poniedziałek, 4 maja 2026

Bilehfahi, czyli Malediwy na własną rękę - co zobaczyć?

 


Bilehfahi – cudna, rajska, jeszcze nieskażona masową turystyką wyspa. Wypatrzyłem ją już we wcześniejszych latach, ale dojazd na nią wydawał mi się zbyt daleki, uciążliwy. W tym roku postanowiłem to zmienić, ponieważ dotarły do mnie nowe informacje, że Malediwy szybko się zmieniają, ale niekoniecznie w dobrą stronę. W promieniu półtorej godziny podróży szybką łodzią motorową od stolicy (speed boat’em) turystów jest tak dużo, że nie poczujemy charakterystycznej malediwskiej ciszy. Wyspa Dhigurah słynie z przeciążenia, ponieważ w sezonie mamy ponad 600 turystów w tym samym czasie. Z powodu tak dużego najazdu gości Malediwczycy musieli nagiąć własne zasady, udostępniając cały ciąg plaż jako bikini beach. Jak wszędzie na tym świecie, również tutaj wygrywa pieniądz, dlatego pomimo świadomości problemu, nowe obiekty nadal są budowane, a tropikalny las wycinany. Chyba nie takie Malediwy chcielibyśmy oglądać… Innym problemem są szybko powstające nowe lotniska obsługujące krajowe loty. Kultowa wyspa wśród Polaków – Nilandhoo – niestety została zmieniona poprzez przekopanie laguny przeznaczonej do pływania na potrzeby lotniska. Z tego względu trzeba na bieżąco śledzić wiadomości, co dzieje się na Malediwach, aby wybrać odpowiednie miejsce na nasz wypoczynek. Jako że jestem fanem lokalnych wysepek, koniecznie chciałem znaleźć kolejną z cudnym, rajskim klimatem. Nie od dzisiaj wiadomo, że pogoda na północy tego kraju jest najbardziej stabilna, stąd postanowiłem, że pojedziemy nieco później niż w innych latach, nie mając obaw, że słoneczny okres się zakończy. Dodatkowo założyłem, że dojazd musi być nieco utrudniony tak, aby większość ludzi zrezygnowała już na samym początku planowania. Z tego względu wybrałem Bilehfahi jako wyspę znajdującą się aż o 5h drogi szybką łodzią od stolicy. O tak długiej trasie pomyśli niewiele osób. Jeśli ktoś się zdecyduje, to na pewno na Malediwy przyjeżdża któryś raz z rzędu. Bilehfahi jest niezwykle spokojną wyspą i to najbardziej do mnie przemówiło. Od roku 2025 mam kontakt telefoniczny i przez WhatsApp’a z właścicielem obiektu Crystal Sea Inn, stąd miałem informacje z pierwszej ręki, że w 2025 roku w sezonie przyjechały do niego tylko dwie pary, pomimo że obiekt ma najwyższe oceny. Jeśli nie wiesz, jak zabrać się za organizację wyjazdu na własną rękę na Malediwy, to koniecznie przeczytaj mój poradnik krok po kroku tutaj: Malediwy na własną rękę – jak zorganizowaćwyjazd? A tymczasem przechodzimy do artykułu o Bilehfahi.


BILEHFAHI – CO NIECO O WYSPIE

Wyspa znajduje się ponad 246.4 km na północ od stolicy Malediwów – Male. Leży w atolu Shaviyani. Najdłuższy lądowy odcinek ma długość 1,92 km, a w najszerszym miejscu 630 m. Na wyspie mieszkają 783 osoby (dane za marzec 2026). Północną część wyspy porasta bardzo gęsty tropikalny las, gdzie miejscowi wytyczyli wąskie ścieżki. Palmy rosną tu tak gęsto, że do ziemi dociera bardzo mało światła. Z tego względu palmy są wysokie i smukłe. Każda z nich walczy o dostęp do słońca. Pomiędzy nimi rośnie niezliczona ilość młodych drzew, które dopiero „wykluły” się z kokosa. Spacerując w tamtejszym lesie warto popatrzeć w górę, aby sprawdzić, czy nad nami nie wiszą kokosy. Ich losowe upadki słychać co jakiś czas. Spacer ścieżkami miejscowych zapewni nam wspaniałe widowisko, a także posłuchamy egzotycznych ptaków. W tle będzie słychać dźwięk rozbijających się fal w oddali, które powstają na granicy płycizn i głębin. Środkowa część wyspy jest zamieszkana. Przeszliśmy chyba wszystkie ulice, ponieważ na każdej wsi znajdujemy ciekawe budynki z kwiatami, które pięknie wpisują się w krajobraz. Przy okazji mamy zrobiony wywiad, gdzie znajdują się lokalne sklepy spożywcze. Na południu wioski znajdziemy nowe boisko do gry w piłkę nożną, z którego codziennie po godzinie 21.30 korzystają miejscowi. Najczęściej od 22.00 rozpoczynają się tutaj mecze w formule 20 min na każde spotkanie. We wiosce powstaje mnóstwo nowych domów, w tym obiektów użyteczności publicznej. Najbardziej jednak zszokowało mnie centrum fitnessu, które miało być zbudowane w 180 dni. Rozpoczęto również budowę posterunku policji, a także hali ogólnego przeznaczenia, na różne wydarzenia lokalnej społeczności oraz guest house’y. Aż sam jestem ciekaw jak ta wyspa będzie wyglądać za 5 lat, ponieważ rozwój Malediwów jest zbyt szybki, przez co spokojnych miejsc mamy coraz mniej. W każdym razie obecne Bilehfahi jest niezwykle spokojne.


 
Mecz na nowym boisku
 

Najważniejsze jednak są plaże i czyste wody morza, bo w końcu po to się przyjeżdża do tego rajskiego państwa. Te na Bilehfahi należą do przepięknych, światowej klasy, ponieważ tworzą je białe, mięciutkie piaski oraz patrzymy na cudną, turkusową lagunę w kilku odcieniach, złożoną z wyraźnie oddzielonych pasów. Co ciekawe, w połowie wyspy mamy dwie wydzielone prywatne plaże, które nie są zagrodzone, a jedynie prowadzi do nich wąska ścieżka. Ich właścicielem jest gospodarz Crystal Sea Inn, gdzie się zatrzymaliśmy. Z drugiej strony tłumy turystów nam nie groziły, co było widać każdego dnia. Poza prywatnymi plażami, które należały do nas na czas urlopu, nikogo nie spotykaliśmy. Podczas całego pobytu była najpierw para z Polski z dzieckiem, para z Włoch, małżeństwo z Czech mieszkające w sąsiednim obiekcie, a później para z Francji, która przyjechała na 64 dni… Wszystkie wymienione osoby poza Francuzami, pojechały do domu już po kilku dniach od naszego przyjazdu. Rodzina z Polski pomyślała dokładnie tak jak my – szukali czegoś zacisznego, z dala od ludzi i trudniej dostępnego dla przeciętnego turysty. Na Malediwach byli już 5 razy, dlatego wiedzieli, czego chcą. Z tego względu szybko znaleźliśmy wspólny język.


 
Plaże na Bilehfahi są puste
 

Kolejną zaletą wyspy jest jej sam koniec, czyli cypel wysunięty maksymalnie na południowy zachód. Znajduje się tam bajeczna plaża, którą z pewnością nie jeden instagramowicz wykorzystałby do zdjęć na swój profil. Cypel wygląda niczym sand bank. Otaczają go krystalicznie czyste wody tworzące trzy wyraźnie oddzielone pasy kolorów – od jasnego błękitu, poprzez intensywny turkus, a kończąc na szmaragdowych odcieniach. Po prostu rajskie widoki! Koniecznie trzeba tam iść, aby zobaczyć jak pięknie się one układają. W jego rejonie możemy zobaczyć rekina rafowego, duże kraby, czy też płaszczkę. Wieczorem nawet trafiały się delfiny. Południowa część Bilehfahi z obu stron ma cudne plaże. Ta po przeciwnej stronie do naszej idealnie nadaje się dla małych dzieci i osób niepływających. Wody są długo płytkie, a dalej dno opada ku głębinom w łagodny sposób. Laguna jest tak czysta, że widzimy każde pofałdowanie piasku powstające podczas falowania. Często wokół nas będą pływać ryby dość dobrze kamuflujące się z kolorem piaszczystego dna. Stałym bywalcem cypla jest czapla, która każdego poranka czatuje na przybrzeżne ryby. Będąc na wyspie, zwróć uwagę na rzeczy przyciągające wzrok: domy, gdzie rosną bardzo gęsto kwitnące bugenwille i inne kolorowe kwiaty, pasy kolorów wody, laguny otaczające wyspę, zieleń i ścieżki prowadzące nimi, palmowy las, kraby na plażach, czy wielkie nietoperze latające nad naszymi głowami w ciągu dnia po południu. Zwróć również uwagę na lokalnych mieszkańców będących jeszcze otwartymi dla przyjezdnych, ponieważ jeszcze nie mieli okazji doświadczyć zjawiska masowej turystyki. Będąc na miejscu, gospodarz potraktuje Cię indywidualnie, a nie jak kolejnych ludzi, którzy będą źródłem zarobków.


     
Cypel na końcu wyspy i czystość wód laguny

DOJAZD NA BILEHFAHI

Dojazd na tę wyspę może nie należy do najłatwiejszych, ale z pewnością warto pojechać, bo to co przeżyjesz na miejscu jest tego warte. Gospodarz wspominał o bezpośrednim speed boacie, który płynie około 5h ze stolicy, ale startuje o 7.00 rano, podczas gdy pierwsze samoloty różnych linii lądują od 7.15 do godziny 7.50. Zanim przejdziemy wszystkie procedury + odbiór bagaży, to będzie już po 8.30. Z tego względu powyższa opcja jest niedostępna, chyba że planujemy zostać na jeden dzień w stolicy i wyruszyć następnego dnia. Jednak Male polecam zostawić sobie na koniec, bo wtedy będziemy mieli czas. Planując przyjazd na Bilehfahi najlepszą metodą jest skontaktowanie się z gospodarzem obiektu poprzez WhatsApp’a (numer znajdziemy w Googlach, kiedy będziemy szukać informacji o Crystal Sea Inn; ta sama zasada zadziała w przypadku innych obiektów, które będą oddawane do użytku). Dlaczego tak? Dlatego, że kiedy rezerwuje miejscowy, to ma niższe ceny. Podróż na Bilehfahi wygląda następująco: ze stolicy lecimy 55 min na wyspę Hanimaadhoo małym samolotem ATR-46 w barwach Maldivian Airlines, który ma 44 miejsca na pokładzie. Jest to turbośmigłowy samolot, którego zaletą jest zwrotność oraz długość lotu. Niech nas nie zwiedzie fakt, że samoloty ze śmigłami mają słabsze silniki niż odrzutowe. Tak jest, bo sam środek transportu jest dużo mniejszy, jednak moc obu silników turbośmigłowych poczujesz podczas startu, gdzie dosłownie wgniata nas w fotel, jak w sportowym samochodzie wyścigowym. Z pewnością takiego efektu nie poczujesz podczas startu Boeinga 777-300ER, którym przylatujemy na Malediwy. Lot narodowym przewoźnikiem Malediwów pozytywnie mnie zaskoczył, bo pomimo krótkiego lotu wznosimy się na wysokość 5700 m, podziwiamy niesamowite atole i jeśli jesteśmy któryś raz na Malediwach, to po drodze rozpoznajemy takie wyspy jak: Fehendhoo, Fulhadhoo, Goidhoo, Finolhu, Thoddoo, Bilehfahi i Hurasdhoo (wyspa piknikowa). Dodatkowo w trakcie podróży dostajemy podwójny baton KitKat, orzeszki do pochrupania i sok owocowy do wyboru. Miło z ich strony. Ciekawostką jest fakt, że kiedy sam będziesz chciał kupić sobie bilet przez internet, to oczywiście można, ale będzie on o kilkanaście, czasem o 20-30 dolarów droższy niż gdy kupi go gospodarz. Dlatego zwracam uwagę, żeby najpierw się z nim skontaktować, aby kupił nam bilety po obniżonej cenie. Nawet jeśli w samolocie nie będzie miejsc, zadzieje się „magia”, bo dla gospodarza linie lotnicze najczęściej odblokowują fotele, których nie ma w systemie.


       
Niesamowite widoki z samolotu

Turbośmigłowy ATR-46

 
Samolot ATR-46. Czujemy się, jakbyśmy lecieli prywatnym środkiem transportu

Lądujemy na międzynarodowym lotnisku na wyspie Hanimaadhoo. Wygląda na duże, aż za duże, ponieważ przestrzeni jest mnóstwo. Na tablicy wystawione są zazwyczaj trzy/cztery loty dziennie, gdzie w każdym samolocie mamy do 44 osób. Co kilka dni lądują tutaj samoloty z Indii i Colombo (Sri Lanka). Największy szok przeżyliśmy, kiedy wyszliśmy z lotniska, a na nas czekał już taksówkarz! Na Hanimaadhoo są asfaltowe drogi prowadzące do portu. Gospodarz opłaca tego taksówkarza, dlatego naszym zadaniem jest tylko się pojawić i pojechać z nim na miejsce. W porcie czeka na nas prywatny speed boat, albo publiczny „autobus” firmy RTL (zależy od okresu – czy jesteśmy w czasie Ramadanu, czy poza nim). Podczas Ramadanu kursuje mniej łodzi, stąd odcinek z Hanimaadhoo do Kulhudhufushi nie jest skomunikowany zbyt dobrze, dlatego nasz właściciel guest house’a wynajmuje speed boat-a, który na dowolną godzinę zawiezie nas na wyspę Kulhudhufushi. Koszt takiej usługi to 50 USD. Z Kulhudhufushi popłyniemy drugą łodzią. Będzie to publiczny „autobus” firmy RTL, który za 9 USD zawiezie nas do portu w Bilehfahi. Dlaczego nazwałem tę łódź autobusem? Dlatego, że w środku wygląda bardzo podobnie. Mamy rzędy krzeseł i mnóstwo rurek do trzymania się. Z Hanimaadhoo płyniemy do 25 min (zazwyczaj poniżej 20 min), a z Kulhudhufushi 1h 10min. Zdążymy jeszcze zasnąć. Podczas organizacji wyjazdu możesz sobie pomyśleć, że taka podróż jest za długa. Kiedy jednak uświadomisz sobie fakt, że na Nilandhoo dotrzesz na 17.10, a na Bilehfahi na godzinę 16.00, jasnym się staje, że przybędziesz szybciej, pomimo tylu przesiadek. Na Nilandhoo płyniemy bezpośrednio. Jest to najczęściej wybierana wyspa lokalna przez Polaków, bo gospodarzem jest tam znana Magda z Malediwów. Byłem tam, dlatego informacje mam z własnego doświadczenia. Po dotarciu do portu w Bilehfahi gospodarz przyjeżdża do nas pojazdem ‘buggy’, czyli czymś na wzór Melexa, tyle że ten jest czysty i przeznaczony typowo do przewozu osób. Pojazd nie ma szyb ani drzwi z racji ciepłego klimatu. Jest wynajmowany z tutejszego urzędu na czas rozwiezienia turystów do guest house’ów. Nietrudno się domyślić, że poza nami, nikt inny nie przyjechał. Najwięcej osób wysiadło na dość sporej wyspie Kanditheem, którą odwiedziliśmy na późniejszej lokalnej wycieczce. Tym bardziej była warta odwiedzenia, ponieważ nie znajdziemy tam obiektów noclegowych dla zagranicznych turystów, a cała infrastruktura jest przygotowana dla miejscowych. Chociaż cała podróż „na papierze” może wyglądać na męczącą, to dla mnie była piękna, widokowa i pełna wrażeń. Z samolotu mogłem podziwiać rajskie atole – turkusowe perełki na tle bezkresnego Oceanu Indyjskiego, a z poziomu łodzi oglądać kolejne wyspy oferujące białe, piaszczyste plaże.


 
Publiczna łódź-autobus firmy RTL

Dopływamy na Bilehfahi
 

PRZYWITANIE NA BILEHFAHI

Również ta część zaskoczyła mnie pozytywnie, bo na innych wyspach nie spotkałem się z podobnym przywitaniem. Przed wejściem do guest house stało troje dzieci w odświętnych, czerwonych strojach, gdzie najpierw zawieszono nam na szyi ręcznie robione naszyjniki w kształcie ryby-skalara wytworzonego z liści palmowych. Coś pięknego! Wspólną częścią z innymi wyspami jest napicie się soku kokosowego bezpośrednio z kokosa i wręczenie zimnych ręczników z lodówki w celu schłodzenia się. Ta część na pewno zapadnie nam głęboko w pamięć. Następnie gospodarz pokaże nam nasz pokój. Trzeba przyznać, że gdziekolwiek byłem na Malediwach, wszyscy trzymają wysoki standard. Również tutaj. Po otwarciu drzwi pokojowych kolejny element zaskakuje, ponieważ na szerokim łóżku zobaczymy starannie ułożone zdobienia z motywami kwiatowymi i liśćmi palmowymi. Ktoś przed naszym przyjazdem musiał długo układać ten cały wzór. Od początku na Bilehfahi czujemy się wyjątkowo. Jeśli jeszcze mamy siły po długiej podróży, gospodarz zaprowadzi nas na prywatną plażę dla turystów, żebyśmy wiedzieli, którędy iść. Po drodze nad głowami latają nietoperze (rudawki wielkie, dorastające do 1,5 m wielkości, choć tutejsze miały około 90-110 cm rozpiętości skrzydeł). Jeśli nie wiedziałeś o nich, to możesz się nieźle przestraszyć. Jednak nie ma powodów do obaw, ponieważ one żywią się tylko i wyłącznie owocami, nie mają zmysłu echolokacji, ale za to posiadają bardzo dobry wzrok. Kilka razy zdarzyło się tak, że nietoperz wisiał na liściu drzewa papai na wysokości naszych oczu, gdzie w momencie zaskoczenia puszczał chwyt, przez chwilę spadał, po czym dzięki wielkim skrzydłom zaczął szybko się wznosić. Na Bilehfahi z pewnością zobaczymy je z bardzo bliska i usłyszymy trzepot ich skrzydeł, a wieczorami będą wielokrotnie krążyć nad nami po kilka na raz. W drodze na plażę, również z bliska dostrzeżemy drzewa, na których rosną papaje, palmy z kokosami oraz intensywnie zielone krzewy, które zdobią okolicę. Nie można także zapomnieć o drzewach z owocem pandanu.


Dzieci w odświętnych strojach będą nas witać

Artystycznie zdobione łóżko kwiatami i fragmentami liści palmowych

 
Rzut na pokój
 

POGODA NA BILEHFAHI

Za tę kwestię uwielbiam Bilehfahi. Jako że wyspa leży na północy kraju, to mamy najwięcej słonecznych dni. Czym bardziej na południe, tym więcej deszczu możemy się spodziewać. Dlatego nigdy nie zapuszczam się głębiej niż maksymalnie 2h podróży szybką łodzią od stolicy na południe. Np. w 2025 roku na Nilandhoo cały luty był deszczowy. Wyspa znajduje się dokładnie 2h 05min od stolicy na południe. Bilehfahi jest bardzo słoneczne i przede wszystkim spokojne. W sezonie wschód słońca mamy o 6.14, a zachód o 18.19. Jedynym minusem tak długich okresów ze słońcem jest fakt, że powietrze staje się mętne, przez co niebo nie przybiera żywego, czystego błękitu. Kiedy następuje zmiana mas powietrza, niebo wyraźnie przeczyszcza się tak, że widzimy wyspy odległe od nas nawet o 15 km. Czas, gdzie nastąpił długi okres oczyszczenia atmosfery oraz powstania intensywnego błękitu nieba i wody wykorzystałem na zdjęcia, pływanie i cieszenie się turkusowym kolorem laguny. Przyjazd na tę wyspę gwarantuje nam wakacyjną pogodę przez cały urlop. Na pewno się nie zawiedziemy. Nie będzie trzeba sprawdzać prognoz. Nawet jeśli przyjdą deszczowe dni, to te okresy są znacznie krótsze niż w pozostałej części Malediwów.

 

A co zabrać ze sobą na wyspy? Może lepiej powiedzieć, czego nie zabierać... Na pewno nie bierzemy żadnych skarpet (tylko jedne na powrót), spodni, kurtek, swetrów i bluz. Najzimniej jest w środku nocy, ale to „zimno” ma 27’C. Za dnia jest zazwyczaj 31’C. Różnice temperatur są niewielkie na całych Malediwach. Praktycznie we wszystkie dni w roku mamy od 27’C do 31’C. Poza sezonem, w porze monsunowej, zdarza się wybitne załamanie pogody, gdzie tylko przez jeden lub dwa dni w roku temperatura spada do 21’C. Dla miejscowych to „mróz”. Nie bez powodu wyjazd za granicę u nich zazwyczaj kończy się przeziębieniem lub chorobą. Nie mają styczności ze zmiennym klimatem ani z masami ludzi, którzy roznosiliby różne bakterie i wirusy. Morze jest ich naturalną ochroną przed światowymi zagrożeniami biologicznymi. Dlaczego na Malediwach nie da się zachorować na grypę? Dlatego, że wirus tej choroby całkowicie ginie od 27’C wzwyż. To, co my uważamy za idealne warunki na wakacje, dla niego jest śmiertelne. Pamiętajmy, aby na Malediwy zabrać rzeczy i ubrania tylko i wyłącznie na upalne lato. Nawet podczas deszczowego dnia temperatura wynosi 27-28’C. W takim przypadku (np. na Nilandhoo) wychodziliśmy na plażę, żeby kąpać się w lagunie. Dlaczego? Bo nie tylko poczujesz ciepły, letni deszcz, ale przede wszystkim woda, do której wejdziesz, będzie cieplejsza niż otoczenie. Można się w niej… ogrzać. Po drugie, w ciągu dnia niebo się przejaśnia. Możesz zobaczyć, jak wyglądają monsunowe chmury. Są znacznie potężniejsze niż nasze chmury burzowe. O ile nie tworzą spektakularnych „kowadeł” rozlewających się 13 kilometrów nad naszymi głowami, to są znacznie wyższe niż w Europie. Wynika to z działających sił Coriolisa na równiku, gdzie atmosferę tworzy najgrubsza warstwa powietrza. Chmury na Malediwach urastają aż do 18 kilometrów wysokości, a w Europie tylko do 13 km. Ziemia obraca się wokół własnej osi z prędkością 1200 km/h, co powoduje, że powstaje siła odśrodkowa. Największa siła jest przy równiku, a najmniejsza w okolicach biegunów. Właśnie ta siła wypycha masy powietrza w stronę otwartej przestrzeni kosmicznej, jednak grawitacja naszej planety nie pozwala na ucieczkę gazów w pustkę, a jedynie umożliwia odkształcenie ich warstw. Mając odrobinę szczęścia, podczas deszczu będziesz mógł zaobserwować wysokie na 18 kilometrów chmury kłębiące się pod niebiosa. Jako że powietrze na równiku jest mocno nasycone wilgocią, to tak wysokie formacje na różnych wysokościach są poprzecinane wieloma ciemnymi pasami o nazwie pileus, informującymi nas, że tam znajduje się największe nagromadzenie wilgoci.


Pogoda na Bilehfahi
 

PRZYRODA BILEHFAHI

Jest to jeden z głównych powodów, dla których wybrałem tę wyspę, podobnie jak kiedyś Feridhoo. Na wyspie mamy zachwycającą przyrodę. Znajdziemy tu bardzo gęste lasy palmowe z egzotycznymi ptakami, dużo zieleni, a także zachwycą nas obie laguny znajdujące się po obu stronach wyspy. Palmowy las na północy jest bardzo gęsty. Drzewa są wysokie, bo każde z nich walczy o dostęp do światła słonecznego. Na szczęście miejscowi utworzyli pomiędzy nimi kilka ciekawych ścieżek, dzięki czemu możemy popatrzeć na nie od środka. Jako, że ludzie pojawiają się tam stosunkowo rzadko, to egzotyczne ptaki będą ostrzegać się nawzajem przed niebezpieczeństwem, dzięki czemu usłyszymy donośne, melodyjne piski. Coś pięknego! Jeden z ptaków wydaje nawet bulgoczący dźwięk w tle, co nadaje tajemniczości tym zaroślom. Na szczęście na Malediwach nie występują jadowite węże, jaszczurki ani pająki, stąd wędrówka jest bezpieczna. Jedynym zagrożeniem mogą być spadające kokosy, dlatego zawsze polecam zwracać uwagę na trasę, którą idziemy. Palm jest tak dużo, że dość często słychać „bombę” spadającą z dużej wysokości, uderzającą z hukiem o ziemię. Kokosy są ciężkie i zdrewniałe. Jeśli lubisz fotografować lub po prostu odkrywać nowe tereny, koniecznie dodam, że w zaroślach wytyczono ścieżki, którymi można przejść cały tropikalny las od jednego krańca do drugiego, nie wychodząc z niego. W trakcie wędrówki, po drodze trafimy na kilka bananowców z owocami. Z racji panującego klimatu (przez cały rok mamy lato), rośliny tego samego gatunku zobaczymy we wszystkich stadiach rozwoju – od nasiona, poprzez młodniki i kwitnące po raz pierwszy drzewka, te po zrzuceniu kwiatów i owocujące, te z dojrzewającymi owocami i dopiero wyrastającymi na gałęziach, takimi których owoce już opadły i takimi co przez cały rok zmieniają liście po kilka sztuk w różnych miejscach. Na Malediwach cykle wegetacji przenikają się nawzajem, ale nigdy się nie kończą.


       
Tropikalny las na Bilehfahi

Bananowiec na obrzeżach lasu

Na jednej gałęzi mamy pandan dojrzały i dopiero będący dojrzewać za ponad miesiąc

Polecam również wędrówkę główną ulicą z portu w kierunku szkoły podstawowej i meczetu. Nigdzie nie skręcamy. Kiedy dotrzemy do jej końca, przed nami zobaczymy jeden z najpiękniejszych widoków na Bilehfahi. Znajduje się tam jedno z wielu wejść do tropikalnego lasu, jednak tutejsze pochyłe palmy tworzą cudną aleję. Na jej końcu mamy prześwit na turkusowe morze. Po lewej stronie widzimy pięknie wygrabione miejsce spotkań lokalnej społeczności. To miejsce można przyrównać do parku miejskiego, tyle że leżaki rozmieszczone są wśród gęsto rosnących palm. Po prawej stronie mamy widok na dziki, naprawdę gęsty tropikalny las. Właśnie tam w szczególności polecam się udać. Jeśli nadal nie wiemy, dokąd iść, to już na początku alei, na jednym z pni zauważymy plastikową, żółtą strzałkę. Wskazuje ona wąską ścieżkę pozwalającą dotrzeć do wybrzeża z niewielkim punktem spotkań dla miejscowych oraz do innej części wioski. Największą atrakcją opisywanego fragmentu lasu z pewnością są piski, nawoływania i krzyki egzotycznych ptaków, niesamowicie piękne młode palmy, których liście krzyżują się, tworząc kratownice. Kiedy padają na nie promienie słoneczne widzimy przepiękną grę świateł i cieni. Po prostu raj dla fotografów! Po kilkudziesięciu metrach ścieżka kończy się skrzyżowaniem w kształcie litery ‘T’. Skręcamy w lewo, aby zobaczyć najpiękniejszą aleję. Tworzą je do wewnątrz pochyłe palmy, gdzie wpada dość dużo słońca. Dzięki temu mamy niepowtarzalne widowisko. Idąc do końca wspomnianej ścieżki dochodzimy do wybrzeża, gdzie znajdziemy stolik oraz charakterystyczne, malediwskie siedziska. Przypływy z marca 2026 spowodowały wielkie oberwania terenu, co wygląda jakby przeszło tam trzęsienie ziemi. Podczas porannego odpływu mamy wrażenie, jakbyśmy z dużej wysokości patrzyli na morze. Wracając wspomnianą dróżką jeszcze raz przejdziemy przez cudną aleje palmową. Jednak tym razem nie będziemy wracać tą samą trasą, którą przyszliśmy, tylko pójdziemy dalej – na wprost, przed siebie. Po drodze zobaczymy jeszcze jedna grę świateł i cieni liści młodych palm kokosowych. Za chwilę wyjdziemy na obrzeżach wioski, gdzie będą rosły bananowce, a także bambusy. Trasa kończy się główną drogą prowadzącą nad morze. Ta część jest charakterystyczna, ponieważ po lewej stronie zobaczymy siedem palm rozmieszczonych w równych odstępach, tworzących jedną linię na środku szerokiej, piaszczystej drogi. Gdyby to było miasto, z pewnością to miejsce mogłoby posłużyć jako zajezdnia autobusowa bez konieczności ingerencji w przyrodę.


Tutaj skręcamy w zarośla

  
Wejście do lasu palmowego od strony głównej ulicy ze szkołą

 
Niesamowita aleja palmowa

Naturalna zajezdnia autobusowa

   
Piękny bananowiec, gra świateł i cieni na liściach palmowych i zachwycająca aleja palmowa
 

Kiedy z kolei przejdziemy się przez wioskę, naszą uwagę zwróci kilka, a nawet kilkanaście domów, które są bogato zdobione intensywnie kwitnącymi roślinami. Najpopularniejsza jest bugenwilla. Na Bilehfahi znaleźliśmy dwa miejsca, gdzie te rośliny kwitły wyjątkowo obficie. Pierwszym obiektem oczywiście był nasz guest house, a drugim prywatny dom gospodarza. Miejscowi nie tylko mają bugenwille dookoła budynków. Zobaczymy tam również wielkie drzewa chlebowca, drobne, ale kolorowe kwiaty w doniczkach, solandra grandiflora (wielkie żółte dzwony), fioletową allamandę (allamanda blanchetii), różę chińską oraz jej odmianę – ketmia. Wszystkie razem tworzą kolorowy obraz wioski. Największy efekt otrzymujemy, kiedy staniemy na końcu drogi prowadzącej do apteki i przychodni. Wystarczy spojrzeć w przeciwną stronę. Wówczas na widziane domy nałoży się kilka rzędów bugenwilli. Coś pięknego! Jeśli chcemy zobaczyć owocujący pandan, polecam pójść na prywatną plażę. Dostrzeżemy tam jego owoce we wszystkich stadiach rozwoju. Będziemy wiedzieli, jak wygląda tworzący się owoc: zielony, niedojrzały, dojrzewający i w pełni czerwony. Nawet znalazłem takie drzewo, gdzie obok siebie rosły dwa pandany – jeden zielony, niedojrzały, a drugi w pełni dojrzały – czerwony. Podobnych miejsc znalazłem cztery, dlatego poczekałem na odpowiednią porę dnia, aby były oświetlone promieniami słońca, żebym mógł je dokładnie sfotografować.


 
Nasz guest house

Dom gospodarza

Róża chińska - odmiana ketmia

Solandra grandiflora

Allamanda blanchetii

           
Kolorowy obraz wioski

 
Owoce pandanu w różnych stadiach rozwoju na jednej gałęzi

Fauna również zachwyci miłośników przyrody lub fotografii. Najbardziej charakterystycznymi przedstawicielami świata zwierząt lądowych na Malediwach są oczywiście kraby. Zobaczymy je wczesnym porankiem lub od godziny 15.00, kiedy to rozpoczynają się ich pochody. Jako że plaża ma po 485 m długości w obie strony, licząc od naszej prywatnej, to każdego dnia mamy okazję podziwiać ponad 900-metrowy „sznur” krabów pustelników, które tworzą ciągłą falistą linię. Sprzątają wszystko co organiczne na plaży. Mogą to być: resztki owoców, przekąski turystów, owady, wyrzucone na brzeg kawałki ryb, itp. Pełnią funkcję naturalnego oczyszczania otoczenia. Kiedy znajdą coś dobrego do jedzenia od razu poznamy je po ich wielkim zgromadzeniu, które nazwaliśmy zebraniem krabików. Tłoczą się, jakby chciały umówić jakąś ważną sprawę, a kiedy podejdziesz sprawdzić, co się u nich dzieje, powoli rozchodzą się we wszystkich kierunkach. Są bardzo wolne, dlatego kiedy widzą, że zagrożenie się zbliża, od razu chowają się do muszli noszonych na swoich grzbietach. Wraz z upływem czasu one rosną i stają się większe, dlatego stale muszą je wymieniać. Robią to wieczorami i w nocy, kiedy nikt ich nie widzi. Morze każdego dnia zapewnia im nowy zestaw muszelek, a inne przejmują je po starszych „kolegach”. Jeśli znajdziemy jakąś piękną muszlę, upewnijmy się, że nie jest już zajęta. Zdecydowana większość z nich ma swojego mieszkańca. Są one chodliwym „towarem” wśród nich. Obserwując tamtejszą przyrodę, ma się wrażenie, że nic się nie marnuje. Na plażach „grasują” również inne kraby. Są większe i szybsze. Znamy je jako gatunek Ocypode, co po grecku oznacza ‘szybkie stopy’. Bez problemu uciekną przed nami, a z drugiej strony nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Nie mają zębów ani trującego jadu. Posiadają tylko silne szczypce. Jednak żaden z nich nie będzie ryzykował walki z czymś większym od niego, co się na dodatek rusza. Jeśli zauważy jakiś ruch, od razu ucieknie do wykopanej przez siebie dziury lub wejdzie do płytkiej wody. Jednak, kiedy obie strategie nie zadziałają, to użyje jeszcze jednej z trzech kolejnych sztuczek: jednym ruchem zakopie się w piasku, po czym będzie udawać nieżywego, a jeśli wszystko inne zawiedzie, to wyciągnie szczypce ku górze i będzie pokazywać jaki jest groźny. Będzie pozować. Oczywiście nie stanie do walki. Po krótkim pokazie szybko ucieknie. Kraby te są ubarwione w piaskowych odcieniach, żeby zlewać się z otoczeniem.


Krab ocypode

Krab pustelnik

Zabranie krabików
 

Na miejscu udało nam się również spotkać bardzo powolnego kraba tęczowego. Nie wiem, czy był tak stary, czy przechodził okres zmiany pancerza, ale nie próbował nawet użyć wszystkich metod odstraszania, tylko przeszedł do ostatecznej ostateczności – bardzo powoli uniósł szczypce ku górze, żeby wyglądać na maksymalnie strasznego, po czym równie wolno zaczął iść bokiem. Widząc, że nie spieszy się, nie dotykałem go, ani nawet nie zbliżałem się za bardzo, żeby mógł w spokoju odejść w zarośla. Wspomniane kraby mogą żyć do 10 lat w swoim naturalnym środowisku. Zmieniają pancerz do 20 razy w ciągu całego swojego życia. Możliwe, że właśnie przechodził proces lnienia (w tym okresie są leniwe i powolne). Zmiana pancerza jest konieczna ze względu na ich przyrost. W młodym wieku porzucają go nawet raz na miesiąc, a w dojrzałych latach tylko raz na niecały rok. Wymiana pancerza trwa od pół godziny do kilku godzin, ale kolejne trzy dni zajmuje stwardnienie nowego. Z tego względu jest bardziej narażony na niebezpieczeństwa. Możliwość zobaczenia przedstawicieli trzech gatunków krabów na jednej wyspie była dla mnie czymś wyjątkowym – czymś, co będzie się pamiętać. Obok nich na szczególną uwagę zasługują orientalne jaszczurki ogrodowe. Z pewnością spotkamy je na plaży podczas odpoczynku. Zazwyczaj siedzą na korze drzew, wyłapując owady lub przemkną nam pod leżakiem. Dorosłe jaszczurki są efektowne, ponieważ zmieniają kolor swojego ciała, dostosowując je do otoczenia, a także posiadają bardzo długi ogon. Są szybkie i całkowicie niegroźne dla nas. Nie mają zębów, jadu ani trującego śluzu. Rudawka wielka, to kolejny przedstawiciel świata zwierząt, z którym musisz się zapoznać. Jest to największy nietoperz na świecie, którego rozpiętość skrzydeł dochodzi do 150 cm! Pomimo swojej wielkości nie są straszne. Żywią się tylko owocami. Wieczorami dużo krążą na wysokości koron drzew i palm. Na Bilehfahi bardzo często przelecą nad naszymi głowami, ponieważ w okolicy rosną papaje, gdzie przesiadują, a raczej wiszą na ich liściach. Ich cechą charakterystyczną jest nie tylko wielkość, ale również głowa, która wygląda jak głowa rudego lisa. Nie bez powodu potocznie jest nazywany latającym psem. Patrząc na niego mamy wrażenie, jakby ktoś odciął głowę lisa i przyszył ją do tułowia dużego nietoperza. Jego całą głowę porasta ruda sierść. Patrzy na nas wielkimi oczami. Nigdy nie atakuje ludzi. Obowiązkowo na każdej wyspie trzeba znaleźć nietoperzowe drzewo i najstarsze drzewo, bo zawsze takie są. O tym będzie poniżej. Z kolei czaple są stałymi bywalcami większości malediwskich wysp, ponieważ wzdłuż linii brzegowej pływają mniejsze ryby, którymi się żywią. Te ptaki są płochliwe, dlatego podziwiać możemy je tylko z odległości kilkudziesięciu metrów.


Krab tęczowy

Rudawka wielka za dnia

Jest ich więcej

 
Wieczorny przelot nietoperzy

Orientalna jaszczurka ogrodowa na drzewie na terenie prywatnej plaży
 

Na niechlubnej liście niestety znajdują się wrony. Tak bardzo nie boją się ludzi, że tylko czekają, aby coś ukraść z plecaka lub torby na plaży. Z łatwością wyciągają chusteczki i inne rzeczy z bocznych kieszeni i toreb. Potrafią nawet dostać się do zapakowanych ciastek i wydziobać zawartość pudełka. Znalazłem na nie szybki, ale skuteczny sposób. Trzeba je nastraszyć kamieniem. Rzuć „ślepaka” w krzaki, po czym następnym razem postrasz je tylko udawanym rzutem. Po kilku razach z tym miejscem będą kojarzyły nieustanne zagrożenie, dlatego znajdą sobie inne miejsce. Pamiętaj, że kiedy wybierzesz się na cypel na końcu wyspy, kilka wron przyleci, aby sprawdzić, co zostawiłeś w torbie na plaży. Kiedy tylko wejdziesz do wody, one zajmą się zawartością, po czym wyłożą ją na piasku. Z tego względu przepłosz je na początku. Słońce gra na naszą korzyść. Cypel jest takim miejscem, gdzie one nie wytrzymają zbyt długo, ponieważ w całości są czarne. W tutejszym – równikowym słońcu – przegrzeją się bardzo szybko. Z tego względu będą musiały uciekać w zarośla. Jak więc my mamy wytrzymać w takim samym słońcu bez żadnego cienia? O tym będzie dwa akapity dalej.


Wrony zawsze obserwują, gdzie się da coś ukraść
 

NIETOPERZOWE DRZEWO I NAJSTARSZE DRZEWO NA WYSPIE

Skoro już wspomnieliśmy o wielkich nietoperzach, to musimy pamiętać, że muszą one gdzieś mieszkać. Na każdej malediwskiej wyspie z zielenią znajduje się jedno takie drzewo, które nietoperze upatrzyły sobie jako swój dom. Można wówczas na nim zobaczyć w środku dnia kilkadziesiąt zwisających rudawek! Poszukując tego drzewa zawsze wybieramy sprawdzoną metodę – przechodzimy wszystkie zarośla dostępnymi ścieżkami, gdzie nasłuchujemy głośnych pisków i wrzasków, trochę przypominających dźwięki wydawane przez szczury. Zazwyczaj będzie to rozłożyste, wysokie, zacienione drzewo, ukryte głęboko w tropikalnym lesie. Jednak na Bilehfahi wyłamały się z ogólnie przyjętego schematu. Tym razem wybrały niewielkie, niewyróżniające się niczym zarośla przy głównej, szerokiej drodze, którą na dodatek jeżdżą koparki do portu. Aby je znaleźć, trzeba iść w stronę apteki i dalej w kierunku plaży. Kilkadziesiąt metrów przed nią przetniemy drogę, gdzie wyraźnie będzie widać ślady gąsienic koparek (jest bardzo szeroka). Wystarczy skręcić w lewo. Około 10 m od wspomnianego skrzyżowania po prawej mamy nietoperzowe drzewo. Zresztą je usłyszymy. Wystarczy postać w tej okolicy przez kilka minut, żeby zobaczyć wielką gromadę rudawek wielkich oraz podziwiać je w locie. Jest ich naprawdę dużo.


  
Nietoperzowe drzewo
 

A najstarsze drzewo na wyspie? Trudno jednoznacznie określić, które jest tym najbardziej wiekowym, ponieważ kilka z nich zasługiwało na to miano. Na innych wyspach sprawa była dość oczywista, bo takie drzewo wyróżniało się na pierwszy rzut potężnym pniem. Na Bilehfahi znaleźliśmy kilka okazów. Jeden z tych najstarszych znajdował się w tropikalnym lesie na północy wyspy. Wystarczyło iść dostępnymi wąskimi ścieżkami wydeptanymi przez miejscowych, aby natknąć się na potężny figowiec, który od wielu dziesiątków lat wypuszcza system korzeni w kierunku ziemi. Wyglądają jak gąszcz lian oplatających główny pień. W jego okolicy prawie wcale nie dociera światło słoneczne, dlatego musi górować nad pozostałymi roślinami.


 
Jedno z najstarszych drzew na wyspie
 

PIĘKNE PLAŻE I CYPEL

Wcześniej wspomniałem, że do dyspozycji mamy dwie prywatne plaże oraz długi ciąg białego piasku aż po sam cypel. Dodatkowo po drugiej stronie wyspy mamy kolejną, długą plażę. Na wyspie można wyróżnić kilka pięknych plaż:

  • Prywatne plaże Crystal Sea Inn - miejsce odpoczynku jest zacienione dzięki drzewom pandanu i dość młodym palmom. Przed nami rozciąga się bardzo szeroka i turkusowa długa laguna. Kiedy trafimy na dzień z czystym błękitem nieba, turkus wód jest wówczas najintensywniejszy. Wystarczy iść dnem kilkanaście metrów od brzegu, żeby wejść w szeroki pas krystalicznie czystej wody o intensywnym odcieniu. Ten kolor zachwyca. 660 m i 720 m od brzegu znajdują się nieznacznie zatopione sand banki. Jeśli masz kondycję, możesz spróbować do nich dopłynąć. W sezonie są zalane cały czas, ale podczas odpływu tylko na około 30-40 cm. Poza sezonem są okresy, kiedy możemy nawet stanąć na suchym piasku. Pomimo ich zalania warto tam dopłynąć, ponieważ stamtąd mamy rzut na całe północno-zachodnie wybrzeże wyspy. Zobaczymy aż 17 dzikich plaż pooddzielanych krzakami oraz nasze prywatne miejsca odpoczynku z hamakiem i huśtawką. Za nią rozciąga się ponad 500-metrowy pas białego piasku aż po sam cypel. Na naszej prywatnej plaży do dyspozycji mamy drewniane stoły, leżaki, huśtawkę i hamak. Miejsca jest bardzo dużo, a przede wszystkim przez cały dzień nie brakuje cienia. Pamiętajmy, że na Malediwach słońce znajduje się prawie w zenicie, dlatego bardzo łatwo można się poparzyć aż do krwi. Jeśli myślisz o opalaniu, to wystawiaj się na słońce tylko na kilka minut – podobnie jak w miejscach, gdzie jest napisane ‘Nowe lampy’… Gwarantuję, że bez opalania i tak będziesz cały brązowy/-a. Wystarczy, że pływasz w wodzie lub spacerujesz po wiosce lub wybrzeżu, a słońce zrobi swoje. Ja tak właśnie robię. Nigdy się nie opalam ani minuty. Po prostu chodzę, podziwiam, pływam, a zawsze jestem maksymalnie opalony.
     
Prywatna plaża Crystal Sea Inn i wejście na nią prowadzące przez zielone krzaczki 
  • Cypel – jest to najatrakcyjniejsze miejsce wyspy pod względem plażowania oraz fotografowania. Piaski tworzą półkolisty półwysep otoczony krystalicznie czystymi wodami. Te z kolei tworzą trzy wyraźnie oddzielone pasy w odcieniach turkusu, niebieskiego i szmaragdowego w oddali. Każdy pas jest bardzo wyraźnie oddzielony równą granicą. Ten podział wynika z szybko opadającego dna oraz z martwych koralowców, które znajdują się w odległości kilku metrów od linii brzegowej. Najpłytszy pas jest całkowicie przezroczysty, a na dnie widzimy piaszczyste fale. Jeśli popatrzysz na nie z ukosa, to dostrzeżesz jak w przezroczystych falach odbija się szmaragdowy kolor wód z koralowcami. Dzięki temu zjawisku można wykonać efektowne i niepowtarzalne zdjęcia krajobrazowe. Zresztą sam skorzystałem ze wspomnianych okoliczności. A jak wytrzymać kilka godzin na cyplu, który jest całkowicie odsłonięty? Wykorzystaj dwa sprytne triki. Pierwszy to woda. Zabierz ze sobą litr wody do picia. Nie musi być nawet z lodówki. Wykop ręką w piasku dziurę o głębokości większej niż półtora wysokości twojego pojemnika na wodę. Wrzuć go tam, a dziurę przykryj ręcznikiem plażowym. Wewnątrz utrzymuje się stała temperatura o kilka stopni niższa niż temperatura powietrza w cieniu. Będziesz miał pewność, że woda do picia nie będzie się stopniowo nagrzewać. Drugi trik polega na pływaniu lub chodzeniu w lagunie, będąc zanurzonym powyżej linii bioder. Przebywając w morzu, nawet po trzech godzinach nie chce się pić. Organizm jest cały czas chłodzony cieczą, więc nie pocisz się ani nie ma uczucia przegrzania. Tym samym nie powstaje pragnienie. Można się opalać, ale tylko przez kilka minut z powodu gorącego słońca. Później z powrotem wejdź do wody. Nie doznasz szoku termicznego jak na Bałtyku, gdzie takie nagłe wejście do zimnego morza po opalaniu kończyło się w skrajnych przypadkach omdleniami, utonięciem, zawałem serca lub popękaniem naczyń krwionośnych. Na Malediwach laguna ma tylko kilka stopni mniej niż otoczenie, dlatego nie czujemy wielkich różnic temperatur. Czym bliżej brzegu, tym płycizny są bardziej nagrzane. Z tego powodu idziemy trochę dalej, aby się schłodzić. Dla osób umiejących pływać w szczególności polecam popłyniecie z prądem. Wystarczy, że dotrzemy do cypla, a później wrócimy około 50 m lewym wybrzeżem. Tam wchodzimy do wody na środkowy (najbardziej turkusowy pas), po czym dajemy się nieść silnemu prądowi. Wystarczy, że będziemy unosić się na powierzchni wody, a prąd poprowadzi nas wzdłuż brzegu, po czym wyrzuci poza cyplem. Tam docieramy do miejsca, gdzie łączą się masy wód z dwóch lagun, przez co trafiamy do całkowicie spokojnego miejsca, skąd wracamy na brzeg. Z racji silnego prądu, tuż za cyplem powstał dość duży naturalny basen o niebieskich wodach. Regularnie pływa tam ławica większych zielonych ryb, składająca się z kilkunastu osobników. Jest na co popatrzeć.
           
Rajski cypel
  • Plaża i laguna tuż przed cyplem, po drugiej stronie wyspy – ta część słynie z płytkich, ale krystalicznie czystych wód. Jeśli przyjechaliśmy z dziećmi lub nie potrafimy pływać, właśnie tutaj podziwiałbym piękno czystej laguny. Dno zdobią naturalnie utworzone fałdy z piasku, które idealnie komponują się z turkusowymi odcieniami morza. Nieco dalej widzimy dwa kolejne pasy ciemniejszych kolorów. Ile razy byliśmy na cyplu, tyle razy nie zdarzyło się, żeby przyszedł jeszcze ktoś inny. Panowała tam zupełna cisza. Podobnie jest z obiema lagunami w okolicach cypla. Są całkowicie spokojne. Nie bez powodu te rejony wybierają płaszczki. W godzinach porannych mamy największe szanse je zobaczyć.
       
Ponad 400-metrowa plaża prowadząca do cypla
  • 17 dzikich plaż i możliwość przejścia do każdej z nich podczas odpływu – są to zupełnie niewykorzystywane plaże, które znajdują się na prawo od prywatnego miejsca wypoczynku, wciśnięte pomiędzy uschniętymi od słonej wody krzakami. Kilka z nich jest interesujących, ponieważ rosną tam palmy zdobiące okolicę. Do dwóch z nich prowadzą dwie szerokie drogi, z których korzystają miejscowi. Tylko dwa razy widzieliśmy kogoś z mieszkańców kąpiących się w morzu. Jednym z takich miejsc jest przedłużenie drogi prowadzącej do apteki i przychodni. Dalej mamy piękny ciąg palm. Od czasu do czasu przychodzą tam matki z dziećmi, aby spędzić z nimi część dnia. Podczas odpływu wszystkie plaże są ze sobą połączone piaszczystym przejściem, z którego skorzystałem, aby sfotografować całe wybrzeże.
               
Kilka z 17-stu malutkich plaż. Trzeba przyznać, że są urokliwe
 

PŁYWY WÓD

Na Malediwach występuje dobrze widoczne zjawisko przypływów i odpływów, podczas których różnice poziomów wody dochodzą do 70-80 cm w ciągu dnia. Wszystko zależy od pory, kiedy przyjechaliśmy na nasz urlop. W ciągu dnia zjawisko występuje w dwóch cyklach. W 12 godzin mamy pełny przypływ i pełny odpływ. Podczas naszego pobytu o godzinie 6.00 rano był pełny odpływ (plaża wyglądała niczym lotnisko dla awionetek – szeroka i płaska), o 12.00 pełny przypływ – plaża zalana aż do samego klifu, o 18.00 pełny odpływ, ale wody było nieco więcej niż w godzinach porannych podczas wschodzącego słońca, o 00.00 maksymalny przypływ – fale wdzierały się nawet poza klif. Zjawisko potęguje położenie księżyca względem Ziemi. Kiedy przyjedziemy na dłuższy pobyt, zauważymy, że co dwa tygodnie następuje zmiana cyklu pływów. Jeśli rano mieliśmy odpływ, to za pół miesiąca, o tej samej porze będzie przypływ. Sama zmiana pływów trwa półtora dnia. Będąc na Malediwach zawsze mam okazję zaobserwować ten szczegół. W marcu zazwyczaj przypływy są bardzo silne. Na Bilehfahi zabrały część prywatnej plaży, a na końcu tropikalnego lasu dosłownie wyrwały wielkie kawały ziemi ze skałami, co wyglądało, jakby tylko tam przeszło trzęsienie ziemi. Linia brzegowa wyspy cały czas ulega zmianom. Pomimo że widzieliśmy mocne przypływy, to najwidoczniej nie były to najsilniejsze z nich. Skąd mogę wyciągnąć takie wnioski? Z obserwacji krzaków dzielących wybrzeże na 17 plaż, o których już wcześniej wspominałem. Widać, że podczas największego przypływu pomiędzy wodą a uschniętym pasem gałęzi, jakby wyznaczono go od linijki, widniała około półmetrowa szczelina. Skoro gałęzie usychały tam, gdzie zostały zanurzone w słonej wodzie, to znaczyło, że kiedyś musiało jej być jeszcze więcej. Pływy rządzą się swoimi prawami, ale warto je obserwować, bo możemy zaobserwować jak w ciągu jednej doby zmienia się nasze otoczenie.


Zalany cypel podczas przypływu
 

GUEST HOUSE

W chwili, kiedy przebywaliśmy na wyspie dostępny był tylko jeden guest house o nazwie Crystal Sea Inn. Prowadzi go Samir – miejscowy gospodarz. Ma indywidualne podejście do turystów, dzięki czemu czuje się prawdziwy klimat tego miejsca. Jedynym minusem wyspy Bilehfahi jest fakt, że inni również poczuli pieniądz, przez co wielu lokalsów rozpoczęło własne budowy podobnych obiektów. Jeden z budynków – najbliżej położony plaży – jest budowany przez miejscowego i Włocha, który przyłączył się do akcji. Włoch po prostu zainwestował w ten biznes. Kilkukrotnie mieliśmy okazję z nim porozmawiać, stąd wiemy, jak sprawy wyglądają. Crystal Sea Inn znajduje się całkiem w zachodniej części wyspy, dzięki czemu jest na uboczu. Nie ma więc hałasu w najbliższym otoczeniu. Jedynie w godzinach 20.00-22.00, w pobliskiej kawiarni Roni spotykają się miejscowi faceci, gdzie prowadzą głośne rozmowy. Trzeba pamiętać, że ich życie wygląda nieco inaczej, ponieważ mają mocne słońce w ciągu dnia. Wszelkie prace odbywają się tu wczesnym porankiem (jeszcze przed wschodem słońca, a budowy rozpoczynane są tuż po jego zachodzie i mogą się ciągnąć aż do 1.00 w nocy). Najbardziej jednak zaskoczył mnie fakt, kiedy o godzinie 5.30 wychodziłem na wschód słońca, gdzie przechodziłem przez działkę z nowo budowanym domem. A kiedy wracałem z widowiska, to nie było ani ludzi, ani sprzętu, ale nowy mur już stał… To znaczy, że w półtorej godziny przyszła jakaś ekipa, popracowała przez „chwilę”, po czym nagle znikła jak duch – niczym kraby ‘szybkie nogi’.

 

Obiekt Crystal Sea Inn ma tylko 3 pokoje, co dla nas turystów jest z pewnością zaletą oraz własny aneks kuchenny, co w malediwskich obiektach jest niespotykane. W środku do dyspozycji mamy nie tylko wspólną lodówkę, ale również pralkę, wielki czajnik elektryczny o pojemności 4 litrów oraz w pełni wyposażoną kuchnię. Możemy nawet ugotować sobie tam obiad! Goście z Włoch i Francji korzystali z tych udogodnień. My jednak mamy nieco inne podejście, ponieważ mając wyżywienie HB (rano i wieczorem) czuliśmy się zawsze najedzeni. W ciągu upalnego dnia nie chce się jeść. Pokoje są w kolorze białym, co potęguje wrażenie przestrzeni. Nad każdym łóżkiem wiszą ogromne zdjęcia wykonane przez samego właściciela, przez co mają większą wartość. Łazienkę wyposażono w przepływowy podgrzewacz wody, dzięki czemu wykąpiemy się jak u siebie w domu. Najpiękniejsze jest jednak otoczenie przed obiektem, ponieważ wchodzimy przez długi pas kwitnących bugenwilli w trzech kolorach. Wzdłuż murku zbudowanego z koralowców ustawiony jest ciąg kwiatów w doniczkach, a inne rosną bezpośrednio w ziemi. Ta część jest bardzo piękna tak, że fotografowaliśmy ją wielokrotnie podczas różnych warunków. Po obu stronach domu znajdują się sznury do suszenia prania. Na początku dostajemy komplet ręczników do łazienki oraz tych plażowych. Niczego nie brakuje. Śniadania i obiadokolacje serwowane są w drewnianej chatce tuż za murkiem. Chatka jest zbudowana tylko i wyłącznie z naturalnych materiałów: drewno, liście palmowe i bambusy. Nawet stół jest wykonany ze starego drzewa, zachowując jego pierwotne kształty. Nie ma tu kafelek ani innego rodzaju podłogi. Mamy biały piasek taki sam, jak na plaży. Nawet jeśli żona Samira spóźni się ze śniadaniem lub kolacją, to bardzo przyjemnie jest posiedzieć w tym domku, ponieważ mamy z niego widok na okolicę, możemy posłuchać ptaków, czy zobaczyć jak inni miejscowi jadą na swoje ziemie, żeby podlać papaje, czy doglądać budowy.


 
Miejsce, gdzie jedliśmy posiłki

 
Śniadanie w Crystal Sea Inn

        
Guest House Crystal Sea Inn

Ciekawostką jest fakt, że śniadania i kolacje nie są przyrządzane w guest housie. Wszystkie danie są przygotowywane w domu prywatnym Samira, a jego zona i siostra przywożą je na skuterze na drewnianej tacy. Jedna z nich prowadzi maszynę, a druga trzyma w rękach tacę z posiłkami. W ten sposób codziennie dowożą dania do drewnianej chatki. Ma to swój niepowtarzalny klimat. Malediwska kuchnia nie jest różnorodna, dlatego musimy być świadomi faktu, że nie będziemy mieli wyboru jak w restauracjach. Na samym początku naszego pobytu gospodarz zapytał się nas, jakiego rodzaju chcemy dania - czy kontynentalne, czy malediwskie, lokalne. Wybór był oczywisty – wybraliśmy lokalne jedzenie, bo w końcu po to się przyjechało, żeby smakować czegoś innego. Najbardziej charakterystyczne jest śniadanie mas huni, ponieważ jemy je tak jak miejscowi. Posiłek składa się z roshi (tradycyjny malediwski chlebek chapati w postaci placków), na który nakładamy tradycyjną, orzeźwiającą i pożywną sałatkę składającą się z drobno posiekanego wędzonego lub gotowanego tuńczyka, wiórków kokosowych, cebuli, limonki oraz chili. Do tego pijemy gorącą herbatę. Malediwczycy codziennie, przez całe życie jedzą to jedno danie na przywitanie dnia i nigdy im się ono nie nudzi. Nam także, dlatego zamówiliśmy je na okres całego pobytu, żeby każdego dnia czuć ten niepowtarzalny smak, bo tego w domu nie będzie.


Malediwskie śniadanie

 
Mas huni i ciepła herbata do śniadania
 

Żona Samira bardzo się starała, bo nie tylko przygotowywała nam śniadania i obiadokolacje, ale również wymyślała różne desery i dodatki. Widziała, że bardzo nam się podoba na Bilehfahi i że doceniamy tę wyspę, a przede wszystkim, że żyjemy tym miejscem. Nie doświadczyliśmy czegoś, co nazwalibyśmy ‘masowym przerabianiem turystów’. Czułem, że mieliśmy indywidualne podejście. Wszystko, co przyrządzała żona i siostra Samira bardzo nam smakowało. Najczęściej serwowano nam dania na bazie ryżu z kurczakiem, ryb, rzadziej na makaronie, jednak wszystko było doprawione wyśmienicie. Porcje są duże i bardzo sycące. Śniadanie malediwskie jest lekkie dla żołądka, a jednocześnie daje dużo energii, orzeźwia. Przede wszystkim jest bardzo zdrowe. Nie bez powodu nie chcieliśmy sandwich’ów, bo takie możemy przyrządzić u siebie w domu. Tuńczyk jest bardzo cenioną rybą, a w malediwskich warunkach nie trzeba jej nawet kupować. Na porannym łowieniu ryb z łatwością można je złapać, dlatego mamy je z pierwszej ręki, zupełnie świeże. Tą świeżość czuć w każdym śniadaniu. Do obiadów dodawane były pokrojone owoce, takie jak: malediwskie banany, papaje, marakuje, miejscowe czerwone i pomarańczowe arbuzy, rzadziej jabłka oraz desery w postaci budyniów, ciast czy przekładańców na bazie śmietanki. Nie mogliśmy zapomnieć o świeżo wyciskanych sokach przygotowanych na bazie mleka, które były podawane w formie schłodzonego koktajlu. Każdego dnia chwaliliśmy pracę tych dwóch osób, bo w tamtejszych realiach kobiety są w cieniu. Nie widać ich, a wykonują kawał dobrej roboty. Posiłki nie tylko cieszyły oko i smakowały pysznie, ale widziałem w nich wkład, który wkładały w ich przygotowanie. Obiekt Crystal Sea Inn wraz z obsługą spełnił nasze wszelkie oczekiwania, gdzie oczywiście wystawiłem najwyższą możliwą ocenę, bo tylko taka się należała. W części wspólnej budynku, gdzie znajduje się duży telewizor i wystawka z replikami tradycyjnych łodzi i miejscowych wyrobów, dołożyliśmy swoją rękę, ponieważ podczas wycieczek nazbieraliśmy mnóstwo pięknych muszli i koralowców, które wykorzystaliśmy do ozdobienia otoczenia przed wejściem i wspomnianej wystawki. Pozostawiliśmy tam swój ślad.


                         
Jedzenie serwowane na Bilehfahi
 

SKLEPY NA WYSPIE

Wioskę zamieszkuje około 780 osób, dlatego nie spodziewajmy się wielkich sklepów, gdzie zrobimy zakupy. Na miejscu znaleźliśmy 5 lokalnych sklepów. Każdy z nich przypomina mi obiekty z lat 90’ w Polsce, po teoretycznym upadku komunizmu. Do dzisiaj jedni liczą i zapisują w zeszytach, a inni mają program, kasę fiskalną i skaner kodów. Mimo wszystko listę tego, co zostało sprzedane wpisują do dużego zeszytu. A jaki mają asortyment? Znajdziemy tam podstawowe produkty, jak również te, które przydadzą się turyście. Możemy kupić tam: pieczywo, filtry do opalania z ochroną 60 UV, a także szampony Head & Shoulders, wyroby z aloesu łagodzące skutki poparzeń słonecznych, herbatę cejlońską, chrupki, słodycze, ciastka, kosmetyki, przyprawy z Indii oraz wiele innych. Co mógłbym polecić z tych sklepów dla nas – turystów?

  • herbata Akbar (40-45 MVR) – warto przywieźć do domu; my przywieźliśmy 5 pudełek po 100 szt.,
  • filtr do opalania UV 60 – na nasz urlop i warto dokupić jedno opakowanie, żeby zabrać do domu. Emulsja nie jest oleista i szybko się wchłania; jest idealna dla facetów,
  • ciastka Crisp More (te niebieskie) na plażę,
  • ciastka przekładane nadzieniem cytrynowym – na plażę
  • suche ciastka Marie – na plażę
  • chrupki o smaku kałamarnicy Miaow Miaow – na plażę,
  • lody Magnum – podczas wieczornego spaceru po wiosce, kiedy jest już ciemno
  • Herra Panna – przyprawa odświeżająca oraz dodawana do kawy i herbaty – potocznie nazywana przez nas ‘sproszkowanym Hitlerem’ ze względu na puszkę z motywem swastyki.
Lokalny sklep

W środku sklepu spożywczego

    
 
Towar w sklepach

Idąc na plażę, warto pamiętać o zamykanym pudełku plastikowym, ponieważ kiedy tylko wejdziemy do wody, przylecą wrony, żeby sprawdzić czy można nam coś ukraść. Jak już wspominałem, one potrafią wyciągać rzeczy z toreb czy kieszeni plecaków.

Ciekawostką jest fakt, że w sklepach miejscowi mogą sobie kupić rury do nawadniania upraw, żyłki, sztuczne ryby jako przynęty, buty, klapki, kosmetyki wszelkiego typu, żele do włosów, przybory do szkoły, zeszyty, koronki, akcesoria do szycia, materiały, z których można uszyć ubrania (na wyspie działa dwóch krawców i każdy z nich jest mężczyzną) oraz narzędzia. Pod względem towaru lokalne sklepy przypominają polskie Żabki, tyle tylko, że jeszcze mają artykuły przemysłowe do wyboru. Pamiętajmy, że jeśli spodoba nam się jakiś materiał, koronki lub inne rzeczy sprzedawane na jednostkę miary, podawajmy im wynik w calach. 1 m = 39 cali, 2 m = 78 cali. Malediwy podlegały pod Imperium Brytyjskie przez wiele długich lat. Niepodległość ogłosili dopiero w roku 1965 roku. Stąd też system miar imperialnych oraz lewostronny ruch drogowy jest pozostałością po wpływach Brytyjczyków. Pamiętajmy również, aby podczas Ramadanu nie jeść w ciągu dnia na terenie zabudowanym, a także w towarzystwie lokalnej ludności. Jako że mieliśmy noclegi z wyżywieniem HB, nie potrzebowaliśmy dokupować produktów na obiad. Na plaży zazwyczaj jedliśmy dla smaku jakieś chrupki lub ciastka.


Sklep na Bilehfahi

 
Akcesoria na plażę :)

 

CO ROBIĆ NA BILEHFAHI?

Kto nie był na Malediwach, ten z pewnością będzie miał błędne wyobrażenie o tym kraju. Zazwyczaj od takich ludzi słyszę: ‘a co ty tam będziesz robić przez tyle czasu?’, ‘Malediwy są dla zakochanych, tam się tylko leży na plaży, bo nie ma tam nic więcej’. Wówczas odpowiadam: ‘nic bardziej mylnego!’. Malediwy to nie wyspy dla zakochanych, choć również takie mogą być, a miejsce dla miłośników przyrody, pięknych krajobrazów oraz aktywnego wypoczynku. Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby uprawiać jakiś sport na miejscu. Jednym z wielu punktów, które są do zrobienia na wyspie jest zwiedzanie całej wioski, przebywanie na wszystkich plażach, snurkowanie, podziwianie życia podwodnego, szukanie drzewa nietoperzowego, wędrówki tropikalnym lasem, smakowanie lokalnych owoców, łowienie ryb (wieczorne, a teraz doszło poranne), podziwianie wschodów słońca, pływanie w turkusowych lagunach, szukanie sand banków, czy cieszenie oczu krystalicznie czystymi wodami o różnych odcieniach tworzącymi wyraźne pasy w okolicach cypla, które zazwyczaj są na wielu wyspach. Zawsze powtarzam, że wyjazd na Malediwy musi być świadomy, a nie podjęty pod wpływem emocji, bo się dobrze „sprzeda” na Facebooku. Jak możesz zobaczyć, byłem kilka razy na Malediwach (zbliżam się do dwucyfrowej liczby), a jednak ani razu nie pochwaliłem się tym w mediach społecznościowych. Dlaczego? Bo nie jadę tam w celu „podnoszenia” swojego ego, chwalenia się, czy pokazywania jak mi się dobrze żyje. Poszukuję ciszy, niepowtarzalnej przyrody, turkusowych wód i rajskich miejsc. Jedyne, co robię, to piszę przewodniki na bloga, którego teraz czytasz. W dzisiejszych czasach większość ludzi i tak nie przeczyta tego tekstu, bo jest za długi. Wolą obrazki i krótkie, szybko znikające treści w gąszczu innych śmieci. Z tego względu piszę dla ambitnych podróżników, którzy wiedzą czego poszukują. Choć takich osób jest zdecydowana mniejszość, to właśnie do nich chcę trafiać, docierać, bo nie zarabiam na artykułach. Od masowego przekazu są media społecznościowe, gdzie użytkownicy często muszą się dowartościowywać, żeby ktoś ich zauważył, poświęcił im uwagę. Tam jednak trwa zazwyczaj niekończący się „konkurs” własnego ego i chwalenia się tym, jak dobrze wiedzie się im w życiu lub napędza ich chęć pokazania, że mają lepiej niż sąsiedzi/znajomi. Tego nie potrzebuję, stąd Malediwy lokalnie są dla mnie idealnym miejscem na urlop, bo wiem czego chcę. Teraz co nieco opowiem o każdej z atrakcji. Inne zostały omówione powyżej.

 

1. WĘDRÓWKA PO BILEHFAHI

Na pierwszy rzut oka może wydawać Ci się, że wyspę można przejść w kilkanaście minut i będzie po temacie. Nam jednak zajęło to kilka dni. Dlaczego? Ponieważ wyspa składa się z kilku „warstw”. Można podzielić ją na: wioskę, las tropikalny, piękne plaże i laguny, miejscową przyrodę. Jeśli lubisz wyszukiwać szczegóły, to Bilehfahi Cię wciągnie. Przechodząc przez wioskę zobaczysz wiele domów zdobionych bugenwillami i innymi kolorowymi kwiatami. Dodatkowo poobserwujesz życie mieszkańców, a wielu z nich uśmiechnie się do Ciebie i przywita. Drugą warstwą jest las tropikalny. Szliśmy do niego kilkukrotnie, gdzie za każdym razem spędzaliśmy w nim kilka godzin. Zawsze dostrzegaliśmy w nim coś nowego: a to znaleźliśmy miejsca z piękną grą świateł i cieni palmowych liści, a to odkryliśmy nową ścieżkę, usłyszeliśmy egzotyczne ptaki, czy mieliśmy okazję przejść aleją z pochylonymi palmami. A plaże? Koniecznie trzeba odwiedzić je wszystkie. Ich odkrywanie daje wielką frajdę, bo 17 z nich, o których wspominałem już wcześniej są dostępne tylko podczas odpływu. Musisz więc zaplanować odpowiednią porę dnia, aby zobaczyć je wszystkie. Na wielu z nich mamy wrażenie, że nikt nigdy tam nie był, ponieważ wszystko jest w stanie nienaruszonym. Widać tylko działanie sił natury – głównie fal morskich. Nie zobaczymy na nich udziału ręki człowieka. A znane plaże ciągnące się aż po cypel? Tam również nie spotkaliśmy innych ludzi. Były całkowicie puste. Oprócz opalania się i pływania zwracaj uwagę na kraby jak kopią dziury, żeby schronić się przed słońcem, jak wchodzą i wychodzą z nich bokiem, jak szczypcami zbierają pożywienie; przyglądaj się nietoperzom, ponieważ po godzinie 18.10 jeden z nich regularnie przylatuje na prywatną plażę, po czyn zawisa na niskim drzewie obok nas. Dosłownie przelatuje nad naszymi głowami.


 
   
Domy zdobione kwiatami

    
Życie na Bilehfahi

 
Tropikalny las - palmowa aleja

Gra świateł i cieni w tropikalnym lesie 

 
Krzyżujące się liście zapewniają cudne widowisko

   
Niesamowite otoczenie wokół cypla

   
W takich wodach koniecznie trzeba popływać

Spacerując po wyspie popatrz na drzewa pandanowe i ich owoce. Są większe niż ananasy. Przybierają intensywnie czerwony kolor, dlatego są widoczne nawet z daleka. Jednak są trudno dostępne dla zwierząt, bo zarówno pień jak i liście pokrywają kolce. Każdy pandan jest otoczony kulistą formacją kolczastych liści. Tylko człowiek ma możliwość podebrania owocu od spodniej strony, omijając tym samym wszelkie „zabezpieczenia”. Pandanowiec ma wyjątkową budowę, ponieważ pień, gałęzie i sam owoc są włókniste. Tylko z zewnętrznej strony pień jest zdrewniały. Jego środek wypełniony jest licznymi „włoskami”. Podobnie jest z owocem, który wykorzystuje się do produkcji kosmetyków, a także do celów leczniczych. W szczególności upodobały go sobie wrony i kraby, stąd jest cennym łupem, jeśli samoistnie opadnie z drzewa. Zazwyczaj spada w kawałkach, a nie jako cały owoc. Idąc w kierunku cypla popatrz na piękne pasy kolorów wody w obu lagunach oddzielonych wyraźną granicą. Na koniec wyspy podejdź kilka razy podczas całego pobytu, ponieważ każdego dnia mamy inne światło, pomimo słonecznej pogody, przez co barwy są inne. Jednym razem laguna przyjmie szmaragdowe odcienie (podczas mętnego błękitu nieba), a innym razem będzie intensywnie turkusowa jak z folderów biur turystycznych. Obowiązkowo przyglądaj się krabom i ich pochodom w porze późno popołudniowej. Kraby pustelniki przemierzają plażę wzdłuż granicy fal na plaży, tworząc długi na kilkaset metrów sznur. Jeśli jesteś wrażliwy na takie szczegóły, to wyspa na pewno Cię pochłonie i dosłownie wciągnie. Dlatego zawsze powtarzamy – Malediwy nie są dla każdego. Jeśli lubisz imprezy, alkohol i cywilizację, wybierz Tajlandię. Tam znajdziesz wszystko. Malediwy są dla ludzi, którzy szukają spokoju z dala od masowej turystyki.


Pandan dojrzały i niedojrzały na jednej gałęzi
 

Po kolacji koniecznie wybierz się z latarką na plażę, połóż się na leżaku lub na piasku i podziwiaj rozgwieżdżone niebo. Widok naprawdę „wgniata” w ziemię, bo jeśli nie mamy pełni księżyca oraz trafimy na wysoką przejrzystość powietrza, to ujrzymy długi pas Drogi Mlecznej, czyli białe skupiska gwiazd tworzących linię aż po horyzont. Patrząc w morze, gdzieś daleko dostrzeżemy samotną, czerwoną lampę. W czerni rozlanej niczym mgła, dojrzymy, że to światełko ucieka nawet o kilka metrów w prawo, po czym nieregularnym ruchem wraca na swoje miejsce. To nie żadne UFO ani coś nieznanego, a ciekawe, wytłumaczalne zjawisko. Wyspa Bilehfahi jest otoczona lagunami. Na ich obrzeżach znajduje się naturalna skalista granica, na której podbijane są fale. W nocy ich nie widzimy, ale za to słyszymy je bardzo wyraźnie. Właśnie na nich przemieszcza się to czerwone światełko. Jako że są one w ruchu, to i lampka wydaje się poruszać, ponieważ jej światło odbija się od ruchomej wody zmieniającej położenie. Wyspa, na której świeci wspomniana lampa znajduje się ponad 15 km od nas. Odległość jest na tyle duża, że jeśli staniesz na plaży na wysokości poziomu morza, to nie zobaczysz jej wcale, ale kiedy wejdziesz na piaski tworzące plażę (klif o zmiennej wysokości – zazwyczaj około 70-90 cm, to wówczas dostrzeżesz czerwone światło. Na tym polega piękno Malediwów – wyszukujemy szczegóły, drobiazgi oraz to, co jest inne niż w naszym codziennym życiu.


Pełnia księżyca na nocnej plaży
 

2. WIECZORNE ŁOWIENIE RYB

Jeśli myślisz, że to nie jest zajecie dla Ciebie, bo nigdy nie łowiłeś ryb, to witaj w klubie. Ja też nie przesiaduję w Polsce nad stawami, nie obalam flaszek z kolegami, gdzie wędka jest tylko pretekstem, żeby się wyrwać z domu. Jak wygląda tutejsze łowienie ryb wieczorem? Wypływamy starą rybacką łodzią poza obrys laguny naszej wyspy – nieco na głębsze wody. Nie mamy żadnej wędki. Dostajemy jedynie krążek z 200 m żyłki, na końcu której przywiązuje się ołowiany ciężarek rozmiaru 4, a nieco dalej haczyk. Miejscowy nabija nam na niego kawałek mniejszej ryby na przynętę. Naszym zadaniem jest rozwijać żyłkę aż dotknie dna, a później nawinąć jej jeden metr, aby kawałek mięsa mógł utrzymywać się w wodzie. Wystarczy kilka chwil, a pierwsze ryby zaczynają brać. Kiedy poczujesz lekkie szarpnięcie lub jakikolwiek ruch, pociągnij energicznie żyłkę do siebie, po czym zacznij ją wciągać bez zwijania. Niech jej nadmiar odkłada się na pokładzie łodzi. W ten sposób sprawisz, że zdobycz nie wyrwie się z haczyka. Emocje są duże, ponieważ ryby łowi kilka osób i każdy coś łapie. Mi na samym początku udało się złowić dużą, zieloną rybę. Najczęściej jednak wyciągamy z morza red snapera lub red groupera. Według mnie, obok wahoo są to dwie najsmaczniejsze ryby na całych Malediwach. Podczas tej wycieczki mamy szczęście, że łapiemy je jak coś pospolitego. Wyłowione ryby są przygotowywane przez gospodarza na kolację dnia następnego. Red snapery i groupery najlepiej smakują z grilla. W polskich sklepach nie ma podobnych ryb. Tutaj z kolei mamy je świeże – z pierwszej ręki, bo złowiliśmy je sobie sami. Przy okazji warto wziąć ze sobą aparat, ponieważ oprócz głównego celu wyprawy możemy spotkać delfiny, które bardzo często pływają w okolicach Bilehfahi, a także powstaje niepowtarzalna możliwość podziwiania zachodu słońca z poziomu morza, gdzie wyspa staje się tłem. Opisywane widoki zapadają głęboko w pamięć.


  
 
  
Wieczorne łowienie ryb

3. PORANNE ŁOWIENIE RYB

Nigdy nie byłem na podobnej wycieczce, dlatego koniecznie chciałem spróbować oraz sprawdzić, czym się różni od wieczornego. Miejscowi mówili, że rano głównie płynie się po tuńczyki i najbardziej cenioną rybę na Malediwach – tuńczyka żółtopłetwego. Charakter wyprawy jest nieco inny. Płyniemy nową łodzią przystosowaną do łowienia grubszych ryb. Znajdują się na niej cztery uchwyty na wędki za krzesłami i sześć uchwytów wbudowanych w burtę. Podczas tej wycieczki ryby łowimy za pomocą profesjonalnych wędek. Miejscowy przygotowuje je tak, żeby spławik wraz ze sztuczną rybą płynął daleko od łodzi, po czym utrzymuje prędkość 17-18 km/h. Łódź musi być cały czas w ruchu, aby sztuczna przynęta poruszała się tuż pod powierzchnią wody. Jako że jest kolorowa i błyszczy w słońcu, ryby dość szybko dają się nabrać na ten trik. Wystarczyło, że płynęliśmy 5 min, a już dopisało mi szczęście. Poczułem silne szarpniecie, po czym bębenek zaczął automatycznie popuszczać żyłkę. Kiedy przejąłem wędkę, rozpocząłem nawijanie żyłki. Czułem duży opór, dlatego miejscowy pokazał mi w jaki sposób mam sobie poradzić. Koniec wędki miałem oprzeć o lewą część brzucha, nieco ją wbijając. Następnie trzeba było ją unieść, po czym szybko opuszczać. W tym momencie zwijałem żyłkę. Bęben ma wbudowaną przekładnię, dlatego jeden obrót korby przekłada się na kilka obrotów bębna. Dzięki temu w szybki sposób możemy nawijać duże ilości żyłki. Po dłuższym siłowym nawijaniu, okazało się, że złapałem… tuńczyka żółtopłetwego! Od razu miałem idealny start. Okaz można zobaczyć na zdjęciu poniżej.


Tuńczyk żółtopłetwy
 

Dodatkową atrakcją był dla mnie wschód słońca. Tego dnia powietrze miało bardzo wysoką przejrzystość, dlatego tarczę słoneczną widzieliśmy od samego horyzontu. Kilka minut po wschodzie pomarańczową kulę przecinały dwa bardzo cienkie pasy wąskich chmurek, co przyczyniło się do niesamowitego widowiska. Dzięki temu, że miałem ze sobą lustrzankę z dużym powiększeniem optycznym a nie cyfrowym, to mogłem w bezstratny sposób wykonać bardzo dobrej jakości zdjęcie. Rzecz jasna, łowienie ryb nie dobiegło końca. Po wschodzie próbowaliśmy dalej. Szczęście nie odpłynęło od nas, bo za kolejnych kilka minut złapałem drugą rybę. Tą samą metodą wyciągnąłem srebrnego tuńczyka. Jest także ceniony przez miejscowych, bo używają go do malediwskich śniadań. Później złapałem jeszcze jedną taką samą rybę. Jak bardzo ceniony jest tuńczyk z żółtymi płetwami, najlepiej widać po reakcji lokalsów. Ich także ogarniają jednakowe emocje, pomimo że z pewnością złowili go wiele razy w swoim życiu. Na tym etapie byłem już bardzo, ale to bardzo zadowolony z naszej wycieczki. Jednak za chwilę, blisko nas, pojawiło się stado delfinów. Dosłownie przypłynęły pod naszą łódź, gdzie po obu stronach towarzyszyły im inne delfiny wyskakujące z wody. Widowisko było cudne! Wycieczkę rozpoczynamy o 5.40 w porcie, a kończymy po 7.15 rano. Wynika to z aktywności tuńczyków w głębszych wodach. Co ciekawe, w trakcie krążenia łodzią na morzu srebrne tuńczyki pływały w ławicach wyskakujących z wody podobnie jak delfiny!


Cudny wschód słońca

 
Delfiny w trakcie łowienia ryb
 

3. WYCIECZKA NA WYSPĘ HURASFARU

Jeśli chcemy poczuć się totalnie samotnie, gdzie nie ma nawet lokalnych ludzi, polecam wybrać wycieczkę na tę wyspę. Jest to miejsce oddalone od Bilehfahi o 23 km. Można powiedzieć, że wyspa ma kształt bardzo długiego sand banku, gdzie po środku mamy zieleń, ale nie palmy. Hurasfaru wyróżnia się obłędną, turkusową laguną, która posiada dwa płytkie przejścia wysunięte w morze. Dzięki obu podwodnym szlakom można popatrzeć na dużą część Hurasfaru z odległości ponad 100 m. Widok jest niesamowity, kiedy spojrzysz na pasy kolorów tworzących lagunę. Kolejną cechą tej wyspy jest cypel, w pobliżu którego się zatrzymujemy. Gospodarz i właściciel łodzi wkopują duży parasol w piasek, a także rozstawiają krzesła i stół. Mamy też lodówkę turystyczną z bardzo zimnymi napojami oraz obiad, który zjemy w pięknych okolicznościach przyrody. Mając sporo czasu, możemy iść wzdłuż wyspy. Nawet w sezonie nikogo nie spotkaliśmy. Panowała zupełna cisza. Z racji, że Hurasfaru jest oddalone od zamieszkanych wysp, a turystów z innych miejsc po prostu nie ma, na plażach znajdziemy piękne koralowce, duże muszle jak z Karaibów oraz inną naturalną „biżuterię”. Chociaż nie możemy zabrać ich do domu, to zbieraliśmy te największe „krzaczki” koralowe i muszle, po to, żeby przywieźć je do naszego guest house na wystawkę. Wielkie wrażenie z pewnością zrobi wędrówka w głąb wyspy. Przez kilkadziesiąt metrów pójdziemy piaszczystą plażą położoną około 1 m nad poziomem morza. Całą atrakcją jest widok na nią, gdzie patrzymy na wąskie przejście o szerokości 3-10 metrów, dzięki czemu po obu stronach widzimy piaszczyste klify, skąd patrzymy na dwie laguny jednocześnie. Za wąskim pasem Hurasfaru zaczyna się rozszerzać. Pojawia się nawet zielona roślinność w postaci krzaków.

 

Jako że wyspa jest bezludna i nikt nią nie zarządza, to niestety morze wyrzuca na brzeg mnóstwo plastiku. Wystarczy jedna noc, aby wzdłuż linii brzegowej pojawiło się mnóstwo plastikowych butelek. Jest to odwieczny problem Malediwów, który na początku wymaga zmiany mentalności lokalnej ludności. Niestety oni mają typowo azjatycki styl, czyli: zjeść, wypić, wyrzucić w krzaki. W jednym z najszerszych miejsc Hurasfaru znajduje się nawet mały szałas piknikowy, jednak miejscowi nie zadbali, żeby go oczyścić. Nasz gospodarz na szczęście zabrał wszystkie opakowania po naszym obiedzie. Pomimo wspomnianego problemu, wyspa ma kilometry pięknych, piaszczystych, białych plaż. To właśnie one przyciągają najbardziej. Podziwiając krajobrazy nie musimy się martwić, że na każdym kroku będziemy mieli śmieci. Na szczęście w większości wybrzeże jest czyste. Turkusowa laguna znajdująca się po drugiej stronie przyciąga jak magnes. Dodatkowo tuż przed nią znajdują się turkusowe oczka wodne, które nazwałem prywatnymi jacuzzi. Dosłownie wyglądają, jak mały, okrągły basen pośrodku ciemniejszych stref. Cała wycieczka bardzo nam się podobała, ponieważ mogliśmy na niej zobaczyć przepiękną turkusową lagunę z pasami koralowców przecinającymi nią na kilka części, zebrać cudne krzaczaste koralowce, duże muszle jak na Karaibach, a także zjeść obiad, mając widok na cypel oraz dwie laguny jednocześnie. Wędrówka wzdłuż wybrzeży była bardzo piękna. Wszędzie mieliśmy rajskie widoki.


         
Plaże Hurasfaru

  
Hurasfaru i piknik na plaży
 

4. INNA WYSPA LOKALNA – KANDITHEEM

Jest to jedna z dwóch wysp, które można zwiedzać z Bilehfahi. Aktualizacja na pierwszy kwartał roku 2026: z racji wojny w krajach Zatoki Perskiej i zwiększonych kosztów za paliwo nie odwiedza się sąsiada Kanditheem - Goidhoo (na Malediwach cena ropy wzrosła o 100%).

Wybrana przez nas wyspa była na swój sposób wyjątkowa, ponieważ nie znajdziemy tam bazy noclegowej dla turystów. Jak się dowiedziałem od naszego gospodarza Samira – Kanditheem była jego drugim domem przez 5 lat, ponieważ tutaj chodził do szkoły średniej. Miło wspomina tamten okres, stąd z wielką chęcią zorganizował ten wyjazd. Wycieczkę wyobrażałem sobie w ten sposób, że zawiozą nas do portu, dadzą kilka godzin na zwiedzanie okolicy, po czym przypłyną po nas łodzią. Jednak tutaj wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Samir najpierw zgłosił nasze przybycie na wyspę tamtejszym władzom w ich urzędzie. Kiedy przypłynęliśmy do portu, przyjechał po nas lokalny mieszkaniec elektrycznym pojazdem buggy, jakim odbiera się turystów przybywających na urlop. Mieliśmy zatem miejscowego przewodnika. Powiedział nam, że Kanditheem posiada 4-kilometrową, utwardzaną drogę, którą poprowadzono dookoła wyspy. Mieliśmy nią pojechać i zobaczyć wszystkie najciekawsze punkty na Kanditheem. Pierwsze, na co zwróciliśmy uwagę to fakt, że z portu wychodzi się przez wielką bramę w kształcie miecza o przedłużonej rękojeści. Zdziwiłem się, że na Malediwach akurat w taki sposób ozdobiono główne przejście. Zacząłem nawet się zastanawiać czy prowadzono na tej wyspie jakieś walki, ale w internecie nie znalazłem nic o historii tego regionu. Na charakterystycznych huśtawkach podwieszonych na rozłożystym drzewie siedziało kilka miejscowych kobiet. Byliśmy dla nich atrakcją, bo niecodziennie mogą zobaczyć białego człowieka.


Witamy na Kanditheem
 

Kiedy przyjechał lokalny przewodnik, wsiedliśmy do elektrycznego buggy, którym woził nas, korzystając z obwodnicy Kanditheem. Początek trasy mocno zaskakiwał, ponieważ pomimo że na lokalnych wyspach nie ma dróg asfaltowych, to tutaj była szeroka, utwardzana ulica dwukierunkowa, gdzie każdy pas ruchu oddzielały młode drzewka i kwiaty. To coś niespotykanego na innych odwiedzonych przeze mnie wyspach, a zwiedziłem ich już około 15. Nieco dalej dotarliśmy do obwodnicy. Najpierw podziwialiśmy lokalną roślinność i kwiaty w zaroślach, mijając je po drodze. Za niedługo zatrzymaliśmy się na jednym z punktów widokowych ponad koronami drzew. Koniecznie trzeba dodać, że Kanditheem jest wyspą dla lokalnej ludności, gdzie na weekend lub dłuższe wolne przybywają Malediwczycy z innych wysp spragnieni odpoczynku. Cała infrastruktura, którą później zobaczymy jest zbudowana z myślą o nich. Jedną ze wspomnianych jej elementów jest konstrukcja, na którą za chwilę mieliśmy wejść. Gdzieś w środku lasu było widać taras widokowy w koronach drzew (Bunbaru Deck). Kiedy płynęliśmy na tę wyspę, widzieliśmy jakiś pomost pośród palm i innych drzew, ale nie przypuszczaliśmy, że tam pójdziemy. Na taras prowadziły schody, a później wąski chodnik z barierkami. Na jego końcach znajdowały się dwa punkty widokowe. Ten po prawej był mniejszy, ale dawał rozległy widok na płytką lagunę pełną obumarłych koralowców. Mimo wszystko, warto zobaczyć to miejsce.


Taras widokowy z siedzeniami oferujący dwa punkty, z ktorych mozna zobaczyć obie strony wyspy i dwie laguny
 

Drugi z punktów jest o wiele ciekawszy, ponieważ mamy nie tylko cudną panoramę na lagunę, ale również na sąsiednią wyspę oraz piękną linię brzegową. Dodatkowo na dnie płytkiej laguny, w podwodnych zaroślach wykonano równy napis KANDITHEEM. Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś podobnego na innych wyspach. Mogliśmy stąd dostrzec przejście do małej wysepki o nazwie Kudadhoo w postaci piaszczystego nasypu. Właśnie tam mieliśmy pójść dalej. Punkt widokowy, z którego oglądaliśmy wspomniane widoki jest dobrze przygotowany. Podłogę wykonano z drewna oraz wyznaczono przestrzeń wypoczynkową z charakterystycznymi, malediwskimi leżakami i stolikiem. Dowiedzieliśmy się, że poza okresem Ramadanu miejscowi przychodzą tu odpoczywać lub nawet zjeść śniadanie. Jako że plaża pod tarasem i w jego okolicy nie jest wykorzystywana do kąpieli, nawet w środku dnia z łatwością wypatrzymy na niej duże kraby – większe niż na Bilehfahi. Zawsze kojarzą mi się one z rajskimi miejscami, ponieważ są ich stałym elementem. Gdybym był mieszkańcem Kanditheem, również korzystałbym z takiej atrakcji. Schodząc z chodnika w koronach drzew przeszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej – na połączenie pozwalające przejść na małą wysepkę. Z wąskiej, piaszczystej wydmy możemy obserwować czaple na plaży oraz podziwiać dwie laguny. Nieco brakuje turkusowych wód, ale przewodnik ostrzegał, że Kanditheem nie ma potencjału turystycznego ze względu na kamieniste plaże i laguny. Tutaj przyjeżdża się oglądać innego rodzaju widoki. Przechodząc na małą wysepkę Kudadhoo widzieliśmy, że poza krzakami i palmami nic na niej nie ma, a jednak dokądś prowadziły dwie ścieżki. Wybraliśmy obie, aby sprawdzić co się znajduje na ich końcach. Warto było, bo wybierając lewą, dotarliśmy do niewielkiej turkusowej laguny, gdzie kiedyś próbowano otworzyć centrum sportów wodnych. Dzisiaj pozostało tam jedynie podupadające molo wraz z wielką, białą poduszką, którą zarastają glony. Mimo wszystko, sama płycizna zachęca do kąpieli z racji czystości wód.


 
Wielki podwodny napis z nazwą wyspy

 
 
Widok na obie laguny
 

Wybierając prawą ścieżkę, po kilkudziesięciu krokach docieramy do tajemniczego starego lasu, złożonego tylko i wyłącznie z bardzo wiekowych krzewów. Nie występują tu wysokie drzewa. Krzewy są powyginane. Na miejscu od razu czuć, że minął spory kawał czasu. Można dowiedzieć się, że tutaj znajdował się jakiś podziemny schron, który obecnie regularnie zalewają wody morza podczas dużych przypływów. Schron ma nazwę Feeboa Valhugandu. Obecnie go nie zobaczymy, ponieważ niegdyś jedynie widniało małe przejście pod ziemię. Teraz zostało zasypane. Obok znajdował się cmentarz, co mogłem zobaczyć na zdjęciach innych podróżnych sprzed kilkunastu lat. W dzisiejszych czasach nie ma śladu po nagrobkach. Zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz, która jednocześnie tłumaczyłaby, dlaczego wspomniane oba punkty zupełnie zniknęły. Kiedy spojrzymy na bardzo stare krzewy, przychodzi myśl, że przecież musiały mieć dziesiątki lat czasu, żeby mogły takie wyrosnąć. Jednak, gdy do środka wyspy zaczęła się wdzierać słona woda z morza, te zaczęły usychać, podobnie jak krzaki wzdłuż linii brzegowej przy 17-stu plażach na Bilehfahi. Na Kudadhoo obserwowaliśmy dokładnie to samo zjawisko. Skoro wiekowe krzewy obumierały tylko w jednym miejscu, ponieważ wyrosły na dość rozległym zagłębieniu terenu, to znaczy, że poziom wód musiał się zwiększać dopiero kilka lat temu na tyle, żeby fale mogły wdzierać się do środka lasu. To by tłumaczyło, dlaczego wcześniejsi turyści widzieli cmentarz i wejście do schronu podziemnego, a obecnie obu wspomnianych punktów nie ma. Dla kogoś z pewnością będą to zwykłe krzaki, ale jeśli obserwujesz świat przyrody, to możesz pokojarzyć znacznie więcej rzeczy. Można z nich wyczytać jakiś fragment historii.


 
Stary las złożony z krzewów na Kudadhoo

Niestety trzeba przyznać, że w lesie na Kudadhoo najbardziej widać azjatycką mentalność, ponieważ w zaroślach widzimy mnóstwo śmieci. Część z nich pozostawili mieszkańcy Kanditheem, a inne z pewnością przyniosły fale morskie, ponieważ te dookoła wyspy miały wyjątkową siłę. Wystarczy, że poszliśmy kilka kroków dalej, a wyszliśmy ze starego lasu na skalisty brzeg. Słyszeliśmy, że gdzieś rozbijają się duże masy wody, a teraz mogliśmy zobaczyć o co chodzi. Niedaleko od linii brzegowej znajdowała się granica płytkiej laguny pełnej obumarłych koralowców, za którą dno nagle opadało, tworząc głębiny. Taki nagły uskok w połączeniu z silnymi prądami i przypływem przyczyniały się do powstawania wysokich fal, które można by było wykorzystać do serfowania. Rozbijały się ciężkimi uderzeniami, a ich impet wpychał wodę na ląd. Nie bez powodu w zagłębieniu pomiędzy wiekowymi krzewami tworzyły się słonowodne kałuże. Wracając z malutkiej wyspy Kudadhoo ponownie stanęliśmy na piaszczystym przejściu. Teraz słońce wyszło zza małej chmury, dzięki czemu laguny po obu stronach nabrały kolorów. Nawet zobaczyliśmy dwie czaple z bliska i dużego kraba idącego plażą. Kolejnym etapem wycieczki był drugi punkt widokowy o nazwie Nikamathi. Jest to węższa platforma, ale znacznie wyżej położona. Prowadzą na nią kręte schody wijące się dookoła drzewa. Docieramy nimi do punktu widokowego z drewnianą podłogą, gdzie również mamy leżaki, stolik i nawet dwie huśtawki. Podobnie jak na Bunbaru Deck, miejscowi przychodzą tu spokojnie rozpocząć swój dzień. Z mojego punktu widzenia fajnie, że władze przyczyniły się do powstania podobnych miejsc. Z tarasu mamy boczny widok na lagunę z napisem KANDITHEEM oraz małą wysepkę Kudadhoo. Widok w ramce z zielonych gałęzi jest ładny. Jedynie brakowało, żeby się napić czegoś schłodzonego z lodówki. Pewnie taka atrakcja byłaby zorganizowana dla nas, gdyby nie Ramadan, podczas którego miejscowi poszczą. Nie mogą jeść ani pić od wschodu do zachodu słońca. Stąd również my nie piliśmy ani nie spożywaliśmy niczego przy nich. Zawsze szanujemy zasady kraju, do którego przybywamy.


   
Duże surferskie fale blisko wybrzeża Kudadhoo

Taras widokowy z poziomu ziemi

 
Drugi taras widokowy

   
Widoki z tarasu drugiego
 

Nieco dalej, w okolicach zamieszkanej części, zatrzymaliśmy się przy Rose Park by Reunion. Jest to niewielka plaża z potężnym drzewem na środku, z podwieszonymi huśtawkami. Dodatkowo rozstawiono tu stolik i leżaki ułożone w kwadrat. Lokalni mieszkańcy mają kolejny dobry punkt na odpoczynek. Jadąc dalej przewodnik zmienił kurs. Postanowił przeciąć wyspę, korzystając z dwupasmowej ulicy, po czym w okolicach portu wjechaliśmy na obwodnicę. Tym razem jechaliśmy w przeciwnym kierunku tak, abyśmy przejechali przez cały las tropikalny. Dzięki temu zobaczyliśmy niesamowite i rozległe uprawy bananów. Drzewa te są intensywnie zielone, a z racji, że owocami interesują się nietoperze, wiele z dojrzewających kiści było owiniętych w czarną, prześwitującą siatkę. Za wielkimi plantacjami przejeżdżaliśmy przez ogród kaczek o nazwie Duck Kanditheem. Nawet miejscowi wystawiają opinie stwierdzające fakt, że kaczki tu nie występują. W każdym razie w okolicy mamy słodkowodny, podłużny staw wśród palm kokosowych. Dla samego widoku warto go zobaczyć, kiedy już jesteśmy na Kanditheem. Jadąc kilkaset metrów dalej docieramy do najpiękniejszego miejsca całej wyspy – plaży Akuru. Białe piaski i turkusowa woda od razu przyciągają wzrok. Nie bez powodu w jej okolicach spędziliśmy najwięcej czasu. Wokół plaży jest przygotowana cała infrastruktura dla odpoczywających. Mieliśmy w pewnym sensie szczęście, ponieważ trafiliśmy na okres Ramadanu, gdzie nie było ani jednej osoby, podczas gdy codziennie przybywa tu od 80 do 150 osób. Dzięki idealnemu spokojowi mogliśmy sfotografować najpiękniejsze widoki w totalnej ciszy.


     
Park Rose Park by Reunion

 
Stare drzewo w parku Rose Park by Reunion

 
Nieudana plaża dla turystów

Nieudana plaża dla turystów
 
 
Lokalny park krajobrazowy na Kanditheem

Z obwodnicy idziemy kwiecistym wejściem, gdzie w tle mamy mur z falami pomalowanymi w czterech kolorach. Nad nim góruje palma. Piaszczysty chodnik obsadzony z obu stron różowymi kwiatami prowadzi nas do drewnianej pergoli, którą już dawno opanowały pięknie kwitnące pnącza. Od samego początku czujemy się zachęceni, aby zwiedzać to miejsce. Trzeba przyznać, że lokalne władze się postarały, ponieważ mieszkańcy Kanditheem oraz przyjezdni mają do dyspozycji nie tylko plażę i piękne morze, ale również całą infrastrukturę z tym związaną. Jest publiczna toaleta (czysta), prysznice, centrum sportów wodnych oraz bary z sokami i zimnymi napojami. W czasie Ramadanu wszystko było zamknięte, ale dzięki temu w spokoju mogliśmy podziwiać okolicę. Idąc podczas trwającego przypływu, widzieliśmy jak fale mocno wdzierają się w głąb lądu. Plaża jest szeroka i płaska na długim odcinku, co sprawia, że jedno rozbicie fali generuje bardzo długie rozlewisko. Pojedyncze uderzenie zalewa piasek o rozmiarach kilkudziesięciu metrów na długość i ponad dwadzieścia na szerokość. Z tego powodu Samir – nasz gospodarz – powiedział, że w porze przypływu nie puściłby swoich dzieci nad wodę, bo prądy są zbyt silne. Podczas odpływu tak, ponieważ jest spokojnie. Stanąłem w okolicach linii brzegowej, gdzie dno nagle opada. Podczas rozbijania się fali na plaży przybywa około 30 cm wody, po czym te same masy wracają do morza. Powracające rozlewisko gromadzi duże ilości energii, co widać i czuć w piasku, na którym stoimy. Spod nóg dosłownie wypłukuje nam go kilkanaście centymetrów, przez co w widoczny sposób się zapadamy. Takie kilkuletnie dziecko morze najzwyczajniej mogłoby porwać. Samir powiedział nam, że to jeszcze nie są największe przypływy, pomimo tego, że na Bilehfahi fale zabrały spory kawał lądu na końcu lasu tropikalnego. Wspomniał o czasie poza sezonem. Wówczas zdarzają się takie pływy, gdzie cała widoczna plaża jest zalana aż do pierwszej linii palm. To by tłumaczyło, dlaczego tak daleko w głębi są ustawione wszystkie budynki użyteczności publicznej lub wchodzące w skład infrastruktury wypoczynkowej.

 

Bajeczne widoki na całej długości linii brzegowej sprawiały, że na Akuru spędziliśmy najwięcej czasu. Ostatnim punktem na mapie było lokalne muzeum Kanditheem. Miejscowy pokazał wiele eksponatów z dawnych czasów dotyczących ich codziennego życia. Wiele z przedstawionych rzeczy było nam znanych, ale np. nie potrafił odpowiedzieć mi na pytanie z jakiego okresu są małe monety, które zdecydowanie wyglądały na historyczne, bardzo stare. Najbardziej jednak zadziwiła nas wystawa sprzętów elektronicznych, które wyszły z użytku. Według mnie wpadli na dobry pomysł, ponieważ pokazali, że elektronika dotarła również do nich i że tak samo z niej korzystali. Wraz z upływem lat wspomniane eksponaty będą miały coraz większą wartość. Zobaczyliśmy tam między innymi: dyskietki, kasety, płyty CD, DVD, same urządzenia takie jak: magnetofon, stara drukarka, odtwarzacz DVD, dawny komputer, ksero, organizery, pierwsze laptopy, itp. Z pewnością muzeum jest bardzo ciekawe. Przed wejściem do budynku, przy kamiennym murze w rogu rośnie piękne drzewo plumeria, kwitnące słodko pachnącymi, biało-żółtymi kwiatami o pięciu płatkach, z których najczęściej tworzy się girlandy na Hawajach. Po zwiedzaniu muzeum przewodnik odwiózł nas do portu, skąd wróciliśmy na Bilehfahi. Cała wycieczka bardzo nam się podobała, ponieważ mogliśmy zobaczyć jak żyją miejscowi oraz dowiedzieć się, że oni również przyjeżdżają na inne wyspy w celach wypoczynkowych – jak my podczas majówki.


           
Przepiękna plaża Akuru

         
Infra..., fra..., fra..., że tam wszystko jest

         
Piękno okolic plaży Akuru

Z gospodarzem na wyspie Kanditheem

   
Przepiękna plaża Akuru

Plumeria na terenie muzeum

 
Kwiaty plumerii


         
W muzeum
 

5. PŁYWANIE, PRZEDE WSZYSTKIM PŁYWANIE

Jednym z głównych powodów, dla którego przyjeżdża się na Malediwy są krystalicznie czyste, turkusowe laguny i białe, piaszczyste plaże z palmami w tle. Zawsze, kiedy jestem na Malediwach przyjmuję tę samą zasadę: jeśli nie wyjeżdżam na żadną wycieczkę, to chcę spędzić cały dzień na plaży, gdzieś w terenie lub w tropikalnym lesie, tak żeby do pokoju wrócić dopiero po zachodzie słońca. Laguny na Bilehfahi są dla każdego – niezależnie, czy potrafimy pływać, czy też nie – ponieważ są płytkie, a dno opada stopniowo. Widokiem na turkusową i krystalicznie czystą wodę nie można nasycić oczu, a ten kolor nigdy się nie nudzi. Pływanie w lagunie po prostu wycisza, uspokaja i pozwala cieszyć się dniem. Jeśli dodatkowo jesteś fotografem, każdego dnia na plaży znajdziesz coś ciekawego. Ja np. lubię szukać wyjątkowych muszli, koralowców i wszystkiego, co naturalnego wyrzuca morze na brzeg. Także obserwuję duże kraby z poziomu wody oraz fale. Zobacz na zdjęciu poniżej, jak ich efektowne ujęcia można wykonać. Warto również podzielić sobie dzień na kilka części. Wybraliśmy trzy pomysły na dobry dzień:

  • W godzinach porannych szliśmy przez wioskę, aby sfotografować kwiaty i kolorowe domy, później do lasu palmowego, aby przejść jego najpiękniejsze fragmenty i dalej na cypel. Dopiero po południu przychodziliśmy na naszą prywatną plażę.
  • Po śniadaniu szliśmy na cypel, ponieważ panował tam zupełny spokój. Dużo pływaliśmy w jego okolicy. Z cypla mamy widoki jak z folderów biur podróży. Przy okazji trafił się duży krab, dzięki czemu mogłem go sfotografować z bliska. W południe wody znacznie przybywało, dlatego mogliśmy zobaczyć, jak zmienia się to miejsce w zaledwie kilka godzin. Po południu wracaliśmy na naszą plażę
  • Cały dzień przeznaczamy na plażowanie u nas, czyli na prywatnej plaży. Bardzo pięknie jest witać nowy dzień, siedząc lub leżąc w cieniu palm i cieszyć się spokojem poranka. Patrzeć jak kraby pustelniki schodzą z piasku, żeby ukryć się w zaroślach, czy spoglądać w kierunku turkusowej laguny, gdzie dopiero powstają pierwsze fale. Pływanie w jej wodach zawsze cieszy i nigdy nie ma dość. W końcu mamy świadomość, że w Polsce jeszcze nie ma zieleni w tym okresie i tak naprawdę Malediwami skracamy sobie długi okres szarówki. 
Efektowne ujęcie fal

6. SNURKOWANIE

Snurkowanie na Bilehfahi jest przeznaczone dla bardziej wprawionych osób, ponieważ nie mamy tutaj łatwo dostępnej rafy. Dobre miejsce do obserwacji podwodnego życia znajdziemy tylko na wschodzie wyspy, a konkretnie wzdłuż linii ciemnych od skał wód ciągnących się w prawo od maksymalnie wysuniętego cypla w lesie tropikalnym. Z łatwością znajdziemy ten punkt na mapie. Nie jest tam jednak bezpiecznie, ponieważ fale mają dużą siłę, przez co podczas przypływu z łatwością możemy być rzuceni o skały, a podczas odpływu będziemy poocierani. W tamtym rejonie nie każdy dzień nadaje się do snurkowania. Trzeba obserwować warunki na morzu. Co więc polecam? Najlepiej jest pójść w stronę portu, skąd dalej wybrać uliczkę z kawiarnią Roadhi Cafe. Znajdziemy ją tuż za skrzyżowaniem za czerwonym bankomatem Maldives. Wspomnianą dróżką dotrzemy do kamiennej grobli wysunięj w morze. Tutaj również musimy uważać, aby fale były nieco spokojniejsze. Pod wodą dużo się dzieje, dlatego warto próbować.

 

7. WSCHODY I ZACHODY SŁOŃCA

Jeśli na wyspę przyjadą jacyś turyści, to z wygody na podziwianie wschodów słońca wybierają wspomnianą kamienną groblę wysuniętą w morze. O ile sam punkt jest dobry, to otoczenie mogłoby być ciekawsze. Z tego powodu polecam nieco wcześniejsze wstanie i wyruszenie o godzinie 5.30 rano w kierunku cypla. Dlaczego tak? Dlatego, że przejście na koniec wyspy zajmie nam 16 min idąc plażą, a o godzinie 5.54 niebo dosłownie płonie największą intensywnością kolorów. Na Malediwach jest takie zjawisko, gdzie na 20 min przed wschodem i 20 min po jego zachodzie na niebie tworzą się najbardziej nasycone barwy pod wpływem dużej wilgoci. Pominięcie tego zjawiska przed zaplanowanym wschodem sprawi, że coś Cię ominie. Szybko dostrzeżesz, że za 10 min od 5.54 niebo jest jakby dużo bledsze. Teraz pozostaje czekać na wschód, który ponownie rozpali niebo. Jeśli mamy dzień z dużą przejrzystością powietrza, to zobaczymy słońce wychodzące bezpośrednio z morza. Będzie przecięte wąskimi pasami chmur, które dodadzą uroku widowisku. W godzinach porannych zazwyczaj pojawiają się pojedyncze chmury kłębiaste jak na Karaibach, dlatego warto poczekać, aż słońce przejdzie ponad ich linią. Po naszej lewej zobaczymy podświetlane na pomarańczowo chmury od góry, co na tle ciemnego jeszcze o tej porze nieba wygląda cudnie. Rano mamy najwięcej chmur. To one sprawiają, że wschody są tak wyjątkowe. W trakcie wschodzącego słońca i tuż po nim obserwuj także miejscowych przychodzących na cypel z małą wędką zrobioną z patyka. Łowią młode ryby, które posłużą jako przynęta na coś większego. O tej samej porze wychodzi najwięcej dużych krabów. Lubię je podziwiać w ciepłym świetle rozpoczynającego się dnia. O godzinie 7.00 zobaczymy startujący z portu speed boat płynący do stolicy. Kiedy słońce wzejdzie już nieco wyżej, wróć przez prywatną plażę i poczuj ten spokój, kiedy jedne zwierzęta budzą się do życia, a inne szukają kryjówek. O tej samej porze promienie przyjmują jeszcze ciepłą barwę, dlatego w strefie zieleni dodatkowo szukałem owoców pandan, aby zobaczyć je w porannym świetle. Wówczas wyglądają przepięknie.


     
Piękne wschody słońca na Bilehfahi

Zachody słońca w sezonie w większości przypadków nie są aż tak efektowne jak wschody, ale i tak czekałem na każdy z nich, bo każdy był piękny na swój sposób. Jeśli powietrze nie ma dużej przejrzystości, to słońce stopniowo zaniknie za białą warstwą rozmytych chmur oraz wilgoci. Nie zobaczymy go chowającego się za wielką wodą. Nie będzie też intensywnych barw ani niebo nie zapłonie jak podczas wschodów. Jednak, kiedy powietrze ma dużą przejrzystość, to zazwyczaj słońce wizualnie dotrze do linii horyzontu lub na samym końcu przysłoni go jakaś ciemna, ale wyraźna chmura kłębiasta. Wówczas od godziny 18.19 dolicz 20 min aby zobaczyć, jak niebo zapłonie. Jeśli dodatkowo widzisz przed sobą małe, ciemne, kłębiaste chmury, to zapewniam, że doczekasz się wspaniałego widowiska, ponieważ staną się one dosłownie czarne, a dookoła powstanie czerwono-pomarańczowa łuna tworząca dla nich piękne tło. Tuż po zachodzie dostrzeżemy również najmocniejsze gwiazdy. Do pokoju polecam wracać minimum po 18.40, ponieważ niebo jest jeszcze na tyle jasne, że zdążymy przejść ścieżką bez latarki oraz na otwartych przestrzeniach o tej porze nad naszymi głowami będą krążyć nietoperze – rudawki wielkie. Wspomniany widok zawsze zachwyca. Dodatkowo usłyszymy głośne, piskliwe, a czasem bulgoczące egzotyczne ptaki – a to wszystko na tle ciągłego dźwięku wydawanego przez cykady. Nie są tak słyszalne jak w Grecji i Chorwacji, ale dzięki nim powstaje cudny klimat kończącego się dnia. Jest jeszcze druga możliwość obserwacji zachodu słońca. Można pójść na piaszczysty cypel, gdzie będzie panował zupełny spokój. Oprócz pięknych barw zobaczymy jak morze się uspokaja, a lokalne prądy morskie rysują na jego powierzchni długie i równe linie zanikające gdzieś daleko. Przy odrobinie szczęścia można wypatrzeć delfiny lub podczas wieczornego snurkowania rekina rafowego. Najpewniejszą atrakcją jednak będą duże kraby, dla których rozpoczyna się godzina żerowania. Na tle rozpływających się czerwonych od słońca fal wyglądają cudnie. Można porównać je do największych pająków na świecie, jednak kraby nie są dla nas w ogóle niebezpieczne. Wracając z cypla po zachodzie słońca zwróć uwagę na pochód krabów-pustelników. Tworzą ciągły sznur o długości całego piaszczystego wybrzeża, czyli ponad 900 m.


       
Niesamowite zachody słońca
 

UWAGI DLA FOTOGRAFÓW

Kiedyś to było oczywiste, ale dzisiaj już nie. Aparat lustrzanka lub bezlusterkowiec zrobi zdjęcia ostre „jak żyleta”, a nawet najnowszy telefon z jabłkiem nigdy im nie dorówna. Dlaczego tak jest? Bo ostrość bierze się z optyki aparatu i matrycy, a w telefonie dostajemy cukierkowe fotografie, ponieważ są przetwarzane wewnętrznie za pomocą algorytmów. Każda taka ingerencja przyczynia się do utraty ostrości i pikselozy. Nie bez powodu na telefonie nasze ujęcia wyglądają idealnie, a gdy ściągniesz je na komputer przeżyjesz szok. Obraz będzie miał „płaskie” kolory, dużo ziarna (kropki, punkty i nieczystości na jednolitym tle), a także serię nakładających się rozmytych grup pikseli. Tak właśnie działa wielokrotne przetwarzanie, za co odpowiadają algorytmy. Lustrzanka ma tę przewagę, że posiada o wiele większą matrycę przetwarzającą obraz, a wiele z niedoskonałości koryguje system 14-stu do 17-stu soczewek wbudowanych w obiektyw. Jak istnieje powiedzenie „jakość musi kosztować”, tak w fotografii możemy przyznać, że „jakość musi ważyć”. Ciężkim aparatem zrobisz naprawdę dobre ujęcia, którym IPhone nigdy nie dorówna.

 

Jeśli chcemy przywieźć dobre zdjęcia z Bilehfahi, to musimy wziąć pod uwagę kolejną myśl: „amator martwi się o sprzęt, a profesjonalista o światło”. Dlatego w tym akapicie poświęcę uwagę światłu słonecznemu, bo bez niego będą one martwe. Chcąc zrobić profesjonalne ujęcia weź pod uwagę co chcesz fotografować, bo różne obiekty na wyspie wymagają innego czasu, aby otrzymać najlepszy efekt. Czy wiedziałeś, że kiedy chcemy złapać turkusową wodę laguny, to masz tylko trzy i pół godziny w ciągu dnia na takie ujęcia? W godzinach 10.00-13.30 pada najlepsze światło na płycizny położone po zachodniej i północnej stronie wyspy. Wówczas „wyciągniemy” najbardziej intensywny turkus. Mało tego – trzeba wziąć pod uwagę jeszcze pływy wód. Przy zbyt dużym odpływie wody jest za mało, wówczas stanie się ona przezroczysta w odcieniach zieleni, a kiedy mamy duży przypływ, przyjmie zieloną barwę. Musisz wyłapać dzień, kiedy w lagunie będzie około 1 m wody, bo przy białym piaszczystym dnie powstaje najbardziej nasycony turkus. To jednak nie wszystkie parametry, mające wpływ na barwę morza. Równie ważna jest intensywność błękitu nieba. Jeśli jest żywy, czysty i na dnie mamy biały piasek, a głębokość wynosi około 1-1,5m, to wówczas powstanie najmocniejszy odcień turkusu. W ciągu 3 tygodniowego urlopu podobne warunki powstają od dwóch do czterech razy. Jednak najmocniejsza nakładka wszystkich opisanych tu zjawisk trafia się tylko jeden lub maksymalnie dwa razy. Fotografując małe obiekty, takie jak: kokosy, kraby chodzące po plaży, owoce na drzewach, kwiaty. muszle czy koralowce, pamiętaj, żeby robić to pomiędzy 9.30 a 11.00 oraz od 14.00 do 15.30, przy założeniu, że zależy nam na pokazaniu szczegółów. Wtedy mamy mocne, boczne światło, które wydobędzie detale widziane z boku. Podobnie jest z kwiatami. Tylko rano wychodzą najpiękniej. Pomiędzy 11.00 a 13.30 słońce góruje prawie nad naszymi głowami, dlatego jedynie górna część omawianych obiektów będzie dobrze oświetlona, a boczne fragmenty będą w cieniu. Duży kontrast spowoduje przepalenia na fotografiach. Oczywiście możemy robić zdjęcia w późniejszych godzinach, ale wtedy będziemy mieli ciepłe światło, które nie pozwoli wyciągać szczegółów, ale za to stworzymy klimat. Nie bez powodu ciepłe światło jest najbardziej cenione wśród fotografów.


Laguna, kiedy nie nakładają się wszystkie warunki w tym samym czasie (mleczny błękit, bezpłodna biel, brudny niebieski, amelinowy biały, byle jaki błękit, niby słonecznie, ale biało, nijaki mglisty, mgła z marasem - nijakie niebo potrafi "zabić" piękny kolor wody)

I... ta sama laguna, kiedy wszystkie warunki zostały spełnione

Podczas rejestrowania obrazów w ciągu słonecznego dnia zwracaj uwagę na kompensację ekspozycji. Na Malediwach ustaw ją przynajmniej na -0,7 EV, żeby nieco bardziej przytłumić silne, białe punkty. Tropikalne lasy fotografuj w godzinach porannych, maksymalnie do 11.30 lub po godzinie 14.00, ponieważ na Malediwach słońce będące w zenicie na biało rozświetla wilgoć unoszącą się w powietrzu. Pamiętajmy, że na wyspach wilgotność powietrza wynosi ponad 80% każdego dnia. To powoduje, że nad nami widnieje duży kawał białego, a nie niebieskiego nieba, przez co obraz staje się martwy lub przepalony. W fotografii nie ma nic gorszego niż białe niebo. Może padać deszcz albo niech będzie błękit, ale nie białe niebo. Dlaczego? Dlatego, że zdjęcia mają okropnie płaską, martwą kolorystykę. Niby jest słonecznie, a jednak wybitnie do niczego pod względem wykonywania ujęć, czyli coś w rodzaju: niby zielony, ale sierściuch…

Trzeba sobie powiedzieć brutalną prawdę, że przynajmniej połowa urlopu nie nadaje się do robienia zdjęć lagun, wody i wioski, ponieważ powietrze jest mocno nasycone wilgocią, przez co niebo przyjmuje martwe odcienie, takie jak: mleczny błękit, bezpłodna biel, brudny niebieski, amelinowy biały, byle jaki błękit, niby słonecznie, ale biało, nijaki mglisty, mgła z marasem, itp. Można się prześcigać w tym, kto wymyśli lepsze określenie na rozmyty biały błękit, który nie pozwala wyciągać pięknych barw na zdjęciach. Niedoświadczona osoba z pewnością nie zauważy o czym teraz piszę, ale zrozumie wtedy, gdy trafi się ten jedyny dzień z żywym błękitem. Wówczas kolory na wyspie dosłownie „zapłoną”. Kiedy wieczorem zacznie przeglądać swoje ulubione ujęcia i porówna je z tymi wykonanymi przez cały tydzień, to dostrzeże jak ogromna jest różnica. Nie znaczy to jednak, że na Malediwach jest byle jaka pogoda. Nie. Do plażowania takie przesycone wilgocią niebo nadal jest atrakcyjne, ponieważ przyjmuje odcienie mlecznego błękitu, mamy upalny dzień, a także pełne lato. Laguna jest szmaragdowo-turkusowa, lub szmaragdowa (tłumacząc dla facetów: zielono-niebieska lub zielona). Powyższe uwagi dotyczą jedynie zdjęć na poziomie profesjonalnym.


Przykład "bezpłodnej bieli", gdzie trudno wyciągnąć intensywne kolory i szczegóły
 

Jeśli będziemy mieli do dyspozycji dzień z żywym błękitem, polecam udać się na cypel, gdzie dobre zdjęcia wychodzą tylko do godziny 13.30. Później słońce odbija się w morzu, co powoduje, że woda nie ma żadnej atrakcyjnej barwy. Staje się stalowa, biała, szara, mglista. Nie „zdejmie” tego nawet filtr polaryzacyjny. We wcześniejszych porach dnia zarejestrujemy piękne trzy pasy rajskiej laguny. Jednak nie one są główną atrakcją w dziedzinie fotografii. Jeśli chcemy zrobić naprawdę dobre ujęcie, polecam położyć się bokiem na piasku, przeciwnie do słońca tak, aby leżeć na granicy wody i plaży. Wówczas zaobserwujemy małe, ale krystalicznie czyste fale rozbijające się o brzeg. W falującej wodzie odbijają się głębsze partie laguny, przez co powstaje bardzo krótka okazja na niecodzienny obraz. Dzień z idealnym błękitem i karaibskimi chmurkami wykorzystałem na fotografowanie tropikalnego lasu, cicikowych kompozycji, turkusowej laguny oraz cypla i krystalicznie czystych fal z odbiciami. O co chodzi z cicikowymi kompozycjami? To element fotografii, który Cię wyróżnia. Nawet jeśli ktoś był przed Tobą na Bilehfahi, to mając jakieś rekwizyty możesz wykonać niepowtarzalne w swoim rodzaju zdjęcia. Dzięki temu będziesz się czymś wyróżniać (jeśli zakładasz publikowanie w mediach społecznościowych). Ja na szczęście nie udzielam się tam, bo za dużo tam jest chamstwa, polskiej frustracji i jadu. Ciciki, to nic innego jak pompony z naturalnej sierści. Zbierając drobne elementy z plaży takie, jak muszelki, koralowce czy gałęzie oszlifowane słonymi falami można zrobić małą artystyczną kompozycję. Takie ujęcia wykorzystuję do swojego kalendarza, który wydaję co roku. Zachęcam tym samym do eksperymentowania z fotografią. Może Ci przyjść również taka myśl: dlaczego nie kręcę filmów z użyciem GoPro lub drona? Kiedyś nad tym myślałem, ale podczas pierwszej wyprawy do Gruzji w góry Swanetii zauważyłem, że filmowanie, robienie zdjęć i kopiowanie tych samych ujęć telefonem zabiera zbyt wiele czasu, a ucieka mi czas na przeżywanie tego miejsca. Stąd zrezygnowałem z nadmiernego rozproszenia już w pierwszym dniu. Zostałem przy pierwszej pasji – fotografii. Ona nie kradnie czasu. Staje się niejako jego strażnikiem, dzięki któremu zatrzymuję dany widok w strumieniu płynącego czasu. Filmy niestety są dla mnie zbyt absorbujące, gdzie umysł wyłącza się z przeżywania miejsca, w którym przebywam.


Nieodpowiednia godzina fotografowania - zbyt mocne odbicia światła - tego nie zdejmie nawet filtr polaryzacyjny

   
Cudne, krystalicznie czyste fale

Cicikowa kompozycja nr 1

Cicikowa kompozycja nr 2

Cicikowa kompozycja nr 3

Cicikowa kompozycja nr 4

Cicikowa kompozycja nr 5

Cicikowa kompozycja nr 6

Cicikowa kompozycja nr 7

CIEMNA STRONA WYSP LOKALNYCH – W TYM BILEHFAHI

Pomimo że przyjechaliśmy do raju, to w niedoskonałym świecie musimy oczekiwać niedoskonałego raju. Na miejscu mamy piękne turkusowe laguny, pasy kolorów wody, tropikalny las, barwne kwiaty i owoce pandanu, a także wiele innych naturalnych skarbów, jednak musimy pamiętać, że głównym problemem większości państw Azji są niestety śmieci. Wynika to z mentalności mieszkańców tego kontynentu, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było plastików, a wszystko, co jedli pochodziło z natury, dlatego pozostałości odruchowo wyrzucali w krzaki. W obecnych czasach pakuje się nawet każde ciastko osobno, a później to wszystko umieszcza do plastikowego zgrzewanego opakowania, a także tworzywo pakuje się w plastik, co generuje niezliczone ilości śmieci. Nawyk wyrzucania „wszystkiego” w krzaki nadal pozostał, dlatego odpadki zobaczymy w wielu miejscach. Na pewno w zaroślach przy plażach, morze będzie wyrzucać różne rzeczy na brzeg, a także sami mieszkańcy dokładają się do tego obrazu. Malediwy dodatkowo mają niekorzystną strukturę swoich ziem, ponieważ stanowi go system 1280 wysp oddzielonych wodą, co powoduje, że z każdego zamieszkanego lądu trzeba by było wywozić śmieci. Każdy potrafi liczyć pieniądze, dlatego rząd tego kraju zezwolił na powstawanie wysypisk w każdej wiosce, gdzie odpady najzwyczajniej są wypalane. Nietrudno się domyślić, że najczęściej z dymem „leci” plastik. Miejsca pozbywania się nieczystości zazwyczaj lokalizuje się „na tyłach” wyspy tak, aby nie było ich widać i czuć. Z zapachem jest gorzej, bo to, gdzie zaleci dym jest zależne od wiatru – z której strony zawieje danego dnia. Na Bilehfahi na szczęście obiekt ukryto głęboko w zaroślach, poza strefą zabudowania.


Wypalanie plastików na lokalnej wyspie
 

Drugim dość mocno widocznym zjawiskiem jest wyrzucanie plastików przez morze. Nie ważne, gdzie jesteś – czy na wyspie lokalnej, czy w resorcie – wszyscy mają ten sam problem. Butelki, japonki i klapki, palety, sieci rybackie, skrzynie, obierki po owocach, pióropusze z ananasów oraz różnego rodzaju opakowania trafiają na każdy ląd – bez wyjątku. Na niektórych wyspach (podkreślam – tylko na niektórych), władze starają się regularnie usuwać śmieci z plaż. Na innych robią to miejscowi, a częściej turyści. Z drugiej strony nie wpadajmy w panikę, bo najpewniej pomyślimy, że plaże będą tonąć w odpadkach. Gdyby tak było, nie jeździłbym na Malediwy. Tak jest np. w Indiach, gdzie wspomniane państwo można nazwać największym śmietnikiem świata. Tam rzeczywiście wszystko i wszystkie miejscowości, rzeki i pola są zalane plastikami. Nie raz miałem wrażenie, że woda w rzece jest tylko dodatkiem do płynących opakowań. Na Malediwach tak nie ma. O ile morze wyrzuca dość często butelki i japonki, to jak widzisz na zdjęciach w całym tym artykule, plaże są przede wszystkim rajskie, piękne, długie, piaszczyste i zachęcają do kąpieli w morzu. Dlatego, jeśli nigdy nie byliśmy na Malediwach, to nie wpadajmy w panikę. Na lokalną wyspę trzeba przyjechać, bo wszystko inne co zobaczysz, bardzo szybko spowoduje, że zapomnisz o problemie.


Plastik wyrzucony na brzeg przez morze
 

Ostatnią „odnogą” śmieciowej mentalności jest fakt, że miejscowi nie mają, gdzie wyrzucać urządzeń AGD. Nikt nie będzie wozić przez rozległe morze zużytych pralek, lodówek, telewizorów, starych monitorów czy kuchenek mikrofalowych. Spalić też się ich nie da, dlatego na każdej wyspie, na najmniej atrakcyjnym kawałku terenu, gdzie i tak byś nie przyszedł, bo wszędzie dookoła jest ładniej, wyznaczają sobie miejsce, gdzie będą składować niepotrzebne sprzęty. W praktyce taką lodówkę wrzucają w niższe zarośla, po czym inni mieszkańcy podążają w te same ślady. Wówczas powstaje hałda elektrośmieci, z którymi nic się nie dzieje. Są wystawione na działanie słońca i monsunowych deszczów. Po pewnym czasie jakieś chemikalia na pewno wnikają w glebę lub dostają się do morza. Nawet w tej kwestii wygrywają pieniądze, bo wożenie odpadków przez pół kraju do stolicy jest najzwyczajniej nieopłacalne. Największym producentem codziennych śmieci są resorty, gdzie do mola przybija statek, na którym gromadzi się tony plastików. Są one jedną z wielu składowych wchodzących w koszty utrzymania obiektu. Nam się wydaje, że w resortach jest czysto, bo problem nie występuje tak, jak na lokalnych wyspach, a jednak mają podobnie, tyle tylko, że w obiektach wypoczynkowych są zatrudnieni sprzątacze, którzy każdego ranka zbierają to, co wyrzuciło na brzeg morze.


Wysypisko sprzętów AGD
 

Na Bilehfahi zdarzyło się, że na dwa dni przypłynęła wielka żółta skrzynia zarośnięta pąklami, jednak kolejnej nocy zniknęła. Zabrało ją morze w dalszą „podróż”. Takie gabaryty są idealnym pomostem pomiędzy wyspami dla małż, pąkli i innych skorupiaków. Dzięki nim mają umożliwioną ekspansję swojego gatunku, ponieważ w normalnych warunkach nie pokonałyby głębin morskich, aby dostać się na nowe tereny. Najbardziej znanym przykładem poszerzenia zasięgu występowania kilku gatunków skorupiaków jest tsunami z 11 marca 2011 roku, kiedy to po podmorskim trzęsieniu ziemi wielkie fale zalały sporą część wybrzeża Japonii, niszcząc całe miejscowości, a także przyczyniły się do powstania jednej z największych katastrof elektrowni atomowych w dziejach. Powstało wówczas 25 mln ton gruzu i śmieci po zawaleniu się budynków. Wiele z tych fragmentów dostało się do wody, gdzie prądy morskie rozniosły je po wielu akwenach świata. Małże i inne pąkle miały niepowtarzalną okazję, żeby dosłownie przepłynąć ocean na deskach zniszczonych domów. W ten sposób kilka gatunków najpierw dopłynęło do Kanady, po czym się osiedliły tam na stałe. Od tamtego wydarzenia japońskie „żyjątka” morskie występują również w Kanadzie.

 

Nie od dziś wiadomo, że media bardzo obniżyły swój poziom, tak samo jak dziennikarstwo. Obecnie liczy się panika, clickbajty, czyli tytuły z niedokończoną myślą lub tak zwane „straszaki”, żebyś z ciekawości kliknął w nagłówek. Dzisiaj bardzo rzadko przekazuje się fakty, za to dużo mamy propagandy i jednostronnych opinii w zależności kto kogo opłacił lub jaka agencja PR-owa wyprodukowała zapotrzebowanie na dany materiał. Podobnie było z Malediwami po 28 lutym, kiedy rozpoczęła się wojna USA/Izrael z Iranem. Wówczas pisano artykuły o wymownym tytule: „Polacy uwięzieni na Malediwach”. Nagłówki w mediach brzmiały dramatycznie, ale dla ludzi, którzy przebywali we wspomnianym rajskim kraju, był to powód do śmiechu, ponieważ niejeden chciałby być w takim więzieniu… No i nikt nikogo nie trzymał w niewoli…

 

Bilehfahi ma niestety jeszcze swoje dwie dodatkowe wewnętrzne wady:

  • Budowa lotniska
  • Budowy guest house’ów

O ile jeszcze w 2026 roku było tam wyjątkowo spokojnie (plaże świeciły pustkami), to kto wie, jak będzie za rok, za trzy, za pięć lat. Nie możemy określić jednoznacznie, że budowy dojdą do skutku, ponieważ w 2026 roku nadejdzie potężny kryzys gospodarczy i drożyzna, która „wytnie” większość ruchu turystycznego. Może dojść do sytuacji, że ci co zapożyczyli się w bankach na kredyty na budowę obiektu dla przyjezdnych pozostaną z niczym.

 

Lotnisko dla krajowych lotów budowane jest na obrzeżach laguny, na wodzie. Nie z realnego zapotrzebowania, a z… propagandy politycznej. Tak! Jest to jeden z elementów propagandy koalicji PPM (Postępowa Partia Malediwów i PNC (Ludowy Kongres Narodowy), który ma pokazać postęp i rozwój Malediwów, w celu przyciągania elektoratu. Tak nawiasem mówiąc, czy ta druga nazwa nie brzmi zbyt komunistycznie? Miejscowi oceniają, że na bilehfahskim lotnisku zobaczą tylko dwa samoloty na cały tydzień. Dane oszacowali na podstawie ruchu z sąsiednich wysp. Czyli obiekt wygląda na zupełnie niepotrzebny (i to przy założeniach, że nie będzie kryzysu gospodarczego w 2026 roku). Sam pas startowy będzie znajdował się dwa metry nad poziomem morza i w oddali od lądu. Raczej za bardzo nie będzie szpecił krajobrazu, ale na pewno Bilehfahi utraci swoją rajskość. Z drugiej strony, na pewno nie spodziewam się najazdu tłumów. Rajskość zawarta jest między innymi w turkusowej lagunie, na obrzeżach której właśnie powstaje pas startowy o długości 1,5 km. Nienaturalny kawał lądu jest tym czynnikiem, który z pewnością obniży atrakcyjność miejsca. Z drugiej strony lokalni mieszkańcy wiedzą, że co rządowe, to rządowe, czyli w trakcie inwestycji zabraknie pieniędzy, przez co budowa rozciągnie się na 10 lat. Biorąc pod uwagę aktualnie trwający konflikt na Bliskim Wschodzie i negatywny wpływ na turystykę na Malediwach w postaci zmniejszonych wpływów do budżetu z podatków (mniejsza dostępność lotów, a co za tym idzie, odwiedzających). Z tego względu propagandowe inwestycje mają szansę szybciej się wyłożyć niż się zaczęły. Biorąc pod uwagę nadchodzący kryzys gospodarczy, błędny pomysł rządu ma szansę umrzeć w zarodku. Rezygnacji z pomysłu życzę mieszkańcom Bilehfahi, ponieważ obiekt nie ma realnego zapotrzebowania, a jedynie jest partyjnym wymysłem. Szkoda niszczyć piękno wyspy, na którą tak mało ludzi dociera. Ludzie walczą ze wszystkim: z ociepleniem klimatu, plastikiem, który sami produkują, partią, komunizmem, CO2, z zanieczyszczeniami wód, itp., a kiedy mówią, że z tych powodów rafa koralowa umiera, wprowadzając kolejne absurdalne ograniczenia, to równie absurdalnie decydują się wybudować pas startowy, przekopując ponad 1,5 km rafy ciężkimi koparkami. Można? Można. Także nie tylko w Polsce i Unii Europejskiej absurd goni absurd.

 

Ostatnią rzeczą, która rzuca się w oczy, to fakt, że mieszkańcy poczuli „piniądz”. Kto ma jakieś działki, zapożyczył się lub wszedł we współpracę, aby wybudować guest house. Każdy liczy na zarobek, jednak ja widzę dwa typy zagrożeń dla nich:

  • Wzięli potężny kredyt tuż przed wielki kryzysem gospodarczym, który dosłownie „położy” świat Zachodu, więc kto do nich będzie latał?
  • Rozrzedzenie przychodów.

To podobnie jak na moim osiedlu, gdzie czterech inwestorów postanowiło otworzyć apteki. Dopóki była jedna, to zarabiała „kokosy”. Jednak, gdy działalność rozpoczęły cztery kolejne, to suma wydawana na leki przez wszystkie osoby na tym osiedlu nagle się nie powiększyła, a jedynie została podzielona na kilka podmiotów. Efekt był taki, że wszystkie cztery apteki upadły, bo nie przynosiły zysków. Nie zarabiały na siebie. Dopiero po jakimś czasie przyszedł inwestor z sieci aptekarskiej, który przejął najbardziej atrakcyjną lokalizację (tuż przy przychodni), po czym otwarł swoją działalność. Do dzisiaj „jadą” na 4-5 otwartych kas na dwie zmiany, bo jest takie zapotrzebowanie. I tak będzie, dopóki nie powstaną kolejne obiekty o takim samym profilu działalności. Mieszkańcy Bilehfahi nie są jeszcze na takim etapie analizy gospodarczej, dlatego obawiam się, że bardzo szybko wyłożą się na swoich planach, zostając z wielkimi długami. Niestety nie widzę tutaj żadnego zwycięzcy, bo albo nadejdzie kryzys, więc turyści z Zachodu nie będą przyjeżdżać do nich (95% klienteli na lokalnych wyspach), przez co miejscowi popadną w biedę, ale wyspa będzie naturalna, albo świat bankierów przełoży kryzys jak radio Eska odwołuje zimę, ale wówczas Bilehfahi podąży w stronę komercjalizacji. Jesteśmy w tym momencie historii świata, gdzie nie ma dobrych rozwiązań – będą tylko przegrani wśród zwykłych ludzi. Jak niedawno powiedziałem: napisałem artykuł o Bilehfahi dla ludzi, którzy najpierw nie będą mieli czym polecieć, a później za co… Stąd Bilehfahi traktuję już jako malediwską ciekawostkę, która pozostanie dla większości w strefie marzeń – tylko i wyłącznie z racji światowych wydarzeń. Z tego powodu bardzo się cieszę, że mogłem zobaczyć tę wyspę i poczuć jej klimat jeszcze w naturalnym stanie, gdzie cisza, puste plaże, turkus wód i piękny las tropikalny był codziennością…


 
Budowa nowych guest house'ów
 

PODSUMOWANE

Bilehfahi nie jest wyspą dla każdego. Jeśli lubisz przebywać wśród ludzi, nie możesz obejść się bez alkoholu lub kochasz imprezy, to wybierz inny kierunek. Wyspę poleciłbym jednak miłośnikom przyrody, fotografom, a także osobom poszukującym spokoju. Najważniejsze, żeby przed zaplanowanym wyjazdem określić, czego oczekujemy i dobrać odpowiedni kierunek do naszych wymagań. Dla mnie Bilehfahi jest wyjątkową wyspą, bo leży na dalekiej północy Malediwów, mało kto tu dociera, panuje niesamowita cisza, jest mnóstwo zieleni, turkusowa laguna zachwyca swoim kolorem, a także wspaniałe plaże i cypel sprawiają, że zobaczymy rajskie widoki jak w folderach biur podróży. Jeśli masz pomysł jak spędzać dni na Malediwach, to na pewno nie będziesz się nudził. Z pewnością obserwacja świata przyrody, pięknych wschodów i zachodów słońca, roślin, krabów, pływanie w krystalicznych wodach laguny, przyglądanie się życiu miejscowych, indywidualne podejście do turysty, czy spacery w tropikalnym lesie sprawiają, że Bilehfahi zapada głęboko w sercu…

Zatem, jeśli masz jeszcze możliwość lotu na Bilehfahi, polecam skorzystać z ostatniej okazji, bo budowa lotniska jest jeszcze w początkowej fazie (przekopywanie piasków pod wodą), nadal panuje piękny spokój, nie ma turystów, miejscowi gospodarze nie znają zjawiska masowej turystyki, dlatego się angażują oraz krajobrazy urzekają swoim pięknem. Z pewnością poczujesz się jak w raju, a wszelkie niedoskonałości, o których powiedziałem powyżej będą marginalne. Nie będziesz na nie zwracał uwagi. Taki właśnie mam obraz Bilehfahi w głowie. Gdyby była jeszcze możliwość, na pewno bym tam jeszcze wrócił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl