie dzieje.
Są wystawione na działanie słońca i monsunowych deszczów. Po pewnym czasie
jakieś chemikalia na pewno wnikają w glebę lub dostają się do morza. Nawet w
tej kwestii wygrywają pieniądze, bo wożenie odpadków przez pół kraju do stolicy
jest najzwyczajniej nieopłacalne. Największym producentem codziennych śmieci są
resorty, gdzie do mola przybija statek, na którym gromadzi się tony plastików. Są
one jedną z wielu składowych wchodzących w koszty utrzymania obiektu. Nam się
wydaje, że w resortach jest czysto, bo problem nie występuje tak, jak na
lokalnych wyspach, a jednak mają podobnie, tyle tylko, że w obiektach
wypoczynkowych są zatrudnieni sprzątacze, którzy każdego ranka zbierają to, co
wyrzuciło na brzeg morze.
Na
Bilehfahi zdarzyło się, że na dwa dni przypłynęła wielka żółta skrzynia
zarośnięta pąklami, jednak kolejnej nocy zniknęła. Zabrało ją morze w dalszą
„podróż”. Takie gabaryty są idealnym pomostem pomiędzy wyspami dla małż, pąkli
i innych skorupiaków. Dzięki nim mają umożliwioną ekspansję swojego gatunku,
ponieważ w normalnych warunkach nie pokonałyby głębin morskich, aby dostać się
na nowe tereny. Najbardziej znanym przykładem poszerzenia zasięgu występowania
kilku gatunków skorupiaków jest tsunami z 11 marca 2011 roku, kiedy to po
podmorskim trzęsieniu ziemi wielkie fale zalały sporą część wybrzeża Japonii,
niszcząc całe miejscowości, a także przyczyniły się do powstania jednej z
największych katastrof elektrowni atomowych w dziejach. Powstało wówczas 25 mln
ton gruzu i śmieci po zawaleniu się budynków. Wiele z tych fragmentów dostało
się do wody, gdzie prądy morskie rozniosły je po wielu akwenach świata. Małże i
inne pąkle miały niepowtarzalną okazję, żeby dosłownie przepłynąć ocean na
deskach zniszczonych domów. W ten sposób kilka gatunków najpierw dopłynęło do
Kanady, po czym się osiedliły tam na stałe. Od tamtego wydarzenia japońskie
„żyjątka” morskie występują również w Kanadzie.
Nie od
dziś wiadomo, że media bardzo obniżyły swój poziom, tak samo jak
dziennikarstwo. Obecnie liczy się panika, clickbajty, czyli tytuły z
niedokończoną myślą lub tak zwane „straszaki”, żebyś z ciekawości kliknął w
nagłówek. Dzisiaj bardzo rzadko przekazuje się fakty, za to dużo mamy
propagandy i jednostronnych opinii w zależności kto kogo opłacił lub jaka
agencja PR-owa wyprodukowała zapotrzebowanie na dany materiał. Podobnie było z
Malediwami po 28 lutym, kiedy rozpoczęła się wojna USA/Izrael z Iranem. Wówczas
pisano artykuły o wymownym tytule: „Polacy uwięzieni na Malediwach”. Nagłówki w
mediach brzmiały dramatycznie, ale dla ludzi, którzy przebywali we wspomnianym rajskim
kraju, był to powód do śmiechu, ponieważ niejeden chciałby być w takim
więzieniu… No i nikt nikogo nie trzymał w niewoli…
Bilehfahi
ma niestety jeszcze swoje dwie dodatkowe wewnętrzne wady:
- Budowa lotniska
- Budowy guest house’ów
O ile jeszcze w 2026 roku było tam wyjątkowo spokojnie (plaże świeciły pustkami), to kto wie, jak będzie za rok, za trzy, za pięć lat. Nie możemy określić jednoznacznie, że budowy dojdą do skutku, ponieważ w 2026 roku nadejdzie potężny kryzys gospodarczy i drożyzna, która „wytnie” większość ruchu turystycznego. Może dojść do sytuacji, że ci co zapożyczyli się w bankach na kredyty na budowę obiektu dla przyjezdnych pozostaną z niczym.
Lotnisko
dla krajowych lotów budowane jest na obrzeżach laguny, na wodzie. Nie z
realnego zapotrzebowania, a z… propagandy politycznej. Tak! Jest to jeden z
elementów propagandy koalicji PPM (Postępowa Partia Malediwów i PNC (Ludowy
Kongres Narodowy), który ma pokazać postęp i rozwój Malediwów, w celu
przyciągania elektoratu. Tak nawiasem mówiąc, czy ta druga nazwa nie brzmi zbyt
komunistycznie? Miejscowi oceniają, że na bilehfahskim lotnisku zobaczą tylko
dwa samoloty na cały tydzień. Dane oszacowali na podstawie ruchu z sąsiednich
wysp. Czyli obiekt wygląda na zupełnie niepotrzebny (i to przy założeniach, że
nie będzie kryzysu gospodarczego w 2026 roku). Sam pas startowy będzie znajdował
się dwa metry nad poziomem morza i w oddali od lądu. Raczej za bardzo nie
będzie szpecił krajobrazu, ale na pewno Bilehfahi utraci swoją rajskość. Z
drugiej strony, na pewno nie spodziewam się najazdu tłumów. Rajskość zawarta
jest między innymi w turkusowej lagunie, na obrzeżach której właśnie powstaje
pas startowy o długości 1,5 km. Nienaturalny kawał lądu jest tym czynnikiem,
który z pewnością obniży atrakcyjność miejsca. Z drugiej strony lokalni
mieszkańcy wiedzą, że co rządowe, to rządowe, czyli w trakcie inwestycji
zabraknie pieniędzy, przez co budowa rozciągnie się na 10 lat. Biorąc pod uwagę
aktualnie trwający konflikt na Bliskim Wschodzie i negatywny wpływ na turystykę
na Malediwach w postaci zmniejszonych wpływów do budżetu z podatków (mniejsza
dostępność lotów, a co za tym idzie, odwiedzających). Z tego względu
propagandowe inwestycje mają szansę szybciej się wyłożyć niż się zaczęły.
Biorąc pod uwagę nadchodzący kryzys gospodarczy, błędny pomysł rządu ma szansę
umrzeć w zarodku. Rezygnacji z pomysłu życzę mieszkańcom Bilehfahi, ponieważ
obiekt nie ma realnego zapotrzebowania, a jedynie jest partyjnym wymysłem.
Szkoda niszczyć piękno wyspy, na którą tak mało ludzi dociera. Ludzie walczą ze
wszystkim: z ociepleniem klimatu, plastikiem, który sami produkują, partią,
komunizmem, CO2, z zanieczyszczeniami wód, itp., a kiedy mówią, że z tych
powodów rafa koralowa umiera, wprowadzając kolejne absurdalne ograniczenia, to
równie absurdalnie decydują się wybudować pas startowy, przekopując ponad 1,5
km rafy ciężkimi koparkami. Można? Można. Także nie tylko w Polsce i Unii
Europejskiej absurd goni absurd.
Ostatnią
rzeczą, która rzuca się w oczy, to fakt, że mieszkańcy poczuli „piniądz”. Kto
ma jakieś działki, zapożyczył się lub wszedł we współpracę, aby wybudować guest
house. Każdy liczy na zarobek, jednak ja widzę dwa typy zagrożeń dla nich:
- Wzięli potężny kredyt tuż przed wielki kryzysem gospodarczym, który dosłownie „położy” świat Zachodu, więc kto do nich będzie latał?
- Rozrzedzenie przychodów.
To podobnie jak na moim osiedlu, gdzie czterech inwestorów postanowiło otworzyć apteki. Dopóki była jedna, to zarabiała „kokosy”. Jednak, gdy działalność rozpoczęły cztery kolejne, to suma wydawana na leki przez wszystkie osoby na tym osiedlu nagle się nie powiększyła, a jedynie została podzielona na kilka podmiotów. Efekt był taki, że wszystkie cztery apteki upadły, bo nie przynosiły zysków. Nie zarabiały na siebie. Dopiero po jakimś czasie przyszedł inwestor z sieci aptekarskiej, który przejął najbardziej atrakcyjną lokalizację (tuż przy przychodni), po czym otwarł swoją działalność. Do dzisiaj „jadą” na 4-5 otwartych kas na dwie zmiany, bo jest takie zapotrzebowanie. I tak będzie, dopóki nie powstaną kolejne obiekty o takim samym profilu działalności. Mieszkańcy Bilehfahi nie są jeszcze na takim etapie analizy gospodarczej, dlatego obawiam się, że bardzo szybko wyłożą się na swoich planach, zostając z wielkimi długami. Niestety nie widzę tutaj żadnego zwycięzcy, bo albo nadejdzie kryzys, więc turyści z Zachodu nie będą przyjeżdżać do nich (95% klienteli na lokalnych wyspach), przez co miejscowi popadną w biedę, ale wyspa będzie naturalna, albo świat bankierów przełoży kryzys jak radio Eska odwołuje zimę, ale wówczas Bilehfahi podąży w stronę komercjalizacji. Jesteśmy w tym momencie historii świata, gdzie nie ma dobrych rozwiązań – będą tylko przegrani wśród zwykłych ludzi. Jak niedawno powiedziałem: napisałem artykuł o Bilehfahi dla ludzi, którzy najpierw nie będą mieli czym polecieć, a później za co… Stąd Bilehfahi traktuję już jako malediwską ciekawostkę, która pozostanie dla większości w strefie marzeń – tylko i wyłącznie z racji światowych wydarzeń. Z tego powodu bardzo się cieszę, że mogłem zobaczyć tę wyspę i poczuć jej klimat jeszcze w naturalnym stanie, gdzie cisza, puste plaże, turkus wód i piękny las tropikalny był codziennością…
PODSUMOWANE
Bilehfahi nie jest wyspą dla każdego. Jeśli lubisz przebywać wśród ludzi, nie możesz obejść się bez alkoholu lub kochasz imprezy, to wybierz inny kierunek. Wyspę poleciłbym jednak miłośnikom przyrody, fotografom, a także osobom poszukującym spokoju. Najważniejsze, żeby przed zaplanowanym wyjazdem określić, czego oczekujemy i dobrać odpowiedni kierunek do naszych wymagań. Dla mnie Bilehfahi jest wyjątkową wyspą, bo leży na dalekiej północy Malediwów, mało kto tu dociera, panuje niesamowita cisza, jest mnóstwo zieleni, turkusowa laguna zachwyca swoim kolorem, a także wspaniałe plaże i cypel sprawiają, że zobaczymy rajskie widoki jak w folderach biur podróży. Jeśli masz pomysł jak spędzać dni na Malediwach, to na pewno nie będziesz się nudził. Z pewnością obserwacja świata przyrody, pięknych wschodów i zachodów słońca, roślin, krabów, pływanie w krystalicznych wodach laguny, przyglądanie się życiu miejscowych, indywidualne podejście do turysty, czy spacery w tropikalnym lesie sprawiają, że Bilehfahi zapada głęboko w sercu…
Zatem, jeśli masz jeszcze możliwość lotu na Bilehfahi, polecam skorzystać z ostatniej okazji, bo budowa lotniska jest jeszcze w początkowej fazie (przekopywanie piasków pod wodą), nadal panuje piękny spokój, nie ma turystów, miejscowi gospodarze nie znają zjawiska masowej turystyki, dlatego się angażują oraz krajobrazy urzekają swoim pięknem. Z pewnością poczujesz się jak w raju, a wszelkie niedoskonałości, o których powiedziałem powyżej będą marginalne. Nie będziesz na nie zwracał uwagi. Taki właśnie mam obraz Bilehfahi w głowie. Gdyby była jeszcze możliwość, na pewno bym tam jeszcze wrócił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz