Ciągle nie miałem pewności, czy gdzieś pojadę w góry, bo w pracy jeszcze negocjowałem urlop. Nie ukrywałem przed moim przełożonym, że chciałbym w piątek wejść na Rysy zimą, bo były ku temu odpowiednie warunki, na które czekałem już 7 lat… Założyłem, że przez tydzień musi być bezchmurne niebo lub słoneczna pogoda, ale z ujemną temperaturą, żeby warstwy śniegu dobrze się związały. Takie warunki były ostatnio w lutym 2012 roku, ale wtedy nie dostałem urlopu ze względu na to, że trwały wówczas ferie zimowe i to kobietom z dziećmi przysługiwał urlop jako pierwszy. Teraz widząc odpowiednie warunki koniecznie chciałem namówić Roberta na kolejny wyjazd, byśmy pojechali jeszcze tego samego dnia. Do godziny 20.00 nie dawał mi znać, czy jedziemy, dlatego pomału odkładałem ten wyjazd na kolejne lata… Jednak za chwilę zadzwonił telefon…, gdzie Robert powiedział, że jest zmęczony, ale chce jechać. Powiedziałem, żeby poszedł spać chociażby na dwie godziny, żeby odpoczął po drugiej zmianie, a ja za ten czas kupię mu prowiant na naszą wyprawę. Robert powiedział, że nie ma tyle sił, żeby iść na Rysy, dlatego rozważał inne góry. Kiedy zapytał się, gdzie idziemy, to powiedziałem, że nie wiem – pojedziemy w stronę Tatr a w drodze będziemy wybierać góry. I tak zrobiliśmy. Umówiliśmy się standardowo na godzinę 00.00. Na miejsce dotarliśmy około godziny 3.30 w nocy. W trakcie drogi wybieraliśmy trasę. Robert widząc, że są specjalne warunki i że mi na Rysach bardzo zależy postanowił, że pojedzie na Kasprowy Wierch, a mnie wysadzi na Palenicy Białczańskiej, skąd pójdę w stronę Morskiego Oka. Gdyby miał być większy stopień zagrożenia lawinowego zadecydowałem, że zawrócę i zadzwonię. Nigdy nie stawiam moich celów ponad zdrowie i życie, dlatego gdy widzę duży stopień zagrożenia lawinowego, czy też halny i ciepłe, słoneczne dni, to nie wyruszam w góry, bo takie wyjścia zazwyczaj kończą się lawinami. Dzisiaj miał być ostatni dzień mroźnej, prawie bezwietrznej i słonecznej pogody. Zadecydowałem, że pójdę do schroniska nad Morskim Okiem i tam zobaczę jakie będą warunki. Asfaltowy odcinek, który był przysypany śniegiem pokonywałem szybkim tempem, ale że od szybkiego marszu zrobiło mi się ciepło zrobiłem sobie 30min przerwę pod kamiennymi podejściami skracającymi drogę asfaltową. Szedłem zupełnie sam, a wszędzie dookoła nie słyszałem nic – nawet wiatru…
Nad Morskie Oko doszedłem około godziny 5.45, skąd zacząłem schodzić do poziomu tafli lodu. Schody, którymi codziennie kroczyły tysiące ludzi teraz stały się jak Orla Perć… Zawieszono tu po obu stronach niebieskie i grube liny, podobne do tych, stosowanych w Alpach, ze względu na „wyślizganą” powierzchnię, która zamieniła się w lód. Zejście z pozoru „zwykłymi” schodami stało się odcinkiem na miarę oblodzonej Orlej Perci… Jako, że Morskie Oko zamarzło całkowicie, po jego przekątnej wydeptano wyraźną ścieżkę, która znacznie skracała zimowy szlak na Rysy. Skorzystałem z niej zyskując dużo czasu. Podejście na Czarny Staw odbywało się równie sprawnie i szybko. Szlak wytyczono tu zupełni inaczej niż w lecie, ale za to bardzo ciekawie bo dwukrotnie prowadził przez Czarnostawiańską Siklawę oraz przez odcinki leśne. Przy Czarnym Stawie byłem już o godzinie 6.14, co oznacza, że przejście od schroniska nad Morskim Okiem do Czarnego Stawu zajęło mi tylko 29 minut. W lecie ten sam odcinek trwałby znacznie dłużej. Dopiero tutaj niebo zaczęło się rozjaśniać, ponieważ noc ustępowała i rozpoczynał się nowy dzień. Przysiadłem na tutejszym kamieniu, zjadłem dość dużo, by mieć siły na całą wędrówkę. Tak już mam, że jak zaczynam iść pod górę to nie jem w trakcie tylko idę ile sił w nogach. Po odpoczynku Czarny Staw przeciąłem tak samo po przekątnej, co znowu pozwoliło mi zyskać trochę czasu, pomimo, że nie był dla mnie ważny – miałem go bardzo dużo na to wejście. Rozglądałem się czy ktoś idzie i w oddali zauważyłem jedną osobę, która zaczynała swoje podejście na Rysy tak, jak ja – samotnie. Poszedłem za jego śladami. Znałem trasę zimowego przejścia z 2008 roku, bo wtedy tam wchodziłem. W tym momencie niebo nabrało bardzo ciekawych barw, a chmury przepięknie przyozdabiały błękit nieba. Obserwowałem jak rozpadają się chmury tworząc pojedyncze „baranki” na niebie podświetlane na pomarańczowo od spodu. Widok był niezwykły! Wiedziałem, że po wschodzie słońca chmury mają jeszcze „żyć” tylko dwie godziny, po czym znikną i pozostanie już tylko czysty błękit nieba. Podziwiałem niezwykłe chmury stratocumulus stratiformis perlucidus i stratocumulus stratiformis undulatus, które tworzyły niesamowitą mozaikę na niebie. Z każdą chwilą było ich coraz mniej.