ROZPOZNANIE POGODY
Standardowo wstaliśmy o godzinie 5.50. Poszedłem do trzech znanych punktów oferujących idealne spojrzenie na interesujące mnie fragmenty gór. Z okna w części wspólnej zauważyłem, że mamy czyste, jasne, niebieskie niebo. Widziana z tej części kwatery panorama na szczyty położone w okolicach Mestii była dla mnie najważniejsza, ponieważ jeżeli w ich otoczeniu powstawały jakieś chmury, to wiedziałem, że u nas będzie ponuro i deszczowo. Ten punkt obserwacyjny dostarczył mi najlepszych informacji. Pozostały jeszcze dwa. Z pokoju wyjrzałem na zewnątrz. Tam również spoglądałem na niebo wolne od chmur. Zimna łazienka oferowała bezpośredni widok na Ścianę Bezingi. Najbardziej jednak zachęcała panorama na ośnieżone, lodowcowe szczyty na tle wczesnego porannego błękitu. Od razu zaczęliśmy przygotowania do wyjścia. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wejście na Gvibari 2943 m n.p.m. Góra charakteryzowała się zupełnie innymi warunkami, jakich nie mieliśmy na wszystkich wcześniej odwiedzonych szlakach i nowych trasach. W głowie miałem obraz całej drogi, ale nawet znając jej przebieg, nie spodziewałem się, jak natura pozytywnie nas zaskoczy. Nie posiadałem najlepszego zdania o Gvibari. Szlak prowadzący na jego szczyt raczej traktowałem jako trasę końcową, czyli miejsce, gdzie ewentualnie można pójść na zamknięcie całego wyjazdu. Mając dobrą pogodę i znany przebieg drogi wejściowej, chcieliśmy zobaczyć, jak będzie tym razem. Spodziewałem się długiego białego, zimowego płatu, biorącego swój początek już w najniższych częściach lasu, a powyżej 2900 m n.p.m. miało być wielkie zagłębienie, wypełnione aż półtorametrową warstwą śniegu. Z tego względu Gvibari postrzegałem jako miejsce o zupełnie innych warunkach, w porównaniu do wszystkich pozostałych tras.