wtorek, 16 grudnia 2025

Gruzja - Swanetia II, cz. 7: Gvibari 2943 m n.p.m.

 


ROZPOZNANIE POGODY

Standardowo wstaliśmy o godzinie 5.50. Poszedłem do trzech znanych punktów oferujących idealne spojrzenie na interesujące mnie fragmenty gór. Z okna w części wspólnej zauważyłem, że mamy czyste, jasne, niebieskie niebo. Widziana z tej części kwatery panorama na szczyty położone w okolicach Mestii była dla mnie najważniejsza, ponieważ jeżeli w ich otoczeniu powstawały jakieś chmury, to wiedziałem, że u nas będzie ponuro i deszczowo. Ten punkt obserwacyjny dostarczył mi najlepszych informacji. Pozostały jeszcze dwa. Z pokoju wyjrzałem na zewnątrz. Tam również spoglądałem na niebo wolne od chmur. Zimna łazienka oferowała bezpośredni widok na Ścianę Bezingi. Najbardziej jednak zachęcała panorama na ośnieżone, lodowcowe szczyty na tle wczesnego porannego błękitu. Od razu zaczęliśmy przygotowania do wyjścia. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wejście na Gvibari 2943 m n.p.m. Góra charakteryzowała się zupełnie innymi warunkami, jakich nie mieliśmy na wszystkich wcześniej odwiedzonych szlakach i nowych trasach. W głowie miałem obraz całej drogi, ale nawet znając jej przebieg, nie spodziewałem się, jak natura pozytywnie nas zaskoczy. Nie posiadałem najlepszego zdania o Gvibari. Szlak prowadzący na jego szczyt raczej traktowałem jako trasę końcową, czyli miejsce, gdzie ewentualnie można pójść na zamknięcie całego wyjazdu. Mając dobrą pogodę i znany przebieg drogi wejściowej, chcieliśmy zobaczyć, jak będzie tym razem. Spodziewałem się długiego białego, zimowego płatu, biorącego swój początek już w najniższych częściach lasu, a powyżej 2900 m n.p.m. miało być wielkie zagłębienie, wypełnione aż półtorametrową warstwą śniegu. Z tego względu Gvibari postrzegałem jako miejsce o zupełnie innych warunkach, w porównaniu do wszystkich pozostałych tras.


SZYBKI WYMARSZ, PIĘKNY WIDOK NA START. PRZEJŚCIE PRZEZ WIOSKĘ

Poranek zaczęliśmy szybko. Najpierw zjedliśmy śniadanie przygotowane wczoraj późnym wieczorem. Potoków na trasie nie brakowało, dlatego założyliśmy, że zabierzemy tylko jedną butelkę z izotonikiem, a pozostałe napełnimy po drodze. Musieliśmy mieć również wodę na obiad. Tym razem zaplanowaliśmy gotowanie kiełbasek powyżej poziomu 2600 m n.p.m. – w wielkim zagłębieniu, które określałem jako Mięguszowiecki Kocioł. Oczywiście nazwę zaczerpnąłem z Tatr. Jego otoczenie bardzo przypominało mi podobne miejsce w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Wystarczyło wyjść na zewnątrz, a przywitała nas najpiękniejsza panorama. Nie bez powodu od samego początku rozpocząłem serię zdjęć. Damian postanowił trochę dłużej pospać, nie mając większego pomysłu na dzisiaj. Założył, że wstanie, sprawdzi pogodę i w razie czego gdzieś wyruszy. My mieliśmy konkretny plan, ponieważ słoneczna pogoda oznaczała dla nas kolejny piękny szczyt, który koniecznie musimy odwiedzić. Za bramą naszego obiektu bezpośrednio patrzyliśmy na białą Ścianę Bezingi. Niezmiennie zachwycała swoją potęgą. Z poprzedniej wyprawy pamiętałem, że podczas dzisiejszej wędrówki będziemy spoglądać na inny rząd jakże majestatycznych gór – z Ushbą w roli głównej. Ola nie wiedziała czego można oczekiwać na szlaku, dlatego tym bardziej był on dla niej wielką zagadką. Z pewnością Gvibari oferował widok na dwie wielkie ściany Kaukazu. Szczyt przygotował dla mnie dużą niespodziankę, o której nie pomyślałem, ale o niej będzie nieco dalej. Wychodząc poza ogrodzenie, skręciliśmy w prawo. Od razu przywitały nas dwa większe psy kręcące się w okolicy najdroższego hotelu we wiosce. Właśnie w nim odbywają się największe publiczne wydarzenia kulturalne oraz do niego przybywają bardziej majętni turyści. Z drugiej strony, tak jak kiedyś wspominałem, noclegi w tym obiekcie były również osiągalne dla nas. Dwutygodniowy pobyt u naszego gospodarza kosztował 1400 zł, a za taką samą rezerwację w hotelu zapłacilibyśmy niewiele większą sumę 2040 zł. Mając dusze podróżników, ten budynek wyglądał dla nas zbyt nowocześnie i oferował za dużo miejskich udogodnień, przyciągając tym samym ludzi ze świata biznesu. Dodatkowo odstawał od historycznej zabudowy Ushguli. My szukaliśmy czegoś prostego, lokalnego, z historią, klimatem i w schroniskowym stylu. W rejonie hotelu chodzi więcej turystów, dlatego psy nie do końca wiedziały do kogo mają dołączyć. Ostatecznie wybrały inne osoby podążające w kierunku lodowca. Dzisiaj wyjątkowo szliśmy w przeciwną stronę. Tym razem wędrowaliśmy obrzeżem wioski, idąc główną drogą do centrum. Rozpoznamy je po moście nad rzeką Enguri i kamiennym budynkiem szkoły u stóp zielonego zbocza, znajdującego się tuż za nim. Prace przy poprawie stanu ulic trwały w najlepsze. Nie tylko betonowano główne odcinki dojazdowe. Za hotelem przy najbardziej spadzistym zboczu miejscowi zdążyli postawić wielkie ściany zabezpieczające przed osuwiskami. Ten fragment drogi prowadził do wspomnianego wcześniej mostu. W trakcie schodzenia do niego lokalny taksówkarz zaoferował nam podwózkę do Mestii oraz innych miejscowości, skąd moglibyśmy wrócić szlakami do Ushguli. Powiedziałem, że nigdzie nie wyjeżdżamy, a jedynie idziemy na Gvibari. Pozdrowiliśmy go, po czym poszliśmy dalej.


Przechodząc przez Ushguli mogliśmy popatrzeć na południowe stoki góry 3242 m n.p.m. porośnięte bardzo gęsto janowcem lidyjskim
 

Tuż za mostem szlak zakręca w najgęściej zabudowaną osadę wioski nazywaną Chaznashi. Znajdziemy tam kilka kamiennych wież w bardzo dobrym stanie. Patrząc na nią z góry mamy wrażenie, że wszystkie dachy z płaskich kamieni zlewają się w jedną całość. Uliczki pomiędzy domami są tak wąskie, że nawet ich nie widać. Rzecz jasna, nie jeżdżą tędy samochody, a jedynie dozwolony jest ruch pieszy. Obok siebie przejdą co najwyżej dwie osoby. Godny pochwały jest fakt, że najbardziej starsi wiekiem ludzie na swój sposób mają dobre zdrowie. Pomimo późnych lat swojego życia nadal chodzą pod duże stromizny w okolicy, podpierając się kijem z gałęzi. W Ushguli nie ma wygód. Jego mieszkańcy starają się żyć jak dawniej. Oczywiście wiele osób posiada samochody terenowe, co z pewnością ułatwia im codzienność. Damian, jako mechanik samochodowy z zawodu mógł zobaczyć, że spora ich część stoi zepsuta od ponad roku, a inne naprawiano metodami chałupniczymi z różnymi efektami. Gdyby otworzył warsztat w pobliżu, na pewno zarobiłby na tutejszych ludziach duże pieniądze. Pokonując bardzo długie błotniste i dziurawe drogi, w gruzińskich samochodach zawsze było coś do naprawy, no chyba, że jeździłeś Mitsubishi Delicą… Od pierwszego wyjazdu do tego kraju byliśmy ich fanami. Mieliśmy wrażenie, że zaprojektowano je specjalnie na bezdroża i brakujące odcinki po obfitych opadach deszczu. Pod Kazbekiem nie raz mogłem zobaczyć, jak w trakcie burzy rwące wody wypłukiwały spory fragment asfaltu, po czym spływały powstałą dziurą. Tylko miejscowi wiedzieli, za którymi krzakami trzeba skręcić, aby móc powrócić do wioski inną przeprawą, utworzoną z prowizorycznie przerzuconych śliskich rur. Te auta nigdy nie zawodziły. Zawsze mogli na nie liczyć. Niewielka, ale gęsto zabudowana osada Chaznashi dosłownie za kilkadziesiąt metrów kończy się drugim mostem nad dopływem rzeki Enguri o nazwie Shavtskala-Kvishara. Posiada dwuczłonową nazwę, ponieważ około 5 km dalej, w rejonie „Doliny Mafii” leżącej u stóp Dadiashi 3536 m n.p.m., rzekę tę tworzą dwie mniejsze, które wysoko w górach rozpoczynają swój bieg z obfitych, podziemnych źródeł. Jedno znajdziemy całkowicie poza szlakiem w okolicach poziomicy 2790 m n.p.m., na północno-zachodnich zboczach Koruldashi 3085 m n.p.m., a drugie na poziomicy 2773 m n.p.m., na północnym, mocno opadającym stoku Dadiashi 3536 m n.p.m. Można więc powiedzieć, że obie łączą się w jedno koryto w pobliżu „Doliny Mafii”, by potem stać się dopływem dla Enguri. Z niewielkiej przeprawy można dostrzec trójstyk, czyli miejsce, gdzie wszystkie wody łączą się w jedną rzekę. Jest na co popatrzeć, bo zobaczymy mocny nurt, którego nie można ignorować. Za nią charakter szlaku zupełnie się zmienia.


Ostatnia zabudowa w Ushguli, którą widzimy idąc do początku szlaku na Gvibari

Piękna zabudowa Chaaznashi
 

PRYWATNA POSESJA. POTOK Z UTRUDNIENIEM. „DYWANY” JANOWCÓW LIDYJSKICH

Teraz szliśmy obrzeżem lokalnej zalesionej góry. Trasa wiodła przez prywatną ogrodzoną posiadłość. Była wąska, ale długa, dlatego na bramie napisano: „za przejście pobieramy 2 lari, jeśli się nie zgadzasz – zawróć”. Wiedziałem o niej, dlatego wziąłem drobne, aby móc zapłacić. Na końcu równej polany widniał dawno postawiony dom z pustaków, a obok nowo powstały drewniany bufet, w którym urzędowali gospodarze. Zapłaciłem 5 lari. Życzyli nam udanej trasy. Opuszczając prywatny teren musieliśmy zamknąć drewnianą furtkę przerzucając drut, podobnie jak bywało na polskiej wsi w latach 90-tych i wcześniejszych. Dalej szlak zakręcał łukiem w lewo – do lasu, powoli okrążając zbocze, kierując do zagłębienia na wysokości najniżej położonej osady wioski Ushguli o nazwie Murkmeli. Również tam nie brakowało historycznej zabudowy. Na jej skraju wypatrzyliśmy zupełnie nowy dom postawiony z głową. Pomimo nowoczesnego stylu, bardzo dobrze komponował się z wiekową częścią wioski, przez co na głos stwierdziliśmy, że podobnych guest house’ów powinno być więcej, jeśli mają powstawać kolejne. Z zakrętu nie tylko patrzyliśmy na zamieszkaną część Murkmeli, bo w oddali widzieliśmy, jak nieustannie wożono beton na potrzeby dwóch ostatnich kilometrów drogi do Ushguli. Gdybyśmy chcieli odwiedzić tę osadę nadal mieliśmy okazję by to zrobić, ponieważ z łuku szlaku odbiegała niewielka ścieżka do małego mostku nad rzeką Enguri. Z tego samego miejsca spojrzeliśmy na zachodnie zbocza góry 3242 m n.p.m. Zadziwiała nas wielka ściana żółtych kwiatów pokrywających na dużym obszarze jej stoki. Dopiero z bocznej perspektywy mogliśmy dostrzec znacznie więcej. Podobne występowały podczas naszej pozaszlakowej wędrówki przez naturalne, ośmiokilometrowe ogrody. Oczywiście mowa jest o janowcu lidyjskim. Znaliśmy go z kilku innych wcześniejszych tras, a największe ich skupiska podziwialiśmy podczas wspomnianej drogi, wytyczonej zboczami szczytu z punktem widokowym 2980 m n.p.m. i dalej – w kierunku Chubedishi 3015 m n.p.m. Przed nami, ale nieco w oddali, podziwialiśmy podobne widowisko na przeciwległym stoku. Warto było spojrzeć na ten niezwykły fragment, bo zauważyliśmy, że janowce pokrywały wystające spod ziemi, zarośnięte trawą grzebienie skalne, rozmieszczone w regularnych odstępach.


 
Piękny, wszędobylski janowiec lidyjski
 

Łuk szlaku zaprowadził nas do większego potoku, którego nie mieliśmy możliwości przeskoczyć w dowolnym miejscu. Najpierw musieliśmy znaleźć jakiś dobry punkt, gdzie moglibyśmy wybić się od stabilnego podłoża. Bardzo dobrze pamiętałem poślizg Damiana na mokrym kamieniu. Wówczas wpadł do zimnych wód, kiedy na dodatek był przeziębiony. Po dłuższej chwili wypatrzyłem odcinek potoku zakręcający wąskim łukiem. Po drugiej stronie widniał podmokły teren z bagienną roślinnością. W zaroślach znalazłem mały kawałek ziemi, skąd mogliśmy wykonać dłuższy skok nad jego wodami, aby suchą stopą móc stanąć na drugim brzegu. Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to fakt, że nie widziałem żadnego długiego płatu śnieżnego ciągnącego się ku górze. Całkowicie zniknął. Na jego miejscu pojawiło się mnóstwo alpejskich kwiatów. Ścieżka wiodła przez las, jednak wzdłuż potoku rosły niskie brzozy zasłaniające dalszą perspektywę. Mieliśmy stąd wgląd na wyższe partie opadających stoków Gvibari oraz na przestrzeń pozostawioną za nami. Cały czas spoglądaliśmy na idealnie czyste niebo, co zachęcało do dalszej wędrówki. Nie odczuwaliśmy wczorajszego zmęczenia. Ponownie wyznawaliśmy zasadę, że na szczyt ma „pchać” głowa. Po lewej stronie, na sąsiednim wzniesieniu zauważyliśmy kamienną wieżę. Na mapach widniała jako Wysoka Budowla lub Zamek Ushguli. Oczywiście są to ruiny, ale widać je z każdej części wioski – również z kwatery, centrum i drogi na lodowiec. Zanim w ogóle rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem na Gvibari, od naszego obiektu noclegowego do jego początków wytraciliśmy około 70 m wysokości względnej, przez co z naszej perspektywy ruiny wydawały się jeszcze wyżej położone niż z poziomu osady Zhibiani, gdzie nocowaliśmy. Aktualnie czuliśmy dużą stromiznę. W świadomości miałem fakt, że na razie odrabiamy zaległości. Dopiero później startowaliśmy niejako od zera. Lesiste wzniesienie przysłaniało spory obszar, dlatego stopniowo podchodziliśmy coraz wyżej, w nadal zacienionej części. Wieża pomału przybliżała się, ale nie w tempie o jakim myśleliśmy. Na początku naszej drogi dość dużą i równą, ale pochyłą łąkę umiejscowioną tuż pod linią drzew w większości opanował janowiec lidyjski. Żółty „dywan” kwiatów zatrzymał nas, ponieważ niecodziennie można zobaczyć coś podobnego. Za ukośną polaną ciągle szliśmy wśród brzóz, skąd mieliśmy wąską panoramę na górne partie Gvibari i coraz szerszy widok na tereny położone poniżej nas. Idąc dalej, ścieżka cały czas prowadziła równolegle do lokalnego potoku. Z racji występowania wody, wzdłuż jego brzegów rosło mnóstwo łąkowej roślinności znanej z Alp.


Lokalny potok na początku trasy
 

PANORAMA, KTÓRA DODAJE SIŁ! DWA RZĘDY BIAŁYCH GÓR

Nieco poniżej poziomu kamiennej wieży wystającej zza drzew, powoli wyłaniało się zbocze pewnej białej góry. Powiedziałem, że za chwilę na pewno ją rozpoznamy. Kiedy dotarliśmy w rejon 2250 m n.p.m., czyli na przybliżoną wysokość dawnych budowli, zapytałem Olę, czy poznaję ten szczyt. Tak! Patrzyliśmy na Ushbę. Wyglądała majestatycznie! Zdecydowanie wyróżniała się w okolicy. Każdy krok wyżej odsłaniał nam jej coraz większy fragment. Wiedziałem również, że ponad granicą lasów dostrzeżemy aż cztery podobne ośnieżone góry. Każdy kto jest pasjonatem „podniebnych” wędrówek i wie po co przyjechał do Gruzji, to choćby nie miał już więcej sił, a zobaczył niezwykłą Ushbę, od razu ożyje. Coś podobnego przeżywałem na poprzednim wyjeździe, gdzie faktycznie jej charakterystyczne białe rogi na tle zielonych pasm postawiły mnie na nogi. Od tamtej pory szedłem szybko i zdecydowanie. Na szczęście dzisiaj nie miałem takich problemów, pomimo wczorajszej długiej i ambitnej trasy, ponieważ byłem dobrze wypoczęty. Dodatkowo zachwycałem się miejscową przyrodą. Ten sezon obfitował w różnokolorowe kwiaty. Powyżej poziomu kamiennej wieży ponownie ujrzeliśmy fragmenty wioski Ushguli, a za nami wyłoniła się część Ściany Bezingi. Ale mieliśmy widok! Odtąd każdy kolejny krok przyczyniał się do poszerzania panoramy na dwa rzędy białych gór jednocześnie! Jak mogłem wcześniej pomyśleć, że droga na Gvibari jest jedynie trasą na zakończenie wyjazdu? Przecież obfitowała w ogrom piękna! Co prawda innego niż dotychczas podziwianego, ale właśnie ono miało swój niepowtarzalny urok!


Wyłania się Ściana Bezingi

Ushba i sąsiadujące z nią szczyty
 

ZASKOCZENIA CIĄG DALSZY – DWA GATUNKI KWIATÓW ZAGROŻONYCH WYGINIĘCIEM ORAZ NIETYPOWA ROŚLINNOŚĆ

Szlak nie przestawał nas zaskakiwać, ponieważ niespodzianki czaiły się dosłownie wszędzie. Byłem zdumiony, kiedy stanąłem nad brzegiem potoku w miejscu z dorodną kępą astrów alpejskich. Od razu poznałem, że wyrosła dokładnie na tym samym zakręcie i przy tych samych kamieniach co rok temu. Mogłem nawet potwierdzić ten fakt fotografiami na zasadzie porównań. Chwilę później przechodziliśmy przez kolejne, efektownie wyglądające zagęszczenie janowców lidyjskich. Widniało jak naturalny żółty „dywan”. Wystarczyło, że podeszliśmy nieco wyżej a nad wodą, na skraju ścieżki pojawiła się wysoka na dwa metry lilia zrosłopręcikowa po łacinie nazywana monadelphum. Na jej łodydze wisiały trzy dorodne dzwonki pochylone ku ziemi. Nigdy nie widzieliśmy tak pięknych kwiatów rosnących na dziko. Obowiązkowo zatrzymaliśmy się, aby zrobić im dokładne zdjęcia, bo wiedzieliśmy, że są wyjątkowe. W okolicznych zaroślach znaleźliśmy jeszcze kilka podobnych roślin, a największa z nich właśnie rozpoczynała kwitnienie aż pięcioma dzwonkami na raz! Szlak nie przestawał zadziwiać, bo pod nogami wypatrywaliśmy kolejne okazy, które trudno było zobaczyć na nizinach. Najpierw zauważyliśmy piękną grupę niebieskich orlików aquilegia olympica z charakterystycznymi wrośniętymi białymi dzwonkami. Nigdy nie widziałem podobnego kwiatu, choć na pierwszy rzut oka pomyślałem, że jest on pewną odmianą irysa. Dalszy fragment ścieżki upiększał bardzo nietypowy wilczomlecz ephorbia oblongifolia, utrzymujący w swoich zielonych talerzykowatych listkach malutki biały kwiatuszek z trzech stron otoczony czerwonymi widełkami. Długo się jemu przyglądałem, ponieważ niczego podobnego nie spotkałem w Polsce. Swoim pięknem także zachwycała z pozoru prosta biała kulka złożona z drobnych płatków osadzonych na wysokiej łodydze. Liście rosły tuż przy ziemi. W ten sposób kwitnie górska odmiana czosnku siatkowatego. W Polsce praktycznie nie występuje poza okazjonalnymi przypadkami w Bieszczadach. Zatrzymałem się obok niego, bo wzdłuż ścieżki nad wodą wypatrzyłem kilka podobnych kulek. Po drugiej stronie potoku widzieliśmy dość sporej wielkości fioletowy „dywan” utworzony z bodziszków błotnych. Rosły na podmokłym terenie. Wyróżniał je pięciopłatkowy kwiat, gdzie na każdym z nich widniało pięć równoległych linii rozchodzących się od jego nasady promieniście. Miały podobny odcień, tyle że bardzo ciemny. Rzędy, skupiska i „dywany” różnych rzadko występujących gatunków roślin zakończyło lekkie odbicie ścieżki w lewo, wiodące na bardziej otwartą przestrzeń. To, co zobaczyliśmy przed nami, zachwycało jeszcze bardziej.


Jedyna kępka astrów alpejskich wyrosła w dokładnie tym samym miejscu co rok temu

Orlik aquilegia olympica

Lilia zrosłopręcikowa (monadelphum)

  
Inna alpejska roślinność na szlaku

 
Lilia zrosłopręcikowa (monadelphum) i czosnek siatkowaty

 
Bodziszek błotny w tym sezonie również zachwycił

Bodziszek błotny zajął całe lokalne rozlewisko

 

NAJWIĘKSZE MORZE RÓŻANECZNIKÓW KAUKASKICH – CZEGOŚ PODOBNEGO NIGDZIE NIE WIDZIAŁEM. CIEKAWE, NIEPLANOWANE SPOTKANIE

Odtąd, powyżej poziomu widocznego szlaku, jak również po jego obu stronach, zrobiło się całkowicie biało. Górę aż po sam szczyt pokrywały bardzo gęste i zwarte krzaki różanecznika kaukaskiego. Wszystkie zakwitły jednocześnie, jakby umówiły się na jedną porę, nie zważając na wysokość bezwzględną, która definiowała, kiedy rozpocznie się ich cykl wegetacji. Jasnym jest fakt, że szybciej zazielenią się na wysokości 2500 m n.p.m., a zdecydowanie później na poziomie 3000 m n.p.m. Rododendrony łamały tę zasadę, bo jak okiem sięgnął, tak wszystkie krzewy zakwitły w jednym czasie! Tworzyły tak szczelną formację, że z daleka można je było omyłkowo wziąć za brudny, topniejący, wiosenny śnieg, ponieważ te przyjmowały odcienie beżu. Dosłownie patrzyliśmy na wielomilionowe morze kwiatów, ciągnące się od zakończenia brzozowych lasów aż po sam wierzchołek, a także od lewego krańca góry, aż po jej prawy brzeg. Podczas omawiania wszystkich niezwykłych spotkanych rodzajów roślin obowiązkowo musiałbym je pokazać, żeby móc je sobie wyobrazić. Z tego powodu poniżej zamieszczam zdjęcia ilustrujące wspominane kwiaty. Nie zapominaliśmy także o odległych pasmach, bo droga odsłoniła nam znacznie szerszą perspektywę. Aktualnie widzieliśmy Ushbę 4710 m n.p.m. oraz przylegające do niej dwa sąsiednie szczyty. Za naszymi plecami z kolei podziwialiśmy niezmiennie piękną, ośnieżoną Ścianę Bezingi. Trasa wyjątkowo przypadła mi do gustu, bo z każdego miejsca mogliśmy popatrzeć na dwie majestatyczne panoramy na tle czystego nieba, a w najbliższym otoczeniu zachwycaliśmy się cudnymi, nieraz bardzo rzadko występującymi kwiatami.


   
W tym sezonie różanecznik kaukaski (rododendron) dosłownie zdominował całą górę Gvibari. Występował tak gęsto, że nowe krzewy nie miały już gdzie wyrastać
 

W dole zauważyliśmy jakiś czarny punkt zbliżający się w naszym kierunku. Po cichu pomyśleliśmy, że to Damian. Rzeczywiście – Ola rozpoznała go po chodzie i ruchach ciała. Z racji słabego wzroku musiałem nieco poczekać, aby potwierdzić, czy to na pewno jest on. Widząc jego dobre tempo marszu, postanowiliśmy iść powoli, aby mógł nas dogonić. W końcu mieliśmy bardzo dużo czasu. Oczekiwanie wypełniłem fotografowaniem kolejnych nagromadzeń kwiatów zajmujących coraz mniejsze przestrzenie w naturalnych trawiastych wnękach utworzonych przez krzaki rododendronów. Bardzo podobały nam się wszystkie widoki – te bliskie i te odległe. Pobudzały wyobraźnię. Wiedzieliśmy, że do szczytu Gvibari mamy jeszcze sporo wysokości do osiągnięcia, a także na stałym poziomie 2660 m n.p.m. będziemy przecinać całe zbocze góry wszerz, żeby po jego drugiej stronie rozpocząć właściwe podejście na główny wierzchołek. Pamiętałem, że w punkcie oznaczonym jako 2643 m n.p.m. znajdziemy obfite źródło wody pitnej, dlatego wcześniej nie napełniałem butelek. W jego okolicy znajduje się płaski kamień i piękna zielona przestrzeń, gdzie można odpocząć i przygotować coś do jedzenia. Pomiędzy gęstymi różanecznikami trasa odbijała w lewo. Podchodziliśmy stopniowo. Damian już wkrótce do nas dołączył. Odtąd szliśmy w komplecie. Cieszyliśmy się, że wyruszył w teren, ponieważ panowała idealna słoneczna pogoda i szkoda by było, żeby przesiedział cały dzień w rejonie kwatery u Tjechnologa. Dobrze jest spotkać się po długich wędrówkach u niego, aby powspominać piękne trasy, momenty i przeżycia, a w trakcie deszczowego dnia zjeść gruziński ciepły obiad. Idąc w pełnym składzie, za chwile dotarliśmy do źródła położonego na wysokości 2643 m n.p.m. Tuż przed nim widniało lokalne rozlewisko, zapewniające wilgoć dla wielu roślin. Szczególnie dwa gatunki kwiatów upodobały sobie jego otoczenie. Bardzo obficie zakwitły żółte jaskry oraz pierwiosnki ząbkowane w postaci jasnofioletowych kulek. Obowiązkowo przystanąłem, żeby zrobić im zdjęcia. Zajęły cały wznoszący się garb ponad poziomem ścieżki. U jego stóp również występowały jasnożółte pierwiosnki oraz liczne gnidosze pedicularis w formie żółtych wież kwiatowych, nieco przypominających kolby kukurydzy. Pomiędzy nimi, w najbardziej podmokłych miejscach rosły drobne białe kwiatuszki nazywane warzuchą.


Ściana Bezingi (w dole, ciemne góry: po lewej - Kareta 3524 m n.p.m., po prawej - Grzebień Podarok 3352 m n.p.m.)

Ściana Bezingi

Bezimienna góra 3242 m n.p.m.

Ushba 4710 m n.p.m.
Niesamowite widoki podczas oczekiwania na Damiana

   
Pierwiosnki ząbkowane przeplatały się z jaskrami ostrymi

Warzucha

Gnidosz pedicularis

 
Gnidosz pedicularis i skupisko pierwiosnków ząbkowanych wymieszanych z jaskrami ostrymi

 

RÓŻNICE W WYSOKOŚCI WZGLĘDNEJ I BEZWZGLĘDNEJ

Chociaż czuliśmy, że przeszliśmy spory kawałek, to wysokość bezwzględna nadal nie robiła żadnego wrażenia. Dlaczego? Ponieważ tak, jak już wcześniej wspominałem, zanim rozpoczęliśmy szlak właściwy, najpierw przeszliśmy całą wioskę, obniżając początkowy punkt o 70 m w pionie. Zatem różnica poziomów dodatkowo nam wzrosła. Dzisiejszy dzień idealnie tłumaczył pojęcie wysokości względnej i bezwzględnej. Bezwzględna to ta liczona od poziomu morza. Właśnie o niej mówimy, gdy opisujemy wielkość góry podawaną w metrach. A czym jest wysokość względna? To różnica poziomów pomiędzy najniższym punktem w jakim zaczynasz wędrówkę, a najwyżej położonym celem twojej wyprawy. Właśnie dlatego mieliśmy wrażenie, że przeszliśmy spory kawał trasy, a wszystkie szczyty dookoła nadal wyraźnie górowały nad nami. Zaczynaliśmy od punktu 2076 m n.p.m. (łuk ścieżki za drugim mostkiem w kierunku Murkmeli), a nie jak podczas innych wyjść – zazwyczaj od 2150 m n.p.m. (okolice guest house „Angelina” lub boiska piłkarskiego wciśniętego pomiędzy dwie drogi, ogrodzonego białą, metalową, wysoką siatką). W każdym przypadku wędrówkę rozpoczynaliśmy od razu, a dzisiaj nie tylko musieliśmy przejść całą wioskę jej obrzeżami, ale również wytracić około 70 m w pionie, po czym nadrobić je u stóp Gvibari. Rzeczywiście pokonaliśmy dużą wysokość (blisko 600 m), ale na tle innych gór wyglądało, że nadal jesteśmy dość nisko.

 

GRUZIŃSKI MIĘGUSZOWIECKI KOCIOŁ. OSTATNI ODCINEK

Nad źródłem napełniliśmy butelki, rozrobiliśmy izotoniki, a także zabraliśmy wodę, żeby ugotować kiełbaski. Chociaż te bardzo dobre przywiezione z Polski nam się skończyły, to mieliśmy jeszcze kabanosy, które chcieliśmy zagrzać. Najpierw jednak założyliśmy osiągnięcie głównego wierzchołka Gvibari, a później podczas zejścia zatrzymalibyśmy się w „Mięguszowieckim Kotle”. Pomyśleliśmy, że osłoni nas od wiatru. Cały czas patrzyliśmy na prawie czyste niebo. Ushba nadal zachwycała swoim pięknem. Widzieliśmy ją w pełni. Nawet w jej pobliżu nic nie zapowiadało zmian w pogodzie. Nieco powyżej ścieżka zakręcała łukiem w prawo, kierując nas na poziomy trawers przez różaneczniki. Mieliśmy stąd przepiękny widok na białą Ścianę Bezingi. Chociaż chmury już częściowo przysłoniły najwyższe szczyty wchodzące w jej skład, to i tak wyglądały majestatycznie. Dodatkowo, przed nami widniał trawiasty garb, który upodobały sobie inne, wcześniej niewidziane kwiaty. W dużych kępach rosły przetaczniki goryczkowate przypominające bardzo bodziszka błotnego, tyle że wyróżniała go różowa barwa przechodząca w jasny fiolet i granat. Bodziszkowaty kwiatostan jest osadzony na jednej, długiej łodydze. Tworzą one większe gromady, podobnie jak wrzosy i janowiec lidyjski. Odtąd korzystaliśmy z trawersu łączącego jeden brzeg góry z drugim jej krańcem. Szliśmy wyznaczoną ścieżką wzdłuż poziomicy 2660 m n.p.m. Pomimo, że wytyczono tędy oficjalny szlak, to rododendrony w wielu miejscach zagrodziły jedyne przejście. Rosnąc powoli, przerzucały swoje gałęzie przez dróżkę na opadające poniżej zbocze. Napotykając trudności przechodziliśmy tak, jak przebiegała trasa. We wspomnianych fragmentach wolniej stawialiśmy kroki, ponieważ gałęzie mocno sprężynowały, a nierzadko traciliśmy równowagę, przechylając się w kierunku opadającego stoku. Idąc tamtędy, zastanawiałem się, kiedy wpadnę na niżej położone krzaki. Nieco dalej nawet wystawały korzenie. Ewentualny upadek nie byłby groźny, bo różaneczniki skutecznie amortyzowały każdy krok. Co najwyżej mielibyśmy otarcia na skórze. Przecinając górę wzdłuż, największe wrażenie robiło beżowe morze tych kwiatów. Z naszej perspektywy dosłownie ją zalewały. Zanikały dopiero na końcu zbocza, które właśnie trawersowaliśmy. W wielu miejscach przystawałem, aby zrobić im zdjęcia z bliska.


Przetacznik goryczkowaty


  
Widoki podczas dalszej wędrówki

W trakcie wędrówki pomału wyłaniał się majestatyczny, biały szczyt Tetnuldi 4858 m n.p.m. dość często odwiedzany przez alpinistów. Z racji zmian klimatu (nie mylić z jego ociepleniem propagandowo nazywanym efektem szklarniowym z powodu CO2) droga normalna z roku na rok staje się coraz trudniejsza, a w sezonie letnim niemożliwa do przejścia, ponieważ duży fragment lodowca przez lata zanikał, uwalniając niezwiązane z podłożem kamienie i głazy. Marsz w całkowicie niestabilnym gruncie jest niebezpieczny i grozi nawet śmiercią. My tymczasem patrzyliśmy na nią przez lokalną przełęcz położoną po lewej stronie głównego wierzchołka góry 3242 m n.p.m. Po prawej z kolei podziwialiśmy praktycznie całą panoramę Ściany Bezingi. Przejście na przeciwnie położony stok Gvibari upłynęło nam bardzo szybko. Pomimo pochyłych i sprężynujących gałęzi, nie mieliśmy większych problemów z pokonywaniem przeszkód. Na końcu trawersu od razu rozpoznałem charakterystyczny kocioł, przypominający swoim wyglądem tatrzańskie zagłębienie w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Znaleźliśmy idealne miejsce na odpoczynek i obiad. W jego wnętrzu leżało wiele dużych głazów narzutowych. Jeden z nich chcieliśmy wykorzystać jako stół. Za kotłem ścieżka skręcała pod kątem prostym w lewo, prowadząc na wąskie zbocze otaczające go od północno-zachodniej strony. Odtąd szybko osiągaliśmy wysokość. Za lokalną ścianą skalną otwarła się duża trawiasta stromizna wiodąca do zagłębienia terenu przed szczytem Gvibari. Wielkie morze rododendronów również miało swój koniec. Powyżej jego poziomu widzieliśmy tylko pojedyncze skupiska kwitnących krzewów. Myślałem, że wewnątrz wielkiego zapadliska położonego na wysokości 2850 m n.p.m. tworzącego lokalny zielony kocioł będzie zalegać mnóstwo śniegu, jednak przed nami widniała wielka polana, pełna dorodnych kęp traw.


Tetnuldi 4858 m n.p.m.

 

Ścieżkę wydeptano bocznym grzbietem, co pozwalało osiągnąć dodatkowe 100 m przewyższenia, omijając wspomniane zagłębienie ograniczone z obu stron opadającymi, skalistymi zboczami góry. Jedyny pies, który do nas dołączył w Ushguli ciągle szedł z nami. Nigdy wcześniej go nie widzieliśmy, ponieważ pochodził ze ścisłego centrum wioski. Był średniej wielkości, koloru beżowego, z kilkoma dużymi, jasnobrązowymi łatami. Nie prosił nawet o jedzenie. Spokojnie podążał za nami, kiedy podchodziliśmy coraz wyżej. Podczas naszych odpoczynków kładł się na trawie obok nas. Ostatni fragment szlaku wiódł wąską, ale bardzo dobrze widoczną ścieżką przez pofałdowany teren. Omijaliśmy na przemian kolonie różaneczników kaukaskich i zielonych polan, opanowanych przez żółte pełniki altaicus, a jednocześnie szybko osiągaliśmy kolejne metry wysokości. Za ostatnimi nierównościami wyszliśmy na rozległe zapadlisko terenu o pochyłym zboczu. Porastała je równa trawa, jakby ktoś ją wykosił. Kwiaty występowały rzadziej, bo wiosna dopiero „przed chwilą” odbiła wspomniane ziemie po długiej walce z zimą. Ta jednak jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, ponieważ północne krawędzie stromo opadających stoków nadal pokrywał śnieg. Wielka łąka wyglądała przepięknie, bo świeżo-zielona trawa rosła w postaci jednakowej wielkości kęp. Nic nie mąciło jej jednolitego charakteru. Kwiaty nie zdążyły się pojawić, nornice nie wyryły tuneli, a różaneczniki nie objęły swoim zasięgiem tego miejsca. Być może w okolicy leżały ich nasiona, ale z powodu surowych warunków nie mogły przetrwać. Krzewy te potrzebują wielu lat, aby opanować wyżej położone przestrzenie, ponieważ czym wyżej, tym klimat staje się dla nich coraz bardziej wymagający, a cykl wegetacji coraz krótszy. Ponad poziomem 2850 m n.p.m. nie nadążają zakwitać i zamknąć cyklu wydawania nasion, bo zima powraca zbyt szybko. Idąc na Gvibari, trafiliśmy na najlepszą porę roku, bo w zdecydowanej większości miejsc śnieg ustępował, a nawet najwyższe stoki gór w całości pokryła zieleń. Nigdzie za to nie widzieliśmy martwych, pozimowych pól, gdzie nic nie rosło. Zachwycaliśmy się pięknem otoczenia. Zauważyliśmy, że chociaż wytyczono oficjalny szlak, to na szczyt prowadziły dwie ścieżki. Pierwsza przebiegała prawym wąskim zboczem obchodzącym całe zagłębienie, a druga, nieco zarośnięta, w dużej części przecinała trawiasty kocioł. Trudno było nam uwierzyć, że na poprzedniej wyprawie, dokładnie o tej samej porze roku, w tym samym miejscu, zalegało jeszcze 1,5 m śniegu, którego wówczas nie mogliśmy przejść… Przyspieszona o trzy tygodnie wiosna w Europie najwidoczniej do Gruzji zawitała podobnie szybko.


   
Przechodzimy całe zbocze porośnięte rododendronami

 
Ostatni fragment tuż przed szczytem
 

GVIBARI 2943 m n.p.m.

W końcu dotarliśmy na Gvibari 2943 m n.p.m. Widoki z wierzchołka zachwycały, ponieważ we wszystkich kierunkach mieliśmy rozległe panoramy. Gdzie nie spojrzeliśmy, tam patrzyliśmy na zielone stromizny. Przed nami i po prawej stronie dodatkowo widniały lodowcowo-skaliste góry. Spoglądając w dół zauważyliśmy, że od prawego wierzchołka Gvibari pełniki altaicus i zawilce narcyzowe obficie zakwitły na każdym trawiastym garbie sprawiających wrażenie jakby ułożonych w rzędzie. W kierunku południowo-wschodnim podziwialiśmy majestatyczną Dadiashi 3536 m n.p.m., będącą najwyższym szczytem w okolicy. Charakteryzowały go nierówne, poszarpane, ciemne skały, a po obu jej stronach odbiegały prawie czarne granie przysypane śniegiem. Jako że z Gvibari patrzyliśmy na północny ciąg wielowierzchołkowego grzbietu, widzieliśmy stąd większe ilości bieli. Dociera do nich znacznie mniej słońca, dlatego wiosna nie mogła tak szybko zawitać w ich rejonie. Panoramę na Dadiashi mieliśmy praktycznie z każdej trasy, którą przeszliśmy podczas tego wyjazdu. W zestawieniu z innymi pasmami górskimi tworzyła złudzenie, jakbyśmy spoglądali na kalderę wygasłego i ośnieżonego wulkanu. Podczas, gdy na pozostałych pasmach wiosna już dawno zdobyła tereny do poziomu 3000 m n.p.m., w przedziale pomiędzy Gvibari a Dadiashi nadal panował zimowy mikroklimat. Obszary powyżej 2900 m n.p.m. w wielu miejscach wciąż obficie pokrywały śniegi. Na wierzchołek Dadiashi nie wydeptano nawet żadnej ścieżki, ponieważ wejście wiązałoby się ze wspinaczką skalną i użyciem specjalnego sprzętu takiego, jak: uprzęże, liny, karabinki, haki, przyrządy zjazdowe i ekspresy. W każdym razie, widok z niego musiał być przepiękny. Trochę bardziej na wschód podziwialiśmy znaną nam trójkątną piramidę Tsurungali 4250 m n.p.m. i podobną, ale wyższą Ailamę 4547 m n.p.m. Mocno spadziste skalne ściany skierowane ku zachodowi pokrywał błyszczący śnieg. Obie „piramidy” z daleka wyglądały majestatycznie i sprawiały wrażenie nieosiągalnych.


     
Na szczycie Gvibari 2943 m n.p.m.
 

Nieco w lewo mieliśmy jakże lubianą Ścianę Bezingi ze Shkharą 5193 m n.p.m. w roli głównej. Patrząc w kierunku północnego-wschodu podziwialiśmy wspaniały bezimienny szczyt 3242 m n.p.m. – cel drugiego dnia naszej wyprawy. Wiosna w całości pokryła go zielenią. Jedynie na ostrych graniach zalegał śnieg w postaci wąskich i białych nawisów biegnących w kierunku przełęczy Lagem 2990 m n.p.m. oraz góry o wysokości 3106 m n.p.m., jednocześnie przechodząc przez inny szczyt 3142 m n.p.m., oferujący wspaniałą panoramę na lodowce. Za jedną z najpiękniejszych gór, gdzie przechodziliśmy przez drugie największe morze żółtych pełników altaicus, widniał samotny, ale monumentalny Tetnuldi 4868 m n.p.m., gdzie czasem niewielkie grupy wspinaczy próbują wejść na jego wierzchołek. Góra wygląda zachęcająco. Z daleka wygląda, jakby nie przedstawiała żadnych trudności, ale wiemy, że tak nie jest. Wiele ekip musi zawracać z powodu stale spadających, niezwiązanych z podłożem kamieni i braku w miarę bezpiecznej trasy, która niegdyś wiodła przez obecnie zanikający lodowiec… Na północnym zachodzie spoglądaliśmy w kierunku bardzo pięknego ciągu szczytów z Ushbą w roli głównej 4710 m n.p.m. Chociaż sprawiała wrażenie królującej nad tamtejszą okolicą, to za nią dostrzegliśmy znacznie wyższy, dwuwierzchołkowy Elbrus 5642 m n.p.m. Wspaniałe pasmo tworzą: Fizkulturnik 4068 m n.p.m., Południowa Ushba 4710 m n.p.m., Północna Ushba 4697 m n.p.m., Chatyn-Tau 4411 m n.p.m. i widoczny mocno w oddali, ale cały biały Elbrus 5642 m n.p.m. Rząd wybitnych pików, gdzie pomiędzy nimi widać wiele pomniejszych, wyróżnia się na tle zielonego Kaukazu. Idąc dalej w lewo, zobaczymy niezliczoną ilość trawiastych pasm, o których nie sposób napisać. Przed nami, w kierunku zachodnim, patrzyliśmy na niżej położoną grań, gdzie prowadził szlak do bardzo znanego miejsca – do przełęczy Latpari 2830 m n.p.m. Chociaż nie posiada ona imponującej wysokości, to od połowy lipca, a bardziej od początku sierpnia, turyści chodzą w jej rejon, ponieważ można wejść na Gvibari, wracając zupełnie inną trasą oddaloną o kilka kilometrów. Z pewnością podobna przeprawa wymaga dużej ilości czasu i dobrej kondycji, żeby nie zastała nas noc. Można stamtąd wrócić przez wioskę Davberi, idąc pieszym szlakiem w stronę Ushguli. Już samo wejście na Gvibari może być dla osób chodzących po górach sporą wycieczką, dlatego dalszą trasę polecam tylko ludziom posiadającym świadomość, jak jest ona długa.


 
Pies, który nam towarzyszył

Cudny widok ze szczytu
 

Wiatr na Gvibari zawiewał zimnymi podmuchami. Postanowiliśmy zejść kilkadziesiąt metrów poniżej głównej linii grani, aby osłonić się od niego. Mieliśmy dużo czasu, dlatego teraz chcieliśmy odpocząć i przede wszystkim podziwiać piękne widoki. W trakcie naszej przerwy chmury zajęły połowę nieba. Przecięły znane nam pasma na pół, nie odsłaniając ich wierzchołków aż do zachodu słońca. Zniknęły szczyty takie, jak: Ushba, góra 3242 m n.p.m., Tetnuldi, Shkhara, Ailama i Tsurungali. Wszystko, co znajdowało się po przeciwnej stronie wspomnianej linii oświetlały nam jego promienie. Cieszyliśmy się, że wybraliśmy odpowiednią drogę na dzisiejszy dzień, ponieważ siedzieliśmy we właściwym miejscu. Damian rozpoczął rozmowy z Olą. Ja tymczasem zasnąłem z psem na trawie. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego miejsca na odpoczynek. Słońce przygrzewało bardzo mocno, a trawa była miękka. Przespałem blisko godzinę. Nad górą 3242 m n.p.m. pojawiły się nawet ciemniejsze chmury. Ale ich układ nie zmieniał się pomimo upływu czasu.


Grań góry 3242 m n.p.m. i w tle lodowiec schodzący z góry Tetnuldi
 

POWRÓT DO GRUZIŃSKIEGO MIĘGUSZOWIECKIEGO KOTŁA. NASZE ROZWAŻANIA

Teraz marzyliśmy o dobrym obiedzie. Od razu wybór padł na „Mięguszowiecki Kocioł” pod skalistą ścianą skalną, gdzie przebiegała ścieżka szlaku. Po długim postoju zaczęliśmy powolne schodzenie, bo chcieliśmy nacieszyć się zielonymi polanami pełnymi kwiatów. Wyglądały wręcz sielankowo. Panował zupełny spokój. Nie spotkaliśmy ani jednej osoby. Damian wcześniej dotarł na Gvibari, dlatego wspomniał o dziwnych muszlach, które można znaleźć na drugim jego wierzchołku. Zresztą zabrał ich kilka, aby nam je pokazać. Rzeczywiście wyglądały dziwnie, ponieważ trudno sobie wyobrazić coś przypominającego małże żyjące ponad poziomem chmur… Pytanie, jak stare one były i co przyniosło je na szczyt? Widząc, jak wielu turystów tędy przechodziło w ciągu dnia pomyślałem, ile jeszcze zagadek mają do odkrycia Gruzini we własnym kraju… Bardzo ciekawiły mnie wysokogórskie muszle. Nie powinno ich tu w ogóle być… Podobnie jest z gazowanym stawem wody pitnej w Dolinie Truso. Jak to możliwe, że w świecie technologii cyfrowej nikt nie określił jego rozmiarów? Przecież wytyczono do niego oficjalny szlak turystyczny, a wspomnianą trasę odwiedza do kilkudziesięciu osób dziennie. Czy nie wystarczyło na dno opuścić jakiś kamień zawieszony na sznurze, aby zobaczyć w przybliżeniu jak jest głęboki? Nie mówię od razu o nurkowej ekspedycji, bo z wody z ciągle wypływającymi spod ziemi bąbelkami CO2, można już nigdy nie wypłynąć z racji nieodpowiedniej wyporności. I choć zdaję sobie z tego sprawę, że zwykły kamień opuszczony na sznurze mógłby osiąść gdzieś na półce skalnej, to przynajmniej wiedzielibyśmy, czy omawiany zbiornik jest tylko trochę, a może bardzo głęboki, bo np. znajduje się tam jakiś nieodkryty, podziemny kompleks jaskiń podwodnych… Myślę, że podobne miejsce w Polsce byłoby już dawno przebadane i zmapowane co najmniej 60 lat temu, ponieważ z tamtego okresu pochodzi większość map podziemnych formacji. Wszystko za sprawą opracowania nowszych technologii sprzętu jaskiniowego i nurkowego oraz powstawania klubów zrzeszających pasjonatów eksploracji nieznanego. W każdej takiej organizacji zawsze jest przynajmniej jedna osoba z ogromną wiedzą, ciekawa każdego nowego miejsca i wyzwania. W Gruzji brakowało podobnego zacięcia, co widać nawet w popularnych miastach, takich jak Kutaisi czy Batumi, gdzie w lipcu nie spotkamy tłumów, a co najwyżej pojedynczych, spacerujących głównie z zagranicy ludzi. Tak właśnie działa komunizm nakazujący wszystkim stawanie się szarą masą bez indywidualnych cech i zainteresowań. Za to władze mają mieć dostęp do wszystkiego. Dziesiątki lat życia w zepsutym systemie nie przynosi nic dobrego, co widać na przykładzie Polski, gdzie lata 1945-1989 zostały bezpowrotnie utracone, zmarnowane. W tym czasie kraje Zachodu intensywnie się rozwijały. Tymczasem my – Polacy – część tego okresu przestaliśmy w długich kolejkach, żeby dowiedzieć się, że dla nas zabraknie towaru. Komunizm zabija różnorodność i rozwój. Właśnie coś takiego obserwowałem w Gruzji. Pomimo że wydostali się spod łap dawnego ustroju, to sowiecka mentalność nadal pozostała…

 

Przebywając w ich państwie, zawsze o tym myślałem, dlaczego Gruzini nie podróżują po swoim pięknym kraju, tak samo jak Polacy. U nas wszystko, co jest choć trochę znane, w weekendy zawsze jest zalane tłumami, co zniechęca do odwiedzania podobnych atrakcji turystycznych. Tymczasem w Gruzji, najbardziej „kultowe” miasta nie są zwiedzane masowo, a miejsca podobne do Zakopanego, lecz ze znacznie ciekawszą, a może zupełnie inną historią, odwiedzają w zdecydowanej większości podróżnicy z zagranicy, posiadający świadomość o walorach danego regionu. Najprawdopodobniej chodzi o ich stan zamożności. Według danych statystycznych z 2019 roku, Polacy byli około 8-krotnie bogatsi od Gruzinów w przeliczeniu PKB na osobę. Oprócz braku pieniędzy z pewnością dochodziła mentalność ludzi niemających we krwi podróżowania tak, jak spora część Polaków. U nas nieważne jakiego typu ludzie uprawiają turystykę, ale na każdym kroku widać, że jest ona masowa. Wystarczy zajrzeć do znanych miejsc takich, jak: Szczawnica w Pieninach, Zakopane, Karpacz, Krynica Górska i Morska, Kołobrzeg, Hel, Rewal, Mielno, Władysławowo, zamek Ogrodzieniec, Bobolice, Jezioro Śniardwy, Hańcza, Biebrzański Park Narodowy, Śnieżka, Babia Góra, park rozrywki Energylandia, Wrocław, Kraków, Warszawa, Wisła, Ustroń i… wiele tak mógłbym jeszcze wymieniać, a wszędzie zobaczymy ogromne tłumy ludzi. W Gruzji w ogóle nie spotkałem się z podobnym zjawiskiem, chociaż przebywaliśmy w miejscu o światowej klasie. Ushguli z pewnością do takich należy, ponieważ do wioski zjeżdżają się podróżnicy z całego świata. W kawiarni spotykaliśmy przecież grupy z USA, Brazylii, Korei Południowej, Izraela, Litwy, Niemic, Austrii, Ukrainy, Czech, Australii, Tajlandii, Japonii, Arabii Saudyjskiej i wielu innych krajów. Pomimo tak licznych narodowości można tu przyjechać z dnia na dzień bez planowania wyjazdu, przebierając w ofertach obiektów noclegowych…

 

Pamiętam kilka sytuacji, kiedy miejscowi podchodzili do nas i pytali, czy czasem nie potrzebujemy zakwaterowania. Gdyby tylko wiedzieli, że przyjechaliśmy na dwa tygodnie i nie mamy nic zarezerwowanego, z pewnością ucieszyliby się na nasz widok, bo do Ushguli ponad 90% turystów przybywa tylko na jeden lub dwa dni… Większość jedynie planuje zwiedzić wioskę, nawet nie wgryzając się zbytnio w jej historię, po czym szybko odjeżdża. W dzisiejszym świecie głównie liczą się zdjęcia do mediów społecznościowych. W każdej dziedzinie turystyki widać ten zły, dominujący trend. Mało za to można spotkać ludzi, którzy opowiedzieliby coś o kaukaskich górach, co zobaczyli i omówili jakieś ciekawe trasy. Pamiętam sytuację z poprzedniej wyprawy, gdzie widziałem kilka zmian turystów. Kiedy pytali o szlaki, prowadziliśmy bardzo długie rozmowy przy ciepłej herbacie i chaczapuri, podczas których najpierw omawiałem oficjalne drogi, a później trasy wytyczone przeze mnie, gdzie ścieżki nie istnieją, bo te wyznaczałem sobie sam. Wówczas w szczególności opowiadałem o samotnej wędrówce na grań Podarok zachwycającą swoim otoczeniem oraz niedostępnością dla większości wędrowców z powodu barier psychologicznych. Można tam zobaczyć niezwykłe morze żółtych pełników altaicus. Nigdzie indziej nie widziałem miejsca, gdzie jeden gatunek kwiatu opanował tak wielkie przestrzenie. Jedynie „cicinki” {rdest wężownik) występowały na każdej widocznej stąd górze, tyle że mieszały się one z innymi, różnokolorowymi roślinami. W niewielu przypadkach występowały jako monokultura. Pogawędki nie wynikały z mojej znajomości Kaukazu, a jedynie z faktu, że do Ushguli przyjechaliśmy na dwa tygodnie i mieliśmy czas, aby przejść znacznie więcej niż większość przybywających do wioski turystów. Mogliśmy poczuć się jak weterani, których wielu chciało słuchać, ponieważ każdy miał do opowiedzenia swoją własną historię. Bardzo ceniłem sobie podobne spotkania, bo lubiłem zachęcać innych do zobaczenia czegoś nowego, ciekawego, innego, niespotykanego, nieszablonowego i wyjątkowego. Z drugiej strony nie miałem nic do zdecydowanej większości ludzi przyjeżdżających tylko pobieżnie zwiedzić okolicę, żeby „za chwilę” wrócić. I takie osoby przeżywały na swój sposób niezwykłą przygodę, ponieważ mało kto dociera do Ushguli. Zapytaj swoich znajomych – ilu z nich zna te rejony? Skoro my – Polacy – potrafimy przeciążyć każdą znaną atrakcję turystyczną we własnym kraju, a w Gruzji trudno znaleźć podobny trend, chociaż zjeżdżają się tutaj ludzie ze wszystkich kontynentów (poza Antarktydą rzecz jasna), doceniłem każdego turystę przebywającego u stóp Shkhary, bo w skali świata do historycznej wioski o nazwie Ushguli dociera zaledwie garstka osób.

 

Wracając trawiastymi polanami, wielokrotnie wskazywaliśmy na piękne miejsca podczas wędrówki dzisiejszym szlakiem, a także na nieplanowane postoje w krzaczkach za potrzebą… Kiedy schodziliśmy wąskim pofałdowanym grzbietem okalającym „Mięguszowiecki Kocioł”, od razu pomyśleliśmy, że wewnątrz będziemy dobrze chronieni od wiatru, a jednocześnie miejsce zapewni nam wspaniałą panoramę na odległe pasma. W trakcie drogi powrotnej widzieliśmy przebieg całej trasy. Przed nami i nieco poniżej widniała rozległa, trawiasta polana, którą gdzieniegdzie opanowywały pełniki altaicus, a także w mniejszym stopniu białe zawilce narcyzowe. Tworzyły piękne gromady. Przy każdym gęstym skupisku tych kwiatów koniecznie musiałem przystanąć, aby zrobić im zdjęcia. Ich delikatnością i kolorem nie mogliśmy nasycić oczu. Na pewno dla mnie były czymś wyjątkowym, niespotykanym na podobną skalę w innych częściach gór świata. Muszę dodać, że zdążyłem odwiedzić wiele różnych miejsc, dlatego mówię z własnego doświadczenia. Zejście rozpoczęliśmy idąc ledwo wydeptaną ścieżką, wybierając lewą krawędź trawiastej polany tworzącej kocioł. Z jej obrzeża mieliśmy chyba najpiękniejszy widok na Ushbę, ponieważ szlak prowadził na małe wzniesienie, za którym zbocze gwałtownie opadało w kierunku niżej położonych lasów. Na wybrzuszeniu terenu rosły zawilce narcyzowe w dużej grupie. Idealnie komponowały się z tłem w postaci ośnieżonej Ushby. Podziwiana panorama była wyjątkowa! Po dłuższej chwili poszliśmy dalej – w dół. Odtąd ścieżka wiodła krótkimi, ale licznymi zakosami, tworzącymi wielokrotną literę „S”. Dzięki niej szybko obniżaliśmy wysokość. Ponownie patrzyliśmy na beżowe różaneczniki kaukaskie, szczelnie pokrywające stoki położone poniżej nas. Wytyczono tamtędy jedyną słuszną drogę, będącą częścią oficjalnej trasy na Gvibari. Nie ma innej możliwości, bo rododendrony rosną tak gęsto, że tworzą zwartą nie do przebycia strukturę. Jedyną opcją byłaby wędrówka przez krzaki, ale ta wersja jest bardzo uciążliwa oraz nienajlepsza dla środowiska. Po co mielibyśmy niszczyć coś pięknego i wartościowego? Poniżej szlak przebiegał wzdłuż wielkiego Kotła Mięguszowieckiego. Posługiwaliśmy się tą nazwą, ponieważ była nam znana i wiedzieliśmy, o które miejsce chodzi.


    
Pełniki altaicus nie zawiodły nawet na Gvibari
 

ODPOCZYNEK W MIĘGUSZOWIECKIM KOTLE. „OBŚLIZŁE” KIEŁBASY. COŚ NAS PODGRYZA. KLĄTWA GVIBARIANA. DROGA DO ŹRÓDŁA

Nadal utrzymywała się słoneczna pogoda, dlatego postanowiliśmy, że zrobimy dłuższą przerwę w „tatrzańskim” zagłębieniu. Patrzyliśmy na nie po prawej stronie, a z każdą minutą dorównywaliśmy do jego poziomu. Kiedy dotarliśmy na płaski teren, od razu skręciliśmy kilkanaście metrów w głąb kotła. Tam znaleźliśmy wiele płaskich głazów, które wykorzystaliśmy jako stół. Rozłożyliśmy na nich prowiant, a także kuchenkę gazową. Mieliśmy ze sobą kabanosy Berlinki, orzechy, mieszankę bakalii, batony energetyczne oraz izotoniki. Jako że przyszedł nam smak na coś treściwego, postanowiłem zagrzać kabanosy. Byliśmy dość dobrze osłonięci od wiatru, a słońce nadal przypiekało. Woda zagotowała się szybko. Nareszcie mogliśmy zjeść coś ciepłego. Szybko jednak zauważyliśmy, że z kabanosami coś jest nie tak. Wypłynął z nich tłuszcz, przez co stały się obślizgłe. Nawet mieliśmy trudność, aby je utrzymać w palcach. O ile za bardzo nie zmieniły smaku, to ich konsystencja miała wiele do życzenia. Nie jadłem ich z apetytem. Damian od razu przypomniał sobie moje powiedzenia dotyczące naszej pasji podróżowania. Zawsze powtarzałem: „nie lubię suchych gór”, „obślizłych kiełbas” i „szarówy-dupówy”, bo wtedy wychodzą martwe zdjęcia. Moją specjalnością jest fotografia krajobrazowa, stąd nigdy nie wychodzę w teren, kiedy jest zachmurzone niebo albo kiedy pada deszcz (dupówa). Większość turystów w polskich górach nie zwraca uwagi na takie szczegóły. Raczej podążają za tłumem, nie przywiązując uwagi do jakości ujęć. Dla większości ludzi zdjęcia w podobnych warunkach będą wystarczające, ale ja trzymam się złotej zasady: „na wiosnę, jak co roku, miliony amatorów fotografii wychodzą z domu, by powtarzać wciąż te same, nudne ujęcia. Zapytani, po co to robią, zwykle nie potrafią wskazać powodu” [Andreas Feininger]. Trzymam się również tej zasady w fotografii: „amator martwi się o sprzęt, a profesjonalista o światło”. Jednak teraz dorwało mnie powiedzenie: „nie lubię obślizłych kiełbas”. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać, bo na widok kabanosów, których nie mogłem utrzymać w palcach, ociekających jakimś okropnym tłuszczem, jedynie mocno skrzywiłem oczy, nie wiedząc, czy w ogóle one są jadalne… Spróbowałem kilku sztuk, ale ciężko przechodziły mi przez gardło. Po kilku gryzach porzuciłem je. Ewidentnie nie nadawały się do niczego. Odtąd na trasie ciągle mieliśmy temat „obślizłych” kiełbas i mojej skrzywionej miny na samą myśl o Berlinkach. Damian przypomniał swoją historię związaną z górą Gvibari podczas poprzedniej wyprawy, gdzie przycisnęło go na klasyczną „dwójkę”, a nie miał ze sobą papieru toaletowego. Pozostało mu jedynie załatwić swoje sprawy gdzieś pomiędzy krzakami w pobliżu szlaku. Dobrze, że trasa jest bardzo mało uczęszczana. Dzisiejszego dnia na szczycie byliśmy tylko my i nikt więcej.

 

W kotle odpoczywaliśmy jeszcze przez dłuższą chwilę. Czuliśmy, że od czasu, do czasu coś nas podgryza. Pomiędzy kamieniami chodziło mnóstwo dużych mrówek. Kiedy je zauważyliśmy, spakowaliśmy dość szybko wszystkie rzeczy, po czym wyruszyliśmy w dalszą drogę powrotną. Tuż za zagłębieniem rozpoczynał się wielki pas różaneczników, szczelnie pokrywających całe zbocze po obu stronach. Właściwa trasa prowadziła z jednego krańca góry, na drugi – tak, jak podczas dzisiejszego podejścia w kierunku szczytu. Obecnie wędrowaliśmy na stałym poziomie. Nadrabialiśmy odległość, ale nie wysokość. Jak mało ludzi wybiera ten szlak, niech świadczy fakt, że jedyną wąską ścieżkę pokrywały coraz grubsze gałęzie rododendronów. Czasami musieliśmy na nich stawać, aby móc przejść dalej. W wielu miejscach sprężynowały, przez co łatwo mogliśmy spaść na poniżej rosnące, kwitnące krzaki. Tak, jak na poprzedniej wyprawie, przyszedł czas na Damiana. Gvibari ponownie wezwało go na „dwójkę”. Tym razem miał ze sobą papier toaletowy, dlatego nie było problemu. Mieliśmy powód do śmiechu, ponieważ dorwała go „klątwa” Gvibariana. Mało tego – nawet na tym samym odcinku szlaku! Po krótkiej przerwie dotarliśmy do jedynego, ale jakże pięknego źródła. Jego otoczenie bardzo mi się podobało, bo z racji obfitości wody i podmokłych terenów, kwiaty występowały w wielkich gromadach, zdobiąc najbliższe nieco nachylone stoki. Podczas gdy Damian i Ola napełniali butelki oraz oglądali widoki dookoła, ja podszedłem kilka metrów do najpiękniejszych kęp kwiatów, aby je podziwiać i zrobić im zdjęcia. Moją uwagę szczególnie przyciągały równoległe rzędy pierwiosnków ząbkowatych, różaneczników kaukaskich oraz pełników altaicus tworzących niesamowite, kolorowe dywany. Przyglądałem się im, ponieważ niecodziennie mogliśmy zobaczyć podobny spektakl natury.


  
Ponownie podziwiamy różaneczniki kaukaskie i inne kwiaty

    
I jak się tu nie zatrzymać?
 

WYBÓR TRASY ZEJŚCIOWEJ

Stojąc przy źródełku, zastanawiałem się jaką wybrać trasę powrotną. Mieliśmy dwie możliwości: iść szlakiem tak, jak przyszliśmy albo wybrać ścieżkę w stronę kolejnego zbocza odchodzącego od drugiego wierzchołka Gvibari, omijając tym samym gospodarstwo domowe, którego właściciele pobierają opłatę za przejście przez ich posesję. Na szczęście wiedziałem, co oznacza obejście wspomnianego miejsca, dlatego pozostaliśmy przy pierwszej wersji. Czy coś byśmy zyskali? Wybierając drugą opcję, ominęlibyśmy rodzinę przemawiającą bezemocjonalnym głosem, ale za to czekałaby nas długa, mozolna droga bardzo stromym, kamienistym i uciążliwym stokiem, dosłownie zajeżdżającym kolana. Z pewnością następnego dnia nie moglibyśmy wyruszyć na coś ambitniejszego. Z tego względu postanowiliśmy pójść klasyczną drogą, gdzie trasa jest dłuższa, ale łagodniejsza i na dodatek oferowała szerokie ujęcia na duże, dzikie ogrody z różnokolorowymi kwiatami. Zapamiętałem, że na początku szlaku na Gvibari mijaliśmy stromo nachyloną łąkę, którą niczym dywan pokrywał janowiec lidyjski, a pomiędzy jego kwiatami rosły obfite kępy niezapominajek. Wtedy cała formacja była w cieniu, a teraz mieliśmy okazję zobaczyć wspomniany fragment w pełnym słońcu. Dalszą część trasy wytyczono przez bezkres rododendronów, gdzie nieco poniżej płynął znany nam potok. Z Damianem przypomnieliśmy przeżycia z poprzedniej wyprawy, ponieważ na tym samym odcinku, wzdłuż płynącej wody, zalegały duże masy śniegu. Obecnie w każdym miejscu gęsto kwitła wszelka roślinność, a zieleń aż kipiała. Wcześniejsze nadejście wiosny przyczyniało się do możliwości podziwiania znacznie bogatszych widoków. Idąc ścieżką przez zwarte pasmo różaneczników, zauważyłem charakterystyczne chmury stratocumulus castellanus ponad szczytem Gvibari. Wiedziałem, że oznaczają one nadejście burzy lub intensywnego opadu w krótkim czasie. Mówiąc „krótki czas” miałem na myśli przedział od 30 min do godziny… Mieliśmy więc naprawdę nieciekawą sytuację. Chmura przypominała mi mgławicę z pewnego zdjęcia zaliczanego do zbioru dziesięciu najbardziej wartościowych i najpiękniejszych fotografii wykonanych przez teleskop Hubble’a. Cytując za Wikipedią na podstawie licencji Creative Commons CC BY-SA 4.0: „Zdjęcie nazwano Filarami Stworzenia. Fotografia przedstawia słupy międzygwiezdnego skoncentrowanego pyłu i gazu znajdujące się w centrum Mgławicy Orzeł w gwiazdozbiorze Węża, odległego o około 6500 lat świetlnych od Ziemi. Zdjęcie zostało wykonane 1 kwietnia 1995 roku. Co ciekawe, te same mgławice po raz pierwszy zaobserwował John Charles Duncan w 1920 roku za pomocą 61-calowego teleskopu Mount Wilson Observatory. Wspomniana fotografia z 1995 roku została uznana przez Space.com za jedno z dziesięciu najlepszych wykonanych przez teleskop Hubble’a. Astronomami odpowiedzialnymi za wykonanie zdjęcia byli Jeff Hester i Paul Scowen z Arizona State University. Region został ponownie sfotografowany przez Kosmiczne Obserwatorium Herschela w 2011 roku, ponownie przez teleskop Hubble’a w 2014 roku za pomocą nowszej kamery oraz Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba w 2022 roku”. [zaktualizowane dane, uwzgledniające użycie nowego teleskopu Jamesa Webba po jego wysłaniu w przestrzeń kosmiczną w połowie 2022 roku na wokółsłoneczną orbitę, w pobliżu punktu libracyjnego L2 układu Słońce-Ziemia, odległego około 1,5 mln km od Ziemi, zapewniającego niemal stałe położenie urządzenia względem środka Ziemi, zawsze niemal naprzeciw Słońca].


 
Coś się zmienia w pogodzie. Chmury "Kolumny Stworzenia" (stratocumulus castellanus)
 

Patrząc na chmury powstające za naszymi plecami, miałem wrażenie, że właśnie obserwuję tę mgławicę... Idąc przez morze beżowych kwiatów, dotarliśmy w rejon górnej granicy lasów. Po obu stronach widniały niewielkie, samotne brzozy. Przy ścieżce ponownie zobaczyliśmy pojedynczo występujące lilie zrosłopręcikowe, należące do gatunków krytycznie zagrożonych wyginięciem. Obecnie mieliśmy widok na w pełni rozwinięte „dzwonki”. Z jednej łodygi wyrastało od jednego do kilku kwiatów. Idealnie zdobiły najbliższe otoczenie. Widzieliśmy je nad brzegiem potoku, biorącego swój początek ze źródła, w okolicach którego mieliśmy krótką przerwę. Trasa na Gvibari zachwycała na każdym etapie – nawet podczas powrotu. W godzinach porannych promienie słońca dopiero przebijały się pomiędzy drzewami, a teraz mieliśmy oświetlony cały odcinek przed nami, aż do niżej położonych lasów. Z tego względu wszystko w ich rejonie wyglądało zupełnie inaczej i jakby jeszcze piękniej. Światło robiło swoje. Nieco poniżej, na nierównym zboczu po prawej stronie, zauważyliśmy dorodne kępy niezapominajek. Tworzyły je gęste i obfite kępy. Nawet z daleka można je dostrzec w postaci niebieskich plam na zielonych nierównościach. Obecnie mogliśmy popatrzeć na nie z bliska. Co ciekawe, kiedy przymierzałem się do ich sfotografowania, dużo poniżej nas ktoś nagle wybiegł z krzaków, podciągnął spodnie, zapiął pasek, po czym rozpoczął szybkim krokiem schodzić wyznaczonym szlakiem. Od razu podchwyciliśmy temat „dwójki” na Gvibarianie oraz obślizłych Berlinek, które dorwały nas na tej samej trasie. Widząc w jakim popłochu ta osoba się „zwinęła” i jak szybko zaczęła iść, od razu wiedzieliśmy o co chodzi. Zastanawiało nas jedynie, dlaczego tak szybko uciekała i skąd się tam w ogóle wzięła, skoro przez cały dzień nie spotkaliśmy nikogo, aż do teraz. Być może napotkany facet odwiedził tylko ruiny historycznej wieży na pobliskim wzgórzu, które mimo wszystko wymagało dużego wysiłku.


Ostatni rzut oka na lilie zrosłopręcikowe

   
Kwiaty niezmiennie zachwycały, nawet podczas ostatnich fragmentów w drodze powrotnej
 

DUPÓWA IS COMING…

Patrząc w tył, na niebie zauważyłem większe nagromadzenie chmur. Wcześniej wspomniane stratocumulus castellanus dosłownie rosły w oczach. Niebo pociemniało, a ścianę kwiatów z janowcem lidyjskim niestety podziwiałem w cieniu. W kilka minut dotarliśmy do potoku, gdzie ponownie musieliśmy przez niego przeskakiwać. Damian jeszcze raz wspomniał, że podczas poprzedniej wyprawy pośliznął się i wpadł do wody. Tym razem pamiętaliśmy o malej wysepce na jego środku. Zamierzaliśmy z niej skorzystać. Dzięki niej przeszliśmy na drugą stronę suchą stopą. Za moment dotarliśmy do gospodarstwa domowego. Właściciel rozpoznał nas, dlatego nie kazał nam płacić w drodze powrotnej. Zdziwiliśmy się. Wystarczyło, że wyszliśmy poza jego posiadłość, a szybko rozpoczął padać deszcz. Nie przeszkadzał nam w ogóle, ponieważ do kwatery pozostało nam niewiele. Mimo wszystko, zdążyliśmy dość mocno zmoknąć. Po lewej stronie patrzyliśmy na wioskę Ushguli, a przed nami wyłaniała się historyczna, najgęściej zabudowana osada o nazwie Chaznashi. Odtąd szliśmy w intensywnym opadzie. W trakcie wędrówki dużo rozmawialiśmy. Dzisiejszy dzień podsumowaliśmy jako niezwykle udany, bo całą trasę przeszliśmy w słońcu, podziwialiśmy Ushbę nieprzysłoniętą chmurami, mieliśmy widok na duży kawałek głównego ciągu Kaukazu i przede wszystkim z Gvibari zdjęliśmy niesłuszne stwierdzenie, że jakoby posiadało mało ciekawą drogę z dużymi zwałami śniegu, utrudniającymi wędrówkę przez niewyróżniający się niczym teren. Teraz wyrobiliśmy sobie zupełnie inne zdanie na jego temat, ponieważ szlak bardzo miło nas zaskoczył. Dosłownie od samego początku szliśmy przez rozległe dywany różnokolorowych kwiatów i na dodatek mogliśmy zobaczyć dwie niezwykle rzadko występujące rośliny: lilie zrosłopręcikowe oraz orlik aquilegia olympica. Stwierdziliśmy, że widzieliśmy coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. Dodatkowo wspominaliśmy śmieszne sytuacje na trasie oraz faceta uciekającego w popłochu z naszego powodu. Przed nami widniała panorama Shkhary i jej przyległych, ośnieżonych szczytów.

 

SZYBKI „WJAZD” NA KOLACJĘ W SVANETI CAFE

Jako że jeszcze padał deszcz, a mieliśmy ochotę na coś ciepłego, postanowiliśmy, że od razu wstąpimy do kawiarni u Miriama (Tjechnologa). Nie musieliśmy przejmować się wyglądem. W końcu codziennie wracaliśmy z gór. Nieważne, że byliśmy brudni od ziemi, przemoczeni właśnie trwającym opadem, a włosy powykręcało na wszystkie strony z powodu dużej wilgoci powietrza; ważne, że każdy atrybut przypominał o pięknej drodze jaką właśnie przeszliśmy. Chociaż nie miała żadnych trudności technicznych, bo nie one są dla nas główną atrakcją, to oferowała wyjątkowe i niepowtarzalne krajobrazy oraz kwiaty, które trudno gdziekolwiek indziej zobaczyć. O podobnych miejscach trzeba opowiadać. W trakcie oczekiwania na kolację zauważyliśmy, że deszcz pomału ustępuje, a słońce wyłania się gdzieś zza chmur. Standardowo zamówiliśmy ziemniaczany placek z serem w środku, sałatkę pomidorowo-ogórkową, biały ser w śmietanie posypany miętą oraz chaczapuri do podziału, ponieważ dla jednej osoby było za duże. Mając sporo czasu, wspominaliśmy piękne przeżycia i widoki na trasie.


 
Placek ziemniaczany z serem i sałatka pomidorowo-ogórkowa oraz biały ser w śmietanie i miętą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl