czwartek, 17 marca 2016

Harney Peak - 2207 m n.p.m., Mount Rushmore - 1745 m n.p.m., Black Hills (USA), cz. 1 - 4.10.2008



Cztery end anchor'y w ręku i pytanie: co nimi rozdzielić? Wall mounted czy cztery zestawy napięć? Upadający auxillaries dał znak, że dzień pracy już się zakończył. Nareszcie nadszedł czas naszej długo oczekiwanej wyprawy do South Dakoty, o której rozmawialiśmy od kilku tygodni. Jeszcze przed pracą, w zakładzie, ustaliliśmy co zobaczymy, gdzie pojedziemy i jakie atrakcje warto zobaczyć. Wybór padł na Rushmore Mountain, znanych bardziej jako cztery twarze prezydentów Stanów Zjednoczonych, jaskinię Beautiful Rusmore Cave, Wildlife Loop, Sitting Bull Crystal Caverns i Park Narodowy Badlands, gdzie czekały nas szlaki wśród kanionów. Po pracy wsiedliśmy do samochodu, bez większego przygotowania. 

O 21.34 ruszyliśmy zadowoleni. Wyjechaliśmy z Richland Center, za którym rozmawialiśmy o drodze, która czeka nas za La Crosse. W firmie słyszeliśmy opinie, że ta droga jest bardzo długa i nudna - ponoć dziesięciokrotnie bardziej niż "East 14". Kiedy przejeżdżaliśmy przez Westby, Marcin zwolnił, ponieważ z prawej strony skrzyżowania nadjeżdżała Policja. Do La Crosse dojechaliśmy szybko, gdzie w ciemnościach przekraczaliśmy Mississippi, którą lepiej było widać na mapie GPS-u niż w rzeczywistości. Za tym miastem minęliśmy jeszcze kilka małych osad i już za chwilę wjeżdżaliśmy na drogę "West 90". Gdy skręciliśmy na nią, na GPS-ie ujrzałem napis: 622ml. Znaczyło to tyle, że do przejechania tym prostym odcinkiem drogi mieliśmy jeszcze 622 mile. Widząc to Marcin, powiedział do nas: "Ja pier... Patrzcie 622 kilometry do przejechania". Wtedy go poprawiłem: "Marcin, ale to są mile, nie kilometry". Wtedy zdziwiliśmy się trochę, bo zdumiewające było to, że jeden, prosty odcinek drogi mógł mieć 1094km. Było to coś niesamowitego - tak samo jak przejazd nią. Początkowe etapy nie były szczególne, dlatego pierwsze 5 godzin upłynęło dosyć szybko. O 2.42 w nocy nastąpiła zamiana kierowców, gdzie Tomek zamienił zmęczonego Marcina, który mówił, że na krótką chwilę zamknęły mu się oczy na trasie. Tomek szybko wyrównał prędkość do tej, którą utrzymywaliśmy. Jechał tak przez 2h 50min, ponieważ kończyła nam się benzyna. Musieliśmy obowiązkowo zjechać do najbliższego Rest Area. Były to przydrożne miejsca odpoczynku rozmieszczone średnio co 30-50 mil. Zjeżdżając do jednego z nich Marcin zapytał: "Co jest?", wstając nagle obudzony, prawdopodobnie innym odgłosem silnika, od dotychczasowego. Miejsce, które wybraliśmy sobie, a raczej to, które podyktowało nam kończące się paliwo, było złośliwe. Wiał tu zimny wiatr, a termometr wskazywał 34 stopnie Farenheita, co dawało 2 stopnie w skali Celsjusza. Kiedy Marcin wysiadał z samochodu, powiedział: "A tu co tak wieje?!". Na początku zastanawialiśmy się, gdzie zaparkować.

Musieliśmy wejść do środka, aby się trochę ogrzać. Chyba z przyzwyczajenia zostawiliśmy otwarty samochód, ponieważ w Richland Center nie było obaw, że ktoś je ukradnie przy otwartych drzwiach. Gdy wchodziliśmy do budynku, Marcin powiedział: "A zamknęliście auto? - to nie Richland Center". Rzeczywiście, miejsca nie znaliśmy, więc nie można było tutaj ufać nikomu. Mogliśmy już ruszać w dalszą drogę. Marcin położył się spać, a Tomek kontynuował podróż. Wypatrywałem rozjaśniającego się nieba, ponieważ o tej porze musiało już niedługo wschodzić Słońce. Pomyślałem jednak, że skoro przejechaliśmy już blisko 1 000km to musiała zmieniać się tu strefa czasowa o godzinę do tyłu. Tak też było. Niebo czerwieniało gdzieś, za naszymi plecami. Z przodu widzieliśmy jeszcze ciemnoczarne niebo. Ujrzeliśmy tam błyski. Wtedy Tomek opowiadał o bazie wojskowej i rakietach, która, gdzieś tu miała się mieścić. Nie sądziliśmy, żeby to były rakiety wojskowe, dlatego przebudzony Marcin zapytał: "ciekawe czy to są tylko wyładowania czy burza?", po czym położył się spać dalej. Wypatrywałem na zachód co to mogło być, ponieważ przejechaliśmy już 1 000km przy bezchmurnym niebie i nie chciałem dopuścić myśli do siebie, że teraz miała nam się zepsuć pogoda. Błyski stawały się coraz bardziej intensywne, aż w końcu wjechaliśmy w burzę. 

Pomimo, że była 7.08 na naszym nieprzestawionym jeszcze zegarze o godzinę "do tyłu", to niebo było tak czarne, że nastała druga noc. Podziwiałem nisko zawieszone chmury po lewej stronie, spod których rozlegały się błyski. Zmartwiłem się tym trochę, że wjechaliśmy w pas brzydkiej pogody. Na to Tomek powiedział: "Nie martw się za 131mil może się to zmieni". Powiedział "za 131mil", bo tyle pozostało nam do celu. Dookoła nas rozlegały się już prerie, którymi jechaliśmy od ponad sześćdziesięciu kilometrów. Otoczenie dosłownie nie zmieniało się w ogóle. Jechaliśmy cały czas przez ogromne równiny, które pokrywała uschnięta, żółto-brązowa trawa. Jedynie nieco dalej ujrzeliśmy replikę szkieletu tyranozaurusa. W międzyczasie, gdy wyjeżdżaliśmy już z pasa brzydkiej pogody i sięgały nas ostatnie krople deszczu, dostrzegłem dwóch idących turystów ze sprzętem, przemierzających te równiny. Jest 7.50 na naszym nieprzestawionym zegarze. Zatrzymaliśmy się na chwilę na poboczu, aby podziwiać wschód Słońca zza pasa ciemnych chmur. Dookoła nas otoczenie było nadal takie samo. 

Dojeżdżaliśmy już do miasta Wall, gdzie wszystko w swojej nazwie miało przedrostek "Wall". Była to bardzo mała mieścina, w której wydawało się, że nie ma mieszkańców, ponieważ było tu bardzo cicho i nie widzieliśmy nikogo. Przeszliśmy się po głównej ulicy, aby choć w małej części je poznać. Budynki wyglądały na bardzo zniszczone, na wystawach sklepowych stały bardzo stare rzeczy przez, co mieliśmy wrażenie jak gdyby czas się tu zatrzymał dawno. Benzyna nam się kończyła, dlatego zajechaliśmy na jedyną stację w okolicy. Złożyliśmy się na paliwo i pojechaliśmy dalej - do Rapid City - do naszego celu podróży. Jadąc tak, wśród traw ujrzeliśmy reklamę ze stojącym pionowo samochodem. Był to jedyny punkt orientacyjny na odcinku 68 mil. Po blisko 13-stu godzinach jazdy wjeżdżaliśmy do Rapid City. Po lewej stronie drogi stały w równym rzędzie bilboardy. Nie widziałem jeszcze tylu w jednym miejscu, dlatego z Tomkiem fotografowaliśmy to miejsce. Nie zatrzymywaliśmy się już nigdzie, ponieważ nie chcieliśmy tracić czasu. Jechaliśmy bezpośrednio do Rushmore Mountain - na Twarze Prezydentów. Wyciągnąłem rysunkową mapę tego miasta i zacząłem prowadzić Marcina, który to zamienił Tomka, w Wall. Prowadzenie Marcina w nieznanym dla nas mieście, było tym bardziej utrudnione, ponieważ mapa nie miała zachowanej skali. Ulice, które miały być długie były krótkie na tej mapie oraz nie zaznaczono mniejszych dróg, które w rzeczywistości wyglądały jak te większe, co mogło mnie bardzo zmylić. Poprowadziłem Marcina na Omaha Street skąd bezpośrednio "szesnastką" miał dotrzeć już pod Twarze Prezydentów. Tak też było. Na brązowym znaku, po prawej stronie widniał napis "Mt. Rushmore 25". Na mapie rysunkowej, odległości wydawały się znacznie mniejsze.

O 9.30 lokalnego czasu przyjechaliśmy na miejsce. Zaparkowaliśmy samochód w czwartym rzędzie, na dolnym piętrze, dwupoziomowego parkingu. Wyszliśmy zadowoleni i chętni poznania czegoś nowego. Krętą, krótką drogą, po lewej stronie, przy której stała wielka skała, podzielona na trzy, okrągłe części, doszliśmy pod wielką bramę kamienną, za którą rozciągał się kamienny chodnik z widokiem na twarze. Z chodnika "wyrastały" monumentalne, kamienne słupy na szczycie, których wisiały flagi wszystkich stanów. Na każdym ze słupów wisiały cztery flagi - po jednej, na każdej ze stron świata. Na wysokości około 1,40m widniała informacja o nazwie stanu, którego dana flaga reprezentowała i dacie wstąpienia do Stanów Zjednoczonych. Wszystkich kamiennych słupów było czternaście - po siedem z każdej strony chodnika. Po przejściu tego chodnika rozlegał się wielki punkt widokowy na Rushmore Mountain i Twarze Prezydentów. Zrobiliśmy tu wiele zdjęć. Na początku serie zdjęć skałom i Twarzom, później nas na ich tle, a jeszcze później zaczęliśmy wykonywać zdjęcia z okularami przeciwsłonecznymi "zakładanymi" na nos Washingtona. U stóp tej góry, w której wyrzeźbione były owe twarze, prowadził krótki, okrężny szlak. Postanowiliśmy, że przejdziemy go w całości. Zaczęliśmy od lewej strony, idąc równym chodnikiem, ułożonym z kwadratowych, kamiennych płyt. Idąc tym szlakiem mogliśmy dowiedzieć się czegoś więcej o prezydentach, których skalne wizerunki widniały nad naszymi głowami. Kiedy przeszliśmy prosty odcinek, przy szlaku, po lewej stronie widniała mała osada indiańska, a raczej to, co z niej pozostało. Stały tam tylko trzy konstrukcje indiańskich tipi i kilka innych, mniejszych rzeczy użytku codziennego. Za tą osadą szlak skręcał w prawo, gdzie wędrowało już się po chodniku z plastikowych listew imitujących drewno. Cały ten chodnik stał na drewnianych podporach, ponieważ w dole leżało mnóstwo głazów o nieregularnych kształtach i rozmiarach. Za chwilę, po lewej stronie wśród skał, ujrzeliśmy małą jaskinię, a raczej jamę, do której weszliśmy. Z wnętrza jamy mieliśmy inne spojrzenie na Twarze Prezydentów, które to teraz były "obramowane" czarnymi skałami. "Ramkę" tworzyły tutejsze skały nad głową. Była to szeroka szczelina pomiędzy dwoma głazami. Dalej szlak prowadził po schodach, raz w górę, a raz w dół. Idąc tą pętlą, doszliśmy do miejsca, gdzie stał biały budynek z prawdziwym kompresorem używanym przy rzeźbieniu Twarzy. Dalej ścieżka powracała do miejsca, z którego przyszliśmy, prowadząc nas ponownie, pomiędzy monumentalnymi słupami z nazwami i flagami wszystkich stanów. Tym razem zatrzymaliśmy się tu na dłużej, aby znaleźć nasz stan - Wisconsin. Znaleźliśmy jego flagę i informację, że dołączył do Stanów Zjednoczonych w 1848 roku.

Czas już było wracać, bo na ten dzień zaplanowaliśmy sobie więcej atrakcji. Teraz, drogą 16A, jechaliśmy krętą ulicą zataczającą dwie pętle wśród skał. Przejeżdżaliśmy tu dwoma, drewnianymi mostami , za którymi prowadziła jednopasmowa droga w skalistym tunelu. Tunele były naprawdę ciasne. Trzeba tu było dawać sygnał klaksonem, aby nie zastawić przypadkiem drogi przejazdu innym. Mieściło się tu tylko jedno auto. Przejeżdżając przez pierwszy tunel, zatrzymaliśmy się tuż za nim, za zakrętem, aby podziwiać Twarze Prezydentów z daleka, przez światło tunelu. Droga zwężała się nieustannie. Tworzył ją tylko jeden wąski pas, z małymi wysepkami po bokach, w razie konieczności wymijania pojazdów. Naszym Celem był Sylvan Lake. To jezioro miało być dla nas początkiem szlaku na Harney Peak 2207 m.n.p.m. W drodze do Sylvan Lake zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym, gdzie można było przejść nad przepaściste urwisko, skąd podziwialiśmy Twarze Prezydentów z oddala. Była tu mała jama wśród skał, z której również mieliśmy wspaniały widok na górę Rushmore. Ja i Marcin poszliśmy szybko w jej kierunku. Z małej jamy widać było jedynie lasy w dolinie i równo poukładane drewno po przecince lasu. Nad jamą stała wielka skała, na którą można było wejść. Dawała wspaniałe widoki na górę Rushmore i inne samotne, mniejsze góry tak skaliste, że nie rosło na ich powierzchni ani jedno drzewo. Jedynie doliny pomiędzy górami były zarośnięte gęstymi lasami. W dolinach można było również dostrzec samotne skały zarośnięte żywo-zielonymi porostami. Można je było spotkać również na skałach nad przepaścią, po których to teraz chodziliśmy. Jadąc dalej mijaliśmy skalne iglice. Na jednym z zakrętów zatrzymaliśmy się, aby podziwiać wielką igłę skalną, która zwężała się ku środkowi i poszerzała się znowu, ku górze. Niedaleko za nią przejeżdżaliśmy przez kolejny skalny tunel. Był również wąski jak poprzednie, jednak droga miała tutaj już dwa pasy.

Za tunelem ja i Tomek zauważyliśmy jakąś jamę wśród ścian skalnych. Marcin zmęczony wówczas dniem i długą podróżą, spał na kanapie z tyłu samochodu. Gdy zauważył, że zatrzymujemy się zapytał dlaczego stajemy. Odpowiedzieliśmy, że idziemy tylko zobaczyć tą jamę i jedziemy dalej. Jama była mała i krótka, dlatego nie poświęciliśmy jej dużo czasu. Był to mały korytarzyk skręcający w lewo, do wnętrza skalistej ściany. Po przystanku przy jamie pojechaliśmy już wyremontowaną drogą wśród skał i lasów. Za chwilę po lewej stronie dostrzegłem wielką iglicę, na której szczycie stał samotny kamień ułożony tak, jakby zaraz miał spaść, ponieważ punktem zaczepienia był tylko jego szpiczasty fragment. Wyglądało to tak, jak gdyby przez długi okres szczyt iglicy ulegał zwietrzaniu pozostawiając tylko ten kamień u jej samej góry. Nieco dalej mijaliśmy drugą iglicę, która stała samotnie obok wysokich ścian skalnych. Była niezwykła ze względu na swój smukły kształt poszerzający się nieco ku górze. Tuż za nią znajdowała się rozległa ściana skalna. Już za chwilę dotarliśmy do Sylwan Lake. Nie wyspani i zmęczeni mieliśmy w planach jeszcze jedną górę do zdobycia. Nikt z nas jeszcze nic nie jadł, pomimo, że do zachodu Słońca zostały około cztery godziny. Byliśmy tak ciekawi poznania czegoś nowego, że nawet nie myśleliśmy o jedzeniu.

Na lokalnym parkingu przy Sylwan Lake zaparkowaliśmy samochód. Wzdłuż całej linii brzegowej przebiegała ścieżka turystyczna. Weszliśmy na nią. Marcin zapytał czy włożyliśmy GPS-a do schowka. Wtedy powiedział żebym tam poszedł bo oni już są zmęczeni. Szybko pobiegłem do samochodu, aby odłożyć go na miejsce. Otoczenie jeziora było bardzo piękne, tak samo jak jezioro. Z jego wód wystawało sześć ogromnych skał o okrągłych kształtach. Po ich lewej stronie wyłaniała się dodatkowo skalista góra, również zanurzona częściowo w jeziorze. Dookoła rosły piękne sosnowe lasy. Jedynie w niektórych miejscach można było dostrzec kilka liściastych drzew, które zaczynały przybierać żółty kolor od nadchodzącej jesieni. Obchodząc jezioro prawą stroną widać było, że jedna z tych sześciu skał stała osobno zanurzona częściowo w wodzie. Tworzyła coś na wzór wyspy, na której lądowały ptaki. Parę metrów dalej zastanawialiśmy się gdzie iść dalej, ponieważ w polanę trawiastą skręcały trzy małe ścieżki. 

Z tego powodu Marcin zapytał biegacza, który tu odpoczywał na skarpie porośniętej trawą obok, której płynął mały potoczek wpływający do jeziora. Powiedział nam, że trzeba wybrać szlak oznaczony numerem 9. Dowiedzieliśmy się również, że przebiegł dzisiaj już 25mil i że przyjechał tu z Chicago. Wchodząc na szlak z numerem "9" zauważyliśmy dziwną tabliczkę informującą, że na szlak może wejść maksymalnie grupa licząca 25 bijących serc. Tak było tam dosłowne napisane i dodatkowo namalowano tam serce. W przewodniku wyczytaliśmy, że wejście na Harney Peak 2207 m.n.p.m. powinno zająć nam około trzy i pół godziny plus powrót, a mieliśmy tylko 4 godziny do zachodu Słońca. Pomimo tego, postanowiliśmy spróbować. Pytaliśmy wracających ludzi ile będzie trwało wejście na szczyt. Odpowiadali różnie. W większości słyszeliśmy że powinno nam to zająć około 2h - 2h 30min. Jak na 5 godzin marszu ten czas odpowiadał nam, dlatego powiedzieliśmy, że dojdziemy do skrzyżowania szlaków 9 i 7 i tam podejmiemy decyzję co dalej. Tak też zrobiliśmy. Szliśmy dosyć szybkim krokiem. Szlak początkowo wiódł po równej, nieznacznie nachylonej ścieżce. Idąc nią, obserwowaliśmy wielki łuk jaki zataczał ten szlak wśród skał. Widzieliśmy stąd Harney Peak i wieżę na jego szczycie, dlatego byliśmy pewni, że czasu nam powinno wystarczyć. Już po chwili, po naszej lewej stronie, pojawiła się wielka skała. Było ich tu mnóstwo i wyglądały jak gdyby siły natury szlifowały je tysiącami lat, ponieważ były okrągłe, nawet przy szczelinach. Szlak wiódł nadal wśród sosnowego lasu. Po chwili z Marcinem dostrzegliśmy dziwne porosty czy też rośliny wyściełające wszystkie sosnowe igły. Wzięliśmy mały fragment tej wyściółki pokrywającej całe drzewa, ale nie mogliśmy tego przyrównać do czegokolwiek znanego nam z Polski. Było to dla nas zupełnie coś nowego. Kilka metrów dalej, po prawej stronie, zza sosen wyłaniała się wielka iglica skalna z dwoma piętrami, zarośniętymi czerwonymi porostami świadczącymi o czystości powietrza.

U jej stóp, nieco dalej, stały skały tworzące wysokie na około 6-7 metrów ściany skalne. Widok na nie był piękny ze względu na liczne pomarańczowe porosty na ich powierzchni. Około 20min nasz szlak wznosił się bardzo pomału, po czym trochę bardziej gwałtownie zaczął opadać, prowadząc nas wśród licznych skał. Opadał tak, aż doszliśmy do wysychającego potoku, który musieliśmy przekroczyć. Tuż za nim rozpoczynała się płaska ścieżka, za którą już do góry prowadził krótki fragment z długimi schodami zbudowanych z drewnianych bali. Od tego momentu podejście stawało się coraz bardziej strome. Doszliśmy mniej, więcej do połowy łuku, który widzieliśmy z dołu. Stała tutaj metalowa budka z dwoma pojemnikami, a każdym z nich - formularze, które należało wypełnić przed wejściem na dalsze etapy szlaku. Formularz dotyczył informacji takich jak, kto jest prowadzącym grupy, czy idziesz sam, ile psów Idze z tobą, ile masz bagaży ze sobą, czas i data wejścia. W jednej komorze znajdowały się wypisane formularze, w drugiej czyste. Było ich po równo, ponieważ obie komory były wypełnione do połowy. Formularz był dodatkowo zrobiony tak, że kopie zostawiało się w komorze z wypisanymi dokumentami, a oryginał zabierało się ze sobą. Być może w sezonie kontrolowano tutaj turystów czy wypełniają te dokumenty, ponieważ za nie wypisanie ich groziła kara 100 dolarów. Idąc wyżej, szliśmy cały czas po leśnej ścieżce. Mieliśmy okazję oglądać przez ubytki w drzewostanie nasz pierwszy kawałek łuku, który mieliśmy już za sobą. Drugi kawałek łuku był chyba najbardziej widokowy z tej strony, ponieważ stało tam mnóstwo skalnych igieł wystających bardzo wysoko ponad poziom lasów. Cały czas nadawałem tempo, bo wszyscy byliśmy zmęczeni, a nie chcieliśmy wycofywać się nie wchodząc na szczyt. Zależało nam na nim bardzo. Sypka ścieżka wiodła nadal lasem. Po około pół godzinie doszliśmy wreszcie do miejsca, z którego mogliśmy podziwiać doliny i jedyny zielony teren wśród tysięcy kilometrów płaskich równin, tworzących prerie.

Zatrzymaliśmy się tu na chwilę, bo była tutaj możliwość zejścia ze szlaku na urwisko skalne, z którego można było podziwiać piękną panoramę. Widać stąd było wiele skalistych szczytów w kształcie trapezu szlifowanych przez wiatr tysiącami lat. Były równie okrągłe jak te, które mijaliśmy jadąc do Sylvan Lake. Widok był całkowicie inny od tego, który mogliśmy zobaczyć w Polsce, ponieważ z rozległych, płaskich terenów leśnych, skały te, wyrastały tworząc lokalne góry trudne do zdobycia, ponieważ ze wszystkich ich stron, podejścia były praktycznie pionowe dając tym samym raj dla wspinaczy. Jedna ze skał była tak wielka i płaska, że u szczytu tworzyła rozległy, naturalny stół. Od razu skojarzyłem go z Czerwonym Piaskowcem Aborygenów w Australii. Kształtem nie odbiegał w ogóle od niego. Będąc tutaj, zapytaliśmy się wracających turystów ile pozostało jeszcze czasu na szczyt. Usłyszeliśmy, że zaledwie 10min. Cieszyliśmy się, ponieważ wiedzieliśmy, że 4 godziny, którymi dysponowaliśmy w zupełności nam wystarczą na wejście i powrót z tej góry jeszcze za dnia. Podchodziliśmy już do przedostatniego etapu. Było to rozwidlenie szlaków. Przed nim zauważyliśmy dwie tabliczki. Lewostronny szlak był przeznaczony dla pieszych turystów, a ten prawy dla jazdy konnej. Pod wielką, skalistą kopułą szczytu w lesie, na końcu szlaku dla jazdy konnej było miejsce dla postoju koni wraz z możliwością ich przywiązania do tutejszego płotu zbudowanego z sosnowych bali. Wybraliśmy oczywiście tą dla ruchu pieszego. Już po chwili dotarliśmy do dwóch skał zbiegających się ku górze. Tworzyły one jamę z wylotem po drugiej stronie. Zanim jednak doszliśmy do niej, należało przejść 21 kamiennych schodów. Przed wejściem do jamy rosły dwa niskie, liściaste krzewy ozdabiając je tym samym. Przejście jamą nie było długie bo liczyło sobie zaledwie 3 metry. Za nią znajdowała się komora skalna, nad którą widniały metalowe stopnie.

Sama komora tworzyła ścianę skalną, dlatego aby wejść wyżej, jedyną drogą były owe schody. Wyprzedzaliśmy tutaj małżeństwo idące z psem. Sam pies wystraszył się widoku, który widział przez kratowe stopnie, ponieważ pod nimi znajdowała się komora skalna. Pies zaparł się tak mocno, że nie chciał dalej iść, dlatego jego właściciel wziął go na ręce i wniósł do góry na tym fragmencie szlaku. Na szczyt szliśmy tak szybko, że Small Tom idący schodami w komorze skalnej powiedział, że idziemy szybko ale da radę, bo jak tu da radę to na MCC też damy radę. To hasło było wręcz podbudowujące dla nas. Na szczyt prowadziły już skalne schody, aż do samej wieży z kamienia. Tutaj już wręcz biegliśmy na szczyt. Z wieży było widać wszystkie skaliste szczyty wyrastające z równin leśnych, ale nie tylko. Teraz widzieliśmy dodatkowo niższy szczyt tej góry. Była to rozległa, płaska powierzchnia skalna dająca z kolei widok na cały łuk, którym tu zaszliśmy. Widoki były przepiękne. Z małych okien wieży można było dostrzec piorunochrony schodzące gdzieś w przepaściste urwiska. Po wejściu wewnętrznymi schodami na szczyt wieży, zeszliśmy na drugi, niższy szczyt. Aby się tam dostać musieliśmy na początku zejść po schodach w środku wieży, przejść jej korytarzami i pokojami przypominającymi piwnice. Dalej, na zewnątrz, szliśmy już tylko po innych schodach prowadzących po przeciwnej stronie szlaku, którym przyszliśmy. Schody zbiegały stromo w dół do innej małej wieży w małej dolince szczytowej, która była dodatkowo otoczona kamiennym murem, dzięki czemu gromadziła się tutaj woda. W dolince stała bardzo wielka kałuża po lewej stronie małej wieży. Była to jednopokojowa wieża stanowiąca raczej bramę przejściową do dalszej części góry. Za nią, kilkoma schodami przeszliśmy już na wielki jęzor skalny, którym to wspinaliśmy się na punkt widokowy. Skały były tu tak przyczepne, że nawet na stromych fragmentach nikt z nas się nie pośliznął. Sami byliśmy zdziwieni tym faktem mając na nogach jedynie buty BHP, w których chodzimy do pracy. Ich podeszwa jest wykonana z materiału antypoślizgowego, jednak nie do końca wiedzieliśmy czy lepszego od Vibramu. Na szczycie pozostaliśmy ponad pół godziny kręcąc filmiki oraz fotografując otoczenie. Nie obyło się bez zdjęć pokazowych w szczelinach skalnych. Small Tom nie przyszedł do nas na niższy szczyt, dlatego Marcin powiedział abym mu zrobi zdjęcie. Dostrzegłem kogoś podobnego do niego. Zrobiłem mu zdjęcia. Dopiero Marcin uświadomił mnie, że to nie on. Powiedział, że Small Tom stoi na schodach pod wieżą. Śmialiśmy się z tego głośno. Po podziwianiu widoków ja i Marcin wróciliśmy do wieży stanowiącej bramę przejściową. Tuż przed nią Marcin zszedł szczeliną skalną, a raczej wielkim pęknięciem, do dolinki otoczonej murem. Marcin również i mi zrobił tutaj zdjęcia. Powoli kończyło się miejsce na karcie aparatu, dlatego zrobiłem tylko kilka ujęć z tego miejsca.

Ponownie doszliśmy do wieży i kamiennych schodów do niej prowadzących. W tych okolicach rosła samotna sosna walcząca codziennie z siłami natury nad urwiskiem skalnym. Była bardzo podobna do tej znanej z polskiej Sokolicy. Tak samo wygięta nad przepaścią pięknie komponowała się z biało-szarymi skałami i błękitnym niebem. Zza metalowych barierek po lewej stronie spoglądaliśmy na ludzi przebywających gdzieś na płaskiej skale w leśnej dolinie, dużo poniżej naszego urwiska. Dziwiliśmy się którędy tam doszli. Będąc tuż przed wieżą, spostrzegliśmy jeszcze wielką rozpadlinę i szczelinę pomiędzy skałami. Zszedłem tym prawie pionowym zejściem na płaski teren skalny. Od tego momentu Marcin kręcił filmik, jak wchodziłem do góry, aby pokazać przepaście w tym miejscu oraz wąskie i strome wejście. Powoli już wracaliśmy. Wygłodniali nie jedząc nic, przez cały dzień marzyliśmy teraz o czymś dobrym. Na szczyt weszliśmy w 1h 16minm więc liczyliśmy że zejście powinno trwać jeszcze krócej. Teraz wiedzieliśmy, że czasy w przewodnikach są wielokrotnie zawyżone, o czym przekonaliśmy się będąc dnia następnego w kanionach w Badlands. Wracając, wybraliśmy tym razem szlak dla jazdy konnej. Ponownie przeszliśmy obok budki z pojemnikami z formularzami dotyczącymi wejścia na szlak. Będąc tutaj postanowiliśmy, że nie będziemy wracać tym samym szlakiem. Wybraliśmy szlak z numerem 4. Początkowo szlak 9 rozwidlał się z siódmym a nieco dalej z czwartym. Wybraliśmy właśnie ten czwarty, gdzie ponownie szlak rozwidlał się ze szlakiem trzecim i za chwilę z inną ścieżką nieoznaczoną numerem. Mieliśmy iść cały czas prawymi ścieżkami. Tak też robiliśmy docierając do bramy złożonej z dwóch naturalnych iglic skalnych. Poniżej w lesie, za iglicami zastanawialiśmy się czy wybraliśmy dobre drogi. Do tej pory były dobre, bo na drzewach pojawiał się numerek czwórki na drzewach. Schodząc niżej nie byliśmy już niczego pewni, bo nie było tu żadnych znaków. Szliśmy jednak z pomocą mapy, którą mieliśmy na karcie aparatu.

Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio, bo i tak wiedzieliśmy, że gdzieś dojdziemy. Za chwilę w lesie mieliśmy okazję podziwiania czterech saren jedzących liście z nisko zawieszonych gałęzi krzewów. Nawet podchodziły do nas. Jedna z nich drapała się właśnie, druga przeżuwała ogołoconą gałąź z liśćmi. Dwie inne szły bokiem, wzdłuż rzędu pni drzew. Staraliśmy się zachowywać cicho, aby ich nie wystraszyć. Dzięki temu udało nam się podziwiać sarny w ich naturalnym środowisku przy ich codziennych czynnościach życiowych. Widok był piękny, tym bardziej, że najwidoczniej nie przeszkadzaliśmy im w ogóle, bo później nie interesowały się nami powracając do jedzenia liści. Kilkadziesiąt metrów dalej zauważyliśmy wiewiórkę obgryzającą cienką gałąź z kory. Trzymała ją oburącz, a gdy nas zauważyła, pobiegła na najbliższą gałąź i tam w spokoju okorowała ją całą. Tu mieliśmy okazję podziwiać jak to robi od początku do końca. Była naprawdę szybka.

Po dłuższej chwili dotarliśmy do ulicy, gdzie spoglądając na mapę dowiedzieliśmy się, że pozostało nam jeszcze 1 1/4 mili. Poznaliśmy to miejsce, bo przejeżdżaliśmy dzisiaj tędy samochodem. Z mapy odczytaliśmy, że musimy iść nadal "czwórką" prowadzącą już bezpośrednio do Sylwan Lake. Schodząc poniżej dotarliśmy do sztucznie utworzonej jaskini w skałach. Weszliśmy aby i ją zeksplorować. W jej wnętrzu znaleźliśmy dziwne minerały tak cienkie i przezroczyste, że bardzo przypominały folię. Nie mogła to być jednak folia, ponieważ wszystkie ściany jej wnętrza i ściany skalne nad nią były pokryte płatami tych minerałów odrywających się od gładkich kamieni. Kilkanaście metrów dalej, za jaskinią minęliśmy jeszcze po prawej stronie ścieżki, wielką skałę w kształcie grzyba. Poświęciliśmy jej nieco więcej uwagi ze względu na swoje rozmiary. Po udanej wycieczce zakwaterowaliśmy się, całkowicie zmęczeni w hotelu Econo Lodge w małym miasteczku Custer mając widok z okien na podświetlony napis Custer - taki sam jak w Hollywood. W mieście tym nie znaleźliśmy czynnej restauracji poza jedną, w której było bardzo drogo, dlatego wstąpiliśmy do Subway'a gdzie zjedliśmy wielkie kanapki. Czas już było wracać do hotelu, bo czekał nas drugi dzień i kolejne atrakcje...

                    
 
 

2 komentarze:

  1. to w piękno podróż się wybrałeś oczywiście świetnie wszystko opisałeś,wspaniałe zdjęcia,pozwrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciszę się Jolu, że Ci się spodobało. I ja Ciebie pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń