wtorek, 30 stycznia 2018

Dominikana - co warto zobaczyć?

   Dominikana wakacje Dominikana - raj na ziemi

Dominikana – raj na Ziemi. Tak można powiedzieć o tym kraju. Oczywiście mówimy w kontekście wypoczynku, miejsca na urlop, ponieważ dla samych mieszkańców ich państwo zdecydowanie nie jest rajem. Na początku wspomnę kilka słów o Dominikanie. Kraj jest ponad sześciokrotnie mniejszy niż Polska (powierzchnia, to zaledwie 48.000 km2 – tyle, co trzy polskie województwa), ale odległości, które będziemy pokonywać do ciekawych i godnych uwagi miejsc, niestety są podobne. Dlaczego? Ponieważ, gdy spojrzymy na mapę, szybko zauważymy, że wyspa, na której znajduje się Dominikana, jest długa i dość wąska. Chcąc dotrzeć na drugi koniec państwa, będziemy musieli przejechać ponad 330 km. Jeśli spojrzymy na mapę konturową Dominikany, zobaczymy, że jest długa na około 350 km, a szeroka na: w części turystycznej, ok. 70 km, w dużej części wyspy, ok. 150 km, a w najszerszym miejscu, ok. 200 km. Przytoczone dane powinny nam uświadomić, że będziemy musieli trochę więcej pojeździć samochodem, jeśli chcemy przeżyć coś więcej. Najważniejsze, że Dominikanę możemy uznać za bezpieczny kraj, w przypadku, gdy jeździmy do znanych miejsc. Ludzie są niezwykle przyjaźni. Nie poleca się natomiast eksplorować nieznanych terenów. Między innymi, ze względów bezpieczeństwa i panującego klimatu warto wybrać Dominikanę, jako miejsce naszych wakacji. Mieszkańcy tego państwa wiedzą, że nie są rdzennymi mieszkańcami wyspy, ponieważ już dawno ich nie ma… Jedynymi rodowitymi mieszkańcami byli Tainowie – miejscowi Indianie. Za czasów Krzysztofa Kolumba i dalszych okresów wielkich wypraw na nieznane ziemie, wspomniani Indianie szybko zostali wytępieni w nierównych walkach, gdzie Hiszpanie strzelali do nich z broni palnej. Tainowie posiadali tylko łuki do polowań. Innego typu broni nie mieli w ogóle, ponieważ byli usposobieni pokojowo. Nie planowali z nikim walczyć, stąd stali się bardzo łatwym ludem do wytępienia.

Za czasów Kolumba odkryto trochę złota i po raz pierwszy przywieziono na te ziemie… kokosy. Od teraz, podziwiając palmy kokosowe, będziemy wiedzieli, że oryginalnie nie występowały na Dominikanie. Przyjęły się bardzo szybko, za sprawą idealnego dla nich klimatu. Można powiedzieć, że Dominikańczycy nie mają swojej tożsamości związanej z ich ziemią. Cały naród, tworzący społeczeństwo Dominikany, wywodzi się z ludzi, którzy podbijali te ziemie w XVI wieku, oraz z niewolników sprowadzanych do prac fizycznych z Afryki – szczególnie do wydobywania złota, na które „zachorowali” Hiszpanie. Dzisiaj Dominikanę zamieszkuje 10,4mln ludzi i można zobaczyć aż siedem kolorów skóry. Typowo czarni, stanowią 11% społeczeństwa, biali tylko 16%, a mieszani aż 73%. Co ciekawe, jeszcze do niedawna kolor skóry wpisywany był w dowód osobisty i każdy odcień miał swoją określoną nazwę. Jeśli będziecie na Dominikanie, z pewnością traficie na sklepik dla turystów, gdzie znajdziemy białą lalkę bez twarzy w białej sukience. Kiedy obrócimy ją do góry nogami, pod ubraniem będzie druga lalka w sukience w barwach narodowych Dominikany. Pamiątka oznacza, że Dominikańczycy nie mają własnej tożsamości, ponieważ wywodzą się od ludów podbijających tutejsze ziemie, oraz z niewolników. Najciekawszy jest fakt, że przyznają się do braku tożsamości i nie widać u nich zjawiska nacjonalizmu, czy dumy narodowej. Z drugiej strony, sami Dominikańczycy w dość dużej mierze są rasistami i z siedmiu kolorów skóry, nie lubią tej najbardziej czarnej. Nawet za czasów, kiedy kolor był wpisywany w dowód osobisty, nikt nie chciał mieć w dokumencie "wbitego" koloru czarnego, ponieważ jest on zarezerwowany tylko i wyłącznie dla Haitańczyków.

Kiedy popatrzymy na Haiti sąsiadujące z Dominikaną, musimy wiedzieć, że jeśli w Polsce utarło się powiedzenie „pomiędzy jednym, a drugim jest przepaść”, tak tam, kiedy porównują Dominikanę i Haiti, mawia się, że „pomiędzy jednym, a drugim państwem jest cała galaktyka”. Mówi się tak, żeby zobrazować, jak niewyobrażalna różnica panuje pomiędzy Dominikaną, a Haiti. Ciekawostką jest fakt, że cała wyspa nazywa się Haiti, ale 2/3 powierzchni zajmuje Dominikana. Haiti od setek lat nazywane jest przeklętą ziemią, dlatego, że rodowici Indianie już za czasów Kolumba wiedzieli, że nie wolno tam mieszkać z powodu ciągłych huraganów lub trzęsień ziemi. Oba naturalne, niszczycielskie zjawiska, występują na Haiti do dziś. Media w Polsce rozpowszechniają nie do końca prawdziwą informację o tym, że w rejonie Ameryki Środkowej, huragany dość często nawiedzają Karaiby. Mamy część prawdy. Kiedy porozmawiamy z Polakami i miejscowymi na Dominikanie, dowiemy się, że huragany są zapowiadane z dużym wyprzedzeniem, ale bardzo rzadko zdarzają się na Dominikanie takie, które znamy z różnego programów informacyjnych, lub z filmów katastroficznych. Na Haiti panują o wiele gorsze warunki, ponieważ przez ich ziemie, znacznie częściej przetaczają się niszczycielskie zjawiska. Dlaczego do dziś pozostała tak wielka przepaść pomiędzy oboma krajami? W głównej mierze ktoś odpowiednio wykorzystał sytuację. Rząd Dominikany szybko zauważył, że głównie utrzymuje się z turystyki, więc zainwestował w ciągu lat 2007-2017 w 1500 km autostrad, porty lotnicze i całą infrastrukturę hotelową oraz turystyczną. Dzięki przemyślanym planom, Dominikana co roku przyciąga do siebie miliony turystów. Na rok 2018 przewidywało się, że przyjedzie 15 mln turystów, a samo lotnisko w Punta Cana obsłuży blisko 8 mln pasażerów, dlatego obiekt został rozbudowany o kolejny terminal. W kolejnych latach, liczba turystów średnio wzrastała o 1 mln na rok. Rząd poszedł po rozum do głowy, dobrych paręnaście lat temu stwierdzając: skoro mamy piękne, rajskie ziemie, to zarabiajmy na nich. Aktualnie możemy podziwiać wspaniałą rewolucję. To wszystko dzieje się naprawdę i faktycznie państwo mocno działa pod kątem turystyki. Nikomu na rękę nie będą więc rozruchy, protesty, czy niepokoje społeczne. Przy okazji, firmy budowlane mają ogrom pracy, ponieważ ciągle powstają nowe hotele i drogi. Haiti z kolei, po przejściu wielkiego trzęsienia ziemi w 2010 r., aż do dziś nie podniosło się z tragedii. Na wiele miesięcy dominację nad obywatelami przejęły gangi. Nieustannie panuje tam bieda, wielki głód i horror. 80% społeczeństwa żyje w skrajnej biedzie, w tym 70% pracuje w rolnictwie, używając dokładnie takich samych metod, jak 400 lat temu... W międzyczasie, kraj nawiedziły kolejne trzęsienia ziemi, huragany i epidemia cholery. Władze innych państw widzą wielki potencjał Haiti, ponieważ mają bardzo dobre ziemie, ale brakuje nowoczesnego rolnictwa, oraz mają rajskie zakątki, do których mogliby zjeżdżać turyści z całego świata – tyle tylko, że z wielu przyczyn, rząd nie kwapi się do przeprowadzania reform. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Polski odradza wyjazd na Haiti, ponieważ nikt nie zapewni nam bezpieczeństwa. Państwo zostało całkowicie rozbite i nic nie wskazuje, żeby coś mogło się zmienić w ciągu najbliższych lat… Kiedy zapytamy miejscowych lub polskich przewodników o granicę państwową pomiędzy Haiti, a Dominikaną, dowiemy się, że na Haiti straż graniczna praktycznie nie istnieje. Rząd Dominikany, wzmocnił swoje patrole i straż, aby bardzo dobrze pilnować swoich granic. Dzięki umocnionym służbom, nie powstaje zjawisko niekontrolowanej migracji i rozprzestrzeniania się gangów z Haiti.

Z innych ciekawostek trzeba dodać, że na Dominikanie mieszka aż… 4 mln uchodźców z Haiti. Pewnie zaraz pomyślisz: „jak więc Dominikana może być bezpieczna, skoro jest tyle uchodźców?”. Szybko zauważysz, jak media w europejskiej kulturze „wbiły” nam do umysłu myślenie, że każdy uchodźca jest zły, chce się wysadzić, i odebrać ci miejsce pracy. Na Dominikanie, słowo "uchodźca" przywołuje inne skojarzenia. Uchodźcy z Haiti są faktycznie ludźmi, którzy uciekli z powodu biedy i głodu ze swojego państwa. Co najważniejsze, Haitańczycy nie panoszą się „bezpańsko” i bez celu na ulicach miast Dominikany, ale raczej każdy, kto tylko może „chwyta się” pracy. Dzięki temu, na pierwszy rzut oka nawet nie rozpoznasz, kto jest uchodźcą. Dopiero zgłębiając historię Dominikany i jej współczesne realia, dowiemy się nieco więcej. Na Dominikanie Haitańczycy są zatrudniani do prac fizycznych w rolnictwie, ale nie czują się wykorzystywani. Sami uchodźcy mówią, że są zadowoleni, ponieważ prowadzą o „galaktykę” lepsze życie, niż w swoim kraju. Przede wszystkim, mogą spokojnie i normalnie żyć. Nawet, kiedy będziesz wypoczywać w wybranym przez siebie hotelu, zauważysz, że czarnoskórzy przycinają drzewka w ogrodach, koszą trawę, itp. Podobne, mniej znaczące zajęcia wykonują Haitańczycy. Uczestnicząc w jednej z wycieczek, będziesz miał okazję zobaczyć wielkie pola trzciny cukrowej. Całą pracę na polach wykonują Haitańczycy. Dominikańscy rolnicy nie są tak bogaci, jak Europejczycy, stąd nie stać ich na kupno kombajnu do zbioru trzciny. Uważają, że cała „armia” Haitańczyków jest tańsza niż jedna maszyna, a wykonają tą samą pracę. Kiedy przyjrzymy się jeszcze bliżej ich pracy, zauważymy, że trzcinę wycinają ręcznie maczetami, dokładnie tak samo, jak 400 lat temu… Rolnictwo nie przechodzi jakichkolwiek reform od czasów kolonialnych… Z pewnością dostrzeżemy, że Dominikana to dziwny kraj...

Jacy są ludzie na Dominikanie? Na co zwrócić uwagę?
Na początku muszę dodać, że wjeżdżając na teren Dominikany, samo przestawienie się na tryb „wakacyjny” może być niewystarczające… Europejczyk z natury jest zaganiany, lubi ponarzekać, patrzy pobieżnie na wiele spraw, jest zapracowany, w wielu rejonach najzwyczajniej brakuje mu słońca, a uśmiech zobaczymy okazjonalnie. Oczywiście nie wszyscy tak mają, ale z pewnością u wielu ludzi zauważymy podobne cechy. Za to bardzo cenimy punktualność. Przyjeżdżając na Dominikanę, szybko zauważymy zderzenie dwóch kultur: europejskiej i dominikańskiej, lub raczej karaibskiej, jeśli spojrzymy na sprawę szerzej. Mieszkańcy Dominikany są przede wszystkim uśmiechnięci każdego dnia, „naładowani” wakacyjnym słońcem przez cały rok i mają luźne podejście do życia. U większości z nich nie występuje słowo „stres”. Takie podejście do życia powoduje, że Dominikana jest ewenementem na skalę światową, ponieważ obywatele nie chorują na nowotwory… Tylko czasem słychać o pojedynczych przypadkach. Kiedy ktoś zapyta cię: „jak się czujesz?”, albo „jak leci?”, a ty odpowiesz: „normalnie”, „OK.”, lub „w porządku”, to zaraz zapytają „co się stało?”. Dla nich europejskie "w porządku" to zdecydowanie za mało! Sam przekonałem się, że jeśli chodzi o komfort psychiczny i podejście do życia, to niestety pomiędzy Europą, a Dominikaną, jest „galaktyka” lub co najmniej „przepaść”. Z karaibskim podejściem do życia, niestety wiąże się jedna niedogodność, którą sobie bardzo cenimy: punktualność. Oni zawsze mają czas, a my nie. Dlatego, jeśli umówiony bus wyjeżdżający z lotniska lub na wykupioną wycieczkę spóźni się o 10 min – nie panikujmy. Oni mają czas. Kiedy będziemy spacerować na terenie hotelu, dostrzeżemy, że nawet pokojówki, sprzątaczki, czy kelnerzy, którzy przecież mają ogrom pracy, są uśmiechnięci, nucą coś pod nosem, tańczą i sami cię zarażają podobnymi zachowaniami. Co ciekawe, oni wykonają swoją pracę i my wykonujemy swoją pracę, ale my jesteśmy zestresowani, a oni nie. Jeśli czujesz się zestresowany i chcesz „zresetować się na maxa”, to Dominikana jest właśnie dla ciebie! Miejscową ludność wyróżnia jeszcze jedna, ciekawa cecha. Nie przejmują się tym, co ludzie o nich mówią. Żyją po swojemu i nie próbują być kimś, kim nie są. Nie trudno będzie zauważyć, jak do jedynego sklepu we wiosce, jedni podjadą samochodem, drudzy pójdą pieszą, a inni przyjadą wierzchem na koniu. Są też tacy, co nie zsiądą z konia, zrobią zakupy i zapalą papierosa… Musimy nastawić się na skrajności wpadające w skrajność. Jeśli posiadasz jakieś kompleksy związane z twoim wyglądem, osobowością, czy wstydzisz się swojego pochodzenia lub religii, na Dominikanie na pewno szybko o nich zapomnisz, ponieważ ludzie są bardzo pozytywni, zarażają uśmiechem i mają odpowiednie nastawienie. Będąc na miejscu, już po dwóch dniach pobytu zapomniałem o stresie, znowu poczułem totalny luz i mogłem być uśmiechnięty na każdym kroku. Na Dominikanie uśmiech staje się twoim stylem życia.

Bezpieczeństwo na Dominikanie, przyzwyczajenia miejscowych
O bezpieczeństwie można powiedzieć bardzo krótko: jest bezpiecznie, ale nie wszędzie. Ogólnie wyróżnia się część turystyczną Dominikany i resztę państwa. Część turystyczna, to cały wschodni fragment wyspy, głównie ze słynnymi plażami w Punta Cana i Bavaro, na południowym wschodzie –wyspa Saona, i na północnym wschodzie – miejscowość Samana, gdzie głównym celem jest wodospad Salto El Limon. Na południu możemy zwiedzić stolicę Santo Domingo. Omówiona połowa wyspy ma opinię bezpiecznej. Drugą część poznają tylko nieliczni (środek państwa i pas graniczny z Haiti). Brakuje infrastruktury turystycznej. Nie zobaczymy tam dobrych dróg, ani hoteli. W nieznane rejony raczej zapuszczają się globtroterzy, którzy mają wiedzę, dużo czasu i samochód. Polskie władze nie zalecają zwiedzania nieturystycznych miejscowości w pobliżu Haiti. Myślę, że nie ma potrzeby wchodzić na obcy, niezbadany teren. Nad bezpieczeństwem Dominikany czuwają powołane do tego służby porządkowe. Mają na względzie fakt, że ich państwo utrzymuje się z turystyki, więc musi być ono bezpiecznie dla obcokrajowców. Z tego względu, znane punkty na mapie, takie jak: Punta Cana, Bavaro, Saona, czy Samana, to miejsca, gdzie nie musimy myśleć o bezpieczeństwie. Druga część kraju (środek państwa i pas graniczny z Haiti) często jest pomijana w przewodnikach, ponieważ nie znajdziemy tam ciekawych atrakcji turystycznych. Dominikańczycy mają bardzo dobre podejście do obcokrajowców i turystów – bardzo sobie ich cenią. Dzięki nim mają zarobek i pracę. Zdarzają się jednak drobne kradzieże na szlakach, gdzie przejeżdżamy przez lokalne wioski, a nie są one miejscami na naszej mapie atrakcji. Jadąc w otwartej ciężarówce lub samochodzie, przewodnik zaleca, aby nie trzymać daleko wysuniętych na kijku kamer poza pojazd, ponieważ zdarza się, że miejscowi złapią taki sprzęt "w locie". Pomimo, że przejeżdżaliśmy przez podobne wioski, gdzie widzieliśmy mnóstwo ludzi, to wszyscy byli uśmiechnięci oraz w imprezowym nastroju. Czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Nawet, kiedy wstąpiliśmy do lokalnego sklepu, w jednej z lokalnych wiosek, który wyglądał jak slams, gdzie obok budynku stały dziesiątki motocykli, wyglądające, jak należące do miejscowego gangu, to nigdzie nie czuliśmy obaw i niepokoju o własne bezpieczeństwo. Miejscowi śpiewali na ulicy, inni próbowali zaparkować samochód, a jeszcze inni jechali konno. Na Dominikanie musimy przestawić swoje myślenie i zapomnieć o europejskich przyzwyczajeniach. Po prostu nie mają one racji bytu. Nic nimi nie osiągniemy. Musimy mentalnie stać się Dominikańczykami, żeby poruszać się po ich państwie.

Teraz przyszedł czas na kwestie związane z poruszaniem się po drogach. W części turystycznej, od kilku lat mamy do dyspozycji naprawdę dobrej jakości autostrady z pełnymi oznaczeniami, odblaskami na całej długości pasów i z sygnalizacjami z zegarami, informującymi o długości trwania zielonego i czerwonego światła. Poboczne drogi są bardzo dziurawe i sprawiają wrażenie zapomnianych. Jeśli chcemy dotrzeć do znanych atrakcji turystycznych, wiedz, że na pewno dojedziesz do nich bezpiecznie i komfortowo.

 
 
Plaża w Punta Cana

Styl jazdy na Dominikanie
Dobrze, że na wycieczkach kierowcami są Dominikańczycy, ponieważ przepisy ruchu drogowego, to w większości przypadków fikcja. Można wyprzedzać na podwójnej ciągłej, dawać w rurę ile wejdzie, czy jechać na całej długości trasy na długich światłach. Zasada jest prosta: większy ma pierwszeństwo. Na skrzyżowaniach ludzie przestrzegają kolorów świateł, a na mniejszych, bez sygnalizacji, nie wymusza się pierwszeństwa. Korzystając z dróg lub autostrad, szybko zauważymy, że kierowcy jeżdżą na długich światłach nawet, gdy panuje duży ruch. U nich "długie" są normalnymi światłami. Druga sprawa, że miejscowi lubią naprawdę dobrze widzieć po czym jadą, dlatego na samochodach zobaczymy dodatkowe, potężne, diodowe reflektory (co najmniej zbudowane z diod CREE SC5), przez co jesteśmy oślepiani. Widząc ich oświetlenie, będziemy mieć wrażenie, że lampy smażą muchy w locie i można zajrzeć do wnętrza drugiego samochodu przez blachy… No cóż – tego nie przeskoczymy. Musimy mieć dobry wzrok, a najlepiej oczy przyzwyczajone do spawania… Jeśli zdecydujesz się na wypożyczenie samochodu, popatrz kilka razy na w pełni oświetloną lampę chirurgiczną. Właśnie tak będziesz czuł się na dominikańskich autostradach... Policja zatrzymuje jedynie za brak zapiętych pasów i za rozmowy przez telefon podczas prowadzenia pojazdu. Na całej długości autostrad i dróg nie zobaczymy latarni ulicznych – stąd być może wynika zamiłowanie do bardzo dobrych źródeł światła. Pomimo braku oświetlenia dróg, pasy są bardzo dobrze widoczne, ponieważ na całej ich długości dodatkowo zamontowano odblaski, które odbijają światło z dużej odległości. W Polsce, ze względu na zimy, podobne środki bezpieczeństwa mogłyby być niebezpieczne, ponieważ podczas oblodzenia, lub przy opadach śniegu, najechanie na odstający odblask, mogłoby skończyć się wpadnięciem w poślizg.

Faceci z bronią i ignorowanie praw fizyki…
Dojeżdżając na stację benzynową z pewnością zauważymy jednego gościa z bronią przy dystrybutorze. Zazwyczaj będzie miał dużą strzelbę lub większy, dobrze widoczny pistolet. Nie musimy się niczego obawiać. Chociaż broń jest jak najbardziej prawdziwa i naładowana, to wspomniana osoba pełni funkcję odstraszacza złodziei. Miejscowi bardzo nie lubią kradzieży, dlatego wszyscy wiedzą, że jeśli chcesz coś ukraść, to możesz już nie wrócić żywy do samochodu. Tam nie oddaje się strzału w powietrze, ani nie ściga złodzieja. Po prostu strzela się do niego bez namysłu. Przewodnicy mieszkający na stałe na Dominikanie, nie wspominają o żadnym przypadku, żeby ktoś próbował ci coś podłożyć, a później krzyczał „złodziej”. Jak już wcześniej powiedziałem, ludzie żyją swoim, a nie czyimś życiem. Widząc uzbrojonego faceta na stacji, nie mamy powodów do strachu. Dzięki osobie ze strzelbą jest bezpiecznie, ponieważ nikt nie odważy się zrobić czegoś głupiego. Jadąc lokalnymi ulicami, zobaczymy, że wszędzie występują podwójne zwalniacze. Dominikańczycy lubią szybko jeździć. Piractwo drogowe mają we krwi, dlatego ich jazda często kończyła się w rowie lub na drzewie. Kiedy ktoś zginął w wyniku brawurowej jazdy, inni mawiali: „Bóg tak chciał”. Nikt nie wspominał o prawach fizyki, ani o sile odśrodkowej, która powoduje, że przy zbyt dużej prędkości, wyrzuci nas do rowu na łuku lub zakręcie… My wiemy, że nie Bóg tak chciał, ale po prostu wypadki najczęściej są efektem ignorowania praw fizyki lub przepisów ruchu drogowego. Kiedy pojedziesz na wycieczkę, zobaczysz przez ile podobnych zwalniaczy będziesz musiał przejechać. Jazda staje się bardzo uciążliwa. Przewodnicy pamiętają czasy, kiedy powstawały pierwsze autostrady. Organizowanie wycieczek było dla nich niezwykle męczące z powodu jazdy przez dziesiątki podwójnych zwalniaczy. Autostrady zrewolucjonizowały wyprawy i dojazdy do atrakcji turystycznych.

Taksówki na Dominikanie
W większych miejscowościach i we wioskach z pewnością zobaczymy mnóstwo osób jeżdżących na motocyklach i popularnych "piździkach". Dla miejscowych, to najlepszy środek transportu, ponieważ przez cały rok trwa lato. Maszyny nie trzeba chować na dłużej do garażu z powodu zakończenia sezonu, ponieważ nie ma on końca... Z tego względu, taksówki, znane jako samochód z podświetlonym napisem „TAXI”, znajdziemy tylko w naprawdę dużych miejscowościach. We wioskach i innych miastach, zazwyczaj spotkamy tylko grupę od pięciu do piętnastu mężczyzn, siedzących najczęściej pod sklepem, a obok nich będą stały niewielkie motocykle, ustawione w kilka rzędów. Na pierwszy rzut oka możesz pomyśleć o lokalnym gangu, ale to błędne skojarzenie. Grupy mężczyzn z motocyklami są właśnie poszukiwanymi taksówkarzami. Usługi transportowe realizuje się najczęściej motocyklem z powodów ekonomicznych i z powodu klimatu. Na Dominikanie działa znana firma Uber, gdzie możemy zamówić kurs taksówką, ale przyjedzie po nas motocykl. Ich rzeczywistość jest inna od naszej... Jeśli zobaczymy większe skupisko ludzi i motocyklów przy sklepie, nie mamy powodów do obaw. Za przejechanie około 3-4 km biorą 2-3 dolary amerykańskie. Pamiętajmy, że po ulicach jeżdżą samochody z potężnymi reflektorami, stare, wysłużone auta, otwarte ciężarówki, dużo motocykli i... ludzie na koniach. Na Dominikanie uznaje się każdy środek transportu.

Życie we wioskach na Dominikanie
Przejeżdżając przez wioski, bardzo szybko dostrzeżemy, że społeczeństwo jest bardzo biedne i żyje bardzo skromnie. Ich domy zbudowane są zazwyczaj z dykty, desek lub z falistej blachy. Zaglądając do środka chat, nie zobaczymy w nich zbyt wiele... Wewnątrz znajduje się zwykle drewniany stół taki, jaki mieliśmy w latach 1950-1960, trochę garnków i niewielka kuchenka, a wody bieżącej dość często brak. Wodę pitną do wiosek przywozi się beczkowozem. Jeśli ktoś ma kran, to wiedzmy, że domownicy używają odsalanej wody morskiej. Można wykorzystywać ją tylko i wyłącznie do mycia naczyń lub rąk. Pomimo biedy, na Dominikanie nie występują choroby tropikalne (zdarzają się pojedyncze przypadki, ale poza miejscowościami turystycznymi). Nie ma więc powodów do obaw. Dominikana zaskakuje nas pod kolejnym względem – higiena stoi na dość niskim poziomie, mało kto choruje, a o nowotworach słyszy się tylko z opowieści… Na dodatek mają wieczne lato. O statusie społecznym i zamożności danej rodziny informują… kraty w oknach lub przy werandzie. Prawie każdy dom na wsi ma wstawione kraty. Czym bardziej zdobione i wykonane z lepszego materiału, tym bardziej majętny jest mieszkaniec tego domu. Muszę dodać, że pomimo panującej biedy, domy są bardzo rodzinne i pełne miłości, a dookoła możemy podziwiać piękne ogrody, które kwitną nawet w styczniu. Roślinność Dominikany jest inna niż w Europie, dlatego nas zachwyca. W zimowych miesiącach kwitnie całe mnóstwo kwiatów. W trakcie wycieczki trzeba uważać, żeby przejeżdżając samochodem, nie wystawiać smartfonów lub aparatów za okno, ponieważ przy zbyt wolnej jeździe przez nieznaną miejscowość, ktoś może próbować wyrwać ci szybko sprzęt z ręki. Kiedy idziesz pieszo przez wioskę, podobne rzeczy się nie zdarzają. Może sobie myślą: jeśli ktoś jedzie samochodem, to przejedzie i na pewno się nie zatrzyma. Kiedy spojrzymy na motocykle, od razu dostrzeżemy, że miejscowi mają wielkie zamiłowanie do muzyki. Na kierownicy obowiązkowo są zamontowane lub wbudowane wielkie głośniki. Muzyka wręcz płynie na ulicach. Jadąc wycieczkową, otwartą ciężarówką, zobaczymy, że głośnik musi być naprawdę wielki… a muzykę musi słyszeć przynajmniej duża część wsi. Mieszkańcy Dominikany lubią rum, dlatego pije go każdy, kogo na niego stać. Szczególnie popularny jest na motorówkach i szybkich łodziach motorowych. W programie każdej wycieczki, z wykorzystaniem jakiejkolwiek łodzi, jest picie rumu i wznoszenie toastu.

Palenie papierosów na Dominikanie. lotnisko i lokalne restauracje
Najbardziej zszokowała mnie możliwość palenia papierosów w miejscach publicznych. Na Dominikanie pali tylko niewielka część społeczeństwa, ale można powiedzieć, że pod tym względem mają raj. Nawet – i tu uwaga – na lotnisku, w budynku można palić papierosy! Nie we wszystkich częściach, ale wyznaczono do tego specjalne miejsca. Nie są one nawet zabudowane i wentylowane. Po prostu wygląda to tak, jakby na lotnisku w Warszawie ktoś powiedział: na terminalu A, na samym środku, można palić. Ustawiono nawet popielniczki. Ponownie mogłem zauważyć mocne zderzenie kultur: europejskiej i karaibskiej. W lokalnej restauracji grupa z polskiej wycieczki chciała zapalić, więc nauczeni zakazami z Europy, wyszła na zewnątrz budynku i zaczęła palić na chodniku. Wtedy dodałem: po co wyszliście na zewnątrz, jak i tak tutaj nie ma ścian? Wówczas wszyscy wybuchli śmiechem, ponieważ pewne przyzwyczajenia dosłownie w nas tkwiły, które okazały się na miejscu sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Nikt nie pomyślał, że nie ma ścian, a dach jest co najmniej siedem metrów nad głową… Z jednej strony, zachowanie dobrze świadczyło o grupie, ponieważ uszanowali ewentualny zakaz palenia, a z drugiej strony, na każdym stoliku, klienci mieli do dyspozycji popielniczkę. Wiejskie restauracje nie są okazałymi budowlami. Raczej szybko dostrzeżemy, że zazwyczaj są to proste konstrukcje, pomalowane, jakby najtańszą farbą i na dodatek jedną warstwą, gdzie zza bieli przebija ciemnoszary beton, a sprzęt jest naprawdę podstawowy i często wysłużony. Jedynie lodówki muszą być na światowym poziomie, bo kto nie napije się lodowatej Coca-Coli, albo piwa w środku lata? Ich chłodziarki nie są ustawione na +3-4’C, jak nasze, ale najbliżej temperatury 0’C. Wszystkie napoje muszą być na granicy zamarzania, ponieważ temperatury powietrza są dość wysokie, a słońce bardzo parzy. W kilka minut każdy napój staje się zbyt ciepły... Dach lokalu gastronomicznego najczęściej zbudowany jest ze strzechy. Na drewnianą konstrukcję miejscowi nakładają zaplecione z liści palmowych żebra. Na nie kładą kolejne warstwy liści, węższą stroną ku dołowi. Przemyślany sposób zaplatania i układania kolejnych warstw chroni wnętrze nawet przed tropikalnym deszczem, gdzie w ciągu 10 min spada tyle wody, co w Polsce przez miesiąc. Do środka nie przedostaje się ani jedna kropelka. Największy szok przeżyjecie na lotnisku w Punta Cana, które dotychczas obsługiwało rocznie ponad 7 mln turystów. Obiekt w środku jest nowoczesny. Nie odstaje niczym od lotnisk znanych ze świata, a jednak dach w całości wykonano... z tych samych liści palmowych… Skoro jakiś inżynier zadecydował o użyciu powszechnie używanego materiału, to znaczy, że naprawdę musi być niezawodny i odporny na obfite opady deszczu. Od samego początku poczujesz egzotyczny klimat! Największy kontrast zobaczymy w czasie oczekiwania na bagaż. Taśmociągi pracują, są nowoczesne tablice informacyjne, ekrany, monitory, elektronika, a z drugiej strony widzisz dach ze strzechy i... nie ma ścian… Już od samego lotniska poczujesz, że jesteś w jednym z najpiękniejszych krajów. Dlaczego w wielu budynkach nie ma ścian? Odpowiedź jest prosta: z powodu klimatu nie są potrzebne. Najniższa temperatura w ciągu roku wynosi +21-22’C, tyle że w nocy. Za dnia mamy jeszcze cieplej. Dla mieszkańców Dominikany +20'C, to prawdziwy mróz… O klimacie i pogodzie opowiem nieco poniżej.

Rzeczy, o których trzeba wiedzieć
Na Dominikanie trzeba uważać na kilka rzeczy, ale nie są one uciążliwe, ponieważ wszystko zależy od nas, czy damy się zmanipulować. Na plaży nietrudno kupić narkotyki i to wszelkiego rodzaju. Wystarczy, że ich zapragniesz, a dilerzy cię odnajdą (najczęściej w sidła wpadają Amerykanie, dla których Dominikana jest popularna, jak Grecja dla Polaków). Sprzedadzą ci każdą ilość, ale później zadzwonią na policję i poinformują, że posiadasz narkotyki. Wówczas przyjeżdżają funkcjonariusze i masz do wyboru: albo 10 lat w więzieniu za narkotyki, albo idziemy do bankomatu i opróżniamy konto. Połowa pieniędzy trafia do policji, a połowa do dilera. Między nimi panuje układ. Przewodnicy nawet mawiają: "jeśli chcesz kupić narkotyki, to nie masz szans, ponieważ musisz mieć zaufanego dostawcę". Zdecydowanie nie zachęcam do zażywania narkotyków, dlatego ostrzegam przed niepotrzebnymi sytuacjami. Pamiętajmy, że dilerzy nie proponują używek „zwykłym” turystom, tylko tym, którzy ich naprawdę szukają. Inna sprawa, to oferowanie wycieczek na plaży. Zdecydowanie odradzam zakup wszelkich wycieczek u tak zwanych „sprzedawców plażowych”. Niektóre się odbywają, a niektóre nie, i co najważniejsze – nie są ubezpieczone. Nie można odzyskać pieniędzy, gdyby wycieczka nie doszła do skutku. Warto więc rezerwować wycieczki tylko na cztery, sprawdzone sposoby: u swojego przedstawiciela biura podróży, w hotelu (hotele organizują własne wycieczki), w miejscowych biurach turystyki (znajdziemy je tylko w większych i popularnych miejscowościach), albo przez strony internetowe, gdzie mamy wgląd do pełnych danych firmy takich, jak: nazwa, imiona i nazwiska osób w zarządzie, pełny adres, numer REGON i kapitał zakładowy. Każda szanująca się firma nie będzie ukrywać podobnych informacji, więc tutaj nie mamy żadnych powodów do obaw. Niezależnie którą opcję wybierzemy, organizatorzy przyjadą po nas do hotelu, zorganizują naprawdę dobrą wycieczkę i odwiozą na miejsce, a cały wyjazd będzie w pełni ubezpieczony. Na Dominikanę warto zabrać ze sobą dużo cukierków – najlepiej takich pakowanych w mniejsze paczki. Z powodu biedy, na pewno spotkamy się z dziećmi, które będą chciały coś od nas wyżebrać. Nie są przy tym nachalne i uciążliwe, a kiedy je zobaczycie, z pewnością sami od siebie będziecie chcieli coś im wręczyć. Dzieci bardzo się cieszą, gdy coś dostaną, dosłownie, jakby otrzymały wszystko. Naprawdę niewiele im trzeba. Jedno ze spotkanych dzieci na wycieczce, urwało nieznany nam owoc, który kształtem i wielkością przypominał śliwkę, wyglądał jak rzodkiewka, smakował bardzo delikatnie, a przy tym był bardzo soczysty. Młodzi chcą pokazać ci coś nieznanego. Nie bałem się chorób, ponieważ owoce codziennie mył bardzo ulewny, tropikalny deszcz. Mimo wszystko, uważam, że warto chociażby przetrzeć każdy owoc, który chcemy zjeść w terenie, w szczególności, gdy nie ma opadów. Zachorowania na tropikalne przypadłości na Dominikanie są rzadkie, ale dla naszego bezpieczeństwa, w nieznanym miejscu, warto zadbać o higienę, np. o umycie rąk i owoców w miarę możliwości.

Pogoda i klimat na Dominikanie w styczniu, w zimie i w lecie (według europejskich pór roku), temperatury powietrza oraz temperatury Morza Karaibskiego oraz Oceanu Atlantyckiego. Kiedy jechać na Dominikanę?
Wybierając kierunek Dominikana, mamy największy komfort, ponieważ możemy wybierać wszystkie z 365 dni w roku i na pewno trafimy na dobrą pogodę. Mimo wszystko, muszę coś podpowiedzieć o okresach, które wyróżniają się na Dominikanie. Wówczas łatwiej będzie podjąć dobrą decyzję. Temperatury przez cały rok są bardzo przyjazne i typowo letnie, wakacyjne. Najzimniejszy jest styczeń, gdzie w ciągu dnia mamy od +25 do +29’C, a w środku lata – +32 do +33’C. Jak widać, różnice nie są wielkie, dlatego każdy okres pasuje na egzotyczny wypoczynek. Szczególnie musimy pamiętać, że „polskie” +25’C, a dominikańskie +25’C, to dwie różne sprawy. Dlaczego? Mamy zupełnie inną wilgotność powietrza. W Polsce zazwyczaj oddychamy suchym powietrzem i jeśli termometr wskazuje +25’C, to czujemy temperaturę w okolicach +25’C, a słońce przyjemnie grzeje. Na Dominikanie panuje bardzo wysoka wilgotność, dlatego czujemy, jakby panował upał +30’C, a słońce wręcz „pali”. Gdybyśmy zdecydowali się na aktywność fizyczną typu bieganie, gimnastyka lub chodzenie po górach, szybko zauważymy, że nasze płuca nie są przystosowane do zbyt dużej wilgotności. Bardzo szybko poczujemy zmęczenie. Przez większą część życia w Europe, nasze płuca są przyzwyczajone do ciągłego nawilżania suchego powietrza. W lecie temperatury osiągają jednakowy poziom: +32-33’C, z przewagą +32’C. Wilgotność powietrza powoduje, że temperatura odczuwalna wynosi od +43’C do +46’C. Nie trudno się domyślić – taki upał jest uciążliwy. Kiedy poznawałem Dominikanę w styczniu, czułem, jak w ciągu godziny słonce „spaliło” mnie do czerwoności. Jak mocno musi przypiekać w lecie… Wychodząc na przykład z lotniska lub z pokoju hotelowego, zawsze czujemy buchnięcie ciepłego i bardzo wilgotnego powietrza. Panujące warunki możemy wykorzystać do pływania na basenie, w morzu, czy w oceanie. Patrząc obrazowo na mapę Dominikany, można powiedzieć, że „u góry” mamy Ocean Atlantycki, a „na dole” Morze Karaibskie. Najciekawszy jest fakt, że wody są nagrzane do temperatury równej temperaturze powietrza, a często… przewyższają ją! Ktoś by pomyślał. Jak to możliwe?... Wody oceaniczne w głównej mierze podgrzewają ciepłe prądy morskie. W styczniu ocean jest nagrzany do około +24’C do +26’C, a w lecie nawet do... +36’C! Będąc w samej wodzie można się „ugotować”.



Opady i burze na Dominikanie
Zbyt ciepłe wody głównie są odpowiedzialne za powstawanie niszczycielskich huraganów, które w zdecydowanej większości omijają Dominikanę. Jeśli już wspomniałem o huraganach, to musimy wiedzieć, że mogą one powstawać od połowy maja do końca października. Statystycznie, najpotężniejsze z nich, rozbudowują się w dniach 9-17 września. Wówczas na całej Ziemi, jednocześnie może występować nawet pięć huraganów najwyższej, piątej kategorii. Każdy z nich ma średnicę około 800-1000 km. Nasz przewodnik mówił, że w roku 2017 ogłaszano alarm o nadejściu huraganu kilkanaście razy, ale nie przyszedł ani jeden. Ciągle panowało pełne lato. Większość powędrowała w stronę Haiti lub na Florydę. Pomimo tak ciepłych, a wręcz gorących wód, nie musimy obawiać się meduz, sinic, czy jeżowców, oraz innych, podobnych stworzeń. W części turystycznej można kąpać się całkowicie bezpiecznie. Do dyspozycji mamy ciągnące się kilometrami, białe, piaszczyste plaże z palmami i błękitnym oceanem lub morzem. Po prostu raj na ziemi! Na miejscu można skorzystać z wielu ofert sportów wodnych. Ciekawa na Dominikanie jest również kwestia opadów. Trzeba się nastawić, że opad może wystąpić codziennie, albo co drugi dzień. Nie wpadajmy w panikę – na Dominikanie zawsze świeci słońce! Deszcze tropikalne są intensywne, ale bardzo krótkie. Trwają zwykle 5-10 min. Deszcz można przyrównać do największych ulew w Polsce. Podobne opady na Dominikanie są normą. Tropikalna ulewa pojawia się zwykle o godzinie 19.00 i trwa 10 min. Jeśli według prognoz dzień ma być burzowy, nie spodziewajmy się raczej piorunów. Zobaczymy jedynie chwilowy, ale obfity opad, po czym znowu wyjdzie słońce. W katalogach przeczytamy, że od końca grudnia do połowy kwietnia panuje pora sucha, a od czerwca do końca listopada – pora mokra. Polacy mieszkający na Dominikanie od siedmiu do czternastu lat, mówili, że nie widać tych pór i że opady występują mniej więcej równomiernie przez cały rok. Opowiadali nam, że przez większą część grudnia nie padał w ogóle deszcz. Dodatkowo musimy wiedzieć, że w czasie naszej zimy, Dominikana jest najbardziej obleganym kierunkiem, ponieważ mieszkańcy Europy i USA, oraz z północnej części Ameryki Południowej, wyjeżdżają na wakacje do tego kraju z powodu ciepła, słońca i bezpieczeństwa. W lecie hotele mają nieco mniejsze obłożenie, ponieważ w Europie i USA panuje ciepły okres, więc turyści jeżdżą bliżej.

Długość dnia na Dominikanie
Wcześniej wspomniałem o głównych opadach, występujących zwykle po godzinie 19.00. Na wyspie o tej porze panuje już noc. Z racji położenia geograficznego, na Dominikanie nie mamy tak długich dni, jak w Europie. Najbardziej znaną lokalizacją wypoczynkową jest zdecydowanie Punta Cana. Miejsce posiada współrzędne: 18°34′54″N, 68°24′15″W. Leży 28 m n.p.m. Co oznaczają dla nas przedstawione liczby? Osiemnasty stopień szerokości geograficznej północnej, mówi nam, że Dominikana znajduje się około 550 km pod Zwrotnikiem Raka, lub dokładnie 2000 km nad równikiem. Z racji swojego położenia, Dominikana ma prawdziwie tropikalny klimat, z mniej, więcej jednakową długością dnia w ciągu roku. "Niewielka" odległość od równika powoduje, że w zimie dzień ma długość 11h 14min, a w lecie 13h 15min. Dla przykładu w Polsce, w zimie, najkrótszy dzień ma długość 8h 04min, a w lecie, nad morzem – 17h 09min. W naszym kraju, kiedy słońce zniknie pod linią horyzontu, okres półmroku trwa jeszcze 45min przy dobrej pogodzie. Na Dominikanie okres zapadającego zmroku trwa zaledwie kilkanaście minut i praktycznie "w oczach" widzimy, jak szybko robi się ciemno. Jeśli, np. w styczniu słońce wschodzi o godzinie 7.07 rano i zachodzi o 18.11 (dla przykładu w Polsce wschód: 7.31, zachód: 15.21), to ciemną noc mamy już po godzinie 18.25. Szybkość zapadania zmroku jest zależna od kąta mierzonego pomiędzy linią horyzontu, a drogą, którą pozornie „wędruje” słońce na niebie. Czym bliżej równika, tym słońce bardziej pionowo „wbija się” w ziemię, a czym dalej od niego, tym pod mniejszym kątem słońce dociera do linii horyzontu. Czym mniejszy kąt nachylenia słońca względem linii horyzontu, tym dłużej trwa zapadanie zmroku. Polska zajmuje szerokości geograficzne od 49’N do 54’ 50”N, co daje odległość 5550 km od równika w przypadku Katowic i 6085 km od równika, w przypadku wybrzeża nad Bałtykiem. Czym większy stopień szerokości geograficznej, tym wolniej zachodzi słońce. Mamy wrażenie, jakby sunęło pod niewielkim kątem pod linię horyzontu. Na Dominikanie cały proces wygląda zupełnie inaczej. Wieczorem obserwujemy, jak słońce szybko opada pionowo, prosto w ziemię, prawie pod kątem prostym. Chociaż karaibskie krajobrazy są rajskie, to polskie wschody i zachody są spektakularne, ponieważ dzień kończy się znacznie dłużej (mając na uwadze czas, który upływa od zachodu słońca do zapadnięcia całkowitej nocy). Musimy również pamiętać, że inne położenie słońca na niebie na Dominikanie powoduje, że przy +25’C czujemy, jak nas przypieka, a w Polsce, przy podobnej temperaturze, odczuwamy komfort.

Podsumowanie
Wybierając odpowiedni okres na urlop, musimy wziąć pod uwagę wyżej omówione sprawy. Jasno musimy sobie określić, na czym najbardziej nam zależy – na upałach i gorącej wodzie, czy raczej chcemy uciec od europejskiej, byle jakiej zimy. Za wypoczynek zapłacimy najwięcej w grudniu. W styczniu ceny powoli spadają. W lutym osiągają już normalny poziom. W lecie ponownie wzrastają, ponieważ w lipcu i sierpniu znaczna część ludzi na półkuli północnej, ma zaplanowane dni wolne od pracy. Grudzień jest najdroższy, ze względu na okres świąteczny i możliwość ucieczki z zimy do środka lata. Mając tak dobry klimat, gdzie sezon turystyczny trwa cały rok, Dominikana przeżywa klęskę urodzaju w branży turystycznej. Hotele działają 365 dni w roku i dlatego nie ma kiedy ich wyremontować... Zarządcy obiektów muszą zamykać poszczególne części resortów, przeprowadzać w nich remont w środku sezonu, który trwa zawsze, i liczyć straty spowodowane wyłączoną z użytku infrastrukturą. W czasie europejskiego lata, na Dominikanie, w całym kraju panują temperatury równe +32’C. Jedyne miejsce, gdzie jest cieplej, to 4-milionowa stolica – Santo Domingo. Temperatury w mieście dochodzą nawet do +38’C z powodu nagrzanych „betonów”. Przewodnicy rzadko organizują wycieczki do stolicy, ponieważ nie ma gdzie odetchnąć od ukropu. Niechętnie planują podobny wyjazd, bo wiedzą, że turyści będą znacznie bardziej umęczeni. Jednak często powtarzają: "jeśli jesteś miłośnikiem kultury i architektury, to warto zobaczyć miasto".

Hotele – czym się kierować i jaki hotel wybrać?
Podobnie, jak w każdym miejscu, które chcemy odwiedzić, na początku warto określić, co będziemy robić na Dominikanie. Jeśli cały urlop chcemy spędzić tylko i wyłącznie na plaży, lub w basenie hotelowym, to wybierzemy obiekty o wyższym standardzie, a jeśli naszym celem jest zwiedzanie państwa, to wybierzemy dobre hotele, ale o niższym standardzie. Czym zatem się kierować? Na początku warto przyjąć założenie: chcemy się opalać i trochę zwiedzać, ponieważ tak robi większość urlopowiczów. Biura podróży oferują głównie jeden kierunek – Punta Cana ze słynną plażą Bavaro, która uchodzi za najpiękniejszą na Dominikanie. Możemy znaleźć dodatkowo oferty w miejscowości Puerto Plata, ale jak przewodnicy mawiają, tam panuje druga liga turystyki. O ile hotele mogą być ciekawe, to zdecydowanie brakuje dobrej infrastruktury turystycznej. Z tego powodu, jeśli przylatujemy z Europy, czyli z bardzo daleka, warto wziąć pod uwagę coś konkretnego, gdzie poczujemy prawdziwy klimat egzotycznych wakacji. Pozostaje więc Punta Cana, gdzie wzdłuż kilkunastokilometrowych plaż hotele ciągną się bez końca, a nowe ciągle powstają. Ważne, żeby wyjazd rezerwować z wyprzedzeniem, ponieważ tylko wtedy zamkniemy się w kwotach nawet do 1300 zł/osobę niższych. Wcześniej – to znaczy kilka miesięcy przed wyjazdem. Region Punta Cana posiada własny port lotniczy. Jest zdecydowanie największy w kraju. Nawet stolica nie może pochwalić się tak dużym ruchem turystycznym. Co ciekawe, z lotniska pojedziemy tylko 15-45 min, w zależności od wybranego hotelu. W Punta Cana znajduje się najbardziej prestiżowa plaża Bavaro. Na szczęście hotele w okolicach Bavaro nie są droższe od pozostałych, więc możemy uznać, że stać nas na większość obiektów w Punta Cana. Niezależnie, który wybierzemy obiekt w Punta Cana, to na pewno będziemy mieli piękną, karaibską plażę. Białe piaski, błękit oceanu i palmowe lasy sprawiają, że poczujemy klimat prawdziwych, karaibskich wakacji. Jedynym minusem ciepłych wód, jest fakt, że rosną w nich koralowce oraz porosty, które ocean dużymi ilościami wyrzuca na brzeg. Ekipy hotelowe zbierają je nawet dwa, trzy razy dziennie, po czym grabią piasek. Na plażach znajdziemy liczne parasole z liści palmowych oraz leżaki. Na terenie hoteli infrastruktura nie jest płatna – wszystko mamy wliczone w cenę. Możemy przyjść, zająć leżaki i zacząć pływanie w oceanie...



Co oferują hotele? Jak wyglądają hotele na Dominikanie?
Punta Cana jest bardzo popularnym miejscem wypoczynkowym, dlatego nie możemy liczyć na niewielką ilość turystów. Plaże są dość szerokie, więc miejsca nie zabraknie. Nie musimy obawiać się wypoczynku podobnego do urlopu nad Bałtykiem, gdzie ludzie są upakowani jak sardynki – „jeden na drugim”. Obsługa hotelu przygotowuje duże ilości leżaków, a wzdłuż linii brzegowej spacerują urlopowicze z różnych obiektów. W grudniu i styczniu, niestety codziennie, będziemy widzieli tłumy spacerujących ludzi na plażach. Pocieszeniem niech będzie fakt, że wszędzie dookoła mamy piękne, palmowe lasy. Jeśli naszym celem jest pływanie w oceanie, to tłumy nie powinny nas zrazić. Najważniejsze, żebyśmy mieli własne miejsce na leżaku. Kiedy jednak zechcemy odpocząć w ciszy i spokoju, warto skorzystać z leżaków hotelowych przy licznych basenach. W ich okolicy jest zdecydowanie spokojniej. A jak są budowane hotele na Dominikanie? Do wyboru mamy mniejsze i całkiem ogromne resorty. Nasz hotel mógł przyjąć 7 200 gości, a jest taki, który może pomieścić 10 000 osób! Od razu możesz pomyśleć: "ale to jest moloch pełen tłumów, a hałas będzie nieakceptowalny. Jak można wypoczywać w takich warunkach!". Nic bardziej mylnego! My wybraliśmy drugi co do wielkości obiekt – czyli ten przyjmujący 7200 gości naraz. Jakie były moje odczucia? Spędzałem wakacje w spokojnym, odizolowanym miejscu. Najważniejsze, co musimy zapamiętać, to fakt, że na Dominikanie wielkich hoteli nie buduje się jak w Hiszpanii lub w Grecji. W południowoeuropejskich krajach zazwyczaj widzimy kilkunastopiętrowe wieżowce przy plaży, które mają zajmować jak najmniej miejsca, a przyjmować jak najwięcej gości. W efekcie takiego podejścia zarządzających, dostajemy klimat katowickiego wieżowca. Zapomnijmy o molochach i budynkach z windami z przesiadką. Na Dominikanie obiekty buduje się według niepisanego prawa, mówiącego, że budynek nie może być wyższy niż palma. Każdy przestrzega tego przepisu! On naprawdę działa! Nasz hotel składał się ze 102-óch domów, po 36 pokoi w każdym. Rozmieszczając 102 budynki na dużej powierzchni, w środku palmowego lasu, gdzie pomiędzy nimi znajdują się 43 restauracje, 9 recepcji, czy ponad 20 basenów, czujesz się, jak w spokojnej wiosce. Z racji dużej ilości domków należących do jednego hotelu, podzielono je na 7 osiedli, mających swoje nazwy, a meleksy kursujące co 5 min, od pory wschodzącego słońca, aż do wieczoru, dawały możliwość przemieszczenia się pomiędzy nimi, oraz do każdego miejsca na terenie hotelu. Dojazd nad plażę przy oceanie zajmował tylko 3 min, a po drodze mijaliśmy cztery przystanki. Piąty był nasz. Już sam przejazd jest wielką atrakcją, ponieważ ogrody urządzono na najwyższym poziomie. Kolorowe kwiaty, tropikalne ptaki, czy wszechobecne palmy przyciągają wzrok. Niezależnie gdzie jesteś, na każdym hotelowym osiedlu zobaczymy zadbane i bardzo czyste tereny zielone i ogrody. Najlepszym testem czystości niech będzie spacer pomiędzy osiedlami na boso. W ten sposób sprawdzisz, czy wbije ci się choć mały kamyczek do stopy. To wręcz niemożliwe…

Nasz hotel nazywał się Bahia Principe Ambar Punta Cana. Niektóre oferty mają nawet określone do jakiej dzielnicy trafisz, a niektóre nie, dlatego dopiero na miejscu rozszyfrujesz tajemnicze nazwy takie, jak: Ambar Green Don Pablo Collection, Luxury Ambar Green, Luxury Ambar Blue, itp. To są nazwy dzielnic, a przy recepcji dostaniesz mapę terenu hotelowego. Po przyjeździe na miejsce po godzinie 00.00, od razu ją przestudiowałem, żeby wiedzieć, jak się poruszać po obiekcie. Na mapie mamy spis wszystkich restauracji, wykaz godzin otwarcia i czym się specjalizują, ponieważ jedne są od śniadań, inne od obiadów, a jeszcze inne od kolacji. Żeby urozmaicić sobie jedzenie, śniadania jedliśmy na miejscu, na obiad jeździliśmy meleksem nad ocean, a kolacje jadaliśmy po przeciwnej części naszej dzielnicy. Samo chodzenie po terenie hotelu sprawiało wielką przyjemność, ponieważ wszędzie było czysto i kolorowo, a przede wszystkim mieliśmy mnóstwo palm. Wybierając hotele, najczęściej w ofercie znajdziemy: Whala! Bavaro***, Riu Naiboa****, Be Live Collection Canoa ****, Be Live Collection Punta Cana ****, Viva Wyndham Punta Cana ****, Natura Park Beach Eco-Resort & Spa****, Catalonia Grand Dominicus ****, IFA Villas Bavaro ****, Grand Bahia Principe Bavaro ***** i Grand Bahia Principe Ambar ***** znany jako Bouganville. Do pięciogwiazdkowego obiektu zwykle dopłacimy 700zł/osobę za 8-mio dniowy pobyt, a czterogwiazdkowe hotele proponują bardzo dobry standard i jedzenie. Więc czym się kierować? Najlepiej położeniem. Bardzo dobrze, jeśli na wyciągnięcie ręki mamy piękną plażę Bavaro przy hotelu. My wybraliśmy hotel Grand Bahia Principe Ambar *****, który jest położony na uboczu, ale posiada bardzo piękną plażę. Można również wybierać obiekt położony blisko jakiejś miejscowości.  Kiedy będziemy chcieli pojechać na wycieczkę, możemy zaoszczędzić wiele pieniędzy, wybierając miejscowe biuro podróży. Tak zawsze robię w Grecji, gdzie oszczędzam dokładnie 40-50% ceny na każdym wyjeździe. Na Dominikanie nie znajdziemy aż takiego przebicia, ale mimo wszystko warto, jeśli mamy podobną ofertę. Co ciekawe, na miejscu mieszkają Polacy, którzy organizują wycieczki. Według mnie, posiadają najciekawszy program wycieczek, ponieważ można zobaczyć najwięcej. O tym będzie poniżej.

Jeśli miałbym powiedzieć coś o hotelach, w kategoriach "który wybrać?", to powiem tak (na podstawie osób, które jeździły z nami na wycieczki): Whala! Bavaro – ten trzyipółgwiazdkowy hotel jest dobrą propozycją dla ludzi chcących pojechać na Dominikanę za jak najmniejsze pieniądze i posiadać dobrą ofertę. Minusem jest jego położenie, ponieważ obiekt wybudowano w środku miasta, gdzie miejscowi wynajmują apartamenty bez wyżywienia. Stąd w okolicy mamy do wyboru mnóstwo restauracji oraz niewielki sklep. Dzielnica wygląda trochę na niebezpieczną, opuszczoną i biedną, ale jest bezpiecznie. W hotelu mamy oczywiście pełną wersję all inclusive. Hotel Riu ma bardzo dobre jedzenie, piękne ogrody i komfortowe pokoje oraz ładną plażę. Mankamentem mogą być drobnostki i dominikańskie podejście w stylu „mamy czas”... O wiele rzeczy trzeba dopytywać, ponieważ nie wynikają same z siebie, jakby się mogło wydawać... Pozostałe czterogwiazdkowce posiadają bardzo podobną ofertę do Riu, więc tutaj nie obawiałbym się wybrać któregokolwiek z nich. Na uwagę zdecydowanie zasługuje Natura Park Beach Eco-Resort & Spa ****. Pomimo standardowej ceny, oprócz dobrej oferty, mamy do dyspozycji przepiękny ogród z flamingami włącznie, który w wielu miejscach może przebijać wyglądem ogrody z hoteli pięciogwiazdkowych. Trzeba przyznać, że projektant odwalił kawał dobrej roboty. Gdybym miał wybierać któryś hotel z ****, wybrałbym najprawdopodobniej ten. Tym bardziej, że śniadania można zjeść w ogrodzie z widokiem na flamingi, które brodzą w oczkach wodnych. Mając dobrą okazję, wybrałem Grand Bahia Principe Ambar *****, gdzie sam hotel oznaczał wielką przygodę. Jest tak mocno rozbudowany, że nawet w katalogach mają o nim stare dane... Bahia to sieć hoteli świadczących usługi na najwyższym poziomie, o czym przekonaliśmy się na miejscu. Tak, jak biuro podróży napisało w katalogu, tak było w rzeczywistości, a niektóre rzeczy przerosły nasze oczekiwania. Warto więc zastanowić się, który obiekt wybierzemy…

Hotele rozrzucone są na odcinku 15 km. Oprócz rzeczy, o których wspominałem wyżej, muszę powiedzieć, że w Bahia mają bardzo wielkie pokoje, nawet z przestrzenią do przyjmowania gości. Można wybrać dzielnicę „tylko dla dorosłych”, gdzie uchronimy się od hałasu dzieci, mamy nieograniczony alkohol, restaurację 24h, można zamówić jedzenie do pokoju w nocy w godzinach 23.00 – 7.00 i mamy do dyspozycji jacuzzi w łazience. Widok za oknem nie ma dla nas większego znaczenia, ponieważ z pewnością, od wschodu do zachodu słońca, na pewno nie będziesz siedział w pokoju. Każda dzielnica posiada własny basen, gdzie do wody podają drinki oraz inne napoje. Wzdłuż basenów chodzą ciemnoskóre kobiety z karteczką i notują co ci przynieść. O pewnych udogodnieniach nie napisano w katalogu, dlatego napisałem, że wiele rzeczy mnie zaskoczyło, ponieważ nauczony jestem wszystko samemu sobie przynosić i przygotowywać. Dodatkowo, codziennie chodził facet z notatnikiem i wypytywał, czy wszystko w porządku w naszym pokoju. Takie hotelowe utrzymanie ruchu. Jeśli coś było nie tak, zapisywał informację i przekazywał dane ekipie od napraw. W moim pokoju nawaliła klimatyzacja. Zgłosiłem sprawę, po czym po południu została naprawiona. Na każdym stoliku przy basenie podstawiano drewnianą podkładkę z chorągiewką. Obsługa każdemu przynosiła domyślnie Ice Tea w szklankach z kostkami lodu i limonką. Jeśli chciałeś, żeby serwis coś ci doniósł lub chciałeś zgłosić, że skończył się napój, wystarczyło podnieść chorągiewkę na stałe przytwierdzoną do podstawki, a wtedy podchodzili ludzie z obsługi – w każdym przypadku drużynę stanowiły ładne, ciemnoskóre kobiety. Turyści przeważnie zamawiali drinki. Co ciekawe, na Dominikanie możesz nie napić się herbaty, ani nie zjeść lodów… Uważają, że herbaty nie warto pić, a lody po prostu nie przyjęły się w ich kulturze. Herbatę zobaczymy tylko w postaci papierowej torebki na stole, podobnie jak sól, czy cukier w europejskich restauracjach. Oprócz wygodnych łóżek, dużej przestrzeni i jacuzzi, pokoje miały dodatkowo lodówkę z ośmioma napojami, typu coca-cola, 7 Up, Mirinda, Pepsi, itp. Zapas codziennie uzupełniano. W lodówce dołożono nawet trzy piersiówki wódki oraz chipsy Lay’s. W sklepach i hotelach znajdziesz tylko jeden smak chipsów Lay’s – solone. Dominikańczycy po prostu je uwielbiają. Głównie służą jako „zagrycha” do drinków. Na basenie, do Ice Tea podawano również te same chipsy, chociaż niczego nie zamawialiśmy. Wszystko wliczono w cenę pobytu.

W różne dni prowadzone są różne kampanie. Jednego dnia przeprowadzano kampanię szczęśliwego dnia, a innego – poznawanie napojów Dominikany, gdzie podawano kokosy ze słomką i parasolką. Hotel miał dużo niuansów, które odkrywaliśmy stopniowo. Jedno, co trzeba przyznać wszystkim resortom na Dominikanie, to fakt, że w ofercie posiadają bardzo dobre jedzenie. Pod tym względem są na pierwszym miejscu na świecie. Ich all inclusive oznacza masy potraw nie do przejedzenia. Dominikańczycy uwielbiają różnorodność dań i przekąsek. Dla nich to standard. Możemy być dwa tygodnie w hotelu i nie spróbujemy nawet połowy wszystkich dań. Wybór jest przeogromny. Dodatkowo jedzenie jest pięknie przystrojone, jakby miało wziąć udział w konkursie na najlepszą potrawę. Widać, że resorty mają zatrudnionych zawodowych carving’owców, czyli rzeźbiarzy w owocach. Na co dzień zobaczymy krokodyle z arbuzów, ptaki z ananasów, czy wymyślne kapelusze z mieszanki winogron, liści palmowych, mandarynek i limonek. Pewne owoce stylizowano na inne, to znaczy, że z np. z melona wyrzeźbili ananasa. Część potraw przyrządzano typowo dla Europejczyków, a inna część pozwalała zasmakować czegoś nowego. Między innymi, spróbowałem małż podawanych z krabami przeciętymi na pół. Ciekawe połączenie, a danie było bardzo smaczne. Jeśli zobaczymy, że obsługa podaje dużo kostek lodu do naszego ulubionego napoju, musimy wiedzieć, że nie jest to spowodowane oszczędnościami. W ich mentalności tkwi pewne przekonanie, że na Dominikanie jest za ciepło. To znaczy, że jeśli nie wypijesz napoju w ciągu kilku minut, kelnerzy wymienią ci go na nowy, ponieważ według nich, będzie dla nas zbyt ciepły. Idąc na kolację do restauracji, na ręce dostaniesz przezroczysty żel dezynfekujący, który musisz rozetrzeć po całych dłoniach. Dosłownie wysycha w kilka sekund – zanim zdążysz dojść do talerzy. Wszyscy z hotelowej obsługi są uśmiechnięci – kucharze, służba sprzątająca, a w szczególności kelnerzy. Nie wydaje mi się, żeby ich uśmiechy były sztuczne, ponieważ nawet we wioskach spotykaliśmy radosnych ludzi. Słoneczny i letni klimat robi swoje. Mieszkańcy Dominikany uśmiech mają we krwi.

Większe hotele są tak rozbudowane, że znajdziemy na ich terenie liczne sklepy z pamiątkami, ze sprzętem wodnym, studio fotograficzne, kasyno, centrum rozrywki, itp. Resorty planuje się tak, żeby urlopowicz nie odczuwał potrzeby wychodzenia poza teren hotelu. Jedynym przypadkiem ma być wyjazd na wycieczkę. W dniu powrotu do domu, ktoś z obsługi zadzwoni do twojego pokoju i zapyta, czy już jesteś gotowy. Potem służba zawiezie cię do recepcji, a bagaże pojadą na przyczepie. Mamy wrażenie, że w resorcie wychodzą z założenia, że człowiek przyjeżdżający na wakacje nie może się w ogóle przemęczać. Ma tylko leżeć, jeść i spać. Nie przyzwyczajony do takiego standardu, czułem się trochę głupio, ponieważ wszystko za mnie robiła obsługa. Na wakacjach w Grecji standardem jest masowy "przemiał" ludzi. Tutaj czułem, że każdy z 7 200 gości wypoczywających w tym samym czasie jest kimś wyjątkowym. Każdy się liczył. Jakość wypoczynku najlepiej oddają słowa: "w hotelu masz tylko leżeć i pachnieć".  Jako, że bardzo lubię przyrodę, moją uwagę przyciągały czarne, tropikalne ptaki z długim ogonem, które przelatywały z jednej palmy na drugą i wydawały przy tym niespotykane u nas odgłosy. Kąpiąc się na otwartym basenie, mogłem je podziwiać kilka razy dziennie. Podsumowując kwestie hotelowe, warto rozważyć, co chcemy robić na Dominikanie, oraz jaki standard nas interesuje. Musimy pamiętać, że warto wybierać hotele **** lub *****, bo niezależnie od standardu, będzie to dobry wybór, będziemy mieli piękne ogrody, dużo przestrzeni oraz all inclusive nie do przejedzenia.

Owoce w hotelach
W każdym hotelu z pewnością naszą uwagę zwrócą egzotyczne owoce, które nie są sprowadzane z innych państw. Produkują je na miejscu i dzięki temu zauważymy, jak wielka różnica jest w owocach dostępnych w polskich sklepach, a tych zjadanych na Dominikanie. Po pierwsze, lokalne owoce widziały słońce i w pełni w nim dojrzewały. Nie były zrywane przed okresem dojrzewania, wkładane do chłodni i transportowane tydzień przez ocean. Ich smak jest bardzo intensywny. Dodatkowo nie są suche, jak u nas. Sok z nich wręcz wycieka. Dla przykładu proponuję zjeść ananas, który będzie w pełni przygotowany i pocięty na plasterki, albo „zwykłego” banana. Ananas ma bardzo intensywny smak, duże ilości soku i na upalne dni polecam jeść go, jako „chłodnik”. Markety w Polsce zazwyczaj sprzedają banany jako suche, trochę zielonkawe, niedojrzałe owoce. Na Dominikanie są bardzo słodkie i pełne. Co prawda, nie widać, że mają sok, ale na pewno poczujemy ogromną różnicę. Moim przysmakiem stały się papaje pokrojone w kostkę. Delikatnie smakują jak truskawka i posiadają bardzo dużo soku – tak dużo, że trzeba je jeść widelcem, ponieważ nie można utrzymać ich w palcach. Papaje mają słodki smak i zapewniają orzeźwienie. Kuchmistrze zresztą serwują całe mnóstwo owocowych deserów, gdzie do wyboru mamy każdy owoc pocięty na malutkie kawałki, a wszystko zalane jest gęstym, chłodnym sokiem. Są też takie, gdzie wszystkie owoce zmieszano razem, a nawet podano w postaci owocowych szaszłyków. Oczywiście polecam spróbować kazej wersji, ponieważ wszystkie są dobre. Pamiętacie arbuzy z greckich wysp, gdzie w upalne dni zajadaliśmy się nimi do oporu? Były bardzo słodkie i ociekające sokiem. Na Dominikanie stanowią jedyny „niewypał-kapiszon” w kuchni, ponieważ tutaj arbuz prawie wcale nie ma smaku. Najwidoczniej klimat im nie odpowiada, albo sprowadzają je z innego, niesprawdzonego państwa... Grecki arbuz zdecydowanie wygrywa, podobnie, jak polskie jabłko. Jabłka sprowadzone na Dominikanę są, delikatnie mówiąc, słabe. Brakuje im wyrazistości smaku i podobnie, jak herbata, nie rzucają się w oczy. Trzeba ich poszukać gdzieś w kącie. Nikt nie kładzie nacisku na jabłka, ponieważ trzeba je sprowadzać z innych krajów. Nie bez powodu Polska jest ich jednym z największych eksporterów na świecie, podobnie, jak Grecja – arbuzów i oliwek.

Będąc w biurze podróży nie zapomnij o…
Zdecydowana większość ofert będzie koncentrowała się na rejonie Punta Cana. Bardzo dobrze, ponieważ od razu trafimy do "pierwszej ligi" turystyki na Dominikanie. Również widziałem możliwość wykupienia wakacji na południowym-wschodzie wyspy. Tam z kolei, niczego nie brakuje, ale mamy zdecydowanie mniejszy wybór. Wielką zaletą „południowej” lokalizacji jest bliskość do rajskiej wyspy Saona, którą omówię poniżej. Z ciekawości przejrzałem styczniowe oferty. Biura skupiły się na rejonie Punta Cana. Wybierając hotele, zawsze stosuję ciekawą metodę. Będąc w losowym biurze podróży, życzę sobie, żeby pokazano mi obiekt na mapach Google. Wówczas mogę zobaczyć, jakie jest jego rzeczywiste położenie od plaży i jak wygląda zabudowa dookoła. Kolorowe zdjęcia z folderu to jedno, a rzeczywistość, to druga sprawa... Pamiętaj, że nikt w biurze podróży nie zrobi problemu z chęci podejrzenia hotelu na mapach, ponieważ program rezerwacyjny pracowników posiada taką wbudowaną opcję. Dzięki niej, mogę sprawdzić, czy katalogowy zapis „300 metrów do plaży” jest zgodny z rzeczywistością. W Grecji zdarza się, że plaża to tylko słowo, a w rzeczywistości jej nie ma. Jedynie widać kawałek wybrzeża, któremu daleko jest do plaży... Na Dominikanie podobne wpadki raczej nam nie grożą, ponieważ zwrot "piękna, piaszczysta plaża” oznacza rzeczywiście białe piaski z mnóstwem palm. Hotele, które wymieniłem powyżej, w rzeczywistości są zgodne z opisem, lub obecnie posiadają wyższy standard. Foldery z biur podróży nie są często aktualizowane, a przynajmniej zdjęcia, dlatego możemy pozytywnie się zaskoczyć na miejscu. Co roku przyjeżdża więcej turystów, więc ciągle powstają nowe obiekty wypoczynkowe. Mimo wszystko, polecam przeczytać opinie w polskim Internecie. Tych nie brakuje. Pamiętajmy jednak, że pod każdym opisem hotelu znajdzie się ktoś, kto napisze, że było całkowicie źle, "syf, kiła i mogiła", oraz warunki są nieakceptowalne. Zazwyczaj zobaczymy tylko kilka podobnych komentarzy. Polacy to szczególny naród – lubimy na wszystko narzekać i nieraz oczekujemy cudów. Patrzmy obiektywnie i analizujmy trzeźwym umysłem, to co czytamy. Na temat hotelu, w którym dane mi było przebywać, również znalazłem kilka bardzo słabych opinii, z typowym, polskim narzekaniem. Jednak 6800 komentujących osób oceniało go jako rewelacyjny. W rzeczywistości, obiekt przekroczył wszelkie moje oczekiwania. Biorąc pod uwagę, że znalazłem tylko trzy złe opinie, wynikające z polskiej mentalności, wśród losowo wybranych 6800 dobrych, nie trudno wyciągnąć wniosek, że obiekt musi spełniać najwyższe standardy, a wypoczynek na pewno będzie udany. Gdybym miał wystawić własną ocenę, dałbym 10/10, a pewne niedociągnięcia, bo zawsze coś może się przytrafić, raczej zapisałbym jako uwagę, ponieważ każdy jest człowiekiem i nie da możliwości dopilnować wszystkiego na 100% przy obiekcie wielkości małego miasteczka, składającego się z siedmiu dzielnic. Będąc na Dominikanie, pewną niedogodnością może okazać się nieznajomość języka angielskiego, ponieważ wszelkie sprawy trzeba załatwiać w tym języku. Drugą opcją jest hiszpański. Polskie biura podróży oferują pomoc agenta-tłumacza, gdy będziemy chcieli coś załatwić, ale jest on dostępny raczej na telefon. Tylko niektóre biura zapewniają polskiego asystenta, ale będzie to rzadkość. Na szczęście nie miałem oporów z używaniem języka, dlatego załatwiłem wszystko, co chciałem, a gdy czegoś brakowało, zgłaszałem problem. Chociaż nie umiem dobrze angielskiego, to znam go na tyle wystarczająco, żeby załatwić wycieczkę, lub zapytać o szczegóły hotelowe.

Wycieczki – jak je organizować?
Dominikana ze względu na swoje rozmiary spycha segment wypożyczalni samochodów na dalekie miejsce, ponieważ samochodem nie uda nam się zwiedzić kilku miejsc w ciągu jednego dnia, przez co ten środek staje się mocno nieekonomiczny. Komunikacja miejska nie jest dobrze zorganizowana pod turystów, dlatego nie skorzystamy z niej tak, jak w przypadku greckiego Rodos, gdzie wszystkie wycieczki możemy zorganizować za pomocą autobusów komunikacji miejskiej za dosłownie kilka euro. Pozostają nam więc tylko oferty różnych tour operatorów, nie ważne czy polskich, czy zagranicznych, czy miejscowych, ponieważ w grupie można dojechać taniej i przede wszystkim z atrakcjami, bo tour operatorzy zajmują się tym na co dzień. Warto szukać ofert kilku przewoźników, ponieważ różne biura oferują różne ceny w zależności od programu. Tu dla przykładu podam wycieczkę na rajską wyspę Saona, która jest uważana za najpiękniejszą wyspę Karaibów. Na Saonę, tylko z polskimi biurami podróży, można pojechać aż w siedmiu różnych wersjach! Co to oznacza dla nas? Dużą rozpiętość cenową i to, co zobaczymy. Saonę będę za chwilę omawiać. Najważniejsze dla nas jest bezpieczeństwo, dlatego nie wykupujemy wycieczek u plażowych sprzedawców, ponieważ wycieczki nie są ubezpieczone i nie mamy pewności, czy się odbędą. Pieniędzy na pewno nie odzyskamy. Kupując wyjazd u obojętnie którego operatora podróży mamy pewność, że wycieczka będzie na poziomie i przede wszystkim bezpieczna. Wybierając typy wyjazdów, musimy zastanowić się, czy jedziemy sami, z dziećmi i czy mamy jakieś lęki, które mogą nas ograniczać. Kilka z proponowanych wycieczek mają charakter przygodowy i może przydać się odrobina odwagi. Dlatego dokładnie studiujmy programy wycieczek, a w razie wątpliwości dopytajmy, co to oznacza. Powiem na co najbardziej zwrócić uwagę. Jeśli w programie zobaczymy słowa: szybka łódź motorowa, katamaran, langusta, płaszczki, jazda konna, rozgwiazdy, safari truck, itp. dowiedzmy się coś więcej, lub przed wyjazdem spróbujmy jazdy konnej, jeśli chcemy się na taki wyjazd zdecydować. Dzięki temu można obyć się ze strachem, jeśli boimy się czegoś nieznanego.

Szybka łódź motorowa i katamaran – co trzeba wiedzieć?
Szybka łódź motorowa może oznaczać dla nas adrenalinę, a dla osób, które nie umieją pływać, dużo strachu i utratę radości z wyjazdu. Takie łodzie potrafią płynąć z prędkością 50-60km/h i na wycieczkach stosuje się silniki o mocy 200-400 KM (dla przykładu TIR-y jeżdżące po polskich drogach, mają silniki o mocy 400-460 KM, rzadziej 480 KM). Płynąc taką łodzią, zwróćmy uwagę, jakimi osobami jesteśmy. Czy boimy się morza, czy raczej lubimy przygodę. Jeśli boimy się morza, usiądźmy w ostatnich rzędach łodzi, a jeśli lubimy przygody, wybierzmy pierwsze miejsca. Taka łódź zabiera na pokład do 20 osób i przy dużych prędkościach przód potrafi podskakiwać nieco ponad powierzchnię wody, a uderzającą falę o łódź czujemy jako twarde uderzenie. Płynąc starszymi jednostkami każdą falę będziemy odczuwać, jako twarde uderzenie o beton, a w nowszych łodziach kadłub jest tak wyprofilowany, żeby jak najbardziej płynnie „zbierał” i rozpraszał fale. Płynąc z dużą prędkością, musimy pamiętać, że od czasu do czasu może ochlapać nas fala rozbijająca się o bok jednostki. Wycieczki są całkowicie bezpieczne i nic się nikomu nie dzieje. Raczej chodzi o nasz komfort psychiczny. Najbardziej niekomfortowo możemy poczuć się, kiedy morze będzie pofalowane. Łódź płynie tak szybko, że kiedy wpłynie na kilkudziesięciocentymetrową falę, wyskakuje zaraz za nią, jak ze skoczni narciarskiej i możemy wpaść w zagłębienie pomiędzy dwiema falami, co powoduje, że „upadamy” całą jednostką z wysokości i czujemy na sobie lądowanie. W nowszych łodziach tłumienie jest dobre, dlatego jeśli mamy obawy, czytajmy, czym nasze biuro podróży chce wypłynąć na morze. Każde z nich przedstawia swoją łódź na zdjęciach. Jeśli zobaczymy białą łódź z niebieskim daszkiem i wzdłuż profilowanym kadłubem, to w takiej będzie nam się płynąć bardzo dobrze. Mimo wszystko nie polecam tego typu wycieczek z małymi dziećmi, ponieważ skakanie na falach i uderzanie podczas podskoków może wystraszyć małe dzieci. A dlaczego warto wybrać szybką łódź motorową? Bo dzięki niej zobaczymy znacznie więcej niż płynąc katamaranem.

Katamaran to wolna, dwukadłubowa jednostka, która na swój pokład zabiera do 60 osób. Nie trudno się domyśleć, że na miejsce dopłyniemy w dwukrotnie dłuższym czasie, zobaczymy mniej miejsc i trudniej jest utrzymać dyscyplinę w 60-cio osobowej grupie. Katamaran ma taką przewagę, że jednostka jest większa, i nie skaczemy na falach. Jest to dobra opcja dla osób bojących się morza. Szybka łódź motorowa ma jeszcze jedną przewagę. Gdyby zdarzył nam się tropikalny deszcz trwający na tutejszych ziemiach nie dłużej niż 10min, szybka jednostka daje nam możliwość przedostania się na drugą stronę opadu, przez co skracamy czas opadów do dwóch minut. Deszcze występują tutaj punktowo. W słoneczne dni morze jest bardzo spokojne, nie widać fal i dlatego łodzie pływają z pełną prędkością. Nie czujemy wtedy żadnych podskoków i uderzeń. Niezależnie co wybierzemy, na każdym pokładzie musi się lać rum. Każdy z uczestników jest częstowany tym alkoholem. To taka tradycja dominikańska. Na nasz pokład zabierane są dwie lub trzy dwulitrowe butelki rumu. Jeśli nadal mamy dylemat co wybrać, to dla przykładu powiem, że osoba, która bała się morza, czuła strach, ale kiedy tylko wysiadła i zobaczyła kilka karaibskich, rajskich plaż, nie żałowała tego, że wsiadła na pokład szybkiej łodzi. Warto przed wyjazdem na taką wycieczkę omówić kilka zagadnień związanych z samym płynięciem szybką łodzią motorową osobom, które czują obawy. Trzeba koniecznie wspomnieć o tym, że jednostka może podskakiwać podczas wpłynięcia na falę a potem spaść do zagłębienia pomiędzy dwiema następnymi falami, przez co my poczujemy związane z tym uderzenie o powierzchnię wody. Koniecznie trzeba dodać, że sternik na spokojnym morzu specjalnie wywołuje sztuczne podskoki poprzez redukcję mocy silnika i następnie szybkie „przygazowanie do dechy”, czy też, że celowo może płynąć z dużą prędkością, wykonując zakręty na morzu. W szczególności, gdy będziemy opuszczać karaibską plażę z Saony, Morze Karaibskie w połowie długości tej wyspy ma taką właściwość, że kilkadziesiąt metrów od brzegu powstają fale w pasie kolejnych kilkudziesięciu metrów, a dalej jest spokojnie. Sternik wtedy płynie prostopadle do fal, przecinając je pod kątem prostym, dzięki czemu opuszczamy strefę fal, ale na tym krótkim odcinku zaliczymy od trzech do sześciu, siedmiu większych skoków w zagłębienia wody. Nie bójmy się tego, ale raczej cieszmy się z wycieczki. Inne tajemnicze słowa, to: „spróbujemy langustę”.

Dziwne rzeczy na talerzu… oraz rekiny, płaszczki, delfiny i rozgwiazdy
Co to jest langusta? To skorupiak występujący w tutejszych morzach, przypominający wyglądem i wielkością homara. Zajmuje połowę talerza. Dla osób, które nie jeździły do Grecji lub innych śródziemnomorskich krajów, widok takiej langusty może być szokujący, bo homar jest dość duży i ma cztery pary odnóży głównych, co można zobaczyć na zdjęciu. Widok takiego dania może być równie szokujący, co podanie kraba na talerz, dlatego będąc w hotelu, przyjrzyjmy się owocom morza, bo takie dania są serwowane w każdym hotelu. W końcu na Dominikanie nie brakuje rybaków. W rejonie Punta Cana można popływać z delfinami, rekinami i płaszczkami. Z tymi zwierzętami pływamy na otwartym oceanie w wyznaczonej części, w wyznaczonej zagrodzie w okolicach plaży Bavaro. Zwierzęta nie są niebezpieczne, ponieważ do pływania dobrano jeden gatunek rekina, który żywi się roślinnością, a płaszczki nie mają bolca jadowego. Nikt nie odważyłby się organizować takich wycieczek dostępnych dla wszystkich. Jeśli w programie zobaczymy opis mówiący, że będziemy łapać rozgwiazdy, to dowiedzmy się też coś o nich więcej. Najczęściej kojarzy nam się z jakimś stworzeniem żyjącym w morzu o kształcie pięcioramiennej gwiazdy, z ciągnącym się śluzem. Takie wyobrażenie jest mylne, ponieważ pierwsza część opisu się zgadza, z takim wyjątkiem, że rozgwiazda w ogóle nie ma żadnego śluzu. Kiedy trzymałem ją w ręce, miałem wrażenie, że trzymam… kamień. Rozgwiazda nie ma widocznego otworu gębowego, żeby „coś” mogło nas ugryźć, nie ma też żadnych kolców, ani nawet nie porusza ramionami. Jedyne na co musimy uważać to… na ich sposób oddychania. Potrafią pobierać tlen tylko z wody, a w naszym powietrzu po prostu się duszą. Dlatego, kiedy wyłowimy rozgwiazdę, zróbmy sobie zdjęcie i trzymajmy ją pod powierzchnią wody. Kiedy będziemy chcieli odłożyć ją na dno uważajmy, żeby opadła płaską stroną na piasek pod wodą, bo tylko tak będzie mogła dalej żyć. Pamiętajmy, że rozgwiazdy są pod ochroną i szkoda by było, żeby przez naszą wycieczkę zmniejszyć populację tych stworzeń. Rozgwiazdy żyją bardzo powolnym życiem. Mają rzędy malutkich nóżek, które umożliwiają im poruszanie się po dnie z prędkością 5-15cm na minutę. Żywią się padliną, pozostałościami na dnie, lub polują na małże i ślimaki. Dla nas wyglądają jakby były pomarańczowym lub czerwonym kamieniem bez ruchu. Pozostało nam jeszcze inne, tajemnicze słowo – safari truck. To ciężarówka bez okrytej części „towarowej” z ławkami do siedzenia, gdzie możemy podziwiać otoczenie zza rurek tworzących konstrukcję. Takich pojazdów używa się, gdy mamy do czynienia z niebezpieczną zwierzyną (np. w Afryce takie pojazdy wykorzystuje się, gdy jeździmy podziwiać lwy. Ciężarówka ma zapewnić nam bezpieczeństwo, a jednocześnie możliwość bezpośredniego przebywania w niebezpiecznym środowisku. Omawiając wszystkie potrzebne kwestie, warto zdecydować, co chcemy zobaczyć.

Co zobaczyć na Dominikanie?
1. Saona – raj na ziemi!
Numerem jeden jest zdecydowanie Saona. To przepiękna karaibska, rajska wyspa o długości 24km na 7km, w większości porośnięta palmowymi lasami. Będąc na miejscu, zobaczymy prawdziwy karaibski krajobraz, pochylone palmy aż do morza, mnóstwo kokosów, koralowców wyrzucanych na brzeg, naturalną gąbkę, czy niesamowite, szmaragdowe Morze Karaibskie. Będąc na tej wyspie, określiłem ją krótko: raj na ziemi. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem, ponieważ wyspa Saona jest uważana za najpiękniejszą wyspę Karaibów. Z pewnością nie raz widzieliśmy opakowanie batona Bounty, gdzie głównym motywem są kokosy, palmy kokosowe i karaibski widok jak z bajki. Właśnie tutaj zobaczymy ten obraz na żywo. Niektóre krajobrazy przypominają Malediwy, dlatego koniecznie trzeba odwiedzić Saonę. Na Dominikanie mawiają, że Saona jest jak papież w Rzymie. Trzeba go zobaczyć… Już wcześniej wspomniałem, że wycieczki na Saonę są oferowane w co najmniej siedmiu wersjach. Od razu odrzuciłem wersję z katamaranem, bo jednostka jest wolna, zabiera dużo osób, przez co zobaczymy tylko jedno miejsce tej wyspy, gdzie przybywa większość wycieczek. Ja wybrałem ofertę firmy Villapolonia, ponieważ organizują 15-osobowe wycieczki, tworząc tylko polskie grupy. Wycieczkę realizują za pomocą 400-konnej, szybkiej łodzi motorowej na dwa silniki. Dzięki tej jednostce mogliśmy odwiedzić cztery różne miejsca na wyspie, dopłynąć do połowy jej długości i przez to zobaczyć znacznie więcej. Wybrałem Villapolonię, ponieważ według mnie mieli najlepszy program wycieczki. Cała wyprawa wygląda następująco: na początku dojeżdżamy do nietypowego miasteczka we włoskim stylu, znanym z Toskanii, o nazwie Altos de Chavon. Całe miasto zostało zbudowane w 1982 roku z koralowca. Chociaż miasto ma dopiero trzydzieści kilka lat, to celowo postarzono je tak, że wygląda na XVI-wieczne. Najciekawszy jest fakt, że zobaczymy jedyny kościółek pod wezwaniem św. Stanislavo de Cracovia (święty Stanisław z Krakowa), grecki amfiteatr na 5.000 osób, gdzie odbywają się imprezy, czy pójdziemy wąskimi uliczkami w weneckim stylu. Dodatkowo z miasteczka położonego na wyżynach popatrzymy na malownicze krajobrazy i piękną rzekę przypominającą Dunajec w Pieninach.


Piękne miasteczko Altos de Chavon

 
 
 
Niesamowite miasteczko Altos de Chavon i widoki z niego


Kościółek św. Stanisława z Krakowa - to tutaj ślub brali Michael Jackson, Madonna i Shakira

Z miasteczka Altos de Chavon schodzimy za pomocą 330 schodów do poziomu rzeki oglądanej z góry. Tam czeka na nas szybka łódź motorowa, na którą będziemy wsiadać w lesie. Na jej pokład wchodzimy dziobową stroną. Łódź stoi bardzo stabilnie i nie kołysze się na boki. Na tym etapie powinniśmy wybrać nasze miejsce do siedzenia. Przewodnik wspomina o fakcie, że z przodu jest bardziej przygodowo, a z tyłu są miejsca dla osób, które boją się lub czują obawy. Łódź najpierw płynie rzeką szybko, ale spokojnie, po czym za kilka minut wpływa na Morze Karaibskie, gdzie od teraz będziemy sunąć z pełną prędkością wzdłuż wybrzeża, kilkaset metrów od niego. W takiej odległości morze jest bardzo spokojne, dlatego można płynąć szybciej. Dopłynięcie do wyspy zajmuje nam około 40min. Zanim stanie tam nasza stopa, najpierw zatrzymamy się na Morzu Karaibskim w miejscu znanym jako Piscina Natural, czyli największa wanna Karaibów. Jest to około dwukilometrowa część morza, gdzie woda jest głęboka tylko do pasa nawet 500m od brzegu! Właśnie tutaj zatrzymujemy się na środku wód na około 40min postój, gdzie z łodzi mogą wysiąść wszyscy bezpośrednio do morza i nawet ci, co nie umieją pływać. Wody są bardzo ciepłe (25’C lub więcej w zależności od pory roku). Będąc w morzu, naszym zadaniem będzie poszukiwanie rozgwiazd na dnie. Grupa, w której byłem znalazła co najmniej cztery rozgwiazdy w ciągu trzech pierwszych minut. Każdy zdążył zrobić sobie zdjęcia z nimi. Podczas wycieczki rum jest podawany na łodzi lub z pokładu bezpośrednio do wody, kiedy przebywamy w morzu. Trzeba przyznać, że ta część programu wywiera na nas ogromne, pozytywne wrażenie, chociaż jest bardzo spokojnie.


Plaża na Saonie

 
Na Saonie


Morze Karaibskie

„Polując” na rozgwiazdy pamiętajmy o zasadach, jak się z nimi obchodzić, żeby nieświadomie ich nie zabijać. Odkładajmy je zawsze płaską stroną na dno morza i upewnij się, że właśnie tak one opadły na piasek, a kiedy robisz zdjęcie, trzymaj je tylko przez kilka sekund nad powierzchnią wody, żeby się nie udusiły. Potrafią oddychać tylko i wyłącznie pod wodą. W trakcie wycieczki jest zupełnie spokojnie. Z drugiej strony o to właśnie w wakacjach chodzi, żeby było słońce, ciepłe morze, błękit i przede wszystkim spokój. Po 40min postoju wsiadamy przy pomocy małej drabinki zakładanej na jedną z burt do łodzi i płyniemy dalej na Saonę. Omijamy większą plażę, gdzie przybywają tłumy turystów  katamaranami. Wiele z nich jest jeszcze w połowie drogi za nami na morzu. Program wycieczek organizowanych katamaranami kończy się już w tym miejscu, a my płyniemy dalej. Kolejna część rejsu trwa ok. 15min, gdzie dopływamy do plaży Catuano. To miejsce bardzo przypomina Malediwy. Widzimy błękitne morze, mnóstwo palm kokosowych i restauracje bez ścian, tylko i wyłącznie z dachem ze strzechy. Słowo „restauracja” może nam się kojarzyć z komercjalizacją tego terenu, ale nic bardziej mylnego. Czujemy się tutaj prawie jak na bezludnej, rajskiej wyspie. Na miejscu zobaczymy tylko kilka łodzi wycieczkowiczów i kilka dachów ze strzechy. Dookoła rosną palmy kokosowe. Dwóch chłopaków z naszej wycieczki chciało urwać jeden kokos, ale tak się za to zabrali, że urwali całą gałąź z czterema owocami (kokos nazywany jest owocem lub orzechem – obie nazwy są poprawne). Całość ważyła lekko ponad 10kg, dlatego kobiety miały duży problem, aby utrzymać tę gałąź do zdjęcia. Kilkanaście metrów od brzegu jemy bardzo dobry obiad i próbujemy langusty pod strzechą. Wygląda to tak, że po jednej stronie rozstawiono stoły w rzędzie z nakryciem i na całej ich długości mamy szwedzki stół w postaci 8-10 dań. Gwoździem programu jest langusta, dlatego obsługa podaje ją jako pierwszą, a do niej dobieramy to, co nam smakuje najbardziej: ryż, makaron, mięso wołowe i inne. Obiad jest naprawdę bardzo dobry i określiłbym go jako „z górnej półki”. Langusta smakuje bardzo podobnie, jak homary, kraby i małże. Mięso jest białe i nieco „gumowate”. Trzeba je wydłubywać z mocnego pancerza, ale robi się to z największą łatwością. Jedzenie obiadu w takich okolicznościach przyrody jest niezwykłym przeżyciem, bo jednocześnie podziwiamy krajobraz taki sam, jak na Malediwach. Dodatkowo chodzimy cały czas boso piaszczystymi, białymi plażami. Jedząc obiad w tym miejscu czujemy, co znaczy stwierdzenie „raj na ziemi”. Obiad powinien zająć nam około godzinę, ale jeśli chcemy, możemy wejść do morza i popływać. Wszędzie jest bardzo płytko i ciepło.


Klimat Malediwów na Dominikanie

 
 
W tym miejscu jemy obiad


Obiad dominikański i smakowanie langusty

Kolejnym punktem programu jest mała rybacka wioska i zresztą, jedyna na tej wyspie. Saona jest parkiem narodowym, dlatego nie pozwala się na rozbudowę infrastruktury, domów, ani wiosek. Najciekawszy jest przepis mówiący, że nie można zmienić stylu tych domków. Muszą być iście karaibskie, czyli proste, drewniane konstrukcje, a środku możesz mieć najnowocześniejsze cuda techniki. Wioska nazywa się Mano Juan. W programie przewidziane jest zwiedzanie całej wioski, której przejście powinno nam zająć około 30-40min. Na końcu docieramy do małej farmy żółwi zbudowanej głównie z drewna i falistej blachy, gdzie widać tylko trzy ściany i siatkę. Głównym zadaniem farmy jest ochrona żółwi, które składają jaja na plaży. Jaja w piasku są zagrożone przez kraby i inne drapieżniki oraz przez samych ludzi, którzy nieświadomie mogą je zadeptać. Z tego powodu mieszkańcy wioski odpowiednio wyuczeni do tego, wyszukują jaja i wkładają je do lodówek turystycznych z piaskiem, gdzie jest utrzymywana stała temperatura. W zamknięciu muszą przebywać 3-4 dni, po czym młode żółwie są wypuszczane do wody. Wylęgarnia zapewnia skuteczność wylęgu na poziomie 94%, podczas, gdy na plaży skuteczność wynosiła około 76%. Problemem jest ich przeżywalność w warunkach naturalnych. Wypuszczane są zwykle po trzecim dniu do morza i żyją całkowicie w naturalny sposób. Niestety tylko jeden na tysiąc dożywa wieku dorosłego, dlatego tak bardzo przywiązuje się do nich uwagę. Przechodząc przez wioskę, zobaczymy jedyny, bardzo ubogi sklepik, w którym jest wszystko, czego potrzebują tutejsi mieszkańcy. Ich domy są minimalistyczne, bo praktycznie nic w nich nie ma, poza drewnianym łóżkiem, stołem i kilkoma garnkami. Co najciekawsze, na ścianach na gwoździu zobaczymy ładowarki do telefonów… Moją uwagę w szczególności przyciągnęły przewody, które wcale nie wiszą na słupach. Pociągnięto je po ziemi, przez kałuże zupełnie luźno… Tam, gdzie zabrakło przewodu, dosztukowano kolejny, wszystko owinięto grubą warstwą taśmy izolacyjnej, a połączenie leży w kałuży. Skąd mają tam prąd? We wiosce przewodnik zaprowadzi nas do spalinowego, małego generatora pod strzechą, który pracuje tu przez cały dzień. Gdybyśmy mieszkali w tych chatach, moglibyśmy zapomnieć o kuchni elektrycznej, czy innych podgrzewaczach wody. Generator służy jedynie do zapewnienia energii dla oświetlenia w domach lub po to, żeby naładować telefon. Nic „prądożernego” tutaj nie podłączymy. W karaibskich chatkach nie ma telewizorów, lodówek, czy innych, znanych nam sprzętów domowych. Z tego względu warto odwiedzić jedyną wioskę na wyspie Saona, ponieważ zobaczymy ile tak naprawdę potrzeba ludziom do życia i dlaczego oni się nie stresują… Przechodząc wzdłuż rzędu domów, zauważymy dziury w ziemi, zwykle w parach, po dwie. Są to nory z których wychodzą kraby w nocy.


Karaibska chata

Ziemię pomiędzy chatkami mają tak udeptaną, że całą wioskę przeszedłem boso. Co prawda leży na niej mnóstwo drobnych kamyczków, ale nie są ostre i można chodzić po nich gołymi stopami. Ciekawostką jest, że niedawno (w 2016 roku) wybudowano tutaj… komisariat policji. Jest to największy niebieski dom z drewna. Wygląda bardzo czysto i schludnie. Nie trudno się domyśleć, że policja nie ma co tutaj robić, dlatego gra z mieszkańcami w karty pod jedną z wielu palm… Po odwiedzeniu Mano Juan mamy więcej czasu na relaks. Na początku, około 8m od brzegu usiądziemy w białym, płóciennym namiocie bez ścian, gdzie napijemy się kawy lub czegoś zimnego i zjemy owoce zabrane na pokład przez organizatora. Później mamy czas na wędrówkę plażą z palmami kokosowymi i pływanie w Morzu Karaibskim. Wody są bardzo ciepłe. W szczególności polecam spacer wzdłuż plaży w lewo, patrząc z punktu białego namiotu. Przejdziemy obok bardzo wysokich palm i będziemy podziwiać niesamowity szmaragd i dalej turkus Morza Karaibskiego. Tutejszy klimat zachwyci naprawdę każdego. Ostatnim punktem programu jest dzika plaża Sueno del Caribe, na którą dopływają tylko nieliczni, ponieważ większość używa katamaranów, które są zbyt wolne, żeby tu dopłynąć. Co prawda plażę odwiedzamy w drodze powrotnej, więc odległość jest bliższa, to jednak i tak zbyt daleka, żeby dać więcej czasu na relaks turystom z katamaranów. Z tego względu na rajskiej plaży nie doświadczymy tłumów ani nawet kilku łodzi przy brzegu. Kiedy my byliśmy na tej plaży nie było oprócz nas nikogo. Sueno del Caribe jest nazywane dzikim miejscem, ponieważ tutaj nie prowadzi się żadnej działalności przeobrażającej krajobraz. Nawet nie ma namiotów, ani żadnych chat. Za plażą ciągnie się bardzo mocno zarośnięty las palmowy. Największą atrakcją Sueno del Caribe są pochylone do Morza Karaibskiego palmy kokosowe znane z najpiękniejszych pocztówek. Tutaj można zobaczyć je na żywo i zrobić sobie zdjęcie na jednej z takich palm. Nie bez powodu plaża Sueno del Caribe jest nazywana rajem na ziemi. Mamy dodatkowo czas na pływanie w ciepłych wodach Morza Karaibskiego, a kto chce, może powędrować wzdłuż ciągnącej się piaszczystej plaży.


Przystanek pod białym namiotem

 
 
Raj na ziemi - Saona

Podobnie, jak poprzednio, morze wyrzuca na brzeg koralowce (szczególnie godna uwagi jest wielka, sztywna i czarna ażurowa „konstrukcja”, która przypomina wyglądem duży liść), naturalną gąbkę w postaci niedomkniętej rury i czasem jakieś gałęzie, które tu przypłynęły. Jako, że plaża jest dzika, nie powinniśmy mieć problemu ze znalezieniem prawdziwych, dużych karaibskich muszli. Ja znalazłem dwie i to już w pierwszej minucie pobytu na Sueno del Caribe, więc naprawdę można coś wyszukać. Jedyna uwaga jest taka, że tego rodzaju muszli nie można zabierać do domu. Zapłacimy bardzo wysokie kary. Może i dobrze, że tak postanowiono, bo gdyby wszyscy turyści mieli zabierać jakąś część tego lądu, to już niedługo oprócz plaży i palm niewiele by zostało. Sueno del Caribe jest idealnym miejscem dla fotografów. Wystarczy odrobina błękitnego nieba i można wykonać naprawdę dobre zdjęcia pocztówkowe. Na wyspie czujemy się jak w raju. Na pewno na Saonie nie pomyślisz o pracy, o jakichś problemach, czy o innych przyziemnych sprawach. Tutaj zapomnimy dosłownie o wszystkim i będziemy chłonąć niesamowite widoki. Pod koniec dnia wracamy do hoteli. Z powrotem wsiadamy na szybką łódź i płyniemy do innego portu. Tym razem Bayahibe, który jest znacznie bliżej niż miasteczko Altos de Chavon. Dzięki temu nasz powrót trwa szybciej i przede wszystkim bardziej komfortowo. Trzeba pamiętać, że po godzinie 16..30-17.00 morze uspokaja się i nie powstają żadne fale. Łódź może płynąć z pełną prędkością i nie poczujemy ani jednego podskoku. Podczas naszej wycieczki zdarzyło się, że mieliśmy aż 7 burz tropikalnych. Sam przewodnik, który takie wycieczki organizuje od lat, przyznał, że nigdy mu się nie trafiły takie warunki pogodowe. Zdarzały się przypadki, gdzie był jeden opad deszczu i to wszystko. My trafiliśmy na trzy burze tropikalne na środku morza, gdzie bardzo obfity deszcz wręcz wszystko nam zalał i nie mieliśmy w co się przebrać.


Saona - raj na ziemi

Druga burza okazała się najciekawsza, ponieważ na morzu, po naszej lewej i po naszej prawej stronie powstały dwie naraz, a pomiędzy nimi widniała luka, wyglądająca, jakby „brama do piekła” – tak określiła to uczestniczka naszego wyjazdu. Sternik, patrząc na obie burze zobaczył, że idą na nas, więc włączył pełną moc na oba silniki i próbował wstrzelić się w bramę. Burza będąca po lewej stronie zahaczyła nas i zaserwowała nam bardzo obfity opad deszczu. Jeszcze większy niż poprzedni. Na szczęście podczas burz tropikalnych nie było sztormu na morzu i nie powstawały spienione piany. Dzięki temu łódź mogła płynąć szybko. Wiał tylko dość silny wiatr, co nie było przyjemne, ponieważ deszcz dosłownie nas oblewał. Tylko w czasie burz chwilowo było zimno, a opad kropel wręcz bolał. Na szczęście, płynąc w przeciwną stronę do burz, każda z nich trwała około dwie, trzy minuty, po czym wypływaliśmy po jej drugiej stronie. Pomiędzy burzami mieliśmy piękne, niebieskie niebo. Warunki mogliśmy uznać za pół udane, bo na plażach mieliśmy słońce i naprawdę piękny, karaibski klimat, ale płynięcie w czasie burz było straszne w szczególności dla ludzi, którzy nie umieli pływać i dla matek z dziećmi. W takich momentach trzeba mówić takim osobom, co będzie się działo i dlaczego sternik podejmuje takie, a nie inne decyzje. Widać było, że sternik jest bardzo doświadczony, ponieważ podczas krótkich burz na bardziej pofalowanym morzu redukował moc silnika, a na zagłębieniach dodawał jej, po to, żeby łódź nie podskakiwała. Ustawiał się prostopadle do pofalowanej powierzchni, dzięki czemu podróż upływała płynnie. Dosłownie za ścianą wody z nieba morze staje się spokojne i znowu świeci „palące” słońce. Pomimo takiej pogody wycieczkę można uznać za udaną, ponieważ przeżyliśmy zupełnie coś nowego, a tam, gdzie trzeba było, mieliśmy słońce. Przewodnik powiedział na koniec: „jeśli ktoś wam będzie mówił o Saonie, to odpowiedzcie mu: co wy wiecie o Saonie?...”. Miał w tym rację, bo we wszystkich innych przypadkach jest to relaksujący rejs na rajską wyspę. Dlaczego wycieczka się udała? Dlatego, że przewodnik i sternik utrzymali wszystko, co miało być w programie, ale odwrócili kolejność. Zaczęliśmy od obiadu, bo tam mieliśmy dużą powierzchnię pod strzechą, a później odwiedziliśmy wioskę Mano Juan z żółwiami i karaibskimi chatkami, gdzie chodziliśmy około 30min plus około godzina nad morzem. Trzecim punktem była dzika plaża Sueno del Caribe, gdzie mieliśmy piękną pogodę i spokój oraz wspaniałe warunki do zdjęć.


Plaża na Saonie


Pierwsza plaża na Saonie

Ostatnim punktem było „polowanie” na rozgwiazdy. Przewodnik powiedział, że po 18.00 znikają pod piaskiem, dlatego musimy przybyć na „naturalną wannę” jeszcze przed tą godziną. Na wielką „wannę” Natural Piscina dopłynęliśmy po godzinie 17.15, więc zdążyliśmy jeszcze je odszukać i nacieszyć się pięknem krajobrazu. Statki nie mogą pływać po zapadnięciu zmroku, dlatego każda wycieczka musi zakończyć się do zachodzącego słońca. Z drugiej strony, przyglądając się tym jednostkom, żadna z nich nie ma swojego oświetlenia, więc i tak by nie mogły pływać w nocy. Z jednej strony chodzi o względy bezpieczeństwa, a z drugiej strony o ochronę przyrody. Żółwie i kraby składają jaja w nocy i polują też w nocy, dlatego nie możemy im w tym przeszkadzać. Gdybym miał być drugi raz na Dominikanie, to z pewnością wybrałbym Saonę, bo to jest raj na ziemi i przede wszystkim tutaj poczujemy prawdziwy klimat i smak Karaibów. Na koniec dodam, że wycieczki katamaranem kosztują około 60$, szybką łodzią motorową od 90-125$ - w zależności od tego, co chcemy zobaczyć i którą wersję z siedmiu opcji wybierzemy. My wybraliśmy tą, za 125$, ponieważ mogliśmy odwiedzić 5 różnych miejsc, które kojarzą się z rajem. Dlatego i wam polecam choć droższą opcję, to najbogatszą w przeżycia, widoki i rajskie smaki.


Rozgwiazda wyłowiona w Natural Piscina

 
 
Natural Piscina i wyławiane rozgwiazd

2. Samana i wodospad Salto El Limon
Jest to druga najpiękniejsza wycieczka, którą koniecznie trzeba odbyć, będąc na Dominikanie. Co tutaj będziemy robić? Naszym celem jest dostanie się pod wysoki wodospad El Limon o wysokości 200m. Dla przypomnienia dodam, że największy w polskich Tatrach wodospad ma 27m wysokości (Siklawa), a w całych Tatrach – Ciężka Siklawa (100m), więc jak się domyślamy, widowisko musi być warte zachodu. Problem w tym, że wodospad nie jest tak łatwo dostępny, znajduje się daleko i przez to wycieczka ma charakter małej wyprawy. Wycieczka jest oczywiście całodniowa i ogólnie można ją podzielić na kilka etapów: na początku wyjeżdżamy do portu Sabana de la Mar odległego o 2 godziny jazdy busem z ostatniego hotelu. Tym razem pojedziemy na północno-wschodnią część Dominikany, gdzie w drodze będziemy mogli podziwiać niesamowite góry Kordyliery Wschodniej, wyglądem przypominające Bieszczady, na których rosną palmy i inna tropikalna roślinność. Z pewnością nacieszymy oczy niecodziennymi widokami. W drodze zobaczymy również wielkie pola trzciny cukrowej, ponieważ nazwa Punta Cana oznacza Punkt Trzciny. Po dwugodzinnej jeździe docieramy do niewielkiej wioski rybackiej o tej samej nazwie (Sabana de la Mar), gdzie ulica kończy się i jeszcze przez dwadzieścia minut będziemy jechać szutrową drogą z mnóstwem dziur. Zanim pojedziemy „dziurawcem”, zatrzymamy się w lokalnej kawiarni, gdzie organizator jest umówiony z miejscowym prowadzącym ten obiekt. Tam jemy śniadanie, które jest wliczone w cenę wyjazdu. Do dyspozycji mamy zimne napoje trzymane w lodówkach turystycznych w kostkach lodu. Klimat kawiarni jest dość nietypowy, bo facet mówił, że zainwestował w nią i ma ją odnowioną, a dla Europejczyka wydawała się strasznie biedna i przede wszystkim, jakby zrobiona z tego, co pozostało. Kawiarnia nie ma ścian, dach ze strzechy, plastikowe stoły i krzesła, a ściany pomalowane na biało tylko jedną warstwą, tak że widać całą szarość betonu. Pomalowaną część zobaczymy tylko przy kasie. Za to lodówkę ma „z górnej” półki, taką jak w każdym europejskim sklepie. W końcu zimny napój na Dominikanie to podstawa i każdy o tym wie. Mimo wszystko taka kawiarnia ma swój klimat i wszystko tu wygląda podobnie.

Na wycieczkę polecam zabrać ze sobą cukierki, ponieważ małe dzieci zawsze dostrzegą przyjeżdżające wycieczki i coś chcą od nich wyciągnąć. Do nas przybiegło dwoje małych dzieci, które nasza wycieczka poczęstowała cukierkami. Na śniadaniu spędzamy około 10-15min, po czym jedziemy ostatnie 20min dziurawą drogą szutrową do portu w Sabana de la Mar. Najbardziej rozbawiło mnie palenie papierosów wśród uczestników wycieczki, ponieważ wszyscy wyszli z kawiarni na zewnątrz, żeby nie palić w środku. Na Dominikanie nie ma takiego zakazu, chyba, że właściciel postawi tablice informujące o takim stanie rzeczy. Sam obiekt nie miał żadnych ścian, tylko dach ze strzechy wysoko nad naszymi głowami, dlatego powiedziałem: a po co wychodzicie na zewnątrz, przecież tu nie ma ścian i wolno palić w środku. Takie już mamy przyzwyczajenie z Europy, gdzie w miejscach publicznych nie wolno palić. Jadąc dalej, warto rozglądać się na boki i podziwiać tropikalną roślinność, bo jest zupełnie inna. Na końcu tej drogi, po prawej stronie, zobaczymy uprawy i pola ryżowe. Widać, że nie wyglądają one jak w Chinach, ponieważ są zbyt słabo nawodnione. W styczniu ryż zaczynał kiełkować, a w połowie miesiąca wyrastały już 5-10cm rośliny. Na końcu zatrzymujemy się na ubitej ziemi przy dość wąskiej rzece. Przed nami rosną okazałe bambusy. Słońce wręcz „pali”. Przewodnik w tym miejscu zachęca, żebyśmy się posmarowali filtrami UV, ponieważ czeka nas około godzinna przeprawa przez zatokę, gdzie będziemy bezpośrednio wystawieni na słońce. Niestety tutaj nie ma tak luksusowych łodzi, jak na Saonie. Owszem są wycieczki, co pływają katamaranami, ale podobnie, jak na Saonie nie zobaczą tyle, co my. Tutaj płyniemy szybką, starą, niebieską, łodzią motorową. Przypomina ona żeliwny odlew z jednego kawałka, pomalowany jakby farbą olejną. Siedzenia też wyglądają, jakby odlano je z jednego kawałka wraz z całą łodzią. Przechodząc do kolejnych rzędów, stawiamy krok z jednego rzędu do drugiego. Na szczęście jest dużo miejsca na nogi. Podobnie jak na pierwszej propozycji, jest dużo rumu i przede wszystkim humoru.

Od tego momentu całą wyprawę przejmuje Carlos – dominikański przewodnik. Jest bardzo wesoły, dużo tańczy i podrywa kobiety. Potrafi zrobić pokaz. Dowiedzieliśmy się, że jest uczulony na słoną wodę, a jednak regularnie wypływa na morza otwartymi, szybkimi łodziami jak ta. Od samego początku czujemy, że ten wyjazd będzie bardzo piękny. Chociaż zupełnie inny od Saony, to równie ciekawy. Z udeptanego wybrzeża pod bambusami wchodzimy na niebieską łódź, którą za chwilę wypłyniemy do ogromnej zatoki mierzącej 38km długości i 20km szerokości. Jest to wielki kawał wody do przepłynięcia, jeśli weźmiemy pod uwagę, że całą wycieczka ma się zmieścić w ciągu jednego dnia. Od samego początku rejsu patrzymy na coś niezwykłego. Podziwiamy lasy mangrowców, które mają nietypowe korzenie wystające ponad powierzchnię wody na wysokość około 1-3m, tworząc przy tym bardzo gęstą siatkę. Korzenie rosną tak szybko, że mieszkańcy dbają o utrzymanie tego kanału żeglownego. Korzenie mangrowców mają ciekawą właściwość, ponieważ przyczyniają się do poszerzania granic lądów. W gęstej plątaninie gromadzi się nawiewana ziemia i naniesione muły z dna rzecznego, przez co powstają nowe lądy. Z tego właśnie względu trzeba stale pilnować kanału, żeby przez cały czas by l żeglowny. Do przycinania „zarośli” używa się maczet. Lasy mangrowców są bardziej nam znane jako lasy namorzynowe. Nie raz słyszeliśmy o nich na lekcjach geografii, a teraz możemy zobaczyć je na własne oczy. W Europie nie zobaczymy takich widoków, jak tu, dlatego pierwszy punkt programu jest już bardzo ciekawy. Miałem dodatkowo szczęście, że na jednym z korzeni siedziała czapla i kiedy robiłem zdjęcie, nie wiedziałem o niej, a stała się przez przypadek motywem głównym na zdjęciu. Rzeka jest bardzo kręta, dlatego sternik wykonuje zakręty, podczas których możemy jeszcze lepiej podziwiać niecodzienną przyrodę po obu stronach. Na końcu całkowicie spokojnej rzeki wypływamy na otwarte morze, a raczej zatokę, która łączy się z Oceanem Atlantyckim. Na końcu rzeki nagle otwiera się wielka przestrzeń i widzimy przed sobą niewielkie, ale bardzo zielone wysepki. Nad każdą z nich krążą ptaki. Przewodnik mówił, że nigdy jeszcze nie widział, żeby nad nimi nie krążyły żadne ptaki. Tam zawsze coś lata. Wyspy wyglądem przypominają te z Tajlandii lub z Wietnamu.


Tutaj wsiadamy na szybką łódź motorową z Carlosem

 
 
Lasy namorzynowe (mangrowce)

 
 
Tuż po wypłynięciu z rzeki na otwarte wody; widok na niewielkie wysepki z krążącymi ptakami

Już za chwilę dopływamy do kilkunastu słupów będących pozostałością po dawnym porcie. Na każdym ze słupów siedzą po 1-3 rybitwy, a na niektórych wielkie pelikany. To one są główną atrakcją tych wysp. Sternik celowo podpływa spokojnie tak, by każdy mógł zrobić zdjęcia. Nam się udało, ponieważ ptaki nie są płochliwe. Za chwilę wpłyniemy niewielką rzeką do małej przystani, gdzie naszym celem będzie zwiedzenie dwóch jaskini, w których mieszkali Indianie Tainowie. Jeśli by przeżyło choć kilku z nich, Dominikana mogłaby mówić o swojej tożsamości. Właśnie tutaj dowiadujemy się, że zostali całkowicie podbici i wytępieni, a do tego choroby uśmierciły pozostałą część ludności. Stało to się za czasów kolejnych wypraw po Krzysztofie Kolumbie. Hiszpanie mieli wielką przewagę w podbijaniu nowych ziem, ponieważ dysponowali bronią palną, której ci Indianie w ogóle nie rozumieli. Nie wiedzieli jak to się dzieje, że ktoś strzela z daleka i nagle ktoś umiera. Z innych ciekawostek, warte uwagi są malowidła w jaskiniach, ponieważ blisko 600 lat temu  Tainowie pozostawili po sobie inskrypcje, których znaczenia do dziś nikt nie odszyfrował. Można je zobaczyć na skałach w środku jaskini. Aż trudno uwierzyć, że przetrwały tyle lat i tak dobrze wyglądają. Jaskinie mają swój klimat i stałą temperaturę, która pozwala utrzymać przez bardzo długi czas podobne rzeczy w niezmienionej postaci. Jaskinie są bardzo ciekawe, bo w niektórych miejscach ciasne, w niektórych za niskie, a w innych bardzo wysokie, z nietoperzami nad głowami, czy z zalaną częścią, nad którą wiszą skały. Widok jest niesamowity. Pierwsza nazywa się Arena Grotte i tam nie ma inskrypcji. Zobaczymy w niej za to nietoperze oraz ciekawe, wiszące skały i zalaną część oraz będziemy mieli widok ze środka na zatokę. Jest bardzo piękna pod względem kształtów. Do drugiej jaskini dochodzimy przez las, gdzie nad głową mamy gniazdo termitów. Kilkadziesiąt lat temu przez las prowadziła kolej, ale już nic z niej nie pozostało. Część pozostała po torowisku teraz służy za ścieżkę, którą dotrzemy do drugiej jaskini o nazwie Linea. Wyróżnia się swoją wielkością. Ma jedną główną komorę, gdzie zawalił się strop i przez dość duży otwór widzimy żywozielone lasy. Widok jest niecodzienny, dlatego każdy próbuje uchwycić ten kawałek na zdjęciu.

 
Rybitwy i pelikan

 
 
 
 
Pierwsza jaskinia Tainów - Arena Grotte, na pierwszym zdjęciu plaża, na której wysiadamy w drodze do jaskini

 
 
Gniazdo termitów nad naszymi głowami w drodze do drugiej jaskini - Linea; zawalony strop tej jaskini


Komora główna jaskini Linea

W międzyczasie przewodnik oprowadza nas po poszczególnych częściach krótkiej jaskini, gdzie zobaczymy wszystkie malowidła pozostałe po Indianach Taino. Wyglądają trochę… jak rysunki dzieci. Po opuszczeniu jaskini idziemy z powrotem do portu na końcu rzeki. Warto tutaj zrobić sobie zdjęcie, ponieważ przed wejściem do pierwszej jaskini mamy widok na zarośniętą plażę z wysokimi palmami, za którymi widać równie zarośnięte, wapienne góry. Kiedy zwiedzimy już ostatnią jaskinię wypływamy z powrotem na zatokę i od teraz będziemy płynąć około 40min do odległego brzegu, który ledwo widzimy, gdzieś na horyzoncie. Licząc od wylotu rzeki, gdzie podziwialiśmy lasy namorzynowe, do drugiego brzegu, mamy aż 20km do przepłynięcia. Jako, że płynęliśmy do jaskiń, to nasza trasa wydłużyła się bardziej. Nie będziemy płynąć w linii prostej do Samany (tak nazywa się miejscowość po drugiej stronie, do której mamy dopłynąć), a pod ukosem w prawą stronę, przez co wolniej będziemy przybliżać się do brzegu. Stara łódź ma wielki mankament, który nie musi się każdemu podobać. Siedzenia są bardzo twarde, a woda w zatoce jest bardzo pofalowana (nie ma spienionych, białych fal). Na każdej z fal łódź podskakuje i czujemy jakby uderzenie o beton. Ta łódź niestety nie „zbiera” w ogóle uderzeń fal o kadłub, więc musimy odczuć na sobie twarde uderzenia. Po dłuższym czasie tyłki są „obite”. Z pewnością wycieczkę będziemy czuć jeszcze przez dwa dni… Ponownie jak na Saonie, do tyłu siadają osoby, które boją się podskoków i uderzeń, a osoby żądne przygody idą na przód łodzi. Najgorsze są wyskoki z fal, gdy wpada się na zagłębienie pomiędzy dwiema innymi falami. Wtedy czujemy bardzo twarde lądowanie. Dla osób, które umieją pływać będzie to z pewnością fajna przygoda, a dla osób, które nie umieją pływać i pierwszy raz płyną taką jednostką, może to być horror, ponieważ na dodatek od prawej strony, od czasu, do czasu zalewa nas słona fala. Jako że płyniemy pod ukosem przez zatokę, to właśnie w naszym kierunku przemieszczają się fale od strony prawej burty. Zanim dopłyniemy do Samany, na trzy minuty przed dotarciem do portu przepłyniemy pod dużym, betonowym mostem. Spina dwie wyspy i ląd. Dowiedzieliśmy się, że tak wielki most składający się z kilkunastu przęseł zbudowano tylko po to, żeby było dojście do małej kawiarni na wyspie. Jeszcze większym absurdem jest fakt, że kawiarnia upadła, a most pozostał nikomu niepotrzebny. No cóż – jak budować, to budować z rozmachem…

W porcie w Samanie wysiadamy na asfaltowy brzeg. Tutejsza przystań jest bardzo dobrze przygotowana na przyjmowanie statków, łodzi i jachtów. W Samanie najpierw idziemy na kolorowy rynek, gdzie największa, różowa, bajkowa wieża to nic innego, jak ubikacje… Tam mamy chwilową przerwę, po czym idziemy na safari trucka, czyli ciężarówkę z siedzeniami w części na ładunek. Dzięki temu możemy poczuć się, jakbyśmy przechodzili przez kolejne wioski. Kiedy wsiedliśmy na ciężarówkę, Carlos był w swoim żywiole. Najpierw poczęstował wszystkich rumem, później kierowca włączył muzykę z wielkiego głośnika, który bardzo przyciągał uwagę. Wisiał na prowizorycznie skręconych sznurkach, a patrząc na niego, mieliśmy wrażenie, że u nas na śmietnikach znajdziemy o epokę lepsze głośniki niż ten... Ale za to jak głośno grał! Głównym hitem była piosenka „Dale vieja dale” Tono Rosariego. To jest właśnie cały klimat podobnych wycieczek! Czasami mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na Kubie i czas zatrzymał się na dawnych latach. Kiedy przejeżdżaliśmy przez kolejne wioski, mogliśmy podziwiać ich zabudowę, ogrody, czy też ciągnące się palmowe lasy. Trzeba przyznać, że mają piękne góry, z których widzieliśmy nawet wyspy w zatoce. Zieleń jest wszędzie. Po 40min jazdy (przejeżdżamy 25km) docieramy do Rancho. Jest to większa stadnina średniej wielkości koni w środku tropikalnego lasu. Już samo wejście na posesję robi wielkie wrażenie. Nie spodziewajmy się tu europejskich standardów, ale jest bardzo pięknie, a w szczególności cudownie pod względem przyrodniczym. Najbardziej mnie zaciekawiło, że idąc około 30m chodnikiem do niewielkiej chatki, gdzie można było zostawić nadmiar swoich rzeczy, po drodze nad głowami, rosło kakao, czy banany. Drzewa kakaowe i bananowce występują tu bardzo pospolicie.

 
 
Miejscowość Samana

 
Dojazd safari truckiem do Rancho z przewodnikiem Carlosem w roli głównej i widoczna ścieżka przez lasy tropikalne

Od tego momentu zaczyna się największa przygoda. Czeka nas 30min jazda konna do serca gór Kordyliery Wschodniej, skąd dalej już bezpośrednio pójdziemy pieszo do wodospadu Salto El Limon. Jeśli nigdy nie jeździłeś na koniach, jak większość uczestników wycieczki, to nie masz powodów do obaw. Jest to wycieczka dla wszystkich, dlatego musi być dobrze przygotowana. W Rancho wsiadamy na średniej wielkości konie, które są silne i zabierają nawet osoby ważące 150kg. Wsiadamy z betonowych stopni, dlatego jest łatwo. Czy bać się jazdy na koniu? Zdecydowanie nie. Mamy wygodne siedzisko, jest się czego trzymać, a po chwili wyczujesz zwierzę i będziesz czuć radość z jazdy. Konie są bardzo spokojne, a kiedy poczujesz się odważniej możesz jechać w biegu lub galopem. Pamiętajmy, że większość uczestników wyjazdu nigdy nie jeździło na koniach i głównie tacy chcą zobaczyć wodospad. Jak wygląda cała przeprawa? Drogę naszym koniom będą wskazywać… dominikańskie dzieci lub nastolatkowie – w zależności na kogo trafimy. Kiedy ktoś będzie się bał, taka osoba będzie cały czas szła przy tobie. Jeśli się nie boisz, nasi mali przewodnicy będą „zachęcać” konia do biegu lub galopu. Oczywiście zapytają się ciebie, czy wszystko jest OK. Możesz im też pokazać, że się nie boisz. Na początku jedziemy szerszą drogą, gdzie zobaczymy życie w typowo karaibskich domach, w których niewiele zobaczymy. Z drugiej strony spostrzeżemy, że ci ludzie są uśmiechnięci i nie widać w nich stresu. Nie wiele potrzeba im do życia, a ich domy znajdują się w niesamowitych, zielonych lasach tropikalnych. W trakcie drogi dzieci będą pokazywać, coś na co nigdy byś nie zwrócił uwagi. Poznasz palmy kokosowe, ananasy rosnące w naturze, kakaowce, zobaczysz naturalnie rosnącą kawę, banany, mango, limonki, itp. egzotyczne owoce oraz drzewo chlebowe. Najbardziej przyglądałem się kawie, ananasom czy kakao. Takie rośliny nie żyją w naszym klimacie, dlatego chciałem je zobaczyć z bliska. Kiedy skończy się równa droga, konie zaczynają schodzić stromo do poziomu rzeki. Wtedy musimy odchylić się do tyłu, żeby utrzymać równowagę. Dla przykładu podam, że osoby z naszej wycieczki dawały sobie bardzo dobrze radę, pomimo, że na koniach jeździły tylko dwie osoby z dziesięciu. W dalszej części nawet próbowały biegu, a na samym końcu lekkiego galopu.


Takimi końmi pojedziemy przez góry

 
Chata, gdzie zaczniemy naszą przygodę (tutaj można pozostawić nadmiar rzeczy i się przebrać) oraz dzieci, które nas poprowadzą

Jako, że konie były bardzo spokojne, to już po kilku minutach mogłem jechać, nie trzymając się siodła. Wyciągnąłem kamerę sportową i zacząłem kręcić film. Po około 5min jazdy będziemy musieli przekroczyć rzekę. Jest na tyle głęboka, że zamoczymy sobie całe buty, dlatego rezerwując wycieczkę, w opisie mamy napisane, żeby zabrać buty do wody. Koń przeprowadzi nas przez tą samą rzekę aż trzy razy, po czym będzie podchodzić stromymi ścieżkami, by wywieźć nas na szczyty tutejszych gór, mających wysokość około 470m n.p.m. Za rzeką jedziemy przez około 15-20min przez tropikalne lasy, gdzie wielokrotnie zobaczymy pokazywane nam owoce. Po 25min jazdy docieramy na widokowe szczyty, gdzie podziwiamy dużą część pasma górskiego i ogrom lasów tropikalnych. Przez ostatnie 5min drogi jedziemy bardzo stromo w dół, do niewielkiej kawiarni z pamiątkami w środku lasu, gdzie w cieniu zatrzymują się konie. Kawiarnia to duże słowo, ponieważ wygląda jak prowizoryczna chata bez ścian. Z drugiej strony patrząc, po co stawiać lepsze konstrukcje w środku lasu, jak i tak jest zawsze cieplej niż +21’C. W końcu musi być dobry przewiew. Owady nie dokuczają wcale. Czeka nas jeszcze ostatni etap wyprawy. Za kawiarnią wychodzimy na bardzo piękną polanę trawiastą. Wygląda na to, że trawę regularnie podgryzają konie, stąd jest tak bardzo równa. Warto zatrzymać się na tej stromo opadającej polanie do wielkiego zagłębienia pomiędzy pasmami górskimi, ponieważ już stąd widzimy cały wodospad El Limon! Jest potężny, ogromny i przede wszystkim piękny. Jest otoczony tropikalną roślinnością z każdej strony, a zieleń aż kipi dookoła. Lepiej go jednak zobaczyć z bliska, dlatego czeka nas jeszcze około 15min wędrówka do jego stóp. Dzieci zaprowadzą nas do niego. Idziemy stopniami w dół. Kto nie chodzi po górach, od razu może pomyśleć, że zmęczy się przy wychodzeniu do góry. Faktycznie, z powrotem trzeba podejść praktycznie pod całe zbocze górskie. Z miejsca, gdzie zostawiliśmy konie w niskim, przerzedzonym lesie, przechodzimy przez teren kawiarni z biżuterią i dalej wędrujemy stromo nachyloną w dół polaną. Trawa jest bardzo równo przystrzyżona, a to za sprawą koni, które wyjadają ją prawie do samej ziemi.

Tylko z polany mamy wspaniały widok na wodospad El Limon. Za chwilę schodzimy tropikalnym lasem stromo zboczem górskim. Wędrówka w cieniu uprzyjemnia ten fragment wycieczki. Za około 10-15min, w zależności od tempa, dochodzimy do mniejszego wodospadu. Jest bardzo piękny! Na równi z poziomem ścieżki widzimy większe oczko wodne, do którego wpadają wody mniejszego wodospadu. Właśnie tutaj mamy pierwszą możliwość wykąpania się. Na pierwszych 6-7m od brzegu dno opada powoli, ale za chwilę nagle, tak, że od razu trzeba pływać. Chociaż jesteśmy przyzwyczajeni do lodowatych strumyków górskich, to tutaj woda z gór jest bardzo ciepła i ma ponad +22’C! Można od razu wejść do oczka i podpłynąć pod sam wodospad. Trzeba pamiętać, że nurt pod wodospadem jest tak silny, że odrzuci nas nieco dalej od niego. Wielu turystów robi sobie tutaj serię zdjęć, ponieważ przez gęsty las docierają promienie słoneczne, które dodają uroku temu miejscu. Główny wodospad, który widzieliśmy z góry jest jednak nad nami. Dojście do niego zajmie nam niecałe 3min wędrówki po schodach do góry. Trzeba uważać, ponieważ często są one błotniste i śliskie. Kiedy nacieszymy się mniejszym wodospadem i widokiem dookoła, dzieci zaprowadzą nas do tego większego. Na początku musimy przejść przez potok o dość mocnym nurcie. Będziemy skakać z kamienia na kamień, dlatego zalecane są buty do wody, które bardzo dobrze trzymają się na ich powierzchni. Później, przez około 2-3min, podejdziemy stromymi stopniami do góry. W moim przypadku chłopak wyczuł, że mam kondycję i że świat gór nie jest mi obcy, dlatego poprowadził mnie swoją ścieżką wytyczoną przez stromizny. Skracała dystans do wodospadu El Limon i nie musiałem iść przez błoto. Po prostu wbiegaliśmy pod stromo nachylone zbocze. Chłopak wyprowadził mnie w miejsce, gdzie z wielkiego oka wodnego pod wodospadem El Limon wypływają wody na pionową ścianę skalną i tam powstaje mniejszy wodospad, pod którym robiliśmy sobie wcześniej zdjęcia. Właśnie stąd można popatrzeć w dół na mniejszy wodospad i na ludzi, którzy kąpią się w tamtejszym oczku wodnym oraz siedzących nad jego brzegiem. Co ciekawe, można tutaj przejść na drugą stronę szerokiego spływu łączącego oba wodospady. Nasi mali przewodnicy pokażą ci kamienie po których trzeba skakać, bo wody są dość głębokie. Dzięki temu możemy się znaleźć po drugiej stronie, gdzie dociera mniej ludzi.


Mniejsza część wodospadu El Limon i pierwsze oczko wodne

 
Pierwsze oczko wodne, gdzie możemy popływać

Niezależnie gdzie jesteśmy, to dopiero z poziomu oczka wodnego pod wodospadem El Limon, możemy zobaczyć, jak naprawdę on jest wielki. Wody spływają po ogromnej, pionowej ścianie skalnej w kilkunastu obfitych ciekach. Wszystkie razem tworzą wielki wodospad. Tutaj również możemy podpłynąć pod opadające wody, ale trzeba mieć na względzie, że ich siła jest dużo większa i najprawdopodobniej to nam się nie uda. Nurt jest tak silny, że na pewno nas odrzuci. Wodospad El Limon jest przez cały dzień zacieniony, ponieważ znajduje się po stronie północno-wschodniej. Trudno też o wykonanie dobrego zdjęcia z bliska, ponieważ z powodu dużej wysokości, na cały pobliski teren opadają tysiące małych kropelek rozwiewanych przez wiatr. Dla miłośników ciekawych efektów fotograficznych z pewnością to miejsce będzie idealne. Mnie najbardziej zachwyciła wielkość El Limon oraz kipiące zielenią lasy pełne egzotyki. W trakcie wędrówki polecam przyglądać się różnym roślinom. Dzieci pomogą nam je rozpoznawać. Na szczęście organizator wycieczki daje nam sporo czasu na podziwianie widoków oraz na wykąpanie się w obu oczkach wodnych pod wodospadami, dlatego warto mieć na sobie założony strój kąpielowy. Najczęściej osoby zakładają go w hotelu lub w wyznaczonej do tego chatce, tuż przed jazdą konną. Słońce jest na tyle mocne, że zdążymy w większej mierze wyschnąć. Tak było w styczniu, więc w lecie jest tylko lepiej. Powrót z wodospadu również wygląda ciekawie, ponieważ na początku musimy podejść pod wielką górę do kawiarni. I chociaż podejście wydawało się straszne, to osoby nie chodzące po górach dochodziły do kawiarni bardzo szybko, nie opóźniając całej wycieczki. W drodze do góry warto podziwiać tropikalną roślinność i palmy kokosowe, których tu nie brakuje. W kawiarni mamy chwilowy postój, gdzie czekamy na wszystkich uczestników wycieczki.


Wodospad El Limon

   
   
Wodospad El Limon widziany z różnych stron

Za kawiarnią ponownie pojedziemy konno. Tutaj nie ma powodów do obaw, ponieważ na konia ponownie wejdziemy z poziomu betonowych stopni, które zdecydowanie ułatwiają wejście. Będziemy wracać tą samą trasą, ale jako, że teraz wiedzieliśmy co nas czeka, to moja uwaga głównie skupiła się na poszukiwaniu ananasów, drzew kawowych oraz kakaowców. W drugiej części, gdzie konie przez chwile idą szczytami gór, podziwiałem piękne widoki górskie, pełne kokosowych palm. Dalej jedziemy w zacienionym lesie, aż dotrzemy do rzeki. Konie zazwyczaj wybierają swoją drogę tam, gdzie jest trochę głębiej. Jako, że to są zwierzęta, wody napić się muszą. Bardzo często zdarza się, że taki koń staje na środku rzeki i zaczyna pić wodę. Dzieci wtedy nie poganiają koni i tłumaczą, że teraz koń musi zgasić pragnienie. Ciekawy to jest widok, gdy zwierzę stoi po całą wysokość nóg w rzece, i ty masz stopy zanurzone w wodzie, a koń pije sobie spokojnie wodę. Za chwilę rusza dalej. Po przekroczeniu rzeki i po wejściu na strome, błotniste zbocze, pozostaje długa prosta, gdzie jeśli ktoś się nie boi, może pojechać galopem. Właśnie takiej jazdy spróbowałem, przejeżdżając przez małą wioskę, którą tworzyło tylko kilka rodzin. Ich domki były wybudowane w typowo karaibskim stylu z tego, co mieli. Zanim pożegnamy się z dziećmi, musimy pamiętać, że liczą one na napiwek rzędu 10-20$ za obsługę naszej wycieczki.

Za chwilę udamy się w kolejną część naszej podróży, gdzie czeka na nas już obfity obiad. W jednej z kawiarni zarośniętej dookoła tropikalną roślinnością na stołach mamy poukładane 10 różnych dań do wyboru. Obowiązkowo trzeba spróbować najciemniejszego mięsa, ponieważ jest to lokalna wołowina z tutejszych krów, które mieszkańcy wiosek sami sobie hodują. Jest tak dobrze przyrządzona, że nawet w najlepszych restauracjach w mieście takiej nie znajdziemy. Jest bardzo miękka i bardzo dobrze przyprawiona. Oni mają czas przyrządzać mięso. Po prostu miód! Drugą najciekawszą propozycją jest ryż z wąskimi paskami mięsa, który jest równie dobrze przyprawiony. Nie bez powodu bardzo szybko podbiega do nas kot, który liczy na odrobinę jedzenia. Mieliśmy takie szczęście, że po drewnianym płocie chodziła jaszczurka. Wystarczyło dać kawałek ananasa lub innego owocu, który był na stole, żeby zajęła się, a my mogliśmy ją fotografować. Egzotyka tego miejsca po prostu zachwycała. Za chwilę podeszła do nas miejscowa kobieta, która pokazała nam owoc kakaowca i wytłumaczyła, jak wygląda w rzeczywistości oraz jak robi się z niego kakao. W rzeczywistości w jednej skorupie znajduje się kilkadziesiąt orzechów oblanych gęstym, białym mlekiem, które również przeznaczone jest do jedzenia. Wystarczy wyciągnąć jeden taki orzech i ssać go jak cukierek. Mleko jest słodkie i delikatne w smaku. Całość ubija się w jedną miazgę i lepi z tego kulkę podobnie, jak ze śniegu. Wystarczy poczekać aż wyschnie i tak otrzymaną brązową kulę ścieramy na tarce na najdrobniejszych oczkach. W ten sposób otrzymujemy znany nam brązowy proszek pod nazwą kakao. W smaku jest dokładnie taki sam, tyle że tutaj mamy je bezpośrednio przygotowane z owoców, które widziałeś w lesie. Kakao jest bardzo słodkie i przede wszystkim aromatyczne. Po zakończonym obiedzie z powrotem jedziemy safari truckiem do portu w Samanie, gdzie czeka na nas niebieska łódź. Powrót trwa trochę dłużej, ponieważ Carlos znowu rozkręca towarzystwo, szaleje przy muzyce i nawet się rozbiera. Po drodze mijamy bardzo piękne, palmowe lasy z niepowtarzalną zielenią, a za nimi zatrzymamy się w jednym z supermarketów. W Polsce Sanepid taki sklep dawno by zamknął, a tutaj jest to największy sklep „ze wszystkim”. Ruch po ulicy odbywa się bardzo chaotycznie w jego okolicach.

 
 
Typowo dominikański obiad, nasz safari truck z głośną muzyką i super market

Przejażdżka trwająca ponad 40min kończy się, po czym wsiadamy na naszą szybką łódź. Kiedy tylko przekroczymy linię mostów nad zatoką, fale mogą być nieco większe, ponieważ woda z oceanu wpływa do zatoki Samana i przez to wyskoki w wielu miejscach są dłuższe i z bardzo „twardym” lądowaniem. Jeśli chodzi o mnie i młodszą część uczestników, to dla nich taki rejs był wielką frajdą, ale dla starszych ludzi może to być nieprzyjemna część. Trzeba pamiętać, że w zatoce nie ma spienionych fal, więc nie ma obaw o trudne warunki. Trasa powrotna łodzią jest znacznie krótsza, ponieważ nie płyniemy w stronę jaskiń Tainów, ani do portu rzecznego w lasach namorzynowych. Teraz popłyniemy bezpośrednio do małej wioski Sabana de la Mar, gdzie pierwszym raz zatrzymaliśmy się w kawiarni i zaczepiały nas małe dzieci. Dzięki temu omijamy etap podróży busem dziurawą drogą szutrową. Wycieczka z pewnością będzie udana dla każdego, kto lubi przygodę, tropikalną przyrodę, pływanie, piękne widoki, czy też wesołą atmosferę. Cały wyjazd do wodospadu El Limon ma charakter jednodniowej wyprawy, gdzie co jakiś czas zmieniamy środek transportu, aż w końcu sami dochodzimy do głównego punktu całej wycieczki. Pomimo, że wycieczka na miejscu kosztuje 165$ za dorosłą osobę, to jednak jest warta tych pieniędzy. Można ją wykupić taniej, na stronie internetowej lub tam, gdzie działają różne, lokalne biura podróży na Dominikanie. Co ciekawe, takich stron w języku polskim znajdziemy co najmniej kilka i prowadzą je Polacy mieszkający na Dominikanie. Stąd nie znając języka, możemy wziąć udział w polskojęzycznej grupie. Trzeba pamiętać, że Dominikana w zimie jest dość popularna wśród Polaków, dlatego powstały takie możliwości.

3. Poznać życie na Dominikanie, czyli Tipo Dominicano
Trzecia propozycja to „lądowa” wycieczka, gdzie głównym programem jest poznanie stylu życia ludzi mieszkających na Dominikanie, oraz poznanie egzotycznej roślinności. W jednych miejscach będzie cicho, a w innych gwarno, ponieważ odwiedzimy wiejski targ oraz szkołę podstawową. Na początku pojedziemy do pierwszej wioski o nazwie La Seiba. Jak wiele innych, jest zbudowana w typowo karaibskim stylu. Tworzą ją chaty z drewna, pomalowane na pastelowe kolory. Takie domki są przewiewne i ubogie w środku. W ich środku nie zobaczymy nowoczesnych sprzętów, ani elektroniki. Mieszkańcy podobnych wsi mają w takich domach bardzo niewiele, bo oprócz prostego prycza, stołu i ławek pozbijanych z desek, garnków i podstawowego sprzętu kuchennego oraz wiader nic więcej nie zobaczymy. Najczęściej ich ściany są „gołe”, a podłogę stanowi klepisko lub zwykłe deski. Podczas wizyty we wiosce pospacerujemy w niej, żeby zobaczyć, jak wygląda tu codzienne życie. Dalej, z La Seiba pojedziemy długim ciągiem lasów złożonych z palm kokosowych i lokalnej odmiany o nazwie ‘real’. W trakcie przejazdu będziemy mogli podziwiać Kordylierę Wschodnią (góry przypominające Bieszczady, mające maksymalnie do 1000 m n.p.m. wysokości). W trakcie przejazdu zatrzymamy się w malutkiej i bardzo prostej pod względem budownictwa szkole podstawowej. Wejdziemy nawet w połowie trwającej lekcji, gdzie dzieci bardzo się ucieszą. Wiedzą, że ich szkoła jest jednym z punktów wycieczki, dlatego spodziewają się drobnych prezentów. Najczęściej wygląda to tak, że zanim odwiedzimy to miejsce, z przewodnikiem wycieczki dogadujemy się co robimy. Zazwyczaj uczestnicy wycieczki zrzucają się po 5$ i w jednym ze sklepów kupujemy rzeczy przydatne do szkoły lub cukierki. Dzieci są bardzo ucieszone i gwar, jaki powstaje podczas rozdawania prezentów jest nie do zatrzymania… Czasami zdarza się tak, że prezenty trafiają do rodziców, żeby dzieci się nie pobiły o nie. Wielu uczestników wycieczek najmilej wspomina tę część wycieczki, ponieważ można zobaczyć, jak wszystko dookoła jest minimalistyczne i że można poczuć wielką radość z dania im czegoś, z czego będą miały wielką radość. Na widok tutejszych dzieci zawsze serce się kraje. Jak się dowiedzieliśmy od przewodnika, dzieci po naszej wizycie w domu mają do odrobienia lekcję, gdzie mają opisać swoje wrażenia ze spotkania z ludźmi z innej części świata. Będąc w szkole, polecam się przyjrzeć krzesełkom, na których siedzą dzieci. Nie znajdziemy tutaj stołów na zeszyty i książki. Z przedniej części krzesła wystaje jedna rurka, na końcu której znajduje się malutki blat.

Według mnie, następna część wycieczki jest równie ciekawa, ponieważ możemy w naturze zobaczyć całe mnóstwo różnych owoców egzotycznych. Przyjeżdżamy na małe rancho, gdzie zobaczymy w naturze rosnące mango, kakaowce, marakuje, papaje, pomarańcze, limonki, ananasy, itp. Zobaczymy też znane nam przyprawy takie, jak: cynamon, wanilię i rosnące drzewa chlebowe. Tutaj mamy więcej czasu, dlatego nie tylko popatrzymy na owoce i przyprawy rosnące w naturze, ale posmakujemy każdej z nich! Pani przewodnik pod strzechą pokaże nam wszystkie owoce od środka i spróbujemy, jak one smakują. Przebywając w hotelu mieliśmy okazję spróbować prawdziwych, miejscowych tropikalnych owoców, a tutaj dodatkowo możemy posmakować większą ich ilość w otoczeniu tropikalnego lasu. Od razu poczujemy różnicę pomiędzy ananasami, bananami, papajami, marakujami i mango smakowanymi w Polsce, a z tymi z Dominikany. Dominikańskie owoce są o wiele bardziej soczyste i pełne słodkiego smaku. Tutejsze owoce przede wszystkim dojrzewają w słońcu, są nawadniane tropikalnymi deszczami, a nie są trzymane w chłodniach i zrywane przedwcześnie, żeby wytrzymały tygodniowy rejs przez ocean…

 
 
Kolejno: kawa, kakao, ananas, kawa rosnąca w naturze


Papaja rosnąca w naturze

Po długim smakowaniu owoców i poznawaniu ich w naturalnym środowisku jedziemy do niewielkiej miejscowości o nazwie Higuey. Głównym punktem będzie zwiedzanie niewielkiej bazyliki, która w tutejszych warunkach jest bardzo okazała. Nie wyróżnia się spośród europejskich budowli, dlatego spędzamy tu tylko kilkanaście minut. Z bazyliki udajemy się na prawdziwy dominikański targ, gdzie znowu będzie bardzo gwarno i różni sprzedawcy będą nam coś proponować. Tutaj nic nie jest zrobione pod komercyjną turystykę, dlatego w pełni poczujemy klimat Dominikany. W szczególności wrażenie robią kolorowe ekspozycje różnych owoców. W dalszej części zobaczymy plantację trzciny cukrowej, gdzie zatrzymamy się i zobaczymy jak tam wykonuje się prace. Będziemy zaskoczeni, kiedy zobaczymy, że od 400 lat, aż po dziś dzień, trzcinę wycina się ręcznie za pomocą maczety i składuje się ją na wozie. Prace fizyczne wykonują w całości Haitańczycy, którzy są uchodźcami. Każda ze stron jest zadowolona, ponieważ gospodarz ma pracowników, którzy wykonają całą „robotę”, a Haitańczycy są zadowoleni, bo mają pracę, spokój i bezpieczeństwo, którego w ich kraju od dawna już nie ma… Na miejscu będziemy mogli wziąć do ręki maczetę i spróbować, jak ciężko jest wycinać taką „szablą” trzcinę cukrową. Bardzo dobra maczeta kosztuje około 50$, a zwykła, która nie posłuży nam długo, tylko 10$. W dalszej części odwiedzimy haitańską osadę – wioskę o ciekawej nazwie: Małe Haiti. Tutaj zobaczymy naprawdę, jak niewiele trzeba do życia i dzięki czemu ludzie na Dominikanie nie znają pojęcia „stres”. Wycieczka obfituje w kolejne atrakcje, dlatego kolejnym punktem na naszej mapie będzie następna wioska, tym razem o nazwie Boca de Yuma. Jest to typowa miejscowość rybacka położona w okolicach klifowego wybrzeża, która kiedyś była bazą prawdziwych piratów z Karaibów. W Boca de Yuma zejdziemy bardzo stromym zboczem około 300 stopniami, gdzie nad brzegiem rzeki wsiądziemy na małą, zieloną łódź motorową, skąd popłyniemy rzeką Rio Youma. Podczas rejsu zobaczymy piękne, skaliste ściany opadające prosto do wody oraz mnóstwo ptaków krążących w ich okolicach. Przewodnicy mawiają, że w tutejszym terenie można zobaczyć iguany (rodzaj jaszczurki), ale nikt tego nie gwarantuje – po prostu trzeba mieć szczęście. W trakcie rejsu podpłyniemy do jamy, po lewej stronie, gdzie można wpłynąć tylko mniejszą łodzią. Na końcu rejsu wysiądziemy w niewielkiej miejscowości, gdzie pójdziemy do przepięknie położonej restauracji z pięknymi widokami. Obiad jest podawany w podobnym stylu, co na Samanie i Saonie. Będziemy mieli do wyboru około 10 dań, gdzie sami będziemy mogli sobie nałożyć porcje oraz wybrać to, co nam odpowiada. Z samej restauracji mamy przepiękne widoki tak, że obiad smakuje podwójnie! Mamy widok na egzotyczną roślinność, rzekę i zielone, strome zbocza opadające do rzeki.

Po obiedzie pójdziemy jeszcze do jaskini Berna, którą kiedyś zamieszkiwali Indianie Taino. Klimat jest bardzo podobny do tych odwiedzanych na wycieczce Samana-El Limon. Wszystkie jaskinie, które zobaczyliśmy na różnych wycieczkach nie mają tak efektownej szaty naciekowej, jak europejskie, ale odwiedza się je głównie ze względu na historię Tainów. Ostatnim razem Tainowie zamieszkiwali jaskinie około 600 lat temu, ponieważ podczas ery podboju nowych lądów zostali całkowicie wytępieni. Wycieczka kosztuje 110$ (rezerwacja przez stronę internetową powoduje, że wykupimy ją taniej o około 20-25$). Ponownie dodam, że warto, ponieważ poznamy prawdziwe życie na Dominikanie, zobaczymy, jak można prowadzić bardzo proste życie bez stresu, posmakujemy mnóstwo egzotycznych owoców, popłyniemy przepiękną rzeką z kipiącymi zielenią zboczami. Zjedzenie bardzo dobrego obiadu w pięknie położonej restauracji na świeżym powietrzu, otoczonej tropikalną roślinnością z pewnością będzie ciekawą atrakcją. Na koniec wycieczki będziemy mieli jeszcze czas, żeby zrobić zakupy w markecie La Sirena oraz w innym sklepie z cygarami i różnymi, dominikańskimi pamiątkami.

4. Plaża Macao
Jeśli jesteś w Punta Cana, to uważam, że jest to jedna z ciekawszych propozycji, które trzeba zobaczyć. Macao to nic innego, jak piękna palma z palmami, gdzie nacieszymy oczy szmaragdowymi wodami. Dodatkowo plaża słynie z fal, więc jest polecana dla miłośników sportów wodnych. Jeszcze przed 2010 rokiem plaża była atrakcyjna pod względem widokowym i natury. Z każdym rokiem przybywa w jej rejonie różnych działalności i znając życie – w najbliższych czasach będą powstawać tu hotele. Dzisiaj najbardziej w środowisko Macao ingeruje Rancho o tej samej nazwie, gdzie są nawet organizowane wycieczki na quadach. Można wówczas jeździć po bezdrożach pomiędzy palmami kokosowymi. Rancho oferuje również jazdę konno, a na samej plaży są rozstawione parasole z liści palmowych. Rozbudowa infrastruktury w najbliższych latach jest raczej nieunikniona z powodu pięknego krajobrazu. Na Macao zobaczymy piękne, białe piaski, a po prawej stronie, na końcu plaży mamy skaliste wybrzeże, gdzie miłośnicy fotografii i pięknych krajobrazów będą mieli co robić. Niestety coraz więcej komercji wkrada się na tym terenie, dlatego jeśli możemy, odwiedźmy jeszcze to miejsce, póki całkowicie nie jest zajęte działalnością człowieka. Największym problemem jest niestety dojazd do plaży Macao, ponieważ nie mamy dobrze skomunikowanych autobusów. Z końcowej części hotelowej, ciągnącej się w Bavaro, do plaży Macao mamy jakieś 7km. Niektóre hotele mają w ofercie wypożyczalnie rowerów, więc warto skorzystać z takiej okazji, żeby szybko się dostać na miejsce. Jak już wcześniej pisałem, nie ma sensu wynajmować samochodu, no chyba, że mamy ułożony mega globtroterski i indywidualny plan zwiedzania Dominikany. Sprawdzałem, czy jest możliwość zrobienia sobie dłuższego spaceru do Macao, ale niestety wychodząc z terenu należącego do hoteli nie ma tam konkretnie prowadzących dróg, czy chodników. Lokalna dróżka od razu wyprowadzi cię na obwodnicę Punta Cana. Wędrówka wzdłuż piaszczystych plaż też niestety się nie uda, ponieważ około półtora kilometra poza ostatnimi hotelami, na drodze nam staną skaliste klify. Warto więc zapytać o możliwość wypożyczenia roweru w hotelu i tylko w ten sposób się zorganizować.


Rajska plaża Macao

 
 
Skalista część plaży Macao

5. „Polowanie” na wieloryby
Słowo „polowanie” ma tu inne znaczenie, bo celem naszego wyjazdu będzie oczywiście podziwianie tych pięknych stworzeń. Wieloryby można obserwować w dniach około 16 stycznia, do połowy marca. W rejon zatoki Samana, co roku przypływają humbaki, które będą się rozmnażać w tutejszych wodach. Niektóre wycieczki widziały nawet poród młodego wieloryba. Widok z młodymi w lutym i marcu jest zapewniony. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie: a co jak pojedziemy, a nie zobaczymy w ogóle wielorybów? Odpowiedź przewodnika, który organizuje takie wycieczki od 7 lat była następująca: „jak długo jeżdżę na te wycieczki, tak nigdy się nie zdarzyło, żeby nie było ani jednego wieloryba. One są zawsze i jest ich więcej”. Co ciekawe, ten sam przewodnik nawet dodał, że raz zdarzyło mu się, że humbak podpłynął tak blisko do łodzi, że podczas zanurzania dość mocno ochlapał uczestników wyprawy. Trzeba pamiętać, że humbaki, chociaż są wielkie (14-17m długości) i ważą od 30 do 45 ton, to nigdy nie atakują łodzi, więc możemy czuć się spokojnie. Wieloryby te żywią się 4-centymetrowym krylem i małymi rybami tylko w lecie. W zimie nie jedzą w ogóle lub bardzo okazjonalnie, ponieważ wykorzystują nagromadzony tłuszcz w czasie okresu letniego. Z tego względu na wycieczce można zobaczyć niesamowicie wielkie humbaki i z bardzo bliska. Wycieczka rozpoczyna się bardzo podobnie, jak na wodospad El Limon. Najpierw musimy dojechać busem do portu Sabana de la Mar we wiosce o tej samej nazwie. Podczas jazdy będziemy podziwiać piękny góry przypominające Bieszczady oraz tropikalną roślinność. W niewielkim porcie wsiądziemy na szybką łódź motorową z której pokładu będziemy podziwiać przepływające wielokrotnie humbaki. Dopłynięcie na nasze miejsce obserwacyjne zajmie nam około 45min. Z całą pewnością zobaczymy matki z młodymi. Warto wpatrywać się nieustannie w zatokę, ponieważ ryby te potrafią wyskakiwać nad powierzchnię wody do trzech metrów, po czym z wielkim impetem zanurzają się pod jej powierzchnią. Jeżeli trafimy na wyskok wieloryba w dość bliskiej odległości od nas, to musimy wiedzieć, że na pewno nas ochlapie. Zdarza się, że humbaki wyskakują kilkadziesiąt metrów od naszej łodzi. Czasu na obserwacje mamy bardzo dużo – nawet do trzech godzin. Dopiero około  godziny 13.30 płyniemy dalej – na wyspę Cayo Levantado nazywaną Bacardi. Jak Dominikańczycy organizują wycieczkę, to zawsze musi być dominikański obiad. Będąc na obojętnie jakiej wycieczce, obfity i bardzo dobry obiad to podstawa, tak samo, jak rum na pokładzie łodzi. Obiady są wszędzie tak samo organizowane, gdzie pod strzechą na otwartej przestrzeni mamy na stole wyłożonych 10 dań jako szwedzki stół. Możemy sobie wybrać, co nam najbardziej odpowiada i na pewno się tym najemy do syta, oraz będzie nam smakowało. Za każdym razem ich obiady zapadały mi w pamięć, bo czułem, że jem miejscowe naturalne wyroby i mięso. Ta wycieczka to nie tylko „polowanie” na wieloryby, ale również plażowanie. Do dyspozycji mamy około 1h czasu, gdzie w przepięknych, czystych wodach możemy popływać przy pięknych widokach oraz kupić lokalne pamiątki. W zależności, kto co lubi, wycieczkę polecam miłośnikom przyrody, oraz fanom wszystkiego, czego dotychczas nie widzieli. Widok ogromnego wieloryba w głębokich wodach jest niezwykły! Cena wycieczki to zazwyczaj 150$.


Humbak w trakcie zanurzania

 
 
Podziwianie wielorybów na otwartych wodach Zatoki Samana

Oglądając oferty różnych firm mi najbardziej podobała się oferta Villapolonia, która oferowała ciekawy program wycieczki, ponieważ ich założenie było takie, żeby pokazywać coś więcej niż konkurencyjne wyprawy. Dzięki szybkim łodziom motorowym można było zobaczyć więcej miejsc i w pełni poczuć klimat Karaibów.

6 komentarzy:

  1. *)*)*)*)*)*)przepięknie, zazdroszczę

    OdpowiedzUsuń
  2. Musisz tam powrocić, tak pięknie

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajny wpis. W marcu wybieram się na pierwsze wakacje od kilku ładnych lat. Znalazłem fajną ofertę last minute i zdecydowałem się z niej skorzystać. Bez większych problemów dostałem na https://taktofinanse.pl/Internetowa-pozyczka-gotowkowa-juz-od-18-lat-Sprawdz-kalkulator-online fajną ofertę pożyczki pozabankowej i już powoli pakuję się na wyjazd na Dominikanę :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie napisane. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podobało. I ja pozdrawiam Cię serdecznie :)

      Usuń