ROZPOZNANIE POGODY
Standardowo wstaliśmy o godzinie 5.50. Poszedłem do trzech znanych punktów oferujących idealne spojrzenie na interesujące mnie fragmenty gór. Z okna w części wspólnej zauważyłem, że mamy czyste, jasne, niebieskie niebo. Widziana z tej części kwatery panorama na szczyty położone w okolicach Mestii była dla mnie najważniejsza, ponieważ jeżeli w ich otoczeniu powstawały jakieś chmury, to wiedziałem, że u nas będzie ponuro i deszczowo. Ten punkt obserwacyjny dostarczył mi najlepszych informacji. Pozostały jeszcze dwa. Z pokoju wyjrzałem na zewnątrz. Tam również spoglądałem na niebo wolne od chmur. Zimna łazienka oferowała bezpośredni widok na Ścianę Bezingi. Najbardziej jednak zachęcała panorama na ośnieżone, lodowcowe szczyty na tle wczesnego porannego błękitu. Od razu zaczęliśmy przygotowania do wyjścia. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wejście na Gvibari 2943 m n.p.m. Góra charakteryzowała się zupełnie innymi warunkami, jakich nie mieliśmy na wszystkich wcześniej odwiedzonych szlakach i nowych trasach. W głowie miałem obraz całej drogi, ale nawet znając jej przebieg, nie spodziewałem się, jak natura pozytywnie nas zaskoczy. Nie posiadałem najlepszego zdania o Gvibari. Szlak prowadzący na jego szczyt raczej traktowałem jako trasę końcową, czyli miejsce, gdzie ewentualnie można pójść na zamknięcie całego wyjazdu. Mając dobrą pogodę i znany przebieg drogi wejściowej, chcieliśmy zobaczyć, jak będzie tym razem. Spodziewałem się długiego białego, zimowego płatu, biorącego swój początek już w najniższych częściach lasu, a powyżej 2900 m n.p.m. miało być wielkie zagłębienie, wypełnione aż półtorametrową warstwą śniegu. Z tego względu Gvibari postrzegałem jako miejsce o zupełnie innych warunkach, w porównaniu do wszystkich pozostałych tras.
SZYBKI
WYMARSZ, PIĘKNY WIDOK NA START. PRZEJŚCIE PRZEZ WIOSKĘ
Poranek
zaczęliśmy szybko. Najpierw zjedliśmy śniadanie przygotowane wczoraj późnym
wieczorem. Potoków na trasie nie brakowało, dlatego założyliśmy, że zabierzemy
tylko jedną butelkę z izotonikiem, a pozostałe napełnimy po drodze. Musieliśmy
mieć również wodę na obiad. Tym razem zaplanowaliśmy gotowanie kiełbasek powyżej
poziomu 2600 m n.p.m. – w wielkim zagłębieniu, które określałem jako
Mięguszowiecki Kocioł. Oczywiście nazwę zaczerpnąłem z Tatr. Jego otoczenie
bardzo przypominało mi podobne miejsce w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod
Chłopkiem. Wystarczyło wyjść na zewnątrz, a przywitała nas najpiękniejsza
panorama. Nie bez powodu od samego początku rozpocząłem serię zdjęć. Damian
postanowił trochę dłużej pospać, nie mając większego pomysłu na dzisiaj. Założył,
że wstanie, sprawdzi pogodę i w razie czego gdzieś wyruszy. My mieliśmy
konkretny plan, ponieważ słoneczna pogoda oznaczała dla nas kolejny piękny szczyt,
który koniecznie musimy odwiedzić. Za bramą naszego obiektu bezpośrednio patrzyliśmy
na białą Ścianę Bezingi. Niezmiennie zachwycała swoją potęgą. Z poprzedniej
wyprawy pamiętałem, że podczas dzisiejszej wędrówki będziemy spoglądać na inny
rząd jakże majestatycznych gór – z Ushbą w roli głównej. Ola nie wiedziała
czego można oczekiwać na szlaku, dlatego tym bardziej był on dla niej wielką zagadką.
Z pewnością Gvibari oferował widok na dwie wielkie ściany Kaukazu. Szczyt
przygotował dla mnie dużą niespodziankę, o której nie pomyślałem, ale o niej
będzie nieco dalej. Wychodząc poza ogrodzenie, skręciliśmy w prawo. Od razu
przywitały nas dwa większe psy kręcące się w okolicy najdroższego hotelu we
wiosce. Właśnie w nim odbywają się największe publiczne wydarzenia kulturalne
oraz do niego przybywają bardziej majętni turyści. Z drugiej strony, tak jak
kiedyś wspominałem, noclegi w tym obiekcie były również osiągalne dla nas. Dwutygodniowy
pobyt u naszego gospodarza kosztował 1400 zł, a za taką samą rezerwację w
hotelu zapłacilibyśmy niewiele większą sumę 2040 zł. Mając dusze podróżników,
ten budynek wyglądał dla nas zbyt nowocześnie i oferował za dużo miejskich
udogodnień, przyciągając tym samym ludzi ze świata biznesu. Dodatkowo odstawał
od historycznej zabudowy Ushguli. My szukaliśmy czegoś prostego, lokalnego, z
historią, klimatem i w schroniskowym stylu. W rejonie hotelu chodzi więcej turystów,
dlatego psy nie do końca wiedziały do kogo mają dołączyć. Ostatecznie wybrały
inne osoby podążające w kierunku lodowca. Dzisiaj wyjątkowo szliśmy w przeciwną
stronę. Tym razem wędrowaliśmy obrzeżem wioski, idąc główną drogą do centrum. Rozpoznamy
je po moście nad rzeką Enguri i kamiennym budynkiem szkoły u stóp zielonego
zbocza, znajdującego się tuż za nim. Prace przy poprawie stanu ulic trwały w
najlepsze. Nie tylko betonowano główne odcinki dojazdowe. Za hotelem przy
najbardziej spadzistym zboczu miejscowi zdążyli postawić wielkie ściany zabezpieczające
przed osuwiskami. Ten fragment drogi prowadził do wspomnianego wcześniej mostu.
W trakcie schodzenia do niego lokalny taksówkarz zaoferował nam podwózkę do
Mestii oraz innych miejscowości, skąd moglibyśmy wrócić szlakami do Ushguli. Powiedziałem,
że nigdzie nie wyjeżdżamy, a jedynie idziemy na Gvibari. Pozdrowiliśmy go, po
czym poszliśmy dalej.
Tuż za
mostem szlak zakręca w najgęściej zabudowaną osadę wioski nazywaną Chaznashi. Znajdziemy
tam kilka kamiennych wież w bardzo dobrym stanie. Patrząc na nią z góry mamy
wrażenie, że wszystkie dachy z płaskich kamieni zlewają się w jedną całość. Uliczki
pomiędzy domami są tak wąskie, że nawet ich nie widać. Rzecz jasna, nie jeżdżą
tędy samochody, a jedynie dozwolony jest ruch pieszy. Obok siebie przejdą co
najwyżej dwie osoby. Godny pochwały jest fakt, że najbardziej starsi wiekiem
ludzie na swój sposób mają dobre zdrowie. Pomimo późnych lat swojego życia
nadal chodzą pod duże stromizny w okolicy, podpierając się kijem z gałęzi. W
Ushguli nie ma wygód. Jego mieszkańcy starają się żyć jak dawniej. Oczywiście
wiele osób posiada samochody terenowe, co z pewnością ułatwia im codzienność. Damian,
jako mechanik samochodowy z zawodu mógł zobaczyć, że spora ich część stoi zepsuta
od ponad roku, a inne naprawiano metodami chałupniczymi z różnymi efektami. Gdyby
otworzył warsztat w pobliżu, na pewno zarobiłby na tutejszych ludziach duże
pieniądze. Pokonując bardzo długie błotniste i dziurawe drogi, w gruzińskich
samochodach zawsze było coś do naprawy, no chyba, że jeździłeś Mitsubishi
Delicą… Od pierwszego wyjazdu do tego kraju byliśmy ich fanami. Mieliśmy
wrażenie, że zaprojektowano je specjalnie na bezdroża i brakujące odcinki po
obfitych opadach deszczu. Pod Kazbekiem nie raz mogłem zobaczyć, jak w trakcie
burzy rwące wody wypłukiwały spory fragment asfaltu, po czym spływały powstałą
dziurą. Tylko miejscowi wiedzieli, za którymi krzakami trzeba skręcić, aby móc powrócić
do wioski inną przeprawą, utworzoną z prowizorycznie przerzuconych śliskich
rur. Te auta nigdy nie zawodziły. Zawsze mogli na nie liczyć. Niewielka, ale
gęsto zabudowana osada Chaznashi dosłownie za kilkadziesiąt metrów kończy się
drugim mostem nad dopływem rzeki Enguri o nazwie Shavtskala-Kvishara. Posiada
dwuczłonową nazwę, ponieważ około 5 km dalej, w rejonie „Doliny Mafii” leżącej
u stóp Dadiashi 3536 m n.p.m., rzekę tę tworzą dwie mniejsze, które wysoko w
górach rozpoczynają swój bieg z obfitych, podziemnych źródeł. Jedno znajdziemy
całkowicie poza szlakiem w okolicach poziomicy 2790 m n.p.m., na północno-zachodnich
zboczach Koruldashi 3085 m n.p.m., a drugie na poziomicy 2773 m n.p.m., na północnym,
mocno opadającym stoku Dadiashi 3536 m n.p.m. Można więc powiedzieć, że obie
łączą się w jedno koryto w pobliżu „Doliny Mafii”, by potem stać się dopływem
dla Enguri. Z niewielkiej przeprawy można dostrzec trójstyk, czyli miejsce,
gdzie wszystkie wody łączą się w jedną rzekę. Jest na co popatrzeć, bo
zobaczymy mocny nurt, którego nie można ignorować. Za nią charakter szlaku zupełnie
się zmienia.
PRYWATNA
POSESJA. POTOK Z UTRUDNIENIEM. „DYWANY” JANOWCÓW LIDYJSKICH
Teraz
szliśmy obrzeżem lokalnej zalesionej góry. Trasa wiodła przez prywatną
ogrodzoną posiadłość. Była wąska, ale długa, dlatego na bramie napisano: „za
przejście pobieramy 2 lari, jeśli się nie zgadzasz – zawróć”. Wiedziałem o niej,
dlatego wziąłem drobne, aby móc zapłacić. Na końcu równej polany widniał dawno postawiony
dom z pustaków, a obok nowo powstały drewniany bufet, w którym urzędowali
gospodarze. Zapłaciłem 5 lari. Życzyli nam udanej trasy. Opuszczając prywatny
teren musieliśmy zamknąć drewnianą furtkę przerzucając drut, podobnie jak bywało
na polskiej wsi w latach 90-tych i wcześniejszych. Dalej szlak zakręcał łukiem
w lewo – do lasu, powoli okrążając zbocze, kierując do zagłębienia na wysokości
najniżej położonej osady wioski Ushguli o nazwie Murkmeli. Również tam nie
brakowało historycznej zabudowy. Na jej skraju wypatrzyliśmy zupełnie nowy dom postawiony
z głową. Pomimo nowoczesnego stylu, bardzo dobrze komponował się z wiekową
częścią wioski, przez co na głos stwierdziliśmy, że podobnych guest house’ów
powinno być więcej, jeśli mają powstawać kolejne. Z zakrętu nie tylko
patrzyliśmy na zamieszkaną część Murkmeli, bo w oddali widzieliśmy, jak
nieustannie wożono beton na potrzeby dwóch ostatnich kilometrów drogi do
Ushguli. Gdybyśmy chcieli odwiedzić tę osadę nadal mieliśmy okazję by to zrobić,
ponieważ z łuku szlaku odbiegała niewielka ścieżka do małego mostku nad rzeką Enguri.
Z tego samego miejsca spojrzeliśmy na zachodnie zbocza góry 3242 m n.p.m.
Zadziwiała nas wielka ściana żółtych kwiatów pokrywających na dużym obszarze jej
stoki. Dopiero z bocznej perspektywy mogliśmy dostrzec znacznie więcej. Podobne
występowały podczas naszej pozaszlakowej wędrówki przez naturalne, ośmiokilometrowe
ogrody. Oczywiście mowa jest o janowcu lidyjskim. Znaliśmy go z kilku innych wcześniejszych
tras, a największe ich skupiska podziwialiśmy podczas wspomnianej drogi,
wytyczonej zboczami szczytu z punktem widokowym 2980 m n.p.m. i dalej – w kierunku
Chubedishi 3015 m n.p.m. Przed nami, ale nieco w oddali, podziwialiśmy podobne
widowisko na przeciwległym stoku. Warto było spojrzeć na ten niezwykły fragment,
bo zauważyliśmy, że janowce pokrywały wystające spod ziemi, zarośnięte trawą grzebienie
skalne, rozmieszczone w regularnych odstępach.
Łuk
szlaku zaprowadził nas do większego potoku, którego nie mieliśmy możliwości
przeskoczyć w dowolnym miejscu. Najpierw musieliśmy znaleźć jakiś dobry punkt,
gdzie moglibyśmy wybić się od stabilnego podłoża. Bardzo dobrze pamiętałem
poślizg Damiana na mokrym kamieniu. Wówczas wpadł do zimnych wód, kiedy na
dodatek był przeziębiony. Po dłuższej chwili wypatrzyłem odcinek potoku zakręcający
wąskim łukiem. Po drugiej stronie widniał podmokły teren z bagienną
roślinnością. W zaroślach znalazłem mały kawałek ziemi, skąd mogliśmy wykonać
dłuższy skok nad jego wodami, aby suchą stopą móc stanąć na drugim brzegu. Pierwsze,
na co zwróciłem uwagę to fakt, że nie widziałem żadnego długiego płatu
śnieżnego ciągnącego się ku górze. Całkowicie zniknął. Na jego miejscu pojawiło
się mnóstwo alpejskich kwiatów. Ścieżka wiodła przez las, jednak wzdłuż potoku
rosły niskie brzozy zasłaniające dalszą perspektywę. Mieliśmy stąd wgląd na
wyższe partie opadających stoków Gvibari oraz na przestrzeń pozostawioną za nami.
Cały czas spoglądaliśmy na idealnie czyste niebo, co zachęcało do dalszej
wędrówki. Nie odczuwaliśmy wczorajszego zmęczenia. Ponownie wyznawaliśmy
zasadę, że na szczyt ma „pchać” głowa. Po lewej stronie, na sąsiednim
wzniesieniu zauważyliśmy kamienną wieżę. Na mapach widniała jako Wysoka Budowla
lub Zamek Ushguli. Oczywiście są to ruiny, ale widać je z każdej części wioski
– również z kwatery, centrum i drogi na lodowiec. Zanim w ogóle rozpoczęliśmy
wędrówkę szlakiem na Gvibari, od naszego obiektu noclegowego do jego początków
wytraciliśmy około 70 m wysokości względnej, przez co z naszej perspektywy ruiny
wydawały się jeszcze wyżej położone niż z poziomu osady Zhibiani, gdzie
nocowaliśmy. Aktualnie czuliśmy dużą stromiznę. W świadomości miałem fakt, że
na razie odrabiamy zaległości. Dopiero później startowaliśmy niejako od zera.
Lesiste wzniesienie przysłaniało spory obszar, dlatego stopniowo podchodziliśmy
coraz wyżej, w nadal zacienionej części. Wieża pomału przybliżała się, ale nie
w tempie o jakim myśleliśmy. Na początku naszej drogi dość dużą i równą, ale
pochyłą łąkę umiejscowioną tuż pod linią drzew w większości opanował janowiec
lidyjski. Żółty „dywan” kwiatów zatrzymał nas, ponieważ niecodziennie można
zobaczyć coś podobnego. Za ukośną polaną ciągle szliśmy wśród brzóz, skąd
mieliśmy wąską panoramę na górne partie Gvibari i coraz szerszy widok na tereny
położone poniżej nas. Idąc dalej, ścieżka cały czas prowadziła równolegle do
lokalnego potoku. Z racji występowania wody, wzdłuż jego brzegów rosło mnóstwo
łąkowej roślinności znanej z Alp.
PANORAMA,
KTÓRA DODAJE SIŁ! DWA RZĘDY BIAŁYCH GÓR
Nieco
poniżej poziomu kamiennej wieży wystającej zza drzew, powoli wyłaniało się
zbocze pewnej białej góry. Powiedziałem, że za chwilę na pewno ją rozpoznamy.
Kiedy dotarliśmy w rejon 2250 m n.p.m., czyli na przybliżoną wysokość dawnych
budowli, zapytałem Olę, czy poznaję ten szczyt. Tak! Patrzyliśmy na Ushbę. Wyglądała
majestatycznie! Zdecydowanie wyróżniała się w okolicy. Każdy krok wyżej odsłaniał
nam jej coraz większy fragment. Wiedziałem również, że ponad granicą lasów dostrzeżemy
aż cztery podobne ośnieżone góry. Każdy kto jest pasjonatem „podniebnych”
wędrówek i wie po co przyjechał do Gruzji, to choćby nie miał już więcej sił, a
zobaczył niezwykłą Ushbę, od razu ożyje. Coś podobnego przeżywałem na
poprzednim wyjeździe, gdzie faktycznie jej charakterystyczne białe rogi na tle
zielonych pasm postawiły mnie na nogi. Od tamtej pory szedłem szybko i
zdecydowanie. Na szczęście dzisiaj nie miałem takich problemów, pomimo
wczorajszej długiej i ambitnej trasy, ponieważ byłem dobrze wypoczęty.
Dodatkowo zachwycałem się miejscową przyrodą. Ten sezon obfitował w różnokolorowe
kwiaty. Powyżej poziomu kamiennej wieży ponownie ujrzeliśmy fragmenty wioski
Ushguli, a za nami wyłoniła się część Ściany Bezingi. Ale mieliśmy widok! Odtąd
każdy kolejny krok przyczyniał się do poszerzania panoramy na dwa rzędy białych
gór jednocześnie! Jak mogłem wcześniej pomyśleć, że droga na Gvibari jest jedynie
trasą na zakończenie wyjazdu? Przecież obfitowała w ogrom piękna! Co prawda
innego niż dotychczas podziwianego, ale właśnie ono miało swój niepowtarzalny
urok!
ZASKOCZENIA
CIĄG DALSZY – DWA GATUNKI KWIATÓW ZAGROŻONYCH WYGINIĘCIEM ORAZ NIETYPOWA
ROŚLINNOŚĆ
Szlak
nie przestawał nas zaskakiwać, ponieważ niespodzianki czaiły się dosłownie
wszędzie. Byłem zdumiony, kiedy stanąłem nad brzegiem potoku w miejscu z
dorodną kępą astrów alpejskich. Od razu poznałem, że wyrosła dokładnie na tym
samym zakręcie i przy tych samych kamieniach co rok temu. Mogłem nawet
potwierdzić ten fakt fotografiami na zasadzie porównań. Chwilę później
przechodziliśmy przez kolejne, efektownie wyglądające zagęszczenie janowców
lidyjskich. Widniało jak naturalny żółty „dywan”. Wystarczyło, że podeszliśmy
nieco wyżej a nad wodą, na skraju ścieżki pojawiła się wysoka na dwa metry
lilia zrosłopręcikowa po łacinie nazywana monadelphum. Na jej łodydze wisiały
trzy dorodne dzwonki pochylone ku ziemi. Nigdy nie widzieliśmy tak pięknych
kwiatów rosnących na dziko. Obowiązkowo zatrzymaliśmy się, aby zrobić im
dokładne zdjęcia, bo wiedzieliśmy, że są wyjątkowe. W okolicznych zaroślach
znaleźliśmy jeszcze kilka podobnych roślin, a największa z nich właśnie
rozpoczynała kwitnienie aż pięcioma dzwonkami na raz! Szlak nie przestawał
zadziwiać, bo pod nogami wypatrywaliśmy kolejne okazy, które trudno było zobaczyć
na nizinach. Najpierw zauważyliśmy piękną grupę niebieskich orlików aquilegia
olympica z charakterystycznymi wrośniętymi białymi dzwonkami. Nigdy nie
widziałem podobnego kwiatu, choć na pierwszy rzut oka pomyślałem, że jest on
pewną odmianą irysa. Dalszy fragment ścieżki upiększał bardzo nietypowy
wilczomlecz ephorbia oblongifolia, utrzymujący w swoich zielonych
talerzykowatych listkach malutki biały kwiatuszek z trzech stron otoczony czerwonymi
widełkami. Długo się jemu przyglądałem, ponieważ niczego podobnego nie
spotkałem w Polsce. Swoim pięknem także zachwycała z pozoru prosta biała kulka
złożona z drobnych płatków osadzonych na wysokiej łodydze. Liście rosły tuż
przy ziemi. W ten sposób kwitnie górska odmiana czosnku siatkowatego. W Polsce
praktycznie nie występuje poza okazjonalnymi przypadkami w Bieszczadach.
Zatrzymałem się obok niego, bo wzdłuż ścieżki nad wodą wypatrzyłem kilka
podobnych kulek. Po drugiej stronie potoku widzieliśmy dość sporej wielkości fioletowy
„dywan” utworzony z bodziszków błotnych. Rosły na podmokłym terenie. Wyróżniał
je pięciopłatkowy kwiat, gdzie na każdym z nich widniało pięć równoległych linii
rozchodzących się od jego nasady promieniście. Miały podobny odcień, tyle że
bardzo ciemny. Rzędy, skupiska i „dywany” różnych rzadko występujących gatunków
roślin zakończyło lekkie odbicie ścieżki w lewo, wiodące na bardziej otwartą
przestrzeń. To, co zobaczyliśmy przed nami, zachwycało jeszcze bardziej.
NAJWIĘKSZE
MORZE RÓŻANECZNIKÓW KAUKASKICH – CZEGOŚ PODOBNEGO NIGDZIE NIE WIDZIAŁEM.
CIEKAWE, NIEPLANOWANE SPOTKANIE
Odtąd,
powyżej poziomu widocznego szlaku, jak również po jego obu stronach, zrobiło
się całkowicie biało. Górę aż po sam szczyt pokrywały bardzo gęste i zwarte
krzaki różanecznika kaukaskiego. Wszystkie zakwitły jednocześnie, jakby umówiły
się na jedną porę, nie zważając na wysokość bezwzględną, która definiowała,
kiedy rozpocznie się ich cykl wegetacji. Jasnym jest fakt, że szybciej
zazielenią się na wysokości 2500 m n.p.m., a zdecydowanie później na poziomie
3000 m n.p.m. Rododendrony łamały tę zasadę, bo jak okiem sięgnął, tak
wszystkie krzewy zakwitły w jednym czasie! Tworzyły tak szczelną formację, że z
daleka można je było omyłkowo wziąć za brudny, topniejący, wiosenny śnieg,
ponieważ te przyjmowały odcienie beżu. Dosłownie patrzyliśmy na wielomilionowe
morze kwiatów, ciągnące się od zakończenia brzozowych lasów aż po sam wierzchołek,
a także od lewego krańca góry, aż po jej prawy brzeg. Podczas omawiania
wszystkich niezwykłych spotkanych rodzajów roślin obowiązkowo musiałbym je
pokazać, żeby móc je sobie wyobrazić. Z tego powodu poniżej zamieszczam zdjęcia
ilustrujące wspominane kwiaty. Nie zapominaliśmy także o odległych pasmach, bo droga
odsłoniła nam znacznie szerszą perspektywę. Aktualnie widzieliśmy Ushbę 4710 m
n.p.m. oraz przylegające do niej dwa sąsiednie szczyty. Za naszymi plecami z
kolei podziwialiśmy niezmiennie piękną, ośnieżoną Ścianę Bezingi. Trasa
wyjątkowo przypadła mi do gustu, bo z każdego miejsca mogliśmy popatrzeć na
dwie majestatyczne panoramy na tle czystego nieba, a w najbliższym otoczeniu
zachwycaliśmy się cudnymi, nieraz bardzo rzadko występującymi kwiatami.
W dole
zauważyliśmy jakiś czarny punkt zbliżający się w naszym kierunku. Po cichu
pomyśleliśmy, że to Damian. Rzeczywiście – Ola rozpoznała go po chodzie i
ruchach ciała. Z racji słabego wzroku musiałem nieco poczekać, aby potwierdzić,
czy to na pewno jest on. Widząc jego dobre tempo marszu, postanowiliśmy iść
powoli, aby mógł nas dogonić. W końcu mieliśmy bardzo dużo czasu. Oczekiwanie
wypełniłem fotografowaniem kolejnych nagromadzeń kwiatów zajmujących coraz
mniejsze przestrzenie w naturalnych trawiastych wnękach utworzonych przez
krzaki rododendronów. Bardzo podobały nam się wszystkie widoki – te bliskie i
te odległe. Pobudzały wyobraźnię. Wiedzieliśmy, że do szczytu Gvibari mamy
jeszcze sporo wysokości do osiągnięcia, a także na stałym poziomie 2660 m
n.p.m. będziemy przecinać całe zbocze góry wszerz, żeby po jego drugiej stronie
rozpocząć właściwe podejście na główny wierzchołek. Pamiętałem, że w punkcie
oznaczonym jako 2643 m n.p.m. znajdziemy obfite źródło wody pitnej, dlatego
wcześniej nie napełniałem butelek. W jego okolicy znajduje się płaski kamień i
piękna zielona przestrzeń, gdzie można odpocząć i przygotować coś do jedzenia.
Pomiędzy gęstymi różanecznikami trasa odbijała w lewo. Podchodziliśmy stopniowo.
Damian już wkrótce do nas dołączył. Odtąd szliśmy w komplecie. Cieszyliśmy się,
że wyruszył w teren, ponieważ panowała idealna słoneczna pogoda i szkoda by
było, żeby przesiedział cały dzień w rejonie kwatery u Tjechnologa. Dobrze jest
spotkać się po długich wędrówkach u niego, aby powspominać piękne trasy,
momenty i przeżycia, a w trakcie deszczowego dnia zjeść gruziński ciepły obiad.
Idąc w pełnym składzie, za chwile dotarliśmy do źródła położonego na wysokości
2643 m n.p.m. Tuż przed nim widniało lokalne rozlewisko, zapewniające wilgoć dla
wielu roślin. Szczególnie dwa gatunki kwiatów upodobały sobie jego otoczenie. Bardzo
obficie zakwitły żółte jaskry oraz pierwiosnki ząbkowane w postaci
jasnofioletowych kulek. Obowiązkowo przystanąłem, żeby zrobić im zdjęcia. Zajęły
cały wznoszący się garb ponad poziomem ścieżki. U jego stóp również występowały
jasnożółte pierwiosnki oraz liczne gnidosze pedicularis w formie żółtych wież
kwiatowych, nieco przypominających kolby kukurydzy. Pomiędzy nimi, w
najbardziej podmokłych miejscach rosły drobne białe kwiatuszki nazywane
warzuchą.
RÓŻNICE
W WYSOKOŚCI WZGLĘDNEJ I BEZWZGLĘDNEJ
Chociaż
czuliśmy, że przeszliśmy spory kawałek, to wysokość bezwzględna nadal nie
robiła żadnego wrażenia. Dlaczego? Ponieważ tak, jak już wcześniej wspominałem,
zanim rozpoczęliśmy szlak właściwy, najpierw przeszliśmy całą wioskę, obniżając
początkowy punkt o 70 m w pionie. Zatem różnica poziomów dodatkowo nam wzrosła.
Dzisiejszy dzień idealnie tłumaczył pojęcie wysokości względnej i bezwzględnej.
Bezwzględna to ta liczona od poziomu morza. Właśnie o niej mówimy, gdy
opisujemy wielkość góry podawaną w metrach. A czym jest wysokość względna? To
różnica poziomów pomiędzy najniższym punktem w jakim zaczynasz wędrówkę, a
najwyżej położonym celem twojej wyprawy. Właśnie dlatego mieliśmy wrażenie, że przeszliśmy
spory kawał trasy, a wszystkie szczyty dookoła nadal wyraźnie górowały nad nami.
Zaczynaliśmy od punktu 2076 m n.p.m. (łuk ścieżki za drugim mostkiem w kierunku
Murkmeli), a nie jak podczas innych wyjść – zazwyczaj od 2150 m n.p.m. (okolice
guest house „Angelina” lub boiska piłkarskiego wciśniętego pomiędzy dwie drogi,
ogrodzonego białą, metalową, wysoką siatką). W każdym przypadku wędrówkę
rozpoczynaliśmy od razu, a dzisiaj nie tylko musieliśmy przejść całą wioskę jej
obrzeżami, ale również wytracić około 70 m w pionie, po czym nadrobić je u stóp
Gvibari. Rzeczywiście pokonaliśmy dużą wysokość (blisko 600 m), ale na tle
innych gór wyglądało, że nadal jesteśmy dość nisko.
GRUZIŃSKI
MIĘGUSZOWIECKI KOCIOŁ. OSTATNI ODCINEK
Nad
źródłem napełniliśmy butelki, rozrobiliśmy izotoniki, a także zabraliśmy wodę,
żeby ugotować kiełbaski. Chociaż te bardzo dobre przywiezione z Polski nam się
skończyły, to mieliśmy jeszcze kabanosy, które chcieliśmy zagrzać. Najpierw
jednak założyliśmy osiągnięcie głównego wierzchołka Gvibari, a później podczas
zejścia zatrzymalibyśmy się w „Mięguszowieckim Kotle”. Pomyśleliśmy, że osłoni
nas od wiatru. Cały czas patrzyliśmy na prawie czyste niebo. Ushba nadal
zachwycała swoim pięknem. Widzieliśmy ją w pełni. Nawet w jej pobliżu nic nie
zapowiadało zmian w pogodzie. Nieco powyżej ścieżka zakręcała łukiem w prawo,
kierując nas na poziomy trawers przez różaneczniki. Mieliśmy stąd przepiękny
widok na białą Ścianę Bezingi. Chociaż chmury już częściowo przysłoniły
najwyższe szczyty wchodzące w jej skład, to i tak wyglądały majestatycznie.
Dodatkowo, przed nami widniał trawiasty garb, który upodobały sobie inne,
wcześniej niewidziane kwiaty. W dużych kępach rosły przetaczniki goryczkowate
przypominające bardzo bodziszka błotnego, tyle że wyróżniała go różowa barwa
przechodząca w jasny fiolet i granat. Bodziszkowaty kwiatostan jest osadzony na
jednej, długiej łodydze. Tworzą one większe gromady, podobnie jak wrzosy i
janowiec lidyjski. Odtąd korzystaliśmy z trawersu łączącego jeden brzeg góry z drugim
jej krańcem. Szliśmy wyznaczoną ścieżką wzdłuż poziomicy 2660 m n.p.m. Pomimo,
że wytyczono tędy oficjalny szlak, to rododendrony w wielu miejscach zagrodziły
jedyne przejście. Rosnąc powoli, przerzucały swoje gałęzie przez dróżkę na
opadające poniżej zbocze. Napotykając trudności przechodziliśmy tak, jak przebiegała
trasa. We wspomnianych fragmentach wolniej stawialiśmy kroki, ponieważ gałęzie mocno
sprężynowały, a nierzadko traciliśmy równowagę, przechylając się w kierunku
opadającego stoku. Idąc tamtędy, zastanawiałem się, kiedy wpadnę na niżej
położone krzaki. Nieco dalej nawet wystawały korzenie. Ewentualny upadek nie
byłby groźny, bo różaneczniki skutecznie amortyzowały każdy krok. Co najwyżej
mielibyśmy otarcia na skórze. Przecinając górę wzdłuż, największe wrażenie
robiło beżowe morze tych kwiatów. Z naszej perspektywy dosłownie ją zalewały. Zanikały
dopiero na końcu zbocza, które właśnie trawersowaliśmy. W wielu miejscach
przystawałem, aby zrobić im zdjęcia z bliska.
Przetacznik goryczkowaty
W
trakcie wędrówki pomału wyłaniał się majestatyczny, biały szczyt Tetnuldi 4858
m n.p.m. dość często odwiedzany przez alpinistów. Z racji zmian klimatu (nie
mylić z jego ociepleniem propagandowo nazywanym efektem szklarniowym z powodu
CO2) droga normalna z roku na rok staje się coraz trudniejsza, a w sezonie
letnim niemożliwa do przejścia, ponieważ duży fragment lodowca przez lata
zanikał, uwalniając niezwiązane z podłożem kamienie i głazy. Marsz w całkowicie
niestabilnym gruncie jest niebezpieczny i grozi nawet śmiercią. My tymczasem
patrzyliśmy na nią przez lokalną przełęcz położoną po lewej stronie głównego
wierzchołka góry 3242 m n.p.m. Po prawej z kolei podziwialiśmy praktycznie całą
panoramę Ściany Bezingi. Przejście na przeciwnie położony stok Gvibari upłynęło
nam bardzo szybko. Pomimo pochyłych i sprężynujących gałęzi, nie mieliśmy
większych problemów z pokonywaniem przeszkód. Na końcu trawersu od razu
rozpoznałem charakterystyczny kocioł, przypominający swoim wyglądem tatrzańskie
zagłębienie w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Znaleźliśmy
idealne miejsce na odpoczynek i obiad. W jego wnętrzu leżało wiele dużych
głazów narzutowych. Jeden z nich chcieliśmy wykorzystać jako stół. Za kotłem
ścieżka skręcała pod kątem prostym w lewo, prowadząc na wąskie zbocze
otaczające go od północno-zachodniej strony. Odtąd szybko osiągaliśmy wysokość.
Za lokalną ścianą skalną otwarła się duża trawiasta stromizna wiodąca do
zagłębienia terenu przed szczytem Gvibari. Wielkie morze rododendronów również
miało swój koniec. Powyżej jego poziomu widzieliśmy tylko pojedyncze skupiska
kwitnących krzewów. Myślałem, że wewnątrz wielkiego zapadliska położonego na
wysokości 2850 m n.p.m. tworzącego lokalny zielony kocioł będzie zalegać
mnóstwo śniegu, jednak przed nami widniała wielka polana, pełna dorodnych kęp
traw.
Tetnuldi 4858 m n.p.m.
Ścieżkę
wydeptano bocznym grzbietem, co pozwalało osiągnąć dodatkowe 100 m
przewyższenia, omijając wspomniane zagłębienie ograniczone z obu stron opadającymi,
skalistymi zboczami góry. Jedyny pies, który do nas dołączył w Ushguli ciągle szedł
z nami. Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy, ponieważ pochodził ze ścisłego
centrum wioski. Był średniej wielkości, koloru beżowego, z kilkoma dużymi,
jasnobrązowymi łatami. Nie prosił nawet o jedzenie. Spokojnie podążał za nami,
kiedy podchodziliśmy coraz wyżej. Podczas naszych odpoczynków kładł się na
trawie obok nas. Ostatni fragment szlaku wiódł wąską, ale bardzo dobrze
widoczną ścieżką przez pofałdowany teren. Omijaliśmy na przemian kolonie
różaneczników kaukaskich i zielonych polan, opanowanych przez żółte pełniki
altaicus, a jednocześnie szybko osiągaliśmy kolejne metry wysokości. Za
ostatnimi nierównościami wyszliśmy na rozległe zapadlisko terenu o pochyłym
zboczu. Porastała je równa trawa, jakby ktoś ją wykosił. Kwiaty występowały rzadziej,
bo wiosna dopiero „przed chwilą” odbiła wspomniane ziemie po długiej walce z
zimą. Ta jednak jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, ponieważ północne
krawędzie stromo opadających stoków nadal pokrywał śnieg. Wielka łąka wyglądała
przepięknie, bo świeżo-zielona trawa rosła w postaci jednakowej wielkości kęp.
Nic nie mąciło jej jednolitego charakteru. Kwiaty nie zdążyły się pojawić,
nornice nie wyryły tuneli, a różaneczniki nie objęły swoim zasięgiem tego
miejsca. Być może w okolicy leżały ich nasiona, ale z powodu surowych warunków
nie mogły przetrwać. Krzewy te potrzebują wielu lat, aby opanować wyżej
położone przestrzenie, ponieważ czym wyżej, tym klimat staje się dla nich coraz
bardziej wymagający, a cykl wegetacji coraz krótszy. Ponad poziomem 2850 m
n.p.m. nie nadążają zakwitać i zamknąć cyklu wydawania nasion, bo zima powraca zbyt
szybko. Idąc na Gvibari, trafiliśmy na najlepszą porę roku, bo w zdecydowanej
większości miejsc śnieg ustępował, a nawet najwyższe stoki gór w całości
pokryła zieleń. Nigdzie za to nie widzieliśmy martwych, pozimowych pól, gdzie
nic nie rosło. Zachwycaliśmy się pięknem otoczenia. Zauważyliśmy, że chociaż
wytyczono oficjalny szlak, to na szczyt prowadziły dwie ścieżki. Pierwsza
przebiegała prawym wąskim zboczem obchodzącym całe zagłębienie, a druga, nieco zarośnięta,
w dużej części przecinała trawiasty kocioł. Trudno było nam uwierzyć, że na
poprzedniej wyprawie, dokładnie o tej samej porze roku, w tym samym miejscu,
zalegało jeszcze 1,5 m śniegu, którego wówczas nie mogliśmy przejść… Przyspieszona
o trzy tygodnie wiosna w Europie najwidoczniej do Gruzji zawitała podobnie
szybko.
GVIBARI 2943 m n.p.m.
W końcu
dotarliśmy na Gvibari 2943 m n.p.m. Widoki z wierzchołka zachwycały, ponieważ
we wszystkich kierunkach mieliśmy rozległe panoramy. Gdzie nie spojrzeliśmy,
tam patrzyliśmy na zielone stromizny. Przed nami i po prawej stronie dodatkowo
widniały lodowcowo-skaliste góry. Spoglądając w dół zauważyliśmy, że od prawego
wierzchołka Gvibari pełniki altaicus i zawilce narcyzowe obficie zakwitły na
każdym trawiastym garbie sprawiających wrażenie jakby ułożonych w rzędzie. W
kierunku południowo-wschodnim podziwialiśmy majestatyczną Dadiashi 3536 m
n.p.m., będącą najwyższym szczytem w okolicy. Charakteryzowały go nierówne,
poszarpane, ciemne skały, a po obu jej stronach odbiegały prawie czarne granie
przysypane śniegiem. Jako że z Gvibari patrzyliśmy na północny ciąg
wielowierzchołkowego grzbietu, widzieliśmy stąd większe ilości bieli. Dociera
do nich znacznie mniej słońca, dlatego wiosna nie mogła tak szybko zawitać w
ich rejonie. Panoramę na Dadiashi mieliśmy praktycznie z każdej trasy, którą
przeszliśmy podczas tego wyjazdu. W zestawieniu z innymi pasmami górskimi
tworzyła złudzenie, jakbyśmy spoglądali na kalderę wygasłego i ośnieżonego
wulkanu. Podczas, gdy na pozostałych pasmach wiosna już dawno zdobyła tereny do
poziomu 3000 m n.p.m., w przedziale pomiędzy Gvibari a Dadiashi nadal panował zimowy
mikroklimat. Obszary powyżej 2900 m n.p.m. w wielu miejscach wciąż obficie
pokrywały śniegi. Na wierzchołek Dadiashi nie wydeptano nawet żadnej ścieżki,
ponieważ wejście wiązałoby się ze wspinaczką skalną i użyciem specjalnego
sprzętu takiego, jak: uprzęże, liny, karabinki, haki, przyrządy zjazdowe i
ekspresy. W każdym razie, widok z niego musiał być przepiękny. Trochę bardziej
na wschód podziwialiśmy znaną nam trójkątną piramidę Tsurungali 4250 m n.p.m. i
podobną, ale wyższą Ailamę 4547 m n.p.m. Mocno spadziste skalne ściany
skierowane ku zachodowi pokrywał błyszczący śnieg. Obie „piramidy” z daleka
wyglądały majestatycznie i sprawiały wrażenie nieosiągalnych.
Nieco w
lewo mieliśmy jakże lubianą Ścianę Bezingi ze Shkharą 5193 m n.p.m. w roli
głównej. Patrząc w kierunku północnego-wschodu podziwialiśmy wspaniały bezimienny
szczyt 3242 m n.p.m. – cel drugiego dnia naszej wyprawy. Wiosna w całości
pokryła go zielenią. Jedynie na ostrych graniach zalegał śnieg w postaci
wąskich i białych nawisów biegnących w kierunku przełęczy Lagem 2990 m n.p.m. oraz
góry o wysokości 3106 m n.p.m., jednocześnie przechodząc przez inny szczyt 3142
m n.p.m., oferujący wspaniałą panoramę na lodowce. Za jedną z najpiękniejszych gór,
gdzie przechodziliśmy przez drugie największe morze żółtych pełników altaicus, widniał
samotny, ale monumentalny Tetnuldi 4868 m n.p.m., gdzie czasem niewielkie grupy
wspinaczy próbują wejść na jego wierzchołek. Góra wygląda zachęcająco. Z daleka
wygląda, jakby nie przedstawiała żadnych trudności, ale wiemy, że tak nie jest.
Wiele ekip musi zawracać z powodu stale spadających, niezwiązanych z podłożem kamieni
i braku w miarę bezpiecznej trasy, która niegdyś wiodła przez obecnie
zanikający lodowiec… Na północnym zachodzie spoglądaliśmy w kierunku bardzo
pięknego ciągu szczytów z Ushbą w roli głównej 4710 m n.p.m. Chociaż sprawiała
wrażenie królującej nad tamtejszą okolicą, to za nią dostrzegliśmy znacznie
wyższy, dwuwierzchołkowy Elbrus 5642 m n.p.m. Wspaniałe pasmo tworzą:
Fizkulturnik 4068 m n.p.m., Południowa Ushba 4710 m n.p.m., Północna Ushba 4697
m n.p.m., Chatyn-Tau 4411 m n.p.m. i widoczny mocno w oddali, ale cały biały
Elbrus 5642 m n.p.m. Rząd wybitnych pików, gdzie pomiędzy nimi widać wiele
pomniejszych, wyróżnia się na tle zielonego Kaukazu. Idąc dalej w lewo,
zobaczymy niezliczoną ilość trawiastych pasm, o których nie sposób napisać. Przed
nami, w kierunku zachodnim, patrzyliśmy na niżej położoną grań, gdzie prowadził
szlak do bardzo znanego miejsca – do przełęczy Latpari 2830 m n.p.m. Chociaż
nie posiada ona imponującej wysokości, to od połowy lipca, a bardziej od początku
sierpnia, turyści chodzą w jej rejon, ponieważ można wejść na Gvibari, wracając
zupełnie inną trasą oddaloną o kilka kilometrów. Z pewnością podobna przeprawa
wymaga dużej ilości czasu i dobrej kondycji, żeby nie zastała nas noc. Można
stamtąd wrócić przez wioskę Davberi, idąc pieszym szlakiem w stronę Ushguli. Już
samo wejście na Gvibari może być dla osób chodzących po górach sporą wycieczką,
dlatego dalszą trasę polecam tylko ludziom posiadającym świadomość, jak jest ona
długa.
Wiatr na
Gvibari zawiewał zimnymi podmuchami. Postanowiliśmy zejść kilkadziesiąt metrów
poniżej głównej linii grani, aby osłonić się od niego. Mieliśmy dużo czasu,
dlatego teraz chcieliśmy odpocząć i przede wszystkim podziwiać piękne widoki. W
trakcie naszej przerwy chmury zajęły połowę nieba. Przecięły znane nam pasma na
pół, nie odsłaniając ich wierzchołków aż do zachodu słońca. Zniknęły szczyty
takie, jak: Ushba, góra 3242 m n.p.m., Tetnuldi, Shkhara, Ailama i Tsurungali.
Wszystko, co znajdowało się po przeciwnej stronie wspomnianej linii oświetlały
nam jego promienie. Cieszyliśmy się, że wybraliśmy odpowiednią drogę na
dzisiejszy dzień, ponieważ siedzieliśmy we właściwym miejscu. Damian rozpoczął
rozmowy z Olą. Ja tymczasem zasnąłem z psem na trawie. Nie mogłem sobie
wymarzyć lepszego miejsca na odpoczynek. Słońce przygrzewało bardzo mocno, a
trawa była miękka. Przespałem blisko godzinę. Nad górą 3242 m n.p.m. pojawiły
się nawet ciemniejsze chmury. Ale ich układ nie zmieniał się pomimo upływu
czasu.
POWRÓT
DO GRUZIŃSKIEGO MIĘGUSZOWIECKIEGO KOTŁA. NASZE ROZWAŻANIA
Teraz
marzyliśmy o dobrym obiedzie. Od razu wybór padł na „Mięguszowiecki Kocioł” pod
skalistą ścianą skalną, gdzie przebiegała ścieżka szlaku. Po długim postoju zaczęliśmy
powolne schodzenie, bo chcieliśmy nacieszyć się zielonymi polanami pełnymi
kwiatów. Wyglądały wręcz sielankowo. Panował zupełny spokój. Nie spotkaliśmy
ani jednej osoby. Damian wcześniej dotarł na Gvibari, dlatego wspomniał o
dziwnych muszlach, które można znaleźć na drugim jego wierzchołku. Zresztą zabrał
ich kilka, aby nam je pokazać. Rzeczywiście wyglądały dziwnie, ponieważ trudno
sobie wyobrazić coś przypominającego małże żyjące ponad poziomem chmur…
Pytanie, jak stare one były i co przyniosło je na szczyt? Widząc, jak wielu
turystów tędy przechodziło w ciągu dnia pomyślałem, ile jeszcze zagadek mają do
odkrycia Gruzini we własnym kraju… Bardzo ciekawiły mnie wysokogórskie muszle.
Nie powinno ich tu w ogóle być… Podobnie jest z gazowanym stawem wody pitnej w
Dolinie Truso. Jak to możliwe, że w świecie technologii cyfrowej nikt nie
określił jego rozmiarów? Przecież wytyczono do niego oficjalny szlak
turystyczny, a wspomnianą trasę odwiedza do kilkudziesięciu osób dziennie. Czy
nie wystarczyło na dno opuścić jakiś kamień zawieszony na sznurze, aby zobaczyć
w przybliżeniu jak jest głęboki? Nie mówię od razu o nurkowej ekspedycji, bo z
wody z ciągle wypływającymi spod ziemi bąbelkami CO2, można już
nigdy nie wypłynąć z racji nieodpowiedniej wyporności. I choć zdaję sobie z
tego sprawę, że zwykły kamień opuszczony na sznurze mógłby osiąść gdzieś na
półce skalnej, to przynajmniej wiedzielibyśmy, czy omawiany zbiornik jest tylko
trochę, a może bardzo głęboki, bo np. znajduje się tam jakiś nieodkryty, podziemny
kompleks jaskiń podwodnych… Myślę, że podobne miejsce w Polsce byłoby już dawno
przebadane i zmapowane co najmniej 60 lat temu, ponieważ z tamtego okresu
pochodzi większość map podziemnych formacji. Wszystko za sprawą opracowania
nowszych technologii sprzętu jaskiniowego i nurkowego oraz powstawania klubów
zrzeszających pasjonatów eksploracji nieznanego. W każdej takiej organizacji
zawsze jest przynajmniej jedna osoba z ogromną wiedzą, ciekawa każdego nowego
miejsca i wyzwania. W Gruzji brakowało podobnego zacięcia, co widać nawet w
popularnych miastach, takich jak Kutaisi czy Batumi, gdzie w lipcu nie spotkamy
tłumów, a co najwyżej pojedynczych, spacerujących głównie z zagranicy ludzi.
Tak właśnie działa komunizm nakazujący wszystkim stawanie się szarą masą bez
indywidualnych cech i zainteresowań. Za to władze mają mieć dostęp do
wszystkiego. Dziesiątki lat życia w zepsutym systemie nie przynosi nic dobrego,
co widać na przykładzie Polski, gdzie lata 1945-1989 zostały bezpowrotnie utracone,
zmarnowane. W tym czasie kraje Zachodu intensywnie się rozwijały. Tymczasem my
– Polacy – część tego okresu przestaliśmy w długich kolejkach, żeby dowiedzieć
się, że dla nas zabraknie towaru. Komunizm zabija różnorodność i rozwój.
Właśnie coś takiego obserwowałem w Gruzji. Pomimo że wydostali się spod łap
dawnego ustroju, to sowiecka mentalność nadal pozostała…
Przebywając
w ich państwie, zawsze o tym myślałem, dlaczego Gruzini nie podróżują po swoim
pięknym kraju, tak samo jak Polacy. U nas wszystko, co jest choć trochę znane,
w weekendy zawsze jest zalane tłumami, co zniechęca do odwiedzania podobnych
atrakcji turystycznych. Tymczasem w Gruzji, najbardziej „kultowe” miasta nie są
zwiedzane masowo, a miejsca podobne do Zakopanego, lecz ze znacznie ciekawszą,
a może zupełnie inną historią, odwiedzają w zdecydowanej większości podróżnicy
z zagranicy, posiadający świadomość o walorach danego regionu. Najprawdopodobniej
chodzi o ich stan zamożności. Według danych statystycznych z 2019 roku, Polacy
byli około 8-krotnie bogatsi od Gruzinów w przeliczeniu PKB na osobę. Oprócz
braku pieniędzy z pewnością dochodziła mentalność ludzi niemających we krwi
podróżowania tak, jak spora część Polaków. U nas nieważne jakiego typu ludzie
uprawiają turystykę, ale na każdym kroku widać, że jest ona masowa. Wystarczy
zajrzeć do znanych miejsc takich, jak: Szczawnica w Pieninach, Zakopane,
Karpacz, Krynica Górska i Morska, Kołobrzeg, Hel, Rewal, Mielno, Władysławowo,
zamek Ogrodzieniec, Bobolice, Jezioro Śniardwy, Hańcza, Biebrzański Park
Narodowy, Śnieżka, Babia Góra, park rozrywki Energylandia, Wrocław, Kraków,
Warszawa, Wisła, Ustroń i… wiele tak mógłbym jeszcze wymieniać, a wszędzie
zobaczymy ogromne tłumy ludzi. W Gruzji w ogóle nie spotkałem się z podobnym
zjawiskiem, chociaż przebywaliśmy w miejscu o światowej klasie. Ushguli z
pewnością do takich należy, ponieważ do wioski zjeżdżają się podróżnicy z
całego świata. W kawiarni spotykaliśmy przecież grupy z USA, Brazylii, Korei
Południowej, Izraela, Litwy, Niemic, Austrii, Ukrainy, Czech, Australii,
Tajlandii, Japonii, Arabii Saudyjskiej i wielu innych krajów. Pomimo tak licznych
narodowości można tu przyjechać z dnia na dzień bez planowania wyjazdu, przebierając
w ofertach obiektów noclegowych…
Pamiętam
kilka sytuacji, kiedy miejscowi podchodzili do nas i pytali, czy czasem nie
potrzebujemy zakwaterowania. Gdyby tylko wiedzieli, że przyjechaliśmy na dwa
tygodnie i nie mamy nic zarezerwowanego, z pewnością ucieszyliby się na nasz
widok, bo do Ushguli ponad 90% turystów przybywa tylko na jeden lub dwa dni… Większość
jedynie planuje zwiedzić wioskę, nawet nie wgryzając się zbytnio w jej
historię, po czym szybko odjeżdża. W dzisiejszym świecie głównie liczą się
zdjęcia do mediów społecznościowych. W każdej dziedzinie turystyki widać ten zły,
dominujący trend. Mało za to można spotkać ludzi, którzy opowiedzieliby coś o kaukaskich
górach, co zobaczyli i omówili jakieś ciekawe trasy. Pamiętam sytuację z
poprzedniej wyprawy, gdzie widziałem kilka zmian turystów. Kiedy pytali o
szlaki, prowadziliśmy bardzo długie rozmowy przy ciepłej herbacie i chaczapuri,
podczas których najpierw omawiałem oficjalne drogi, a później trasy wytyczone
przeze mnie, gdzie ścieżki nie istnieją, bo te wyznaczałem sobie sam. Wówczas w
szczególności opowiadałem o samotnej wędrówce na grań Podarok zachwycającą swoim
otoczeniem oraz niedostępnością dla większości wędrowców z powodu barier
psychologicznych. Można tam zobaczyć niezwykłe morze żółtych pełników altaicus.
Nigdzie indziej nie widziałem miejsca, gdzie jeden gatunek kwiatu opanował tak
wielkie przestrzenie. Jedynie „cicinki” {rdest wężownik) występowały na każdej
widocznej stąd górze, tyle że mieszały się one z innymi, różnokolorowymi roślinami.
W niewielu przypadkach występowały jako monokultura. Pogawędki nie wynikały z
mojej znajomości Kaukazu, a jedynie z faktu, że do Ushguli przyjechaliśmy na
dwa tygodnie i mieliśmy czas, aby przejść znacznie więcej niż większość przybywających
do wioski turystów. Mogliśmy poczuć się jak weterani, których wielu chciało
słuchać, ponieważ każdy miał do opowiedzenia swoją własną historię. Bardzo
ceniłem sobie podobne spotkania, bo lubiłem zachęcać innych do zobaczenia
czegoś nowego, ciekawego, innego, niespotykanego, nieszablonowego i wyjątkowego.
Z drugiej strony nie miałem nic do zdecydowanej większości ludzi przyjeżdżających
tylko pobieżnie zwiedzić okolicę, żeby „za chwilę” wrócić. I takie osoby przeżywały
na swój sposób niezwykłą przygodę, ponieważ mało kto dociera do Ushguli. Zapytaj
swoich znajomych – ilu z nich zna te rejony? Skoro my – Polacy – potrafimy przeciążyć
każdą znaną atrakcję turystyczną we własnym kraju, a w Gruzji trudno znaleźć podobny
trend, chociaż zjeżdżają się tutaj ludzie ze wszystkich kontynentów (poza
Antarktydą rzecz jasna), doceniłem każdego turystę przebywającego u stóp
Shkhary, bo w skali świata do historycznej wioski o nazwie Ushguli dociera
zaledwie garstka osób.
Wracając
trawiastymi polanami, wielokrotnie wskazywaliśmy na piękne miejsca podczas
wędrówki dzisiejszym szlakiem, a także na nieplanowane postoje w krzaczkach za
potrzebą… Kiedy schodziliśmy wąskim pofałdowanym grzbietem okalającym „Mięguszowiecki
Kocioł”, od razu pomyśleliśmy, że wewnątrz będziemy dobrze chronieni od wiatru,
a jednocześnie miejsce zapewni nam wspaniałą panoramę na odległe pasma. W
trakcie drogi powrotnej widzieliśmy przebieg całej trasy. Przed nami i nieco
poniżej widniała rozległa, trawiasta polana, którą gdzieniegdzie opanowywały
pełniki altaicus, a także w mniejszym stopniu białe zawilce narcyzowe. Tworzyły
piękne gromady. Przy każdym gęstym skupisku tych kwiatów koniecznie musiałem
przystanąć, aby zrobić im zdjęcia. Ich delikatnością i kolorem nie mogliśmy
nasycić oczu. Na pewno dla mnie były czymś wyjątkowym, niespotykanym na podobną
skalę w innych częściach gór świata. Muszę dodać, że zdążyłem odwiedzić wiele
różnych miejsc, dlatego mówię z własnego doświadczenia. Zejście rozpoczęliśmy
idąc ledwo wydeptaną ścieżką, wybierając lewą krawędź trawiastej polany
tworzącej kocioł. Z jej obrzeża mieliśmy chyba najpiękniejszy widok na Ushbę,
ponieważ szlak prowadził na małe wzniesienie, za którym zbocze gwałtownie
opadało w kierunku niżej położonych lasów. Na wybrzuszeniu terenu rosły zawilce
narcyzowe w dużej grupie. Idealnie komponowały się z tłem w postaci ośnieżonej
Ushby. Podziwiana panorama była wyjątkowa! Po dłuższej chwili poszliśmy dalej –
w dół. Odtąd ścieżka wiodła krótkimi, ale licznymi zakosami, tworzącymi
wielokrotną literę „S”. Dzięki niej szybko obniżaliśmy wysokość. Ponownie patrzyliśmy
na beżowe różaneczniki kaukaskie, szczelnie pokrywające stoki położone poniżej
nas. Wytyczono tamtędy jedyną słuszną drogę, będącą częścią oficjalnej trasy na
Gvibari. Nie ma innej możliwości, bo rododendrony rosną tak gęsto, że tworzą
zwartą nie do przebycia strukturę. Jedyną opcją byłaby wędrówka przez krzaki,
ale ta wersja jest bardzo uciążliwa oraz nienajlepsza dla środowiska. Po co
mielibyśmy niszczyć coś pięknego i wartościowego? Poniżej szlak przebiegał
wzdłuż wielkiego Kotła Mięguszowieckiego. Posługiwaliśmy się tą nazwą, ponieważ
była nam znana i wiedzieliśmy, o które miejsce chodzi.
ODPOCZYNEK
W MIĘGUSZOWIECKIM KOTLE. „OBŚLIZŁE” KIEŁBASY. COŚ NAS PODGRYZA. KLĄTWA
GVIBARIANA. DROGA DO ŹRÓDŁA
Nadal
utrzymywała się słoneczna pogoda, dlatego postanowiliśmy, że zrobimy dłuższą
przerwę w „tatrzańskim” zagłębieniu. Patrzyliśmy na nie po prawej stronie, a z
każdą minutą dorównywaliśmy do jego poziomu. Kiedy dotarliśmy na płaski teren,
od razu skręciliśmy kilkanaście metrów w głąb kotła. Tam znaleźliśmy wiele
płaskich głazów, które wykorzystaliśmy jako stół. Rozłożyliśmy na nich
prowiant, a także kuchenkę gazową. Mieliśmy ze sobą kabanosy Berlinki, orzechy,
mieszankę bakalii, batony energetyczne oraz izotoniki. Jako że przyszedł nam
smak na coś treściwego, postanowiłem zagrzać kabanosy. Byliśmy dość dobrze
osłonięci od wiatru, a słońce nadal przypiekało. Woda zagotowała się szybko.
Nareszcie mogliśmy zjeść coś ciepłego. Szybko jednak zauważyliśmy, że z
kabanosami coś jest nie tak. Wypłynął z nich tłuszcz, przez co stały się obślizgłe.
Nawet mieliśmy trudność, aby je utrzymać w palcach. O ile za bardzo nie
zmieniły smaku, to ich konsystencja miała wiele do życzenia. Nie jadłem ich z
apetytem. Damian od razu przypomniał sobie moje powiedzenia dotyczące naszej
pasji podróżowania. Zawsze powtarzałem: „nie lubię suchych gór”, „obślizłych
kiełbas” i „szarówy-dupówy”, bo wtedy wychodzą martwe zdjęcia. Moją
specjalnością jest fotografia krajobrazowa, stąd nigdy nie wychodzę w teren,
kiedy jest zachmurzone niebo albo kiedy pada deszcz (dupówa). Większość
turystów w polskich górach nie zwraca uwagi na takie szczegóły. Raczej podążają
za tłumem, nie przywiązując uwagi do jakości ujęć. Dla większości ludzi zdjęcia
w podobnych warunkach będą wystarczające, ale ja trzymam się złotej zasady: „na
wiosnę, jak co roku, miliony amatorów fotografii wychodzą z domu, by powtarzać
wciąż te same, nudne ujęcia. Zapytani, po co to robią, zwykle nie potrafią
wskazać powodu” [Andreas Feininger]. Trzymam się również tej zasady w
fotografii: „amator martwi się o sprzęt, a profesjonalista o światło”. Jednak
teraz dorwało mnie powiedzenie: „nie lubię obślizłych kiełbas”. Wszyscy
zaczęliśmy się śmiać, bo na widok kabanosów, których nie mogłem utrzymać w
palcach, ociekających jakimś okropnym tłuszczem, jedynie mocno skrzywiłem oczy,
nie wiedząc, czy w ogóle one są jadalne… Spróbowałem kilku sztuk, ale ciężko
przechodziły mi przez gardło. Po kilku gryzach porzuciłem je. Ewidentnie nie
nadawały się do niczego. Odtąd na trasie ciągle mieliśmy temat „obślizłych”
kiełbas i mojej skrzywionej miny na samą myśl o Berlinkach. Damian przypomniał
swoją historię związaną z górą Gvibari podczas poprzedniej wyprawy, gdzie
przycisnęło go na klasyczną „dwójkę”, a nie miał ze sobą papieru toaletowego.
Pozostało mu jedynie załatwić swoje sprawy gdzieś pomiędzy krzakami w pobliżu
szlaku. Dobrze, że trasa jest bardzo mało uczęszczana. Dzisiejszego dnia na szczycie
byliśmy tylko my i nikt więcej.
W kotle
odpoczywaliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę. Czuliśmy, że od czasu, do czasu
coś nas podgryza. Pomiędzy kamieniami chodziło mnóstwo dużych mrówek. Kiedy je
zauważyliśmy, spakowaliśmy dość szybko wszystkie rzeczy, po czym wyruszyliśmy w
dalszą drogę powrotną. Tuż za zagłębieniem rozpoczynał się wielki pas
różaneczników, szczelnie pokrywających całe zbocze po obu stronach. Właściwa trasa
prowadziła z jednego krańca góry, na drugi – tak, jak podczas dzisiejszego podejścia
w kierunku szczytu. Obecnie wędrowaliśmy na stałym poziomie. Nadrabialiśmy
odległość, ale nie wysokość. Jak mało ludzi wybiera ten szlak, niech świadczy
fakt, że jedyną wąską ścieżkę pokrywały coraz grubsze gałęzie rododendronów.
Czasami musieliśmy na nich stawać, aby móc przejść dalej. W wielu miejscach
sprężynowały, przez co łatwo mogliśmy spaść na poniżej rosnące, kwitnące
krzaki. Tak, jak na poprzedniej wyprawie, przyszedł czas na Damiana. Gvibari
ponownie wezwało go na „dwójkę”. Tym razem miał ze sobą papier toaletowy,
dlatego nie było problemu. Mieliśmy powód do śmiechu, ponieważ dorwała go
„klątwa” Gvibariana. Mało tego – nawet na tym samym odcinku szlaku! Po krótkiej
przerwie dotarliśmy do jedynego, ale jakże pięknego źródła. Jego otoczenie
bardzo mi się podobało, bo z racji obfitości wody i podmokłych terenów, kwiaty
występowały w wielkich gromadach, zdobiąc najbliższe nieco nachylone stoki.
Podczas gdy Damian i Ola napełniali butelki oraz oglądali widoki dookoła, ja
podszedłem kilka metrów do najpiękniejszych kęp kwiatów, aby je podziwiać i
zrobić im zdjęcia. Moją uwagę szczególnie przyciągały równoległe rzędy
pierwiosnków ząbkowatych, różaneczników kaukaskich oraz pełników altaicus tworzących
niesamowite, kolorowe dywany. Przyglądałem się im, ponieważ niecodziennie
mogliśmy zobaczyć podobny spektakl natury.
WYBÓR
TRASY ZEJŚCIOWEJ
Stojąc
przy źródełku, zastanawiałem się jaką wybrać trasę powrotną. Mieliśmy dwie
możliwości: iść szlakiem tak, jak przyszliśmy albo wybrać ścieżkę w stronę
kolejnego zbocza odchodzącego od drugiego wierzchołka Gvibari, omijając tym
samym gospodarstwo domowe, którego właściciele pobierają opłatę za przejście
przez ich posesję. Na szczęście wiedziałem, co oznacza obejście wspomnianego miejsca,
dlatego pozostaliśmy przy pierwszej wersji. Czy coś byśmy zyskali? Wybierając
drugą opcję, ominęlibyśmy rodzinę przemawiającą bezemocjonalnym głosem, ale za
to czekałaby nas długa, mozolna droga bardzo stromym, kamienistym i uciążliwym
stokiem, dosłownie zajeżdżającym kolana. Z pewnością następnego dnia nie
moglibyśmy wyruszyć na coś ambitniejszego. Z tego względu postanowiliśmy pójść
klasyczną drogą, gdzie trasa jest dłuższa, ale łagodniejsza i na dodatek oferowała
szerokie ujęcia na duże, dzikie ogrody z różnokolorowymi kwiatami.
Zapamiętałem, że na początku szlaku na Gvibari mijaliśmy stromo nachyloną łąkę,
którą niczym dywan pokrywał janowiec lidyjski, a pomiędzy jego kwiatami rosły
obfite kępy niezapominajek. Wtedy cała formacja była w cieniu, a teraz mieliśmy
okazję zobaczyć wspomniany fragment w pełnym słońcu. Dalszą część trasy wytyczono
przez bezkres rododendronów, gdzie nieco poniżej płynął znany nam potok. Z
Damianem przypomnieliśmy przeżycia z poprzedniej wyprawy, ponieważ na tym samym
odcinku, wzdłuż płynącej wody, zalegały duże masy śniegu. Obecnie w każdym
miejscu gęsto kwitła wszelka roślinność, a zieleń aż kipiała. Wcześniejsze
nadejście wiosny przyczyniało się do możliwości podziwiania znacznie bogatszych
widoków. Idąc ścieżką przez zwarte pasmo różaneczników, zauważyłem
charakterystyczne chmury stratocumulus castellanus ponad szczytem Gvibari.
Wiedziałem, że oznaczają one nadejście burzy lub intensywnego opadu w krótkim
czasie. Mówiąc „krótki czas” miałem na myśli przedział od 30 min do godziny…
Mieliśmy więc naprawdę nieciekawą sytuację. Chmura przypominała mi mgławicę z pewnego
zdjęcia zaliczanego do zbioru dziesięciu najbardziej wartościowych i
najpiękniejszych fotografii wykonanych przez teleskop Hubble’a. Cytując za
Wikipedią na podstawie licencji Creative Commons CC BY-SA 4.0: „Zdjęcie nazwano
Filarami Stworzenia. Fotografia przedstawia słupy międzygwiezdnego
skoncentrowanego pyłu i gazu znajdujące się w centrum Mgławicy Orzeł w
gwiazdozbiorze Węża, odległego o około 6500 lat świetlnych od Ziemi. Zdjęcie
zostało wykonane 1 kwietnia 1995 roku. Co ciekawe, te same mgławice po raz
pierwszy zaobserwował John Charles Duncan w 1920 roku za pomocą 61-calowego
teleskopu Mount Wilson Observatory. Wspomniana fotografia z 1995 roku została
uznana przez Space.com za jedno z dziesięciu najlepszych wykonanych przez
teleskop Hubble’a. Astronomami odpowiedzialnymi za wykonanie zdjęcia byli Jeff
Hester i Paul Scowen z Arizona State University. Region został ponownie
sfotografowany przez Kosmiczne Obserwatorium Herschela w 2011 roku, ponownie
przez teleskop Hubble’a w 2014 roku za pomocą nowszej kamery oraz Kosmiczny
Teleskop Jamesa Webba w 2022 roku”. [zaktualizowane dane, uwzgledniające użycie
nowego teleskopu Jamesa Webba po jego wysłaniu w przestrzeń kosmiczną w połowie
2022 roku na wokółsłoneczną orbitę, w pobliżu punktu libracyjnego L2 układu
Słońce-Ziemia, odległego około 1,5 mln km od Ziemi, zapewniającego niemal stałe
położenie urządzenia względem środka Ziemi, zawsze niemal naprzeciw Słońca].
Patrząc
na chmury powstające za naszymi plecami, miałem wrażenie, że właśnie obserwuję
tę mgławicę... Idąc przez morze beżowych kwiatów, dotarliśmy w rejon górnej
granicy lasów. Po obu stronach widniały niewielkie, samotne brzozy. Przy
ścieżce ponownie zobaczyliśmy pojedynczo występujące lilie zrosłopręcikowe,
należące do gatunków krytycznie zagrożonych wyginięciem. Obecnie mieliśmy widok
na w pełni rozwinięte „dzwonki”. Z jednej łodygi wyrastało od jednego do kilku
kwiatów. Idealnie zdobiły najbliższe otoczenie. Widzieliśmy je nad brzegiem
potoku, biorącego swój początek ze źródła, w okolicach którego mieliśmy krótką
przerwę. Trasa na Gvibari zachwycała na każdym etapie – nawet podczas powrotu.
W godzinach porannych promienie słońca dopiero przebijały się pomiędzy
drzewami, a teraz mieliśmy oświetlony cały odcinek przed nami, aż do niżej
położonych lasów. Z tego względu wszystko w ich rejonie wyglądało zupełnie
inaczej i jakby jeszcze piękniej. Światło robiło swoje. Nieco poniżej, na
nierównym zboczu po prawej stronie, zauważyliśmy dorodne kępy niezapominajek.
Tworzyły je gęste i obfite kępy. Nawet z daleka można je dostrzec w postaci
niebieskich plam na zielonych nierównościach. Obecnie mogliśmy popatrzeć na nie
z bliska. Co ciekawe, kiedy przymierzałem się do ich sfotografowania, dużo
poniżej nas ktoś nagle wybiegł z krzaków, podciągnął spodnie, zapiął pasek, po
czym rozpoczął szybkim krokiem schodzić wyznaczonym szlakiem. Od razu
podchwyciliśmy temat „dwójki” na Gvibarianie oraz obślizłych Berlinek, które
dorwały nas na tej samej trasie. Widząc w jakim popłochu ta osoba się „zwinęła”
i jak szybko zaczęła iść, od razu wiedzieliśmy o co chodzi. Zastanawiało nas
jedynie, dlaczego tak szybko uciekała i skąd się tam w ogóle wzięła, skoro
przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo, aż do teraz. Być może napotkany facet odwiedził
tylko ruiny historycznej wieży na pobliskim wzgórzu, które mimo wszystko
wymagało dużego wysiłku.
DUPÓWA
IS COMING…
Patrząc
w tył, na niebie zauważyłem większe nagromadzenie chmur. Wcześniej wspomniane
stratocumulus castellanus dosłownie rosły w oczach. Niebo pociemniało, a ścianę
kwiatów z janowcem lidyjskim niestety podziwiałem w cieniu. W kilka minut
dotarliśmy do potoku, gdzie ponownie musieliśmy przez niego przeskakiwać.
Damian jeszcze raz wspomniał, że podczas poprzedniej wyprawy pośliznął się i
wpadł do wody. Tym razem pamiętaliśmy o malej wysepce na jego środku. Zamierzaliśmy
z niej skorzystać. Dzięki niej przeszliśmy na drugą stronę suchą stopą. Za
moment dotarliśmy do gospodarstwa domowego. Właściciel rozpoznał nas, dlatego
nie kazał nam płacić w drodze powrotnej. Zdziwiliśmy się. Wystarczyło, że
wyszliśmy poza jego posiadłość, a szybko rozpoczął padać deszcz. Nie
przeszkadzał nam w ogóle, ponieważ do kwatery pozostało nam niewiele. Mimo
wszystko, zdążyliśmy dość mocno zmoknąć. Po lewej stronie patrzyliśmy na wioskę
Ushguli, a przed nami wyłaniała się historyczna, najgęściej zabudowana osada o
nazwie Chaznashi. Odtąd szliśmy w intensywnym opadzie. W trakcie wędrówki dużo
rozmawialiśmy. Dzisiejszy dzień podsumowaliśmy jako niezwykle udany, bo całą
trasę przeszliśmy w słońcu, podziwialiśmy Ushbę nieprzysłoniętą chmurami,
mieliśmy widok na duży kawałek głównego ciągu Kaukazu i przede wszystkim z
Gvibari zdjęliśmy niesłuszne stwierdzenie, że jakoby posiadało mało ciekawą
drogę z dużymi zwałami śniegu, utrudniającymi wędrówkę przez niewyróżniający
się niczym teren. Teraz wyrobiliśmy sobie zupełnie inne zdanie na jego temat,
ponieważ szlak bardzo miło nas zaskoczył. Dosłownie od samego początku szliśmy
przez rozległe dywany różnokolorowych kwiatów i na dodatek mogliśmy zobaczyć dwie
niezwykle rzadko występujące rośliny: lilie zrosłopręcikowe oraz orlik
aquilegia olympica. Stwierdziliśmy, że widzieliśmy coś wyjątkowego i
niepowtarzalnego. Dodatkowo wspominaliśmy śmieszne sytuacje na trasie oraz
faceta uciekającego w popłochu z naszego powodu. Przed nami widniała panorama
Shkhary i jej przyległych, ośnieżonych szczytów.
SZYBKI
„WJAZD” NA KOLACJĘ W SVANETI CAFE
Jako że jeszcze padał deszcz, a mieliśmy ochotę na coś ciepłego, postanowiliśmy, że od razu wstąpimy do kawiarni u Miriama (Tjechnologa). Nie musieliśmy przejmować się wyglądem. W końcu codziennie wracaliśmy z gór. Nieważne, że byliśmy brudni od ziemi, przemoczeni właśnie trwającym opadem, a włosy powykręcało na wszystkie strony z powodu dużej wilgoci powietrza; ważne, że każdy atrybut przypominał o pięknej drodze jaką właśnie przeszliśmy. Chociaż nie miała żadnych trudności technicznych, bo nie one są dla nas główną atrakcją, to oferowała wyjątkowe i niepowtarzalne krajobrazy oraz kwiaty, które trudno gdziekolwiek indziej zobaczyć. O podobnych miejscach trzeba opowiadać. W trakcie oczekiwania na kolację zauważyliśmy, że deszcz pomału ustępuje, a słońce wyłania się gdzieś zza chmur. Standardowo zamówiliśmy ziemniaczany placek z serem w środku, sałatkę pomidorowo-ogórkową, biały ser w śmietanie posypany miętą oraz chaczapuri do podziału, ponieważ dla jednej osoby było za duże. Mając sporo czasu, wspominaliśmy piękne przeżycia i widoki na trasie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz