poniedziałek, 5 kwietnia 2021

Malediwy na własną rękę, czyli Thoddoo, Rasdhoo - również w czasach COVID-19

 

RAJSKA WYSPA THODDOO
Jeśli nie masz pojęcia, jak zorganizować wakacje na własną rękę na Malediwach przeczytaj mój poradnik 'MALEDIWY NA WŁASNĄ RĘKĘ - JAK ZORGANIZAOWAĆ WYJAZD, RÓWNIEŻ W CZASACH COVID-19?'. Omawiam tam krok po kroku, co masz zrobić oraz rozwiewam wszystkie obawy. Dodatkowo podaję linki i adresy stron internetowych, gdzie wszystko załatwisz samemu. Tutaj skupię się na omówieniu wyspy Thoddoo.

Na początku musze coś powiedzieć o naszej wyspie, bo zanim wyjechaliśmy, długo decydowałem się, którą wybrać na nasz wyjazd. Standardowo przyjąłem kryterium, żeby wyspę okalała szeroka i turkusowa laguna z piaszczystym dnem. Miałem siedem opcji do wyboru, ale z powodu zawyżonych cen w pięciu miejscach, pozostały mi Dhigurah i Thoddoo. Obie wyspy bardzo mi się podobały, ponieważ były wielkie, różnorodne, oferowały piękne, albo bardzo piękne widoki oraz wiedziałem, że będę miał co robić przez pełne dwa tygodnie. Na Malediwach nigdy się nie nudzę, bo zawsze mam dobry plan aktywnego wypoczynku. Pisząc do siedmiu gospodarzy na Dhigurah miałem wrażenie, że właściciele guest house’ów proponują ekskluzywne wakacje za dużą cenę. Nie potrzebowałem takich opcji. Raczej stawiałem na swojski klimat, dlatego wybrałem Thoddoo. Wyspa jest wysunięta całkiem na północ w atolu Ari. Nie ma nawet bliskich sąsiadujących lądów ze sobą. Gdyby powierzchnia Thoddoo była mała, na pewno byśmy się nudzili. Na szczęście w najdłuższym miejscu ma aż 2,5 km długości. Wioska liczy 1500 mieszkańców, dzięki czemu mamy nawet kilka sklepów do wyboru i dwa większe markety. Jedyne nad czym można ubolewać, to że nie mają tak dobrego sklepu z ręcznymi pamiątkami jak na Rasdhoo. Thoddoo wybrałem również ze względu na duże powierzchnie skupisk palm lub lasów tropikalnych. U mnie wszędzie musi być zieleń i piękna roślinność. Kiedy na zagranicznych stronach przeczytałem, że nasza wyspa słynie z owocowych upraw, koniecznie chciałem tam być, ponieważ wypadałoby spróbować owoców, które rosną w swoim klimacie i nie są zbierane jako niedojrzałe, żeby mogły być transportowane i składowane w magazynach. Najbardziej jednak przyciągały mnie piękne plaże dla turystów. O ile nie jestem fanem wylegiwania się na piasku, to uwielbiam bardzo dużo pływać i fotografować piękne krajobrazy. Thoddoo zapewniała każdą z wymienionych atrakcji. Wiedziałem też, że w tutejszych wodach laguny pływają żółwie i że możemy je spotkać bez wysiłku. Mając tyle danych, wiedziałem, gdzie chcę przyjechać.

Na Thoddoo nie zabraknie zieleni, słońca i pięknych plaż

GUEST HOUSE NA THODDOO, CENY I CZEGO MOŻNA SIĘ SPODZIEWAĆ
Jaki obiekt noclegowy wybrać na wyspie? Na szczęście opcji jest dużo, dlatego ja kupiłem wcześniej bilet lotniczy, a później zacząłem szukać odpowiedniego obiektu. Cała ulica Asheed ciągnąca się od boiska piłkarskiego aż po drogę na większą plażę dla turystów jest usiana guest house’ami. Wszyscy mają podobne ceny, dlatego nie miałem problemu z wyborem. Jako, że w okresie 26.02-13.03.2021 ciągle panował temat koronawirusa, turystów było wyraźnie mniej. Ostatecznie wybrałem Karaa Village, ze względu na idealne opinie w Google i na dostępność miejsc za dobrą cenę. Początkowo miały jechać tylko cztery osoby, ale kiedy doszło do organizacji wyjazdu, nagle zrobiło się ośmiu chętnych. Szukałem więc kameralnego obiektu, najlepiej z czterema lub sześcioma pokojami, żeby nie było tłumów. Karaa Village był zarejestrowany na stronie Ministerstwa Zdrowia Malediwów jako obiekt z czterema pokojami, maksymalnie dla 8-miu osób. W rzeczywistości obiekt posiada 6 pokoi. Część, która stoi osobno, należała do nas. Mieliśmy dzięki temu krzesła i stoliki na zewnątrz, co umożliwiało ciągłe przesiadywanie w naszej grupie na dworze wieczorową porą. Właściciel bardzo się ucieszył, kiedy co dwa dni dokładałem mu po dwie kolejne osoby tak, aż zapełniłem mu wszystkie miejsca. Wyglądało na to, że na pierwszą połowę marca nie miał żadnych chętnych. Strach przed podróżowaniem „wyciął” wielu turystów, którzy potencjalnie mogliby się tutaj pojawić. Pokoje są bardzo czyste, codziennie, lub co dwa dni sprzątane. Na podłodze mamy ułożone duże, białe kafelki, dzięki czemu wewnątrz jest bardzo jasno. Na całych Malediwach z pewnością narodową specjalnością nie jest mysie okien. Tam raczej nikt nie przykłada do tego uwagi, dlatego nigdy nie będą one jak w Polsce. Miejscowi nie dali się wciągnąć w „rytuał” mycia okien tuż przed świętami, przez co na pewno zobaczymy widoczne smugi. W ciepłe dni codziennie się kurzy, dlatego chyba nikt nie myśli o czystych szybach. W końcu z powodu klimatu, Malediwczycy nie przebywają w domach w ciągu dnia.

Łóżka też są bardzo duże i wygodne. Można wybrać sobie konfigurację w jakim układzie je chcemy. Materace są grube, dlatego nie poczujemy ani jednej deski. Łazienki również są bardzo czyste i duże, a dostęp do ciepłej wody mamy zawsze. Pokój jest klimatyzowany, dlatego uważajmy, żeby na samym początku urlopu się nie „załatwić”. Jak najlepiej wyregulować klimatyzację? Ustaw ją na temperaturę nocy minus jeden stopień. Zazwyczaj będzie to 28’C - 1‘C, czyli 27’C. Pewnie pomyślisz, że to bardzo ciepło, ale ze względu na dużą wilgoć na zewnątrz i dość suche powietrze wewnątrz, odczujesz ogromną różnicę. Różnica temperatur o około 5 stopni skutecznie może załatwić twoje gardło. W ciągu dnia w pokoju nie przebywasz, dlatego niech się dzieje co chce. Szybko zobaczysz, że od śniadania, aż do późnego wieczora nie będziesz korzystać dłużej z pokoju, a jedynie wejdziesz po coś, czego akurat zapomniałeś. Gospodarz oferował nam 50 USD za noc, 60 USD ze śniadaniem, 80 USD śniadanie + kolacja i 100 USD śniadanie, obiad + kolacja. Dla wszystkich wybrałem trzecią opcję, ponieważ 80 USD to bardzo dobra cena, bo w niej zawiera się cena za pokój i wyżywienie (śniadanie i kolacja) dla dwóch osób! To znaczy, że jedna osoba płaci tylko 40 USD za dzień! Kiedy sobie policzysz koszty, szybko dojdziesz do wniosku, że za noclegi z wyżywieniem za pełne dwa tygodnie (15 dni) dla jednej osoby zapłacisz tylko 2100 zł przy kursie dolara 3,75 zł. Za taką cenę to można wypocząć w Grecji na jeden tydzień! Wygląda na to, że sam wypoczynek na Malediwach jest… tańszy niż w Grecji! Problemem jest jedynie samolot, bo to on stanowi blisko 50% całej kwoty wakacji. My zapłaciliśmy za bilety lotnicze w obie strony 3000 zł. Dodatkowymi kosztami były testy RT-PCR w Katowicach i na Malediwach (300zł + 65 USD) plus transfer łodzią motorową z lotniska w obie strony 80 USD. Koszty całych wakacji zamknęły się więc w 6039 zł. Tylko zobacz:
  • bilet lotniczy: 3000 zł
  • pensjonat zwany guest housem: 2100 zł
  • testy COVID-owe: 300 zł + 65 USD (244 zł)
  • transfer na/z wyspy Thoddoo: 80 USD (300 zł)
  • ubezpieczenie WARTA na 400.000 zł na wypadek zachorowania na COVID-19 i konieczność odbycia 14-dniowej kwarantanny: 95 zł
Łącznie więc wydaliśmy 6039 zł za 15-dniowe wakacje z wyżywieniem. Gdyby nie „akcja” COVID, cena byłaby jeszcze niższa o 544 zł! I tak każdy z nas był mega zadowolony, bo zazwyczaj mówiąc ‘Malediwy’, każdy myśli o ekstremalnie drogich wakacjach. Wszystko organizowałem sam, dlatego pozostali uczestnicy naszej ośmioosobowej ekipy nie musieli się martwić o formalności, odprawy na lotniskach, czy o wypełnianie dokumentów wymaganych przez rząd malediwski.

 
Wejście do Karaa Village

Ulica Asheed, przy której znajduje się obiekt Karaa Village (biały budynek po lewej stronie)

Wróćmy jednak do tematu Karaa Village. Obiekt bardzo nam się podobał, ponieważ oprócz pokoi mieliśmy do dyspozycji przestrzeń zewnętrzną, gdzie można przesiadywać wieczorami. Restauracja, a raczej stoły z krzesłami są ustawione na otwartej, zadaszonej przestrzeni, dzięki czemu ciągle przebywamy na dworze. Przestrzenie wspólne zazwyczaj buduje się bez przynajmniej jednej ściany, ponieważ przez cały rok temperatura utrzymuje się w granicach 25’C i więcej. Nawet recepcja znajduje się na wpół otwartej przestrzeni, gdzie nie ma nawet drzwi. Bardzo podoba mi się taki układ. Syn gospodarza i jego żona przygotowują bardzo dobre obiady i kolacje. Zazwyczaj będą to makarony i ryż z warzywami lub sosami oraz mięsa (świeżo złowione ryby lub kurczak), tropikalne owoce oraz ciekawe sałatki warzywne zrobione z warzyw zebranych na miejscowych uprawach. Nawet ogórek wygląda i smakuje tutaj zupełnie inaczej, dlatego warzywnymi sałatami zajadałem się każdego wieczora. Musimy pamiętać, że na Malediwach stosuje się wiele różnych przypraw, których po prostu nie znamy. Nawet zwykły „rosół” będzie smakować zupełnie inaczej. Śniadania są bardzo powtarzalne. Codziennie jemy cienkie naleśniki nadziewane bananami (malediwski banan smakuje o niebo lepiej niż to, co znamy z europejskich sklepów, bo jest bardzo soczysty i ma delikatny posmak limonki/cytryny), sandwich’e nadziewane tuńczykiem oraz można sobie przygotować chleb z dżemem owocowym. Do dyspozycji mamy oczywiście herbatę, mleko, kawę i obowiązkowo dostajemy naturalny, wyciskany sok z arbuza, papai, ananasa – w zależności od dnia. Od czasu do czasu pojawią się naleśniki z owoców drzewa chlebowego nadziewane tuńczykiem (po prostu pyszne!). Musimy pamiętać, że na Malediwach nie ma zbyt dużego wyboru, żeby przygotowywać wiele różnorodnych dań. Z drugiej strony każda kolacja smakowała rewelacyjnie i zawsze się nią zajadałem. Najbardziej zachwycają mnie świeże ryby, bo nie kupuje się ich w sklepie, ale raczej gospodarz łowi tyle ryb, ile na dzisiaj jest potrzebne. Po prostu wiemy, co jemy. Byłem zachwycony każdym daniem ze względu na miejscowe przyprawy. Zdjęcia przykładowych dań możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach:

   
Recepcja i otwarta część restauracyjna, widoczna z poziomu pokoju 101

Część restauracyjna

 
Sposób podawania dań

                   
Przykładowe dania (wszystkie dania są bardzo dobre, ale ryby lub szaszłyki rybno-owocowe, to już zdecydowana "górna półka")

Śniadanie (naleśniki z bananami, sandwitche z tuńczykiem i papaje). Sami nakładamy sobie porcje

A co z położeniem obiektu względem najpiękniejszych plaż? Mniejsza plaża dla turystów (bardzo piękna) znajduje się o 4 minuty pieszej drogi w prawo (wystarczy skręcić w prawo po wyjściu głównymi drzwiami i iść ciągle na wprost siebie, aż do samego końca). Druga plaża (największa i przepiękna) znajduje się nieco dalej. Dotarcie do niej zajmuje nawet 11 minut. Mimo wszystko, spacer do niej jest urozmaicony różnymi, równie pięknymi widokami. Na naszej trasie zobaczymy: wiele innych, zdobionych guest house’ów, kolorowe, kwitnące kwiaty „wylewające” się przez dwumetrowe mury, tropikalne lasy palmowe, aleję palmową oraz uprawy warzyw i owoców. Gdyby zapytano mnie o opinię, co myślę o obiekcie Karaa Village, dałbym najwyższą ocenę, ponieważ pokoje są bardzo czyste, śniadania i kolacje jemy na otwartej przestrzeni, każde danie jest bardzo dobre, wyciskane soki smakują wyśmienicie i nie brakuje niczego. W pokojach znajdziemy nawet suszarkę, lodówkę i sejf oraz co dwa lub trzy dni wymieniane są wszystkie ręczniki. Dodatkowo dostajemy duże ręczniki plażowe. Wiedząc, czego można się spodziewać po tego typu obiektach, moja walizka ważyła tylko 13 kg (przynajmniej połowę wagi stanowiły różnego rodzaju sprzęty). Z pewnością nie zabieramy ze sobą ręczników do łazienki i tych na plażę oraz suszarek. Obiekt mógł by być najlepszy, ale co z tego, gdyby gospodarz był byle jaki? Tutaj również mogę wystawić najwyższą ocenę, ponieważ zawsze załatwiał nam to, co trzeba i organizował łódź na nasze wszystkie wycieczki. Dodatkowo znajdował czas dla wszystkich gości, dlatego wielokrotnie się do nas przysiadał i wypytywał o nasz kraj, nasze zwyczaje, morze, klimat, itp. Dużo opowiadał nam o Malediwach, dzięki czemu mogliśmy się dowiedzieć dużo więcej o miejscu, w którym byliśmy.

Nasz obiekt jest położony na najpiękniejszej ulicy, gdzie zobaczymy ciąg zadbanych i kolorowych guest house'ów. Z każdego z nich mamy tylko po kilka minut wędrówki na obie, najpiękniejsze plaże

           
Liczne guest house'y ozdabiają okolicę

Niektóre prywatne domy również były ciekawie ozdobione

FORMALNOŚCI, LOTNISKA, LOTY I PRZYJAZD NA MALEDIWY. TRANSFER DO KARAA VILLAGE I PRZYWITANIE
Najbardziej zastanawialiśmy się, jak to wszystko będzie wyglądać w dobie koronawirusa. Wszyscy podróżowaliśmy pierwszy raz tak daleko w warunkach co chwilę zmienianych COVID-owych  ograniczeń i obostrzeń. Na lotnisku w Warszawie zmierzono nam tylko temperaturę (wszyscy mieli w przedziale 36,6’C do 36,8’C). Reszta procedur wyglądała standardowo (wydawanie biletów, nadawanie bagażów i kontrola bezpieczeństwa). Podczas nadawania bagażu głównego zostaliśmy poproszeni o rezerwację hotelową na Malediwach oraz o aktualny wynik testu RT-PCR. W tym czasie był wymagany test maksymalnie do 96h przed wylotem pierwszego samolotu, skąd rozpoczynamy podróż. My mieliśmy wyniki testów na 68h przed pierwszym wylotem. Dlaczego tak? Ponieważ przepisy mogły się jeszcze po drodze zmienić. W Dubaju zaczęto wymagać wyniki testów do 72h przed pierwszym wylotem, więc i tak się zmieściliśmy. Z drugiej strony, w Dubaju nikt nie kontrolował naszych testów na wejściu do terminala, a jedynie przy bramce na Malediwy. Obowiązkowo musiały być w języku angielskim. W samolotach nie wiele się zmieniło, ponieważ zapełniano je tak samo, jak przed „erą” koronawirusa, wydawano te same posiłki. Jedynie podczas całego czasu spędzanego na lotnisku i w samolotach był nakaz stosowania maseczek ochronnych. Podróżując około 16-18 godzin, licząc czas od pierwszego lotniska do momentu opuszczenia lotniska w Male, maseczki z pewnością będą dla nas uciążliwością. Z tego względu wzięliśmy ich po kilka sztuk, żeby wymieniać je często. Nikt nie chciał, żeby służby porządkowe w obcym dla nas kraju wyprosiły nas z lotniska. Wybraliśmy linie Emirates, ponieważ słyną z komfortu i dobrej obsługi. Obiady podawane w samolocie są zawsze bardzo dobre i można pić nawet alkohol zawarty w cenie biletu. Zdziwiło nas nawet, gdy podczas lotu stewardesa chodziła z tacą pełną nalanych trunków i rozdawała je pasażerom. Długi lot umila nam system pokładowej rozrywki ICE, gdzie możemy oglądać filmy, grać w gry komputerowe, słuchać muzyki i podglądać parametry lotu na żywo wraz z widokiem z dwóch kamer. Od wielu lat Emirates trzymają wysoki poziom. Właśnie z tego powodu nie decyduje się na żadne tanie linie do Dubaju. Tym bardziej, że cena w porównaniu z innymi, zazwyczaj jest jedną z najlepszych…

 
Obiady podawane w samolocie linii Emirates

Zanim w Dubaju wsiedliśmy do samolotu na Malediwy, musieliśmy wypełnić formularz IMUGA, o którym dużo mówiłem w artykule ‘Malediwy na własną rękę – jak zorganizować swoje wakacje?’. Mając 5h 30min na przesiadkę, wykorzystaliśmy ten czas między innymi na formalności. Jako, że formularz musi być wypełniony do 24 h przed przylotem na Malediwy, nie mogliśmy zrobić tego w Polsce. Wiedząc, że na lotnisku w Dubaju jest dobry zasięg Wi-Fi, skorzystałem z tej opcji. Wcześniej przygotowałem dla całej naszej grupy przetłumaczony formularz, żeby łatwiej było go każdemu uzupełniać. Nie stanowił żadnych problemów. Na smartfona dostajemy kod QR do zapisania, który strażnik może skontrolować na lotnisku w Male. Pamiętajmy też, że mając przesiadkę w Dubaju w obrębie tych samych linii lotniczych nie odbieramy bagażów. Obsługa naziemna przerzuci je z jednego samolotu do drugiego. Po przylocie na Malediwy musieliśmy przejść przez żmudną procedurę imigracyjną, ponieważ utworzyły się duże kolejki. Z racji dużej ilości ludzi, nie utrzymywano wyznaczonego dystansu między turystami. Strażnik kontrolował tylko paszport i hotelową rezerwację, ale nie sprawdzał ważności testu RT-PCR i kodu QR z formularza IMUGA. Z drugiej strony widziałem na monitorze, że podczas kontroli paszportowej dane wprowadzone do formularza IMUGA, wraz ze zdjęciem, wyświetlały się u niego na monitorze. Strażnicy nie robią żadnych problemów. Przepuszczają wszystkich. Po przejściu do strefy odbioru głównego bagażu przechodzimy bardzo szybką kontrolę bagażu podręcznego. Wtedy strażnik wykrył u jednej osoby z naszej grupy alkohol. Skonfiskował go i dalej mogliśmy już udać się do wyjścia. Tam czeka mnóstwo ludzi z różnych hoteli i guest house’ów, którzy mają skierować swoich gości na odpowiednie łodzie/hydroplany.

Właściciel naszego obiektu umówił się ze mną pod bankomatem Habib, przy informacji turystycznej. Bardzo szybko go znalazłem. Mając około półtora godziny do łodzi na Thoddoo, zapytał, czy chcemy kupić kartę do telefonu i czy potrzebujemy wymienić pieniądze. Pokazał nam też miejsce, gdzie możemy poczekać w przewiewnym miejscu z dala od dusznej hali przylotów. Przy lotniskowym porcie znajdują się rzędy ławek pod piętrowym budynkiem, gdzie można skorzystać z restauracji. Właściciel zamienił nam po 100 USD dla każdej osoby na malediwską walutę MVR. Przez to, że łącznie wymieniał 800 USD, wynegocjował kurs 1600 MVR za 100 USD. Dodatkowo podzielił tak sumę, żeby każdy mógł otrzymać od razu po 1600 MVR. Cały czas myślałem, że popłyniemy publiczną, szybką łodzią motorową na Ukulhas, tak jak rok temu i tam będziemy mieli przesiadkę na Thoddoo. Gospodarz zaskoczył nas, ponieważ z racji, że byliśmy dużą grupą, załatwił nam prywatną łódź, do której dosiadło się jeszcze czterech miejscowych, dzięki czemu nie mieliśmy ani jednego przystanku po drodze. W 1h 25min bezpośrednio popłynęliśmy na Thoddoo i już o godzinie 12.00 byliśmy na miejscu. Na łodzi mogliśmy już zdjąć maseczki. W końcu odpoczywaliśmy od nich i mogliśmy cieszyć się wolnością. Gdybyśmy płynęli publicznymi łodziami, na wyspę dotarlibyśmy dopiero po godzinie 16.00. Teraz widzieliśmy, ile znaczy moc grupy. W ekipie bardziej się opłaca, ponieważ łatwiej jest zebrać wymaganą kwotę za transfer, wycieczki, itp., a my dodatkowo dostajemy zniżki. Normalnie transfer kosztuje około 50 USD za osobę, a my mieliśmy 40 USD za osobę. Zyskaliśmy nie tylko pieniądze, ale przede wszystkim czas!

Lotniskowy port

Taką łodzią popłynęliśmy ze stolicy

Mając połowę dnia do dyspozycji, mogliśmy jeszcze tego samego dnia cieszyć się piękną wyspą i zacząć ją poznawać. Kiedy łódź wpłynęła do portu, przyjechał po nas duży Melex na 10 osób. Bagaże pojechały innym samochodem. Kierowca celowo wybrał piękną drogę przez tropikalne lasy z mnóstwem kwitnących kwiatów. Śpiew tutejszych ptaków dodatkowo zachwycał. Widok niezliczonych ilości palm bardzo nas cieszył. Próbowałem nawet zapamiętać tę drogę, ponieważ koniecznie chciałem ją sfotografować podczas naszego pobytu – tak była piękna. Kiedy dotarliśmy do Karaa Village, nasz gospodarz Maseed powiedział, żebyśmy usiedli przy stolikach. Wszędzie dookoła w części restauracyjnej było mnóstwo zieleni, a większość roślin „wyglądała” poza wysoki, dwumetrowy mur. Na powitanie wypiliśmy sok ze świeżo ściętego kokosa. Jest naprawdę dobry, pod warunkiem, że kokos nie przeleżał kilka dni.

   
Tą drogą przyjechaliśmy z portu do Karaa Village

 
Piękna droga z portu do naszego obiektu

Kokoski na przywitanie

OBCHÓD PO WYSPIE
Tradycją jest, że zaraz po przywitaniu gospodarz robi obchód po wyspie. Z racji tego, że Thoddoo jest bardzo dużą wyspą, jak na Malediwy, wyjątkowo do tego celu używa się Melexów, zwanych przez miejscowych „Buggy”. Pojechaliśmy na największą plażę dla turystów. Na początek zobaczyliśmy naprawdę rajski kawałek ziemi, który ciągnął się setkami metrów. Poszliśmy w jedną i drugą stronę. Po prostu raj! Wszędzie widzieliśmy leżaki, hamaki, huśtawki w wodzie… Coś pięknego! Plaża była tak duża, że zobaczyliśmy tylko jej fragment. Dodatkowo przed głównym wejściem na nią, dwóch miejscowych sprzedaje lokalne owoce i „kokoski” do picia. Od razu wiedziałem, że wszyscy będziemy ich stałymi klientami. Później pojechaliśmy na drugie wejście na tą samą plażę, odległe o kilkaset metrów dalej. Ponownie podziwialiśmy jej przedłużenie i bajeczne, pochylone palmy. To było coś! Gospodarz powiedział, że dalej (około 1,5 km stąd) znajduje się druga, mniejsza, plaża dla turystów. Wiedziałem z zagranicznych blogów, że gdzieś musi być huśtawka w wodzie z napisem „I love Thoddoo”. W trakcie drogi na drugą plażę oglądaliśmy uprawy arbuzów, ogórków i papai. Druga z nich była równie piękna, choć zupełnie inna od tej pierwszej. Niższe drzewa i krzaki zapewniały dużo więcej cienia. Przede wszystkim, tutaj było bardziej kameralnie, a laguna zachęcała krystalicznie czystymi turkusami do kąpieli. W wodach przy pierwszej plaży mogliśmy podziwiać żółwie, a w tych przy drugiej z nich, mogliśmy spotkać płaszczki, mureny i inne duże, kolorowe ryby. Objazd po wyspie zakończył powrót aleją palmową, która przecina całą, blisko jednokilometrową uprawę arbuzów. Jest naprawdę piękna. Dzięki obchodowi po wyspie mieliśmy już jakieś rozeznanie, gdzie możemy chodzić i co zobaczyć na spokojnie. Dodatkowo poznaliśmy, gdzie znajdują się najbliższe sklepy spożywcze, z pamiątkami oraz meczet (na Thoddoo jest naprawdę wielki i okazały, dlatego warto zobaczyć sam budynek). Po przywitaniu nas i obchodzie po wyspie mogliśmy pójść spać po długiej i męczącej podróży w maseczkach, jednak nikomu to nawet nie przyszło na myśl, ponieważ widząc, jak jest pięknie od razu postanowiliśmy się przebrać i pójść w teren, poznawać wyspę i plaże…

Mapa wyspy Thoddoo:
  1. Karaa Village
  2. Największy meczet na wyspie (podobny do tego w stolicy)
  3. Stacja wody pitnej dla całej wyspy
  4. Aleja prowadząca na dużą plażę
  5. Aleja z okazałymi palmami
  6. Aleja palmowa przecinająca uprawy arbuzów
  7. Duża plaża
  8. Mała plaża z huśtawką 'I love Thoddoo'
  9. Na całym zaznaczonym terenie panuje bałagan i jest dużo śmieci
  10. Główny port
  11. Droga przez uprawy arbuzów, która jest oświetlona w nocy
  12. Przychodnia i apteka
  13. Palmowy las, w którym po palmach buszują bardzo duże szczury
  14. Najstarsze drzewo na wyspie
  15. Elektrownia
  16. Największy sklep z pamiątkami znajduje się tuż za Karaa Village
  17. Ostre papryczki rosnące na obrzeżach upraw
PLAŻE NA THODDOO
DUŻA PLAŻA (NA MAPIE NR 7)
Musimy pamiętać, że na wyspie są dwie plaże i obie są przeznaczone dla turystów. Większą z nich, mającą kilkaset metrów długości (blisko 1 km) w znacznej części przeznaczono dla przyjezdnych. Miejscowi kąpią się na granicy plaży dla turystów, gdzie stoją łodzie. Zazwyczaj zobaczymy ich w piątki, bo wtedy mają wolne. Największa plaża położona jest na południu wyspy. Wychodząc z Karaa Village skręcamy w lewo i cały czas idziemy przed siebie. Przy linii brzegowej skręcamy w prawo, wybierając główną drogę, która okrąża całą wyspę po obwodzie. Za kilkadziesiąt metrów dotrzemy do sklepiku z egzotycznymi owocami, takimi jak: banany, ananasy, mango, marakuje, arbuzy i kokosy do picia. Miejscowi sprzedawcy będą zachęcać cię za każdym razem, żeby coś u nich kupić. Nas nawet nie trzeba było zachęcać, bo zawsze kupowaliśmy „kokoski” do picia, a w drodze powrotnej, marakuje, banany, czy papaje. Próbowaliśmy również lokalnego Bounty. Słodki baton kokosowy wygląda jak kubańskie cygaro. Wióry kokosowe są zmieszane z jakimś rodzajem miodu, a to wszystko jest zawinięte w naturalny, ususzony liść. Warto próbować miejscowych specyfików, bo są naprawdę dobre. W sklepiku możemy płacić miejscowymi MVR lub dolarami USD. Jeśli chcesz mieć dużo drobnych dolarów (nominały po 1, 2, 5 USD), to powiedz sprzedawcy, że masz 100 USD. Oni są bardzo chętni, żeby wymienić ci plik drobnych na studolarówkę. Dlaczego? Dlatego, że bank malediwski skupuje tylko studolarówki. Miejscowi bardzo potrzebują tych nominałów, żeby zarobione pieniądze móc wpłacić do banku. Mi to było na rękę, ponieważ zamieniłem 200 USD na drobne i dzięki temu miałem pieniądze na codzienne, owocowe zakupy. „Kokosek” musiał być u mnie dwa razy dziennie, bo w Europie nie napijemy się każdego dnia świeżego soku prosto z kokosa. Tak samo nie zjemy prawdziwych bananów, które są naprawdę soczyste i z posmakiem cytryny. Marakuje były dla mnie taką wisienką na torcie. Prawie codziennie je kupowałem, a syn gospodarza otwierał je wieczorem. Marakuje są bardzo dobre, bo smakują słodko-kwaśnie. Papaje smakują równie dobrze, co na Dominikanie, ale ten owoc polecam kupować na dwie, lub trzy osoby, bo jest dużo większy i samemu go nie zjemy. Jest bardzo soczysty i najbliżej mu do delikatnego smaku truskawki. Papaje obowiązkowo jadłem do śniadania, ponieważ były wydawane codziennie.

 
Sklepik z owocami przy dużej plaży

"Kokosek" do picia

Kiedy kupimy sobie „kokoska”, możemy wejść ścieżką usypaną z piasku na plażę. Przy sklepiku widnieje piękny napis THODDOO utworzony z niskich, zielono-fioletowych roślin. Nie masz wątpliwości gdzie jesteś. Ścieżka na plażę jest malownicza, ponieważ z obu stron krawężnikami są te same, liściaste rośliny, a dalej widać tylko piękne palmy. Za chwilę widzimy niesamowicie turkusowe laguny i biały piasek. Po prostu chłoniemy oczami piękno tego miejsca. Idąc ciągle w prawo, pójdziemy plażą przez około 300 m. Wszędzie, przy linii brzegowej, będą leżaki, hamaki i huśtawki. Moim zdaniem, to miejsce jest najpiękniejsze na całej wyspie. Cały teren zdobią wysokie i równe, lekko pochylone palmy, a pomiędzy nimi wszędzie mamy, drobny, biały piasek. Aż chciałoby się położyć tu i teraz, ale czym bardziej idziemy wzdłuż plaży, tym coraz piękniejsze miejsca odkrywamy. Uważam, że ostatni fragment plaży, na samym końcu, jest najpiękniejszy. Jest tam pochylona palma nad turkusowymi wodami, mnóstwo innych palm, biały piasek, stolik i ławki, żywo-zielone krzaki, i dwa wspaniałe zejścia do wody pomiędzy palmami. Coś pięknego! Dodatkowo mamy gdzie suszyć ręczniki, ponieważ w wielu miejscach rozciągnięto sznurki do suszenia ubrań pomiędzy palmami. Schodząc do wody, widzimy, jak bardzo czysta jest woda. Widać podwodne fałdy piasku tworzone przez małe fale. Ciągną się one w postaci równoległych pasów wzdłuż linii brzegowej. Cały widok wzbogacają żywo-zielone krzaki, które idealnie komponują się z białym piaskiem, niebieskim niebem i turkusową laguną. Nie trzeba nawet wspominać, że kolorowe ryby w tych wodach są na porządku dziennym. Wystarczy popłynąć 10 m od brzegu, a już będziemy mogli obserwować ryby, które zapuściły się dalej od swoich raf koralowych, z których najczęściej przybywają w stronę plaży. Wody są płytkie. Można iść dnem około 20 m od brzegu. Później trzeba płynąć. Miejsca nie brakuje, ponieważ plaża jest długa i nie ma tłumów. Cały ruch turystyczny przerzedza się na całej tej powierzchni. Polecam popłynąć jakieś 20-30 m od brzegu, żeby zobaczyć jak wygląda wyspa z poziomu laguny. Jest po prostu bajecznie piękna, ponieważ widzimy rzędy wysokich palm, a pomiędzy nimi, gęste, zielone krzaki, które na początku marca kwitną na biało. Idąc wzdłuż całej plaży, zatrzymuj się przy każdej huśtawce w wodzie, ławce, czy pochylonej palmie. Podobnych miejsc jest więcej, a każde z nich pozwala zobaczyć coś podobnego, ale innego. Moim zdaniem tutejsza plaża jest idealnym miejscem dla fotografów krajobrazowych. Z łatwością można wykonać tu katalogowe zdjęcia bez zbędnych przeróbek.

 
Ścieżka prowadząca na plażę

   
Ścieżka prowadząca na plażę oraz najlepsze miejsce na jej końcu 

 
Piękno dużej plaży

     
Huśtawki na terenie dużej plaży

 
Duża plaża wieczorem

 
Piękno dużej plaży

       
Niesamowity zachód słońca podziwiany z dużej plaży

Najbardziej jednak zdziwił mnie fakt, że na plaży mamy dostępne dwa murowane budynki, z dwiema ubikacjami w każdym, gdzie mamy normalną toaletę ze spłuczką. Dodatkowo na zewnątrz jest dostępny i działający prysznic, żeby się spłukać ze słonej wody. Infrastruktura dostępna na całym terenie plaży jest bezpłatna. Pierwsze ubikacje i prysznic znajdziemy za wejściem przy sklepiku z owocami, a drugie znajdziemy w połowie plaży. Wychodzić poza teren wyznaczony dla turystów oczywiście możemy. Jest on wyraźnie oznaczony drewnianym płotkiem. Ogrodzenie pełni tylko funkcję informacyjną, że do tego miejsca możesz wypoczywać w stroju kąpielowym. Jako, że jesteśmy w kraju muzułmańskim, musimy pamiętać, że w miejscach publicznych nie możemy chodzić bez koszulki lub w stroju kąpielowym. Ważne, żeby mieć na sobie normalne, zwykłe, ubranie na lato. Plaża jednak jest tak piękna i bardzo długa, że nawet nie mamy potrzeby wychodzić poza jej teren. Raczej miejscowi na nią przyjdą niż my na ich teren. Z samej ciekawości poszedłem sprawdzić jak wygląda dalsze jej przedłużenie w obu kierunkach. Jest po prostu dziko i niezagospodarowanie, ale tam również znajdziemy ciekawe miejsca do zdjęć i kąpieli. Ciekawostką największej plaży dla turystów, położonej na południu wyspy, jest rafa koralowa odległa o jakieś 30 m od linii brzegowej. Warto wziąć ze sobą gogle z rurką do snurkowania, żeby popływać w tym rejonie. Płynąc 30 m od linii brzegowej, na samym początku plaży, gdzie wchodzimy przy sklepiku z owocami, zobaczymy wielkie skupiska zielonych koralowców. Żyje tam wiele gatunków kolorowych ryb i przede wszystkim duże żółwie mające do 60-80 cm wielkości. W ogóle nie boją się ludzi, dlatego zawsze uda nam się je podziwiać i zrobić wiele ciekawych ujęć. Drugiego dnia obowiązkowo poszedłem sprawdzić, czy spotkam jakiegoś żółwia. Potrzebowałem zaledwie minuty, żeby na niego trafić. Łącznie spotkałem cztery żółwie w ciągu godziny i mnóstwo kolorowych ryb. Dodatkową atrakcją pierwszej, głównej plaży jest możliwość uprawiania sportów wodnych. Przy drewnianym płotku, w krzakach, na końcu plaży znajduje się wypożyczalnia sprzętu sportowego. Ja musiałem spróbować SUP, czyli pływanie na stojąco z wiosłem na desce surfingowej. Godzina kosztuje 10 USD. Do dyspozycji mamy narty wodne (wówczas miejscowy ciągnie cię za pomocą linki przywiązanej do skutera wodnego), canoe, czy skuter wodny. Ten ostatni jest naprawdę szybki i służy głównie do  brawurowych ślizgów na wodzie. Jeśli lubisz adrenalinę, to ten sprzęt jest dla ciebie. 15 minut wariacji na wodzie kosztuje 40 USD. Jak widziałem, nikomu nie udało się wywrócić skutera, pomimo wielkich szaleństw. Jego zwrotność jest naprawdę bardzo duża. Nawet gdybyśmy wypadli z pojazdu to tylko do ciepłej wody, więc nic nam się nie stanie. Naprawdę trudno o wypadek.

Murowane ubikacje i prysznic na środku plaży

  
Brawurowa jazda na szybkim skuterze wodnym uprawiana przez miejscowych

  
Moje pływanie na SUP

MAŁA PLAŻA (NA MAPIE NR 8)
A jak wygląda druga plaża? Jest zdecydowanie inna. Bardzo się różni od głównej. Znajdziemy ją, skręcając w prawo, kiedy wychodzimy z Karaa Village. Dojdziemy do niej w cztery minuty, idąc cały czas na wprost. Po drodze miniemy warsztat skuterów, restaurację dla miejscowych, inne guest house’y, a za połową drogi do niej, pójdziemy wzdłuż linii boiska do piłki nożnej. Wtedy rozpoznamy, ze idziemy tam, gdzie chcemy dotrzeć. Tutaj również przed wejściem na plażę jest ustawiony mały sklepik z egzotycznymi owocami, jednak musimy pamiętać, że każdy owoc kosztuje dokładnie dwa razy drożej niż na głównej plaży. Z tego względu owocowe zakupy robiliśmy tylko tam. Trudno porównywać, która plaża jest piękniejsza, ponieważ tutejsza w całości jest zacieniona po południu i prowadzi wzdłuż niej piękna, ozdobiona ścieżka z białego piasku, gdzie krawężniki zrobione były z kokosów. Ostatnią palmę na końcu ozdobiono kręgiem z kokosów oraz na całej długości utworzono aleję z młodych palm. W połowie ścieżki mogliśmy podziwiać wspaniałe i wielkie korzenie drzew namorzynowych. W ich rejonie można odnaleźć kilka hamaków. Plaża oferuje dużo słońca do południa, a po południu pojawia się na niej coraz więcej cienia, a to za sprawą gęstych i wysokich krzewów i niskich drzew. Przestrzeń pomiędzy nimi idealnie zagospodarowano. Również mieliśmy do dyspozycji hamaki i huśtawki. Nam jednak najbardziej rzucała się w oczy huśtawka z napisem ‘I love Thoddoo’. To miejsce jest pokazywane w każdej relacji, dlatego wszyscy na początku najpierw idą zrobić sobie zdjęcie pod napisem. Tutejszy fragment laguny słynie z krystalicznie czystych wód. Przy wejściu dno jest początkowo kamieniste. Wystarczy przejść przez niewielki rząd kamieni, by cieszyć się piękną, turkusową wodą. Bardziej wtajemniczeni turyści powinni wiedzieć, że zaledwie 30 m dalej, idąc w lewo, wzdłuż linii brzegowej, zobaczymy ciemny pień zwalonego drzewa. Jego drugi koniec wyznacza początek usypanej ścieżki z piasku, która przecina pas drobnych kamieni. Możemy nią spokojnie wejść do wody i ominąć nierówne dno. Kilkanaście metrów dalej, na dnie, jest już tylko drobny, biały piasek, dzięki czemu możemy poczuć się jak na pierwszej plaży. Zaletą tego miejsca jest fakt, że nie jest oblegane. Możemy poczuć się kameralnie i spędzić czas w spokoju. Z tego względu naprzemiennie, co drugi dzień, zmienialiśmy plaże.

Ciekawie przycięte drzewo w drodze na małą plażę - zapewnia dużo cienia, dlatego pod nim gromadzą się miejscowi lub parkują tam swoje skutery

Boisko w drodze na małą plażę

Sklep z owocami na małej plaży - tutaj ceny są dwa razy większe niż na dużej plaży...

Wejście na plażę

 
Aleja z młodych palm ciągnie się wzdłuż plaży

 
Namorzyny w połowie ścieżki prowadzącej wzdłuż plaży

   
Ścieżka prowadząca wzdłuż plaży i palma otoczona kręgiem z kokosów

Potężne namorzyny na środku plaży

Wejście na plażę przez namorzyny

 
Zacienionych miejsc na plaży nie brakuje. Bardzo szybko je docenimy już po pierwszym dniu pobytu

Piękno małej plaży

   
Piękno małej plaży

 
Słynna huśtawka z napisem 'I love Thoddoo'

Kamienna granica wyznaczająca koniec płycizn znajduje się około 100 m od plaży

   
Krystalicznie czysta laguna zachęca do pływania (widok z poziomo wody, około 100 m od plaży)

Moja kompozycja artystyczna na plaży

Moja kompozycja artystyczna na plaży

Podobnie, jak laguna wzdłuż pierwszej z nich skrywała swoje skarby, tak i tutaj znajdziemy coś wyjątkowego. Trzeba tylko bardziej zgłębić temat. Kiedy wejdziesz do wody z poziomu zwalonego, ciemnego pnia, popłyń przed siebie do kilku ciemnych punktów, które wyglądają jak wielki głaz pod wodą. Zabierz ze sobą gogle i rurkę do snurkowania, bo zobaczysz tam piękne rafy koralowe, wielkie, żywe, niebieskie i fioletowe muszle, oraz duże kolorowe ryby, które będą cię nawet okrążać. Jeden z podwodnych głazów wygląda jak oko cyklonu, ponieważ dookoła widzimy duże koralowce, a w środku jest pusta przestrzeń, do której możemy wpłynąć. W tym miejscu gromadzi się mnóstwo różnorodnych ryb, a nawet całych ławic. Polecam spróbować opłynąć jak najwięcej ciemnych miejsc widocznych na jasnych, turkusowych wodach. Z pewnością spotkasz wiele gatunków ryb. Największą niespodzianką może okazać się… płaszczka i ponad metrowa murena, wijąca się jak wąż po dnie, z groźnie wyglądającą paszczą. Dodatkową atrakcją są drzewa, na których widzą huśtawki lub hamaki, ponieważ kwitną one na czerwono i codziennie zrzucają piękne kwiaty. Można z nich ułożyć jakiś napis lub ozdobić jakiś fragment plaży. Płynąc całą szerokością laguny zauważyłem coś jeszcze. Wystarczy, że dopłyniemy do najjaśniejszego pasa wody i spróbujemy stanąć na nogach. Szybko spostrzeżemy, że wody jest coraz mniej, pomimo że oddalamy się od brzegu. Polecam wejść na sam środek jasnego pasa i rozglądać się dookoła. Woda jest tak krystalicznie czysta, że mamy wrażenie, jakbyśmy pływali na basenie. W pełnym słońcu woda mieni się wyraźnymi odbiciami słonecznymi i na dodatek widzimy wszystko na dnie. Z tej perspektywy patrzyłem na wyspę. Wyglądała przepięknie, ponieważ palmy tworzyły naturalny mur, a przestrzeń pomiędzy nimi wypełniały żywo-zielone, niskie drzewa i wysokie krzewy zapewniające dużo cienia.

Którą plażę więc wybrać? Najlepiej obie. Jeśli nie masz nic zaplanowane, nie przesiaduj w pokoju, tylko codziennie zmieniaj plażę i spędzaj czas z widokiem na bajecznie piękne tereny. Na każdej z nich zobaczymy niesamowite, rajskie piękno, o którym wielu tylko marzy. Nawet, jeśli nie lubisz wylegiwać się godzinami na piasku, to spacer wzdłuż linii brzegowej na pewno cię zachwyci oraz możliwość pływania w krystalicznie czystych wodach. Najbardziej podobały mi się niezwykle przejrzyste wody, będąc około 100 m od wyspy, gdzie wody miałem zaledwie do pasa, a w niektórych miejscach tylko do kolan. Wiedząc, jak pięknie jest na środku laguny, zabrałem ze sobą aparat lustrzankę i telefon w wodoszczelnym, 15 litrowym worku, żeby pokazać wam jak tam jest. Wodoszczelny worek, który kupimy za dwadzieścia kilka złotych, umożliwia „przemyt” sprzętów elektronicznych tam, gdzie normalnie nie bylibyśmy w stanie ich zabrać, ponieważ na pewno byśmy je zalali.

TURYSTYKA NA WYSPIE, WIOSKA THODDOO I JAK PŁYNIE W NIEJ ŻYCIE
Jak łatwo zauważyć, na Malediwach nie ma dwóch wiosek na jednej wyspie. Kto wie, czy nie powstałoby wówczas zjawisko lokalnego patriotyzmu i jedni uważaliby się lepsi od drugich? Trudno powiedzieć jakby to mogło wyglądać. Z pewnością można zauważyć, że wioska zawsze tworzy zwartą zabudowę, a dookoła niej rozciągają się tereny zielone. Zabudowa przynajmniej z jednej strony przylega do linii brzegowej tam, gdzie jest port. Kiedy przejdziesz się po całej wyspie, szybko zauważysz, że dużą część zabudowy stanowią guest house’y i hotele. Jeden z nich nazywa się ‘Astra’, co w czasach koronawirusa zawsze kojarzyło się z Astra Zenecą… Przechadzając się uliczką Asheed przez około 200 m, zauważysz ciąg bardzo pięknych obiektów dla turystów. Stąd uważam, że Asheed Street jest najładniejszą ulicą na wyspie. Widać również tendencję, że coraz więcej miejscowych chce zarobić na rosyjskich turystach, dlatego stawiają dwupiętrowe budynki z wieloma pokojami. Rozpoczętych budów napotkamy wiele, a rekordowa ma pięć pięter, a niedaleko nas stawiał się czteropiętrowy hotel z kilkudziesięcioma pokojami. Dlaczego mówię o rosyjskich turystach? Dlatego, że stanowią oni ponad 98% wszystkich gości. Być może tak jest z powodu koronawirusa, ponieważ mają mniej restrykcji związanych z podróżą za granicę? Tego nie wiem. W Europie dużo ludzi było wystraszonych, bo według mediów, właśnie ten kontynent stał się głównym epicentrum choroby. Turyści z Rosji nie mają dobrych opinii na całym świecie, ponieważ w wielu przypadkach nie potrafią się zachować, zachowują się jak u siebie i nie zważają na innych. Dodatkowo rezerwują leżaki na publicznej plaży na dwa tygodnie, zostawiając na nich ręczniki na noc. Do tego są głośni. Niestety na Thoddoo również można się zmęczyć Rosjanami, w zależności w jakim okresie przyjedziesz i czy trafisz na większe ich grupy. Z drugiej strony upodobali sobie największą plażę, ale przesiadują na niej do godziny 13.00. Później idą na obiad i tylko nieliczni wracają. Moim zdaniem główna plaża na Thoddoo jest już obciążona na 105%, czyli odczuwałem, że od czasu do czasu jest na niej o kilka osób za dużo. Oczywiście nie możemy mówić o tłumach, ale raczej o jej obciążeniu. Kiedy sobie pomyślę, że dookoła stawiają się od dwu- do pięciopiętrowych konstrukcji, to od razu sobie myślę: „więcej ‘Ruskich’”. Coś w tym jest… Gdy otworzą się wszystkie budowane obiekty i w większości będą to turyści z Rosji, w mojej opinii atrakcyjność wypoczynku najzwyczajniej mocno spadnie. Myślę, że udało nam się załapać na bardzo dobry okres w 2021 roku, gdzie wyspa jeszcze nie przeżywa oblężenia jak na Maafushi, gdzie klimat lokalnej wyspy już dawno umarł poprzez mocne przeciążenie jej nadmiarem turystów. Nawet miejscowi ludzie są nimi zmęczeni.

Ciekawostką na Thoddoo jest fakt, że turystyka na tej wyspie rozpoczęła się dopiero w 2015 roku! Wcześniej zajmowano się tylko uprawą warzyw i owoców, przez co wioska była uważana za dość biedną. Po otwarciu się na turystów z Europy, dochody z turystyki przekroczyły 6,4 miliona dolarów rocznie! Moim zdaniem turystykę trzeba prowadzić odpowiedzialnie, a nie chciwie, to znaczy, że najlepiej nie dopuszczać do przeciążenia plaż, a wtedy miejsce będzie atrakcyjne. Opinie w Internecie zrobią resztę „roboty”. Wówczas wszyscy skorzystają: rolnicy, bo hotele i obiekty noclegowe potrzebują mnóstwa warzyw i owoców, właściciele łodzi, bo trzeba łowić ryby i wozić turystów na wycieczki, lokalne sklepy, bo turyści obowiązkowo coś dokupują, sklepy z pamiątkami bo każdy chce coś sobie przywieźć, stoiska przy plażach, bo owoce są naprawdę dobre, właściciele meleksów, bo trzeba wozić turystów i ich bagaże, operatorzy sieci komórkowych, bo skądś musi być łączność i dostęp do Wi-Fi oraz firmy transferujące gości z wyspy na lotnisko. Tutaj każdy może zarobić, ale najważniejsze, żeby nie zniechęcać tłumami niekulturalnych ludzi na przeciążonych plażach. Na szczęście jeszcze tego zjawiska na Thoddoo nie ma, ale za kilka lat, kiedy wszystkie rozpoczęte budowy faktycznie byłyby ukończone, klimat wyspy może się znacznie odmienić.

W trakcie pobytu, oczywiście przyglądałem się, jak wygląda życie na wyspie. Mając porównanie z Fehendhoo, Fulhadhoo, Mathiveri i Bodufolhudhoo obowiązkowo musiałem poobserwować zwyczaje tutejszych miejscowych. Jak na każdej wyspie, codziennie, po 6.00 rano kobiety zamiatały główne ulice, a mężczyźni grabili liście i kwiaty na plażach dla turystów. Codziennie wyglądały one pięknie, bo były czyste. Dodatkowo zadbano o wystrój roślinami i ścieżki z piasku, dzięki czemu już sam spacer wzdłuż plaży sprawiał wiele radości. Na terenie wioski znajdziemy kilka większych sklepów i miejscowych restauracji. Zauważyłem, że w kilku z nich gromadzą się tylko miejscowi, a w innych tylko turyści. Restauracje, gdzie przesiadują „lokalsi” rozpoznamy po kilku, kilkunastu skuterach ustawionych w rząd lub dwa. Turyści oczywiście mają tam wstęp, ale raczej goście szukają czegoś z klimatem i nie chcą czuć się obco. Widzieliśmy, że miejscowi gromadzili się o poranku i po południu. Restauracji dla turystów nie brakuje. Od Karaa Village, czyli naszego guest house, do najbliższego punktu gastronomicznego mieliśmy całe 30 sekund drogi pieszej, na najbliższym skrzyżowaniu. Prowadzą go młode dziewczyny ze Słowenii, dlatego tam spodziewajmy się naprawdę dobrej pizzy, jeśli za nią zatęsknimy. Miejscowi nie potrafią przygotowywać dobrego ciasta i zbyt słabo przyprawiają składniki, dlatego jeśli myślisz o pizzy, to tylko restauracja przy Karaa Village na skrzyżowaniu. Dania oczywiście spożywamy na otwartej przestrzeni, dlatego może pojawić się milusiński kot o imieniu Artur.

