piątek, 20 maja 2016

Żabi Szczyt Niżni - 2098 m n.p.m.

Żabi Szczyt Niżny Żabi Niżny

Szlak na Żabi Szczyt Niżni - relacja

Od kilku dni wypatrywaliśmy pięknej pogody, ponieważ planowaliśmy nietypowy wyjazd w Tatry. Daniel i ja napisaliśmy do władz TPN-u (Tatrzańskiego Parku Narodowego) o pozwolenie na wejście, między innymi na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Byliśmy zaskoczeni informacją, że otrzymaliśmy je, bo z góry oceniliśmy, że i tak go nie dostaniemy. Władze chciały tylko dowodów na naszą działalność górską, oraz przesłania dziesięciu zdjęć po powrocie z wędrówki. Próbowaliśmy na zasadzie: uda się, to się uda, nie - to nie. Żabi Niżni nie był naszym celem, który musieliśmy osiągnąć. Gdyby jednak nam się udało, to chcieliśmy tam wejść ze względu na widok na Wyżni i Niżni Żabi Staw Białczański - Vyšné Žabie pleso Bialčanské i Nižné Žabie pleso Bialčanské. Rysy nie dawały takiej możliwości, dlatego tak bardzo kusił nas ten szczyt. Widząc w prognozach piękną pogodę na weekend 7-8 września, koniecznie musieliśmy spróbować. Mając pozwolenie na jeszcze inną górę, postanowiliśmy wejść również na Miedziane 2233 m. n.p.m. Ale po kolei…

Standardowo, naszym zwyczajem, pojechaliśmy przed dwunastą w nocy, żeby odcinki leśne przejść w ciemnościach. Nie lubimy tracić czasu dziennego na miejsca, które nie dają widoków. Jak zawsze, w planach mieliśmy podziwianie wschodu słońca nad Morskim Okiem. Taka przewaga czasowa dała nam całkowity spokój i wolność od tłumów. W radio ten weekend zapowiadano jako ostatni słoneczny wolny czas tego lata, dlatego spodziewaliśmy szturmu ludzi na Tatry. W tym samym czasie pojechała nasza druga ekipa, ale oni wchodzili na Rysy od słowackiej strony. Mieliśmy z nimi tylko łączność i zarówno my, jak i oni, byli ciekawi, jak nam idzie. Nasza trasa, co prawda prowadziła daleko poza szlakiem, to jednak od początku chcieliśmy cieszyć się spokojem. Wschód słońca, a raczej jego czerwone promienie, oświetlające najwyższe fragmenty gór, podziwialiśmy po godzinie 6.10. Jak zwykle udało nam się zobaczyć odbicia Mięguszowieckich Szczytów w wodach Morskiego Oka oraz rozświetlane dwutysięczniki dookoła. Ten widok zawsze mnie zachwyca, ilekroć już go widziałem. Po pięknym widowisku poszliśmy szlakiem dookoła Morskiego Oka. Wybraliśmy lewą stronę ze względu na piękne limby, czy też odbicia gór, które z przeciwnej strony stawu nie są tak efektowne. W rejonie Morskiego Oka nie zatrzymywaliśmy się ze względu na wczesną porę dnia, toteż szybko doszliśmy do Czarnego Stawu pod Rysami. Na staw popatrzeliśmy tylko chwilkę, ponieważ o tej porze cień pokrywał jeszcze całą okolicę. Czarny Staw tak wcześnie rano nie mienił się pięknymi odcieniami turkusu, czy błękitu, ponieważ do tego widowiska potrzebowaliśmy promieni słonecznych. Wiedzieliśmy, że jak będziemy wracać, to dopiero wtedy zobaczymy piękne kolory wód. Nie bez powodu przez bardzo dużą grupę ludzi ten staw jest uważany za najpiękniejszy w całych Tatrach. Chyba nigdzie indziej nie występuje taka gra kolorów.

Okrążając Czarny Staw tak, jak idzie się na Rysy, Daniel wypatrywał bardzo słabo wydeptanej ścieżki. Czytał o wejściu na Żabi Szczyt Niżni w relacjach, dlatego wiedział, czego ma szukać i w jakiej części trasy. Wejście znajduje się tuż za pierwszym zakrętem czerwonego szlaku okrążającego Czarny Staw. Kiedy przyjrzy się zielonym stokom tuż nad Czarnym Stawem pod Rysami, to łatwo można zauważyć kopczyk w kosówce i wąziutką ścieżkę przy szlaku. Na jej początku, u samego dołu, znajduje się wejście. Trzeba przejść pomiędzy kosodrzewiną i jednego większego głazu. Nietrudno znaleźć „bramę” wejściową na zakręcie czerwonego szlaku. My szybko znaleźliśmy naszą ścieżkę i weszliśmy na nią, przekraczając kilka gęstych krzewów kosodrzewiny. Na tym odcinku ścieżka prowadzi w prawie płaskim terenie. Później rozpoczęliśmy podejście. Od początku zaczęło się stromo nachylonym stokiem i na dodatek nie mieliśmy takiego udogodnienia, jak kamienne schody na znanych szlakach. Od teraz szliśmy Owczym Żlebem. Tutaj jest podobnie, jak w Beskidzie Niskim. Nawet jeśli jest duże nachylenie, to ścieżka prowadzi w linii prostej do góry. Stąd na stopach mogą trochę szybciej powstać otarcia. Mimo wszystko napędzani ciekawością nie myśleliśmy o tych rzeczach, ale raczej o pięknych i nieznanych nam widokach. Z tego miejsca podziwialiśmy inny widok na Mięguszowieckie Szczyty. Patrzeliśmy na nie z innego kąta i przez to wydawały nam się zupełnie innymi górami. Szczególnie przyglądaliśmy się Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem, ponieważ co roku tam bywaliśmy, a stąd wydawała się zupełnie innym miejscem. Zwróciliśmy również uwagę na Kocioł Mięguszowiecki i słynny płat śnieżny, który nigdy nie topnieje w całości. Dalsze podejście odbywało się pięknym, trawiastym stokiem, gdzie powyżej, za usypiskiem kamieni, ścieżka wiodła wzdłuż ostrej, skalnej grzędy. Po około pół godziny wędrówki, licząc od przekroczenia usypiska kamieni, widoki na Mięguszowieckie Szczyty przysłoniła bardzo ostra i postrzępiona grań. Teraz szliśmy wzdłuż niej, po zacienionej stronie. Chwilami ścieżka była tak niewyraźna, że do końca nie wiedzieliśmy którędy iść. Mając na względzie tatrzańską przyrodę nie chcieliśmy jej niszczyć, ale raczej wybrać taką drogę, która przeprowadzi nas z dala od gęstej roślinności. Największym problemem okazały się wgłębienia – coś na wzór zarośniętych trawą żlebów lub częściowo wypełnionych koryt małymi kamieniami. Spoglądaliśmy do góry, żeby wypatrzeć dalszy przebieg drogi. Szliśmy tak, żeby jak najszybciej dojść do wyżej położonego odcinka, najlepiej po kamieniach, gdzie trzeba przejść na drugą stronę Owczego Żlebu. Szybko znaleźliśmy właściwy kawałek trasy, dlatego już do samego końca wiedzieliśmy jak iść. Szczególnie patrzeliśmy do góry, po lewej stronie naszej ścieżki, ponieważ wysoko ponad nami, widniała ciekawa grań złożona z trzech skalnych filarów. Docierały tam dopiero pierwsze promienie słońca. Cieszyliśmy się z wczesnej pory dnia i związanej z nią spokojem. Czuliśmy się całkowicie odizolowani od ludzi, bo wiedzieliśmy, że nikt z codziennych turystów nie wejdzie tu poza nami, ze względu na zakaz.

Będąc na poziomie około 1800 m n.p.m. mogliśmy podziwiać jeden z najpiękniejszych fragmentów grani. Dookoła nas wystawały piękne iglice oraz długie i wąskie „maczugi” skalne, które przepięknie ozdabiały okolicę. Mi najbardziej podobały się poskręcane iglice. Mieliśmy stąd również widok na fragment Żabiego Szczytu Wyżniego 2259 m n.p.m. Wyglądał monumentalnie. Grań odchodząca od Rysów na północną stronę zawsze nas ciekawiła i co najważniejsze, mogliśmy wejść na jej nieznane tereny bez tłumów ludzi. Kiedy doszliśmy nieco wyżej, znaleźliśmy się w rejonie potrójnych filarów skalnych, a te znajdowały się po lewej stronie Owczego Żlebu. Trafiliśmy na odpowiednią porę, ponieważ słońce oświetlało je tak, że skały rzucały trzy, równiej długości cienie. Mogliśmy powiedzieć, że światło stworzyło piękne widowisko, a my znaleźliśmy się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu. Odtąd na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. pozostało nam niewiele. Ścieżka prowadzi najpierw na Owczą Przełęcz 2038 m n.p.m., a dopiero stąd idzie się granią na główny wierzchołek. Ze względu na spokój i brak ruchu turystycznego spodziewaliśmy się kozic – jednak nie spotkaliśmy ich. Pod przełęczą i bezpośrednio w jej rejonie występuje jakiś kwiat, który rośnie tylko i wyłącznie tutaj na terenie całej Europy. Mając na względzie unikalność rośliny, nie chcieliśmy chodzić po trawie, żeby nie zniszczyć przypadkowo bardzo malutkiego terenu, gdzie mogłaby wyrosnąć następnego roku. Trzymaliśmy się zasad, by nie schodzić z żadnej ścieżki. Jeszcze tylko chwila i wyszliśmy na Owczą Przełęcz.

Tak, jak się spodziewaliśmy, widok nas bardzo zaskoczył. Ostre granie na tle błękitnego nieba wyglądały fenomenalnie. Nieskażoność przyrody, oraz zupełnie nowe panoramy bardzo zachwycały! Najbardziej jednak chyba panorama na Żabie Stawy (Wyżni i Niżni Żabi Staw Białczański - Vyšné Žabie pleso Bialčanské i Nižné Žabie pleso Bialčanské). Wyglądały przepięknie! Nie prowadził tam żaden szlak, stąd wydawały się dzikie i nietknięte ręką ludzką. Docierające promienie słoneczne w Żabią Dolinę Białczańską oświetlały stawy na całej ich powierzchni. Mieniły się pięknymi odcieniami turkusu, błękitu i zieleni podobnie, jak ten pod Rysami. Różnica polegała na tym, że stąd mogliśmy podziwiać dwa takie stawy w pobliżu siebie. Widzieliśmy też, że wytyczono jakąś ścieżkę, która nie jest oficjalnym szlakiem. Marzyło nam się przejście w ich pobliżu, jednak szybko doszliśmy do wniosku, że okolice stawów są idealnym siedliskiem dla niedźwiedzi, ponieważ nie występuje tam zjawisko masowej turystyki górskiej. Będąc na Owczej Przełęczy zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę, by cieszyć się niecodziennymi widokami. Słońce przygrzewało bardzo pięknie, dlatego cieszyliśmy się, bo dotychczas szliśmy po zacienionej stronie długiej i ostrej grzędy skalnej. Po odpoczynku postanowiliśmy, że pójdziemy w stronę Żabiego Mnicha 2146 m n.p.m. Założyliśmy, że będziemy iść tyle, aż dojdziemy do Białczańskiej Przełęczy 2024 m n.p.m., i dalej – do momentu, aż grań zablokuje nasze przejście. Nie wspinaliśmy się, dlatego interesował nas tylko fragment „normalnej” trasy. Rozpoczęliśmy podejście. Przy okazji podziwialiśmy piękne, czerwone krzaczki jagodowe. W tej oprawie ozdabiały nasłonecznione zbocza. Trudno było przejść obojętnie obok nich. Oglądając się za plecy, patrzeliśmy na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. – mały skalisty wierzchołek, na który, już po wszystkim, chcieliśmy wejść. Widok na Mięguszowieckie Szczyty z zupełnie innego kąta robił niemałe wrażenie. W oddali widniały Pieniny. Panorama na tak odległe góry wywierała ogromne wrażenie, bo chociaż są to niskie góry, to na tle ogromnej przestrzeni z morzem chmur u ich stóp, bardzo zwracały na siebie uwagę. Niecodziennie widzi się takie widowisko. Pieniny słyną z jesiennych mórz mgieł, dlatego co roku od 2010 roku organizuję wyjazdy na ich podziwianie w październiku, o czym regularnie piszę na stronie w dziale „Inne wyjazdy”.

Nie wiele potrzebowaliśmy czasu, by dojść na lokalne wzniesienie pomiędzy Owczą a Białczańską Przełęczą na duże skały, dające możliwość podziwiania pięknych widoków. Znajduje się ono kilka minut dalej wędrując wydeptaną ścieżką, na prawo od Owczej Przełęczy. To miejsce dawało nam większe możliwości podziwiania Wyżnego i Niżnego Żabiego Stawu Białczańskiego. Teraz patrzeliśmy na nie, a po przeciwnej stronie podziwialiśmy Morskie Oko, Rybie Stawki i Żabie Oko. Właśnie w tym rejonie patrzeliśmy na namiastkę widma Brockenu widzianego na bardzo cienkiej warstwie mgły powstającej z odparowania pary wodnej z drzew i z okolic potoków. Bardzo delikatny zarys tego zjawiska powstawał w rejonie Żabiego Oka, tuż przed Morskim Okiem. Widok zachwycił nie tylko mnie, ale również Daniela, bo szybko wszedł na skałę, by zobaczyć to samo. Cieszyliśmy się z rozległych panoram z wierzchołka, ponieważ rejon Młynarza 2170 m n.p.m. wyglądał stąd bardzo atrakcyjnie. Dopiero z tutejszych skał mogliśmy zobaczyć, jak wiele pozaszlakowych gór jest do poznania… Skały pomiędzy Owczą Przełęczą a Białczańską Przełęczą dawały również piękny wgląd na drogę asfaltową prowadzącą do Morskiego Oka oraz na parking Włosienicę. Z żadnego innego miejsca nie widzieliśmy jej tak dokładnie. Chodząc po Tatrach zastanawiałem się, czy w najbliższych latach tatrzańskie lasy będą jeszcze istniały. Z każdym rokiem zamierają w zastraszającym tempie i siwe plamy, oznaczające martwe drzewa są bardzo wielkie. Teraz mogłem zobaczyć, że z każdym upływającym rokiem „siwych plam” przybywa, a te, które widziałem rok temu powiększyły się… Najwięcej uwagi poświęciliśmy jednak stawom. Z każdą minutą stawały się coraz piękniejsze. Odbijało się od nich światło słoneczne, dzięki czemu wody mieniły się na pofalowanej powierzchni. Patrzeliśmy jeszcze na oświetlany dopiero Czarny Staw pod Rysami częściowo przysłonięty przez granie. Z tego miejsca wyglądał zupełnie inaczej. Przyjął ciemnobłękitną barwę. Mając w głowie dziesiątki pięknych widoków utrwalonych w pamięci z dzisiejszego dnia, postanowiliśmy pójść jeszcze wyżej – poza Białczańską Przełęcz 2024 m n.p.m. Za kilka minut zablokowała nas duża płyta skalna. W tym miejscu spotkaliśmy jedną osobę, która bardzo miło nas przywitała i wymienialiśmy swoje spostrzeżenia z trasy. Opowiadaliśmy też o naszych wyprawach górskich. Ja o moich alpejskich czterotysięcznikach, a ten pan o Aconcagui, na którą planował pojechać. Mieliśmy dobry temat do rozmowy w pięknych okolicznościach przyrody. Wymieniliśmy również kilka uwag o tym, co już zobaczyliśmy w trakcie podchodzenia na Owczą Przełęcz i nieco wyżej ponad Białczańską Przełęcz. Wtedy ten pan opowiedział nam o trasie wspinaczkowej za płytą skalną, przy której stanęliśmy. Na początku myśleliśmy, że skoro na Żabi Szczyt Niżni i Wyżni nie wytyczono szlaku, to zaraz ktoś będzie chciał nas skontrolować, ale na szczęście nikt nie chciał być „formalistą”.

Po dłuższej rozmowie i nacieszeniu oczu wspaniałymi widokami postanowiliśmy schodzić i wrócić na Owczą Przełęcz. Szybko udało nam się do niej dojść i teraz planowaliśmy szybkie wejście na Żabi Szczyt Niżni 2098 m n.p.m. Wystarczyło kilkanaście minut, by tam wejść. Szczyt wyróżniał się od innych, ponieważ jego wierzchołek rozdzielał się na dwie równe części. Tworzyły go dwie skały o jednakowych kształtach. Wyglądały jak wielka brama dająca dostęp do dalszej części grani. Ścieżka prowadzi początkowo w trawiastym terenie i jedynie przy końcu idziemy przez łatwe skały nie wymagające wspinaczki. Zrobiliśmy kilka ujęć i wróciliśmy z powrotem na przełęcz. Po godzinie 13.20 rozpoczęliśmy schodzić. Mając na uwadze długość wrześniowego dnia, wiedzieliśmy, że zachód słońca będzie dopiero po 19.00. Koniecznie chcieliśmy więc zobaczyć nasze podejście za dnia. Około godziny 14.00 mijaliśmy wspaniałe „maczugi” skalne. Dopiero teraz ujrzeliśmy je w pełnej okazałości. Dookoła pięknych pionowych, sterczących skał rosły zielone krzewy kosodrzewiny. Dodawały im niezwykłego uroku. Miejsce wyglądało niecodziennie. W innej części Tatr po prostu nie spotkałem takich formacji skalnych. Poniżej widzieliśmy grań, która zasłaniała nam widok na Czarny Staw pod Rysami. Kiedy wyszliśmy za ostatni jej fragment, mając ją cały czas po lewej stronie, wyłonił nam się przepiękny Czarny Staw. Teraz mienił się tysiącami malutkich światełek powstających na jego powierzchni na każdej drobnej fali. Musieliśmy przyznać, że wyglądał bajecznie z tej perspektywy. Dodatkowo obok wydeptanej ścieżki rosła samotna jarzębina, której owoce w pełni się zaczerwieniły. Przepięknie ozdabiały skraj ostrej grani i widok na Czarny Staw. Obowiązkowo zrobiliśmy tutaj kilka ujęć. Nieco niżej odwróciliśmy się za siebie i zrobiliśmy zdjęcie jarzębinie na tle wysokich gór oraz na ścieżkę, którą przyszliśmy. Największa niespodzianka jednak czaiła się tuż za granią. Patrząc w lewą stronę, odsłonił się widok na ciąg gór aż po Niżne Rysy. Jednak nie same góry tak bardzo przyciągały wzrok, jak pojedyncze skały ozdabiające ich okolicę. Patrzeliśmy na Żabią Lalkę 1829 m n.p.m., czy Tomkowe Igły 2106 m n.p.m. Wyglądały bajecznie! Dopiero teraz mogliśmy zobaczyć rozmiar „usypiska” kamieni, które przekraczaliśmy wczesną porą poranną. Zauważyliśmy, że kiedyś stanowiło wielki piarg aktywnego żlebu. Teraz zarastał kosodrzewiną. W drodze do Czarnego Stawu przyglądaliśmy się jeszcze kwiatom. Najczęściej spotykaliśmy tu granatowo-niebieskie dzwoneczki.

Jeszcze tylko chwilka i doszliśmy do Czarnego Stawu pod Rysami. Zachwycałem się jego barwami. Teraz w pełni oświetlało go słońce. Wody przyjmowały dziesiątki różnych odcieni barw turkusu, błękitnej i zielonej. Ja, jak zwykle, obchodziłem go z różnych stron, rozglądając się za kamieniami i skałami znajdującymi się tuż pod jego powierzchnią. Wyglądały najpiękniej, ponieważ przyjmowały ciekawe barwy oraz mieniły się światłem słonecznym. Wyznaczyłem sobie kilka stałych miejsc do odwiedzenia, ponieważ co roku je chciałem podziwiać. Nie ominąłem dwóch sąsiadujących ze sobą kamieni, czy też jednej, wielkiej zanurzonej skały z wystającą bardzo małą częścią ponad poziom wody. Na sam koniec przepłynęła obok nas kaczka na powierzchni przybrzeżnych, krystalicznie czystych wód. Tak przynajmniej wyglądały, bo wiemy, że w stawie są różne nieczystości. Stojąc na odcinku czerwonego szlaku na Rysy, jakże bardzo inaczej czuliśmy się. Dotychczas cieszyliśmy się wspaniałym spokojem, a teraz dołączyliśmy do tłumów wracających z najwyższej góry Polski, czy choćby do turystów, których szczytem możliwości było dotarcie do Czarnego Stawu. Właśnie oni w największej mierze wypełniali wszystkie dostępne miejsca, gdzie mogliśmy usiąść. Trzeba przyznać, że wykorzystali piękną pogodę i dzięki temu zarówno my, jak i oni mogli zobaczyć Czarny Staw w jego najpiękniejszej odsłonie. Po serii zdjęć zaczęliśmy schodzić wraz z tłumami do Morskiego Oka.
W rejonie schroniska zatrzymaliśmy się i usiedliśmy na drewnianych ławkach ze stołami znajdującymi się po prawej stronie obiektu. Daniel zamówił sobie duże piwo, a ja tatrzańską szarlotkę. Obserwowaliśmy stąd ludzi idących w góry, czy też spoglądaliśmy na piękne tatrzańskie panoramy. Zachwycaliśmy się pięknem dnia. Niezwykle ucieszyłem się, gdy słuchałem rozmowy dwóch mężczyzn w wieku około 35 lat. Jeden z nich opowiadał, z jakim trudem wszedł na Rysy od polskiej strony tego samego dnia, co my na Żabi Szczyt Niżni. Pomimo, że na Rysach byłem już osiem razy, z czego dwa razy w zimie i wszedłem na kilka najwyższych czterotysięcznych alpejskich szczytów i dwa pięciotysięczniki, to właśnie zasłyszana rozmowa była dla mnie niezwykle budująca, bo pokazała, jak ten człowiek przeżywał wejście, jak żyje górami i jak się z tego bardzo cieszy. To są dla mnie właśnie prawdziwi ludzie gór - cieszący się z tego, co sami osiągnęli, a nie narzekający, że ktoś 'zdobył' więcej, bo czyż nie w góry chodzimy po to, by odpocząć, wyciszyć się i poznawać coś nowego, czy idziemy dla rywalizacji, sławy i by być zawsze tymi 'pierwszymi'? Najważniejsze w pasji gór jest przede wszystkim to, by cieszyć się wspaniałą naturą, okazami przyrody, niedostępnością dla wielu, ciszą i... dobrą pogodą, której ostatnimi laty jest tak bardzo mało… Ci ludzie pokazali całą istotę wędrówek górskich, gdzie nie ma podziałów, gdzie wszyscy są równi i gdzie wszyscy przeżywają to, co najpiękniejsze…

W miarę podziwiania panoram upływał dzień. Widzieliśmy jak jedni odchodzą, a drudzy przychodzą. My natomiast zastanawialiśmy się, jak zorganizować drugi dzień i gdzie wyśpimy się. Daniel pomyślał, że weźmie nocleg w schronisku Morskie Oko, a ja wpadłem na pomysł, że wyśpię się gdzieś pod kamieniem na obrzeżach Morskiego Oka. Tak zrobiliśmy. Daniel poszedł do schroniska płacąc 45zł za nocleg, a ja zszedłem kamiennymi schodami do poziomu Morskiego Oka i skręciłem w prawo, idąc około 20 m szlakiem. Tam wypatrzyłem dwa kamienie wystające z ziemi i rozłożyłem śpiwór. Poczekałem aż większość ludzi zejdzie z gór i dopiero położyłem się. Cały czas myślałem, czy Daniel wyśpi się w schroniskowym hałasie. Nie liczyłem na to, że mu się uda, ponieważ ostatni raz z usług schroniskowych korzystałem kilka lat temu. Zaprzestałem noclegów w „oficjalnych” miejscach, ponieważ zwykle do późnej nocy panuje tam gwar i hałas. Ludzie po górskich wędrówkach lubią napić się piwa i później nie zważają na nic. Ja tymczasem podziwiałem jeszcze jeden wspaniały widok. Przyglądałem się ludziom wracającym z gór. Pomimo nocnej pory wszystkie szczyty mieniły się od światła „czołówek”. Wyglądało to, jakby świetliki błyszczały pośród skał. Co ciekawe, światełka widziałem nawet na szczycie Rysów, czy na Mięguszowieckiej Przełęczy pod Chłopkiem. Nawet w nocy mogłem zobaczyć przebieg szlaków prowadzących do tych miejsc, ponieważ na różnych wysokościach świeciły się one. Wiedziałem też, że ci ludzie za kilka godzin będą przechodzić obok mnie w środku nocy. Ten widok szczególnie utkwił mi w pamięci, ponieważ światełka sprawiały wrażenie, jakby wszystkie gwiazdy z nieba spadły w Tatry… Dodatkowo odbijały się w spokojnych wodach Morskiego Oka. Turyści chcieli koniecznie wykorzystać w pełni piękny, słoneczny weekend. Nie dziwiłem się wcale, bo i my to samo robiliśmy. W środku nocy podziwiałem dodatkowo wspaniałe rozgwieżdżone niebo. Zrobiło się mroźno. Temperatura spadła do -2’C. Mimo wszystko przygotowałem się do spania w takich warunkach. Z Danielem umówiliśmy się na godzinę 3.00 w nocy, skąd mieliśmy wyruszyć dalej – na Szpiglasowy Wierch 2172 m n.p.m. i Miedziane 2233 m n.p.m. w trakcie snu śpiwór i moją twarz pokryła grubokropelkowa rosa, a później zamarzła… Rozpoczynał się nowy dzień…

                                                 

8 komentarzy:

  1. A co to znaczy "miał pozwolenie". Albo rezerwat ścisły traktujemy jak rezerwat ścisły, albo nie. Prawo powinno być jednakie dla wszystkich. Nie może być tak, że jak ktoś "posmaruje" to TPN przymknie oko. To jakaś kpina z praworządności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie "bawię" się w łapówki i tego typu rzeczy, dlatego ten komentarz uważam, że nie jest do mnie. Nikt nie przymykał oka. Udokumentowaliśmy swoją działalność górską i w ten sposób nam władze TPN-u przyznały pozwolenie. Czym się kierowali, to już nie moja opinia. To jest podobnie, jak z Tatrami i chodzeniem poza szlakiem. Osoby posiadające kartę KW mogą chodzić poza szlakiem najkrótszą drogą do wyznaczonych dróg wspinaczkowych. Przyroda nie rozróżnia kto ma taką kartę, a kto jej nie ma, tyle że wspinacze tam chodzą bez pozwolenia, a my postaraliśmy się o takie, żeby wejść uczciwie i zgodnie z prawem.

      Usuń
    2. Zgadzam się z Anonimowym. Jak słyszę w Polsce teksty typu "załatwił sobie" to mi się scyzoryk w kieszeni otwiera. I albo się zezwala na chodzenie po pewnych chronionych obszarach gór albo nie . A nie że ktoś sobie coś załatwia. I co na to przyroda ? Na to załatwianie? Obserwuję to co dzieje się w Tatrach od iluś tam lat i mam wrażenie że jest towarzystwo wzajemnej adoracji które sobie coś tam załatwia i robi z Tatr swój prywatny folwark. Jednym zabrania się niemalże wszystkiego a drugich nie ogranicza nic. Tylko pozwolenie które jest pro forma. I co na to przyroda że pewne grupa ludzi może sobie łazić poza szlakami? Dlatego nie trawię tego środowiska z Zakopanego które robi sobie z Tatr prywatny folwark.

