piątek, 4 marca 2016

Pieniny 2015 - 1.11.2015 - szósty rok polowań na "morza chmur".

 

Jak to na co dzień bywa, przeglądałem naukową prognozę pogody dotyczącą rejonu Pienin. W okresie końca października i początku listopada występują tam zjawiskowe morza chmur, na które co roku „poluję”. Jako, że wrzesień i październik wyjątkowo nie dopisały tego roku, ponieważ były szare, chłodne i bez słońca, to przynajmniej teraz, na początku listopada, chciałem skorzystać z okazji i zobaczyć ile pozostało z tego pięknego widoku, który najlepszy jest w dniach 13-20 października. Wtedy to liście przyjmują największą głębię kolorów. Miałem nadzieję, że chociaż ich już nie będzie, to przynajmniej zobaczę przepiękne morza chmur. Prognoza zapowiadała bardzo gęste morza chmur – praktycznie wszędzie. Stąd w sobotę 31 października Monia – moja żona – zaproponowała Pieniny, choć ja tak szczerze o tym nie myślałem – dla mnie było już za późno. Mimo wszystko podchwyciłem bardzo szybko temat i zacząłem analizować prognozę oraz widoki z kamer dookoła. Wiedziałem, że morze mgieł będzie. Postanowiliśmy, że pojedziemy. Jeszcze tylko telefon do Ilony i Daniela i już w dziesięć minut zebraliśmy komplet chętnych do jednego samochodu. Pierwszy listopada to okres świąteczny, toteż mieliśmy obawy, jaki będzie powrót, ale zdecydowaliśmy się pojechać.

Wyjechaliśmy o godzinie 23.55 spod naszego bloku. Obowiązkowo odwiedziliśmy stację benzynową w Nowym Targu w pobliżu Rdzawki, gdzie zawsze robimy postój. Już teraz widzieliśmy, że mamy dużo czasu i trudno będzie się spóźnić. Martwił nas tylko jeden fakt, że od Katowic do Balic na drogach utrzymywały się bardzo gęste mgły, a teraz znikły, jakby ręką odjął… Zastanawialiśmy się, gdzie są te mgły, ponieważ byliśmy już blisko naszego miejsca… Mieliśmy nadzieję, że jeszcze zdążą się szybko utworzyć. Jadąc w kierunku Krościenka nad Dunajcem, nadal ich nie widzieliśmy… W Krościenku, na głównym parkingu przy Urzędzie Gminy byliśmy po godzinie 2.40. Wyjście zaplanowaliśmy na godzinę 3.30, żeby na spokojnie pójść na wschód słońca oglądany z Trzech Koron. To nie wschód słońca był główną atrakcją, ale pora, w której powstają nasze tak bardzo wyczekiwane morza chmur. Oświetlane wczesno porannymi promieniami słońca tworzą niezwykłe widowisko. Tym bardziej – patrząc na czerwieniejące szczyty Tatr, widok staje się jeszcze bardziej niezwykły.

Z parkingu wyruszyliśmy o godzinie 3.38, a drogowskaz mówił o 2h 15min potrzebnych na wejście na szczyt Trzech Koron idąc żółtym szlakiem. To oznaczało, że przed godziną szóstą powinniśmy być już u góry. Od samego początku wydawało mi się, że szlak jest jakiś krótszy, ponieważ tak szybko mi mijały kolejne jego etapy. Nawet znane strome podejście z Krościenka jakoś tak szybko się skończyło… Tylko chwila, a już byliśmy pod tablicą informującą o wejściu do Pienińskiego Parku Narodowego. Monice dłużył się ten szlak, a Ilonie brakowało tchu na stromym podejściu. Daniel szedł miarowo i szybko. Ja szedłem z tyłu z bardzo mocną latarką, którą oświetlałem Ilonie i Monice drogę. Mi się nie spieszyło, bo widziałem ile mamy czasu. Monia wspominała wielki księżyc w pełni, który mieliśmy poprzedniego roku w Pieninach podczas „polowania” na morza chmur. Ja tymczasem przeglądałem okolicę, jak tylko znalazłem szczelinę pomiędzy drzewami. Szukałem oczywiście mgieł… Martwiłem się, bo nie widziałem żadnej… No cóż… Pomyślałem, że nic  z tego nie będzie i moje powiedzenie: „w listopadzie się nie jeździ w góry” nabierze jeszcze większej wartości… Pokonując kolejne etapy wypatrywaliśmy Przełęczy Szopka zwanej Przełęczą Chwała Bogu, a to ze względu na dawniejszych ludzi, którzy pokonywali te stromizny ze Sromowców Niżnych do Krościenka, którzy dziękowali Bogu, że już się skończyły, bo to jest najwyższy punkt na tym odcinku. Później jest już tylko „z górki”.

Na przełęczy byliśmy jeszcze w porze nocnej. Jedynie połówka księżyca rozświetlała dość mocno szlaki. Przystanęliśmy tutaj na chwilę wpatrując się w światła okolicznych wiosek pod Tatrami na Słowacji. Dopiero w tym miejscu tchnęła w nas nadzieja. Widzieliśmy słabe morza chmur, ale najważniejsze, że były… Miałem nadzieję, że jeszcze zdążą urosnąć i stworzyć dobre widowisko. Po krótkim odpoczynku poszliśmy w okolice podszczytowe. To właśnie na odcinku stromych schodów Ilona wspomniała sobie, że zostawiła portfel i dokumenty na tylnej kanapie samochodu. Już nie było odwrotu – szliśmy dalej. Z drugiej strony mówiliśmy jej, że Krościenko to mała mieścina, że nie ma tam tyle ludzi, żeby coś się działo. Nie dawało jej to przez długi czas spokoju, ale szliśmy do przodu, do góry. Ilona odstawała od grupy, bo brakowało jej tchu na stromych podejściach. Mimo wszystko nie spieszyliśmy się, bo widzieliśmy ile mamy czasu do wschodu słońca. Doszliśmy do drewnianego szałasu w okolicach podszczytowych, skąd na główny wierzchołek jest około 5min drogi. W nim zawsze przeczekujemy czas, który pozostał do wschodu słońca. Teraz mieliśmy 1h 20min wolnego czasu. Niebo zaczęło gdzieś w oddali nieznacznie się rozjaśniać. Daniel po krótszej chwili poszedł już na sam szczyt. Ja postanowiłem, że wyjdziemy o godzinie 6.10, ponieważ wschód miał być o 6.25. Wcześniej aparaty miałyby trudności z wykonaniem dobrego zdjęcia ze względu na to, że robiliśmy je „z ręki”. Po drugie przed wschodem słońca tam – w dole – wszystko jest jeszcze bez pięknych kolorów. W szałasie najedliśmy się i kobiety rozgrzały się herbatą z termosów. Ja standardowo piłem wszystko zimne.

Po godzinie 6.05 wyszliśmy na sam szczyt Trzech Koron. Przeszliśmy jeszcze krótką polankę, za którą znajduje się drewniana budka, gdzie w sezonie pobierane są opłaty za wejście na platformę. Teraz oczywiście nikogo nie było. Tuż za nią znajdują się metalowe schody prowadzące na sam szczyt. Wchodząc do góry zauważyliśmy, że… są morza chmur! W dole zalegały bardzo gęste chmury wypełniające dolinę. Bardzo się ucieszyłem. Widok fioletowiejących chmur od różowego i fioletowego nieba bardzo cieszył! Tym bardziej pospieszyliśmy na górę. Dołączyliśmy do Daniela. Wszyscy chwyciliśmy za aparaty, ponieważ widok był nieprzeciętny! Trzy Korony o tej porze roku prezentują się fenomenalnie! Już za chwilę najwyższe szczyty Tatr rozświetlało czerwone słońce, a chmury zaczęły przybierać fioletowych i różowawych kolorów, szybko przechodzących w pomarańczowy. Ku mojemu zaskoczeniu góry obfitowały w kolory! Drzewa nie zrzuciły wszystkich liści i podkreślały dzięki temu piękno tego rejonu. Wśród zielonych świerków, jakby porozrzucane żółte i czerwone drzewa tworzyły piękną mozaikę. Jak co roku najpiękniejsza jest Nowa Góra mająca 808 m n.p.m. To właśnie tam można podziwiać największą ilość kolorów. Wszyscy robiliśmy zdjęcia tego przepięknego widoku, gdzie chmury jakby zalewały dolinę i oparły się jedynie na górach. Z każdą chwilą widok zmieniał się. Kolory nabierały ciepła, a Tatry coraz bardziej oświetlało słońce. Przypomniał mi się widok z różnych wypraw na K2 spod Kathmandu. Hawrań i Murań widziany z tej perspektywy przypominał mi któryś fragment tamtych gór. Najbardziej jednak podobało mi się, jak chmury stykały się z górami. Właśnie te miejsca są najpiękniejsze. Na platformie widokowej było nas dziesięć osób. Ciągle myślałem o tym, jak zejść na niższą skałę, widoczną ze szczytu, z której widok byłby jeszcze piękniejszy – bo zupełnie dziki. Tam nie ma szlaku, ani ścieżki. Wszystko zarosły cierniste krzewy. Od sześciu lat ta skała nie dawała mi spokoju. Ciągle szukałem drogi wejściowej... Nawet opowiedziałem dwóm dziewczynom, które były na szczycie, o tym miejscu, że jakoś tam można wejść. Rozglądałem się poniżej, czy czasem nie widać jakiejś ścieżki.

Po dłuższej chwili, gdy nacieszyliśmy się widokiem, a minęła już ponad godzina, powiedziałem, że idę na chwilę na dół. Poszedłem do drewnianej budki, skąd zacząłem poszukiwać przejścia na tą skałę. Z początku w liściach widziałem ścieżkę, ale później szybko zanikła. Postanowiłem, że cały czas będę trzymał się ogromnej ściany skalnej. Ta zaprowadziła mnie wśród bardzo gęstych zarośli do stromego podejścia trawą, wzdłuż niej. Kiedy zauważyłem to podejście powiedziałem sobie, że teraz znajdę przejście, bo nigdy wcześniej tu nie dotarłem. Za zakrętem, gdzie trzeba było przejść trawiastą, krótką półką o szerokości 30cm przeszedłem na drugą stronę. Tam zauważyłem moją skałkę, gdzie chciałem przez tyle lat wejść. Droga za zakrętem okazała się być cierniami usłana – dosłownie. Przedzierałem się przez kolczaste krzaki, gdzie w końcu dotarłem na malutką polankę trawiastą na szczycie tej skały. Daniel i Monia zrobili mi zdjęcia, żeby pokazać, o które miejsce chodzi i pokazać ogrom przestrzeni. Właśnie tutaj mogliśmy zobaczyć, jaki człowiek jest malutki w obliczu gór… Stąd widziałem, że prawie wszyscy, co byli na szczycie zeszli już. Widziałem tylko cztery osoby – Daniela, Monię, Ilonę i jakiegoś chłopaka w niebieskiej kurtce.

Widok ze skałki dla mnie był niezwykły. Na wschodzie widziałem ogromną trójkątną ścianę skalną, którą widać na wszystkich widokówkach z Pienin. W dole miejsce styku chmur i lasów przypominało ogromne i piękne lasy deszczowe. Czułem się tam, jak gdybym był w sercu tych lasów… Na zachodzie Nowa Góra pokrywała się z dalszymi wierzchołkami i chmury „kotłowały się” pod Babią Górą, a na południu widoku nie przysłaniało już nic. To miejsce jest zupełnie dzikie, dlatego czułem się tutaj zupełnie inaczej, niż na szczycie Trzech Koron. Po dłuższej serii zdjęć wróciłem tą samą drogą przeciskając się przez cierniste krzewy. Metalowymi schodami doszedłem na szczyt Trzech Koron, gdzie wszyscy razem podziwialiśmy wspaniałe widoki. Jeszcze nie wszystko zobaczyliśmy. Ponieważ ponad dwie godziny po wschodzie słońca, promienie oświetlają fragment bukowego lasu w kierunku północnego-zachodu. Tamto miejsce co roku jest niezwykłe ze względu na barwy. Drzewa wyglądają, jakby płonęły. Daniel pytał się jeszcze jak dojść na skałę, bo i on znał ten temat. Po blisko trzech godzinach spędzonych na szczycie, gdzie wszyscy inni już dawno się z nami pożegnali, postanowiliśmy zejść z góry. Na szczycie spotkaliśmy jeszcze pewnego rozmownego mężczyznę, który przyszedł „na szybko”, żeby podziwiać te same zjawiska, co my, jednak on na wierzchołku stanął dopiero po godzinie 8.50. Szkoda, bo najpiękniejsze widoki minęły już, choć te, również zachwycały. Opowiadał nam o dzisiejszym morzu chmur, które powstało w ciągu jednej godziny i codziennie widział, jak powstaje, ponieważ z żoną i dzieckiem przyjechali do Sromowców Niżnych na urlop. Dzisiaj wyszedł w góry po raz pierwszy.

Kiedy on zszedł ze szczytu, postanowiliśmy, że kobiety pójdą na polankę oświetloną słońcem, a ja i Daniel pójdziemy na skałkę, bo i on chciał tam być. Poszedłem drugi raz. Droga wydawała się teraz krótsza i bez większych trudności. Obowiązkowo zrobiliśmy sesję zdjęciową na wspaniale wyglądające Tatry z tej perspektywy. Dodatkowo zwróciliśmy uwagę na trójkątną ścianę skalną, bo tuż za nią w oddali majaczyła Sokolica. Ta perspektywa jest niecodzienna, bo nie można jej zobaczyć na widokówkach, ani na zdjęciach turystów odwiedzających ten rejon – stąd można powiedzieć, że widok jest wyjątkowy. Po dłuższej chwili wróciliśmy tą samą i zresztą jedyną drogą. Dołączyliśmy do Moni i Ilony, gdzie pakowaliśmy się tak, żeby zejść już na dół – do Krościenka. Mi marzyło się zejście do Sromowców Niżnych i przejście szlakiem przez Czerwony Klasztor, ale tyle czasu nie mieliśmy. To miejsce zawsze kojarzyło mi się z dwustu sześcioma owcami, które widać ze szczytu Trzech Koron, gdy morza chmur ustępują. Nie zobaczyłem ich tym razem, bo chmury nadal utrzymywały się w zwartej formie. Za to ujrzeliśmy wszyscy przepięknie połyskujący Dunajec wśród gór wyłaniający się zza chmur. Widok należał do jednych z niezwykłych i niecodziennych!

Schodząc cieszyliśmy się jeszcze ostatnimi dniami pięknej, kolorowej jesieni. Chociaż drzewa zrzuciły większość liści, to nadal góry obfitowały w kolory. Z Przełęczy Chwała Bogu podziwialiśmy przepiękny widok na Tatry. Zawsze tutaj się zatrzymujemy, ponieważ czerwone buki na tle Tatr wyglądają tutaj niesamowicie. Dalej schodziliśmy spokojnym i równym krokiem podziwiając kolory liści i błękit nieba. Dopiero teraz turyści wychodzili na szlak. I chociaż mieli wspaniałą pogodę, to najpiękniejsze widoki tego dnia zobaczyło tylko kilka osób, ponieważ zanim oni weszli na szczyt chmury w dolinach już ustąpiły… Źródełko, które mijaliśmy przy szlaku nadal obfitowało w wodę, ale trawy i drewniany mostek dookoła pokrył szron. Poniżej nie spotkaliśmy sędziwej kobiety, która od ponad sześćdziesięciu lat sprzedaje tutaj pod lasem naturalne wyroby jak: bundz, bryndza, sery i nitki serowe. Kiedyś czytaliśmy o niej w czasopiśmie „n.p.m.”. Do Krościenka dotarliśmy dość szybko pełni wrażeń z wypadu. Mieliśmy już odjeżdżać i nawet Daniel wyjechał już kilka metrów z parkingu, gdy nagle w aucie ktoś powiedział: „Ty! Lody są…”. Daniel szybko z powrotem zaparkował i wyszliśmy po lody. Dziwiliśmy się, ze pierwszego listopada, gdy już zima za pasem, ktoś sprzedaje własnej roboty lody… ważone na wadze, a nie na gałki. Lody były bardzo dobre i zdecydowanie je polecamy w centrum Krościenka przy głównym parkingu. Obowiązkowo zrobiliśmy sobie zdjęcie z nimi, bo do upałów było daleko... Starszy pan, który je sprzedawał miał wzięcie na nie, ponieważ to był chyba jedyny otwarty sklep, a każdy turysta, który tędy przechodził musiał się tutaj zatrzymać i posmakować tych pyszności. Droga do domu o dziwo nie sprawiała żadnych problemów, ponieważ nigdzie nie trafiliśmy na korki ani na zwiększone natężenie ruchu. Drogi jakby opustoszały, a wróciliśmy do naszych domów szybko, bo około godziny szesnastej.

                          

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza