czwartek, 28 marca 2019

Malediwy - Fehendhoo, Fulhadhoo, Finolhu - jak zorganizować wakacje na własną rękę, również w czasach COVID-19?

Fehendhoo Malediwy sand bank na Malediwach, Fehendhoo

Malediwy – kto o nich nie myślał? Chyba każdy z nas. Ten mały fragment ziemi kojarzy się nam głównie z rajskimi plażami, palmami i niesamowicie turkusowymi wodami. Połączenie wszystkiego, co wymieniłem przed chwilą, daje nam poczucie, jak gdybyśmy byli w raju. Z drugiej strony Malediwy kojarzą się nam również z drogimi cenami i ze zrujnowanym portfelem. W tym artykule podpowiem, jak zorganizować wyjazd na Malediwy tak, żebyśmy wrócili w pełni wypoczęci i przede wszystkim żebyśmy wrócili z efektem WOW! Słyszałem już wiele pytań w stylu, a czy drogo?, a kiedy jest najlepsza pogoda?, czy nie zanudzę się tam?, czy jest tam rzeczywiście tak pięknie, jak pokazują na zdjęciach?, itp. Myślę, że tym artykułem rozwieję Wasze wszelkie wątpliwości.

POGODA NA MALEDIWACH
Na początku rozpocznę od klasycznego pytania: kiedy jest najlepsza pogoda na Malediwach? W tym kraju rozróżniamy dwie pory: pora sucha i pora deszczowa. Najbardziej słonecznie będziemy mieli w miesiącach: styczeń, luty i marzec, a najbardziej deszczowo w lipcu i sierpniu. Z tego względu biura podróży sprzedają wycieczki na Malediwy w lipcu i sierpniu po zaniżonych cenach, bo zawsze ktoś skorzysta z okazji, a być może trafi się nieświadoma osoba swojego wyboru... W styczniu i lutym mamy przeważnie prawie bezchmurne niebo. Czasem zdarzy się pojedynczy dzień z białym niebem, ale bez deszczu. Temperatury wynoszą wówczas 31-32’C w ciągu dnia, a 26-27’C w ciągu nocy. Jak widać, różnica temperatur jest niewielka, więc w ciągu doby nieustannie mamy ciepło. Temperatura wody zazwyczaj wynosi 25-28’C. Marzec to miesiąc, gdzie do około 15-stego dnia tego miesiąca nadal mamy słoneczną pogodę z tym, że 4-tego marca od kilku lat jest mocno pochmurnym dniem. Po 15-stym marca powoli kończy się pora sucha i na niebie zaczyna pojawiać się coraz więcej chmur piętra wysokiego i średniego: cirrostratus i altostratus translucidus/opacus. Dla zainteresowanych fotografią podam, że takie chmury powodują, że nasze zdjęcia będą przepalone, lub po prostu szare. Z tego względu, jeśli zależy nam na dobrych zdjęciach, na Malediwy nie wybierałbym się po 15-stym marca. Po tym dniu zazwyczaj jeszcze nie pada deszcz, ale widać, że chmur nieco przybywa. Ciągle jednak mamy dużo słońca, bo przebija się ono przez białe chmury. Pod koniec miesiąca mogą trafić się już dni z krótkim ale intensywnym deszczem. Kwiecień to już lekkie przejście do pory deszczowej. Czyli będą się trafiać pojedyncze deszczowe lub pochmurne dni. Najdłużej w miesiącu może utrzymać się aż 3 dni pochmurnej pogody.  Maj i czerwiec to miesiące, gdzie deszczowych lub pochmurnych dni możemy mieć już od 7 do 11 w ciągu miesiąca. W lipcu i sierpniu deszcz pada bardzo często, dlatego nie polecam jechać w tych miesiącach. Zazwyczaj są to krótkotrwałe opady, ale intensywne. Tyle, że później utrzymuje się duże zachmurzenie na niebie. Raczej zależy nam na słońcu, bo słabą pogodę mamy przecież nad polskim morzem, więc szukamy czegoś innego…

Znajdą się osoby, które wyjeżdżają od września do grudnia na Malediwy. Wrzesień i pierwsza połowa października są nadal deszczowe lub w dużej mierze pochmurne. W wielu przypadkach jest to trafiony wybór, bo szczególnie w miesiącach listopad i grudzień na brak słońca nie będziemy narzekać. Jest to okres przed rozpoczęciem sezonu, więc ceny są jeszcze niższe. W listopadzie na pewno deszcz nie będzie nas 'zalewać' litrami. Będziemy mieli dużo słońca tyle, że możemy trafić jeszcze na okresy z dużą ilością białych chmur piętra wysokiego i średniego, przez które przebija się słońce. Wtedy zdjęcia nie będą takie „super”. Sezon na Malediwach trwa od stycznia do marca, a w okresie Walentynek w biurach podróży ceny potrafią podskoczyć nawet do około 11.500zł/tydzień w najniższym standardzie. Z pewnością nie chcemy zrujnować się finansowo, dlatego polecam wybierać świadomie czas swojego urlopu. Gdybym miał tam jeszcze raz pojechać, wybrałbym z pewnością któryś tydzień w styczniu lub w lutym i maksymalnie tygodnie do około 12-13-stego marca. Później bałbym się o okres przejściowy w postaci białego nieba. Wybierając swoją wyspę na odpoczynek musimy być świadomi, co chcemy robić na Malediwach. Jeśli myślisz o beztroskim leniuchowaniu i dobrej pogodzie, to wybieraj wyspy położone na północ od stolicy Malediwów. Trzeba pamiętać, że w tej części kraju pogoda jest zróżnicowana. Najbardziej słonecznie jest od Male na północ. Czym bardziej na południe, tym może występować więcej opadów, co nie znaczy, że nie będzie słonecznie. Jeśli jesteśmy nastawieni na piękne widoki, wspaniałe laguny, to lepiej będzie wybrać lokalne wyspy, ponieważ zorganizowanie wycieczki będzie znacznie tańsze i będziemy mieli większe możliwości poznawania okolicy. W resortach ceny są zazwyczaj mocno wygórowane i dużo sobie liczą. Laguny w obrębie lokalnych wysp są również bardziej rozległe i dzikie, co z pewnością spodoba się miłośnikom krajobrazu. Tropikalne lasy nie są sztucznie zaaranżowane z usypaną ścieżką z białego piasku, ale raczej wędrujemy wydeptaną ścieżką wśród palm kokosowych i drzew namorzynowych. Jeśli interesuje nas życie morskie, to możemy zobaczyć je zarówno w obrębie resortów, jak i dookoła lokalnych wysp.

Od stycznia do marca słoneczna pogoda jest pewna

Na co więc się zdecydować? Resorty zazwyczaj mają w programie dokarmianie trzyipółmetrowych rekinów, więc na pewno je zobaczymy. Musimy jednak pamiętać, że każda wycieczka związana z poznawaniem życia morskiego będzie droga i przede wszystkim nastawiona na zysk. Czas będzie policzony, więc jeśli nie uda nam się zobaczyć np. rekina w wyznaczonym czasie, to… więcej czasu nie dostaniemy. Zaletą lokalnych wysp jest fakt, że to MY układamy program wycieczki, a miejscowi się starają. Czas nie ma dla nich znaczenia – ważne jest to, żebyś zobaczył to, co zaplanowałeś. Cena też będzie dużo niższa niż wycieczka w resorcie. Trzeba pamiętać, że miejscowi mają swoja wiedzę na temat życia stworzeń morskich i ich występowania, dlatego zawiozą nas w dobre miejsce. Jeśli zależy nam na rekinach wielorybich, to najwięcej pływa ich w północnej części Malediwów w terminie od maja do lipca. Nie znaczy to jednak, że w sezonie styczeń – marzec ich nie zobaczymy. Też pływają, ale miejscowi będą musieli bardziej naszukać się odpowiedniego miejsca, żeby je podziwiać. Delfiny spotkamy na głębokich wodach dlatego, kiedy będziemy płynąć łodzią na naszą lokalną wyspę, rozglądajmy się po obu stronach. Na trasie z Male do Fehendhoo delfiny widzieliśmy kilkukrotnie, a dwukrotnie takie, które wyskakiwały wysoko z wody i bardzo szybko obracały się w powietrzu. Latające ryby niejednokrotnie przetną naszą drogę, toteż ich zobaczenie nie powinno być problemem. Najważniejsze, żebyś zapamiętał, że wybierając miejsce na odpoczynek, musi być ono dobrane do rodzaju twojej aktywności. Najczęściej ludzie myślą: „Malediwy to nuda, tylko leżenie na plaży”. Słysząc takie uwagi od razu wiem, że podobne wypowiedzi wynikają z niewiedzy i niedoczytania informacji o tym kraju i możliwościach wypoczynku.

SŁOŃCE NA MALEDIWACH
Jako, że temperatury w ciągu dnia przekraczają +30’C, a Malediwy są położone w pobliżu równika, musimy wiedzieć, że nie wolno ignorować słońca, ponieważ jest znacznie silniejsze niż w nasze „europejskie”, letnie dni. Polecam ze sobą zabrać filtr UV minimum 50, choć uważam, że 50-tka jest i tak za słaba. Niestety, jeśli chcemy być dłużej na słońcu lub, gdy zmusza nas do tego teren, bo np. nie ma żadnej roślinności lub zacienionej powierzchni, to pamiętajmy, żeby smarować się nie rzadziej niż co dwie godziny. Prawidłowo powinno się nasmarować skórę filtrem UV i odczekać 30min, żeby wniknął do skóry. Wtedy działa najlepiej. Żeby uzmysłowić, jak bardzo silne są tutejsze promienie, muszę powiedzieć, że ja wcale się nie opalam, a skóra na plecach zdążyła mi się dosłownie spalić do krwi. Najpierw zeszła warstwa suchej, spieczonej skóry, a na następny dzień odsłonięta skóra zaczęła się wypełniać wodnymi bąblami. Na wieczór przysychały, ale kolejnego dnia powstawały ponownie. Miejsca, gdzie skóra zeszła dwa razy były bardzo bolesne. Wymycie się w lekko solonej wodzie, którą mamy do dyspozycji w kranach jest bardzo bolesne. Z pewnością nie zaśniesz spokojnie. Warto mieć ze sobą substancję zwaną Panthenol o stężeniu przynajmniej 5% w jakiejkolwiek postaci, bo jest to bardzo dobre lekarstwo na oparzenia. Dostaniemy je w każdej aptece. Ja z kolei polecam Panthenol w spray’u w postaci pianki. Kiedy psikniemy na oparzone miejsce, natychmiast tworzy się chłodna, biała pianka, która uśmierza ból i powoduje, że możemy zasnąć spokojnie. Na wyspie dodatkowo rośnie naturalny aloes, więc wystarczy, że utniemy 5-10 cm kawałek i obierzemy go ze skórki. W takiej postaci smarujemy poparzone miejsca. Olejek z aloesu również łagodzi oparzenia. Warto próbować wszystkiego, co naturalne. Jak dla mnie, Panthenol 5% okazał się najlepszym środkiem zaradczym na oparzoną skórę. Słońce jest również tak silne, że nie opalając się w ogóle, w cztery dni dorobiłem się na twarzy i nosie po jednym pieprzyku, podczas, gdy nigdy ich nie miałem. Indeks UV w środku lata dla Katowic wynosi zwykle od 3 do 6, a na Malediwach nigdy nie jest mniejszy niż 12. Podczas pływania kajakiem kark owijałem mokrym, białym ręcznikiem, ale najwidoczniej wcześniejsze poparzenia spowodowały, że niewiele mi już pomógł. Po przyjeździe do domu, druga warstwa skóry schodziła mi jeszcze przez tydzień, pomimo stosowania wszystkich środków, zarówno przed opalaniem, jak i po nim.

Jeśli nie masz ze sobą Panthenolu, warto używać różnych kosmetyków po opalaniu, które spowodują, że skóra łagodniej przejdzie okres oparzeń, które na Malediwach w sezonie są raczej nieuniknione. Jeśli jesteś w terenie, gdzie nie ma zacienionego ani małego fragmentu lądu, staraj się wykorzystać płytkie wody i iść po przybrzeżnym dnie jak najbardziej zanurzony w wodzie. Może nie będziesz iść tak szybko, jak na lądzie, ale będziesz ciągle schłodzony i nie będziesz czuć, że się opalasz. Często korzystałem z tej metody, gdy była długa plaża. Wtedy wchodziłem do wody powyżej pasa i szedłem równolegle do plaży, żeby uchronić się w ten sposób od palącego słońca. Warto założyć jakieś nakrycie głowy, kiedy idziemy długimi plażami lub kiedy wędrujemy w wodzie. Jako, że jestem facetem, moje kosmetyki do opalania ograniczyły się do filtra UV i Panthenolu, który używałem po opalaniu. Nie wiem, czy w innych latach słońce też było tak silnie piekące, ponieważ mój znajomy mówił, że był kilka dni wcześniej w Tajlandii i nigdy nie pamięta, żeby w innych latach słońce tak mocno paliło. Też wrócił „spalony”. Znając kwestie związane z pogodą i świadomością wyboru możemy przejść do kolejnej sprawy – choroby tropikalne.

Mocne słońce mamy w godzinach 11.00 - 15.00

CHOROBY TROPIKALNE NA MALEDIWACH
Jadąc do egzotycznego kraju możemy obawiać się złapania czegoś nieprzyjemnego, a w najgorszym przypadku jakichś chorób tropikalnych. Komunikat z Ministerstwa Spraw Zagranicznych naszego kraju brzmi:
„Międzynarodowe świadectwo szczepień nie jest warunkiem wjazdu, ale trzeba pamiętać o dużym niebezpieczeństwie zarażenia się cholerą, tyfusem, polio, żółtaczką typu A, B i E. W sprawie szczegółowej i aktualnej informacji dotyczącej szczepień należy kontaktować się z wojewódzka stacją sanitarno - epidemiologiczną.
W roku 2015 i 2016 odnotowano przypadki zarażenia wirusem Zika. Zalecamy stosowanie się do zaleceń Głównego Inspektoratu Sanitarnego, szczególnie dotyczy to kobiet w ciąży lub planujących zajście w ciążę.
Obowiązkowe jest posiadanie świadectwa szczepienia przeciwko żółtej febrze, jeżeli przybywa się z regionu obecności tej choroby. Zagrożenie malarią w zasadzie zanika, należy jednak zabrać ze sobą niezbędne leki i zadbać o ochronę przed komarami. Zaleca się wykupienie ubezpieczenia od kosztów leczenia. Na Malediwach znajdują się zaledwie dwa szpitale.”

Przyznasz, że komunikat brzmi złowieszczo i groźnie? Czy są powody do paniki? Myślę, że nie, bo przecież tysiące ludzi jeździ do tego raju i wracają zdrowi. W czym więc jest rzecz? W resortach (hotel wybudowany na terenie jednej wyspy, z domkami na balach) obsługa hotelowa spryskuje teren wyspy, żeby nie rozmnażały się komary. W resorcie nie musimy obawiać się o przywiezienie jakiejś choroby. Wielu ludzi, jednak woli tak samo, jak ja, zamieszkać na czas całego urlopu w lokalnej wiosce na jednej z wysp. Tam również nie ma czego się obawiać, ponieważ w porze suchej nie widziałem ani jednego komara i ani jednej muchy (!). W porze deszczowej jest za to całe mnóstwo komarów. Jeśli na wyspie mieszkają tylko lokalni ludzie, to choroba nam nie grozi. Pojedyncze przypadki zachorowań zdarzają się wówczas, gdy ktoś zarażony tropikalnym wirusem przyjedzie na naszą wyspę. Wtedy tutejsze komary przenoszą taką chorobę. Z tego względu obywatele wszystkich krajów Afryki i Ameryki Południowej muszą przedstawić ważne świadectwo szczepień przeciwko wyżej wymienionym chorobom. Przypadki zachorowań, o których czytamy między innymi w komunikacie polskiego ministerstwa zdarzały się, gdy chora osoba przyjechała z Tajlandii i wirus został przeniesiony na inne osoby poprzez komary. Polacy nie muszą się szczepić, żeby wjechać na teren Malediwów. Ja również się nie szczepiłem pomimo, że przyjechałem do lokalnej wioski. Cały szczegół polega na tym, żeby wybrać mało znane miejsce, nie oblegane przez turystów.

Stolica Malediwów – Male, to miejsce, gdzie widok komara może budzić w nas lęk, ponieważ w tym mieście spotkamy różne narodowości. Nigdy nie wiadomo, skąd przybywają spotkani przypadkiem ludzie. Będąc ostatniego dnia w Male nie czułem żadnych obaw o choroby, ponieważ w porze suchej nie było żadnych komarów. Z drugiej strony spotkałem tam Polkę, która kilka dni temu po moim przyjeździe zachorowała na gorączkę chikungunya – choroba podobna do dengi, która głównie wywołuje silne zapalenie stawów. Choroba przenoszona jest właśnie przez komary. A co, jeśli zdecydujemy się przyjechać poza sezonem, gdzie ryzyko opadów deszczu jest większe, a tym samym wzrasta możliwość ukłucia przez komary? Na rynku jest dostępny bardzo skuteczny i bardzo dobry środek na odstraszanie tych owadów. Idealnie sprawdza się w tropikach i naprawdę można mu zaufać. Dla maksymalnej ochrony warto wybrać MUGGA Insect repellent, DEET 50%. To nie kolejny środek, który reklamuje się w lecie w telewizji, który nie działa, ale to substancja, która jest jedyną słuszną w tropikach, jeśli wiemy, że będzie dużo owadów. 75ml spray kosztuje około 23-25zł. Z powodu całkowitego braku komarów w porze suchej na naszej wyspie nie musiałem używać tego środka. Przyda się na następny raz, bo jego termin ważności upływa po około 4 latach. Najważniejszą rzeczą na jakichkolwiek wakacjach za granicą jest potrzeba wykupienia ubezpieczenia indywidualnego. Nie jest ono obowiązkowe, ale gdy coś się stanie, koszty leczenia będą ogromne i z pewnością będzie to dług na całe życie. Wszelkie zalecenia mówią, żeby zapewnić sobie ubezpieczenie na przynajmniej 200 000zł (50 000 EUR), ponieważ na całych Malediwach są tylko DWA szpitale. Koszty transportu ambulatoryjnego/szpitalnego znacznie podbiją cenę… Najważniejsze, żeby znaleźć ubezpieczenie, które ma zapis: choroby tropikalne (mało jest firm, które ubezpieczają tą możliwość „awarii”). Druga kwestia, to ważne, żeby pod polisą był widoczny zapis: Ubezpieczenie ważne w trzeciej strefie „ŚWIAT – w tym Malediwy”. To samo zdanie musi być napisane również w języku angielskim. Ubezpieczalnia, która oferuje ochronę na wypadek choroby tropikalnej, zamieści z automatu zapis, o którym napisałem powyżej.

PIENIĄDZE NA MALEDIWACH
Przybywając do tego kraju musisz znać kilka faktów, które rządzą się światem pieniędzy. Na Malediwach MUSISZ mieć nowe amerykańskie dolary. Jako, że w Polsce w każdym kantorze wydadzą ci 100-dolarówki, pilnuj, żeby były to dolary przynajmniej z roku 2008. Dla pewności zabrałem ze sobą nowe amerykańskie dolary, czyli te wyprodukowane po 2009 roku. Dodatkowo trzeba pamiętać, że Narodowy Bank Malediwów nie przyjmuje pogniecionych, popisanych, czy uszczerbionych pieniędzy. Nasze 100-dolarówki muszą być gładkie i niezagięte nawet w portfelu! Pieniądze przewozimy w pozycji wyprostowanej gdziekolwiek jesteśmy. Ciągle mam na myśli studolarówki, bo te są najcenniejsze w ich oczach. Do innych nominałów nie przykłada się tak wielkiej uwagi. Przyjmują je wszystkie. Nowe dolary amerykańskie studolarowe to te z fioletowym paskiem z hologramem. Te mają największą wartość i za nie dostaniemy największy kurs. W polskich kantorach nie ma problemu, żeby otrzymać omawiane pieniądze. Wystarczy zaznaczyć chęć nabycia nowych dolarów amerykańskich do pełnej setki i bez problemu takie zostaną ci wydane. Średni kurs wymiany dolara na rupie malediwskie wynosi: 100 USD = 1542 MVR. Dolary wymieniamy w stolicy - Male. Jeśli ktoś proponuje wam mniej, nie zgadzaj się. Inną ciekawostką jest fakt, ze pieniądze malediwskie (rupie) można tylko nabyć, ale nie otrzymamy już za nie z powrotem dolarów! Jest to jedna z niewielu walut na świecie, która wymienialna jest tylko w jedną stronę! Z tego powodu warto zastanowić się, ile dolarów zamienimy na rupie malediwskie. Na lokalnej wyspie wystarczy w zupełności 700-1500 MVR (50-100) USD, ponieważ naszym głównym wydatkiem będą zimne napoje. W końcu trzy posiłki dziennie mamy w cenie i więcej nie będzie ci się chciało jeść przy 30-sto stopniowych upałach. Za wszelkie wycieczki i usługi zapłacisz w dolarach amerykańskich. Ciekawostką są same banknoty, które wykonano z tworzyw sztucznych tak, aby były odporne na działanie wody. W końcu na Malediwach bez łodzi, to jak bez ręki, więc i styczność z wodą jest na porządku dziennym. Dodatkowo banknoty mają ciekawy, przezroczysty wzór w kształcie koła, co wygląda, jak gruba transparentna, foliowa rozeta. Każdy, kto miał te pieniądze w rękach stwierdza, że są to jedne z najładniejszych banknotów, jakimi kiedykolwiek płacił. Ja też tak uważam, dlatego przywiozłem kilka nominałów na pamiątkę.


Rupie malediwskie


Najlepiej, jeśli mamy 100-dolarówki wydane po roku 2008 (nowe dolary amerykańskie). Rozpoznamy je po charakterystycznym, fioletowo-granatowym pasku, który zmienia kolory pod słońcem. Ważne jest, żeby nie były popisane, pozaginane na rogach, czy też zgięte od portfela. Bank Malediwów bardzo zwraca uwagę na jakość wizualną 100-dolarówek, dlatego reszta społeczeństwa rygorystycznie patrzy na te banknoty. Dolary można podzielić na trzy kategorie:
1. Nowe dolary - wizerunek prezydenta na wysokość całego banknotu, znany bardziej wśród osób zajmujących się walutami jako 'z dużą głową' i z granatowo-fioletowym paskiem-hologramem. Wydawane są od roku 2009.
2. Dotychczasowe dolary amerykańskie - wizerunki prezydentów 'z dużymi głowami' na wysokość całego banknotu, ale bez paska-hologramu. Wydawane były w latach 1996-2009. Aktualne są w Europie i Amerykach bez względu na nominał, oraz w Azji i Afryce za wyjątkiem 100-dolarówek poniżej roku 2006.
3. Stare dolary - wizerunki prezydentów 'z małymi głowami' na ciemnym, eliptycznym tle. Wydawane przed rokiem 1997. Azjatyckie i afrykańskie kraje turystyczne boją się banknotów sprzed roku 2006, ponieważ twierdzą, że były bardzo często fałszowane. Z tego względu, lecąc na Malediwy, do Kenii, Tajlandii, czy na Bali warto mieć banknoty wydane po roku 2006 (akceptują wszystkie od roku 2006 wzwyż). Dla bezpieczeństwa polecam zabierać banknoty wydane w roku 2009 i późniejszym, bo są po prostu w nowej wersji i za nie dostajemy największy kurs. Co ciekawe, inny nominał, mniejszy niż 100 wygląda jak 'stare' pieniądze, pomimo, że mamy na nich zaznaczony rok produkcji, np. 2013. Wygląd tych banknotów się nie zmienił, stąd nie musimy się o nie martwić. Inne nominały rożne od 100-ówki mogą być pogięte, pomarszczone i z widocznymi, mocnymi śladami użytkowania. Do nich nie przywiązuje się takiej uwagi. Ważne, żeby tylko były wydane od roku 2006 wzwyż. Dla przykładu podam, że w USA i w Europie wszystkie banknoty są jednakowo ważne, a te wydane przed wielu laty mają największą wartość. Za jednodolarówkę z 1900 roku, która jest ważna aż do dziś (!) można dostać nawet... 1 000 000 dolarów! Cały ten 'cyrk' z banknotami 100-dolarowymi jest więc wymyślony tylko i wyłącznie przez kraje turystyczne Afryki i Azji z obawy przed nabyciem fałszywek.

WIZY NA MALEDIWY
Wizy – to kolejne pytanie, które często mi zadają ludzie. Jeśli chcemy wjechać na teren tego kraju nie musimy się o nic obawiać. Wiza jest darmowa i wbijana jest do paszportu dopiero na lotnisku na Malediwach przy kontroli paszportowej. Nie ma się czego obawiać, że nie dostaniemy wizy, bo naprawdę trzeba się o to postarać. Dla nich każdy turysta to pieniądze (ten kraj żyje z turystyki), więc muszą dbać o interes. Z drugiej strony warto przestrzegać kilka ważnych zasad: już w samolocie dostaniemy do wypełnienia formularz w języku angielskim, gdzie musimy potwierdzić, że nie łamiemy malediwskiego prawa. Do zabronionych rzeczy należą z pewnością: całkowity zakaz przywożenia psów (według ich religii, to zwierzę jest nieczyste), przywożenia rzeczy stojących w sprzeczności z Islamem, w tym: gazet i kolorowej prasy ze zdjęciami roznegliżowanych kobiet, wieprzowiny pod jakąkolwiek postacią, materiałów pornograficznych, chemikaliów, broni, itp. Jak łatwo zauważyć, ich zakazy są silnie powiązane z wyznawaną religią. W praktyce wygląda to tak, że turystów czekających przed bramkami jest tak wielu, że kontrolerzy paszportów tylko składują te formularze, nawet nie zaglądając do nich i wbijają pieczątkę do paszportu. Jedyne, co kontrolują, to miejsce zakwaterowania. Musisz przedstawić im jakiś dokument potwierdzający twoje zakwaterowanie, co u mnie w praktyce wyglądało tak, że kobieta tylko zapytała o hotel i miejsce, ale nie wymagała żadnego dokumentu. Oczywiście wszystko miałem przygotowane, więc nie byłoby żadnych problemów w razie czego. Taka drobna uwaga: jeśli podajemy paszport do kontroli, lub witamy się z lokalną ludnością, starajmy się pamiętać, żeby dokument podać prawą ręką i tak samo z uściskiem dłoni, nawet jeśli jesteśmy leworęczni. Oczywiście, jeśli zapomnimy o tej zasadzie, nikt nam głowy nie urwie, ale będzie to wyraz szacunku do miejscowej ludności. Myślę, że warto pamiętać o tej zasadzie, bo tutejsi ludzie chociaż są zupełnie inni od nas, to są bardzo serdeczni i mili. Tak właśnie powinny zacząć się nasze wakacje. Już na lotnisku spotkamy kobiety kontrolujące paszporty w hidżabach. Od tego momentu na każdym kroku będziemy czuli kulturę i wpływ religii muzułmańskiej. Zamiast krzyża, zobaczymy półksiężyc, kobiety będą ubrane w tradycyjne stroje z hidżabem w roli głównej oraz będziemy słyszeć nawoływania na modlitwy w meczecie. Jak już wcześniej powiedziałem, tutejsi ludzie są bardzo mili i otwarci na naszą kulturę, o czym przekonasz się w dalszej części artykułu. Po prostu zero powodów do obaw.

W formularzu, który wypełniamy w samolocie (lecąc na wakacje nie zapomnij zabrać ze sobą długopisu do bagażu podręcznego!) ostatnia część dotyczy deklaracji celnej. Będziemy mieli trzy pytania: czy masz ze sobą jakieś próbki lub towary, które będą użyte do celów biznesowych?, czy kupiłeś jakieś sprzęty elektroniczne za co najmniej 469,69 USD? I czy masz przy sobie więcej niż 30 000 USD? Jeśli na wszystkie pytania odpowiedziałeś NIE, to możesz bezpiecznie przejść przez zieloną bramkę: nothing to declare (nic do oclenia). Od tego momentu będziesz czekać na odbiór bagażów. Niestety taśmociągi na lotnisku są bardzo powolne, więc uzbrójmy się w cierpliwość. Po odebraniu walizek wychodzimy przez jedyną bramkę, gdzie będą stały rzędy ludzi czekających na różne osoby z kartką z ich imieniem i nazwiskiem.

Spotkałem się nawet z dziwnymi pytaniami dotyczącymi lotniska w Dubaju, więc opiszę je również tutaj. Ktoś zadał mi pytanie: czy można lecieć na Malediwy, jeśli lecę z paczką znajomych, bo słyszałem, że Islam pozwala tylko na loty w gronie rodziny lub małżeństwa. Odpowiadam więc na to pytanie: Polecieć można bez żadnego problemu. Nikt nie sprawdza powiązań rodzinnych. Pamiętajmy, ze Dubaj i Malediwy to miejsca, które żyją z turystów. Nawet zwykła przesiadka w Dubaju będzie dla nich oznaczać pieniądze, bo w cenie biletu zapłaciłeś przecież opłaty lotniskowe, a przy przesiadce na pewno kupisz coś do jedzenia lub jakąś pamiątkę (trzeba przyznać, że tam mają konkretne pamiątki! Nawet jeśli jest wyznawcą myśli pewnej turystki z Krety: „kurze łapki, głupiostójki” i nie lubisz pamiątek, to pozłacane i posrebrzane, bogato zdobione naczynia i zastawy przyciągną twój wzrok. Inne pytanie brzmiało: Jaką walutą mogę płacić w Dubaju? Odpowiedź: Bez problemu zapłacimy dolarami amerykańskimi (dolary muszą być z roku 2006 lub nowsze!, ponieważ wcześniejsze edycje były zbyt często fałszowane i obawiają się przed nabyciem „fałszywki”). Kolejne pytanie brzmiało: jeśli mam 6 godzin na przesiadkę, to czy mogę wyjść na miasto, pojechać taksówką na Burj Khalifa i wrócić (Burj Khalifa – najwyższy budynek świata do roku 2021, mający 828m wysokości)? Niektórym to się udało, ale żebym miał wiarygodną odpowiedź, poszedłem do strażnika na lotnisko i zadałem mu to samo pytanie. Odpowiedział tak: „bez wizy nie wolno wychodzić poza teren lotniska. Wizę można uzyskać dopiero, jeśli będziesz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich minimum 8 godzin – więc nie ma takiej możliwości”. Dla przypomnienia podam, że od 8 października 2013 roku Polacy mają darmowe wizy, jeśli chcemy przyjechać na wakacje do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, np. do Dubaju.

Jeszcze inne pytanie dotyczące Dubaju brzmiało: jak wygląda sprawa z przesiadkami? Odpowiedź: przesiadka z Warszawy do Male jest prosta, bo wszystko odbywa się na tym samym terminalu, więc jeśli wybrałeś linie Emirates, to bagaże zostaną przerzucone do drugiego samolotu (nie czekasz na ich odbiór), a Ty idziesz bezpośrednio za wielką tablicą „connections flight” i wyszukujesz swój lot do Male na jednym z czterech telewizorów. Tam będzie podany numer bramki, np. C21. Jeśli będzie to C21, to idziesz za licznymi strzałkami i drogowskazami, które pokierują cię na każdą jedną bramkę. Naprawdę trzeba się postarać, żeby się zgubić, bo wszystko jest bardzo dobrze oznaczone. W drodze powrotnej z Male do Warszawy sprawa wygląda tak, że musimy przedostać się z terminala C na terminal A. Dotarcie na miejsce jest „sportowe”, bo najpierw musimy znaleźć jedną z licznych tablic kierujących na terminal A. Wtedy podążamy za kolejnymi drogowskazami „Terminal A”. Przez około 20min będziemy zmieniać piętra przy pomocy ruchomych schodów, przechodzić długie fragmenty, jeździć ruchomymi chodnikami, zakręcać, schodzić po schodach, wjeżdżać na inne piętra, aż w końcu dotrzemy do czterech ogromnych wind (jedna winda ma dwoje drzwi i wielkością dorównuje kontenerowi transportowemu). Pomieszczenie jest ogromne, bo równolegle jeżdżą cztery takie windy jednocześnie. W końcu stajemy przed drzwiami na… pociąg. Pociąg przyjeżdża co kilka minut, więc nie będziemy długo czekać. Wysiadamy na następnym przystanku. Gdyby coś się zmieniło, w pociągu jest wyświetlacz i pokazuje, jaki będzie następny przystanek, a dodatkowo mamy komunikaty w języku angielskim i miejscowym. My wysiadamy na przystanku Gates A (bramki terminala A). Po wyjściu z pociągu szukamy niebieskich, podświetlonych tablic z napisem A18-22 (do Warszawy lecimy z bramki A18) i idziemy na miejsce. Przejście z terminala C na terminal A powinno zająć około 25min. Jeśli coś się zmieni i jakaś część lotniska jest zamknięta, to w takim miejscu stoją stewardesy z Emirates i pokazują gdzie iść na połączenia przesiadkowe. Podobnie, jak w drodze na Malediwy, z powrotem, zaraz po dostaniu się na teren lotniska w Dubaju szukamy tablic z napisem „connections flights”, gdzie na jednym z pięciu telewizorów szukamy naszego lotu. Nie idziemy odbierać naszych bagażów, bo te będą przerzucone przez personel lotniskowy do samolotu do Warszawy. Lotnisko w Dubaju jest bardzo wielkie, dlatego opisałem, jak wygląda sprawa przesiadki, dla tych, co nie mają pewności w poruszaniu się na tak dużych lotniskach.

LOTY I SAMOLOTY
Tyle mówimy o wakacjach na Malediwach, ale no właśnie… jak wybrać i jak dobierać loty? Dzisiaj mamy wiele wyszukiwarek lotów w Internecie. Musimy pamiętać, że wszystkie korzystają z tej samej bazy danych, ale nie wszystkie wyszukiwarki mają dostęp do lotów czarterowych, stąd ja polecam stronę skyscanner.pl. Z Polski nie mamy wiele możliwości, bo loty mamy tylko z Warszawy. Przy dzisiejszym transporcie jednak to nie problem, bo np. z Katowic, czy Gdańska mamy szybkie pociągi, które w 2h 30min zawiozą nas do stolicy bez żadnych opóźnień (jak to mój znajomy powiedział: „pomimo, że mamy bardzo dobre drogi prowadzące do Warszawy, to choćby nie wiem jak, w dwie i pół godziny do Warszawy autem nie zajedziesz”). Z innych miast Polski szybkich dróg nie brakuje, dlatego dla mnie Warszawa to nie żaden problem, pomimo, że jestem z południa Polski. Na polecanej przeze mnie stronie znajdziemy najtańsze loty, jakie są dostępne w danej chwili. Szukając lotów zdziwisz się, że jedną z najtańszych opcji są linie… EMIRATES! Jeśli mało latałeś samolotami, to musisz wiedzieć, że są to linie o bardzo wysokiej reputacji, co roku mieszczące się w pierwszej trójce na świecie w rankingach pod względem bezpieczeństwa, jakości obsługi, samolotów, rozrywki, jedzenia, itp. Najczęściej ten ranking wygrywają linie Singapore Airlines, a na drugim zazwyczaj znajdziemy linie Qatar Airways. Warto brać również pod uwagę linie takie jak: Lufthansa, czy Turkish Airlines. Wszystkie z nich są liniami o bardzo wysokiej reputacji. W naszej wyszukiwarce najprawdopodobniej znajdziemy loty EMIRATES, ponieważ z Polski nie mamy jeszcze bezpośrednich lotów na Malediwy (Male – MLE), dlatego będziemy się przesiadać najprawdopodobniej w Dubaju (DXB). Z tego względu polecam wybrać linie EMIRATES, ponieważ będziemy lecieć samolotami typu Boeing 737-700 ER, gdzie sufit imituje rozgwieżdżone niebo, będziemy mieli bardzo dobre obiady (po jednym w każdym samolocie), oraz tablet na każdym fotelu z dostępem do całej gamy rozrywki. Znajdziemy nawet najnowsze filmy, które niedawno zeszły z ekranów w kinach. Dodatkową atrakcją są dwie zewnętrzne kamery, przy pomocy, których możemy podglądać sobie widoki, jakie mamy na zewnątrz samolotu. Opcja szczególnie przydatna, gdy lądujemy lub wylatujemy ze stolicy Malediwów – Male. Wówczas na ekranie będziemy widzieli piękne atole i rajskie wysepki, bo jedna z kamer umieszczona jest na podwoziu i przez to mamy bezpośredni widok na ziemię. Coś co mi się jeszcze podobało, to wizualizacja lotu w czasie rzeczywistym, którą nazwali „Airshow”. Jest to trójwymiarowa animacja naszego samolotu na mapie świata, pokazująca aktualne położenie samolotu, widoki z okna pilotów i pasażerów, trasa lotu oraz różne parametry samolotu takie, jak: prędkość względem ziemi i ośrodka, położenie względem horyzontu, wysokość nad poziomem morza, azymut. Co jakiś czas warto tam zaglądać, bo wszystko jest ładnie opracowane i z głową.

       
W samolocie i wizualizacja lotu

DŁUGOŚCI LOTÓW I CENA:
Warszawa (WAW) – Dubaj (DXB) 5h 08min, Dubaj (DXB) – Male (MLE) 3h 38min *
Male (MLE) – Dubaj (DXB) 5h 50min, Dubaj (DXB) – Warszawa (WAW) 3h 59min *

Cena za bilet w obie strony Warszawa – Male z przesiadką w Dubaju i z powrotem: 2806-3178zł w zależności od pory dnia i tygodnia (cena końcowa już z wliczonymi wszystkimi opłatami – dodatkowe koszty nas nie zaskoczą).

* Przedstawione powyżej loty pomimo COVID-owych ograniczeń nakładanych przez rządy są nadal dostępne w takiej samej formie.

COVID-19 - CZYLI CO TRZEBA ZAŁATWIĆ, ŻEBY POLECIEĆ NA MALEDIWY
 
WYBÓR OBIEKTU NOCLEGOWEGO
Na początku musimy wybrać interesującą nas wyspę i obiekt. Jako, że rząd Malediwów narzucił na właścicieli obiektów konieczność spełniania wymogów sanitarnych, każdy z nich musi zostać dopuszczony przez tamtejsze ministerstwo turystki. Hotel/guest house/resort/jacht trafia na rządową listę obiektów dopuszczonych do przyjmowania gości. Z tego powodu najpierw odwiedzimy stronę Ministerstwa Turystyki Malediwów: LISTA OBIEKTÓW ZATWIERDZONYCH PRZEZ RZĄD MALEDIWÓW i tam poszukamy listy obiektów dopuszczonych do przyjmowania gości. Ściągamy pierwszy widoczny plik .pdf. Po jego otwarciu ukaże nam się spis na 19-20 stronach A4 (resorty, hotele, guest housy, jachty, itp.). Jeśli interesuje nas np. wyspa Mathiveri, to szukamy jej na liście. Znajdziemy kilka obiektów, które dostały pozwolenie i mogą przyjmować turystów. Najlepiej będzie, gdy każdy z obiektów wyszukamy na Mapach Google i wpiszemy sobie numery telefonów do listy kontaktów na naszym telefonie. Sprawdzając każdy z numerów, możemy szybko zobaczyć w szczegółach, czy można się skontaktować za pomocą WhatsApp'a lub Signala. Jeśli tak, to piszemy bezpośrednio do właściciela przez wybrany komunikator, a jeśli nie, to szukamy adresu mailowego (z tym będzie o wiele trudniej). Na Malediwach większość woli załatwiać interesy przez WhatsAppa/Signala. Kiedy dogadamy już wszystkie szczegóły, możemy przystąpić do kolejnego etapu.

BILETY LOTNICZE
Jako, że rządy utrudniają jak tylko się da możliwość podróżowania po świecie, niestety będziemy musieli poszukać trochę dłużej właściwego lotu. Tutaj niezmiennie polecam rejs, o którym szczegółowo powiedziałem powyżej. Można znaleźć jeszcze samoloty firmy Qatar, ale przekraczanie granicy Kataru jest możliwe tylko z testem negatywnym PCR wykonanym przez certyfikowane laboratorium (na katarskiej liście nie ma żadnego polskiego laboratorium...). Z tego właśnie względu pozostaje nam wybrać tylko i wyłącznie linie Emirates, które zresztą bardzo mocno polecam. Tańsze bilety znajdziemy co trzy dni. W tym celu wyszukuję lotów +/- 3 dni za pomocą wyszukiwarki esky.pl lub skyscanner.com. Można tam porównywać ceny. W ciągu tygodnia ceny potrafią się różnić o kilka tysięcy złotych! Mi udało się znaleźć bilety w obie strony za 2900-3050 zł.

TESTY PCR
Mając zakupione bilety musimy pamiętać o kolejnych rzeczach. Rząd Malediwów ogłosił ustawę, która mówi, że na teren Malediwów można wjechać tylko z negatywnym testem PCR w języku angielskim wykonanym do 96 godzin przed rozpoczęciem podróży (liczy się godzina rozkładowego startu samolotu na pierwszym lotnisku, gdzie zaczynasz podróż). W Polsce, w wielu miastach możemy wykonać takie testy za opłatą od razu z tłumaczeniem na język angielski. Test kosztuje od 350 zł do 900 zł. Cena zależy od szybkości na jakiej nam zależy, żeby otrzymać wynik.

DEKLARACJA ZDROWIA
Kiedy będziesz miał przesiadkę np. w Dubaju połącz się ze stroną IMUGA - DEKLARACJA ZDROWIA (jeśli przyjeżdżasz na Malediwy, wybierasz opcję "Arrival"). Proponuję Ci zrobić tak:
na kilka dni przed wylotem wydrukuj sobie przetłumaczony cały dokument. Na lotnisku będzie ci łatwiej wypisać wszystkie dane w telefonie. Usprawnisz sobie w ten sposób wypełnienie formularza i będziesz miał pewność, że nic cię nie zaskoczy. Zapisz sobie niezbędne linki w telefonie lub do tego artykułu, skąd będziesz miał bezpośredni dostęp.
Dokument trzeba wypełnić maksymalnie na 24 godziny przed wylądowaniem na Malediwach, stąd najprawdopodobniej nie będziesz mógł zrobić tego w Polsce.

NA LOTNISKU
Po wylądowaniu na międzynarodowym lotnisku Velana Male będą wyznaczone strefy, dzięki którym utrzymasz konieczny dystans. Będą również rozstawione bardzo gęsto stojaki z płynem do dezynfekcji rąk. Przechodząc do strażnika dodatkowo prześwietli nas kamera termowizyjna. Strażnicy chcą w ten sposób wyłapać osoby z gorączką.

SPOTKANIE ZE STRAŻNIKIEM
Kiedy podejdziesz do strażnika, poprosi cię o wydruk rezerwacji hotelowej, paszport, kod QR, który otrzymasz po wypełnieniu deklaracji zdrowia oraz o negatywny wynik testu PCR. Wiza na 30 dni zostaje wbita do paszportu bezpłatnie. Teraz możemy przekroczyć legalnie granicę.

ODBIÓR BAGAŻÓW
Odbiór bagażów odbywa się standardowo, ale zgodnie z zasadami zachowania dystansu społecznego poprzez wyznaczone strefy.

PODRÓŻ NA WYSPĘ DOCELOWĄ
Na lotnisku będzie czekać przedstawiciel, który wskaże nam właściwą łódź. Jeśli będzie to wyspa, na której jest więcej guest house'ów, najprawdopodobniej będzie przysłany jeden przedstawiciel dla gości z wielu obiektów.

MASECZKI
Według rządowych przepisów maseczki musimy nosić w sposób prawidłowy na: lotniskach, w samolocie oraz w zamkniętych przestrzeniach. Możesz nie zgadzać się z zasadnością noszenia maseczek, ale lecąc na wakacje i będąc w obcym, innym kraju, lepiej przestrzegać zasad.

WYCIECZKI LOKALNE NA WYSPIE I MOŻLIWOŚĆ PŁYNIĘCIA Z WYSPY NA WYSPĘ
Pisałem do kilkunastu właścicieli obiektów (wyspy: Mathiveri, Dhigurah, Thoddoo, Fulhadhoo, Ukulhas) oraz przeczytałem wszystko, co było na stronach rządowych Malediwów, bez omijania ani jednego akapitu, dlatego dane aktualizuję na bieżąco. Wszyscy mówią, że lokalne wycieczki w pełni odbywają się bez obostrzeń. W przypadku resortów, w zależności od miejsca, właściciel musi sprawdzać sytuację (resorty podejmują różne decyzje). Jeśli chcemy zorganizować jednodniową wycieczkę na inną lokalną wyspę, to jest taka możliwość. Właściciel obiektu jedynie zmierzy nam temperaturę i zgłosi taki fakt, do Ministerstwa Turystyki Malediwów. Tak samo, gdy chcemy połowę urlopu spędzić na jednej wyspie, a drugą połowę gdzie indziej.

POWRÓT DO DOMU
Według przepisów, na 72 godziny przed wylotem, musi być ponownie wykonany test PCR. Właściciel obiektu wszystko organizuje za nas, dlatego nie musimy się martwić o nic. Koszt testu – 80 USD. Negatywny wynik testu musimy okazać strażnikowi na lotnisku. Podobnie, jak w przypadku przylotu, na 24 godziny przed wylotem lub mniej, musimy wypełnić deklarację zdrowia z tej samej strony: IMUGA - DEKLARACJA ZDROWIA i okazać kod QR do skanowania

KWARANTANNA NA MALEDIWACH
Co w przypadku, gdy zachorujemy na COVID-19 lub gdy test wykaże, że mamy wirusa? Każdy obiekt ma wyznaczoną część dla turystów, którzy muszą przejść kwarantannę. Z tego właśnie powodu rząd jedne obiekty dopuszcza, a drugie nie. Koszty pokrywamy sami, dlatego najlepiej wykupić ubezpieczenie, które gwarantuje nam wypłatę odszkodowania, w przypadku konieczności odbycia kwarantanny za granicą. Takie ubezpieczenie oferuje firma Warta (około 95 zł za 2 tygodnie).

CIEKAWOSTKA LOTNICZA
Jak widać, droga powrotna jest zawsze dłuższa. Loty ze wschodu na zachód są zawsze dłuższe (średnio 10 minut dłużej lecimy na każde 1000km), ze względu, że piloci nie mogą wykorzystać prądów strumieniowych i ze względu na siły Coriolisa wynikające z naturalnego obrotu Ziemi wokół własnej osi. Ze wschodu na zachód są to niekorzystne czynniki mające wpływ na dłuższy czas lotu. Dla ciekawostki podam, że 18 lutego 2019 roku samolot brytyjskich linii lotniczych Virgin – Boeing 787 osiągnął najwyższą prędkość, jakąkolwiek uzyskał tego typu samolot – 1300km/h. To oznacza, że przekroczył prędkość dźwięku, która wynosi 1220km/h. Fizycznie jednak jej nie przekroczył, bo rekordowa prędkość była mierzona względem Ziemi, a prędkość dźwięku mierzy się w ośrodku, w którym się rozchodzi dźwięk. W tym wypadku ośrodkiem jest powietrze, w którym znajduje się samolot. Jako, że te samoloty mogą lecieć z prędkością około 1050km/h, to znaczy, że piloci skorzystali z silnych prądów strumieniowych (silne wiatry osiągające prędkości nawet 150-400km/h na dużych wysokościach, powyżej 6000m n.p.m.). Na szczęście piloci dostają informacje, gdzie takie prądy się znajdują i dlatego szczególnie w drodze powrotnej z Ameryki Północnej wykorzystują to zjawisko, ponieważ omawiane silne wiatry wieją „w plecy”, co pozwala podbić prędkość samolotu „za darmo”. W praktyce współczesne samoloty pasażerskie nie mogą przekraczać prędkości dźwięku w ośrodku, w którym się znajdują (powietrze), bo w chwili przekraczania bariery dźwięku (1220km/h) powstaje silna fala uderzeniowa, która spowodowałaby uszkodzenia samolotu i w konsekwencji katastrofę. Piloci mogą przekraczać prędkość dźwięku mierzoną tylko względem Ziemi. Boeing w stronę Malediwów leci z prędkością około 1020-1050km/h, a z Malediwów do Warszawy z prędkością około 850km/h. To tyle lekcji fizyki – teraz czas przejść do konkretów.

CZEGO CHCEMY, CZYLI STYL NASZYCH WAKACJI
Jadąc na Malediwy, na początku musimy sobie jasno określić, co chcemy robić na Malediwach, jaki jest nasz styl odpoczywania i czy jesteśmy odkrywcami, albo czy lubimy sobie poleniuchować do oporu. Omówię wszystkie opcje, bo Malediwy dają ogromne możliwości. Od stylu naszego wypoczynku bardzo wiele zależy: miejsce, jakie wybierzemy oraz sposób organizacji wymarzonych wakacji. Jeśli nie masz smykałki do organizacji jakichkolwiek wyjazdów, najlepszą opcją będzie wykupienie wczasów w biurze podróży. Trzeba pamiętać, że Polakom oferuje się głównie dwie wyspy za rozsądne pieniądze (około 6500zł/tydzień z pełnym wyżywieniem), jednak musimy pamiętać, że takie oferty dla Polaków są… niekorzystne. Pierwszy haczyk polega na pojęciu słowa „tydzień”. Dwa dni stracisz na dojazd i powrót do domu, a to już jest wliczone w definicję tygodnia… Czyli tak naprawdę na wypoczynek masz tylko 5 pełnych dni! Pamiętajmy, że jeśli nasz samolot wyląduje nawet w godzinach porannych, to zanim przejdziemy kontrolę imigracyjną plus odbiór bagażu, to upłynie jakieś 1h 30min do 2h. Dodatkowo z lotniska trzeba dojechać na naszą wyspę z hotelem, co oznacza kolejny czas oczekiwania na łódź/samolot wodny i czas samego dojazdu na miejsce. Tym samym połowa dnia już nam zleciała… Inny haczyk polega na miejscu, do którego jedziemy. Chociaż będziemy na rajskiej wyspie, obsłużą nas mili ludzie z hotelu i będą bajeczne wody i palmy, to jednak poczujemy klimat europejskich wakacji (masowy „przemiał” ludzi). Zabraknie prywatności i za tą cenę dostaniemy chatę w ogrodzie bez widoku na morze. Dosłownie będziemy widzieć tylko tropikalne zarośla. Za domek nad brzegiem wyspy trzeba dopłacić około 2000zł, a za domek na balach kolejne tyle lub nawet więcej.... Dodatkowo, jeśli jesteś małżeństwem z dzieckiem, to zabraknie tam dobrych animacji, czy atrakcji, więc możemy poczuć rozczarowanie. Nie wspominam już o takich sprawach, jak lokalne wycieczki, za które trzeba zapłacić naprawdę dużo. Dla rodziny będzie to ogromny wydatek, dlatego całe wakacje ograniczą się jedynie do pobytu na wyspie i leżakowaniu na plaży. Trzeba pamiętać, że w sezonie ceny zostaną sztucznie podbite, dlatego nasze wakacje nie zamkną się w omawianych 6500zł/tydzień. Jeśli nie chcemy przeżyć kolejnych „masowych” wakacji, gdzie jest dużo turystów, z którymi niekoniecznie chciałbyś przebywać, to zaproponuję coś, co pozwoli spojrzeć ci na Malediwy zupełnie innym okiem. Wyjazd zorganizujemy sobie sami, a ja podpowiem co i jak. Zobaczysz, że za podobne pieniądze poczujesz prawdziwy klimat Malediwów, zrobisz sześć lub siedem wycieczek i będziesz miał cały ogrom wspomnień!

JAKIE MOGĄ BYĆ TWOJE OBAWY?
Możesz sobie pomyśleć, że u innych na zdjęciach widać takie piękne domy na balach, a ja będę mieszkać na jakiejś 'prostej' wsi. Nie będzie to wyglądało prestiżowo, no i trudniej będzie cokolwiek załatwić. W tym miejscu chcę rozwiać twoje obawy, ponieważ sam zobaczysz, że mieszkanie na małej, malediwskiej wiosce jest o wiele piękniejsze niż w resorcie. Dlaczego? Tutaj codziennie będą witać cię nieznajomi, zechcą z tobą porozmawiać i spróbujesz ich lokalnych wyrobów. Jeśli 'spali' cię słońce, zobaczysz, jak szybko miejscowi ludzie będą chętni ci pomóc, przygotowując np. aloes występujący na wyspie, żeby nasmarować poparzone miejsca. W resortach cała wyspa jest wysprzątana, a ścieżki usypuje się z białego piasku. Dodatkowo cała wyspa jest spryskiwana nie wiadomo czym, żeby nie rozmnażały się komary. Lokalna wyspa jest naturalna i wszystko wygląda naturalnie. Kiedy pójdziesz do lasu tropikalnego, sam przekonasz się, jak jest pięknie i przede wszystkim naturalnie. Zobaczysz drzewa namorzynowe, czy setki kokosów, które rosną na palmach i lezą na ziemi. Turyści odpoczywający w resortach płacą duże pieniądze, żeby w ramach jednodniowej wycieczki pojechać na lokalną wyspę i zobaczyć malediwskie życie. Ty masz to na co dzień! Najważniejsze jednak są plaże. Na lokalnych wyspach (tych mniej turystycznych, jak wybrana przeze mnie Fehendhoo lub Fulhadhoo) najpiękniejsze plaże nie są zaludnione. W moim przypadku zawsze byliśmy na nich tylko sami. Z pewnością będziesz mógł spróbować lokalnych owoców, zobaczyć prawdziwe, malediwskie życie, które zachwyca swą prostotą, jak również... zobaczyć więcej niż w resorcie! Dlaczego tak mogę powiedzieć? W resortach ceny są mocno wywindowane. Wykupienie kilku wycieczek zrujnuje twój portfel, a na lokalnej wyspie będziesz mógł załatwić sobie kilka wycieczek, a miejscowi poświęcą tobie czas z wielkim zaangażowaniem. Twoja wycieczka nie będzie ograniczona narzuconym czasem i chęcią zysku, ale chęcią ze strony miejscowych, żeby pokazać ci jak najwięcej. A wiesz, co najbardziej mnie zaskoczyło, kiedy porównałem swój pobyt na lokalnej wyspie i w resorcie? Oba miejsca były piękne, ale plaże i laguny były zdecydowanie piękniejsze na... lokalnej wyspie! Laguny ciągnęły się kilometrami, nie pływały łodzie z kolejnymi turystami i przede wszystkim panował spokój.

O tym nigdzie się nie mówi, ale ja pomyślałem sobie tak: na lokalnych wyspach stoją wysokie słupy z telefonii komórkowej, a w resortach nie. Jak zrobić dobre zdjęcie, gdy wyspy są takie małe, więc słupy będą na każdym zdjęciu? A zastanawiałeś się, dlaczego z resortów można pisać SMS-y i mieć szybki internet? Odpowiedź jest prosta... Bo też mają słupy na swojej wyspie! Resortowe słupy są o połowę niższe i w kolorze szarym, a na lokalnych wyspach są malowane na biało-czerwono. Zawsze stoją na obrzeżach wioski i kiedy chcemy zrobić zdjęcie na bajecznej plaży, we wiosce, czy w tropikalnym lesie, to nigdy ich nie widzimy! Byłem na trzech wyspach lokalnych oraz jednej resortowej i mogę powiedzieć, że wszędzie jest tak samo - słupy ustawiono w najlepszym, możliwym miejscu - tak, żeby nigdzie nie było ich na zdjęciach. Będąc na miejscu, dopiero mogłem sprawdzić, jak jest naprawdę, ale szybko rozwiałem swoje wątpliwości, ponieważ na każdej bajecznej plaży, czy w tropikalnym lesie mogłem cieszyć się fotografowaniem. W żadnym wypadku nie musiałem 'walczyć' ze słupami w kadrze. A co z Internetem? Na lokalnej wyspie będziesz miał do niego pełny dostęp. O tym będzie nieco dalej.

Życie na lokalnej wyspie jest bardzo spokojne

SPOSÓB ORGANIZACJI WYJAZDU
SPOSÓB NR 1
Wcześniej doradziłem, jak znaleźć odpowiednie loty na Malediwy. Jak szybko dostrzeżemy, samolotem dolecimy tylko do stolicy tego państwa, czyli Male. Musimy się jeszcze dostać na naszą lokalną wysepkę. Zdecydowanie polecam wybór lokalnych wysp, ponieważ w resortach nie przeżyjemy tego, co w małej, malediwskiej wiosce. Przeżycia są zdecydowanie piękniejsze. Dla tych, którzy nie mogą się zdecydować na taki krok, polecam wyjazd na lokalną wyspę i zorganizowanie jednego dnia w resorcie z domkami na balach. Wtedy będziecie mieli porównanie, jak to wszystko wygląda. Ja wybrałem wyspę Fehendhoo z polecenia Doroty – Polki mieszkającej w Male. Najłatwiejszą opcją jest skorzystanie z jej usług, czyli skontaktowanie się z nią za pomocą Facebooka – konto o nazwie ‘Polka na Malediwach’, gdzie przedstawi ci ofertę dopasowaną do twoich potrzeb. Będziesz miał zarezerwowany hotel/guest house dzięki niej, oraz załatwiony transport na wybraną wyspę. Dodatkowo otrzymasz wiele porad i pomysłów na aktywne spędzenie czasu w rejonie, który sobie wybrałeś. Zaletą tego rozwiązania jest fakt, że nie musimy szukać godzinami hoteli, czy guest house’ów i dostaniemy to, czego chcieliśmy w przystępnej cenie. Może zaraz pomyślisz, że to samo mogę zarezerwować przez Booking.com i będzie taniej. Sam hotel może wyjść taniej, ale jeśli wybierasz się poza sezonem i łodzie nie będą mogły wypłynąć z powodu pogody lub sztormu, będziesz musiał samemu na miejscu załatwiać sobie łódź. Pamiętajmy, że dla turystów, którzy wzięli się „znikąd” ceny mogą być sztucznie podbite kilkukrotnie i może nie być już miejsca. Moim celem nie jest reklamowanie tej osoby i jej usług, ale raczej chęć pokazania, że Dorota ma ogromną bazę danych o resortach i guest house’ach, bo sama w nich była i wie czego się możemy spodziewać. Dodatkowo w wielu miejscach, jako organizator, może wynegocjować niższe ceny ze względu na stałą współpracę.

Nie ukrywam, że w tej kwestii poszedłem „na łatwiznę”, bo jak sobie policzyłem, ile bym wydał na to, co zarezerwowała mi Dorota, a ile ten sam wyjazd wyszedłby mnie, gdybym zarezerwował obiekt przez Booking,com i sam próbował ogarnąć łodzie, to zapłaciłbym podobną kwotę, tyle, że dzięki Dorocie wszystko miałem pewne i bez stresu. A skąd to wiem? Bo nawet nie pytając o to, Naeem – gospodarz prowadzący nasz guest house 'Fehendhoo Stay', powiedział ile bierze za noc i jakie są ceny. Do kosztów należy doliczyć również taksówkę z lotniska do Male oraz wymianę pieniędzy (dzięki Dorocie mamy lepsze kursy wymiany na malediwskie pieniądze – rupie malediwskie). Dla ciekawostki podam, że np. w ostatnim dniu, kiedy masz jeszcze trochę czasu w Male i jest upał, turyści najczęściej wybierają spędzenie tego czasu na basenie. Problem w tym, że miejscowi płacą 35 USD, a turyści 110 USD… To tylko jeden z przykładów, gdzie sami możemy nie wynegocjować odpowiednich cen. Gdybym miał jechać na Malediwy samemu, z pewnością nie wpadłbym na „takie coś”, jak Fehendhoo, bo i skąd miałbym wiedzieć o istnieniu takiej rajskiej wyspy? Dzięki Dorocie miałem przegląd i mogłem sobie wybrać to, co mnie interesuje. Wyspa Fehendhoo mnie urzekła swoim pięknem, turkusowymi wodami, lagunami, palmami oraz położeniem względem innych atoli. Wyspa leży ok. 13 km na południe od głównego ciągu wysp atolu Baa, przez co czujemy się, jakbyśmy byli na końcu świata. Tego właśnie potrzebowałem, dlatego powiedziałem sobie ‘muszę tam być!’. Taka metoda organizacji pozwala ci wybrać praktycznie każdy region na Malediwach, bezstresowy dojazd (ty tylko wsiadasz do taksówki, wsiadasz na łódź lub łodzie, jeśli masz przesiadkę i nie martwisz się o żadne opłaty – wszystko jest już załatwione).

Kiedy kupisz już bilety lotnicze (które są dla Doroty potwierdzeniem, że przyjedziesz na Malediwy) twoja organizacja kończy się właściwie w tym punkcie. Jest szybko i łatwo. A jak wygląda sama podróż? Kiedy będziemy w Male, kontaktujemy się z Dorotą, jeśli nie ma jej na lotnisku i dajemy znać, że już jesteśmy. Ona przyjeżdża dopiero wtedy, kiedy nasz samolot wylądował na lotnisku, ponieważ kolejki do okienek straży granicznej potrafią być bardzo długie. I tak będzie musiała czekać. Strażnik w hidżabie (tam pracują głównie kobiety) zapyta nas jedynie o miejsce pobytu i jaką kwaterę mamy. Jeśli nie mamy żadnej kwatery, musimy przedstawić dowód, że mamy 150 USD na każdy dzień. Po przejściu kontroli paszportowej odbieramy z bardzo wolnej taśmy lotniskowej nasz bagaż (tu też upłynie wiele czasu), gdzie dalej wychodzimy do części ‘przyloty’. Tam przejdziesz pomiędzy rzędami ludzi, którzy trzymają logo swoich hoteli lub kartki z imieniem i nazwiskiem. Jedną z nich będzie Dorota, która będzie miała wydrukowane nasze imię i nazwisko na kartce A4. Odtąd pokieruje nas do taksówki, gdzie pojedziemy do miasta Male. W drodze opowie nam, co można zobaczyć, co można robić i jak piękna jest wyspa – w naszym przypadku Fehendhoo.

W mieście zatrzymujemy się przy głównej przystani, skąd odpływają łodzie na różne wyspy (jeśli wybrałeś resort znajdujący się daleko stąd, od razu z lotniska skieruje cię do odpowiedniego samolotu wodnego). Jeśli mamy trochę czasu tak, jak my (wystarczy 30min), to Dorota zaprowadzi nas do lokalnego sklepu z owocami i kupi nam ‘kokoska’, czyli duży kokos z lodówki z obciętą jedną stroną, gdzie przy pomocy rurki napijemy się orzeźwiającego, prawdziwego, bo naturalnego soku kokosowego. Od tego momentu poczujesz, że jesteś na egzotycznych wakacjach. W końcu w niewielu miejscach masz okazję napić się soku kokosowego bezpośrednio z kokosa... Później jedna z osób pójdzie z Dorotą do pobliskiego kantoru, gdzie wynegocjuje dla nas atrakcyjny kurs (średnio 1542 MVR za 100 USD). Jeśli jedziemy na lokalną wyspę wystarczy wymienić 50-100 USD. Na wyspie będziemy raczej kupować tylko napoje i ewentualnie lody (Coca-Cola 1,5l – 27 MVR, lody Magnum – 20-35 MVR, w zależności od smaku). Po wymianie pieniędzy idziemy do portu (sklep z owocami i kantor znajdują się zaledwie 100m od miejsca, gdzie będzie czekać na nas łódź).


Orzeźwiający "kokosek" z lodówki

Łodzie na przystani nie są w żaden sposób opisane, która gdzie kursuje, dlatego otrzymujemy informację od Doroty, do której mamy wejść. Nasze bagaże zostaną przechowane w lukach bagażowych, a my sami będziemy mogli usiąść na wygodnych ławkach lub fotelach (w zależności od modelu łodzi). Płyniemy szybką łodzią motorową, która ma dwa lub trzy silniki o mocy 250 KM, dzięki czemu prędkość poruszania się łodzi wynosi 62km/h. Na wodzie to bardzo duża prędkość, zupełnie nieosiągalna przez promy i statki wycieczkowe. Dla przykładu podam, że statki wycieczkowe w Grecji, którymi najczęściej obsługiwane są kursy, płyną z prędkością 12-20km/h. Ja wybrałem wyspę Fehendhoo, która od Male była odległa o 99km. Rejs trwał 1h 35min. W czasie naszego rejsu wielokrotnie podziwialiśmy delfiny, które wyskakiwały z wody i obracały się kilkukrotnie w powietrzu. Widok jest niezapomniany! Kiedy płynęliśmy w stronę Goidhoo (wyspa sąsiadująca z Fehendhoo), to na 10min przed końcem kursu każdy pasażer otrzymał słodki poczęstunek i sok owocowy. Kiedy przyjrzymy się kto kieruje łodzią, szybko dostrzeżemy, że są to weseli mężczyźni, którzy śpiewają coś po malediwsku. Ich łodzie wyposażono w bardzo dokładną nawigację i sonar, dzięki czemu na bieżąco widzą głębokość wód oceanicznych. Z drugiej strony, trasa na Goidhoo wygląda tak, że płyniemy przez głębiny w linii prostej przez około 1h 35min i nic się nie zmienia. Na początku mijamy kilka resortów z domami na balach. Później przez około 75km widzimy tylko otwartą przestrzeń oceaniczną. Łódź na Goidhoo wypływa o godzinie 8.00 rano, więc na Goidhoo wysiadamy około godziny 9.40. Tam czeka już na nas Naeem – prowadzący guest house Fehendoo Stay. Po przywitaniu, układa nasze bagaże na małą łódkę z silnikiem o mocy 40 KM, gdzie w ciągu około 5min dopływamy do przystani Fehendhoo. Dopiero teraz możemy zobaczyć piękno naszej wyspy. Już samo dopłynięcie z Goidhoo do Fehendhoo powoduje w nas zachwyt, ponieważ cały czas płyniemy płytkimi turkusowymi, a czasem szmaragdowymi wodami. Od tego momentu wiesz, że piękne widoki będą codziennością. Przystań w Fehendhoo ma schody, którymi wejdziemy na molo prowadzące na ląd.

SPOSÓB NR 2
Drugi sposób organizacji wyjazdu jest trochę trudniejszy, ponieważ wymaga znajomości języka angielskiego. Na początku szukamy odpowiednich lotów tak, żeby nie przylecieć w piątek, ponieważ, w piątki nie kursują żadne łodzie. Na razie nie kupujemy biletów, a jedynie sprawdzamy dostępność lotów. Najlepiej skorzystaj z wyszukiwarki scyscanner.com, gdzie są również uwzględnione loty czarterowe z biur podróży. Kiedy mamy znaleziony odpowiedni samolot (szukaj najlepiej w porach, gdzie nie ma żadnych świąt, ferii, lub walentynek, ponieważ ceny szybko sztucznie wzrastają), następnym krokiem będzie poszukanie guest house, czyli pensjonatu na wyspie lokalnej. Można zrobić to na kilka sposobów. Jedną z wygodnych opcji, jest skorzystanie z booking.com i kliknięcie w dowolną ofertę jakiegoś obiektu. Na stronie obiektu znajdziemy zakładkę "pokaż mapę", gdzie mamy pokazane wszystkie oferty. Dzięki mapie możesz zobaczyć okolicę, czy ci taka odpowiada oraz, czy będziesz miał co tam robić. Kiedy wybierzesz już swój obiekt na wyspie (polecam np. niekomercyjne wyspy Fulhadhoo, Fehendhoo, Mathivieri, Nilandhoo, itp.), gdzie nie będzie tłumów turystów, musimy napisać maila do właściciela obiektu. Na portalu booking.com jest on podany w ofercie. Jeśli nadal nie potrafisz znaleźć adresu, wpisz nazwę obiektu w wyszukiwarce Google i odwiedź lokalną stronę w j. angielskim. Tam na pewno będzie podany adres e-mail. W wiadomości zapytaj, czy w proponowanym przez ciebie terminie są dostępne wolne pokoje oraz jaka jest cena za pokój dla dwóch osób z wyżywieniem (tylko śniadania, śniadania i obiadokolacja, lub posiłki trzy razy dziennie).

Większość właścicieli będzie chciała porozmawiać z tobą na WhatsApp'ie, dlatego będzie potrzebna ci znajomość języka angielskiego. Jak sam zobaczysz, można negocjować ceny, oraz zamówić sobie dodatkowy posiłek, czy jakieś dodatkowe atrakcje (wycieczki, łowienie ryb, smażenie ryby na plaży wieczorem, wyjazd na bezludną wyspę, obiad na piaskowej wyspie na środku oceanu, itp.). Po załatwieniu sprawy niektórzy właściciele proponują odbiór z lotniska, a inni napiszą, gdzie masz się udać i do jakiej łodzi wsiąść - krok po kroku. Instrukcje są łatwe i przejrzyste. Najlepiej zapytać właściciela obiektu o rozkład kursów łodzi na wybraną przez nas wyspę. Dzięki niemu dopasujemy odpowiedni lot, tak żeby nie spóźnić się na łódź. Mając rozkład rejsów, dopiero teraz wybierasz i kupujesz odpowiedni lot (najlepiej, żeby godzina lądowania była co najmniej dwie i pół godziny wcześniej niż nasza łódź, ponieważ może być dużo turystów i procedura imigracyjna przeciągnie się). Co najważniejsze, za wszystko zapłacisz dopiero na miejscu, po przybyciu na wyspę, więc nie ma żadnych obaw, że wyjazd nie dojdzie do skutku i ktoś cię oszuka. Właściciele na lokalnych wyspach nie chcą żadnych zaliczek. Dla nich potwierdzeniem jest kupiony bilet lotniczy, a ty zyskujesz pewność, że wyjazd na pewno się uda i nikt nie weźmie twoich pieniędzy za nic, dopóki nie będziesz na miejscu. Znając język, możesz dodatkowo zaproponować lub zapytać o dodatkowe wycieczki. Właściciele zawsze posiadają jakąś łódź, dzięki której możesz dotrzeć do wielu ciekawych miejsc. Jak sam zobaczysz, jest dużo miejsc, gdzie organizacja wyjazdu na własną rękę wyjdzie cię najtaniej i właśnie dlatego zachęcam cię do zdobycia się na odwagę.

FEHENDHOO – RAJSKA WYSPA
O co chodzi? Moja propozycja to nie zamieszkanie w hotelu all inclusive, gdzie wybieramy gotowe jedzenie, ale… zamieszkanie w guest house (mały pensjonat z klimatem u lokalnej ludności) w małej wiosce, gdzie mieszkają prawdziwi Malediwczycy na rajskiej wyspie, z dala od masowej turystyki. Poznasz życie prawdziwych ludzi mieszkających na Malediwach, posmakujesz ich miejscowej kuchni, a nawet sam przygotujesz sobie obiad pod okiem lokalnych ludzi! Koszt będzie znacznie niższy, a przeżycia o wiele bogatsze! Trzeba pamiętać, że miejscowi ludzie w takich wioskach, gdzie nie ma masowej turystyki są bardzo mili, zawsze uśmiechnięci i gotowi ci pomóc, o czym sami się przekonaliśmy nieraz. We wiosce nie ma żadnych służb porządkowych i policji, a domy zawsze mają otwarte drzwi. Co mnie najbardziej zdziwiło to fakt, że budynek z generatorem prądu (mała elektrownia na potrzeby mieszkańców) również ma otwarte drzwi i nikt tego nie pilnuje! W środku „siedzi” tylko jeden elektryk, doglądający maszyn. Ludzie we wiosce żyją ze sobą w zgodzie i czujesz się jak w raju! Nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby pójść do elektrowni i napisać coś na murze pomimo, że drzwi są otwarte. Lokalni mieszkańcy mają swoje zasady i o nich też nieco opowiem. Ale przejdźmy do początku….

Fehendhoo to wyspa w atolu Baa, odległa o 98,6km drogi od stolicy Malediwów, mająca około 1,4km długości i w najszerszym miejscu 200m szerokości. Wyspa sąsiaduje z Fulhadhoo i Goidhoo oraz pomiędzy nimi znajduje się kilka sand banków, czyli małych, piaskowych wysepek na środku laguny. Fehendhoo zamieszkuje około 100 osób skupionych w małej wiosce, składającej się z kilkudziesięciu małych domów z „gołej”, szarej cegły. Wioskę przejdziemy w 3-5min i znajdziemy tu tylko jedną, jedyną kawiarnię i restaurację, w której zresztą będziemy jedli wszystkie nasze posiłki, oraz dwa niewielkie sklepiki z podstawowymi artykułami. Na wyspie znajduje się generator prądu w budynku podobnym do naszych europejskich, w których stoją transformatory dużej mocy. Obiekt wybudowano na uboczu w lesie tropikalnym, więc hałas do wioski nie dociera. Na wyspie nie ma problemu z zasięgiem komórkowym oraz z Internetem. Jeśli mieszkamy w guest housie na jakiejkolwiek wyspie, to nie musimy się obawiać, bo Wi-Fi jest dzisiaj standardem i bez problemu będziemy mogli powiadomić naszych bliskich, że wszystko gra i jesteśmy w raju. Z tego względu nie ma potrzeby kupowania malediwskiej karty do telefonu z pakietem Internetu, bo przecież nie potrzebujesz zasięgu na środku oceanu lub na wycieczce. A jeśli nie możesz rozstać się z mediami społecznościowymi, to na lotnisku w Male są dostępne karty dla turystów, gdzie mamy do dyspozycji 15-20GB pakiet Internetu za 15 USD. Oferta jest dostępna z sieci OOREDOO. Reklamy są wszędzie, więc trudno przegapić ten fakt. Ja bez zastanowienia stwierdziłem, że nie potrzebuję dodatkowej łączności, bo przecież jest Wi-Fi, którego będę potrzebować przecież tylko na chwilę. Nawet nie myślałem, żeby w tak rajskim miejscu „siedzieć na Internecie”, bo po to tu przyjeżdżamy, żeby odpocząć i być „na końcu świata”.

Wyspa Fehendhoo widziana z otaczającej ją laguny

Resztę wyspy poza wioską porastają gęste lasy tropikalne, gdzie wydeptano jedyną ścieżkę prowadzącą na sam koniec wyspy. Las jest bardzo czysty, nie ma owadów w porze suchej, a samo przejście tą jedyną ścieżką do końca wyspy dostarczy ci niesamowitych widoków! Wszędzie rosną palmy kokosowe pełne tych orzechów, oraz drzewa namorzynowe. Atrakcją wyspy są z pewnością dwie rajskie plaże ze wspaniałymi lagunami, czyli płytkimi wodami, gdzie możesz iść po dnie oceanu, daleko w głąb od lądu. Właśnie na obu plażach możemy poczuć się jak w raju i poczuć klimat egzotycznych wakacji. Ciekawostką jest fakt, że najprawdopodobniej cała plaża będzie tylko dla ciebie! Jedna znajduje się na początku wyspy, a druga na samym końcu lasu tropikalnego. Ścieżka w lesie jest tak wytyczona, żeby nie mieć kokosów bezpośrednio nad głową. Zdarza się, że spadają z wysokich palm, ale zawsze w lesie, a nie na ścieżkę. Nie trzeba nikogo przekonywać, że takie kokosy, jakie tam występują i z jakiej wysokości spadają, mogłyby bez problemu zabić człowieka, dlatego cała ścieżka jest wolna od kokosów po obu jej stronach. W środku lasu za to wszędzie rosną na potęgę. Największą atrakcją jednak, jak dla mnie, oprócz niesamowitych lagun, jest z pewnością świecący plankton w oceanie w nocy, oraz setki krabów chodzących po plaży o tej samej porze. Za dnia są prawie nieaktywne. Jeśli więc zobaczysz kopczyk piasku i 20cm dalej dziurę w piasku, to wiedz, że tam mieszka krab. Nie musimy się ich obawiać, bo one same uciekają na nasz widok i nawet złapane nic nam nie robią. Kiedy spojrzymy do góry w nocy, to zobaczymy niesamowicie rozgwieżdżone niebo. Okolica poza terenem wioski nie jest oświetlona, dlatego na niebie widzimy połowę naszej Galaktyki z całymi skupiskami gwiazd i mgławic – nawet tych najsłabiej świecących! Widok jest nieziemsko piękny! O wyspie będę jeszcze dużo mówić, bo jest atrakcyjna sama w sobie, dlatego najpierw muszę przybliżyć zasady panujące na wyspie.

ZASADY PANUJĄCE NA WYSPIE
Jako, że wszystko na Malediwach toczy się według kultury i religii lokalnych mieszkańców, musimy poznać kilka faktów. W resortach i hotelach z domkami na balach obowiązują europejskie zasady i tutaj nie ma co więcej się rozwodzić na ten temat. Na lokalnych wysepkach jest trochę inaczej, ale jak dla mnie jest to swojego rodzaju atrakcją. Tutaj również jesteśmy pod wpływem Islamu, więc dojrzałe kobiety będą chodzić w strojach do samych kostek, z długimi rękawami, a na głowie będą zawsze miały założony hidżab (zazwyczaj czarna chusta zakrywająca głowę aż do wysokości piersi. Twarz jest widoczna). Jeśli zobaczysz kobiety w nikabie (całe ciało kobiety w czarnym stroju, tylko z wycięciem na oczy, to wiedz, że są przyjezdne z innej części Malediwów – zazwyczaj ze stolicy). Panowie będą chodzić w minimum krótkich spodenkach i koszulce z krótkimi rękawami. Na wielu lokalnych wyspach plaże zostały podzielone na te dla muzułmanów i te dla turystów. To oznacza, że najpiękniejsze z nich są zostawione dla turystów, a te „zwykłe” dla miejscowych. W końcu czymś trzeba przyciągać turystów… Na publicznych plażach możemy kąpać się z muzułmanami, ale ubrani w minimalny, wymagany strój, czyli mężczyzna musi mieć krótkie spodenki i koszulkę, a kobieta jednoczęściowy strój lub sukienkę, która będzie zasłaniać ramiona i nogi do kolan. Ktoś powie: ale ograniczenia, co to ma być? To jest element kultury malediwskiej i jeśli jesteś otwartym człowiekiem, to nie sprawi ci ona żadnych problemów, ponieważ najpiękniejsza plaża z rajskimi palmami i największą laguną należy właśnie do nas – turystów! Tutaj obowiązują europejskie zasady. Na lokalnych wyspach takie plaże miejscowi nazywają ‘bikini beach’ i po tej nazwie na mapach, np. z Google, poznamy, że nasza wyspa ma taką plażę.. Przystań i teren w jej pobliżu jest publiczny, więc będą nas obowiązywać zasady Islamu. Na szczęście nie musimy zakładać hidżabów i innych tego typu strojów. Po prostu czujemy się jak u nas w upalny letni dzień. Inna kwestia, to fakt, że na Fehendhoo nasz guest house ma swoje… prywatne plaże! To oznacza, że tam również możemy kąpać się po europejsku. Zaraz opowiem coś więcej… Inna zasada, jaka obowiązuje na wyspach niekomercyjnych to fakt, że kiedy wchodzisz do sklepu, musisz zostawić buty na zewnątrz. Do sklepu wchodzi się na boso. Z lokalnymi mieszkańcami witamy się prawą ręką i nie rozmawiamy o psach i wieprzowinie. Nie pokazujmy im zdjęć naszych pupili, nawet jeśli chcemy się nimi pochwalić, bo dla nich pies jest nieczystym zwierzęciem, jak świnia za czasów biblijnych Izraelitów. Na wyspie spotkałem tylko jednego kota. Z innych rzeczy, to w ciągu dnia i pod wieczór z pewnością usłyszymy donośne nawoływania na modlitwy. Mały meczet, wyglądający jak większy, biały domek z niebieskimi okiennicami, znajduje się zaledwie kilka domków od naszego guest house, więc usłyszymy wyraźnie nawoływania. Jest to z pewnością ciekawy element pobytu na wyspie. Dla fanów alkoholu niestety nie mam dobrych wieści, ponieważ ze względu na Islam, jest on zabroniony. Alkohol nabędziemy jedynie w hotelach i resortach dla turystów z zagranicy. W lokalnej wiosce alkoholu nie ma po prostu w sklepach. Ja nawet nie zaprzątałem sobie tym głowy, ponieważ nie piję alkoholu i nie przyjechałem na imprezy, ale do raju, gdzie będą piękne widoki oraz niespotykana cisza.

 
Miejscowi nawet kąpią się w swoich strojach

LUDZIE NA FEHENDHOO
Zastanawiasz się, co cię spotka na wyspie i jacy będą ludzie? Rozwieję twoje obawy już teraz. W niewielu miejscach spotkałem tak życzliwych i miłych ludzi. Urzekł mnie prosty sposób bycia mieszkańców wioski, ponieważ ich codzienne życie było podzielone na pewne czynności. Wcześnie rano wstawali, grabili opadłe liście i kwiaty z głównych, piaszczystych dróg pomiędzy domami. Później polewali drogę przy swoim domu z węża ogrodowego, żeby się nie kurzyło. Następnie jedli śniadanie. W dalszej części dnia jedni wypływali na ryby, inni zajmowali się hodowlą kóz. Po obiedzie, który na wyspie mają zazwyczaj o godzinie 12.00 (rozumiem ich, bo w upale nie chce się jeść, dlatego jedzą tak wcześnie obiady), kobiety idą na publiczną plażę przy przystani, gdzie huśtają się na specyficznych huśtawkach-hamakach, które zwisają z ogromnych drzew namorzynowych przy brzegu. Wszystkie kobiety ubrane są na czarno i mają założony czarny hidżab. A co jeszcze można powiedzieć o tutejszych ludziach? Przede wszystkim chcą z tobą rozmawiać! Nie tylko gospodarz zapyta cię o twój kraj, co robisz, jak ci się tu podoba, itp., ale nawet przypadkowo napotkani ludzie. Najważniejsze, że wszyscy są uśmiechnięci i każdy cię pozdrawia pomimo, że się nie znacie. Ich otwarte domy za dnia i w nocy wiele mówią o ich osobowości. Nie boją się innych ludzi, że ktoś zrobi im krzywdę, bo każdy się zna z każdym i wszyscy żyją ze sobą w zgodzie. Tutejsi ludzie są również bardzo pomocni i chyba z tego najbardziej ich zapamiętamy. Wystarczy, że pokażemy rękę poparzoną od słońca, a za chwilę jedna z kobiet gdzieś zniknie i przyniesie kawałek aloesu, obierze go nożem ze skóry i zacznie smarować oparzone miejsce.


Specyficzne hamaki na Fehendhoo

Jako, że na Fehendhoo nie występuje zjawisko masowej turystyki, miejscowi chcą ci pokazać coś innego. Np. kolega naszego gospodarza poszedł na naszą prywatną plażę z maczetą i otworzył nam stary, uschnięty kokos. W środku znajdował się bardzo dobry miąższ, który ściera się na wiórki. Polacy najwięcej używają ich do świątecznych wypieków. Najlepszy miąższ znajdziemy w uschniętym kokosie. Na wyspie Fehendhoo możesz zjeść taki miąższ dzięki chęci miejscowego człowieka. Również pokazał nam, co można zrobić z kokosem, z którego właśnie zaczęło rosnąć nowe drzewo, ale o tym będzie nieco dalej. Będąc na wyspie Fehendhoo musimy przestawić nasze myślenie i zacząć cieszyć się życiem. Jeśli rejon, w którym mieszkasz w Polsce powoduje, że często narzekasz, wszędzie musisz gonić za wszystkim i wiecznie nie masz czasu, to tutejsi ludzie pokażą ci swoim stylem życia, że nie wiele potrzeba do szczęśliwego życia. Przede wszystkim uśmiechajmy się do każdej napotkanej osoby, pozdrawiajmy każdego i najlepiej kiedy, to my wyjdziemy z inicjatywą. Pozdrawiaj nawet tych, którzy pracują przy murach i betoniarce. Wiesz jakie to jest miłe, gdy gospodarz o poranku grabi liście i kwiaty, a na twój widok rzuca swoje zajęcie i idzie z tobą do kawiarni, gdzie zaraz zjecie wspólne śniadanie? A same śniadania, obiady lub kolacje też nie są tylko obowiązkiem dla gospodarza. To pora, kiedy porozmawia z tobą, opowie ci o swoich przeżyciach, doświadczeniu, ale wypyta cię również o twój kraj i jak się tam żyje. Oni są bardzo ciekawi świata, tyle że nie myślą, żeby podróżować. Gospodarz bardzo dużo rozmawiał z nami i tradycją się stało, że co wieczór, po godzinie 21.00 piliśmy razem herbatę na otwartej przestrzeni naszego guest house’a o nazwie Fehendhoo Stay, a o 22.00 szliśmy razem na zupełnie ciemną, nieoświetloną plażę, gdzie podziwialiśmy kraby przy latarkach oraz świecący plankton w oceanie. Rozgwieżdżone niebo w takim miejscu to już prawdziwie górna półka! Z takich wspólnych wieczorów dowiedziałem się między innymi, że Naeem pracował w latach 1989-2014 w ośmiu resortach, a od 2014 roku prowadzi swój własny obiekt. Pokazał mi swoje CV. Doświadczenie więc miał ogromne. Wiedział, czego ludzie potrzebują. Najważniejsze, że jemu się chce i zrobi wszystko, żebyś wspominał jego wyspę jak najlepiej.

 
Naeem, jego czteroletni syn Michelle (rok 2019) oraz jego żona - Sarifa

Trudno nie wspomnieć o żonie gospodarza, która jest bardzo serdeczną i otwartą kobietą. Sarifa, bo o niej jest mowa, jest mistrzynią miejscowej kuchni i również przysiada się do nas, żeby porozmawiać. Jest zawsze uśmiechnięta. Warto okazać zainteresowanie jej daniami, ponieważ będzie chciała opowiedzieć coś więcej o tym, co przyrządza i nawet jednego dnia pod jej okiem sami zrobimy danie główne ze składników, które ona nam przygotuje. Sarifa zawsze pokaże nam ciekawe owoce, przyprawy, czy ryby, które będzie używać do naszych posiłków. Właśnie takie rozmowy i wymiany zachęt powodują, że zacieśniają się więzi i budujemy bardzo piękne wspomnienia. Zaczynasz się zastanawiać, czy w moim kraju nie mogłoby być tak samo? Po przyjeździe do Polski odczuwasz takie przygnębienie, bo znowu słyszysz przekleństwa, zdenerwowanie, frustrację, wydzieranie się matki po dziecku, bo znowu chce coś z półki sklepowej, czy spotykasz się z wyzwiskami na drodze… Takich sytuacji, można by wymienić znacznie więcej… Gospodarz guest house’a to nie jedyna ciekawa osoba, bo oprócz lokalnych mieszkańców, mieliśmy okazję poznać właściciela naszego obiektu wypoczynkowego. Jest nim Ali, który ma dwie żony i dziesięcioro dzieci. Jego żony są w całości ubrane na czarno i dodatkowo mają zakrytą całą twarz. Mają tylko wycięcie na oczy. Ten czarny strój nazywa się czador, a chusta z wycięciem na oczy to nikab. Na pierwszy rzut oka takie kobiety wydają ci się nieprzystępne i być może traktowane jak rzecz. W rzeczywistości, wystarczy usiąść w południe na otwartej przestrzeni w obiekcie, a zaczną z tobą rozmowę. One również są ciekawe innych ludzi i tego, jak żyją. Kiedy zobaczyły oparzenia na skórze od razu pobiegły po aloes rosnący gdzieś w pobliżu i zaczęły smarować oparzone miejsca na rękach. Sam właściciel ma takie samo nastawienie, jak Naeem – jest uśmiechnięty i rozmowny. Też stara się pokazać różne owoce, przyprawy i inne rzeczy, których my nie znamy.

 
Lokalna kobieta mieszkająca na Fehendhoo - przygotowuje aloes na poparzoną skórę dla nas oraz jedna z dwóch żon właściciela obiektu Fehendhoo Stay (ma założony czador i nikab)

 
Życie na Fehendhoo i rozmowa z drugą żoną właściciela Fehendhoo Stay


Bardzo częsty widok na wyspie


Dzieci właściciela Fehendhoo Stay (w roku 2019 miał dziesięcioro dzieci!)

 
Na przeciwko naszego guest house mieszka wielodzietna rodzina. Wystarczy popatrzeć na te małe buciki. Na Fehendhoo żyją w większości wielodzietne rodziny. Nasz gospodarz w roku 2019 miał czworo dzieci

FEHENDHOO – PRZYBYCIE NA MIEJSCE I OBIEKT FEHENDHOO STAY
Od pierwszego momentu poczułem, że na Fehendhoo będzie rewelacyjnie. Naeem kazał nam na początku zostawić bagaże na molo, zupełnie bez żadnej opieki, a my mieliśmy iść za nim. Dla Polaka to nie do pomyślenia, żeby zostawić swoje walizki w nieznanym miejscu ot tak sobie... Jak się później okazało, to zupełnie normalne, ponieważ tutejsi ludzie wszystko zostawiają na molo nawet na kilka dni i zabierają tylko wtedy, kiedy potrzebują danej rzeczy. Każdy dom na wyspie jest otwarty, a ludzie są bardzo serdeczni i uśmiechnięci. Na początku, jak na gospodarza przystało, jego gość musi być najedzony, dlatego zaprowadził nas do jedynej kawiarni na wyspie, będącej również lokalną restauracją, gdzie kazał nam usiąść przy stoliku. Klimat tego miejsca bardzo mi się spodobał, ponieważ czułem prawdziwe wiejskie życie. Nie zobaczyliśmy tu luksusów, marmurów, ani innych zdobień. Wszystko, co widzieliśmy było proste i takie miejscowe. Kilka drewnianych stołów, plastikowe krzesła, umywalka obita sklejką i dużo roślinności dookoła. Trzeba przyznać, że poziom higieny jest taki sam, jak u nas, więc nie ma żadnych obaw. Dodatkowo mamy do dyspozycji zewnętrzną umywalkę i mydło w płynie, więc możemy umyć ręce. Na początku żona gospodarza przygotowuje coś na wzór spaghetti, ale przyprawione malediwskimi przyprawami – takich z pewnością u nas nie dostaniemy.

Po zjedzeniu obfitego obiadu dostajemy soki oraz wodę. Później rozpoczyna się rozmowa z gospodarzem, który mówi o której godzinie przyjść na kolację. Po bardzo dobrym obiedzie poszliśmy z gospodarzem do guest house o nazwie Fehendhoo Stay wybrać nasz pokój. Walizki już stoją na korytarzu, bo w międzyczasie Ashik – pomocnik gospodarza zanosi je w trakcie naszego obiadu. Nie przywiązywałem do tego większej uwagi, dlatego wziąłem pierwszy pokój. Nic w nim nie brakowało – było bardzo czysto. Łazienka również była bardzo czysta i w kafelkach. Najbardziej zdziwiły mnie kurki do odkręcania wody. Mają ich zdecydowanie więcej niż my – Europejczycy. Dwa z nich wystają ze ściany i tyle… Nie widać żadnej rury, dlatego musisz spróbować o co chodzi. Druga sprawa, to elektryczny ogrzewacz wody, który jest zamontowany na wysokości 2,1m. Tam również znajduje się kurek do odkręcenia wody, która będzie ogrzana. Dla niskiej osoby będzie to z pewnością wyzwanie. To nie złośliwość właściciela obiektu, ale tak jest we wszystkich hotelach. Z ogrzewacza woda jest wyprowadzona wężem bezpośrednio na największy prysznic z ustawieniami strumienia wody. Obok mamy dostępne jeszcze dwa mniejsze – jeden ruchomy, a drugi na stałe przymocowany do ściany, służący do polewania z góry. W ubikacjach nie ma szczotki do czyszczenia toalety. Jest za to malutki prysznic z kurkiem wystającym bezpośrednio ze ściany. Z tego małego prysznica leci woda o podwyższonym ciśnieniu i służy ona do czyszczenia toalety. Przyznam, że pomysł jest bardzo ciekawy, bo higieniczny i przede wszystkim bardzo szybki. Drugi samotnie wystający kurek ze ściany zakręca dopływ wody do pryszniców zawieszonych na ścianie. Polecam wypróbować wszystkie prysznice i kurki, żeby wiedzieć jak to działa. Trzeba pamiętać, że w obiekcie tylko dwa pokoje mają okna na zewnątrz, a trzy kolejne mają okna na korytarz wewnętrzny. Z drugiej strony okno ci się nie przyda, bo w pokoju jest klimatyzacja i kiedy otworzysz okno poczujesz nagłe uderzenie wilgotnego gorąca. Z drugiej strony, ze względu na temperatury, nie będziesz przebywać w pokoju w ciągu dnia. W nocy jest 27’C, a w ciągu dnia 31-32’C.

Guest house Fehendhoo Stay

Obiekt ma dużo ciekawej zewnętrznej przestrzeni z siedzeniami i huśtawką. Jest bardzo czysto i przede wszystkim egzotycznie, bo siedzimy na wykafelkowanych ławkach owiniętych plecionymi matami przy palmach kokosowych. Przy recepcji jest dużo miejsca, gdzie zazwyczaj pije się herbatę. To również otwarta przestrzeń, tyle że z góry jest zadaszona plecionymi matami. Przy drugim wejściu do obiektu mamy dodatkowo zewnętrzny prysznic z kranem u dołu, gdzie możemy opłukać nogi, albo obmyć się cali po kąpielach nad jedną z plaż. Mogłoby się wydawać, że Fehendhoo jest wyspą, więc będzie duży problem z wodą. Tutaj jest zupełnie inaczej. Wody nie brakuje i leje się ją codziennie kilka razy dziennie na główną drogę, żeby się nie kurzyło. Woda pochodzi z odsalania wód oceanicznych, stąd mamy jej nieograniczoną ilość. Odsalanie nie jest oczywiście tak dobre, żeby woda nadawała się do picia (czuć lekko słony smak), bo taki proces kosztuje krocie i zużywa mnóstwo energii, ale do mycia taka woda jest idealna, stąd higiena stoi na najwyższym poziomie. Za prysznicem znajduje się wąskie przejście prowadzące do… pralki na dworze, rozciągniętych sznurów na pranie, stojaka na 6 wędek Naeem’a i kapoków oraz sprzętu do snurkowania. Pranie mamy za darmo. Automatyczną pralkę włączamy sobie sami. Proszek mamy do dyspozycji w dużych ilościach. Zdziwiłem się, ile oni sypią go do pralki. Prawie, jak piasek do betoniarki... Brakuje tylko żeby wsypywali go łopatą…

  
  
Otwarta przestrzeń w Fehendhoo Stay


Obiekt Fehendhoo Stay widziany z drogi głównej


W środku Fehendo Stay

 
Fehendhoo Stay widziany z drogi głównej

Po zakwaterowaniu, zanim pójdziemy spać po długiej podróży gospodarz pokaże nam atrakcyjne plaże i powie, gdzie można kąpać się w bikini, a gdzie lepiej tego nie robić. W pokoju hotelowym, na ścianie, mamy wywieszoną informację, jaki jest właściwy ubiór na terenach publicznych (mężczyźni przynajmniej krótkie spodenki i krótka koszulka, a kobiety sukienka do kolan). Dodatkowo nie można ściskać się i całować w miejscach publicznych, chcąc np. wyrazić miłość. Na początku idziemy zobaczyć główną, publiczną plażę z przepiękną laguną i widokiem na wyspę, z której przypłynęliśmy – Goidhoo. Laguna jest tak cudowna, że po przejściu całej plaży można iść jeszcze długim, piaszczystym cyplem, wcinającym się w głąb laguny, skąd mamy niesamowite widoki. Drugie miejsce, to okolice przystani. Tutaj mamy szeroką plażę i potężne drzewa namorzynowe. To przy molo głównym jest największe – jego pień, składający się z setek korzeni ma aż 7 metrów średnicy!!! Człowiek jest przy nim taki malutki! Na wprost molo widzimy małą wysepkę. Na jej wysokości widać wyraźne niebieskie oko, czyli krystalicznie czystą, turkusową wodę w kształcie wielkiego oka. Dookoła niego możemy podziwiać piękną rafę koralową. Jeśli umiesz pływać, warto popłynąć tam wpław (około 200m) i pokrążyć w niebieskim oku. Drogę powrotną na brzeg ułatwi ci prąd morski, który powoli będzie „wyrzucał” cię na brzeg. Warto wtedy wyciągnąć podwodne GoPro i utrzymywać się nieruchomo na powierzchni wody. Można wtedy nakręcić film, jakbyś skanował dno… Kolejne plaże, jakie poznamy to… prywatne plaże.

   
Publiczna plaża odległa o 100m od naszego guest house i laguna przy plaży z widokiem na wyspę Goidhoo

Przystań w Fehendhoo i widoczne 'niebieskie oko' po lewej stronie małej wysepki w oddali

 
Olbrzymie drzewo przy przystani

Pokoje z Fehendhoo Stay mają swoje prywatne plaże, dlatego polecam zapoznać się z ich położeniem. Naeem zaprowadzi nas do tropikalnego lasu, gdzie nie ma żadnych komarów, much, ani pająków. W dwie lub trzy minuty przejdziemy całą wioskę. W lesie musimy liczyć ścieżki skręcające w lewo. Druga i trzecia jest nasza. Tutaj możemy skręcać i iść na nasze plaże. Nie ma się co obawiać. Wędrówka przez las to nie więcej niż 100 metrów spacerkiem, a ścieżka prowadząca na prywatną plażę, to zaledwie 20 metrów wśród palm kokosowych. Jeśli nie mamy pewności, gdzie rozpoczyna się pierwsza ścieżka, to powiem, że przecina ją pochylona palma kokosowa (omawiana plaża należy do obiektu Fehendhoo White Lagoon). Nasze plaże są urokliwe i mamy gwarancję, że będziemy na niej TYLKO my! Plaża nr 1 ma dodatkowo czerwony kajak, dzięki czemu, można zrobić sobie dodatkowe, ciekawe wycieczki po okolicy, a nawet opływając całą wyspę – bo kto ci zabroni? Ja wypłynąłem w przeciwną stronę aż do sand banku, który miejscowi nazywają To-Fa, a umiejscowiony jest pomiędzy wyspą Fehendhoo, a Fulhadhoo. Druga plaża jest przygotowana dla rodziny z dziećmi, ponieważ do dyspozycji mamy więcej leżaków i siedzeń. Obie znajdują się w odległości około 25m. Po pokazaniu wszystkich plaż obowiązkowo musimy poznać jeszcze wioskę. Jest niewielka, dlatego gospodarz pokaże nam najważniejsze punkty, takie jak przychodnia (gdyby była taka potrzeba, to idziemy tam z gospodarzem), sklep z podstawowymi artykułami, meczet, generator prądu, czy też boisko do gry w piłkę. Pomimo tak małej wyspy i wioski miałem wrażenie, że jest samowystarczalna. Po zdobyciu kilku przydatnych informacji możemy położyć się spać, bo z pewnością dopadł nas jet lag, czyli rozregulowanie dobowego rytmu organizmu wynikające ze zmiany strefy czasowej w krótkim czasie (w naszym przypadku w kilka godzin zmieniamy cztery godziny do przodu).

 
Prywatna plaża z kajakiem

Prywatna plaża z kajakiem i widok na ocean

Dwie prywatne plaże należące do Fehendhoo Stay widoczne z poziomu wody

Druga prywatna plaża Fehendhoo Stay dla rodzin

 
Meczet na Fehendhoo

A co jemy w Fehendhoo Stay? Sam obiekt nie ma własnej restauracji, dlatego chodzimy kilkadziesiąt metrów, do jedynej kawiarni na wyspie. Prowadzi ją Naeem, więc czujemy się jak u siebie. Jego żona, Sarifa, przygotowuje nam bardzo pyszne posiłki. Jesteśmy na lokalnej wyspie, dlatego nie nastawiajmy się na bogate menu, ponieważ śniadania, obiady i kolacje robi się głównie z tego, co jest dostępne na wyspie. Nie trudno się domyśleć, że głównym składnikiem dań będą ryby lub inne owoce morza. A coś typowo malediwskiego? Z pewnością jest coś, co zapamiętamy na długo! To pyszne placki malediwskie, które są serwowane na śniadanie. Są bardzo dobre, lekkie i pożywne. Najemy się nimi do oporu, ale nie poczujemy się ociężali. Placki robione są z owoców z drzewa chlebowego, a równolegle Sarifa przygotowuje lekko suche mięso z tuńczyka. Łyżką lub gołymi rękoma wsypujemy garść suchego tuńczyka (mięso jest rozdrobnione na wiórki). Placek składamy na cztery lub rolujemy. Do jednego z nich Ashik przynosi dodatkowo jajko sadzone. Kładziemy je na placek, wsypujemy garść tuńczyka i wszystko rolujemy. Może pomyślisz, jak smakują placki z tuńczykiem?... Są pyszne! Codziennie będziesz chciał je jeść. Do placków dostajemy pokrojoną papaję na talerzu oraz sok owocowy i wodę, gdybyśmy chcieli go rozcieńczyć. Na obiad lub kolację będziemy mieli okazję zjeść kartofle, ryż lub spaghetti z kolejną rybą i sałatkami warzywnymi. Tym razem będzie to wahoo. Kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy tej ryby, chcieliśmy jeść ją częściej na kolację, bo ma niepowtarzalny, delikatny smak i jest bardzo miękka. Ości są bardzo grube i rozmieszczone równo, co 1cm, więc nie ma ryzyka przegapienia mniejszych ości. Dla Naeem'a 'załatwienie' tej ryby nie jest żadnym problemem, bo przecież ma dostępne nieograniczone wody oceanu. On wie, gdzie wyłowić te ryby. Zresztą jest zawodowym wędkarzem i pokazał nam nawet sześć wędek, którymi się posługuje. Jednego dnia mieliśmy nawet okazję zobaczyć, jak przyniósł wiaderko złowionych ryb. Na Malediwach ryby łowi się szybko, nie tak, jak emeryci nad polskimi stawami, bo po prostu ich tam nie ma.  Jeśli ktoś lubi, na śniadanie może zamówić sobie angielskie śniadanie. Myślę, że nie po to przylatywaliśmy tyle kilometrów, żeby jeść to, co u nas jest łatwo dostępne. Lepiej przerzucić się na ryby prosto z oceanu. Kolejną pyszną potrawą jest ryż z malediwskimi przyprawami (morangi - taką nazwę własną usłyszałem oraz drumstick - angielska nazwa drugiej przyprawy) i tuńczykiem z zupy rybnej. Jednego dnia przygotowujemy własnymi rękami to danie, żebyśmy jeszcze bardziej zapamiętali Fehendhoo. Do ugotowanego ryżu wsypujemy rozdrobniony tuńczyk z zupy rybnej i posypujemy obiema, wymienionymi przyprawami. Na koniec to wszystko polewamy zupą rybną i mieszamy wszystkie składniki. Danie jest po prostu pyszne! Uznaliśmy je za nr 1 na Malediwach. Do kolacji jest podawany rosół. Nie taki, jak my znamy w Europie, ale taki prawdziwie malediwski. Również w zupie będzie pływać makaron, ale przyprawiona jest ziołami, które występują na tutejszej wyspie, dlatego smak jest zupełnie inny. Porcje zawsze są duże i na pewno się najemy do syta. W większości przypadków ostatnie kęsy zjadaliśmy już na siłę. Chociaż na wyspie serwują tylko sześć dań, to w zupełności one wystarczają pod względem rozmaitości i smaku. Pod względem jakości dań, sposobu podania i obsługi wystawiłbym tej jedynej i skromnej restauracji/kawiarni najwyższą ocenę. Czujemy się naprawdę 'swojsko'. Wszyscy, którzy przybywają na Fehendhoo przychodzą tutaj i zamawiają dania na konkretne godziny. Podczas naszych wakacji, zdarzyło się, że na wyspę przyjechali politycy z rządu malediwskiego, w celu przeprowadzenia kampanii wyborczej (wybory odbyły się 6 kwietnia 2019 roku). Przez trzy dni jedli te same śniadania, obiady i kolacje, co my i mieliśmy okazję siedzieć obok nich. Codziennie przychodzili elegancko ubrani 'pod krawatem', a wszyscy witali się, jakbyśmy znali się od dawna...


Malediwskie placki z owoców z drzewa chlebowego i z tuńczykiem. Placki przegryzamy papają.


Kawa po śniadaniu


Owoc drzewa chlebowego

 
Śniadanie w kawiarni. Jak zauważysz, pod stołem nie ma podłogi. Chodzimy po piasku.

 
Lokalne ogłoszenie w kawiarni po malediwsku oraz dania, które są tutaj przygotowywane. Jeśli jesteśmy z rodzaju 'gluten free', to musimy być świadomi, że potrawy będą głównie lokalne z dużą ilością ryb


Naeem 'załatwi' od ręki każdą ilość ryb... Prosto z oceanu...

 
Lokalny rosół


Sycąca ryba wahoo na kolację


Chipsy, a raczej prażynki, które są podawane do każdego sosu. Są przepyszne!


Kolacja o godzinie 19.00 - przypiekane kartofle, kurczak i sałatka z kapusty (jedyne danie obiadowe, które nie jest lokalne)


Bardzo pyszne ciasto. Gdyby tylko u nas takie robili...


Sos z kawałkami kurczaka, który jemy z prażynkami


Makaron z jajkiem przyprawiony malediwskimi przyprawami - jest bardzo dobry

FEHENDHOO – ATRAKCJE I WYCIECZKI
To chyba najważniejsza część całego artykułu – jak aktywnie spędzić czas na Fehendhoo i w okolicach tej wyspy. Widziałem jak inni ludzie odpoczywali na wyspie lub sąsiednich wyspach i stwierdziłem, że albo są mało aktywni, albo nie mieli pomysłu na swoje wakacje. A może odpowiadało im leniuchowanie?... Tego nie wiem. Ja postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Jeszcze w Male Dorota powiedziała mi, że gospodarz Naeem ma swoją małą łódź, Wystarczyło z nim porozmawiać, a on zawiózł nas w każde miejsce. W trakcie oprowadzania po wyspie zapytał, czy chcemy zobaczyć coś więcej. Ja odpowiedziałem, że tak. Wymieniłem mu, co chciałbym zobaczyć i jakie mam pomysły. Kiedy nadszedł czas kolacji, Naeem przyszedł z kalendarzem biurowym i zanotował wszystkie moje uwagi. Napisał nawet godziny, kiedy może mnie zabrać i kiedy możemy wrócić na Fehendhoo. Trzeba pamiętać, że w godzinach od 11.00-14.00 jest tak intensywne słońce, że w omawianym przedziale czasowym nie zaczyna się wycieczek. O godzinie 10.00 zazwyczaj gospodarz odbiera nowych turystów z Goidhoo. Z tego powodu wycieczki rozpoczynają się o godzinie 9.00 lub 9.15. Dla mnie to idealna pora, ponieważ jest jeszcze wcześnie i światło do zdjęć jest idealne. Na czas największego słońca najlepiej wejść w całości do wody. Po ustaleniu rodzajów wycieczek, razem umawiacie się na ceny. Jako, że wszystko mi odpowiadało, rozplanowałem wszystko, co miałem w głowie tak, żeby zobaczyć jak najwięcej. Wiedziałem, że mój plan musi się udać!

Lista moich wycieczek wyglądała tak (płatne po dogadaniu z gospodarzem):
1. SNURKOWANIE I SAND BANK FAREEDHAAFINOLHU (przez miejscowych nazywany To-Fa)
Snurkowanie na rafach koralowych, nagrywanie podwodnych filmów, przybycie na sand bank To-Fa w kształcie litery „S” na środku laguny, opłynięcie wyspy Fehendhoo i pływanie w głębokich wodach, gdzie można zobaczyć manty i żółwie morskie.

2. RESORT FINOLHU
Wyjazd do resortu Finolhu na wyspie o takiej samej nazwie, odległego o około 13km od Fehendhoo. Dla kontrastu, chciałem zobaczyć bogate Malediwy na prywatnej wyspie z hotelem all inclusive i domami na balach. Na wyspie mamy wykupiony pakiet z obiadem i napojami.

3. SAND BANK RAHKAIRIFINOLHU
Popłynięcie na sand bank za wyspą Fulhadhoo, gdzie w jednym ciągu mamy cztery sand banki. Kończy je malutka, bezludna wysepka z drzewami. Wszystkie sand banki otacza niesamowita laguna, gdzie możemy zobaczyć 50cm rekiny i inne ryby. Na piaskową wysepkę zabieramy ze sobą leżak i parasol, żeby osłonić się przed słońcem. Dodatkowo zabieramy ze sobą obiad, który zjemy na liściu bananowca. Główną atrakcją będzie pływanie i podziwianie pięknych widoków

4. WYSPA FULHADHOO
To druga rajska wyspa, którą koniecznie chciałem zobaczyć. Słynie przede wszystkim z pięknej palmowej alei, niesamowitego lasu tropikalnego, bajecznej plaży z widokiem na ciąg sand banków i bardzo dużą lagunę oraz z pięknej wioski ze szkołą podstawową i meczetem.

5. POSZUKIWANIE PŁASZCZEK
Wypłynięcie na głębiny w poszukiwaniu mant lub płaszczek, pływanie w wodach średniej głębokości (5-10m) w celu zobaczenia bardziej rozbudowanej rafy koralowej, pływanie w niebieskim oku przy wysepce na wprost od przystani Fehendhoo, nieplanowane łapanie ośmiornicy.

I mniejsze wycieczki, które są związane z naszą wyspą, które organizujemy sobie sami (te są bez opłat):

1. FEHENDHOO NOCĄ
Podziwianie życia nocnego na plaży (setki krabów i świecący plankton) oraz widok na naszą Galaktykę, podziwianie nocnego nieba pełnego gwiazd.

2. PŁYWANIE KAJAKIEM
Pływanie kajakiem w rejonie sand banku To-Fa i poszukiwanie płaszczek.

3. BIKINI BEACH
Przejście całego lasu tropikalnego na Fehendhoo, podziwianie niesamowitej plaży na końcu wyspy (bikini beach) wraz z cudowną laguną z widokiem na wyspę Fulhadhoo. Pływanie w lagunie.

Jeśli mówimy o wycieczkach, to ile ludzi, tyle pomysłów – najważniejsze, żeby zobaczyć jak najwięcej a przy tym być aktywnym. W końcu będzie trzeba dużo pływać. Dodatkowo można zgłosić się na nurkowanie głębinowe, gdzie przejdziemy specjalne szkolenie pod okiem zawodowych nurków (szkołę nurkowania Aqua Blue prowadzi profesjonalne małżeństwo: Niemiec i Japonka). Można też popłynąć na wyspę Goidhoo, ale z relacji Doroty wiedzieliśmy, że nie jest to ciekawa wyspa. Jedyną atrakcją może być tam jezioro, gdzie żyją kraby. Sam zbiornik wodny jednak nie jest szczególnie atrakcyjny, więc odpuściłem sobie ten punkt programu. Zależało mi głównie na egzotycznych widokach z palmami i pięknymi lagunami, czyli to, co cieszy oczy najbardziej.
Poza planowanymi wycieczkami i atrakcjami z pewnością będziesz mógł posmakować ciekawych rzeczy na Fehendhoo, o których opowie ci Naeem z jego żoną Sarifą. Nawet będziesz miał jeden dzień, kiedy przygotują składniki, a ty będziesz przyrządzać swój obiad gołymi rękoma bez żadnych sztućców i sprzętów. To są wspaniałe rzeczy, które budują piękne wspomnienia.

WYCIECZKI WYMYŚLONE PRZEZE MNIE – JAK WYGLĄDAŁY?
1. SNURKOWANIE I SAND BANK FAREEDHAAFINOLHU
Jeśli nie umiesz pływać, to nie jest żaden problem, ponieważ na rafy koralowe wypływamy na płycizny, gdzie wodę mamy do wysokości pasa. Z naszego obiektu zabraliśmy kamizelki do pływania, płetwy na stopy, jeśli ktoś chciał, okulary z rurką do snurkowania i przede wszystkim podwodną kamerę. Z przystani w Fehendhoo wypłynęliśmy rano do pierwszego, jasnego, niebieskiego oka, widocznego po lewej stronie wyspy, gdzie widać ciemne plamy. Te plamy to koralowce. Z poziomu łodzi nigdy bym nie domyślił się, że tutaj występuje bogate i kolorowe życie podwodne. Z małej łodzi, którą Naeem zatrzymał w miejscu, gdzie widać piaszczyste dno, mogliśmy zeskoczyć do laguny bezpośrednio z burty. Woda sięgała nam tylko do poziomu pasa. Koralowce są dość ostre i łatwo można skaleczyć stopy, dlatego w miejscu, gdzie widać piaszczyste dno Naeem pokazał nam, żeby ubrać kamizelkę, a jedną z nich dodatkowo rzucić rozłożoną na powierzchni wody. Kiedy położyłem się na niej, mogłem swobodnie unosić się na wodzie. Dzięki temu przepływałem nad koralowcami i je podziwiałem. Wszystko wydawało mi się takie martwe, ale kiedy założyłem okulary i zajrzałem pod powierzchnię wody, zdziwiłem się, jakie ławice kolorowych ryb pływały wokół nas! Wszędzie krążyły ryby o wielkości 10-15cm z niebieskim okiem w tylnej części ciała, które były ciekawskie. Szczególnie podpływały do kamery i zaglądały do mojego podwodnego oka. Jeśli jedna ryba skończyła obserwacje, to za chwilę podpływała druga i również patrzyła, co się dzieje. Najważniejsze, żeby się nie ruszać, a jedynie unosić na powierzchni wody przy pomocy kamizelki. Teren z rafą koralową jest bardzo duży, dlatego co kilka minut zmienialiśmy „ciemną plamę” na powierzchni wielkiego, niebieskiego oka, żeby zobaczyć coś innego. Trzeba przyznać, że podwodny świat jest niesamowity! Mówię to ja – osoba, która pierwszy raz wypłynęła na rafę koralową. Od molo w Fehendhoo do tego oka mamy około 400m odległości.

  
Ciekawskie ryby zaglądające do obiektywu

   
Snurkowanie na bardzo płytkich rafach - tutaj pływają całe ławice ryb

Po nacieszeniu oczu wspaniałymi, podwodnymi widokami, przyszedł czas na drugą atrakcję – sand bank Fareedhaafinolhu w kształcie litery „S”. Znajduje się on 420m od zachodniego końca naszej wyspy Fehendhoo, licząc od najbardziej wysuniętego punktu tropikalnego lasu (dla mniej obytych w kierunkach na mapie – najdalej wysunięty punkt, gdzie możemy zajść na tej wyspie). Z rafy koralowej podpłynęliśmy tam w dwie minuty. Już sam widok żółtej wyspy na tle turkusów jest po prostu niesamowity! Takie piaskowe wysepki dosłownie błyszczą, jak drogocenne klejnoty. Kiedy podpłynęliśmy do tego sand banku, wysiedliśmy z łodzi i zaczęliśmy iść z jednego końca na drugi, gdzie odległość jest nie większa niż 30m. Czułem się tutaj zupełnie zrelaksowany, ponieważ staliśmy na środku małej wysepki, położonej na środku bajecznej laguny. Trudno było opuszczać to miejsce, ponieważ krystalicznie czyste wody lekko muskały brzegi sand banku. Widok przezroczystych, turkusowych fal jest tam po prostu niesamowity! Co jest ciekawe, to na wysepce znajdziemy pojedyncze, małe dziury na powierzchni. Żyją w nich małe kraby, które wyjdą w nocy na żer. Ze wszystkich miejsc na naszym atolu sand bank To-Fa uważam za najpiękniejszy. Po prostu byłem zauroczony tym miejscem. Krótki pobyt na wysepce pozwala zrobić bardzo ciekawe zdjęcia, oraz zobaczyć pewne zjawisko. Zarówno przed, jak i za wyspą Fehendhoo i podobnie przed, jak i za wyspą Fulhadhoo ciągną się bajeczne laguny. Ich turkusowe wody odbijają tak silnie światło, że na błękitnym niebie pojawia się jasnoniebieska, okrągła poświata, która jest widoczna gołym okiem. Najbardziej niesamowity jest fakt, że w środku upalnego dnia,, kiedy mamy niebieskie niebo, widać świetlną, jasnoniebieską łunę. Jak musi być silne to odbite światło, żeby na niebie zaznaczyła się okrągła łuna? Będąc w różnych miejscach na terenie atolu Baa, wszędzie podziwiałem to niezwykłe zjawisko. Po krótkiej wizycie na sand banku popłynęliśmy po drugiej stronie wyspy Fehendhoo tam, gdzie są głębsze wody (około 7-10m). W tym rejonie zobaczyliśmy żółwia morskiego i kolorowe ryby pływające w pobliżu raf koralowych. Szkoda, że akurat wtedy nie płynęły manty lub inne płaszczki. Mimo wszystko wycieczkę zaliczyłem do bardzo udanych, obfitującą we wspaniałe widoki. Dodatkową atrakcją jest przepiękny widok na końcową część wyspy Fehendhoo, kiedy płyniemy łodzią, przecinając wielką, turkusową lagunę. W trakcie rejsu mamy możliwość wykonania naprawdę dobrych i profesjonalnych zdjęć. Myślę, że warto zobaczyć, jak wygląda nasza wyspa z poziomu wody i z różnych stron. Na pewno będą to widoki, których z poziomu lądu nie zobaczymy.

  
Charakterystyczne 'niebieskie oko', gdzie snurkujemy na rafach koralowych 400m od przystani Fehendhoo

 
Jasnoniebieska poświata - światło słoneczne jest odbijane od płytkich lagun

         
Sand Bank Fareedhaafinolhu zwany przez miejscowych To Fa, oraz widok z niego na Fehendhoo

2. RESORT FINOLHU
Druga wycieczka na moim ‘rozkładzie jazdy’, miała na celu zobaczyć coś, co jest charakterystyczne dla Malediwów – resort z domkami na balach. Być na Malediwach i nie zobaczyć domków na balach, to by było trochę nie do pomyślenia. Zależało mi na tym, żeby odwiedzić jeden z resortów i zobaczyć, jak wyglądają Malediwy „na bogato”. Sprawa wygląda tak, że dałem znać Dorocie przez Whatsapp’a, że chcę popłynąć do resortu. Ona pisze maila do prowadzących cały kompleks turystyczny i jeszcze tego samego wieczoru dostaje mailowe potwierdzenie. Wówczas zgłasza to Naeem’owi i umawiamy się na godziny wypłynięcia i powrotu z Finolhu. Jako, że do przepłynięcia mamy 13km w jedną stronę, to musimy nastawić się na 25-30min rejs poprowadzony przez głębokie wody oceanu. Naeem nie potrzebuje nawigacji, ponieważ wystarczyło wypłynąć pod kątem 15’ na lewo od niebieskiej linii wody z przystani w Fehendhoo, albo przyjąć azymut 345’. Nawet z naszej wyspy widać zarysy wyspy Finolhu i sąsiadujących z nią wysp, stąd nawet nie trzeba mieć wiedzy na temat położenia i danych geograficznych, żeby tam dotrzeć. Wystarczyło płynąć w linii prostej do wyspy, którą widzimy przed sobą. Rejs przez głębokie wody oceanu jest ciekawy, ponieważ mamy dużą szansę zobaczyć delfiny i latające ryby. Mieliśmy okazję spotkać zarówno delfiny, jak i latające ryby. Ciekawostką resortu i konkretnie tej jednej wyspy o nazwie Finolhu jest fakt, że ma swoją indywidualną strefę czasową! Wskazówki zegarów przesuwamy do przodu aż o dwie godziny! Względem malediwskiego czasu wskazówki mamy przesunięte o dwie godziny, a względem polskiego czasu – o sześć godzin. Po dopłynięciu w rejon resortu Naeem zadzwonił do recepcji hotelu, żeby poinformować, że już się zbliżamy. Kiedy dopłynęliśmy do przystani, przywitało nas dwoje ludzi: menadżer resortu i ktoś z obsługi hotelowej. Na początku omówił nam, co jest na wyspie, gdzie można zjeść obiad, oraz jaką mamy strefę czasową.

Na końcu powiedział, że zanim odpłyniemy, musimy zgłosić się na recepcję, żeby zapłacić za wykupiony pakiet, który wcześniej ustaliłem z Dorotą (pobyt w godzinach 12.00-18.00 tutejszego czasu, czyli 10.00-16.00 malediwskiego czasu + obiad w wersji all inclusive + nieograniczone napoje). Taka opcja odpowiadała mi najbardziej, ponieważ drugi pakiet dotyczył tego samego, tyle, że pobyt trwał do północy. Z wiadomych względów powrót o tej porze na Fehendhoo jest niemożliwy, bo kto w środku nocy popłynie przez ocean małą łodzią? Kolejny pakiet, to była wersja rozbudowana, czyli śniadanie, obiad i kolacja w pełnej wersji. Czy tak naprawdę tego potrzebowaliśmy? Zdecydowanie nie. Głównym celem jest zobaczenie, jak wygląda malediwski resort z domami na balach i jaki panuje tu klimat. Z tego względu wybrałem pierwszy pakiet z obiadem. Menadżer obiektu pokazał nam najpiękniejsze dwie plaże, na których warto spędzić trochę czasu. Początkowo zaprowadził nas do miejscowego baru, gdzie mogliśmy napić się zimnych napojów. Później mieliśmy czas wolny dla siebie. Na początku przeszliśmy główną ścieżką, łączącą restaurację ze wszystkimi domkami. Przyznam, że tutaj bardzo ładnie rozplanowali przestrzeń, ponieważ domki na wyspie nie były widoczne. Znajdowały się w tropikalnym lesie i prowadziła do nich tylko wąska, piaszczysta ścieżka. Do każdego domku osobna ścieżka. Dachy chat są wykonane ze strzechy, co dodawało klimatu temu miejscu. Nieco dalej, po lewej stronie, znajdowały się chaty położone tuż przy plaży. Pokój z widokiem na ocean jest oczywiście droższy. Ostatnia opcja, jaką możemy wybrać, to pobyt w domku na balach. Nie trudno się domyśleć, że taka wersja jest najdroższa. Decydując się na pobyt w resorcie, musimy liczyć się z kosztami około 10.000 zł lub więcej za tydzień, jeśli chcemy mieć swój własny domek na balach. Tyle, że definicja tygodnia resortowego z biura podróży oznacza pięć pełnych dni, a dwa kolejne przeznaczone są na dojazdy do i z resortu… To chyba główny powód, dla którego warto zorganizować coś na własną rękę. Turyści mieszkający w resorcie mają w ofercie możliwość wyjazdu na lokalną wyspę z małą wioską, żeby podpatrzeć prawdziwe życie ludzi żyjących na Malediwach. My mamy to na co dzień. Patrząc z drugiej strony, my mamy ofertę wyjazdu do resortu…, więc punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Resort Finolhu

A jak my wykorzystaliśmy nasz czas w resorcie? Przede wszystkim skupiliśmy się na poznaniu całego terenu, jego zagospodarowania oraz na odpoczynku na bajecznych plażach. Pierwszym punktem obowiązkowo było przejście molo łączącym wszystkie domki na balach. Domy ustawione są w trzech skupiskach, a pomiędzy każdym z „osiedli” znajduje się rondo z przystankiem dla meleksa. Można nim podjechać na sam koniec molo, do trzeciego „osiedla”, a później z powrotem. W jedną stronę poszliśmy pieszo, żeby zrobić zdjęcia domków oraz przystanków nad powierzchnią wody oraz palm, które tutaj rosły. Każdy domek miał swoje prywatne zejście do laguny. Dodatkowo z ronda można zejść do laguny przy pomocy wysokiej drabinki, umocowanej na stałe. Tuż przed wejściem na molo rozpoczyna się bajeczna, piaszczysta plaża, za którą rosną wysokie palmy. Najwięcej ludzi wybiera tę plażę na wypoczynek. Mówiąc „najwięcej ludzi” mam na myśli 6-7 osób. Nigdzie na terenie resortu nie widać tłumów. Więcej turystów upodobało sobie basen i zacienione tereny – szczególnie bar z napojami. Spędzając tam kilka godzin, widziałem, jak ludzie wykorzystują swój czas. Pomyślałem, że wydali tyle pieniędzy, a głównie siedzą w barze z widokiem na basen. Przestrzeń w resorcie jest mocno ograniczona, bo na samej wyspie w lesie wybudowano chaty z pokojami dla gości, przy jednej z plaż wybudowano kolejne chaty, a za bajeczną plażą rozciągały się trzy „osiedla” domów na balach. Na wyspie można znaleźć tylko dwa spokojniejsze miejsca – plaża z palmami z widokiem na domy na balach, oraz bardzo długa, piaszczysta plaża, ciągnąca się daleko w stronę małej wysepki, widocznej za barem. Omawiana plaża jest równie piękna, ale palmy występują tylko na samym początku. Dalej nikt się nie kąpie, ponieważ słońce parzy zbyt mocno. Długa plaża służy jedynie jako bardzo dobry plener do zdjęć.


Domy na balach na Finolhu

   
Domy na balach na Finolhu

   
Plenerowa plaża

     
Plaża z palmami z widokiem na domy na balach


Na plaży z palmami

Zastanawiałem się nawet, ilu z przebywających gości w resorcie wymyśliło sobie jakieś wycieczki, żeby coś więcej zobaczyć… Z opowieści Doroty wiemy, że w resortach mniej starają się niż miejscowi, ponieważ oni na co dzień obsługują większe grupy ludzi, a miejscowi chcą pokazać to, co najlepsze. Słyszeliśmy o przypadku, gdzie grupa pojechała podziwiać rekina wielorybiego, ale przez 3 godziny nie mogli na niego trafić. Miejscowy gospodarz z lokalnej wyspy nie poddał się i powiedział: „spróbujemy jeszcze godzinę”. Tak bardzo zależało mu na dotrzymaniu słowa, że jego dotrzymał. Wszyscy biorący udział w tej wycieczce zobaczyli rekina wielorybiego. Mam wątpliwości, czy w resorcie takie coś miałoby miejsce, ponieważ hotele są nastawione na zysk. Jest określony czas i jest określony zysk – wszystko musi się zgadzać. Dla ciekawostki powiem, że obiad, który zjedliśmy w tutejszym resorcie kosztowałby nas po 75 USD za osobę. Rozmawiałem z dziewczyną spotkaną w naszej restauracji na Fehendhoo, która pytała się mnie o wyjazd do resortu, ponieważ otrzymała ofertę wyjazdu, gdzie jej grupa musiała zapłacić 75 USD/osobę za samo prawo wstępu na wyspę. My za 115 USD mieliśmy wykupione prawo wstępu, pełen obiad i nieograniczone napoje. Myślę, że nasza wycieczka była o wiele lepsza niż tej dziewczyny, która próbowała załatwić sobie wszystko na własną rękę. To, co oprócz bajecznych widoków na wyspie Finolhu mi się jeszcze podobało, to był sam odpoczynek na plaży z palmami. Kiedy zostawiliśmy nasze rzeczy pod palmami, przyleciał czarny ptak, podobny do naszych gawronów. Usiadł na gałęzi w odległości około 2m od nas i cały czas wydawał z siebie dźwięki. Nawet jak poszliśmy do wody, to przeskoczył na bliższą gałąź i dalej krzyczał w naszą stronę. Stwierdziliśmy, że pilnuje naszych rzeczy, bo nawet po godzinnej kąpieli ptak nie odpuszczał. Tylko przyglądał się nam, nawet gdy podeszliśmy bardzo blisko.

Będąc na Finolhu, zastanawialiśmy się, gdzie byłoby nam lepiej – tutaj w resorcie, czy tam – na Fehendhoo? Ja bez wahania odpowiedziałem, ze na Fehendhoo. Chyba każdy miał takie odczucia, bo na Finolhu również jest bajecznie pięknie, ale pobyt przypominał typowe dla hoteli all inclusive wakacje. Wszystko przygotowują za ciebie, widzimy wygrabione ścieżki, równo ułożone kamienie i na dodatek gra komercyjna muzyka. Nasza lokalna wyspa dawała za to niesamowity spokój i piękne, różnorodne krajobrazy. W obu miejscach podobało mi się bardzo bardzo, ponieważ i tu i tu mogłem zobaczyć egzotykę i poczuć jej klimat, jednak stwierdziłem, że… Fehendhoo ma lepszą i piękniejszą lagunę! Wody przy Fehendhoo są turkusowe oraz przezroczyste tak, że widać ukształtowanie piaszczystego dna, a tutaj w resorcie turkusowe wody miały mętny odcień ze względu na prądy morskie, które nieustannie przerzucały piasek na dnie. Jeszcze jedną z atrakcji było dla nas lądowanie dwóch samolotów wodnych w rejonie przystani, gdzie są przyjmowani nowi goście. Podsumowując cały wyjazd na wyspę Finolhu mogę powiedzieć, że resort jest bardzo piękny, ma ładnie połączone wszystkie domy na balach za pomocą długiego molo, jest dużo zieleni, którą przecinają białe ścieżki z piasku, jest gdzie odpocząć oraz do dyspozycji mamy dwie, bajecznie piękne plaże. Możliwość zejścia do wody z molo jest również ciekawą opcją, bo dzięki temu możemy popatrzeć na wyspę z innej perspektywy. Na minus wymieniłbym tylko komercyjną muzykę, drogie ceny, jeśli chcielibyśmy cokolwiek kupić, oraz trochę komercyjny, masowy styl spędzania wakacji. To główne powody, dla których zdecydowanie bardziej wolałem zamieszkanie na kilka dni na lokalnej wyspie. Uśmiechów serdecznych ludzi na Fehendhoo nic nie jest w stanie zastąpić! Mają proste, ale jakże spokojne życie. Pod względem widoków nasza wyspa niczemu nie ustępowała w porównaniu do Finolhu, a laguny mieliśmy piękniejsze, bo są dzikie, pełne ryb i stworzeń morskich oraz krystalicznie czysty, turkusowy kolor wód przyciągał bez przerwy wzrok. Gdybym w przyszłości miał możliwość wyjazdu na Malediwy, wybrałbym z pewnością lokalną wysepkę z opcją wyjazdu na jeden dzień do resortu, żeby zobaczyć coś innego, bo co resort, to inny pomysł na zagospodarowanie rajskiej wyspy oraz inny styl budownictwa. Zawsze można zobaczyć coś nowego. Z resortowego pobytu najbardziej podobały mi się dwie plaże – pierwsza z tropikalnym lasem i palmami za plecami, ponieważ tutaj pływaliśmy w pięknych i ciepłych, turkusowych wodach z widokiem na trzy chaty na balach, które pełniły funkcję terminala przyjmującego wszystkie towary, które dostaną się na teren resortu; druga – za prawdziwie malediwski charakter, czyli szeroka, biała, piaszczysta plaża, głęboko wcinająca się w głąb oceanu, zakręcająca delikatnym łukiem, łącząca oddaloną wysepkę z kilkoma drzewami. Widok jest naprawdę niecodzienny! Trzeba przyznać, że ścieżka z białego piasku, przecinająca tropikalny las również była bardzo ciekawa. Wędrówka nią przez całą długość wyspy to sama przyjemność.

 
Wędrówka ścieżką przez wyspę Finolhu


Przystań na Finolhu


Wybrany przez nas obiad (zdjęcie z telefonu)


Woda jest podawana w szklanych butelkach, żeby ograniczyć ilość plastikowych odpadków. Pod napisem 'Finolhu' na butelce przeczytamy dane statystyczne informujące o tym, ile w ciągu roku udaje się resortowi ograniczyć produkcję plastikowych śmieci

3. SAND BANK RAHKAIRIFINOLHU
Co kryje się pod tą tajemniczą i skomplikowaną nazwą? To nazwa sand banku, czyli piaszczystej wyspy, która w całości jest plażą. Może zapytasz, co można robić na takiej wysepce, skoro dookoła mamy tylko piasek? Mój pomysł polegał na tym, żeby popłynąć na największy sand bank na naszym atolu i spędzić tam pół dnia (wypłynęliśmy po 9.15, a w drogę powrotną wypłynęliśmy o godzinie 13.30). Główną atrakcją miało być plażowanie i pływanie w krystalicznie czystej lagunie na zupełnym odludziu. Ten sand bank znajduje się ponad 2km od wyspy Fulhadhoo i dalej już nic nie ma… Wycieczka na sand bank wygląda tak, że kiedy przypłyniesz na miejsce, wysepka jest cała twoja i masz pewność, że nie będzie żadnych tłumów. Tylko ty i twoja ekipa. Żeby było ciekawiej, postanowiliśmy zrobić sobie piknik na wyspie. Żona Naeem’a przygotowała nam obiad w wersji na wynos, a Naeem uciął liść z bananowca, który miał służyć za stół na plaży. Przyniósł też duży, barowy parasol w kolorze zielonym oraz pleciony leżak. Parasol jest koniecznością na takiej wyspie, jeśli chcemy na niej spędzić kilka godzin, ponieważ słońce poparzy skórę całkowicie. Sama podróż jest bardzo ciekawa, ponieważ w drodze możemy sobie wybrać, który sand bank nam odpowiada jako miejsce na piknik. Jako, że najpiękniejszy z nich widzieliśmy, bo znajduje się obok wyspy Fehendhoo, to chcieliśmy zobaczyć coś nowego, coś innego. Z tego powodu wybór padł na ciąg piaszczystych wysepek, które tworzą linię za wyspą Fulhadhoo. Do naszego sand banku trzeba było popłynąć około 3,5km z Fehendhoo, więc sama podróż małą łodzią Naeem’a była ciekawym etapem naszej wycieczki. Na początku mogliśmy podziwiać fenomenalną lagunę, rozciągającą się pomiędzy Fehendhoo i Fulhadhoo, a później popłynęliśmy głębszymi wodami wzdłuż wyspy Fulhadhoo.

 
Takimi lagunami płyniemy w okolicach wyspy Fulhadhoo

Za wyspą rozpoczyna się kolejna rozległa laguna, i to ona przyciągała nasz wzrok. Ma kilkaset metrów długości. Najpiękniejszy widok zobaczyliśmy wtedy, gdy popłynęliśmy za Fulhadhoo. Wtedy na środku laguny pojawiły się cztery żółte wysepki. Takie wyspy wyglądają jak skarby na wodzie. Koniecznie chce się tam być. Nasza wyspa była najdłuższa i to właśnie ją okrążaliśmy. Naeem opłynął ją całą i przybił do brzegu od zupełnie drugiej strony. Wiedział, gdzie są płycizny, a gdzie silniejsze prądy morskie. Pokazał nam nawet miejsce, gdzie bez kamizelki mamy nie pływać. Była to wąska cieśnina pomiędzy naszą piaszczystą wysepką, a tą sąsiednią. Poziom wody jest tam dość niski, na dnie występują koralowce i z tego powodu na przewężeniu woda płynie dość szybkim nurtem. Na szczęście nie musieliśmy pływać w cieśninie. Mieliśmy cały teren wyspy tylko i wyłącznie dla siebie. Sand bank miał ponad 100m długości i po obu stronach mogliśmy kąpać się w płytkich lagunach, o krystalicznie czystych, turkusowych wodach. Cieszyłem się, że wybraliśmy to miejsce, ponieważ znajdowało się na zupełnym odludziu, a widoki cieszyły oczy. Przez środek wielkiej plaży przebiegał pas niewielkich, ale bardzo zielonych krzaczków w kształcie kuli. Rosły tu nawet dwie, bardzo niskie palmy kokosowe. Koniecznie musieliśmy przejść całą wyspę z obu jej stron. Od czasu do czasu z niewielkich dziur wychodziły kraby, które wysypywały nadmiar piasku ze swojej nory. Naeem w tym czasie popłynął na Goidhoo po nowych gości i załatwiał swoje sprawy związane z prowadzeniem guest house’a. Teraz zostaliśmy zupełnie sami na wyspie. Koniecznie musieliśmy popływać w tutejszych wodach, ponieważ laguna po południowej stronie ciągnęła się na kilkaset metrów, a dno wcale nie opadało. Znaczyło to tyle, że wziąłem mój aparat i zacząłem iść przez wodę w głąb laguny. Dzięki temu, z odległości kilkudziesięciu metrów mogłem wykonać serię zdjęć na naszą piaszczystą wyspę. Nie bałem się, że mogę utopić aparat, ponieważ po tej stronie nie występowały żadne prądy morskie, a niewielkie fale powstawały tylko przy brzegu.


Przygotowania do plażowania (zdjęcie z telefonu)

  
Ciąg piaszczystych wysepek. W oddali widoczna ostatnia wyspa z drzewami na końcu. Nasz zielony parasol na sand banku Rahkairifinolhu

Dno przy brzegu wyglądało jak podłużne wydmy, ciągnące się równolegle do wyspy. Wystarczyło usiąść na płyciznach, a za chwilę przypływały ciekawskie, przezroczyste ryby o długości około 20cm. Krążyły w pobliżu nas, zachowując bezpieczną odległość. Najbardziej zaciekawiły mnie małe dwa rekiny o długości około 50cm, które tylko przepłynęły obok mnie. Nic większego nie jest w stanie podpłynąć w pobliże wyspy, ponieważ wody są za płytkie. Nawet płaszczki nie zapuszczają się w ten rejon. Prędzej spotkamy je pomiędzy pierwszym sand bankiem, a wyspą Fulhadhoo. Tam laguna jest nieco głębsza. Tutaj można iść i iść przez wodę daleko od wyspy. Nawet nie trzeba umieć pływać. Z drugiej strony duża odległość od brzegu buduje lęk w osobach, które nie potrafią pływać, bo nie czują się pewnie w wodzie. Podczas jednej z takich wędrówek dwie przezroczyste ryby przepłynęły pomiędzy nogami, uderzając mnie płetwą ogonową. Najbardziej zachwycał mnie niesamowity widok na rząd żółtych wysepek, który ciągnął się przede mną. Trudno opisać, co się czuje, gdy patrzy się na samotne wysepki na środku oceanu, na których nic nie ma. Jest to niecodzienny widok, który zapisuje się w pamięci, jako coś niezwykłego. Pływanie w lagunie pozwala się zrelaksować i zapomnieć o wszystkim. Mając świadomość na jakim jesteśmy odludziu, mogłem totalnie się wyciszyć. Po długim pływaniu i fotografowaniu naszego sand banku poszliśmy pod parasol, żeby coś zjeść. Sarifa, żona Naeem’a przygotowała makaron spaghetti z jajkiem, przyprawiony malediwskimi przyprawami. Smak jest zupełnie inny. Na deser mieliśmy pomarańcze, które tutaj bardzo smakowały. Parasol się przydał, ponieważ mogliśmy odetchnąć od palącego słońca i popatrzeć na sąsiednie wysepki, leżąc w cieniu. W tym dniu byliśmy totalnie nastawieni na relaks. Po obiedzie ponownie poszliśmy pływać, bo widok laguny do tego zachęcał. Z dna wyłowiłem ciekawy koralowiec. Miał kwitnący kwiat w kolorze kremowym. Nigdy takiego nie widziałem. Jako, że dno jest całkowicie piaszczyste, ten fragment koralowca musiał wyrzucić prąd z głębszych partii laguny. Dodatkowo wyciągnąłem z dna wielką plątaninę innych koralowców, które również leżały samotnie pod wodą. Na tak rozległym terenie, ryby pływały tylko w miejscach, gdzie coś leżało. Miały jakiś punkt odniesienia. To dlatego, kiedy wejdziemy do wody krążą w naszym pobliżu.

     
Bajeczny sand bank Rahkairifinolhu


Piękny koralowiec leżał na piaszczystym dnie


Nasz obiad na sand banku Rahkairifinolhu - spaghetti z jajkiem


Inny koralowiec leżący na piaszczystym dnie

O godzinie 13.30 przypłynął Naeem. Widzieliśmy już go z oddali. Ale nie był sam. Obok niego siedziała jakaś dziewczyna. Dopiero na łodzi dowiedzieliśmy się, że to jest nowy gość w naszym guest housie. Jako, że już na początku miała okazję zobaczyć coś nowego, to skorzystała z rejsu. W końcu Naeem zabrał ją przy okazji, bo i tak po nas płynął. Ta dziewczyna to Maria z Rosji. Widać, że wiele już widziała, bo miała nawet książkę o stworzeniach żyjących na Malediwach i czuła się mocna w tym temacie. Miała konkretne oczekiwania. Jak się później okazało, podczas kolejnych dni była niezadowolona, bo chciała dużo zobaczyć, ale nie wiedziała, jak to zrobić. Nie doceniła miejsca, w którym mieszkała i nawet pouczała miejscowych… Dla mnie była niedobrym przykładem podróżnika. To, że wiele już widziała, nie znaczyło, że musiała czuć się najmądrzejsza ze wszystkich. W końcu sama sobie wybrała Fehendhoo z pełną świadomością. Z drugiej strony powiedziała słowa, z którymi zgodziłem się w 100%. Podsumowała, że mamy najlepszy hotel na Fehendhoo, ponieważ ma klimat. Na wyspie znajdują się jeszcze dwa obiekty – Fehendhoo White Lagoon i Tropical Village. Pierwszy z nich, to nowoczesny pensjonat, co trochę nie pasowało do otoczenia Fehendhoo, a drugi obiekt, to hotel z formułą all inclusive, co zupełnie nie pasowało do pozostałej części wioski. Zdecydowanie wolałem nasz prosty guest house Fehendhoo Stay, który miał prawdziwie malediwski klimat. Wracając z piaszczystej wyspy Rahkairifinolhu na Fahendhoo, zabraliśmy parasol, leżak i opakowania pozostałe po obiedzie. Jeszcze raz przyglądaliśmy się tutejszym lagunom i wyspom w trakcie drogi powrotnej. Ponownie mogliśmy zobaczyć, jak ludzie żyją ze sobą w zgodzie, ponieważ po przypłynięciu do molo w Fehendhoo Naeem podał mi z łodzi wszystkie rzeczy, zostawił je na molo i tak stały przez kilka dni… Nie obawiał się, że ktoś porwie mu parasol, czy leżak… Jako, że na Malediwach domy buduje się z szarej cegły przypominającej małe pustaki, mieliśmy okazję zobaczyć przypływającą większą łódź z transportem cegły i cementu, które posłużyły do budowy nowego hotelu na Fehendhoo. Widok był ciekawy, bo łódź wyglądała, jakby płynęli nią piraci z karabinami. Płynęło nią czterech mężczyzn. Jeden z nich stał na przodzie, a drugi na tyle łodzi. Trzeci z nich stał na dachu w rozkroku, a czwarty na lewej burcie. Wszyscy stali w równych odstępach w rozkroku. Po przypłynięciu do przystani, wybiegło nagle sześciu innych mężczyzn z wózkiem transportowym i zaczęli przerzucać cement na wózek, po czym wypychali wózek w głąb wyspy. Cegły wyładowali na drugie, betonowe molo, po czym odpłynęli. Tutaj wszystko załatwia się z użyciem łodzi, dlatego nieraz słyszałem, jak Naeem pytał przez telefon o jakąś łódź, która będzie płynąć w pobliżu Fehendhoo, bo chciał zamówić sobie transport jakichś towarów. Tam zawsze jest potrzeba, żeby coś przywieść, stąd osobowe łodzie zawsze przywożą również towary przy okazji. Najwięcej widziałem kartonów z papierosami Camel. Są tam bardzo popularne i widoczne na większości łodzi.


Laguna w drodze powrotnej na Fehendhoo

4. WYSPA FULHADHOO
Kolejny mój pomysł na wspaniałą wycieczkę, bo chciałem zobaczyć jak najwięcej. W Internecie przeczytałem gdzieś na anglojęzycznym forum o tej wyspie i jakie rajskie widoki można zobaczyć. Z Naeem’em ugadałem się, że za 40 USD zawiezie nas tam rano, a odbierze po południu, to będziemy mieli więcej czasu na zwiedzenie wyspy, zrobienie ciekawych zdjęć i przede wszystkim na pływanie w lagunach przy bajecznych plażach. Po raz kolejny przekonałem się, że wybrane miejsce jest znacznie ładniejsze i bardziej urokliwe niż mogłem sobie je wyobrazić oraz piękniejsze od najlepszych zdjęć w Internecie. Pomimo, że oglądałem wyidealizowane fotografie, to widok na żywo i tak przebił każde zdjęcie! Idea wycieczki była bardzo prosta, jak również sama podróż. Sarifa przygotowała nam malediwskie placki z tuńczykiem i pomarańcze na deser jako obiad. Jeśli chcieliśmy, to Naeem miał możliwość zadzwonić do jednego z tamtejszych guest house’ów i moglibyśmy przyjść na gotowy obiad. Mieszkańcy wysp współpracują ze sobą, więc dla nich to żaden problem. Tam się da naprawdę wszystko załatwić od ręki i na już... Stwierdziliśmy, że jedzenie u Naeem’a jest bardzo dobre i przede wszystkim miejscowe, lokalne, więc takie chcemy zabrać ze sobą na wycieczkę. Umówiliśmy się na godzinę 9.00 rano. Dopłynięcie do wyspy zajęło nie więcej niż 7-8min, stąd naszą wycieczkę mogliśmy rozpocząć wcześnie rano. Naeem nie przybijał do przystani, ale wysadził nas na rajskiej plaży z palmami kokosowymi na początku wyspy. Jak dla nas, to był najlepszy wybór, ponieważ mogliśmy przejść całą wyspę od początku do końca i ją szczegółowo poznać. Sam moment dopłynięcia do plaży utkwił mi głęboko w pamięci, ponieważ po prawej stronie znajdował się mały nasyp z piasku. Na jego szczycie stał większy krab. Na nasz widok wystawił oczy i powolnym krokiem odszedł na plażę do swojej dziury. Kiedy go zobaczyłem, powiedziałem: patrz jaki krab! Niecodziennie można podziwiać takie egzotyczne stworzenia. Po wyjściu z łodzi na plażę, Naeem uśmiechnął się do nas i powiedział o której godzinie po nas przypłynie w to samo miejsce. Umówiliśmy się, że za 5 godzin ma po nas przypłynąć. Tyle w zupełności wystarczyło, żeby poznać całą wyspę, coś zjeść i zrobić zdjęcia wszędzie, gdzie chcemy i przede wszystkim popływać w rejonie najpiękniejszych plaż.

Wyspa spodobała mi się już od samego początku, ponieważ plaża, na której wysiedliśmy zachęcała, żeby pozostać tu na dłużej. Najpierw palmy rzucały piękne cienie na piasek i lagunę. Nieco dalej mogliśmy popatrzeć na wyspę Fehendhoo oraz na najpiękniejszą lagunę w tym rejonie z sand bankiem To Fa w roli głównej. Nigdzie w Internecie nie znalazłem informacji ani zdjęć, pokazujących jak rajskie panują tu warunki! Ale to nie wszystko, ponieważ na końcu plaży rozpoczyna się szeroka, piaszczysta droga prowadząca do wioski. Najciekawszy był fakt, że omawiana droga to tak naprawdę rajska aleja z palmami kokosowymi po obu jej stronach! O tym nigdzie nie doczytałem, ani nigdzie nie znalazłem ani jednego zdjęcia, stąd zupełnie byłem zaskoczony, a przez to zachwycony, że tak pięknie zaczął się nasz pobyt na wyspie. Wystarczyło przejść około 50m, żeby dojść do pierwszych zabudowań na Fulhadhoo. Tutejsza wioska jest większa niż na Fehendhoo i ma swój niepowtarzalny klimat. Tworzy ją skupisko domów z szarej cegły, wybudowanych przy piaskowych drogach. Łącznie naliczyłem cztery równoległe drogi, przecięte w poprzek sześcioma kolejnymi. Można było przechodzić na skróty praktycznie w każde miejsce. Na wyspie znajdowało się aż pięć guest house’ów oraz hoteli, a obok dwóch z nich przeszliśmy. We wiosce zobaczyliśmy szkołę podstawową, urzędowe budynki, przychodnię, boisko do piłki nożnej i siatkówki oraz główny deptak z żółtymi chorągiewkami wiszącymi na linkach rozwieszonych od jednego domu do drugiego, na wysokości około 2,5m nad drogą. Jako, że na takich wyspach nie używa się samochodów, ani nie ma tłumów, to o każdej porze można poczuć wspaniałą ciszę.


Plaża na którą przypływamy na początku


Widok na Fehendhoo z plaży początkowej na Fulhadhoo

     
Bajeczna plaża, gdzie zaczynamy przygodę na wyspie Fulhadhoo


Szkoła podstawowa na Fulhadhoo


We wiosce na Fulhadhoo


Guest house 'Three Hearts' na Fulhadhoo

Zaplanowaliśmy nawet, że kiedy poznamy całą wyspę Fulhadhoo i popływamy w najpiękniejszej lagunie, to poszukamy sklep z lodami i usiądziemy gdzieś nad brzegiem w cieniu pod palmami. Wziąłem ze sobą malediwskie rupie, więc byłem przygotowany. Wiedziałem też, że wykorzystam małą część z 1542 rupii, które dostałem za 100 USD w Male, bo tutaj trudno wydać na coś innego pieniądze, jeśli nie na lody i zimne napoje. Posiłki przecież mamy w cenie naszego pobytu. Po zwiedzeniu wioski i podziwianiu publicznych miejsc z palmami poszliśmy do równiej linii gęsto rosnących plam, tworzących granicę lasu tropikalnego. Na samym początku drzewa namorzynowe rosną tak gęsto, że na ścieżkę nie docierają promienie słoneczne. Z tego powodu zatrzymaliśmy się na chwilę na początku lasu, by odpocząć nieco od gorąca. Za zacienionym punktem rozpoczyna się kolejny etap, który bardzo mnie zaskoczył. To wędrówka tropikalnym lasem na najpiękniejszą plażę z laguną. Przez około 15min szliśmy środkiem wyspy (to zresztą jest jedyna droga, która prowadzi na plażę). Czasami od głównej, piaszczystej drogi odbiegały inne ścieżki prowadzące na prywatne plaże z różnych guest house’ów. Wędrówka przez las po prostu zachwycała, ponieważ głównie tworzyły go piękne i równe palmy skupione w większe grupy. Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcie takim skupiskom, bo u nas, na Fehendhoo, wyglądało to nieco inaczej. Po około 7min wędrówki las zamienia się w teren zarośnięty niskimi, ale bardzo zielonymi krzakami. Niestety na tym odcinku najbardziej odczujemy gorące słońce, ponieważ panuje niesamowity zaduch. Z tego względu lepiej przyspieszyć kroku i iść do końca ścieżki. Na końcu skręciliśmy w lewo i zza krzaków wyszliśmy na najdłuższą plażę, gdzie jak w pozostałych miejscach byliśmy tylko my. Żadnych innych ludzi!


 
Niesamowita palmowa aleja prowadząca do wioski oraz początek tropikalnego lasu na Fulhadhoo

Plaża ciągnęła się na ponad 200m, a kończy ją półkolisty, piaskowy półwysep, zalewany nieco przez niskie fale. Obowiązkowo musiałem pójść do samego końca i zrobić zdjęcia na całą wyspę. Najpiękniejsze ujęcia wyszły jednak wtedy, kiedy wszedłem z aparatem do wody i poszedłem płytką laguną w głąb, aż do wyraźnej, niebieskiej granicy, gdzie zaczynają się koralowce i silniejszy prąd morski. Nie na tyle silny, żeby przewrócił człowieka. Bez obaw mogłem wejść do wody z aparatem. Z tego samego miejsca mogłem podziwiać przepiękny rząd żółtych wysepek, wyłaniających się na rozległej lagunie. To te same sand banki, które mogliśmy podziwiać na wycieczce z piknikiem na jednej z nich. Z tej perspektywy wyglądały zupełnie inaczej, ale równie ciekawie! Po całej serii zdjęć i filmów wróciliśmy do naszego zacienionego miejsca. Cień zapewniał nam bujny krzak w kształcie kuli, który wypatrzyliśmy tuż przy wejściu na plażę. Tam zostawiliśmy nasze plecaki, obiad i sprzęty. W razie czego, mogliśmy usiąść w cieniu, ponieważ z jednej strony brakowało kilku gałęzi i przez to mieliśmy nawet sporo miejsca. Osłonięci od parzącego słońca zjedliśmy malediwskie placki z tuńczykiem w spokoju. Mieliśmy jednocześnie wspaniały widok na rozległą lagunę i las tropikalny. Widzieliśmy, jak długo ciągnęła się wąska, piaszczysta plaża wzdłuż wybrzeża wyspy, prowadząca aż do wioski Fulhadhoo. Jej pewien fragment należał do guest house’a o nazwie ‘Three Hearts’. My za to korzystaliśmy z totalne bezludnej, najpiękniejszej plaży z najpiękniejszymi widokami na całej wyspie. Po obiedzie poszliśmy kąpać się w lagunie. Wejście do wody jest najlepszym rozwiązaniem podczas popołudniowego słońca, które parzy najmocniej. Nawet wtedy, kiedy chciałem zrobić zdjęcia wyspy wchodziłem z aparatem do wody i wędrowałem laguną, zanurzony do poziomu piersi, przez co nie czułem, że się opalam. Starałem się nie chodzić plażą, bo wtedy było najbardziej gorąco. W trakcie naszego wypoczynku, widzieliśmy jak tylko jedna para przyszła na drugą stronę półwyspu i podobnie, jak my, rozłożyli się w innych krzakach, tworzących naturalną bramę. Zauważyliśmy również samotnego Chińczyka, który robił sobie zdjęcia telefonem na kijku na tle pięknych widoków. Za chwilę poszedł i cała plaża ponownie była do naszej dyspozycji… Czuliśmy, że słońce parzy zbyt mocno, dlatego po godzinie 13.20 poszliśmy w kierunku wioski przez tropikalny las.


Bajeczny półwysep w postaci piaszczystej plaży na końcu Fulhadhoo

       
Piękna plaża na końcu wyspy Fulhadhoo


W tropikalnym lesie

 
W tropikalnym lesie

Teraz każdy z nas myślał o zimnych lodach. Trzeba było tylko znaleźć jakiś sklep... Zanim weszliśmy do wioski, zatrzymaliśmy się przy najgęściej rosnących namorzynach. 5min odpoczynku w cieniu pozwoliło nam poczuć się o wiele lepiej. Po krótkim odpoczynku poszliśmy różnymi uliczkami wioski, wybierając je losowo, trzymając się tym razem prawej strony wyspy (patrząc od strony tropikalnego lasu). Zapytałem dwóch miejscowych, gdzie jest sklep. Pierwszy z nich omówił mi szczegółową drogę, a drugi zaprowadził nas. Stwierdził tylko, że nie wie, czy będzie otwarty, bo jest popołudnie i może być chwilowo zamknięty. Na szczęście nie tylko my szliśmy do sklepu. Zobaczyliśmy, że miejscowi przyszli tutaj głównie na lody. Wszyscy sięgali do lodówki po orzechowe lub czekoladowe Magnumy. Kosztowały 35 MVR. Do sklepu wchodzi się na boso, a buty, klapki, czy japonki zostawiamy na zewnątrz. My również weszliśmy na boso do sklepu i kupiliśmy dwie zimne Coca-Cole z lodówki oraz po jednym Magnumie. Poszliśmy kilkadziesiąt metrów dalej, do publicznego miejsca, gdzie odpoczywają miejscowi. Mieli tutaj zbudowaną huśtawkę z tego, co rośnie na wyspie, stół, mnóstwo metalowych siedzisk z siatką oraz kilka wiszących leżaków z grubych gałęzi. Wybraliśmy drewniane siedzisko obok huśtawki w cieniu z pięknym widokiem na wybrzeże z palmami. Odpoczywaliśmy od słońca. Po wypiciu Coca-Coli i zjedzeniu lodów czuliśmy się zupełnie inaczej. Teraz ponownie mieliśmy siły. Zjedliśmy jeszcze słodycze przywiezione z Polski, które mieliśmy zjeść na lotnisku w Dubaju. Tymczasem obok nas przysiadł się starszy wiekiem mężczyzna w spódnicy. Zauważyłem, że zarówno na Fehendhoo jak i tutaj najstarsi mężczyźni chodzą w długich spódnicach. Podobnie jak u nas, ludzie są rozmowni i ciekawi, stąd zapytał nas skąd jesteśmy i czy nam się tu podoba. Kiedy powiedzieliśmy, że mieszkamy na Fehendhoo, to od razu zapytał: ‘jesteście od Naeem’a?’. Od razu pomyśleliśmy: ale ten Naeem jest znany!


W centrum wioski na Fulhadhoo

   
Publiczne miejsce w wiosce, gdzie można odpocząć. To tutaj rozmawialiśmy ze starszym mężczyzną w sukience

Po powrocie na Fehendhoo obowiązkowo opowiedziałem naszemu gospodarzowi o tej sytuacji i że jest znany na Fulhadhoo. Po raz kolejny miałem powód do radości, bo nieznany nam człowiek z otwartością porozmawiał z nami z uśmiechem na twarzy. Mając jeszcze trochę czasu, po rozmowie poszliśmy nad wybrzeże z palmami odległe o zaledwie 10m. Popatrzeliśmy na piękne widoki, wróciliśmy do wioski i poszliśmy drogą prowadzącą do meczetu. Podobnie jak na Fehendhoo był to większy, biały dom z niebieskimi okiennicami. Później skręciliśmy na palmową aleję i na końcu widzieliśmy już czekającego na nas Naeem’a na łodzi. Przyszliśmy na czas, więc w drodze na rajską plażę, z której zaczęliśmy wycieczkę, zrobiliśmy kilka zdjęć alei oraz samej plaży w zupełnie innych warunkach oświetleniowych, gdzie cienie palm wyglądały przepięknie na turkusowych wodach laguny. W drodze powrotnej popłynęliśmy przez całą długość laguny łączącej Fulhadhoo i Fehendhoo. Naeem nie płynął z nami do przystani z molem, ale zapytał, czy możemy wysiąść na publicznej plaży, którą pokazywał nam na początku, gdy się zakwaterowaliśmy w jego guest housie. Nam to odpowiadało, ponieważ do obiektu mieliśmy tylko 100m wędrówki, szeroką, piaszczystą drogą z palmami. Wracając nią, mogliśmy podziwiać kolejne, wspaniałe widoki. Piaszczysty cypel wcinający się w lagunę pomiędzy Fehendhoo, a Goidhoo jest po prostu cudowny i każdorazowo, kiedy tutaj byliśmy, zawsze zachwycaliśmy się tutejszym widokiem. Wędrówka szeroką, piaszczystą drogą pomiędzy palmami była dla nas przyjemnością. Wycieczka na Fulhadhoo przerosła nasze oczekiwania. Po prostu trafiliśmy na kolejną rajską wyspę. To samo mogłem powiedzieć o Fehendhoo, bo jest podobnie urokliwa.

5. REJS NA MANTY I PŁASZCZKI
To kolejna wycieczka, która przyszła mi do głowy. Koniecznie chciałem zobaczyć manty lub płaszczki. Takich ryb nie zobaczymy u nas, dlatego pomyślałem, że warto byłoby je spotkać. Na szczęście nie musieliśmy wypływać daleko, żeby je podziwiać. Naeem zna miejsca ich występowania, dlatego wypłynął z nami łodzią. Maria z Rosji również przyłączyła się do nas, ponieważ miejsca nie brakowało, a też miała podobny cel. Gospodarz wypłynął z przystani i okrążył wyspę tak, żeby znaleźć się na granicy laguny. Manty żerują na granicy, gdzie kończy się laguna, a zaczynają głębokie wody. Wystarczyły tylko dwie minuty, a pierwsze dwie z nich już wypatrzył za burtą. Kazał nam wskakiwać do wody bezpośrednio z łodzi. Wszyscy rzuciliśmy się od razu na głębiny. Jedynie Maria, chciała zejść po drabince. Jak się okazało, nie była wytrzymała i pływała wolniej od nas. Nawet Naeem wskoczył do wody i kazał, żebyśmy płynęli za nim. Oddaliliśmy się od łodzi o jakieś 200m. Teraz musieliśmy wrócić i wejść na pokład. Łódź była zakotwiczona, dlatego mieliśmy stały punkt odniesienia. Niestety nie udało nam się popływać w pobliżu mant, bo są znacznie szybsze od nas i czują w nas zagrożenie, stąd oddaliły się. Najważniejsze, że je widzieliśmy! Teraz popłynęliśmy w drugie miejsce, na granicy laguny i głębszych wód. Ponownie szukaliśmy mant. Naeem był cierpliwy, dlatego powoli płynęliśmy w poszukiwaniu kolejnych. Każde ujrzenie mant wywoływało w nas zachwyt. Kolejnym punktem wycieczki były głębokie wody do 10m. Chcieliśmy zobaczyć piękne rafy koralowe i kolorowe ryby pływające pomiędzy koralowcami. Tutaj pływaliśmy trochę dłużej i udało nam się zobaczyć morskie żółwie. Kiedy myśleliśmy, że to koniec wycieczki, Naeem zabrał nas na przeciwną stronę wyspy Fehendhoo na płytkie laguny. Kazał mi założyć buty do wody, bo koralowce są ostre i łatwo można się skaleczyć.

Kiedy pływaliśmy na tych płyciznach dosłownie ocierając się o nie, Naeem zobaczył wielką ośmiornicę. Ta schowała się w dziurze na dnie. Wziął moją kamerę i włożył ją do środka. Nagrał film. Za chwilę włożył rękę do środka i wyciągnął ośmiornicę z dziury! Miała długość około jednego metra, dlatego na początku musiał z nią powalczyć. Chwycił ją z tyłu głowy. Ośmiornica oplotła ręce i nogi Naeem’a. Walczył z nią, żeby się uwolnić, bo miała mocny uścisk. Później w wodzie trzykrotnie zastosowała mechanizm obronny, czyli zasłonę błotną. W promieniu jednego metra powstaje bardzo gęsta, brązowa zasłona, przypominająca błoto. Wtedy nie widać ośmiornicy, ani niczego dookoła. Naeem znał ten mechanizm, dlatego przeczekał trzykrotnie, aż zasłona opadnie i dopiero poszliśmy dnem w stronę łodzi. Naeem wrzucił schwytaną ośmiornicę na łódź, bo tam jest normalnym elementem pożywienia. Na Fehendhoo to nie dziwi, ponieważ tego samego poranka, na brzegu inni miejscowi ludzie płukali cztery inne ośmiornice i ryby. Na Malediwach żyje się z turystyki, albo z rybołówstwa. Żadnego stworzenia nie zabija się dla przyjemności lub dla pokazania czegoś turystom. Trzeba przyznać, że ośmiornica na łodzi wyglądała bardzo mizernie – taka sflaczała, podczas, gdy w wodzie budziła respekt. Z pewnością, my – niedoświadczeni w tej dziedzinie podróżnicy – nie chcielibyśmy walczyć z jej uściskiem w kilku miejscach jednocześnie. W końcu my mamy tylko dwie ręce a ona osiem macek, działających z taką samą precyzją, jak nasze ręce. Trudno uwolnić się od takiego uścisku, dlatego trzeba wiedzieć, jak złapać ośmiornicę i w jaki sposób można się od niej uwolnić. Nie wiem, czy jej macki wyposażone w parzydełka mocno parzyły, ale Naeem nie miał żadnych śladów po ‘stoczonej’ walce. Na koniec gospodarz podpłynął do małej wysepki, która znajduje się około 200m od molo. Tam znajduje się niebieskie oko, czyli krystalicznie czysta, jasnoniebieska, głębsza woda. Kto chciał, mógł wskoczyć do niej bezpośrednio z burty. Na widok czystej wody, każdy wyskoczył z łodzi i cieszył się możliwością pływania w tak pięknym miejscu. Dodatkowo w okolicach niebieskiego oka znajduje się piękna rafa koralowa i to ona była głównym celem tutejszego postoju. Niebieskie oko dawało możliwość podpłynięcia do rafy z boku i nakręcenia filmu. Dopiero po tych wszystkich atrakcjach wróciliśmy do przystani i na naszą wsypę.


W tych miejscach szukaliśmy płaszczek

 
Jedna z widzianych płaszczek

   
Spotkana ośmiornica

 
Płukanie ośmiornic w oceanie na Fehendhoo

  
Rafy koralowe w głębszych wodach (7-10m)

Jak widać, udało mi się zorganizować pięć ciekawych dla mnie wycieczek, pozwalających poznać Malediwy zarówno te bogate, jak i te miejscowe, lokalne. Teraz miałem pełne porównanie. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że następnym razem wybrałbym taką wyspę, jak Fehendhoo. Życie na takiej wiosce jest po prostu wspaniałe. Widząc tych ludzi, aż chce się żyć! Dotychczas opisałem, jak wyglądały moje wycieczki, za które zapłaciłem Naeem’owi.

Mając pewne możliwości i zebrane informacje, zorganizowałem również atrakcje, które nie generowały żadnych kosztów. Były związane z naszą wyspą – FEHENDHOO:
1. Podziwianie życia nocnego na plaży (setki krabów i świecący plankton) oraz widok na naszą Galaktykę, podziwianie nocnego nieba pełnego gwiazd.
2. Pływanie kajakiem w rejonie sand banku To-Fa i poszukiwanie płaszczek
3. Przejście całego lasu tropikalnego na Fehendhoo, podziwianie niesamowitej plaży na końcu wyspy (bikini beach) wraz z cudowną laguną z widokiem na wyspę Fulhadhoo. Pływanie w lagunie.

1. NATURALNE ŻYCIE NOCNE STWORZEŃ WYSTĘPUJĄCYCH NA WYSPIE
O możliwości zobaczenia czegoś niezwykłego dowiedzieliśmy się od Naeem’a. Już pierwszego wieczoru pokazał nam, coś na co nie byłem przygotowany, bo po prostu nie szukałem informacji pod tym kątem. Gospodarz zachęcił nas, żebyśmy poszli z nim na publiczną plażę wieczorem około 22.00 godziny. Nie powiedział co zobaczymy. Dopiero na miejscu domyśliłem się, że może chodzić o kraby, bo gdzieś wyczytałem, że są takie plaże, które dosłownie ‘żyją’. Kiedy doszliśmy na plażę, usiedliśmy obok kopczyków, które kraby usypały za dnia. Włączyłem latarkę górską, którą zabrałem ze sobą i zobaczyliśmy dziesiątki krabów chodzących wzdłuż linii wody w tą i z powrotem. Kiedy przyjrzałem się jednemu z nich z bliska, zauważyłem, że mają oczy na pręcikach, które są składane. Oczy chowają się w dwóch zagłębieniach w tułowiu. Kraby chodzą bokiem, więc jeśli zbliżymy się do nich, zaczną uciekać bokiem. Najciekawsze zobaczyłem, kiedy poświeciłem latarką z bliska. Krab został oślepiony i przez to szedł bokiem raz w lewo, a raz w prawo, odbijając się od mojej stopy. Nie wiedział, gdzie uciekać. Wcześniej wspominałem o setkach krabów. Rzeczywiście jest ich tyle, ponieważ z miejsca, w którym siedzieliśmy, wystarczyło przejść całą plażę i pójść na piaszczysty cypel, wcinający się w lagunę. Na zakręcie w drodze do cypla żeruje najwięcej krabów. Tam uciekają we wszystkich kierunkach, jak myszy w popłochu. Kobiety z pewnością byłby wystraszone tym widokiem. Z drugiej strony nie ma się czego bać, ponieważ kraby uciekają na nasz widok gdzie popadnie. Dodatkowo gatunek kraba, który spotykamy na plaży nic nam nie może zrobić. W tym samym miejscu żyje jeszcze inny rodzaj krabów. Na pierwszy rzut oka wyglądają jak ślimaki, ale z muszli wyłaniają się grube nogi, które również poruszają się w bok. Ten gatunek jest bardzo wolny na piasku. Za dnia można zobaczyć ich drogi wędrówki, ponieważ zostawiają za sobą faliste szlaczki. Jednego wieczoru specjalnie poszedłem na tą plażę boso, po to, żeby poczuć, jak krab przechodzi mi po stopie. Ich odnóża są zakończone dość szpiczasto, dlatego czuć mocniejsze łaskotanie.

Kolejną atrakcją tutejszej plaży jest… świecący plankton. Naeem nie wspomniał nic o takiej atrakcji. Kazał tylko usiąść na piasku w pobliżu kopczyków i poczekać kilka minut. Za chwilę w wodzie zaczęły świecić niebieskie punkciki, jak malutkie diody. Zapytałem: ‘Naemm, co to jest?’ Z każdą chwilą świecących punktów było coraz więcej. Zachęcił nas, żebyśmy poszli bez latarki na zakręt prowadzący do piaszczystego cypla, bo tam jest najwięcej planktonu. Wówczas Naeem wszedł do wody i tuż przy brzegu, boczną częścią gołej stopy odgarniał wodę na brzeg. Wtedy zaczęło się świecić mnóstwo takich punkcików. Widok należy do jednych z najpiękniejszych na Malediwach! Aż chciało się tu zostać i patrzeć na światełka bez końca. Ostatnią, najbardziej rzucającą się w oczy atrakcją wieczoru z pewnością jest nocne niebo. Kiedy zgasiliśmy latarkę, a oczy przyzwyczaiły się do ciemności, spojrzeliśmy w górę. Widok naszej Galaktyki po prostu ‘wgniótł’ nas w ziemię! Tyle gwiazd widziałem tylko na moich wysokogórskich wyprawach. Od samego horyzontu, przez środek nieba ciągnęły się dwa równoległe pasy niezliczonych milionów gwiazd, tworzące całe skupiska, wyglądające jak chmury. Pomiędzy dwoma, grubymi pasami znajdowały się ciemniejsze punkty. To mgławice. Środek naszej Galaktyki znajdował się dokładnie pod linią horyzontu. Żeby uzmysłowić sobie, co widzimy na niebie, to powiem tylko tyle, że patrzymy z boku na naszą Galaktykę i widzimy jej połowę. Druga połowa znajduje się pod linią horyzontu. Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego w ten sposób widzimy Galaktykę na niebie, to wystarczy, że zobaczysz w Internecie, gdzie znajduje się nasza planeta Ziemia względem całej Galaktyki. My patrzymy dosłownie na nią z jej krańców, z boku. Z tego powodu większość gwiazd mamy przed sobą. Wówczas widzisz, jacy jesteśmy malutcy w przestrzeni kosmicznej. A co dopiero, gdy pomyślisz, że patrzysz na połowę naszej Galaktyki, a takich podobnych do naszej lub większych, jest niezliczone miliony w przestrzeni kosmicznej? Na niebie oczywiście nie tylko widzimy gwiazdy z naszej Galaktyki, ale również inne, odległe galaktyki, które skupione są w grupy. Trudno na Malediwy ciągać ze sobą teleskop, ale jeśli będziesz miał okazję w twoim miejscu zamieszkania kiedykolwiek skorzystać z teleskopu, zobaczysz, że to, co widzimy jako pojedynczy punkt, to w rzeczywistości w jednym miejscu jest gwiazdą, a w innym przypadku może to być siedem odległych, spiralnych galaktyk, skupionych w gromadę.

Przestrzeń na którą patrzymy jest po prostu niewyobrażalnie wielka. Żeby zrozumieć na co patrzysz z tej malediwskiej plaży powiem ci tylko tyle, że nasza Galaktyka ma 100 000 lat świetlnych średnicy. My widzimy jej połowę, czyli w zasięgu naszego wzroku jest około 50 000 lat świetlnych długości naszej Galaktyki. Jeśli tylko jeden rok świetlny to aż 9 460 700 000 000km, to widoczny obraz na niebie, tylko ten najbliższy, to dystans równy aż 473 035 000 000 000 000km! Może nie orientujesz się w tak dużych liczbach, dlatego podpowiem, że to ponad 473 biliardy kilometrów. Teraz już chyba wiesz po co wprowadzono jednostkę roku świetlnego? Oczywiście łatwiej jest posługiwać się mniejszymi liczbami. Teraz pomyśl, że to tylko połowa naszej Drogi Mlecznej. Pomiędzy każdą z galaktyk znajduje się pusta przestrzeń, która liczona jest w milionach lat świetlnych (tak przynajmniej głosi aktualna nauka, bo najprawdopodobniej znajduje się tam antymateria, którą naukowcy dopiero zaczynają określać i badać). A co dopiero, gdy na niebie widzimy gromadę galaktyk skupionych w grupę… Potrafisz sobie wyobrazić tak duże liczby określające dystans, który dzieli nas do choćby najbliższej galaktyki widocznej na niebie? Najbliższą nam jest Galaktyka Andromedy, znajdująca się o 2 520 000 lat świetlnych od Ziemi! To oznacza, że pomiędzy każdą galaktyką jest przynajmniej 23 840 964 000 000 000 000 km pustej przestrzeni! To 23,8 tryliona kilometrów! Kiedy pomyślisz, że to jest dystans TYLKO pomiędzy dwiema najbliższymi galaktykami, to ile kilometrów musi być pomiędzy dziesiątkami podobnych galaktyk, które przecież widzimy na niebie! Kiedy ma się świadomość na co się patrzy, wtedy zupełnie inaczej postrzegasz rzeczywistość i to, co cię otacza, dlatego warto dowiadywać się różnych ciekawostek.

 
Tutaj w nocy obserwujemy kraby, świecący plankton i gwiazdy na niebie

 
Kraby nocą

2. PŁYWANIE KAJAKIEM
Skąd wziąć kajak na Fehendhoo? Jeśli jesteś zakwaterowany w Fehendhoo Stay, to nie ma żadnego problemu, ponieważ za darmo mamy do dyspozycji kajak na pierwszej z prywatnych plaż, należących do tego obiektu. Wystarczy udać się na nią i… wypłynąć gdzie oczy poniosą. Pomyślałem sobie, że po południu mogę wypłynąć do sand banku To Fa, który znajduje się 400m dalej od końca wyspy. Czyli do przepłynięcia miałbym jakieś 1,5km w jedną stronę. Dla mnie to mała odległość, stąd dodałem do tej trasy pływanie na terenie laguny w nieokreślonym kierunku. Po cichu liczyłem na spotkanie z płaszczkami, choć cieszyłbym się już na samą możliwość dopłynięcia do sand banku i ponowne podziwianie laguny z jego perspektywy. Samo przejście na prywatną plażę jest bardzo widokowe, bo idziemy tropikalnym lasem złożonym głównie z palm kokosowych i drzew namorzynowych. Nasz kawałek prywatnej ziemi to piękna, biała, piaszczysta plaża z płytkimi wodami. Wraz z oddalaniem się od brzegu jest coraz głębiej. Na dnie leżą pojedyncze koralowce. Woda przybiera kolor zielony, ponieważ kilka metrów od brzegu rosną na dnie malutkie, zielone rośliny. Sama woda jest przezroczysta. Na plaży znajduje się baldachim zrobiony z bambusów. Do dyspozycji mamy dwa materace pod zadaszeniem z siatki i palmowych liści. Nad nami widzimy najwyższą palmę w okolicy, na szczęście bez kokosów. Obok baldachimu na piasku leży przywiązany do gałęzi krzaka czerwony kajak z wiosłami. Możemy pływać nim do woli. Prywatna plaża kryje w sobie jeszcze inne ciekawostki, ale musi pokazać je gospodarz, bo samemu trudno, żebyś na to wpadł. Jeśli rozejrzysz się po obu stronach ścieżki prowadzącej do twojej plaży, zauważysz leżące kokosy i wyrastające z nich nowe drzewa, czyli palmy. Naeem lub inni miejscowi ludzie otwierają maczetami takie kokosy i wyciągają z nich miąższ, który ścierany jest na tarce na wiórki kokosowe. Naeem zachęca, żeby wyjąć ten miąższ w całości z łupiny kokosowej i go zjeść. Jest pyszny! I przede wszystkim naturalny. Ale to nie koniec. Kiedy przyjrzysz się rosnącej nowej palmie, zobaczysz, że w łupinie kokosowej znajduje się mała, jasnozielona, gąbczasta bulwa, z której wyrasta nowe drzewo. Liście trzeba wyrzucić do lasu, a bulwę zjeść Ma przyjemny, słodki smak. To ich naturalne słodycze! Gdybym miał porównać do czegoś tą bulwę, to z konsystencji przyrównałbym ją do znanych słodyczy o nazwie ‘Jo Jo’. Któż z nas w dzieciństwie nie jadł tych charakterystycznych biało-różowych poduszek? Jedynie smak jest inny, bo prawdziwie kokosowy. Trzeba pamiętać, że takich kokosów rośnie całe mnóstwo, a same kokosy leżą na ziemi i usychają. Wystarczy pobyć tu kilka godzin, a zobaczysz, jak miejscowi wywożą kokosy taczkami do wioski i wysypują je pod murem na słońcu. Jeśli potrafisz otwierać kokosy, to zapytaj Naeem’a, gdzie są granice jego ziemi, a wtedy możesz zbierać do woli kokosy. Naeem nadał nawet swoją nazwę tym pysznym bulwom. Nazwał je ‘koko-baby’, czyli kokos-dziecko. Jeśli usłyszycie taką nazwę, to właśnie chodzi o naturalne, kokosowe słodycze. Z pewnością nie zabraknie tych smakołyków, ponieważ nikt nie wycina drzew, a tym bardziej lasów pod budowę, czy też, żeby pozyskać materiał budowlany – drewno – dlatego ciągle będziemy widzieć bujną roślinność.


Płyniemy jak najdalej się da - laguny są tu bardzo rozległe


Otwieranie kokosa maczetą


Otwarty kokos oraz słodka bulwa


Kokosy przywiezione taczką z lasu


Takie 'kulki' leżą samotnie na dnie (zdjęcie z telefonu)

W tropikalnym lesie możemy zobaczyć również niezwykle nietoperze, pojawiające się już od godziny 15.00. Mają wielkość około 70cm. Są ogromne! Z drugiej strony nie ma się co ich bać, bo strach wynika tylko i wyłącznie z filmów, gdzie te stworzenia przedstawiono jako groźne wampiry. W rzeczywistości latają z dala od nas i przede wszystkim w koronach drzew. Jednego wieczoru zdarzyło mi się, że wracając z plaży, jeden z takich nietoperzy wisiał na gałęzi około 50cm nad moją głową. Ja go nie zauważyłem, ale kiedy on mnie zobaczył/wyczuł/usłyszał, to od razu zerwał się do lotu i uciekał w korony drzew. Na noc szczególnie upodobały sobie największe drzewo na wyspie – to te, które ma około 7m średnicy. Jest wysokie i bardzo bujne, dlatego tam znajdują schronienie na noc. Po godzinie 15.00 zobaczymy je w rejonie omawianego drzewa przy molo oraz przy naszych prywatnych plażach, w koronach palm. Warto poświęcić im trochę uwagi, ponieważ mają bardzo ciekawy sposób zawisania na gałęziach. Kiedy siadają na gałęzi, robią to dokładnie tak samo, jak inne ptaki, które widzimy w ciągu dnia. Po złapaniu gałęzi opadają swobodnie jak wahadło aż do ustania kołysania. W ten sposób zawisają na drzewach. Nietoperze w bezruchu są praktycznie nie do wypatrzenia. Bardzo dobrze kamuflują się, zlewając się z otoczeniem. Poza kokosami i nietoperzami czas spróbować najważniejszego – pływanie kajakiem. Jeśli lubisz nieco dłuższe lub długie dystanse, to polecam ci dwie lub trzy trasy. Jeśli masz dobrą orientację w terenie i mnóstwo czasu, to podpowiem ci bardzo ciekawą trasę.

TRASA 1.
Z prywatnej plaży płyniemy w prawo, wzdłuż brzegu wyspy. Jak zauważysz, wyspa ma dwa przewężenia. Za drugim z nich, zielona woda, nagle zmieni się w turkusową, bez żadnej roślinności. Oddziela ją równa linia. Po prawej będziesz widział najpiękniejszą plażę – bikini beach. Jeśli chcesz, możesz się tam zatrzymać i zrobić ciekawe zdjęcia. Do tutejszych brzegów przypływają ławice małych ryb, co przyciąga nieco większe okazy, na szczęście niegroźne dla nas. Widok na lagunę jest po prostu fenomenalny i uważam, że z bikini beach można wykonać jedne z najpiękniejszych zdjęć na atolu Baa. To miejsce, gdzie koniecznie musisz być! Kiedy dopłyniemy do końca Fehendhoo, w linii prostej powinieneś zobaczyć żółtą wysepkę – to sand bank przez miejscowych nazywany To Fa. Warto do niego podpłynąć (400m od końca wyspy) i wciągnąć kajak na tą małą, piaszczystą wysepkę. To Fa uważam za najpiękniejsze miejsce na wodzie. Patrząc na otaczającą cię lagunę, czujesz się jak w raju. Warto zrobić kilka zdjęć, lub nakręcić podwodny film. A jak przewieźć ciężki aparat kajakiem? Dzisiaj za około 25zł można kupić porządny worek na kajak. Najlepiej, kiedy ma 15 litrów pojemności. Wtedy schowamy do niego elektronikę, aparat oraz dokumenty. Do takiego worka woda się w ogóle nie dostaje. Skorzystałem z niego, dlatego zawiozłem na sand bank ciężką lustrzankę i dzięki temu mogłem wykonać serię zdjęć. Patrząc z To Fa na wspaniałą lagunę, zastanawiasz się, że np. w Grecji nigdzie nie ma tak rozległej, turkusowej wody. Tutaj ciągnie się ona kilometrami. Po krótkim pobycie na wysepce postanowiłem okrążyć ją w promieniu około 200m. Co mi to dało? Po pierwsze – miałem piękne widoki, a po drugie zobaczyłem płaszczki! Nie były to manty. Kiedy popłynąłem w to miejsce kolejnego dnia, znowu spotkałem tam trzy kolejne płaszczki. Mogłem więc stwierdzić, że to ich teren występowania. Udało mi się nawet nagrać film podwodny. Po nasyceniu oczu pięknymi widokami, możemy przepłynąć do niebieskiego oka – tam, gdzie pływaliśmy na rafach koralowych pierwszego dnia. Jest to najkrótsza rajska trasa, jaką można sobie wymyślić. Do pokonania mamy jakieś 3-5km, w zależności, czy popłyniemy na rafy po przeciwnej stronie wyspy Fehendhoo.

     
Sand bank Fareedhaafinolhu przez miejscowych nazywany To Fa


Widok z laguny w pobliżu sand banku To Fa na Fehendhoo

    
Płaszczki spotkane podczas realizacji mojej trasy nr 1

TRASA 2.
Podobnie, jak w pierwszym przypadku, wypływamy w prawą stronę wzdłuż wybrzeża wyspy Fehendhoo. Jeśli chcemy, możemy popłynąć do sand banku To Fa. Jeśli już go odwiedziliśmy, to z prywatnej plaży wypłyń prostopadle do linii wybrzeża. Płyń tak około 400m, aż zniknie zielona woda i wpłyniesz na turkusowy pas laguny. Teraz skręć w prawo, w kierunku widocznej wyspy Fulhadhoo (innej nie ma, więc nie pomylisz kierunku). Będziesz płynąć bardziej otwartymi wodami, ale bardzo płytkimi (od 0,5m do 1m głębokości). Jeśli zrobiliśmy pierwszą trasę, to warto wybrać właśnie tę opcję, żeby zobaczyć płaszczki. Tutaj pływa ich najwięcej. Płynąc szerokim pasem laguny w stronę Fulhadhoo płyniemy aż do samej wyspy. Warto zatrzymać się w dwóch punktach – na początku wyspy i na samym końcu. Na początku zobaczymy bajecznie rajską plażę z cieniami rzucanymi przez palmy. Z plaży możemy popatrzeć na Fehendhoo i sand bank To Fa od drugiej strony. Kiedy nacieszymy oczy tym rajskim widokiem warto wsiąść w kajak i popłynąć dalej wzdłuż wyspy, oddalając się od niej o około 100-200m. Płyniemy wzdłuż lewego wybrzeża, patrząc od strony Fehendhoo. Na końcu wyspy znajduje się niesamowita plaża, która jest przeznaczona dla turystów. Stąd jej nazwa bikini beach. Jest długa i otoczona niesamowitą laguną. Tutaj można wykonać katalogowe zdjęcia. Z poziomu plaży widzimy co najmniej cztery sand banki! Piękne, żółte wysepki ciągną się aż po horyzont! Najciekawsza część trasy zaczyna się właśnie stąd. Do przepłynięcia mamy jakieś 2km! Od jednej piaszczystej wysepki do drugiej. Łącznie powinniśmy zobaczyć ich od czterech do siedmiu. Dlaczego tak? Wszystko jest zależne od poziomu wód. Cztery z nich są pewne, ale trzy kolejne, zależne są od przypływów i odpływów. Płynąc od jednej wysepki do drugiej, masz okazję zobaczyć przepiękne widoki z różnej perspektywy. Płynąc od wyspy do wyspy w linii prostej, dotrzemy w końcu do ostatniej z nich. Zaczyna się piaskową plażą, a na jej końcu rośnie niewiele drzew. Dalej ciągnie się długa laguna, co będzie wykorzystane w trzeciej propozycji trasy. Opcja druga to około 8-10km. Dla mnie to średni dystans, jak na kajak.

     
Oprócz pięknej laguny przy sand banku To Fa możemy zobaczyć niesamowite wody i plaże, płynąc wzdłuż Fulhadhoo

TRASA 3.
To chyba najbardziej ambitna trasa, wymagająca nieco więcej sił i odwagi. Chociaż nie grozą nam rekiny lub inne zwierzęta, to nie wolno przestraszyć się otwartych wód. Przez całą trasę będziemy płynąć płytkimi wodami, ale będziemy tez potrzebować kilku godzin. Proponuję połączyć dwie pierwsze opcje – popłynąć do Fulhadhoo omówioną trasą, a następnie płynąć od sand banku do sand banku. Kiedy zobaczymy ostatnią wysepkę z drzewami na końcu musimy popłynąć dalej. Odtąd otworzy się przed nami ocean i wielkie wody. Nie ma powodów do obaw, bo przez cały czas będziemy płynąć płytkimi lagunami. Zasada jest prosta – trzymajmy się tylko i wyłącznie turkusowych, płytkich wód. Jeśli spojrzysz na mapę naszego atolu, to zobaczysz, że cały ma średnicę 12-13km i ma kształt elipsy. Obwód zatem wynosi 30,17km. Proponowana trasa jest przeznaczona dla aktywnych i dla długodystansowców, którzy mają siły w rękach i już przepływali podobne trasy. Najważniejsze, żeby zabrać ze sobą jedzenie, dużo picia i przede wszystkim nakrycie głowy oraz karku, żeby słońce nas nie spaliło. Płynąc turkusowymi wodami za ostatnią wysepką z drzewami o nazwie Innafushi będziesz skręcał w lewo tak, jak prowadzą turkusowe, płytkie wody. Nie da się inaczej popłynąć. Na odcinku 8,81km będziesz płynąć tylko płytkimi lagunami, gdzie zobaczysz wysepki minimalnie zatopione. Dopiero po tym dystansie dopłyniesz do okrągłej, piaszczystej wysepki z krzakami. Ten sand bank to Mathifaruhuraa. Za 280m dotrzemy do kolejnej, tym razem brązowej wysepki. Tuż za nią rozpoczynają się nieco ciemniejsze, głębsze wody, ale z poziomu ostatniej wysepki widać pobliską, kolejną, brązowa wysepkę w kształcie boomerangu. Znajduje się o 1,62km od nas. Od niej ponownie mamy turkusowe wody, którymi będziemy kierować się aż do naszej wyspy. Pomiędzy obiema wyspami mamy głębiny, ale wystarczy popłynąć przez jaśniejszego koloru wody. Ten sand bank o kształcie boomerangu nazywa się Dhashufaruhurra. Za nią rozpoczyna się 9,32km laguna, która prowadzi do znanej nam już wyspy Goidhoo. Na tym odcinku przepłyniemy obok mnóstwa pofalowanych wysepek, będących co chwilę zalewanych przez fale. Widok jest naprawdę ciekawy.

Z Goidhoo mamy już niewielki odcinek do naszej wyspy Fehendhoo, gdzie do przepłynięcia mamy jeszcze 2,9-3,1km, licząc od południowej części wyspy Goidhoo do naszej prywatnej plaży. Cała trasa ma aż 30,17km, dlatego polecam ją tylko długodystansowcom i miłośnikom krajobrazów, oraz osobom, które nie boją się wyzwań. Naszym kajakiem pływa się z prędkością 5-8km (ja utrzymywałem prędkość 7-8km/h, ze względu na dużą wytrzymałość i zamiłowanie do długich dystansów). Kajak z prywatnej plaży nie pozwala osiągnąć większych prędkości. Taką po prostu ma konstrukcję. Dla orientujących się w terenie pewne odcinki można skracać, np. płynąc po wewnętrznej części turkusowych lagun. Zaletą całej trasy jest fakt, ze na pewno zobaczymy większe ryby żyjące w tutejszych wodach, jak np. płaszczki, delfiny, czy latające ryby. Jeśli czujesz się na siłach i nie boisz się terenu, wyrusz wcześnie rano, żeby słońce cię nie spaliło. Może być nawet 6-7 rano, a wtedy długo będziesz miał spokój od piekącego słońca. W trakcie dłuższego pływania celowo schodziłem na piaszczyste wysepki i kąpałem się w wodzie, żeby się schłodzić. Jeśli nie czujesz się pewnie w nowym terenie, polecam trasę nr 1 i 2.

         
Piękne i bezkresne laguny - takimi wodami będziemy płynąć przez cały czas

3. FEHENDHOO BIKINI BEACH
To jedna z najspokojniejszych atrakcji, jakie możemy sobie zapewnić. Uważam jednak, że piękno krajobrazu, które tu zobaczymy na pewno nas zachwyci. Naoglądałem się kilka idealnych zdjęć z tego miejsca, ale stwierdziłem, że na żywo wszystko wygląda jeszcze piękniej! Gdzie trzeba iść? Z naszego guest house Fehendhoo Stay wędrujemy główną drogą aż do tropikalnego lasu (około 200m). W lesie jest tylko jedna ścieżka, więc nie pomylimy trasy. Wystarczy iść nią do samego końca wyspy. W trakcie wędrówki miniesz po lewej stronie trzy ścieżki odbijające do prywatnych plaż. Pierwsza z nich prowadzi do plaży Fehendhoo White Lagoon, druga i trzecia prowadzą do naszych plaż, czyli Fehendhoo Stay 101 i 102. Po prawej stronie miniemy niewielką zagrodę, gdzie miejscowi hodują kozy. Idąc dalej, będziemy podziwiać mnóstwo palm i typowo tropikalnej roślinności. W porze suchej nie występują tu żadne komary ani muchy. Czasami może wspinać się jakaś jaszczurka po palmie. Wyspa ma dwa przewężenia, odległe o około 400m. Rozpoznamy je po tym, że po obu stronach, zza krzaków będziemy widzieć wodę. Dosłownie kilka metrów dalej, zarówno po lewej, jak i po prawej. Dokładnie w połowie wyspy, na drodze zobaczymy większą zagrodę. Nie ma czego się obawiać, bo wygląda to tak, jakby ścieżka się kończyła. Przy ogrodzeniu trzeba skręcić w prawo i iść wzdłuż płotu (jest szeroka droga). Za ogrodzeniem ponownie skręcamy w lewo i idziemy dalej, główną drogą przez tropikalny las, wzdłuż wyspy. Miejscowi również w tym miejscu hodują kozy, ale na większą skalę. Kiedy dojdziesz do końca wyspy, zobaczysz dziesięć pięknych, wyróżniających się palm, tworzących skupisko. Pójdź za to skupisko aż dojdziesz nad zarośnięty brzeg. Tam zobaczysz piękną palmę pochyloną aż do wody. Kojarzy się ona z rajskimi widokami, które widzimy na pocztówkach. Warto wejść na boso do wody i wyjść poza poziom zarośli po to, żeby popatrzeć na wyspę Fulhadhoo. Pochyła palma nie jest główną atrakcją.

Nasza plaża znajduje się nieco wcześniej, ale trzeba wiedzieć gdzie wejść. Z pięknego skupiska palm wystarczy skręcić w lewo (idąc od strony wioski Fehendhoo) w słabiej widoczną, jedyną ścieżkę. Prowadzi ona do niskich krzaków, za którymi na boso przez wodę pójdziesz około 8-10m na bikini beach. Druga opcja, to wcześniejsze wypatrzenie również słabo wydeptanej ścieżki, skręcającej w lewo, jeszcze przed skupiskiem palm na końcu wyspy. Wtedy wchodzi się bezpośrednio na plażę. Sama plaża jest prawdziwie rajska. Wychodzimy na piękny, biały piasek, gdzie rosną młode palmy ułożone w półokrąg. Mamy z niej niepowtarzalny, piękny widok na rozległą lagunę oraz wyspę Fulhadhoo. Laguna jest tak wielka, że ciągnie się aż po samą wyspę Fulhadhoo. W połowie jest znany nam już sand bank To Fa. Przestrzeni jest tak wiele, że będziemy chcieli zobaczyć jak najwięcej, pochodzić w płytkich wodach laguny i podziwiać rajskie widoki. Najbardziej polecam wędrówki zatopionymi cyplami z piasku, które wcinają się daleko w głąb laguny. Woda jest tak płytka, ze możemy ciągle iść w wodze do kolan. Mamy stąd wspaniały widok na pofalowane dno przy brzegu, przypominające małe, piaszczyste wydmy. Turkusowy kolor laguny ciągnie się aż po sam horyzont, dlatego ciężko nasycić oczy tak pięknym widokiem. Chciałoby się popływać w każdym miejscu. Mi najbardziej podobały się widoki z piaszczystych, zatopionych cypli, które zresztą widać również z poziomu plaży oraz sama plaża. Ile razy tam byłem, tyle razy nie spotkałem ani jednej osoby… Zaletą wyspy Fehendhoo jest zdecydowanie brak rozwiniętej turystyki. Każda plaża najprawdopodobniej będzie pusta… Jeśli będziesz chciał zrobić dobre zdjęcie, to masz pewność, że nikt nie wejdzie ci w kadr. Bikini beach nie tylko jest ciekawym miejscem pod względem krajobrazowym, ale przede wszystkim wspaniałym miejscem do pływania. Z łatwością znajdziemy tu zacienione miejsce, a pływanie w turkusowych wodach laguny zrelaksuje nas, jak nigdzie indziej.

 
 
Tropikalny las na Fehendhoo


Piękne skupisko palm na samym końcu wyspy Fehendhoo. Tutaj skręcamy w lewo, żeby wejść na bikini beach

 
Pochylona palma znajdująca się za skupiskiem palm na końcu wyspy

 
Pochylona palma znajdująca się za skupiskiem palm na końcu wyspy


Koniec wyspy Fehendhoo i zaznaczone w żółtym okręgu umiejscowienie pochylonej palmy względem wyspy


Laguna tuż za pochyloną palmą z widokiem na Fulhadhoo


Bajeczna plaża bikini beach na Fehendhoo

       
Bajeczna plaża bikini beach na Fehendhoo

CENY ORGANIZACJI WAKACJI:
  • Pociąg IEC Katowice - Warszawa, 73 PLN (2 klasa), czas jazdy 2h 34min; Pendolino 139 PLN, czas jazdy 2h 21min
  • Samolot Emirates w obie strony: 2806-3178zł za osobę
  • Taksówka do Male: 20-35 USD (w jedną stronę)
  • Szybka łódź motorowa na Goidhoo: 45 USD (w jedną stronę)
  • Noclegi na Fehendhoo: 80-100 USD/noc przez Booking com (tylko śniadania) lub 1000 USD za 7 noclegów/1100 USD za 8 noclegów u Doroty wraz z wliczonymi kosztami taksówek i szybkich łodzi motorowych + pełne wyżywienie (3 x dziennie, jedzenie lokalne bardzo pyszne!). UWAGA! Jeśli napiszesz bezpośrednio do właściciela wybranego przez siebie obiektu maila, właściciel poprosi cię o kontakt przez WhatsApp'a. Dzięki temu, będziesz mógł negocjować ceny i najprawdopodobniej będzie jeszcze taniej.
  • Wyjazd na Fulhadhoo - zawiezienie na Fulhadhoo i powrót na Fehendhoo o wyznaczonej przez ciebie godzinie (możesz nawet pojechać na cały dzień i nie ma żadnego problemu): 40 USD/łódź - mogą więc jechać 4 osoby za tę cenę.
  • Wyjazd do resortu Finolhu: łódź na Fehendhoo w obie strony: 150 USD (mogą jechać 4 osoby za tę cenę, więc koszty się rozłożą), prawo wstępu do resortu wraz z obiadem all inclusive + nieograniczone napoje: 115 USD + 23,2% podatku malediwskiego. Pobyt trwa w godzinach 12.00-18.00 czasu, który obowiązuje tylko na Finolhu, lub w godzinach 10.00-16.00 czasu malediwskiego. Można wykupić również droższe opcje, z możliwością zostania do północy, ale nikt nas o tej porze nie odbierze ze względu na ciemności panujące na otwartych wodach oceanu. Łodzie nie kursują, stąd pozostaje tylko opcja dzienna.
  • Wyjazd na sand bank Rahkairifinolhu (za wyspą Fulhadhoo) - plażowanie, transport sprzętu plażowego (leżaki, parasol) i piknik: godziny wyjazdu i powrotu ustalasz samemu, co znaczy, że możesz tam popłynąć nawet na cały dzień. Koszt podróży: 100 USD za łódź.
  • Płaszczki i manty oraz pływanie na rafach koralowych (płytkie i głębokie): 75 USD za łódź
  • Nurkowanie głębinowe ze sprzętem i butlą + szkolenie praktyczne: 150 USD
  • Hotel w Male: 80 USD
  • Coca-cola: 27 MVR
  • Lody Magnum: 35 MVR
  • Malediwskie orzechy (zbierane na naszej wyspie): 80 MVR
  • Herbata eksportowa ze Sri Lanki (100 torebek): 42 MVR
  • Kursy walut: 100 USD = 1542 MVR
Obliczając koszty, musisz wziąć pod uwagę, że na wyspie nie ma żadnych biur podróży, które organizują wycieczki. Wszystkie wycieczki wymyślasz samemu na miejscu i dogadujesz się z gospodarzem w kwestiach finansowych. Nawet, jeśli nie myślałeś o takim sposobie organizacji różnych wyjazdów, to gospodarz podpowie ci, co jest do zobaczenia na wyspie i na wodach ją okalających. Na pewno znajdziesz coś dla siebie. Naeem zrealizuje każdy twój pomysł, gdzie w grę wchodzi użycie łodzi i dopłynięcie do wybranego przez ciebie miejsca. Ceny są nieporównywalnie niższe, niż gdybyśmy wykupili podobne wycieczki w resorcie, a i podejście jest bardzo indywidualne, 'swojskie'. W razie dłuższych kursów (np. Finolhu - 13km w jedną stronę) gospodarz zabiera ze sobą dwa kanistry benzyny. Tankowanie może więc odbywać się na środku wód oceanicznych. Nam trafiło się kilkadziesiąt metrów od resortu Finolhu po opuszczeniu terenu laguny. Wody oceaniczne w pełni sezonu są bardzo spokojne.
Dla porównania, na Dominikanie, w styczniu płynąłem 24km w jedną stronę przez 5 tropikalnych burz (!). Opady są bardzo intensywne, jak w Polsce podczas 'oberwania chmury', ale krótkotrwałe (5-10min). Mimo wszystko, wody Morza Karaibskiego w tym czasie były zupełnie spokojne. Podróż więc jest całkowicie bezpieczna.

CIEMNA STRONA MALEDIWÓW
Jestem człowiekiem, który stara się widzieć same pozytywy i na nich się koncentruję. Z tego względu łatwiej mi spełniać marzenia i nie widzieć problemów, których w rzeczywistości nie ma, lub tkwią w naszej psychice. Nie jestem również typem polskiego narzekacza, nerwusa lub dogryzacza, czy też pospolitego/zawodowego doczepiacza do wszystkiego, do czego się da. Wiem, że takich ludzi nie brakuje, dlatego muszę opowiedzieć też o sprawach, które są zwykle przemilczane. Na Malediwach dużym problemem jest wyspiarski charakter państwa. Trudno jest zorganizować sprawny system zarządzania takim terenem, dlatego bardzo trudno jest o czystość terenu. Na wielu wyspach są zorganizowane, zamykane wysypiska śmieci, co pozwala chronić wyspę przed zanieczyszczeniami. Problemem jednak jest sama mentalność Malediwczyków, ponieważ oni sami zaśmiecają swoje wyspy. Często widać obrazek, kiedy ktoś zje lody na patyku i wyrzuci ‘papierek’ w miejscu, gdzie je zjadł. Z drugiej strony, kilkukrotnie widziałem, kiedy prowadzący łódź wypił napój i wyrzucił plastikową butelkę ot tak – jednym machnięciem ręki – do oceanu. Na szczęście nasz gospodarz Naeem nie toleruje takiego zachowania i zawsze zabiera puste opakowania po sobie i po turystach. Na wyspie funkcjonuje system gromadzenia śmieci w jednym miejscu. Wygląda to tak, że mieszkańcy mają duże, plastikowe śmietniki. W konkretnym dniu, znanym tylko dla nich, przez wioskę przejeżdża meleks i zabiera wszystkie śmietniki do ustalonego miejsca. To znaczy, że jeśli mieszkańcy wrzucą każdy śmieć do pojemnika, to nigdzie bezpańsko nie będą się walały po wyspie. Na szczęście problem odpadków nie jest tak duży na Fehendhoo, a sama wyspa jest czysta i przyjemnie się nią wędruje. Od końca roku 2018 rząd Malediwów wprowadził nowe rozporządzenie, gdzie śmieci ze wszystkich atoli mają być zbierane i gromadzone tylko na jednej wyznaczonej do tego celu wyspie. Czy to dobre rozwiązanie? Dla wszystkich wysp tak, bo będą wolne od śmieci, ale dla środowiska już nie, bo co, jeśli tą jedyną wyspę choć raz zaleje woda? Katastrofa ekologiczna gotowa… Pewnie słyszałeś o stolicy Male, która nie ma przemysłu. Wszystkie zakłady przemysłowe znajdują się na sąsiedniej, sztucznej wyspie, która została utworzona ze... śmieci. Codziennie jej powierzchnia zwiększa się o 1m kwadratowy. Obecnie funkcjonuje tam około 100 zakładów przemysłowych. Drugim problemem są plastikowe butelki rzucane z pływających łodzi do oceanu. Na Fehendhoo, na wysokości pierwszego przewężenia wyspy, po prawej stronie widać, jak wyspa ‘zbiera’ butelki, które przyniesie ocean. Jako, że ląd stoi na drodze prądów morskich, to w tym miejscu gromadzą się butelki. Najbardziej jednak widać ten fakt, kiedy popłyniemy z Naeem’em łodzią na jedną z naszych wycieczek. Wtedy na głębszych wodach nieraz miniemy kilka dryfujących, plastikowych butelek. Tyle na świecie mówi się o ‘plastikowym’ zagrożeniu, a tym czasem Malediwczycy lekką ręką sami sobie robią krzywdę. Oczywiście nie o wszystkich można tak powiedzieć, ale problem jest dość znaczny, skoro tyle butelek pływa na otwartych wodach.

Kolejną kwestią jest ubiór. Może chcielibyśmy poczuć się tak swobodnie, jak w Europie i rozbierać się do bikini na każdej plaży. Lokalne wyspy mają zazwyczaj tak, że jedna plaża jest ‘oddana’ dla turystów (bikini beach), a inne są przeznaczone dla miejscowych, co nie znaczy, że ty nie możesz się tam wykąpać. Miejscowi mają swoje zasady podyktowane ich religią i najlepiej, jeśli uszanujemy ich zwyczaje. Wiem, że zaraz może podnieść się w tobie polska buntowniczość – skoro my mamy przestrzegać ich zasad, to niech oni przestrzegają naszych. Jest w tym dużo racji, ale to nie my jesteśmy temu winni, tylko tak zwana poprawność polityczna rządzących różnymi europejskimi krajami, w tym Polski, gdzie wydaje się takie, a nie inne rozporządzenia. Ja nie miałem żadnego problemu w uszanowaniu malediwskich zwyczajów. Na publicznych plażach kąpałem się w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce, a na bikini beach w stylu europejskim, Trzeba pamiętać, że bikini beach, to najładniejsze miejsce całej wyspy. W miejscach publicznych wystarczy, że kobiety założą jednoczęściowy strój lub lekką sukienkę i też będzie dobrze. Ważne, żeby we wiosce nie chodzić w bikini lub bez koszulki w przypadku mężczyzn. Już od pierwszego dnia zżyłem się Naeem’em i polubiłem tutejszą ludność tak, że miejscowe zwyczaje stały się również moimi. Najważniejsze, żeby okazywać sobie szacunek w obie strony. A co z alkoholem? Na miejscowych wyspach nie kupimy go w sklepie, bo go po prostu nie ma. Malediwczycy nie mogą pić alkoholu i w tym raju panuje całkowity zakaz picia trunków ze względu na religię. Skoro nie można pić alkoholu, to dlaczego można palić papierosy?... No cóż – tak mają. Alkohol wypijemy jedynie w resortach i hotelach. Jeśli lubisz ponarzekać i trudno ci się przestawić, polecam zaprzyjaźnić się z miejscowymi lub chociaż porozmawiać z nimi. Zobaczysz, że są to bardzo otwarci ludzie i chociaż kobiety mogą wydawać się odizolowane, bo chodzą w pełni zakryte, nawet kiedy się kąpią, to one również bardzo chętnie rozmawiają z turystami. Są ciekawe naszego świata, ale przede wszystkim chcą pokazać swoją wyspę od najlepszej strony.

Patrząc nieco szerzej na samo państwo, zobaczysz, że stolica to naprawdę nieciekawy twór. Zamieszkana wyspa przez 450.000 ludzi ma wymiary około 2km x 2km, dlatego każdy kawałek ziemi jest bardzo cenny. Każdy skrawek jest zabudowany chaotycznymi budowlami, a z powodu braku miejsca obiekty buduje się do góry. Dla przykładu hotel Octave, mający aż 7 pięter wysokości, ma zaledwie 11 pokoi. Budynki są wąskie, ale strzeliste. Brak miejsca szczególnie widać na drogach. Uliczki są wąskie i na dodatek zastawione skuterami, podobnie jak w Amsterdamie parkuje się tysiące rowerów. Przejażdżka samochodem to już sportowe wyzwanie, ponieważ niejednokrotnie trzeba wysiadać na zakrętach i przesuwać skutery tak, żeby zmieścił się samochód. Hałas na drogach z powodu nieustannie kursujących skuterów jest nie do zniesienia. Wydaje nam się, że jeżdżą bez ustalonego porządku. We wszystkie strony i bez zasad na skrzyżowaniach. Piesi tak samo przechodzą przez ulicę, wciskając się pomiędzy duży ruch. Wędrówka przez miasto może naprawdę umęczyć. Trudną kwestią związaną z odciążeniem stolicy jest usypanie sztucznej wyspy po drugiej stronie lotniska. W 2019 roku budowano kilka wysokich wieżowców, co ma odciążyć przeludnione centrum. Patrząc na to ze strony praktycznej, nie sądzę, żeby nastąpiło jakieś odciążenie. Biznes rządzi się swoimi prawami i lepiej będzie sprzedać te mieszkania, czy powierzchnie biurowe nowym ludziom, czy inwestorom niż ludności, która ma swoje mieszkania i trudno im będzie znaleźć dodatkowe pieniądze na przeprowadzkę. Płynąc w stronę Fehendhoo, już na czwartym kilometrze mijamy wyspę z resortem. Gdybym miał kupować wakacje w malediwskim resorcie na pewno nie wybrałbym tej wyspy ze względu na widok wieżowców i miasta. Kolejnym problemem jest prąd dla stolicy. Jedna wyspa została poświęcona dla elektrowni. Gdzieś na środku oceanu dymią kominy, a prąd jest dostarczany poprzez podwodne kable. Dwie kolejne wyspy zostały zagospodarowane na potrzeby policji i transportu benzyny.

 
Hałaśliwe i wąskie ulice w Male

W pobliżu Male zobaczymy bardzo duży ruch morski. Malutkie łódki przepływają obok potężnych, długich na kilkaset metrów kontenerowców, czy też równie ogromnych statków do pogłębiania dna morskiego. Nasza łódź z Goidhoo przewożąca 55 osób, wyglądała jak mała zabawka przy ogromnym statku służącym do pogłębiania dna morskiego. Przepłynęliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów przed jego dziobem. Czy warto wybierać guest house przez Booking.com lub tego typu portale? Z jednej strony tak, jeśli samemu załatwisz sobie łodzie lub transport do wybranego obiektu. Musisz jednak pamiętać, że często w takich obiektach zdarza się zjawisko overbookingu, czyli potwierdzenie przybycia większej ilości gości niż gospodarz ma dostępnych miejsc. Na wyspie spotkaliśmy dziewczynę z Polski, która jadła z nami obiad, tylko dlatego, że jej 9-cio osobowa grupa była zakwaterowana na Fulhadhoo, a dla niej i dwóch jej kolegów zabrakło miejsca i ta trójka musiała zostać zakwaterowana na Fehendhoo. Takie sytuacje są częste, dlatego wolałem powierzyć sprawę moich wakacji osobie, która mieszka na stałe w Male i współpracuje z konkretnymi guest house’ami. Z drugiej strony, nawet w przypadku overbookingu wiedziałem w jaki region jadę, więc jeśli miałbym być na Fulhadhoo, czy Fehendhoo, to z obu wysp cieszyłbym się bardzo, bo obie są niezwykle rajskie. Gorzej gdyby przypadło mi Goidhoo. Chociaż wyspa ma piękne tropikalne lasy, to brakuje jej katalogowych plaż. Ogólnie nie jest polecana jako miejsce turystyczne, bo obie sąsiednie wyspy są znacznie bardziej piękne i niezwykle rajskie.


Chaotyczna zabudowa Male i ciągłe rozbudowywanie ku górze z powodu braku ziemi pod budowę nowych obiektów w stolicy

Ostatnią ciekawostką należącą do tej kategorii jest samozwańcze, terrorystyczne państwo ISIS. W naszej telewizji bardzo często mówiło się o ISIS w kontekście Syrii i tego, jak bardzo opanowało ono jej ziemie. Mało kto wie, że nawet po prawie całkowitym rozgromieniu ISIS w Syrii, to państwo wcale nie zniknęło. Równolegle istnieje na terenie dzisiejszych południowych Filipin i Indonezji, tylko, że w naszych mediach mało kogo interesują tamte ziemie. A co wspólnego mają z tym Malediwy? Obywatele Malediwów stanowią największą grupę narodowościową, które tworzą tamtejsze ISIS. Nie ma czego się obawiać, ponieważ na terenie Malediwów terroryści z tego samozwańczego państwa w ogóle nie prowadzą swojej działalności. Chociaż Malediwy nie mają własnego wojska, to mają wsparcie militarne Indii.

PODSUMOWANIE
Jeśli nie jesteś jeszcze zdecydowany, a myślisz o Malediwach, możesz pomyśleć, że widziałeś dużo wyidealizowanych zdjęć, a nie masz pewności jak będzie naprawdę. Możesz wybrać kilka opcji: mieć dużo obaw i nic nie zrobić, trochę ponarzekać i porzucić ten pomysł lub sprawdzić na własne oczy, jak tam jest, pozbierać dodatkowe opinie i zdecydować się na wyjazd oraz zrobić tak, jak ja – usłyszałem o tym miejscu, zobaczyłem zaledwie kilka zdjęć i powiedziałem: chcę tam być! Pomimo obaw, czy zobaczę naprawdę rajskie krajobrazy (moim celem zawsze jest fotografia krajobrazowa + aktywny wypoczynek), to postanowiłem sprawdzić, czy jest tam tak, jak opisują inni. Wystarczyło mi zapewnienie Doroty, że zobaczę mnóstwo turkusu, palm i rajskich plaż. Uwierzyłem, że tak jest, a w rzeczywistości było jeszcze piękniej niż oczekiwałem! Jeśli pomyślisz, że zdjęcia są przerabiane w Photoshopie, to muszę cię zaskoczyć, bo ten program jest zbyt drogi dla mnie i nie mam czasu na jego naukę. Używam tylko starej, wycofanej 1 maja 2016 roku Picassy 3 od Google, gdzie jednym przyciskiem zdejmuję mgły, które zawsze powstają przy fotografowaniu obiektów powyżej 30m (jeśli chcesz się dowiedzieć, jak robić profesjonalne zdjęcia lustrzanką bez edycji w Photoshopie, polecam przeczytać mój artykuł: Górski poradnik fotograficzny, z którego dowiesz się, jak świadomie kupić aparat i jak robić nim profesjonalne zdjęcia). Używając w pełni ręcznych ustawień można zrobić naprawdę dobre zdjęcia bez niepotrzebnych modyfikacji.

15 komentarzy:

  1. Swietny artykuł i fantastyczne fotografie,mnostwo ciekawostek i praktycznych informacji,przeczytam go pewnie jeszcze ze dwa razy ,,zanim powiem sobie dosc,,tyle tego😁Michał w doskonałej formie,dzieki swietnie sie czyta i doskonale oglada

    OdpowiedzUsuń
  2. Artykuł jak zawsze świetny, uwielbiam Twoje relacje z wyjazdów, zarówno górskich jak i tych "plażowych". Malediwy zawsze wydawały mi się kierunkiem nudnym i nieatrakcyjnym dla budżetowego turysty. Jak widzę dzieki Twojej relacji bardzo się myliłem i dlatego dołączam ten kierunek do ojej listy miejsc wartych odwiedzenia, jeśli nadarzy sie taka okazja (tzn. uda się kupić w miarę tanie bilety lotnicze). Pozdrawiam i życze wielu jeszcze cudownych wyjazdów i ciekawych relacji z nich na tym blogu. JJ

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawie napisane. Gratuluję i pozdrawiam serdecznie !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bardzo się cieszę, że mogłem pomóc. Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  4. Jestem pod wrażeniem. Świetny artykuł.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzięki tej interesującej relacji uwierzyłam,że jak jeszcze trochę tych wszystkich info przestudiuję,to jestem w stanie zaplanować i odbyć podróż marzeń i mam nadzieję że w lutym/marcu się to uda.Dziękuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję że wszystko się uda. Oby dało się polecieć w lutym lub w marcu, bo teraz nic na tydzień do przodu nie da się zaplanować. Dodatkowo wisi w powietrzu wojna USA-Iran, stąd mamy jeszcze jedną niewiadomą, z której nie wiadomo co wyniknie.

      Usuń
  6. Bardzo wartościowy post! Bardzo mi pomógł w moim wyjezdzie. Jako że własnie wróciłam z Malediw to dodam kilka uwag od siebie. Faktycznie musiało być wtedy wyjątkowo mocne słońce bo po tym jak przeczytałam o tym oparzeniu do krwi prewencyjnie kupiłam tylko filtry SPF50 i je stosowałam i przy szczycie sezonu prawie sie nie opaliłam, wiec myśle, że jak ktoś reaguje dobrze na słonce to filtr SPF30 też byłby dobry. Bylismy w drugim tygodniu lutego i było dosć sporo chmur, może mielismy pecha ale w lutym też może być pochmurnie. Ogólnie my rezerwowalismy pobyt w Resorcie przez Agode i za 7dniowy pobyt z wyżywieniem: sniadanie i obiadokolacją zapłacilismy niecałe 900$ za dwie osoby. Było rajsko i wróciłam bardzo zadowolona więc nie skreślałabym resortów ze względu na cene bo można znależć bardzo dobrą cene za na prawde dobrą jakość i nie odczułam żeby to była turystyka masowa. Widać, że w resorcie robią wszystko aby turysta czuł sie jak najlepiej i o to w wakacjach chodzi. Co do wycieczek to całkowicie sie zgadzam, są bardzo przereklamowane i nastawione na wyciągniecie jak najwiekszej kasy od turysty. Jest czas wyliczony co do minuty i jak sie nie znajdzie danego zwierzęcia to wraca sie zawiedzionym do hotelu. Ceny wycieczek są wysokie i do nich jeszcze doliczany jest 10% podatek dla rządu malediwskiego i dodatkowo 12% kolejny podatek. Jeśli chodzi o dolary to nikt nie sprawdzał u mnie daty dolarów i nawet w Resorcie przy płatnosci wydali mi dolarami z 2003 roku. Miałam dużo dolarów z 2006 roku i jeden z 2004 i nie było przez nie żadnych problemów. Bardzo polecam wyjazd! Samemu zorganizowanie w trakcie pandemii przysparza troche stresu ale jak jest się na miejscu póżniej ma sie odczucie że było warto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To racja. Ja wyjeżdżam za tydzień, dlatego też się bardzo cieszę. Przeżycia na miejscu zrekompensują każdą trudność. Mam tylko takie pytanie: co wpisałaś do formularza IMUGA w okienku "adres na Malediwach", w dziale dotyczącym, gdzie odbędziesz kwarantannę? Jest tam gwiazdka, więc pole jest obowiązkowe. Z tego, co wiem, to wpisuje się tam adres swojego guest house lub obiektu, do którego się jedzie. Czy spotkały Cię jakieś trudności z papierkami na granicy/lotniskach?

      Usuń
    2. Podałam adres resortu w którym sie zatrzymywaliśmy. Ogólnie Imuga trzeba wypełnić 24h ale odnośnie przylotu do Malediw. Najlepiej sobie policzyć z zapasem ok 2h po przylocie. Ja początkowo zrozumiałam, że mają to byc 24h przed pierwszym wylotem i mój pierwszy formularz był nie ważny jak przylatywałam. Jeśli ktoś zapomni go wypełnić to na miejscu mają stanowiska z internetem i pomagają. Najlepiej to wypełnić tuż przed wyjazdem na lotnisko/badz w kolejce do odprawy. Leciałam qatar airways, na lotnisku sprawdzali imuge, test PCR oraz wydrukowane potwierdzenie noclegu. Na miejscu po przylocie tylko zmierzyli temp, sprawdzali czy ma sie imuge na telefonie ale nikt jej nie skanował i wszystko przebiegło gładko bez żadnych kolejek i problemów w obie srony.

      Usuń
    3. Dziękuję za odpowiedź. Tak też myślałem. Na stronie rządowej jest napisane, że na 24 godziny przed przylotem na Malediwy, stąd zakładam, że wypełnię ten formularz w Dubaju na lotnisku. Cieszę się, że usłyszałem dobre wieści, że cała ta papierologia tylko tak źle wygląda, ale jest do ogarnięcia. A czy kwarantanna po powrocie obowiązuje? Pytam, bo przed powrotem robi się test PCR. Pytanie tylko czy go uznają, czy raczej traktują go jako nieważny, bo zazwyczaj przekroczy wymagane 48h.

      Usuń
    4. Niestety na to nie jestem w stanie odpowiedzieć. Leciałam przez Berlin i wracałam transportem prywatnym. Testy PCR mielismy bo tego wymagały Niemcy ale nikt nas nie sprawdzał na granicy z Polską. Z tego co sie orientowałam pytając linii lotniczej oni liczą 48h od wyniku do wejscia do samolotu wiec według nich test pozwala uniknąc kwarantanny. Co dziwnego wynik testu na Malediwach był po 3h, jak na PCR i potrzebę zawiezienia próbki łodzią wynik był bardzo szybko.

      Usuń
    5. OK. Dziękuję za odpowiedź. Jestem dobrej myśli, że nie pozamykają granic, bo teraz to tylko jedyne zmartwienie tego wyjazdu. Oby jeszcze się dało pojechać.
      Pozdrawiam Cię serdecznie.

      Usuń