Nigdy nie przypuszczałem, że czas, kiedy będziemy wyjeżdżać z miejsca o jakim tak długo marzyliśmy i opowiadaliśmy o nim, może być równie bardzo ciekawy, obfitujący w piękne przeżycia. Wstaliśmy wcześnie, aby się umyć oraz dopakować ostatnie rzeczy. Od samego rana świeciło słońce, a niebo było wolne od chmur. Od razu zwróciliśmy uwagę na ten szczegół. Powtarzaliśmy: ‘szkoda, że takiej aury nie mieliśmy wczoraj, bo chcieliśmy zobaczyć Ścianę Bezingi i lodowce w całej swojej okazałości na pierwszym planie”. Tak jest, że pogoda w pierwszym dniu po jej załamaniu przechodzi okres stabilizacji, czego doświadczyliśmy wczoraj. Dopiero od drugiej doby następuje wyciszenie, co właśnie mieliśmy okazję dostrzec. W pokoju szybko przesortowałem kryształy górskie na te, które zabiorę ze sobą i te, które zostawię na murku u gospodarza. W międzyczasie przeprowadzałem wypalanie resztek gazu z kartusza, aby nie zostawiać butli w przypadkowym miejscu, narażając kogoś na niebezpieczeństwo. Kiedy upewniłem się, że zużyłem wszystko, a płomień naturalnie zgasł, zdjąłem kuchenkę, po czym ją spakowałem.
PIĘKNA
PANORAMA NA ŚCIANĘ BEZINGI NA KONIEC. KLIMAT WIOSKI USHGULI
Mając
jeszcze ponad godzinę czasu zabrałem aparat i pobiegłem kilkadziesiąt metrów na
drogę przed kwaterą. Podziwiałem najpiękniejszy widok na Ścianę Bezingi w całej
wiosce. Nawet nie musiałem iść w jakieś specjalne miejsce. Obiekt mieścił się
na obrzeżach najwyżej położonej dzielnicy Ushguli – Zhibiani, co pozwalało mieć
najszersze spojrzenie na góry. Czując ciepłe promienie, aż chciało się usiąść
na jakimś głazie, aby podziwiać piękną panoramę. Jej urok polegał na białych,
ośnieżonych szczytach na tle błękitnego nieba. Wczesne słońce powodowało, że góry
tworzyły delikatny, ale wyraźny kontrast z zielonymi, niższymi pasmami. Dodatkowo
z przodu wznosiły się długie trawiaste granie i ukwiecone zbocza. W pobliżu
naszego domu wykonałem kilka ujęć pokazujących niezwykły klimat Ushguli. Po obu
stronach widniały drewniane płoty postawione ze sztachet, które swoje lata
świetności już dawno miały za sobą. W wielu miejscach były pochylone w kierunku
drogi, a w innych – przewrócone leżały na polach. Za każdym ogrodzeniem rosły
wysokie na ponad półtora metra, bardzo gęsto kwitnące rośliny w formie żółtych kolonii
(gorczyca polna) i białych baldachów (podagrycznik pospolity). Teren wokół wioski
wybrały sobie jako najlepsze do życia ziemie. Występowały tak gęsto, że patrząc
ku ośnieżonym szczytom, miałem wrażenie jakby ktoś rozwinął wielki dywan. Widniały
aż do wzgórza z kościołem. Robiłem wiele ujęć Ushguli. Szczęście nam nadal
sprzyjało, ponieważ za chwilę szła starsza wiekiem pani gospodarz, prowadząc
stado krów. Naturalnie powstała idealna gruzińska sceneria do zdjęć. Widok bydła
podążającego drogą na tle żółtych gorczyc, białych baldachów i wspaniałych gór
w najdalszej perspektywie, gdzie stare drewniane płoty chyliły się w jego
stronę, w pełni oddawały klimat wioski. Na jednej fotografii mogłem pokazać jak
żyją ludzie, czym się zajmują na co dzień oraz naturalne piękno Kaukazu. To
samo zdjęcie nawet oddawało spokój, jaki panuje w Swanetii.
JEDZIEMY
DO KUTAISI, ALE TO NIE KONIEC GÓR!
Po
dłuższej sesji wróciłem do pokoju, aby jeszcze raz sprawdzić, czy zabraliśmy wszystko.
Wyszliśmy po 9.00 rano, aby na spokojnie rozsiąść się na tarasie u Tjechnologa.
Widząc jak piękną mamy pogodę, trochę żałowaliśmy, że nie możemy zostać chociaż
jeden dzień dłużej, bo w głowie miałem kolejne trasy, gdzie nie ma żadnego
szlaku, a byłem ich bardzo ciekawy. Patola – siostra gospodarza – przygotowała
dla nas chaczapuri, abyśmy zjedli coś na drogę powrotną. Kupiliśmy u niej sól
swanecką, gdzie jeden woreczek dostaliśmy gratis. W końcu przyszedł czas
pożegnania. Patola uściskała nas wszystkich, aż łezka zakręciła się w jej
oczach, ponieważ jak kiedyś opowiadał Miriam, zazwyczaj mają jedno- lub
dwudniowych turystów, ale żeby ktoś przyjechał na dwa tygodnie? Tacy mu się nie
trafiali. Oboje zauważyli, że żyjemy ich górami, jesteśmy ciekawi świata i
chcemy się czegoś dowiedzieć, dlatego gospodarz nie raz opowiadał historię jego
rodu, czy też samej wioski. Tjechnolog miał duszę przewodnika. W pełnym sezonie
woził turystów w różne miejsca, opowiadając im jakąś część ze swojego podwórka.
Po chwili załadowaliśmy nasze bagaże do auta terenowego Grand Vitara w miejscu,
gdzie swój kurs kończy marszrutka z Mestii. Jest to niewielki przystanek
pomiędzy domami, odległy o niecałe 50 m od chaty gospodarza. Oczywiście poza
tablicą z prowizorycznym rozkładem nic więcej tutaj nie znajdziemy. Podobnie
jak w pozostałych częściach wioski wszędzie chodziły krowy, zostawiając za sobą
produkt uboczny jedzenia trawy. Gdyby nie strzałka prowadząca do niego, nigdy
bym nie przypuszczał, że coś jeździ do Ushguli i zapuszcza się w tak ciasne
miejsca. Już za chwilę wyruszyliśmy w długą drogę powrotną. Jednak ta nie
należała do nudnych. Wręcz przeciwnie – oferowała niesamowite wrażenia, o czym
już wkrótce mieliśmy się przekonać. Jadąc trasą na Zagaro Pass, którą Miriam
uwielbiał z powodu pięknych panoram i możliwości znacznie szybszego dojazdu do
Kutaisi, przyglądaliśmy się wszystkim odwiedzonym przez ostatnie dwa tygodnie miejscom.
Wymienialiśmy takie punkty jak: niezapominajkowe urwisko z rurą i wodą lecącą w
przepaść, kwieciste tarasy, wielka półka, gdzie pasły się stada krów, porzucona
koparka, pomarańczowa kula maków, podwójny wodospad czy polana z kukułkami
szerokolistnymi znanymi również pod nazwą stoplamek szerokolistny. Zawsze
ciekawiła mnie przełęcz Zagaro w pełnym świetle, bo nigdy nie miałem okazji
zobaczyć jej piękna w pogodny dzień. Ile razy ją odwiedzałem, zawsze kłębiły
się gęste chmury, a nierzadko padał deszcz. Z racji głębokiego położenia w
górach i dużej wysokości, słońce miało mniej okazji, aby „zaglądać” w jej
okolice.
NAJPIĘKNIEJSZE
WIDOKI Z PRZEŁĘCZY ZAGARO
Dzisiaj
mieliśmy wspaniałą okazję spełnić moje marzenie, ponieważ gospodarz sam
zaproponował, że zatrzymamy się na przełęczy, aby podziwiać okolicę. Tjechnolog
wiedział, że lubię fotografię krajobrazową, dlatego dodał, żebym przygotował
aparat. Kiedy dotarliśmy na Zagaro Pass, gospodarz stanął w najwyższym punkcie.
Ale tu było pięknie! Przed nami widniały dwie potężne białe góry z prawie
pionowo opadającymi zboczami skalnymi w głąb doliny, znacznie poniżej naszego
poziomu. Patrzyliśmy na Ailamę 4547 m n.p.m. oraz Tsurungali 4250 m n.p.m. Ich
ścięte ściany rozpoczynały się od samej doliny rzeki Koruldashi położonej na
wysokości 2000-2200 m n.p.m. i ciągnęły aż po sam szczyt! Widok na obie góry jest
niesamowity! Najbardziej jednak zadziwiało nas tempo prac drogowców. Pomimo
dużej wysokości wybetonowano całą trasę z Zagaro, przez co nie groziło nam grzęźnięcie
w zwałach błotach, jak na poprzedniej wyprawie. Wówczas samochód terenowy
wkopał się w trzech miejscach i na dodatek urwaliśmy rurę wydechową. Komfort
jazdy uległ znacznej poprawie. Aktualnie warunki diametralnie się zmieniły na
korzyść lokalnych mieszkańców. W końcu mogli pojechać porządną drogą do
Kutaisi, nie mecząc się dłuższą i na dodatek bardziej uciążliwą trasą przez
Mestię. Miriam koniecznie chciał zrobić sobie z nami wspólne zdjęcie na tle
pięknych gór. Po dłuższej chwili z powrotem wsiedliśmy do samochodu. Kiedy pomyślałem,
że odtąd żegnamy się ze światem Kaukazu i teraz zaczniemy wytracać wysokość,
gospodarz zrobił nam wielką niespodziankę. Skręcił w lewo – w kierunku kaplicy.
Włączył napęd 4x4, po czym wjechał polną drogą aż pod jej drzwi. Znajdowała się
na wysokości 2798 m n.p.m. O ile jest zbudowana z pięknego kamienia i posiada
wartość historyczną, to nie była dla nas główną atrakcją. Staliśmy na pięknej,
zielonej, ukwieconej polanie, opanowanej przez pełniki oraz w mniejszym stopniu
jaskry ostre. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji, aby móc zobaczyć wszystkie szczyty
dookoła podczas bezchmurnego nieba. Panorama na najwyższe góry Kaukazu zachwycała!
Przed nami widniały Ailama i Tsurungali, a nieco po lewej, częściowo zasłonięta
przez zieloną, niżej położoną grań Ściana Bezingi. Poniżej dostrzegliśmy szybko
opadającą gdzieś w doliny, wijącą się drogę z płyt betonowych. Spoglądając na
nią wiedziałem, że oznacza ona pożegnanie ze Swanetią. Niestety, za niedługo
mieliśmy tamtędy przejeżdżać…
Po
naszej lewej widniało lokalne zielone wzgórze, na które można wejść, aby mieć
szersze spojrzenie na teren dookoła kaplicy. To samo wzniesienie pozwalało
przejść w stronę wysokiego punktu 3153 m n.p.m. Można tamtędy przedostać się pozaszlakowo
do lodowca Shkhara. Mocno marzyła mi się wspomniana trasa. Gdybyśmy mieli dodatkowy
dzień, nie tylko mógłbym osiągnąć w miarę wysoki wierzchołek oferujący piękną
panoramę Kaukazu, ale także przeszedłbym bardzo ciekawą polaną z kwitnącymi
pełnikami, której skraj wyznacza wielka przepaść. Mamy stamtąd niesamowite,
pierwszorzędne spojrzenie na koryta lodowców i wielkie białe jęzory
poprzecinane licznymi szczelinami. Pełników altaicus jest na niej tak dużo, że
nawet z bezimiennej góry 3242 m n.p.m. dostrzegaliśmy żółty „dywan” kwiatów,
pomimo że w linii prostej dzieliło nas ponad 6 km. Na razie jedynie mogłem rozmyślać
o tej wyjątkowej trasie, mając nadzieję, że jeszcze będzie ku niej okazja. Z
drugiej strony nie martwiłem się, że nie otrzymaliśmy dostępnego dnia „gratis”,
ponieważ cieszyłem się z teraźniejszości. W końcu, za każdym razem otrzymywałem
to, o czym zawsze myślałem przebywając w Ushguli – piękną przyrodę, barwne kwiaty,
wysokie białe szczyty oraz wiele innych. Z okolic kapliczki mieliśmy okazję
podziwiać cudnej urody widoki, których wcześniej nie mogliśmy zobaczyć z powodu
gęstych chmur. Najbardziej zachwycała ukwiecona polana na tle ośnieżonych gór.
Chodziłem w jej różne miejsca, aby złapać kilka różnych ujęć pokazujących naturalne
piękno Gruzji. Tylko brakowało koca, aby móc się rozłożyć i cieszyć się niepowtarzalną
panoramą Kaukazu. Tjechnolog w międzyczasie opowiadał historię kapliczki oraz
jak żyły wcześniejsze ludy u stóp Ailamy i Tsurungali, czym się żywiły, a także
wspomniał co dla nich znaczyły obie góry i Czarna Nieznakomka. Mówił naprawdę w
mocno wciągającym stylu.
Bardzo
doceniałem niespodziankę jaką nam zrobił, bo w tak pogodny, słoneczny dzień nie
musieliśmy jedynie siedzieć w samochodzie i przeznaczać go na podróż powrotną.
Dzięki jego akcjom mieliśmy okazję przebywać w pięknych górach, patrząc na
jedne z najcudowniejszych kaukaskich widoków. Byłem zauroczony polaną z
kapliczką, która znajdowała się niecały kilometr od przełęczy Zagaro. Aktualne spojrzenie
na najbliższe zielone zbocze tylko potwierdziło, że przejście na małe trawiaste
wzgórze w kierunku punktu 3153 m n.p.m. musi być niecodzienną trasą, gdzie
nagrodą za wysiłek będzie dotarcie na ukwieconą łąkę położoną nad przepaścią z
panoramą na duże lodowce, znajdującą się po drugiej stronie głównego ciągu
grani, biegnącego wzdłuż doliny rzeki Enguri. W okolicach kapliczki
przebywaliśmy około pół godziny – wystarczająco długo, aby móc w spokoju podziwiać
ostatnie wysokie szczyty, posłuchać historii o kaukaskich wioskach, czy móc
wykonać serię krajobrazowych zdjęć, będących moją ulubioną dziedziną
fotografii. Miriam wspomniał o dodatkowym, bardzo ciekawym punkcie widokowym,
gdzie z przełęczy Zagaro widnieje polna droga do poziomu 2880 m n.p.m.
Gospodarz przyznał, że w sezonie sierpień – wrzesień zawozi swoim samochodem
turystów w jego okolice. Teraz nie mieliśmy podobnej możliwości, bo w kilku
miejscach zalegał śnieg. Z poprzedniej wyprawy zapamiętałem omawiany punkt,
dlatego stał się on moim kolejnym celem, który koniecznie będę chciał zrealizować.
Panorama na Ailamę, Tsurungali oraz na pasma górskie położone za najbliższą
granią musi być przepiękna. Pamiętając o wielu nieodkrytych miejscach, zawsze mieliśmy
powód, aby ponownie przyjechać do Ushguli. Pomału musieliśmy się zbierać, aby
wyruszyć w dalszą podróż. Tak naprawdę dopiero ją zaczęliśmy, ponieważ nadal
przebywaliśmy w dobrze znanym nam otoczeniu.
DWA
NIEZWYKŁE PUNKTY WIDOKOWE
Kiedy
wróciliśmy do Zagaro Pass skręciliśmy, po czym zaczęliśmy zjeżdżać krętą drogą
w dół, gdzie ostatecznie pożegnaliśmy ziemie związane z wioską Ushguli.
Przełęcz Zagaro jest dla mnie granicą, której przekroczenie oznacza
przeniesienie się do innego świata – na niezbyt zachęcające niziny. Z wiadomych
względów wolałem ją przekraczać tylko raz – w drodze powrotnej do domu. Jadąc
coraz niżej, po kilku minutach Tjechnolog powiedział do mnie: „Michał szykuj
aparat!”. Nie wiedziałem o co chodzi. Gospodarz zaparkował na płaskim terenie,
jednocześnie będącym punktem widokowym. Panorama dookoła tak bardzo zachwyciła
każdego, że wszyscy wybiegliśmy z samochodu! Przed nami widniał wielki lodowiec
Koruldashi, gdzie swój początek brała górska rzeka o tej samej nazwie. Ponad
jego poziomem górowały ogromne białe szczyty Ailamy i Tsurungali. Z obecnej
perspektywy wydawały się znacznie wyższe, bo znajdowaliśmy się na wysokości
około 2200 m n.p.m. Po raz pierwszy mogliśmy zobaczyć je w innej odsłonie, bo
znaliśmy je jako pionowe, śnieżno-lodowe ściany opadające aż do samej doliny. Obecnie
mogliśmy dostrzec, że u ich stóp ciągnęły się zielone polany pełne kaukaskich
kwiatów. Obie góry wydawały się bardziej dostępne niż z przełęczy Zagaro. Przez
kilka minut chodziliśmy w okolicach auta. Damian i Miriam poszli nawet gdzieś
dalej. Tymczasem ja podbiegłem na skraj kamiennego usypiska przypominającego
parking polowy, po czym zszedłem kilka metrów w kierunku lokalnego potoku, aby
zrobić ciekawe ujęcia na Ailamę i Tsurungali, mając na pierwszym planie
kwitnące rośliny. Droga powrotna przypadła mi do gustu, ponieważ dostrzegłem
jej prawdziwe piękno! Chyba każdy z nas był zachwycony tym, co zobaczyliśmy.
Po
dłuższej chwili wsiedliśmy do samochodu. Pojechaliśmy dalej. Miriam prowadził
jedyną, ale bardzo krętą drogą, szybko obniżając wysokość. Ponownie wspomniał,
abym przygotował aparat. Zjechaliśmy do poziomu 1950 m n.p.m. skąd mieliśmy zupełnie
inną perspektywę na Ailamę i Tsurungali. Jeszcze raz wszyscy wyszliśmy na
zewnątrz, aby po raz ostatni móc zobaczyć piękno gór najwyższych Kaukazu.
Pomimo, że patrzyliśmy na znane nam piramidy, to jednak obecnie wyglądały
zupełnie inaczej. Licząc od przełęczy Zagaro, wytraciliśmy aż 670 m wysokości
względnej, co oznaczało, że aktualnie oba szczyty były wyższe o wspomnianą różnicę.
Z naszej perspektywy wyglądały na „wyciągnięte”, monumentalne, jakby bardzo
długie, bo nie tylko widzieliśmy ogromne, białe skalno-lodowcowe ściany, ale
również kilkusetmetrowe piętro zielonych polan pełnych kwiatów pod nimi. Nie
znaliśmy ich od tej strony. Z ostatniego punktu widokowego bezpośrednio
patrzyliśmy na dużą górską rzekę o nazwie Koruldashi. Nawet słyszeliśmy jej
głośny szum, ponieważ staliśmy w jej pobliżu. Pomyślałem, że w ciągu zaledwie
kilkudziesięciu minut jakie upłynęły od początku naszej podróży, Ailamę i
Tsurungali zobaczyliśmy w trzech zupełnie innych odsłonach. Słoneczna pogoda
nam sprzyjała, dlatego podziwialiśmy je w najlepszych możliwych warunkach. Nieco
dalej patrzyliśmy na poszarpaną grań Czarnej Nieznakomki – kolejnej śnieżnej góry,
wchodzącej w skład głównego łańcucha Kaukazu. U jej stóp ciągnęła się bardzo
długa, ale wąska dolina, gdzie kwitły tajemnicze rośliny. Nie mogłem ich rozpoznać
z racji dużej odległości. Przyjmowały białą i żółtą barwę. Zauważyłem, że na poziomie
1950 m n.p.m. jest znacznie mniej kwiatów niż w rejonach Ushguli. Ich duże braki
wytłumaczyłem szybszym nadejściem wiosny. W wysokich górach, do których
przywykliśmy podczas naszego wyjazdu, zieleń dopiero opanowywała kolejne
tereny.
ZMIENIA
SIĘ KLIMAT I GÓRY
Po raz
ostatni mogliśmy spojrzeć na potężne szczyty Kaukazu. Wystarczyło, że
pojechaliśmy nieco dalej, a góry zupełnie zmieniły swój charakter – w większości
pokrywały je lasy, przez co nie wydawały się wielkie. Raczej przypominały te bieszczadzkie.
W trakcie kolejnego etapu drogi zaciekawiły nas rosnące wzdłuż ulicy wysokie na
ponad metr różowe, przechodzące w czerwień kwiaty. Nieważne jak ile jechaliśmy,
a one ciągnęły się na całej jej długości. Tjechnolog powiedział, że miejscowi
zbierają je w lipcu po to, aby przygotowywać z nich herbatę. Ponoć jest bardzo
dobra. Szkoda, że nie dostrzegliśmy jakiegoś punktu widokowego lub chociażby
postojowego, aby móc zobaczyć je z bliska. Wyglądały bardzo pięknie. Nigdy podobnych
nie spotkałem, dlatego bardzo mnie ciekawiły. Z racji wąskiej drogi o
charakterze górskim, nie mogliśmy się zatrzymywać, ponieważ czasem mijaliśmy różne
samochody, jak również inni kierowcy podróżowali za nami. Przekładając na nasze
polskie warunki, wybraliśmy jedyną wojewódzką trasę o numerze 15. Tam, gdzie po
raz ostatni podziwialiśmy Ailamę i Tsurungali, za chwilę przejeżdżaliśmy przez
niewielką osadę Koruldashi, złożoną z kilku starych kamiennych domów. Za
lesistymi szczytami dotarliśmy do pierwszej wioski o nazwie Tsana. Ona także
składała się z niewielu starych chat. Miałem wrażenie, że obie miejscowości
należą do zapomnianych terenów, o których istnieniu większość ludzi nie jest
świadoma. Kiedy dostrzegłem napis „guest house” zastanawiałem się, kto odwiedza
podobne miejsca, gdzie nie ma szlaków, a paręnaście kilometrów dalej znajduje
się słynne Ushguli. Za Tsaną bardzo długo nie widzieliśmy niczego poza górami pokrytymi
drzewami. Czuliśmy, że pomału wytracamy wysokość. Musieliśmy przełykać ślinę,
aby wyrównywać ciśnienie w uszach. Po lewej stronie, przed wioską Mele, zobaczyliśmy
pierwsze skrzyżowanie dróg i „rozciągnięty” zbiornik wodny.
Klimat
jaki mieliśmy w Ushguli przeminął. Brakowało ośnieżonych szczytów, rozległych
kwiecistych polan czy chociażby punktów widokowych. Wszystkie góry dookoła
pokrywały gęste lasy. Od Mele rozpoczął się ciąg wiosek, częściowo znanych z
przewodników turystycznych. Słynęły z możliwości wyruszenia na kultową przełęcz
Latpari 2830 m n.p.m., skąd można przebić się dalej, idąc przez lokalne pasmo
górskie, na końcu docierając do Ushguli. Pierwszy szlak zaczynał się w Chvelpi,
a drugi w Mami. Wioski następowały po sobie w kolejności: Mele, Akhalsheni,
Lemzagori, Zhakhunderi (poza głównym ciągiem ulicy w prawo, na zboczach
górskich: Lekusandi i Mebetsi), Sasashi, Luji na uboczu, Chvelpi, Panaga,
Leusheri i Mami. Znając ich kolejność, mogliśmy ocenić, ile jeszcze drogi
pozostało do wyznaczonych tras. Obie miejscowości znajdowały się na wysokości
1100-1200 m n.p.m., co oznaczało, że gdyby ktoś zdecydował się wyruszyć przez
przełęcz Latpari do Ushguli, to miałby kilkunastogodzinną wędrówkę z
przewyższeniem 1700 m, co dla nieświadomych osób mogłoby zakończyć się
nocowaniem w górach. Tak duże różnice poziomów wymagają bardzo dobrej kondycji
i w ogóle nie zaleca się podchodzenia więcej niż 1000 m wysokości względnej w
ciągu jednego dnia, ponieważ po przekroczeniu wspomnianej wartości organizmy
większości ludzi będą wyczerpane z powodu wysiłku. Trzeba pamiętać, że duże
przewyższenie nie stanowi jedynego problemu, bo omawiana trasa jest bardzo
długa. Samo przejście z Latpari do Ushguli zajmuje kilka godzin, ze względu na
dużą odległość. Trzeba naprawdę znać swoje możliwości, wiedzieć jak najwięcej o
szlaku oraz co się robi, żeby później wędrówka bez żadnych trudności
technicznych nagle nie zaskoczyła swoimi dwiema największymi cechami: wysokością
i rozciągłością drogi. Dodatkowym zagrożeniem wydłużającym czas wycieczki z
pewnością są nieoczekiwane płaty śnieżne, jakie trzeba przekraczać na odcinku Latpari
– Gvibari, bo przynajmniej do połowy lipca trwa ich topnienie. Każdy płat znacznie
spowalnia wędrówkę oraz zabiera sporo sił. Po 1700-metrowym wejściu wspomniane
masy śniegu są ostatnią rzeczą, jaką chciałbym zobaczyć na trasie. Z tego
powodu warto sprawdzać, jakie aktualnie panują warunki w górach podobnych do naszej
lub o podobnym charakterze, aby mieć jakieś odniesienie. Trzeba pamiętać, że z
obu wiosek szlak na Latpari jest mozolny, ciągnący się bez końca i posiada liczne
trawersy oraz stromizny. Jadąc przez obie miejscowości, pomyślałem o powyższych
propozycjach i jakie ukryte trudności czekają na nieświadomych turystów.
Za Mami,
minęliśmy kolejno: Tekali, Chvelieri (miejscowość ze stacją benzynową), Sakdari
na zboczu górskim, Babili, aż w końcu dotarliśmy do górskiego miasta o nazwie
Lentekhi. Jego mieszkańcy mieli dostęp do szkoły, straży pożarnej, policji,
hoteli, boiska piłkarskiego, marketów i wielu innych obiektów użyteczności
publicznej. Strefę zabudowy otaczały liczne szczyty, ale czegoś nam w nich brakowało.
Przede wszystkim ukwieconych polan, rozległych widoków, zamszowej trawy czy
kilkusetletnich domów. Miejscowość wyglądała zbyt współcześnie. Lentekhi posiada
tylko jeden szlak – na Chkeeru 3587 m n.p.m., skąd dalej można przejść wzdłuż
lodowca i dalej zielonym grzbietem do wioski Latali, kierując się w okolice
Mestii. Oczywiście trasa wymaga przynajmniej trzech dni mocnej wędrówki. Z
kolei Latali znajdująca się niedaleko Mestii oferuje bardzo bogatą sieć szlaków
turystycznych. Właśnie w takich miejscach powinny widnieć napisy „guest house”.
Lentekhi jest położone na wysokości 750 m n.p.m., co oznacza, że chociażby
pierwszy etap drogi do Mestii, przechodzący przez górę Chkeeru, wymaga
pokonania różnicy poziomów rzędu 2830 m, co trzeba podzielić na minimum dwa
dni, ponieważ tak długa trasa najzwyczajniej zajedzie człowieka. Nawet gdyby
ktoś próbował pokonać cały ten odcinek za jednym razem, to gwarantuję, że na
drugi dzień w jego kolanach pojawią się „igły”, czyli uczucie bolesnego kłucia
podczas zwykłego spaceru. Wspomniany defekt schodzi przez około dwa tygodnie, stąd
nie polecam podobnych „morderczych” rajdów w ciągu jednej doby.
W
nieznanych nam lasach Miriam zatrzymał się pośrodku gór. Przy drodze postawiono
wielką ścianę. Przez wiele lat zdążyła zarosnąć mchem. Spływały z niej wody o właściwościach
leczniczych. Ilekroć gospodarz tędy przejeżdżał, przemywał nią twarz. My
również poszliśmy w jego ślady. Dzisiaj większość kierowców korzystała z tego
orzeźwiającego punktu, bo termometr wskazywał aż +35’C. W Ushguli o poranku
mieliśmy zazwyczaj kilka stopni w przedziale 3-8’C, a teraz czuliśmy prawdziwe
lato. Klimat zupełnie się zmienił. Trochę przypominał mi ten śródziemnomorski,
podobny do greckiego, bo oprócz charakterystycznej wilgoci w powietrzu i wyraźnego
upału, wszędzie na drzewach słyszeliśmy cykady. Chwilę później udaliśmy się w
stronę Tsageri, gdzie wjechaliśmy na krajową drogę 18 poprowadzoną przez wiele wzniesień
do Kutaisi. Tjechnolog podjechał w tylko sobie znane miejsce z dziwną stacją
benzynową na uboczu, omijając podobne obiekty od dużych koncernów naftowych.
Zauważyłem, że do pełna zatankował za 45 GEL. Odtąd wiedziałem, że cena 350 GEL
za kurs i tak się opłacała, pomimo że inni taksówkarze życzyli sobie minimum
700 GEL. Gospodarz zawiózł nas pod wskazany adres, gdzie zabukowaliśmy prywatny
dom. Przeliczając na polskie pieniądze koszt noclegu w centrum miasta wynosił jedyne
110 zł. Do dyspozycji mieliśmy wszystko: w pełni wyposażoną kuchnię, trzy
pokoje, mnóstwo szaf, pralkę, suszarkę i wiele innych rzeczy. Oferowano nam
luksusowe warunki za małą cenę. Pożegnaliśmy się z Miriamem, ściskając go.
Trudno było się rozstać wiedząc, że w Ushguli przeżyliśmy kawał pięknego czasu
związanego z górami. Zapraszał nas za rok. Po tak pięknej wyprawie byliśmy zżyci.
MIASTO
KUTAISI
W
Kutaisi wynajęliśmy dom o nazwie Jacquard Apartment. Znajdował się ponad 100 m za
głównym, częściowo szklanym mostem wiodącym do centrum. W mieście czuliśmy
prawdziwy klimat śródziemnomorskich wakacji. Jedynie architektura dookoła czasem
przypominała późny komunizm i… rzecz jasna – brakowało morza. Jego namiastkę mieliśmy
patrząc z mostu na szeroką rzekę Rioni, spływającą z gór widocznych na
horyzoncie. Pokazywaliśmy na nie mówiąc, że stamtąd przyjechaliśmy.
Właścicielka zapytała jedynie, czy nie będzie problemu, gdy udostępni nam dom
za około dwie godziny, ponieważ na miejscu pracuje gość zajmujący się hydrauliką
w ubikacji. W planach mieliśmy wyjście na miasto, dlatego zostawiliśmy
wszystkie nasze rzeczy w jednym z pokoi, po czym zamknęliśmy je na klucz. Idąc
przez lokalne osiedle dotarliśmy do rzeki Rioni. Przeszliśmy jedną z czterech dostępnych
przepraw o nazwie „Biały Most”. W wielu miejscach wstawiono szklane, kwadratowe
kafelki, na których można stawać. Mamy wówczas bezpośrednie spojrzenie na spływające
wody z gór. Biały Most jest jedną z popularnych atrakcji miasta. Odwiedzający
Kutaisi obowiązkowo muszą go zobaczyć. Jest znany z artystycznych zdobień, pomników,
a także widoków, jakie oferuje. Przede wszystkim kieruje do ścisłego centrum. Zanim
pani gospodarz udostępniła nam dom, postanowiliśmy zwiedzić część Kutaisi oraz
kupić pamiątki, mające nam przypominać o gruzińskiej przygodzie. Wiedzieliśmy
jednak, że najlepsze z nich to nasze wspomnienia, zdjęcia oraz… kryształy
górskie wypełniające niewykorzystane przestrzenie w naszych plecakach. Zabraliśmy
je ze sobą w drodze powrotnej z grani Shkhary. Podobnych naturalnie
występujących w terenie okazów nigdy nie widziałem.
GRUZIŃSKI
OBIAD NA FULL
Po
wyznaczonym czasie przyszliśmy do wynajętego obiektu. Teraz mogliśmy wejść.
Postanowiłem, że wypiorę większość moich rzeczy po blisko dwóch tygodniach wędrówek.
Właścicielka wspomniała, że do około 17.00 może nie być wody, bo ekipa z
wodociągów remontowała rurociąg dla całej ulicy, gdzie mieścił się dom. Nie
tylko my zostaliśmy bez niej. Wszyscy mieszkańcy mieli dokładnie ten sam
problem. W zbiorniku na dachu był zgromadzony jakiś jej zapas, dlatego na nasze
bieżące potrzeby w zupełności wystarczyło. Mając wiele czasu, bo praktycznie
całe popołudnie, koniecznie chcieliśmy spróbować gruzińskiego jedzenia, jakie
serwują w miejscowych restauracjach i innych lokalach gastronomicznych. Najpierw
poszliśmy na zimne lody, ponieważ panował upał +35’C. Damian często wspominał o
chinkali. Wszyscy chcieliśmy je zamówić i poznać smak tych pierogów, bo w
Ushguli ich nie serwowano. Za Białym Mostem poszliśmy przedłużeniem drogi do
ronda, po czym pod ukosem skręciliśmy w prawo. Wypatrzyliśmy jakąś restaurację
na otwartej przestrzeni, gdzie przynajmniej połowę miejsc zajmowali turyści.
Kiedy zobaczyliśmy w ofercie chinkali, od razu je zamówiliśmy. Oferowano je na
sztuki, gdzie jeden pieróg (bo tak chyba można je nazwać) kosztował 1,40 GEL.
Cena była dla nas bardzo dobra, dlatego pomyśleliśmy, że każdy zje po 10 szt.
Wybraliśmy po 5 szt. mięsnych i 5 szt. serowych. Zastanawialiśmy się, czy będą
nam smakować i jak je przyrządzi kucharz. Zamówiliśmy również coś innego, ale
chinkali stało się naszym „gwoździem programu”. Kiedy kelner przyniósł je na
stół, zdziwiliśmy się, bo były… bardzo duże. Każdy z nas spojrzał na siebie
nawzajem z niepisanym pytaniem na twarzy: „jak mam tyle zjeść?”. Od samego
początku pozytywnie zaskoczyło nas to miejsce. Wystarczyło spróbować
gruzińskich pierogów, a poczuliśmy ich prawdziwy smak. Były wyśmienite!
Zachwycaliśmy się nimi, bo dobrze je przyrządzono. Jedliśmy także sałatki
warzywne, zestaw serów górskich oraz inne pyszności.
Na
miejscu siedzieliśmy długo, ponieważ po 19.00 zorganizowano muzykę na żywo. Nie
wiadomo skąd, nagle przyszła jakaś bardzo dobrze znana sąsiadom miejscowa
dziewczyna. Zaczęła śpiewać do mikrofonu. Miała naprawdę profesjonalnie
brzmiący głos, dlatego słuchaliśmy jej wszystkich utworów. Kiedy pociemniało
niebo wróciliśmy do wynajętego domu. W pokoju dopakowywaliśmy ostatnie rzeczy i
pamiątki, które kupiliśmy na mieście. Nadal brakowało wody, dlatego kąpiel
musieliśmy przełożyć na rano. Zdziwiliśmy się, bo nazajutrz, przed wyjściem na
postój taksówek nadal jej nie mieliśmy… sąsiedzi wyszli na ulicę, aby ze sobą porozmawiać,
co się stało. Wszyscy omawiali ten sam problem. Po 6.00 poszedłem z Damianem do
lokalnego supermarketu, aby kupić trzy baniaki 6-litrowej wody. Dzięki takiej
ilości mogliśmy się wykąpać jak w latach 90’. W szafkach znaleźliśmy miski. Kto
przeżył tamten okres, bez problemu dawał radę. Nawet trochę jej zostało.
Najważniejsze, że się udało. Mieliśmy jeszcze czas na śniadanie. Kiedy po 7.00
rano wyszedłem na miasto, po raz drugi zdziwiłem się, bo nigdzie nie mogłem
znaleźć żadnego pieczywa. Nawet ze wczoraj… W Kutaisi mieli chyba inne zwyczaje
niż w Polsce. Wszystkie piekarnie pozamykano, a w sklepach brakowało chleba i świeżych
bułek. Chodziłem dobre pół godziny, co jakiś czas zmieniając uliczki. Mimo
wszystko nie udało mi się. Musieliśmy się zadowolić gotowymi rogalami z marketu.
W centrum szybko znaleźliśmy taksówkę, którą pojechaliśmy na lotnisko.
Gruzińska przygoda właśnie dobiegała końca…
CO
ZOBACZYLIŚMY I PRZEŻYLIŚMY PODCZAS TEGO POBYTU W GRUZJI?
Na
lotnisku wspominaliśmy wszystkie przygody, jakie przeżyliśmy podczas tego
wyjazdu. Poznaliśmy kilka nowych tras, a także zobaczyliśmy najpiękniejsze
ziemie Gruzji w pełni rozkwitu. Mogliśmy powiedzieć, że przyjechaliśmy do
górskiego raju. A co najbardziej utkwiło nam w pamięci?
LODOWIEC
SHKHARA
Z
pewnością droga na lodowiec, gdzie podczas pięknego w pełni słonecznego dnia
mogliśmy pójść w jego stronę, ciesząc oczy niesamowitymi polanami wypełnionymi
kolorowymi kwiatami. Do dziś mam w pamięci mozaikę barw ciągnącą się
kilometrami. Tak rozległego naturalnego ogrodu nigdzie nie widziałem. Dla mnie
dolina rzeki Enguri uchodziła za miejsce o światowej klasie czyli coś, co
trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu, ponieważ trochę gór już odwiedziłem, ale czegoś
podobnego nigdy nie miałem okazji podziwiać. Samo przebywanie pod lodowcem
Shkhara jest pięknym przeżyciem. Chociaż widziałem o wiele ładniejsze formacje,
to liczył się niepowtarzalny klimat i atmosfera. Jego wielką ścianę tworzył
brudny lód, ale za nim ciągnęła się biała, majestatyczna Ściana Bezingi, a
dookoła zieleń traw i niskich drzew. Spod grubego lodu wypływała rzeka Enguri,
biorąca z niego swój początek. Główną atrakcją było gotowanie obiadu na
kuchence gazowej w tak pięknym otoczeniu. Czuliśmy prawdziwie górski klimat
oraz że naprawdę odpoczywamy. W drodze powrotnej trafiliśmy na „Cicinkowe
Wzgórze”, czyli niewielkie wzniesienie, na którym rdest wężownik kwitł tak
gęsto, że utworzył małą różową „górkę”. Wchodząc na jej szczyt, mieliśmy
przepiękny widok na rozległą, bo 1,5-kilometrową polanę usłaną wieloma
gatunkami roślin, wciśniętą pomiędzy dwa równolegle pasma górskie. Dolina w tym
miejscu miała kilkaset metrów szerokości, a całą przestrzeń szczelnie wypełniały
kolorowe kwiaty. Podziwialiśmy niezwykłą panoramę!
BEZIMIENNA
GÓRA 3242 m n.p.m.
Przygoda
z dnia kolejnego zapisała się nam bardzo głęboko w pamięci. Wybraliśmy
niesamowitą, górę o wysokości 3242 m n.p.m. Co było w niej takiego
niepowtarzalnego? Z pewnością droga na jej szczyt. Już sam początek trasy
zachwycał, ponieważ szliśmy zielonym, ukośnym zboczem, skąd mieliśmy wgląd na
liczne wodospady spływające z pionowych, skalnych ścian. Z wąskiej ścieżki
podziwialiśmy panoramę Ściany Bezingi. Kiedy dróżka skończyła się, bo odbiegała
w stronę przełęczy Latpari 2990 m n.p.m., nasza przygoda dopiero się zaczęła. Musieliśmy
znaleźć własną trasę tak, aby dotrzeć na główny wierzchołek. Nie miałem
wątpliwości jak iść, dlatego szukanie właściwego szlaku nie pochłaniało naszej
uwagi. Mogliśmy za to w pełni zachwycać się jednym z największych „dywanów”
utworzonych przez pełniki altaicus. Zajęły dosłownie całą trawiastą powierzchnię
od jej stóp, aż po poziomicę 3000 m n.p.m. Przez cały ten czas podchodziliśmy
przez żółte ogrody. Jakiś zachwyt? To mało powiedziane! Wspomniane miejsce
zapamiętałem jako drugi największy ogród, jaki kiedykolwiek widziałem. Był
naprawdę potężny, bo zajmował całe południowe, 700-metrowe zbocze. A panorama z
wierzchołka? Ta również zapisała się jako coś wyjątkowego. Dlaczego? Bo podziwialiśmy
ciąg ośnieżonych, białych, a często lodowcowych gór, wchodzących w skład
głównej grani Kaukazu. Z żadnego punktu nie patrzyłem na tak rozległy widok
obejmujący około 200 km zimowych szczytów tworzących linię oraz… 42 lodowce, które
mogliśmy dostrzec z jednego miejsca! Co ciekawe, policzyłem tylko te wyróżniające
się w najbliższej okolicy. Po jednej stronie widniał 100-kilometrowy łańcuch gór
i po drugiej – podobnie. Jego kulminacją jest Ściana Bezingi, niezmiennie
zachwycająca swoim pięknem z każdego wierzchołka. Nie tylko Shkhara przyciągała
wzrok, ponieważ w oddali widzieliśmy majestatyczną Ushbę 4710 m n.p.m. z jej
charakterystycznymi rogami. Nieco dalej, po prawej widniały dwa zupełnie białe
szczyty, gdzie nie wystawała żadna skała. Oczywiście mowa o Elbrusie 5642 m
n.p.m., będącym jednocześnie najwyższym wygasłym wulkanem Kaukazu. Podczas opisywanej
trasy wędrowało z nami aż pięć psów. Każdy z nich posiadał inny charakter i…
rozmiar. Wielki biały „Niedźwiedź”, którego nazywaliśmy „Nie Świeć”, wiernie
szedł za nami, a na wysokości 3000 m n.p.m. nawet przytulił się do mnie głową,
kładąc obie przednie łapy na moich nogach. Jego łapa miała dokładnie taką samą
wielkość jak moja dłoń, dlatego zrobiłem zdjęcie porównawcze. Inny ze
wspomnianej gromady czworonogów miał przeciętą tylną nogę na dwie części. Rana
jeszcze krwawiła, dlatego lizał ją na postojach. Pomimo trudności nie odstawał
od reszty. Towarzyszył nam aż do samego końca. Widząc jak silną mają wolę
życia, a także jak blisko się trzymały, odganiając inne zwierzęta spotkane na
drodze, polubiliśmy je od samego początku. Gruzińskie psy musiały zapisać się
na dobre w naszej pamięci.
PUNKT
WIDOKOWY 2980 m n.p.m.
Inną
trasę, o jakiej często rozmawialiśmy, był punkt widokowy 2980 m n.p.m. W
przewodnikach opisano go jako nieoficjalny szlak. Trasę wyznacza wyraźnie
wydeptana ścieżka. Szybko można osiągnąć wysokość docelową, co gwarantuje niesamowite
wrażenia. Stojąc na wierzchołku rozpoczynającym rozległą grań mieliśmy
wrażenie, że Shkhara znajduje się bliżej nas, pomimo faktu, że szczyt 3242 m
n.p.m. i Ścianę Bezingi dzieli krótszy dystans. Najwidoczniej układ gór i
doliny rzeki Enguri powodował złudzenie optyczne. Zjawisko należy do niezwykłych.
Wędrówka całym dostępnym grzbietem pozwoliła zobaczyć nam kawał pięknego
Kaukazu. Po prawej stronie spoglądaliśmy na „Dolinę Mafii” pod Dadiashi 3536 m
n.p.m. przypominającą swoim charakterem kanadyjskie krajobrazy górskie.
Możliwość ugotowania ciepłego obiadu na końcu trasy było zwieńczeniem długiego
marszu.
NOWY
SZLAK PRZEZ MORZE KWIATÓW
Kolejny
dzień musiał utkwić w umysłach jako inny i niepowtarzalny, ponieważ
postanowiliśmy wytyczyć zupełnie nowy szlak w terenie, gdzie nikt nie chodził. Pomyśleliśmy,
że do przełęczy Zagaro dojdziemy nieoficjalną drogą, wybierając opadające
zbocza, ciągnące się przez najbliższe 8 km. Dlaczego tak? Bo z odcinka na punkt
widokowy 2980 m n.p.m. dostrzegliśmy bezkres kwiatów. Nie wiedzieliśmy, dokąd one
nas zaprowadzą, ale wiedziałem, że trasa na pewno będzie długa i wyjątkowa. Z
tego względu zaplanowaliśmy cały dzień na to przedsięwzięcie. Pomysł wypalił od
samego początku. Od opisywanego w trzecim rozdziale głazu o nazwie „Gebeli” zboczyliśmy
z oficjalnego szlaku. Tam poszliśmy przed siebie – w nieznane. Na pierwszym
odcinku przywitały nas rozległe „dywany” janowca lidyjskiego, szczelnie pokrywające
nachylone zbocza. Pomiędzy nimi nie rosła nawet trawa. Zajmowały każdy
centymetr kwadratowy powierzchni. Za ich skupiskiem mieliśmy okazję podziwiać
kilkudziesięciometrowy, strzelisty, niezapominajkowy grzbiet. Tuż za nim wstąpiliśmy
na wielki teren zajęty przez kwiaty rdestu wężownika, nazywanego przez nas
wdzięcznie „cicinkami”. Ich potoczna nazwa idealnie oddawała charakter tych roślin,
ponieważ tworzyły je bardzo drobne, różowe płatki zbite w podłużne główki
osadzone na pojedynczych łodygach. Wyglądały dosłownie jak „cicik”, czyli
puszek. Idąc nieznanym, odkrywaliśmy kolejne nowe morza kwiatów. Na największe
z nich trafiliśmy, kiedy obchodziliśmy jeden z opadających stoków góry z
punktem widokowym 2980 m n.p.m. Występowały tam prawie wszystkie gatunki roślin,
które dotychczas widzieliśmy, tworzące bardzo gęstą i zwartą strukturę. Drobne
astry i margaretki z daleka widniały jako niezwykły dywan, pomimo że opanowały
pofałdowany teren z zagłębieniem w dole.
GRZEBIEŃ
PODAROK 3352 m n.p.m.
Co
jeszcze zapisało się w naszej pamięci? Z pewnością wejście na grań Podarok,
gdzie wytyczaliśmy nową trasę. Znałem inną drogę wejścia, ale postanowiłem, że
znajdziemy coś lepszego, dzięki czemu odkryjemy nieznane nam góry. Nowy szlak,
bo tak mogliśmy go nazywać, od samego początku należał do wyjątkowych, bo
wystarczyło, że odbiliśmy od głównej drogi prowadzącej na lodowiec, a wstąpiliśmy
do cudownego, naturalnego ogrodu pełnego kwiatów. Właśnie tutaj mogliśmy
zobaczyć niejako pogrupowane rośliny według swojego gatunku, gdzie powyżej
mieszały się ze sobą, tworząc barwną mozaikę. Głazy ozdobione skalniakami o
nazwie macierzanka wczesna przyciągały uwagę. Rozległa polana znajdowała się na
połączeniu dwóch lokalnych pasm górskich. Wypływał stamtąd potok. W zaroślach dostrzegliśmy
nawet niewielkie kaskady. Nie bez powodu poświęciliśmy dzień z niestabilną,
niepewną pogodą na wielogodzinny odpoczynek w tym miejscu. Najzwyczajniej
chcieliśmy napatrzyć się na łąki z kolorową roślinnością. Dalsza wędrówka
pozwoliła nam zobaczyć największe kolonie kwiatów złożone z przedstawicieli
jednego gatunku – żółtych pełników altaicus. Dlaczego nazwałem je największym,
pomimo że te same kwiaty zajęły całą górę 3242 m n.p.m.? Dlatego, że pokryły obszar
porównywalny do wielokilometrowej doliny… Pełniki dosłownie tworzyły pofalowany
„dywan”, jakby całe zagłębienie ktoś nakrył płachtą przypominającą ogromne fany
ultrasów [fanatycznych kibiców] rozwieszanych na trybunach stadionów. Wypełniały
nie tylko lokalne zagłębienie z potokiem, ale także opanowały wszystkie
okoliczne zbocza, aż do wysokości 2900 m n.p.m. W wielu miejscach wszechobecna
żółć kwiatów przypominała swoim kształtem obraz podobny do fal na morzu. Grań
Podarok pozytywnie zaskakiwała, ponieważ nie tylko podziwialiśmy małe skalniaki
w postaci kulek o podobnej barwie, noszących nazwę głodek kaukaski, ale również
znalazłem tam ładny kryształ górski. Pomimo sporej wysokości 3352 m n.p.m., na
szczycie brakowało śniegu. Jej grzbiet przypominał wielki pas startowy dla awionetek.
GVIBARI
2943 m n.p.m.
Jest
jeszcze jedno miejsce, które chyba wszystkim jednakowo zapisało się w umyśle.
Oczywiście mowa o Gvibari 2943 m n.p.m. Góra różniła się od wszystkich
pozostałych, bo w dolnej części była zalesiona oraz posiadała zupełnie inny
charakter w porównaniu do sąsiednich szczytów. Początek trasy oferował piękny
widok na historyczną część wioski Ushguli, a dalej zanurzyliśmy się w lesie,
gdzie płynął dość szeroki potok. Damian dobrze pamiętał o swoim upadku do jego
lodowatych wód, dlatego szukaliśmy lepszej możliwości, aby go przekroczyć. Las
niejako budował napięcie, gdzie zadawaliśmy pytanie: ‘co zobaczymy dalej?’.
Kiedy wyszliśmy ponad jego górną granicę, w tle na horyzoncie dostrzegliśmy
Ushbę oraz przyległe do niej białe piki. W miarę osiągania większych wysokości
widzieliśmy coraz więcej śnieżnych gór. W najbliższej okolicy podziwialiśmy
liczne gatunki kwiatów, ale dwa z nich należały do wyjątkowych, ponieważ
występują tylko i wyłącznie na Kaukazie oraz w bardzo małych ilościach. W
Polsce byłyby traktowane jako gatunki krytycznie zagrożone wyginięciem.
Należały do nich: lilie zrosłopręcikowe (monadelphum) oraz orliki aquilegia
olympica z charakterystycznym, „wrośniętym” białym dzwonkiem. Źródło na szlaku także
zapamiętaliśmy jako bardzo ciekawe miejsce. Z racji obfitości wód, w jego
otoczeniu rosły rzędy pięknych kwiatów, tworzące naturalne „dywany” o żywych
kolorach. Dodatkowo skorzystaliśmy z trawiastego idealnego miejsca na
odpoczynek. Gvibari najbardziej jednak wyróżniały rododendrony. Nigdzie indziej
nie występowały tak obficie jak na jego zboczach. O ile na pozostałych pasmach zaobserwowaliśmy
ich nawet większe ilości, to tylko na stokach Gvibari wszystkie zakwitły
jedocześnie, tworząc wyjątkową, beżową powierzchnię. Krzaki zbiły się w tak
zwartą strukturę, że nie ma możliwości przejścia na skróty. A kto z nas nie
wspominał „obślizłych” Berlinek, braku papieru toaletowego w drodze na jego
wierzchołek czy faceta uciekającego w popłochu na nasz widok, ponieważ właśnie
załatwiał swoją większą potrzebę w zaroślach? Gvibari zapisało się w naszych
umysłach jako szczyt oferujący niezwykłe spojrzenie na Ścianę Bezingi, Ushbę i
Elbrus, ale także miejsce, gdzie Damian znalazł muszle, które powinny być nad
morzem, a nie tutaj – wysoko na graniach.
GRAŃ
SHKHARY DO POZIOMU 3264 m n.p.m.
Do wspólnych
wspomnień obowiązkowo dopisaliśmy wytyczanie nowej drogi na grań Shkhary. Jej
ramię planowaliśmy osiągnąć w dniu ostatnim naszego wyjazdu. Wybrana trasa
należała do najdłuższych i najbardziej wymagających ze względu na mocne i
długie stromizny. Za znaną nam drogą do lodowca odbiliśmy w lewo, idąc w linii
prostej zielonym zboczem, aby dorównać do głównego grzbietu w kierunku opadającego
ramienia Shkhary. Nowo wytyczany szlak zapewniał wspaniałe panoramy, o których
nie sposób nie opowiedzieć. Samotne drzewo rosnące w połowie wysokiej góry na
skraju urwiska należało do niezwykłych. Kiedy dotarliśmy do górnej granicy traw
skorzystałem z okazji, schodząc do przepięknego ogrodu kwitnących pełników
altaicus położonego kilkadziesiąt metrów poniżej. Chociaż nie imponował swoimi
rozmiarami, bo zajmował powierzchnię „zaledwie” kilkuset metrów kwadratowych,
to najbliższe otoczenie zachwycało swoją urodą. Nie tylko mogłem zobaczyć
bardzo gęste nagromadzenia wspomnianych kwiatów, ale również wielki płat śniegu
z mikro kanionem i potokiem płynącym pomiędzy jego ściankami. Podziwiałem
niezwykłą walkę wiosny i zimy, gdzie obok kilkudziesięciocentymetrowej krawędzi
śniegu do życia budziły się kolejne pełniki w postaci kiełków, dosłownie jej
dotykając. A przeżycia? Zapamiętaliśmy je jako wartościowe, bo mieliśmy
pierwszoplanowy widok na potężne lodowce, doświadczyliśmy dwóch burz, które obserwowaliśmy
z boku oraz przechodziliśmy przez łagodnie opadające zbocze, gdzie zbieraliśmy
kryształy górskie.
ZAGARO
PASS 2623 m n.p.m.
Zagaro
Pass także było dla nas wyjątkowym miejscem, ponieważ tę przełęcz widzieliśmy w
różnych odsłonach. Najpiękniejszą wersję zapamiętaliśmy w drodze powrotnej do
Kutaisi, gdzie trafiliśmy na idealną pogodę. Wówczas zobaczyliśmy w pełni białe
ściany Ailamy 4547 m n.p.m. i Tsurungali 4250 m n.p.m. Możliwość przebywania na
zielonej, ukwieconej polanie, skąd patrzyliśmy na najwyższe ośnieżone szczyty
Kaukazu należała do niezwykłych chwil.
DNI Z
GORSZĄ POGODĄ
Nie można
również zapomnieć o dniach, gdzie nieco zabrakło dobrej pogody. Nie
zmarnowaliśmy ich, bo wykorzystaliśmy je na podziwianie piękna przyrody
Kaukazu. Przygotowanie obiadu w otoczeniu kolorowego i wyjątkowego ogrodu,
położonego na pofałdowanym terenie na styku dwóch gór prowadzących w kierunku
grani Podarok było czymś niezwykłym. Przez kilka godzin fotografowaliśmy i
przyglądaliśmy się wielu gatunkom kwiatów, a także pięknym kaskadom na potoku
biorącym swój początek w okolicach połączenia obu zielonych grzbietów. Podobnie
mieliśmy podczas przejścia na Zagaro Pass, gdzie złapał nas deszcz, ale później
chmury stopniowo zanikały. Odkrycie maków w formie kuli „postawionej” na
niezapominajkowym „dywanie”, uli w barwnych kwiatach czy morza „cicinek” dało
nam wiele radości.
Zastanawiałem
się także, ile różnych gatunków kwiatów zobaczyliśmy.Naliczyłem 40 różnych
odmian! Należały do nich (poniżej podaję ich nazwy oraz kolory):
Komonica
zwyczajna – żółty
Rdest
wężownik – różowy
Pełnik
altaicus – żółty
Niezapominajka
– niebieska
Dzwonek
wąskolistny – fioletowy
Janowiec
lidyjski – żółty
Macierzanka
wczesna, skalniak – różowa
Goryczka
trojeściowa – niebiesko-granatowa
Lilia monadelphum
(zrosłopręcikowa) – żółta
Zawilec
narcyzowy – biały
Pierwiosnek
maleńki – różowy
Różanecznik
kaukaski (rododendron kaukaski) – beżowy
Szachownica
cesarska – brązowo-fioletowa
Czyściec
wielokwiatowy – różowy
Bodziszek
błotny – różowy
Kukułka
szerokolistna – fioletowa
Dziewanna
pospolita – żółta
Coleostephus
myconis – żółty
Mak
polny – pomarańczowy
Róża
pomarszczona – intensywnie różowa
Koniczyna
pannońska – beżowa
Jaskier
ostry – żółty
Czyściec
kwiatowy – różowy
Pedicularis
foliosa (gnidosz pedicularis) – żółty
Aster
alpejski – ciemnoróżowo-żółty
Goryczka
wczesna – niebieska
Głodek
kaukaski, skalniak – żółty
Skalnica
rozesłana, skalniak – biała
Orlik
Aquilegia olympica – niebiesko-biały
Wilczomlecz
eqhorbia oblongifolia – różowo-czerwony
Czosnek
siatkowy – biały
Pierwiosnek
ząbkowany – różowy
Warzucha
– biała
Wyka
kosmata – granatowo-fioletowa
Przetacznik
goryczkowaty – jasny biało-niebieski
Pszeniec
różowy – ciemnoróżowy
Ciemiężyca
zielona – zielony
Podagrycznik
pospolity – biały
Gorczyca
polna - żółta
Sałatnica
(nie rozpoznałem dokładnie gatunku, najbliżej wyglądem jej do sałatnicy leśnej)
- ciemnożółty
Ale czy
Gruzja to jedynie niepowtarzalne panoramy i rozległe morza kwiatów? Wielokrotnie
wspominaliśmy jak wierne są miejscowe psy, jak nam towarzyszyły i jak broniły
nas przed zagrożeniami, które tylko one widziały. A jedzenie? Gruzińska kuchnia
oferowała niedużą ilość potraw, ale te dostępne postanowiliśmy spróbować.
Bardzo smakowały nam: chaczapuri, chinkali z Kutaisi, sałatki
pomidorowo-ogórkowe, warzywne zupy z lokalnymi przyprawami, Badrijani z
bakłażana czy placek ziemniaczany wypełniony górskim serem. Wspominaliśmy
również dwukrotnie zamówione gruzińskie śniadania, gdzie jedliśmy chaczapuri,
owocowe jogurty własnej produkcji czy ciasto upieczone przez gospodynię. A kto
z nas mógł zapomnieć o lemoniadzie, którą piliśmy przy każdej okazji? Miała
swój niepowtarzalny smak, dlatego obowiązkowo musieliśmy ją „przemycić” do
Polski. Wszyscy wiemy, że to samo danie, napój czy muzyka przywiezione do domu nigdy
nie będą takie same jak na miejscu, ale dzięki temu mogliśmy jeszcze raz poczuć
klimat Ushguli oraz gór Kaukazu. Doświadczyliśmy gościnności miejscowych ludzi,
częściowo poznaliśmy jacy są, a także mieszkaliśmy we wiosce, gdzie nie
uświadczyliśmy tłumów. Damian dodatkowo przeżył coś innego i wyjątkowego,
ponieważ gospodarz kawiarni Svaneti Cafe, nazywany przez nas Tjechnologiem,
udostępnił jemu własny samochód terenowy w celu realizacji marzenia o
przejeździe gruzińskimi drogami w górach w roli kierowcy. W Polsce jest nie do
pomyślenia, aby właściciel kwatery pożyczył obcej osobie swoje auto, pozwalając
na jazdę górską doliną. Gruzini mieli zupełnie inną mentalność. Nie sposób także
zapomnieć o stadach koni i krów, których nikt nie wiązał ani nie zamykał w
zagrodach. Żyły swobodnie na wolności. Przychodziły do ludzi same, kiedy tylko chciały.
Krowy nawet miały w zwyczaju schodzenie z gór przed zachodzącym słońcem pod
konkretne domy ich właścicieli, gdzie mucząc dawały znać, aby gospodynie
przyszły je wydoić. Żadna z nich nie uciekała. Wszyscy odnosili korzyść z
zachowania tych zwierząt. Lokalni mieszkańcy nie musieli za nimi chodzić,
wyprowadzać ich w pole ani ich doglądać. Żyły własnym życiem, a po południu
same wiedziały, dokąd mają wrócić. Dzięki temu miejscowi mieli mnóstwo mleka na
śmietanę i pyszne sery górskie. Zajadaliśmy się nimi w przygotowywanych przez
nich potrawach.
Gruzja oferowała naprawdę wiele, ale trzeba wiedzieć po co się przyjeżdża do tego państwa. Zawsze pamiętałem o opinii pewnej osoby z pracy, która udała się do Kazbegi (Stepantsminda), gdzie nic jej się nie podobało. Kiedy pokazywałem zdjęcia z moich gruzińskich wypraw, jedynie powiedziała: ‘to ja chyba byłam w innej Gruzji niż Ty’. Przed wyjazdem w okolice Kaukazu musisz wiedzieć co Cię interesuje, czego oczekujesz i czy w ogóle ten kierunek będzie dla Ciebie. Nie możesz spędzać urlopu w ciemno i na dodatek w miesiącu, gdzie załamania pogody są codziennością. W taki sposób nawet najpiękniejsze miejsca na świecie mogą Cię rozczarować. My konkretnie wiedzieliśmy czego oczekujemy od tego kraju. Nam w szczególności zależało na wyjątkowo pięknych górach, naturalnych kaukaskich ogrodach kwiatowych, ciszy, spokoju, braku tłumów, kontakcie z naturą i długich wędrówkach górskich, gdzie mogliśmy się odciąć od świata zewnętrznego. Tyle tylko, że miałem czas, aby zaplanować całą wyprawę, przygotować się, dobrać odpowiedni termin wyjazdu, a także trasy, o których będziemy pamiętać przez całe życie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz