wtorek, 8 marca 2016

Szpiglasowy Wierch w sierpniu

 

Jest! W końcu będzie słoneczna pogoda w sobotę! Tak właśnie cieszyliśmy się na myśl, że dzień wolny będzie pogodny. Słoneczne weekendy to raczej rzadkość, dlatego planowaliśmy pojechać w góry, żeby wykorzystać ten czas. Ja i Daniel chcieliśmy wybrać jakiś dość łatwy, ale zarazem widokowy i piękny szczyt w Tatrach, żeby pokazać mojej żonie – Moni – Tatry. Jako, że to miał być dla niej debiut w Tatrach, chcieliśmy je zaprezentować z jak najlepszej strony. Szybko zdecydowaliśmy się na Szpiglasowy Wierch, ponieważ szlak prowadził tu pięknymi polanami z widokiem na Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami. Dodatkowo kwitło tu mnóstwo kwiatów, a widok ze szczytu z pewnością należy do jednych z najpiękniejszych w Polsce. Właśnie to dla niej przygotowaliśmy, żeby za pierwszym razem nie zraziła się do gór, ale raczej, żeby je „poczuła”. Była jeszcze z nami Ilona, ale te szlaki są dobrze jej znane, więc dołączyła się do naszej grupy z przyjemnością, bo liczył się sam fakt, że mogła pojechać w góry.

Umówiliśmy się standardowo na godzinę 00.00 w nocy, a to ze względu na mój stały plan działania w Tatrach. Wyjeżdżając o tej godzinie, na miejscu jest się przed 3.00 w nocy. Wyruszając o tym czasie ma się blisko trzyipółgodzinną przewagę nad tłumami, które zwykle gromadzą się nad Morskim Okiem w porze przyjazdu pierwszego busa, tj. około godziny 7.00. Chcąc cieszyć się ciszą i wspaniałymi widokami trasę zaplanowaliśmy tak, aby nad Morskim Okiem zastał nas wschód Słońca. Dodatkową atrakcją miały być lustrzane odbicia gór w wodach tego stawu. Monia zawsze chciała zobaczyć Morskie Oko przy pięknej pogodzie, a my chcieliśmy, żeby zobaczyła znacznie więcej. Ale to nie koniec niespodzianek, bo w trakcie przejazdu autostradą A4 za pierwszymi bramkami za Mysłowicami, zadzwonił telefon. Dzwonił do mnie Robert z pracy, i powiedział, że jest około 10min drogi za nami i że też jedzie na Szpiglasowy Wierch. Zdziwiłem się, że mamy takie same plany. Dopowiedział, że jest z nim Brygida i Tomek. Umówiliśmy się zatem tak, abyśmy zobaczyli się na stałym już naszym przystanku – na stacji Orlen za Rdzawką pod Nowym Targiem. Tam poznaliśmy się i pojechaliśmy razem do celu. Na parkingu w Palenicy Białczańskiej byliśmy około godziny 3.00.

Marsz drogą asfaltową 9,2km do Morskiego Oka nie należy do przyjemnych, dlatego szliśmy szybkim tempem i w nocy. Celowo wybraliśmy na ten odcinek godziny nocne, żeby nie tracić czasu za dnia na ten kawałek bez atrakcji. Kiedy dotarliśmy do Włosienicy (parking dla woźniców) cieszyliśmy się bardzo pięknymi widokami na Mięguszowieckie Szczyty. Niebo na północnym wschodzie czerwieniło się, co oznaczało, że za niedługo zobaczmy wschód Słońca. Jako ciekawostkę opowiedziałem naszym dwóm grupom o chacie Długosza, która jest gdzieś na stokach Miedzianego w środku lasu (celowo nie podaję tu lokalizacji). Dlaczego w tym miejscu? Ponieważ nieco dalej znajduje się market turystyczny, od którego wymierza się pewien kąt na azymut i idzie w las według niego. Od teraz szliśmy normalnym tempem – bez pośpiechu. Widzieliśmy nawet schronisko zza drzew, ale zatrzymał nas wspaniały widok w okolicach Żabiego Oka (mały stawek odległy o ponad sto metrów od schroniska). Tuż nad nim zawisła piękna mgła przedzierająca się przez gęste świerki. Poświęciliśmy tu kilkanaście minut na zdjęcia, po czym zauważyliśmy nieco dalej samicę jelenia – łanię – która zajadała się wielkimi, okrągłymi liśćmi, zwanymi przeze mnie ‘żabimi liśćmi’. Nawet kilka razy spojrzała w naszą stronę, ale nie uciekała. Ten widok każdego ucieszył.

Kiedy zauważyłem pierwsze promienie na czubkach Mięguszowieckich Szczytów oraz czerwieniejące skały, szybko pobiegliśmy w stronę Morskiego Oka. Ten widok najbardziej radował, ponieważ skały przyjmowały ogniste barwy, a to wszystko odbijało się w wodach Morskiego Oka. Zeszliśmy do poziomu stawu, żeby wykonać zdjęcia panoramiczne ze słynnego mostku, jak i również z różnych skał dających ciekawe efekty. Czekaliśmy tutaj długo, bo światło stawało się coraz bardziej intensywne. Tafla wody była zupełnie nieruchoma, a nieco dalej wisiała nad nią bardzo cienka warstwa mgły. Monia nigdy nie widziała Morskiego Oka przy dobrej pogodzie, dlatego bardzo ucieszył ją fakt, że mogła je teraz zobaczyć i to w takiej scenerii. Po dłuższej przerwie na zdjęcia (a tej nocy mieliśmy zaledwie 5’C) Moni zrobiło się bardzo zimno. Poszliśmy więc do góry po kamiennych schodach do schroniska, skąd dalej doszliśmy do początku żółtego szlaku na Szpiglasowy Wierch. Całe przejście miało trwać 2h 25min, co oznaczało, że szlak na szczyt nie jest zbyt długi, ale gdy pomyśleliśmy o zejściu do Doliny Pięciu Stawów Polskich i dalej Doliną Roztoki, to szlak nagle się wydłużył… Najważniejsze, że Moni się podobało, dlatego była ciekawa, co ją dalej czeka. Reszta z nas znało już to miejsce i szczyt bardzo dobrze. Przybliżyliśmy jej nieco atrakcje szlaku i ciekawe punkty. Już na samym początku Monia zwróciła uwagę na karłowate, wygięte drzewa i dalej na jarzębiny. Wszystkim nam pozostałym ta trasa jest dobrze znana, dlatego mogliśmy jeszcze raz cieszyć się pięknem tej trasy. Podchodząc do połowy długości szlaku, tj. do skrzyżowania szlaku na Szpiglasowy Wierch i na Wrota Chałubińskiego podziwialiśmy mnóstwo pięknych kwiatów górskich – między innymi fioletowe dzwoneczki oraz słońce poboczne związane ze zjawiskiem ‘halo’ na chmurach piętra wysokiego – na cirrusach. Na skrzyżowaniu zatrzymaliśmy się i zrobiliśmy przerwę. Tutaj poczuliśmy się beztrosko, ponieważ ja i Tomek rozłożyliśmy się na trawie, a reszta siedziała gdzieś obok. Dzięki temu miejscu mogliśmy poczuć wspaniały klimat wakacji i zupełnej ciszy. Idąc nieco dalej ponownie cieszyliśmy się z widoków, zielonych traw i mnóstwa tatrzańskich kwiatów. W niektórych miejscach wyglądało bardzo wiosennie. Na jednym z kamiennych murów usiedliśmy w sześciu w rzędzie, skąd jedna osoba zmieniała się i robiła nam zdjęcie. Nieco wyżej pierwsze promienie słońca docierały już do nas. Zrobiło się nagle cieplej. Dobra przejrzystość powietrza pozwalała nam na zaglądanie daleko w góry. Podejście do przełęczy pod Szpiglasowym Wierchem pozwalało nam zobaczyć, jaka jest różnica wysokości i jak kręta jest nasza ścieżka. W pewnym wąskim miejscu jeszcze przed przełęczą, przyglądałem się, czy Monia będzie miała lęk wysokości, bo gdyby tam go okazała, to nie mógłbym jej dopuścić na odcinek z łańcuchami i musielibyśmy we dwoje wracać tą samą drogą. Na szczęście nawet nie zwróciła nawet uwagi, że jest chwilowo wąsko. Tutaj podziwialiśmy również Stawki Staszica pod Mnichem.

Nieco dalej, wszyscy dotarliśmy do przełęczy. Stąd rozpościerał się przepiękny widok na całą Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Orlą Perć, czy część Tatr Zachodnich. Mięguszowieckie Szczyty wyglądały stąd jak Uszba, a Mnich – jak określiła go Brygida – jak „kupa kamieni”. Rzeczywiście, gdzieś zaginął na tle wyższych gór. Stąd widzieliśmy, że powoli Tatry zaczynają nabierać jesiennych kolorów. Po krótkiej przerwie poszliśmy na Szpiglasowy Wierch. To właśnie stąd mogliśmy podziwiać najpiękniejszy widok. Ze szczytu widzieliśmy najwięcej stawów. Dodatkowo szczyt pozwalał zaglądać w różne części Tatr: aż po Wołowiec i aż po Hawrań i Murań. Widoki ze szczytu bardzo nas rozleniwiły, bo zostaliśmy tu na ponad godzinę. Mi w tym czasie udało się nawet zasnąć i trochę przespać. Pomimo dłuższego wejścia i godzinnej przerwy na szczycie doszły do nas tylko dwie osoby. Ciągle nie odczuwaliśmy wielkich tłumów, których spodziewaliśmy się w późniejszej części dnia. Widzieliśmy już pierwsze, większe grupy w oddali, przy schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Na szczycie Tomek i Brygida poszli nieco dalej – na półkę skalną, gdzie usiedli na tle majestatycznych widoków. Daniel dołączył do nich, gdzie zajął się fotografowaniem okolicy i Ciemnosmreczyńskich Stawów, bo stamtąd widział je oba, a my tylko jeden.

Po bardzo długiej chwili odpoczynku i nacieszeniu się widokami zaczęliśmy schodzić do przełęczy. Tutaj Monia przyglądała się szlakowi ubezpieczonemu łańcuchami, ponieważ tego typu trasą szła po raz pierwszy. Pomimo tego zdecydowała się iść według myśli ‘skoro wszyscy idą, to ja też’. Zejście upłynęło nam szybko i bez problemów. Nawet udało nam się wykonać kilka bardzo ciekawych zdjęć z cieniami rzucanymi przez pobliskie występy skalne. Po przejściu odcinka z łańcuchami patrzyliśmy na strome zejście trawersem, które z obu stron ograniczały dwa głębokie żleby, powstałe po obfitych opadach deszczu w lecie 2008 roku. Za stromymi ‘zygzakami’ weszliśmy na piękne, zielone polany. Tutaj cieszyliśmy się bardzo ładnymi kwiatami, czy też żywo zielonymi trawami na stokach ponad nami. Fenomenalnego widoku dopełniał Wielki Staw Polski, który zdecydowanie najbardziej przyciągał uwagę. Schodząc w stronę Wielkiego Stawu zatrzymaliśmy się na dużej skale, gdzie obowiązkowo zrobiliśmy sobie zdjęcie grupowe. Na tej samej skale, kiedy byłem z Robertem i Brygidą zrobiliśmy zdjęcie w pozycji ‘jaskółek’, co od razu nam się wspomniało z roku 2013. Wspominaliśmy też wiele historii z pracy i naszą muzykę zakładową. Właśnie z tego miejsca staw prezentował się najokazalej. Przyjmował intensywną błękitną barwę, a ze wszystkich stron otaczała go zieleń. Od tego miejsca szlak stawał się bardzo łagodny i przyjemny. Dookoła rozkoszowaliśmy się wspaniałą przyrodą, mnóstwem kwiatów, czy też potokami pełnymi wody. Jak to było naszym zwyczajem, przysiedliśmy nad brzegiem jednego z nich. Tutaj poświęciłem wiele czasu na fotografowanie różnych kwiatów górskich. W otoczeniu pięknej przyrody zjedliśmy śniadanie, a Brygida spoglądała do góry, patrząc ile trasy już pokonaliśmy. Rzeczywiście z tej perspektywy wysokie góry i zygzaki ciągnące się aż po granie wywierały wielkie wrażenie.

Po dłuższym odpoczynku i wychłodzeniu stóp w wodach potoku poszliśmy dalej. Dość szybko się zatrzymaliśmy, ponieważ przed skrzyżowaniem szlaku na Zawrat zauważyliśmy żywo zielone mchy, a na nim rośliny przypominające bawełnę. Przyglądaliśmy się temu miejscu, ponieważ wyglądało jak lokalna oaza zieleni. Na tym odcinku Tomek kusił i namawiał, żeby jeszcze pójść na Kozi Wierch. Ja obowiązkowo zgłosiłem się, chociażby dla wejścia kondycyjnego. Robert długo się zastanawiał, ale ostatecznie przy skrzyżowaniu zrezygnował. Policzyliśmy pozostały czas, który potrzebowaliśmy na wejście, zejście i powrót Doliną Roztoki. Stwierdziliśmy, że go nam zabraknie. Musielibyśmy iść bardzo żwawym i szybkim tempem. Poszliśmy zatem w stronę schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Teraz odczuliśmy, jak trudno poruszać się po szlakach, ponieważ zgromadziły się tłumy. Nie martwiliśmy się tym, bo weszliśmy na szczyt w zupełnej ciszy i cieszyliśmy się bardzo długo pięknymi widokami, oraz w drodze do Wielkiego Stawu mieliśmy okazję podziwiać przyrodę górską w spokoju. Teraz przeciskaliśmy się w kosodrzewinie wśród ludzi. Rzeczywiście zrobiło się tłoczno. Na około 10min przed budynkiem schroniska zauważyliśmy skały w stawie, na których rozsiadły się dziewczyny, jak gdyby były na plaży. Kiedy robiłem zdjęcia gór i otoczeniu pewnej chaty, którą widziałem po lewej stronie, przysłuchiwałem się ciekawemu dialogowi, który prowadziły dwie kobiety:

- Ewka nie wchodź tam!

- czemu nie? – przecież ten domek jest otwarty,

- Ewka ja ci mówię nie wchodź tam!

- ale to są góry, tutaj wolno wchodzić, tak jest w górach,

- Ewka nie wchodź tam!

- to są góry, a w górach można wchodzić do domków,

- Ewka tak nie jest w Polsce, tu ktoś strzeże tego domu, Ewka nie wchodź tam!

Ta rozmowa ciągnęła się znacznie dłużej, ale zatrzymałem się właśnie tu, ponieważ podziwiałem całe mnóstwo kwiatów, przepiękną scenerię wokoło chaty, niezwykłą rozmowę oraz góry w oddali. Obie moje grupy zdążyły już prawie dojść do schroniska. Przed budynkiem zgromadziły się wielkie tłumy, a ja dołączyłem do wszystkich. Opowiedziałem im o rozmowie, którą pod chatą usłyszałem. Wewnątrz zamówiliśmy oscypki z żurawiną. Bardzo smakowały, dlatego ten zapach i smak zaczął nam się kojarzyć z tym miejscem i wspaniałymi górami. Po przerwie w schronisku wyszliśmy na zewnątrz, gdzie każdy z nas położył się na dostępnym małym kawałku trawy. Ja, starym zwyczajem, zasnąłem najszybciej. Wypoczynek w takim miejscu bardzo radował i pozwalał się wyciszyć. Dodatkowo słońce grzało dzisiejszego dnia. Czekał nas jeszcze powrót osławioną Doliną Roztoki. A z czego tak zasłynęła? Z kamienistego i długiego zejścia, które się niestety ciągnie. Najpierw jednak trzeba było zejść do tej doliny stromymi trawersami wśród wielkich tłumów, gdzie ruch co chwilę spowalniał. Pomimo tych „atrakcji” szlak mi się nie dłużył, ponieważ tuż za schroniskiem podziwiałem piękne białe kwiaty przypominające skalniaki, a dalej przyglądałem się zielonym terenom i jarzębinom. W miejscu, gdzie szlak krzyżował się ze ścieżką na Siklawę szliśmy w zalesionym, nieznacznie pochylonym terenie. Monia zachwycała się starymi drzewami i naturalnym lasem, gdzie gałęzie świerków pokrywały zielone porosty. Rozmawiając na przemian z Monią, Iloną i Tomkiem dostrzegliśmy jak szybko pokonaliśmy całą trasę prowadzącą Doliną Roztoki.

Przystanęliśmy jeszcze na chwilę przy Wodogrzmotach Mickiewicza, które niezmiennie nazywam ‘Oczogrzmotne Wodogrzmoty’, gdzie Brygida komentowała zachłannych górali zajmujących się powożeniem. Brygida działa aktywnie na rzecz usunięcia tego rodzaju transportu w Tatrach, dlatego ten widok szczególnie w niej wywoływał największe emocje. Trudno było się nie zgodzić z argumentami za usunięciem powożenia, bo rokrocznie słyszeliśmy o koniu lub koniach, które z wycieńczenia zdychały na tej trasie. Zostało nam jeszcze około 40min drogi do parkingu, ale i tu prowadziliśmy rozmowy, dzięki którym droga nie była uciążliwa. Przyglądaliśmy się niektórym nieprzygotowanym turystom i matkom z ich płaczącymi i narzekającymi dziećmi. Na parkingu Tomek jeszcze wyjął czerwoną Soplicę i poczęstował chętnych na zakończenie. Cieszyliśmy się, że mogliśmy się poznać, ponieważ w pracy nieraz ekipa Roberta słyszała o mojej grupie, z którą regularnie chodzę w góry. W grupie Roberta każdy był ciekawy mojej żony, bo nikt wcześniej w pracy nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek się ożenię z powodu trybu mojego życia. Po prostu utarło się już takie mocne przekonanie, że ja nie mogę mieć żony. Tym bardziej, teraz mogli zobaczyć, że to jest prawda i że ślub, na który ich zapraszałem odbył się naprawdę…

                                 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza