poniedziałek, 31 października 2016

Śląski Dom, szlak na Batyżowieckie Pleso, szlak na Osterwę - czyli wędrówka Tatrzańską Magistralą

 Szlak na Batyżowieckie Pleso  Tatrzańska Magistrala szlak

Pierwszy dzień wędrówki (Młynicka Dolina, Bystra Ławka, wejście na Furkot, Furkotna Dolina, Solisko) udał nam się bardzo i byliśmy z niego zadowoleni. Trochę z większym trudem szukaliśmy noclegu w Nowej Leśnej, bo nikt nie chciał nas przyjąć na jedną noc. Daniel miał namiary na pokoje u Romów. Właśnie tam zdecydowaliśmy się spędzić noc. Początkowo szukaliśmy noclegu pukając od drzwi do drzwi, ale jako, że wszędzie było już pozajmowane (bo ten weekend był ostatnim w lecie i na dodatek bezchmurnym, więc każdy, kto mógł, korzystał z idealnej pogody), pojechaliśmy do Romów pod wskazany adres. Przed chwilą przyjechała inna czwórka Polaków, która szukała noclegów, a pani myślała, że to my dzwoniliśmy i w ten sposób ktoś przypadkowo zajął nam miejsce. Romowie, mają bardzo gęstą „sieć” powiązań rodzinnych, więc zaraz zeszły się babcie, kuzynki i inni. Po dłuższych rozmowach znaleźli dla nas dla nas duży pokój na cztery osoby zaledwie kilka domów dalej. Chcieliśmy dwa pokoje na dwie osoby, ale jako, że nigdzie już nie było wolnych miejsc wybraliśmy ten duży pokój. Obejrzeliśmy go i stwierdziliśmy, że będzie bardzo dobre spanie i nic więcej nam już nie potrzeba. Tak, jak myśleliśmy, Romowie są bardzo gościnni. Zapłaciliśmy po 10 EUR za pokój, co jest niską ceną, bo w znanych miejscowościach turystycznych, takich jak np. Stary Smokowiec, zapłacimy dwa razy więcej. Głównie z tego powodu wybraliśmy Nową Leśną, bo jest na uboczu i dla osób przyjeżdżających samochodem nie ma żadnego problemu, by dostać się w Tatry w kilkanaście minut. Ja, Daniel i Monia nawet umówiliśmy się na wyjście na wschód słońca, ponieważ dom, w którym teraz zamieszkaliśmy na noc znajdował się na obrzeżach Nowej Leśnej. Wystarczyło tylko pójść dwie minuty ulicą pod górę, żeby wyjść na rozległe pola i mieć fenomenalny widok na Tatry Wysokie Słowackie. Widok po prostu wgniatał w ziemię! Przed główną panoramą Tatr ciągnęły się hektary zielonej trawy.

Następnego dnia wstaliśmy wypoczęci. Szybko przygotowaliśmy się do wyjścia, wzięliśmy aparaty i wyszliśmy na zewnątrz. Rześki poranek szybko nas obudził. Poszliśmy na otwarte pola, gdzie już z ulicy mogliśmy robić dobre ujęcia. Podchodząc nieco wyżej, mieliśmy widok na cały Poprad i bardzo rozległe niziny. Z drugiej strony zaś mieliśmy widok na panoramę Tatr. Teraz oczekiwaliśmy wschodzącego słońca, które miało nadać pięknych barw górom. Do wschodu pozostało jakieś dziesięć minut. Udało nam się zrobić jeszcze kilka ujęć przed słońcem, dzięki czemu mieliśmy porównanie, jak Tatry wyglądają przed, kiedy nie widać jeszcze większości szczegółów i po wschodzie słońca, gdy widać wiele drobnych szczególików, jak np. żleby, pasy kamieni wśród zwartej kosodrzewiny, itp. Fotografując Tatry w porze wschodzącego słońca korzystaliśmy z idealnego spokoju, ponieważ nikt, ani nic nie zakłócało zupełnej ciszy. Trawę pokrywała grubokropelkowa rosa, która bardzo szybko umoczyła nam buty i spodnie. Po około pół godzinie usłyszeliśmy w oddali dzwoneczki. Dopiero za kolejne dziesięć minut zauważyliśmy, że nasze wielkie pole przed Tatrami przecina duże stado owiec. Od wczesnoporannego słońca nawet owce przyjmowały jasnopomarańczowej barwy. Ten widok na tle monumentalnych Tatr był niesamowity! Całości dopełnił samotny pasterz z kijem w ręku, ponieważ nadał ciekawy klimat nie tylko miejscu, ale również samym fotografiom, które wykonaliśmy w tym czasie. Widok tak bardzo nam się podobał, że zostaliśmy na miejscu przez około godzinę. Dopiero, kiedy ciepłe barwy promieni przemijały, wróciliśmy do domu by zjeść normalne śniadanie.

wtorek, 25 października 2016

Pieniny 2016 - 23.10.2016 - morza chmur w Pieninach, Pieniny jesienią

 Pieniny jesienią Trzy Korony - szlaki

Zjawisko mórz chmur w Pieninach – kiedy występują najlepsze warunki?
Morza chmur w Pieninach są tak niezwykłe i niepowtarzalne, że już na jedenaście miesięcy przed wystąpieniem tego zjawiska zaplanowałem urlop. Bardzo trudno jest wyznaczyć konkretny dzień, kiedy mogą powstać morza chmur, dlatego nastawiłem się na tydzień od 17-ego do 23-ego października 2016. Wtedy najbardziej liczyłem na udaną pogodę. Wybrałem te dni, ponieważ zawsze zależy mi na tym, żeby nie tylko wystąpiły morza chmur, ale żeby to zjawisko nałożyło się z najintensywniej ubarwioną jesienią, czyli krótko mówiąc – czekałem, aż jesień będzie miała największą ilość kolorów i na czas, kiedy nastąpi inwersja w pogodzie. Od sześciu lat „polujemy” na ten szczególny czas, ponieważ wtedy jest po prostu najpiękniej, a teraz miał być udany rok siódmy… Tak przynajmniej zakładaliśmy. Całe zjawisko polega na tym, że kiedy zaczynamy wędrówkę w góry, jesteśmy poniżej poziomu chmur i widzimy nad nami tylko szare, mało optymistyczne chmury. W trakcie podchodzenia przebijamy się przez ich warstwę, ponieważ są nisko „zawieszone” nad dolinami i potem wędrujemy przy bezchmurnym niebie, mając równą warstwę chmur pod nami. Kiedy wejdziemy wyżej, zobaczymy, że chmury niejako rozlewają się niczym wody morza i wśród nich wystają tylko szczyty najwyższych gór w okolicy. Przypomina to trochę widok, jakbyśmy stali na małej wysepce i oglądali inne równie małe wyspy rozsiane dookoła nas. Właśnie to wszystko chcieliśmy ujrzeć jednocześnie i dlatego pozostaje tylko jeden tydzień w roku, kiedy jest dość duża szansa. Zwykle wszystkie zjawiska występują jednocześnie w dniach 13-20 października każdego roku. Problem w tym, że trzeba obserwować, jaki jest wrzesień. Jeśli jest ciepły i słoneczny, to spodziewajmy się, że nasze „polowanie” na morza chmur uda się w okolicach 20. października lub nawet kilka dni później, a kiedy wrzesień jest chłodny, pochmurny i deszczowy, jak np. w latach 2013 i 2015, to raczej powinniśmy spodziewać się widowiska około 13. października. Wszystko ma związek z barwieniem liści na różne kolory, co jest zależne, między innymi, od pogody we wrześniu.

Widząc, że wrzesień był piękny i słoneczny byliśmy raczej pewni, że morza chmur i pełnia jesieni nastąpią po 20-tym października. Niestety początek października nagle odmienił się i nastały chłodne dni i deszczowa pogoda. Czekając na lepszą aurę, po prostu nie doczekaliśmy jej i nawet 21. października ciągle padało… Po cichu myśleliśmy, że to będzie pierwszy rok, kiedy nie zobaczymy pięknej jesieni w Pieninach, bo minęły już trzy deszczowe tygodnie i nadal nie widzieliśmy żadnej odmiany na horyzoncie. Wypatrzeliśmy jakieś okno pogodowe dopiero na 23. października. To tylko jeden jedyny słoneczny dzień, ale właśnie wtedy mieliśmy największą szansę powodzenia, bo wtedy zapowiadali bezchmurne niebo i miała nagle spaść temperatura, czyli spodziewaliśmy się inwersji, gdzie temperatury w dolinach są dużo niższe niż te wyżej w górach. Jako, że w tym roku mieliśmy tylko jedną szansę, musieliśmy jechać bez względu na wszystko, żeby zobaczyć, jak będzie w tym roku. Drugiej możliwości po prostu nie było, bo później już miało być po kolorowej jesieni.

Tak wyglądały nasze przygotowania i „polowanie” na morza chmur. Szlak na Trzy Korony.

Zaplanowaliśmy nasz wyjazd na godzinę 00.30 w nocy 23. października po to, żeby na miejscu być około godziny 4.00 i żeby wejść na szczyt Trzech Koron przed wschodem słońca. Właśnie o takiej porze jest najpiękniejsze światło i najciekawsze kolory, dlatego, jak co roku wejście na Trzy Korony musiało być zaplanowane w całości w nocy. Obawialiśmy się tylko jednej rzeczy – skoro cały październik był zimny, deszczowy i całkowicie pochmurny, to jesień nie będzie miała pełnej gamy kolorów. Liście zanim poczerwienieją zdążą od razu zżółknąć i od razu zbrązowieć, a duża część zielono-żółtych liści po prostu opadnie przedwcześnie. Tak dzieje się w przypadku, gdy mamy zbyt chłodny i pochmurny wrzesień lub październik. Wiedzieliśmy, że praktycznie tak będziemy mieli na pewno, dlatego nie nastawialiśmy się na najpiękniejsze widowisko, jakie mogliśmy dotychczas zobaczyć. Do dziś niezmiennie króluje widok z 2010 roku, gdzie wystąpiły idealne warunki, zarówno te pogodowe, jak i te dotyczące jesieni. Pomimo, że co roku udaje nam się wyznaczyć odpowiedni czas i zobaczyć piękne morza chmur, to dotychczas nie trafiliśmy na piękniejsze widowisko niż z 2010 roku – głównie z powodu niedostatecznych warunków przed okresem „polowań” na morza chmur, co ma wielki wpływ na jakość kolorów jesieni, kiedy występuje już to zjawisko.

poniedziałek, 17 października 2016

Młynicka i Furkotna Dolina szlaki, Furkot - 2404 m n.p.m., szlak na Solisko

 Młynicka Dolina szlaki  Szlak na Solisko

MŁYNICKA DOLINA, FURKOTNA DOLINA SZLAKI - NASZA RELACJA I OPIS SZLAKU
Długo w naszych głowach rodził się pomysł wyjazdu w Tatry Słowackie. Daniel od dawna marzył, żeby zobaczyć Dolinę Młynicką i Furkotną. Chociaż słowo „dolina” może znaczyć wędrówka w pobliżu gór, a nie po górach, to w tym przypadku słowo „dolina” znaczyło o wiele więcej, ponieważ mieliśmy chodzić powyżej wysokości 2300 m n.p.m. i planowaliśmy podziwiać prawdziwie tatrzańskie widoki z góry. Cały urok obu dolin polega na tym, że obie są spięte bardzo małą przełęczą zwaną Bystrą Ławką 2300 m n.p.m., która oferuje bardzo ciekawe widoki i dla idących tu pierwszy raz – będą zagwarantowane pewne emocje związane z pokonywaniem szlaku. Umówiliśmy się tek, żeby rozpocząć wędrówkę na około godzinę przed wschodem słońca. Nie liczyliśmy na duży ruch turystów, a tym bardziej na zatory w wąskich miejscach. Naszym głównym celem było podziwianie pięknej tatrzańskiej przyrody, licznych stawów oraz wysokogórskich widoków. Jechały z nami również Ilona i Monia, dlatego nie wybraliśmy wymagającej trasy.

Samochód zaparkowaliśmy w Nowym Szczyrbskim Plesie, na największym, dwupoziomowym, parkingu w okolicy. Miejsca na pewno nikomu nie zabrakło. Jest tu kilka dużych parkingów, a na każdym z nich wiele miejsc do wyboru. Po wyjściu z obiektu chwilowo idziemy ulicą, a później okrążamy z prawej strony Szczyrbskie Pleso. W trakcie przejścia możemy popatrzeć na tutejszą skocznię narciarską. Po kilkunastu minutach dochodzimy do wiaduktu, gdzie rozdwajają się szlaki. Czerwony prowadzi w prawo, na Popradzkie Pleso, a żółty już bezpośrednio Młynicką Doliną. Większość ludzi wybiera czerwony szlak, ponieważ od Popradzkiego Plesa rozpoczyna się osławiony szlak na Rysy od strony słowackiej, który jest mocno oblegany. Tylko nieliczni wybierają żółty, prowadzący Młynicką Doliną. Tego dnia wybraliśmy właśnie tą trasę i wiedzieliśmy, że spokój na szlakach mamy raczej zapewniony. Za wiaduktem rozpoczynamy wędrówkę głównym deptakiem. Można się tutaj poczuć trochę jak w Zakopanem, ale na szczęście nie trafiliśmy na wielki ruch o tej porze dnia i roku. Cały odcinek jest przyjemny, ponieważ idziemy w płaskim terenie oraz będziemy podziwiać piękną trawiastą polankę, nadającą specyficzny klimat temu miejscu. Po lewej stronie zauważymy kilka wyciągów narciarskich, a na końcu deptaka miniemy Hotel FIS. Cała przyjemność rozpoczyna się dosłownie za jego budynkiem, ponieważ wkraczamy w piękny świat tatrzańskich szlaków. Od teraz będziemy szli aż półtorej godziny, podziwiając na początku tatrzańskie lasy, a dalej przyrodę i wspaniałe widoki. Wędrówka przez las trwa jakieś 45 do 50-ciu minut. Od samego początku możemy podziwiać stare świerki „oblepione” krzaczastymi porostami, które tworzą gęsty i zwarty las. Jako, że tutaj rozpoczyna się Dolina Młynicka i teren jest raczej „upchnięty” pomiędzy dwa zbocza górskie, to las, którym idziemy jest wyjątkowy, ponieważ w innych częściach Tatr Słowackich u stóp gór, wszystkie zostały położone przez potężną wichurę z dnia 19 listopada 2004. Wtedy zostało połamane do gołej ziemi aż 12 000 hektarów lasów i do dziś te miejsca wyglądają nieatrakcyjnie. Cieszy jedynie fakt, że na miejscu starych drzew rosną już młode i kiedyś znowu będzie tu pięknie. Mogliśmy powiedzieć, że idziemy wyjątkowym lasem, ponieważ ten ocalał.

poniedziałek, 10 października 2016

Czerwone Wierchy jesienią, grań Tatr Zachodnich

szlak na Kończysty Wierch 

Długo czekałem na dobrą pogodę. W końcu nadeszła! Pełne słońce miało być w piątek i w sobotę, toteż wziąłem wolne w pracy, żeby pojechać w góry. Moja żona, Monia, miała jeszcze zajęty piątek, dlatego postanowiliśmy, że dojedzie do nas autobusem z koleżanką Iloną. Ja i Daniel pojechaliśmy już o 3.00 w piątek w nocy, w stronę Doliny Chochołowskiej. Dlaczego tam? Dlatego, że w planach mieliśmy podziwianie pięknych rdzawo-brązowych traw w Tatrach Zachodnich. Zaplanowaliśmy, że naszą trasę zaczniemy od Trzydniowiańskiego Wierchu, ponieważ już od tego szczytu, na całej trasie mieliśmy cieszyć się jesiennymi kolorami. Na miejsce dotarliśmy dokładnie o 6.00 rano. Niebo zaczęło jaśnieć. Idealna pogoda zachęcała do wędrówki. Trawy pokrył szron, dlatego zastanawialiśmy się, czy taki sam mróz jest wyżej. Z drugiej strony wiedziałem, że w takie dni w dolinach jest najchłodniej, toteż liczyłem, że tam – u góry – będzie cieplej. Szybkim tempem poszliśmy Doliną Chochołowską. Niestety musieliśmy przejść ją prawie całą. To nużąca i długa trasa. Jedynie ostatnie 15min drogi prowadzącej do schroniska nie stało się częścią naszej trasy. Skręciliśmy w lewo, gdzie czerwony szlak prowadził Krowim Żlebem na Trzydniowiański Wierch. Po dwóch latach, wyciągnąłem moje buty górskie, które dziwnym trafem… zstąpiły się. Nie wiem, jak to jest możliwe, ale zmalały o co najmniej 2-3 numery… Kupiłem je o 5mm za duże, a teraz były o 5mm za małe… ciągle zastanawiałem się, jak to będzie i czy po całej trasie nie będę musiał zrywać dużych paznokci u stóp, co jest bardzo bolesne.

Na Krowim Żlebie nie czułem niewygód związanych z butami i pomyślałem, że będzie dobrze. Jasne niebo i widok na Chochołowskie Mnichy utwierdziły nas w przekonaniu, że wyżej może być tylko lepiej. Wyobrażałem już sobie te wspaniałe trawy, polany i rdzawo-brązowe szczyty. Za Krowim Żlebem rozpoczęło się bardzo strome podejście lasem. Z Danielem stwierdziliśmy, że zimą jest tu łatwiej i można podchodzić szybciej. Teraz szliśmy stromymi schodami. W lesie unosił się bardzo piękny zapach świerków oraz czuliśmy rześkie powietrze. Oddychało nam się bardzo dobrze. Nie pociłem się, toteż szedłem miarowym tempem. Szybko doczekaliśmy momentu, kiedy gęsty las zamieniał się pomału w połać karłowatych świerków. Te zaś, szybko zamieniły się w pas kosodrzewiny. Stąd ujrzałem chyba najpiękniejszy, zachęcający widok. Starorobociański Wierch mienił się u szczytu pięknymi, oszronionymi skałami. To był niesamowity widok! Wiedziałem, że dalej będzie równie pięknie! Do Trzydniowiańskiego Wierchu podchodziliśmy wolnym krokiem, ponieważ podziwialiśmy cudne widoki. Obok kosodrzewiny patrzeliśmy na uschniętą, ale wysoką trawę, która tworzyła piękny pejzaż z górami w tle. Właśnie tutaj Daniel spostrzegł, że… nie wziął baterii do aparatu i cała przyjemność robienia zdjęć tego dnia odeszła gdzieś w kosodrzewinę,  a chciałoby się rzec  „w krzaki”… Jednak nic nie stracił, bo robiliśmy zdjęcia moim aparatem na przemian, bo każdy z nas widział to samo na swój sposób. Mnie szczególnie zachwycił widok na Dolinę Chochołowską i drewniane szałasy. Stąd wyglądały pięknie i widzieliśmy, jak wielka jest wysokość tego szczytu. Spoglądaliśmy w stronę Wołowca, bo i tam wzrok przyciągały rdzawo-brązowe zbocza. Dołączył do nas samotnie idący pan, który opowiadał nam, jak wracał leżąco na ziemi z gór z powodu halnego. On również cieszył się idealną pogodą. Po krótkiej przerwie na Trzydniowiańskim Wierchu poszliśmy w stronę Kończystego Wierchu. Nie wiedzieliśmy jakie panują tam warunki, dlatego postanowiliśmy, że spróbujemy tam dojść, a jeśli warunki pozwolą, to pójdziemy dalej – na Jakubinę, liczącą 2194 m n.p.m. To wysoki szczyt dający rozległe widoki – szczególnie na Tatry Wysokie i całe Zachodnie. Na Kończysty Wierch doszliśmy szybko. Po raz pierwszy mogliśmy podziwiać panoramę Tatr we wszystkich kierunkach. Nie myliliśmy się – rdza pięknie „rozlała” się po całych Tatrach równomiernie. Te widoki zachwycały! My jednak chcieliśmy zobaczyć coś więcej.

wtorek, 4 października 2016

Starorobociański Wierch zimą 2176 m n.p.m.

 szlak na Starorobociański Wierch zimą  widoki ze szczytu Starorobociańskiego Wierchu

Minęło już 28 dni od momentu, kiedy pożegnałem Tatromaniaka i Iwon, lub też 27 dni od kiedy pożegnałem Otylię, zakańczając tym samym ostatnią uczestniczkę naszego długiego, zimowego wyjazdu. Brak pogody lub pracujące soboty uniemożliwiły mi jakiegokolwiek wyjazdu w góry, a przecież tyle jeszcze pozostało energii do spalenia, którą nagromadziłem przez całą zimę… W czwartym tygodniu tego roku dowiedziałem się, że nie będzie pracującej soboty, więc od razu pomyślałem, że trzeba bardzo szybko wymyślić cel i miejsce górskiego spotkania. Kilka dni wcześniej z Tatromaniakiem dogadałem się w sprawie zimowego Zawratu, ale równie szybko dowiedzieliśmy się o panujących tam warunkach – mam na myśli duży stopień zagrożenia lawinowego. Szybko padały pytania: Co robimy?, Gdzie jedziemy?, Jaki szczyt wybieramy? Takich myśli było mnóstwo. Bardzo podobało mi się ubiegłoroczne podejście na Starorobociański Wierch, którego ostatecznie nie udało się osiągnąć. Pomyślałem sobie… „Stary Robot – Rewanż?” – czemu nie. Zaproponowałem to miejsce jako nasz główny cel. Omówiliśmy różne warianty podejść (a było ich cztery) w zależności od warunków, jakie mogły tam panować. Zdecydowaliśmy się na podejście przez Ornak i przejście Doliną Starorobociańską – do wyboru na miejscu. Piątek, 28 stycznia 2011 był najgorętszym dniem, ponieważ sam nie wiedziałem, czy pojedzie pracujący jeszcze tej doby Daniel. Początkowo umówiliśmy się, że jeśli nie pojedzie, to ja dojadę do Nowego Targu autobusem na godzinę 5.06 i stamtąd wyruszymy w Tatry. W pracy, dobijając ostatniego end cap’a do stojana servosilnika usłyszałem znajomego mi Andy Bluemana o 21.33, co oznaczało, że dzwoni Daniel. Miał bardzo dobre wieści. Powiedział, że jedzie z nami. Umówiliśmy się, że pojedziemy o 0.30 w nocy w stronę Nowego Targu, skąd mieliśmy zabrać Iwon.

Tymczasem, tego samego dnia Tatromaniak przygotował już wszystko dla Iwon, która miała przyjechać do niego, aby u niego przenocować, co uskuteczniłoby nasz wspólny dojazd w Tatry, oszczędzając blisko godzinę na przejazdy na trasie Czarny Dunajec – Nowy Targ – Czarny Dunajec, wraz z manewrami załadunkowo-przeładunkowymi. Z Danielem uzgodniliśmy, że pojedziemy po Iwon do Nowego Targu, a później dojedziemy razem do Czarnego Dunajca. Tak też zrobiliśmy. Tatromaniak był trochę zdezorientowany, bo co chwila plany dojazdu zmieniały się, aż do godziny 21.33, gdzie dopracowaliśmy i uzgodniliśmy ostateczną wersję naszej wyprawy. Po przyjeździe do domu z drugiej zmiany nie zostało mi zbyt wiele czasu, bo zdążyłem tylko dorzucić brakujące rzeczy do plecaka, coś zjeść i czas już było ruszać.

Daniel i ja wyruszyliśmy spod bloku o 0.30 – według planu. Standardowo mijaliśmy stacje paliw, które zawsze kojarzyły nam się ze wspólnymi wyjazdami w góry. Chodziło oczywiście o stacje Orlenu, które zawsze są częścią naszych wypraw. Teraz nie było inaczej, bo po wyjeździe z Krakowa obowiązkowo zaliczyliśmy jedną z nich, ponieważ zorientowaliśmy się, że w Nowym Targu będziemy za szybko. Po krótkim postoju pojechaliśmy dalej, przejeżdżając przez kolejne miejscowości, aż dotarliśmy do Rdzawki – miejscowości, gdzie podczas naszego dojazdu na Małą Wysoką zgłaszaliśmy na Policję prawdopodobnie pijanego kierowcę, jadącego wówczas przed nami. Na granicy administracyjnej Rdzawki i Nowego Targu zatrzymaliśmy się na kolejnej stacji paliw Orlenu. Na tej stacji zatrzymujemy się zawsze, od momentu, kiedy jeździmy w góry. Z Iwon byliśmy umówieni na 4.00 rano, a była… 2.45. Pomyślałem, że mamy dwie opcje: albo poczekać do czwartej nad ranem, albo zadzwonić i powiedzieć: „przyjedziemy trochę wcześniej”. Trochę się pospieszyliśmy. Do Nowego Targu wjechaliśmy dopiero po 3.40, gdzie bez problemów dojechaliśmy na adres wskazany przez Iwon. Co prawda byłem tam miesiąc temu, ale w miastach do niczego nie przywiązuję uwagi, więc i tak nie wiedziałem, gdzie ona mieszka. Jak zawsze pomogła mi papierowa mapa, która nigdy nie zawodzi.