piątek, 4 marca 2016

Starorobociański Wierch zimą

 

W poniedziałek 21 grudnia 2015 mieliśmy pojechać w góry, ale niestety nałożyło się tyle spraw, że zabrakło czasu, żeby wszystko zmieścić w dwudziestu czerech godzinach… Po prostu nie wyrobiłem się i musiałem obejść się tylko smakiem… Były rzeczy ważniejsze. Szukałem następnej okazji do wyjazdu, bo dwa miesiące bez gór to dla mnie chyba zbyt dużo… Odczuwałem wielki niedosyt… Wiedziałem, że przez kolejne dni ma być dużo chmur, ale Daniel wypatrzył w prognozach pogody, że 24 grudnia ma być czyste niebo i pełnia księżyca. Ta data tkwiła mi w pamięci. Codziennie zaglądałem na wykresy pogodowe i wyczytałem z nich, że ma powstać nawet morze chmur zawieszone na wysokości 1800 m n.p.m. Dla mnie to były wymarzone warunki. Jedynie martwił mnie ciągły brak śniegu… Tego roku zima była najgorsza z najgorszych. W górach brakowało śniegu, na szlakach zalegał tylko lód, a w grudniu temperatury sięgały +10’C – +15’C. Tegoroczną zimę określiłem już chyba wszystkimi dostępnymi słowami, wraz z ich stopniowaniem, opisując, jak bardzo jest słaba… W poniedziałek na tatrzańskich szczytach zalegał śnieg, który z daleka wyglądał jeszcze w miarę akceptowalnie, jednak ciepło podczas dwóch kolejnych dni wytopiło znaczne ilości białego puchu. Nie nastawiałem się na piękne białe widoki. Miałem tylko nadzieję, że brak zimy nadrobi piękne morze chmur i wschód słońca.

Dnia 23 grudnia 2015 postanowiliśmy, że pojedziemy o godzinie 23.00. Na miejscu mieliśmy być o 2.00 w nocy, skąd zaplanowaliśmy wyjście na Ornak i dalsze góry (po drodze mieliśmy wybrać na którą górę pójdziemy). Mi marzyła się Bystra lub Starorobociański Wierch. Właśnie tam najbardziej podobało mi się w zimie. Obie góry znałem z przepięknych widoków. Na miejsce dojechaliśmy bez najmniejszych problemów. Wypadek z udziałem siedmiu samochodów, który miał miejsce przy bramkach w Balicach w stronę Krakowa, skutecznie zatrzymał ruch. Jednak zanim tam dojechaliśmy policjanci sprzątali pozostałości po całym zdarzeniu. Karambol miał miejsce przed godziną 21.00. W Tatry dojechaliśmy planowo o 2.00 w nocy. Zatrzymaliśmy się na parkingu przy wylocie Doliny Kościeliskiej. Obok samochodu Daniela stało tu tylko jedno auto. Na miejscu przerażał nas całkowity brak śniegu. Co to za zima?... To pytanie ciągle zadawałem sobie w myślach. Pocieszające było tylko to, że temperatura spadła poniżej zera. Poczekaliśmy jeszcze dziesięć minut, po czym poszliśmy Doliną Kościeliska. Nawet tam nie widzieliśmy śniegu. Daniel powiedział: „mamy nauczkę, że jak nie ma śniegu, to nie jeździ się w Tatry”. Dodatkowo całkowicie zachmurzone niebo, jakby miał spaść deszcz, nie zachęcało do dalszej wędrówki. Ja jednak wierzyłem wykresom pogodowym i miałem nadzieję, że po godzinie 6.00 nad ranem chmury zaczną opadać i utworzą morze chmur. Koniecznie chciałem zobaczyć to zjawisko. W miarę pokonywania dalszych etapów doliny na drodze pojawiał się coraz grubszy lód. Już po przejściu pierwszego kilometra lód utrudniał wędrówkę. Przez dwa tygodnie – czyli od momentu ostatniego opadu – śnieg był wytapiany i w nocy zmrażany codziennie, co powodowało, że lód na drodze wyglądał jakby polerowany. Drobne igiełki ze świerków, czy resztki liści i kory ułatwiały nieco podchodzenie tą drogą. Co raz częściej myśleliśmy o wyciągnięciu raków, żeby przejść tą dolinę. Daniel powiedział, że szlaki chyba będą tak samo wyglądać. Ja nie chciałem kończyć tego wyjścia w góry już tutaj, ale najpierw chciałem sprawdzić jakie warunki panują na szlakach i dopiero wtedy ewentualnie podjąć decyzję o odwrocie. Chmury z każdą godziną wyglądały mniej optymistycznie. Niebo ciemniało a szczyty gór zostały ukryte gdzieś w chmurach. Miałem tylko nadzieję, że wierzchołki wystają ponad nimi…

Po godzinie 4.50 dotarliśmy do schroniska Ornak. Usiedliśmy na drewnianej ławce na zewnątrz, żeby założyć raki. W tym miejscu nawet trawy pokryte były grubą warstwą lodu... Ten widok nie napawał optymizmem. Za chwilę usłyszeliśmy miałczenie kota. Podszedł do nas, obszedł stół dookoła i nagle ucichł. My zakładaliśmy raki. Po dłuższej chwili postanowiłem rozejrzeć się za kotem, bo tak nagle ucichł. Okazało się, że siedział na stole, za plecami Daniela. Pogłaskaliśmy go, po czym on zaczął zaglądać nam do plecaków. Nie czekaliśmy za długo. Widzieliśmy, że pod Suchym Ornaczańskim Wierchem zgromadziło się wiele chmur. Szliśmy w tym kierunku. Podejście na Iwaniacką Przełęcz nie należało do przyjemnych. Od początku szliśmy oblodzoną ścieżką. Tam, gdzie słońce docierało za dnia, tam powstawał gładki lód. W lasach natomiast brakowało śniegu i panowały tu zupełnie suche, wiosenne warunki. Ta trasa była dla nas męcząca, bo źle się stawiało kroki w rakach na suchych kamieniach, czy też kamiennych schodach. Stąd wypatrywaliśmy lodu, który zdecydowanie ułatwiał podchodzenie. Daniel czuł, że to nie jest jego najlepszy dzień i zatrzymywał się co chwilę na stromych stokach. Ja napędzany wiarą, że jednak będą piękne warunki powyżej, szedłem z optymistycznym nastawieniem. Na przełęcz dotarliśmy po godzinie i dwudziestu minutach, czyli tyle, ile pokazują strzałki na szlaku. Widzieliśmy, że jesteśmy coraz bliżej chmur. Stąd miałem nadzieję, że znajdziemy się ponad nimi.

Teraz rozpoczęliśmy najgorsze podejście – czyli stromizna na Suchy Ornaczański Wierch. Tam rzeczywiście trzeba cały czas stawiać męczące kroki do góry. Jedyny plus jest taki, że bardzo szybko osiąga się kolejne metry wysokości. Po dłuższej chwili znaleźliśmy się w chmurach. Wszędzie dookoła nas zalegała gęsta mgła. Wtedy stwierdziłem, że jesteśmy w środku chmur. Wiedziałem też, że za niedługo przebijemy się przez nie i będziemy patrzeć na nie z góry. Idąc coraz wyżej we mgle zacząłem dostrzegać majaczące gwiazdy na niebie. To był moment na który czekaliśmy! Po chwili, kiedy weszliśmy na ostatnie zbocze Suchego Ornaczańskiego Wierchu mającego 1832 m n.p.m., staliśmy na wielkim płacie śnieżnym, skąd patrzeliśmy na przepiękne morze chmur! Ponad chmurami wystawały tylko szczyty gór, których wysokość przekraczała 1800 m n.p.m. Widok był niesamowity! Chciało się wyciągnąć aparat, ale niestety nocne warunki nie pozwalały zrobić dobrego zdjęcia. Postanowiliśmy, że podejdziemy bezpośrednio na Suchy Ornaczański Wierch, gdzie kosodrzewina nie będzie przysłaniała widoków na piękne chmury pod nami… Tutaj przeżyliśmy największe zdziwienie. W ciągu dwudziestu minut chmury opadły o… jeden kilometr! Dodatkowo nagle się rozrzedziły i zniknęły! W tej krótkiej chwili zdążyliśmy wyciągnąć statyw i zrobić tylko kilka zdjęć tego, co już pozostało… Mimo wszystko cieszyliśmy się widząc to wszystko na własne oczy. Od tego momentu odsłonił nam się wspaniały widok na całe Tatry. Przejrzystość powietrza zachwycała. Krawędzie najdalszych szczytów były bardzo wyraziste. Na naszym podejściu rozstawiliśmy się ze sprzętem fotograficznym, gdzie przez dwadzieścia minut fotografowaliśmy jaśniejące niebo i szczyty Tatr Wysokich ozdobionych cienkim woalem z chmur.  Chmury zdawały się falować ponad poziomem 2000 m n.p.m. Po dłuższej sesji weszliśmy na Suchy Ornaczański Wierch, gdzie przez ponad godzinę podziwialiśmy wschodzące słońce i rozświetlane szczyty.

Bardzo podobało nam się całe widowisko, które zafundowała nam bardzo dobra pogoda. Wyczekiwaliśmy na pierwszy promień słońca, który rozświetli na fioletowy kolor Bystrą – najwyższą górę Tatr Zachodnich. Widok fioletowych szczytów od promieni wczesnoporannego słońca był bardzo piękny. W Tatrach Zachodnich najbardziej lubię właśnie ten moment, kiedy szczyty są oświetlone ciepłymi kolorami, a wszystko poniżej znajduje się w głębokim cieniu… Najpiękniej jest, gdy siedem szczytów świeci odbitym światłem na tle ciemniejszego nieba. Wtedy wyróżniają się najbardziej. Doczekaliśmy tej chwili, gdzie oczywiście zrobiliśmy najwięcej zdjęć. Po długiej sesji zdjęciowej zrobiło nam się zimno, dlatego zaczęliśmy chodzić w tą i z powrotem, a ja dodatkowo biegałem pod małe wzniesienie, żeby rozgrzać stopy. Po około godzinie poszliśmy dalej  - w stronę Siwej Przełęczy. Na tej wysokości również brakowało śniegu. Tylko na wschodnich i południowowschodnich stokach zalegało niewiele śniegu, podczas, gdy po przeciwnej stronie widniały tylko wyschnięte trawy. My szliśmy granicą, którą tworzyły śniegi, oblodzona ścieżka i wyschnięte trawy. Wędrówka w rakach pozwalała szybko pokonywać kolejne etapy. W drodze, pod Ornakiem, słuchaliśmy śpiewających ptaków… W rejonie Zadniego Ornaku 1867 m n.p.m. zauważyliśmy kamienny krąg. Był to kamienny mur chroniący przed wiatrem. Takie mury buduje się po to, żeby chroniły namiot przed podmuchami silnego wiatru. Stąd wiedziałem, że jest to stanowisko pod namiot. Na ten widok przypomniały mi się grobowce na pustyni w Etiopii, do których dotarł tylko jeden biały człowiek – Edd Stafford. Kilka lat wcześniej w tym rejonie nieznane osoby zastrzeliły pięciu Europejczyków… Dotarł tam powodowany ciekawością, ponieważ na Google Earth zobaczył sześć kręgów na pustyni i postanowił, że pojedzie sprawdzić, co to jest. Jego wyprawa odbywała się przy temperaturze +52,6’C, co bardzo utrudniało całą wyprawę. Przesłałem tacie zdjęcie z tego miejsca, żeby skojarzył je z tym samym co ja. Tacie przyszło do głowy dokładnie to samo. Mi dodatkowo kojarzyło się z piękną wyprawą na Dom 4545 m n.p.m. w Alpach, z którego miałem sposobność podziwiać przepiękny wschód słońca, morze chmur i widmo brockenu. Właśnie tam, na wysokości około 3300 m n.p.m. jest kilka takich kamiennych kręgów, w których rozbija się namiot. Dość szybko dotarliśmy do Siwej Przełęczy. Byliśmy tam o godzinie 9.55 rano. Podziwialiśmy stąd wielką stromiznę Starorobociańskiego Wierchu i poszarpaną krawędź grani, którą dochodziło się do jego stóp. Doszliśmy na Siwy Zwornik 1965 m n.p.m. Daniel zadał pytanie: „i co teraz?”. Powiedział, że tu zostaje, a ja wybrałem samotne wejście na Starorobociański Wierch zimą 2176 m n.p.m. idąc przez Gaborową Przełęcz 1938 m n.p.m.  Postanowiłem, że od przełęczy nie zatrzymam się w ogóle i że w jednym ciągu bez odpoczynku wejdę na sam szczyt.

Poszedłem miarowym krokiem utrzymując stałe tempo. Nie rozglądałem się ani na prawo, ani na lewo. Od czasu do czasu spoglądałem w górę, żeby wiedzieć ile pozostało do końca. Po dwudziestu pięciu minutach doszedłem na szczyt – o godzinie 10.55. Usiadłem na słupku granicznym, skąd zrobiłem dużo zdjęć wspaniałych widoków. Powietrze nadal zachwycało przejrzystością, stąd zaglądałem przy pomocy obiektywu w najgłębsze miejsca Tatr Wysokich i po przeciwnej stronie – w najgłębsze miejsca Słowackiej Orlej Perci. Bardzo podobał mi się ten widok. Dodatkowo spoglądałem na rozświetlone chmury przykrywające Tatry Niżne. Mieniły się pięknymi odcieniami złotego koloru. Po dłuższym odpoczynku i sesji zdjęciowej zacząłem schodzić. Cały czas nie widziałem nikogo innego na szlakach. W Tatrach panowała zupełna cisza… Jedynie od Gaborowej Przełęczy zawiewał wiatr. Podczas schodzenia zatrzymywałem się kilka razy, by zrobić zdjęcia ostrej i poszarpanej grani Starorobociańskiego Wierchu. Nie tylko na nią zwróciłem uwagę, ponieważ w oddali, w okolicach Świnicy utworzyły się cienkie chmury, które dodawały uroku tamtejszym górom. W jednej trzeciej wysokości od Gaborowej Przełęczy jest dodatkowo wielka skała, która przypomina krzyczącą twarz z profilu. Nieco poniżej skały widać piękne urwiska zawiane śniegiem. Zdjęcia z tego rejonu zawsze przyciągają wielu ludzi, bo samo urwisko jest widowiskowe.

Dołączyłem do Daniela. Widziałem z góry, że też fotografował piękne widoki. On również zwrócił uwagę na przepiękne chmury w rejonie Tatr Wysokich. Teraz dodatkowo w okolicach podejścia na Błyszcz chmury „przelewały” się przez grań na stronę polską tworząc wodospad. Widok zatrzymał nas na dłuższą chwilę. Na Siwym Zworniku zjedliśmy większy posiłek, po czym zaczęliśmy wracać. Bardzo byliśmy zadowoleni z pięknych widoków, które dotychczas zobaczyliśmy. Kiedy doszliśmy do Siwej Przełęczy zauważyliśmy, że chmury ze Słowacji tworzą teraz jeden bardzo długi woal ciągnący się od Błyszcza aż po Banikov przecinając Starorobociański Wierch (chmury znajdowały się od strony południowej). Nie zatrzymywaliśmy się na dłużej. Postanowiliśmy, że pójdziemy do Suchego Wierchu Ornaczańskiego, gdzie zrobimy dłuższy odpoczynek. Siwe Skały przeszliśmy inną trasą ze względu na oblodzenia. Wybraliśmy przejście śniegiem po prawej stronie, gdzie wydeptana ścieżka w śniegu prowadziła nas przez przełęcz pomiędzy niżej położonymi skałkami. Stąd widzieliśmy Ornak 1854 m n.p.m. Za Siwymi Skałami czekały nas jeszcze dwa strome podejścia, ale już znacznie łatwiejsze niż tutejsze (nie musieliśmy szukać odpowiedniej drogi). Podchodząc na Ornak myślałem, że idą jacyś ludzie. Po chwili dostrzegliśmy, że stoi tam kozica. Szliśmy spokojnym krokiem. O dziwo, kozica zbliżała się do nas. Nie bała się. Kiedy szliśmy w jej kierunku ona jadła suchą trawę, po czym przeszła płatem śniegu bardzo blisko nas. Znajdowaliśmy się około 5m od niej! My robiliśmy jej zdjęcia, a ona zajęła się swoim. Zupełnie tak, jak gdyby nie zwracała na nas uwagi. To bardzo dobrze, bo udało mi się nawet zrobić jej zdjęcie, kiedy spogląda na oddalonego od nas Ciemniaka z pięknym woalem z chmur. Po tym pięknym spotkaniu poszliśmy dalej. Jeszcze przed Suchym Ornaczańskim Wierchem dostrzegliśmy trzech ludzi. Szli na Bystrą. Do końca dnia pozostały tylko dwie godziny, ale widzieliśmy, że przygotowali się do wyjścia o tej porze. Kiedy dotarliśmy do Suchego Ornaczańskiego Wierchu zatrzymaliśmy się dokładnie w tym samym miejscu, gdzie podziwialiśmy wschodzące słońce. Tutaj przetestowałem moją nową kuchenkę przeznaczoną do przetapiania śniegu przy niskich temperaturach. Sprawdziła się idealnie, bo po kilku minutach otrzymałem litr wody, który wykorzystałem do zrobienia klasycznej pomidorówki.

Zanim rozpoczęliśmy zejście, przyglądaliśmy się ostatni raz chmurom w oddali w okolicach dwutysięczników. Wyglądały niezmiennie pięknie. Zejście rozpoczęliśmy po godzinie 14.00, co dawało nam półtora godziny czasu do zachodu słońca. Dopiero teraz mogliśmy zobaczyć, jak strome jest podejście na Suchy Ornaczański Wierch. Stwierdziliśmy, że dobrze przechodzić ten odcinek nocą, bo nie widać, jak jest daleko do szczytu i jak strome są kolejne etapy. Szlaki niezmiennie były oblodzone. Raki pozwalały nam sprawnie pokonywać te stromizny. Do Iwaniackiej Przełęczy 1459 m n.p.m. dotarliśmy aż o pół godziny szybciej niż zakładają drogowskazy. Niegdyś pamiętałem tutaj piękną polanę, a teraz widzieliśmy, jak bardzo rozrosły się świerki zajmując coraz większą powierzchnię polany. Tutaj spoglądaliśmy na nieośnieżony Kominiarski Wierch 1829 m n.p.m. Przypomniałem sobie widok zamrożonej góry z 31 grudnia 2014, czyli prawie rok temu, jak śnieg i szron pokrył dosłownie każdą igiełkę każdej gałązki każdego drzewa… Jakże teraz panowały odmienne warunki… Dalsze zejście do schroniska upływało nam bardzo szybko. Pomimo braku oblodzonych fragmentów ścieżki rozmiękła ziemia ułatwiała nam schodzenie. Daniel przewrócił się na kamieniu, ponieważ raki na kamiennych schodach nie trzymały się twardej powierzchni. W tym miejscu nie było w ogóle lodu. Nieco poniżej Daniel zwrócił uwagę na zielone krzaczki jagodowe. Wyglądały, jakby rozpoczęła się wiosna. Krzaczki najpierw zielenieją, a później wyrastają liście. Właśnie te były na takim etapie. Dziwiliśmy się, że tak wysoko panują wiosenne warunki… W tym rejonie słyszeliśmy odgłos jakby piły motorowej, ale dźwięk był zbyt wysoki. Pasował mi jedynie do… drona, albo do czegoś zdalnie sterowanego, jednak odrzuciłem te myśli ze względu na dzień i porę. Na szlakach nie spotykaliśmy w ogóle ludzi po za tą trójką idącą na Bystrą. Skąd więc miałyby się wziąć takie wynalazki w lesie?... W miarę schodzenia dźwięk stawał się donioślejszy. Przeszliśmy jeszcze przez dwa drewniane mosty i doszliśmy na wielką polanę przy schronisku Ornak. Wyżej położony most nie sprawiał żadnych trudności, ale niższy był całkowicie oblodzony. Zastanawiałem się, jak ludzie bez raków pokonywali te szlaki. To było wręcz niemożliwe…

Przy schronisku dowiedzieliśmy się co wydawało ten tajemniczy odgłos. Był to… dron! Przed schroniskiem siedział jakiś mężczyzna, który miał założone specjalne okulary. Najwidoczniej w nich widział obraz z drona i dzięki temu bardzo wprawnie sterował nim pomiędzy świerkami, płotem, czy też innymi przeszkodami. Dron dwa razy przyleciał w nasze pobliże, przez chwile zawisł w powietrzu i odleciał. Po dłuższym odpoczynku poszliśmy oblodzoną główną drogą, którą w lecie chodzą tysiące turystów. Zastanawialiśmy się po raz kolejny, jak to jest możliwe, że ludzie bez raków przechodzą ten kilkukilometrowy odcinek. Do schroniska jeszcze można było dojść, bo sami tak doszliśmy, ale zejście bez kilku upadków raczej było niemożliwe. Lód błyszczał się od krawędzi skalnych aż do brzegu potoku. Nie dało się go obejść ani pójść bokiem, czy też wzdłuż niego. Kiedy oblodzona droga skończyła się zdjęliśmy raki. Zobaczyliśmy jak bardzo stępiły się zęby podczas wędrówki po kamieniach. Zęby stały się wręcz okrągłe i gładkie… Tak musiało być, ponieważ zakładanie i zdejmowanie raków co chwilę nie wchodziło w grę ze względu na zbyt długi czas ich ponownego zakładania. W drodze do parkingu spotkaliśmy tylko kilku ludzi. Łącznie spotkaliśmy chyba siedem osób… Dwie z nich znaliśmy, bo byli też z Rudy Śląskiej i przyjechali tu by spędzić wolny czas. Niestety tylko zimy brakowało…

Podsumowując, wyjazd zaliczyliśmy do bardzo udanych! Pomimo słabej zimy, cieszyliśmy się fenomenalnym morzem chmur, pełnią księżyca, wspaniałym wschodem słońca, pięknymi woalami z chmur ozdabiającymi szczyty, piękną kozicą na tle gór, przejrzystym powietrzem i pięknymi widokami. Tej ciszy długo nie zapomnimy, bo tak puste szlaki pamiętam tylko z roku 2008, kiedy to 24 grudnia wchodziłem na Wołowiec…

                      

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza