piątek, 19 grudnia 2025

Gruzja - Swanetia II, cz. 9: powrót i niezwykłe góry

 


Nigdy nie przypuszczałem, że czas, kiedy będziemy wyjeżdżać z miejsca o jakim tak długo marzyliśmy i opowiadaliśmy o nim, może być równie bardzo ciekawy, obfitujący w piękne przeżycia. Wstaliśmy wcześnie, aby się umyć oraz dopakować ostatnie rzeczy. Od samego rana świeciło słońce, a niebo było wolne od chmur. Od razu zwróciliśmy uwagę na ten szczegół. Powtarzaliśmy: ‘szkoda, że takiej aury nie mieliśmy wczoraj, bo chcieliśmy zobaczyć Ścianę Bezingi i lodowce w całej swojej okazałości na pierwszym planie”. Tak jest, że pogoda w pierwszym dniu po jej załamaniu przechodzi okres stabilizacji, czego doświadczyliśmy wczoraj. Dopiero od drugiej doby następuje wyciszenie, co właśnie mieliśmy okazję dostrzec. W pokoju szybko przesortowałem kryształy górskie na te, które zabiorę ze sobą i te, które zostawię na murku u gospodarza. W międzyczasie przeprowadzałem wypalanie resztek gazu z kartusza, aby nie zostawiać butli w przypadkowym miejscu, narażając kogoś na niebezpieczeństwo. Kiedy upewniłem się, że zużyłem wszystko, a płomień naturalnie zgasł, zdjąłem kuchenkę, po czym ją spakowałem.

 

PIĘKNA PANORAMA NA ŚCIANĘ BEZINGI NA KONIEC. KLIMAT WIOSKI USHGULI

Mając jeszcze ponad godzinę czasu zabrałem aparat i pobiegłem kilkadziesiąt metrów na drogę przed kwaterą. Podziwiałem najpiękniejszy widok na Ścianę Bezingi w całej wiosce. Nawet nie musiałem iść w jakieś specjalne miejsce. Obiekt mieścił się na obrzeżach najwyżej położonej dzielnicy Ushguli – Zhibiani, co pozwalało mieć najszersze spojrzenie na góry. Czując ciepłe promienie, aż chciało się usiąść na jakimś głazie, aby podziwiać piękną panoramę. Jej urok polegał na białych, ośnieżonych szczytach na tle błękitnego nieba. Wczesne słońce powodowało, że góry tworzyły delikatny, ale wyraźny kontrast z zielonymi, niższymi pasmami. Dodatkowo z przodu wznosiły się długie trawiaste granie i ukwiecone zbocza. W pobliżu naszego domu wykonałem kilka ujęć pokazujących niezwykły klimat Ushguli. Po obu stronach widniały drewniane płoty postawione ze sztachet, które swoje lata świetności już dawno miały za sobą. W wielu miejscach były pochylone w kierunku drogi, a w innych – przewrócone leżały na polach. Za każdym ogrodzeniem rosły wysokie na ponad półtora metra, bardzo gęsto kwitnące rośliny w formie żółtych kolonii (gorczyca polna) i białych baldachów (podagrycznik pospolity). Teren wokół wioski wybrały sobie jako najlepsze do życia ziemie. Występowały tak gęsto, że patrząc ku ośnieżonym szczytom, miałem wrażenie jakby ktoś rozwinął wielki dywan. Widniały aż do wzgórza z kościołem. Robiłem wiele ujęć Ushguli. Szczęście nam nadal sprzyjało, ponieważ za chwilę szła starsza wiekiem pani gospodarz, prowadząc stado krów. Naturalnie powstała idealna gruzińska sceneria do zdjęć. Widok bydła podążającego drogą na tle żółtych gorczyc, białych baldachów i wspaniałych gór w najdalszej perspektywie, gdzie stare drewniane płoty chyliły się w jego stronę, w pełni oddawały klimat wioski. Na jednej fotografii mogłem pokazać jak żyją ludzie, czym się zajmują na co dzień oraz naturalne piękno Kaukazu. To samo zdjęcie nawet oddawało spokój, jaki panuje w Swanetii.


Przepiękny poranek. Widok marzenie
 

JEDZIEMY DO KUTAISI, ALE TO NIE KONIEC GÓR!

Po dłuższej sesji wróciłem do pokoju, aby jeszcze raz sprawdzić, czy zabraliśmy wszystko. Wyszliśmy po 9.00 rano, aby na spokojnie rozsiąść się na tarasie u Tjechnologa. Widząc jak piękną mamy pogodę, trochę żałowaliśmy, że nie możemy zostać chociaż jeden dzień dłużej, bo w głowie miałem kolejne trasy, gdzie nie ma żadnego szlaku, a byłem ich bardzo ciekawy. Patola – siostra gospodarza – przygotowała dla nas chaczapuri, abyśmy zjedli coś na drogę powrotną. Kupiliśmy u niej sól swanecką, gdzie jeden woreczek dostaliśmy gratis. W końcu przyszedł czas pożegnania. Patola uściskała nas wszystkich, aż łezka zakręciła się w jej oczach, ponieważ jak kiedyś opowiadał Miriam, zazwyczaj mają jedno- lub dwudniowych turystów, ale żeby ktoś przyjechał na dwa tygodnie? Tacy mu się nie trafiali. Oboje zauważyli, że żyjemy ich górami, jesteśmy ciekawi świata i chcemy się czegoś dowiedzieć, dlatego gospodarz nie raz opowiadał historię jego rodu, czy też samej wioski. Tjechnolog miał duszę przewodnika. W pełnym sezonie woził turystów w różne miejsca, opowiadając im jakąś część ze swojego podwórka. Po chwili załadowaliśmy nasze bagaże do auta terenowego Grand Vitara w miejscu, gdzie swój kurs kończy marszrutka z Mestii. Jest to niewielki przystanek pomiędzy domami, odległy o niecałe 50 m od chaty gospodarza. Oczywiście poza tablicą z prowizorycznym rozkładem nic więcej tutaj nie znajdziemy. Podobnie jak w pozostałych częściach wioski wszędzie chodziły krowy, zostawiając za sobą produkt uboczny jedzenia trawy. Gdyby nie strzałka prowadząca do niego, nigdy bym nie przypuszczał, że coś jeździ do Ushguli i zapuszcza się w tak ciasne miejsca. Już za chwilę wyruszyliśmy w długą drogę powrotną. Jednak ta nie należała do nudnych. Wręcz przeciwnie – oferowała niesamowite wrażenia, o czym już wkrótce mieliśmy się przekonać. Jadąc trasą na Zagaro Pass, którą Miriam uwielbiał z powodu pięknych panoram i możliwości znacznie szybszego dojazdu do Kutaisi, przyglądaliśmy się wszystkim odwiedzonym przez ostatnie dwa tygodnie miejscom. Wymienialiśmy takie punkty jak: niezapominajkowe urwisko z rurą i wodą lecącą w przepaść, kwieciste tarasy, wielka półka, gdzie pasły się stada krów, porzucona koparka, pomarańczowa kula maków, podwójny wodospad czy polana z kukułkami szerokolistnymi znanymi również pod nazwą stoplamek szerokolistny. Zawsze ciekawiła mnie przełęcz Zagaro w pełnym świetle, bo nigdy nie miałem okazji zobaczyć jej piękna w pogodny dzień. Ile razy ją odwiedzałem, zawsze kłębiły się gęste chmury, a nierzadko padał deszcz. Z racji głębokiego położenia w górach i dużej wysokości, słońce miało mniej okazji, aby „zaglądać” w jej okolice.


Jeszcze inne spojrzenie na wioskę
 

NAJPIĘKNIEJSZE WIDOKI Z PRZEŁĘCZY ZAGARO

Dzisiaj mieliśmy wspaniałą okazję spełnić moje marzenie, ponieważ gospodarz sam zaproponował, że zatrzymamy się na przełęczy, aby podziwiać okolicę. Tjechnolog wiedział, że lubię fotografię krajobrazową, dlatego dodał, żebym przygotował aparat. Kiedy dotarliśmy na Zagaro Pass, gospodarz stanął w najwyższym punkcie. Ale tu było pięknie! Przed nami widniały dwie potężne białe góry z prawie pionowo opadającymi zboczami skalnymi w głąb doliny, znacznie poniżej naszego poziomu. Patrzyliśmy na Ailamę 4547 m n.p.m. oraz Tsurungali 4250 m n.p.m. Ich ścięte ściany rozpoczynały się od samej doliny rzeki Koruldashi położonej na wysokości 2000-2200 m n.p.m. i ciągnęły aż po sam szczyt! Widok na obie góry jest niesamowity! Najbardziej jednak zadziwiało nas tempo prac drogowców. Pomimo dużej wysokości wybetonowano całą trasę z Zagaro, przez co nie groziło nam grzęźnięcie w zwałach błotach, jak na poprzedniej wyprawie. Wówczas samochód terenowy wkopał się w trzech miejscach i na dodatek urwaliśmy rurę wydechową. Komfort jazdy uległ znacznej poprawie. Aktualnie warunki diametralnie się zmieniły na korzyść lokalnych mieszkańców. W końcu mogli pojechać porządną drogą do Kutaisi, nie mecząc się dłuższą i na dodatek bardziej uciążliwą trasą przez Mestię. Miriam koniecznie chciał zrobić sobie z nami wspólne zdjęcie na tle pięknych gór. Po dłuższej chwili z powrotem wsiedliśmy do samochodu. Kiedy pomyślałem, że odtąd żegnamy się ze światem Kaukazu i teraz zaczniemy wytracać wysokość, gospodarz zrobił nam wielką niespodziankę. Skręcił w lewo – w kierunku kaplicy. Włączył napęd 4x4, po czym wjechał polną drogą aż pod jej drzwi. Znajdowała się na wysokości 2798 m n.p.m. O ile jest zbudowana z pięknego kamienia i posiada wartość historyczną, to nie była dla nas główną atrakcją. Staliśmy na pięknej, zielonej, ukwieconej polanie, opanowanej przez pełniki oraz w mniejszym stopniu jaskry ostre. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji, aby móc zobaczyć wszystkie szczyty dookoła podczas bezchmurnego nieba. Panorama na najwyższe góry Kaukazu zachwycała! Przed nami widniały Ailama i Tsurungali, a nieco po lewej, częściowo zasłonięta przez zieloną, niżej położoną grań Ściana Bezingi. Poniżej dostrzegliśmy szybko opadającą gdzieś w doliny, wijącą się drogę z płyt betonowych. Spoglądając na nią wiedziałem, że oznacza ona pożegnanie ze Swanetią. Niestety, za niedługo mieliśmy tamtędy przejeżdżać…


Podjazd do kaplicy ponad przełęczą Zagaro
 

Po naszej lewej widniało lokalne zielone wzgórze, na które można wejść, aby mieć szersze spojrzenie na teren dookoła kaplicy. To samo wzniesienie pozwalało przejść w stronę wysokiego punktu 3153 m n.p.m. Można tamtędy przedostać się pozaszlakowo do lodowca Shkhara. Mocno marzyła mi się wspomniana trasa. Gdybyśmy mieli dodatkowy dzień, nie tylko mógłbym osiągnąć w miarę wysoki wierzchołek oferujący piękną panoramę Kaukazu, ale także przeszedłbym bardzo ciekawą polaną z kwitnącymi pełnikami, której skraj wyznacza wielka przepaść. Mamy stamtąd niesamowite, pierwszorzędne spojrzenie na koryta lodowców i wielkie białe jęzory poprzecinane licznymi szczelinami. Pełników altaicus jest na niej tak dużo, że nawet z bezimiennej góry 3242 m n.p.m. dostrzegaliśmy żółty „dywan” kwiatów, pomimo że w linii prostej dzieliło nas ponad 6 km. Na razie jedynie mogłem rozmyślać o tej wyjątkowej trasie, mając nadzieję, że jeszcze będzie ku niej okazja. Z drugiej strony nie martwiłem się, że nie otrzymaliśmy dostępnego dnia „gratis”, ponieważ cieszyłem się z teraźniejszości. W końcu, za każdym razem otrzymywałem to, o czym zawsze myślałem przebywając w Ushguli – piękną przyrodę, barwne kwiaty, wysokie białe szczyty oraz wiele innych. Z okolic kapliczki mieliśmy okazję podziwiać cudnej urody widoki, których wcześniej nie mogliśmy zobaczyć z powodu gęstych chmur. Najbardziej zachwycała ukwiecona polana na tle ośnieżonych gór. Chodziłem w jej różne miejsca, aby złapać kilka różnych ujęć pokazujących naturalne piękno Gruzji. Tylko brakowało koca, aby móc się rozłożyć i cieszyć się niepowtarzalną panoramą Kaukazu. Tjechnolog w międzyczasie opowiadał historię kapliczki oraz jak żyły wcześniejsze ludy u stóp Ailamy i Tsurungali, czym się żywiły, a także wspomniał co dla nich znaczyły obie góry i Czarna Nieznakomka. Mówił naprawdę w mocno wciągającym stylu.


     
Teren wokół kaplicy nad przełęczą Zagaro
 

Bardzo doceniałem niespodziankę jaką nam zrobił, bo w tak pogodny, słoneczny dzień nie musieliśmy jedynie siedzieć w samochodzie i przeznaczać go na podróż powrotną. Dzięki jego akcjom mieliśmy okazję przebywać w pięknych górach, patrząc na jedne z najcudowniejszych kaukaskich widoków. Byłem zauroczony polaną z kapliczką, która znajdowała się niecały kilometr od przełęczy Zagaro. Aktualne spojrzenie na najbliższe zielone zbocze tylko potwierdziło, że przejście na małe trawiaste wzgórze w kierunku punktu 3153 m n.p.m. musi być niecodzienną trasą, gdzie nagrodą za wysiłek będzie dotarcie na ukwieconą łąkę położoną nad przepaścią z panoramą na duże lodowce, znajdującą się po drugiej stronie głównego ciągu grani, biegnącego wzdłuż doliny rzeki Enguri. W okolicach kapliczki przebywaliśmy około pół godziny – wystarczająco długo, aby móc w spokoju podziwiać ostatnie wysokie szczyty, posłuchać historii o kaukaskich wioskach, czy móc wykonać serię krajobrazowych zdjęć, będących moją ulubioną dziedziną fotografii. Miriam wspomniał o dodatkowym, bardzo ciekawym punkcie widokowym, gdzie z przełęczy Zagaro widnieje polna droga do poziomu 2880 m n.p.m. Gospodarz przyznał, że w sezonie sierpień – wrzesień zawozi swoim samochodem turystów w jego okolice. Teraz nie mieliśmy podobnej możliwości, bo w kilku miejscach zalegał śnieg. Z poprzedniej wyprawy zapamiętałem omawiany punkt, dlatego stał się on moim kolejnym celem, który koniecznie będę chciał zrealizować. Panorama na Ailamę, Tsurungali oraz na pasma górskie położone za najbliższą granią musi być przepiękna. Pamiętając o wielu nieodkrytych miejscach, zawsze mieliśmy powód, aby ponownie przyjechać do Ushguli. Pomału musieliśmy się zbierać, aby wyruszyć w dalszą podróż. Tak naprawdę dopiero ją zaczęliśmy, ponieważ nadal przebywaliśmy w dobrze znanym nam otoczeniu.


  
Widoki z okolic kaplicy
 

DWA NIEZWYKŁE PUNKTY WIDOKOWE

Kiedy wróciliśmy do Zagaro Pass skręciliśmy, po czym zaczęliśmy zjeżdżać krętą drogą w dół, gdzie ostatecznie pożegnaliśmy ziemie związane z wioską Ushguli. Przełęcz Zagaro jest dla mnie granicą, której przekroczenie oznacza przeniesienie się do innego świata – na niezbyt zachęcające niziny. Z wiadomych względów wolałem ją przekraczać tylko raz – w drodze powrotnej do domu. Jadąc coraz niżej, po kilku minutach Tjechnolog powiedział do mnie: „Michał szykuj aparat!”. Nie wiedziałem o co chodzi. Gospodarz zaparkował na płaskim terenie, jednocześnie będącym punktem widokowym. Panorama dookoła tak bardzo zachwyciła każdego, że wszyscy wybiegliśmy z samochodu! Przed nami widniał wielki lodowiec Koruldashi, gdzie swój początek brała górska rzeka o tej samej nazwie. Ponad jego poziomem górowały ogromne białe szczyty Ailamy i Tsurungali. Z obecnej perspektywy wydawały się znacznie wyższe, bo znajdowaliśmy się na wysokości około 2200 m n.p.m. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć je w innej odsłonie, bo znaliśmy je jako pionowe, śnieżno-lodowe ściany opadające aż do samej doliny. Obecnie mogliśmy dostrzec, że u ich stóp ciągnęły się zielone polany pełne kaukaskich kwiatów. Obie góry wydawały się bardziej dostępne niż z przełęczy Zagaro. Przez kilka minut chodziliśmy w okolicach auta. Damian i Miriam poszli nawet gdzieś dalej. Tymczasem ja podbiegłem na skraj kamiennego usypiska przypominającego parking polowy, po czym zszedłem kilka metrów w kierunku lokalnego potoku, aby zrobić ciekawe ujęcia na Ailamę i Tsurungali, mając na pierwszym planie kwitnące rośliny. Droga powrotna przypadła mi do gustu, ponieważ dostrzegłem jej prawdziwe piękno! Chyba każdy z nas był zachwycony tym, co zobaczyliśmy.


   
Niesamowity pierwszy punkt widokowy za przełęczą Zagaro
 

Po dłuższej chwili wsiedliśmy do samochodu. Pojechaliśmy dalej. Miriam prowadził jedyną, ale bardzo krętą drogą, szybko obniżając wysokość. Ponownie wspomniał, abym przygotował aparat. Zjechaliśmy do poziomu 1950 m n.p.m. skąd mieliśmy zupełnie inną perspektywę na Ailamę i Tsurungali. Jeszcze raz wszyscy wyszliśmy na zewnątrz, aby po raz ostatni móc zobaczyć piękno gór najwyższych Kaukazu. Pomimo, że patrzyliśmy na znane nam piramidy, to jednak obecnie wyglądały zupełnie inaczej. Licząc od przełęczy Zagaro, wytraciliśmy aż 670 m wysokości względnej, co oznaczało, że aktualnie oba szczyty były wyższe o wspomnianą różnicę. Z naszej perspektywy wyglądały na „wyciągnięte”, monumentalne, jakby bardzo długie, bo nie tylko widzieliśmy ogromne, białe skalno-lodowcowe ściany, ale również kilkusetmetrowe piętro zielonych polan pełnych kwiatów pod nimi. Nie znaliśmy ich od tej strony. Z ostatniego punktu widokowego bezpośrednio patrzyliśmy na dużą górską rzekę o nazwie Koruldashi. Nawet słyszeliśmy jej głośny szum, ponieważ staliśmy w jej pobliżu. Pomyślałem, że w ciągu zaledwie kilkudziesięciu minut jakie upłynęły od początku naszej podróży, Ailamę i Tsurungali zobaczyliśmy w trzech zupełnie innych odsłonach. Słoneczna pogoda nam sprzyjała, dlatego podziwialiśmy je w najlepszych możliwych warunkach. Nieco dalej patrzyliśmy na poszarpaną grań Czarnej Nieznakomki – kolejnej śnieżnej góry, wchodzącej w skład głównego łańcucha Kaukazu. U jej stóp ciągnęła się bardzo długa, ale wąska dolina, gdzie kwitły tajemnicze rośliny. Nie mogłem ich rozpoznać z racji dużej odległości. Przyjmowały białą i żółtą barwę. Zauważyłem, że na poziomie 1950 m n.p.m. jest znacznie mniej kwiatów niż w rejonach Ushguli. Ich duże braki wytłumaczyłem szybszym nadejściem wiosny. W wysokich górach, do których przywykliśmy podczas naszego wyjazdu, zieleń dopiero opanowywała kolejne tereny.


Drugi punkt widokowy na trasie
 

ZMIENIA SIĘ KLIMAT I GÓRY

Po raz ostatni mogliśmy spojrzeć na potężne szczyty Kaukazu. Wystarczyło, że pojechaliśmy nieco dalej, a góry zupełnie zmieniły swój charakter – w większości pokrywały je lasy, przez co nie wydawały się wielkie. Raczej przypominały te bieszczadzkie. W trakcie kolejnego etapu drogi zaciekawiły nas rosnące wzdłuż ulicy wysokie na ponad metr różowe, przechodzące w czerwień kwiaty. Nieważne jak ile jechaliśmy, a one ciągnęły się na całej jej długości. Tjechnolog powiedział, że miejscowi zbierają je w lipcu po to, aby przygotowywać z nich herbatę. Ponoć jest bardzo dobra. Szkoda, że nie dostrzegliśmy jakiegoś punktu widokowego lub chociażby postojowego, aby móc zobaczyć je z bliska. Wyglądały bardzo pięknie. Nigdy podobnych nie spotkałem, dlatego bardzo mnie ciekawiły. Z racji wąskiej drogi o charakterze górskim, nie mogliśmy się zatrzymywać, ponieważ czasem mijaliśmy różne samochody, jak również inni kierowcy podróżowali za nami. Przekładając na nasze polskie warunki, wybraliśmy jedyną wojewódzką trasę o numerze 15. Tam, gdzie po raz ostatni podziwialiśmy Ailamę i Tsurungali, za chwilę przejeżdżaliśmy przez niewielką osadę Koruldashi, złożoną z kilku starych kamiennych domów. Za lesistymi szczytami dotarliśmy do pierwszej wioski o nazwie Tsana. Ona także składała się z niewielu starych chat. Miałem wrażenie, że obie miejscowości należą do zapomnianych terenów, o których istnieniu większość ludzi nie jest świadoma. Kiedy dostrzegłem napis „guest house” zastanawiałem się, kto odwiedza podobne miejsca, gdzie nie ma szlaków, a paręnaście kilometrów dalej znajduje się słynne Ushguli. Za Tsaną bardzo długo nie widzieliśmy niczego poza górami pokrytymi drzewami. Czuliśmy, że pomału wytracamy wysokość. Musieliśmy przełykać ślinę, aby wyrównywać ciśnienie w uszach. Po lewej stronie, przed wioską Mele, zobaczyliśmy pierwsze skrzyżowanie dróg i „rozciągnięty” zbiornik wodny.

 

Klimat jaki mieliśmy w Ushguli przeminął. Brakowało ośnieżonych szczytów, rozległych kwiecistych polan czy chociażby punktów widokowych. Wszystkie góry dookoła pokrywały gęste lasy. Od Mele rozpoczął się ciąg wiosek, częściowo znanych z przewodników turystycznych. Słynęły z możliwości wyruszenia na kultową przełęcz Latpari 2830 m n.p.m., skąd można przebić się dalej, idąc przez lokalne pasmo górskie, na końcu docierając do Ushguli. Pierwszy szlak zaczynał się w Chvelpi, a drugi w Mami. Wioski następowały po sobie w kolejności: Mele, Akhalsheni, Lemzagori, Zhakhunderi (poza głównym ciągiem ulicy w prawo, na zboczach górskich: Lekusandi i Mebetsi), Sasashi, Luji na uboczu, Chvelpi, Panaga, Leusheri i Mami. Znając ich kolejność, mogliśmy ocenić, ile jeszcze drogi pozostało do wyznaczonych tras. Obie miejscowości znajdowały się na wysokości 1100-1200 m n.p.m., co oznaczało, że gdyby ktoś zdecydował się wyruszyć przez przełęcz Latpari do Ushguli, to miałby kilkunastogodzinną wędrówkę z przewyższeniem 1700 m, co dla nieświadomych osób mogłoby zakończyć się nocowaniem w górach. Tak duże różnice poziomów wymagają bardzo dobrej kondycji i w ogóle nie zaleca się podchodzenia więcej niż 1000 m wysokości względnej w ciągu jednego dnia, ponieważ po przekroczeniu wspomnianej wartości organizmy większości ludzi będą wyczerpane z powodu wysiłku. Trzeba pamiętać, że duże przewyższenie nie stanowi jedynego problemu, bo omawiana trasa jest bardzo długa. Samo przejście z Latpari do Ushguli zajmuje kilka godzin, ze względu na dużą odległość. Trzeba naprawdę znać swoje możliwości, wiedzieć jak najwięcej o szlaku oraz co się robi, żeby później wędrówka bez żadnych trudności technicznych nagle nie zaskoczyła swoimi dwiema największymi cechami: wysokością i rozciągłością drogi. Dodatkowym zagrożeniem wydłużającym czas wycieczki z pewnością są nieoczekiwane płaty śnieżne, jakie trzeba przekraczać na odcinku Latpari – Gvibari, bo przynajmniej do połowy lipca trwa ich topnienie. Każdy płat znacznie spowalnia wędrówkę oraz zabiera sporo sił. Po 1700-metrowym wejściu wspomniane masy śniegu są ostatnią rzeczą, jaką chciałbym zobaczyć na trasie. Z tego powodu warto sprawdzać, jakie aktualnie panują warunki w górach podobnych do naszej lub o podobnym charakterze, aby mieć jakieś odniesienie. Trzeba pamiętać, że z obu wiosek szlak na Latpari jest mozolny, ciągnący się bez końca i posiada liczne trawersy oraz stromizny. Jadąc przez obie miejscowości, pomyślałem o powyższych propozycjach i jakie ukryte trudności czekają na nieświadomych turystów.

 

Za Mami, minęliśmy kolejno: Tekali, Chvelieri (miejscowość ze stacją benzynową), Sakdari na zboczu górskim, Babili, aż w końcu dotarliśmy do górskiego miasta o nazwie Lentekhi. Jego mieszkańcy mieli dostęp do szkoły, straży pożarnej, policji, hoteli, boiska piłkarskiego, marketów i wielu innych obiektów użyteczności publicznej. Strefę zabudowy otaczały liczne szczyty, ale czegoś nam w nich brakowało. Przede wszystkim ukwieconych polan, rozległych widoków, zamszowej trawy czy kilkusetletnich domów. Miejscowość wyglądała zbyt współcześnie. Lentekhi posiada tylko jeden szlak – na Chkeeru 3587 m n.p.m., skąd dalej można przejść wzdłuż lodowca i dalej zielonym grzbietem do wioski Latali, kierując się w okolice Mestii. Oczywiście trasa wymaga przynajmniej trzech dni mocnej wędrówki. Z kolei Latali znajdująca się niedaleko Mestii oferuje bardzo bogatą sieć szlaków turystycznych. Właśnie w takich miejscach powinny widnieć napisy „guest house”. Lentekhi jest położone na wysokości 750 m n.p.m., co oznacza, że chociażby pierwszy etap drogi do Mestii, przechodzący przez górę Chkeeru, wymaga pokonania różnicy poziomów rzędu 2830 m, co trzeba podzielić na minimum dwa dni, ponieważ tak długa trasa najzwyczajniej zajedzie człowieka. Nawet gdyby ktoś próbował pokonać cały ten odcinek za jednym razem, to gwarantuję, że na drugi dzień w jego kolanach pojawią się „igły”, czyli uczucie bolesnego kłucia podczas zwykłego spaceru. Wspomniany defekt schodzi przez około dwa tygodnie, stąd nie polecam podobnych „morderczych” rajdów w ciągu jednej doby.

 

W nieznanych nam lasach Miriam zatrzymał się pośrodku gór. Przy drodze postawiono wielką ścianę. Przez wiele lat zdążyła zarosnąć mchem. Spływały z niej wody o właściwościach leczniczych. Ilekroć gospodarz tędy przejeżdżał, przemywał nią twarz. My również poszliśmy w jego ślady. Dzisiaj większość kierowców korzystała z tego orzeźwiającego punktu, bo termometr wskazywał aż +35’C. W Ushguli o poranku mieliśmy zazwyczaj kilka stopni w przedziale 3-8’C, a teraz czuliśmy prawdziwe lato. Klimat zupełnie się zmienił. Trochę przypominał mi ten śródziemnomorski, podobny do greckiego, bo oprócz charakterystycznej wilgoci w powietrzu i wyraźnego upału, wszędzie na drzewach słyszeliśmy cykady. Chwilę później udaliśmy się w stronę Tsageri, gdzie wjechaliśmy na krajową drogę 18 poprowadzoną przez wiele wzniesień do Kutaisi. Tjechnolog podjechał w tylko sobie znane miejsce z dziwną stacją benzynową na uboczu, omijając podobne obiekty od dużych koncernów naftowych. Zauważyłem, że do pełna zatankował za 45 GEL. Odtąd wiedziałem, że cena 350 GEL za kurs i tak się opłacała, pomimo że inni taksówkarze życzyli sobie minimum 700 GEL. Gospodarz zawiózł nas pod wskazany adres, gdzie zabukowaliśmy prywatny dom. Przeliczając na polskie pieniądze koszt noclegu w centrum miasta wynosił jedyne 110 zł. Do dyspozycji mieliśmy wszystko: w pełni wyposażoną kuchnię, trzy pokoje, mnóstwo szaf, pralkę, suszarkę i wiele innych rzeczy. Oferowano nam luksusowe warunki za małą cenę. Pożegnaliśmy się z Miriamem, ściskając go. Trudno było się rozstać wiedząc, że w Ushguli przeżyliśmy kawał pięknego czasu związanego z górami. Zapraszał nas za rok. Po tak pięknej wyprawie byliśmy zżyci.


Woda o właściwościach leczniczych przy aktualnie panującym upale skutecznie nas orzeźwiła
 

MIASTO KUTAISI

W Kutaisi wynajęliśmy dom o nazwie Jacquard Apartment. Znajdował się ponad 100 m za głównym, częściowo szklanym mostem wiodącym do centrum. W mieście czuliśmy prawdziwy klimat śródziemnomorskich wakacji. Jedynie architektura dookoła czasem przypominała późny komunizm i… rzecz jasna – brakowało morza. Jego namiastkę mieliśmy patrząc z mostu na szeroką rzekę Rioni, spływającą z gór widocznych na horyzoncie. Pokazywaliśmy na nie mówiąc, że stamtąd przyjechaliśmy. Właścicielka zapytała jedynie, czy nie będzie problemu, gdy udostępni nam dom za około dwie godziny, ponieważ na miejscu pracuje gość zajmujący się hydrauliką w ubikacji. W planach mieliśmy wyjście na miasto, dlatego zostawiliśmy wszystkie nasze rzeczy w jednym z pokoi, po czym zamknęliśmy je na klucz. Idąc przez lokalne osiedle dotarliśmy do rzeki Rioni. Przeszliśmy jedną z czterech dostępnych przepraw o nazwie „Biały Most”. W wielu miejscach wstawiono szklane, kwadratowe kafelki, na których można stawać. Mamy wówczas bezpośrednie spojrzenie na spływające wody z gór. Biały Most jest jedną z popularnych atrakcji miasta. Odwiedzający Kutaisi obowiązkowo muszą go zobaczyć. Jest znany z artystycznych zdobień, pomników, a także widoków, jakie oferuje. Przede wszystkim kieruje do ścisłego centrum. Zanim pani gospodarz udostępniła nam dom, postanowiliśmy zwiedzić część Kutaisi oraz kupić pamiątki, mające nam przypominać o gruzińskiej przygodzie. Wiedzieliśmy jednak, że najlepsze z nich to nasze wspomnienia, zdjęcia oraz… kryształy górskie wypełniające niewykorzystane przestrzenie w naszych plecakach. Zabraliśmy je ze sobą w drodze powrotnej z grani Shkhary. Podobnych naturalnie występujących w terenie okazów nigdy nie widziałem.

 

GRUZIŃSKI OBIAD NA FULL

Po wyznaczonym czasie przyszliśmy do wynajętego obiektu. Teraz mogliśmy wejść. Postanowiłem, że wypiorę większość moich rzeczy po blisko dwóch tygodniach wędrówek. Właścicielka wspomniała, że do około 17.00 może nie być wody, bo ekipa z wodociągów remontowała rurociąg dla całej ulicy, gdzie mieścił się dom. Nie tylko my zostaliśmy bez niej. Wszyscy mieszkańcy mieli dokładnie ten sam problem. W zbiorniku na dachu był zgromadzony jakiś jej zapas, dlatego na nasze bieżące potrzeby w zupełności wystarczyło. Mając wiele czasu, bo praktycznie całe popołudnie, koniecznie chcieliśmy spróbować gruzińskiego jedzenia, jakie serwują w miejscowych restauracjach i innych lokalach gastronomicznych. Najpierw poszliśmy na zimne lody, ponieważ panował upał +35’C. Damian często wspominał o chinkali. Wszyscy chcieliśmy je zamówić i poznać smak tych pierogów, bo w Ushguli ich nie serwowano. Za Białym Mostem poszliśmy przedłużeniem drogi do ronda, po czym pod ukosem skręciliśmy w prawo. Wypatrzyliśmy jakąś restaurację na otwartej przestrzeni, gdzie przynajmniej połowę miejsc zajmowali turyści. Kiedy zobaczyliśmy w ofercie chinkali, od razu je zamówiliśmy. Oferowano je na sztuki, gdzie jeden pieróg (bo tak chyba można je nazwać) kosztował 1,40 GEL. Cena była dla nas bardzo dobra, dlatego pomyśleliśmy, że każdy zje po 10 szt. Wybraliśmy po 5 szt. mięsnych i 5 szt. serowych. Zastanawialiśmy się, czy będą nam smakować i jak je przyrządzi kucharz. Zamówiliśmy również coś innego, ale chinkali stało się naszym „gwoździem programu”. Kiedy kelner przyniósł je na stół, zdziwiliśmy się, bo były… bardzo duże. Każdy z nas spojrzał na siebie nawzajem z niepisanym pytaniem na twarzy: „jak mam tyle zjeść?”. Od samego początku pozytywnie zaskoczyło nas to miejsce. Wystarczyło spróbować gruzińskich pierogów, a poczuliśmy ich prawdziwy smak. Były wyśmienite! Zachwycaliśmy się nimi, bo dobrze je przyrządzono. Jedliśmy także sałatki warzywne, zestaw serów górskich oraz inne pyszności.

 

Na miejscu siedzieliśmy długo, ponieważ po 19.00 zorganizowano muzykę na żywo. Nie wiadomo skąd, nagle przyszła jakaś bardzo dobrze znana sąsiadom miejscowa dziewczyna. Zaczęła śpiewać do mikrofonu. Miała naprawdę profesjonalnie brzmiący głos, dlatego słuchaliśmy jej wszystkich utworów. Kiedy pociemniało niebo wróciliśmy do wynajętego domu. W pokoju dopakowywaliśmy ostatnie rzeczy i pamiątki, które kupiliśmy na mieście. Nadal brakowało wody, dlatego kąpiel musieliśmy przełożyć na rano. Zdziwiliśmy się, bo nazajutrz, przed wyjściem na postój taksówek nadal jej nie mieliśmy… sąsiedzi wyszli na ulicę, aby ze sobą porozmawiać, co się stało. Wszyscy omawiali ten sam problem. Po 6.00 poszedłem z Damianem do lokalnego supermarketu, aby kupić trzy baniaki 6-litrowej wody. Dzięki takiej ilości mogliśmy się wykąpać jak w latach 90’. W szafkach znaleźliśmy miski. Kto przeżył tamten okres, bez problemu dawał radę. Nawet trochę jej zostało. Najważniejsze, że się udało. Mieliśmy jeszcze czas na śniadanie. Kiedy po 7.00 rano wyszedłem na miasto, po raz drugi zdziwiłem się, bo nigdzie nie mogłem znaleźć żadnego pieczywa. Nawet ze wczoraj… W Kutaisi mieli chyba inne zwyczaje niż w Polsce. Wszystkie piekarnie pozamykano, a w sklepach brakowało chleba i świeżych bułek. Chodziłem dobre pół godziny, co jakiś czas zmieniając uliczki. Mimo wszystko nie udało mi się. Musieliśmy się zadowolić gotowymi rogalami z marketu. W centrum szybko znaleźliśmy taksówkę, którą pojechaliśmy na lotnisko. Gruzińska przygoda właśnie dobiegała końca…


  
Gruziński obiad w Kutaisi
 

CO ZOBACZYLIŚMY I PRZEŻYLIŚMY PODCZAS TEGO POBYTU W GRUZJI?

Na lotnisku wspominaliśmy wszystkie przygody, jakie przeżyliśmy podczas tego wyjazdu. Poznaliśmy kilka nowych tras, a także zobaczyliśmy najpiękniejsze ziemie Gruzji w pełni rozkwitu. Mogliśmy powiedzieć, że przyjechaliśmy do górskiego raju. A co najbardziej utkwiło nam w pamięci?

 

LODOWIEC SHKHARA

Z pewnością droga na lodowiec, gdzie podczas pięknego w pełni słonecznego dnia mogliśmy pójść w jego stronę, ciesząc oczy niesamowitymi polanami wypełnionymi kolorowymi kwiatami. Do dziś mam w pamięci mozaikę barw ciągnącą się kilometrami. Tak rozległego naturalnego ogrodu nigdzie nie widziałem. Dla mnie dolina rzeki Enguri uchodziła za miejsce o światowej klasie czyli coś, co trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu, ponieważ trochę gór już odwiedziłem, ale czegoś podobnego nigdy nie miałem okazji podziwiać. Samo przebywanie pod lodowcem Shkhara jest pięknym przeżyciem. Chociaż widziałem o wiele ładniejsze formacje, to liczył się niepowtarzalny klimat i atmosfera. Jego wielką ścianę tworzył brudny lód, ale za nim ciągnęła się biała, majestatyczna Ściana Bezingi, a dookoła zieleń traw i niskich drzew. Spod grubego lodu wypływała rzeka Enguri, biorąca z niego swój początek. Główną atrakcją było gotowanie obiadu na kuchence gazowej w tak pięknym otoczeniu. Czuliśmy prawdziwie górski klimat oraz że naprawdę odpoczywamy. W drodze powrotnej trafiliśmy na „Cicinkowe Wzgórze”, czyli niewielkie wzniesienie, na którym rdest wężownik kwitł tak gęsto, że utworzył małą różową „górkę”. Wchodząc na jej szczyt, mieliśmy przepiękny widok na rozległą, bo 1,5-kilometrową polanę usłaną wieloma gatunkami roślin, wciśniętą pomiędzy dwa równolegle pasma górskie. Dolina w tym miejscu miała kilkaset metrów szerokości, a całą przestrzeń szczelnie wypełniały kolorowe kwiaty. Podziwialiśmy niezwykłą panoramę!


 

 

BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m.

Przygoda z dnia kolejnego zapisała się nam bardzo głęboko w pamięci. Wybraliśmy niesamowitą, górę o wysokości 3242 m n.p.m. Co było w niej takiego niepowtarzalnego? Z pewnością droga na jej szczyt. Już sam początek trasy zachwycał, ponieważ szliśmy zielonym, ukośnym zboczem, skąd mieliśmy wgląd na liczne wodospady spływające z pionowych, skalnych ścian. Z wąskiej ścieżki podziwialiśmy panoramę Ściany Bezingi. Kiedy dróżka skończyła się, bo odbiegała w stronę przełęczy Latpari 2990 m n.p.m., nasza przygoda dopiero się zaczęła. Musieliśmy znaleźć własną trasę tak, aby dotrzeć na główny wierzchołek. Nie miałem wątpliwości jak iść, dlatego szukanie właściwego szlaku nie pochłaniało naszej uwagi. Mogliśmy za to w pełni zachwycać się jednym z największych „dywanów” utworzonych przez pełniki altaicus. Zajęły dosłownie całą trawiastą powierzchnię od jej stóp, aż po poziomicę 3000 m n.p.m. Przez cały ten czas podchodziliśmy przez żółte ogrody. Jakiś zachwyt? To mało powiedziane! Wspomniane miejsce zapamiętałem jako drugi największy ogród, jaki kiedykolwiek widziałem. Był naprawdę potężny, bo zajmował całe południowe, 700-metrowe zbocze. A panorama z wierzchołka? Ta również zapisała się jako coś wyjątkowego. Dlaczego? Bo podziwialiśmy ciąg ośnieżonych, białych, a często lodowcowych gór, wchodzących w skład głównej grani Kaukazu. Z żadnego punktu nie patrzyłem na tak rozległy widok obejmujący około 200 km zimowych szczytów tworzących linię oraz… 42 lodowce, które mogliśmy dostrzec z jednego miejsca! Co ciekawe, policzyłem tylko te wyróżniające się w najbliższej okolicy. Po jednej stronie widniał 100-kilometrowy łańcuch gór i po drugiej – podobnie. Jego kulminacją jest Ściana Bezingi, niezmiennie zachwycająca swoim pięknem z każdego wierzchołka. Nie tylko Shkhara przyciągała wzrok, ponieważ w oddali widzieliśmy majestatyczną Ushbę 4710 m n.p.m. z jej charakterystycznymi rogami. Nieco dalej, po prawej widniały dwa zupełnie białe szczyty, gdzie nie wystawała żadna skała. Oczywiście mowa o Elbrusie 5642 m n.p.m., będącym jednocześnie najwyższym wygasłym wulkanem Kaukazu. Podczas opisywanej trasy wędrowało z nami aż pięć psów. Każdy z nich posiadał inny charakter i… rozmiar. Wielki biały „Niedźwiedź”, którego nazywaliśmy „Nie Świeć”, wiernie szedł za nami, a na wysokości 3000 m n.p.m. nawet przytulił się do mnie głową, kładąc obie przednie łapy na moich nogach. Jego łapa miała dokładnie taką samą wielkość jak moja dłoń, dlatego zrobiłem zdjęcie porównawcze. Inny ze wspomnianej gromady czworonogów miał przeciętą tylną nogę na dwie części. Rana jeszcze krwawiła, dlatego lizał ją na postojach. Pomimo trudności nie odstawał od reszty. Towarzyszył nam aż do samego końca. Widząc jak silną mają wolę życia, a także jak blisko się trzymały, odganiając inne zwierzęta spotkane na drodze, polubiliśmy je od samego początku. Gruzińskie psy musiały zapisać się na dobre w naszej pamięci.


 

 

PUNKT WIDOKOWY 2980 m n.p.m.

Inną trasę, o jakiej często rozmawialiśmy, był punkt widokowy 2980 m n.p.m. W przewodnikach opisano go jako nieoficjalny szlak. Trasę wyznacza wyraźnie wydeptana ścieżka. Szybko można osiągnąć wysokość docelową, co gwarantuje niesamowite wrażenia. Stojąc na wierzchołku rozpoczynającym rozległą grań mieliśmy wrażenie, że Shkhara znajduje się bliżej nas, pomimo faktu, że szczyt 3242 m n.p.m. i Ścianę Bezingi dzieli krótszy dystans. Najwidoczniej układ gór i doliny rzeki Enguri powodował złudzenie optyczne. Zjawisko należy do niezwykłych. Wędrówka całym dostępnym grzbietem pozwoliła zobaczyć nam kawał pięknego Kaukazu. Po prawej stronie spoglądaliśmy na „Dolinę Mafii” pod Dadiashi 3536 m n.p.m. przypominającą swoim charakterem kanadyjskie krajobrazy górskie. Możliwość ugotowania ciepłego obiadu na końcu trasy było zwieńczeniem długiego marszu.


 

 

NOWY SZLAK PRZEZ MORZE KWIATÓW

Kolejny dzień musiał utkwić w umysłach jako inny i niepowtarzalny, ponieważ postanowiliśmy wytyczyć zupełnie nowy szlak w terenie, gdzie nikt nie chodził. Pomyśleliśmy, że do przełęczy Zagaro dojdziemy nieoficjalną drogą, wybierając opadające zbocza, ciągnące się przez najbliższe 8 km. Dlaczego tak? Bo z odcinka na punkt widokowy 2980 m n.p.m. dostrzegliśmy bezkres kwiatów. Nie wiedzieliśmy, dokąd one nas zaprowadzą, ale wiedziałem, że trasa na pewno będzie długa i wyjątkowa. Z tego względu zaplanowaliśmy cały dzień na to przedsięwzięcie. Pomysł wypalił od samego początku. Od opisywanego w trzecim rozdziale głazu o nazwie „Gebeli” zboczyliśmy z oficjalnego szlaku. Tam poszliśmy przed siebie – w nieznane. Na pierwszym odcinku przywitały nas rozległe „dywany” janowca lidyjskiego, szczelnie pokrywające nachylone zbocza. Pomiędzy nimi nie rosła nawet trawa. Zajmowały każdy centymetr kwadratowy powierzchni. Za ich skupiskiem mieliśmy okazję podziwiać kilkudziesięciometrowy, strzelisty, niezapominajkowy grzbiet. Tuż za nim wstąpiliśmy na wielki teren zajęty przez kwiaty rdestu wężownika, nazywanego przez nas wdzięcznie „cicinkami”. Ich potoczna nazwa idealnie oddawała charakter tych roślin, ponieważ tworzyły je bardzo drobne, różowe płatki zbite w podłużne główki osadzone na pojedynczych łodygach. Wyglądały dosłownie jak „cicik”, czyli puszek. Idąc nieznanym, odkrywaliśmy kolejne nowe morza kwiatów. Na największe z nich trafiliśmy, kiedy obchodziliśmy jeden z opadających stoków góry z punktem widokowym 2980 m n.p.m. Występowały tam prawie wszystkie gatunki roślin, które dotychczas widzieliśmy, tworzące bardzo gęstą i zwartą strukturę. Drobne astry i margaretki z daleka widniały jako niezwykły dywan, pomimo że opanowały pofałdowany teren z zagłębieniem w dole.


 

 

GRZEBIEŃ PODAROK 3352 m n.p.m.

Co jeszcze zapisało się w naszej pamięci? Z pewnością wejście na grań Podarok, gdzie wytyczaliśmy nową trasę. Znałem inną drogę wejścia, ale postanowiłem, że znajdziemy coś lepszego, dzięki czemu odkryjemy nieznane nam góry. Nowy szlak, bo tak mogliśmy go nazywać, od samego początku należał do wyjątkowych, bo wystarczyło, że odbiliśmy od głównej drogi prowadzącej na lodowiec, a wstąpiliśmy do cudownego, naturalnego ogrodu pełnego kwiatów. Właśnie tutaj mogliśmy zobaczyć niejako pogrupowane rośliny według swojego gatunku, gdzie powyżej mieszały się ze sobą, tworząc barwną mozaikę. Głazy ozdobione skalniakami o nazwie macierzanka wczesna przyciągały uwagę. Rozległa polana znajdowała się na połączeniu dwóch lokalnych pasm górskich. Wypływał stamtąd potok. W zaroślach dostrzegliśmy nawet niewielkie kaskady. Nie bez powodu poświęciliśmy dzień z niestabilną, niepewną pogodą na wielogodzinny odpoczynek w tym miejscu. Najzwyczajniej chcieliśmy napatrzyć się na łąki z kolorową roślinnością. Dalsza wędrówka pozwoliła nam zobaczyć największe kolonie kwiatów złożone z przedstawicieli jednego gatunku – żółtych pełników altaicus. Dlaczego nazwałem je największym, pomimo że te same kwiaty zajęły całą górę 3242 m n.p.m.? Dlatego, że pokryły obszar porównywalny do wielokilometrowej doliny… Pełniki dosłownie tworzyły pofalowany „dywan”, jakby całe zagłębienie ktoś nakrył płachtą przypominającą ogromne fany ultrasów [fanatycznych kibiców] rozwieszanych na trybunach stadionów. Wypełniały nie tylko lokalne zagłębienie z potokiem, ale także opanowały wszystkie okoliczne zbocza, aż do wysokości 2900 m n.p.m. W wielu miejscach wszechobecna żółć kwiatów przypominała swoim kształtem obraz podobny do fal na morzu. Grań Podarok pozytywnie zaskakiwała, ponieważ nie tylko podziwialiśmy małe skalniaki w postaci kulek o podobnej barwie, noszących nazwę głodek kaukaski, ale również znalazłem tam ładny kryształ górski. Pomimo sporej wysokości 3352 m n.p.m., na szczycie brakowało śniegu. Jej grzbiet przypominał wielki pas startowy dla awionetek.


 

 

GVIBARI 2943 m n.p.m.

Jest jeszcze jedno miejsce, które chyba wszystkim jednakowo zapisało się w umyśle. Oczywiście mowa o Gvibari 2943 m n.p.m. Góra różniła się od wszystkich pozostałych, bo w dolnej części była zalesiona oraz posiadała zupełnie inny charakter w porównaniu do sąsiednich szczytów. Początek trasy oferował piękny widok na historyczną część wioski Ushguli, a dalej zanurzyliśmy się w lesie, gdzie płynął dość szeroki potok. Damian dobrze pamiętał o swoim upadku do jego lodowatych wód, dlatego szukaliśmy lepszej możliwości, aby go przekroczyć. Las niejako budował napięcie, gdzie zadawaliśmy pytanie: ‘co zobaczymy dalej?’. Kiedy wyszliśmy ponad jego górną granicę, w tle na horyzoncie dostrzegliśmy Ushbę oraz przyległe do niej białe piki. W miarę osiągania większych wysokości widzieliśmy coraz więcej śnieżnych gór. W najbliższej okolicy podziwialiśmy liczne gatunki kwiatów, ale dwa z nich należały do wyjątkowych, ponieważ występują tylko i wyłącznie na Kaukazie oraz w bardzo małych ilościach. W Polsce byłyby traktowane jako gatunki krytycznie zagrożone wyginięciem. Należały do nich: lilie zrosłopręcikowe (monadelphum) oraz orliki aquilegia olympica z charakterystycznym, „wrośniętym” białym dzwonkiem. Źródło na szlaku także zapamiętaliśmy jako bardzo ciekawe miejsce. Z racji obfitości wód, w jego otoczeniu rosły rzędy pięknych kwiatów, tworzące naturalne „dywany” o żywych kolorach. Dodatkowo skorzystaliśmy z trawiastego idealnego miejsca na odpoczynek. Gvibari najbardziej jednak wyróżniały rododendrony. Nigdzie indziej nie występowały tak obficie jak na jego zboczach. O ile na pozostałych pasmach zaobserwowaliśmy ich nawet większe ilości, to tylko na stokach Gvibari wszystkie zakwitły jedocześnie, tworząc wyjątkową, beżową powierzchnię. Krzaki zbiły się w tak zwartą strukturę, że nie ma możliwości przejścia na skróty. A kto z nas nie wspominał „obślizłych” Berlinek, braku papieru toaletowego w drodze na jego wierzchołek czy faceta uciekającego w popłochu na nasz widok, ponieważ właśnie załatwiał swoją większą potrzebę w zaroślach? Gvibari zapisało się w naszych umysłach jako szczyt oferujący niezwykłe spojrzenie na Ścianę Bezingi, Ushbę i Elbrus, ale także miejsce, gdzie Damian znalazł muszle, które powinny być nad morzem, a nie tutaj – wysoko na graniach.


 

 

GRAŃ SHKHARY DO POZIOMU 3264 m n.p.m.

Do wspólnych wspomnień obowiązkowo dopisaliśmy wytyczanie nowej drogi na grań Shkhary. Jej ramię planowaliśmy osiągnąć w dniu ostatnim naszego wyjazdu. Wybrana trasa należała do najdłuższych i najbardziej wymagających ze względu na mocne i długie stromizny. Za znaną nam drogą do lodowca odbiliśmy w lewo, idąc w linii prostej zielonym zboczem, aby dorównać do głównego grzbietu w kierunku opadającego ramienia Shkhary. Nowo wytyczany szlak zapewniał wspaniałe panoramy, o których nie sposób nie opowiedzieć. Samotne drzewo rosnące w połowie wysokiej góry na skraju urwiska należało do niezwykłych. Kiedy dotarliśmy do górnej granicy traw skorzystałem z okazji, schodząc do przepięknego ogrodu kwitnących pełników altaicus położonego kilkadziesiąt metrów poniżej. Chociaż nie imponował swoimi rozmiarami, bo zajmował powierzchnię „zaledwie” kilkuset metrów kwadratowych, to najbliższe otoczenie zachwycało swoją urodą. Nie tylko mogłem zobaczyć bardzo gęste nagromadzenia wspomnianych kwiatów, ale również wielki płat śniegu z mikro kanionem i potokiem płynącym pomiędzy jego ściankami. Podziwiałem niezwykłą walkę wiosny i zimy, gdzie obok kilkudziesięciocentymetrowej krawędzi śniegu do życia budziły się kolejne pełniki w postaci kiełków, dosłownie jej dotykając. A przeżycia? Zapamiętaliśmy je jako wartościowe, bo mieliśmy pierwszoplanowy widok na potężne lodowce, doświadczyliśmy dwóch burz, które obserwowaliśmy z boku oraz przechodziliśmy przez łagodnie opadające zbocze, gdzie zbieraliśmy kryształy górskie.


 

 

ZAGARO PASS 2623 m n.p.m.

Zagaro Pass także było dla nas wyjątkowym miejscem, ponieważ tę przełęcz widzieliśmy w różnych odsłonach. Najpiękniejszą wersję zapamiętaliśmy w drodze powrotnej do Kutaisi, gdzie trafiliśmy na idealną pogodę. Wówczas zobaczyliśmy w pełni białe ściany Ailamy 4547 m n.p.m. i Tsurungali 4250 m n.p.m. Możliwość przebywania na zielonej, ukwieconej polanie, skąd patrzyliśmy na najwyższe ośnieżone szczyty Kaukazu należała do niezwykłych chwil.


 

 

DNI Z GORSZĄ POGODĄ

Nie można również zapomnieć o dniach, gdzie nieco zabrakło dobrej pogody. Nie zmarnowaliśmy ich, bo wykorzystaliśmy je na podziwianie piękna przyrody Kaukazu. Przygotowanie obiadu w otoczeniu kolorowego i wyjątkowego ogrodu, położonego na pofałdowanym terenie na styku dwóch gór prowadzących w kierunku grani Podarok było czymś niezwykłym. Przez kilka godzin fotografowaliśmy i przyglądaliśmy się wielu gatunkom kwiatów, a także pięknym kaskadom na potoku biorącym swój początek w okolicach połączenia obu zielonych grzbietów. Podobnie mieliśmy podczas przejścia na Zagaro Pass, gdzie złapał nas deszcz, ale później chmury stopniowo zanikały. Odkrycie maków w formie kuli „postawionej” na niezapominajkowym „dywanie”, uli w barwnych kwiatach czy morza „cicinek” dało nam wiele radości.


 

 

Zastanawiałem się także, ile różnych gatunków kwiatów zobaczyliśmy.Naliczyłem 40 różnych odmian! Należały do nich (poniżej podaję ich nazwy oraz kolory):

Komonica zwyczajna – żółty

Rdest wężownik – różowy

Pełnik altaicus – żółty

Niezapominajka – niebieska

Dzwonek wąskolistny – fioletowy

Janowiec lidyjski – żółty

Macierzanka wczesna, skalniak – różowa

Goryczka trojeściowa – niebiesko-granatowa

Lilia monadelphum (zrosłopręcikowa) – żółta

Zawilec narcyzowy – biały

Pierwiosnek maleńki – różowy

Różanecznik kaukaski (rododendron kaukaski) – beżowy

Szachownica cesarska – brązowo-fioletowa

Czyściec wielokwiatowy – różowy

Bodziszek błotny – różowy

Kukułka szerokolistna – fioletowa

Dziewanna pospolita – żółta

Coleostephus myconis – żółty

Mak polny – pomarańczowy

Róża pomarszczona – intensywnie różowa

Koniczyna pannońska – beżowa

Jaskier ostry – żółty

Czyściec kwiatowy – różowy

Pedicularis foliosa (gnidosz pedicularis) – żółty

Aster alpejski – ciemnoróżowo-żółty

Goryczka wczesna – niebieska

Głodek kaukaski, skalniak – żółty

Skalnica rozesłana, skalniak – biała

Orlik Aquilegia olympica – niebiesko-biały

Wilczomlecz eqhorbia oblongifolia – różowo-czerwony

Czosnek siatkowy – biały

Pierwiosnek ząbkowany – różowy

Warzucha – biała

Wyka kosmata – granatowo-fioletowa

Przetacznik goryczkowaty – jasny biało-niebieski

Pszeniec różowy – ciemnoróżowy

Ciemiężyca zielona – zielony

Podagrycznik pospolity – biały

Gorczyca polna - żółta

Sałatnica (nie rozpoznałem dokładnie gatunku, najbliżej wyglądem jej do sałatnicy leśnej) - ciemnożółty

 

Ale czy Gruzja to jedynie niepowtarzalne panoramy i rozległe morza kwiatów? Wielokrotnie wspominaliśmy jak wierne są miejscowe psy, jak nam towarzyszyły i jak broniły nas przed zagrożeniami, które tylko one widziały. A jedzenie? Gruzińska kuchnia oferowała niedużą ilość potraw, ale te dostępne postanowiliśmy spróbować. Bardzo smakowały nam: chaczapuri, chinkali z Kutaisi, sałatki pomidorowo-ogórkowe, warzywne zupy z lokalnymi przyprawami, Badrijani z bakłażana czy placek ziemniaczany wypełniony górskim serem. Wspominaliśmy również dwukrotnie zamówione gruzińskie śniadania, gdzie jedliśmy chaczapuri, owocowe jogurty własnej produkcji czy ciasto upieczone przez gospodynię. A kto z nas mógł zapomnieć o lemoniadzie, którą piliśmy przy każdej okazji? Miała swój niepowtarzalny smak, dlatego obowiązkowo musieliśmy ją „przemycić” do Polski. Wszyscy wiemy, że to samo danie, napój czy muzyka przywiezione do domu nigdy nie będą takie same jak na miejscu, ale dzięki temu mogliśmy jeszcze raz poczuć klimat Ushguli oraz gór Kaukazu. Doświadczyliśmy gościnności miejscowych ludzi, częściowo poznaliśmy jacy są, a także mieszkaliśmy we wiosce, gdzie nie uświadczyliśmy tłumów. Damian dodatkowo przeżył coś innego i wyjątkowego, ponieważ gospodarz kawiarni Svaneti Cafe, nazywany przez nas Tjechnologiem, udostępnił jemu własny samochód terenowy w celu realizacji marzenia o przejeździe gruzińskimi drogami w górach w roli kierowcy. W Polsce jest nie do pomyślenia, aby właściciel kwatery pożyczył obcej osobie swoje auto, pozwalając na jazdę górską doliną. Gruzini mieli zupełnie inną mentalność. Nie sposób także zapomnieć o stadach koni i krów, których nikt nie wiązał ani nie zamykał w zagrodach. Żyły swobodnie na wolności. Przychodziły do ludzi same, kiedy tylko chciały. Krowy nawet miały w zwyczaju schodzenie z gór przed zachodzącym słońcem pod konkretne domy ich właścicieli, gdzie mucząc dawały znać, aby gospodynie przyszły je wydoić. Żadna z nich nie uciekała. Wszyscy odnosili korzyść z zachowania tych zwierząt. Lokalni mieszkańcy nie musieli za nimi chodzić, wyprowadzać ich w pole ani ich doglądać. Żyły własnym życiem, a po południu same wiedziały, dokąd mają wrócić. Dzięki temu miejscowi mieli mnóstwo mleka na śmietanę i pyszne sery górskie. Zajadaliśmy się nimi w przygotowywanych przez nich potrawach.


 
Gruzińskie jedzenie i psy z pewnością będą zapamiętane na zawsze
 

Gruzja oferowała naprawdę wiele, ale trzeba wiedzieć po co się przyjeżdża do tego państwa. Zawsze pamiętałem o opinii pewnej osoby z pracy, która udała się do Kazbegi (Stepantsminda), gdzie nic jej się nie podobało. Kiedy pokazywałem zdjęcia z moich gruzińskich wypraw, jedynie powiedziała: ‘to ja chyba byłam w innej Gruzji niż Ty’. Przed wyjazdem w okolice Kaukazu musisz wiedzieć co Cię interesuje, czego oczekujesz i czy w ogóle ten kierunek będzie dla Ciebie. Nie możesz spędzać urlopu w ciemno i na dodatek w miesiącu, gdzie załamania pogody są codziennością. W taki sposób nawet najpiękniejsze miejsca na świecie mogą Cię rozczarować. My konkretnie wiedzieliśmy czego oczekujemy od tego kraju. Nam w szczególności zależało na wyjątkowo pięknych górach, naturalnych kaukaskich ogrodach kwiatowych, ciszy, spokoju, braku tłumów, kontakcie z naturą i długich wędrówkach górskich, gdzie mogliśmy się odciąć od świata zewnętrznego. Tyle tylko, że miałem czas, aby zaplanować całą wyprawę, przygotować się, dobrać odpowiedni termin wyjazdu, a także trasy, o których będziemy pamiętać przez całe życie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl