sobota, 5 marca 2016

Rysy zimą

 

Ciągle nie miałem pewności, czy gdzieś pojadę w góry, bo w pracy jeszcze negocjowałem urlop. Nie ukrywałem przed moim przełożonym, że chciałbym w piątek wejść na Rysy zimą, bo były ku temu odpowiednie warunki, na które czekałem już 7 lat… Założyłem, że przez tydzień musi być bezchmurne niebo lub słoneczna pogoda, ale z ujemną temperaturą, żeby warstwy śniegu dobrze się związały. Takie warunki były ostatnio w lutym 2012 roku, ale wtedy nie dostałem urlopu ze względu na to, że trwały wówczas ferie zimowe i to kobietom z dziećmi przysługiwał urlop jako pierwszy. Teraz widząc odpowiednie warunki koniecznie chciałem namówić Roberta na kolejny wyjazd, byśmy pojechali jeszcze tego samego dnia. Do godziny 20.00 nie dawał mi znać, czy jedziemy, dlatego pomału odkładałem ten wyjazd na kolejne lata… Jednak za chwilę zadzwonił telefon…, gdzie Robert powiedział, że jest zmęczony, ale chce jechać. Powiedziałem, żeby poszedł spać chociażby na dwie godziny, żeby odpoczął po drugiej zmianie, a ja za ten czas kupię mu prowiant na naszą wyprawę. Robert powiedział, że nie ma tyle sił, żeby iść na Rysy, dlatego rozważał inne góry. Kiedy zapytał się, gdzie idziemy, to powiedziałem, że nie wiem – pojedziemy w stronę Tatr a w drodze będziemy wybierać góry. I tak zrobiliśmy. Umówiliśmy się standardowo na godzinę 00.00. Na miejsce dotarliśmy około godziny 3.30 w nocy. W trakcie drogi wybieraliśmy trasę. Robert widząc, że są specjalne warunki i że mi na Rysach bardzo zależy postanowił, że pojedzie na Kasprowy Wierch, a mnie wysadzi na Palenicy Białczańskiej, skąd pójdę w stronę Morskiego Oka. Gdyby miał być większy stopień zagrożenia lawinowego zadecydowałem, że zawrócę i zadzwonię. Nigdy nie stawiam moich celów ponad zdrowie i życie, dlatego gdy widzę duży stopień zagrożenia lawinowego, czy też halny i ciepłe, słoneczne dni, to nie wyruszam w góry, bo takie wyjścia zazwyczaj kończą się lawinami. Dzisiaj miał być ostatni dzień mroźnej, prawie bezwietrznej i słonecznej pogody. Zadecydowałem, że pójdę do schroniska nad Morskim Okiem i tam zobaczę jakie będą warunki. Asfaltowy odcinek, który był przysypany śniegiem pokonywałem szybkim tempem, ale że od szybkiego marszu zrobiło mi się ciepło zrobiłem sobie 30min przerwę pod kamiennymi podejściami skracającymi drogę asfaltową. Szedłem zupełnie sam, a wszędzie dookoła nie słyszałem nic – nawet wiatru…

Nad Morskie Oko doszedłem około godziny 5.45, skąd zacząłem schodzić do poziomu tafli lodu. Schody, którymi codziennie kroczyły tysiące ludzi teraz stały się jak Orla Perć… Zawieszono tu po obu stronach niebieskie i grube liny, podobne do tych, stosowanych w Alpach, ze względu na „wyślizganą” powierzchnię, która zamieniła się w lód. Zejście z pozoru „zwykłymi” schodami stało się odcinkiem na miarę oblodzonej Orlej Perci… Jako, że Morskie Oko zamarzło całkowicie, po jego przekątnej wydeptano wyraźną ścieżkę, która znacznie skracała zimowy szlak na Rysy. Skorzystałem z niej zyskując dużo czasu. Podejście na Czarny Staw odbywało się równie sprawnie i szybko. Szlak wytyczono tu zupełni inaczej niż w lecie, ale za to bardzo ciekawie bo dwukrotnie prowadził przez Czarnostawiańską Siklawę oraz przez odcinki leśne. Przy Czarnym Stawie byłem już o godzinie 6.14, co oznacza, że przejście od schroniska nad Morskim Okiem do Czarnego Stawu zajęło mi tylko 29 minut. W lecie ten sam odcinek trwałby znacznie dłużej. Dopiero tutaj niebo zaczęło się rozjaśniać, ponieważ noc ustępowała i rozpoczynał się nowy dzień. Przysiadłem na tutejszym kamieniu, zjadłem dość dużo, by mieć siły na całą wędrówkę. Tak już mam, że jak zaczynam iść pod górę to nie jem w trakcie tylko idę ile sił w nogach. Po odpoczynku Czarny Staw przeciąłem tak samo po przekątnej, co znowu pozwoliło mi zyskać trochę czasu, pomimo, że nie był dla mnie ważny – miałem go bardzo dużo na to wejście. Rozglądałem się czy ktoś idzie i w oddali zauważyłem jedną osobę, która zaczynała swoje podejście na Rysy tak, jak ja – samotnie. Poszedłem za jego śladami. Znałem trasę zimowego przejścia z 2008 roku, bo wtedy tam wchodziłem. W tym momencie niebo nabrało bardzo ciekawych barw, a chmury przepięknie przyozdabiały błękit nieba. Obserwowałem jak rozpadają się chmury tworząc pojedyncze „baranki” na niebie podświetlane na pomarańczowo od spodu. Widok był niezwykły! Wiedziałem, że po wschodzie słońca chmury mają jeszcze „żyć” tylko dwie godziny, po czym znikną i pozostanie już tylko czysty błękit nieba. Podziwiałem niezwykłe chmury stratocumulus stratiformis perlucidus i stratocumulus stratiformis undulatus, które tworzyły niesamowitą mozaikę na niebie. Z każdą chwilą było ich coraz mniej.

Podchodziłem szybkim tempem i ostro do góry, bo tak przebiega zimowy szlak. Już na wysokości 1750m n.p.m. tam, gdzie przechodzi się przez ogromną bramę skalną powstał… lodospad! Nie miałem innej możliwości przejścia tej przeszkody, jak użyć czekana i raków. Nigdy tego nie robiłem, dlatego teraz miałem okazję spróbować. Przypatrywałem się z daleka osobie, która szła przede mną i powiedziałem, że to nie jest takie trudne skoro ta osoba weszła tak sprawnie. Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Wbijałem przednie zęby raków w lód i wyżej wbijałem czekan podciągając się do góry. Po kilku chwilach stanąłem już nad lodospadem i przyszła mi myśl jak stąd zejdę. Uspokoiłem się natychmiast mówiąc sobie – jak wszedłem, to i zejdę. Od tego momentu podziwiałem niezwykłe niebo i ten czysty błękit. Narzuciłem tempo i ostro do góry szedłem w kierunku szczytu robiąc krótkie odpoczynki o długości kilku wdechów powietrza. Tutaj z powodu dużego nachylenia bardzo szybko zdobywało się wysokość, przez co za niedługo podziwiałem widoki z poziomu Buli pod Rysami. Widziałem stąd niezwykły widok zamarzniętego Czarnego Stawu i Morskiego Oka. Od Buli pod Rysami zmienił się charakter szlaku. Teraz śnieg stał się bardzo twardy, ale o bardzo nieregularnych kształtach. Na szczęście nigdzie nie było lodu. Raki wbijały się dobrze przez co widziałem jak szybko zyskuję na wysokości. Doglądałem znanej mi przełęczy, która miała zaprowadzić mnie pod sam szczyt. Cały czas nie słyszałem żadnego człowieka. Jedynie lekko powiewał wiatr określony przeze mnie „zefirkiem”. Pokrywa śnieżna bardzo dobrze była związana na całej długości trasy, ale wiedziałem, że to jest ostatni taki dzień i jutro się wszystko zmieni.

Po długim podchodzeniu dotarłem do przełęczy. Tutaj po raz pierwszy poczułem promienie słońca. Chociaż je widziałem od samego dołu, to jednak w te rejony w zimie nigdy ono nie dociera. Panuje tam pełne zacienienie przez kilka miesięcy. Stąd pokrywa śnieżna utrzymywała się w lepszym stanie niż dookoła, z powodu panujących tu mrozów. Na przełęczy zauważyłem odcinek z łańcuchami, których śnieg nie przysypał. Szedłem wzdłuż nich nabierając szybko wysokości, a one doprowadziły mnie na sam szczyt. Moje marzenie się spełniło! Po 7 latach oczekiwania stanąłem na szczycie. Chociaż wchodziłem na znacznie większe góry, to jednak czułem bardzo wielkie emocje związane z tą górą. Wiedziałem, że trzeba włożyć w nią wiele wysiłku, ze względu na strome podejście nie zmieniające się ani na chwilę od samego początku. Na szczycie przywitał mnie pasjonata górski bliski 50-tki, który mi pogratulował. A na szczyt wszedłem o godzinie 9.09 rano, co znaczy, że potrzebowałem 2h 40min na odcinku od Czarnego Stawu przy krzyżu do szczytu Rysów, ponieważ na Czarnym Stawie zrobiłem 15min przerwę na jedzenie. Robiłem mnóstwo zdjęć na trasie, ponieważ widoki zachwycały ogromnie – stąd pojawił się cel mojego wyjścia, bo najbardziej chciałem ujrzeć właśnie tą rozległą panoramę Tatr. Ogromne wrażenie wywarły na mnie Tatry Zachodnie, które wyglądały jak białe fale morskie na horyzoncie. Gerlach i Wysoka stały niewzruszenie – nieustannie majestatycznie przewyższając Rysy. Pozostałe widoki na Hawrań, Murań, Orlą Perć, Mięguszowieckie Szczyty, Miedziane i Opalone, czy na inne szczyty po prostu ogromnie zachwycały! Pozostałem tu aż 50min nie mogąc nacieszyć się całkowitym spokojem na szczycie bez ludzi, ponieważ poznany pan zszedł około 20min temu. Widoki stąd wywierały ogromne wrażenie budząc wiele pozytywnych emocji. Odwiedziłem również słowackie Rysy liczące sobie 2503 m n.p.m., gdzie w drodze z wierzchołka na wierzchołek miałem okazję podziwiać piękny nawis śnieżny tworzący niesamowitą półkę nad przepaścią.

Po godzinie 10.00 zacząłem schodzić znaną mi trasą. Zejście ze względu na stromość nachylenia odbywało się tyłem do szlaku i z czekanem w ręce by podpierać się i mieć możliwość nagłego hamowania w razie ewentualnego potknięcia. Zejście trwało bardzo szybko, ponieważ potrzebowałem jednej godziny do poziomu Czarnego Stawu. Po drodze fotografowałem kolejne widoki przy innym już oświetleniu i bez chmur. Byłem bardzo zachwycony tym, co widzę. Lodospad, którego bałem się przy zejściu okazał się łatwym zejściem. Bez żadnych problemów pan, którego poznałem i ja przechodziliśmy ten etap (bo tutaj się spotkaliśmy ponownie przy zejściu). Widzieliśmy, że dopiero teraz kilka ekip rozpoczynało wędrówkę na Rysy. Jak dla mnie to trochę za późno ze względu na najlepsze światło słoneczne, które przypada na poranne godziny. Do schroniska Morskie Oko dotarłem na godzinę 12.00, skąd półtoragodzinnym marszem dotarłem do parkingu na Palenicy Białczańskiej, gdzie czekał na mnie już Robert. Dopiero w samochodzie odczułem prawdziwe zmęczenie, gdzie w połowie wymawianego zdania przez Roberta zasypiałem i traciłem kontakt z rzeczywistością. Po drodze odwiedziliśmy standardowo naszą znaną restaurację z domowym jedzeniem „U Harnasia”, gdzie zawsze zakańczamy nasze wyjazdy górskie, dzieląc się przeżyciami.

Zobacz również opis: szlak na Rysy, Rysy szlaki

                     

2 komentarze: