sobota, 5 marca 2016

Elbrus 5642 m n.p.m. - Rosja

 Elbrus pozwolenie  Elbrus relacja

ELBRUS - SPOTKANIE EKIPY, DOJAZD I FORMALNOŚCI
Przygoda gruzińska skończyła się. Teraz przyszedł czas na Elbrus – górę moich marzeń od dwóch lat. Co roku przekładałem wyjazd ze względu na formalności, które trzeba załatwić w Rosji oraz ze względu na sytuację polityczną. Przyznam, że miałem wielkie obawy o to, jak przyjmie mnie Rosja, oraz ile problemów stworzy ich często skorumpowana, machina biurokratyczna. Czasem myślałem, że nawet w ogóle tam nie dojadę... Z lotniska Tbilisi poleciałem do Warszawy, gdzie miał na mnie poczekać Bartek – nasz komandier, czyli dowódca wyprawy. Przygotowałem się maksymalnie do wejścia na Kazbek, a o Elbrusie dosłownie nic nie przeczytałem. Liczyłem na wiedzę Bartka i jego opracowanie trasy. Pamiętam, że jakieś dwa lata temu zgromadziłem trochę informacji o Elbrusie. To, co wówczas przeczytałem miałem w pamięci, ale mimo wszystko, wolałem polegać na kimś, kto bardzo dobrze opracował wyjazd. Samolot miał wylądować o 6.25 rano w Warszawie, ale lot opóźniono o około pół godziny. Każda minuta spóźnienia była mi na rękę, ponieważ do Moskwy mieliśmy polecieć o godzinie 12.40. Po zjedzeniu posiłku na polskim lotnisku, udałem się na terminal. Tam spotkałem Bartka, który przedstawił się przez telefon, jako ktoś z dużym plecakiem w zielonych spodniach i żółtej koszulce, siedzący pod słupem z oznaczeniem terminala D. Odnaleźliśmy się bardzo szybko i zaczęliśmy wymieniać uwagi oraz spostrzeżenia dotyczące naszego wyjazdu. W trakcie rozmowy również było widać obawy Bartka w kwestii rosyjskiej machiny biurokratycznej, podejścia Rosjan do Polaków oraz samego transferu na lotniskach. Nawet na swój plecak nakleił irlandzką flagę, żeby bagaż nie wyglądał na pochodzący z polski. Mimo wszystko postanowiliśmy spróbować. Bartek przygotował duży zwój czarnej folii do pakowania, którą owinęliśmy nasze plecaki. Nie chcieliśmy płacić 50zł na lotnisku za tę samą usługę. Folii mieliśmy tak dużo, że cała nasza ekipa owinęła sprzęt, grupa siedząca obok nas, licząca około 10 osób, oraz dwie kobiety siedzące obok, lecące do Londynu. Wszyscy zaoszczędziliśmy i dzięki jednej folii złapaliśmy nowe znajomości oraz mogliśmy posłuchać ciekawych rozmów o wyprawach. Dziesięcioosobowa grupa okazała się również zbiorowiskiem przypadkowo poznanych ludzi w Internecie, którzy mieli wspólny cel. Tak samo, jak my – byli dobrze zorganizowali i współpracowali z organizatorem. Dwie kobiety po 50-tce, siedzące obok nas, okazały się osobami z lwowskim akcentem, które najprawdopodobniej leciały pierwszy raz samolotem. Nie znały przepisów bagażowych, nie wiedziały, jak posługiwać się tablicą informacyjną oraz, co oznaczają typowo lotniskowe słowa takie, jak: check-in, boarding, gate, domestic. Z nimi również wymieniłem wiele zdań, wyjaśniając im, jak należy poruszać się po lotniskach, czego szukać i przybliżyłem nieco przepisy bagażowo-lotniskowe: czyli, co wolno przewozić i w którym bagażu, w celu uniknięcia problemów. Po objaśnieniu kilku kwestii, zorientowały się, że ich bagaże są nieprzepisowe ze względu na ostre narzędzia, kanapki, owoce oraz wodę mineralną w torbie, którą chciały wnieść na pokład. Na szczęście zrobiły szybkie przegrupowanie rzeczy i za kilkanaście minut miały już wszystko dostosowane do wymagającego prawa. Jako, że nie chciały wyrzucać owoców i kanapek, jedna z kobiet rozdała je pomiędzy mnie, a drugą kobietę. Po Kazbeku, gdzie schudłem 7kg, zastrzyk witamin oraz cokolwiek innego niż suchy prowiant, z pewnością się przydało. Podziękowałem jej za dobre jedzenie i jeszcze do godziny 11.30 siedzieliśmy razem. Rozmawialiśmy na temat wypraw w wyższe góry – jak się organizuje taki wyjazd, co trzeba zabrać ze sobą, oraz jak należy się przygotować. Kobiety były ciekawe, ponieważ nie mieliśmy żadnego sponsora, a wyjazd zorganizowaliśmy z własnych pieniędzy. Miały trochę inne wyobrażenie na ten temat...

Na Elbrus miało polecieć sześć osób, włącznie ze z mną, ale Błażej – jeden z zadeklarowanych – nie zjawił się na lotnisku z powodu problemów z kolanem. Pozostało nas pięcioro: Bartek, ja, Darek, Wojtek i drugi Michał. Mimo wszystko, nie mogliśmy się spotkać wszyscy razem, ponieważ każdy z nas wykupił inne bilety w różnym czasie i każdy z nas miał inną trasę lotu. Zadziwiające było to, ile mieliśmy możliwości wyboru lotów do Mineralnych Wód – bo tam musieliśmy się wszyscy spotkać. Ja i Darek mieliśmy najdziwniejszą trasę lotu, ponieważ Darek leciał przez Wiedeń do Moskwy, a ja z Tbilisi do Warszawy, z Warszawy do Moskwy i z Moskwy do Mineralnych Wód… Do wyboru miałem znacznie krótszą trasę, ale Droga Wojenna z Armenii do Rosji została dwukrotnie zalana błotnymi lawinami w ciągu dwóch miesięcy. W Stepancminda można załatwić nielegalny transfer do Rosji w centrum tej miejscowości, albo skorzystać z usług agencji turystycznej, mającej siedzibę w tym samym miejscu. Wiedziałem, że cały dzień spędzę w samolotach. Przynajmniej naoglądałem się pięknych widoków z góry. Każdy z nas podróżował na własną rękę, ponieważ loty wyznaczono o różnych godzinach. Samoloty na mojej trasie wylatywały punktualnie do momentu przybycia do Moskwy. Zaskoczył mnie ogrom lotniska Moskwa Shermetievo, które okazało się być potężną, trzypiętrową budowlą, złożoną z sześciu terminali. Przez około pięć minut przyglądałem się różnym tablicom, aby w umyśle nakreślić jakiś plan poruszania się po lotnisku. Najniższe piętro przeznaczono dla przylatujących, drugie stanowiło wielkie zaplecze dla podróżujących, takie jak: ubikacja, pokój matki z dzieckiem, windy, schody na poszczególne piętra, sklepy, itp., a trzecie przygotowano dla odlatujących do kraju i za granicę. Bardzo ciekawe okazało się przejście łukiem, który pomału rozdzielał się na dwie części – jeden z nich prowadził do połączeń międzynarodowych, a drugi do wyjścia na miasto. Dodatkowo swoim rozmiarem zadziwiała wielka kopuła w dziale kontroli paszportowej. Właśnie w tej części miałem najwięcej obaw. Ciągle myślałem, jak wypiszę migracjonkę oraz jakie problemy stworzą mi pogranicznicy z wizą lub innymi dokumentami. Gruziński strażnik w Tbilisi wbił pieczątkę, dokładnie na drugiej stronie wizy rosyjskiej. Po chwili moje wątpliwości zostały rozwiane. Przy okienku miła pani wzięła mój paszport, zeskanowała co trzeba i za pomocą jakiegoś automatycznego systemu, wydała mi dosłownie od ręki migracjonkę wypisaną drukiem. Była też pieczątka z datą wjazdu do Rosji. Wszystko poszło gładko! Teraz legalnie przebywałem na terenie Rosji. Bartek, który miał obawy o stosunek Rosjan do Polaków, również nakreślił w moim umyśle podobny obraz. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, ponieważ Rosjanie byli bardzo pozytywnie nastawieni do nas. Z chęcią pomagali i rozmawiali na temat takich wypraw, jak nasza. Do odlotu do Mineralnych Wód pozostało mi jeszcze osiem godzin, dlatego nie spieszyłem się z niczym. Reszta ekipy wiedziała, że samolot ma wylądować o 21.50 w Mineralnych Wodach. Jak się okazało – mój lot przeniesiono z bramki nr 11 do nr 3, gdzie musieliśmy przejść dość spory kawałek, a za chwilę przeczytałem informację o opóźnieniu samolotu o 1h 20min. Spóźnienie na tym etapie, w drodze do Terskol, było dla mnie najmniej oczekiwanym wydarzeniem, ponieważ mieliśmy umówionego taksówkarza na konkretną godzinę. Na szczęście Bartek innym lotem doleciał na czas, przez co mógł poinformować kierowcę o opóźnieniu mojego lotu.

Z lotniska w Mineralnych Wodach wybiegliśmy w stronę taksówki. Wynajęty samochód okazał się być mocno zdezelowanym vanem. Najważniejsze, że jeździł i mieliśmy mnóstwo miejsca na plecaki. W końcu przyjechaliśmy do Rosji. Tu wszystko może się wydarzyć. W drodze do Terskol mieliśmy trzy kontrole policyjne, ale nigdzie nie wymagali łapówek. Nie wiem dlaczego, ale cały czas myślałem, że wynajętą taksówką Bartek zaplanował 6,5km przejazd do hotelu w Mineralnych Wodach. Po dłuższym czasie zastanawiałem się, ponieważ podobna odległość została już dawno pokonana, a ciągle byliśmy w drodze. Szybko zaczęliśmy się śmiać z 6,5km, które trwały bez końca. Dodatkową atrakcją była piosenka „Biełyje Rozy” po rosyjsku, na dźwięk, której kierowca pogłośnił radio. Już na początku cieszyliśmy się z klimatu, w jakim przyszło nam spędzić drogę do Terskol. Wspomniana piosenka stała się hitem i odtąd wspominaliśmy ją na każdym etapie naszej wyprawy… Jechaliśmy około dwie i pół godziny - od 23.30 do 2.00 w nocy. Na początku kierowca był trochę zły, ponieważ miał nieplanowane opóźnienie, ale kiedy zapłaciliśmy mu za przejazd, od razu jego mina się zmieniła. Za wszystko chciał 3500 rubli, co dla nas było bardzo dobrą ceną. Koszta rozdzieliliśmy na pięć osób – po 700 rubli. Zapłaciliśmy więc za kurs na odcinku 180km po 70zł za osobę. Przyjechaliśmy na miejsce w środku nocy. Opłaciliśmy nasz pobyt w hotelu. Obiekt wyglądał bardzo schludnie i przyjemnie. Kobieta wzięła od nas również po 700 rubli za noc. Dodatkowo umówiliśmy się z kierowcą na kurs z Terskol do Mineralnych Wód w drodze powrotnej. Ucieszył się, ponieważ dla niego oznaczał kolejny zarobek. Wyznaczyliśmy godzinę 14.00 za dziewięć dni. Właścicielka pokazała nam, gdzie mamy pokoje i kuchnię. Zamówiliśmy śniadanie na godzinę 9.00 rano, abyśmy mieli jeszcze czas wyspać się. Łóżka były wygodne, co pozwalało szybko usnąć.

 
Nasza "rosyjska" taksówka - bez obić i pas bezpieczeństwa zapinany na drut... "Biełyje rozy" grały z rozklekotanego radia...


W Terskol


W hotelu

Wstaliśmy o wyznaczonej godzinie i zeszliśmy na śniadanie. W kuchni otrzymaliśmy słodki chleb w postaci precelków, herbatę oraz kaszę przyrządzoną na słodko. Przed wyjściem w góry, taka ilość kalorii przydała się każdemu. Śniadanie mi smakowało, ale chleb musieliśmy mocno gryźć. Zapłaciliśmy za nie po 200 rubli. Zapytaliśmy o OVIR. Jako, że przyjechaliśmy w niedzielę, nie mieliśmy możliwości załatwienia tej formalności. Bartek powiedział, że ma złe wieści dla nas. Szybko jednak zaproponowałem wyjście na Elbrus, ponieważ jeden papier nie może nas wstrzymywać. Przepisy pozwalają przecież na przebywanie na terenie Rosji bez OVIR-u aż 7 dni roboczych i dwa świąteczne. Po przybliżeniu przepisów postanowiliśmy jednogłośnie, ze idziemy na Elbrus, a formalności załatwimy po powrocie. Mieliśmy aż dziewięć dni na wejście i zejście z góry. To bardzo długi czas. Wszyscy chcieli pójść i zmierzyć się z olbrzymem, na którego tak czekaliśmy. Niebo pokrywało się chmurami, ale nadal świeciło sł,ońce. Postanowiliśmy, że dzisiaj, o porannej porze, wyruszymy w stronę Azau i podejdziemy w kierunku stacji Mir tyle, ile się uda. W Terskol odszukaliśmy sklep spożywczy i sklep sportowy. Michał koniecznie chciał wypożyczyć czekan. We wiosce znajduje się bardzo dobra wypożyczalnia sprzętu, gdzie można nawet dostać górskie buty o różnych rozmiarach. Jedyny warunek przy wypożyczaniu sprzętu, to pozostawienie jakiegoś dokumentu i opłata za usługę, która według nas była bardzo niska. Michał zapłacił tylko 100 rubli za wypożyczenie czakanu za dzień, co dawało jakieś 9zł. Michał wziął ze sobą tylko paszport, dlatego pozostawiliśmy mój dowód osobisty. Poniżej weszliśmy do sklepu sportowego, gdzie kupiliśmy gaz MSR z nakręcanym gwintem do naszych kuchenek. Wzięliśmy trzy kartusze po 225g każdy. Wyliczyliśmy, że na tydzień powinny wystarczyć. Wspomniałem jeszcze Bartkowi o obowiązkowym zarejestrowaniu grupy w tutejszym GOPR-rze, ponieważ na wysokości „beczek” lub Prijut’a 11, górscy strażnicy mogą nas skontrolować. Czytałem kilka relacji, w których ekipy zostały zawrócone. Miałem obawy, co do samego zarejestrowania, ponieważ w 2008 roku żądano od ekip jakiegoś potwierdzenia przynależności do klubu wysokogórskiego. Na wszelki wypadek wziąłem naszywkę mojego klubu górskiego, który sam założyłem w 2006 roku i działa do dziś. Na miejscu zaspany facet zapytał tylko kto jest komandierem naszej grupy. Wybraliśmy Bartka. Tylko organizator wyprawy podaje swój paszport i facet przygotowuje dokument z pieczątką, który dostajemy wraz z instrukcją. Mamy pozwolenie! Wziąłem ten dokument i przechowywałem go na wypadek deszczu w etui. Zdziwiliśmy się, że załatwianie formalności na każdym etapie przebiega bardzo sprawnie. Mieliśmy zupełnie inny obraz rosyjskiej biurokracji. Nikt nie doczepiał się do niczego. Wypisywali wszystko za ciebie. Dla zainteresowanych: gmach tamtejszego GOPR-u znajduje się po prawej stronie ulicy, patrząc od strony Azau. Jest to trzeci budynek po prawej stronie ulicy, licząc od tablicy z przekreślonym napisem Terskol. Powinniśmy zobaczyć wykafelkowany brązowo-żółty budynek z logiem organizacji zamontowanym nad szklaną ścianą. Wchodząc przez bramę, kierujemy się na prawo i wchodzimy do drugich białych drzwi. Wejść muszą wszyscy. Tuż za drzwiami po prawej stronie widać małe okienko. W nim zgłaszamy naszą ekipę i rejestrujemy wyjście na Elbrus. Okienko jest czynne całą dobę – z tyłu widać łóżko (najwyżej obudzimy faceta). Cieszyliśmy się, że nawet w niedzielę można załatwić pozwolenie. Teraz mogliśmy legalnie wyruszyć na Elbrus. Nie mieliśmy jeszcze OVIR-u, ale brak wspomnianego dokumentu w niczym nam nie przeszkadzał, ponieważ mieliśmy bardzo dużo czasu na jego zdobycie.


