poniedziałek, 24 lutego 2020

Czy naprawdę jesteś sobą?

Jak stać się silnym wewnętrznie? Analiza siebie samego

Zastanawiałeś się, czy jesteś naprawdę sobą, jak bardzo jesteś ograniczony w sobie i dlaczego w wielu sytuacjach czujesz się słaby? Albo, dlaczego większość ludzi nigdy nie spełni swoich marzeń, lub nawet nie wyjdzie poza to, co nazywamy codziennością? Dzisiaj dość często słyszymy w różnych mediach stwierdzenie typu: „bo trzeba pokonać lub przekroczyć własne poczucie komfortu i bezpieczeństwa, żeby móc osiągnąć coś więcej”. Mówiąc „osiągnąć”, nie mam na myśli kariery w pracy i pieniędzy [w tym kontekście najczęściej media rozumują słowo „sukces”], ale dążenie do samorealizacji. W powyższym stwierdzeniu jest dużo prawdy, ale warto zastanowić się dokładnie, dogłębnie, skąd biorą się nasze ograniczenia i dlaczego nie chcemy ich pokonywać? Według badań osób, które prowadzą szkolenia na temat samorealizacji, wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że 80% społeczeństwa już na samym początku odrzuci spełnianie marzeń i dążenie do sukcesu, ponieważ trzeba zrobić coś więcej. Myślenie takich ludzi wygląda na wzór: „szkoda, że marzenia same nie przyjdą, same się nie zrealizują, a mnie najlepiej byłoby tylko tak w nie wkleić”. Tak by było najłatwiej. Jeśli pooglądamy strony w Internecie, czy też filmy i poradniki osób zajmujących się samodyscypliną oraz szkoleniem twojej osobowości, tylko po to, żebyś osiągnął sukces, szybko dostrzeżemy, że wszystkie z nich są robione konkretnie w jednym celu: masz osiągnąć sukces w pracy i zarabiać dużo pieniędzy. Przesłanie jest podobne i brzmi ono tak: masz być kreatywny, pokonywać bariery, iść do przodu, nie patrzeć na innych i praca, praca, jeszcze raz praca. W moim artykule nie będę się w ogóle odnosił do pracy, ponieważ to robią inni. Raczej chcę pokazać, dlaczego zdecydowana większość społeczeństwa nigdy nie zrealizuje swoich wielkich marzeń i nie będzie pracować nad swoją osobowością, oraz dążyć do samorealizacji. Jeśli czytasz ten artykuł z zaciekawieniem, to znaczy, że jest on dla ciebie, bo znaczy, że nie chcesz żyć, jak większość ludzi. Chcesz coś zmienić.

Żyjemy w szybko zmieniającym się świecie i ten świat ma na nas coraz większy wpływ, a słowo „prywatność” gdzieś chyba pomału zaczyna się zacierać z wirtualną rzeczywistością. Mało kto może powiedzieć o sobie, że dba o swoją prywatność, lub też, uznać siebie za naprawdę wolnego człowieka. Nie wiem, czy masz świadomość, czy też nie, ale jesteś uwikłany w pewne schematy życiowe, które ograbiają cię z bycia sobą. Na początku musisz zadać sobie pytanie: czy jestem naprawdę wolny? Mówiąc „wolny” mam na myśli: czy ja w pełni kontroluję swoją osobę?, czy jestem sobą?, czy może raczej żyję tak, jak chcą inni?... Warto się głęboko nad tym zastanowić. Artykuł ma na celu naprowadzenie cię na szereg pytań i odpowiedzi, którymi będziesz mógł sprawdzić samego siebie, czy naprawdę ty to jesteś ty… Pewna brytyjska pielęgniarka regularnie przez kilka lat zadawała to samo pytanie osobom będącym na łożu śmierci, a brzmiało ono tak: „czego najbardziej żałujesz w życiu?”. Usłyszała mnóstwo różnych odpowiedzi od ponad tysiąca osób. Szybko zauważyła, że u zdecydowanej większości pacjentów jest wspólny mianownik, który sprowadza się do tych stwierdzeń: „żałuję, że nie byłam/-em sobą – żyłem tak, jak inni chcieli”, „żałuję, że tak dużo pracowałem i nie miałem czasu dla siebie i innych”, „żałuję, że nie poświęciłem rodzinie więcej czasu”, „żałuję, że nie poświęcałem więcej czasu przyjaciołom”, „żałuję, że nie robiłem tego, co chciałem robić”.

Teraz widzisz, jaki błąd popełnia większość ludzi? Chyba najbardziej uderzające „żałuję”, to pierwsza wypowiedź. Boimy się być sobą! Żyjemy tak, jak chcą inni i dopasowujemy się do nich, żeby być akceptowanym. Nie potrafimy powiedzieć „nie”, a tym bardziej boimy się być inni niż wszyscy. Od roku 2006 zebrałem mnóstwo przykładów z życia wielu osób i powstających modeli, które są niestety powielane i w pewnym sensie powodują, że nasze życie jest jałowe, powtarzające się oraz nie do końca mamy nad nim kontrolę. Zbierając takie dane, zauważyłem zależność, która mówi nam, dlaczego oddajemy kontrolę nad swoim życiem innym osobom lub systemom. Od najmłodszych lat boimy się być inni niż wszyscy, stąd być może od młodości zapalimy papierosa z kolegami, żeby nie być gorszym i mieć ich uznanie. W całym życiu boimy się braku akceptacji w danej grupie społecznej (np. klasa w szkole, czy grupa pracowników, z którymi spędzasz dużą część życia z racji wykonywanego zawodu). Na tym strachu jest budowane nasze niskie poczucie własnej wartości, dlatego chcemy dopasowywać się do innych, bo nikt nie chce pozostać sam z niczym i z nikim. Zanim opowiem coś jeszcze, chcę ci pokazać wiele schematów, które szablonowo kopiujemy od innych, nawet nie zastanawiając się nad nimi powierzchownie (płytko), ani dlaczego tak robimy. Zauważamy jednak, że wiele rzeczy, czy nawet zachowań staje się modnych, a po jakimś czasie dana moda przemija. Wiele zachowań, modeli i schematów jest dobrze zakamuflowanych, ukrytych, bo tak dzieje się od wielu lat, a może nawet od dziesięcioleci. Czy nie warto więc poznać kilka takich schematów, które mają bezpośredni wpływ na nasze życie prywatne, na nasze marzenia i na nasze poczucie własnej wartości? Kiedy dostrzeżesz, że można żyć inaczej i zobaczysz własne błędy, będziesz chciał odmienić swoje życie, żeby wreszcie zacząć żyć własnym życiem i stać się wolnym człowiekiem. Zapisując sobie wiele faktów w ciągu kilkunastu lat moich obserwacji, dochodzę do pewnych wniosków:


1. MEDIA I UKRYTE SCHEMATY DZIAŁANIA, TWARDA ANALIZA
Mają największy wpływ na nasz sposób myślenia. Trudno się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Nie bez powodu partie rządzące w różnych krajach opanowują telewizję publiczną do własnej propagandy. W ten sposób można dotrzeć od bardzo dużej ilości ludzi, którym chcesz przekazać jednakowy sposób myślenia. Już sam Hitler wiedział, jak silnym narzędziem jest telewizja i wykorzystał ją do swojej propagandowej kampanii wyborczej. Efekt jego rządów każdy zna z lekcji historii, a być może nawet słyszał z opowiadań ludzi, którzy brali czynny udział w II Wojnie Światowej. Dzisiaj w ten sam sposób telewizja jest wykorzystywana. Nie tylko w kwestiach politycznych. No właśnie… A jak to dzisiaj wygląda (skupimy się tylko na telewizji, bo Internet omówię osobno)? Każdy widzi, że dzisiaj panuje moda na zdrowe życie, życie „eko”, „fit”, zdrową żywność, czy kładzie się nacisk na wygląd fizyczny. Telewizja, jako masowe narzędzie przekazu informacji jest bardzo dobrze wykorzystywane do tego celu. Wcale nie dziwi nas fakt, że w reklamach ciągle słyszymy o suplementach diety (uzupełniacze diety), które mają sprawić, że dostarczymy wszystkiego, co potrzeba naszemu organizmowi. Zarządzający firmami farmaceutycznymi i mieniącymi się jako farmaceutyczne, wiedzą, że jeśli powstała na coś moda, to można zbić na tym kokosy. Niestety dzisiejszy świat oparty jest na chciwości i pieniądzach, więc nie myślmy, że koncernom medycznym w pierwszej kolejności zależy na naszym zdrowiu. Statystyki korporacyjne jasno pokazują ile milionów złotych da się zarobić na suplementach diety. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak to naprawdę jest z tymi suplementami diety, tabletkami, itp.? Kiedy usłyszysz reklamę danego produktu, zobacz, jak mało mamy specyfików, o których reklamujący mówią LEK. Lek, to specyfik, który przechodzi wieloletnie badania przez naukowców, mające na celu potwierdzenie jego skuteczności, ale też i zbadanie jego skutków ubocznych. Większość tego, co widzimy w reklamach, to SUPLEMENTY DIETY lub WYROBY MEDYCZNE. Co to znaczy? Suplement diety i wyrób medyczny NIE MUSZĄ przechodzić żadnych naukowych badań. Producent musi mieć jedynie pewność, że nie zaszkodzą. Nigdzie nie jest napisane, że „to coś” musi pomóc. Może być zupełnie neutralne, ale będzie się dobrze sprzedawać. Teraz widzisz różnicę? Mało kto się zastanawia nad tego typu reklamami i przechodzi obok nich obojętnie. Ładne określenia mające sugerować, że kupujemy leki, bardzo dobrze przytłumiają czujność słuchacza. W dzisiejszym świecie musisz mieć wszędzie oczy dookoła głowy i zachowywać trzeźwy umysł. Warto analizować, jak najwięcej faktów.


W jaki jeszcze inny sposób działa telewizja? Na myśli mam nie tylko reklamy. Zauważyłeś, że prawie każda, jeśli nie każda kobieta ZAWSZE ma do zrzucenia jakieś zbędne kilogramy? Nie ważne, że jest szczupła, normalna, czy z nadwagą. Prawie każda walczy ze swoimi „nadprogramowymi” kilogramami. Zastanawiałeś skąd to się wzięło? Przecież wiele osób jest szczupła, a mimo wszystko wstydzi się własnego ciała. Telewizja przez kilkadziesiąt lat swojej działalności wyryła nam na stałe obraz perfekcyjnie wyglądających kobiet. Takie pokazuje nam się w filmach, na różnych galach, pokazach mody, czy też w reklamach. W realnych warunkach nigdy nie masz szans taką być i co najlepsze – one same też takie nie są. Wszystko kryje się za kosmetykami i ludźmi, którzy dzięki tym „idealnym” kobietom z wyglądu, mogą zarobić grube miliony dolarów. Oglądając takie osoby w telewizji przez całe swoje życie, kobiety zachciały wyglądać, jak one. Do dziś trwa pogoń za idealnym ciałem, kosmetykami, które pozwolą nam zakryć wszelkie niedoskonałości, czy też pięknym wyglądem twarzy. Płeć piękna potrafi być tak zablokowana wewnątrz siebie, że wyjście na plażę, na imprezę, czy gdzieś, gdzie trzeba ubrać sukienkę, potrafi spowodować, że nie prześpią całej nocy, bo myślą „jak ja będę wyglądać?”. Czy chcesz, czy nie, media bardzo mocno wyryły w nas myślenie o sobie, jako te daleko odstające od ideałów. Teraz zastanów się: nawet, jeśli osiągniesz swój cel, to co dzięki niemu będziesz mieć? Czy kobieta ciągle zabiegająca o swój wygląd, będzie spostrzegana jako atrakcyjna? Fizycznie na pewno tak, ale do życia raczej nie… Zastanów się głęboko: po co, lub dlaczego dążę do ideałów, które mi serwuje telewizja? Być może sekret tkwi w tym, że nigdy nie dogonimy naszych ideałów i przez to możemy przez całe życie robić wszystko, żeby osiągnąć w jakiejś mierze swój cel. Może przez to będziemy czuli się wewnętrznie lepiej, atrakcyjniej, albo zdobędziemy pewność siebie. Ale czy naprawdę przez wygląd mamy czuć się lepsi od innych, bardziej atrakcyjni lub pewni siebie? I w ogóle, dlaczego mamy czuć się lepsi od innych? Czy takie podejście nie trąci pychą? Dlaczego mężczyzna nie ważne, czy jest gruby, czy chudy (celowo użyłem tych słów) nic sobie z tego nie robi? Bo mężczyzna wie, że nie tędy droga. Ile jest facetów z nadwagą, a czerpiących z życia? Wcale nie przejmują się swoimi „kilogramami”? Po prostu telewizja w kwestii wyglądu nie ma na nich tak dużego wpływu, jak na kobiety. Od około roku 2017 tendencja powoli się zmienia, ale skala porównawcza facet-kobieta nadal jest zupełnie inna. Kobieta chce ładnie wyglądać, czuć się atrakcyjna. Gdzieś w podświadomości tkwi w niej rywalizacja z innymi „koleżankami i chęć zwracania na siebie uwagi wyglądem. Nie bez powodu wiele dziewczyn, czy kobiet potrafi ubrać się wyzywająco, tylko po to, żeby ktoś inny zawiesił na nich wzrok. A jeśli już ktoś zawiesi na nich wzrok i osiągną to, czego chciały, to nagle usłyszysz: „co za bezczelny typ!”. Dlaczego się więc burzy taka osoba? Przecież osiągnęła to, co chciała osiągnąć. Zauważyłeś coś? Powstaje pewna pętla, z której nie ma wyjścia. Po co więc dążyć do pustych celów? Czy nie lepiej być sobą, a nie gonić ideały, których nie ma?

 

Telewizja „wykorzystuje” nas na jeszcze wiele innych sposobów, ale to my sami musimy nauczyć się odróżniać, co jest prawdą, a gdzie oszukują nas w tym, co słyszymy i widzimy. Najwięcej w tej kwestii można powiedzieć o wszelkiego typu programach informacyjnych. Weźmy na przykład polskie, główne telewizje, serwujące wydania wiadomości z danego dnia. Kiedy posłuchasz różnych mediów, zobaczysz, jakie są rozbieżności. Mogą to być rozbieżności mające na celu uzyskanie korzyści politycznych, finansowych, czy też mających przynieść korzyść w postaci większej liczby oglądających dany program. Masz więcej oglądających => są większe wpływy z reklam. Weźmy np. słynną akcję z lipca 2018, gdzie ktoś rzucił hasło o pytonie tygrysim w Wiśle. W wielu miejscach trafiały się relacje, o pozostawionej skórze [wylince] po tym wężu i że ma nawet do 5,5m długości. Jeśli pokażesz skórę w telewizji i potwierdzisz tym samym, że omawiany groźny wąż jest naprawdę taki wielki, to przepis na sensację mamy gotową. Jest sensacja => jest duża oglądalność. Zanim ulegniemy temu, co nam przedstawiają dziennikarze, sami sprawdźmy, jak wygląda pyton, jakie ma naturalne rozmiary, gdzie żyje, jakie lubi środowisko. Przez pryzmat faktów naukowych będziesz mógł popatrzeć na telewizję. Dzięki temu zobaczysz, kto goni za sensacją, a kto chce rzetelnie przekazywać wiadomości. Inny przykład, to osiągnięcie korzyści politycznej. Wystarczy porównać ze sobą dwie przeciwstawne telewizje: TVN i TVP. Pamiętamy chociażby akcję z 23 marca 2018, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi wyszło na ulicę w największych miastach Polski, by zaprotestować w tak zwanym „czarnym marszu” przeciwko zakazowi aborcji, które chciał wprowadzić ówczesny rząd. Telewizja państwowa pokazywała marsz z Warszawy tylko na jednej ulicy z bocznej perspektywy, wyglądający jak spacer kilkunastu ludzi, a prywatna telewizja pokazała to samo wydarzenie z drona, dzięki czemu można było zobaczyć, jakie w rzeczywistości tłumy przyszły na omawiane wydarzenie. Zarówno jedna, jak i druga telewizja miała w tym cel i dostosowała do niego sposób, w jaki zostanie przekazana dana informacja. Wtedy odbiorcy mogliby powiedzieć: „z tą partią rządzącą jest coś nie tak, skoro tysiące ludzi wyszły na ulice”, a z drugiej strony, zupełnie inny przekaz, mógłby wywołać zamierzoną reakcję: „nic wielkiego się nie dzieje, skoro tylko jakieś grupki przyszły sobie podemonstrować. Każdy ma do tego prawo”.

 

W kwestii przekazu informacji najważniejszy jest fakt, że ty sam musisz mieć swoje ugruntowane poglądy ukształtowane nie na tym, co telewizja ci pokaże, ale na twardych i obiektywnych materiałach. Telewizje lubią pozbywać się niewygodnych materiałów, które w przyszłości mogłyby komuś wyrządzić szkodę, dlatego nie oceniając niczego ani nikogo, warto podczas wielkich wydarzeń, o których jest głośno na cały świat, a które powstały nagle, w ciągu chwili, nagrywać przedstawiany materiał. Szybko zobaczysz, że są rzeczy, o których powiedziano tylko jeden raz, a później zniknęły bezpowrotnie, pomimo, że inne rzeczy na temat tego samego wydarzenia powtarza się w kółko przez kilka dni, a nawet tygodni. Kto np. z was słyszał o tym, że Szwajcaria została ukarana grzywną przez włodarzy Unii Europejskiej za modyfikowanie pogody? Dzisiaj trudno jest nawet coś znaleźć na ten temat w Internecie. Czy informację można uważać za prawdziwą? Tak! W Australii mamy 19 firm zajmujących się modyfikacją pogody i ty sam możesz nawet do jednej z nich napisać i zamówić w danym miejscu ulewę, usługę usunięcia mgły, czy rozproszenia chmur. W USA działa nawet korporacja zajmująca się modyfikacjami pogody i ja, jako zwykły, szary człowiek, jeśli mam pieniądze, też sobie mogę zamówić u nich usługę zmiany pogody. Możesz wejść na stronę http://www.weathermodification.com/ i zamówić w jaki sposób chcesz zmodyfikować pogodę w danym miejscu. Masz pieniądze => masz wiele możliwości… Słysząc o Szwajcarii tylko jeden raz w telewizji stwierdziłem, że wiadomość jest prawdą na podstawie tego, co fizycznie istnieje (firmy zajmujące się zmianą pogody). Skoro ja, jako zwykły człowiek mogę sobie zamówić taką usługę, to dlaczego rząd Szwajcarii, czy jakaś organizacja, mające wielkie pieniądze, nie mogła tego zrobić? Oglądając telewizję, warto trochę wiedzieć o świecie, badać to, co się usłyszało i zestawiać z ogólnie znaną wiedzą na dany temat. Dzięki temu wyłapiesz mnóstwo nieścisłości, które są nastawione na jakiś konkretny cel dla telewizji, polityków, czy danych firm/korporacji. Pod tym względem polskie telewizje nie są czyste i każda z nich brnie w jakąś obraną przez siebie stronę, dlatego lubię o danym wydarzeniu posłuchać lub poczytać z kilku różnych źródeł. A wszystko po to, żeby telewizja mną nie manipulowała i żeby obrazy w stylu „muszę zgubić kilka kilogramów” nie stały się moją obsesją, która nie ma żadnego uzasadnienia.


Łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić… Co mam na myśli? Wszystko zależy od punktu patrzenia. Kiedy weźmiemy pod uwagę kobiety z przeludnionej Korei Południowej, która jest przecież technologicznie mega rozwinięta (europejskie kraje pod tym względem jeszcze wiele mają do nadrobienia), to szybko zobaczysz, że jednak omawiane „kilka kilogramów” ma duże znaczenie, jak również sam wygląd twarzy. O co chodzi? Pracodawcy w niepisany sposób wytworzyli pewien mechanizm, który nakazuje w pierwszej kolejności zatrudniać kobiety wymalowane, „zrobione” i te ładniejsze. Nie bez powodu Korea Południowa jest krajem na pierwszym miejscu na świecie pod względem zużywania (konsumpcji) kosmetyków przeznaczonych do estetyki twarzy. Nawet działają tam coraz bardziej rozrastające się organizacje walczące z przedstawionym zjawiskiem, które manifestują w marszach podobnych do tych z Polski, podczas głośnego tematu zakazu aborcji. Jak tu więc nie poddać się propagandzie „pięknego wyglądu”? Nie od dziś wiadomo, że ładniejsze kobiety maja łatwiej w życiu (łatwiej im znaleźć pracę i znajdują grono adoratorów), ale czy to oznacza, że z góry jesteśmy skazani na przegraną? Zdecydowanie nie! Jeśli nie damy skupiać się na swoim wyglądzie, bo tak nam każe społeczeństwo, telewizja, media, itp. to dostrzeżemy, że mamy o wiele więcej możliwości. Czy nie lepiej jest popracować nad swoją osobowością i umiejętnościami? Wygląd zewnętrzny w wielu miejscach nie zastąpi dobrych umiejętności, a tym bardziej doświadczenia…

Media potrafią lansować pewne style życiowe, w które zbyt łatwo wpadamy, przez co nasze życie staje się schematyczne. Zarówno telewizja, jak i Internet ma wiele w tej kwestii do zrobienia, i… to robią! Nie od dziś wiadomo, że zmanipulowany człowiek łatwiej będzie podążać za tłumem oraz podążać za modą, reklamami i wszystkim, czego oczekują od nas korporacje. Kiedyś myślałem, że faceci tak łatwo nie wpadają w schematy związane z wyglądem. Od 2017 roku widać, że również oni popadli na masową skalę w pewien schemat związany z modą. Kiedyś zobaczyć chłopaka lub młodego mężczyznę z brodą, to była wielka rzadkość. Dzisiaj jest to pewnego rodzaju standard, reguła. Uważa się, że dzięki brodzie będziesz wyglądać bardziej męsko. Ale pomyśl na trzeźwo: broda nie zrobi z ciebie mężczyzny... W telewizji; w reklamach: kosmetyków, banków, suplementów diety; w Internecie, pokazuje nam się pewnego rodzaju „idealnego mężczyznę”. To facet za biurkiem, koniecznie z brodą i po trzydziestce, czerpiący z życia. Schemat powielany przez lata musiał wyryć się w umysłach mężczyzn i tak, jak kobiety pragną doganiać „ideały”, tak faceci zechcieli być bliżej „ideału” wykreowanego przez media. Patrząc trzeźwym okiem: u wielu mężczyzn broda po prostu nie pasuje. Jednych albo postarza (dość częsty przypadek), albo sprawia wrażenie niedbającego o siebie. W najgorszym przypadku kogoś porównujemy do Rumcajsa. Koncerny żerują na panującej modzie i oferują, np. kosmetyki do pielęgnacji brody i cały sprzęt do golenia lub jej przycinania. Nie próbujmy być na siłę tym, kim nie jesteśmy, bo pewnych modeli i schematów nie dogonimy. Najważniejsze, żeby być sobą, a nie powielaczem schematów, tylko dlatego, ponieważ panuje pewna moda. Nie zrozum mnie źle: nie mam nic do mężczyzn z brodą, ale jeśli jeszcze przed 2015 rokiem prawie każdy jej nie miał, a teraz wielu chce ją mieć i ją posiada, to omawiane zjawisko nie inaczej nazwiemy, jak panującą modą. Najszczęśliwszy człowiek to ten, który ma własne zdanie i nie podąża za tłumem. Piszę o tym, bo przecież posiadania brody nikt nam nie podyktował, ale zdecydowaliśmy o niej sami. To wszystko dzieje się podświadomie, bo w swoim otoczeniu widzisz wielu mężczyzn, którzy również mają brodę, widziałeś mnóstwo reklam z „idealnym, trzydziestoletnim facetem z brodą”, który pokazuje udane życie i zaczynasz się upodabniać do „czegoś”, co widzisz na co dzień. Powtarzający się widok, obserwowany przez lata, rysuje pewien obraz w twoim umyśle. Najważniejsze, żebyś ty sam potrafił wybrać, czy naprawdę chcę kopiować otoczenie, lub działać podświadomie na zasadzie owczego pędu, próbując upodobnić się do tłumu, czy jednak dalej pozostawać sobą. Ciągle zadawaj sobie pytanie: czego żałujesz w życiu? I zastanawiaj się, czy czasem nie żyjesz tak, jak chcą inni, a nie tak, jak ty byś chciał żyć…


2. MEDIA - OBIEGOWE OPINIE I PODĄŻANIE ZA MODĄ
Jeśli chcesz spełniać marzenia i być sobą, to nie możesz powtarzać obiegowych opinii, ani podążać za modą, która jest przez kogoś narzucana. Obiegowe opinie mają to do siebie, że są bezmyślnie powtarzane, ale tak naprawdę bez zastanowienia. Ludzie powielają zasłyszane słowa, bo tak „wszyscy” mówią, więc musi być w tym prawda. Osoba, która jest naprawdę wolna, czyli będąca sobą, nie poddająca się presji otoczenia i mająca własne przemyślenia, nie będzie bezmyślnie powtarzać czegoś, dopóki nie sprawdzi, czy tak się naprawdę rzeczy mają. Przykładów można podać mnóstwo, ale podam kilka z nich, żeby zrozumieć o co chodzi. Główną ideą poniższych przykładów, jest uświadomienie, jak szybko wplątujemy się w schematy myślowe, które „procentują” w życiu schematycznym postępowaniem. Tylko zdrowa analiza faktów pozwala dążyć do celu i stawać się kimś innym. Marzenie nie jest przecież czymś, co nie istnieje, ale raczej czymś, co jest dostępne, a my musimy znaleźć do niego drogę i plan działania. Musimy pamiętać, że marzenie to nie fantazja, ale raczej coś, co daje nam pozytywnego „kopa” do życia, gdy je spełnimy. Jak mogą wyglądać „wywołane do tablicy” obiegowe opinie?

Jesteś w górach zimą i nagle jeden z twoich kompanów wyjazdu mówi: „nie krzycz, bo zejdą lawiny”. Przyznasz, że wiele razy słyszałeś to stwierdzenie, że od hałasu schodzą lawiny? Zanim bezmyślnie powtórzysz „formułkę”, zbadaj fakty, włącz myślenie. Co to jest hałas? Najkrócej mówiąc: fala mechaniczna w postaci ciągu drgań materii tworzącej dany ośrodek, w którym została wytworzona. Definicja brzmi nadal niejasno? W naszym przypadku są to regularnie drgania cząsteczek powietrza, które będą się rozchodzić coraz dalej, ciągle w tym samym powietrzu, aż drgania ustaną. Pomyśl teraz: jakie natężenie ma twój ryk? Zwykły „Kowalski” maksymalnie może osiągnąć 95-105 dB i to tylko w przypadku wykrzykiwania litery „A”. Polak najczęściej siarczyście wykrzykuje słowo na literę „k” i ostatnia litera „a”, ma wtedy największe natężenie, które przedstawia nam się w decybelach. Inne litery słychać ciszej podczas krzyku. Kobiece „A” jest mniej donośne. Czy drgania o takim natężeniu przekazywane przez powietrze mogą poruszyć masy śniegu? Zdecydowanie nie! Dlaczego przelatujący helikopter, który wytwarza znacznie więcej hałasu i na większą skalę, nie wywołuje lawiny? Dlaczego w Alpach, gdzie sztucznie wywołuje się lawiny, nie wystarczy przelecieć helikopterem nad górami, żeby wywołać to zjawisko, po to żeby później masy śniegu nie zagrażały górskim miejscowościom? Odpowiedź jest prosta: bo nic by się nie stało. Szwajcarzy korzystają z ładunków wybuchowych i detonują je w rejonie nawisów śnieżnych, które mogłyby w późniejszym czasie zapoczątkować lawinę. Ten przykład pokazuje, jak łatwo wpadamy w schematyczne powielanie, które nie prowadzi do naszego rozwoju.


Inny przykład: „nie jedz jagód w lesie, bo sika na nie lis”. Ile razy ja to słyszałem! Co roku w sezonie nawet dziennikarze powtarzają w kółko to samo stwierdzenie. Czy nie lepiej pomyśleć, jak się rzeczy mają? Gdzie występują lisy?, jaki jest ich teren zamieszkiwania?, czym się żywią?, gdzie można spotkać je najczęściej?, i z drugiej strony: gdzie rosną jagody?, kiedy zbieramy owoce?, a jeśli zjem taką jagodę to, co mi się stanie? Szybko zauważysz, że występowanie lisów pokrywa się z terenami, gdzie rosną jagody. Zastanówmy się więc głębiej: jeśli lisy mogą chodzić tam, gdzie są jagody, to jakie jest prawdopodobieństwo „nasikania” przez liska w „krzaczki”? Kiedy nałożymy główny okres występowania owoców na nizinnych lasach (od połowy czerwca do około 10. lipca), fakt czym lis się żywi, oraz w jakiej porze poluje, to szybko wyciągniesz odpowiednie wnioski. Lisy polują przed wschodem słońca i po jego zachodzie. Za dnia tego nie robią lub bardzo sporadycznie. W pierwszej kolejności polują na gryzonie, w drugiej na ptaki, a owoce leśne jedzą głównie na jesień, kiedy o żywność jest znacznie trudniej. W czerwcu oraz lipcu „rudzielec” ma najlepszy okres na polowania na gryzonie, bo podobnie jak na jagody, tak na gryzonie trwa pełnia sezonu. Lis więc nie będzie chodzić za jagódkami i „sikać” po wszystkich krzakach jagodowych, ale raczej będzie uganiał się nocną porą za gryzoniami. Zadaj sobie pytanie: ile razy widziałeś lisa w lesie? Czy cały las jest pokryty owocującymi jagodami? Dobre miejsca z jagodami to tak naprawdę mały fragment lasu, a nawet trzeba znać swoje miejsca. Z powodu obecności człowieka, lisa jest naprawdę trudno spotkać nawet w lasach. I mówię to z perspektywy człowieka, który od 2006 roku jeździ codziennie rowerem do pracy w nocy przez las. Rudzielca spotkałem na razie tylko cztery razy.

Kiedy nałożysz fakt, że w szczycie sezonu lis ugania się za gryzoniami, dorodne miejsca obfitujące w jagody, to niewielki kawałek lasu i fakt, że akurat tamtędy przechodził nasz lis i jeszcze dodatkowo chciało mu się sikać, to już musiałby nastąpić naprawdę wielki zbieg wszystkich wymienionych okoliczności. A jeśli „dorzucimy” do tego myśl, jak lis załatwia swoją potrzebę (podobnie, jak pies – nie na otwartej przestrzeni, tylko sika na drzewo), to prawdopodobieństwo zjedzenia zakażonej jagody jeszcze bardziej spada. Co roku jem jagody „prosto z krzaka” i nigdy nic mi nie było. Owszem zdarzają się przypadki zjedzenia jagody z moczem lisa, ale w ciągu dziesięciu lat słyszałem tylko o jednym przypadku, gdzieś w poznańskich lasach, gdzie przypadek był naprawdę ciężki. Nie zachęcam oczywiście do jedzenia nieumytych jagód, bo ryzyko zachorowania na bąblownicę zawsze istnieje (co roku choruje kilkadziesiąt osób w skali całego kraju), ale nie wpadajmy w histerię, bo ciężki przypadek zdarza się u jednej osoby na terenie całego kraju i to na dodatek na przestrzeni kilku lat. Bąblownica ma również swój zasięg występowania i najczęściej ludzie zakażali się w okolicach nadmorskich lub w rejonie Mazur. Najmniejsze ryzyko od lat panuje na południu i zachodzie Polski. Trzeba pamiętać, że więcej ludzi umiera u nas w Polsce z powodu… zgubienia się w lesie podczas grzybobrania… niż na bąblownicę! Bąblownica to inaczej tasiemiec lisi i choroba jest uleczalna. Prawidłowo powinno umyć się jagody w ciepłej wodzie. W tym „wywodzie” chodzi raczej o to, żebyśmy nie powtarzali bezmyślnie utartych „formułek”, ale raczej zbadali fakty, jak się rzeczy mają naprawdę. Jeśli nie potrafimy powstrzymać się od jedzenia „surowych” jagód „prosto z krzaka”, to lepiej zbierać je z krzaczków rosnących pomiędzy drzewami, a nie bezpośrednio przy nich. W ten sposób ryzyko minimalizujemy prawie do zera.


Inna „formułka” dotyczy stwierdzenia: „korniki niszczą lasy”, dlatego mamy tak zniszczone góry w Polsce. Zgodzisz się z tym, że w górach lasy wyglądają raczej jak ich wrak, a nie jak pełny ekosystem? Pewnie tak, bo byłeś niejeden raz w górach. Wszędzie widać pasy przecinki, albo nawet w całości „łyse” góry. W telewizji najczęściej słyszymy: trzeba wycinać lasy, bo zjadają je korniki. Czy uwierzysz temu stwierdzeniu? Jakie są fakty? Larwy kornika drukarza (bo ten najczęściej występuje w naszych lasach) żerują wewnątrz pnia (w łyku), w osłabionych lub ściętych drzewach. Zdrowych drzew nie atakują. Dlaczego więc lasy w górach są tak zniszczone? Dlatego, że tworzy je jeden gatunek: świerk pospolity, a to najlepsze drzewo dla korników. Lasy w polskich górach mają bardzo podobną historię. Dla jej zobrazowania, weźmy nasze, piękne Tatry, gdzie aktualnie lasy popadają w totalną ruinę... Pod koniec XIX wieku rabunkowa gospodarka spowodowała, że ludzie zaczęli sadzić tylko i wyłącznie świerki. Szybko rosły, więc i szybko miały dostarczyć większych ilości drewna. Hrabia Zamoyski i Towarzystwo Tatrzańskie zleciło sadzenie świerków w Tatrach, ponieważ drewna potrzebowało górnictwo i hutnictwo. Po raz pierwszy, w 1884 roku, zauważono, że rabunkowa działalność jest bardzo złym zjawiskiem, kiedy ówczesną miejscowość Zakopane zalała powódź. Wtedy stwierdzono, że lasy odgrywają wielką rolę w retencji wody [zdolność do jej gromadzenia i zatrzymywania na dłuższy czas]. Drugi błąd polegał na sadzeniu świerków, które nie są przystosowane do życia w tatrzańskim klimacie. Naturalną sprawą stało się więc, że kiedyś sztucznie nasadzone lasy musiały dosłownie „upaść” i dzisiaj właśnie żyjemy w tych czasach. Przed działalnością człowieka w Tatrach rosły jawory, jarzębina i buki. To one stanowiły fundament silnego lasu, który nadawał się do życia w górskich warunkach. Świerk jest słabo ukorzeniony, ma do dyspozycji mało wody, bo lata są coraz bardziej cieplejsze, a w 2018 roku było nawet tak ciepło, że w lasach zdążyły powstać dwie generacje korników, podczas gdy normalnie w okresie jednego roku mamy tylko jedną. Zaczęły rozmnażać się w sposób niekontrolowany. Brakuje silnych mrozów, które przyczyniały się do zmniejszania ich populacji. Świerki wyglądające na zdrowe, nie są takie zdrowe, ponieważ zostały sztucznie nasadzone na nieodpowiednim terenie i przez to kornik ma „łatwą” pożywkę. Zielone drzewa w Tatrach w dzisiejszym rozregulowanym klimacie są niestety osłabione.

Można więc powiedzieć, że po części wywołane stwierdzenie ma swoje uzasadnienie, ale kiedy przyjrzymy się głębiej zjawisku, zobaczymy, że korniki nie pochłaniają całych połaci lasów „bo tak”, ale raczej widzimy, jak wielki błąd popełnił człowiek. Dodatkowo nałożyło się ocieplenie klimatu, przez co korniki mogą rozmnażać się na większą skalę i teraz za złe decyzje płacimy wysoką cenę. Tatrzańskie lasy będą mogły odrodzić się za około 80-100 lat, ponieważ aktualnie trwa masowa degradacja drzew, nawet tych stojących i zielonych. Warto zgłębiać wiedzę, żeby nie powtarzać bezmyślnie utartych powiedzeń, ale żeby mieć pojęcie o danym zjawisku i mieć na dany temat własne zdanie. Przekaz telewizyjny sugeruje nam, że mamy plagę korników, więc najlepszym rozwiązaniem jest masowe wycinane lasów (chorych i zdrowych) pod pretekstem ochrony przyrody. Tymczasem ktoś zbija na tym wielki interes, wycinając również hektary zdrowych drzew. Raczej stwierdziłbym: „kornik przyczynia się do degradacji, niszczenia lasów, na wskutek błędów popełnionych przez człowieka. Nigdy nie powinno dopuścić się do tego, żeby posadzić jeden gatunek drzew na nieodpowiednim dla nich terenie. Lasy utworzone przez człowieka powinny być wspomagane przez niego. Obumierające, leżące drzewa powinny być usuwane, żeby nie dopuścić do masowego rozmnażania się korników. Lasy stopniowo będą degradowane przez te owady, inne gatunki zwierząt będą żywić się nimi, a po ich zamarciu, zaczną rosnąć nowe – takie, jakie kiedyś pokrywały nasze góry. Leśnicy mający wiedzę na temat korników nieco przyspieszają proces oczyszczania lasów, zbierając powalone drzewa przez wiatr i nasadzając mieszankę gatunków drzew, które pierwotnie rosły w górach. W wielu rejonach Tatr są wyznaczone tereny ochrony ścisłej, gdzie człowiek nie może usunąć chorych drzew. W ten sposób korniki znajdują kolejne hektary terenów do rozmnażania, przez co ucierpi jeszcze więcej lasów. Uważam, że dobrze człowiek robi, usuwając chore lub martwe drzewa, bo dzisiejsze lasy w Tatrach nie są naturalne. Tylko naturalne lasy potrafią odrodzić się w sposób przejściowy, płynny. Lasy utworzone przez człowieka, na zasadzie jak w Tatrach, również się odradzają, ale najpierw w całości zamierają, a dopiero później zaczynają wyrastać pomału nowe drzewa. Cały proces trwa znacznie dłużej. W górach najpierw trzeba odtworzyć drzewostan, jaki kiedyś występował w Tatrach i dopiero po jego odtworzeniu lasy będą mogły regenerować się w normalnym tempie w kolejnych wiekach. Działalność człowieka, polegająca na usuwaniu suchych i chorych drzew to dobra inicjatywa, ponieważ okres martwych lasów będzie trwał znacznie krócej. Szkoda tylko, że w Polsce sprzątanie gór z powalonych drzew przypomina zaorane pola błota. W Szwajcarii nie pozostaje ani jeden ślad po zwiezionym drewnie…”.


Z innej beczki: według ciebie, czy nietoperze ma najlepszy słuch? Większość odpowie zdecydowanie TAK, tylko, dlatego, że w mediach mówi się o nich, jako „mistrzowie” w echolokacji. Czy do tego muszą mieć najlepszy narząd słuchu? Zdecydowanie nie! Jak się okazuje, „zwykłe” koty, które przecież wielu z nas posiada, posiadają jeszcze lepszy zmysł odpowiedzialny za przetwarzanie dźwięku. Nietoperze są w stanie usłyszeć dźwięki o częstotliwości do 40 000 Hz, a koty aż do 50 000 Hz. Ten przykład pokazuje, jak mechanicznie przyjmujemy informacje prezentowane w mediach. Czy nie lepiej zastanowić się i porównywać dane, żeby móc o nich powiedzieć fakt? Mechaniczne przyjmowanie informacji, wiadomości, czy innych treści, sprowadza nas na drogę schematycznego myślenia, które z pewnością przełoży się na schematyczne życie i podążanie za tłumem.


Na deser przedstawiam ostatni przykład – tym razem z 2019 roku. Każdy z nas pamięta, jak głośno mówiło się o płonących lasach Amazonii. Nie ma żadnego zdrowego człowieka na ziemi, który powiedziałby że to jest dobre zjawisko. Wszyscy wiemy, że spalanie (niszczenie) tak wielkiego ekosystemu ma wpływ na lokalny klimat i w jakiejś części na inne zakątki świata. Nikt z nas nie popiera wypalania i niszczenia Amazonii. Telewizja również poszła tym tokiem myślenia. Ale, czy naprawdę rzetelnie przedstawiła fakty? Kiedy przyjrzysz się historii, zobaczysz, że nałożyło się zjawisko panującej mody z tym, co aktualnie się działo. W naszych czasach panuje moda na życie „eko”, w tym ogólnie pojęta ochrona przyrody, „zielona energia”, piętnowanie używania plastiku, krzywdzenia zwierząt, itp. To wszystko jest prawda. Każdy z nas się zgodzi, że nie należy krzywdzić zwierząt, zabijać ich dla sportu lub zalewać świat plastikiem. Trzeba natomiast wytwarzać jak najwięcej energii ze źródeł odnawialnych. Zastanowiłeś się, dlaczego wcześniej media nie mówiły z wielką pompą o pożarach lasów Amazonii, jak to robią teraz? Kiedy spojrzysz na rządowe statystyki pożarów w Brazylii, zobaczysz ciekawą zależność:
W 2004 roku było 205 000 pożarów (w tym 101 000 w lasach Amazonii)
W 2005 roku było 200 000 pożarów (w tym 97 000 w lasach Amazonii)
W 2019 roku było 120 000 pożarów (w tym 70 000 w lasach Amazonii)


Jak myślisz, dlaczego w 2004 i 2005 roku przez 3 miesiące nie było ani jednego dnia, gdzie mówiono o fatalnej sytuacji w Brazylii? Wtedy moda na życie „eko” dopiero kiełkowała. Powtarzanie dzień w dzień w kółko tego samego tematu nie przyjęłoby się i być może spadłaby oglądalność głównego wydania programu informacyjnego. A kto słyszał o tym, że w Boliwii płoną te same lasy Amazonii?, że władze Brazylii wystawiły 44.000 strażaków do walki z pożarami, a Boliwia tylko 2.000 i to na dodatek bez sprzętu? Boliwijscy strażacy walczyli z płonącym 1 mln hektarów lasów (!), a pożary gasili łopatami i kocami. Maczetami wycinali pasy przeciwpożarowe. Boliwia jako temat w głównym programie informacyjnym słabo by się sprzedał w telewizji… To nie są te same liczby, co z Brazylii… Dzisiaj nie tylko panuje moda na życie „eko”, ale również podniosła się świadomość ludzi w tej kwestii. W 2019 roku, w utrwaleniu tragicznego obrazu sytuacji więcej zrobił Internet i portale społecznościowe niż telewizja, stąd każdy będzie pamiętać statystycznie normalną ilość pożarów z 2019 roku niż rekordową ilość z 2004 i 2005 roku, które podobnie, jak w 2019 roku nie powstawały samoistnie, ale poprzez wycinkę drzew pod pola uprawne. W normalnej liczbie pożarów, które wybuchają co roku, jest z pewnością zawarta polityczna część obietnicy, którą złożył prezydent Brazylii, dając przyzwolenie na wycinkę Amazonii pod pola uprawne. Jedynie ten argument przemawia na korzyść, że temat stał się bardzo chwytliwy. W telewizji zawsze od lat najbardziej „wałkowane” są tematy z wątkiem politycznym w tle. Teraz już widzisz, jak uwidocznił się sposób działania mediów, które w naszym przypadku przedstawiały prawdę, ale działały zgodnie z aktualną modą i swoim interesem, dodatkowo podsycając temat wątkiem politycznym.

 

Dzisiaj, w podkreślaniu ważności danego problemu bardzo wielką rolę pełnią znani i podziwiani ludzie „z wyżyn” tego świata. Wystarczy, że znany piłkarz, czy piosenkarz, umieści na swoim profilu w mediach społecznościowych wypowiedź informującą, że dane wydarzenie to duży problem. Wtedy cały świat internetowy zaczyna grzmieć. A ile potrzeba czasu? Taka informacja rozprzestrzenia się w ciągu zaledwie jednego dnia do co najmniej 50 krajów! Skąd to wiemy? Pewna nauczycielka chciała uzmysłowić swojej klasie, jak niebezpieczne jest nieodpowiednie korzystanie z mediów społecznościowych. Na cele eksperymentu przygotowała zdjęcia, które zamieściła na swoim profilu na Facebooku. W kolejnym dniu pokazała dzieciom wynik eksperymentu. Jej zdjęcia rozeszły się przez grono zupełnie przypadkowych osób aż do 52 krajów! Wystarczy, że upłyną kolejne dwa lub trzy dni, żeby cały np. Facebook żył daną sprawą. Nie dajmy się więc ponieść panującej modzie, gdzie często dla wywołania określonych, oczekiwanych emocji, wiadomość ilustruje się zdjęciem, które ma bardziej zadziałać niż 1000 słów. I tak na przykład, znany piłkarz Cristiano Ronaldo, zamieścił na swoim profilu zdjęcie płonącego lasu z 2004 roku z Indonezji, by poruszyć kwestie niszczonej Amazonii. A czy artykuły w głównych portalach informacyjnych nie pokazują nam reklam, gdzie widzimy, np. zdjęcia z Malediwów, z pięknymi domami na balach, z zielonymi górami w tle? Tylko, czy najwyższy punkt na Malediwach nie ma czasem 2,4 m n.p.m.…? Te przykłady pokazują, że wszędzie trzeba być czujnym, ponieważ zdjęcia mają na celu wywołanie konkretnych emocji, zwiększyć oglądalność, sprzedaż lub zainteresowanie tematem. Wszystko po to, by napędzić czyjeś interesy. Pamiętajmy, że dzisiaj ludzie głównie przetwarzają „obrazkowe” informacje i stosunkowo niewielu zagłębia się w tekst, czy szczegóły. Wpływowe osoby, które dzisiaj w kontekście mediów społecznościowych nazywamy „influencerami”, bardzo dobrze wiedzą o tym fakcie. Jeśli coś ma przynieść zamierzoną oglądalność lub „żywotność” danym tematem, to najprawdopodobniej ktoś jest nastawiony na zysk. Zwiększona oglądalność, to nic innego, jak możliwość umieszczania większej ilości reklam, czy podniesienia ich ceny. Zwiększona oglądalność, to „klikanie”, za które również się płaci. Nie ważne, że informacja może być trochę naciągana… Dla pieniędzy zrobi się wszystko...


Na Malediwach nie znajdziemy gór...

A co z podążaniem za panującą modą? W jaki sposób podążanie za modą ujawnia słabości twojej psychiki? Wezmę pod uwagę dwie kwestie. Od roku 2016 wyraźnie widać zwiększone zainteresowanie tatuażami na swoim ciele. Dlaczego nazywam to modą? Ponieważ 10 lat temu tylko nieliczni coś sobie tatuowali. Większość wolała nie mieć żadnego znaku na ciele. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Czy to coś złego? Nie mnie to osądzać. Raczej chcę wskazać na fakt, ze coś się musiało zmienić, że nagle wielu naszych znajomych posiada „dziarę” na ciele. Myślę, że mechanizm powstania tego zjawiska był podobny, jak we wcześniejszych przypadkach. Przebywanie w towarzystwie, kiedy sami nie mamy ugruntowanego zdania na jakiś temat, wyryło nam pewien obraz w umyśle i podświadomie dostosowaliśmy się do większości. Zazwyczaj znajomi odpowiadają, że tatuażem chcą wyrazić swoje najcenniejsze myśli, które prowadzą ich przez życie, lub coś, co ma dla nich największe znaczenie. Takie osoby chcą się „czymś” wyróżniać spośród tłumu, swojej grupy, bo będą mieli „coś” innego niż wszyscy. O ile nie osądzam tego, czy ktoś ma „dziarę”, czy nie, bo to nie moja sprawa, to jednak warto zastanowić się głębiej, ze szczerego serca: czy zrobiłem/-am tatuaż, bo dużo ludzi ma takie znamię, więc i ja też zachciałem/-am coś mieć?, czy może nie wyróżniam się niczym spośród tłumu, więc może tatuaż mnie wyróżni w jakiś sposób? Można zadawać sobie również inne pytania w zależności od danej osoby. A jeśli masz kolorowy tatuaż, czy sprawdziłaś/-eś wszystkie fakty? Czy wiesz, że posiadając kolorowy tatuaż, w razie poważnej choroby nie będziesz mogła/mógł pójść na rezonans magnetyczny? Metale zawarte w kolorowych barwnikach powodują, że tkanki zostaną poparzone. Lekarz może odmówić wykonania tego najcenniejszego badania. Najważniejsze, żeby w naszym wyborze wyłowić pewne pobudki, które nami rządziły. Czy tatuaż jest oznaką twojej słabej psychiki [podążyłaś/-eś za modą/tłumem – bo inni też mają], czy raczej miałaś/-eś w tym inny cel? Zastanów się również, dlaczego w urzędach, w telewizji w programach informacyjnych, czy np. w różnych formacjach reprezentacyjnych, nie przyjmą nikogo z tatuażem widocznym na ręce, nodze lub twarzy? Dlaczego nie przystoi posiadać widoczny tatuaż dyrektorom korporacji, czy ludziom pełniącym jakieś ważne funkcje?


Czas na drugą kwestię związaną z modą, która coś wyjawia o naszym wnętrzu. W latach 2015-do początków 2018 było widać modę na golenie jednej strony głowy prawie do łysa u… kobiet. Dla mnie nowa fryzura wyglądała co najmniej fatalnie, ale mnóstwo osób powielało ten schemat, ponieważ skądś przyszła moda. Widząc dziewczynę lub kobietę z omawianą „atrakcją”, pomyślałem, że skoro bezwiednie przyjęła to, co aktualnie jest modne i próbuje wszystkiego, co świat podaje, to taka osoba nie jest jeszcze stała w swoich poglądach i być może poszukuje własnej „ja” – własnej osoby. Czy nie lepiej zastanowić się, skąd przyszła nowa moda, czy została skopiowana od jakiegoś aktora, wokalisty, itp. i czy nie będziemy przypadkiem podążać za tłumem, na zasadzie „bo tak robią inni”? Jak widzisz, we wszystkich omówionych przypadkach ujawnia się słabość naszego myślenia i zbyt łatwe, bezmyślne oddawanie się schematom. Stąd zachęcam cię, abyś analizował fakty, zastanawiał się, czy warto iść za tłumem, i czy to jest najlepsza droga… Wyćwiczone myślenie i analiza faktów pozwala ci stawać się coraz silniejszym człowiekiem wewnętrznie.

3. INTERNET I PORTALE SPOŁECZNOŚCIOWE, A POWIELANIE SCHEMATÓW
Największa zmora naszych czasów – portale społecznościowe. Dlaczego zmora? A no dlatego, że większości nauczyły powierzchowności, braku zainteresowania, pogłębiło się zjawisko mechanicznego odpowiadania „nie mam czasu” i… kopiowania czyichś treści. Spłyciła się jakość naszego życia. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że duża większość ludzi używa tego dobrego narzędzia w niewłaściwy sposób, co bardzo dobrze możemy zauważyć. Na temat Facebooka można napisać całą epopeję, ale raczej skupię się na tym, co jest związane bezpośrednio ze słabością naszej psychiki, która nie pozwala na dalszy rozwój. Idea powstania portali społecznościowych była bardzo dobra, ale ludzie za bardzo zagubili się w niej. Na pierwszy rzut oka, najbardziej rażące jest uzależnienie od „społecznościówek” [Facebook, Instagram, Pinterest, itp.]. Najczęściej takie osoby nie tworzą własnych treści, tylko bezwładnie przewijają główną ściankę w przeglądaniu bezkresnych czeluści i otchłani, które nigdy nie mają końca. Codziennie widzą to samo: jakiś śmieszny obrazek, jakiś cytat, czyjeś zdjęcia, mem [komunikat obrazkowy, mający wyśmiać daną sytuację/wydarzenie w żartobliwy sposób], czy krótki filmik. Każdego dnia powielają omawiany schemat. W ten sposób tracimy mnóstwo czasu, bo nie wiadomo, kiedy skończyć przeglądanie, ponieważ ciekawość często wygrywa. Kiedy głębiej zastanowimy się nad bezwładnym przeglądaniem w większości niepotrzebnych postów lub wiadomości, szybko dostrzeżemy, że ciągle brakuje nam czasu. Portale społecznościowe nauczyły nas szybkiego przeglądania informacji, najlepiej w postaci „obrazkowej”, a czytanie trochę dłuższych tekstów już w ogóle odpada... Nie bez powodu spece od Facebooka odkryli, że post musi mieć maksymalnie 140 znaków i firmy chcące coś zareklamować dobrze o tym muszą wiedzieć. Tworzą tak swoje reklamy, żeby chwytliwy obrazek przyciągał wzrok, a sam post miał mało tekstu do przeczytania. Zastanawiałeś się głębiej, po co założyłeś konto na portalu społecznościowym i jak z niego korzystasz?

Zauważyłem, że użytkownicy najczęściej powielają podobne schematy, które tak naprawdę nie prowadzą do rozwoju własnej osobowości, a wręcz przeciwnie – powodują, że stajemy się coraz bardziej powierzchowni… Jak to się dzieje? Przeanalizujmy kilka schematów, które nagminnie są powtarzane na portalach społecznościowych:


POPRAWNOŚĆ POLITYCZNA
Stwierdzam jasno: w polskim Internecie nie da się już pisać prawie na każdy temat! W wirtualnej rzeczywistości musisz znać wszystkie artykuły wszystkich kodeksów prawnych i wiedzieć, co możesz napisać, bo inaczej inni cię wypunktują, jak możesz tak świadomie łamać przepisy. I tak, np. kiedy pokażesz, że chodziłeś gdzieś w nocy w górach, zazwyczaj kilka osób napisze „fajne zdjęcie”, a znajdzie się duża grupa, która od razu wyciągnie cały stos przepisów, mówiących o tym, że nie wolno chodzić w nocy w górach. Inny przykład: pamiętacie grzybobrania z września i października 2019 roku? Ludzie masowo przywozili dziesiątki kilogramów grzybów z lasów w całej Polsce. Panował wielki urodzaj. Wielu ludzi nie mogło oprzeć się pokusie, żeby pierwsze co zrobić, to pochwalić się zbiorami na Facebooku. Prawie pod każdym postem tego typu można było przeczytać szczegółową analizę każdego zdjęcia, bo inni zauważali na nich całą serię przewinień. W komentarzach najczęściej królowały wypowiedzi typu: „zbierania takich małych grzybków powinni zabronić. Za to jest 5000 zł mandatu”, albo „dużo tych malutkich grzybków. Pewnie rozgrzebywałeś ściółkę. Za to jest grzywna!”, czy też „ludzie są pazerni. Wyzbierają wszystko”. Podobnych przykładów można mnożyć setki, ponieważ w Polsce powstała pewna „kultura” wytykania wszystkich błędów, które są niezgodne z prawem. W Internecie trzeba być poprawnym politycznie. Teraz już wiesz, dlaczego nie udzielam się w polskim Internecie, a jedynie przedstawiam poradniki i relacje z moich wypraw? W wirtualnej rzeczywistości łatwo osądzać drugą osobę, gdy nie zna się wszystkich faktów, ani nawet „opluwanej” osoby. Takie niestety są realia! Gdybym udzielał się na różnych grupach, to pisałbym wprost: „chodzę w słowackich Tatrach powyżej 2500 m n.p.m., bo wejście na wszystkie szczyty zostało zablokowane tylko i wyłącznie ze względu na interesy przewodników słowackich. Gór nie można zamykać tylko po to, żeby jedna wąska grupa społeczna mogła na tym zarabiać grube pieniądze”. Trzeba mówić wprost, bo tylko wtedy będziemy silni i postrzegani, jako osoba zdecydowana, o niezachwianych poglądach. Wtedy otoczenie nie będzie na ciebie naciskać, ponieważ będzie wiedziało, że ma do czynienia ze zdecydowanym człowiekiem, który ma swoją drogę i nie musi podążać za tłumem. Pamiętajmy, że poprawność polityczna jest oznaką słabości, bo nigdy nie prowadzi do rozwoju, a jedynie do stania „po środku”, w bezruchu. Dlaczego np. my – Europejczycy – mamy cały szereg zakazów w krajach muzułmańskich i za ich złamanie możemy zostać osądzeni tak samo, jak lokalna ludność, a u nas w Europie pozwala się robić to samo Muzułmanom, co w ich krajach? Dlaczego, jeśli przeprowadza się kontrole, to w sposób określony obszernymi procedurami, żeby nie urazić ich uczuć religijnych? Na nas, jakoś nikt nie patrzy – albo się dostosowujemy do „nich”, albo kara. Teraz widzisz, jak działa poprawność polityczna? Eksperci myślący nad tym zagadnieniem, mówią wprost: Europa jest słaba, bo mamy w niej za dużo poprawności politycznej. A jak ma jej nie być, podczas gdy cały Internet jest nią zalany? W końcu ci sami ludzie tworzą Europę!


Wracając do bardziej przyziemnych spraw, zobacz, jak jeszcze działa poprawność polityczna w Internecie i w świecie realnym. Kiedy w mediach społecznościowych lub w telewizji wypowie się na temat swojego życia osoba otyła, to od razu widzimy masę wypowiedzi w stylu: „ona promuje bycie otyłym!”. Skąd wziął się podobny sposób myślenia? Żyjemy w czasach, gdzie ludzie liczą każdą kalorię, umawiają się na siłownię, fitness, czy aerobik, faceci potrafią być „gorsi” niż kobiety, bo mają co do grama wyliczony ryż, sól, mięso, czy jakieś warzywa. Zdrowy styl życia stał się… chorobą. Ludzie zatracili się i gonią teraz za fizycznością ciała, a nie za głębszymi sprawami. Widząc podobną postawę wśród swoich znajomych, w pracy, czy nawet w społeczeństwie, taki sposób działania zaczyna mieć na nas wpływ. O ile zdrowy styl życia służy każdemu z nas, to nie można popadać w skrajności. Przeanalizujmy ciekawe fakty. Polacy lubują się w zdrowym stylu życia, ale statystyczna długość naszego życia… spada. Aż 44% zgonów w Polsce spowodowane są chorobami układu krwionośnego! Japończycy mają za to najwięcej osób żyjących ponad 100 lat (1 osoba na 1000), a Szwajcarski emeryt jest zazwyczaj zdrowy. W Alpach wystarczy zobaczyć, jak z jednego pociągu składającego się z 8-10 wagonów wychodzą tłumy 60-cio i 70-latków, którzy zaplanowali wędrówki po górach. A w Polsce? Widziałeś emerytów wędrujących po szlakach? Przez 14 lat spotkałem tylko trzy osoby! Nie wpadajmy więc w niezdrowe skrajności! Dzisiaj wszędzie mówi się o liczeniu kalorii, dietach, czy o ekologii w kontekście produkcji żywności. Mając podobne, nazwijmy to „tło historyczne”, łatwo powiedzieć o otyłej osobie, że „promuje niezdrowy styl życia”, lub „promuje otyłość”. Weźmy np. aktorkę Dominikę Gwit, która jest aktywna w mediach społecznościowych i ma dużą nadwagę. Na profilu można zobaczyć posty z jej życia prywatnego, które pokazują, że czuje się szczęśliwa, ponieważ ma kochającego męża, ma rodzinę taką, jaką chciała i ma ciekawą pracę, którą uwielbia. Dlaczego więc mamy osądzać ją poprzez pryzmat nadwagi? Czy „puszysta” osoba nie może być szczęśliwa? Czy trzeba skupiać się na jej wadze? Łatwiej za to nam powiedzieć „mniej jeść, mniej żreć, a więcej się ruszać”. Pod każdym jej zdjęciem można przeczytać mnóstwo negatywnych komentarzy odwołujących się do jej nadwagi. Jeśli nie przepadasz za jakąś osobą to, czy zdrowy rozsądek nie podpowie ci: nie odwiedzaj jej profilu? Ja np. nie lubię pewnych zespołów muzycznych, ponieważ drażni mnie dany typ muzyki. Czuję się zdenerwowany po wysłuchaniu ich utworów. Nie wchodzę więc na strony lub profile omawianych zespołów, żeby pisać, jak ich nienawidzę, jak złą muzykę tworzą, itp. Czemu to ma służyć? Czy w ten sposób nie wyrabiamy w sobie polskiego malkontenctwa, narzekania i pesymistycznego patrzenia na świat? Lepiej skupiać się na czymś dobrym i pozytywnym. Lepiej kogoś szczerze pochwalić za coś dobrego, albo za coś, co się akurat mi podoba. W ten sposób wyrabiamy w sobie pozytywne podejście do świata i do życia. Nie wpadajmy w złe nawyki i schematy, które ludzie masowo powtarzają, bo tak nakazuje poprawność polityczna w Internecie. Pochwalenie osoby z nadwagą może być źle odebrane wśród znajomych, dlatego schematycznie działającym ludziom lepiej jest „opluwać” taką osobę.


A jak działa podobne zachowanie w naszej rzeczywistości? Wystarczy przypatrzeć się młodzieży, która na tym etapie życia jest skupiona na fizyczności ciała. Młodzi ludzie zaczynają się rozglądać za dziewczynami lub chłopakami. Wystarczy przysłuchać się ich rozmowom, by zobaczyć, jak działa poprawność polityczna. Najczęściej wśród nich słyszymy, kto się podoba danej osobie oraz jak oceniają w jakiejś umówionej skali urodę płci przeciwnej. Co zauważamy? W towarzystwie bardzo trudno przyznać się komuś, że jakaś osoba mu się podoba, bo boi się złej oceny „wystawionej” przez swoich rówieśników. Zaniża więc ocenę i podąża za tłumem. W głębi serca myśli zupełnie co innego, ale nie może powiedzieć o tym w grupie. Poprawność polityczna, to bardzo złe zjawisko i powoduje, że stajemy się słabi, działamy pod presją tłumu i nie jesteśmy sobą… Niejako walczymy w ten sposób o akceptację i uznanie w jakiejś grupie.

KOPIOWANIE TREŚCI
Druga zmora portali społecznościowych, to kopiowanie praktycznie wszystkiego, co się da. Wejdź na dziesięć profili twoich znajomych i zobacz, jak wiele z nich jest tylko zbieraniną skopiowanych zdjęć, obrazków, filmików lub linków do czegoś innego. Mało kto tworzy własne treści poza zdjęciami na zasadzie „Tu byłem, tam byłem”. Jakie to ma znaczenie? Ma ogromne! Portale społecznościowe uczą nas mechanicznego kopiowania treści na zasadzie: „bo tak wszyscy robią”. Nie uczymy się tworzyć własnych treści, pisać, analizować, czy też wyciągać wnioski. Z tego względu stopniowo zostaje tłumiona nasza twórczość, która jest przecież kluczem do rozwoju własnej osoby. Kopiowanie treści niewiele przynosi efektów, ponieważ często widzimy ten obraz już któryś raz, odwiedza nas tylko kilka osób, i w ten sposób przyczyniamy się do pobieżnego patrzenia na treści. W realnym życiu oczekujemy wszystkiego „na szybko”, bez zastanowienia się, bo taki sposób „przetwarzania informacji” przenika do naszego życia. Stajemy się zobojętnieni, a nawet znieczuleni na bodźce zewnętrzne, na krzywdę ludzką, na sztukę, na własne poglądy… Jesteśmy zniecierpliwieni, przeglądamy „na szybko obrazki”, czytać nam się już nie chce, jeśli jest coś dłuższego do przeanalizowania. Stajemy się takim powierzchownym „kopiowaczem” cudzych treści. Czy naprawdę potrzebujemy być, jak dziesiątki tysięcy innych osób? Kiedy spojrzymy w słownik slangu młodzieżowego, to zobaczymy takie ciekawe słowo: „normik”. Według definicji jest to osoba, która nie ma zainteresowań, każdy dzień przeżywa podobnie, nie dąży do jakichś marzeń, a życie jest wypełnione pustką. Jeśli weźmiemy pod uwagę dłuższy okres spędzania czasu na portalach społecznościowych w celu bezwładnego przeglądania skopiowanych treści, wprawny obserwator dostrzeże, że powoli stanie się omawianym „normikiem”. Osoba myśląca, mająca zainteresowania i dążąca do czegoś, nie da się w ciągnąć w wir skopiowanych treści, których jest multum. Raczej zacznie tworzyć coś swojego, co inni będą kopiować. Pamiętajmy, że Facebook to bardzo dobre narzędzie, ale trzeba go dobrze używać. Jeśli chcesz dotrzeć do jakiejś grupy ludzi, to masz najlepsze narzędzie ku temu. Pamiętajmy, że kopiowanie, czy przeglądanie skopiowanych treści zabiera ci mnóstwo czasu każdego dnia i nie prowadzi do rozwoju osobistego. Zobaczysz, jak wiele czasu przecieka ci pomiędzy palcami, który mógłbyś wykorzystać na coś bardziej konstruktywnego, twórczego. Nie wprowadzanie żadnych zmian w naszym życiu powoli robi z nas lenia. Nie chce nam się czytać i analizować. Lepiej jest popatrzeć na „obrazek” i szybko przejść do następnego. Wyrabia się w nas pewien nawyk. Przetwarzamy coraz więcej informacji, ale bardziej powierzchownie. Wystarczy nam, że „coś” mignie przed oczami i przechodzimy dalej bez zastanowienia. Stajemy się powierzchowni i niechętni do rozmyślania nad czymś głębszym. W późniejszym czasie ten sam punkt patrzenia płynnie wkrada się do naszego realnego życia. Czy tak jest naprawdę? Naukowcy w USA zbadali, co dzieje się z kopiowanymi treściami na Twitterze. Pod „lupę” wzięli aż 10 mln postów i zobaczyli, że… 5,9 mln z nich w ogóle nie zostało przeczytanych (otwartych)! Mechanizm działał na zasadzie szybkiego spojrzenia, „mignięcia” informacji przed oczami i przejścia do kolejnego stosu innych skopiowanych wiadomości. Analiza pokazuje, że zalew informacjami jest tak duży, że dla ludzi nie jest już ważne, o czym się pisze, ale raczej liczy się sama interakcja, czyli np. wciśnięcie „lubię to”, czy „serduszka”. Kiedy zapoznałem się z przedstawionymi wynikami badań nad Twitterem, nic mnie nie zaskoczyło. Wiedziałem, że tak jest. Jedynie miałem konkretne liczby. Powierzchowność na Facebooku aż razi. Tylko, czy my musimy być częścią tej powierzchowności i tkwić w pustych schematach? Wiecie jaka jest największa ironia losu, która pokazuje, jak większość ludzi żyje bardzo schematycznie i po prostu przyzwyczaiła się do kopiowanych treści? Pamiętacie jeszcze taki serwis społecznościowy o nazwie Google+? Uruchomiony został 28 czerwca 2011 roku, jako alternatywa dla Facebooka, a zamknięty został 2 kwietnia 2019 roku (zarząd firmy Google zauważył, że Facebook, to narzędzie do zarabiania grubych milionów dolarów, więc jego członkowie pomyśleli: dlaczego my nie możemy zarabiać podobnie?). Jeszcze istnieje tylko dla kont firmowych. Jaka była przyczyna zamknięcia tego, prawdopodobnie najlepszego portalu społecznościowego? W 2018 roku ponad 90% użytkowników spędzało mniej niż 5 sekund na Google+. Dlaczego tak się stało? Google+ był przeznaczony dla każdego, podobnie jak Facebook, ale na nowym portalu głównie gromadzili się pasjonaci, czyli osoby, które tworzyły własne treści, a nie udostępniały coś, co ktoś stworzył. Dzięki temu można było pooglądać mnóstwo pięknych zdjęć z opisem, przeczytać mnóstwo pięknych relacji z wyjazdów, poczytać o ciekawostkach historycznych, zajrzeć na dobrze opracowane profile dietetyczne, itp. Po prostu można było znaleźć konkretne informacje, bez wyzwisk, pustych treści, reklam, czy „obrazków”, które mają tylko na chwilę mignąć przed oczami. Skoro więc zlikwidowany już portal upodobali sobie głównie twórcy, to dlaczego aż 90% ludzi przeznaczało na niego mniej niż 5 sekund? Odpowiedź jest prosta. Omawiane 90% ludzi chciało zobaczyć, „z czym się je” Google+, inni poszukiwali alternatywy dla Facebooka, który się przejadał z powodu poprawności politycznej, chamstwa, nadmiaru reklam, ogólnego „śmietnika”, itp., a jeszcze innym nie spodobał się niezbyt czytelny sposób obsługi profilu. Zaczęły powstawać „martwe dusze”, czyli osoby, które są zarejestrowane, ale nie korzystają z usługi. Twórcy dalej robili swoje i czytali artykuły innych. Wśród nich nic się nie zmieniło. Pisali, tworzyli własne artykuły, publikowali zdjęcia i zbierali informacje na temat tego, czym się pasjonowali. Rzecz jasna, bardziej wolałem Google+, ale Facebook nie mógł zostać porzucony na rzecz osób, których będę poszukiwać na przyszłe wyprawy wysokogórskie. Szkoda tylko, że coś konkretnego zostało zamknięte.


CYTATY
Kolejna rzecz, na którą powinieneś być szczególnie uczulony. Tobie wydaje się, że wrzuciłeś na swój profil „fajny” i rzeczowy cytat. Kiedy przeglądniesz dziesiątki profili i przeczytasz czyjeś krótkie myśli, dojdziesz do kilku wniosków. Po pierwsze – nadal widzimy skopiowaną treść, która jest masowo powielana z jednego profilu na drugi. Po drugie – wielu mówi, jak powinno być, ale tak nie ma w swoim życiu i nie wprowadza żadnych zmian nawet, gdy zgadza się z przedstawionymi słowami. Czy „wrzucanie” skopiowanych „obrazków” z cytatami znanych osób spowoduje, że odmienisz siebie lub świat? Z pewnością nie! Jest to czas stracony i znowu powiem: to robią „wszyscy”. Po co więc dążyć do szablonowego życia? Kopiowanie cytatów również ma swoje ukryte zagrożenie. Przedstawiane cytaty mówią, z czym aktualnie zmagasz się w swoim sercu. Nie zamieszczasz ich „bo tak”, tylko przedstawiają treść opisującą twoje aktualne uczucia. Kto trochę pomyśli nad tym zagadnieniem, szybko będzie mógł powiedzieć, kto z kim się rozwiódł, kto jest „wkurzony” na daną instytucję, pracę, swojego partnera, itp. Wyobraź sobie, że podobne słowa mówisz na środku w supermarkecie. Nigdy byś takiego czegoś nie zrobił, bo ludzie uznaliby cię za idiotę, a na dodatek, po co garść przypadkowych i nieznanych ludzi ma wiedzieć o twoich słabostkach? Właśnie to samo robisz w Internecie! Cytaty są stanem twojego serca i mówią, co cię aktualnie boli. Po co ktoś przypadkowy ma wiedzieć, z czym się teraz zmagasz? Nigdy nie wiesz, kto na ciebie trafi, dlatego lepiej trzymać się z dala od publikowania cytatów na swoim profilu. Tracimy niepotrzebnie czas, wyjawiając swoim znajomym i przypadkowym ludziom, co nas aktualnie gryzie. Wchodząc na profil pewnej znajomej, dzięki cytatom dowiedziałem się, że w ciągu pięciu lat rozpoczynała bliższą znajomość z kilkoma facetami. Każda z nich miała szybki początek i równie szybkie zakończenie. Można było nawet wyodrębnić okresy, kiedy wspomniana osoba czuła się radosna, ponieważ poznała nową osobę i kiedy była załamana, bo znajomość się zakończyła. Kiedy popatrzyłem na jej profil, ani razu nie zauważyłem, żeby napisała wprost, co ją boli, a jedynie „czytałem” jej stan serca z cytatów, które pojawiały się bardzo często.


CO PUBLIKUJESZ NA SWOIM PROFILU?
Przeglądając profile swoich znajomych, zauważyłeś, co się na nich znajduje, oprócz poruszonych powyżej skopiowanych treści? Najczęściej zobaczymy tam zdjęcia ich pupili, zdjęcia selfie, informacje z kim jestem szczęśliwy w danym momencie, gdzie wyjeżdża, co robi, zdjęcia z imprez, i tym podobne rzeczy. Czy naprawdę potrzebujemy dzielić się naszą prywatnością z gronem przypadkowych ludzi? Podobne treści „produkuje” większość naszych znajomych, dlatego jeśli i my będziemy ich śladem, to po prostu zaginiemy w gąszczu czegoś, co wręcz zalewa Internet. Najlepiej przyjąć zasadę, żeby Facebook wiedział o nas jak najmniej. Dziennikarz pewnej, lokalnej gazety w Polsce przeprowadzili ciekawy eksperyment. Podszedł do wybranej przez siebie kobiety i powiedział, że się znają. Kobieta zaprzeczała, ale dziennikarz zaczął przywoływać fakty z jej życia prywatnego. Powiedział, kiedy wychodzi z psem, o której godzinie, kiedy można znaleźć ją w parku, gdzie lubi chodzić, gdzie była na imprezie, jak się nazywa jej pies, jakie sobie nowe rzeczy kupiła oraz jakie trudności przeżywa. Kobieta nadal była przekonana, że nie zna tego mężczyzny. Wtedy mężczyzna powiedział o co chodzi. Przedstawił się jako dziennikarz i zapoznał ją z przeprowadzanym eksperymentem. Wyjawił jej, że publikowanie nawet tak, z pozoru, nic nieznaczących treści na Facebooku, może spowodować, że jakiś prześladowca będzie wiedział o niej naprawdę dużo i ma ułatwione zadanie, by ją odnaleźć. A skąd wiedział z czym zmaga się w swojej głowie. Wszystko „wyczytał” z cytatów, które opublikowała na swoim profilu… Kiedy kobieta dowiedziała się, jaki był cel tego spotkania i poznała wyniki przeprowadzonego badania, jeszcze tego samego dnia wcisnęła opcję „usuń konto”. Eksperyment udowodnił, że bezmyślne „wstawianie” z pozoru mało istotnych informacji, może stać się kluczem do twojego życia i dać mnóstwo informacji zainteresowanej osobie.

Inną kwestią są zdjęcia, które publikujemy na portalach społecznościowych. Od dłuższego czasu powstała moda na „selfie”, czyli zdjęcie naszej twarzy na tle jakiegoś miejsca. Selfie, to inaczej forma autoportretu. Tego typu fotografie zalewają wręcz Internet i stały się zmorą czytających. Ile razy można robić sobie zdjęcie i publikować je na swoim profilu? Niektórzy potrafią ciągle. Kiedy przeglądniesz dziesiątki podobnych profili, szybko zauważysz pewną zależność. Najczęściej (nie mylić z „wszyscy”) zdjęcia typu selfie robią nastolatki, które jeszcze nie mają zbyt dużego wpływu na swoje życie, przez co mało przeżywają w tym okresie. Nie mają czym się pochwalić w mediach społecznościowych, więc pozostaje im tylko prezentowanie samych siebie w jak najlepszym świetle. Moje obserwacje potwierdzają również oficjalne badania, których wyniki możemy ściągnąć z Internetu lub przeanalizować w encyklopedii Wikipedia pod hasłem „selfie”. Portale społecznościowe ułatwiają zwracanie uwagi na siebie. Po cichu chcemy się czymś pochwalić, żeby jak najwięcej osób mogło zobaczyć, jak jest nam dobrze, czy po prostu chcemy kogoś zachwycić lub czymś zaimponować. Często taka chęć przeradza się w chorobliwe zbieranie „lajków”, które są ważniejsze niż cała treść. Jest jeszcze inna grupa uwielbiająca zdjęcia „selfie”. Najczęściej są to dorosłe osoby, ale ich życie stało się powtarzalne, ciągle takie same, schematyczne, domatorskie. Nie ma nowych treści, więc nie pozostaje nic innego zrobić, żeby być aktywnym na swoim profilu. Jak szybko wszystko się zmienia, niech świadczy fakt, że tylko za mojego życia zupełnie zmieniło się podejście do autoportretów, dokładnie o 180 stopni. Dokładniej mówiąc – w ciągu zaledwie ośmiu lat. Co mam na myśli? W 2004 roku, kiedy zrobiłeś sobie kilka zdjęć na zasadzie „selfie”, to byłeś narcyzem, lalusiem, zakochanym w samym sobie. Byłeś piętnowany. W 2013 roku słowo selfie stało się na tyle popularne, że trafiło do słowników. To znaczy, że ludzie na masową skalę zaczęli robić sobie autoportrety na tle jakiegoś miejsca i już nikt nie był narcyzem! Chociaż po raz pierwszy słowa selfie użyto 13 września 2002 roku w australijskim forum „ABC Online”, to popularność „selfiaków” można uznać dopiero od roku 2012, ponieważ wtedy, w wielu państwach, słowo „selfie” wygrało ranking na najbardziej popularne słowo. Omawiana moda trwa do dziś. Niektórzy tak bardzo zatracili się w modzie na selfie, że nie potrafią przeżywać swoich wakacji, bo skupiają się głównie na zrobieniu dobrego „selfie” w znanym miejscu. Zdarzają się nawet przypadki, że niektórzy spadają w przepaść, wchodzą pod rozpędzone pojazdy, czy narażają się na inne niebezpieczeństwa. Jak silna jest chęć zrobienia dobrego „selfie”, niech zobrazuje sytuacja, jaką obserwowałem w okolicach platformy widokowej, z której można podziwiać słynną Plażę Wraku na greckiej wyspie Zakyntos. Pewna lokowana blondynka ubrana w zdobioną, białą bluzkę usiadła na skale nad przepaścią. Co chwilę zmieniała pozy. Jej chłopak miał ją fotografować na tle Plaży Wraku. Długo nalegała, na kolejne ujęcia, ponieważ zawsze coś jej nie pasowało. W końcu chłopak zdenerwował się, nie wytrzymał, mówiąc: „zaraz wyj…ię ten telefon! Rzucę go w przepaść”, „koniec! Idziemy!”. Zadaj teraz sobie pytania: czy ta dziewczyna cieszyła się pięknem niezwykłego miejsca? Czy może jej uwaga skupiała się na zrobieniu dobrego selfie, bo będzie mogła pochwalić się na portalu społecznościowym? Jaki jest cel zwiedzania niezwykłych miejsc? A czemu zdjęcia typu selfie na tle ciekawego miejsca mają służyć? Oczywiście pochwaleniu się, że ja tu byłem i jestem szczęśliwy, że mam lepiej niż inni. Selfie to kolejne zjawisko, które sprowadziło część naszego życia do powierzchowności i schematów. Czy naprawdę potrzebujemy podobnych „atrakcji”? Czy nie lepiej skupić się na czymś bardziej wartościowym i twórczym? Nie lepiej podziwiać piękne miejsca i cieszyć się nimi?

   

PETYCJE I ŁAŃCUSZKI
Następna zmora, która zalewa media społecznościowe. Czy ktoś zdrowo myślący, będzie powielać te schematy? Na pewno nie, bo nic z nich nie wynika. Pamiętam, jak ktoś opublikował petycję, żeby ukrócić proceder wycinania i palenia lasów Amazonii. W polskim Internecie ludzie rozpisywali się, klikali „popieram” przy jakimś dokumencie stworzonym wirtualnie i co…? Warto pomyśleć: jaką wartość ma taki „papier”?, kto go opublikował?, do kogo ma trafić? Petycje najczęściej do nikogo nie trafiają, bo gdzie miałyby dotrzeć „z poziomu” Facebooka? Facebook to nie narzędzie służące do zbawienia świata, czy chociaż tylko do jego naprawy. Media społecznościowe raczej gromadzą aktualne nastroje różnych ludzi, informacje na temat ich życia, czy też potok skopiowanych treści. Mówiąc prościej i bardziej obrazowo – powstał ogólny „śmietnik”. Kto poważnie potraktuje facebookowy „dokument”? Chyba nikt… Zanim bezmyślnie klikniesz w kolejną, chwilową „akcję”, zastanów się, czy nie szkoda czasu na puste „zabawy”…? Inna kwestia, to łańcuszki, czyli informacja w stylu: „Jakieś dziecko cierpi na chorobę xxxxx. Proszę o pomoc. Prześlij wiadomość do 10 twoich znajomych”, lub „udostępnij 10 swoim znajomym, to spotka cię szczęście”. Podobnych informacji otrzymujemy całe mnóstwo i gdybyśmy zaczęli rozsyłać według nadesłanej instrukcji, „zapchalibyśmy” się nawzajem wielokrotnie otrzymaną wiadomością. Łańcuszkami nie zbawimy świata, bo gdybyśmy chcieli pomóc wszystkim osobom z ogłoszeń, to byśmy zbankrutowali. Po prostu fizycznie się nie da. Po drugie, ciągłe otrzymywanie próśb o pomoc w końcu cię znuży i sam zaczniesz blokować osoby, które przesyłają łańcuszki. Tu nie chodzi o brak serca, ale o fakt, że najczęściej ludzie nie przeczytają nawet całej informacji, tylko od razu wciskają „prześlij dalej” i… fru! Łańcuszki działają na zasadzie twitterowej interakcji, czyli liczy się samo wykonanie czynności rozsyłania informacji (bo uczyniłem coś dobrego), ale należy zadać sobie pytanie: ile razy tak naprawdę pomogłem osobom z Facebooka? Widziałem profile, gdzie nawet co drugi post jest skopiowaną wiadomością dotyczącą pomagania innym. Skoro kopiujesz podobne wiadomości, to rozumiem, że każdej z przywołanych osób pomogłeś…? Na każdą wpłaciłeś jakąś sumę pieniędzy? Jeśli, więc widzę kilkanaście postów o podobnej treści na tym samym profilu, wniosek dla mnie jest prosty: liczy się interakcja, samo przesłanie wiadomości, a nie wprowadzenie jej w czyn. Chociaż twoim celem nie jest sprawienie, żeby zdobyć rozgłos, bo dobrze czynisz, to podświadomie utrwala nam się obraz osoby, która lubi pomagać. Ale czy tak jest naprawdę? Może lubisz pomagać innym, ale samo skopiowanie czyjejś treści i nie zadziałanie w intencji danej osoby są tylko PUSTYMI słowami. Teraz już widzisz „pusty” mechanizm, który rządzi łańcuszkami? Sprawiają pozorne złudzenie, że komuś pomogłem, że zrobiłem coś dobrego, ale tak naprawdę nic się z tym dalej nie dzieje lub w bardzo znikomej części. Tylko sprawy nagłośnione przez ogólnopolskie media mają dużą szansę przebicia. W maju 2019 roku moja znajoma przesłała mi łańcuszek z informacją, że jakiś chłopiec potrzebuje krwi z grupą RH B-. Jest to najrzadsza odmiana krwi i ja taką właśnie mam. Nie zareagowałem na wiadomość-łańcuszek, dlatego, że podobne posty są przesyłane dalej na powyżej omówionej zasadzie. Jak później okazało się, za dwa dni w Gazecie Pomorskiej opublikowano artykuł o tym łańcuszku. Dowiedziałem się, że krąży on od lat. Zmieniane jest tylko imię i nazwisko, ale autorzy nieustannie wykorzystują jedno zdjęcie i kopiują tekst. Po co więc kopiować martwe informacje, które nic nie wnoszą? Czy nie lepiej pomagać na „swoim podwórku”, w rzeczywistym życiu, tam gdzie znamy ludzi, gdzie mamy możliwość pomocy bez użycia kopiowanych informacji z Internetu, gdzie mam realny wpływ na drugą osobę? Czy nie lepiej chociażby poświęcić swój czas drugiej osobie? Z pewnością więcej zdziałamy niż na Facebooku. Czy nie raz internetowe akcje nie okazywały się kontami dla oszustów, które nie zastanawiające się nad tym osoby, zasilały pieniędzmi? Po co więc inwestować w coś, czego nie jestem pewien, lub nie mam sposobności potwierdzić rzetelności przedstawianych informacji? Pamiętajmy, że nie pomożemy wszystkim, więc lepiej to robić wśród realnych osób, niż działać w wątpliwych akcjach w Internecie.


ZAPALMY ŚWIECZKĘ, PAMIĘTAJMY O PANI X I O PANI Y
Zauważyłeś, że to kolejna zmora mediów społecznościowych? Kiedy przyjrzymy się dwóm najgłośniejszym akcjom tego rodzaju, zobaczymy również pewien powtarzający się schemat. 14 stycznia 2019 roku został zamordowany prezydent Gdańska – Paweł Adamowicz. Na dodatek całe zdarzenie miało miejsce na głównej scenie, gdzie grała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Drugie wydarzenie to piorun, który raził co najmniej 150 osób na kopule szczytowej pod Giewontem. 4 osoby zginęły, a ponad 100 przewieziono do szpitala. Obie wiadomości były bardzo szokujące i bardzo głośne we wszystkich mediach, niezależnie, czy sięgnęliśmy po gazetę, telewizję, Internet lub radio. Nikt nie pominął bardzo głośnych wydarzeń. Pisząc w kwestii mediów społecznościowych, nagle setki, tysiące, dziesiątki tysięcy osób zaczęło publikować post w stylu „zapalmy świeczkę za Pawła Adamowicza”. A ilu z nich wcześniej wiedziało, że prezydent Gdańska nazywa się Paweł Adamowicz? Jeśli zapalam „internetową świeczkę” za zupełnie nieznaną mi osobę, to czy zapalam ją również za inne nieznane osoby, które nie pełniły żadnych funkcji? Nie ma żadnej wątpliwości, że sprawca tego czynu, powinien być jak najszybciej złapany, aresztowany i skazany. Tymczasem, Facebook zalewały kolejne tysiące podobnych lub takich samych postów, gdzie ktoś zrobił odpowiednią grafikę, a tysiące innych osób ją kopiowały na swoich profilach. Po jednym dniu, drugie tyle zaczęło pisać, że już „rzyga” tym tematem. Jak myślisz, czy Facebook lub inne tego typu media, są właściwym miejscem, żeby pisać o osobistych rzeczach, uczuciach? Myślę, że nie. Przeżywanie tragedii na Facebooku jest takie trochę… niedojrzałe, schematyczne, trąci owczym pędem „bo tak inni robią”… Każda tragedia staje się szybko sprawą, która przesyca media społecznościowe i po prostu mamy dość. Musimy pamiętać, że Facebook, Instagram, czy inne media nie mają wiedzieć nic o twoich uczuciach. Tym, że zapalisz „internetową świeczkę” nie wskrzesisz nikogo, nie sprawisz, że więcej o nim będzie pamiętać, ani że będzie inaczej. Takie posty, chociaż zostały wyprodukowane w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, to również szybko znikały, w gąszczu innych treści, które pojawiały się w kolejnych dniach. Pod jedną z podobnych wiadomości mogliśmy przeczytać: „jedni potrzebują przeżywać tą śmierć w odosobnieniu lub w ciszy, a drudzy na Facebooku. Mam już dość tego tematu”. Oczywiście niecenzuralnych słów również nie brakowało w przytoczonej wypowiedzi... Rzeczywiście tak jest. Dla mnie przeżywanie czegokolwiek na Facebooku jest niedojrzałym zachowaniem, ponieważ każdy portal społecznościowy stanowi zbieraninę „byle czego” – od niewielu wartościowych informacji, przez stosy skopiowanych, obrazkowych treści, po zwykłe „pomyje”. Dlatego nie chcę, żeby moje uczucia „leżały” wymieszane w tym samym „śmietniku”. O prywatność trzeba dbać w dzisiejszym świecie. W Polsce już tak mamy, że znane miejsca zalewane są nieokiełznanymi tłumami, a Internet – jeśli coś się stanie – jest zalewany niepoliczalną ilością postów o tej samej (często skopiowanej) treści, co nie przyczynia się do upamiętniania jakiegoś wydarzenia, ale raczej do obrzydzenia danym tematem. Czy nie lepiej głębiej się zastanowić i nie powielać niepotrzebnego schematu?


A jak było w przypadku słynnej burzy z 22 sierpnia 2019 na Giewoncie? Ponownie widzieliśmy zalew polskiego Internetu postami o wielkiej tragedii i upamiętnianiu, zapalaniu świeczek, itp. Trzeba przyznać, że tragedia stała się wielka, ale właśnie… czy to była tragedia? Kiedy przyjrzymy się faktom z bliska (wywiady z przewodnikami, czy osobami, które schodziły z góry) dowiadujemy się w jasny sposób, że setki ludzi szło na Giewont „na zaliczenie” bez zważania na zagrożenie. Skoro przewodnicy mówili, że trzeba uciekać, ponieważ nadchodzi burza, a matki z dzieckiem jeszcze odpyskiwały przewodnikom, to gdzie mówić o tragedii? Jeśli jedna z matek próbowała ośmieszyć przewodnika, mówiąc do 4-letniego syna: „To co, idziemy do góry? Burza przejdzie bokiem, nie?”, to nie możemy mówić o żadnej tragedii, ale o niedającej się powstrzymać głupocie polskiego turysty i jego zatwardziałości. Niestety w Polsce w górach jest cała masa przypadkowych ludzi, którzy nie mają nawet podstawowej wiedzy o górach, idą „bo wszyscy idą”, bo Giewont jest modny i koniecznie trzeba zobaczyć krzyż, skoro tyle kilometrów przyjechali… Niestety Facebook patrzy przez pryzmat tragedii, a powinniśmy patrzeć przez pryzmat głupoty, którą tamtejsi ludzie się wykazali, bo jeśli widzieli, że niebo ciemnieje i zbierają się chmury, to jasne jest, że na pewno będzie burza – nawet, jeśli nie przeczytali ostrzeżeń. I na nic się zdaje tłumaczenie, że nie opublikowano ostrzeżeń. Nie oczekujmy, że ktoś za nas będzie myśleć! Góry to piękna pasja, ale trzeba wiedzieć niezbędne minimum o zasadach bezpieczeństwa i wiedzieć gdzie idziemy, jak długa jest trasa, gdzie mogę zejść, itp. W górach nie ma miejsca na przypadek. Na nic się zdają internetowe „świeczki” i kopiowanie grafiki z czarną wstążką. Skoro na górze dostali ostrzeżenia, wyszydzali przewodników, a mimo wszystko szli do góry na pewne spotkanie z burzą, to czyja jest wina? W pewnym sensie ci przypadkowi ludzie (bo tylko tak mogę o nich powiedzieć) musieli zapłacić za swoją głupotę i jawne lekceważenie natury i ludzi, którzy znają się na górach. Inni turyści, których długimi godzinami zwożono helikopterem do szpitala (ponad 100 osób!), również widzieli, że pogoda się psuje. Ciemnych chmur nie da się pomylić z niczym innym! Nie powstały przecież w ciągu ostatnich 30 sekund ani nawet jednej minuty. Chmury burzowe rozbudowują się minimum przez kilkanaście minut. Siła i „magia” zaliczenia Giewontu oraz zobaczenia krzyża była jednak silniejsza od zdrowego rozsądku… Dzikie tłumy, które szturmują Giewont, często myślą w kategorii „zdobywania” szczytu „na zaliczenie”, a nie z głębszych powodów. Ten przykład pokazuje, że warto włączyć myślenie i analizę twardych, choć może niewygodnych faktów. Lekcja z głośnej, tatrzańskiej tragedii na własne życzenie jest taka: to MY mamy myśleć za siebie, a nie oczekiwać, że ktoś będzie myśleć za nas! W ten właśnie sposób próbowano „zwalić” winę na prognozy pogody, które nie mówiły nic o burzach. Jakoś numeryczne prognozy pogody ICM informowały o dużych burzach w Zakopanem i to każdego dnia, zarówno przed, jak i po omawianym wydarzeniu. Nie dajmy się więc facebookowym postom w intencji kogoś/czegoś, ale pomyślmy, przeanalizujmy na chłodno twarde fakty i wyciągajmy z nich odpowiednie wnioski, żebyśmy nie musieli popełniać tych samych błędów. Tym bardziej nie powielajmy jednakowych, i tak już dziesiątki tysięcy razy skopiowanych treści w mediach społecznościowych. Nie sprawimy, że kogoś uratujemy, bo jest za późno, nie przyczynimy się do niczego dobrego, a jedynie spowodujemy jeszcze większe obrzydzenie tematem.


KANAŁY YOUTUBE
Dożyliśmy takich czasów, że każdy może nagrać film „byle czym” i opublikować go w Internecie. Dzisiaj w najbardziej znanym portalu z filmikami można znaleźć tak zwanych „youtuberów”, czyli osoby, które regularnie publikują swoje treści w postaci video. Aktualnie panuje wielka moda na życie „eko”, zdrowy styl życia, aktywność fizyczną, diety, wegetarianizm, itp. Wymieniać można całe mnóstwo. Problem w tym, że filmowanie stało się zbyt łatwo dostępne dla każdego i wielu chce doradzać oraz mówić, jak inni mają żyć. Internet został dosłownie zalany amatorskimi poradnikami, przez co, aż trudno wybrać odpowiednią treść dla nas. Dobrze, że mamy ogromny wybór. Problem zaczyna się, gdy nieznana publicznie osoba, prowadzi własny kanał ze swojego domu i zaczyna opowiadać o niepotwierdzonych rzeczach. Dzisiaj naprawdę trudno odróżnić co jest prawdą, a co nie. Naprawdę trzeba bardzo mocno się nagłówkować, żeby stwierdzić, czy dany kanał jest prawdomówny i rzetelny.

Przykładem niepewnego profilu, i to na dodatek bardzo znanej osoby, jest kanał Jerzego Zięby, który doradza nam w kwestiach leczenia praktycznie większości chorób, łącznie z nowotworami. Na kanale wytykane są błędy lekarzy, omawiane są metody zielarskie i nieinwazyjne, które mają nam pomóc. Pan Jerzy Zięba nie ma w ogóle wykształcenia medycznego, a grzmi na lekarzy w całym kraju. Na dodatek prowadzi firmę ze swoimi medykamentami i zarabia na tym grube miliony złotych. Czy ten kanał przedstawia praktyczne i prawdziwe treści? W wielu przypadkach można od razu odrzucić błędne rozumowanie. Omawianego „lekarza”, w świecie nauki, nazywa się wprost: propagator pseudonauki. W kwestii ziół nie da się jednoznacznie stwierdzić, gdzie leży prawda, ponieważ jednej osobie dane „ziółka” mogą pomóc, a innej już nie. Większość przedstawianych materiałów nie jest zgodna ze stanem aktualnej wiedzy medycznej. Sposób prezentowania treści brzmi bardzo wiarygodnie i najczęściej są tam omawiane choroby lub stany, których nie można zwalczyć w jeden dzień – raczej leczenie trwa długimi miesiącami, czy latami. Z tego względu trudno określić, gdzie jest granica pomiędzy prawdą, a naciągniętymi informacjami. Można zadawać sobie pytania pomocnicze, w stylu: kto publikuje komentarze do tych filmów?, czy sam próbowałem czegoś, o czym ten pan mówi?, skoro jego metody mają być skuteczne przeciwko nowotworom, to dlaczego wciąż tyle ludzi choruje na raka?, dlaczego jego witamina C kosztuje 140zł, a w aptece kupimy ją za kilka złotych? Trzeba przyznać, że z wieloma rzeczami, które są omawiane na jego kanale trudno się nie zgodzić, ponieważ często lekarze działają schematycznie i ze swojej „znieczulicy” popełniają rażące błędy – w szczególności w kwestiach depresji oraz chorób psychicznych, gdzie najłatwiej naszprycować daną osobę „prochami” i będzie „po sprawie”. Z tego względu nie możemy zawierzyć naszej zdolności rozumowania kanałom na Youtubie i pozwolić, żeby myślały one za nas. Starajmy się jednak jak najlepiej powiązywać przedstawiane rzeczy z ogólnie dostępną wiedzą na dany temat. Zastanawiaj się: czy nie ma jakichś nieścisłości?, „rozjazdów”? i czy rzeczywiście widać efekty na większą skalę, o których jest mowa? Podobnych przykładów można wymieniać mnóstwo, bo cóż można powiedzieć np. o kanałach poświęconych wydarzeniom z 11 września 2001 (WTC)? Ile z przedstawianych rzeczy jest prawdą, a ile naciągniętych do tego stopnia, żeby przedstawić włąsną wersję wydarzeń? Filmy, spostrzeżenia, a w szczególności rzeczowe porównania, są tak szczegółowo przedstawione, że aż trudno rozpoznać, gdzie kończy się prawda, a zaczyna naciąganie prawdy… Stąd czasem warto zrezygnować z niektórych kanałów, ponieważ naprawdę nie da się wyznaczyć, gdzie została przekroczona bardzo cienka granica. W podobnych przypadkach najlepiej analizować fakty na bieżąco, kiedy wszystko dzieje się na żywo, bo z każdym dniem dane wydarzenie może zostać stopniowo zmieniane na korzyść danej grupy interesów, lub po prostu w celu ukrycia niewygodnej prawdy. W dzisiejszym Internecie trzeba naprawdę wykazać się bardzo dobrą zdolnością analizy przedstawianych informacji, dlatego, jeśli dotychczas myślałeś schematycznie i powielałeś wiele życiowych schematów, jest duża szansa, że uwierzysz w coś, co zostało bardzo dobrze przygotowane, ale niekoniecznie musi być prawdą.


INSTAGRAM
Jedna z moich „ulubionych” perełek Internetu. Osoby, które znienawidziły Facebooka z powodu nadmiaru reklam, czy też, z ich punktu widzenia – „śmieciowych” informacji, a nie mogące się rozstać z mediami społecznościowymi, najczęściej wybierają Instagrama, ponieważ, jak twierdzą, nie ma uciążliwych reklam, nie ma „chamstwa” i… nie trzeba dużo czytać, albo nawet w ogóle nie trzeba czytać! Niestety media społecznościowe wyrobiły w nas złe nawyki i przyzwyczajenia pokazujące, jakie jest dzisiaj ogólne podejście do tematu robienia czegoś więcej niż mechaniczne kopiowanie cudzych treści, lub też bezwładne patrzenie na kolejne, przewijane „obrazki”. Kiedy spojrzymy na instagramowe profile, szybko znajdziemy wspólny mianownik. Aż trudno go nie wychwycić. Na Instagramie najlepiej jest pokazywać swoje wyidealizowane życie (koniecznie tylko te najpiękniejsze chwile). Może to być wyjazd na Malediwy, spędzanie wolnego czasu w atrakcyjnych miejscach, czy też pokazywanie za pomocą zdjęć, że twoje życie to pasmo niekończących się sukcesów. Głównym tematem Instagramerów są podróże, gdzie lansują się w markowych ubraniach znanych firm, na tle rajskich widoków, których inni mogą tylko pozazdrościć. Musisz też pisać o zdrowym stylu życia, jak kochasz zwierzęta i jak angażujesz się w wolontariat. Jeśli masz dobrej jakości i dobre pod względem technicznym zdjęcia, lansujące twoje wyjątkowe podróże oraz przedstawiające twoje idealne życie, to taki profil na pewno się sprzeda. Jeśli widzisz, że podobne profile zalewają Instagrama, warto zastanowić się, czy chcemy oglądać coś, co w rzeczywistości nie istnieje (idealne życie) i tracić na to czas? Instagram lansuje pewnego rodzaju modę, która pozwala być wpływowym w danej grupie społecznej (w odniesieniu do mediów społecznościowych dzisiaj używa się słowa „influencer”, co oznacza wpływowa osoba). Czy naprawdę potrzebujemy pustych treści? Kto wie, czy sami nie damy się wkręcić w udawanie idealnego życia. Portale społecznościowe uzależniają i trudno zauważyć, kiedy nadszedł właśnie ten moment. Zdecydowanie lepiej przeznaczyć swój czas na coś realnego, coś, co popchnie twoje życie do przodu. Zdrowy rozsądek powinien podpowiedzieć ci, żebyś nie żył czyimś życiem, ale miał wpływ na swoje, żebyś wykształcił własny, indywidualny sposób rozumowania, oparty na twardych faktach. Obserwowanie cudzego życia na Instagramie nie odmieni twojego życia, ale raczej stracisz tylko cenny czas…


4. WPŁYW MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH, INTERNETU I MEDIÓW NA NASZE ŻYCIE ORAZ PRZYJMOWANIE PEWNYCH SCHEMATÓW Z OTOCZENIA
NIESŁUCHANIE TEGO, CO SIĘ MÓWI
Jaki jest efekt długoletniego korzystania z portali społecznościowych w opisany powyżej sposób? Nasze życie staje się powierzchowne, nie potrafimy się skupić nad czymś większym, głębszym, przetwarzamy mnóstwo informacji, ale bardzo pobieżnie, na zasadzie „migawek”. Nie tylko. Szybko można zauważyć, że nasza zdolność do wysłuchiwania innych również zostaje przytępiona. Dziennikarz lokalnej telewizji na Śląsku wpadł na ciekawy pomysł. Jako, że w 2019 roku na czasie stały się tematy związane ze środowiskami LGBT (Lesbijki, Geje, Biseksualni, Transwestyci), dziennikarz pytał przypadkowych przechodniów na ulicy: „czy jesteś za małżeństwami heteroseksualnymi?”. Dziennikarz nie bez powodu wpadł na taki pomysł, bo wiedział, jak dzisiejszy świat wpływa na nas i spłyca naszą zdolność rozumowania. Na 50 zapytanych ludzi, usłyszał aż 48 odpowiedzi o podobnym tonie: „nie popieram takich zachowań - to nie jest normalne. Nie popieram dewiacji” lub „nie popieram takich zachowań, ale jak robią to w ukryciu, to niech sobie robią. Każdy ma prawo do swoich poglądów, byle nie wychodzili na ulice”. 96% zapytanych osób odpowiedziało błędnie, bez zastanowienia, mając w umyśle aktualne wydarzenia, które media telewizyjne i internetowe „wałkowały” już od wielu miesięcy. Dostrzegasz, jak media potrafią stopniowo zniekształcić nasz sposób rozumowania? Oczywiście małżeństwa heteroseksualne to te prawidłowe (taka osoba czuje pociąg seksualny do osoby o płci przeciwnej), a małżeństwa homoseksualne, to te, w których osoba czuje pociąg seksualny do osoby tej samej płci. W wypowiedziach pytanych osób uwidocznił się wpływ mediów różnego typu na ich życie. Zatrważająca jednak jest skala omawianego zjawiska (96%)! W każdym razie, długoletnie korzystanie z serwisów społecznościowych na zasadach opisanych powyżej i słuchanie mediów, które „wałkują” miesiącami wybrany temat, z pewnością wywiera wpływ na nasze życie. Działamy powierzchownie, bez zastanowienia, „na szybko” i wraz z upływem kolejnych lat, coraz bardziej nie chce nam się myśleć. Teraz już wiesz, dlaczego tyle miejsca poświęciłem sposobom, w jaki korzystamy z Internetu? Ponieważ mają one ogromny wpływ na nasze życie. Sprawdzaj, czy twoje myślenie nie zostało przytępione, wyciągaj odpowiednie wnioski i zacznij żyć własnym życiem, a nie innych.


ZYCIE JAKO PLAN ZAJĘĆ
Najczęstszym błędem, który powielamy, jest dokładanie sobie zajęć do naszego harmonogramu dnia. Znam nawet takie osoby, których życie przypomina plan rozpisany na wiele dni do przodu i przypomina trochę ten z filmu „Mały Książe”, gdzie wolna godzina jest dostępna dopiero za dwa lata, trzy miesiące i pięć dni, o godzinie 16.00. To oczywiście wyolbrzymienie, mające na celu pokazanie w czym rzecz. Kiedy posłuchasz ludzi w swoim otoczeniu, oni nigdy nie mają czasu. Zwrot „nie mam czasu” pada często mechanicznie, bez żadnego zastanowienia. Wpadł nam w nawyk i stosujemy go automatycznie. Dlaczego tak się dzieje? Każdy z nas pracuje, ma jakieś domowe obowiązki, ale czy na pewno jest tak źle, że zawsze nie mamy czasu? Co innego, jeśli pracujesz na dwa etaty, lub gdy jesteś matką z małymi dziećmi, gdzie zawsze musisz poświęcać im uwagę i „robić” przy nich. Wówczas pierwsze kilka lat będzie bardzo intensywne pod względem fizycznym i psychicznym. Wiele przypadków jednak tak nie wygląda. Mechanicznie wypowiadany zwrot „nie mam czasu” jest pewną automatyczną obroną przed zmianą „planu” twojego dnia, który wygląda bardzo podobnie, jak poprzednie. Mówiąc prościej: przyzwyczailiśmy, że po pracy będziemy robić coś, co zawsze robimy i wpada nam to w nawyk (nie ważne, czy będziemy bezwładnie oglądać telewizję, bo taki mamy nawyk, czy będziemy wypełniać obowiązki domowe). Wpadając w sidła swoich nawyków, czujemy się komfortowo i bezpiecznie. Nie chcemy przerywać własnej wygody. Niestety, poprzez podobne patrzenie, prawie każdy dzień wygląda tak samo. Czujemy się spokojni, ponieważ wiemy, co będzie dalej. Trudniej jest nam zmieniać przyzwyczajenia i zrobić coś, czego nie jesteśmy pewni – ile czasu zajmie, czy wszystko jest wiadome, czy raczej mogą wydarzyć się nieprzewidziane rzeczy. Nasze poczucie komfortu i bezpieczeństwa zostaje zaburzone, bo musimy wyrwać się z pewnego schematu nawyków wypracowanych przez lata. Zwrot „nie mam czasu” w wielu przypadkach jest taką formą pozostania przy swoim schemacie życiowym, „bo tak mi jest dobrze”. Może i jest wygodnie, ponieważ wiesz, jak będzie wyglądać prawie każdy twój następny dzień, przez co czujesz się spokojny, ale czy takie życie nie jest nudne, powtarzalne, schematyczne i nie prowadzące do jakiegokolwiek rozwoju i samorealizacji? Czy nasze życie nie sprowadza się wówczas do „zwykłej” egzystencji?


Inna kwestia, to narzucanie planu zajęć innym. Najczęściej rodzice planują dzieciom kilka zajęć w tygodniu i już od najmłodszych lat uczy się ono „nie posiadania czasu”. Wpędzamy je w „wyścig szczurów”, w gonitwę, w wieczne zajęcie czymś, ale nie uczymy ich z właściwego korzystania z czasu wolnego. Zapisując je np. do klubu sportowego wiemy, że zdecydowana większość dzieci w nim grających, nigdy nie będzie zawodowymi piłkarzami. Płacimy za pewną „usługę”, żeby ktoś zorganizował im czas, żeby nauczył ich dyscypliny, porządku lub wytrwałości. Czy nie lepiej, jako rodzic, poświęcić czas naszemu dziecku i uczyć go samemu dyscypliny? Jeśli sami „siedzimy” godzinami na Facebooku w telefonie, to nie damy jemu dobrego przykładu do naśladowania i w końcu sam zacznie powielać schemat. Pamiętajmy – przykład idzie z góry! Czy nie lepiej wykorzystać czas dla dziecka, niż oczekiwać, że ktoś za nas będzie go uczyć dobrego zachowania, wytrwałości i dyscypliny? Niektóre zajęcia są bardzo potrzebne, jak np. j. angielski, ponieważ później zdecydowanie ułatwia życie. Warto analizować fakty, obserwować otoczenie i nauczyć się wybierać, co jest ważne. Nie idźmy na siłownię tylko dlatego, że „wszyscy” teraz ćwiczą, rozmawiają o dietach, odchudzaniu, lub „bo taka aktualnie panuje moda”. Gonitwa za wszystkim i ciągłe „nie mam czasu” może spowodować, że nasza pociecha lub my, po prostu się wypalimy. Pewien pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej zapytał mnie nie o pracę, ale o to, jak spędzam czas wolny, ponieważ wiedział, że dzięki temu można rozpoznać człowieka, który jest kreatywny lub schematyczny. Jak, już wcześniej wspomniałem, Europa jest dzisiaj słaba ze względu na poprawność polityczną, przez co dzisiaj nikt nie odważy się zadać podobnego pytania, ponieważ zaraz zostanie oskarżony o naruszenie prywatności, bo RODO, itp. Każdy widzi, że świat przyspiesza i tempo życia stało się inne. Wszystko trzeba mieć na już, ciągle podnosić kwalifikacje, posiadać coraz wyższe wykształcenie lub mieć większe doświadczenie. Nieustanna pogoń za światem przyczynia się do ciągłego stresu, sfrustrowania, zmęczenia, niewyspania i nieustającej gonitwy za wieloma rzeczami.

Czy w omawianym „wyścigu szczurów” potrafimy znaleźć czas dla siebie, na samorealizację lub na pomoc innym? Jeśli nie potrafisz wypoczywać i wykorzystywać swojego czasu wolnego, to nie możesz być dobrym pracownikiem! Rekrutujący osoby na wyższe stanowiska dobrze o tym wiedzą i nie bez powodu może pojawić się pytanie o twoje pasje. Niekorzystną stroną ciągłej gonitwy za światem jest szybkie wypalenie, przez co nie chce nam się robić więcej niż potrzeba. Stajemy się minimalistami. W Katalonii rodzice posyłają swoje dzieci do szkoły już od 3 roku życia i „pompują” w ich życie maksymalną ilość zajęć. Wiedzą, że ich pociechy szybko wypalają się i od 18-stego roku życia mogą decydować za siebie. Dorosła pod względem prawnym młodzież chętnie korzysta ze swojego prawa i najczęściej przerywa wyścig szczurów, ponieważ najzwyczajniej ma już dość. Świadomi rodzice chcą więc, by ich dzieci zdobyły jak najwięcej umiejętności, chociażby teoretycznych (bo jakie inne umiejętności możemy mieć po szkołach?), żeby było im łatwiej w życiu. W całym wyścigu warto zastanowić się, czy warto gonić tyle lat za wszystkimi zajęciami tylko po to, żeby trafić do korporacji i być może wspiąć się na jakieś wyższe stanowisko? Może kierownicze stanowisko będzie dobrze opłacane, ale przez całe życie będziesz obciążony psychicznie proporcjonalnie do pełnionej funkcji. Nie ma nic za darmo. Czy warto iść w omawianym kierunku? Jeśli odpowiada Ci takie życie, gdzie praca będzie twoim „sensem życia”, to OK, ale jeśli masz wiele celów lub marzeń do spełnienia, a wieczny „brak czasu” staje ci na drodze, to znak, że trzeba coś zmienić!


POTRZEBY I ICH HIERARCHIA
Jak najczęściej wygląda model życia u nas – w Polsce? Dość często dzieci są „wypychane” na studia przez rodziców, ponieważ im samym nie udało się z różnych przyczyn. Ciągłe gonienie dziecka do nauki w wielu przypadkach jest ich niespełnioną ambicją, którą próbują na nie przerzucić. Niektórzy, dzięki temu, będą mogli poczuć się lepiej. Inny model, który jest powtarzany w „kółko” przez kilka pokoleń, to wmawianie sobie „pracuję nadgodziny i zajeżdżam się całe życie, żeby moje dzieci miały choć trochę lepiej”. Dziecko zazwyczaj utrzymuje ten sam poziom i podejście do życia, przez co schemat się powiela. Nie widać, szczęśliwego zakończenia wspomnianego „koła”, ponieważ dziecko rodziców również ciągle „goni”, żeby jego dzieci miały trochę lepiej… Czy nie lepiej już na początku, na etapie twojej osoby, pomyśleć, jak przerwać błędny cykl? A jeśli nie masz jeszcze dzieci, czy nie lepiej zastanowić się nad swoim życiem i „nie pchać” się w ogólnie przyjęte schematy, z których w późniejszym czasie będzie trudno wyjść? Może np. pojawić się myślenie: „jestem dorosły, to czas założyć rodzinę”. Mając pracę za najniższą krajową, gdzie spłacamy duży kredyt i mamy na utrzymaniu rodzinę, z pewnością nie będzie nam łatwo, ponieważ w ten sposób „wpakowaliśmy się” w schemat ciągłej gonitwy za normalnym życiem na poziomie egzystencji [zamartwianie się, czy wystarczy nam od pierwszego do pierwszego]. Szansy na rozwój lub samorealizację po prostu nie ma. Czekają cię długie lata schematycznego, powtarzalnego życia. Nieustannie będziemy przeżywać takie same dni, przy ciągłym zmęczeniu. Pamiętajmy, ze w życiu nie chodzi o to, by pracować do upadłego lub gromadzić nowsze rzeczy, ale żeby mieć czas dla dzieci, siebie, dla innych, oraz żyć tym, co naprawdę sprawia nam radość. Niejaki Abraham Maslow bardzo dobitnie opisał kwestie potrzeb w swojej teorii o psychologii rozwoju człowieka. Obserwując zdrowych ludzi i znanych „możnych” tego świata, stwierdził, że dopiero zaspokajając potrzeby niższego rzędu, będzie można przejść do potrzeb wyższego rzędu. Skategoryzował je w pięciu punktach:
1.       Potrzeby związane z funkcjonowaniem naszego organizmu – jedzenie, woda, sen, potrzeby fizjologiczne
2.       Poczucie bezpieczeństwa – spokój, wygoda, opieka, wolność od strachu
3.       Potrzeby miłości i przynależności – bycie kochanym, miłość, więzi, przyjaciele
4.       Potrzeba szacunku i uznania – poczucie własnej wartości, poważanie, zdobywanie kompetencji, zaufanie do siebie
5.       Samorealizacja – pasje, dążenie do wyznaczonych celów, wykorzystywanie swojego potencjału
Czy taka klasyfikacja jest dobra? Zdecydowanie tak! Zastanówmy się nad głodującymi rodzinami np. w Ugandzie. Jeśli nie mają pożywienia na cały dzień, to nie będą czuć się bezpiecznie, zabiegać o przyjaźnie, rozwijać się intelektualnie, a tym bardziej realizować swoich pasji. Będą tkwić w punkcie pierwszym. Nie mogą zatem czuć się bezpiecznie, ponieważ nie mają wygód, nie posiadają podstawowych rzeczy. Żeby zabiegać o bezpieczeństwo, najpierw muszą być spełnione potrzeby najniższego rzędu. Jeśli, więc decydujesz się w bardzo młodym wieku na założenie rodziny, rozpoczynając dopiero pracę, zastanów się, czy nie utkwisz na punkcie drugim… Najprawdopodobniej, będziesz musiał ciągle gonić za pracą, żeby wystarczyło ci na podstawowe potrzeby. Bardzo trudno wyrwać się z takiego schematu, więc lepiej wcześniej przemyśleć swoje decyzje… Rodzina to wielkie dobro, ale musi mieć solidne fundamenty, musisz być na nią przygotowany.


Kiedy przyjrzysz się zależności, jaka występuje pomiędzy danymi rodzajami potrzeb, wyciągniesz jeszcze bardziej istotny wniosek. Zastanów się, dlaczego w wielu domach kobiety tak często mówią źle o facetach, że trzeba „przy nich robić”? Większości kobiet wystarcza spełnienie potrzeb drugiego i trzeciego rzędu. Jeśli czują się bezpiecznie i komfortowo, to zazwyczaj nie sięgają po więcej. Z tego powodu częściej kobiety są domatorkami. Mężczyznom zazwyczaj nie wystarcza spełnianie potrzeb z punktu drugiego/trzeciego i raczej dążą do tych z punktu piątego. Dość wielka różnica widoczna w zaspokajaniu własnych potrzeb, jest właśnie przyczyną zupełnie innego podejścia do życia u mężczyzn i u kobiet. U kobiety trudno wyróżnić priorytety – dla niej wszystko jest ważne: od sprzątania, czy „zwykłej” przyprawy w zupie, aż po jej marzenia, bo zawsze chce jak najlepiej. To bardzo dobra cecha, ponieważ normalna osoba będzie doceniać taką osobę. Ile razy słychać w domach, jak np. kobieta zamartwia się, że jakieś naczynie stoi nie tam, gdzie by chciała, że pomidory były za drogie, że jakiejś przyprawy brakuje w zupie, czy np. nie ma co na siebie założyć? Albo ile razy widziałeś błysk w oku kobiety na dźwięk „magicznego” słowa BUTY, albo nowy PŁASZCZ? Dla faceta zazwyczaj omawiane rzeczy są codziennością, czymś co dziś jest, a jutro się o tym nie pamięta. Mężczyzna nie stawia wszystkiego na równi i nie przywiązuje zbytniej uwagi do potrzeb „niższego rzędu”. W pracy faceci nie rozmawiają o nowych butach, promocjach w sklepie, czy o porządku w domu. Mężczyzna nie zastanawia się nad cienką warstwą kurzu na meblach, która jest dla niego niewidoczna, czy jest umyta podłoga, czy np. nie rozgląda się za smugami na oknach. Takie rzeczy nie zaprzątają mu głowy. Dla kobiety to są bardzo ważne rzeczy, jak każde inne, stąd najczęściej powstają kłótnie z powodu domowych obowiązków. Wszystko więc zależy, od tego, czy dwie żyjące ze sobą osoby uświadomią się nawzajem o stopniu ważności wypunktowanych potrzeb. W żadnym jednak wypadku, nic nie usprawiedliwia faceta, żeby nie wykonywać potrzeb z punktu pierwszego, drugiego i trzeciego! Raczej chodzi o to, że kobieta wiedząc o takim „podejściu” faceta do życia, mogła poprosić o pomoc w domowych obowiązkach, powiedzieć mu co o tym myśli, a wtedy w mężczyźnie powinny wyrobić się dobre nawyki. Różnice wynikają z naszej natury i trzeba o nich mówić wprost!


Teraz widzisz, dlaczego facetom łatwiej jest spełniać marzenia? Wielu z nich nie wystarcza poczucie komfortu, bezpieczeństwa i spokojnego domu. Zależność między mężczyznami, a kobietami w kwestii spełniania potrzeb, bardzo dobrze widać na przykładzie wchodzenia na ośmiotysięczne szczyty. Ile facetów próbuje wejść na np. Mt. Everest, a ile kobiet? Kobiety są tam zawsze zdecydowaną mniejszością. Mało, która chce wykraczać poza swój komfort, wygody, bezpieczeństwo i pokonywać własne granice, których być może nawet nie zna. Raczej wolą spojrzeć na sprawę z punktu swoich obaw, niewygód, niebezpieczeństw i dyskomfortu, niż widzieć siebie po dotarciu do celu, osiągnięciu marzenia. Wielkie marzenia potrafią dać mężczyźnie bardzo pozytywne podejście do życia, chęć do działania, a kobieta zazwyczaj nadaje równy priorytet swoim marzeniom i obowiązkom domowym. Dla niej wszystko jest ważne. Nie bez powodu kobiety mają zawsze „coś do zrobienia” i znacznie częściej się zamartwiają. Spełnione marzenie najczęściej szybko „zaciera się” z codziennością.

Najgorsze, co może się przytrafić, to facet, który jest domatorem, a nie pomaga w domu. Znaczy to tylko tyle, że – nazwijmy rzecz po imieniu – jest leniem i przez lata wrosły w niego pewne nawyki i przyzwyczajenia wyniesione z domu. Takiego typu zachowania na dużą skalę możemy zauważyć wśród osób w każdym wieku, które z domu nie wyniosły odpowiedniego wychowania i podejścia do życia, ponieważ najwidoczniej rodzicie nie mieli zbyt wiele czasu na wychowywanie dzieci, bo byli zbytnio „zagonieni” lub zajęci, albo nie wiedzieli, w jaki sposób uczyć dobrych nawyków. Jeśli dziecka nie nauczymy od młodości obowiązków domowych, to później, jako dorosła osoba, będzie koncentrować się na życiu towarzyskim, wirtualnym lub takim, jakie prowadzą jego rówieśnicy. Czy to znaczy, że mężczyzna, który wie co ma robić, może poczuć się zwolniony z obowiązków? W żadnym wypadku! Facet mający pomysł na własne życie, spełniający marzenia ma tak samo pomagać w domu. Powinien pomagać drugiej osobie, żeby wszystko na nią „nie spadało” i pokazać jej jednocześnie, że są rzeczy ważne i ważniejsze, że słowo „priorytet” oznacza jakąś kolejność/wartość, a nie równość, że jest czas na dom i na marzenia, a te spełnione marzenia mają dawać siły do życia i przyczyniać się do dalszego rozwoju osobowości obu stron. Dzięki temu można zacząć żyć pełnią życia, a nie ciągle się kłócić i powielać powtarzalne schematy. Zrównanie wszystkiego do jednakowego poziomu ważności powoduje ciągłą gonitwę, brak czasu, przyczynia się do nie myślenia o swoich potrzebach, wpadanie w wir „szarej” codzienności, w której nie ma czasu dla nas, na coś więcej. Brak dzielenia się obowiązkami wydziera nadmiar czasu drugiej osobie oraz przyczynia się do rozwoju poczucia niskiej wartości własnej osoby u niej. W tej kwestii duża część mężczyzn ma znacznie więcej do poprawy. Dzisiaj mało kto zdobywa się na rozmowę o podobnych rzeczach, ponieważ nawet nie myśli się w podobnych kategoriach. Naprawdę trzeba podjąć wiele wysiłku, żeby nie wpaść w schematy życiowe, być może wyniesione z domu, lub „wkorzenione” poprzez towarzystwo, w którym się obracamy – żeby nasze życie nie przypominało ciągłej gonitwy, żeby każdy wolny czas nie kończył się na smartfonie i Facebooku, oraz żeby nie interesowały nas tylko alkoholowe imprezy i gadanie „o niczym”. Dzisiaj wiele dziewczyn i kobiet rozgląda się za mężczyzną, który będzie dobrze wyglądać, a młodzież lub dorośli faceci, za dziewczynami i kobietami, które są „ładne”. Przez podobne podejście i aktualnie panującą modę na zdrowy styl życia, ekologiczne postępowanie i fizyczność ciała, wiele osób stosuje diety, liczy kalorie, chodzi na siłownię, poświęca czas na bieganie oraz wygląd zewnętrzny, ale nie skupia się na sprawach osobowości, które łączą i mają wartość. Również nie widać chęci zdobywania nowych umiejętnościach, które przydadzą się w codziennym życiu. Najważniejsze jest ładne „opakowanie”. Nie ważne, co jest w środku… W dzisiejszym świecie trzeba naprawdę mocno walczyć o swoją osobowość i konkretne podejście do życia, ponieważ „tło historyczne” jest przesiąknięte schematami i pustymi nawykami. Pytanie jest tylko takie: czy zechcemy się nad tym wszystkim zastanowić i coś zmienić w sobie, a nie oczekiwać zmian u drugiej osoby? Trudno oczekiwać zmian, zostawiając wszystko po staremu…

A co w przypadku, gdy wiedzie nam się trochę lepiej? Możemy pomyśleć o kupnie lub zaadoptowaniu jakiegoś zwierzęcia. Wielu z nas je lubi, w tym ja. Z drugiej strony, najpierw trzeba sobie odpowiedzieć, jakim jesteś człowiekiem. Czy odpowiada ci „domatorski” styl życia, czy jednak każdy wolny dzień wolisz spędzać na wyjazdach. Posiadanie zwierzęcia to wielki obowiązek, bo pupila nie wystarczy tylko mieć…  Dzisiaj, kiedy patrzę na sąsiadów z psami, mam wrażenie, że oni tylko posiadają to zwierzę... Psy najczęściej szczekają na balkonach bez żadnego umiaru, denerwując innych, nie słuchają się swoich właścicieli, a oni sami nigdzie nie wyjeżdżają. Wielu sąsiadów z psem nie widać w jakiejś działalności, tylko każdego dnia można spotkać ich przy rozmowach pod blokiem jeden, dwa razy dziennie. Każdy dzień w ich życiu wygląda tak samo, schematycznie, bo co może się zmieniać, mieszkając w bloku? Decydując się na psa, musisz mu poświęcać uwagę, musi znać swoje miejsce i przede wszystkim musi cię słuchać. Jeśli lubisz częste podróże to, czy zwierzę za każdym razem nie będzie krzyżowało ci planów? Lepiej podjąć słuszną decyzję przed zakupem lub zaadoptowaniem jakiegoś zwierzęcia. O ile z psem można pojechać gdzieś na terenie kraju, to trudno ciągać go po świecie, np. do Grecji, albo pójść z nim na wyprawę w lodowcowe góry Alp. Warto również rozważyć, czy masz kogoś na czas swojej nieobecności, żeby mógł się zająć twoim zwierzęciem (najczęściej ktoś z rodziny). W takim wypadku możesz zdziałać więcej i posiadać większe możliwości. W obu omówionych przypadkach nie zachęcam do tego, żeby nie zakładać rodziny lub nie kupować zwierzęcia, ale raczej, żeby decyzje były w pełni świadome, a nie podjęte pod wpływem impulsu lub emocji. Wszystko po to, żeby nie wplątać się w schematy, z których nie będzie wyjścia na długie lata. Lepiej przygotować sobie odpowiedni grunt pod rodzinę lub pod przyszłego pupila, żebyś ty miał większą kontrolę nad swoim życiem.


KIEDYŚ TO ZROBIĘ, KIEDYŚ TAM POJADĘ
Chyba każdy z nas wypowiedział podobne wyrażenie „może kiedyś”. Co ono tak naprawdę oznacza? „Może kiedyś”, jest synonimem słowa NIGDY! Jeśli używamy słowa „kiedyś”, z góry wiemy, że nic nie mamy zaplanowane, ani nawet nie myślimy, jak zmienić daną sytuację. Łatwiej nam powiedzieć „kiedyś”, ponieważ coś trzeba powiedzieć, można łatwo się łudzić, że… „może kiedyś” się uda. Osoby, które używają omawianych wyrażeń nie rozwijają siebie, nie zrealizują swoich marzeń lub celów. Dlaczego? Ponieważ do realizacji celów lub marzeń potrzebne jest zdecydowane działanie. Tu nie ma miejsca na dzieło przypadku, aż wszystko zrobi się same. Jeśli chcesz gdzieś pojechać, być może będziesz musiał trochę więcej popracować, albo w weekendy. Może będziesz musiał przeczytać mnóstwo poradników i relacji, żeby wiedzieć, jak zabrać się do danego tematu lub marzenia. Najważniejsze jednak, żeby wyznaczyć konkretną datę! Tylko wtedy będziemy mieli cel przed oczami. Opracowując konkretny plan działania, możesz coś osiągnąć, ponieważ masz wytyczoną drogę, którą musisz iść. Najważniejsze, żeby nie zabierać się za realizację marzenia z „kimś” i „kiedyś” – w nieokreślonym czasie. Wyznaczając konkretne osoby z imienia i nazwiska oraz podając konkretną lub przybliżoną datę, wiemy z jakimi osobami uda się osiągnąć dany cel, ile czasu mamy na przedsięwzięcie oraz, co jeszcze mamy do zrobienia. Realizacja marzeń, to seria konkretnych działań, według ustalonego planu, który oczywiście można modyfikować. Warto zastanowić się więc: czy nie powtarzam „mechanicznie” zwrotu „może kiedyś” i liczę, że wszystko się zrobi samo w nieokreślonym bliżej lub dalej czasie…?


ZABIJAMY WŁASNE MARZENIA
Jak można zabijać własne marzenia, pomijając fakt używania w życiu błędnych zwrotów takich, jak: „nie mam czasu”, „może kiedyś”? Na początku warto poznać człowieka, który realizuje swoje marzenia. Wiele osób woli regularnie oglądać czyjś profil w mediach społecznościowych i zaczyna mu zazdrościć, ponieważ „jemu” się udaje. Najczęściej zazdrościmy „idealnego” życia wypromowanym profilom na Instagramie. Największym problemem staje się więc zazdrość, która powoduje, że zaczynamy porównywać się do innych. Możemy sobie myśleć: „ten to ma życie!”. Wmawiamy sobie, że nam nigdy nie uda się tyle osiągnąć, co obserwowanej osobie, przez co „zabijemy” nasze marzenia już na samym początku. W czym rzecz? Najważniejsze, żebyśmy nie porównywali się do innych osób, ale porównywali nasze aktualne osiągnięcia do… swoich poprzednich. Pamiętajmy, że każdy ma inne możliwości i zdolności. Ja na przykład nie mam zdolności językowych i 10 lat zajęło mi nauczenie się prostego angielskiego, podczas, gdy znam osoby, które w pół roku, tylko ze słyszenia nauczyły się czterech języków. Nigdy ich nie dogonię, ale czy to jest powód do zmartwień? Nie. Bo wiem, że nie mam zdolności językowych i nigdy ich nie będę miał. Nie skupiam się na np. trudnościach w nauce języków, ale raczej cieszę się z tego, co mam, ponieważ potrafię sobie poradzić za granicą. A co w przypadku, gdy uwielbiam góry i moje marzenia są właśnie z nimi związane? Znamy ludzi, którzy mają „zrobione” wszystkie ośmiotysięczniki, albo są na etapie ich „kolekcjonowania”, a ja nie mam ani jednego. Czy mam się załamywać? Nie, bo wiem, że nie mam takich możliwości finansowych i cieszę się z moich osiągnięć. Porównuję swoje osiągnięcia do tych poprzednich i widzę, że ciągle robię postęp. Nie gonię za sławą, by o mnie mówiono, ani żeby zazdrościli mi znajomi. Raczej wolę napisać obszerną relację-poradnik, żeby inni mogli z niego skorzystać i również zaczęli spełniać większe marzenia. Chcę pokazywać, że wielkie marzenia nie są nieosiągalne.


Kiedy sobie pomyślę, że w górach doświadczyłem czegoś, co 99% ludzi przez swoje życie prawdopodobnie nigdy nie zobaczy, to widzę, że realizuję bardzo wielkie marzenia, które nie muszą być przecież kosztowne. Najważniejsze, żebyśmy dostrzegali, co nam się udało zrobić, a nie co zrobili ludzie sławni. Oni mają pieniądze, sztab, który im pomaga i zaplecze logistyczne oraz finansowe. Po prostu mają większe możliwości i w tym gronie znajdują się tylko nieliczni. Cieszę się również z miejsca, w którym mieszkam, ponieważ wiem, że większość świata ma gorszą sytuację i uświadomiłem sobie, że zrealizowałem marzenia, których większość nigdy w swoim życiu nie zrealizuje, tylko dlatego, że wymagają pokonania swojego poczucia komfortu i bezpieczeństwa. Trzeba wyjść w nieznane i uciąć powtarzane schematy życiowe, które powodują, że każdy dzień wygląda bardzo podobnie. Chcąc spełniać marzenia, musisz zadać sobie pytanie: czym jest strach? Można podać ogólnie znaną definicję, ale ja używam takiej: „strach jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się człowiekowi, bo można jeszcze nie wyjść z domu, a najeść się go do pełna”. Tak właśnie działa strach. Wolimy nie pojechać w nieznane, nie zacząć robić czegoś, co wymaga wiele czasu, nie znając z góry, jaki tego będzie rezultat, czy też nie zapoznawać się z czymś nieznanym. Boimy się zmian, oraz „wychodzenia” z naszego domu, ponieważ jest w nim pewnie i ciepło. Raczej wolimy poukładać sobie wszystko w myślach i od razu wydać błędny osąd. Lepiej jest widzieć, że lot będzie za długi, że będziemy musieli poświęcić mnóstwo czasu, że nie wiem na kogo trafię, że mogę zachorować, itp. a nie, że się uda, że będę się cieszył, jak dojdę do wyznaczonego celu, czy też, że jedno spełnione marzenie napędzi mnie do realizacji kolejnych i przez to wyrwę się schematom życiowym. Trudno nam jest powiedzieć, że się uda, dlatego z góry przekreślamy nasze możliwości. Często, podczas realizacji wyznaczonych marzeń, będziemy musieli pokonywać samego siebie, a być może „tylko” swoją sumę strachów, która wstrzymuje większość ludzi przed wielkim działaniem. Lepiej jest dać się wpisać w dany schemat, który ma przewidywalny koniec. Jeśli, więc jesteś strachliwą osobą, na początku można próbować spełniać mniejsze marzenia, wytyczać sobie mniejsze cele, które nie będą przypominały rzucania się od razu na głęboką wodę.


ŻYJEMY ŻYCIEM INNYCH
Wiesz, dlaczego trudno ci dokonywać zmiany? Oprócz wszystkiego, co powiedzieliśmy sobie powyżej, kolejnym problemem może okazać się niepotrzebne zainteresowanie życiem innych. Nie bez powodu tak wiele osób uwielbia plotki, nowinki i… Instagrama. W przypadku plotek, nie liczy się, jaki będzie końcowy efekt, ale raczej, kto pierwszy rozpowszechni niesprawdzoną, zasłyszaną informację. Plotka, to nic innego, jak przekazywanie gdzieś zasłyszanych słów, bez sprawdzenia, czy tak się naprawdę rzeczy miały. Plotkami można narobić wiele szkód, ponieważ nie można ich później „zebrać” i sprawić, by inni zapomnieli wcześniej wypowiedziane słowa. Interesowanie się informacjami, często bez pokrycia, zabiera cenny czas i tak naprawdę nie rozwija nas w żaden sposób. Nawet, jeśli informacje są prawdziwe, to po co rozpowiadać sensacje? Tylko po to, żeby mieć posłuch? Dzisiaj w mniejszym stopniu można zobaczyć taki „obrazek” w bloku, gdzie sąsiadki rozmawiają na klatce o życiu innych sąsiadów: kto co sobie kupił, co zrobił, itp. Mimo wszystko, jest to nadal dość częsty przypadek. Widząc omawiane osoby, powinieneś od razu się zastanowić i pomyśleć, gdzie swój początek mają plotki. Są wynikiem nadmiaru czasu wolnego i braku zajęcia. Osoba zajęta czymś konstruktywnym nie ma czasu na plotkowanie i zajmuje się tym, co przynosi jakieś korzyści lub zmiany – sobie, rodzinie, jakiejś grupie. A zastanawiałeś się, dlaczego tak wiele osób „kocha” Instagrama? Ponieważ z wielką łatwością można żyć życiem innych ludzi. Nie trzeba czytać – wystarczy oglądać wyidealizowane zdjęcia wykonane w niezwykłych miejscach, zacząć tym żyć i zazdrościć. Nie bez powodu wpływowe osoby robią wszystko, żeby mieć kilkaset tysięcy lub nawet kilka milionów subskrybentów (regularnych „odwiedzaczy” profilu). Wtedy wielu będzie wracać, by zachwycać się ich nieosiągalnym dla nas poziomem życia, a oni będą zbierać pieniądze za subskrypcje i kliknięcia. Jeszcze lepiej, gdy pojawiają się nowinki, plotki, skandale i niesprawdzone rzeczy. Dlaczego np. w polskich mediach bardzo często słyszymy i widzimy wiadomości o książęcej parze z Wielkiej Brytanii? Do czego takie informacje są nam potrzebne? Po co żyć życiem innych? Zadawałeś sobie kiedyś takie pytania? A widziałeś, jak Brytyjczycy żyją życiem wspomnianej pary? Dla wielu z nich, nowe wiadomości są jak religia! Paparazzi żerują na schematycznym podejściu do życia zwykłych obywateli i tworzą zdjęcia, które później są sprzedawane tabloidom. Redaktorzy dobrze wiedzą, co z nimi zrobić. Niestety, w wielu przypadkach takie gazety i portale potrafią zatruć cudze życie, którym tak bardzo żyjemy…


KONSUMPCJONIZM
Następne zjawisko, które śmiało wkroczyło do Polski. Według mnie, jest niebezpieczną i w pewnym sensie „ukrytą” modą. Dlaczego? Ponieważ konsumpcjonizm, to nic innego, jak ciągłe gromadzenie sobie nowych rzeczy, gadżetów, ubrań, itp. Nieustanna gonitwa za nowinkami technicznymi, ubraniami, czy rzeczami, powoduje, że nasze życie staje się „zamknięte” w obrębie naszego domu. Wolimy kupić sobie nową rzecz i cieszyć się nią na chwilę, niż pomyśleć głębiej, by być szczęśliwym na długo. Kiedy pojechałem na szkolenie do USA na pół roku, mieszkaliśmy w hotelu w niewielkiej miejscowości, wyglądającej raczej, jak duża wieś. Przechadzając się uliczkami, widzieliśmy, że przy każdym domu stoją dwa lub trzy samochody, a kiedy ktoś otwarł bramę garażową, zauważaliśmy dziesiątki lub setki pudeł i pudełek skrywających przeróżne przedmioty. To wszystko kosztuje i ciągle trzeba pracować na nowe zdobycze. Możesz powiedzieć, że Amerykanie mają znacznie wyższy standard życia. Oczywiście zgadzam się – ich stać na więcej – ale mimo wszystko konsumpcjonizm wywarł na nich ogromny wpływ. Kiedy wspomniani ludzie dostawali urlop, ponieważ każdemu się on przecież należy, nie potrafili nawet go wykorzystać! Dwa tygodnie, które mieli do dyspozycji, po prostu przesiedzieli w domu! Pytaliśmy o jakość spędzonego urlopu kilku miejscowych pracowników, dlaczego tak się dzieje. Najczęściej odpowiadali, że u siebie jest im najlepiej i nie potrzebują nigdzie wyjeżdżać. Moim zdaniem, to nie tak, że nie potrzebują nigdzie wyjeżdżać. Im po prostu nikt nie pokazał, że można zobaczyć i przeżyć coś więcej, ponieważ tak się robi od pokoleń. Ciągła praca, kupowanie nowych rzeczy, a później gromadzenie ich w garażu, nie uczy pasjonowania się czymś więcej, działania, rozwijania się, lub jakiejś aktywności. Nie lepiej zastanowić się, czy naprawdę potrzebuję tych wszystkich rzeczy? Czy nie lepiej zrobić coś, czego w codziennym życiu nie masz okazji poznać, zrobić, stworzyć? Konsumpcjonizm jest niebezpiecznym zjawiskiem, bo chociaż napędza gospodarkę, to powoduje, że wiele rzeczy, po kilku, a być może po jednym użyciu, trafia w kartonie do garażu. Tracimy więc swój czas dla siebie i innych, ponieważ musimy zarobić na wszystkie zachcianki. Nowe rzeczy dają chwilową radość, która szybko przemija, ale nie trwałe szczęście.


SCHEMATYCZNE, STEREOTYPOWE PATRZENIE NA ŻYCIE
Chociaż wiele już powiedziałem w kwestii użytkowania Internetu, to jest wiele dziedzin, które powodują, że powtarzamy je mechanicznie bez głębszego zastanawiania się. Tylko po co? Bo tak wszyscy robią? A może dane zachowanie wkradło się do naszego życia, bo przez długie lata obserwujemy je w naszym otoczeniu i po pewnym czasie staje się ono również naszym? W Polsce szczególnie uciążliwa jest mentalność Polaka, która bardzo często przyjmuje formę nerwowości, sfrustrowania, braku umiejętności cieszenia się, narzekania, malkontenctwa. Oczywiście nie o wszystkich tak można powiedzieć, ale omawiane cechy są mocno widoczne na tle społecznym. Ile razy widzieliśmy wręcz „chamskie” zachowanie na drogach?, ile razy słyszeliśmy „polskie narzekanie”?, czy w końcu, ile razy ciągle nam coś nie pasowało? W dużej mierze taki stan rzeczy powstał przez systemy w których żyliśmy, niedziałające państwowe służby, które powinny pomagać, a wielokrotnie zawodziły i zawodzą, czy też ciągłą pogoń za normalnym życiem. W większości przypadków, to nie wina samych osób, ale otoczenia w którym przyszło nam żyć. Polska mentalność powoduje, że niestety ma negatywny wpływ na nasze życie oraz innych. Tracimy niepotrzebnie czas na rzeczy, które powinny być standardem, a musimy je rozważać, na nowo odkrywać, czy też kłócimy się niepotrzebnie o błahe rzeczy. Po co? Bo najwidoczniej całe nasze życie nie obfitowało w bardziej wartościowe przeżycia. Człowiek, który przeżyje dużo ciekawych rzeczy, spełni część swoich marzeń, po prostu nie będzie się zastanawiać nad rzeczami dającymi się wpisać w termin „polska mentalność”. Pierwszą rzeczą, która dla mnie stała się dziwna, to fakt, że w dwóch zakładach pracy spotkałem się z zatraceniem elementarnych zachowań, czyli podstawowych, które powinny być wyniesione z domu. W jednym zakładzie, zostało nawet przewidziane dwudniowe spotkanie po 6 godzin dziennie, gdzie przy pomocy firmy zewnętrznej (!) mieliśmy wypracować 12 zasad zachowania, żeby szanować siebie nawzajem i żebyśmy dobrze czuli się w naszej fabryce. Powstało wiele pomysłów i nakreśliliśmy piękny plan, wszystko zostało spisane, i jak to bywa w każdej korporacji, zostało nawet sformalizowane. Na końcu spotkania padło pytanie: „czy to będzie działać?”. Jedna z osób powiedziała krótko i konkretnie: „nie będzie, bo mamy polską mentalność”. Tym zdaniem uciął wszystkie rozmowy i przedstawiane argumenty. Miał rację, ponieważ zasady szanowania drugiego człowieka, panowania nad emocjami, sprzątania po sobie, itp. wynosi się z domu. Tego nie można uczyć się w pracy. Pamiętasz, gdy mówiłem o posyłaniu dzieci do klubów sportowych, żeby inni uczyli ich dyscypliny, początku, czy wytrwałości? Podobnie, jak w poprzednim przypadku, tak tutaj ktoś musiał wydać grube pieniądze na firmę zewnętrzną na… rzeczy elementarne, które powinny być wyniesione z domu… Już wtedy mogłem zauważyć, jak świat upada, ponieważ kiedyś podstawowe zachowania były standardem, dzisiaj trzeba ich uczyć nawet dorosłych ludzi… Niestety polska mentalność powoduje, że wiele ludzi wpada w schematyczne myślenie i stereotypowe patrzenie. Jak może działać „polska mentalność”?


Przyjrzyjmy się samotnym matkom z dziećmi. To szczególna grupa, która swoją aktywność manifestuje na Facebooku. Bez trudu można rozpoznać omawiane osoby po tym, jakimi stereotypami posługują się i w jaki sposób piszą. Można nawet pokusić się o termin opisujący ich sposób działania: „styl samotnych matek”. Kiedy wejdziesz na kilka profili podobnych osób (na początku polecam znajomych, o których coś wiesz i znasz ich sytuację), szybko znajdziesz wspólny mianownik. Najczęściej zauważymy cytaty opisujące facetów – jacy oni są. Wszystko oczywiście w złym świetle. Cytaty będą w formie skopiowanej grafiki z czyjegoś profilu. Takich postów zauważymy cały ciąg. Inne wiadomości będą mówiły o sile samotnych matek – również w formie skopiowanej grafiki. Przeczytamy np., że samotne matki mają większe jaja niż faceci, że mają najwięcej siły i są mistrzami w swoim domu, bo muszą umieć wszystko. Teraz zastanów się, jako trzeźwo myślący człowiek, nie ważne, kim jesteś: kobietą, czy mężczyzną. Czy naprawdę one takie są?, czy tylko wierzą, że tak należy o nich myśleć…? Owszem, jako że zostały same z dziećmi, są bardziej obciążone obowiązkami i na dodatek muszą same zarobić na podstawowe życie – na więcej często nie wystarcza. Czy to oznacza, że mamy o nich myśleć „niezniszczalne”, jak mówi skopiowana grafika w postaci cytatów? Zdecydowanie nie! One chciałyby być silne, ale w rzeczywistości mają wiele momentów załamania, walczą z uczuciem bezradności i płaczą samotnie po kątach, ponieważ ich sytuacja nagle się zmieniła na gorszą. Życie dla nich stało się trudniejsze i dlatego swoją frustrację wyładowują na Facebooku. Chcą komuś się wyżalić, ale często nie mają komu, wylać trochę „pomyj” na facetów, bo tak jest najłatwiej, dlatego sięgają po Facebooka, ponieważ w ukryty sposób, w postaci cytatów, można powiedzieć o czym myślą. Podobnych profili można znaleźć mnóstwo. Zamiast „siedzieć” na Facebooku i kopiować grafikę z cytatami, czy nie lepiej próbować coś zmienić w swoim życiu? Skoro sytuacja jest jaka jest, kopiowanie czyichś treści, które innym tylko „migną” przed oczami, a być może ktoś kliknie „lubię to”, naprawdę nic nie pomoże i nie sprawi, że poczujemy się lepiej.


Na swoim profilu przeprowadziłem bardzo ciekawy eksperyment trwający dwa lata. Publikowałem na przemian: jeden post ze zdjęciami z gór, z krótką relacją i drugi – z obszerną relacją z kompletem zdjęć. Pod postami ze zdjęciami zazwyczaj miałem 100-130 „lajków” w różnej postaci (serduszka, zdziwienie, itp.), a pod obszernymi relacjami z większą ilością zdjęć już tylko 30 do maksymalnie 45. Jako, że łatwo mogę sprawdzić, kto wszedł na mojego bloga, żeby przeczytać relację, lub chociażby pooglądać trochę więcej zdjęć niż te, które pokazałem, zauważyłem, że zazwyczaj moje teksty czyta 12-15 osób. Co to znaczy? Blisko 55-85 osób klika „lubię to” tylko dlatego, bo mnie zna, bo taki post pojawił się na ściance głównej (zasada „migawki” i przechodzenia do następnej wiadomości, która jest pod nią) lub – bo liczy się interakcja (klikanie serduszek). 45 osób jest bardziej zainteresowanych, bo jednak zaciekawił ich choć mały fragment relacji lub jakieś zdjęcie, a tylko 12-15 osób przynajmniej zajrzało do relacji na blogu. Pamiętasz, jak mówiłem o 5,9 mln/10 mln nieprzeczytanych wiadomości na Twitterze? Według moich spostrzeżeń, zadziałało podobne zjawisko. Liczy się tylko interakcja (kliknięcie „lubię to” osobie którą znasz), a nie jaką treść prezentujemy. Posty, czy wiadomości są przeglądane pobieżnie. Coś tylko „mignie” przed oczami, popatrzymy powierzchownie i fru… następny post… Teraz przyjrzyj się typowo skopiowanym postom z jakąś grafiką. Zazwyczaj zobaczymy pod nimi tylko kilka „lajków”, a gdy sam coś napiszesz, to będziesz miał ich znacznie więcej. Dlaczego? Dzisiaj większość ludzi kopiuje wiadomości i często daną rzecz widzimy kilka, kilkanaście razy. Będąc więc samotną matką, nie ma potrzeby kopiować grafiki z cytatami, które mówią, co masz w sercu, ponieważ „obrazek” za chwilę przepadnie w bezkresnych czeluściach Facebooka i nic się z nim nie zadzieje. Szkoda czasu na puste rzeczy. Dzisiaj trzeba wiele przeglądać, żeby znaleźć ciekawe treści. Nie bądźmy więc „twórcami” skopiowanych postów, ani ich „udostępniaczami”. Lepiej ten sam czas spędzić ze swoim dzieckiem i przyjaciółmi. Samotność w takim przypadku nie jest wskazana, a opublikowanie cytatu na Facebooku nie sprawi w żaden cudowny sposób, że będzie ci lepiej, ani że poprawisz swoją sytuację. Wręcz przeciwnie – ujawni twoje sfrustrowanie, stereotypowe spojrzenie na otaczający cię świat i schematyczne myślenie…

 

To, co publikujemy (i nie muszą to być tylko cytaty ani kopiowana grafika) bardzo wiele o nas mówi. Tak się złożyło, że pewna samotna matka napisała do mnie maila z pytaniem o szlaki tatrzańskie. Pytała się, gdzie może pójść ze swoją córką w wieku szkolnym, jakie są trudności, gdzie można załatwić nocleg, itp. rzeczy. Napisałem jej odpowiedzi na wszystkie pytania i po jakimś czasie ta osoba pojechała w Tatry. Kiedy wróciła, wysłała mi cztery zdjęcia, mające pokazać, jak było na wyprawie. Ze zdjęć jednak nic nie wynikało, więc sprawdziłem, czy na jej profilu nie ma więcej fotografii, ponieważ interesował mnie rejon, który odwiedziła. Ja jeszcze nie odwiedziłem tego miejsca. Mam na myśli Słowacki Raj. Kiedy zobaczyłem, jak wygląda jej profil facebookowy, od razu mogłem stwierdzić, z kim mam do czynienia. Chociaż nie znam jej sytuacji, dlaczego tak się stało, a nie inaczej, pewna forma publikowania swoich treści (podkreślam: swoich – nie kopiowanych) pozwoliła mi ustalić częściowo profil psychologiczny tej kobiety. Kiedy za około pół roku zapytała o kolejne szlaki, również jej odpowiedziałem. Napisała, że dziękuje mi za nadesłane odpowiedzi. Na końcu odesłała mnie do swojego nowo utworzonego bloga. Liczyłem, że zobaczę zdjęcia z wyjazdów górskich, bo w końcu o nie najczęściej mnie pytała. Zajrzałem na jej nowo powstałą stronę i mogłem zweryfikować, czy to, co o niej myślałem jest prawdą. Jako, że sprawa była delikatna napisałem do niej tak:
Moja opinia jest taka: trudno określić, jaki jest cel twojego bloga. Nie odbierz moich słów źle, bo nie taki jest mój cel. Nie chcę Cię krytykować, a jedynie wskazać na pewne rzeczy. Uważam, że na blogu jest wszystko i nic - bez jakiegokolwiek porządku – totalny chaos. Trudno wyodrębnić treść przewodnią, co ma ten blog do przekazania. Nie wiadomo czego tam nawet szukać. Zakładając bloga już w pierwszym zdaniu zaprzeczyłaś sama sobie, ponieważ do prowadzenia bloga musisz mieć czas dla ludzi i na Internet, a piszesz, że nie masz na niego czasu i używasz telefonu tylko, jak musisz. Blog musi być czytelny, musi mieć własne, regularnie ukazujące się treści i żeby zachęcał, musi mieć artykuły, które coś wnoszą, przekazują jakąś rzeczową treść, wiedzę/doświadczenie.

Co daje posiadanie czasu „na Internet”? Prowadząc mojego bloga zyskuję to, że piszą do mnie różni ludzie z pytaniami, ja im odpowiadam i dzięki temu pozyskuję nowe znajomości na wyprawy wysokogórskie. Obie strony coś otrzymują, ponieważ ludzie go czytający mają to, czego szukali, czyli porady na temat danego szlaku lub trasy, a ja mam kompanów na wyjazdy w góry.
W kolejnym mailu odpowiedziałem tak:
Fajnie że nie przyjęłaś tego źle, bo nie taki był mój cel. W żadnym wypadku nie chciałem krytykować. Wiesz co Ci powiem? Widząc, co wstawiasz na Facebooka myślałem, że jesteś osobą, która poszukuje samej siebie. To, co publikujesz bardzo dużo mówi o Twojej osobowości. W Twoich postach zawsze był chaos, ukrycie, brak konkretnej treści do przekazania i w sumie nikt nie chciał oglądać twojego profilu, co widać po ilości lajków. Stąd też wyciągnąłem taki, a nie inny wniosek. Kolejną informację zdradził mi czas. Na Flogu (portal fotograficzny) i na Facebooku, co jakiś czas usuwałaś wszystkie posty do zera i od nowa zaczynałaś. Ciągle powtarzałaś ten cykl. Wiesz kto tak robi? Osoby, które ktoś zostawił i zmagają się z problemem same w sobie. Podobnym zachowaniem jest częste zmienianie numerów telefonów. Stąd też po tym rodzaju zachowań wiedziałem, że walczysz sama ze sobą. Kolejną rzeczą, która zdradziła mnóstwo informacji o Tobie (z czym się zmagasz) są cytaty, jakie zostawiasz na Facebooku. Na ich podstawie idealnie widać, z czym konkretnie się „męczysz” w środku. Jeszcze inną rzeczą, która mówi coś o Tobie, są cytaty pozostawiane w języku angielskim. Tak zazwyczaj robią nastolatki, co przekazuje mi informację, że jeszcze niedawno gdzieś poszukiwałaś siebie, swojego miejsca, nie czułaś się dowartościowana i najprawdopodobniej nadal tak jest. Facebook to dobre narzędzie, ale ludzie nieświadomie zostawiają w nim swój ślad psychologiczny. Teraz już wiesz, dlaczego na Facebooku piszę tylko i wyłącznie o górach? Żeby Internet nie znał mojego „profilu” psychologicznego. Najważniejsze, żeby wszystko było u Ciebie dobrze i tego życzę Ci z całego serca. Żebyś mogła tak, jak ja, spełniać swoje marzenia.

Widzisz na czym rzecz polega? Niby zwykłe zdjęcia, niby kilka zdań, które miały opisać, gdzie się było, kilka cytatów i sposób, w jaki to wszystko było „poukładane”, wyjawiło mi, jaką osobą jest w danym momencie omawiana kobieta. Potwierdziła, że tak jest. Jeśli ja potrafię wyciągać takie informację z internetowego profilu, to o ileż bardziej potrafią zrobić to firmy zajmujące się pozyskiwaniem danych do celów marketingowych i nie tylko!


Kto z Was pamięta, lub chociażby coś słyszał o aferze z Cambridge Analytica?
Jeśli nie pamiętasz nic, lub ten temat cię nie interesował, to przytoczę krótką wiadomość z portalu Euroactiv.pl, która mówi, czym ta firma się zajmowała:
„Amerykańska Federalna Komisja Handlu (FTC) zatwierdziła nałożenie na Facebook kary w wysokości 5 mld dolarów. To pokłosie ubiegłorocznego skandalu z wyciekiem danych użytkowników, które firma Cambridge Analytica wykorzystała do przygotowania kampanii politycznych dla swoich klientów.
O tym, że FTC doszło do porozumienia i ustaliło wysokość kary dla Facebooka, poinformowały dzienniki „Washington Post” oraz „Wall Street Journal”. Dyskusje wewnątrz komisji trwały kilka miesięcy. Teraz jeszcze rekordową karę musi zatwierdzić Departament Sprawiedliwości, który jednak rzadko nie zgadza się z decyzją FTC.
Facebook ukarany za aferę Cambridge Analytica
Członkowie komisji badali szczegóły odpowiedzialności Facebooka za aferę związaną z działalnością nieistniejącej już brytyjskiej firmy Cambridge Analytica. Firma ta wykorzystała indywidualne profile ponad 87 mln użytkowników Facebooka, aby precyzyjnie targetować kierowanych do nich przekaz wyborczy m.in. podczas amerykańskiej kampanii prezydenckiej oraz brytyjskiej kampanii referendalnej w czasie brexitu w 2016 r. [mój komentarz: chodzi o to, że dane z Facebooka tych 87 mln osób zostały przetworzone tak, że Firma Cambridge Analytica wiedziała, lub przypuszczała, na jakiego prezydenta chcą te osoby zagłosować, lub znała ich poglądy, co było wykorzystane do podsyłania specjalnie dobranych treści bez świadomości tych użytkowników, żeby przekonać do głosowania na danego kandydata].
Cambridge Analytica pozyskała profile użytkowników dzięki współpracy z młodym profesorem psychologii Alexandrem Koganem i jego firmą GSR. Kogan dostosował na potrzeby politycznego targetowania algorytmy opracowane przez innych badaczy (w tym jednego Polaka) i stworzył aplikację-quiz, która wyłudzała dane nie tylko od osób, które z niej skorzystały, ale także ich znajomych, którzy rozrywkowego quizu nigdy na Facebooku nie wypełniali.
Choć nie ma dowodów, aby Facebook miał świadomość, że ich użytkownicy są w ten sposób wykorzystywani, to jednak na firmę spadło wiele słów krytyki za to, że udostępnia takie możliwości podmiotom trzecim (które za takie usługi Facebookowi płacą) oraz słabo chroni prywatność swoich użytkowników. Dochodzenie FTC miało ustalić, czy Facebook naruszył amerykańskie standardy ochrony danych.
Serwis z Menlo Park w Kalifornii po wybuchu afery zmienił swoją politykę prywatności i udostępnił użytkownikom więcej opcji jej ochrony. Zerwano także umowy z wieloma zewnętrznymi podmiotami. Wprowadzono również nowy system opłacania i oznaczania treści komercyjnych, w tym politycznych. FTC uznało jednak, że koncern reagował zbyt wolno i nie spełnił wszystkich wymogów. Kara jest rekordowa, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że w 2012 r. FTC nałożyła na Google grzywnę w wysokości 22 mln dolarów.”
Wiadomość z dnia 15 lipca 2019, źródło: Euroactiv.pl



Teraz możesz zobaczyć, ile są w stanie wyciągać zawodowcy z niewinnie wyglądającego profilu. Chociaż w przytoczonym przypadku dodano element quizu w formie zabawy, to przyczynił się on do ujawnienia dziesiątków milionów informacji, które zostały dosłownie sprzedane na cele kampanii wyborczej. A w jaki inny sposób może być wykorzystane nasze zdjęcie, które jest w pełni normalne i nawet celowe opublikowanie, z naszego punktu widzenia, nie może nam zaszkodzić? Przecież codziennie widać setki podobnych zdjęć na Facebooku. Zawodowcy potrafią wydobyć znacznie więcej informacji z nic nieznaczącego zdjęcia. Poznaj pewną historię:

W Japonii aresztowano za stalking [prześladowanie i nachodzenie] japońskiej gwiazdy muzyki pop - Eny Matsuoki. Prześladowca odnalazł jej dom, wiedział gdzie mieszka, tylko dlatego, że uważnie przeglądał jej zdjęcia publikowane w mediach społecznościowych. Niebezpieczny mężczyzna wykorzystał drobny, wręcz niezauważalny szczegół. Na jednym z autoportretów [dzisiaj powiedzielibyśmy „selfie”] prześladowca zauważył odbity w oczach dziewczyny obraz przystanku autobusowego, znajdującego się w okolicy. Dopasował ten obraz do zdjęć ulicy na Mapach Google i wykorzystał dodatkowo filmy, które zdradziły mu, jaki piosenkarka ma kolor i sposób ułożenia zasłon w oknach. Niby nic nie znaczący szczegół – a jednak… Kto wie, co taki prześladowca chce z nami zrobić… Dlaczego o tym mówię? Dlatego, że bezmyślne publikowanie wszystkiego, co się da, może przynieść nam wiele szkód. Media społecznościowe to miejsce, gdzie oprócz znajomych nasze profile przeglądają przypadkowi ludzie. Nie mamy żadnych gwarancji bezpieczeństwa, że ktoś czegoś od nas nie będzie chciał. Jeśli publikujemy zdjęcia, cytaty, własne treści, to niech nie zdradzają one naszego stanu psychologicznego, ani niech nie mówią innym, jak się teraz czuję, co robię, z kim jestem szczęśliwy lub, co posiadam. Media społecznościowe wykorzystuj raczej do konkretnych celów, takich jak: przekaz informacji, docieranie do większej ilości ludzi z daną sprawą, poszukiwania jakiejś osoby na większą wyprawę itp. Pamiętajmy, że Facebook, to bardzo dobre narzędzie, ale musimy nauczyć się z niego odpowiedzialnie korzystać. Niestety większość ludzi źle go używa, co widać po jakości dzisiejszego życia. Jest ono spłycone, powierzchowne, zobojętnione, najlepiej przetwarzamy informacje obrazkowe na zasadzie migawek, a dzieci, które widać na dworze, zazwyczaj przeglądają filmiki z Youtube’a… lub treści obrazkowe.


A słyszałeś o terminie „smartfonowe zombie”?. Dzisiaj nie brakuje osób, które są tak wpatrzone w swój telefon, że nie zważają na nic, nawet gdy przechodzą przez ulicę lub tory tramwajowe. W Internecie można nawet zobaczyć nagrania motorniczych, m. in. z Poznania, którzy pokazują, jak świat dosłownie „zlał się” z ich smartfonami. Motorniczy zdążyli zahamować dosłownie na kilkadziesiąt centymetrów przed omawianymi osobami. Straszna rzeczywistość, ale prawdziwa. A kto pamięta kobietę idącą na dworcu w Madrycie, która wpadła wprost pod jadący pociąg, tylko dlatego, że „namiętnie” przeglądała Facebooka na smartfonie? Nie zważała na nic. Otaczający ją świat przestał dla niej istnieć. Prowadząc swój profil, musimy mieć na względzie, co ma on do przekazania innym osobom i czy naprawdę musimy pokazywać na nim każdy fragment naszego życia. Zamiast narzekać na Facebooku, jacy faceci są źli i pokazywać jakie kobiety „mają jaja” w walce w codziennym życiu, za pomocą skopiowanych grafik z cytatami, lepiej wykorzystywać swój czas konstruktywnie i rzeczowo. Opublikowanie swoich myśli pod ukrytą postacią nie spowoduje, że twoje życie stanie się lepsze, ani nie poczujesz się lepiej…

Innym stereotypem, który widać szczególnie wśród młodzieży jest nienawiść do policji i służb porządkowych. Często słychać w ich towarzystwie hip-hopowe piosenki, które mówią, jaka policja jest zła i jak trzeba ją tępić. To tylko młodzieżowe przyśpiewki, ale niejednokrotnie udzielają się również starszym osobom. A ile widzisz każdego dnia napisów „CHWDP”, czy „JP na 100%” na murach w drodze do pracy? Chociaż nie musisz wiedzieć, co kryje się za tymi skrótami, to dodam tylko tyle, że pokazują powszechną nienawiść do policji. Pamiętajmy, że w każdej grupie zawodowej i w każdej grupie dotyczącej jakichś zainteresowań, czy pasji, zawsze ktoś popełnia błędy. Tak samo jest w policji. To nie jest żaden powód, żeby schematycznie powtarzać CHWDP i wyzywać ich od frajerów. Tak robią ludzie działający schematycznie, którzy nie zastanawiają się głębiej nad otaczającym nas światem. Nie chcemy powielać stereotypowych schematów i sprawiać, by nasze życie było nudne, przewidywalne, bez wartości. Spróbuj się teraz trochę zastanowić: jak świat wyglądałby bez policji?... Ułatwię ci sprawę. Przez kilka lat, istniało pewne państwo na świecie, które nie miało powołanej policji. Mowa o Haiti po trzęsieniu ziemi z 12 stycznia 2010 roku. Tuż po nim, zapanował chaos na kilka lat. Kraj bardzo długo podnosił się ze zgliszczy i do dziś niestety panuje w nim wielka bieda. Co się działo, gdy długo po katastrofie docierały kolejne transporty żywności, ubrań i najpotrzebniejszych rzeczy dla ubogich? Wcześniej wspomniałem, że w państwie nie było policji, ponieważ w kraju również nie powołano żadnej władzy… W ludziach ujawnił się „zwierzęcy instynkt”. Kiedy przyjechały ciężarówki, ludzie dosłownie rozrywali wyładowywane paczki w powietrzu i duża część darów została rozszarpana na drobne kawałki. Obywatele Haiti tratowali innych i pałali nienawiścią do siebie nawzajem. Nawet w tak krytycznej sytuacji ludzie bili się ze sobą i niszczyli bardzo cenną pomoc. A teraz przenieś tamtejszy brak policji i służb porządkowych do Polski. Wcale nie trzeba żadnego trzęsienia ziemi. Jeśli weźmiesz pod uwagę polską mentalność i społeczeństwo będzie wiedziało, że nie ma żadnej policji, wojska, czy innych służb porządkowych, to czy ludzie nie „wybijaliby się” nawzajem? Zdecydowanie tak! Jeśli dodasz do tego polską frustrację, narzekanie, malkontenctwo, niekontrolowany wybuch emocji, to na pewno bylibyśmy w czołówce najbardziej niebezpiecznych państw świata. Życie w takim kraju stałoby się nieznośne i nie wiedziałbyś, czy przeżyjesz jeszcze rok, może miesiąc, a być może tylko tydzień. Dzisiaj nietrudno trafić na niepanujących nad swoimi emocjami ludzi. A ile tragedii działoby się w zaciszu domowym? Według statystyk, to właśnie w domach doświadczamy najwięcej przemocy. Miejsce, które powinno być oazą bezpieczeństwa i spokoju, niejednokrotnie staje się najgorszą opcją… Świadomość, że można zostać złapanym i aresztowanym, wielu powstrzymuje przed wyrządzeniem karalnego czynu. Zanim więc zaśpiewasz kolejną piosenkę w stylu „CHWDP” lub „JP na 100%”, pomyśl, czy chciałbyś żyć w takim świecie…?


Podobnych przykładów można mnożyć całe mnóstwo, ale w każdym przypadku trzeba zawsze sobie zadawać pytania: czy myślę tak, jak ogólnikowo się przyjęło?, czy raczej staram się znaleźć podstawy danego sposobu myślenia? Bardzo dużo mówiłem o tym, jaki wpływ mają na nas media – a w szczególności w kwestiach, jakie powodują, że w przeciągu kilku lat, dany obraz lub dane spojrzenie na sprawę, staje się naszym punktem widzenia lub sposobem na życie. To, co kiedyś szokowało, teraz przyjmujemy bez większych problemów. Świat się zmienia, ale czy musimy podążać za wszystkimi jego trendami? Z pewnością nie! Kiedy czytam lub oglądam artykuły pisane, lub w formie video na temat pracy, zawsze widzę w nich wspólny mianownik. W każdym przypadku, bez wyjątku, piszę się i mówi o pracy w biurze. Zdjęcia ilustrujące artykuł również są uzupełnione zdjęciami z open space (otwarta przestrzeń dla pracowników biurowych). Wszędzie próbuje nam się wmówić, że praca w korporacji, w biurze, to cel, do którego musisz dążyć. Oczywiście w żadnym artykule nikt tak wprost nie zasugeruje, ale kiedy przez lata naoglądasz się podobnych „obrazków”, to możesz sobie pomyśleć: „no tak… poza pracą w biurze, to się nie będziesz liczyć”. Po prostu próbuje nam się wyryć w umyśle pewne schematy myślowe, bo jeśli będziesz oglądać lub czytać ukierunkowane artykuły na dany temat, to w końcu przedstawiane podejście stanie się również twoim sposobem „myślenia”. Dlaczego w omawianych artykułach nie widać zdjęć z zakładów produkcyjnych, nie mówi się o hutach, o osobach produkujących części do samochodów, wyłączniki, przewody, pieczywo, i wiele innych? A gdzie sprzedawcy, szewc, ochroniarze i wielu innych? W artykułach o pracy nigdy nie znajdziemy informacji o wyżej wymienionych osobach, no chyba, że treść ma przedstawić sytuację w wymienionym wyżej zawodzie. Kiedy natomiast gazety, telewizja lub Internet mówią o pracy w kontekście awansów, wynagrodzeń, zdobywaniu kwalifikacji, rekrutowaniu osób, realizacji projektów, itp. zawsze pokazują dane zagadnienie w kontekście biur. Nieustannie powtarzany obraz, wpływa na sposób naszego myślenia, co widać chociażby w Polsce. W Europie jesteśmy na pierwszym miejscu pod względem ilości ludzi z wyższym wykształceniem i pod względem studiujących osób. Oczywiście nie można powiedzieć, że taka forma przedstawiania treści w mediach przyczyniła się do omawianego stanu rzeczy, ponieważ w pewnym okresie wyższego wykształcenia głównie wymagał rynek pracy. Problem w tym, że całe masy idą na studia tylko dla „papierka”, bo jak można nazwać zaoczne uczelnie, gdzie płaci się za naukę w weekendy? Czy osoba ze studiów zaocznych może mieć taką samą wiedzę, jak osoba kończąca studia dzienne? Z pewnością nie! Pomiędzy nimi jest wielka przepaść. W Polsce powstało mnóstwo „śmieciowych” szkół, które oferują wyższe wykształcenie. Pytanie tylko, ile warte jest to „wyższe wykształcenie”? Tak, jak tylko niektórzy rodzą się ze zdolnościami przywódczymi, tak tylko niewielka część społeczeństwa może ukończyć prawdziwe studia. Zazwyczaj, w różnych krajach ten współczynnik wynosi 10%. Mówiąc „ukończyć”, mam na myśli przejść cały etap studiowania z zaangażowaniem, wynosząc w ten sposób prawdziwą wiedzę inżynierską i twórczą. Nie chodzi tylko o zwykłe „przebimbanie” na uczelni i prześlizgiwanie się z roku na rok, tylko po to, żeby zaliczać semestry i zdobyć „papier”.


Prawda jest taka, że na normalnych uczelniach narzucane tempo i wiedza, która jest do przyswojenia (a w większości zdobywać musisz ją sam), nie jest dostępna pod względem umysłowym dla większej ilości ludzi niż 10% społeczeństwa. Tak zawsze było przez długie lata i podobna tendencja utrzymuje się do dziś. Jeśli ktoś mi powie, że 50% społeczeństwa może ukończyć studia, to mija się z prawdą. Wynikałoby z tego, że Polska jest najinteligentniejszym narodem. Większość ze „studiujących” kończy mało znaczące szkoły, które raczej nastawione są na duże zyski dla uczelni i wykładowców, a nie na „produkowanie” konkretnych, myślących twórczo osób. Jeśli znasz krzywą Gaussa, to pewnie znasz zależności z nią związane. W przypadku studiów wiesz, że tylko 10% powinno ukończyć szkoły wyższe ze względu na wymagany silny umysł, którego większość społeczeństwa po prostu nie posiada. Jeśli nie znasz wspomnianej krzywej, to powiem, o co chodzi. Mówi ona o rozkładzie normalnym, naturalnym. Przedstawia ona gęstość prawdopodobieństwa występowania danego zjawiska w przyrodzie. W naturze prawie wszystko daje się opisać tą krzywą. Jeśli się nie da, to znaczy, że zostały zmienione naturalne warunki. Według krzywej Gaussa, np. nieznaczny procent ludzi lub zwierząt danego gatunku rodzi się chora, zdecydowana większość społeczeństwa lub zwierząt jest normalna, zdrowa, a tylko nieznaczny, mały procent, ma wyjątkowy dar i żyje znacznie dłużej niż większość. Podobnie tą krzywą możemy opisać np. talent wśród ludzi. Nieznaczna część społeczeństwa ma upośledzony umysł, nie potrafi analizować nawet prostych danych, zdecydowana większość jest normalna, tylko kilka procent ma umysł pozwalający wybiegać poza normalność, coś tworzyć, a tylko bardzo niewielka część potrafi odkrywać coś, co jest nieznane i wtedy mówimy o nich geniusze. Zazwyczaj są to jednostki w danej dziedzinie, w skali całego świata. Podobnych przykładów w przyrodzie możemy znaleźć całe mnóstwo, jak również w naszym życiu. Oglądając, lub czytając artykuły o pracy, nie dajmy się ogłupić i nie wyrabiajmy sobie myślenia, że jeśli praca, to tylko w biurze. Media przedstawiają kolejne, stereotypowe myślenie, które próbuje nam się wszczepić podświadomie, poprzez jednakowy styl publikowania wiadomości na temat pracy. Wszyscy mamy uczestniczyć w wyścigu szczurów, tylko po co? Żeby napędzać konsumpcję?

Wykres pochodzi ze strony Fronda.pl

Powyżej podałem tylko trzy, nie tak oczywiste przykłady stereotypowego myślenia, bo właśnie na nie nie zwracamy uwagi. Łatwiej jest powiedzieć, że „blondynki są głupie”, „Żydów interesują tylko pieniądze”, czy, że „Amerykanie to grubasy”. Są to przykłady oczywistych i jawnych stereotypów, które szybko zapadają w umysł. Najczęściej poprzez ich pryzmat patrzymy na świat. Gorzej jest ze stereotypami, które nie są łatwo zauważalne. Właśnie na nich się skupiłem i przeprowadziłem szczegółową analizę każdego przypadku, żeby pokazać, jak bardzo „ukryta” forma przekazu ma wpływ na nasz sposób myślenia, który powoli, stopniowo wkrada się w nasze życie, tak, że nawet nie zauważamy zmian. Forma przekazu nie musi być przez kogoś podyktowana, narzucona, co sugerują wielbiciele różnych teorii spiskowych. Po prostu media kopiują pewien ogólnie przyjęty model, ponieważ wiedzą, że jest najbardziej „chwytliwy”. Twórcy powyżej omówionych artykułów powielają przyjęty schemat, bo taki wyrył się również w ich umyśle. Podobnego sposobu myślenia oczekują czytelnicy i odbiorcy – w końcu do nich mają trafiać przedstawiane treści. Jeśli chcesz mieć ruch na stronie, wysoką czytelność lub oglądalność, niestety musisz dopasować się do większości. Skoro nie ma innego sposobu przedstawiania wiadomości, to pamiętajmy, żebyśmy jak najwcześniej potrafili rozpoznać stereotypowe myślenie, które nie jest oczywiste, a które może wyryć się w naszym umyśle na długie lata, lub na zawsze. Nieschematyczne i niestereotypowe podejście do życia pozwoli nam osiągać wyznaczone cele i spełniać marzenia. Nic, co szablonowe nie prowadzi do rozwoju, ale raczej do powielania tego, co już istnieje.

5. DOPASOWANIE SIĘ DO TŁUMU
Przed chwilą mówiłem o krzywej Gaussa, z której wynika, że w przyrodzie występuje jakaś większość, która jest normalna. Niestety wśród ludzi widać zjawisko, które na tej krzywej występuje najgęściej, a nie jest dobrą rzeczą. Mowa o dopasowywaniu się do tłumu, spełnianiu jego oczekiwań, a nie swoich. W czym rzecz? Chęć akceptacji w społeczeństwie jest tak duża, że boimy się być oryginalni, jednostkowi i większość, dla „świętego spokoju” woli oddać część swojego życia tłumowi, tylko po to, żeby inni go akceptowali. Pewnie zaraz powiesz, ale to przecież nie ja! Czy, aby na pewno? Przeanalizuj dokładnie, czy gdzieś w twoim życiu nie miałeś/-aś momentów, w których chciałeś/-aś postąpić inaczej, ale zrobiłeś/-aś tak, jak tłum by sobie tego życzył. Pamiętasz, jak na samym początku artykułu pisałem o tym, czego ludzie żałują na końcu swojego życia? Najczęstszą odpowiedzią było: „żyłem nie tak, jak chciałem, ale tak, jak chcieli inni”. Jeśli na ponad 1000 osób, podobna odpowiedź padła ponad 800 razy, to znaczy, że większość poddaje się presji otoczenia – bardziej świadomie, bądź mniej. Nie potrafimy być asertywni (sztuka odmawiania), bo łatwiej dopasować się do innych, przez co osiąga się cel w postaci akceptacji i spokoju. Pytanie tylko jakiego spokoju? Tego wewnętrznego? Chyba nie… Od najmłodszych lat próbujemy zdobyć akceptację wśród kolegów i koleżanek w szkole. Na początku zmiana w życiu w postaci pójścia do przedszkola/szkoły, potrafi nas przytłoczyć. Staramy się więc robić to, co wszyscy inni robią, żeby nie odstawać od grupy. Rodzice – niech wasze dzieci spróbują przyjść na W-F w nieoryginalnych butach, czy ubraniach. Jeśli inni zauważą, że noszą podróbki, zostaną wyśmiane. Teraz widzisz, jak silna jest presja otoczenia? Naprawdę trzeba najpierw zbudować poczucie własnej wartości, żeby mieć siłę do przeciwstawienia się tłumowi. Musisz być przekonany wewnętrznie, że to nic nieznaczące rzeczy, że tych ludzi po szkole najprawdopodobniej już nie zobaczysz w swoim życiu codziennym. Tyle, że dzieci nie są na omawianym etapie myślenia, żeby potrafiły tak głęboko „zajrzeć” w przyszłość i wyciągnąć odpowiednie wnioski. Nikt nie chce być pogardzany i wyszydzany, dlatego poddaje się presji otoczenia. Tak jest najłatwiej i najbezpieczniej.


A jak było ze mną? Czułem się jeszcze bardziej nic nie warty i zagubiony w świecie niż normalne, przeciętne dziecko. Przez pierwsze trzy lata szkoły podstawowej nie potrafiłem przywyknąć do otoczenia. Nie mogłem znaleźć przyjaciół. Nawet ich nie szukałem. Czułem się przytłoczony. Wielu rzeczy nie rozumiałem i zostawałem w tyle. Przez całą szkołę podstawową nie wytworzyłem nic, co mogłoby dać mi przekonanie, że nie muszę poddawać się presji otoczenia. Wręcz przeciwnie. Mogłem jedynie próbować doganiać tłum, co przeważnie mi nie wychodziło. Na końcu szkoły czułem się nic nie warty, nikomu niepotrzebny. W szkole średniej dużo się zmieniło. Dzięki szybkiemu opanowywaniu materiału szkolnego zdobyłem szacunek rówieśników, bo często pomagałem wielu osobom w różnych zadaniach, większych ćwiczeniach, czy na końcu edukacji – w pracach dyplomowych. Na tej podstawie zacząłem wyrabiać poczucie własnej wartości i przez to tłum (uczniowie) nigdy nie naciskał na mnie, bo wiedział, że mam swoje twarde zdanie. Naciskanie w stylu „choć, bo inni też idą” nie działało na mnie w ogóle. Ludzie z tamtego okresu dobrze wiedzieli, że nie uda im się zmienić mojego sposobu myślenia.
Szczególnie trudno jest wyłamać się z ogólnego toku myślenia mieszkańcom wsi, gdzie każdy się zna z każdym. Robiąc coś innego, możesz narazić się na nienawiść ze strony znajomych pochodzących z tej samej miejscowości. Zaczyna się więc wkradać w nasze życie zjawisko podążania za tłumem, tylko po to, żeby mieć spokój i być taki sam, jak inni… Czy trzeba daleko szukać? Na wsi, gdzie mieszka moja babcia, panuje niepisana zasada, żeby ludzie ciągle widzieli cię pracującego, a w niedzielę chodzącego na mszę do kościoła. Jeśli w tygodniu siedzisz na ławce, to jesteś „próżniakiem”, a jeśli nie pójdziesz do kościoła, to ludzie krzywo na ciebie patrzą. Problem w tym, że niektórzy klęli na kościół i księży całymi wiązankami niecenzuralnych słów, ale posłusznie robili coś wbrew swojej woli, żeby być może mieszkańcy wsi ich nie „wyklęli”… Inna kwestia, to broń Boże(!), jakby ktoś zauważył cię pracującego w niedzielę. Byłbyś wrogiem publicznym numer jeden! Czy poddasz się ogólnie przyjętemu i niepisanemu schematowi?

Widzisz, jak działa kolejny mechanizm? Musisz na jakiejś podstawie poznać swoją wartość, bo tylko znajomość własnej wartości pozwoli pozostawać ci przy tym, w czym sam przekonałeś się, że to jest słuszne. Używając terminu „znajomość własnej wartości”, nie mam na myśli pustych wartości, jak np. „jestem ładna”, „bo uważam siebie za ważniejszego od innych”, itp. Takich ludzi tłum od razu rozpozna. Chociaż będą mieli wielu znajomych, to nie będą oni przyjaciółmi. Osoba znająca swoją realną wartość, nie będzie wywyższać się ponad innych, często nie będzie rzucać się w oczy, ale będzie odporna na presję otoczenia.

Teraz widzisz, że w szkole podstawowej bardzo trudno jest wyrwać się presji otoczenia, stąd już w tak młodym wieku dzieci próbują np. papierosów, żeby „coś” innym udowodnić. A co w życiu dorosłego człowieka może wywierać presję nie do pokonania? Trzeba przyznać, że możliwości jest naprawdę wiele, ale najważniejsze z nich, to presja swojej rodziny (często robimy coś, czego sami nie chcemy, ale robimy, „bo to jest rodzina” i wręcz nie wypada odmówić), presja pracowników w zakładzie pracy (zastraszanie zwolnieniem, innymi osobami), presja rodziny lub znajomych, żeby znaleźć sobie „drugą połówkę”, presja używek na imprezach. Jak się temu wszystkiemu nie poddać? Najtrudniejszą presją jest nacisk ze strony rodziny, by zrobić coś, bo po prostu „nie wypada”. Trudno jest wtedy włączyć rzeczowe myślenie, ale raczej działa się jak marionetka, żeby tylko „nie zgorszyć” najbliższych. W całym życiu będziesz musiał pokonać mnóstwo podobnych schematów, ale pytanie, przed iloma się obronisz?


Najgorszą formą presji są stare zakorzenienia, które mogą ciągnąć się latami, całymi pokoleniami, a nawet… setkami lat. O tym będzie poniżej. Jeśli chcemy nie poddawać się tłumowi, albo najpierw zdobyć taką umiejętność, będziemy musieli nauczyć się zdrowego myślenia i twardej analizy informacji. Warto poznać choć trochę faktów o otaczającym nas świecie i o tym bardziej odległym niż „nasze podwórko”, oraz o pewnym prawach, które się nim rządzą, żeby móc trzeźwo patrzeć na sprawy, żeby mieć do czego przyrównywać zasłyszane lub przedstawiane wiadomości. Umiejętność przeciwstawienia się presji, ma działać tak, że jeśli usłyszysz nawet nic nie znaczącą informację w stylu: „słyszałem, że ten i tamten coś zrobili”, to nie przyjmiesz przedstawionej wiadomości jako prawdy, ale raczej zadasz pytania: „słyszałeś, czy widziałeś na własne oczy?”, „kto tam był?”, „jakie były okoliczności?”, itp. Plotki rodzą się w mgnieniu oka, ale często nie da się ich potwierdzić. Człowiek znający swoją wartość musi analizować wszystko, co mu się podaje, ponieważ duża część społeczeństwa działa mechanicznie, według schematów omówionych powyżej. Dzięki trzeźwej analizie sytuacji, ludzie będą cię kojarzyć z osobą zrównoważoną, nie dającą się złamać, mającą swoje zdanie, panującą nad sobą. Nawet nie będą próbowali naciskać na ciebie, żeby coś w tobie zmienić, bo będą wiedzieli, że po prostu się nie da… Znajomość własnej wartości, która musi wynikać z czegoś, co udało ci się osiągnąć, przeanalizować, przeżyć lub zrobić, da ci siłę do życia. Niejednokrotnie spełnienie wielu marzeń daje silne poczucie własnej wartości (samorealizacja), nie ze względu na opowiadanie o swojej wyjątkowości, które raczej byłoby odebrane jako samolubstwo, ale raczej ze względu na przeżycia, które pozwoliły ci zobaczyć coś niezwykłego, innego i stać się innym człowiekiem. Być może musiałeś pokonać jakieś własne granice, albo nauczyć się czegoś nowego. Dzięki temu zdobędziesz szersze spojrzenie na świat. Pomaganie potrzebującym również daje ogrom szczęścia i radości, ponieważ wiesz, że te osoby często nie mają ci się jak odpłacić, a ty mogłeś zrobić coś dobrego na ich rzecz. Przekonanie wewnętrzne o własnej wartości, a nie opowiadanie o niej innym, to jest właśnie ta dobra rzecz, która powoduje, że czujemy się szczęśliwi i stali w swoich poglądach. Wówczas presja otoczenia nie będzie na nas oddziaływać tak, jak w latach szkolnych, bo będziemy mieli ukształtowaną osobowość, z określonymi poglądami, ukierunkowaną na konkretne działanie i cele.


6. STARE I DAWNE ZAKORZENIENIA
To chyba najtrudniejsza rzecz, którą nawet ugruntowani ludzie w swoich przekonaniach nie są w stanie pokonać. Niewielka część społeczeństwa potrafi przełamać pewne bariery, które są związane z głęboko zakorzenionymi zachowaniami. To one mówią o nas najwięcej: jak bardzo jesteśmy silni we własnych przekonaniach, czy potrafimy przeciwstawić się wszystkiemu, co nie jest zgodne z naszym tokiem rozumowania i czy naprawdę nie podążam za tłumem, jak moglibyśmy o sobie powiedzieć? Najpierw powiem o sile zakorzenienia. Można je podzielić na krótkie, wieloletnie, wielopokoleniowe i… trwające setki i tysiące lat. Zakorzenia są najtrudniejszą barierą do zmiany, bo jak sama nazwa mówi, „to coś” jest dosłownie w nas wkorzenione, wrośnięte. Trzeba wielkiego wysiłku, żeby pokonać to, co w nas wrosło. Przykładem zakorzenienia, które nie wymaga wiele czasu, a bardzo trudno je wykorzenić, jest np. palenie papierosów. Łatwo uczymy się nałogu, ale bardzo trudno go porzucić. Jeszcze gorszą sytuację mamy z narkotykami, ponieważ są takie, które uzależniają od pierwszego razu. Wiele osób nie potrafi wygrać z nałogiem, ponieważ zbyt szybko zapuścił głębokie „korzenie” wewnątrz nas. Zakorzeniania, które „wrastają” w nas latami, to te, które są związane z naszymi nawykami. Może to być zwykłe oglądanie telewizji po pracy, nieograniczone czasowo korzystanie z Internetu i portali społecznościowych, czy też spożywanie niezdrowego jedzenia. Pewne nawyki wyrabiają się w nas długimi latami i najchętniej tyle samo potrzebowalibyśmy, żeby się ich wyzbyć. Trzeba podjąć walkę z samym sobą. Zakorzenienia nie tylko wypatrujemy w naszych nawykach, ale również w sposobie myślenia. Możesz powiedzieć, np. że od zawsze wydawało mi się, że zdobycie wyższego wykształcenia, to jedyna słuszna droga.


A co z zakorzenieniem sięgającym wielu pokoleń? Są i takie. Dotyczą raczej jakichś grup, czy nawet narodowości. W USA, czy Wielkiej Brytanii bardzo hucznie obchodzony jest Halloween. Święto, którego celem jest odstraszanie złych duchów, zjaw i upiorów. Ma w tym pomóc przebieranie się za najdziwniejsze postacie. Całe wydarzenie traktowane jest raczej, jako dobra zabawa, niż typowe święto związane z wiarą. Mówiąc „Halloween”, od razu kojarzymy ten dzień z amerykańskim świętem. Jednak nie stamtąd wywodzi się omawiana tradycja odpędzania złych duchów. Nie wchodząc w szczegóły, zastanówmy się raczej nad pewną, ciekawą kwestią… W USA Halloween jest obchodzony od pokoleń. W Polsce delikatnie „wśliznął się” w latach 90-tych. Pamiętamy, co wtedy mówiliśmy, albo mówili nasi rodzice? Przypomnę ci: „znowu wprowadzają jakieś amerykańskie święto”, „znowu jakaś komercja”, „chcą nam wprowadzić jakieś szatańskie święto!”, „małpujemy wszystko po Amerykanach!” [w latach 90-tych bardzo często używało się słowa „małpować”]. Gdyby w tamtych czasach istniały media społecznościowe, już widzę, jakby wyglądały posty, memy, czy narzekania Polaków. A jak wygląda aktualna sytuacja? Dzisiaj raczej mało kto „grzmi” w podobnym tonie. Większość przechodzi obok Halloween obojętnie – jeśli nie chce brać udziału w tej „zabawie”, to po prostu nie bierze. Wielu, nie tylko wśród najmłodszych, jednak obchodzi to święto hucznie, jak Amerykanie. Co się więc stało? Otóż powoli, powoli, powoli Halloween dostawał się do naszej kultury aż zakorzenił się na stałe… Teraz będzie tylko utwierdzać się w swojej sile (czytaj: będzie zapuszczać coraz głębiej korzenie). Tak właśnie działają zakorzenienia trwające pokoleniami, które „wślizgują się” w powolnym tempie, prawie niezauważalnie. W przypadku Halloween powoli zacierała się różnica między zwolennikami, a tymi, którzy nie popierają „amerykańskiego” święta. Duży udział w tym ma zjawisko zobojętnienia, powierzchowności społeczeństwa. Halloween zakorzenił się na stałe i niestety będzie już stałym elementem polskiej kultury… Pamiętaj, że tylko pierwsze pokolenie ma siłę odrzucić coś nowego. Kolejne podążają za wprowadzoną nowością, na zasadzie: „bo tak się dzieje od lat”…


Zupełnie innego rodzaju zakorzenienia mają związek z mentalnością i otoczeniem, które ma na nas wielki wpływ. Aż trudno się uwolnić od sposobu myślenia, który występuje w całym kraju lub na jeszcze większym obszarze. Kiedy przyjrzymy się zjawisku przemocy, przestępczości, korupcji i narkobiznesu, to szybko zauważymy, że cała Ameryka Południowa jest „umoczona” w powyższe praktyki – niezależnie od państwa. Zastanowiłeś się, dlaczego tak jest? Od wielu pokoleń istnieje pewnego rodzaju przyzwolenie na tego typu działalności. To znaczy, że najczęściej we władzach najwyższego szczebla korupcja jest na wysokim poziomie, a społeczeństwa poszczególnych krajów często żyją za niewielkie środki, które nie wystarczają do przeżycia. Najbiedniejsi od pokoleń próbują poprawić swoją sytuację, wchodząc na drogę przestępczości, ponieważ tylko tak mogą wyrwać się ze slumsów i podnieść chociaż trochę poziom swojego życia. Najczęściej takimi osobami kieruje chęć kupienia sobie markowych butów, nowego telefonu, czy innych gadżetów, o których wcześniej mogli tylko pomarzyć. Podobny sposób postrzegania świata stał się pewnego rodzaju zakorzenioną mentalnością wielu ludzi, stąd bardzo trudno zwalczyć w Ameryce Południowej korupcję, gangi, czy narkotyki. Gangi zlały się ze społeczeństwem. Całe rodziny do nich należą, ponieważ oczekują określonych korzyści. Pewnego rodzaju „styl życia” zostaje przekazywany z pokolenia na pokolenie i trudno jest coś zmienić. Tak działa siła zakorzenienia, z którego trudno się wyrwać. Znacznie łatwiej wejść na omawiane drogi, niż coś zmienić w normalnym życiu. W dużej mierze sytuacja życiowa nie pozwala na więcej. A jak wspomniane podejście do życia przełożyć na nasze zachowania i zakorzenienia? Wpływ społeczeństwa na życie jest również bardzo duży i naprawdę trzeba być czujnym, żeby pewnego rodzaju schematy nie zakorzeniły się w nas. Mówię o tych, które w „cichy” sposób są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

Wystarczy, że spojrzymy na historię Polski w przeciągu kilkudziesięciu lat. Po II Wojnie Światowej Polska musiała odbudować się ze zgliszczy. Później, chociaż była niepodległym państwem, to jednak działała pod dyktando Rosji. Okres rosyjskiego komunizmu również wprowadzał nas w kompleksy, ponieważ nie mieliśmy nic. Brało się tylko to, co było. Stało się w „komunistycznych”, długich kolejkach. Przez wszystkie lata komunizmu zawsze mieliśmy kompleksy, ponieważ byliśmy wpatrzeni w Amerykę, w Niemcy i w europejski Zachód. Mogliśmy tylko pomarzyć o tamtych warunkach życiowych. Po upadku Związku Radzieckiego trawiło nas bezrobocie, wysoka inflacja, a później powstały problemy ze służbą zdrowia, które trwają do dziś. Coraz bardziej gonimy za wszystkim i coraz bardziej zmęczeni jesteśmy pracą oraz życiem. Do dzisiaj wielu ma pewnego rodzaju kompleksy, ponieważ porównują się do zachodnich społeczeństw, nauczyliśmy się narzekać, pozamykaliśmy się w sobie (niechętnie rozmawiamy na głębsze tematy), jesteśmy wystraszeni, bardzo łatwo zauważamy wady w drugim człowieku, a bardzo trudno nam zapamiętać, co dobrego ktoś zrobił. Wystarczy, że w pracy przez 10 lat będziemy bardzo dobrymi pracownikami, ale jeśli raz zrobimy coś złego, to nikt nie będzie pamiętać o naszych dobrych rzeczach, ale zostaniemy napiętnowani jednym złym wydarzeniem. Społeczeństwo staje się coraz bardziej zobojętniałe. Potrafimy dużo narzekać. Do dzisiaj jesteśmy wpatrzeni w Zachód, a w szczególności w wynagrodzenia bogatszych od nas krajów. Przedstawiłem ogólny zarys społeczeństwa, co nie znaczy, że podobnie myślą wszyscy. Zdecydowanie nie. Przebywając codziennie, w szkole, w pracy, czy podczas załatwiania spraw urzędowych, spotykamy się z omówioną mentalnością i „sposobem” na życie. Rzeczy, które zakorzeniły się w społeczeństwie, bardzo łatwo mogą stać się naszą częścią. Bo jak tu nie zakląć na lekarza, który „zlewa” wszystko?, jak tu nie powiedzieć kilku niecenzuralnych słów, gdy jakaś „zmierzła” pani w ZUS-ie każe przynieść ci kolejny „papierek” lub „świstek” po odstaniu w trzygodzinnej kolejce?, czy, jak tu nie ponarzekać na pracę, której nie lubimy? Podobnych przykładów możemy znaleźć całe mnóstwo i naprawdę trzeba się wysilać, żeby sposób myślenia widoczny każdego dnia w społeczeństwie nie stał się również naszym. Dalibyśmy się wówczas wpisać w jakiś schemat. W ten sposób powstają stereotypy o danej narodowości. Walczmy więc o swoje „ja”, żebyśmy nie musieli powielać powtarzających się zachowań i zwyczajów, tylko dlatego, że tacy ludzie nas otaczają na co dzień.

Gorszą odmianą zakorzenienia, które trwa od kilku pokoleń, na szczęście nie na wielką skalę, jest faszyzm. Nikomu nie trzeba chyba przedstawiać, co leżało u podstaw tej ideologii i jakie złe konsekwencje ona przyniosła. Historia drugiej wojny światowej pokazała, ile ludzi zginęło dzięki błędnej ideologii. No tak, ale co to ma wspólnego z nami? Tamte wydarzenia już dawno się skończyły i możesz powiedzieć, że jesteśmy już piątym, a może szóstym pokoleniem od 1945 roku. Kiedy przyjrzysz się np. Niemcom i Polakom – w obu krajach zjawisko faszyzmu jest chyba najbardziej znane, ze względu na tragiczną historię (nie rozpatrujemy teraz, kto kogo najechał, kto mordował, obywatele jakich narodowości najczęściej ginęli, itp.). Niestety w tych samych państwach, niezależnie od pokolenia, powstają grupy neofaszystowskie, którym podoba się ta jedna z najgorszych ideologii. Co gorsza, powstały nawet partie polityczne deklarujące ideologię neofaszystowską! Pomimo, że znają historię, bo się do niej odwołują, to kultywują swojego idola Hitlera, który zapoczątkował najgorsze dzieje w historii ludzkości. Czyżby ludzie tak szybko zapominali, z czym wiąże się faszyzm? Czy oni mają prawo do mordowania innych? A co by było, gdyby to im chciano odebrać życie z powodu tej samej ideologii? Zakorzenienie trwające pokoleniami, często jest związane z miejscem i historią danego społeczeństwa. Dana ideologia potrafi przytłumić zdrowy rozsądek. Zbyt szybko zapominamy, co było kiedyś… Zadaj sobie tylko jedno pytanie, jeśli myślisz, że pod tym względem jesteś czysty: czy jest jakaś grupa ludzi, grupa etniczna lub pochodząca z jakiegoś regionu, której nie lubisz?...


Przykładem wielopokoleniowego zakorzenienia są również zwyczaje i obrzędy w danej grupie społecznej. Chociaż nie muszą być czymś złym, to są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Kolejnym przykładem są najzwyczajniejsze tradycje. Prawie w każdym domu tradycji musi stać się zadość i obchodzimy różnego rodzaju święta, okazje, rocznice, itp. Temu wszystkiemu towarzyszą ogólnie przyjęte obrządki, które powtarzamy z pokolenia na pokolenie, bo tak po prostu jest. Raczej nikt się nie zastanawia po co to robić, ani, czy jeśli nie stanie się zadość danej tradycji, to czy coś się stanie, ktoś mnie ukarze, itp.? W społeczeństwie słowo „tradycja” ma dobry wydźwięk i chętnie ją obchodzimy, ponieważ kojarzy się z czymś miłym. Mimo wszystko tradycja, to pewnego rodzaju powtarzany schemat, który powielamy bez zastanawiania się, czemu to wszystko ma służyć. Tradycjami nie popełniamy zła, więc kto się nad nimi zastanawia...?

A co z zakorzenieniami trwającymi nawet tysiące lat „do tyłu”. Są i takie! Wszelkie święta, które obchodzimy, niejednokrotnie mają więcej niż 1000 lat i trudno żeby coś się zmieniło. Każdy świętuje, co jego sumienie pozwala świętować i żyje dzięki niemu w zgodzie sam ze sobą. No więc, gdzie tkwi problem zakorzenienia? Pojawia on się wtedy, gdy robimy coś przeciwko naszemu sumieniu. Weźmy pod uwagę święta, które większość ludzi w Europie obchodzi bardzo obficie. Oczywiście mowa o Bożym Narodzeniu. Jeśli obchodzisz te święta, bo wierzysz w nie, bo lubisz je i uważasz, że są rodzinne, piękne, itp. to działasz zgodnie ze swoim sumieniem. Ale wśród znajomych mam wielu takich, którzy obchodzą święta, bo rodzina je obchodzi i tak dzieje się od lat. Każdy zaprasza każdego w odwiedziny. Jest również niepisane oczekiwanie dawania i otrzymywania prezentów. Tylko, że ci znajomi nie lubią tych świąt, uważają, że są komercyjne, narzekają, że muszą wydać grube pieniądze na prezenty, a przecież ich zawsze brakuje, no i najchętniej by ich nie obchodzili, ponieważ za nimi nie przepadają. Cały czas mówię o osobach tego samego wyznania. Teraz widzisz problem? Biorą udział w nich, ponieważ nie obchodzenie świąt mogłoby źle wpłynąć na relacje rodzinne, czuliby się dziwnie, panują pewne oczekiwania, które trzeba wypełnić, itp. Czy wspomniane osoby są wolnymi ludźmi, czy raczej „coś” częściowo je zniewala? Taka jest właśnie siła zakorzenienia czegoś, co odbywa się od dziesiątków, setek, tysięcy lat! Skupiam się na ludziach, którzy tkwią w schemacie, ale chcieliby się od niego uwolnić. Nie są na to gotowi, bo nigdy nawet nie myśleli w omawianych kategoriach. Bariera jest zbyt wielka, żeby ją pokonać. Cicha, niepisana presja otoczenia okazuje się zbyt wielka (w tym przypadku od strony rodziny), żeby wprowadzić jakieś zmiany. Lepiej jest działać niezgodnie ze swoim sumieniem i dopasować się do czyichś oczekiwań, tylko po to, żeby może uniknąć konfliktów, które mogłyby ewentualnie powstać. Tyle tylko, że nikt nie ma pewności, że powstałyby one na pewno… Lepiej powiedzieć sobie „a co rodzina o mnie pomyśli?”, niż „mam swoje zdanie na ten temat i się go trzymam”. Podobne zjawisko łatwo zauważamy w innych społeczeństwach. Na przykład w Iranie, gdzie kobiety w wielu przypadkach nie zgadzają się z ich uprzedmiotowieniem i ograniczeniem praw do wszystkiego, za wyjątkiem… prac domowych. Tylko nieliczne z nich zdobywają się na walkę z problemem, co może grozić nawet utratą życia. Tylko nieliczne chcą myśleć inaczej, ponieważ zdecydowana większość ze strachu i z obawy przed prześladowaniami, woli posłusznie wypełniać wszystko, co nakazuje tamtejsza tradycja i religia. W ich przypadku działa mechanizm zastraszania. Lepiej być szarą myszką i prowadzić codziennie takie same, schematyczne życie, niż próbować wyrwać się i odmienić swój los. Siła zakorzenienia jest tak wielka, że naprawdę trudno coś zmienić w swoim życiu.


A jak może wyglądać presja otoczenia związana z zakorzenieniem? Załóżmy, że jesteś ateistą, lub osobą, która wierzy w Boga, ale nie w Kościół (takich znajomych mamy przecież mnóstwo). Poznajesz dziewczynę, i po jakimś czasie postanawiacie się pobrać. Rodzice dziewczyny naciskają, żeby był ślub kościelny, ponieważ tylko taki uznają za wiążący. Co zrobisz? W większości przypadków ludzie nie zastanawiają się głębiej i spełniają życzenie, tylko po to, żeby mieć „święty spokój”. Czy o takiej osobie możemy powiedzieć, że jest wolna, że potrafi samodzielnie myśleć? Czy raczej pomyślimy, że poddała się presji i nie do końca ma swoje zdanie? Najczęściej, dla świętego spokoju pójdzie do kościoła po „szybką” komunię, chrzest, bierzmowanie i inne wymagane spełnienie zwyczajów, obrzędów, tylko po to, żeby dostać „papier” potrzebny do ślubu. Czy taka osoba działała zgodnie ze swoim sumieniem? Zdecydowanie nie! Poddała się presji otoczenia i zrobiła coś, z czym wcześniej się nie zgadzała. Jeśli potrafisz przełamać omawiane bariery, jesteś naprawdę wolnym człowiekiem! Zapewniam cię – tylko niewielu potrafi działać zgodnie ze swoim sumieniem! Nikt nie narzuci ci swojego zdania i będziesz zawsze działać zgodnie z samym sobą. Pamiętajmy, że nie o same zwyczaje i obrządki chodzi, ale o to, czy się z nimi zgadzasz lub nie i czy robisz coś wbrew samemu sobie, tylko po to, żeby przypodobać się komuś. Omówione dopasowanie się do wymagań, z którymi dana osoba się nie zgadzała, przypomina presję otoczenia lub chęci dopasowania się do tłumu, którym w tym wypadku są rodzice od strony dziewczyny. Pamiętajmy, że w świetle prawa, każdy ma własne wierzenia i posiada pełne do tego prawo, co gwarantuje nie tylko polska Konstytucja, ale również Karta Praw Człowieka, stąd nikt nie ma prawa cię osądzać. W tej kwestii raczej chcę wskazać na sumienie – czy postępujesz zgodnie z tym, w co wierzysz, czy raczej powielasz schemat, wbrew swojemu sumieniu, tylko dlatego, bo inni tego od ciebie oczekują… Dzisiaj bardziej skupiamy się na samym weselu, a nie na miłości, bardziej skupiamy się na wyglądzie naszego domu niż na atmosferze w nim panującej lub skupiamy się na świętach upamiętniających śmierć, a nie na człowieku, kiedy jeszcze żył. Zwracamy większą uwagę na „opakowanie”, a nie na wnętrze. Stajemy się powierzchowni i niestali w swoich poglądach. Wolimy oddać dużą część naszego życia tłumowi, niż mieć kontrolę nad nim…


7. DĄŻ DO SAMOREALIZACJI, SPEŁNIAJ SWOJE MARZENIA
Na sam koniec powiem tylko tyle: nawet, jeśli 100 osób przeczyta ten artykuł do samego końca, wiesz ilu z nich wprowadzi niezbędne zmiany? Odpowiem ci wprost: mniej niż 3 osoby… Dlaczego tak? Zdecydowana większość zniechęci się, ponieważ zobaczy w czym tkwi słabość ich umysłu, ale powie sobie: „no wiem, że tak jest” i… nic z tym dalej się nie stanie. Przyjmą do świadomości, że ktoś im o tym powiedział, ale trudno będzie im zmienić swoje wieloletnie nawyki, bo to oznacza zakłócenie swojego poczucia komfortu, wygody i bezpieczeństwa. Może nie wprost powiedzą sobie: „marzenia są dla innych, ale nie dla mnie”, ale właśnie z taką myślą będą nadal żyć. Niestety dzisiejszy świat wpływa na nasz umysł w bardzo dużym stopniu i mało kto potrafi uwolnić się od schematów, których przecież nikt nie nakazuje im powielać. Po prostu tak jest wygodnie, tak jest najłatwiej, tak jest komfortowo… W artykule najwięcej miejsca poświęciłem mediom społecznościowym, ponieważ ktoś wynalazł bardzo dobre narzędzie, ale niestety większość korzysta z niego nieprawidłowo – do tego stopnia, że w społeczeństwach przeróżnych narodów nastąpiła wielka przemiana. Ludzie przetwarzają coraz więcej informacji w postaci „obrazkowej”, nie zastanawiają się nad wieloma rzeczami, na różne sprawy patrzą powierzchownie, ich życie zostało spłycone, są zobojętnieni, często nie potrafią bronić swoich poglądów, oraz zbyt mechanicznie odpowiadają „nie mam czasu”. Przed rokiem 2015, kiedy do Europy jeszcze nie napływały setki tysięcy uchodźców, ludzie z Afryki mogli przyjechać do Europy i czuć się w miarę bezpiecznie. Już w tamtych czasach stwierdzali, że Europejczycy są zobojętnieni, zagonieni, skupieni na sobie, wpatrzeni w swoje telefony, często bez czasu dla innych. W wielu przypadkach czas zabierają im często wspominane media społecznościowe lub Internet, bez którego nie potrafią już żyć. O ile media społecznościowe wyrobiły w nas pewne nawyki, to zastanawiając się głębiej nad problemem, zauważyliśmy, że zmieniają nasz sposób postrzegania świata i sposób bycia. Niestety jeszcze bardziej wyrobiło się w nas zjawisko podążania za tłumem, nie słuchania, „opluwania” i wyzywania innych, zobojętnienia na świat, czy pobieżnego patrzenia na informacje. Tak, dobrze czytasz. Patrzenia na informacje, a nie czytania… Wszystko, co napisałem powyżej ma na celu uświadomienie nam, jak wielkie zagrożenie tkwi w nieodpowiednim korzystaniu z mediów społecznościowych. Złe nawyki mają siłę zmieniania sposobu myślenia, spłycania jakości życia, czy też wprowadzania nas na drogę pustych schematów. Mają siłę zmieniania całych społeczeństw!


Jeśli chcemy być naprawdę wolnymi ludźmi, mającymi kontrolę nad swoim życiem, najpierw zastanówmy się: czym jest wolność? Wolność, to nie bycie obywatelem demokratycznego państwa, gdzie masz możliwość swobodnego wypowiadania się, wierzenia w co chcesz, brania udziału w wyborach politycznych lub posiadasz prawne zapewnienie nie ingerowania w twoje życie prywatne przez władze. Wolnym będziesz tylko wtedy, gdy zgodnie ze swoim sumieniem będziesz mógł powiedzieć: „zapewniam cię, że w więzieniu będę bardziej wolny, niż ty na wolności”. Co mam na myśli? Wolność to nie zbiór praw, które gwarantują ci możliwość działania zgodnie z tym, co chcesz robić, ale wolność to stan, kiedy będziesz umieć analizować na trzeźwo przedstawiane ci informacje, nie poddawać się presji otoczenia, nie powielać utartych schematów, które w wielu przypadkach są zakamuflowane, a wkradają się do naszego życia stopniowo, niezauważalnie, oraz stan w którym będziesz mógł dążyć do samorealizacji według swoich możliwości i będziesz miał poczucie własnej wartości. Przyznasz, że w szkole, w pracy, czy w mediach usłyszałeś inną definicję wolności. Dotychczas znana ci definicja jest również prawdziwa, tyle, że odnosi się ona do prawa w obrębie danego kraju, jak również w kontekście ustanowionych umów, kart i kodeksów międzynarodowych. Jeśli nie stałeś się jeszcze „powielaczem” obrazkowych informacji i potrafisz analizować informacje, wyciągać z nich wnioski, zbuduj własną wartość, dbaj o swoje przeżycia, realizuj marzenia, żeby każdy dzień nie wyglądał tak samo, walcz ze złymi nawykami, nie używaj zwrotu „może kiedyś”, nie przyjmuj wszystkiego tak, jak ci podają, zastąp słowo „muszę” na „chcę” i dąż do samorealizacji.

Możesz powiedzieć: to wszystko prawda, ale spełnianie wielkich marzeń kosztuje. Zgodzę się z Tobą. Jednak chcę ci pokazać, że mając odpowiednie podejście do życia, czyli będąc sobą, nie wpisanym w jakieś schematy, znajdziesz siły, pomysły i czas na realizację czegoś wyjątkowego. Wielkie marzenia nie muszą być przecież kosztowne. Wszystko zależy, od twojej kreatywności i twórczości. Ja np. potrafię zorganizować 3 tygodniowy wyjazd do Szwajcarii w Alpy za 1200 zł, nie mając samochodu, gdzie wejdę na kilka najwyższych gór Europy. Jak zorganizować taki wyjazd? Zobacz tu: Jak tanio pojechać w Alpy? Za 674 zł zorganizowałem 9-cio dniowy wyjazd z wejściem na Mt. Blanc (najwyższą górę Europy) oraz z osiągnięciem czwartej i piątej, najwyższej góry naszego kontynentu – Zumsteinspitze i Punta Gnifetti. Jak zorganizować taki wyjazd? Zobacz tu: Bardzo tania wyprawa na Mt. Blanc. Natomiast za 287 zł, zorganizowałem samotne przejście 1047 km przez prawie wszystkie pasma górskie w Polsce. Trasa zaczynała się na granicy z Ukrainą, a kończyła na granicy z Niemcami. Wędrowałem przez prawie wszystkie pasma górskie w Polsce, poznając wiele nieznanych mi gór. Wyprawa liczyła 31 dni. Do dzisiaj nie mam wyższego wykształcenia ani prawo jazdy. Jak widać, wielkie marzenia nie muszą dużo kosztować, ani nie wymagają listy nieosiągalnych rzeczy. Jedyne, co musiałem zrobić, to pokonać swoje poczucie komfortu i bezpieczeństwa, swoje obawy i myśli „a co gdyby…?”. Na każdej z takich wypraw przeżyłem więcej niż sobie założyłem i zobaczyłem widoki, których większość twoich znajomych nigdy nie zobaczy. Wszystko zależy od nas – jak pokierujemy swoim życiem i czy strach będzie silniejszy. Pamiętasz jeszcze moją definicję strachu? Przypomnę ją: „strach jest najgorszą rzeczą, jaka może przytrafić się człowiekowi, bo można jeszcze nie wyjść z domu, a najeść się go do pełna”. Tak działa większość ludzi – wolą pozostać w domu, by czuć się bezpiecznie i mieć wygodę, niż pojechać w nieznane i rozpocząć coś nowego…


I na koniec: zadam ci pytanie: kto to jest dojrzała osoba? Dzisiaj bardzo często mówi się, że dojrzałym się jest, gdy dorośniesz do posiadania dzieci. Nie wiem gdzie i kiedy powstał taki pogląd, ale jakże jest on mylny! Może dlatego tak inni myślą, ponieważ posiadanie dzieci wiąże się z odpowiedzialnością. Jednak dla mnie to żaden argument! Dlaczego? Wystarczy, np. pojechać w Tatry, albo w Karkonosze i przyglądnąć się rodzinom z dziećmi. Szybko zauważysz, jak wielu rodziców popełnia proste i karygodne błędy, narażając własne pociechy na niebezpieczeństwa. I zapewniam cię, że nie będzie to pojedynczy przypadek, a dostrzeżesz ich dziesiątki, a nawet setki w ciągu jednego dnia. Dojrzały człowiek, to nie ten, kto przeżył wiele lat, ani nie ten, co posiada dzieci. Dojrzały człowiek, to ten, kto robi mądry użytek z wiedzy, którą zgromadził, jest wsparciem dla innych, kto nie poddaje się pustym schematom życiowym, nie podąża za tłumem, myśli, analizuje, wyciąga wnioski, ma swoje zdanie, pracuje nad sobą, szanuje innych, oraz ten, kto ma pomysł na własne życie.

Pamiętaj, że samorealizacja, to nie egoizm i w żadnym wypadku nie należy mylić tych pojęć! Samorealizacja to świadome dążenie do różnych celów, dążenie do stawania się tym, kim chcę być, a nie tym, kim chcą inni, rozwijanie się w danej pasji, budowanie własnej wartości, wykorzystanie swojego potencjału, dążenie do bycia w zgodzie w jedności ze samym sobą, spełnianie marzeń: tych mniejszych i tych większych. Kiedy poszukamy definicji samorealizacji w Internecie, zobaczycie, że tekst przekazuje podobne myśli, ale najczęściej autorzy tekstów ulegli modzie na słowo „sukces”, co widać na zdjęciach i grafikach przedstawiających jakiegoś mężczyznę „pod krawatem”, a obok niego można zobaczyć korporacyjne „słupki” pokazujące zyski. Niestety we wszystkich komercyjnych szkoleniach samorealizacja i sukces to słowa rozumowane, jako dążenie do niezależności finansowej lub pracy biurowej w korporacji, dającej większe możliwości. Teraz już wiesz, dlaczego nigdzie nie odwoływałem się do pracy zawodowej w kontekście omawiania całego tematu? Samorealizacja przekłada się na wzbogacanie nie tylko naszego życia, ale również życia twoich przyjaciół i znajomych, ponieważ swoją postawą „zarażasz” innych, pomagasz im i w ten sposób sprawiasz, że zarówno twoje, jak i życie innych osób staje się bogatsze, lepsze, ciekawsze i przede wszystkim konkretne.

3 komentarze:

  1. "Niestety Facebook patrzy przez pryzmat tragedii, a powinniśmy patrzeć przez pryzmat głupoty, którą tamtejsi ludzie się wykazali, bo jeśli widzieli, że niebo ciemnieje i zbierają się chmury, to jasne jest, że na pewno będzie burza – nawet, jeśli nie przeczytali ostrzeżeń. I na nic się zdaje tłumaczenie, że nie opublikowano ostrzeżeń. Nie oczekujmy, że ktoś za nas będzie myśleć! Góry to piękna pasja, ale trzeba wiedzieć niezbędne minimum o zasadach bezpieczeństwa i wiedzieć gdzie idziemy, jak długa jest trasa, gdzie mogę zejść, itp. W górach nie ma miejsca na przypadek. Na nic się zdają internetowe „świeczki” i kopiowanie grafiki z czarną wstążką." DO - KŁA - DNIE !!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej podobają mi się ostatnie, podsumowujące słowa w tekście. Bardzo się z nimi utożsamiam. :)

    OdpowiedzUsuń