      Usuń
    3. Wiedz, że ja mam tak samo, bo przykładów można by mnożyć bez końca. Zacznijmy od zrzeszonych wspinaczy, za którymi nie przepadam. Dlaczego? Bo w ich środowisku góry dzielą a nie łączą. Są lepsi i gorsi, a przyjacielem możesz zostać, jak znasz topografię Tatr. To chyba nie jest prawidłowa definicja przyjaciela... Ale nie to najbardziej mnie irytuje. Najgorsze jest to, że mając kartę klubu wspinaczkowego można chodzić pozaszlakowo najkrótszą drogą pod ściany wspinaczkowe. A przecież w Tatrach jest ustanowiony zakaz chodzenia poza szlakiem. Czyli jedni mogą a drudzy nie? Wystarczy zobaczyć ile ścieżek wydeptali do tych swoich ścian, a przecież poza szlakiem nie wolno chodzić. Skąd przyroda ma rozpoznać, że "tamci" mają papierek, a ja nie? Kolejny argument to, taki, że uważa się, że zrzeszeni wspinacze mają wysoką świadomość o górach i jej delikatnej przyrodzie. Prawda jest zupełnie inna. Wystarczy zobaczyć jak wygląda za Włosienicą wielkie pole namiotowe dla wspinaczy. Często zastaniemy tam śmietnik. Wystarczy zobaczyć Chatę Długosza ponad poziomem Włosienicy, co się w niej znajduje (podpowiadam: flaszki i inne opakowania). Stąd nigdy nie chciałem i nigdy nie chcę być związany z żadnym klubem wspinaczkowym. Nie chcę być w grupie "lepszych" lub "gorszych". Nie potrzebuję tego. Papierek nie chroni przyrody, dlatego nie potrzebuję go. Druga kwestia - przewodnicy. To już woła o pomstę do nieba. Stworzyli bardzo hermetyczną grupę, która jest nie do przebicia. Jeśli nie jesteś z Zakopanego, to nie będziesz przewodnikiem tatrzańskim. A jeśli jesteś z Krakowa, to i tak Cię obleją, bo na Twoje miejsce jest ktoś z Zakopanego. Tam już jest dawno wszystko ustawione. Masz rację, że z Tatr robi się folwark, bo do pewnych miejsc, rzeczy, dostęp mają tylko "wybrańcy", na podstawie układów i układzików. Stąd ochrona przyrody w Tatrach nie istnieje. Pojedź do lasu samochodem i sprawdź, czy nie dostaniesz mandatu. A dlaczego w rejonie Palenicy Białczańskiej może stać 10.000 samochodó (po kilka kilometrów z dwóch stron drogi), w lasach, itp. Bo są z tego pieniądze, więc nikt się nie burzy. Ochrona przyrody w Tatrach to tylko mit, ale niestety egzekwowany w przypadku "zwykłego", szarego człowieka.
      Z rzeczami, które tu napisałeś ZGADZAM SIĘ W PEŁNI. Ja po prostu napisałem maila do TPN-u o wydanie takiego pozwolenia i wydali mi je na podstawie udokumentowanej działalności górskiej bez żadnych opłat. Coś na zasadzie - spróbuję, czemu nie? Nie spodziewałem się pozytywnej odpowiedzi od TPN-u, dlatego tak, jak Ty - byłem zupełnie zaskoczony. Nie był to mój jakiś cel. Gdybym nie dostał pozwolenia, nic by się nie stało, poszedłbym w inne znane miejsca szlakami górskimi - w końcu mamy ich duży wybór. A wspinacze i przewodnicy i tak poszliby w to miejsce, na które ja potrzebowałem pozwolenia, bez tego papierka... Taki mamy dziwny kraj...
      Tak samo jak Ty jestem przeciwny lobby przewodnickiemu, ich hermetycznemu środowisku, oraz podziale ludzi na tych z "papierkiem" i tych bez niego, bo przyroda i tak nie rozpoznaje takich ludzi.

      Usuń
  2. Ale zdjęcia kapitalne :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Michał, nie przejmuj się wpisami kolegów ignorantów. Dostałeś pozwolenie na podstawie istniejących przepisów i limitów (plan ochrony TPN i jego zarządzenia). Każdy śmiertelnik może takie zezwolenie dostać po spełnieniu określonych warunków, to nie jest nic nadzwyczajnego. Po prostu większość ludzi nie wie, że TPN w ten sposób udostępnia miejsca pozaszlakowe. Tak jak koledzy powyżej potrafią tylko powtarzać bzdury o jakichś rezerwatach do których jest absolutny zakaz wstępu.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy pisząc do TPNu o pozwolenie, podaliście jakieś konkretne cele, powody dlaczego chcieliście pójść w ten rejon, czy po prostu zapytaliście czy byłaby taka możliwość żebyście mogli tam pójść?
    Super relacja :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kacpi71935 - pisaliśmy o pozwolenie, wskazując konkretnie, co ma być naszym celem i jaką trasą chcemy wejść. Dodatkowym wymaganiem jest udokumentowana działalność górska i po udanym osiągnięciu celu przesłanie im 10 zdjęć.

    OdpowiedzUsuń