czwartek, 17 października 2019

Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. od strony włoskiej

 Punta Gnifetti od strony włoskiej  Zumsteinspitze od strony włoskiej

Poniższa relacja jest kontynuacją opisu naszej wyprawy, gdzie za pierwszy cel obraliśmy Mt. Blanc od strony włoskiej. Weszliśmy na szczyt, mając piękne widoki. Teraz opisuję dalszą część całej wyprawy, której celem było wejście jeszcze na Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.pm. Jeśli chcesz wiedzieć, jak wyglądały przygotowania, jak dojechaliśmy na miejsce, ile wydaliśmy na organizację całej wyprawy i co zabraliśmy ze sobą, przeczytaj najpierw artykuł o naszym wejściu na Mont Blanc od strony włoskiej drogą papieską. Znajdziesz w nim szczegółowe listy rzeczy i cen, oraz sposób na zorganizowanie taniego wyjazdu w Alpy z wejściem na jeden lub kilka czterotysięczników.

Po udanym wejściu od strony włoskiej na Mt. Blanc planowaliśmy Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. oraz Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Na obu górach już byłem, ale wiedziałem, że ze szczytów można zobaczyć bardzo piękne widoki. Nawet najbardziej kultowe góry, jak Matterhorn, czy Weisshorn, które wręcz urosły do rangi gór-religii, nie zaoferują tak pięknych panoram. Wszystkiemu winne jest ich położenie „w środku” łańcucha gór. Punta Gnifetti i Zumsteinspitze stanowią główny ciąg czterotysięczników, dzięki czemu w połączeniu z chmurami, można zobaczyć naprawdę niepowtarzalne widowisko. Wejście na Punta Gnifetti jest uważane za jedno z łatwiejszych w całych Alpach, jeśli wybierzemy podejście od strony włoskiej. Byłem od strony szwajcarskiej, dlatego teraz chciałem zobaczyć coś nowego. Szkoda, że nie mieliśmy więcej czasu, bo z pewnością poszedłbym jeszcze na Lyskamm. Powrót z Mt. Blanc upłynął nam szybko, a okres przewidywanej, najgorszej pogody mieliśmy za sobą. Wieczorem miała się pojawić jeszcze burza, ale raczej taka, która nie wpłynęłaby w żaden sposób na nasze plany. W drodze powrotnej czytaliśmy „suchy” przewodnik „Alpejskie czterotysięczniki” po to, żeby wybrać konkretną drogę. Do przejechania mieliśmy około 160km, ale do wyboru mieliśmy dwie miejscowości: Alagna Valsesia, lub Stafal. Z obu miejscowości prowadziły kolejki linowe na lodowiec, ponieważ w przewodniku przeczytaliśmy, że w dzisiejszych czasach nikt nie ciora nudnej drogi do lodowca, bo po prostu to nie ma sensu. Lepiej ten czas poświęcić na działalność górską. W książce wyczytaliśmy, że kolejka ze Stafal jest zamknięta, więc wybór padł na Alagnę. Z drugiej strony, nie wiedzieliśmy, czego możemy spodziewać się po jednej i drugiej miejscowości. Wiedzieliśmy tylko tyle, że z każdej podejście jest bardzo długie. Ciekawostką jest, że z Courmayeur pod Mt. Blanc do Stafal można dojechać w 2,5h, a do Alagny w 4h…, a przecież obie miejscowości są oddalone od siebie o kilka kilometrów w linii prostej. Znacznie dłuższy czas dojazdu zawdzięczamy bardzo długiej, ciągnącej się na 38km dolinie Val Grande z rzeką o nazwie Sesia. W wielu źródłach można znaleźć nazwę ‘Valsesia’, jako główna nazwa, ale określa ona zbiór wszystkich dolin bocznych, odbiegających od doliny głównej Val Grane. W skrócie można powiedzieć, że Valsesia, to dolina Val Grande plus wszystkie boczne doliny i dolinki takie, jak: Val Mastallone, Val Sermenza, Val Sorba, Valle Artogna, Val Vogna i Val d'Otro. Droga prowadzi pomiędzy wysokimi górami, jest mnóstwo rond i ogólnie mówiąc, w wielu miejscach są wąskie ulice. Z tego względu nie rozwiniemy dużych prędkości.

Kompletowanie rzeczy na polu namiotowym "Hobo"

POLE NAMIOTOWE HOBO
W trakcie drogi powrotnej z Mt. Blanc, ze schroniska Gonella, postanowiliśmy, że cały dzień przeznaczymy na powrót i nie będziemy musieli się spieszyć, a kiedy wszyscy dotrzemy do samochodu, to pojedziemy na pole namiotowe, które odwiedziliśmy trzy dni temu. Na polu namiotowym ‘Hobo’ mieliśmy dosłownie wszystko: prysznice, toalety, kuchnię z gazem, świetlicę, możliwość ładowania telefonów i przede wszystkim, równy teren pod namioty. Chyba każdemu podobały się otaczające nas widoki, ponieważ przed nami widniały niskie góry, podobne do Beskidów, z trzema wodospadami, a po przeciwnej stronie, patrzeliśmy na strzeliste i wysokie góry, mające do 3000 m n.p.m. wysokości. W takim otoczeniu wypoczynek musi być idealny. Za osobę zapłaciliśmy 8,80 EUR trzy dni temu, a teraz – 1 lipca – już 11,82 EUR. Na polu namiotowym również obowiązuje zasada podnoszenia cen w szczycie sezonu, a za taki jest uważany okres 1 lipca do 31 sierpnia. Taka cena nam nie przeszkadzała, bo znaliśmy już to miejsce i do dyspozycji mieliśmy naprawdę dużo. Warunki są bardzo dobre. Aż chciałoby się zostać na dłużej. Ja szczególnie zwróciłem uwagę na powietrze, które pachnie świerkami. We Włoszech żadne korniki nie dziesiątkują świerków, ponieważ jest to ich naturalne środowisko. W przeciwieństwie do Włoch, Polska nie jest ich naturalnym miejscem występowania. Z tego względu, we Włoszech, w Alpach, nie zobaczysz wyciętych do łysa gór, ani innych chorób typu ‘lex Szyszko’ (chyba każdy, kto przeżył 2019 rok, wie o co chodzi). Przebywanie w naturalnym terenie, otoczonym świerkowymi lasami i wysokimi górami pozwalało szybko się regenerować. Na miejsce przyjechaliśmy po godzinie 17.50, więc mieliśmy dużo czasu na ogarnięcie wielu rzeczy. Na razie wszystko wrzuciliśmy ‘byle jak’ do samochodu, żeby jak najszybciej dotrzeć na pole namiotowe. Na miejscu zaplanowaliśmy, że wszystko wyciągniemy z samochodu, posortujemy, ułożymy tak, jak trzeba i spakujemy się na drugą część wyprawy. Chcieliśmy zabrać tylko to, co potrzeba, żeby po raz kolejny nie powstawało, znane nam już zjawisko ‘za ciężkiego dziada’, czyli plecaka, który wgniata w ziemię. Kiedy poszedłem załatwić formalności do dziewczyny w recepcji, poznała naszą grupę i powiedziała, że ma już nasze dane sprzed trzech dni. Zapłaciliśmy i zaczęliśmy rozbijać namioty. Po Mt. Blanc byliśmy znacznie szybsi, bo w kilkanaście minut przygotowaliśmy sobie miejsca do spania i zabieraliśmy się za uporządkowanie auta. Wyrzuciliśmy wszystko na trawnik, a obok nas zaczął krążyć kot. Podchodził do każdego, żeby dać się pogłaskać i obowiązkowo do wszystkiego musiał wsadzić głowę. Co chwilę krążył i oglądał nasze rzeczy. Towarzyszył nam do samego końca, aż się spakowaliśmy. Wieczorem posortowaliśmy rzeczy w samochodzie, a na rano przygotowaliśmy się tak, żeby wszystko wrzucić do plecaków na drugą część wyprawy, czyli Punta Gnifetti i Zumsteinspitze.

  
 
Pole namiotowe "Hobo"

Wieczór spędziliśmy na dworze. Według prognoz miała być burza i wszystko wskazywało, że nadejdzie. Po 17.00 całe niebo zrobiło się szare i gęste od chmur. Opad deszczu wytrzymał aż do momentu, kiedy rozbiliśmy namioty, rozłożyliśmy spanie i ułożyliśmy trochę rzeczy w samochodzie. Po godzinie 19.30 zaczęło mocno padać. Budynek z kuchnią był najlepszym miejscem, bo miał zadaszoną część zewnętrzną, dzięki czemu mogliśmy siedzieć na dworze i oddychać świeżym powietrzem. Na niebie pojawiały się ciągle pioruny, ale tylko międzychmurowe. Maciek i Julek poszli do świetlicy, a ja przygotowywałem sobie dwie porcje zupy pomidorowej i kisiel. Brygida po zjedzeniu zupy poszła spać. Mi tak bardzo podobał się tutejszy klimat, świeże powietrze pachnące świerkami i spokojny opad deszczu z burzą, że zostałem na zewnątrz do godziny 23.00. Maciek i Julek wrócili ze świetlicy, ponieważ ta była otwarta do 22.00. W kuchni jeszcze wymienialiśmy nasze doświadczenia górskie i opowiadaliśmy o górskich planach na przyszłość. Smak zupy w takich okolicznościach przyrody był wyjątkowy! Musieliśmy jednak iść spać, ponieważ najpóźniej, do godziny 12.00 musieliśmy wyruszyć z pola namiotowego do Alagny Valsesia, żeby zdążyć na ostatni kurs kolejki. Nie planowaliśmy wczesnego wstawania. Po prostu założyliśmy, że wstajemy tak, jak się obudzimy, wtedy będziemy wypoczęci.

Wstałem około godziny 7.50. Na polu panowała zupełna cisza. Po zroszonej trawie przeszedł tylko kot. W końcu można było się umyć po Mt. Blanc w ciepłej wodzie, co bardzo cieszyło. Podobnie, jak wczoraj wieczorem, poszedłem do kuchni, żeby przygotować zupę pomidorową, a później zjeść ją na zewnątrz, patrząc jednocześnie na piękne góry dookoła. Poranek był prawie bezchmurny, więc wszystko układało się tak, jak chcieliśmy. Minęło około 30min, po czym wstała Brygida i zaraz za nią Maciek. Wszyscy zaczęli szykować jedzenie i sprzęt do wyjścia w góry. Julek zbierał się najdłużej. Nie składaliśmy jeszcze namiotów, bo chcieliśmy, żeby słońce osuszyło je po wczorajszym opadzie. Wiedzieliśmy, że jeszcze tylko dzisiaj wieczorem ma przejść ostatnia burza i będziemy mieli spokój. Burzy się nie obawialiśmy, ponieważ wiedzieliśmy, że ewentualne pioruny powstaną między chmurami. Nie nastawialiśmy się na nic większego. Po śniadaniu zaczęliśmy dokładnie pakować plecaki i porządkować samochód. Najładniej pakował się Maciek, bo w jego przypadku, wszystko musiało być równo ułożone, na widoku, dzięki czemu wiedział, co ma zabrać ze sobą. Każdy obowiązkowo musiał zrobić zdjęcie tej wystawie, bo wyglądała bardzo ciekawie. Samochód również został uporządkowany tak, że wszystko udało się zmieścić w równych rzędach. Teraz wiedzieliśmy, co mamy. Na końcu składaliśmy osuszone namioty i buty, które suszyły się na drewnianym płocie. Teraz słońce świeciło bardzo mocno, więc wszystko można było wysuszyć w krótkim czasie. Dzisiaj kot odwiedził nas jeszcze raz. Cały czas krążył i obwąchiwał wszystko, aż skończyliśmy pakowanie. Prawie nam się udało spakować do godziny 12.00, ale Julkowi ewidentnie ogarnięcie tylu rzeczy ewidentnie nie szło najlepiej. Zbierał się za wolno i teraz czekaliśmy na niego. Mieliśmy już obsuwę w założonym czasie wyjazdu. Maciek w swoim stylu poganiał Julka. My wszyscy byliśmy gotowi i tylko czekaliśmy na wyjazd w nowe góry. Pożegnaliśmy się jeszcze z prowadzącą pole namiotowe i z kotem.

DROGA SPOD MONT BLANC DO ALAGNY (U STÓP MONTE ROSA)
Wyruszyliśmy przy pięknej pogodzie po godzinie 12.15. Mieliśmy cztery godziny jazdy, w większości z  pięknymi widokami na góry. Wspomnienia Maćka odżyły, bo po prawej stronie zobaczył swoją górę – Monte Viso, a przynajmniej tak myślał. Nie miał pewności, co to za góra, ponieważ mogła to być jeszcze Gran Paradiso. Do końca nie miał pewności, co widzi, ale najważniejsze, że wspomnienia ożyły i napędzały do dalszych górskich wypraw. Cały czas jechaliśmy lokalnymi drogami wzdłuż autostrady prowadzącej do Turynu. Nie chcieliśmy generować kolejnych opłat i kosztów, stąd wybraliśmy taką, a nie inną drogę. Z drugiej strony mieliśmy czas i pogodę. Kiedy wjechaliśmy do doliny Val Grande pogoda ewidentnie nawalała. Wszędzie kłębiły się chmury burzowe i tylko czekaliśmy na opad. Widzieliśmy je już w trakcie przejeżdżania nizin położonych pod Alpami, stąd wiedzieliśmy, że to tylko kwestia czasu, kiedy wjedziemy w burzę. Co kilka minut oglądaliśmy, z której strony nadchodzą chmury i czy je omijamy. Na początkowym odcinku doliny Val Grande nawet mieliśmy niebieskie niebo. Cieszyliśmy się, bo myśleliśmy, że jeszcze dzisiaj wyjdziemy w góry. Przejeżdżając przez dolinę, podziwialiśmy piękne, zielone szczyty. Z każdym kilometrem stawały się coraz wyższe. Dopiero przy końcu zauważyliśmy ośnieżone szczyty. Tuż przed Alagną zaczął padać deszcz. Za chwilę przejeżdżaliśmy przez ścianę wody. Na szczęście w takich warunkach jechaliśmy tylko chwilę, później niebo znacznie się wypogodziło. Patrząc na ośnieżone góry, wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko. Co chwilę spoglądaliśmy na zegarek, ponieważ do 17.00 mieliśmy czas. Szukaliśmy jakiegoś parkingu. Teren z wyznaczonymi, niebieskimi miejscami na samochody był dziwnie pusty. Niebieski oznacza płatne miejsca. Obok, po lewej stronie zauważyliśmy parking zastawiony autami. Na szczęście był bezpłatny (bezpłatne miejsca są oznaczone na biało. Miejsca, gdzie nie wolno parkować oznaczone są na żółto). Na szczęście mieliśmy gdzie zaparkować, stąd bez zbędnego przedłużania zebraliśmy się najszybciej, jak tylko mogliśmy. Mieliśmy przygotowane plecaki i sprzęty tak, że wystarczyło je wyciągnąć z auta i od razu wyruszyć w góry.

SZYBKA AKCJA "DYWERSYJNO-SABOTAŻOWA"
Alagna Valsesia jest piękną miejscowością i szkoda, że w biegu musieliśmy ją przechodzić, żeby dotrzeć do dolnej stacji kolejki. Od momentu, kiedy wyszliśmy z auta, zaczął padać rzęsisty deszcz. Teraz, jak nigdy, nie był nam potrzebny, bo wszystko mógł nam szybko zamoczyć. Raczej nikomu mokre rzeczy nie przydałyby się na lodowcu… No trudno, wyruszyliśmy szybkim krokiem. Wypatrzyłem jakieś strzałki, które prowadziły bezpośrednio do kolejki. Musieliśmy iść bocznymi, brukowymi uliczkami pod górę. Z Maćkiem nadawałem szybkie tempo, żeby tylko zdążyć. Przy stacji kolejki deszcz powoli ustępował. Widzieliśmy, że gondole jeszcze kursują, więc może jeszcze się uda. Trasa kolejki jest podzielona na trzy części: Alagna – Pianalunga, Pianalunga – Passo dei Salati, Passo dei Salati – Punta Indren. Wysokości poszczególnych punktów: Alagna 1212 m n.p.m., Pianalunga 2046 m n.p.m., Passo dei Salati 2971 m n.p.m., Punta Indren 3275 m n.p.m. Pani w okienku powiedziała nam, że spóźniliśmy się o 10min i ostatni kurs na Punta Indren już pojechał, a była dopiero 16.10. Według strony internetowej, ostatni wagon miał pojechać o 17.00. Maciek poprosił, czy nie da się jakoś załatwić, żeby jeszcze pojechać do góry. Na szczęście pani nie miała urzędowego podejścia do ludzi i zadzwoniła do najwyżej położonej stacji. Operator ostatniej kolejki poczekał na nas. Zapłaciliśmy po 40 EUR za osobę plus 5 EUR kaucji za kartę, która na końcu, w drodze powrotnej musi być zwrócona. Kaucja też jest zwracana. Pani z okienka dorzuciła do biletów jeszcze garść czekoladek i pobiegliśmy do pierwszej gondoli do Pianalunga. Podziękowaliśmy jeszcze tej pani za załatwienie ostatniego wjazdu. Wrzuciliśmy nasze za ciężkie dziady do gondoli, a później weszliśmy sami. Wjazd 800m do góry pozwolił odczuć dużą różnicę wysokości. W Pianalunga przesiedliśmy się do wielkiego wagonu, jak na Kasprowy Wierch. Jechaliśmy tylko w czwórkę, więc mieliśmy totalny luz. W niektórych miejscach wagon wisiał bardzo wysoko nad ostrymi skałami.

  
Alagna Valsesia

Kiedy dotarliśmy do Passo dei Salati, nie widzieliśmy trzeciej kolejki. Udało nam się spotkać chyba ostatnią osobę dzisiejszego dnia – jakiegoś faceta. Ten podpowiedział nam, że trzecia kolejka, prowadząca na Punta Indren znajduje się 300m za widocznym zboczem górskim. Poszliśmy tam szybkim krokiem. Operator czekał na nas. Ponownie wjeżdżaliśmy wielkim wagonem na kilkadziesiąt osób. Teraz podziwialiśmy widoki. Czuliśmy się uspokojeni, ponieważ nasz plan wypalił. Dlaczego wybraliśmy kolejkę? Dlatego, że Maciek nie dostał dodatkowych dwóch dni urlopu i w sobotę musieliśmy już wracać, a teraz kończyła się środa. Czwartek mieliśmy na podejście i założenie ostatniej bazy, a piątek na atak szczytowy i powrót do Alagny. Z drugiej strony podejście do Punta Indren jest mało ciekawe. Cały czas idzie się ścieżką przecinającą trasę narciarską, pomiędzy dwoma rzędami gór, gdzie na wysokości 1850 m n.p.m. znajduje się kilka drewnianych chat. Szlak powyżej, to cioranie szeroką drogą dla sprzętu narciarskiego i po kamieniach. Szczerze mówiąc – nic ciekawego… Czy takie wejście można zaliczyć jako „zdobycie szczytu”? Według definicji, prawdziwe wejście na górę uznaje się tylko wtedy, gdy wchodzimy od doliny, gdzie zaczyna się trasa na daną górę. Byłem już na obu górach, od strony szwajcarskiej, wchodząc od samej doliny, stąd mi na podręcznikowym wejściu nie zależało. Wiedzieliśmy, że mamy tylko dwa dni na akcję górską, więc zrobiliśmy tak, jak wszyscy to robią. W końcu zależało nam na dwóch dniach spędzonych na wędrówkach lodowcem i na wejściu na szczyt, żeby zobaczyć piękne widoki. Szkoda dwóch słonecznych, ostatnich dni urlopu na cioranie kamieni i ścieżki przecinającej trasę narciarską. Wszyscy czuliśmy się „rozgrzeszeni”, bo ramy czasowe zostały określone, a szlak był, jaki był. Chcieliśmy zacząć od konkretów.

ZUPEŁNA CISZA...
Na ostatniej stacji zrobiło się zupełnie cicho. Wysiedliśmy z wagonu i wyszliśmy na zewnątrz. Jeszcze powstawały wysokie chmury. Popatrzyłem na nie i stwierdziłem, że w oddali, gdzieś nad doliną Val Grande przejdzie burza z ulewą, a nad nami przejdzie tylko burza z piorunami międzychmurowymi w nocy. Pod górną stacją Punta Indren rozłożyliśmy się i zjedliśmy suchy prowiant na szybko. Teraz wypatrywaliśmy miejsca pod namioty. Maćkowi nie dawał spokoju brak informacji, czy można się rozbijać na dziko w rejonie Monte Rosa. W dolinie Aosty można powyżej 2500 m n.p.m. Jak się później dowiedzieliśmy, tutaj też można. W końcu w roku 2012 i 2013 rozbijałem się od strony szwajcarskiej na lodowcach Monte Rosy i nigdy nie miałem problemów. Kilkadziesiąt metrów od stacji znaleźliśmy kawałek płaskiego terenu pod namioty. Zaczął padać deszcz, więc przeczekaliśmy go pod dachem przy wyjściu z kolejki. Po krótkim opadzie poszliśmy rozłożyć namioty. Spaliśmy po przeciwnych stronach wąskiej ścieżki. Najbardziej podekscytowana była Brygida, ponieważ pierwszy raz przeżywała klimat takiej wyprawy. Spanie w namiocie w pobliżu lodowca w końcu niecodziennie się przydarza. Pamiętaliśmy, ile ludzi widzieliśmy w Alagnie, a teraz poza nami nie słyszeliśmy nikogo. Panowała zupełna cisza. Nawet zaczął padać chwilowy deszcz, który zamienił się w krupę śnieżną, ale do tego czasu zdążyliśmy rozłożyć namioty i przygotować spanie. Za kilka minut, po lewej stronie, nad doliną Val Grande, powstała wyraźna tęcza. Takich widoków nam trzeba było, bo zachęciły do jutrzejszej wyrypy. Chociaż trasa nie mieniła się jako trudna, to wymagała dobrej kondycji, ponieważ mieliśmy do przejścia 975 m wysokości z za ciężkimi dziadami po lodowcu i w początkowej części, po śniegu i skałach. Wiedzieliśmy, że odczujemy to podejście. Z drugiej strony zakładaliśmy, że nie idziemy na siłę. Zatrzymamy się na najbliższym płaskim terenie i rozbijemy namiot, skąd będzie znacznie bliżej na szczyt niż z górnej stacji kolejki. Celowaliśmy w przełęcz Lisjoch 4151 m n.p.m. skąd na szczyt Punta Gnifetti mielibyśmy jakieś 1,5h do 2h, w zależności od tempa. Ścieżka w śniegu była dobrze widoczna, stąd wiedzieliśmy, gdzie iść. Teren Monte Rosa jest popularny wśród początkujących alpinistów i narciarzy, którzy lubią długie zjazdy, stąd spodziewaliśmy się większej ilości ludzi następnego dnia.

Tęcza na wysokości ostatniej stacji kolejki "Punta Indren"

Zanim poszliśmy spać, rzeczy przygotowałem w alpejskim stylu. Przetopiłem wodę, zjadłem zupę pomidorową i orzechy, wlałem gorącej wody do termosu na jutro i podzieliłem porcje jedzenia na długie podejścia. Zakładałem, że wstaniemy, zrobimy ciepłą zupę, spakujemy rzeczy i wyruszymy. Tak jest najlepiej, ponieważ nie trzeba marznąć. Po zachodzie słońca jeszcze słyszeliśmy grzmoty i zaczął padać lekki śnieg. Od czasu do czasu uderzałem w namiot, żeby nie gromadził się na ściankach. Temperatura w nocy spadła do około -2’C, a woda, która zalegała w topniejącym śniegu i w skałach, zamarzła. Mając dobry sprzęt, nie obawiałem się o komfortowe spanie. Matę, którą używam w wysokich górach lodowcowych na mocne mrozy, oddałem Brygidzie, a ja wyspałem się na karimacie, którą również zabrałem ze sobą. Tyle mi wystarczyło na alpejskie mrozy. Spodziewałem się, że u góry, w ostatniej bazie, możemy mieć nawet -15’C. Brygida raczej nie wytrzymałaby na karimacie tak mocnego mrozu, bo już na polu namiotowym czuła chłód. Dla mnie -15’C jest górną granicą, gdzie karimata da mi możliwość normalnego snu. Może nie komfortowego, ale na pewno dobrego. Nie wiem, czy tylko ja tak mam, ale kiedy jestem na odludziu i panuje duży mróz, to wysypiam się lepiej niż w domu. Zaplanowaliśmy, że wstaniemy o 5.00 rano, żeby dać sobie dwie godziny na zjedzenie zupy i spakowanie się.

ROZPOCZYNAMY WEJŚCIE NA PUNTA GINFETTI
Noc minęła bardzo szybko. Miałem bardzo dobre spanie. Czułem się wypoczęty. Teraz musieliśmy włożyć stopy do zimnych butów. Tutaj Maciek i Brygida mieli zdecydowaną przewagę nade mną, bo mają lepsze krążenie w palcach. Ja zawsze muszę swoje odcierpieć i dużo się poruszać, żeby stopy mogły jakoś funkcjonować. Z tego względu wstałem pierwszy i zacząłem ćwiczyć, żeby rozgrzać stopy, bo te szybko oziębły w butach. Dopiero potem mogłem przygotowywać zupę pomidorową. Już od siedmiu lat zupy pomidorowe w różnej postaci są nieodłącznym elementem moich alpejskich wypraw. Jeszcze na polu namiotowym odkryliśmy, że kuchenka Jetboil, którą pożyczyłem Brygidzie po prostu nawaliła. Nie przepuszczała w ogóle gazu do palnika. Próbowałem na dwóch butlach. Na szczęście moja kuchenka pozwalała zagrzać 1,5l wody, więc zawsze gotowałem na dwie osoby, dzięki czemu nie traciliśmy czasu. Połowę odlewałem Brygidzie. Maciek, jak zawsze, szybko ogarniał swoje sprawy, a Julkowi trochę brakowało czasu. Jego przygotowania przebiegały zbyt wolno. Planowaliśmy wyruszyć przed godziną 8.00, ponieważ później ruszała kolejka i spodziewaliśmy się większego ruchu narciarzy. Składanie namiotów też przebiegało szybko i sprawnie, ale kiedy mieliśmy wyruszać, Julek dopiero przygotowywał sobie ciepłe jedzenie. Zanim skończył jeść, widzieliśmy już pierwsze wagony kolejki transportujące narciarzy. Mieliśmy cały dzień na wejście 975m wysokości, dlatego nie poganialiśmy Julka. W końcu zebraliśmy się wszyscy i poszliśmy widoczną ścieżką, prowadzącą na lodowiec Indren. Przed nami zdążyła przejść trzyosobowa grupa narciarzy. Co chwilę dołączały nowe ekipy, których celem były raczej konkretne zjazdy niż wejścia na szczyty. Wielu łączyło te przyjemności. My poszliśmy swoim tempem widoczną ścieżką.

 
Początkowa część trasy - widok z kolejki "Punta Indren"

Patrząc z poziomu górnej stacji kolejki, trasa prowadzi kilkadziesiąt metrów na wprost, aż do zbocza, rozpoczynającego bardzo długi ciąg grani i wierzchołków, który kończy się szczytem Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jeśli jesteś wprawnym obserwatorem, to w trakcie wjeżdżania do ostatniej stacji kolejki, nazywanej Punta Indren, powinieneś zobaczyć główny ciąg grani, prowadzącej aż do schroniska Punta Gnifetti, wraz ze schroniskiem Margheritta, położonym na wysokości 4554 m n.p.m. Widok jest niesamowity, ponieważ widzisz główną grań, wzdłuż której będziesz iść aż do samego szczytu. Idąc kilkadziesiąt metrów, na wprost, od górnej stacji kolejki, ścieżka zakręca szerokim łukiem w lewo, przez co wędrujemy wzdłuż stromych zboczy. Są tacy, co idą na wprost do góry, lichym lodowcem, ale nam do niczego taka droga nie będzie potrzebna. Za łukiem przechodziliśmy wąski pas skał, przez który przerzucono dwie liny. Pomimo, że skały są bardziej gładkimi płytami skalnymi, to znajdziemy w nich punkty podparcia i stopnie, na których możemy stanąć. Po drugiej stronie ponownie idziemy ścieżką w prawie płaskim terenie. 2 lipca mieliśmy jeszcze trzy wąskie pasy skał, przecięte śnieżnymi polami, ale bez żadnych trudności. Wystarczyło iść wydeptaną ścieżką. Czym później w lipcu zaczniemy wędrówkę, tym więcej skał będziemy mieli na trasie. Ostatni płat kończy się stromą, skalistą granią, zakręcającą w prawo. Omijamy w ten sposób strome zbocza głównego ciągu grani, złożonej z kilku czterotysięczników. Początkowo idziemy wydeptaną ścieżką, gdzie w wielu miejscach mamy liny, których możemy się złapać. Za zakrętem w prawo, widać bardzo wyraźnie schronisko Rifugio citta di Mantova 3498 m n.p.m., otwarte w 1974 roku, z którego najczęściej korzystają narciarze. Jest dla nich przygotowane idealnie. Są stojaki na narty, taras widokowy, dobre jedzenie na obiad i wygodne spanie. Schronisko ma pozytywne opinie, więc, jeśli ktoś planuje wyjście w góry, zdecydowanie może skorzystać z omawianego obiektu. Podejście stromą granią trwa około 7-10min. Z ziemi wystaje mnóstwo małych, o nieregularnych kształtach skał. Nie trzeba się wspinać. Wśród nich można wypatrzeć wąską ścieżkę, która zaprowadzi bezpośrednio do schroniska. Nie trudno się domyśleć, że narciarze z miłą chęcią wchodzą do środka, żeby coś zjeść i napić się. Widok z tarasu, na niższe, zielone góry jest po prostu przepiękny.

 
Początkowy fragment trasy - jedno z dwóch miejsc z ubezpieczeniami na całej trasie na Punta Gnifetti

 
Skalna część szlaku prowadząca do pierwszego schroniska - Rifugio citta di Mantova 3498 m n.p.m.

LODOWCOWA CZĘŚĆ GÓR
Mnie interesowały białe góry, dlatego spoglądałem raczej na wyżej położone tereny. Interesował mnie lodowiec i wędrówka wzdłuż Piramidy Vincenta, bo tam czuć prawdziwie lodowcowy, alpejski klimat. Odcinek od górnej stacji Punta Indren do tego schroniska powinien zająć około 30-40min. 30min w zupełności wystarczy, jeśli idziemy normalnym tempem. Ze schroniska mamy widok na… drugie schronisko, położone zaledwie 149m wyżej. Nazywa się Capanna Gnifetti, 3647 m n.p.m. i otwarto je w… 1876 roku. Ma kawał historii za sobą i z pewnością poczujemy w nim klimat gór. Najwidoczniej ruch jest tak duży, że trzy schroniska mogą utrzymać się bez problemu. Trzecim, oczywiście jest Margheritta na szczycie Punta Gnifetti. Ostatnie schronisko jest jednocześnie najwyżej położonym budynkiem w całej Europie i znajduje się na wysokości 4554 m n.p.m. Ten obiekt również należy do historycznych, ponieważ otwarto go 18 sierpnia 1893 roku. Stojąc na tarasie Rifugio citta di Mantova 3498 m n.p.m., widzimy dwie trasy pozwalające dotrzeć do Capanna Gnifetti 3647 m n.p.m. Pierwsza prowadzi po linii prostej, częściowo przez pole śnieżne i dalej, przez sypką, skalistą grań; druga trasa poprowadzi nas przez pole śnieżne po prawej stronie, omijając w ten sposób skalistą grań. Trasa będzie trochę dłuższa, bo na wysokości schroniska musimy odbić w lewo pod kątem prostym i pójść wydeptaną ścieżką do schroniska, idąc na końcu przez kilka metrów skałami. Jeśli masz założony tak, jak my – jakiś wyżej położony cel, to nie musisz odwiedzać Capanna Gnifetti. Wystarczy, że pójdziesz polem śnieżnym widoczną ścieżką i dalej do góry. Ominiesz w ten sposób schronisko i skalistą grań, której nie ma potrzeby przechodzić (jest ewidentnie nie po drodze). Po około 30min wędrówce do pierwszego schroniska zatrzymaliśmy się na chwilę na tarasie widokowym. Julek wstąpił do środka, bo zauważył tablicę z menu. Mieliśmy dłuższy postój. My, dzięki temu, mogliśmy zrobić zdjęcia i podziwiać zielone doliny, oraz białe góry. Maciek również wszedł do schroniska, bo ciągle spokoju nie dawała mu kwestia biwaku w wyższych partiach gór. Kiedy zapytał o to obsługę schroniska, dostał odpowiedź: można rozbijać namiot w paśmie Monte Rosa i dodatkowo, w pobliżu przełęczy Lisjoch, na wysokości 4167 m n.p.m. utworzono biwak, gdzie jest nawet miejsce pod namioty. Biwak to malutka chatka o nazwie Bivouac Felice Giordano, wciśnięta gdzieś pomiędzy skały na podejściu na Ludwigshöhe 4341 m n.p.m. Trudno ją wypatrzeć, bo jest bardzo malutka. W jej okolicy, na polu śnieżnym, można rozkładać namioty. Miejscówka jest bardzo ciekawa, ale my chcieliśmy pójść nieco dalej, żeby być bezpośrednio na przełęczy Lisjoch, lub w jej pobliżu, co dawałoby nam bardzo dobrą bazę wypadową na kolejny dzień. Facet ze schroniska nie podał dokładnej lokalizacji biwaku, bo Maciek nawet nie wypytywał o nią, stąd trudno było wypatrzeć tę chatę w sercu gór. Wiedzieliśmy, że gdzieś jest, ale dokładnie nie mogliśmy określić położenia tego biwaku. Nie potrzebowaliśmy go, dlatego nie przywiązywaliśmy większej uwagi do przekazanej nam informacji. Właśnie takie rzeczy chciał usłyszeć Maciek. Mogliśmy legalnie rozbić namioty.

     
Schronisko Rifugio citta di Mantova 3498 m n.p.m.

Teraz Maciek czuł się spokojnie. Będąc na tarasie, już chciałem iść wyżej, bo wiedziałem ile podejścia mamy przed nami. Maciek zapytał, którędy idziemy, widząc rozstaj dróg, kilkadziesiąt metrów od schroniska. Powiedziałem, że pójdziemy przez pole śnieżne, bo ominiemy w ten sposób grań i drugie schronisko, no i będziemy mieli bliżej. Wybraliśmy tę wersję. Brygida miała obtarte stopy od nowych butów. Nie miała innych, więc lepiej było założyć nowe buty i wrócić z odciskami, niż w ogóle nie jechać w Alpy. Po blisko godzinnej przerwie ruszyliśmy dalej. W końcu przeszliśmy dopiero 223m wysokości. Przed nami widniało początkowo płaskie pole śnieżne, ale z każdym metrem odległości, stawało się coraz bardziej strome. W połowie podejścia stromizna była znaczna, przez co odczuwaliśmy nasze za ciężkie plecaki. Do wysokości drugiego schroniska (Capanna Gnifetti) nie ma żadnych szczelin, ponieważ w późniejszej części sezonu słońce wytapia śnieg i zostają gołe skały. Na tym odcinku nie wiązaliśmy się liną, jak również kilka innych ekip. Postanowiliśmy, że zwiążemy się od wysokości schroniska Capanna Gnifetti, ponieważ odtąd droga ma charakter lodowcowy. Po długiej przerwie wyruszyliśmy z tarasu widokowego. Utrzymywaliśmy dość dobre tempo, ponieważ nie spieszyliśmy się. Czasu mieliśmy bardzo dużo. Teraz mieliśmy godzinę 10.30. Podejście bez jakichkolwiek przeszkód na drodze upływało szybko. W około 20min dotarliśmy na wysokość schroniska Capanna Gnifetti. Ścieżka wyżej również wyglądała na łatwą i taka była. Prosta trasa ciągnęła się aż do samej przełęczy Lisjoch 4150 m n.p.m. tyle, że przynajmniej otoczenie oferowało bardzo piękne widoki. Wysoka, skalista góra po lewej, to Lyskamm 4527 m n.p.m. Dosłownie rzuca się w oczy i „towarzyszy” przez całą trasę. Patrząc na Lyskamm’a myślisz sobie, „jak jeszcze daleko i wysoko”. Przed nami, po prawej, widać zaś, pierwszą większą górę, która wyróżnia się w pobliskiej okolicy. To Piramida Vincenta 4215 m n.p.m. U jej stóp widać skaliste zbocze i wielkie seraki, wyglądające, jakby zaraz miały zwalić się z wielkim hukiem na lodowiec. Tamtędy będziemy przechodzić. Podejście z poziomu schroniska nie jest już tak strome, jak zbocze, którym podchodziliśmy dotychczas.

Schronisko Capanna Gnifetti

Nachylenie terenu pozwalało utrzymywać stałe tempo, mając na sobie za ciężkie plecaki, chętnie nazywane przez nas „za ciężkimi dziadami”. Raczej używaliśmy tego drugiego określenia, bo lepiej wyrażało to, co myślimy. Maciek zaproponował, żebym teraz ja poszedł, jako pierwszy, ponieważ znam tutejsze góry. Tak zrobiliśmy. Zmieniliśmy kolejność i związaliśmy się linami, ponieważ odtąd spodziewaliśmy się szczelin i prawdziwie lodowcowego terenu. Seraki widoczne pod Piramidą Vincenta wyglądały na odległe i dość wysoko położone. Wyznaczyłem sobie pierwszy punkt, do którego muszę dotrzeć. Maciek powiązał linę, wpięliśmy się wszyscy i wyruszyliśmy. Czuliśmy, że podejście jest mniej strome i nie męczy tak, jak poprzednie, stąd wędrówka do góry stała się nawet przyjemna. Podziwiałem lodowiec widoczny przede mną. Ścieżka była bardzo widoczna, bo ze względu na popularność Monte Rosy, przechodziło nią kilkadziesiąt narciarzy każdego dnia. Jak później zauważyliśmy, wiele osób robiło tak, że wjeżdżało pierwszym kursem kolejki do Punta Indren, wchodziło na pobliski czterotysięcznik, zjeżdżało na nartach i po południu wracali do Alagny kolejką. W ten sposób, w ciągu jednego dnia, z upalnego lata, gdzie temperatury wynosiły 30’C, mogli pojechać tam, gdzie jest zima i z powrotem wrócić do lata. Tego Włochom można pozazdrościć. Mają pogodę, piękne góry i prawdziwe lato. Nic tylko jeździć – do oporu. My tymczasem podchodziliśmy coraz wyżej. Ścieżka w ogóle nie zmieniała się. Ciągle szliśmy wzdłuż wielkiego lodowca. W miarę podchodzenia, zobaczyłem pierwszą, wąską, szczelinę. Przy każdej z nich mówiłem na głos „szczelina”, żeby reszta ekipy wiedziała o niej. Jedna z nich wyglądała, jakby dopiero dzisiaj się otwarła. Dotarliśmy do Piramidy Vincenta. Stanęliśmy poza strefą możliwego upadku seraków. Góra faktycznie wyróżniała się wielkością w najbliższej okolicy. Przed nami ciągle widniał Lyskamm, który zdecydowanie górował nad wszystkim, co widzimy.

Podejście ze schroniska Rifugio citta di Mantova w okolice schroniska Capanna Gnifetti

Jednostajna droga przez lodowiec

Nie czuliśmy zmęczenia, dlatego zadecydowaliśmy, że idziemy ciągle do góry, aż dotrzemy do płaskiego miejsca. Poszliśmy wyżej. Za Piramidą rozpoczyna się bardzo ciekawe podejście. Ścieżka ciągle wygląda tak samo – nie widać żadnych trudności. Przypominała raczej wędrówkę po śniegu. Po lewej zaś, oglądaliśmy równoległe rzędy bardzo szerokich szczelin, które nie byłyby możliwe do przekroczenia, oddając nawet najdalszy skok. Przydałaby się solidna drabina przerzucona przez nie. Na szczęście trasa prowadziła obok nich, a my mogliśmy popatrzeć do ich wnętrza z boku. Na końcu, już po przekroczeniu wysokości 4000 m n.p.m. ostatni rząd szczelin przecinał naszą trasę. Jedną z szerokich szczelin musieliśmy przekroczyć mostem śnieżnym. Brzeg po drugiej stronie był położony około 1m powyżej. Szedłem jako pierwszy. Julek zostawił mi kilka metrów luźnej liny, żebym mógł przebiec po mostku i zatrzymać się po drugiej stronie. Most wyglądał na solidny, jeszcze dobrze zmrożony, stąd nie czułem większych obaw. Przeszedłem na drugą stronę. Kiedy Julek przymierzał się do przekroczenia rozpadliny, poszedłem dalej, żeby utrzymywać w miarę napiętą linę. Za chwilę wszyscy przekroczyliśmy rozpadlinę. Szczelina nikomu nie sprawiła żadnych problemów, podobnie, jak innym ekipom. Brygida czuła się nieco zmęczona, ale przed nami ciągle widniało jednakowo nachylone podejście. Powiedziałem, że pójdziemy tyle, aż znajdziemy najbliższe płaskie miejsce pod namiot. Rozbijanie namiotu na pochylonym lodowcu nie jest najlepszym miejscem, tym bardziej, że dalszy teren znałem z poprzednich wyjazdów w Alpy. Za każdym razem, kiedy podchodziliśmy od Piramidy Vincenta wydawało się, że za zakrętem, albo na końcu aktualnie widocznego wzniesienia będzie kawałek płaskiego terenu. Kiedy docieraliśmy do upatrzonej „kopuły „szczytowej”, wyłaniał się kolejny fragment nachylonej ścieżki, prowadzącej gdzieś daleko przez lodowiec. Widząc, jak wygląda trasa, nie nastawiałem się, że dalej będzie płasko. Po prostu szedłem do przodu, bo wszyscy czuliśmy się dobrze. Aklimatyzacja w postaci szybkiego wejścia na Mt. Blanc zrobiła swoje. Teraz mieliśmy spory zapas sił. Z powodu długości podejścia, rzecz jasna, czuliśmy zmęczenie, ale zdecydowanie nie mogliśmy go przyrównać do tego z Mt. Blanc.

Droga przez lodowiec

Widok na Lyskamm z lodowca Indren

 
Przekroczenie najszerszej szczeliny śnieżnym mostem

Wielka szczelina, którą przekraczamy mostem śnieżnym

Ponad szeroką szczeliną podejście stawało się coraz mniej pochyłe. Szliśmy nawet szybciej. Kiedy wydawało się, że odtąd będzie tylko płasko, czekało na nas jeszcze ostatnie podejście. Okrążaliśmy górę Ludwigshöhe. Byliśmy na wysokości nieco ponad 4000 m n.p.m. Rozpoczęliśmy dość strome, ostatnie podejście. Ktoś wytyczył ścieżkę tak, żeby ominąć przełęcz Lisjoch i bezpośrednio pójść na Punta Gnifetti. Z tego powodu trasa przebiegała przez śnieżny garb odchodzący od góry Ludwigshöhe i ścinała drogę na Punta Gnifetti. Według mnie było to jeszcze lepsze rozwiązanie, bo dzięki niemu mogliśmy podejść 100m wyżej, niż znajduje się przełęcz Lisjoch. Mielibyśmy skrócone podejście na szczyt. Będąc na lodowcu Indren nie widać tego, gdzie aktualnie idziemy, ponieważ szerokie wzniesienia, nie różnią się niczym, stąd wędrujemy ścieżką, która jest aktualnie wydeptana. Nie ma żadnych rozgałęzień, więc nawet nie ma możliwości zgubienia trasy. Za naszymi plecami powstała bardzo ciekawa chmura. Wyglądała na wysoką i ciemnoszarą. Brygida spytała, czy będzie z tego burza. Odpowiedziałem, że nie, ponieważ w każdym takim przypadku, uczucie szarości i wysokości chmury potęguje fakt, że znajdowaliśmy się u jej podstawy, a patrzeliśmy prawie pionowo do góry na jej wysokość. Z powodu bliskości chmury, promienie słoneczne nie docierały do strony, na którą patrzeliśmy, stąd wydawała się złowieszczo szara i burzowa. Na szczęście tematy pogody w górach są mi bardzo dobrze znane, bo zajmuję się tym od ponad dwudziestu lat. Gromadzę mnóstwo danych każdego dnia i je analizuję, co pozwala mi przewidywać pogodę w otwartym terenie, bez żadnych urządzeń, na kilkanaście godzin do przodu. Nie obawiałem się omawianej chmury, a wręcz przeciwnie – wypatrzyłem w niej ciekawy motyw do zdjęcia. Ostatnie podejście dłużyło się nam, choć nie wiedzieliśmy, że to już ostatnie oraz, co tak naprawdę kryje się za nim. Szliśmy ciągle do góry jednostajnym tempem. Większość narciarzy została gdzieś w dole. Nastała cisza. Ludzie dosłownie gdzieś poznikali. Zrobiło się całkiem przyjemnie, bo wędrówka wysoko w górach, w zupełnej ciszy, jest niesamowitym przeżyciem. W oddali widzieliśmy, jak wracają inne ekipy. Chmury zaczęły kłębić się za naszymi plecami, ale nie zwiastowały nadejścia złej pogody. Zbocza górskie oddawały teraz najwięcej ciepła i dlatego powstawało najwięcej chmur. Późnym popołudniem spodziewałem się ich rozpadu ze względu na brak ciepła dostarczanego przez słońce. To były typowe chmury konwekcyjne, które potrzebują ciepła do ich rozbudowy.

 
Kłębiące się chmury za naszymi plecami

MIEJSCE NA NOCLEG NA LODOWCU
Nie wiedząc, gdzie dokładnie jesteśmy, zauważyłem płaski kawałek terenu. Powiedziałem, że tutaj się zatrzymujemy i rozbijamy namioty. Dotarliśmy na garb odbiegający od Ludwigshöhe. Namioty rozkładaliśmy na wysokości 4250 m n.p.m., a na szczyt Ludwigshöhe mieliśmy dosłownie 15-20min spokojnej wędrówki. Patrzeliśmy na niego z bliska. Cieszyliśmy się z tego widoku, bo zakładaliśmy, że dojdziemy na rozległą przełęcz Lisjoch 4150 m n.p.m., a teraz spoglądaliśmy na nią z wysokości wyższej o 100m. Niewielki, płaski teren miał wymiary około 40m x 15m. W zupełności wystarczył, żeby założyć naszą bazę. Przeszliśmy więcej niż założyliśmy, dlatego cieszyliśmy się, że tu dotarliśmy. Widoki dookoła wręcz zachwycały! Po prawej stronie patrzeliśmy na Ludwigshöhe 4341 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m., który wydawał się na wyciągnięcie ręki, Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. i Parrotspitze 4432 m n.p.m. Wszystkie szczyty tworzyły jeden ciąg grani. Każdy kolejny szczyt był coraz wyższy i odstawał od głównego ciągu skalistej grani. Przed nami widniał król Monte Rosy, czyli Dufourspitze 4634 m n.p.m., który jest drugą najwyższą górą tuż po Mt. Blanc, a po lewej stronie podziwialiśmy Lyskamm’a 4527 m n.p.m. Można powiedzieć, że mieliśmy najpiękniejszą miejscówkę, ponieważ znajdowaliśmy się w sercu gór, będąc otoczeni czterotysięcznikami. Lepszego miejsca nie mogłem sobie wyobrazić. Na miejsce dotarliśmy około godziny 16.00, dlatego nie spotykaliśmy narciarzy na trasie. Za chwile przeszły jeszcze dwie osoby, które zatrzymały się na tym samym wypłaszczeniu, co my. Po krótkim odpoczynku zaczęły schodzić w stronę Capanna Gnifetti. Odtąd zostaliśmy tylko sami. Idealna cisza zachwycała. W takich momentach wypoczywam najszybciej. Po rozbiciu swojego namiotu, usiadłem i zacząłem podziwiać widoki. Przed nami i za nami tylko biel… Nawet wiatr nie wiał. Słońce mocno parzyło, dlatego trudno wytrzymać w takich warunkach w namiocie. Lepiej spędzić ten czas na zewnątrz. Śnieg był zmrożony tuż pod powierzchnią pierwszej warstwy, stąd wiedzieliśmy, że na jutro mieliśmy zagwarantowane dobre warunki. Mając dużo czasu, standardowo zaczęliśmy gotować zupy. Po głowie chodził mi nawet pomysł szybkiego wejścia na Ludwigshöhe, bo ścieżka od naszej bazy była wydeptana na sam szczyt. W 15min można było dojść na sam szczyt bez większego wysiłku. Nasz garb odbiegający od tej samej góry przykryły chmury konwekcyjne.

    
Popołudniowe chmury na przełęczy na wysokości 4250 m n.p.m.

Co chwilę pojawiało się słońce, i co chwilę traciliśmy widoczność. Spodziewałem się tego, ponieważ po południu zbocza górskie oddają najwięcej ciepła. Załamanie pogody oczywiście nie groziło. Wystarczyło poczekać do wieczora, żeby chmury mogły się rozpaść. Po około godzinnym odpoczynku zrobiła się bardzo dobra widoczność. Chmury ustąpiły. Przed nami, w stronę lodowca Indren, kłębiły się wysokie, żółte chmury. Wyglądały przepięknie, dlatego zawołałem wszystkich, żeby każdy zrobił zdjęcia. Maciek i Julek odpoczywali w namiocie. Ja ciągle chodziłem po okolicy. Patrzyłem na piękne kłęby jasnych chmur. Takie widoki zachwycały! Widowisko trwało może około 5min, ale zdążyłem zrobić zdjęcia najpiękniejszych momentów. Za chwilę szare chmury ponownie przykryły okolicę dookoła. Szkoda, bo odtąd wiedziałem, że nie uda się już wyjść na Ludwigshöhe na lekko. Widoki na kłębiące się chmury z góry, byłyby z pewnością niesamowite! Niestety do końca dnia nic się nie poprawiło. Pozostały czas poświęciliśmy więc na przygotowania do jutrzejszego dnia. Spodziewałem się mrozu do -15’C, dlatego nie chcąc przedłużać zimnego poranka chcieliśmy przygotować maksymalnie ile się da jeszcze dzisiaj. Podzieliłem porcje orzechów, przygotowałem zupki tak, żeby rano i ich nie szukać i tylko przetopić śnieg, oraz przygotowałem cały termos gorących elektrolitów. Przez noc napój na pewno utraci trochę ciepła, ale na pewno nie będzie zimny. Po południu jeszcze przespałem się chwilę w namiocie. Później znowu wyszedłem na zewnątrz, żeby podziwiać piękne widoki. Chociaż chmury nie odpuszczały, to zdarzały się momenty, że powstawała cienka mgła, przez którą mogłem zobaczyć Punta Gnifetii, czy Dufourspitze. Zanim poszliśmy spać, ustaliliśmy jeszcze godzinę wstania i rozpoczęcia ataku szczytowego. Zależało nam na pięknych widokach i wędrówce w spokoju. Sytuacje oceniliśmy tak, że najlepiej byłoby wejść na szczyt między godziną siódmą, a ósmą rano. Wtedy mielibyśmy najpiękniejsze i najczystsze widoki. Z Maćkiem oceniliśmy, że dojście na Punta Gnifetti powinno zając nam jakieś 1,5h, do maksymalnie 2h. Postanowiliśmy, że wyruszymy o 5.30 rano. Pobudka o 4.00 rano wystarczy, ponieważ wcześniej jest bardzo ciemno. W końcu do szczytu mieliśmy niewiele, stąd nie musieliśmy „drzeć” przez lodowiec przez całą noc. Poszliśmy spać jeszcze przed zachodem słońca.

 
Nasze miejsce na nocleg na lodowcu Indren (4250 m n.p.m.)

WEJŚCIE NA SZCZYT PUNTA GNIFETTI I ZUMSTEINSPITZE
W środku nocy, w namiocie poczuliśmy, że na zewnątrz musi być mocny mróz. Nawet od wewnątrz ścianki namiotu poprzymarzały od wydychanej pary. Najbardziej obawiałem się wkładania stóp do lodowatych butów i próby rozgrzewania palców, co zawsze jest dla mnie męczarnią. Jedynie prawdziwe buty wyprawowe w 100% spełniają swoje zadanie, ale na Alpy były one za mocne, dlatego ich nie zabierałem. Wczoraj widzieliśmy jedną osobę, która miała założone buty, używane na siedmio- i ośmiotysięczniki. W Alpach można sobie narobić wiele problemu przez takie buty, bo na Elbrusie był przypadek, kiedy początkowo stopa zbyt mocno się zapociła, a później pot zaczął zamarzać i ostatecznie facet wrócił z odmrożeniami. Jak widać, zbyt dobre buty mogą narobić szkody, stąd zabrałem typowe buty w zimowe Tatry. Po założeniu butów wyszedłem na zewnątrz. Zacząłem ćwiczyć, żeby się rozruszać i rozgrzać. Po dłuższej chwili przygotowania rozpoczęła Brygida i dalej Maciek. Julkowi ciężko się wstawało, dlatego jeszcze nie wyszedł z namiotu. Chociaż nie mieliśmy termometru, to wiedzieliśmy, że mróz jest zacny. Od -6 do -7’C pojawiają się pierwsze kryształki na powierzchni śniegu i słychać drobne skrzypienie. Przed namiotem widzieliśmy duże kryształki, śnieg był twardy, jak beton i na dodatek głośno skrzypiał pod nogami. Patrząc na to, co mieliśmy przed sobą, oceniłem, że musieliśmy mieć teraz około -13’C do -15’C. Więcej nie obstawiałem. Nawet po warunkach i śniegu można orientacyjnie określić temperaturę. Najgorsza w takich warunkach jest toaleta. Nawet nikomu nie chciało się iść gdzieś dalej. Każdy raczej chciał się jak najszybciej rozgrzać. Po dłuższej chwili wstał również Julek. Wszyscy zaczęliśmy czekanami wystukiwać drobne kawałki zmrożonego na kość śniegu, żeby przetopić go na wodę. Ciepła zupa z rana rozgrzała nas porządnie. Palce niestety nie rozgrzewały się tak, jak bym chciał. Buty Julka również nie zapewniały mu komfortu termicznego. Też mówił, że palce ma przymarznięte.

Długie zbieranie się do wyjścia

Nie chcieliśmy zbytnio przedłużać wyjścia, bo w trakcie wędrówki jest najcieplej. Zebranie wszystkiego, spakowanie i przygotowanie ciepłego napoju do termosu zajęło Julkowi jeszcze wiele czasu, stąd zdążyliśmy zmarznąć. Nawet Maćkowi zrobiło się zimno, bo zabrał kurtkę odpowiednią do chodzenia po Alpach, a nie do długich postojów. Ja jedynie narzekałem na zimne palce u stóp. Ciągle podskakiwałem. Założona godzina 5.30 nie wypaliła. Zegarek wskazywał 6.12. O tej godzinie dopiero wyruszyliśmy. Podziwialiśmy Lyskamm’a, bo na nim zauważyliśmy pierwsze promienie słoneczne. Prawie równolegle, tyle, że w głębi, podświetliły się szczyty gór: Matterhorn 4478 m n.p.m. i Weisshorn 4506 m n.p.m. Widoki z każdą minutą coraz bardziej wgniatały w ziemię. Pora wschodzącego słońca w Alpach jest zawsze czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Dziwiło nas tylko, skąd tak nagle pojawiły się całe tłumy pod Punta Gnifetti. Co chwilę schodziły grupy pięcio-, ośmio- i dwunastoosobowe. Najprawdopodobniej wszyscy wyszli ze schroniska Margheritta i zaczęli schodzić. Tylko jedna ekipa podchodziła do góry. Wybrali trasę, jak ja, sześć lat temu – przez mocno uszczeliniony lodowiec Grenz od strony szwajcarskiej. Musieli iść od co najmniej sześciu, siedmiu godzin, stąd mogliśmy zobaczyć tę grupę tuż pod szczytem. Droga od namiotu stała się zupełnie inna, ale bardzo ciekawa. Po opuszczeniu niewielkiego, płaskiego terenu, na którym rozbiliśmy namioty, zaczęliśmy iść wzdłuż śnieżnego stoku łączącego Ludwigshöhe i Parrotspitze. Najpierw musieliśmy zejść około 25 metrów do śnieżnej dolinki i później iść wzdłuż zboczy obu gór. Ponad nami wisiały wąskie, ale długie seraki, które na szczęście nie wyglądały, jakby miały się zaraz zwalić na naszą drogę. Julek chciał się zatrzymać, bo było mu strasznie zimno. Chciał się rozgrzać. Wtedy powiedział: „zatrzymujemy się, bo nie czuję nóg, jest mi strasznie zimno”. Nie myślał o wycofie, ale o tym, żeby trochę się rozgrzać. Brygidzie bardzo nie spodobało się to, że teraz wydał rozkaz całej grupie, bo każdemu było zimno i każdy chciał iść, żeby się w końcu rozgrzać. Wtedy Brygida powiedziała do niego: „jesteśmy grupą, za długo się grzebałeś. Nam też jest zimno. Będziemy iść, to się rozgrzejemy”. Maciek bardzo szybko ich pogodził. Ja szedłem jako prowadzący, więc podobnie, jak Maciek, powiedziałem, że lepiej jest iść, niż stać, wtedy szybciej się rozgrzejemy. Dość często używałem powiedzenia: „idziemy, bo pizga, jak za cara”.

W takiej scenerii rozpoczynamy wyjście na szczyty: Punta Gnifetti i Zumsteinspitze

Stanie na lodowcu przy takim mrozie wychładzało nie tylko stopy, ale całe ciało, stąd lepiej jest być w ciągle w ruchu. W trakcie dalszej wędrówki stopy rozgrzewały się powoli, ale zaczął podwiewać lodowaty wiatr. Jeśli ktoś miał słabszą kurtkę, to z pewnością poczuł przenikliwy chłód. Zdecydowanie wolałem iść dalej. Od tamtego momentu nie robiliśmy postojów. Szliśmy równomiernym tempem, co pozwoliło się rozgrzać. Będąc pomiędzy zboczem Ludwigshöhe, a Parrotspitze, po lewej stronie widniała ukośna szczelina, którą przekraczaliśmy w najwęższym miejscu. Za Parrotspitze ścieżka zakręcała szerokim łukiem, prowadząc do podejścia na strome zbocze Punta Gnifetti. Dzisiaj miało to być jedyne strome zbocze do pokonania plus kopuła szczytowa. W końcu do wierzchołka pozostało może 200m wysokości. Przy tak krótkim ataku szczytowym nawet nie zdążylibyśmy się mocno zmęczyć. W trakcie przechodzenia szerokim łukiem, okrążającym opadające stoki Parrotspitze i Punta Gnifetti, po prawej stronie widzieliśmy ogromny serak pęknięty na pół. Stoi tam od wielu lat i pięknie zdobi okolicę. Nieco dalej, ponad nami, wisi cały, długi rząd seraków, pękniętych wpół. W ich przypadku nigdy nie wiadomo, kiedy się oberwą, a z drugiej strony, od długich lat wyglądają tak samo i ciągle wiszą w tym samym miejscu. Nic się nie zmienia. Doszliśmy do początków podejścia. Widzieliśmy dwie ścieżki, ale ja wybrałem tą bardziej odbiegającą w lewo, żeby szybciej znaleźć się pod stromym zboczem. Przez cały ten czas nie widzieliśmy ani jednej szczeliny. Nie można było powiedzieć, że ich nie ma, bo nigdy nie wiadomo, co znajduje się pod grubą powierzchnią śniegu. Z drugiej strony o tej porze śnieg jest bardzo mocno zmrożony i nawet kilkucentymetrowa warstwa zapewnia dobre przejście. Patrząc na tę kwestię z innej strony, nigdy nie słyszałem, ani nie czytałem o wypadkach w rejonie Punta Gnifetii w okolicach podejścia do schroniska, gdzie główną przyczyną byłyby szczeliny.

Podejście na Lyskamm

Niesamowite widoki podczas pokonywania ostatniej stromizny przed kopułą szczytową Punta Gnifetti

Rozpoczęliśmy podejście pierwszym i ostatnim, stromym wzniesieniem przed kopułą szczytową. Tutaj również nie występują żadne trudności. Po prostu podchodziliśmy pod śnieżną górę. W połowie stromizny o przerwę poprosiła tylko raz Brygida, bo chciała złapać oddech. Mieliśmy mnóstwo czasu, dlatego zatrzymaliśmy się i każdy z nas odpoczął. Schronisko Margheritta mieliśmy na wyciągnięcie ręki, stąd bliskość szczytu zachęcała do dalszej wędrówki. Ciągle szliśmy równomiernym tempem. Szybko dotarliśmy do płaskiego pola, będącego przełęczą pomiędzy Punta Gnifetti, a Zumsteinspitze. Na samą przełęcz nie ma konieczności wchodzić, dlatego trasa jest poprowadzona w pobliżu kopuły szczytowej. Przed nami widniało podejście prowadzące do schroniska Margheritta. Było jeszcze bardziej strome, a w połowie wytyczono trawers, który miał zniwelować wymagające kondycyjnie podejście. Teraz spokojnym tempem rozpoczęliśmy wchodzenie na szczyt Punta Gnifetti. Od przełęczy, co chwilę czuliśmy lodowate podmuchy wiatru. Chłód przenikał bardzo szybko. Uczucie wyziębienia stawało się dość mocne. Powtarzałem tylko: idziemy, bo pizga jak za cara. Problemem jest położenie kopuły szczytowej, do której w godzinach porannych nie docierają promienie słoneczne. Temperatura odczuwalna zdecydowanie spadła, ponieważ na kopule wiatr wiał najbardziej. Jedynym ratunkiem jest więc, jak najszybsze wejście na szczyt i postój na nasłonecznionym kawałku grani. Na podejściu nie zatrzymywaliśmy się. Nikomu nie brakowało sił ani tchu. Chcieliśmy, jak najszybciej minąć strefę „pizgania, jak za cara”. Wejście na szczyt zajęło nam 1h 23min.

 
Nasze namioty widoczne z dużej odległości - zdjęcie zrobione z ostatniej stromizny

Piękne seraki widoczne z ostatniej stromizny przed szczytem

Piękny widok na Lyskamm z ostatniej stromizny

SZCZYT OSIĄGNIĘTY
O godzinie 7.37 stanęliśmy na szczycie, gdzie jednocześnie znajduje się schronisko Margheritta. Od razu poszedłem na balkon – taras widokowy, który jest dostępny od wschodniej strony. Teraz czułem się komfortowo, bo wiatr przestał zupełnie wiać, a taras całkowicie oświetlało słońce. Było nawet gorąco. Wiatr nie wiał tylko dlatego, że chronił przed nim budynek. Zawołałem resztę ekipy, żeby dołączyli do mnie, bo ciepło zachęcało do zrobienia sobie przerwy w tym miejscu. Najważniejsze jednak okazały się widoki, które można zobaczyć z tarasu. Po lewej stronie widać wszystkie góry, które ciągną się od Dufourspitze aż po horyzont. Trudno było je zliczyć. Jest ich cały ogrom. Tylko pomiędzy niektórymi powstawały pojedyncze, płaskie chmury. Po prawej, widzieliśmy praktycznie całą naszą drogę od Alagny, wraz z dużą częścią doliny Val Grande. Można powiedzieć, że tam rozlało się morze zielonych gór. Panoramę z Punta Gnifetti zapamiętałem, jako jedną z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszych w całej Europie. Dzisiaj brakowało odrobiny chmur pomiędzy wysokimi górami, które z pewnością podkreśliłyby piękno Alp. Punta Gnifetti i góra Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. według mnie, oferują najpiękniejsze widoki. O ile drogi wejściowe dla zawodowych wspinaczy mogą być nieciekawe w przypadku Punta Gnifetti, to widok ze szczytu na pewno zachwyci każdego. Na tarasie zostaliśmy około pół godziny. Maciek i Julek odeszli jeszcze na boczną grań odbiegającą od schroniska. Chcieli zrobić sobie ciekawe zdjęcia z widokiem na Alpy i… Monte Viso. Teraz Maciek mógł popatrzeć na jego ulubioną górę oraz na Gran Paradiso i Mt. Blanc, na który wchodziliśmy cztery dni temu. Dla oglądanej panoramy naprawdę warto było tu wchodzić.

    
Niesamowite widoki ze szczytu Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Na grani, gdzie można zrobić ciekawe zdjęcia, ciągle wiał lodowaty wiatr. Postanowiliśmy, że szybko schodzimy z zacienionej kopuły szczytowej i pójdziemy jeszcze na Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jest to ostatnia góra, tworząca bardzo długi ciąg szczytów, gdzie każdy po sobie następujący jest wyższy od poprzedniego. Za Zumsteinspitze mamy równą linię grani, która odgradza odnogę lodowca Grenz od masywnej, skalistej grani Dufourspitze. Są tacy, co przechodzą na Dufourspitze z Zumsteinspitze, ale grań jest bardzo poszarpana i niebezpieczna. Raczej decydują się na to zawodowcy, którzy od lat typowo wspinają się w skałach. Liczne ekipy, które dołączyły do nas w tym samym czasie, również wybierały za cel Zumsteinspitze. Wiele z nich po prostu wyruszyło ze schroniska Margheritta. Zanim dotarliśmy do przełęczy pod Zumsteinspitze, góra opustoszała. Teraz podchodziliśmy tylko my. Sam szczyt nie jest trudny, ale na drodze są trzy charakterystyczne miejsca, gdzie trzeba zwiększyć uwagę. Za kilka minut podejścia stromą i wąską granią śnieżną rozpoczynamy wąskie przejście. Po obu stronach ścieżki widzimy bardzo stromy spad aż do lodowców, więc dobrze, żeby się nie potknąć. Wąska ścieżka, wystarczająca tylko na nasze ślady pozwala szybko osiągać wysokość, ponieważ prowadzi bardzo stromo do góry. Za kolejne kilka minut docieramy do malutkiego, płaskiego terenu o długości kilku kroków, po czym rozpoczynamy nieco szersze podejście. W jego połowie jest wyraźna szczelina lodowcowa skierowana pod ukosem. Drugi brzeg znajduje się wyżej, ponad nami, stąd trzeba stawiać wysokie kroki i najlepiej pomagać sobie czekanem. Za trzy minuty docieramy do skalistej i kamienistej grani szczytowej. Widać wyraźnie wydeptaną ścieżkę wśród skał, ale od samego początku będziemy musieli delikatnie się powspinać, czyli używać rąk do podciągania. Jedyna trudność na tym odcinku, to wąskie przejście pomiędzy dwiema skałami, gdzie trzeba postawić wyższy krok. Chwytów jest na tyle dużo, że z łatwością znajdziemy dobre punkty podparcia. Warto sprawdzać, czy kamienie nie są ruchome. Cała grań powinna zająć jakieś 5min. Szczyt Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. to niewielkie pole śnieżne na kilka osób, dlatego nie ma co wyruszać, gdy widzisz kilka grup na przełęczy pod Punta Gnifetti, idących w stronę tej góry. Lepiej trochę odczekać, ponieważ wejście będzie bardziej bezpieczne, a widoki ze szczytu o wiele lepsze.

   
Widokowe przejście na przełęcz pomiędzy Zumsteinspitze a Punta Gnifetti

 
Strome podejście na Zumsteinspitze z przełęczy pod tą górą

Panorama z wierzchołka jest bardzo ciekawa, ponieważ mamy wgląd do lodowca Grenz, oraz spojrzenie na cały Dufourspitze 4634 m n.p.m. i częściowo Nordend 4609 m n.p.m.  Stoimy przed dwiema najwyższymi górami w całej Europie, tuż po Mt. Blanc. Wierzchołki obu górach odwiedziłem w 2012 roku, dlatego ich widok działał na mnie, jak Monte Viso na Maćka. Stąd wiedziałem, co czuje. Spojrzenie w doliny po prawej stronie również zachwyca, ponieważ widzimy ciąg gór aż po horyzont i płaską część lodowca, ciągnącą się za Nordendem. Po prawej stronie, kilka metrów dalej, widać skalistą część szczytu. Znajduje się tam figurka Maryi oraz kolorowe chorągiewki.

 
 
Na szczycie Zumsteinspitze

     
Widoki ze szczytu Zumsteinspitze

POWRÓT DO GÓRNEJ STACJI KOLEJKI
Na szczycie pobyliśmy tylko chwilę. Zrobiliśmy kilka zdjęć, podziwialiśmy wspaniałe widoki i wyruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt po nas nie wchodził już na tę górę, stąd nie musieliśmy wymijać się na wąskich i niebezpiecznych fragmentach. Zejście na stromych odcinkach najlepiej przeprowadzać jest, schodząc tyłem. Będzie o wiele szybciej i zdecydowanie bezpieczniej. Idąc przodem, można zahaczyć rakiem o wystający, zmrożony śnieg i się potknąć. Trudno w takim przypadku o udane hamowanie na spadzistych zboczach, opadających bezpośrednio do lodowców. Schodziłem tyłem, dlatego czułem się o wiele lepiej i całe zejście mogłem pokonać szybko, bez żadnych problemów. Z góry wypatrzyłem również drogę zejściową, omijającą przełęcz pomiędzy Zumsteinspitze i Punta Gnifetti. Była nawet wydeptana ścieżka znacznie skracająca przejście. Omijała przełęcz i bezpośrednio prowadziła do stromego zbocza, którym wchodziliśmy wczesnym porankiem. Schodząc z ostatniego fragmentu zbocza Zumsteinspitze ścieżka odbijała na płaskie pole śnieżne, prowadzące bezpośrednio na stromy stok, w stronę naszych namiotów. Omijaliśmy w ten sposób przełęcz pod Punta Gnifetti i samą górę Punta Gnifetti. Zyskaliśmy czasowo. Idąc przez pole śnieżne, widzieliśmy jeszcze wiele ekip podchodzących do schroniska Margheritta. Po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy zejście stromizną. W ten sposób szybko dotarliśmy do ścieżki okrążającej zbocza kolejnych czterotysięczników.

  
Powrót do przełęczy - tutaj można skrócić drogę zejścia

Na wysokości Parrotspitze przechodziliśmy pod linią seraków. Mieliśmy idealną, bezchmurną pogodę. Miałem bardzo dobre warunki do fotografowania otoczenia. Nad serakami świeciło słońce, co dodatkowo dawało uroku. Co chwilę stawałem, żeby ująć seraki z różnej perspektywy. Nie zatrzymywałem grupy, ponieważ zdjęcia robiłem bardzo szybko i w trakcie wędrówki. Na łuku i trochę za nim, minęły nas dwie powracające ekipy. Ustąpiliśmy im miejsca, żeby mogły pójść swoim tempem. Jeszcze przed 25-metrowym podejściem na garb prowadzący do namiotów, wyprzedziliśmy jedną z ekip, ponieważ teraz oni potrzebowali przerwy. Po godzinie 11.00 dotarliśmy do namiotów. Czuliśmy radość, bo weszliśmy na dwa piękne szczyty, oferujące cudowne widoki, położone blisko siebie. Nie trudność drogi nas interesowała, ale to, co można zobaczyć z wierzchołka. W naszej ekipie zarządziliśmy, że do godziny 12.00 musimy coś zjeść i spakować się do wyjścia. Na szczęście namioty pod naszą nieobecność zdążyły wyschnąć od nocnego mrozu i zamarzniętej pary wodnej. Kiedy gotowaliśmy wodę na zupę i elektrolity, w tym czasie składaliśmy namioty i układaliśmy wszystko w plecakach. W ten sposób akcja przebiegała bardzo szybko. O 12.00 chcieliśmy zacząć schodzić, ponieważ o 17.00 zjeżdżała ostatnia kolejka do Alagny. Gdybyśmy zdążyli, moglibyśmy jeszcze tego samego dnia rozpocząć powrót do domu. Maciek i Julek stwierdzili, że po powrocie będą mieli na tyle sił, żeby wracać samochodem. Założyli, że w razie zmęczenia, można ewentualnie przystanąć na jakimś MOP-ie i trochę odespać. Po 12.00 zaczęliśmy zejście. Słoneczny dzień sprzyjał wędrówkom, dlatego mijaliśmy wiele ekip podchodzących do góry. Od garbu pod Ludwigshöhe związaliśmy się linami i zaczęliśmy schodzić. Jeszcze raz rzuciliśmy okiem, czy coś nie pozostało na płaskim terenie.

         
Seraki pod Parrotspitze

     
Droga powrotna do namiotów na przełęczy 4250 m n.p.m.

Droga na szczyt Punta Gnifetti widoczna z naszego pola namiotowego na lodowcu

Powrót przebiegał sprawnie. Po około pół godziny Brygida zdenerwowała się, bo tak, jak na Mt. Blanc plątała się jej lina pod nogami. Jeszcze nie miała doświadczenia w wędrówkach przez lodowiec w ekipie związanej liną, ale gdzie miała się tego nauczyć, jak nie na łatwej drodze na Punta Gnifetti? Z tego względu przymykałem oko na jej zdenerwowanie, bo wiedziałem, że kiedyś będzie narzekać na linę. Spodziewałem się, że również dopadnie ją przypadłość niezapamiętania trasy powrotnej i oczekiwanie szybkiego zejścia, a trasa będzie znacznie dłuższa niż ta, w jej umyśle. Tak zazwyczaj jest, gdy osoba zaczyna chodzić np. w Tatrach, nie zapamiętuje trasy powrotnej i myśli, ze za tym wzniesieniem będzie koniec. Za każdym kolejnym denerwuje się coraz bardziej. Nie ta przypadłość jednak była największym problemem Brygidy. Teraz miała mnóstwo głębokich odcisków, które bolały, jak nigdy. Długa wędrówka w połączeniu z szybkim nastawieniem powrotu do domu, powodowała, że psychika działała zupełnie inaczej. Ból stawał się nieznośny. Chciała nawet wypiąć linę, ponieważ ciągle się denerwowała, że tu się plącze, a tam ją ktoś ciągnie. Mimo wszystko Maciek nie pozwolił na to (szedł jako pierwszy), bo przed nami mieliśmy przejście lodowcem pełnym szczelin.

Schodziliśmy dalej. Pomiędzy Ludwigshöhe, a Piramidą Vincenta podobało mi się najbardziej. Teraz w spokoju mogłem popatrzeć z boku na głębokie i szerokie szczeliny, obok, których przechodziliśmy w drodze do góry. Zrobiłem wiele zdjęć w tych okolicach. Widoki były niesamowite. Zejście upływało dość szybko. Trasa jednostajnie prowadziła tylko w dół i w dół. Nie zmieniało się nawet nachylenie lodowca. Kiedy doszliśmy do wysokości schroniska Capanna Gnifetti, Brygida chciała iść w jego kierunku, ponieważ myślała, że jest krócej i szybciej. Nie zapamiętała faktów z trasy. Chciała sobie ulżyć z odciskami, bo przed nami ciągnęło się strome zejście polem śnieżnym, prowadzące do schroniska Rifugio citta di Mantova (tak przy okazji – kto to wymyślił taką nazwę nie do zapamiętania… Ciągle muszę używać klawiszy ‘ctrl + c’ i ‘ctrl + v’). Brygida myślała, że schronisko niżej położone jest górną stacją kolejki do Alagny. O tym jednak jeszcze nie wiedziałem. Najpierw wytłumaczyłem jej, że zejście polem śnieżnym jest szybsze i przyjemniejsze, bo śnieg amortyzuje każdy krok, a ze schroniska Capanna Gnifetti trzeba schodzić na około i na dodatek przez skalistą i dość długą grań. Z głębokimi odciskami wypatrywana przez nią trasa, to nic przyjemnego. Idąc stromym polem śnieżnym rozpięliśmy się z liny, bo Brygida nie mogła złapać synchronizacji z nami i liną. Maciek dodał: „wypinamy się, bo widzę, że nikomu nie jest na rękę iść z liną”. Z drugiej strony, tutaj nie występował już lodowiec, a jedynie grube warstwy śniegu. Szczeliny nam nie groziły. Kiedy dotarliśmy do schroniska, Brygida zapytała, gdzie jest kolejka. Kiedy powiedzieliśmy, że około 30min stąd, gdzieś „tam” na dole, to dopadło ją chwilowe zniechęcenie, bo myślała, że już jest na miejscu.

   
Piękne seraki i szczeliny w drodze powrotnej

KWESTIE ZWIĄZANE Z DŁUGIM POWROTEM Z GÓR WYSOKICH
W trakcie każdego wchodzenia do góry, warto zapamiętywać całą trasę, ponieważ, kiedy oczekiwania rozjadą się z rzeczywistością, efekt zmęczenia znacznie przyspiesza, ponieważ psychika nie działa tak, jak powinna. Ciągle tylko odliczamy: „jeszcze tyle, jeszcze tamten kawałek i jeszcze to”. Trasę zejściową zawsze traktujmy, tak samo, jako element wchodzenia na szczyt. Wiadomo, że odciski bolały Brygidę, ale pod górę i w wyższych partiach też je miała. Nie powstały tu i teraz, stąd wpływ psychiki na pewno zrobił swoje. Z drugiej strony nikt nie miał o to do niej żalu. Była to jej pierwsza wyprawa w Alpy i miała nowe buty, bo wcześniej nigdy nie była w Alpach. Stąd też podzieliliśmy się tak, że Maciek i Julek będą schodzić dalej ze schroniska, a ja pójdę z Brygidą, utrzymując jej tempo. Przy schronisku najbardziej zadziwiły mnie zmiany w pokrywie śnieżnej, bo kiedy szliśmy raptem wczoraj do góry, czarny wąż z przewodami doprowadzającymi prąd do schroniska Rifugio citta di Mantova był częściowo przysypany śniegiem, a teraz brakowało śniegu aż trzy metry od niego! Słońce operowało bardzo mocno, stąd śnieg zanikał bardzo szybko. Dobrze, że na dużych wysokościach ten proces jest znacznie spowolniony i lodowce powyżej 4000 m n.p.m. zmieniają się w ciągu kilku lat praktycznie niezauważalnie. Mam przecież zdjęcia seraków z 2012 roku i aktualne. Mogę tylko tyle powiedzieć, że ani nie drgnęły i kształt mają ciągle ten sam. Nic się nie ukruszyło, ani nie odpadło.

Maciek i Julek zaczęli schodzić. Ja czekałem na Brygidę, aż będzie gotowa. W tym czasie podziwiałem piękne widoki. Kiedy Brygida poprawiła buty i związała je na nowo, rozpoczęliśmy zejście. Schodzenie przez skały nie należało do przyjemnych, bo wywierały duży nacisk na odciski. Z drugiej strony, po kilku minutach dotarliśmy do pola śnieżnego, którym szliśmy wzdłuż zbocza rozpoczynającego ciąg grani do Piramidy Vincenta. Wędrówka przez pola śnieżne upływała bardzo szybko. Trzy odcinki skaliste również minęliśmy szybko. Zauważyliśmy jednak, że słońce wytopiło dużo śniegu, bo teraz powstawały nawet puste przestrzenie pod białą warstwą puchu. Widzieliśmy w oddali Maćka i Julka. Kiedy dołączyliśmy do nich, zauważyliśmy po grymasie twarzy, jak bardzo mocno Brygidę bolą odciski. Z drugiej strony cieszyła się, że to już koniec trasy, bo nie musiała męczyć stóp. Maciek powiedział, że dosłownie minutę temu pojechał wagon i wsiadło dużo ludzi. Z drugiej strony mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu.

POWRÓT DO ALAGNY
Do stacji dotarliśmy przed 16.00. Za dosłownie kilka minut przyjechał kolejny wagon. W trakcie oczekiwania, do górnej stacji kolejki dochodzili kolejni narciarze, którzy również wracali tą samą trasą, co my. Ostatecznie zjeżdżało nas ponad 20 osób. Teraz widzieliśmy, że kiedy rozpoczynaliśmy naszą przygodę, mieliśmy kameralną atmosferę i zupełną ciszę, a teraz ludzi nie brakowało. Z drugiej strony Monte Rosa, to bardzo znany region, więc Włosi często wracają tak, jak my w Tatry. W wagonie odetchnęliśmy, bo mieliśmy świadomość, że jedziemy do domu. Najpierw kolejką do Alagny, a później musieliśmy przejść do bezpłatnego parkingu. W trakcie zjeżdżania gondolą z Pianalunga, poczuliśmy, że powietrze jest bardzo gęste. Julek chyba najlepiej określił jego gęstość. Powiedział: „nie idzie oddychać, te powietrze można kroić. Na nizinach będziemy potrzebować aklimatyzacji”. Ciężko nam się oddychało, ponieważ byliśmy przyzwyczajeni do powietrza z wysokości 4000 m n.p.m. Jego jakość i gęstość mogliśmy przyrównać do tego, znanego z tropików, pełnego wilgoci. Zjeżdżając z wysokości 3275 m n.p.m. do poziomu 1212 m n.p.m. w krótkim czasie przestawialiśmy wzrok z pełnej zimy na pełne lato. Zieleń wydawała się intensywna, soczysta i początkowo ciemna, bo dotychczas patrzeliśmy tylko na biały, rażący w oczy śnieg. Alagna w słonecznej pogodzie wyglądała zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy zaczynaliśmy w strugach deszczu naszą przygodę. Teraz wyglądała, jak prawdziwa, alpejska miejscowość z wysokimi górami w tle. Karty za przejazd musieliśmy oddać w okienku. Kaucja została zwrócona. Teraz szliśmy do samochodu, idąc szybkim krokiem, wąskimi, brukowanymi uliczkami. Przez dłuższą chwilę szukaliśmy parkingu, ale równolegle przebiegająca ulica doprowadziła nas do niego. Przy samochodzie poczuliśmy ulgę, bo teraz pozostał nam tylko, albo i aż powrót do domu. Wszyscy zaczęliśmy się myć nawilżanymi chusteczkami na tyle, na ile to było możliwe, żeby poczuć się choć trochę lepiej. Po dłuższej przerwie i solidnym przeładowaniu wszystkich rzeczy tak, żeby po dotarciu do celu można było je z łatwością wyciągnąć z bagażnika, wyruszyliśmy w drogę, przy pięknej, słonecznej pogodzie. Maciek mieszkał w Turynie 1,5 roku, stąd znał tutejsze zwyczaje i miejsca. Polecił nam wstąpienie do jednego ze znanych we Włoszech marketu, żeby kupić wino. Jakościowe wino we Włoszech jest znacznie tańsze niż w Polsce. Można przywieźć tylko, albo i aż 5 litrów na osobę. Maciek i Julek skorzystali z tej możliwości. Ja nie, bo nie piję alkoholu w ogóle. Cała wyprawa udała się tak, jak zaplanowaliśmy. Zobaczyliśmy piękne widoki oraz wprowadziliśmy Brygidę w świat Alp, o czym marzyła do dłuższego czasu.

1 komentarz: