piątek, 20 maja 2016

Żabi Szczyt Niżni - 2098 m n.p.m.

Żabi Szczyt Niżny Żabi Niżny

Szlak na Żabi Szczyt Niżni - relacja

Od kilku dni wypatrywaliśmy pięknej pogody, ponieważ planowaliśmy nietypowy wyjazd w Tatry. Daniel i ja napisaliśmy do władz TPN-u (Tatrzańskiego Parku Narodowego) o pozwolenie na wejście, między innymi na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Byliśmy zaskoczeni informacją, że otrzymaliśmy je, bo z góry oceniliśmy, że i tak go nie dostaniemy. Władze chciały tylko dowodów na naszą działalność górską, oraz przesłania dziesięciu zdjęć po powrocie z wędrówki. Próbowaliśmy na zasadzie: uda się, to się uda, nie - to nie. Żabi Niżni nie był naszym celem, który musieliśmy osiągnąć. Gdyby jednak nam się udało, to chcieliśmy tam wejść ze względu na widok na Wyżni i Niżni Żabi Staw Białczański - Vyšné Žabie pleso Bialčanské i Nižné Žabie pleso Bialčanské. Rysy nie dawały takiej możliwości, dlatego tak bardzo kusił nas ten szczyt. Widząc w prognozach piękną pogodę na weekend 7-8 września, koniecznie musieliśmy spróbować. Mając pozwolenie na jeszcze inną górę, postanowiliśmy wejść również na Miedziane 2233 m. n.p.m. Ale po kolei…

Standardowo, naszym zwyczajem, pojechaliśmy przed dwunastą w nocy, żeby odcinki leśne przejść w ciemnościach. Nie lubimy tracić czasu dziennego na miejsca, które nie dają widoków. Jak zawsze, w planach mieliśmy podziwianie wschodu słońca nad Morskim Okiem. Taka przewaga czasowa dała nam całkowity spokój i wolność od tłumów. W radio ten weekend zapowiadano jako ostatni słoneczny wolny czas tego lata, dlatego spodziewaliśmy szturmu ludzi na Tatry. W tym samym czasie pojechała nasza druga ekipa, ale oni wchodzili na Rysy od słowackiej strony. Mieliśmy z nimi tylko łączność i zarówno my, jak i oni, byli ciekawi, jak nam idzie. Nasza trasa, co prawda prowadziła daleko poza szlakiem, to jednak od początku chcieliśmy cieszyć się spokojem. Wschód słońca, a raczej jego czerwone promienie, oświetlające najwyższe fragmenty gór, podziwialiśmy po godzinie 6.10. Jak zwykle udało nam się zobaczyć odbicia Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka oraz rozświetlane dwutysięczniki dookoła. Ten widok zawsze mnie zachwyca, ilekroć już go widziałem. Po pięknym widowisku poszliśmy szlakiem dookoła Morskiego Oka. Wybraliśmy lewą stronę ze względu na piękne limby, czy też odbicia gór, które z przeciwnej strony stawu nie są tak efektowne. W rejonie Morskiego Oka nie zatrzymywaliśmy się ze względu na wczesną porę dnia, toteż szybko doszliśmy do Czarnego Stawu pod Rysami. Na staw popatrzeliśmy tylko chwilkę, ponieważ o tej porze cień pokrywał jeszcze całą okolicę. Czarny Staw tak wcześnie rano nie mienił się pięknymi odcieniami turkusu, czy błękitu, ponieważ do tego widowiska potrzebowaliśmy promieni słonecznych. Wiedzieliśmy, że jak będziemy wracać, to dopiero wtedy zobaczymy piękne kolory wód. Nie bez powodu przez bardzo dużą grupę ludzi ten staw jest uważany za najpiękniejszy w całych Tatrach. Chyba nigdzie indziej nie występuje taka gra kolorów.

wtorek, 10 maja 2016

Świnica latem 2301 m n.p.m.

Świnica latem 

Ja, Robert, Ania i Brygida już drugi raz umówiliśmy się na wspólną tatrzańską wyprawę. Ostatnio byliśmy na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem 2307 m n.p.m. Trudność szlaku, fenomenalne widoki i piękna cisza – to najbardziej podobało się wszystkim. Teraz koniecznie chcieliśmy spróbować drugi raz w tym samym składzie naszych sił. Za cel obraliśmy Świnicę 2301 m n.p.m., ponieważ Ania bardzo chciała zobaczyć ten szczyt. Brygidzie też się on marzył, dlatego bez wahania, jednogłośnie zdecydowaliśmy się na Świnicę. Na jej wierzchołek wchodziłem wiele razy, ale chciałem przeprowadzić grupę czarnym szlakiem przez Dolinę Gąsienicową, żeby wszyscy mogli zobaczyć najpiękniejsze rejony Tatr. Moi towarzysze wędrówki ciągle wspominali spotkanie, gdzie na pierwszy raz wybrałem szlak na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem (trasa nie należy do najłatwiejszych dla osób nie wtajemniczonych w świat gór). Wiedziałem jednak, że jeśli kochają góry, to tamte widoki „zarażą” ich pasją na zawsze. Ponownie umówiliśmy się na godzinę 00.00 w nocy, żeby leśny odcinek przejść w ciągu nocy. Trasę zaplanowaliśmy niebieskim szlakiem przez Boczań i dalej – czarnym od Doliny Gąsienicowej na Świnicką Przełęcz.

Spod mojego domu wyjechaliśmy samochodem Roberta o 00.00 w nocy. Trasa przebiegała sprawnie. Na ulicach ruch praktycznie zamarł ze względu na porę. Jeszcze przed trzecią w nocy zaparkowaliśmy przy słynnym rondzie w Kuźnicach. Pozostał nam jeszcze tylko półgodzinny odcinek asfaltowy, żeby znaleźć się na początku węzła szlaków prowadzących, między innymi, na Kasprowy Wierch i Halę Gąsienicową. My wybraliśmy niebieski przez Boczań. Obawialiśmy się żółtego szlaku przez Dolinę Jaworzynki ze względu na niedźwiedzie, które uwielbiają nocną porą przechadzać się w tych okolicach. Dodatkowo wiedziałem, że na początku trzeba długo iść ścieżką bez wzniesień, a później czeka nas bardzo strome i długie podejście. Po ostatnim razie wiedzieliśmy, że Ania jest dużo słabsza kondycyjnie i boi się wysokości, dlatego postanowiłem rozłożyć bardziej równomiernie całe podejście i wysiłek. Wędrówkę rozpoczęliśmy po trzeciej w nocy. Jako, że dookoła panowały ciemności, nie rozglądaliśmy się, ale raczej staraliśmy się iść szybko do przodu, by jak najwcześniej zawitać w Dolinie Gąsienicowej. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć tam wschód słońca ze względu na ciepłe kolory promieni oświetlających piękne kwiaty porastające dolinę w sierpniu. Wiedziałem, że możemy ujrzeć bardzo efektowne widowisko, dlatego kładłem duży nacisk na tempo, choć nie musieliśmy się aż tak mocno spieszyć. Powyżej Boczania 1206 m n.p.m. wyszliśmy ponad poziom zwartych lasów i teraz kroczyliśmy ścieżką wśród karłowatych świerków. Za około dwadzieścia minut wyszliśmy ponad górną granicę lasów. Za nami widniał piękny Giewont, a po naszej lewej stronie widzieliśmy przepiękny widok na Pieniny i morza mgieł, które utworzyły się w tamtym rejonie. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by zrobić kilka zdjęć. Pomimo wczesnej pory dnia udawało się nam fotografować bez efektu „poruszonej ręki”. To cieszyło nas bardzo. Kiedy dotarliśmy do Przełęczy pod Kopami 1499 m n.p.m. zauważyliśmy, że roślinność jest pokryta dużymi kropelkami rosy. Teraz oczekiwaliśmy wschodu słońca, bo domyślaliśmy się, że kiedy słońce będzie oświetlać kropelki, to dolina rozbłyśnie milionami małych pryzmatów. Bardzo czekałem na ten moment. Odpoczęliśmy w tym miejscu na chwilę, bo goniłem ekipę na wschód słońca. Potrzebowaliśmy jeszcze około dziesięć minut, aby dojść do miejsca, z którego chciałem podziwiać wschód. Wiedziałem, że „tamto miejsce” będzie nadawać się do tego idealnie. Miałem na myśli drewniane góralskie chaty i rozległą polanę dookoła. Jedna z tych chat nazywa się Betlejemka.

poniedziałek, 2 maja 2016

Koprowy Wierch, Koprovsky Stit 2363 m n.p.m. (szlak), Rusinowa Polana

Koprowy Wierch 

Długo wypatrywałem pięknej pogody. Radowałem się na myśl, że jeszcze podczas ostatnich dni, w lecie, będziemy mogli spędzić czas w Tatrach. Jako, że jechały z nami Monika i Ilona postanowiliśmy, że wybierzemy dla nich trasę, która nie będzie wymagać wiele sił, a zobaczą przepiękne widoki. Ja i Daniel wybraliśmy coś większego, na co również skusiły się nasze dziewczyny. Wyjazd zaplanowaliśmy na dwa dni. Chcieliśmy wejść na Koprovsky Stit (Koprowy Wierch) – ze względu na piękne jesienne widoki, oraz na Rusinową Polanę – ze względu na niepowtarzalną panoramę Tatr. Daniel, jako kierowca, zawiózł nas pod stację „Szczyrbskie Pleso” znanej kolejki „Elektriczki”. O tej porze panowały jeszcze ciemności, ale widzieliśmy już pierwszy przejeżdżający pociąg. Nie zdecydowaliśmy się na wędrówkę po 3.00 w nocy, jak to mieliśmy w zwyczaju, ale raczej postanowiliśmy, że wyjdziemy z samochodu na około godzinę przed wschodem słońca, na wypadek, gdyby słowaccy strażnicy chcieli wręczyć nam mandat za wędrówki nocą, czego w Tatrach nie wolno robić. Obawialiśmy się zbyt wysokich kar płaconych w EUR.

Ze stacji wyruszyliśmy około godziny 5.00 nad ranem. Wystarczyło przejść odcinek leśny, zanim rozpocznie się widowiskowy wschód słońca. Na początku trasy minęliśmy Szczyrbskie Pleso, dla nas mało atrakcyjny staw, ze względu na komercjalizację tego miejsca. Po około dwudziestu minutach marszu zauważyliśmy przewodników, którzy samochodem wjeżdżali asfaltowym szlakiem ile tylko mogli, a grupę, którą mieli poprowadzić, wysłali pieszo. Widać, że w każdym zawodzie ceni się wygodę. A może przewodnikom góry spowszedniały? Kto wie?... Przypatrywaliśmy się, gdy grupa wyprzedziła nas i po dłuższym czasie stanęła na zakręcie zwanym Drygant (Trigan). Za chwilę dołączyliśmy do nich. Przewodnicy wyszli ze swoich samochodów i dołączyli do grupy. My tylko przyglądaliśmy się temu wszystkiemu. Całą sytuację nazwałem samochodową turystyką górską. Dalej szlak prowadził drogą asfaltową, ale przez las. Ten czas poświęciliśmy na rozmowy. Na niebie zrobiło się jaśniej. Minęła ponad godzina zanim dotarliśmy do rozwidlenia szlaków pod Popradzkim Plesem. Na skrzyżowaniu znajduje się ciekawy punkt. W drodze na Rysy można zabrać pięcio- lub dziesięciokilogramowe ładunki na plecy i wnieść je, jak tragarze to robią, do Chaty pod Rysami. W zamian schronisko oferuje ciepły „czaj” i ciastko – w zależności od wniesionego ciężaru. Standardowymi ładunkami są napoje o pojemności pół litra oraz duże ilości kartofli lub cebuli. Zawodowi tragarze wnoszą po 50-70kg za jednym razem. Kiedyś miałem okazję przyjrzeć się ich pracy i przyznałem, że jest bardzo ciężka widząc, jak długi i stromy jest szlak do Chaty pod Rysami. Dzisiaj przygotowano dwoje piętnastokilogramowych noszy z dziesięciokilogramowymi worami kartofli i pięciokilogramowymi worami cebuli oraz jedne z dziesięciokilogramowym worem kartofli. Obok jeszcze stały dwoje noszy, ale włożony był na nie jakiś zapakowany ładunek o wadze dziesięciu kilogramów. My wybraliśmy cel na Koprovsky Stit, dlatego wnoszenie nie było nam po drodze (w drodze na Rysy, gdy chodziłem samemu w tych stronach, wnosiłem piętnastokilogramowy ładunek z trzydziestoma półlitrowymi wodami mineralnymi).