Na co zwróciłem jeszcze uwagę? We wiosce są nawet dwa większe supermarkety. Bardzo przypominają mi polskie sklepy z lat 1993-1997, ale najważniejsze, że znajdziemy w nich dużo przydatnych towarów i smakołyków. Największy z nich znajduje się przy głównej ulicy prowadzącej do meczetu. Nie trudno się domyślić, że tędy chodzi najwięcej osób. Na zewnątrz sklepu jest nawet zamocowany telewizor z kanałem informacyjnym po malediwsku. Wewnątrz, na półkach znajdziemy dosłownie wszystko: rzeczy do szkoły, kosmetyki, warzywa, owoce, wody, przyprawy malediwskie i indyjskie, słodycze, chipsy, zupki chińskie, artykuły domowe, rury do nawadniania upraw, gogle z rurką do snurkowania, lekkie buty sportowe, bardzo dobrej jakości czarnuszkę z Pakistanu w jeszcze lepszej cenie, japonki, klapki, obcinaczki do paznokci, narzędzia, wkręty, śrubki, napoje lokalne i międzynarodowe oraz wiele innych. Jeśli czegoś zapomnimy zabrać z domu, najprawdopodobniej na Thoddoo uda ci się to dokupić. Nie zakupimy za to sprzętów elektronicznych, ani kart pamięci do telefonów, aparatów, itp. rzeczy. Najciekawsza jednak była przyprawa do herbaty w puszce, która w całości była oznaczona czerwoną swastyką. Dla ludzi z Europy takie opakowanie byłoby nie do pomyślenia, ale kiedy przyjrzeliśmy się bliżej, to główna swastyka miała cztery kropki, która dla ludzi z Indii oznacza szczęście. Mimo wszystko kilkadziesiąt mniejszych swastyk jest bez kropek i nadrukowano je na całym opakowaniu. Spojrzenie rosyjskiego turysty, kiedy kupiliśmy trzy puszki wspomnianej przyprawy było bezcenne… Jej odszukanie na regałach nie jest łatwe, ponieważ leży gdzieś pomiędzy świeczkami, a artykułami domowymi do kuchni i remontów… Sama przyprawa ma bardzo ciekawy smak, bo czuć miętę i jakieś indyjskie, nieznane nam rośliny. Wsypana do herbaty, sprawia, że smakuje ona zupełnie inaczej. Z pewnością nikt takiej nie będzie miał. Warto od czasu do czasu przejść się również do portu lub poza wyznaczoną granicę największej plaży dla turystów, tam gdzie stoją łodzie. Możemy trafić na rybaków, którzy właśnie wrócili z połowów. Oni nawet nie mają wędek. Używają krążka z nawiniętą żyłką o długości 200 m. Rybę wyciągają, nawijając żyłkę na krążek. O łowieniu ryb będzie szerzej, kiedy będę omawiać wycieczkę pt. „Fishing, czyli łowienie ryb”. Możemy przyjrzeć się, jak miejscowi oprawiają szybkimi ruchami kilka większych ryb, oraz duże okazy nieznanych nam ryb, jak np. wahoo, która ma do 160 cm długości. Przy porcie znajdziemy również wielki i kolorowy napis THODDOO, który widzimy z łodzi, wpływając do portu. W tym miejscu turyści robią sobie zdjęcia.

Napis THODDOO przy porcie

Życie większości miejscowych kręci się wokół upraw owoców. Nasz gospodarz pokazał nam teren o wymiarach 1 x 1,5 km, gdzie uprawiano tylko i wyłącznie arbuzy. Dowiedzieliśmy się, że Thoddoo jest największym producentem arbuzów w całym państwie, a większość z nich trafia do hoteli, guest house’ów lub za granicę. Nie bez powodu miejscowi przywiązywali tak dużą uwagę do swoich pól. Drugim najczęściej uprawianym owocem są papaje. Rosną na charakterystycznym drzewie, które kończy się kulistą koroną zbudowaną z liści przypominających trochę liście marihuany. Tuż pod nimi, dookoła pnia, rosną około dwukilogramowe owoce, po około 20-30 sztuk, tworzące jedną grupę. W każdej wolnej chwili miejscowi wsiadają na skutery i tylko sobie znanymi ścieżkami wjeżdżają na pola, gdzie przez cały dzień podlewają je przy pomocy węży trzymanych w rękach. Wodę pobierają spod ziemi używając do tego spalinowych pomp. Są rozsiane co kilkadziesiąt metrów. Tylko słychać ich warkot. Jednego dnia widzieliśmy nawet, jak do portu wpłynął statek, z którego rozładowywano kolejne pompy. Niebieskie rurki nawadniające pola są widoczne praktycznie wszędzie. Moją uwagę zwróciły również nietypowe ogórki, które rosły na tyczkach, a później rozrastały się na siatce na wysokości około 2 m. Dopiero na tej wysokości rosły podłużne, niczym papryka chili, zielone ogórki w białe, podłużne paski. To właśnie z nich mieliśmy prawie codziennie warzywną sałatkę do kolacji. Zawsze się nią zajadałem.

Malediwskie ogórki

   
Uprawy warzyw i owoców na Thoddoo

   
Uprawa papai

Uprawa roślin strączkowych

W ciągu dnia we wiosce możemy również zobaczyć kobiety zaplatające liście palmowe. Wyrabiają w ten sposób ozdobne maty. Mężczyźni rozłupują kokosy, a łupiny składują na kupce w słońcu, bo posłużą im za opał do grilla, kiedy będzie trzeba przygotować świeżo złowione ryby. Niespieszny tryb życia przerywają modlitwy pięć razy dziennie. Na Thoddoo usłyszymy je w godzinach (co do minuty): Fajr 5.07, Dhuhr 12.19, Asr 15.43, Maghrib 18.19, Isha 19.28. Zauważyłem, że mężczyźni pracujący na roli nie zrywają się masowo z pól na modlitwy, ale życie w wiosce zamiera. Nie uda nam się pójść do sklepu w wyżej podanych godzinach. Najlepiej poczekać 20-30 min. „Religią” miejscowych mężczyzn jest oczywiście piłka nożna. Na terenie wyspy znalazłem aż trzy boiska. Nawet nasz gospodarz chodził wieczorami, żeby rozegrać z kolegami mecz. Mieliśmy również okazję zobaczyć festiwal sportów szkolnych. Na największym boisku zorganizowano konkursy sportowe dla wszystkich uczniów miejscowej szkoły. Pomimo medialnej pandemii, przyszło kilkaset dzieci i ich rodzice. Zadaniem uczniów było pokonywanie przeszkód i bieganie po wyznaczonej trasie. Nikt nie martwił się koronawirusem i jak podglądałem rządowe statystyki z każdej wyspy aktualizowane codziennie, nie stwierdzono ani jednego przypadku na Thoddoo...

Malediwski grill gotowy do rozpałki

A co nam jeszcze się przydarzyło? Po tygodniu pobytu na wyspie, w piątek nagle pojawiła się policja na skuterach. Zatrzymywali każdego turystę bez maseczki. Na szczęście nie wystawiali mandatów, tylko informowali, że w strefie zabudowanej trzeba zakładać maseczkę. Każdy z nas nosił ją przy sobie, dlatego założyliśmy je przy policjantach. Ktoś może pomyśleć, że co to za wakacje, gdzie trzeba nosić maseczki. Jak na trzy minuty wędrówki przez strefę zabudowań, to naprawdę niewielka niedogodność. Maski zakładaliśmy tylko tam, gdzie widzieliśmy większe skupiska ludzi. Miejscowi też ich nie nosili. Najczęściej, gdy na skuterze jechały dwie osoby. Wtedy tylko pasażer miał ją założoną, a kierowca nigdy. Na Thoddoo znajdowała się przychodnia i mały szpital w jednym budynku. Zajmowali się aż 26-cioma różnymi chorobami i dolegliwościami. Mieli nawet klinikę grypy i karetkę pogotowia. W razie wypadku dojazd był szybki. Z naszego guest house mieliśmy trzy minuty drogi pieszej do przychodni. Fajnie, że mieli coś na wzór szpitala na miejscu. W nieoczekiwanej chwili karetka pogotowia była bezcenna. Również w tym miejscu wykonywano testy RT-PCR COVID-19. Pobieranie próbek przeprowadzał lekarz i pielęgniarka z Indii. Zaskoczyła nas naprawdę bardzo dobra organizacja. Zanim weszliśmy do środka, mieli już imiennie przygotowane próbki z nazwą obiektu turystycznego. Lekarz pobierał delikatnie próbkę. W 20 minut zdążyliśmy przepadać się całą 8-osobową grupą na dwa dni przed wyjazdem. Mieliśmy wrażenie, że na Malediwach procedury testowania działają u nich z należytym porządkiem. Było widać dobrą organizację. Z racji dość dużych rozmiarów wyspy, większość poruszała się na skuterach. Psują się one dość często, dlatego na Thoddoo, minutę drogi pieszej od nas znajdował się warsztat naprawy tych maszyn. Codziennie widziałem po 7-10 rozebranych motorków. Taki warsztat z pewnością jest „żyłą złota”. Wystarczyło mieć zgraną ekipę znającą się na rzeczy.

Przychodnia i szpital z karetką pogotowia na Thoddoo

Okrążając cała wyspę, bardzo szybko zauważyłem, że jak na większości innych, na całych Malediwach nie dba się za bardzo o kwestie ekologii. Malediwy niestety zalewają śmieci. W nieturystycznej części (na prawo od portu - na mapie nr 9) prowadzi główna droga, gdzie tak naprawdę poza nieużytkami i drobnymi uprawami nic nie ma. Wzdłuż linii brzegowej nie ma nawet plaży, tylko wystają rzędy nieciekawych kamieni. Właśnie tam możemy zauważyć spalarnie plastików, jakie u nas w Europie oficjalnie są niedopuszczalne. Na Malediwach plastiki wrzuca się do morza, lub na nieużytki, a kiedy narośnie większa góra, podpala się je, kopcąc białym dymem. Szkoda, że miejscowi nie dbają lepiej o swój teren. Wiedząc, że wyspa szybko zdobyła miano turystycznego kierunku dla Europejczyków, powinni zadbać o swój wizerunek. Tyle, że oni mają w zwyczaju wypić coś z plastikowej butelki i rzucić ją do wody lub w krzaki. Jak widać, nie ma idealnych miejsc, z drugiej strony, na co dzień nie spotykamy się ze śmieciami, ponieważ idąc w prawą stronę, patrząc od portu, nie znajdziemy nic dla turystów, ani nawet dla miejscowych nie ma tam nic ciekawego… Dziwi mnie tylko fakt, że mając ograniczoną przestrzeń do życia Malediwczycy nie potrafią zadbać o każdy skrawek jakże cennej ziemi. W stolicy ceny za metr kwadratowy są coraz większe, a to dlatego, że tam jej po prostu nie ma i ciągle trzeba usypywać nowe przedłużenia wyspy.

  
Okrążając wyspę Thoddoo, wybierając główną drogę na prawo od portu, nie znajdziemy nic ciekawego, poza zaniedbanymi terenami i górą śmieci (na mapie obszar oznaczony numerem 9)

KOZY, SZCZURY, ORIENTALNE JASZCZURKI OGRODOWE, GEKONY, DRZEWA CHLEBOWE, OSTRA PAPRYCZKA, PLAKATY WYBORCZE, NIETOPERZE
Na wyspie można odkryć kilka ciekawostek. W drodze na dużą plażę, idąc najkrótszą drogą przez aleję oznaczoną na mapie numerem 4, na jej końcu znajdziemy zagrodę dla kóz. Najpiękniejsze są młode, które podchodzą do nas, żeby wyprosić kawałek czegoś zielonego do zjedzenia. Jak na teren, który jest dostępny dookoła, zrobiłbym tę zagrodę znacznie większą.
Musimy wiedzieć, że na wyspie Thoddoo występują również bardzo duże szczury. Nigdy bym się nie spodziewał, gdzie jest ich główne miejsce żerowania, gdybym nie zobaczył ich wielokrotnie na własne oczy. Upodobały sobie palmy kokosowe. Kiedy będziesz iść na małą plażę, przyjrzyj się, jak skaczą z kokosa na kokos. Teren, gdzie znajdziemy najwięcej szczurów w koronach palm oznaczyłem na mapie numerem 13. Dla ludzi są w zupełności niegroźne, dlatego, że na lądzie ich nie spotkamy. Są daleko poza naszym zasięgiem. Zdarza się, że na terenie guest house zobaczymy szczury, ale tylko przeskakujące z palmy na dach i z dachu na inną palmę. Nigdy nie widzieliśmy ich buszujących na terenie naszego obiektu. Szczury mogą być uciążliwe szczególnie wczesnym porankiem, ponieważ wszystkie dachy są pokryte cienką blachą, dlatego już po godzinie 5.00 rano możemy usłyszeć głośny zeskok z palmy na dach, a później „tuptanie” po nim.
Są inne stworzenia, które na pewno zobaczymy na naszej wspólnej, otwartej części hotelowej. Będą to orientalne jaszczurki ogrodowe i gekony. Zarówno jedne, jak i drugie nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia, ponieważ uciekają przed ludźmi, nie posiadają zębów ani jadu. Żywią się małymi owadami, polując na nie długim językiem. Orientalna jaszczurka ogrodowa jest wielkości palca u ręki dorosłego człowieka, ale ma ogon dwukrotnie dłuższy. Jej ciekawą właściwością jest fakt, że potrafi zmieniać kolory z odcieni szarości aż do zielono-czerwonych. Warto się im przyjrzeć, choć to może nie być łatwe, ponieważ są bardzo szybkie i płochliwe.

 
Kozy na Thoddoo

Orientalna jaszczurka ogrodowa

Gekony z kolei siedzą na zewnętrznych ścianach wieczorową porą, najlepiej tam, gdzie jest oświetlenie. Jako, że w pobliżu lamp gromadzą się owady, gekony wyłapują je długim językiem. Ich szczególną właściwością jest umiejętność chodzenia we wszystkich kierunkach po wszystkich powierzchniach – nawet po szklanym suficie. Co kilkanaście minut wydają ciekawy, krótki dźwięk powtarzany 6-7 razy, przypominający śpiew ptaka. W szczególności usłyszymy je podczas kolacji. Gekony mają bardzo ciekawy chód, ponieważ stawiają kroki naprzemiennie, wyginając przy tym tułów raz w jedną, a raz w drugą stronę. Przy lampach możemy nawet dostrzec walki gekonów, ponieważ są to miejsca, gdzie mogą się najszybciej najeść.
Kolejną ciekawostką jest drzewo chlebowe (chlebowiec). Poza najstarszym fikusem na całej wyspie, drzewo chlebowe jest drugim najpotężniejszym, tuż po fikusie. Posiada gruby pień, rozrasta się do bardzo dużych rozmiarów oraz ma duże, ciemnozielone liście. Zapewnia dużo cienia. Dodatkowo wydaje owoce, które są zbierane przez miejscowych, żeby przyrządzić nam, np. śniadanie. Z tych owoców robi się placki, do których dodawany jest tuńczyk lub, po prostu, zjadamy je na kolację w postaci ugotowanej. Po ugotowaniu wyglądają jak pietruszka z rosołu. Nie mają nawet wyrazistego smaku, a mimo tego są cenione ze względu na swoje właściwości zdrowotne.
Inną ciekawostką są ciekawe malunki na murach wielu domów. Z pewnością zauważysz biały kwiat z pięcioma płatkami, a na każdym z nich będzie jakiś numer. Może również to być wiatrak z trzema łopatami, lub czyjaś twarz. Co te malunki oznaczają? To są plakaty wyborcze. Na Malediwach nie wywiesza się papierowych plakatów, ale raczej maluje się karty wyborcze na murach w sposób trwały, stąd na ścianach zapisuje się, chcąc nie chcąc, historia wyborów politycznych.
Ostatnią ciekawostką są czerwone, ostre papryczki (na mapie nr 17). Najczęściej rosną na obrzeżach upraw lub dziko w zaroślach. Jednym z większych skupisk papryczek na obrzeżach upraw jest teren pomiędzy małą plażą (na mapie nr 8), a oświetloną drogą w nocy, oznaczonej na mapie numerem 11. Znajdziemy je przy głównej drodze, będącej obwodnicą całej wyspy.


Gekon na ścianie zewnętrznej wieczorową porą

Drzewo chlebowe

 
Plakat wyborczy

 
Czerwone, ostre papryczki

Ewenementem na skalę światową są z pewnością nietoperze, z którymi spotkamy się na każdej wyspie w tym na Thoddoo. Nazywa się rudawka wielka. Jego potoczna nazwa to nietoperz owocowy lub latający pies (jego głowa rzeczywiście przypomina głowę psa). Długość ciała wynosi około 32 cm, a rozpiętość skrzydeł dochodzi nawet do 1,5 metra! Widok wielkiego nietoperza na dziennym niebie robi wielkie wrażenie! Pomimo swoich rozmiarów jest w ogóle niegroźny dla ludzi, ponieważ interesuje się tylko owocami. Nie posiada zmysłu echolokacji, ale ma dobry wzrok i słuch. Dlatego druga część dnia i wieczór jest jego najlepszą porą na żerowanie. Kiedy przyjrzymy mu się z bliska, zobaczymy, że szyja i głowa jest zarośnięta rudą sierścią. W przypadku niespodziewanego natknięcia się na nietoperza wieczorem, nic nam nie grozi, ponieważ puści gałąź na której wisi i poleci trochę wyżej.

 
 
 
 
Wielkie nietoperze na Malediwach, latające w ciągu dnia

CO ROBILIŚMY NA WYSPIE THODDOO?
Mając dwa tygodnie urlopu na rajskiej wyspie, trzeba było dobrze je wykorzystać. Standardowo przyjąłem plan zakładający, że najpierw musimy poznać miejscową wioskę i wyspę, a dopiero później możemy wybierać się na wycieczki, żeby zobaczyć i przeżyć jeszcze więcej.

1. WYSPA THODDOO
Podczas naszych wakacji założyliśmy, że najpierw obejdziemy połowę wyspy po obwodzie – od mniejszej plaży do większej i zobaczymy uprawy miejscowych ludzi. Za kilka dni chcieliśmy sprawdzić, czego możemy się spodziewać w drugiej części wyspy, idąc po jej obwodzie, wybierając drogę na prawo od portu. Wieczorem mieliśmy w planach chodzenie po wiosce, poznawanie zwyczajów miejscowych i wstąpienie do kilku lokalnych sklepów, żeby zobaczyć, co tutaj mają. Idąc główną drogą, od jednej plaży do drugiej, widzieliśmy wzdłuż całej linii brzegowej naturalny rząd palm, pomiędzy którymi rosła prawdziwa, równikowa dżungla. Śmialiśmy się nawet, że z niektórych drzew zwisają linki do samozniszczenia, bo nigdy nie wiadomo co mogło spaść z drzew, kiedy pociągnęlibyśmy za długie liany. Najpierw zobaczyliśmy małą plażę, bo mieliśmy najbliżej do niej. Monika i Basia, będące siostrami, szybko upodobały sobie to miejsce ze względu na spokój, zacienione miejsca, hamaki i huśtawki. Wszyscy zachwycaliśmy się pięknymi widokami. Będąc tutaj pierwszy raz, postanowiłem, że sprawdzę, jak wyglądają wody na najjaśniejszym pasie laguny. Zachwyciłem się ich krystaliczną czystością, dlatego szybko wróciłem po aparat i gogle do pokoju. Olek koniecznie musiał pójść ze mną, ponieważ miał kamerę GoPro 8. W dwie osoby łatwiej było przemycić sprzęty w wodoszczelnym worku, a później fotografować i kręcić filmy na środku laguny.

Mała plaża - na niej nie zobaczymy tłumów

 
Krystalicznie czysta laguna i widok na małą plażę z odległości około 100 m

Linki do samozniszczenia

Widok na plażę i wyspę po prostu wgniatał w ziemię, ponieważ przed sobą mieliśmy tylko jasne, turkusowe, bardzo czyste wody, gdzie widzieliśmy wszystko, co leżało na dnie. Pozostała część ekipy nie miała jeszcze odwagi, żeby tutaj podpłynąć, a później chodzić w płyciznach około 100 m od wyspy. Kiedy wróciliśmy na plażę, zaczęliśmy chodzić wzdłuż niej, żeby poznawać wszystkie ścieżki oraz zobaczyć, jak zagospodarowano przestrzeń. Cały teren plaży bardzo nam się podobał, ponieważ wszędzie mielimy wspaniały widok na lagunę oraz, co chwilę trafialiśmy na kolejne hamaki i huśtawki. Na końcu plaży znajduje się kuliste drzewo z huśtawką, gdzie do jego pochylonego pnia ją przywiązano. W tym miejscu również lubiła przesiadywać grupa sześciu kawek, które nas obserwowały. Próbowaliśmy je nawet karmić. Trzy z nich miały odwagę, aby podejść do mnie na odległość 40 cm. Fajnie było popatrzeć na nie z bliska, bo one są naprawdę piękne i niedoceniane. Najbardziej podobało mi się ich podskakiwanie bokiem. W ten sposób zapewniały sobie nagłą możliwość ucieczki. Po nacieszeniu oczu wspaniałą plażą i turkusowymi wodami, poszliśmy główną drogą po obwodzie wyspy, w stronę największej z nich. Za kilka minut minęliśmy szeroką drogę w pełni oświetlaną w nocy, która prowadzi do większych pól uprawnych (na mapie nr 11). Tą samą ulicą można skrócić sobie powrót do naszego guest house. Kilkaset metrów dalej jest podobna droga. Szliśmy cały czas wzdłuż bardzo dużych upraw arbuzów. Nasz gospodarz powiedział, że ta wyspa za miesiąc będzie niesamowicie zielona. Pokazał nam nawet zdjęcie, jak wygląda z drona. Kuba i Tomek mieli ze sobą drona, dzięki czemu otrzymali podobny widok z wysokości około 70 metrów. Nakręcili film widokowy, pokazujący całą wyspę z lotu ptaka. Nieco dalej, równie szeroka droga przecinała uprawy arbuzów na dwie części. Ta jednak wyróżniała się, ponieważ na całej długości, po obu jej stronach rosły wysokie palmy w rzędzie, pełne kokosów. Tworzyły piękną aleję spacerową. Dwie drogi, o których teraz wspomniałem tworzyły główne trasy dojazdowe do wielkich pól. Co chwilę widzieliśmy przejeżdżające skutery, które za chwilę znikały gdzieś w krzakach. Tylko miejscowi wiedzieli, w które wąskie, wydeptane ścieżki skręcić, aby trafić na odpowiednią uprawę. Palmową aleję zostawiliśmy na inny dzień. Teraz poszliśmy bezpośrednio na dużą plażę. Posiada ona dwa wejścia. Weszliśmy pierwszym, to znaczy tam, gdzie jest sklepik z owocami, bo po wędrówce w upalnym słońcu każdy chciał się napić „kokoska”. Na początku musieliśmy znaleźć sobie odpowiednie miejsce. Środek plaży jest najbardziej zajęty przez Rosjan, dlatego poszliśmy na sam koniec, gdzie nie brakowało cienia i pięknych palm. Dodatkowo mieliśmy dwa cudowne zejścia do wody, które idealnie nadawały się do fotografii krajobrazowej – najlepiej do folderów biur podróży. Drobny, biały piasek zachęcał, żeby wejść do wody i się wykąpać. Lubię dużo pływać, dlatego musiałem skorzystać z tej okazji. Na końcu plaży panuje zupełny spokój i jednocześnie mamy wspaniałe widoki na duży teren z turkusową laguną. Czuliśmy się jak w raju.

Bardzo duże uprawy arbuzów (na mapie teren po obu stronach alei oznaczonej numerem 6 i 11)

 
Aleja palmowa przecinająca uprawy arbuzów na dwie części (na mapie nr 6)

Sklep z owocami przy dużej plaży

 
Duża plaża

Poznając wyspę podczas kolejnych dni, odkryliśmy jeszcze dwie kolejne aleje palmowe. Pierwsza z nich znajdowała się w drodze na dużą plażę (na mapie nr 4), kiedy skręciliśmy w lewo, wychodząc z naszego domku. Wzdłuż gęstej alei, po prawej stronie podziwialiśmy niezwykły palmowy las, który tworzył idealny motyw na ścienną tapetę. Dziesiątki, samotnie rosnących plam tworzyło piękną mozaikę. Pomiędzy nimi znajdowały się zielone uprawy warzyw i papai. Ile razy tamtędy przechodziłem, tyle razy fotografowałem to miejsce. Niestety podczas ostatniego dnia pobytu (12.03.2021) miejscowi wycięli wszystkie palmy, żeby uzyskać jeszcze więcej miejsca pod uprawy. Można powiedzieć, że wspaniałe miejsce znikło bezpowrotnie… Dobrze, że zdążyłem jeszcze uwiecznić je w obiektywie. Monika, siostra Basi, pewnego wieczoru przy tym pięknym lesie usłyszała śpiew miejscowego, jadącego na skuterze na pole. Cały czas używał jednego słowa, które było bardzo podobne do polskiego „kalarepa”. Monika bardzo szybko podchwyciła tą przyśpiewkę i przez całą długość alei i drogi do guest house śpiewała na głos: „kalarepa, kalarepa…”. Wszyscy się śmialiśmy z tego, bo z niczego powstało coś fajnego i wesołego. Druga aleja znajduje się około 150 metrów dalej, po lewej stronie, równolegle do naszej alei, prowadzącej na główną plażę (na mapie nr 5). Jest jeszcze piękniejsza, ponieważ po obu stronach tworzy ją skupisko okazałych palm po obu stronach. Aleja kończy główną ulicę całej wioski, która prowadzi do meczetu. Właśnie na niej mamy największy ruch miejscowych, ponieważ, idąc wzdłuż niej, znajdziemy dwa większe markety, mniejsze sklepy, trafimy do apteki i szpitala (na mapie nr 12), do lokalnej elektrowni (na mapie nr 15), na boisko piłkarskie oraz do meczetu (na mapie nr 2). Jest też najszersza z nich. Aleja jest niezwykle fotogeniczna, dlatego i tutaj spędziłem trochę czasu na łapaniu dobrych ujęć. Na samym jej końcu, przy plaży, gdzie miejscowi wodują swoje łodzie, znajduje się stacja uzdatniania wody dla całej wioski. Poznamy ją po wysokich na kilka metrów zbiornikach w kolorze niebieskim i zielonym (na mapie nr 3).

 
Niesamowity palmowy las, który został wycięty 12.03.2021

   
Niesamowity palmowy las, który został wycięty 12.03.2021

 
Aleja w drodze na dużą plażę - tędy prowadzi najkrótsza droga z Karaa Village (na mapie nr 4)

 
Druga, równoległa aleja, odległa o 150 m, w lewo od pierwszej, gdy idziemy na dużą plażę z Karaa Village (na mapie nr 5)

Druga, równoległa aleja, odległa o 150 m, w lewo od pierwszej, gdy idziemy na dużą plażę z Karaa Village (na mapie nr 5)

Kiedy poszliśmy aleją do wioski, po lewej stronie widzieliśmy duże, ale zaniedbane boisko do piłki nożnej. Po prawej rośnie najstarsze drzewo na wyspie, które według miejscowych ma przynosić im szczęście (na mapie nr 14). Na każdej zamieszkanej wyspie znajdziemy górujące, wiekowe drzewo nad całą okolicą, mające przynosić szczęście. Tutejsze ma dwa pnie połączone licznymi odrostami. Patrzymy na potężne fikusy, które oplatają się nawzajem licznymi gałęziami, które później zrastają się ze sobą. Widok jest niesamowity. Chwilę wędrówki dalej, słychać warkot jakichś maszyn z zamkniętego budynku bez okien, z wystającymi trzema rurami. To jest miejscowa elektrownia, gdzie olej napędowy przetwarza się na energię elektryczną (na mapie nr 15). Obiekt działa cały czas, 24 godziny na dobę. Nie mieliśmy ani jednej przerwy w dostawie prądu. Dalej, za elektrownią rozpoczyna się zwarta zabudowa. Widzimy wielkie hotele, które w 2021 roku były jeszcze budowane, duży market, jak na malediwskie warunki, z telewizorem na zewnątrz oraz kilka innych sklepów, szkołę podstawową i przedszkole. Ulica kończy się skrzyżowaniem, gdzie można pójść do portu, lub w stronę meczetu i szpitala. Trzeba przyznać, że wioska ma swój klimat, ponieważ co chwilę widzimy ludzi jeżdżących na skuterach na swoje pola, uczniów wracających ze szkoły, a ty masz właśnie wakacje, facetów, którzy sortują liście z drzew do skrzynek pod murem swojego domu, czy też możemy popatrzeć, jak oni wszyscy żyją. Ich domy zazwyczaj są ubogie, zbudowane z surowej cegły i bez dekoracji. Często na zewnętrznej, otwartej przestrzeni panuje bałagan, a w domach jest kilkoro małych dzieci. Nie potrzebują nic więcej. Jednak telewizor przymocowany na ścianie musi być…

Najstarsze i najpotężniejsze drzewo na wyspie (na mapie nr 14)

 
 
Szkoła podstawowa i meczet na Thoddoo (na mapie nr 2)

2. SNURKOWANIE
DUŻA PLAŻA
Na Thoddoo możliwości do snurkowania są bardzo dobre, bo zaledwie 30 m od brzegu dużej plaży dla turystów znajduje się większa, zielona rafa koralowa. Tworzą ją duże skupiska zielonych koralowców, które pokryły duży fragment dna dość szczelnie. Ja, Olek, Monika, Basia i Patrycja wzięliśmy gogle z rurką do snurkowania, żeby poszukać dużych żółwi. Wiedziałem, że gdzieś tam są. Pierwszego żółwia znalazłem już po minucie poszukiwań. Wcale się nie spieszył. Objadał krawędzie koralowców i nawet nie patrzył, co się nad nim dzieje. Tymczasem nagrywałem film i robiłem podwodne zdjęcia żółwiom na tle rafy. Mają około 60-80 cm długości. Pływają niespiesznie i bardzo powoli. Nie ma problemu, żeby je dogonić. Najczęściej przebywają na krawędziach koralowców, gdzie widać dno. Najciekawiej jest, gdy żółw się przemieszcza, a ty jesteś nad nim. Postaraj się tylko unosić na powierzchni wody, nie pływając w ogóle. Zobaczysz, jak niewielkie fale przerzucą cię najpierw w prawo, później do tyłu i znowu w prawo. W tym samym czasie żółw, którego obserwujesz, przesunie się dokładnie tak samo. Wrażenie jest niesamowite! Nie tylko żółwie „rządzą” na tych rafach, bo w trakcie snurkowania również zobaczymy mnóstwo kolorowych ryb. Większe z nich będą miały podłużne, drobne, żółto-niebiesko-czerwone paski. Na pewno spotkamy żółto-czarne oraz małe, biało-czarne skalary. Te ryby są naprawdę piękne. Zachwycałem się również ławicą, która codziennie przebywała w tym samym miejscu. Połowę grupy tworzyły beżowe, a drugą połowę zupełnie czarne ryby. Pływają w równych rzędach, co wygląda efektownie. Najbardziej pospolita ryba na Malediwach – niebieska z żółtym ogonem, tutaj występowała rzadko. Widziałem zaledwie dwie sztuki. Sama rafa nie jest różnorodna, ale raczej tworzy wielkie skupisko jednego gatunku, który tworzy coś na wzór podwodnych krzaków. Wszystkie inne koralowce, które kiedyś tu występowały niestety wymarły. Na dnie widać ile leży białych fragmentów raf. Można je śmiało nazwać cmentarzyskiem. Takie stworzenia mogliśmy zobaczyć, pływając przy dużej plaży. A co znajdziemy w wodach laguny na małej plaży?

Żółwie znajdziemy zaledwie 30-40 m od plaży

     
Żółwie na rafie koralowej w pobliżu dużej plaży

MAŁA PLAŻA
Kiedy zrobiłem już rozeznanie, gdzie co znajduje się w lagunie, zacząłem odwiedzać wszystkie ciemne punkty pod wodą, które wyglądają jak głazy. Pływając obok nich bez gogli, myślimy, że to jest duży głaz i nic się wokół niego nie dzieje. Kiedy założyłem okulary i popłynąłem z siostrą Basi – Moniką, zobaczyliśmy ile stworzeń żyje wokół tych podwodnych formacji. Jak tam było pięknie! Koralowce tworzyły okrągłe skupiska lub pojedyncze enklawy. Mogliśmy zobaczyć ich większą różnorodność, ponieważ znajdowaliśmy gałęziaste kule w różnych kolorach, duże, żyjące, fioletowe i niebieskie muszle wrośnięte w rafę oraz podwodne „krzaki”. Dosłownie tak wyglądały brązowe koralowce z białymi zakończeniami. Każdy z takich „krzaków” upodobały sobie grupy małych, czarno-białych, pasiastych skalarów. Najlepiej „zawisnąć” nieruchomo na powierzchni wody, żeby nie wypłoszyć tych rybek. Pomiędzy „gałęziami” chowają się szybciej, niż my zdążymy zamrugać… Najbardziej podobał mi się fragment rafy, wysoki na około 3 m, który tworzył coś na wzór oka cyklonu. Wpłynąłem do środka, żeby zobaczyć, jakie ryby tam żyją. W środku znalazłem dwa wielkie, żółto-czarne skalary oraz inne podłużne, niebiesko-fioletowe ryby o długości około 40 cm. W tym miejscu często trafiałem na beżowo-różową rybę o długości około 80 cm, która uważnie nam się przyglądała. Nawet kilka razy nas okrążała, ale nie atakowała. Chyba też była ciekawska. Przepływając dalej, na inne, sąsiednie rafy, spotkaliśmy kilka brązowych ławic złożonych z małych rybek. Głównie przebywały w pobliżu jakiejś formacji koralowej. Nagle, po lewej stronie dość szybkim tempem płynęła płaszczka, szybko machając płetwami, które wyglądają jak skrzydła. Widzieliśmy z jaką łatwością i prędkością pokonuje lagunę. Nie zwróciła nawet na nas uwagi. Monika wcześniej trafiła na wielką murenę, która ma przerażającą głowę. Nazwaliśmy ją „powypadkowa twarz”. Ryba jest długa, może mieć nawet 1 do 1,5 m długości. Właśnie taką widziała Monika. Mureny są drapieżne i w razie ataku spotkanie byłoby bardzo bolesne. Musimy pamiętać, że nie atakują ludzi, bo nie jesteśmy ich przysmakiem i jesteśmy więksi od nich. Naturalnie nas się boją. Murena nie pływa środkiem wody przez lagunę, ale raczej czai się na dnie pod koralowcami lub skałami. Pływając, nawet nie mamy możliwości wejść na teren tej ryby. Zazwyczaj występują głębiej niż jesteśmy w stanie dosięgnąć stopami.

       
Koralowce i kolorowe ryby

 
Małż olbrzymi wrośnięty w rafę koralową

Kolejną atrakcją są same koralowce w pobliżu kamiennej granicy, która ponad 100 m od brzegu wynurza się ponad poziom wód. Wyznacza ona koniec płycizn. Kilka metrów dalej dno opada gwałtownie. Nawet nie widać, bo ginie gdzieś w niekończącej się otchłani. Wody w rejonie kamiennej granicy mają głębokość zaledwie 40-60 cm, dlatego musimy bardzo uważać, żeby nie zahaczyć brzuchem o koralowce. Ciekawe jest pływanie w wielkim, naturalnym labiryncie, żeby w ogóle dopłynąć do wspomnianej granicy. Naprawdę trzeba szukać długiej drogi, a w międzyczasie podziwialiśmy przepiękne formacje koralowe w różnych kolorach. Kiedy zawróciliśmy stamtąd, poszukiwaliśmy jeszcze różnych, kolorowych stworzeń. O dziwo, znajdowaliśmy butelkowe, niebiesko-zielone ryby o długości do 60 cm, które wyglądały efektownie. Moim zdaniem tutejsza rafa jest mniejsza, ale bardziej różnorodna i przede wszystkim można zaobserwować ciekawe gatunki ryb. Pływając od rafy do rafy trafiłem nawet na podwodną skrzynię o wymiarach 2 m x 2 m x 1,5 m, która była w całości pokryta naprężoną siatką. Skrzynię na powierzchni wody oznaczały dwie białe boje. Nieco wcześniej znalazłem kilkumetrową formację utworzoną z lin okrętowych, którą powoli zarastały koralowce. Również tam ryby znalazły schronienie dla siebie.

3. OWOCE
Kiedy pobędziesz na Thoddoo, szybko zauważysz, że owoce są wizytówka tej wyspy. Być na Thoddoo i nie spróbować miejscowych owoców to tak, jakbyś tam nie był. Kiedy spacerowaliśmy w różnych kierunkach, zauważyliśmy, że 2/3 całej powierzchni Thoddoo stanowią pola uprawne. Zastanawiałem się nawet, jak kiedyś wyglądała ta wyspa. Według mnie, przed uprawami musiały tu rosnąć piękne, tropikalne, palmowe lasy. Takie lasy widziałem na Fehendhoo (są do dzisiaj) oraz na Fulhadhoo (również występują w swojej niezmienionej formie do dzisiaj). 2/3 wszystkich upraw na wyspie stanowią arbuzy. Kiedy spojrzysz na owoce, które są podawane w hotelach i guest house’ach na Malediwach, szybko dostrzeżesz, że królują arbuz i papaja. Schłodzony arbuz jest po prostu boski. Na śniadania głównie otrzymywaliśmy papaję. Na Malediwach zagryza się nią placki lub sandwiche z tuńczykiem. Po prostu te smaki idealnie pasują do siebie. Papaja jest bardzo soczysta. W sklepiku z owocami przy dużej plaży kupowałem miejscowe banany, ponieważ są bardzo soczyste i z posmakiem cytryny. Takich z pewnością w Polsce nie zjemy. Marakuje były przysmakiem wieczoru. Zawsze kupowałem dwie lub cztery, kiedy wracaliśmy z plaży. Nie da się ich wziąć do ręki i pogryźć, ponieważ pod skórką kryje się sok z pestkami. Pestki i sok mają słodko-kwaśny smak, który przyrównuję do dawnej gumy „Shock”. Owoc najlepiej przeciąć na pół i zawartość jeść łyżeczką. Kiedy zjemy już wszystko, zobaczymy, że łupina ma ciekawą strukturę. Wewnątrz widzimy trzy skupiska bardzo miękkich kolców. Pomiędzy każdymi trzema miękkimi szpilkami znajduje się zawsze jedna pestka. Trzy grupy pestek w całości są oblane sokiem. Ananasy wyglądają również inaczej niż te, które znamy z polskich sklepów. Tutejsze mają największą podstawę i przyjmują kształt bardzo podłużnego trapezu. Kiedy kupujemy ananas w sklepiku, sprzedawca od razu obrobi nam go w dwie minuty i potnie w podłużne rzędy. Nie trzeba dodawać, że jest bardzo soczysty i ma smak prawdziwego ananasa. Arbuzy i papaje są duże, dlatego nie kupowaliśmy tych owoców. Dodatkowo codziennie mieliśmy je na śniadanie i kolacje. W każdym razie zawsze jadłem ich bardzo dużo.

 
 
"Kokosek" do picia

 
Marakuja i kokosy po zdjęciu zielonej łupiny

Mango

 
Ananasy i banany

Marakuja po otwarciu

Sklepik z owocami przy dużej plaży

     
Ananasy, marakuje, banany, papaje i kokosy

Kiedy pójdziesz na plażę, przyjrzyj się uprawom papai, ponieważ drzewa wyglądają bardzo ciekawie. Goły pień o wysokości od półtorej do trzech metrów u góry obfituje w ciężkie i dorodne owoce, które wiszą dookoła niego. Każdy z nich waży około 2 kg. Na jednym pniu zobaczymy około 20 dużych papai. Owoce ochrania przed słońcem kulista korona z dużych liści, które nieco przypominają marihuanę. Całkiem po prawej stronie, na stole zauważyliśmy dziwne kokosy, którymi sprzedawcy handlują pod nazwą ‘baby kokos’. Jest to młody, rosnący, kiełkujący kokos z dwoma pierwszymi liśćmi. W środku ma biały miąższ, z którego wytwarza się wiórki, oraz po przecięciu go na pół, zamiast soku zobaczymy beżową kulkę z waty. Właśnie w ten sposób zaczynają nowe życie palmy kokosowe. Kulka z waty ma słodki smak, dlatego ‘baby kokos’ jest traktowany jako słodycz. Na stole również dostrzeżesz długie, proste ‘cygara’. Są to wiórki kokosowe wymieszane z miodem, a całość zawinięta jest w ususzony liść. Miejscowi ten produkt nazywają ‘Bounty’. Rzeczywiście mamy okazję zjeść słodki baton kokosowy. Tak – baton kokosowy, a nie słodycz o smaku kokosa. To wielka różnica. Prawie wszystko sprzedają po 1 dolara (kokos do picia, marakuja, mango, trzy banany, ‘cygaro’). Droższe będą papaje i ananasy (2 i 5 USD). Będąc na Thoddoo spróbuj jednego dnia zrobić sobie prawdziwą degustację. Kup różne owoce, usiądź na plaży i poznawaj kolejne smaki Malediwów, podziwiając rajskie widoki… Naprawdę polecam! Warto przeprowadzić test smaków chociażby z takiego powodu, żeby porównać, co jemy w Polsce, a jak smakują owoce w ich naturalnym środowisku. Od razu poczujesz wielką różnicę.

 
"Baby kokos" i papaje

"Baby kokos"

Sklep z owocami przy małej plaży. W lewym, dolnym rogu zdjęcia widać "Bounty" zawinięte w ususzone liście. Wyglądają jak kubańskie cygara

4. PLAŻE NOCĄ
Jeśli myślałeś, że na plażach zobaczyłeś już wszystko, to spróbuj jeszcze wrócić na nie wieczorem po kolacji lub trochę później. Powietrze będzie już bardziej przyjemne, będzie wiał lekki wiatr od oceanu i zobaczysz jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Weź ze sobą latarkę, ponieważ, o ile dojścia do samych plaż są oświetlone ulicznymi latarniami (tak – we wiosce nie ma asfaltowych dróg, ale są latarnie LED), to same plaże już nie. Na początek polecam wybrać mniejszą plażę (bliżej naszego obiektu), ponieważ tam zobaczymy kilka bardzo ciekawych rzeczy. Idąc piaskiem wzdłuż linii brzegowej, przyglądaj się uciekającym krabom. Będzie dużo małych, białych krabików, a od czasu do czasu, zobaczymy, kto przesiaduje w norach, które w Polsce przypisalibyśmy kretom. Spotkamy dość duże, zielone kraby, które są bardzo szybkie. Ich uszczypnięcie jest bolesne, ponieważ mają bardzo umięśnioną pierwszą parę odnóży. Z drugiej strony uszczypnięcie przez jakiekolwiek kraby jest niemożliwe, ponieważ one bardzo się boją wszystkiego, co jest w ruchu. Bardzo szybko biegają, dlatego jedynym sposobem na przyglądanie się im z bliska jest świecenie latarką po piasku. Część zdąży uciec na bezpieczną odległość od nas, a część będzie oślepiona światłem latarki. Wówczas możemy przykucnąć i przyglądać się tym pięknym stworzeniom. Na pewno powinniśmy zwrócić uwagę na ich składane oczy do korpusu (tułowia). Mają tam podłużne dwa otwory na oczy, które wysuwają się na pręcikach. Co kilka, kilkanaście sekund krab sprawdza, rozglądając się dookoła, czy niebezpieczeństwo już minęło. Nawet dotykałem kraby. One nigdy nie atakowały szczypcami, tylko stały nieruchomo, bo mają gruby pancerz, który ma zapewnić im ochronę.

 
Nocne kraby

Mała plaża po godzinie 22.00 podczas pełni księżyca

Kiedy pójdziemy nieco dalej od wejścia na plażę wzdłuż linii brzegu, zgaśmy wszystkie latarki i odczekajmy aż nasz wzrok przyzwyczai się do ciemności. Najpierw popatrz na linię wody i fale, które wlewają się na piaszczystą plażę. Zobaczysz piękny, świecący, niebieski plankton! Jest niesamowity! Jeśli spojrzysz obojętnie, w którą stronę dostrzeżesz nawet całą linię niebieskich światełek wzdłuż linii brzegu. Najciekawszy jest fakt, że kiedy przejdziesz się po mokrym piasku, będziesz miał podświetlane podeszwy. Co krok, przyklejony plankton do spodniej strony buta będzie się „żarzył”. Wtedy wskazywałem na buty i mówiłem: „patrz, masz buty na imprezę techno, albo do shuffle dance”. Ten taniec jest szczególnie modny w Australii wśród młodych ludzi. Kiedy obejrzysz kilka teledysków na YouTube, wpisując „EDM, shuffle dance Melbourne”, szybko zorientujesz się, co miałem na myśli. Nam się nawet przydarzyło, że krab, który uciekł do wody, został zalany falą z planktonem. Kiedy wrócił na ląd, dostrzegliśmy, że na jego korpusie jest niebieskie światełko. Czym szybciej uciekał, tym mocniej ono świeciło. Na początku, w ciemnościach trudno było dostrzec kraba, dlatego na początku myśleliśmy, że światełko nagle dostało nóg i na dodatek zaczęło się obracać. Właśnie dla takich widoków warto odwiedzić nocną plażę. Ale to nie wszystko, bo na drugiej, dużej plaży w nocy można zobaczyć podpływające małe rekiny blisko brzegu. Warto mieć ze sobą mocną latarkę, żeby móc doświetlić pas kilkunastu metrów wody przed sobą. Rekiny żerują w nocy w lagunach, ale nie ma powodów do strachu, bo te są niegroźne dla ludzi. Żywią się planktonem, między innymi tym, który świeci na niebiesko. Z tego względu możemy trafić na piękne widowisko. Rekiny możemy zobaczyć już po godzinie 21.00, ale większe prawdopodobieństwo będzie około 22.00. Zobaczymy go jako dużą, ciemną plamę poruszającą się wzdłuż linii brzegu. Wygląda jakby przeczesywał tutejsze wody od lewa do prawa i z powrotem. Monika i Basia poszły jednego wieczoru na dużą plażę, żeby sprawdzić jak ona wygląda nocą. Faktycznie trafiły na młodego rekina. Dla nich to było niesamowite przeżycie, ponieważ pierwszy raz pojechały na urlop tak daleko, a tu jeszcze trafił się rekin!

Niezależnie na jaką plażę pójdziesz, dodatkowym widowiskiem są gwiazdy na niebie. Jest tak gęsto usiane, że białe kropki tworzą całe skupiska, które grupują się w „chmury”. Pośrodku przebiega ciemny pas, który rozdziela dwa pasy białych chmur. Jako, że Malediwy są umiejscowione na Oceanie Indyjskim, lub jak kto woli, otacza je częściowo Morze Lakkadiwskie, to niebo nie jest rozświetlone miejskimi latarniami. Dzięki temu możemy obserwować niezwykłe roje gwiazd, których w naszym miejscu zamieszkania nie jesteśmy w stanie zaobserwować. Wystarczy, że pójdziemy na plażę tam, gdzie nie docierają światła z wioski, żeby móc podziwiać coś niezwykłego. Najlepiej, gdy księżyc będzie w nowiu, albo przynajmniej gdzieś trochę ponad linią horyzontu. Wówczas nie ”zagłuszy” swoim światłem gwiazd. Patrząc w niebo, dostrzeżemy bardzo wyraźne dwa skupiska gwiazd, tworzących dwie równoległe linie, a pomiędzy nimi będzie ciemna przestrzeń. Skupiska ciągną się przez połowę nieba, a kończą na horyzoncie. Nie wszyscy jednak wiedzą, na co patrzą. To połowa Drogi Mlecznej, czyli naszej Galaktyki! Jako, że planeta Ziemia jest umiejscowiona na jej obrzeżach, to mamy w nią wgląd, w stronę jej środka. Patrzymy na nią dosłownie z boku. Widzimy jej połowę, ale bez punktu centralnego. Skupiska gwiazd są tak gęste, że wyglądają jak chmury! Ciemny pas pomiędzy dwiema, białymi, równoległymi liniami to mgławice. Kiedy jeszcze bardziej uświadomisz sobie jak duże jest to, na co patrzysz, zrozumiesz, jacy naprawdę jesteśmy mali i nic nieznaczący. Od końca skupisk gwiazd, tworzących równoległe linie, do horyzontu (ponieważ tutaj kończy się widok), mamy dystans około 40.000 lat świetlnych. Jeden rok świetlny to 9.460.700.000.000 km (blisko 9,5 biliona kilometrów). 40.000 lat świetlnych to 378.428.000.000.000.000 (blisko 378,5 biliarda kilometrów). Może trudno ci wyobrazić sobie takie liczby, a co dopiero odległość… Aby łatwiej zrozumieć, o czym mówię, wyobraź sobie, że światło „pędzi” z prędkością około 300.000 km/s [kilometrów na sekundę], czyli 1.080.000.000 km/h [kilometrów na godzinę]. Pomimo tak ogromnej prędkości potrzebne jest aż 40.000 lat, żeby pokonać ten dystans! Patrząc na dwie linie gwiazd, które na niebie przecież nie są takie wielkie, w rzeczywistości dla większości z nas mają niewyobrażalną długość.

Jeśli myślisz, że przytoczone liczby i odległości są ogromne, to muszę ci powiedzieć, że będą niczym, w porównaniu z tym, co jeszcze obserwujemy z poziomu plaży. Poza rojami gwiazd, niektóre widoczne punkty, to całe galaktyki, skupiska, a nawet ich wielkie gromady. Skoro Droga Mleczna ma około 100.000 lat świetlnych średnicy, to wyobraź sobie, jakie odstępy muszą być pomiędzy nimi… Idąc dalej tym tokiem rozumowania, pomyśl, jakie odległości dzielą całe ich gromady! Nie bez powodu, w jednej z komercyjnych ofert wyjazdu na Malediwy na lokalną wyspę Fehendhoo, jest napisane: „na wyspie wyciszysz się i będziesz mógł rozmyślać nad sensem życia…”. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, kiedy spojrzysz na tak ogromną przestrzeń, której widzimy i tak niewielki kawałek. Najdalszy obiekt, jaki udało się dotychczas zaobserwować astronomom, to galaktyka GN-z11 odległa o 13,4 miliarda lat świetlnych od nas. My oczywiście jej nie zobaczymy z poziomu plaży, ponieważ potrzebne by było bardzo duże obserwatorium astronomiczne. To pokazuje, że pomimo wielkich liczb, które omówiliśmy powyżej, tak naprawdę znaczą one niewiele w porównaniu z ogromem całego wszechświata. Gdyby przeliczyć odległość galaktyki GN-z11 na kilometry, otrzymalibyśmy wynik: 1.267.733.800.000.000.000.000.000 km, czyli blisko 1,268 kwintyliona kilometrów. Zawsze kiedy obserwuję tak niesamowicie piękne niebo, myślę o niemożliwych do przebycia dla nas odległościach w obecnych czasach i ile tak naprawdę znaczymy w obliczu całego Wszechświata… Malediwska plaża pozwala nam obserwować naprawdę cudowne rzeczy na niebie, ale musimy je docenić i wiedzieć na co patrzymy. Nawet, jeśli ktoś zupełnie nie zna się na astronomii i w tym wszystkim na niebie widzi tylko skupiska gwiazd, to widok i tak zachwyci każdego, ponieważ gwiazd jest niezliczenie dużo.

 
 

Fragment Drogi Mlecznej widziany z plaży. Na trzecim zdjęciu, w lewym górnym rogu widać inną galaktykę (zaznaczona w żółtym okręgu). Ten mały punkt w rzeczywistości ma przynajmniej 100.000 lat świetlnych długości, czyli 946.070.000.000.000.000 km (946,07 biliarda kilometrów). Pomyśl, jak wielka jest przestrzeń, na którą patrzysz...

Skoro powiedziałem już o nietoperzach na wyspach w moim artykule ‘Malediwy na własną rękę – jak zorganizować własny wyjazd?’, to moglibyśmy zacząć się ich obawiać, ponieważ kojarzą się one nam z nocnym trybem życia. Na szczęście w nocy ich na plaży nie spotkamy, ani tym bardziej nie zaatakują nas, ponieważ mimo swoich wielkich rozmiarów (około 1 metr), żywią się tylko owocami. Jako jeden z niewielu gatunków nietoperzy nie posiadają zmysłu echolokacji. Mają za to bardzo dobry wzrok i duże oczy. W nocy spotkamy je w niższych partiach drzew w pobliżu osiedli ludzi. Jednej nocy zdarzyło mi się, że zaledwie kilkadziesiąt centymetrów nade mną wisiał jeden z nich. Mimo wszystko nie odczuwałem strachu, bo on się wystraszył. Dosłownie nad głową rozprostował skrzydła i poleciał wzdłuż głównej ulicy na trochę wyższe drzewo. Dla ludzi ten gatunek nietoperzy jest zupełnie niegroźny. Powinniśmy je traktować jako ciekawostkę, coś niespotykanego, co możemy tutaj zobaczyć.

5. FISHING, CZYLI ŁOWIENIE RYB
Dopóki nie spróbowałem, myślałem, że ta wycieczka nie będzie ciekawa, bo przyznam szczerze, że łowienie ryb w Polsce zawsze kojarzyło mi się z emerytami, którzy przesiadują przy stawach całymi godzinami, zazwyczaj nic nie udaje im się złowić, a przy tym pociągają z butelki co nieco. W głowie utrwalił mi się ten obraz, dlatego powtarzałem, że nie dla mnie ten „sport”. Kiedy nasz gospodarz podszedł wieczorem do mnie i zapytał, czy lubimy ryby, odpowiedziałem, że tak. Wtedy zaproponował nam grillowane ryby, ale powiedział, że popłyniemy je łowić. To, co złapiemy, to z tego będzie przyrządzona kolacja. Bardzo podobał mi się ten pomysł, ponieważ nigdy nie łowiłem ryb i tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać. Myślałem, że gospodarz i kapitan będą wędkować, a my ewentualnie spróbujemy o co chodzi. Monika i Basia od samego początku zadbały o atmosferę wyjazdu. Kiedy tylko wyszliśmy z naszego guest house, przyjechał po nas buggy, czyli elektryczny autobus na 10 osób bez bocznych ścianek. Kierowca puścił bardzo ciekawą, arabską muzykę. Monika szybko podchwyciła melodyjne „Habibi”. Odtąd przyśpiewka „Habibi” była z nami przez całe wakacje na Malediwach. Innego dnia kierowca nawet otrzymał przezwisko „Habibi”, a Olek nazwał jego firmę „Habibi Express”. W porcie czekał już na nas kapitan Ali. Na małym daszku nad sterem kapitana stały pod ukosem: harpun, bosak oraz dwie wędki. Wypłynęliśmy z portu około godziny 17.00. Płynęliśmy dość długo, bo aż pod atol wyspy Rasdhoo.

W miejscu, gdzie ciemne głębiny zamieniały się w ciemniejszą, zieloną, przejrzystą wodę Ali zatrzymał łódź. Połowy zaczęliśmy na 25min przed zachodzącym słońcem. Nasz gospodarz i Ali przygotowywali sprzęt. Każdy z nas otrzymał duży krążek z nawiniętą żyłką o długości 200 m i wytrzymałością 30 kg. Rozdali również kevlarowe rękawiczki. Na początku linki znajdował się haczyk, a 50 cm dalej, mały kamień z otworem. Kapitan każdemu nabijał mięso, które wycinał z mniejszych ryb. Ali poinstruował nas tak: „zakładajcie rękawiczki, które wam rozdałem, rozwijacie żyłkę tak, żeby poczuć dno. Wtedy żyłka nad wodą zrobi się luźna. Po wyczuciu dna nawiń 1 m linki i czekaj”. Na początku każdy z nas próbował wyczuć dno, Mieliśmy wrażenie, że stanęliśmy na jakiś wielkich głębinach, bo rozwijaliśmy żyłkę, a ona ciągle była napięta. Po dłuższej chwili Basia poczuła, że coś ją ciągnie. Wtedy rozpoczęła nawijanie żyłki. Po kilku minutach okazało się, że wyciągnęła… koralowiec w postaci krzaczastej kuli! Było dużo śmiechu. Monia stwierdziła, że zaraz wyciągnie kalosze. Za kilkanaście minut popłynęliśmy trochę dalej, na inny fragment atolu. Tam mieliśmy już więcej szczęścia, ponieważ udało nam się opanować sztukę wyczuwania dna. Słońce już zachodziło, ale według założeń miało być nocne łowienie ryb, więc zostaliśmy na otwartych wodach oceanu. Każdemu bardzo podobał się ten klimat. Kiedy zarzuciłem haczyk z kamieniem i opuściłem go na dno, poczułem, że jest jakiś ciężar. Zacząłem szybko zwijać linkę. Nasz gospodarz powiedział, że bardzo szybko nawijam żyłkę na krążek. Po dłuższej chwili wyciągnąłem pierwszą rybę! Radość była ogromna, bo w końcu zaczęło się udawać. Ryba miała około 40 cm długości, w większości w odcieniach różu. Za kilka chwil, Monika, siostra Basi, również wyciągnęła bardzo podobną rybę.

  
Wypływamy na ryby i nasza łódź nocą

 
 
Zachód słońca w trakcie łowienia ryb

Nocne łowienie ryb

Od momentu przenosin z jednego miejsca na drugie Monia i Basia zaczęły śpiewać polskie, znane przyśpiewki, dzięki czemu atmosfera na statku zrobiła się zupełnie inna. Ali i nasz gospodarz Maseed śmiali się i zaczęli śpiewać z nami. Pytali nawet o tekst, co on oznacza. Monika szybko przerobiła jedną z przyśpiewek i co chwilę, wzywała ryby, śpiewając „kochana rybko, chodź tu do nas szybko”. Po dłuższej chwili udało mi się złowić drugą, podobną, różową rybę. Od teraz zaczęła się dobra passa, ponieważ po zachodzie słońca zrobiło się ciemno. Ryby najwyraźniej zaczynały wtedy żerować na płytszych wodach. Basia długo walczyła ze swoją żyłką, ale nie poddała się ani na chwilę. W zupełnych ciemnościach, po raz kolejny zarzuciła haczyk z kamieniem, ale tym razem poczuła, że coś większego ciągnęło jej krążek. Wtedy Monika i Basia co chwilę powtarzały „jakiś szark”. Hasło „szark” przyjęło się bardzo szybko, bo nie wiedząc, jaka to będzie ryba, mówiliśmy „szark”. Rybę od Basi pomagał wciągać gospodarz. Okazało się, że złapała największą z nas wszystkich. Dla nas była ogromna, bo dwa razy większa od pozostałych. Za chwilę sam gospodarz złapał kolejną, podobną do moich. Olek zapytał mnie, jak się wyczuwa dno i skąd wiem, kiedy trzeba nawijać żyłkę. Pokazałem mu jak, ja łowiłem ryby. Wystarczyły dwie minuty rozwijania i Olek poczuł, że coś go ciągnie. Wyłowił czerwono-różową rybę, ale kapitan powiedział, że ona jest niebezpieczna, ponieważ ma ostre zęby i cały jej szkielet jest ostry jak brzytwa, dlatego najlepiej będzie ją wyrzucić z powrotem do wody. Na koniec, kiedy ryby nie chciały brać, na powierzchni pokazała się ławica białych, dużych ryb. Ali szybko sięgnął po podbierak, ale one zdążyły już odpłynąć. Wyglądało to trochę, jakby spod pokładu wyciągnął dużą strzelbę, mając nadzieję, że upoluje niedźwiedzia. Olek najbardziej się śmiał z tej sytuacji. Na środku oceanu przebywaliśmy do godziny około 21.40. Żona kapitana ciągle dzwoniła do niego. Gospodarz rozdał nam jeszcze na koniec pożywne, czekoladowe soki. Do brzegu przybyliśmy około godziny 22.10. Ali i Maseed zaczęli na plaży obrabiać siedem przez nas złowionych ryb. Mieli specjalne drapaczki do zdejmowania łusek. Bardzo wprawnymi ruchami i ostrym nożem patroszyli każdą z nich.

 
Udaje się złowić kolejne ryby

 
Złowione przez nas ryby

Przy wejściu na dużą plażę czekał na nas kierowca „Habibi”. Gospodarz zapytał nas, czy dzisiaj grillujemy te ryby. Powiedzieliśmy, że zjemy je jutro na kolację, ponieważ oni musieliby jeszcze ślęczeć nad kolacją do północy. Każdy chciał się wyspać, a z rybami się nie paliło, dlatego postanowiliśmy, że zjemy je na następny dzień. Wycieczka miała dla nas bardzo ciekawy i swojski klimat, bo kapitan i gospodarz Maseed śpiewał „Kochana rybko, przypłyń do nas szybko” i każdy z nas mógł zobaczyć, jak miejscowi zaopatrują się w ryby. Zobaczyliśmy również, że przede wszystkim nikt nie łowi ich na zapas, ale raczej bierze się ich tylko tyle, ile potrzeba na dany dzień, dzięki czemu nigdy nie brakuje ryb w oceanie. Widok na rozgwieżdżone niebo, około 10 km od naszej wyspy, również zapadł nam głęboko w pamięci, ponieważ na środku oceanu brakowało jakiegokolwiek oświetlenia, które mogłoby zmącić ten piękny widok. Z pewnością każdy z nas miło wspomina ten rejs.

6. MANTY
Obowiązkowa wycieczka, kiedy jesteśmy na Malediwach. Ja już je widziałem dwa razy, podczas moich poprzednich wyjazdów, ale mimo wszystko chciałem popłynąć jeszcze raz, ponieważ wiedziałem, że i tak będę zachwycony. Manty są dwa razy większe od nas. Na dodatek pływają bardzo dostojnie, bez paniki. Zaproponowałem naszej ekipie, żeby popłynąć na poszukiwanie mant. Musieliśmy jedynie wstać tak, żeby w porcie być na 6.00 rano. Kapitan już czekał na nas. Dołączyliśmy do niego z gospodarzem. W porze wschodzącego słońca wypłynęliśmy na otwarte wody oceanu. Miejscowi mają swój rejon, gdzie kończą się głębiny, a zaczynają wody o głębokości kilku metrów. W godzinach od 6.00 do około 9.00 manty wypływają z głębin na żer w pobliże płycizn. Maseed wypatrywał mant i mówił kapitanowi gdzie ma płynąć. Naszym zadaniem było wskoczenie do wody z burty i płynięcie za nimi. Dla wielu osób wycieczka może być męcząca, ponieważ przez około dwie godziny ciągle się pływa, wchodzi na łódź po drabince i z powrotem wskakuje do wody. To może być męczące. Mi się podobało, bo wiedziałem o co chodzi i miałem już doświadczenie w tej kwestii. Maseed zauważył pierwszą mantę. Większość nas wskoczyła. Szybko popłynąłem w kierunku manty. Zobaczyłem ją z bardzo bliska. Przepłynęła obok mnie, skręciła i odpłynęła. Tylko mi udało się ją zauważyć, dlatego popłynęliśmy kawałek dalej, żeby spotkać kolejne. Kapitan Ali powiedział, że lepiej będzie, jak wszyscy wskoczymy razem i powoli, bez żadnych gwałtownych ruchów podpłyniemy w ich pobliże. Wtedy one same zaciekawią się i popłyną do nas. Tak też zrobiliśmy. Udało nam się trafić na trzy płaszczki, które krążyły wokół nas.

Manta z bliska

   
Piękno mant w ich naturalnym środowisku

Monia, siostra Basi, miała dużo szczęścia, bo kiedy płynęła, manta spokojnym tempem kierowała się na nią, po czym przepłynęła tuż pod nią. Dzięki temu, mogła zobaczyć ją naprawdę z bardzo bliska. Po chwili miałem dokładnie taką samą sytuację, dlatego nagrywałem podwodny film. Za chwilę trafiły się dwie kolejne, płynące blisko siebie. U góry są ciemne, a na brzuchu białe, co bardzo ładne kontrastuje, kiedy zakręcają. Kiedy świeci słońce, bardzo dobrze widać ich biel. Na kolejnym przystanku znaleźliśmy następne trzy manty. Kiedy wskoczyliśmy do wody, mogliśmy podziwiać każdą z nich z osobna, ponieważ krążyły w pobliżu nas. Widzieliśmy również, że inne wycieczki próbowały swojego szczęścia, dlatego tylko raz pływaliśmy w ich pobliżu, a później przenieśliśmy się nieco dalej, żeby nie tworzyć tłumów. Wszyscy już weszli do wody, ale Basia nadal pływała. Wtedy Monika powiedziała do Maseeda: „say ‘Basia chodź!’”. Gospodarz od razu zaczął wołać Basię po polsku. Od razu podpłynęła pod drabinkę, żeby wejść na statek. Mieliśmy ubaw z tego, jak Maseed zawołał Basię. Po godzinie ósmej mieliśmy już wracać na wyspę, ale w drodze powrotnej Ali zauważył aż cztery manty! Płynęliśmy naprawdę blisko nich. Wtedy kapitan zapytał: „kto jeszcze wskakuje do wody?”. Wszyscy byli zmęczeni ciągłym i siłowym pływaniem. Ja od razu się zdecydowałem. Wziąłem naprędce kamerę od Olka, włożyłem ją w kopułę i wyskoczyłem bez chwili zastanowienia za burtę. Na początku udało mi się zrobić serię zdjęć, gdy manta przepływa tuż pode mną. Za chwilę płynąłem równolegle z inną przez kilkadziesiąt metrów. Zupełnie spokojnym tempem. Zdążyłem nagrać film i zrobić serię zdjęć z poziomu jej prawej płetwy-skrzydła. Wyglądała jak podwodny ptak i tak samo się poruszała. Z gracją i wielkim spokojem. Kolejne dwie fotografowałem, przepływając na drugą stronę łodzi. Podpłynęły dość blisko, dzięki czemu na tej wycieczce mogłem powiedzieć, że widziałem z bliska łącznie aż 12 mant! Rok wcześniej spotkałem ich 7.

Bliskie spotkanie z mantą

Olkowi bardzo podobały się ujęcia z mojego samotnego, równoległego pływania z mantą, bo wtedy najmocniej świeciło słońce i warunki do zdjęć były najlepsze. Każdy z nas był bardzo zadowolony z tej wycieczki, ponieważ podziwianie mant nie polegało na patrzeniu na nie z poziomu łodzi, ale na wskakiwaniu do wody i przebywaniu z nimi w ich środowisku. Mogliśmy je oglądać ze wszystkich stron oraz przyjrzeć się z jaką łatwością pokonują miejscowe wody. Dla nas dwie godziny pływania mogły być wykańczające, a dla nich, to była zwykła codzienność. Mieliśmy wrażenie, że pod wodą latają jak ptaki – z gracją i wielką łatwością. Z racji ich dużych rozmiarów (do 4 metrów) najwyraźniej nie czuły żadnego zagrożenia. Są równie ciekawskie jak my, ale nie można wykonywać gwałtownych ruchów, żeby ich nie spłoszyć. Pamiętajmy, że nie stanowią żadnego zagrożenia dla ludzi.

7. SAND BANK
Według mnie to kolejna wycieczka, którą koniecznie musisz odbyć na Malediwach. Dlaczego? Ponieważ sand bank, to nic innego, jak piaszczysta wyspa-plaża na środku oceanu, otoczona krystalicznie czystymi lagunami. Pływanie w takim miejscu dogłębnie uspokaja człowieka. Jak usłyszałem od kilku osób z naszej grupy „ten kolor wód uspokaja człowieka od środka”. Tak w rzeczywistości jest. Nie tylko z podanego powodu odwiedzam sand banki. Jestem fotografem krajobrazowym, dlatego wiem, że sand banki oferują jedne z najpiękniejszych możliwości do wykonania ciekawych zdjęć z wakacji. Obrazki, które oglądamy w folderach biur podróży pochodzą właśnie z takich, podobnych miejsc. Zazwyczaj długa, piaszczysta ścieżka ciągnie się w głąb oceanu, a ty możesz daleko iść i przecinać wody turkusowej laguny. Byłem już na kilku sand bankach, ale tutejszy po prostu przebił wszystko swoją klasą!

A jak wyglądała wycieczka? Zacznijmy od początku. Z Maseedem i Alim umówiliśmy się o godzinie 9.00 przy recepcji. „Habibi” podwiózł nas do portu. Ali popłynął w rejon atolu Rasdhoo. W pobliżu tej wyspy są aż cztery piękne sand banki! My, jak wszystkie inne wycieczki, zatrzymaliśmy się na największym z nich. Był drugi w rzędzie. Środek wyspy zarastały nawet jakieś zielone krzewy. Maseed pokazał nam, że w stronę Rasdhoo możemy pójść przez lagunę o głębokości 20 cm. Spacer przez wodę był przyjemny, bo przynajmniej czuliśmy trochę ochłody. Za kilkadziesiąt metrów stanęliśmy na dość dużej, płaskiej, piaszczystej wyspie. Idealnie nadawała się do zdjęć, ponieważ z wszystkich stron otaczały ją takie same, płytkie wody. Po wykonaniu grupowych zdjęć wróciliśmy na skraj drugiej wyspy, gdzie Ali zacumował łódź. Według mnie, to miejsce swoim pięknem dosłownie wgniatało w ziemię. Dlaczego? Ponieważ od miejsca, gdzie stała łódź, zaczynał się ciemnoniebieski pas wody, a po obu jego stronach, równolegle do niego, widniały dwa, krystalicznie czyste, turkusowe pasy. Aż chciało się wskoczyć i przepłynąć je wszystkie! Ciemny pas oznaczał równie krystalicznie czyste wody, ale dużo głębsze. Trzeba było umieć dobrze pływać. Gospodarz i ja zamontowaliśmy duży, zielony plażowy parasol. Zostawiliśmy pod nim nasze rzeczy. Byli też z nami bliźniacy: Tomek i Kuba, ale gorzej znosili ekspozycję na słońce, dlatego najlepszą opcją dla nich było wejście do wody i pływanie w lagunie. Tak też zrobili. Kiedy w porcie wsiadaliśmy na łódź, Maseed ładował dużą lodówkę turystyczną, którą szybko skojarzyliśmy ze szpitalną lodówką na organy. Jeszcze w naszym guest housie udało mi się podpatrzeć, że są w niej arbuzy, dużo wód oraz pięciolitrowa butla po wodzie z kawałkami chleba. Nie wiedziałem o co chodzi, ale po coś ją zabrali.

Nasz sand bank

Piękny fragment naszego sand banku

Na pierwszej wyspie, gdzie laguna ma głębokość 20 cm

Maseed niesie lodówkę z arbuzami i chlebem do karmienia ryb

Widok z pierwszej wyspy (tam, gdzie laguna ma 20 cm głębokości) na główną (drugą) wyspę, na którą przypływają wszystkie wycieczki, w tym my

     
Niesamowite trzy pasy turkusowych wód widziane z głównej wyspy

W miejscu, gdzie stała nasza łódź Ali i Maseed powiedzieli nam, żebyśmy wzięli nasze półlitrowe, puste butelki po wodzie, którą piliśmy w drodze na sand bank. Mieliśmy napełnić je wszystkie kawałkami chleba, a później zalać je wodą z laguny i wymieszać. Maseed powiedział: „to jest pyszny shake dla ryb”. Jeszcze nie wiedzieliśmy o jakie ryby chodzi. Zaledwie 30 m od nas znajdowały się trzy skupiska rafy koralowej. Wystarczyło podejść kawałkiem ścieżki z białego piasku i płynąć 15 m prostopadle do plaży. Wtedy zobaczyliśmy rozbudowaną rafę i dużo ryb. Maseed odkręcił swoją butelkę i zaczął wypuszczać kawałki chleba nad rafą. To co się za chwilę stało, było niesamowitym widowiskiem! Nagle, nie wiadomo skąd przypłynęło kilkaset ryb o wielu kolorach i kilka ławic! Jedne z nich tworzyły fluorescencyjne, fioletowe ryby, a inne czarne i białe skupiska ciekawskich ryb. Dodatkowo pojawiały się całe grupy skalarów, które na nasz widok dosłownie nas „obsiadały”. Kiedy zaczęliśmy karmić ryby naszą grupą, zaczęliśmy kręcić podwodny film i robić dużo zdjęć. Wystarczyło wypuszczać po trochu chleba, a ryby rzucały się dosłownie przed oczami! Było ich tak dużo, że przysłaniały obraz. Ławica czarno-białych skalarów nawet zgromadziła się przy obiektywie. Przy rafach spędziliśmy chyba najwięcej czasu, ponieważ co chwilę wypływały inne ryby. Kotłowały się wszędzie, dzięki czemu mieliśmy mnóstwo okazji do wykonania pięknych ujęć. Jeden z bliźniaków został na brzegu, ponieważ obawiał się pływania na takich głębinach, dlatego założył kapok i podpłynął na rafę. Środkowy fragment pozwalał stanąć na płaskim kawałku, dzięki czemu nie musiał być wytrawnym pływakiem. Mając gogle z rurką, mógł również nacieszyć się tymi pięknymi widokami. Jeszcze długo ja, Olek, Patrycja, Basia i jej siostra Monika pływaliśmy w tym rejonie, ponieważ całe widowisko nie nudziło się wcale. Było pięknie, kolorowo, a przede wszystkim pływaliśmy w turkusowej, czystej lagunie.

Tutaj podziwialiśmy ławice ryb

           
Piękne ławice ryb dosłownie kotłowały się dookoła nas

Basia, dwie Moniki i ja zauważyliśmy, że dalej widać kolejną, piaszczystą wyspę. W tą samą stronę prowadził ciemny pas wód. Widzieliśmy nawet gdzieś w oddali jego koniec. Obowiązkowo chcieliśmy tam dotrzeć – do końca ciemnego pasa i na nową wyspę-sand bank. W cieniu pod parasolem zajadaliśmy się arbuzem z lodówki. Pięciolitrowa butla służyła teraz za śmietnik. Do niej wrzucaliśmy wszystkie skórki po arbuzach i inne, puste butelki. Pod naszym parasolem stanęła blondynka z lokowanymi włosami z innej wycieczki i co chwilę śmiała się w przypływie ekscytacji. Latała dronem. Kręciła ujęcia we wszystkich kierunkach. Miała aż cztery zapasowe baterie. Kiedy tylko jedna się rozładowała, wkładała kolejną i dalej sterowała dronem. My tymczasem poszliśmy w stronę trzeciej wyspy. Wiedzieliśmy, że droga jest długa. Ile się dało, poszliśmy ścieżką z piasku, a później musieliśmy brodzić w turkusowych wodach laguny. Utrzymywaliśmy stałą odległość kilkudziesięciu metrów od ciemniejszego pasa, żeby iść przez jak najpłytsze wody. Przez większość trasy ich poziom sięgał nam do kolan. Wędrówka przez lagunę była męcząca, ponieważ stale musieliśmy pokonywać opór wody. Po około 25 min dotarliśmy do widocznej wysepki. Była bardzo długa, ponieważ wiła się na kształt litery „S”. W czasie popołudniowego przypływu fale przelewały się przez jej powierzchnię. Aparat i telefony niosłem w 15 litrowym wodoszczelnym worku. Zostawiłem go na tej wyspie i poszliśmy aż do jej samego końca, co zajęło nam kolejne kilka minut. Tam zauważyłem, że jakieś 100 m dalej widać czwartą wysepkę. Koniecznie chciałem postawić na niej stopę. Wszyscy już byli trochę zmęczeni długą wędrówką, dlatego szybko poszedłem w stronę ostatniej wysepki. Dotarłem tylko w jej pobliże, ponieważ była malutka, a wszędzie otaczały ją piękne turkusy. Zrobiłem kilka zdjęć, po czym zawróciłem. Monia, siostra Basi, zabrała worek z wyspy, bo fale zaczynały go już podmywać. Szybko ją dogoniłem, żeby zabrać worek i dołączyć do grupy. Zaczęliśmy wracać do miejsca, gdzie mieliśmy rozłożony parasol. Wybraliśmy drogę okrężną wzdłuż ciemnego pasa. Z tej perspektywy wyglądał bajecznie pięknie. Ponownie mieliśmy cudny motyw do zdjęć. Kiedy dołączyliśmy do naszej grupy, Monia i Basia czuły już, że słońce je „spaliło”, ponieważ przez cały ten czas szły w strojach kąpielowych. Ja miałem założoną koszulkę, bo wiedziałem, że spieczone ramiona i plecy w nocy nie dałyby mi spać. Olek powiedział, że Maseed pokazywał nam, żebyśmy już wracali z trzeciej wyspy, bo w planach mieli jeszcze odwiedzenie kolejnej, lokalnej wyspy – Rasdhoo. Cieszyłem się, bo chciałem poznać inną lokalną wyspę.

             
Wędrówka przez lagunę na trzecią i czwartą wyspę

 
   
Nasza grupa na sand bankach i wędrówka pomiędzy wyspami

8. RASDHOO, CZYLI INNA LOKALNA WYSPA
Jako, że trafiła się okazja, żeby popłynąć na lokalną wyspę, Maseed zabrał nas jeszcze z bajecznego sand banku na sąsiadującą wyspę. Nasza grupa nie wiedziała, gdzie płyniemy, ale ja tak, bo znałem położenie Rasdhoo oraz całą drogę na Mathiveri – przez Ukulhas i Bodufolhudhoo. W kilka minut podpłynęliśmy do portu na Rasdhoo. Słońce teraz najbardziej przygrzewało, ponieważ było po godzinie 14.30. Na brzegu czekał na nas kolega naszego gospodarza. Maseed powiedział, że pójdziemy z nim, a on pokaże nam najciekawsze miejsca na wyspie. Już po pierwszej wymianie zdań wiedzieliśmy, że facet ma fajne podejście do turystów i lubi to, co robi. Tylko wyszliśmy z łodzi, a od razu buchnęła na nas fala gorąca, ponieważ wszystko dookoła było bardzo mocno nagrzane. Na Malediwach tak jest, że tylko na plażach i na linii brzegowej jest przyjemnie, a na lądzie panuje skwar. Kolega gospodarza zaczął oprowadzać nas po wyspie. Widzieliśmy główną drogę portową, która była podobna do naszej, a wejścia do wioski „strzegł” szeroki pas dużych palm. Tuż za nim widniał dwupiętrowy hotel. Za nim stał kolejny, tym razem, czteropiętrowy obiekt, który raczej przypominał szklane domy dla „korpoludków”. Moim zdaniem nie pasował w ogóle do wiejskiego klimatu wyspy. Również w mojej opinii Rasdhoo jest dużo mniej atrakcyjną wyspą, w porównaniu do tych, na których już wypoczywałem. Dlaczego? Ponieważ prawie 90% powierzchni jest zabudowana. Brakuje miejsc z dziką naturą, dzikich plaż i czegoś ciekawego. Wszystkie uliczki krzyżują się pod kątem 90 stopni, dzięki czemu możemy zobaczyć ciekawy efekt. Stojąc na dowolnym skrzyżowaniu, zawsze będziemy widzieli ocean z czterech stron świata.

Główna ulica portowa i rząd palm "strzegący" wejścia na wyspę

Na każdym skrzyżowaniu zobaczymy ocean z czterech stron świata

Nasz przewodnik zapytał, czy chcemy coś zjeść w lokalnej restauracji. Nie chciało nam się jeść, dlatego poszliśmy dalej. Zaprowadził nas na główną ulicę i pokazał, gdzie ma swój sklep z pamiątkami. Główna ulica mi się podobała ze względu na wiele pięknie ozdobionych budynków. Widać, że włożono w nie wiele pracy, a dzięki temu zdobiły okolicę. Wędrówka tą ulicą jest po prostu ciekawa. W pobliżu portu mieścił się nowy meczet, który wyglądał jak u nas budynek urzędowy. Na Thoddoo obiekt kultu religijnego naprawdę wyglądał tak, jak powinien, bo nikt nie miał wątpliwości, w jakim celu go wybudowano. Na Rasdhoo mogliśmy wytypować kilka opcji. Trzeba przyznać, że sklep z pamiątkami zrobił na nas wielkie wrażenie, ponieważ, pomimo dużo większej powierzchni wyspy Thoddoo i dużo większej liczby turystów, nie mieliśmy takiego na naszej wyspie. Tutaj mogliśmy wybierać naprawdę wszystko, co nam się zamarzyło. Ja lubię wyroby naturalne i ręczne, dlatego kręciłem się przy wystawie z wyrobami z drewna kokosowego lub z łupin kokosowych, gdzie sam właściciel malował obrazy na kubkach, talerzach czy kawałkach drewna. Ja kupiłem trzy kubki z drewna kokosowego, gdzie właściciel namalował ręcznie typowo malediwskie krajobrazy. Również magnesy przyciągały uwagę, ponieważ głównie mieliśmy do wyboru małe obrazki plaż z palmami, namalowane na kawałku drewna. Są piękne. Na ścianach można zobaczyć wiele obrazów namalowanych na płótnie. Zapytałem o ten, gdzie widzieliśmy postać jakiegoś starszego człowieka. Właściciel miał wspólnika, którego również poznaliśmy w sklepie. Osoba na obrazie to dziadek wspólnika, który już nie żyje. Ten dziadek pobierał lekcje malarstwa przez bardzo długi czas u jakiegoś bardzo znanego malarza na całym świecie (niestety nazwiska nie zapamiętałem ze względu na malediwski akcent). Dziadek z kolei, utworzył swoją własną klasę na Rasdhoo i uczył kolejne pokolenie tworzenia podobnych obrazów. Kiedy spojrzeliśmy na niektóre dzieła, widzieliśmy, że wykonano je z największą starannością. Cieszyliśmy się, że odwiedziliśmy jego sklep, ponieważ mogliśmy nie tylko kupić kilka ciekawych pamiątek z naturalnego drewna oraz wyroby ręczne, ale przede wszystkim mogliśmy poznać bardzo ciekawą historię. Dopiero wtedy czuje się prawdziwy klimat danego miejsca.

  
 
Wędrówka główną ulicą

Budynek policji na Rasdhoo. Na Thoddoo, która jest kilkakrotnie większa od Rasdhoo nie ma żadnego komisariatu...

Sklep z pamiątkami od naszego przewodnika

  
   
Wyroby ręczne w sklepie z pamiątkami

Nasze plecaki i sprzęty zostawiliśmy w sklepie. Wspólnik pilnował wszystkiego, a my poszliśmy z właścicielem na plażę dla turystów. Jest ona piękna, ponieważ patrzymy na biały piasek, palmy i turkusową lagunę, tyle, że bardzo blisko rozpoczyna się kamieniste dno z dużych, płaskich skał, a sama plaża jest dość mała. Nasz przewodnik z zazdrością stwierdził, że na Thoddoo mamy cudowną lagunę, ponieważ jest bardzo szeroka, turkusowa i przede wszystkim piaszczysta. Tutaj niestety brakowało piaszczystego dna. Sama laguna jest wąska, dlatego nie mamy zbyt wiele możliwości. Przebywając na plaży nasz przewodnik coś do nas mówił, ale nasza uwaga szybko skierowała się w inną stronę, ponieważ podszedł do nas ładny, brązowo-rudy kot. Przyszedł się pogłaskać, dlatego teraz poświęciliśmy jemu uwagę. Najwidoczniej przyzwyczaił się do widoku turystów, bo wylegiwał się w cieniu pod gałęzią z gęstymi liśćmi. Zaletą położenia wyspy Rasdhoo jest możliwość popłynięcia łodzią na sand bank. Zawsze można dogadać się z gospodarzem tutejszego guest house i zorganizować szybki wypad na rajskie plaże. Sama wyspa Rasdhoo mogła zniechęcić jeszcze jednym widokiem. Mieliśmy wrażenie, że wioska przypominała w wielu miejscach plac budowy. Przewodnik powiedział, że Rasdhoo dopiero przygotowuje się na ruch turystyczny. Pomyślałem, że mogą mieć trudno, ponieważ jedyna plaża dla gości nie jest zbyt duża i już moim zdaniem była w większości zajęta. Widzieliśmy też dwudziestopokojowy, dwupiętrowy guest. Wówczas powiedziałem koledze Maseeda, że wolimy małe, kameralne domki. Wtedy dowiedzieliśmy się, że on też prowadzi swój biznes. Posiada swój, własny guest house z czterema pokojami. Sąsiadował z budynkiem z dwudziestoma pokojami. Nawet boisko piłkarskie rozkopano totalnie, a wszędzie walały się jakieś materiały budowlane, typu kątowniki, pręty i materiały sypkie. Po obejściu ciekawych miejsc, wracaliśmy do sklepu z pamiątkami po nasze rzeczy. Na jednym ze skrzyżowań Olek wypatrzył coś niezwykłego. Pokrywę kanału wykonała firma z… Polski na 50-lecie jej istnienia. Z łatwością mogliśmy przeczytać wszystkie napisy, ponieważ były po polsku i nie starły się pomimo, że kanał zbudowano w 2005 roku. Kiedy powiedzieliśmy naszemu przewodnikowi, że ta pokrywa została wyprodukowana w naszym kraju, zdziwił się, że dostrzegliśmy tak niewidoczny szczegół, bo kto zwraca uwagę na kanały?

Stały bywalec na plaży Rasdhoo

  
 
Jedyna plaża na Rasdhoo nie jest zbyt wielka

Polski akcent na Malediwach - pokrywę kanału wykonała polska firma

Po zwiedzeniu całej wyspy, wracaliśmy na łódź. Spotkaliśmy się ponownie z Maseedem. Pokazywał nam jeszcze ciekawe owoce, których nie znamy. W szczególności przypadło nam do gustu drzewo wyglądające jak akacja, rodzące owoce podobne do pojedynczych winogron o smaku agrestu. Po spróbowaniu pierwszej sztuki poszliśmy narwać ich trochę więcej. W drodze do sklepu poznaliśmy również ciekawy owoc, który w smaku nie był dobry, ale miejscowy mówił, że jest bardzo dobrym lekarstwem i ma dużo witamin oraz związków, których potrzebujemy. Wystarczyło odłożyć go na jeden dzień po zerwaniu, a zaczynał cuchnąć jak rozkładające się mięso. Wyglądał trochę jak zielona, powiększona, modrzewiowa szyszka. W porcie czekaliśmy około 5 min na łódź, ponieważ Ali musiał nią wymanewrować pomiędzy innymi, zacumowanymi statkami. Dziwiliśmy się, że w tutejszym porcie stały dwa, dwupokładowe wycieczkowce. Na Thoddoo nie widzieliśmy nigdy podobnych łodzi. Z daleka oba statki wyglądały efektownie, ale gdy przyjrzeliśmy się im z bliska, dostrzegliśmy, że pochodzą z lat osiemdziesiątych lub wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Najważniejsze, że spełniały swoje zadanie. Rasdhoo leży w ciągu popularnych wysp dla urlopowiczów, być może dlatego tutaj zawitały oba wycieczkowce. Thoddoo jest położona zupełnie samotnie na środku oceanu. Nasz przewodnik z Rasdhoo również wsiadł na naszą łódź i popłynął z nami. Maseed powiedział, że zabiera go na Thoddoo na kilka dni i będzie mieszkać u niego. W drodze powrotnej na naszą wyspę Ali zatrzymał się na środku oceanu, ponieważ zostawili tam duży drewniany kij oznaczony podartą chorągiewką, z nabitym mięsem pod wodą. Dryfował stojąc pionowo. Swoją pozycję utrzymywał dzięki trzem, półtoralitrowym butelkom przywiązanym do niego. Ali i Maseed polowali na marliny, ale tym razem nie mieli szczęścia. Na wyspę wróciliśmy późnym popołudniem, około godziny 17.40. Ten dzień mogliśmy zaliczyć do bardzo udanych, ponieważ zobaczyliśmy przepiękne, rajskie sand banki, gdzie mogliśmy przechodzić podwodnymi ścieżkami w turkusowych lagunach z jednego na drugi. Najbardziej jednak wspominaliśmy karmienie ryb, piękne ławice, trzy pasy niesamowicie krystalicznie czystych wód oraz wyspę Rasdhoo.

Drzewo, na którym rosną owoce podobne w smaku do agrestu

Wycieczkowiec w porcie Rasdhoo

1 komentarz:

  1. I ja tam byłam! I wszystko potwierdzam, było pięknie, Michał jest wspaniałym organizatorem a jego żona wspaniałym fotografem, dziękuję ☺️

    OdpowiedzUsuń