Pozwolenie na Elbrus

 
Tu załatwimy pozwolenie

PROWIANT
Teraz pozostało nam wejście do sklepu i przygotowanie zapasów na akcję górską. Kobieta z okolicznego marketu bardzo się ucieszyła, ponieważ każdy z nas płacił od 500 do 1100 rubli. Podstawowym towarem były dla nas czekolady, makaron, chleb, ciastka oraz napoje. Mój prowiant wyglądał tak: 2 paczki makaronu po 500g (nitki), zupy z Knorr’a do zalewania makaronu, 10 czekolad, 3 paczki ciastek (po 300g każda), paczka solonych orzechów ziemnych 400g, bochenek krojonego chleba i napoje (1l i 0,5l). Dwie butelki z pewnością się przydadzą do transportu wody na wyższe wysokości. Po załatwieniu wszystkich formalności, udaliśmy się do hotelu, skąd za chwilę mieliśmy rozpocząć przygodę z Elbrusem. Pozostała tylko kwestia dotarcia do Azau. Postanowiliśmy, że pójdziemy z plecakami główną drogą. Trasa ma długość 3,6km. Mimo wszystko za ciężkie plecaki nie męczyły nas, ponieważ każdy myślał o wielkiej górze. Właśnie o niej ciągle rozmawialiśmy, dzięki czemu, droga do ostatniej wioski upływała bardzo szybko. Na miejscu pojawiła się jeszcze jedna ekipa (z Rosji), która miała podobny cel. Liczyła 12 osób. Zadziwiający był dla mnie fakt, że mieliśmy pełne lato, pełnię sezonu, a w restauracjach i hotelach w ogóle nie przebywali turyści. Wszystko opustoszało. Nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje. Azau wyobrażałem sobie, jak nasze Zakopane – przeciążone, przeludnione i hałaśliwe. Obowiązkowo na okolicznym murku kolejki do stacji Mir musieliśmy zrobić sobie zdjęcie pamiątkowe, jako miejsce, gdzie rozpoczynamy wejście na szczyt. W grę nie wchodził wjazd kolejką, ponieważ uznawaliśmy wejście na szczyt tylko wtedy, gdy w całości pokonamy górę o własnych siłach. W tej kwestii byliśmy jednakowo zgodni.

U STÓP ELBRUSA
Przed nami wyłoniło się strome podejście – szeroka droga, którą wjeżdżały Ułazy z ładunkiem. Pierwsze podejście okazało się męczące, ze względu na ciężar naszych plecaków oraz wulkaniczne skały, które co chwilę wyjeżdżały spod stóp, wzbijając tumany kurzu w powietrze. Szybko traciliśmy równowagę. Nieco ponad 100m dalej, droga zakręcała w lewo, odsłaniając wspaniały widok na okoliczne góry. Dodatkowo zachwycałem się kwiatami, które ozdabiały okolicę. Niestety sypka droga transportowa wydłużała przejście, ale dzięki niej unikaliśmy dużej stromizny. Mimo wszystko, jej nachylenie stawało się dla nas problematyczne, z powodu skał wulkanicznych. Ekipa rosyjska postanowiła iść po linii prostej, nie zaważając na zakręty. Szybko się umęczyła. Wyprzedzaliśmy ją na każdym etapie. Z każdym metrem wysokości pogoda ulegała zmianom. Przybywało coraz więcej mgieł. Teraz staliśmy dokładnie pod linią chmur konwekcyjnych. Po raz ostatni mogliśmy spojrzeć na Azau. Odtąd zagłębialiśmy się już tylko w gęste mgły. W bardzo słabych warunkach podchodziliśmy aż do stacji położonej na wysokości 3000 m n.p.m. Wojtek szedł trochę szybciej, dlatego mijani Rosjanie pytali, czy jeszcze dzisiaj wchodzi na szczyt. Śmialiśmy się z tej sytuacji. Przy stacji, gdzie nawet jest apteka (!), odpoczęliśmy chwilę. Zaczął padać drobny deszcz. Krajobraz pomału się zmieniał. Widzieliśmy pierwsze płaty śniegu oraz zieloną trawę. Mgła pokrzyżowała nam plany, ponieważ od poziomu stacji odbiega wiele dróg transportowych. Nie mogliśmy określić, którą wybrać. Zaczęliśmy nawet schodzić gdzieś za zakrętem, co nie pasowało do naszej wersji prawidłowej trasy na Elbrus. Przede wszystkim nie odpowiadał nam kierunek i fakt, że oddalaliśmy się od głównej linii kolejki. Teraz postanowiliśmy pójść wzdłuż kolejki, bardzo szeroką drogą pod nią. Padał coraz mocniejszy deszcz, a momentami zamieniał się w śnieg. W bardzo szybkim tempie plecaki nabierały wody, przez co większość rzeczy zamokła i nie mogliśmy ich użyć w dalszej części wyprawy. Koniecznie musieliśmy wszystko wysuszyć, gdy tylko pojawi się słońce. Pospiesznie szukaliśmy dogodnego miejsca na trzy namioty, abyśmy mogli uniknąć dalszego moknięcia. Niestety droga prowadziła ciągle stromo do góry. Nawet zaczęły pojawiać się duże płaty śniegu. Odtąd szliśmy w większości w białym puchu. Trafialiśmy na coraz mniej kamieni, gdzie moglibyśmy postawić stabilny krok. Ciągle szedłem w krótkich spodenkach, ponieważ nie chciałem wyciągać kolejnych rzeczy, przeznaczając je na pewne zalanie. Wolałem stracić dwa lub trzy ubrania niż dokładać do nich kolejne. Wszyscy marzyliśmy o rozbitych namiotach, ale nie udawało nam się znaleźć odpowiedniego miejsca, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Po lewej stronie patrzeliśmy już na lodowiec, co świadczyło, że weszliśmy na teren prawdziwej zimy. Dopiero na wysokości 3500 m n.p.m. znaleźliśmy niewielką przełęcz pod środkową stacją kolejki, gdzie trafiliśmy na płaski teren w śniegu, o powierzchni wystarczającej na rozstawienie około pięciu namiotów. Naszą kotlinkę otaczały góry, dzięki czemu nie musieliśmy obawiać się o silne wiatry. Namioty rozbiliśmy w ekspresowym tempie. Tak samo szybko wrzucaliśmy do nich wszystkie rzeczy, aby dalej nie mokły. Mój polar stał się bardzo ciężki i dosłownie mogłem wykręcać z niego wodę. Z powodu chłodu i opadów mokrego śniegu, wyjąłem suchy prowiant i zostawiłem go na zewnątrz. Postanowiłem, że zabiorę go jutro rano, ponieważ teraz ręce stawały się coraz mniej sprawne od zimna. Pomimo, że miałem nałożone dwuwarstwowe rękawiczki, one też przemokły i mogłem wykręcać z nich wodę. Już w ogóle nie utrzymywały ciepła. Marzyłem o dobrym śnie w tych wyjątkowo mokrych warunkach. Co chwilę strzepywaliśmy z namiotów śnieg, pod ciężarem którego ścianki uginały się. Śnieg padał jeszcze blisko trzy godziny. Moje jedzenie już dawno pokrywała 5cm warstwa świeżego białego puchu. W namiocie wszystko mieliśmy wilgotne. Ścianki, śpiwory, plecaki – dosłownie wszystko ociekało… Pocieszaliśmy się jednak tym, że w naszej kotlince nie padał deszcz, przez co nie przyjmowaliśmy kolejnych porcji wody. Śnieg mogliśmy zawsze strzepnąć. Bardzo szybko położyliśmy się spać, rozkładając wszystko w pośpiechu. Każdy chciał znowu poczuć ciepło, jak na początku dnia. W mokrym śpiworze, na szczęście tylko z zewnątrz, szybko udało mi się zagrzać. Ciągle myślałem, gdzie i jak wysuszę całą zawartość plecaka. Miejsce pod namioty okazało się idealne, ponieważ wszyscy mieli bardzo dobry sen, a okoliczne góry powodowały, że wiatry nie miały do nas dostępu.


Strome podejście mamy od samego początku trasy


Początkowy odcinek - u stóp Elbrusa

NA WYSOKOŚCI 3500 m n.p.m., BECZKI, PRIJUT 11, SKAŁY PASTUCHOWA
Wstaliśmy wczesnym porankiem. Przywitał nas widok powalający na kolana! Wszędzie bezchmurne niebo i białe góry dookoła! Widzieliśmy tyle gór w jednym miejscu, podczas gdy wczoraj nie wiedzieliśmy jeszcze, że tak wielkie łańcuchy górskie można podziwiać! Niesamowita panorama wykurzyła z namiotu każdego, kto jeszcze spał. Wszyscy obowiązkowo ją fotografowaliśmy. O dziwo, słońce grzało bardzo mocno, dlatego wyciągnęliśmy całą zawartość plecaków i wystawiliśmy ją na ciepłe, ciemne skały, żeby osuszyć wszystkie rzeczy. W międzyczasie podziwialiśmy wspaniałe góry. Dodatkowo musiałem odkopać prowiant, ponieważ świeża, mokra pokrywa śnieżna, przymarzła do ziemi w nocy. Wszystko, co zostawiłem na zewnątrz, odkopywałem czekanem, rozłupując lód. Wydostałem stamtąd, między innymi, konserwę, na której napisano: „Przechowywać w temperaturze +2°C do +25°C". Szybko dopowiedziałem: "chyba nie udało mi się dotrzymać tych warunków", pokazując ekipie przymarznięty lód do opakowania. Dodałem jeszcze od siebie: „za moich czasów o tej porze było +30°C, a teraz jest -4°C. Czasy się zmieniają na gorsze. Nawet lato – zróbcie coś z tym!”. Żartowaliśmy w ten sposób z warunków, w jakich przyszło nam spać. W cieniu mieliśmy -4°C. Po około dwóch godzinach zaczęliśmy zbierać nasze rzeczy ze skał i składać namioty. Cel na dzisiaj to Prijut 11, a raczej jego wysokość. Zamierzaliśmy spać gdzieś na śniegach w tamtejszej okolicy. Za chwilę pożegnaliśmy się z kotlinką osłoniętą od wiatrów. Michał poszedł jako pierwszy, więc dołączyłem do niego, podczas gdy reszta ekipy jeszcze się pakowała. Bezczynne stanie na mrozie trochę denerwowało, dlatego postanowiliśmy, że poczekamy na nich wyżej. Kiedy dotarłem do środkowej stacji kolejki trawersem, podjechał do mnie skuter śnieżny. Nieznani ludzie proponowali transport w górę, do Prijuta 11. Za podobną usługę życzą sobie 500 rubli. To nie dużo, jeśli ktoś naprawdę nie ma sił. Podejście do Prijuta 11 z poziomu środkowej stacji kolejki jest długie, monotonne i męczące, jeśli mamy za ciężkie plecaki. Jednak my zdecydowaliśmy, że pójdziemy o własnych siłach, bo po to w końcu przyjechaliśmy. Rosyjscy turyści wozili się nawet ratrakami. Pojazdy przerobiono tak, że posiadają nawet specjalny przedział na plecaki "alpinistów". Bardzo modne stało się wjeżdżanie najwyżej, gdzie tylko można i robienie sobie zdjęć na tle Elbrusa. Czasami mieliśmy wrażenie, że spotykamy dwie grupy ludzi: bogaczy, którzy nie chcieli się za nic wysilać i pasjonaci, dla których celem był szczyt Elbrusa. Wiele ekip rosyjskich chcących zdobyć wierzchołek, podjeżdżało do góry, czego nie uważaliśmy za sportowe zachowanie. Dochodziliśmy do górnej stacji kolejki, mieszczącej się na wysokości 3800 m n.p.m. Najbardziej zadziwił nas fakt, gdy pewien Rosjanin zapraszał nas do jakiejś chaty. Nawet na tej wysokości był sklep! W środku, na ścianie, wisiał wielki telewizor i oglądano na nim powtórkę meczu z mistrzostw świata w Brazylii. Cały widok podsumowałem tak: „nigdy bym nie powiedział, że na 3800m oglądnę jakiś mecz”. Na szczęście ceny nie odstraszały, więc tym bardziej zakupiliśmy większą ilość napojów. W środku spotkaliśmy nawet Polaka, który schodził z Elbrusa i jeszcze tego samego dnia chciał przenieść się na stronę gruzińską. Rozbawiliśmy go naszymi opowieściami, gdy usłyszał, jak każdy z nas leciał innym samolotem i przez które miasta… Po dłuższej chwili odpoczynku zaczęliśmy podchodzić ostatnie 400m wysokości do okolic Prijuta 11. Po drodze mijaliśmy słynne beczki pomalowane w barwy narodowe Rosji. Droga składała się z dwóch wypłaszczeń i dwóch stromych podejść. To właśnie one stawały się dla nas męczące z powodu za ciężkich plecaków. Mój ekwipunek ważył dokładnie tyle samo, co przy wejściu na Kazbek. Mimo wszystko nie myślałem o problemie, ale raczej skupiałem się na celu. Widok Elbrusa przyciągał mnie najbardziej. Koniecznie chciałem wejść na jego szczyt.


Nasz nocleg na wysokości 3500 m n.p.m.


Widok z namiotu


Nasza ekipa na wysokości 3500 m n.p.m.


Posiłek na wysokości 3500 m n.p.m.


Słynne beczki na wysokości 3800 m n.p.m.

Pogoda cały czas rozpieszczała, ponieważ mogliśmy cieszyć się fenomenalnymi widokami. Ciemny błękit nieba i białe wierzchołki gór zachęcały do dalszej wędrówki. Nawet wiatr nie przeszkadzał, ponieważ odczuwaliśmy tylko słabe powiewy. Szybko nazwaliśmy je „zefirkami”. Podchodziliśmy około dwie godziny. Przed sobą zobaczyliśmy dwa, słynne rzędy skał. Z niższego poziomu wyglądały, jak wąska ścieżka, a teraz patrzyliśmy na przejście wielkości pasa startowego dla największych samolotów świata. Ogrom przestrzeni może przytłoczyć! Szczyt wydawał się na wyciągnięcie ręki. Chciało się wręcz powiedzieć, że za dwie, trzy godziny wejdziemy na górę. Z innych relacji wiedziałem, że nie wolno ignorować widzianych, ogromnych przestrzeni. Pokonanie odcinka na wierzchołek Elbrusa powinno zająć co najmniej osiem, dziewięć godzin. Czas przejścia zapamiętałem z opowiadań kolegi, który był na szczycie w 2008 roku. Trochę dawno, ale góra przecież się nie zmieniła. Opowiadał wówczas o ogromnych przestrzeniach, które wydają się małe, a jednak trzeba je pokonywać. Niezmienność terenu w czasie długiej wędrówki mocno oddziałuje na psychikę. Nikt z naszej ekipy nie przebywał jeszcze powyżej poziomu 5000 m n.p.m., dlatego postanowiliśmy, że na następny dzień zrobimy wyjście aklimatyzacyjne, a atak szczytowy przełożymy na pojutrze. Podchodząc, wypatrywaliśmy dobrego miejsca na namiot. Wiedzieliśmy, że gdzieś znajdziemy kawałek płaskiego terenu. Szliśmy wzdłuż prawego rzędu skał. Widać tam skupisko żółtych baraków, które są bazą strażników. Na nizinach obawialiśmy się szczegółowej kontroli z ich strony. Mogli wymagać od nas dokumentu poświadczającego zarejestrowanie wyprawy na Elbrus. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że baraki są bazą strażników, dlatego rozbiliśmy się kilka metrów za nimi. Kopaliśmy głębokie doły w śniegu pod namiot. Bartek rozbił się kilka metrów dalej, za skałą, mając chyba najpiękniejszy widok, tuż po otwarciu wejścia do namiotu. Cieszyliśmy się z wybranego miejsca, ponieważ skały częściowo ochraniały nas od wiatru, no i mieliśmy nieprzeciętny widok. Mogliśmy nawet stąd obserwować każdą ekipę wyruszającą na szczyt, lub idącą w celach aklimatyzacyjnych. Dziesiątki osób codziennie podchodziło do góry, żeby przyzwyczajać się do dużych wysokości. Widok na Elbrus nieustanne powalał. Przecinały go tylko pojedyncze chmury, dodające uroku tej górze. Tworzyły, jak gdyby szal okalający oba wierzchołki. Darek i Wojtek spali w namiocie przede mną. Strażnicy z nami rozmawiali i wymieniali uwagi, ale nikt nie kontrolował żadnych dokumentów. Nie pytali się nawet, co tutaj robimy, ale raczej rozmawialiśmy, jakbyśmy spotkali jedną z ekip próbującej swojego wejścia na szczyt. Wodę otrzymywaliśmy z przetopu śniegu. Na wysokości 4300 m n.p.m. nie znajdziemy jej w stanie płynnym, dlatego szybko zużywaliśmy zapasy gazu. Na pięcioosobową ekipę powinniśmy mieć pięć kartuszy, po 225g każdy. Za namiotami mieliśmy duże usypisko kamieni z kilkoma głazami na jego szczycie. Nawet zauważyliśmy jakieś metalowe tablice pamiątkowe. W ich rejonie suszyliśmy wszystko, co nie wyschło w godzinach porannych. Na tutejszych, nagrzanych od słońca, ciemnych skałach wulkanicznych, nawet grube, przemoknięte rękawice wyschły od środka w dwie godziny. Miejsce i aktualna pogoda stały się dla nas zbawienne. W końcu mogliśmy osuszyć śpiwory. Słońce na wysokości powyżej 4000 m n.p.m. parzyło bardzo mocno, stąd nie przejmowaliśmy się, że jakieś ubrania będą nieużyteczne po wczorajszym deszczu. W tym samym miejscu również gotowałem obiady, ponieważ duże głazy skutecznie blokowały dostęp silnym podmuchom wiatru. Darek, Wojtek, Michał i Bartek gotowali przed swoimi namiotami. Oni raczyli się liofilizatami, a ja zwykłym rosyjskim makaronem i zupą z Knorr’a. Posiłek dostarczył mi dużo kalorii. Dzięki mojemu zestawowi, mogłem ustalać sam wielkość porcji i najeść się do syta.


Widoczny mniejszy szczyt w oddali zachęcał do ataku szczytowego


Tu się rozbiliśmy - na wysokości Skał Pastuchowa


Piękny widok z namiotu i widoczne ekipy wyruszające na wyjście aklimatyzacyjne


Nasi sąsiedzi


Baraki strażników, obok których się rozbiliśmy

MÓJ AMBITNY PLAN
Koledzy byli bardzo zmęczeni, dlatego myśleli o odpoczynku. Kiedy przedstawili swój plan wejścia na Elbrus, zapytałem: "jest ktoś chętny na jutrzejszy atak szczytowy?". Zapanowała cisza, ponieważ ewentualne wyjście w góry oznaczało pobudkę o godzinie 23.30. Odezwał się tylko Bartek: „propozycja może jest i dobra, ale zaproponowana w nieodpowiednim momencie. Jak odpocznę, to dam ci znać”. Jako, że nikt z nas nie przebywał na wysokości większej niż 5000 m n.p.m. (na Kazbek wchodziłem pięć dni temu), to wszyscy chcieli poświęcić chociaż jeden dzień na aklimatyzację, żeby być przygotowanym. Cały czas po głowie chodził mi atak szczytowy bez aklimatyzacji. Dla mnie i dla pozostałej części ekipy, wszystko na Elbrusie działo się zbyt szybko. Dopiero przyjechaliśmy, a zaledwie półtora dnia później spaliśmy już na wysokości 4200 m n.p.m. – tyle wskazywał wysokościomierz Bartka. Nasze wejście wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Miałem obawy, że wyznaczyliśmy sobie zbyt mało czasu na całą wyprawę. Obawiałem się, że nie wejdziemy na szczyt. Był 30 czerwca, a już spaliśmy na wysokości 4200 m n.p.m. Wyjazd z Rosji zaplanowaliśmy na 6 lipca, więc mieliśmy spory zapas czasowy. Bartek nawet coś wspominał o chacie z telewizorem, że oglądał tam prognozę pogody na jutro. Zapowiadali idealne warunki. Mając dobre informacje, koniecznie chciałem wejść na szczyt jutrzejszego dnia. Po dłuższej chwili odpoczynku ogłosiłem ekipie, że wstanę o godzinie 23.30 i sprawdzę niebo. Jeśli będzie bezchmurne, to wyruszę na Elbrus, dając sobie około osiem godzin na podchodzenie tak, aby w okolicach godziny 8.00 być na szczycie. Specjalnie celowałem w taką godzinę na wierzchołku, ze względu na konwekcję, przez którą powstają pierwsze chmury kłębiaste po godzinie 10.00 rano. Zależało mi na pięknych widokach i pięknym wschodzie słońca. Postanowiłem, że idę. Bez odwrotu. Jeszcze po 20.00 ostatni raz zapytałem wszystkich, czy ktoś ma chęć wyruszenia ze mną w nocy. Nie znalazłem chętnego. W moim namiocie spałem ja i drugi Michał. Powiedziałem mu, że o 23.30 będę sprawdzać niebo i ewentualną możliwość do wyjścia. Cały plan przygotowałem jeszcze za dnia, na skałach. Spakowałem prowiant, przegotowałem wodę, a nawet ułożyłem sobie śniadanie przed wyjściem tak, aby tylko wstać i od razu jeść. Skorzystałem z przymarzniętej konserwy oraz chleba, który zakupiłem w Terskol. Po południu górę całkowicie pokryły chmury. Teraz znajdowaliśmy się pomiędzy ich dwoma, szarymi warstwami. Wiedziałem, że są to chmury konwekcyjne, dlatego byłem dobrej myśli, że po zachodzie słońca ulegną rozpadowi, a po dwóch godzinach pozostanie tylko czyste, gwieździste niebo. Tak też się stało.


Myśl o samotnym ataku szczytowym ze względu na dobre warunki pogodowe krążyła w moim umyśle przez cały dzień

SAMOTNY ATAK SZCZYTOWY
Wstałem o godzinie 23.23. Tak ustawiłem budzik. Sprawdziłem niebo, wystawiając głowę za namiot. Powiedziałem: „o jasny gwint!”. Ujrzałem tysiące gwiazd i Drogę Mleczną tak wyrazistą, jak nigdy! W pośpiechu zjadłem śniadanie, zwracając uwagę, aby było maksymalnie syte. Nie rozpalałem nawet kuchenki, ponieważ straciłbym zbyt wiele czasu. Zależało mi na wyruszeniu równo o północy. Za dwadzieścia dwunasta byłem już gotowy do wyjścia, ale jeszcze siedziałem w namiocie przez około 10min, żeby nieco opóźnić start. Jak się po powrocie dowiedziałem, Michał nawet nie zorientował się, kiedy wyszedłem. Zabrałem ze sobą walkie-talkie, za pomocą, którego mogłem mieć łączność o godzinie 8.00 rano ze szczytu z namiotami na dole. Urządzenia zapewniały kilka kilometrów zasięgu, więc nie martwiłem się o ich działanie. W każdym bądź razie, mieliśmy zapewniony kontakt ze sobą. Jedno radio miałem ja, a drugie włożyliśmy do kieszeni namiotu. Wyruszyłem o godzinie 23.50. Cieszyłem się niesamowitym niebem. Mnóstwo gwiazd, bardzo wyraźna Droga Mleczna – to był wspaniały widok! Dodatkowo całkowity brak wiatru! Warunki idealne! Na początku zacząłem schodzić wydeptaną ścieżką do namiotów, na główny trakt, wyznaczony przez ratraki. Ciągnął się aż do wysokości 5000 m n.p.m. Mocno zbrylony śnieg utrudniał podchodzenie, ponieważ powodował bardzo częste poślizgi oraz niestabilność stawianych kroków. Pierwsze trzy godziny w nocy okazały się psychiczną mordęgą. Pod względem fizycznym miałem mnóstwo sił. Nic mi nie dolegało – nie odczuwałem żadnych objawów i problemów związanych z osiąganą wysokością. Po prostu trzeba było tylko iść do góry! Zmęczenie psychiki powodowało trzygodzinne podejście, gdzie nic się nie zmieniało. Widziałem ciągle ten sam kąt nachylenia zbocza, ciągle tak samo wyglądające bryłki śniegu, a dalej, nie mogłem dostrzec żadnych gór, ani innych krajobrazów. Widziałem tylko tyle, na ile latarka pozwalała mi oświetlić najbliższe otoczenie. Nie mogłem więc dostrzec postępu, ani w którym miejscu aktualnie jestem. Nie obawiałem się szczelin lodowcowych, ponieważ ścieżkę natrasowano czerwonymi flagami, aż po sam szczyt. Od połowy czerwca szlak jest znaczony ze względów bezpieczeństwa. Zbyt dużo osób błądziło we mgle we wcześniejszych latach. Dodatkowo ślady pozostawione przez inne ekipy prowadziły na szczyt. Nie widziałem innej możliwości wejścia na wierzchołek. Nieustannie przechodziły mnie myśli, jak daleko jeszcze do szczytu. Na stromiźnie przystawałem co godzinę i zjadałem jedną tabliczkę czekolady. Chociaż nie czułem głodu, to pamiętałem, że na całej trasie trzeba być dobrze najedzonym, ale nie przejedzonym. Zapominając o uzupełnianiu kalorii, mogłem opaść z sił na dalszym etapie. Mogłoby być za późno na odzyskanie sił. Na wyższych wysokościach proces trawienia nie działa tak, jak powinien. W zupełnych ciemnościach dalej podchodziłem do góry. Nic się nie zmieniało. Minęły dwie godziny. Monotonne otoczenie wręcz dobijało psychicznie… Nagle, z tyłu, gdzieś na dole, dostrzegłem wiele świateł, a niektóre z nich bardzo mocno świeciły. Najbardziej zadziwiała mnie prędkość z jaką się poruszają. Pomyślałem, że nie mogą to być piesze ekipy. Faktycznie - patrzyłem na rosyjskie grupy wjeżdżające na skuterach i ratrakach do góry, ile się tylko dało. Wczesna pora wymarszu dała mi ogromną przewagę, ponieważ nawet z użyciem śnieżnych pojazdów, nikt mnie nie dogonił. Pomiędzy mną, a pierwszą ekipą, utrzymywałem odstęp równy około dwóm godzinom podchodzenia. Widok kilkunastu światełek, poruszających się gdzieś poniżej, po prostu zachwycał. Zrobiłem nawet zdjęcie. Spojrzałem w okolice naszych namiotów. Wielkie pole śnieżna rozświetlały dwie czołówki. Pomyślałem, że ktoś z naszych poszedł się wysikać, ponieważ lampki szybko zgasły. Sił nie ubywało, a stromizna nie sprawiała żadnych problemów.


Podczas samotnego ataku szczytowego miałem dwie godziny przewagi nad pierwszymi ekipami rosyjskimi

Minęły już trzy godziny, Dotarłem do miejsca, gdzie wydeptana ścieżka zakręcała pod ostrym kątem w lewo, stromo do góry. Dodatkowo trasa przejścia jest ukośnie nachylona w stronę zbocza góry, co bardzo męczy stopy. Odtąd założyłem raki. Później dowiedziałem się, że cały ten odcinek obchodzi wschodni szczyt, wzdłuż jego zbocza, prowadząc do przełęczy. W półmroku nie mogłem jeszcze wiedzieć nic więcej o swoim położeniu. Co jakiś czas spoglądałem na termometr, który zabrałem ze sobą. Kiedy zaczynałem, wskazywał -4°C. Na aktualnej wysokości pokazywał już -12°C (5050 m n.p.m.). Ukośne nachylenie ścieżki powodowało, że lewa stopa się męczyła, a prawa szybko marzła, ponieważ tylko prawy but zanurzał się w sypkim, świeżym puchu. Nieustanna stromizna drugiego etapu również męczyła pod względem psychicznym. Na drugą część poświeciłem kolejne trzy godziny. Podobnie, jak poniżej, nic dookoła nie ulegało zmianom. Ciągle patrzyłem na strome nachylenie, ukośną ścieżkę i ogromne przestrzenie. Cieszył mnie fakt, że nastawał kolejny dzień - niebo rozjaśniało się na północnym-wschodzie. Zaczęły docierać minimalne ilości światła. Dzięki niemu widziałem zarysy gór i częściowo trasę w kierunku szczytu. Dopiero teraz mogłem dostrzec ogrom gór Kaukazu. Kiedy prawa stopa mocno utraciła ciepło, korzystałem ze sprawdzonego sposobu na szybkie przywrócenie go w palcach u nóg. Wystarczyło usiąść na śniegu, wyprostować nogi i poczekać, aż napłynie ciepła krew. Po około dwóch minutach czuje się mrowienie, a za chwilę uderzenie ciepła. Każdorazowo, po podobnym "zabiegu", szybko powracała sprawność poruszania palcami. Często korzystam z omawianej metody, gdy jestem np. w Alpach. Podczas ataku szczytowego korzystałem z butów Zamberlan Expert Pro GT RR, więc powinny wytrzymać w końcu nie największe mrozy, jakie teraz panowały, ale po wczorajszej wędrówce w mokrym śniegu, cała wilgoć zamarzła w środku, co potęgowało uczucie chłodu. Dalej podchodziłem ukośnie nachyloną ścieżką. Z powodu pierwszych, widocznych i rozległych panoram, zdejmowałem rękawiczki, aby uchwycić je na zdjęciach. W tej samej chwili, jedna z rękawic puchowych zjechała po stromo nachylonym, śnieżnym zboczu, gdzieś w stronę lodowca. Nawet nie próbowałem jej łapać, ponieważ wiedziałem, ze sam mogę stracić równowagę. Powiedziałem sobie „trudno”. Na nocne wyjścia zawsze jestem zabezpieczony podwójnym lub potrójnym kompletem czapek i rękawic. Zauważyłem długo wyczekiwaną przełęcz oraz ogromną „ścianę” z wyrysowaną ścieżką podejścia. Wyłoniła się zza wierzchołka. Pomyślałem, że jeszcze muszę tam wejść… Wyglądało bardzo stromo i niezachęcająco… Dodatkowo, za wspomnianą „ścianą” w oddali zobaczyłem znacznie wyższy wierzchołek. Odtąd wiedziałem, że droga na Elbrus jest bardzo długa... Mimo wszystko, nie poddawałem się – dalej chciałem wejść na szczyt. Najważniejsze, że pod względem fizycznym ciągle czułem się bardzo dobrze. Z podejścia na przełęcz obserwowałem wschód słońca oraz różowiejące szczyty. Sam Elbrus Zachodni pokrył się pięknymi barwami, ozdabiając okolicę. Obowiązkowo przystanąłem na krótką serię zdjęć, ponieważ moją uwagę przyciągały niższe szczyty, oświetlane pomarańczowym światłem w późniejszym czasie. Po prostu widok powalał na kolana i z tego powodu chciałem zobaczyć wszystkie otaczające mnie pasma górskie z najwyższego wierzchołka Elbrusa. Co chwilę spoglądałem na wszystkie strony, ponieważ widoki szybko się zmieniały. Zaobserwowałem jednak, że różowy pas światła na chwilę przygasnął w okolicach szczytu, po czym ponownie się pojawił. Pomyślałem, że za niższym wierzchołkiem Elbrusa musi być wąski pas chmur z rodzaju cirrus. Ciągle nie mogłem dostrzec słońca, ponieważ niższa kopuła przysłaniała cały widok. Nieustannie szedłem w stronę przełęczy, aż doszedłem do zakrętu ścieżki, która prowadziła pod „ścianę”. Zastanawiałem się, czy trochę odpocząć, czy od razu próbować wejścia na szczyt. Postanowiłem, że podejdę stromizną dotąd, aż do przekroczę granicę słońca i cienia. Nagły zastrzyk ciepła na wysokości powyżej 5300 m n.p.m. z pewnością się przyda. Gdzieś w oddali, zauważyłem jakieś ekipy. Przypominały małe, czarne punkciki. Cieszyłem się zupełną samotnością oraz ciszą, której nic nie przerywało.


Różowiejąca kopuła Elbrusa i widoczna stroma "ściana" z wydeptaną ścieżką na granicy słońca i cienia

Na granicy słońca i cienia zjadłem kolejną czekoladę, ale spostrzegłem, że nie mam co pić. Przygotowałem solidne zapasy, ale przy temperaturze -18°C cała zawartość butelek po prostu zamarzła. Nosiłem ze sobą bryłki lodu, które na tej wysokości nie przydały się na nic. Miałem po prostu nadzieję, że podczas schodzenia, słońce roztopi jakąś ich część i będę mógł się napić. Do szczytu pozostało niewiele – podejście z przełęczy, zwane "ścianą", oraz ścieżka na szczyt wiodąca w prawie płaskim terenie. Pomyślałem, że powinno wystarczyć mi wody w organizmie, którą dotychczas wypiłem. Z powodu chłodu nie pociłem się, ale również nie czułem, że jest mi zimno. Miałem dużo sił. Ostatnią stromiznę pokonywałem powolnymi, ale równomiernymi krokami, ponieważ od wysokości 5300 m n.p.m. odczuwałem znaczne rozrzedzenie mas powietrza, co nie pozwalało przyspieszać i zwiększać tempa wysiłku. W umyśle wyznaczałem sobie kolejne poziomy, do których muszę dojść. Najbliższym charakterystycznym punktem okazała się linia skał, przecinająca szlak właściwy. Tuż przed nią, na śniegu, leżała biała lina z niebiesko-czarnymi, krzyżującymi się przeplotami. Trasę zabezpieczono linami, aż do samego końca stromizny. Próbowałem dociec sensu zainstalowania długiej poręczówki, ponieważ w żaden sposób nie ułatwiała podejścia, a dodatkowo zaplątywała się w raki. Przepaści również nie widziałem. Cały czas szedłem do góry. W końcu stromizna zelżała. Przede mną ukazał się tylko lekko nachylony teren. Pomimo wyczuwalnej, mniejszej ilości tlenu, mogłem iść jednym ciągiem bez odpoczynku. Nadal jednak nie widziałem szczytu. Zadawałem sobie pytanie: który to wierzchołek? Po minucie wędrówki moje wątpliwości zostały rozwiane. Za śnieżnym wybrzuszeniem dostrzegłem wąską ścieżkę prowadząca na sam wierzchołek! Pozostało jeszcze około 150m. Wielka rosyjska flaga nie pozostawiała żadnych złudzeń, że jestem we właściwym miejscu. Spoglądałem na niższy szczyt Elbrusa i porównywałem wysokości – czy jestem ponad jego poziomem. Z drugiej strony wiedziałem, że wzrok w takich kwestiach potrafi bardzo zmylić. Przede mną pozostało ostatnie trzymetrowe podejście i zejście, a potem już tylko prosta ścieżka prowadząca na sam szczyt! Wierzchołek tworzyła niewielka, śnieżna kopułka, gdzie po prawej stronie widać charakterystyczny kamień z typowymi, himalajskimi chorągiewkami z modlitwami, oraz dwoma ramkami po jakichś obrazach. Szczyt osiągnąłem samotnie, o godzinie 7.36. Najbardziej zadziwiała mnie zupełna cisza, zupełny brak wiatru. Jedynie trzymał bardzo silny mróz, który na szczęście nie przeszkadzał. Widoki wgniatały w ziemię! Przed sobą widziałem rzędy łańcuchów górskich i kaukaskich szczytów oraz lodowców, a po lewej stronie mnóstwo czterotysięczników i trzytysięczników. Bliżej spoglądałem na wielkie plateau zachodniego wierzchołka Elbrusa. Największe wrażenie na mnie wywarła jednak panorama po mojej prawej. Monumentalne szczyty Kaukazu, jakby wykreślone jedną linią, nagle zamieniały się w morze zielonych, około tysiąc metrowych gór, ciągnących się aż po sam horyzont! Wyglądały jak fale morskie, których wzrokiem nie sposób było wszystkich ogarnąć. Bezkres zieleni przyciągał wzrok, ponieważ nigdzie nie widziałem końca! Nisko zawieszone chmury stratocumulus stratiformis perlucidus o tej porze świadczyły o położeniu Morza Czarnego, gdzieś w pobliżu linii horyzontu. Panorama z Elbrusa zapadła mi bardzo głęboko w pamięć. W końcu niecodziennie można podziwiać podobne, rozległe przestrzenie. Nigdy nie przypuszczałem, że niskie, zielone góry pochłoną znaczną część uwagi, a nie najwyższe szczyty Kaukazu. Równomierność i nieokreślona mnogość obserwowanych szczytów wprawiała w zdumienie. Nie pamiętam podobnego widoku z żadnego, dotychczas zdobytego szczytu. Zrozumiałem, że Kazbek i Elbrus to dwie, zupełnie różne góry. Obie są piękne, ale każda z nich oferuje inne piękno. Na wierzchołku spędziłem około pół godziny. Nie widziałem jeszcze żadnych ekip wyłaniających się zza ostatniej „ściany”. Nadal cieszyłem się wspaniałą ciszą i widokami, które w zupełnej samotności mogłem kontemplować do woli. Nikt mi nie przeszkadzał. Najważniejsze, że ciągle miałem siły i nie czułem żadnych objawów choroby wysokościowej. Jedynie znacznie spadło tempo, ze względu na dużą wysokość i związana z nią zmniejszona ilość tlenu w powietrzu. Nie myślałem o zagrożeniach. Na szczycie zrobiłem jeszcze dodatkowe zdjęcia z pozdrowieniami dla gruzińskiego przewodnika, który spotkał nas na szczycie Kazbeku. Obowiązkowo chciałem przesłać mu wykonane zdjęcie.


Uszba po wschodzie słońca


Widoki ze szczytu Elbrusa


Szczyt Elbrusa z rosyjską flagą - flaga przetrwała tylko jeden dzień...

  
Na szczycie

POWRÓT ZE SZCZYTU
Upłynęło jakieś 30min, ale nadal nikogo nie widziałem. Rozpocząłem schodzenie. Doszedłem do punktu, gdzie poręczówka kończyła strome podejście. Dopiero teraz pierwsza ekipa dochodziła do przełęczy. Wszyscy jej członkowie rozsiedli się na śniegu i odpoczywali. Odpoczynek był raczej formą nastawienia psychicznego do ostatniego podejścia – ja również na chwilę zwątpiłem, gdy po raz pierwszy zobaczyłem tą „ścianę”. Od razu przypomniało mi się zdanie wypowiedziane przez Polaka spotkanego w sklepie na wysokości 3800 m n.p.m., w drewnianej chacie: „w drodze na Elbrus będziesz miał wiele powodów by zawrócić”. Teraz wiedziałem, na ile prawdzie są wspomniane słowa. Najlepiej iść większą grupą, ponieważ jeden drugiego będzie zachęcał do dalszej wędrówki, a samemu zbyt łatwo podjąć decyzję o powrocie, gdy na trasie zobaczymy podobne stromizny. Po dłuższej chwili dotarłem do odpoczywającej ekipy. Gratulowali mi wejścia na szczyt i pytali o warunki. Powiedziałem o drodze za stromizną i świetnych widokach. Koniecznie musieli je zobaczyć. Za chwilę, zza śnieżnego zbocza niższego wierzchołka Elbrusa wyłoniła się druga ekipa. Raczej patrzyłem na komercyjną wyprawę, ponieważ wszyscy szli w równym szyku, związani liną, a grupę tworzyły aż 24 osoby! Obowiązkowo zrobiłem zdjęcie "górskiego pociągu”. Cieszyłem się, że najgorsze mam za sobą. Pozostał mi długi i monotonny powrót do bazy oraz radowanie się wspaniałymi widokami przy bezchmurnym niebie. Gdzieś w oddali, przy linii horyzontu, dostrzegłem pojedyncze chmury altocumulus castellanus i kowadło cumulonimbus capilatus incus. Dzięki nim wiedziałem, że za około 9-11 godzin będzie burza. Miałem więc ogrom czasu. Moim zdaniem, wszystkie ekipy powinny zdążyć bez większych problemów i bezpiecznie zejść. Nawet nasza grupa, która na dziś zaplanowała podejście aklimatyzacyjne, nie powinna mieć żadnych obaw. Na przełęczy, gdzieś pomiędzy skałami, dostrzegłem pomarańczową budę, konstrukcję, lub jeszcze coś innego. Po powrocie do domu, dowiedziałem się, że chata miała być schronem w razie załamania pogody, ale w 2012 roku część budowli zwiał wiatr w przepaść… Poniżej przełęczy mijałem kilka innych, nielicznych ekip. Te same grupy w nocy, razem wydeptały, cztery równoległe ścieżki do przełęczy pomiędzy dwoma wierzchołkami. Wybrałem trasę, którą przyszedłem. Niestety, nie mając papieru toaletowego, wezwała mnie większa potrzeba. Korzystając ze śniegu schłodzonego do -15°C, musiałem sobie jakoś poradzić… W bazie z Bartkiem żartowaliśmy, że pobiłem również rekord wysokości pod względem "dwójki"… Nawet nie miałem ustronnego miejsca. Sprawę musiałem załatwić na szybko, na szlaku, obserwując, czy ktoś nie idzie… Dalsze schodzenie mijało szybko. Jedynym problemem okazało się słońce. Grzało bardzo mocno, a wręcz parzyło. Udało mi się otrzymać trochę wody z lodowych bryłek w butelkach. Nadal mogłem przechodzić duże odległości. Po nieprzespanej nocy czułem tylko "piasek" w oczach. Palące słońce nasilało to nieprzyjemne uczucie. Na wysokości około 5100 m n.p.m., o godzinie 8.24 wyjąłem radio i próbowałem po raz drugi wywołać kogoś z naszej bazy namiotowej. Pierwszą próbę podjąłem na szczycie, ale umówiliśmy się na godzinę ósmą, dlatego nie miałem łączności. Wszyscy spali. Teraz złapałem kontakt. Wymieniłem kilka uwag zachęcających do wejścia na Elbrus. Poinformowałem, jak się czuję i powiedziałem, że schodzę od pięćdziesięciu minut. Dodatkowo przekazałem komunikat o jednostajnym nachyleniu stoków, trwającym dwa razy po trzy godziny, co miało wyeliminować próbę przeniesienia namiotów na wysokość 5000 m n.p.m.. Taką możliwość sugerował Bartek. Schodząc, mogłem zobaczyć, że nigdzie nie znaleźlibyśmy miejsca na namiot powyżej 4300 m n.p.m. Również wiatr mógłby stać się śmiertelnym zagrożeniem, ponieważ podłoże zupełnie zamarzło na "beton" i nie było mowy o wykopania dołów pod namioty chociaż na kilkadziesiąt centymetrów. Mróz zbyt mocno związał śnieg i lód, żebyśmy mogli przebić się łopatami chociażby 30cm pod powierzchnię pierwszej warstwy. Plan przeniesienia bazy na wysokość 5000 m n.p.m. uważałem za niewykonalny, dlatego od razu nadałem komunikat przez radio, że namioty zostają tam, gdzie są rozbite, a trzeba przygotować się do dużych wysokości i długiego podchodzenia.

 
Piękne widoki w drodze powrotnej


Elbrus w całej okazałości

AKLIMATYZACJA NASZEJ EKIPY
Schodziłem, zupełnie nie śpiesząc się. Podziwiałem niesamowite widoki i fotografowałem to, czego nie widziałem w nocy. Od godzin porannych wjeżdżały pierwsze ratraki z turystami, który chcieli zrobić sobie zdjęcia na tle Elbrusa. Kiedy patrzyłem na tych nieszczęsnych ludzi, którzy wjeżdżają, a nie wchodzą do góry, przypomniało mi się pewne zdanie, jednego z uczestników mojej grupy, podczas wejścia na Kazbek: „nie muszę wejść na szczyt, bo już na sam fakt, że tutaj jestem, będę wyrywał laski”. Górze został odebrany należny szacunek, podobnie, jak Mont Blanc'owi. Liczyły się raczej "fotki" na Instagrama... Zejście po śladach ratraków upływało bardzo szybko, ponieważ bryłki zbitego śniegu, pozostawione przez gąsienice tych maszyn, dobrze amortyzowały każdy krok. Gdzieś poniżej skał Pastuchowa spotkałem całą, naszą ekipę. Wszyscy wyszli na aklimatyzację. Dzięki niej Bartek, Darek, Michał i Wojtek, mieli czuć się znacznie lepiej kolejnego dnia – podczas ataku szczytowego. Teraz musiałem dwukrotnie opowiedzieć o moich wrażeniach ze szczytu oraz omówić trasę, ponieważ grupa wyruszyła dwójkami. Z powodu panującego upału i nieprzespanej nocy poczułem zmęczenie. Nasza rozmowa trwała chwilę, ale opowiedziałem ekipie o wszystkim, co zobaczyłem i odpowiedziałem na pytanie: "czy warto iść na szczyt?". Moje odpowiedzi dodatkowo zachęciły grupę do jutrzejszego wyjścia. Dwie pary szły w stronę Skał Pastuchowa. W drodze podziwiały wręcz idealne, podręcznikowe widoki. Wszyscy dziwili się, kiedy mówiłem o bezwietrznym szczycie. Życzyłem im udanej aklimatyzacji, po czym poszedłem w stronę namiotu. Czułem, że trochę brakowało już wody w organizmie, bo zbyt wolno odmarzał mój sok i napój, który niosłem ze sobą. Na szczęście w namiocie miałem co pić. Pozostał tylko zakręt z głównego traktu ratraków i jedno niewielkie podejście, żeby wydeptaną ścieżką dotrzeć do namiotu. Od razu się położyłem, żeby odpocząć. Słońce dopiekało jeszcze bardziej, dlatego otwarłem wejście, aby odprowadzić nagrzane powietrze. Spałem bardzo mocno. Zamarznięte napoje wystawiłem na usypisko kamieni, gdzie suszyłem wszystkie rzeczy po deszczowym dniu. Już po dwóch godzinach sok i napój odmarzły. Po długim śnie, za skałą, ponownie ugotowałem obiad składający się z dużych garści makaronu i zupy Knorr. Moje danie bardzo szybko nasycało i przywracało energię. Dodatkowo dojadałem czekolady, których zabrałem aż dziesięć sztuk. Koniecznie chciałem zmniejszyć wagę mojego plecaka, dlatego wyjadałem, co tylko się da.

PRZYGOTOWANIA NASZEJ EKIPY DO ATAKU SZCZYTOWEGO
Minęły trzy, może cztery godziny. Widok z namiotu ciągle zachęcał do wejścia na Elbrus. Ten etap miałem za sobą i teraz kibicowałem naszym, aby im równie dobrze się powiodło. Wszyscy wrócili do namiotów po wyjściu aklimatyzacyjnym. Mówili, że doszli do ostatnich śladów ratraków, co dawało wysokość około 5000 m n.p.m. Tylko Michał dotarł do końca śladów – reszta osiągnęła poziom około 4800 m n.p.m. Apetyty w grupie znacznie wzrosły po tym, co zobaczyli z długiego podejścia. Na Elbrusie, czym jesteś wyżej, tym wszystko staje się piękniejsze. Nawet podwójny rząd skał, gdzie mieliśmy rozbity namiot, z poziomu 5000 m n.p.m. wygląda na nic nie znaczący. Skały Pastuchowa od strony trzygodzinnej stromizny, prawie w całości przysłania śnieżne zbocze góry. Spotkaliśmy się w namiocie, a później na skałach, gdzie gotowałem obiad. Nadal wykorzystywaliśmy to miejsce do suszenia wszelkich rzeczy. Tylko tam mieliśmy większy zasięg w telefonach komórkowych. Z innego miejsca nie mogliśmy zadzwonić. Po dwugodzinnym odpoczynku, ekipa zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Każdy z nich myślał, jak będzie na szczycie. Wszyscy przeorganizowali plecaki tak, aby w nocy nie tracić dodatkowego czasu na pakowanie i przyrządzanie śniadania. Wszyscy umówili się do wyjścia na godzinę 23.00. Słysząc, ile zajęło mi wejście, chcieli dać sobie więcej czasu, żeby się nie gonić. Wzięli sobie moją radę dotyczącą pogody: "po godzinie 9.00 będą pojawiać się pierwsze chmury, które powoli przysłonią widoki". Oni również chcieli podziwiać fenomenalne panoramy. Czym więcej upływało czasu w ciągu dnia, tym więcej widzieliśmy chmur na niebie. Po godzinie 17.00 nawet rozpoczęły powstawać pierwsze burze. Na szczęście przechodziły w okolicach samego szczytu Elbrusa. Ciemne chmury zasłaniały górę aż do pory zachodzącego słońca, ale uspokoiłem ekipę, mówiąc: "to są tylko chmury konwekcyjne i po zachodzie słońca zaczną zanikać". Minęły dwie godziny, a prawie całe niebo mieniło się tysiącami gwiazd. Jedynie wiatr przybierał na sile. Słyszeliśmy mocne trzepotanie namiotami – coś, czego Bartek, Darek, Wojtek i Michał, nie chcieli widzieć przed swoim wyjściem. Wiatr wiał dość mocno, ale ekipa postanowiła, że wyjdzie, pomimo niesprzyjających warunków. Zastanawiałem się tylko, czy ktokolwiek osiągnie szczyt, ponieważ jeśli na naszym poziomie tak wiało, to co jest na szczycie...

ATAK SZCZYTOWY NASZEJ EKIPY
Wszyscy wyruszyli zgodnie o godzinie 23.00. Namioty opustoszały i zrobiło się cicho. Jedynie wiatr co chwilę dawał o sobie znać. W nocy powietrze było mroźne, ale na naszej wysokości trudno o inne warunki. Widziałem, jak nasi rozpoczęli podejście bryłkami śniegu pozostawionymi przez ratraki. To najgorszy etap wyprawy, ponieważ w nocy, przez najbliższe trzy godziny będą widzieć ciągle to samo. W trakcie ich ataku szczytowego, mi udało się zasnąć na wiele godzin. Po przebudzeniu myślałem, kiedy przyjdzie ktoś pierwszy i czy w ogóle ktoś wejdzie na szczyt. Wiatr mnie bardzo niepokoił. Znacznie utrudniał wyprawę. Zegarek wskazywał godzinę 6.00, a nikogo nie widziałem w namiotach. To znak, że nadal podchodzili wyżej, a być może odpoczywali już na przełęczy pomiędzy dwoma wierzchołkami Elbrusa. O godzinie 7.00 rano przyszedł Michał i padł ze zmęczenia. Coś poszło nie tak! Wrócił zdecydowanie za wcześnie! Aktualnie powinien wchodzić na szczyt, albo przynajmniej być w jego pobliżu. Michał doszedł do kresu swoich wytrzymałości i dalej nie mógł kontynuować wędrówki. Dopadły go typowe objawy choroby wysokogórskiej, dlatego zaczął schodzić. Czuł, że dalej nie może. Reszta ekipy poszła dalej, w kierunku szczytu. Kiedy Michał opowiedział o wszystkim, poczułem ulgę, ponieważ pozostała część ekipy prawdopodobnie wejdzie na Elbrus. Wspominał również coś o Darku, który również chciał zrezygnować, ale Bartek pokazał dwa przednie zęby w rakach i powiedział, że zaraz może mieć je w tyłku. Przedstawił wystarczający argument. Tylko dzięki niemu wszedł na szczyt. Za przełęczą Wojtek podkręcił tempo i o godzinie 7.00 rano osiągnął wierzchołek Elbrusa. Nagrał nawet osobisty filmik, pokazujący radość z wejścia na Elbrus. Po około 30min dotarła reszta ekipy. Wojtek nie czekał u góry, ponieważ silny wiatr bardzo szybko wyziębiał. Wojtek okazał się prawdziwym rekordzistą, ponieważ w ciągu 1h 40min zszedł do bazy namiotowej! Reszta nie miała tylu sił. Zresztą nikt nie szedł na czas. Etap powrotu poświęcony jest zazwyczaj podziwianiu widoków, których nie można było zobaczyć w nocy. W końcu dopiero teraz można dostrzec szczegóły, które nieświadomie omijaliśmy przed wschodem słońca. Bartek podchodził najwolniej ze wszystkich i walczył z wysokością. Chęć dopisania Elbrusa do swojego konta osiągnięć była jednak silniejsza. W końcu on również cieszył się zdobytym szczytem. Nadal wiał silny wiatr, ale nie powstawały żadne chmury. Ekipa opowiadała o kilku chmurach pod głównym wierzchołkiem, które pozostały jeszcze z nocy. W godzinach porannych zaczęły zanikać. W namiocie oglądałem zdjęcia i filmiki z ich ataku szczytowego. Widoki bardzo przypominały moje – mam na myśli warunki pogodowe i bezchmurne niebo. Wiele ekip wchodzi dopiero po 10.00 lub 11.00 rano na Elbrus, co jest zdecydowanie za późną godziną. Wyruszenie o 2.00 w nocy, to jak zaspanie na rozmowę kwalifikacyjną do pracy… Nie po to trzeba się tyle namęczyć, żeby wejść na szczyt, by z jego poziomu ujrzeć tylko mgły. Żeby uniknąć rozczarowania, należy przyjąć godzinę 7.00 lub maksymalnie 8.00, jako odpowiedni czas stanięcia na głównym wierzchołku Elbrusa. Wczesnym porankiem konwekcja nie działa tak, jak przed i po południu. W końcu nie idziemy na zaliczenie góry, ale na ujrzenie z jej wierzchołka niesamowitych widoków, których większość ludzi nigdy nie zobaczy w swoim życiu. Mgły możemy podziwiać na nizinach, dlatego każde nasze wyjście planujmy, uwzględniając prawa rządzące pogodą oraz aktualnie panujące warunki. W namiotach cieszyliśmy się z naszego sukcesu. Nawet Michał miał powody do radości, ponieważ wiedział, że zrobił maksymalnie ile się dało. Jego organizm nie pozwalał na więcej.

POWRÓT ZE SKAŁ PASTUCHOWA
Kiedy wszyscy odespali wysiłek związany z atakiem szczytowym, zastanawialiśmy się, co dalej. Czy schodzimy tego samego dnia, czy zostajemy na noc. Na ewentualny, kolejny dzień zabrakło już gazu i wody – czyli wszystko, czego najbardziej potrzebowaliśmy. Wojtek i Michał koniecznie chcieli opuścić rejon Skał Pastuchowa i wyspać się gdzieś niżej, mając dostęp do potoku. Tylko oni chcieli schodzić. Reszta z nas pozostała w bazie. Bartek przeniósł się do mojego namiotu, a Darek spał sam. Kiedy Michał i Wojtek rozpoczęli wędrówkę ku dolinom, postanowiłem, że zejdę z nimi, ale tylko do poziomu 3800 m n.p.m. Później miałem wrócić do namiotu. Na wspomnianej wysokości chciałem każdemu kupić po 1,5l wody, aby wszyscy mieli zapasy do jutrzejszego opuszczenia bazy. Tak też zrobiłem. Wyruszyłem z Wojtkiem i Michałem, podczas gdy Bartek i Darek odpoczywali. Zejście zajęło nam tylko 40min. Spotkaliśmy Chińczyków podchodzących w stronę Prijut 11. Pytali o warunki i czy chmury, które teraz przysłaniały niebo są bezpieczne. Chłopaki odpowiedzieli, że bezpieczne, ale ja wskazałem na jedną, rozwijającą się za wierzchołkiem Elbrusem. Niestety powstawała potężna burza. Bardzo szybko ciemny grzyb chmury przykrył połowę nieba. Wojtek, Michał i ja dotarliśmy do wymarzonego sklepu. Chłopaki wypili „piwo zwycięstwa” – bo tak nazwali swój napój o wdzięcznej nazwie „5642”. Te cyferki mogły kojarzyć się tylko z jednym – z wysokością szczytu, na który weszli. Ja zrobiłem zapasy wody dla naszej trójki w namiotach. Łącznie kupiłem 4 litry wody. Teraz czekał mnie męczący powrót do bazy. Liczyłem, że powinien zająć jakieś 1h 30min, maksymalnie do 2h. Wziąłem jeszcze radio od Michała, żebyśmy mieli kontakt, kiedy oni będą na dole. Umówiliśmy się na godzinę 20.00, żebyśmy wiedzieli, dokąd mamy pójść, i w którym miejscu się spotkamy. Michał i Wojtek wynajęli skutery w drodze powrotnej. Mówili, że mieli dużo frajdy, ponieważ kierowca dodawał gazu, a oni walczyli o utrzymanie się na siedzeniach. Ja tymczasem wracałem do namiotów. Podchodzenie zajęło mi nieco ponad 1h 20min. Przed sobą patrzyłem na potężny grzyb burzowy, który zatrzymał się dokładnie w okolicach Prijuta. Wiedziałem, że nic nam nie grozi, ponieważ grzyb jest obrzeżem chmury burzowej. Centrum znajdowało się bardzo daleko, nad innymi górami. Gdzieś za Elbrusem na pewno uderzały pioruny. Kiedy dotarłem do bazy, jeszcze godzina upłynęła, zanim usłyszeliśmy pierwsze grzmoty. W sumie powstały dwie burze – jedna po lewej, druga po prawej stronie Elbrusa. W obu kierunkach było niebezpiecznie, ale u nas panował całkowity spokój. Przez chwilę padał drobny śnieg. Około godziny 17.00 rozpoczęliśmy trzygodzinną grę w makao, w moim namiocie. Podczas przygotowań do wyjazdu na Elbrus, omawialiśmy nawet taką banalną sprawę jak, kto kupuje talię kart do gry i czy mają być dwie… Zakupiony "sprzęt wysokogórski" w końcu się przydał. Czekaliśmy do jutra na zejście, dlatego musieliśmy sobie jakoś zająć czas.

Po długiej grze w karty położyliśmy się spać. Kolejny dzień przywitał nas całkowitym spokojem i bezchmurnym niebem. Darek i Bartek od razu spostrzegli, że dzisiejsza noc bardziej nadawała się do wejścia na Elbrus. Zresztą podczas każdego dnia, który spędziliśmy w namiotach, panowały bardzo dobre warunki do wyjścia w góry. Słyszeliśmy opowieści od innych ludzi, którzy przed naszym przybyciem, nie mogli nic zdziałać, ze względu na bardzo silne wiatry w okolicach Prijuta. Mieliśmy szczęście, ponieważ wszystkie sześć dni, mieliśmy całkowicie bezchmurne o poranku… Kiedy wstaliśmy i wyszliśmy z namiotów na zewnątrz, nie myśleliśmy o jak najszybszym opuszczeniu bazy, ale raczej podziwialiśmy wspaniałe panoramy. Bezchmurne niebo zachęcało do fotografowania Elbrusa i odległych szczytów. Pakowanie przedłużaliśmy w czasie, bo tak naprawdę piękno gór nie zachęcało nas do schodzenia w doliny. W końcu niecodziennie można oglądać tak wysokie góry. Upłynęły blisko dwie godziny, zanim poskładaliśmy nasze namioty i zrobiliśmy przegląd plecaków. Z żalem opuszczaliśmy okolice Skał Pastuchowa, ponieważ wracaliśmy do domu. Na koniec, zrobiłem zdjęcia wykopanych dołów pod namioty. Wyglądały, jak głębokie rowy. Zejście z okolic Prijuta męczyło Darka i Bartka. Nadal odczuwali pobyt na dużej wysokości. Przystawaliśmy co kilka minut na odpoczynek. W pięćdziesiąt minut dotarliśmy do słynnego sklepu z telewizorem na poziomie 3800 m n.p.m. Obowiązkowo zamówiliśmy ciepły obiad. Obsługująca kobieta mówiła coś po rosyjsku, ale niewiele rozumieliśmy. Pokazała nam w menu pierogi z mięsem. Wtedy jednogłośnie zamówiliśmy to samo danie. Smakowało nieziemsko! Po kilku dniach w górach potrzebowaliśmy normalnego żarcia. Odtąd rozmawialiśmy o jedzeniu i o tym, co "wciągniemy" na dole. Bartek zaplanował, że poniżej chaty, możemy zjechać kolejką krzesełkową za 100 rubli z przesiadką i dalej – kolejką w ośmioosobowej kapsule – do samego Azau. Uważam, że wpadł na dobre rozwiązanie, ponieważ z dużej wysokości mogliśmy zrobić wiele ciekawych ujęć, a poniżej czekały nas bardzo sypkie skały wulkaniczne, które co chwilę wyjeżdżały spod nóg. Przy stromym zejściu i ciężkich plecakach każdemu pasowała opcja szybkiego zjazdu do dolin. Nie protestowałem, ponieważ weszliśmy całkowicie o naszych siłach, a teraz chciałem nacieszyć się wspaniałymi widokami. Zrobiliśmy mnóstwo pięknych zdjęć z poziomu kolejki krzesełkowej. Podziwialiśmy z góry całą naszą trasę wejściową i ogrom powierzchni lodowców. Nawet widzieliśmy ich kilka naraz! Co ciekawe, płaciliśmy, tylko... za wjazd. Nie ma kas biletowych na powrót. Zażądano od nas tylko 100 rubli, ponieważ zjeżdżaliśmy, nie mając biletu na wjazd. Obsługa powiedziała, że zapłacimy na dole. Na poziomie stacji przesiadkowej panowało zamieszanie, więc nawet nikt nie wiedział, skąd jesteśmy i czy mamy bilety. Dopiero upomnieliśmy się, że chcemy zapłacić. W kolejce z kapsułami powstało podobne zamieszanie. Mogliśmy wejść i zjechać zupełnie za darmo. Ciągle rozglądaliśmy się za kasami. Podszedł do nas jakiś pan z obsługi, nie wiadomo skąd, i zażądał tylko 200 rubli za zjazd. To bardzo mało, ponieważ liczyłem na znacznie większe wydatki. Dopiero na dole zauważyliśmy, jak wiele ludzi czeka na puste kapsuły. Ustawiały się duże kolejki. Pogoda rzeczywiście sprzyjała wędrówkom w górach.

AZAU I ODMELDOWANIE
Cieszyliśmy się, że dotarliśmy do Azau. Teraz szukaliśmy restauracji, a raczej wybieraliśmy, do której chcemy wstąpić. Wybraliśmy jedną z nich. Mieliśmy wrażenie, że inni turyści nie odwiedzają obiektów gastronomicznych. Szefowa ciągle oglądała seriale, a klienci przeszkadzali w jej ulubionym zajęciu. Zamówiliśmy baraninę z grilla oraz sałatki greckie i zupę solankę (tak nazywa się zupa ogórkowa w kolorze pomarańczowym na Kaukazie). Cieszyliśmy się, że w końcu możemy zjeść dobry, konkretny obiad. Spotkaliśmy Michała i Wojtka. Podczas obiadu wspominaliśmy najlepsze momenty całej wyprawy. Naszej uwadze nie umknęły: moje niekończące się 6,5km, „Biełyje Rozy”, rozklekotany samochód – taksówka, którą przyjechaliśmy do hotelu, czy wiatr na Elbrusie. Mieliśmy co wspominać. Za chwilę mogliśmy dopisać kolejne, ciekawe wydarzenie… Kiedy nasza ekipa zamawiała dodatkowe zupy "solanka", właścicielka oglądająca seriale, odezwała się, mówiąc: „nie mogliście wcześniej tego zamówić!?”. Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Szefowa po chwili również... . Dodałem: „takie rzeczy, tylko w Rosji. Nie dość, że przyjdziesz, to jeszcze cię zjadą”. Mieliśmy kolejne wspomnienie z Elbrusa… Kiedy zjedliśmy ponownie zamówioną porcję zupy, zapytaliśmy się nawzajem, kto zamawia kolejne… Po długim omawianiu naszego wyjścia w góry, rozpoczęliśmy zejście do Terskol. Postanowiliśmy, że zarezerwujemy dwie noce u tej samej pani, co na początku. Wynegocjowaliśmy 500 rubli za noc, co było bardzo dobrą ceną. Do kompletu potrzebowaliśmy ostatni dokument – OVIR, który przełożyliśmy na moment, kiedy zejdziemy z Elbrusa. Musieliśmy też zameldować się w tutejszej stacji GOPR, w celu potwierdzenia bezpiecznego powrotu. Załatwienie OVIR-u poszło bardzo gładko. Całkiem inaczej wyobrażałem sobie "papierologię" w wydaniu rosyjskim, czytając relacje z 2008 roku… Starsza kobieta w hotelu zadzwoniła na pocztę, aby sprawdzić, czy jest otwarta. Wtedy dała dokumenty hotelowe około dziesięcioletniemu Alinowi i posłała go z nami, żeby zaprowadził nas na pocztę. Dzięki "papierkom" mogliśmy załatwić OVIR. Poczta mieściła się dosłownie „za krzakiem” i trudno byłoby ją znaleźć bez wiedzy miejscowych. Zaskoczył mnie widok pomieszczenia wewnątrz, ponieważ było bardzo nowoczesne. Pracownicy posiadali kilka komputerów i Internet. Pani z okienka wzięła nasze paszporty i za 250 rubli za osobę, wypełniła wszystkie formularze, zrobiła ksero dokumentów i za około 15 minut wszyscy dostaliśmy OVIR. Cieszyliśmy się, że wszystko przebiegało bezproblemowo. Teraz poszliśmy do sklepu, gdzie Wojtek, Darek i Bartek zrobili sobie zdjęcie z piwem pod sklepem – chcieli nawiązać do jakże często widzianego obrazka w Polsce. Kupiliśmy drobne rzeczy na jutro, po czym poszliśmy do miejscowego GOPR-u, aby się odmeldować. Facet w okienku tylko nas policzył, odebrał dokument i wpisał na listę kończących szczęśliwie wyprawę. Odetchnęliśmy z ulgą, ponieważ posiadaliśmy już wszystkie wymagane dokumenty w Rosji do legalnego pobytu i opuszczenia tego kraju. Pozostało nam kilka godzin do zachodu słońca, dlatego odwiedziliśmy okolice kolejki Czeget, żeby sprawdzić, o której rozpoczynają jutrzejsze kursy. Chcieliśmy wjechać w okolice szczytowe znanego trzytysięcznika, jak najwcześniej rano. Mieliśmy jeszcze jeden dzień wolnego, dlatego ustaliliśmy, że chcemy popatrzeć na Elbrusa z innej perspektywy, na Czeget, oraz na tutejsze lodowce. Podchodzenie na górę nie wchodziło w grę, ze względu na brak czasu i „wszędobylską” konwekcję, dzięki której po godzinie 10.00, powstawały chmury w okolicach skalistych grani, a chcieliśmy nacieszyć się widokami. Przy stacji kolejki obowiązkowo trzeba przejść przez targowisko z pamiątkami. Kupiliśmy koszulki z rysunkiem i napisem "Elbrus", w których zaplanowaliśmy wszyscy wracać do domu. Każdy z nas coś dla siebie wybrał. Po zakupach wróciliśmy do hotelu. Wieczorem rozmawialiśmy o tym, co zrobimy z jutrzejszym, ostatnim dniem. Przy założeniach, że będzie dobra pogoda, mieliśmy wjechać kolejką na okoliczną górę z której widać nasz hotel. Do tego dołożyłem pomysł, abyśmy poszli wzdłuż potoku lodowcowego w stronę Azau i dalej – do wodospadu w drodze na Elbrus. Z poziomu szerokiego potoku spodziewaliśmy się niezapomnianych widoków.


Nasza ekipa pod sklepem w Terskol i nawiązanie do polskich realiów na wsi


Dokument OVIR


Tu kupiliśmy koszulki i naszywki z napisem Elbrus

CZEGET
Wstaliśmy o godzinie 7.00, żebyśmy mogli wyjść o 8.30 do stacji kolejki krzesełkowej, którą otwierano o 9.00 rano. Za 500 rubli można było wjechać na wysokość 3100 m n.p.m., co pozwalało podziwiać Czeget i Elbrus jednocześnie. Niestety zebrało się dużo turystów, mających takie same plany. Szósty dzień panowała bezchmurna pogoda – przynajmniej w godzinach porannych. Sam wjazd dostarczył wiele emocji, ponieważ w niektórych miejscach kolejka przejeżdżała bardzo wysoko nad ziemią, nad urwistymi zboczami. Z krzesełek mogliśmy podziwiać co chwilę nowe widoki. Nawet las zachwycał, ponieważ tworzył go pierwotny drzewostan – stare, potężne sosny, liczące po kilkaset lat. Takich drzew w Polsce nie widziałem. Na tarasie widokowym, wybudowanym na wysokości 2700 m n.p.m. nie zatrzymywaliśmy się. Chcieliśmy wjechać jak najwyżej. Szybko dotarliśmy do poziomu 3100 m n.p.m. Wszyscy zachwycaliśmy się wspaniałymi panoramami. Dopiero stąd mogliśmy dostrzec wulkaniczny charakter Elbrusa, potężne i majestatyczne lodowce Czegetu oraz jezioro lodowcowe u jego stóp. Dodatkowo, kolorowe, kwieciste polany, przyciągały uwagę każdego – w szczególności połacie sasanek i jaskrów. Czuliśmy się całkowicie wyluzowani, ponieważ zrealizowaliśmy nasze kolejne marzenie. Odpoczywaliśmy, ciesząc oczy jednymi z najpiękniejszych widoków w okolicy. Co chwilę robiliśmy zdjęcia ze wszystkich stron, aby później mieć co wspominać. W okolicach Czegetu przebiega pięciokilometrowa strefa graniczna. W dalszej części góry rozstawiono tablice ostrzegawcze, aby nie przekraczać wyznaczonych miejsc. Kolejką wjeżdżali nawet wojskowi. Być może dzisiaj mieli rozpocząć posterunek. Nieco dalej znajdowała się zawalona chata i garaż. Doszliśmy do wniosku, że musiała być kiedyś domem strażników, który z niewiadomych nam przyczyn został zburzony. Najstarszą datę, wypisaną przez turystów na murach, znaleźliśmy z roku 2006. Darek dopisał kamieniem „nasi tu byli”. Z pewnością zostawił pierwszy polski napis, ponieważ innych nie znaleźliśmy. Po nacieszeniu się wspaniałymi panoramami, zjechaliśmy na taras widokowy, położony 400m poniżej. W lokalnej restauracji zjedliśmy bardzo sycące kostki ryżu, sklejone miodem. Kosztowały tylko 30 rubli, dlatego niektórzy z nas kupili po dwie sztuki. Takie pyszności powinniśmy mieć przed atakiem szczytowym na Elbrusie. Z pewnością mielibyśmy bardzo dobry zastrzyk kalorii w krótkim czasie. Słońce przygrzewało coraz mocniej, a wręcz parzyło. Z głośników płynęła kabardo-bałkarska muzyka, w którą się wsłuchiwaliśmy. Kiedy usłyszeliśmy w tekście piosenki słowa "biełyje rozy", wszyscy wybuchaliśmy śmiechem. Kojarzyły nam się z nocną taksówką do Terskola.


Wulkaniczny charakter Elbrusa


Widok na Elbrus ze zboczy Czegetu

 
Piękne kwiaty w rejonie kolejki krzesełkowej

 
Zawalona chata w górach


Radość z wejścia na Elbrus podczas naszej wycieczki w okolice Czegetu


Kostki ryżu sklejone miodem


Terskol i nasz hotel (największy budynek z bordowym dachem) widziany ze stoków Czegetu

WĘDRÓWKA WZDŁUŻ RZEKI OD TERSKOL AŻ DO AZAU
W okolicach góry Czeget spędziliśmy połowę dnia, po czym zjechaliśmy do najniższej stacji – tam, gdzie rozpoczynaliśmy. Kilkadziesiąt metrów stąd, przed dużym mostem, kierowaliśmy się na ścieżkę biegnącą wzdłuż potoku. Michał postanowił, że pójdzie jeszcze w stronę Czegetu, do tablic strefy przygranicznej. My powędrowaliśmy w drugą stronę. Początkowo ścieżka przypominała leśną drogę, dzięki czemu szybko zagłębiliśmy się w dziczy tutejszych lasów. Jednak z każdym przebytym metrem nasza droga zanikała i raczej przypominała krętą perć, delikatnie wydeptaną przez zwierzęta. Z pewnością nie liczyliśmy na szlak wytyczony przez ludzi. Zastanawiałem się nawet, czy dość niewyraźnej ścieżki, nie wydeptały czasem niedźwiedzie, widząc w jednym miejscu wygnieciony spory fragment traw. Szliśmy tak do momentu, aż strome zbocze góry wręcz wpadało do rzeki. Wtedy ukształtowanie terenu zmusiło nas, abyśmy weszli do starego, suchego koryta potoku. W tym miejscu woda spływała jedynie podczas silnych opadów deszczu – tak przynajmniej wynikało z zaobserwowanej roślinności i piasków, którymi wędrowaliśmy. W pięknej scenerii zaplanowaliśmy przerwę na obiad. Dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że nie zabraliśmy ze sobą gazu, który kupiliśmy wczoraj. Po prostu gdzieś nam umknął ten drobny szczegół... Zadowalaliśmy się czekoladami, które wzięliśmy z hotelu. Słońce dopiekało coraz bardziej, dlatego Wojtek, Bartek i Darek wpadli na pomysł, że częściowo wejdą do rzeki. Nurt potoku był bardzo silny, dlatego nie szaleli. Nawet przy brzegu, z trudem mogliśmy utrzymać równowagę, a staliśmy w wodzie tylko do poziomu kolan. Wiedzieliśmy, że nasza rzeka, którą nazywaliśmy potokiem, jest bardzo silna. Pomyślałem tylko: jeśli potoki są takie rwące, to jakie oni mają rzeki…? Podczas przerwy, z Darkiem, wypatrzyłem wielkie skupisko fioletowych kwiatów, które wyrastało nad brzegiem potoku. Bardzo pięknie wyglądały na tle zielonych zboczy, lodowcowych gór i samej rzeki. Obowiązkowo musieliśmy utrwalić ładny widok na zdjęciach. Przez blisko dwie godziny szliśmy naprzemiennie – częściowo przez las, a częściowo starym korytem potoku. Chłopaki znajdowali mnóstwo kwarców górskich, dlatego kilka mniejszych sztuk zabrali jako pamiątkę. Nieco dalej, przechodziliśmy pod skalistą ścianą, w gęstym lesie. Wojtek i Bartek rozpoczęli krótką wspinaczkę. Czasami miałem wrażenie, że tutejsze lasy są w ogóle nienaruszone. Wszystko rosło na dziko, a gałęzie pokrywały nieznane nam porosty. Drzewa i krzaki były poskręcane. Z tego powodu otoczenie przypominało trochę dżunglę. Zachwycałem się niepowtarzalnym klimatem tego miejsca.


Widok z poziomu najniższej stacji kolejki krzesełkowej

Dalszy etap, w większej części prowadził starym korytem, gdzie musieliśmy w wielu miejscach przeskakiwać po kamieniach. Przyglądaliśmy się tutejszym wodospadom. Naliczyłem aż siedem rzędów kaskad. U stóp gór wysokich, za ogromnym nasypem, widzieliśmy stożkowe fundamenty pod jakieś budowle. Widać, że wszystko porzucono, co najmniej kilka lat temu. Zastanawialiśmy się, czy to efekt działań terrorystycznych z 2011 roku… Każdy ze stożków miał duże rozmiary, bo nawet na tle gór wyglądały potężnie i nie sposób było ich nie zauważyć. Najbardziej uwagę przyciągała jednak szeroka droga z usypanej ziemi, ciągnąca się setkami metrów. Przecież ktoś musiał nawieść ogrom materiału, a jednak budowę porzucono. Przed Azau dotarliśmy do mostu, którym pokonywano rzekę przy dojeździe do budowy. Most zagrodzono wielką, rdzewiejącą bramą. Chwilę wcześniej, widzieliśmy podjeżdżających wojskowych, ale w tym czasie szliśmy za krzakami. Za moment odjechali. Przekroczyliśmy most, wisząc na nim nad rzeką. Obok stał stary Ułaz z wykręconymi częściami. Obowiązkowo zrobiliśmy zdjęcia w środku pojazdu, siedząc za kierownicą. Dalej poszliśmy wydeptanymi ścieżkami po drugiej stronie potoku. Pomału docieraliśmy do Azau. Widok chłopaka z dziewczyną, trzymających się za ręce, utwierdził nas w przekonaniu, że dochodzimy do końca naszej wycieczki. W lesie nawet zaczęły pojawiać się jakieś domy. Po chwili, za ostatnim, stromym podejściem, wyszliśmy za główną stacją kolejki. Przejście wzdłuż potoku bardzo nas umęczyło, dlatego postanowiliśmy, że na koniec przeprawy zjemy dobry obiad. Tym razem wstąpiliśmy do restauracji naprzeciwko lokalu pani oglądającej seriale. W końcu nie chcieliśmy przerywać jej kolejnego odcinka... W tutejszej restauracji poczuliśmy zupełnie inny klimat. Właścicielka była uśmiechnięta i interesowała się klientem. Zanim wstąpiliśmy w jej progi, ona zawołała nas, mówiąc: „malcziki”. Pokazywała, żebyśmy podeszli. Dobrze, że posłuchaliśmy jej głosu, ponieważ tutejsze obiady się wyróżniały. Zamówiliśmy mięsne danie główne, sałatki greckie i solanki. Czułem, że pojadłem do syta, a potrawy były zdecydowanie lepsze od tych w restauracji obok. Również prowadząca obiekt zwracała na siebie uwagę, wymalowanymi, żywoczerwonymi ustami na tle jasnej twarzy. Kobieta dbała o klienta, bo kiedy poprosiliśmy o kabardo-bałkarską muzykę, po chwili cieszyliśmy się miejscowymi dźwiękami. Jedna z piosenek zachęcała, abyśmy wypili za Kaukaz. Po dobrym obiedzie nie poszliśmy nad wodospad, ponieważ konwekcja zrobiła swoje i w jego części chmury nie dopuszczały promieni słonecznych. W podobnych warunkach już go fotografowałem, dlatego postanowiliśmy, że pójdziemy jeszcze na targ i kupimy naszywki z Elbrusem w roli głównej. Chłopaki utargowali cenę 120 rubli za sztukę. Dokupiliśmy lokalnych ziół i udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu. Po krótkim odpoczynku zagraliśmy w rosyjskiego bilarda (brakowało kilku bili, a inny zestaw kul był za duży, w stosunku do otworów wlotowych) oraz w ping-ponga zajechanymi paletkami. Nie ważne, jakiego sprzętu używaliśmy, ważne że mogliśmy zagrać i odpocząć po dzisiejszym dniu. Podczas gry również wspominaliśmy nasze wspólne przeżycia. Największą furorę jednak zrobił film Bartka z wejścia na szczyt Elbrusa. Nikt nie miał wątpliwości, że właśnie teraz wchodzi Polak. Charakterystyczne słowo na literę "k" wykrzyczane z wierzchołka, rozlegało się po najbliższych zboczach górskich...


Wędrówka wzdłuż rzeki


Piękne kwiaty rosnące wzdłuż rzeki

POWRÓT DO MINERALNYCH WÓD I 13 DZIELNICA...
Wieczór upłynął na pakowaniu się i przygotowaniach do wyjazdu do Mineralnych Wód. Mieliśmy tam zarezerwowany hotel o nazwie "Prestiż", z którego zaplanowaliśmy bezpośredni dojazd na lotnisko. Z Darkiem, codziennie gotowaliśmy pyszne zupy z makaronem w pokoju wynajętym w Terskol. Obowiązkowo zrobiliśmy zdjęcia, ponieważ kuchenka paliła się w łazience, przy toalecie. Wojtek dodatkowo skroił pomidory do zupy, dzięki czemu nasza pomidorówka wyglądała, jak prawdziwa zupa. Zanim poszliśmy spać, oglądnęliśmy ćwierćfinałowy mecz z mistrzostw świata w Brazylii. Następnego dnia, mieliśmy umówionego Borysa – taksówkarza – na godzinę dwunastą, żeby zawiózł nas do Mineralnych Wód. Po wycieczce kolejką, w okolicach Czegetu, widzieliśmy, ile jeszcze pozostało do przejścia szlaków. Trochę żal było nam odjeżdżać, ale każda wyprawa kiedyś ma swój koniec. Bartek obowiązkowo chciał zrobić sobie zdjęcie z pomnikiem Lenina w Mineralnych Wodach, dlatego teraz żył kolejnym etapem podróży. Na początku poprosiliśmy naszego kierowcę, żeby puścił nam „Biełyje Rozy”. Koniecznie musieliśmy usłyszeć hit naszej wyprawy! Facet trochę się zdziwił, ponieważ zagraniczni turyści chcieli usłyszeć coś bardzo znanego w Rosji. Po chwili dodał, że radio „nie rabotajet”. Szybko dostrzegliśmy, że w samochodzie więcej rzeczy „nie rabotajet”... Wskazówka licznika ciągle pokazywała 0 km/h, pas kierowcy zapinany był na haczyk z drutu, a w samym pojeździe brakowało jakichkolwiek obić. Po prostu taksówkach jeździł kawałkiem blachy z fotelami w środku... Dodatkowo wypatrzyliśmy dziurę w podłodze… Nie dziwiliśmy się wcale – to przecież Rosja. Ważne, że auto jeździło. Zresztą klimat podróży nam bardzo pasował. Droga do Mineralnych Wód dostarczyła nam wielu emocji. Widok krów, które gromadziły się tylko na mostach w wielkich standach, był nieco dziwny. W pewnej miejscowości krowy nie tylko zajęły cały most i kierowca musiał się natrudzić, by przejechać pomiędzy nimi, ale również zajmowały pobliski przystanek autobusowy. Wyprzedzanie na trzeciego jest na porządku dziennym, jak również jazda trzema pasami, gdy na drodze namalowano tylko dwa… Powoli docieraliśmy do Mineralnych Wód. W pewnym miejscu zrobiono tak nieprzemyślane przewężenie przed wielkim rondem, że całe miasto po prostu stanęło – no cóż... to przecież Rosja... Widzieliśmy również chłopaka, który jechał luksusowym BMW Z4, ale co mu po takim samochodzie, gdy tak samo, jak my, musiał stać w korkach. Nie ważne czym jechaliśmy – każdy musiał swoje odstać. Na końcu kursu, kierowca próbował odnaleźć nasz hotel. Okolica przypominała raczej komunistyczne miasto z lat osiemdziesiątych. Mieliśmy wiele powodów do śmiechu, ponieważ nie wiedzieliśmy, gdzie Bartek zarezerwował hotel. Nawet on powtarzał: „to nie może być tu”. Logo obiektu widziane w Internecie, nie pozostawiło żadnych złudzeń. To jednak było tu... Pierwsze minuty przechadzki po mieście pozwalały poczuć klimat głębokiej komuny. Dzielnica wyglądała na zaniedbaną. Nawet wieka od studzienek kanalizacyjnych dawno ukradziono. Najlepszy jednak był wzrok ludzi, którzy najprawdopodobniej dziwili się, co my robimy w ich mieście. Nasz hotel miał ciekawą lokalizację. Na potrzeby pokoi zaadaptowano rząd pomieszczeń na parterze, w komunistycznym bloku mieszkalnym z białej cegły. Czasami miałem wrażenie, że jestem na polskim blokowisku, gdzie nie wiadomo po co, ktoś zainwestował w branżę noclegową. Recepcjonistka nie znała języka angielskiego i nawet nie miała pojęcia o miejscowości. Wojtek cały czas do niej zagadywał, a przynajmniej próbował zdobyć informację, gdzie znajdziemy jakiś bankomat w okolicy. Wojtek był głównym bajerantem kobiet w naszej ekipie. Gdzie trzeba było coś u nich załatwić, posyłaliśmy jego. Zdecydowanie miał gadane i pasował do wyidealizowanych reklam banków, nieruchomości, czy pracy w korporacji, gdzie trzeba mieć około trzydzieści lat, nieschodzący uśmiech z twarzy i zapuszczoną brodę. W końcu media wykreowały taki obraz idealnego, przystojnego mężczyzny. Kiedy rozgościliśmy się w hotelu, poszliśmy do sklepu spożywczego, a później poszukaliśmy bankomatu. Miejscowi rozglądali się za nami, ponieważ tak, samo, jak my, dziwili się, co my tutaj robimy. Nawet w drodze do bankomatu przyuważył nas policjant, który skontrolował nasze dokumenty. Tylko się zaśmiał, pomachał ręką i poszliśmy dalej. Czym bardziej poznawaliśmy miasto, tym bardziej chcieliśmy wrócić do zamkniętego hotelu. Szybko nazwaliśmy je "Dystrykt 9", a naszą lokalizację "13 Dzielnicą". Te dwa, jakże znane tytuły filmowe, mówiły wszystko... Nie trzeba dodawać żadnych słów... W hotelu mieliśmy do dyspozycji kuchenkę mikrofalową, więc Wojtek, Bartek i Michał kupili gotowe dania. Ja z Darkiem zajadaliśmy się lokalnymi kiełbaskami i rosyjską lemoniadą. Zjedliśmy naprawdę dobrze i wieczorem czekał nas jeszcze ćwierćfinałowy mecz do obejrzenia. Później marzyliśmy o opuszczeniu "Dystryktu 9" i pojawieniu się na lotnisku. Z Borysem – naszym taksówkarzem – umówiliśmy się na transport na lotnisko. Darek zamówił samochód o 4.00 rano, a reszta, na 6.00 rano. Od każdego z nas zażądał tylko 100 rubli. Prawdziwi taksówkarze brali po 500 rubli…


Nasz hotel "Prestiż" w 13-stej dzielnicy

Spaliśmy bardzo dobrze. Cieszyłem się, że opuszczam 13 Dzielnicę. Wojtek trochę się spóźniał. Nasze plecaki leżały już w samochodzie, a my czekaliśmy na niego. Szybko dopowiedzieliśmy, że pewnie bajeruje recepcjonistkę. Na koniec, klimat Mineralnych Wód oddała kupa zawinięta w gazetę, która leżała na chodniku. To znak, że najwyższy czas opuszczać Dystrykt 9. Wojtek w końcu dołączył do nas. Udaliśmy się na lotnisko. Kierowca podziękował nam i zachęcał do dalszych podróży z nim, gdy ponownie przyjedziemy do Rosji. Pożegnaliśmy się. Teraz czekaliśmy na samoloty powrotne. W Moskwie spotkaliśmy dwie murzynki z RPA, które trzy dni spędziły w podróży. Miały ten sam cel, co my – Elbrus. Wchodziły od północnej strony – od strony lodowca. Pogratulowaliśmy im wyczynu, a one patrzyły na nasze koszulki z napisem "Elbrus" i rysunkiem wspomnianej góry. Chciały takie kupić, ale w trakcie wyprawy nie miały gdzie. W Polsce z kolei Bartek umówił się z Bożeną, starszą kobietą, której pasją również były najwyższe szczyty. Chciała zdobyć jak najwięcej informacji o Elbrusie, ponieważ jej ekipa zaplanowała wyprawę na tę górę. Podzieliliśmy się cennymi informacjami, chociaż z niedowierzaniem słuchała o rozległych przestrzeniach i długich czasach podejść. Nasza podróż dobiegła końca. Każdy z nas rozjechał się do swoich domów, mając na koncie kolejną, piękną górę…

INFORMACJE PRAKTYCZNE:
Nastawienie do Polaków w Kabardo-Bałkarii – nie odczuliśmy żadnej wrogości. Wręcz przeciwnie – wszyscy, których spotkaliśmy uśmiechali się do nas. Nawet miejscowa policja (milicja) nie sprawiała żadnych problemów. Czuliśmy się dosłownie, jak w europejskim kraju. Lokalni ludzie nie wiedzą, co dzieje się w Polsce, a wszelkie zgrzyty odbywają się tylko w mediach i na szczeblu politycznym.

Loty – Russian Airlines – bilety z Warszawy do Mineralnych Wód przez Moskwę – 1700zł. Polecam wybrać Russian Airlines od Warszawy, ponieważ bagaże będą przetransferowane automatycznie. Nie będziemy musieli odbierać ich na lotnisku w Moskwie i ponownie ich nadawać. Druga korzyść, to obfity obiad serwowany na pokładach samolotów tych linii. Lecąc dwoma samolotami zjesz dwa pyszne obiady w krótkim czasie, które są wliczone w cenę biletu.

Transport z Mineralnych Wód do Terskol – warto wynająć taksówkarza, gdy jedziecie większą grupą. Kierowcy biorą około 3500 rubli za dowóz do Terskol, a słyszeliśmy o takich, co chcieli tylko 3000 rubli. Samochody mogą być mocno zdezelowane, ale najważniejsze, że jeżdżą.

Odcinek Terskol – Azau (3,6km) – można wynająć transport lub łapać stopa. Jednak my zdecydowaliśmy się przejść z ciężkimi plecakami całą trasę. Droga upływa bardzo szybko i przy pięknych widokach. W połowie trasy zobaczymy mini staw i ławkę, gdzie można odpocząć. Patrząc w stronę Czegetu, można podziwiać aż siedem rzędów kaskad. Myślę, że nie warto przejeżdżać tego krótkiego kawałka drogi. Znacznie lepiej jest przejść go pieszo.

Kolejki – wjazd z Azau do stacji pośredniej, położonej na wysokości około 3600 m n.p.m. kosztuje 600 rubli. Bilet uprawnia do zjazdu w tym samym dniu. Kolejka krzesełkowa do stacji Mir, położonej na wysokości 3600 m n.p.m. kosztuje 300 rubli. Kolejka krzesełkowa przypomina starą, radziecką konstrukcję, a jedno z krzesełek leży gdzieś wśród skał…

Temperatury – na początku lipca mieliśmy następujące temperatury (wysokość w m n.p.m. – stopnie w °C): 2300m – 20°C, 3000m – 9°C, 4200m v 4°C (w nocy -4°C), 5000m – -10°C, 5642m – -18°C

Środki bezpieczeństwa – warto do plecaka dołożyć dwie lub trzy pary rękawiczek oraz trzy sztuki czapek na wypadek, gdyby wiatr zwiał je przypadkowo. Przy wyciąganiu rzeczy z plecaka łatwo utracić rękawiczkę, a odległości są zbyt wielkie, by dotrzeć do ostatniej bazy bez żadnej ochrony. Silny wiatr potrafi bezproblemowo zwiać czapkę z głowy.

Hotele w Terskol – ceny wahają się od 500 do 700 rubli. Pokoje są bardzo wygodne i na najwyższym poziomie. Warto skorzystać z nich podczas ostatniego dnia pobytu w Rosji.

Kantor – jeśli możesz, przywieź dolary aż do Terskol. Mają naprawdę dobry kurs. Dla porównania - w tutejszym banku za jednego dolara dawali 34 ruble, a na lotnisku 26 lub 27 rubli. Jest o co powalczyć. W czasie mojej wyprawy kurs rubla wynosił około 0,11zł, a dzisiaj jest to 0,06zł. Za jednego dolara będziemy więc mogli otrzymać około 66 rubli.

Niezbędne dokumenty:

1. Migracjonka – "papierek" dostajesz już na lotnisku, podczas rosyjskiej kontroli paszportowej. Strażnicy mogą ci kazać ją wypełnić ręcznie (bardzo rzadki przypadek). Dzisiaj sprawę załatwi za nas automat. Strażnik wkłada paszport pod jakieś miniaturowe ksero i za chwilę otrzymujemy wydrukowaną po rosyjsku migracjonkę z naszymi danymi (zapisanymi cyrylicą). Na dokumencie widnieje data przekroczenia granicy. Nie możemy go zgubić. Tylko na jego podstawie możesz opuścić terytorium Rosji.

2. OVIR – zameldowanie – dokument potwierdzający, że nie śpisz gdzieś pod mostem. W Terskol znajduje się poczta, która załatwia "papierek" od ręki, za 250 rubli. Wystarczy podać paszport, a kobieta wypisze wszystko za nas i za około 15min otrzymujemy wypełniony dokument cyrylicą, z pocztową pieczątką. Na załatwienie OVIR-u mamy aż 7 dni roboczych i dwa świąteczne. Sobota jest liczona jako robocza, ponieważ poczta pracuje. Dokument jest wymagany prawnie, ale nie wiadomo, dlaczego nigdzie nie chciano nam go skontrolować, pomimo, że to my wsuwaliśmy go urzędnikom do kontroli. Nawet na lotnisku strażnicy od razu zwracali nam OVIR, mówiąc, że go nie potrzebują. Dla bezpieczeństwa jednak warto wyrobić ten dokument.

3. Zarejestrowanie grupy wychodzącej na Elbrus - budynek tamtejszego GOPR-u znajduje się po prawej stronie ulicy, patrząc od strony Azau. Jest to trzeci budynek, po prawej stronie ulicy, licząc od tablicy z przekreślonym napisem Terskol, patrząc od strony Azau. Jest to wykafelkowany brązowo-żółty gmach z logiem organizacji u góry budynku. Wchodząc przez bramę, kierujemy się na prawo i wchodzimy do drugich, białych drzwi (musimy wejść wszyscy). Tuż za drzwiami, po prawej stronie widać małe okienko. Trzeba w nim powiedzieć, że chcemy zarejestrować grupę na Elbrus. Resztę wypisuje facet na miejscu. Okienko jest czynne całą dobę – z tyłu dostrzeżemy łóżko (najwyżej obudzimy faceta). Nawet w niedzielę można załatwić pozwolenie. Po chwili otrzymujemy dokument z pieczątką, potwierdzający zarejestrowanie grupy oraz informację, że Elbrus jest górą ponad nasze siły. Po zakończeniu wyprawy obowiązkowo musisz wrócić do tego samego okienka i oznajmić, że wróciliście cało. Wszyscy muszą pokazać się w okienku (facet policzy wszystkich członków wyprawy).

4. Wiza rosyjska – warto skorzystać z biur podróży, które w pełni za ciebie załatwią wymagany dokument. Ja skorzystałem z usług biura w Bielsku-Białej, nie wychodząc z domu. W internecie nie brakuje podobnych ofert. Zaznacz, że celem podróży jest Terskol i że potrzebujesz wizę jednokrotną, oraz określ daty wjazdu i wyjazdu. Biuro poinformuje cię, że w rejon Elbrusa na wizę będzie trzeba poczekać dłużej (do trzech tygodni). Za dwa tygodnie pobytu będziesz musiał liczyć się z kosztami około 500zł (cena wizy i kosztów obsługi). Może to duża kwota, ale podobne koszty poniesiesz za dojazd i całą procedurę. Musisz w końcu wybrać jeden dzień urlopu, żeby dojechać do jednej z ambasad w Krakowie, Poznaniu, Warszawy, czy w Gdańsku i odstać w "komunistycznej" kolejce. Szkoda nerwów, czasu i dni urlopu – lepiej poświęcić je na Elbrus...

Pieniądze – w Terskol są dwa bankomaty, dwóch różnych banków. Znajdziemy je na jednej ścianie. Wypłacają najmniej 100 rubli. Warto mieć przy sobie gotówkę, ponieważ w wielu miejscach nie ma możliwości płacenia kartą. Szczególnie mówię o targowiskach, które są bardzo ciekawe.

Kiedy najlepiej wyjechać na wyprawę na Elbrus? – lipiec i sierpień, to okres wzmożonej działalności komercyjnych ekip. Niestety, trzeba liczyć się z tłumami. Z tego powodu warto wybrać koniec czerwca lub pierwsze dni lipca. Wówczas na szczyt wychodzi tylko kilka ekip. Jeśli zależy ci na ciszy i wspaniałych widokach, lepsza będzie druga połowa czerwca.

Pogoda – warto mieć trochę wiedzy na jej temat. Najczęstszym błędem ekip wchodzących na Elbrus, jest wyruszanie o 2.00 w nocy spod okolic Prijuta 11. Idąc dobrym tempem, na szczyt dotrzemy około godziny 10.00. W większości przypadków, ekipy docierają na godzinę 11.00 lub 11.30. Zdecydowanie za późno. O tej porze działa konwekcja, która powoduje, że w okolicach Skał Pastuchowa i wyżej, powstają chmury zasłaniające piękne widoki. Najpierw określ sobie godzinę o której chcesz być na szczycie (polecam przedział 7.00 – 8.00 rano – wtedy mamy najczystsze niebo, a powietrze nie jest jeszcze nagrzane od słońca – wówczas panują idealne warunki dla fotografów), a później odejmij od niej 8-9 godzin, bo tyle będziesz potrzebował czasu od ostatniej bazy. Ja wyszedłem o godzinie 23.50 i na szczycie byłem o 7.34, a moja ekipa wyruszyła drugiego dnia o godzinie 23.00 i osiągnęła szczyt o 7.00 rano. Oba nasze wejścia pozwalały cieszyć się bezchmurnymi i czystymi widokami.

Język – na miejscu ludzie nie posługują się językiem rosyjskim. Okolice Kaukazu zamieszkuje naród Kabardo-Bałkarski. Mówią swoim językiem, ale rosyjski rozumieją.

Aklimatyzacja – Można zrobić ją na dwa sposoby. Pierwszego dnia można wjechać kolejką Czeget na poziom 3100 m n.p.m. nacieszyć się pięknymi widokami i pobyć tam kilka godzin, albo bezpośrednio wyruszyć na Elbrus i zatrzymać się w okolicach Prijuta 11. Prześpij się w namiocie na wysokości 4200 m n.p.m. po czym, kolejny dzień poświęć na podejście do 5000 m n.p.m. na lekko, idąc za innymi turystami. Ja poszedłem na szczyt bez aklimatyzacji – wchodziłem bezpośrednio. Najtrudniejsza bariera zaczyna się po przekroczeniu wysokości 5300 m n.p.m. Strome podejście, plus rozrzedzone powietrze, powodują, że niejedna osoba czuje się wyczerpana. Ostatnie podejście jest wymagające pod względem wydolnościowym, dlatego ostatni odcinek często jest miejscem postojów, rewolucji żołądkowych i jelita grubego…

FILM - nasze wejście na Elbrus:



POZOSTAŁE ZDJĘCIA:
                                                       

Czytaj również: Kazbek - RelacjaElbrus - RelacjaMont Blanc - Relacja

3 komentarze:

  1. Hey, super wszystko opisane, sczerze na podstawie Twojego sprawozdania glownie przygotowuje swoje pierwsze wyjscie na Mt Blanc, sprzet zgromadzilam i na razie ma tylko za soba kilka mniejszych gor ponizej 4k m. Ruszam za miesiac ale jednak z noclegiem w Refuge du Gouter.
    Wiem ze to juz troche temu bylo ale jak Elbrus oceniasz? jako trudnosc techniczna czy wysokosciowa ? Bo jak zrozumialam to glownie wyprawa po sniegu , strome podejscia po wytyczonej sciezce? Zapewne po Denali bedzie to latwe:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam,
      Dopiero teraz wróciłem z wakacji, dlatego teraz odpisuję. Ja też wyruszam na Mt. Blanc w tym roku, ale od strony włoskiej, bo od francuskiej strony są tłumy i panuje dziwny zamęt z tymi wejściówkami na Mt. Blanc. Trzeba wykupywać drrrrrogie noclegi w schroniskach. Co do Elbrusa, to góra jest łatwa pod względem technicznym (brak trudności), ale wymaga dobrej kondycji, by ciągle iść po wyznaczonej ścieżce stromo do góry. To najbardziej może wymęczyć, bo taka stromizna trwa przez około 6-7 godzin.

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń