wtorek, 21 czerwca 2016

Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. - Alpy

Dom relacja Mont Blanc widziany ze szczytu Dom

Dostępna jest nowsza relacja z 2018 roku. Znajduje się tutaj: Dom de Mischabel 2018 - moja druga wyprawa na tę górę. Mimo wszystko, sposób organizacji wyprawy nie zmienił się w ogóle, pomimo upływu lat.

Minął rok od naszej wyprawy w Alpach, gdzie wchodziliśmy na Dufourspitze, Breithorn, Nordend i inne bardzo piękne czterotysięczniki oraz niższe szczyty. Ten rok ponownie chcieliśmy spędzić w Alpach i stanąć na wierzchołkach wybranych czterotysięczników. Rafał, bo z nim jeździłem w Alpy, też chciał poznawać kolejne góry. Założyliśmy z góry, że będzie to budżetowy wyjazd tak, jak poprzednio, Zastanawialiśmy się tylko, co wybrać. Rafał wymieniał Taschhorn, Weisshorn, a ja Dom, czy też Punta Gnifetti (Signalkuppe). Marzyły mi się obie góry. Dom 4545 m n.p.m. ze względu na fakt, że byłem w jego pobliżu i chciałem zobaczyć co jest wyżej, a Punta Gnifetti, ze względu na bajeczne widoki, o których nie raz słyszałem. Rafał nie miał czasu z powodu pracy w Anglii i innych rzeczy, z którymi gonił się przed wyjazdem. Wolne dostał dopiero na kilka dni po rozpoczęciu się mojego urlopu tak, że nasz wyjazd stanął pod znakiem zapytania. Ostatecznie umówiliśmy się tak, że ja pojadę pierwszy w Alpy, założę bazę, a on do mnie dojedzie za trzy dni. Wybraliśmy Dom 4545 m n.p.m. i Punta Gnifetti 4554 m n.p.m., ponieważ góry wymienione przez Rafała przedstawiały dużą trudność techniczną, a Rafał nawet nie miał kiedy popracować nad kondycją. Postanowiliśmy, że na Weisshorn przyjdzie czas w późniejszych latach. Jeszcze w domu zacząłem studiować trasy przejścia na obie góry i zbierałem informacje jak się w ogóle za nie zabrać. Wejście na Dom rozpoczynało się z Randy, dlatego cieszyłem się, bo wiedziałem co to za miejscowość i gdzie założyć pierwszą bazę. Randa jest niewielką wioską, gdzie mieszka około 440 osób (tak podają statystyki). Wiedziałem, jak się poruszać po tutejszych szlakach i leśnych, nieznakowanych drogach. Postanowiłem więc, że namiot rozbiję w lesie za dzielnicą Wildi, ale jeszcze przed dużym potokiem Wildibach. Idąc znakowaną ścieżką, w płaskim terenie przebiega ledwo widoczna, wydeptana ścieżka w lesie, skręcająca w lewą stronę. Wtedy idzie się wzdłuż malutkiego potoczku, z którego miejscowi pobierają wodę. Potok przyjemnie szumi i to jest znak rozpoznawczy, że idziemy dobrą drogą. Wędrówka wzdłuż potoku odbywa się po lekko stromym zboczu  wśród modrzewiowych igieł i do pewnego momentu widać ułożony prowizoryczny rurociąg, który kończy się „wanną” zbudowaną z byle czego. Tam zbiera się woda. Co jakiś czas jest oczyszczana z osadów przez miejscowych i dopiero przelewa się do zainstalowanych rur. Ja podszedłem wyżej – mniej, więcej o długość rurociągu do góry tak, żeby nikt mnie na pewno nie zobaczył. Na pochyłym terenie, po prawej stronie potoku znajduje się niewielkie wypłaszczenie terenu na modrzewiowych igłach, gdzie da się rozbić namiot, który będzie stał dosłownie 50cm od potoku, ale będzie za to bardzo dobrze ukryty wśród starych drzew. Nie rzuca się w oczy nawet, gdy chcielibyśmy się dokładnie przyjrzeć z poziomu rurociągu. Wyżej nikt nie chodzi. Dalsze podejście wzdłuż potoku blokują ogromne głazy naniesione z pewnością przez lodowiec.

DOJAZD
Wyjazd rozpocząłem autokarem z Katowic do Lousanny  (Lozanny). Autokar jedzie około 22h, a bilet kosztuje 499zł w obie strony. Jedyna niedogodność to fakt, że do dworca kolejowego jest jakieś trzy kilometry i trzeba przejść je pieszo. Wydrukowałem sobie mapę miasta i zaznaczyłem na czerwono, jak dojść do dworca, bo przyznam, że trasa jest długa z tak ciężkim plecakiem (mój ważył 36kg). U przewoźnika można mieć 25kg bagażu, dlatego za każdy dodatkowy kilogram dopłaca się 10zł. Mi na szczęście policzył tylko 30zł. Autokar przyjechał opóźniony o dwadzieścia minut z powodu remontu dróg w Szwajcarii, ale nie sprawiało mi to problemu, ponieważ pociągi do Visp kursowały co 20min w godzinach 9.30 – 13.35. W Lozannie kupiłem bilet do Zermatt z przesiadką w Visp, bo nie ma innej możliwości. Kosztował 78 CHF (w 2016 roku 80CHF). Przyznam, że koleje są bardzo drogie, ale przynajmniej jest duży komfort jazdy. Dla niewtajemniczonych: bilety na dworcu można kupić w licznych automatach, ale mogą nie przyjąć pieniędzy z polskich kantorów. Trzeba więc kupić coś w sklepie, żeby rozmienić banknoty i mieć te „miejscowe”. Nie wiem jaka to różnica, ale automaty dopiero wtedy działają. Zdarzało mi się to za każdym razem, gdy chciałem zapłacić pieniędzmi z kantoru. Pociągi jadą z bardzo dużą szybkością, bo w 58min przejeżdżają odcinek 96km z czterema stacjami pośrednimi. W Visp miałem przesiadkę do Zermatt. Pociągi do miejsca przeznaczenia jeździły co 30min, więc każde opóźnienie naszego autokaru nie staje się problemem. Pociąg do Zermatt jedzie po torach trójszynowych. Środkowa, zębata szyna, służy do wjazdu pod górę i przed nią pociąg zwalnia do 5km/h i „wpina się” do niej. Wtedy może podjeżdżać pod strome zbocza. Chociaż pociąg jedzie wolno, to jednak jazda bardzo cieszy, bo w drodze podziwia się piękne góry, wodospady, a w oddali widnieją białe czterotysięczniki. Widok robi ogromne wrażenie!

GDZIE SPALIŚMY?
W końcu po godzinie 14.00 dojechałem do Randy. Z niewielkiego dworca poszedłem do znanego mi miejsca w lesie. Przejście główną drogą zajmuje jakieś 10min i dochodzi się do Randa - Wildi. Tą część wioski tworzą stare, drewniane chaty z klimatem. Droga "wciśnięta" jest bardzo ciasno pomiędzy chaty. Drewniane domy wybudowano kilkadziesiąt lat temu na kamiennych cokołach, na których ustawiono płaską kamienną płytę na każdym z nich. Dopiero na nich stoi cała konstrukcja chaty. Taki styl budowy miał zabezpieczać domowników przed szczurami. Odcinek leśny zajmuje nie więcej niż 3-5min. W lesie rośnie wysoka trawa, a wśród niej kwitną piękne alpejskie kwiaty. W trawach wypatrzyłem ledwo widoczną, zarastającą ścieżkę i tam postanowiłem wejść i rozglądnąć się za polem pod namiot. Podchodząc słabo nachylonym stokiem, doszedłem do malutkiego potoku (słabo go słychać z głównej drogi leśnej), na którym zbudowano rynienkę doprowadzającą wodę za pomocą gumowych rur. Nieco wyżej znajdowała się wanna, która miała za zadanie odfiltrowywanie wody z osadów. Przeszedłem jeszcze odległość równą całej instalacji do góry i tam znalazłem małe, ale równe miejsce pod namiot osłonięte od góry gęstymi modrzewiami. W razie deszczu miałem bardzo dobry, naturalny parasol. Bez wahania rzuciłem wszystko i zacząłem rozbijać namiot. Około 50 cm od niego płynął ten sam potok, toteż miałem ciągły dostęp do świeżej wody. Rozbiłem namiot w najwyżej możliwym miejscu, z dala od ludzi. Powyżej, w zaroślach, przejście blokują wielkie głazy przyniesione przez lodowiec. Tego dnia wyszedłem tylko pochodzić po okolicy i podziwiać piękno alpejskich łąk. Kiedy nastał wieczór położyłem się spać w środku lasu w samotności. Na szczęście takie noclegi są dla mnie czymś, do czego już dawno się przyzwyczaiłem, dlatego spałem spokojnie. Następnego dnia pogoda nie pozwalała na wyjście w góry. Z tego powodu musiałem spędzić cały dzień w Randzie. Ze względu na całkowite zachmurzenie i brak widoczności w wyższych partiach gór ponownie postanowiłem, że rozglądnę się po okolicy. Drugą noc spędziłem w namiocie w lesie. Kolejnego dnia wstałem pełen optymizmu. Wiedziałem, że Rafał miał dzisiaj przyjechać, ale dopiero po godzinie 15.00. Przed jego przyjazdem, w ciągu 30 godzin padał nieustannie deszcz i przeszło 9 burz, z czego 6 w ciągu dnia, a 3 w nocy. Nie chcąc tracić dnia postanowiłem, że przejdę duży odcinek. Z wysokości 1438m n.p.m. chciałem dojść do Domhutte, położonego na wysokości 2940 m n.p.m., a potem zejść nową trasą przez Larchberg – Gere i na końcu przez alpejskie łąki starą częścią wioski Randa wrócić do bazy.


Wejście do lasu, gdzie rozbiliśmy namiot w Randzie


Widoki z lasu, w którym spaliśmy

 
Namiot w lesie w Randzie


Randa

DOM DE MISCHABEL - RELACJA Z WYPRAWY
W góry wybrałem się dokładnie o wschodzie słońca, po godzinie 4.45. Zabrałem ze sobą tylko trzy czekolady, jedną paczkę orzechów i półlitrową butelkę z wodą, bo wiedziałem, że po drodze uzupełnię ją w potoku lub ze źródełka. Od mojego namiotu znałem pozaszlakowy skrót, który pozwalał mi wejść obok kwitnącej jabłoni na trasę właściwą prowadzącą do Domhutte. Kiedy doszedłem do ubitej drogi, widok na Weisshorn stawał się niesamowity! Dodatkowo pięknie oświetlane załamanie lodowca Bisgletscher wywoływało ogromne wrażenie. Śniegi pokryły się pomarańczowym światłem, a dookoła królował błękit. Idąc ubitą drogą w pewnym momencie widać oznaczenie na Domhutte w postaci namalowanej strzałki. Od tego momentu szlak prowadzi modrzewiowym lasem. Ponad jego poziomem (ponad 1900m n.p.m.) szedłem już tylko wąską, wydeptaną ścieżką. Podziwiałem za to Weisshorn w całej okazałości. Ozdabiały go pojedyncze chmury. Góra okazała się jeszcze wyższa, dlatego widok stawał się niecodzienny. Powyżej 2200 m n.p.m. ścieżka przypomina tą w Tatrach. Jest kręta, trzeba przejść wiele trawersów, a nieco wyżej znajduje się kilka ubezpieczonych linami odcinków. Liny służą do tego samego, co łańcuchy w Tatrach. Na wysokości 2850 m n.p.m. widać grubą, niebieską linę, która wyznacza trasę przejścia, oraz pozwala ominąć ostrą grań i przejść na jej drugą stronę. Dopiero za nią skręcamy na szlak prowadzący do Domhutte. Za granią zauważyłem, że zalegają duże płaty śniegu, które rok temu o tej samej porze dawno nie występowały. W roku 2013 pogoda była najgorsza porównując ją do wszystkich lat z XXI wieku. W zimie tylko przez cztery dni mogliśmy zobaczyć słońce. Większość roku upływała pod znakiem całkowitego zachmurzenia i opadów. Z tego względu wiosna bardzo mocno się opóźniła, a pogoda w radio była tematem numer jeden. Światła słonecznego brakowało chyba każdemu. Teraz miałem okazję zaobserwować, jak bardzo wiosna się opóźnia w Alpach, przynajmniej na korzyść lodowców. Wyszedłem na kilka topniejących płatów śnieżnych, ale jako, że nie miałem raków, doszedłem tylko do wzniesienia, na którym wybudowano Domhutte (w tym roku remontowano i rozbudowywano schronisko). Postanowiłem zawrócić, z powodu braku sprzętu i faktu, że szedłem sam. Do wysokości 2200 m n.p.m. wracałem tą samą trasą. Na wysokości 1843 m n.p.m. znajduje się rozwidlenie ścieżek. Wszystkie prowadzą do Randy, ale ta skręcająca w prawo – okrężną drogą. Wybrałem tę drogę, by przejść przez alpejskie polany w Gere. W lesie można zobaczyć wyrzeźbione drewniane grzyby, a na modrzewiach widać bardzo grubą warstwę porostów, które w powolny sposób uśmiercają drzewa. Niektóre z nich wyglądają, jak bujne wąsy wyrastające bezpośrednio z kory. Widok jest niezwykły i warto według mnie, chociażby dla samej przyrody, zobaczyć to miejsce. Najciekawsze rozpoczęło się dopiero, kiedy wyszedłem z lasu obok drewnianej chatki. Na niebie ciągle królował błękit z pojedynczymi chmurkami, a przede mną widniały rozległe, alpejskie łąki. Trafiłem na najlepszą porę roku, bo tutaj panowała wiosna w pełni. Zachwycałem się wszystkimi kolorami kwiatów i tym, jak licznie rosną. Łąki mieniły się tęczowymi barwami. Obowiązkowo zatrzymałem się na krótką przerwę, by podziwiać ten niezwykły, sielankowy widok.


Drewniane grzyby

 
Krzaczaste porosty na modrzewiach

Po godzinie 13.30 dotarłem do Randy. Ponownie poszedłem do namiotu. Teraz czekałem na Rafała. Niecierpliwiłem się, bo chciałem, żeby właściwa część wyprawy już się zaczęła. Na szczęście świeciło słońce, dlatego poszedłem jeszcze do pobliskiego lasu, by sfotografować inne kwiaty. Po godzinie 15.00 nie doczekałem się Rafała. Coś musiało się stać. Wysłałem SMS do niego, z pytaniem gdzie jest. Powiedział, że będzie po 16.00. W Randzie, na dworcu pojawił się dopiero po godzinie 16.30. Okazało się, że wysiadł kilka stacji wcześniej, w St. Niklaus, i przez trzy godziny szedł do Randy. Jak sam przyznał, musiał, bo w Anglii nie miał nawet gdzie popracować nad kondycją, a teraz „rzucił się” na Alpy. Z dworca zaprowadziłem go do naszej pierwszej bazy. Tam poczuliśmy „polski” klimat. Rafał wyciągnął z plecaka kiełbasę śląską i przypomniał ostatnie ognisko z poprzedniej wyprawy. Teraz chciał zacząć kolejną wyprawę w podobny sposób. Postanowiliśmy, że rozpalimy niewielkie ognisko w pobliżu naszego namiotu, mając w pogotowiu przygotowaną wodę do gaszenia. Raczej chodziło o to, żebyśmy mieli na czym upiec kiełbasę niż, żeby ogień palił się wielkimi płomieniami. Nie chcieliśmy zwracać na siebie uwagi dymem wydobywającym się z lasu. Kiedy zapaliliśmy ognisko rozpoczęły się rozmowy o górze Dom 4545 m n.p.m. Przygotowałem wszystkie materiały, takie jak: przebieg trasy, zdjęcia satelitarne, czy też opisy trudności. Zwracałem obowiązkowo uwagę na grań Festigrat i związaną z nią przełęcz Festijoch na wysokości 3723 m n.p.m. oraz na trzy żebra, którymi będziemy podchodzić, czy też na oblodzone części grani powyżej 4000 m n.p.m. Przy takich rozmowach i w takich okolicznościach przyrody kiełbasa miała wyjątkowy smak… Żartowaliśmy tylko, że helikoptery, które latają nad naszymi głowami co chwilę, zauważyły nasz dym i teraz będą gasić pożar z powietrza. Ognisko szybko ugasiliśmy zalewając je dużą ilością wody, po czym dalej prowadziliśmy nasze rozmowy. Padło nawet pytanie, co po tej górze będziemy robić. Padła nawet propozycja Zinalrothornu, a ja niezmiennie proponowałem Punta Gnifetti. Nie wiem co, ale jakoś przyciągała mnie ta góra. Chyba swoim pięknem i tym, że jeszcze nie wchodziłem na jej szczyt. Szybko jednak wróciliśmy do teraźniejszego celu wyprawy, czyli góry Dom 4545 m n.p.m.

Zanim nadszedł wieczór, Rafał rozłożył się ze sprzętem w namiocie i przygotował śpiwór. Bardzo oczekiwaliśmy następnego dnia, by rozpocząć wyjście w góry. Dyskutowaliśmy o trudnościach tej góry. Mnie najbardziej nie podobała się grań Festigrat i skaliste wejście na przełęcz Festijoch 3723 m n.p.m. Jakoś siebie tam nie widziałem, ale nie należę do osób, które mówią „nie idę, bo tam jest trudno”, ale raczej, dopóki tego nie zobaczę, nie będę mógł stwierdzić, jak tam jest. Nastawiłem się bardzo pozytywnie na górę Dom i szedłem z myślą, że wejdziemy na szczyt. W końcu taki był nasz cel. Jak podczas poprzedniej wyprawy, Rafał miał problemy ze snem. Ja usnąłem szybko. Kolejnego dnia wstałem wypoczęty. Niestety pogoda nie pozwalała na realizację planów. Chmury zeszły bardzo głęboko do doliny i trudno było mówić o jakimkolwiek ruszeniu się z miejsca. Nie chcąc tracić czasu opowiedziałem Rafałowi o wczorajszych alpejskich łąkach i widokach. Dopiero po godzinie 11.00 chmury zaczęły podnosić się i odsłaniać piękno doliny. Wyglądały jak wodospady spływające po zboczach gór. Wyszliśmy, gdy pogoda pozwoliła na dłuższą wędrówkę. Szliśmy w stronę Breitmatten. Niestety słonecznej pogody wciąż brakowało, dlatego nie oddalaliśmy się. Zachwycił nas jeden z wodospadów, który widzieliśmy z pociągu. Jego wody wlewały się w ogromny płat śnieżny przysypany ziemią i kamieniami. Wody wypływały z wielkiego tunelu wydrążonego przez nie w płacie śnieżnym. Tunel wyglądał jak wielka jaskinia. Dookoła rosła piękna, zielona trawa i kwitło mnóstwo kwiatów. Rafałowi pokazałem dodatkowo piękne łąki, którymi wczoraj szedłem i piękną część starej wsi, gdzie domy stoją na kamiennych słupach, zwieńczonych płaskim jak talerz cokołami. Służą one jako zapora dla szczurów. Do namiotu wróciliśmy po godzinie 15.00. Usiedliśmy na niewielkim trawiastym wzniesieniu z widokiem na zielone zbocza Weisshorn. Podziwialiśmy ciszę, przyrodę i potężne granie tej góry. Teraz przecinały je tylko niewielkie chmury dodające uroku okolicy. Ciągle rozmawialiśmy o górze Dom i zadawaliśmy sobie pytanie, czy jutro pogoda nam pozwoli opuścić bazę w lesie.


Piękny wodospad

 
Chmury spływające niczym wodospad

Nadszedł dzień następny. Jest! Możemy iść. Po śniadaniu złożonym z ugotowanej zupy pomidorowej, garści orzechów i czekolady, złożyliśmy namiot i spakowaliśmy nasze rzeczy. Rzeczy, które nie będą potrzebne nam w wyższych partiach gór zostawiliśmy w czarnych workach na śmieci o pojemności 120l. Zebrałem ich około 7kg. Rafał też coś odłożył. Zanieśliśmy je pod wielkie zwałowisko złożone z głazów naniesionych przez lodowiec. Ukryliśmy worki pośród nich i przykryliśmy je igłami modrzewiowymi oraz gałęziami. Mogliśmy w końcu iść do przodu! Pogoda nie zachwycała, ale wiedzieliśmy, że nie ma padać, a w miarę upływu dnia ma być coraz więcej niebieskiego nieba. Musieliśmy wykorzystać odpowiednie warunki. Rafałowi pokazałem skrót z bazy prowadzący do kwitnącej jabłoni, gdzie mogliśmy zyskać trochę wysokości nie okrążając niepotrzebnie Randy, by dostać się na szlak do Domhutte. Wiedziałem o tych rzeczach z poprzedniej wyprawy, kiedy Rafał pojechał do domu, a ja miałem jeszcze trzy dni czasu, które wykorzystałem na Tour de Monte Rosa. Szliśmy zdecydowanym krokiem, choć Rafał przyznał, że niepotrzebnie szedł z St. Niklaus, bo teraz musiał walczyć z obtarciami. Nadaliśmy sobie swoje tempo, bo oboje mieliśmy równe i nikt na nikogo nie musiał narzekać. Podczas podejścia modrzewiowym lasem pokazywałem Rafałowi drewniane grzyby i porosty, na które warto zwrócić uwagę. Powyżej granicy lasu wyszliśmy na piękne zielone przestrzenie. Mogliśmy tu uzupełnić zapasy wody, ponieważ powyżej 2100 m n.p.m. znajdowało się źródełko. Za pięć minut drogi do góry doszliśmy do skrzyżowania ścieżek. W lewo prowadziła na Tour de Monte Rosa i na schronisko Europahutte 2265 m n.p.m. a w prawo na Kinhutte 2582 m n.p.m. Prawa strona jest zamknięta, ponieważ rozpięty most wiszący o długości 205 m był bombardowany przez głazy z topniejącego lodowca, przez co przejście nim stało się zbyt niebezpieczne. Dodatkowo most miał wybitą bardzo dużą dziurę przez jeden z takich głazów, ponieważ spadają one z dużą prędkością z wysokości 3300 m n.p.m. Przez kilometr lotu w pionie stają się jak pocisk. My jednak zostawiliśmy nasze plecaki na skrzyżowaniu i pokazałem Rafałowi, którędy szedłem w 2012 roku. Rafał chciał dojść do mostu i chociaż go zobaczyć. Poszliśmy więc tam. Około 5-10 min drogi od skrzyżowania, po prawej stronie, widać pionową ścianę skalną, na której utworzył się wodospad, a szlak Tour de Monte Rosa prowadzi pod jego wodami. Widok jest niezwykły! Poszliśmy tam i dalej w stronę mostu. Na ścianie skalnej jest namalowana mała flaga Szwajcarii i napis 2010. To miejsce znałem z lepszej strony, ponieważ rok temu dookoła kwitły róże alpejskie. Z powodu mocno opóźnionej wiosny kwiaty dopiero się rozrastały. Szkoda, bo bardzo liczyłem na ten niezwykły widok.


Pomidorówka od której nazwę wzięła cała wyprawa - Crema di Pomodoro


Pod tym wodospadem prowadził szlak


Róże alpejskie kwitną wszędzie. Trzeba być w odpowiedniej porze roku (koniec czerwca)


Długi na 205 metrów wiszący most (w 2017 roku został rozmontowany i wybudowano nowy, o długości 494 metry)


Widok z mostu


Napis na skale

Po zaspokojonej ciekawości Rafała wróciliśmy na skrzyżowanie. Pogoda dopisywała. Zrobiło się słonecznie. Moja ciekawość w ubiegłym roku była jeszcze większa, bo mi udało się przejść cały ten most i iść według starego przebiegu Tour de Monte Rosa. Na skrzyżowaniu obraliśmy kierunek na Domhutte. Zabraliśmy swoje rzeczy. Trudno zgubić szlak, ponieważ na pionowej ścianie skalnej namalowano duży napis „Domhutte” ze strzałką. Nie sposób tego nie zauważyć. Od teraz rozpoczęliśmy „tatrzańskie podchodzenie” aż do poziomu 2850 m n.p.m. Ciekawiło mnie, jak damy sobie radę w trudniejszych miejscach z tak ciężkimi plecakami, które nazwaliśmy „za ciężkimi dziadami”. Postanowiliśmy, że nie będziemy się spieszyć, a kroki musimy stawiać stabilnie i spokojnie. Pomimo, że trasę przechodziłem dwa razy, to mimo wszystko widoki niezmiennie zachwycały. Panorama na najwyższe szczyty Alp i Weisshorn 4506 m n.p.m. są po prostu niezwykłe. Do przełęczy położonej na wysokości 2850 m n.p.m. doszliśmy nawet dość szybko, biorąc pod uwagę przejście do stalowego mostu. W opisie, który wziąłem do plecaka, miałem zaznaczone, że na wysokości około 3250 - 3300 m n.p.m. jest kilka stanowisk pod namioty osłoniętych kamiennymi murami. Właśnie tam wyznaczyliśmy sobie cel na dziś. Nie chcieliśmy nocować w schronisku – zresztą o tej porze jest jeszcze zamknięte. Sezon zaczyna się dopiero 1. lipca i trwa do ostatniego sierpnia. Stąd czasu mają niewiele na zarobek. Za przełęczą, na wysokości 2850 m n.p.m., weszliśmy na płaty śnieżne. Po raz pierwszy założyliśmy raki. Dzięki nim mogliśmy przyspieszyć. Widzieliśmy, że jakieś ekipy pracują przy schronisku i nawet mieliśmy sposobność przyglądania się dowożeniu towarów helikopterem. Nie zatrzymywaliśmy się przy budynku. Raczej obeszliśmy go i poszliśmy jeszcze wyżej. Od tego momentu, przed nami, otworzyły się wielkie białe przestrzenie. Wiedzieliśmy, że wkraczamy w świat lodowców i od teraz zaczyna się zupełnie inny etap naszej wyprawy. Widząc, że wszystko zgadza się z opisem bardzo cieszyłem się i wlało to we mnie mnóstwo optymizmu. Szliśmy jeszcze wyżej. Rafał zauważył kilka namiotów. Powiedzieliśmy, że są to z pewnością miejsca przewidziane pod namioty wśród kamieni, do których chcemy dojść. Po godzinie 17.00 dotarliśmy do nich. Zupełnie od podstaw wybudowałem C-kształtny mur pod kuchenkę gazową, żeby wiatr nie przygaszał płomienia. Spełniał swoją funkcję bardzo dobrze, dlatego na przemian korzystaliśmy z tego udogodnienia.


Napis na skale informujący gdzie dalej iść


Piękne widoki w tracie "tatrzańskiego" podejścia do Domhutte (zdjęcie zrobiono na wysokości 2700 m n.p.m.)


Połączenie zimy i lata to bardzo częste widoki pomiędzy 2250 m n.p.m. a 2850 m n.p.m.


Na przełęczy 2850 m n.p.m.

Namiot Słowaków

Kuchenka gazowa
Wybudowałem mur, który miał chronić przed wiatrem nasze kuchenki

Atak szczytowy na Dom
Namiot rozbiliśmy na jednym z płaskich, jeszcze zasypanych śniegiem miejsc

Na miejscu spotkaliśmy trzy ekipy słowackie próbujące wejścia na Dom 4545 m n.p.m. Ponownie mogliśmy zauważyć tendencję, że przed sezonem alpejskie szczyty „atakują” ludzie z Europy Wschodniej i Środkowej, a w sezonie ci z „bogatszej” części kontynentu. Dla nas to było oczywiste, bo Szwajcaria jest bardzo drogim krajem i każdy liczył się z pieniędzmi. Nie przejmowaliśmy się tym faktem, bo i tak zakładaliśmy, że wszystkie góry chcemy przejść od stóp po sam szczyt o własnych siłach. Z drugiej strony na Dom nie da się chyba inaczej wejść. Nie ma tu wyciągów ani kolejek linowych. Niestety nie znaleźliśmy dla siebie żadnego stanowiska pod namiot, bo Słowacy zajęli i tak częściowo przysypane miejsca, a resztę jeszcze pokrywała gruba warstwa śniegu. Udało nam się jednak znaleźć płaskie miejsce tuż przy kamiennej ścieżce, stanowiąca część szlaku w stronę góry Dom. Rozbiliśmy tam namiot i zaczęliśmy gotować obiad. W okolicy ponownie mogliśmy zobaczyć, jak bardzo jest opóźniona wiosna w stosunku do lat ubiegłych. Wodospady na wysokości 2900-3000 m n.p.m. zamarzały po południu, a rok temu, w tym samym czasie, nie było w ogóle śniegu i wody płynęły bardzo obfitymi strumieniami. Zastanawiało nas więc to, jak będzie u góry i czy nie powtórzy się sytuacja z Mt. Blanc, gdzie przedwczesna próba wejścia zakończy się zastaniem ogromnych zasp śnieżnych nie do przebycia. Mnie najbardziej fascynowała dalsza część trasy. Nikt z nas nie wiedział co nas czeka. Widzieliśmy tylko ścieżkę, idącą w głąb lodowca, wzdłuż, u stóp grani Festigrat. O tej porze chmury zasłaniały górę Dom i nie wiedzieliśmy, gdzie tak faktycznie przebiega droga. Widzieliśmy część lodowca Festigletscher i prawdopodobne miejsce wejścia po skałach na przełęcz Festijoch 3723 m n.p.m., którego tak bardzo się obawiałem. Wiedzieliśmy, że do stromego podejścia jest około 2,5h wędrówki powoli wznoszącym się stokiem bez żadnych trudności. Później czekało nas ponad 150m podejście poszarpanymi skałami z wystającymi kamieniami pochylonymi w dół, gdzie trzeba się po prostu wspinać.

Po raz kolejny uwagę zwróciłem na pogodę. Nie podobały mi się chmury, które jasno mówiły mi, że jutro będzie wietrznie i nie ma co planować ataku szczytowego. Powiedziałem o tym Rafałowi, choć trudno było dostarczyć widocznych i namacalnych argumentów nie mając danych z jakichś prognoz. Pogodą zajmuję się od roku 2000, dlatego raczej byłem pewny tego, co może nastąpić. Spodziewałem się, że poranek będzie dość pogodny, ale po południu całą górę pokryją gęste chmury. Nie interesowały mnie takie warunki. Powiedziałem Rafałowi, że niestety musimy w naszej małej bazie przekiblować jeden dzień. Zgodziliśmy się co do tego. Rafał nie spał dobrze w namiocie rozbitym na śniegu. Mi udało się wyspać bardzo dobrze. Ten dzień spędziliśmy na gotowaniu naszej specjalności – pomidorówki, oraz na poznawaniu okolicy. Prowadziliśmy rozmowy o dalszej trasie i o jutrzejszym ataku szczytowym. Patrząc na niebo wiedziałem, że jutro będzie dobra pogoda i że wyjście będzie miało największy sens. Tymczasem obserwowaliśmy zmagania trzech ekip słowackich. Powiedzieliśmy, że jeśli wrócą przed godziną 10.00, to oznacza, że żadna z nich nie weszła na szczyt. W miarę upływu dnia zauważyliśmy, że jedna para została w namiocie a reszty nie ma. Nawet o godzinie 16.00 nikt nie wracał. Zaczęliśmy się martwić widząc, jak chmury gęsto przykryły całą górę. Postanowiliśmy, że wyruszymy w tamtą stronę i sprawdzimy, czy coś się im nie stało i gdzie prowadzą ślady. Na szczęście spostrzegliśmy w oddali, że ktoś wraca. Słowacy doszli do namiotów po godzinie 18.00. Zapytaliśmy o warunki. Usłyszeliśmy, że nic nie widzieli, wiał wiatr i że jeden z nich wpadł do szczeliny. Powiedzieli, że doszli do wysokości 4300 m n.p.m. i wyżej nie dali rady. Ten opis wydarzeń trochę nas zmartwił, bo oznaczało to, że jeśli są bardziej doświadczone ekipy od nas i nie dały rady, to my tym bardziej niewiele zdziałamy. Z drugiej strony swoją nadzieję opierałem na dobrej pogodzie. Moją specjalnością jest przewidywanie pogody w terenie i teraz koncentrowałem się na fakcie, że może to nie trudności są najważniejsze, ale raczej trzeba mieć dobrą pogodę i widoczność. Słowakom zabrakło widoczności, co ich pokonało, bo trudno idzie się we mgle, nie widząc dokąd się idzie i jak daleko jest do celu.

Po wysłuchaniu sprawozdania patrzeliśmy mimo wszystko z nadzieją na jutrzejszy dzień. Chmury na niebie wskazywały piękną pogodę na dzień kolejny i tego się trzymałem. Wieczorem dyskutowaliśmy o drodze przejścia, bo zanim zaszło słońce mogliśmy spojrzeć na górę w całej okazałości. Nawet widzieliśmy wydeptaną ścieżkę do przełęczy Festijoch. Pomyśleliśmy, skoro im udało się wejść na przełęcz, to i nam się musi udać. Zanim zasnęliśmy, mieliśmy wspaniały widok na Matterhorn 4478 m n.p.m. Chmury znikały w bardzo szybkim tempie tak, że po zachodzie słońca niebo stało się czyste. Zarządziliśmy, że wyjdziemy o 2.00 w nocy. To nasza standardowa godzina wychodzenia w góry. Dzięki wczesnemu wyjściu można zyskać wiele na czasie i przede wszystkim przejść zmrożonymi lodowcami. Nie polecam przechodzenia przez lodowce w godzinach południowych i popołudniowych, ponieważ śnieg topnieje i w razie niewidocznych szczelin można bardzo łatwo w nie wpaść, ponieważ mostki śnieżne rozmiękają. Zdecydowanie bezpieczniej jest chodzić, gdy śnieg jest jeszcze zmrożony. Głównie z tego powodu ataki szczytowe rozpoczyna się w środku nocy, by na szczycie być wcześnie rano, dając sobie tym samym czas na bezpieczniejszy powrót. Trzymaliśmy się tej złotej zasady, nie tylko z wynikających zasad bezpieczeństwa, ale również z wygody wejścia. Jeśli nie ma śniegu w postaci puchu, to można pokonywać duże odcinki w krótszym czasie. Nie zostaliśmy w tym samym miejscu na kolejną noc, bo Rafałowi było zimno, dlatego zaproponował, żebyśmy poszli do remontowanego i rozbudowywanego schroniska i wyspali się w środku, ponieważ założył, że nikogo tam nie ma. Wystarczyło zdjąć dwa haki i mogliśmy wchodzić. Znaleźliśmy dużo miejsca dla siebie. Rozłożyliśmy karimaty i materace na podłodze będąc odizolowani od warunków zewnętrznych. Rafał cieszył się, że w końcu uśnie tak, jak trzeba. Po godzinie 21.00 położyliśmy się spać z dużą nadzieją, ale też z niepewnością, co nas spotka. Każdy z nas myślał o szczycie i widokach, które możemy zobaczyć.

ATAK SZCZYTOWY
Wstaliśmy po godzinie 1.20 w nocy. Daliśmy sobie 40min na przygotowanie wszystkiego i zjedzenie ciepłego posiłku. Obowiązkowo przetapialiśmy śnieg na wodę, a później ją gotowaliśmy. Ponownie zjedliśmy pomidorówki. Dodatkowo do kieszeni włożyłem kilka czekolad i dwie paczki orzechów ziemnych po 400g. Przyznaję, że na atak szczytowy są najlepszym rozwiązaniem, bo dają mnóstwo kalorii, a zajmują mało miejsca. Rafał nie spał dobrze, ale powiedział, że wystarczyło mu tyle snu, ile miał. W schronisku było bardzo wilgotno i zapach remontowanego obiektu nie pozwalał dobrze spać. Na zewnątrz panowała idealna pogoda, a na niebie nie widzieliśmy ani jednej chmury. Zrobiło się biało od gwiazd. Na wysokości 3300 m n.p.m. jest tak duża przejrzystość, że widzieliśmy więcej gwiazd niż w jakimkolwiek mieście – są tak gęsto rozsiane na niebie, że tworzą wielkie skupiska, a nawet pasy. Wyszliśmy z Domhutte. Tak, jak się domyślaliśmy, nikogo nie spotkaliśmy. Nasze rzeczy niepotrzebne na atak szczytowy, takie jak namiot, śpiwory i karimaty, zostawiliśmy ukryte za kamieniami trochę dalej od budynku. Długo dyskutowaliśmy, gdzie to wszystko zostawić, bo myśleliśmy, że kiedy wrócimy, to w schronisku będą kontynuowane prace. Przed sobą widzieliśmy wydeptaną ścieżkę przez Słowaków. Według opisu wystarczyło iść wzdłuż skalistej grani, wąwozem, tyle, aż nie da się pójść wyżej. Wtedy trzeba skręcić na skalistą grań, która zaprowadzi na przełęcz Festijoch. Przejście wąwozem lodowcowym zajęło nam około 2,5h. Trasa jest jednostajna i bardzo słabo pochylona, stąd powoli osiągaliśmy wysokość. W drodze minęliśmy jedną, ale groźnie wyglądającą szczelinę. Wyglądała na wielką rozpadlinę, przecinającą szlak. Zrobiliśmy zdjęcie w środku nocy z pewnej odległości. Rafał trochę się wystraszył. Szliśmy dalej, aż doszliśmy pod skalistą grań, która miała ograniczyć nam możliwość dalszej wędrówki. Wtedy pytaliśmy siebie nawzajem, gdzie prowadzi właściwa droga. Wskazałem na bardzo mocno pochyloną grań, którą mieliśmy iść. Najpierw jednak musieliśmy wejść na usypisko śniegu, z którego można rozpocząć wspinaczkę. Problemem tej grani jest fakt, że wystające kamienie są pochylone w dół, co utrudnia bezpieczną wspinaczkę. Chwyciliśmy pierwszych skał. Rafał zdecydowanie lepiej się czuł w terenie skalnym niż ja. Preferowałem raczej wejścia lodowcowe. Rafał poszedł pierwszy. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy w dół. Widok okazał się straszny, bo grań sprawiała wrażenie, jakby była pionową ścianą. Widzieliśmy, jaka wysokość dzieli nas od śniegu. Czułem wielkie obawy, bo trudno wyszukiwało mi się chwytów. Szedłem więc za Rafałem. Co jakiś czas widzieliśmy kilka zawieszonych taśm na skałach. Tak, jak myślałem – nikt tędy nie schodzi, tylko zjeżdża na linie, bo zejście byłoby zbyt niebezpieczne. Wystarczył jeden poślizg, by nie dać sobie żadnych szans. Z tego względu mieliśmy linę i sprzęt przewidziany do zjazdów.

Ponad 40min zajęło nam wejście na przełęcz Festijoch 3723 m n.p.m. Teraz odetchnęliśmy z ulgą. Widzieliśmy dalszy przebieg naszej trasy. Ślady, które zostawili Słowacy zawiał wiatr. Tylko gdzieniegdzie mogliśmy zobaczyć kilka niewyraźnych odcisków na śniegu. Nie przeszkadzało nam to, ponieważ wiedzieliśmy, że dalsza droga ma prowadzić granią ponad trzema żebrami, które widzieliśmy z dołu. Teraz patrzeliśmy na nie z boku. Żebra są bardzo wyraźne, dlatego nabraliśmy wielkiej nadziei, bo wszystko zgadzało się według opisu. Jedynie ciekawiłem się na co trafimy powyżej wysokości 4000 m n.p.m., bo wyczytaliśmy, że grań może być oblodzona na płytach skalnych. Na przełęczy schowaliśmy się za niewielkim nasypem śnieżnym utworzonym na skale. Zjedliśmy garście orzechów i wypiliśmy przegotowaną wodę. Dalsza droga wydawała się łatwa. Jedyną trudnością mogło być nachylenie stoku, które wymagało dużej kondycji, bo od tego miejsca aż po sam szczyt musieliśmy iść w podobnym terenie. Szliśmy miarowym krokiem. Tuż za przełęczą zauważyłem pierwsze promienie wschodzącego słońca. Cóż za niezwykły widok! Cały łańcuch górski pokrył się fioletowo-różowawym, ciepłym kolorem! Lodowce wyglądały bajecznie! Z powodu łatwego przejścia i pięknego widowiska szedłem powoli i robiłem więcej zdjęć, by mieć utrwalone panoramy na zdjęciach. Tak pięknego wschodu słońca dawno nie widziałem! Szliśmy coraz wyżej. Po naszej lewej stronie wisiały ogromne seraki. Największy z nich miał ponad 100 m wysokości i tworzył potężną ścianę lodu. Na szczęście przyglądaliśmy się im z boku i nie zagrażał nam ich obryw w żaden sposób. Pomyśleliśmy, że gdyby jeden z nich się oberwał, wytworzył by huk podobny do grzmotów. Trzeba przyznać, że wiszą tam ogromne masy lodu, a zakończenie pionową ścianą świadczy o tym, że z powodu za dużej masy część z nich już się oberwała. Słońce świeciło coraz bardziej. Na niebie nadal nie widzieliśmy żadnych chmur. Wraz z wysokością wiał coraz silniejszy wiatr, ale nie taki, żeby nie wytrzymać jego podmuchów i chłodu. To raczej normalne w Alpach. W miarę podchodzenia zachwycałem się cudownym morzem chmur. Ponad jego poziomem wystawały tylko najwyższe góry, a dolina, z której przyszliśmy wypełniła się chmurami. Pomyśleliśmy, że pod grubą warstwą jest „zielony” świat, z którego przyszliśmy. Wszystko dookoła wyglądało surowo. Dominowały tylko dwa kolory: biały od śniegu i brązowy od grani. Powiedziałem nawet: tam na dole, pod chmurami, są ukryte nasze rzeczy w krzakach. Widok z tej perspektywy potęgował wrażenie odległości i niedostępności. Fenomenalnie wyglądał również Matterhorn. Przybrał pomarańczowych odcieni i dzięki temu bardzo wyraźnie mogliśmy obserwować jego granie przy ciepłym świetle.

Wschód słońca widziany z góry Dom Weisshorn o wschodzie słońca Matterhorn widziany z Dom
Jeden z najpiękniejszych wschodów słońca, które widziałem w Alpach - Przełęcz Festijoch 3723 m n.p.m.

 
Niesamowite morza chmur

Na wysokości około 3850 m n.p.m. słońce świeciło już swoją normalną „dzienną” barwą. Podziwialiśmy podświetlane seraki. W ich okolicy ponownie zobaczyliśmy bardzo wyraźne ślady po przejściu Słowaków. Wiatr ich nie przysypał, ponieważ trasa prowadziła w zagłębieniu pomiędzy skalistą granią po prawej, a serakami po lewej. Dzięki ukształtowaniu terenu mieliśmy większy spokój od wiatru. Droga była czytelna i widzieliśmy cały jej przebieg aż do momentu ostatniego wzniesienia, które nie oznaczało wcale szczytu. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i stopniowo iść do góry. Kiedy podeszliśmy trochę wyżej, a słońce świeciło pełną białą barwą, zauważyłem widmo Brockenu rzucane na ogromne morze chmur. Pokazałem je Rafałowi. Cieszyliśmy się z tego zjawiska, bo niecodziennie można je podziwiać i należy ono do rzadkości. Nie wierzę w legendy, dlatego nie czułem żadnego strachu przed widmem Brockenu. Raczej koncentrowałem się na dalszym przejściu. W międzyczasie podziwiałem bardzo rozległe panoramy. Przyznaję, że dawno nie widziałem tak cudownego morza chmur i na dodatek w otoczeniu tak wysokich gór. Nawet gdyby atak szczytowy miałby się nie udać, to i tak warto było wejść chociażby dotąd, żeby zobaczyć panoramę Alp w niecodziennej scenerii. Słowacy tego na pewno wczoraj nie mieli. Szliśmy rynną śnieżną coraz wyżej, nie robiąc dłuższych postojów. Dzięki temu szybko osiągaliśmy wysokość. Ponad poziomem 4000 m n.p.m. zauważyliśmy oblodzoną grań skalną. Lód nie utrudniał nam wejścia, ponieważ mogliśmy wybierać, gdzie chcemy iść. Większość trasy przechodziliśmy śniegiem, a tylko okazjonalnie wchodziliśmy na granie. W jednym miejscu mieliśmy dylemat, czy wybrać przejście lewą, czy prawą stroną grani, ale ostatecznie wybraliśmy lewą. Wyżej trasa prowadzi w rynnie śnieżnej, gdzie po prawej mamy granie skalne, a po lewej, na serakach, nawiane masy śniegu tworzące małe mury. Z tego względu trasa stawała się bardzo czytelna.

Trudności na Dom 
Podświetlane seraki na śnieżnej grani

Weisshorn
Widok na Weisshorn 4506 m n.p.m. z grani głównej Dom de Mischabel


Gdzieś pod chmurami spaliśmy w lesie...

Doszliśmy do wysokości 4300 m n.p.m. ślady Słowaków nagle urwały się. Zauważyliśmy dziurę w śniegu. To tutaj jeden z nich wczoraj wpadł w szczelinę. Teraz wiedzieliśmy o czym nam opowiadali. Dookoła szczeliny udeptali śnieg. Dalej widniały nietknięte pola śnieżne, gdzie musieliśmy wytyczyć sobie drogę. Rafał czuł się niepewnie, dlatego powiedziałem, że teraz ja poprowadzę trasę. Szliśmy dalej rynną, która powoli zanikała. Dotarliśmy do ostatniego wzniesienia. Widzieliśmy przed sobą szczyt! Niestety wiał dość silny wiatr. Osłanialiśmy oczy, ponieważ w powietrzu unosiły się drobinki lodu i śniegu. Nie zatrzymywaliśmy się, żeby jak najszybciej znaleźć miejsce, w którym ukrylibyśmy się przed wiatrem. Za ostatnim fragmentem skalnym, po prawej, otworzyło się stromo nachylone pole śnieżne oświetlane przez słońce. Za nim droga prowadziła na wzniesienie podszczytowe. Szedłem jako pierwszy, wydeptując na nim ślady. Po około pół godzinie dotarłem do ostatniego podejścia. Mieliśmy stąd kilkanaście metrów do szczytu. W końcu stanęliśmy na wierzchołku góry Dom 4545m n.p.m.! Bardzo cieszyliśmy się z osiągniętego celu. Widok naprawdę wgniatał w ziemię! Staliśmy na najwyższym wierzchołku w okolicy, patrzeliśmy na inne szczyty z góry, a w połowie wysokości pomiędzy nami a doliną, gdzie ukryliśmy nasze rzeczy, wisiały pojedyncze chmury ułożone w równe rzędy! Cóż za widok! Ze szczytu prowadziła kilkumetrowa, wąska grań śnieżna do krzyża, który znajdował się poniżej nas. Rafał chciał tam dojść, dlatego zabezpieczyliśmy się liną i poszedł niewielką granią. Doszedł na czworaka i wrócił. Chciałem zrobić zdjęcie z napisem – pozdrowieniami – ale podczas otwierania plecaka wiatr wywiał mi wszystkie mapy i przygotowane kartki gdzieś w doliny. Nawet zdjęcia satelitarne, które miałem przygotowane na górę Dom i Punta Gnifetti poleciały w nieznaną dolinę.

Szczyt Dom
Szczyt Dom de Mischabel 4545 m n.p.m.

 Na szczycie Dom 
Jesteśmy na szczycie Dom de Mischabel

   Mont Blanc widziany ze szczytu Dom Matterhorn widziany ze szczytu Dom 
Widoki ze szczytu

POWRÓT DO BAZY
Radość z wejścia na tę górę była wielka, tym bardziej, że inne trzy ekipy musiały wracać do domu bez sukcesu. Na szczycie pobyliśmy tylko kilka minut z powodu uciążliwego wiatru. Musieliśmy zejść trochę niżej, żeby osłonić się za skałami. Wtedy zauważyliśmy, że idzie jedna osoba. Schodząc coraz niżej, spotkaliśmy Słowaka. Szedł sam, ale bardzo szybkim tempem. Powiedział, że dzisiaj ma ostatni dzień i jeśli nie teraz, to wróci z niczym. Widać było, że jest zawodowcem, ponieważ miał niezwykłą kondycję i bardzo dobrej klasy sprzęt. Mogliśmy powiedzieć, że szedł jak burza. Życzyliśmy mu udanego wejścia na główny wierzchołek. My tymczasem kontynuowaliśmy zejście. Teraz mieliśmy czas na rozglądanie się po okolicy. Przed nami widniały wyraźnie wydeptane ślady, dlatego trzymaliśmy się tej drogi aż do przełęczy Festijoch 3723 m n.p.m. Teraz mieliśmy obawy, jak zejdziemy po skałach nachylonych w dół. Jakoś nie widziałem tego zejścia. Powiedziałem, że trzeba będzie zjeżdżać na linie, bo innego wyjścia nie widzę. Z taką myślą szliśmy coraz niżej. Rafał schodził wolniej niż ja, ale dzięki temu mogłem zrobić mu zdjęcie, kiedy spotkał się tuż pod szczytem ze Słowakiem i miałem dodatkowo czas na fotografowanie pięknych panoram. Z dużej wysokości mogłem uchwycić nawet Domhutte położony na wysokości 2940 m n.p.m. Dopiero teraz mogłem zobaczyć, jak daleko jesteśmy od schroniska. W pobliżu przełęczy zauważyłem kwitnące fioletowe kwiaty! Bardzo zdziwiłem się, że coś wyrosło i zakwitło w lodowcowym świecie, gdzie panują mroźne temperatury. Widok był niezwykły! Pozostało nam jeszcze nieszczęsne zejście z przełęczy Festijoch, którego tak bardzo się obawialiśmy. Rafał przed przełęczą wypatrzył dla siebie inną drogę zejścia po bezpieczniejszych skałach. Ja tuż za ostatnim żebrem (patrząc od strony szczytu góry) zauważyłem odpowiednią drogę śnieżną dla siebie, prowadzącą bezpośrednio na lodowiec Festigletscher. Musiałem pokonać około 500m wysokości, stromo nachylonym stokiem w dół, wbijając przednie zęby raków w śnieg i asekurować się czekanem. Rafał zaś schodził po skałach szukając odpowiednich chwytów dla siebie. Tym sposobem równym tempem schodziliśmy dwiema różnymi drogami. Po przejściu mniej, więcej połowy trasy czułem zmęczone stopy od ciągłego wbijania raków do lodowo-śnieżnej ściany. Poniżej śnieg rozmiękał, dlatego w butach szybko zrobiło się mokro. Spotkaliśmy się na obrzeżach lodowca Festigletscher.


Szybki powrót Słowaka ze szczytu, który spotkał się z Rafałem

Widoczne w oddali schronisko Domhutte

Szliśmy jego obrzeżami, aż dotarliśmy do naszych śladów pod skalną granią, którą wchodziliśmy w nocy. Z tego miejsca mieliśmy okazję obserwować, jak samotny Słowak zjeżdża na linie i dzięki temu w szybki sposób pokonuje niebezpieczną grań. Pomimo wielu założonych taśm zakładał swoje, bo nigdy nie wiadomo, jak długo tamte wiszą. Pod wpływem wilgotności i niskiej temperatury taśmy szybko niszczeją. Około godziny 12.00 dochodziliśmy do stanowisk pod namioty. Idealna pogoda nadal się utrzymywała. Świeciło słońce, a niebo pokrywały tylko małe, pojedyncze chmurki. Nie potrzebowaliśmy nic więcej niż dobrej pogody na dzień ataku szczytowego i taką właśnie mieliśmy. Widzieliśmy namioty Słowaków, którzy pomału pakowali się i przygotowywali do zejścia. Kiedy dotarliśmy do bazy rozmawialiśmy z nimi. Ekipy, którym się nie udało powiedziały, że kończy im się urlop i niestety muszą wracać. Żałowali, że akurat w ostatnim dniu zrobiła się tak piękna pogoda. Nie mieli wyjścia, bo ograniczał ich czas. Popatrzeliśmy jeszcze na Dom 4545 m n.p.m., bo teraz widzieliśmy go w całości i przebieg całej trasy. Seraki, które widzieliśmy w trakcie podchodzenia okazały się ogromną ścianą lodowcową mającą kilkaset metrów wysokości. Kiedy dotarliśmy do namiotów Słowaków usiedliśmy w spokoju i cieszyliśmy się pięknymi widokami i faktem, że my weszliśmy na szczyt i nie wracamy już z niczym. Daliśmy sobie około dwie godziny na zjedzenie i odpoczynek. Moim zwyczajem położyłem się na większym głazie i zasnąłem. Zdążyłem jeszcze zjeść kolejną pomidorówkę. Po wszystkim rozmawialiśmy o górze i naszych obawach, oraz o tym, jak ważna jest pogoda. Nie chcieliśmy zostawać tu na noc, dlatego postanowiliśmy, że za chwilę weźmiemy nasze rzeczy ukryte w skałach i pójdziemy do zielonej części gór – gdzieś w okolice Europahutte 2265 m n.p.m. Rafał chciał wyspać się porządnie, bo jego śpiwór i karimata nie pozwalały mu na komfortowy sen na śniegu.

Seraki
Potężny lodowiec widziany z poziomu przełęczy Festijoch

Po godzinie 16.00 spakowaliśmy się i zaczęliśmy schodzić. Minęliśmy Domhutte i środowisko lodowcowe zostawiliśmy za sobą bezpowrotnie. Teraz czekało nas zejście „tatrzańskim” szlakiem z linami. Tutaj, pomimo wagi plecaków, nie odczuwaliśmy trudności. Wystarczyło iść powoli. Mając więcej czasu, fotografowałem piękne alpejskie kwiaty, które występowały tutaj bardzo licznie. Najbardziej podobały mi się fioletowe skalniaki złożone z setek malutkich kwiatuszków. Nasze zapasy wody kończyły się, ale nie chcieliśmy tracić czasu na przetapianie śniegu na lodowcu, stąd też założyliśmy, że dojdziemy do źródełka, z którego pobieraliśmy wodę w drodze na Dom 4545 m n.p.m. położonego na wysokości około 2100 m n.p.m. Jako, że szliśmy późnym popołudniem, postanowiliśmy, że wyśpimy się gdzieś na trawiastych polanach na wysokości około 2200 m n.p.m. Mieliśmy wody pod dostatkiem, ale za każdym razem musieliśmy iść po nią do źródła oddalonego o 15min drogi pokonując przy tym 100m różnicy wysokości wzniesień. Kiedy doszliśmy na szlak Tour de Monte Rosa spotkaliśmy jedną osobę, ale nie wiedzieliśmy jakiej narodowości. Ten pan pogratulował nam wejścia na szczyt, bo on przyjechał w celu przejścia fragmentu Tour de Monte Rosa. Sam przyznał, że po górach najwyższych w Alpach nie chodzi. Po krótkim spotkaniu poszliśmy w stronę Europahutte. Martwił nas trochę brak wody w pobliżu schroniska. W jego okolicach nie spotkaliśmy żadnego potoku, ani źródła. Schronisko było jeszcze pozamykane drewnianymi osłonami, ale zauważyliśmy ekipę na tarasie. Po dłuższej chwili okazało się, że to Polacy. Zamieniliśmy z nimi kilka słów i zapytaliśmy o najbliższy potok. Namiot rozbiliśmy w pobliżu drewnianej chatki, w ukryciu. Jako, że brakowało nam wody, poszliśmy z ekipą po wodę, bo wiedzieliśmy, gdzie jest źródło. Wzięliśmy wszystkie butelki, bo musiało wystarczyć na dzisiejszą zupę oraz na rano. Kiedy wróciliśmy, na skale, przy schronisku, stanął bardzo duży koziorożec alpejski z podwiniętymi rogami. Wszyscy zaczęli robić mu zdjęcia. Wieczorem, w zupełnej ciszy, podziwialiśmy widoczną stąd górę Breithorn 4164 m n.p.m. Wszyscy zachwycali się niesamowitym spokojem tego miejsca i wspaniałym otoczeniem. Położyliśmy się spać po zachodzie słońca. Rafał w końcu wyspał się dobrze.

Pola namiotowe za Domhutte
Z powrotem w naszej bazie (w tle, pośrodku, góra Dom de Mischabel)

Koziorożec alpejski
Wielki koziorożec alpejski w pobliżu Europahutte


Piękne widoki na Breithorn z namiotu

POWRÓT DO RANDY
Nastał kolejny dzień. Nie spieszyliśmy się do wstawania. Na dzisiaj zaplanowaliśmy dojście do znanego nam lasu w Randzie, żeby odebrać pozostawione rzeczy. Ekipa z Polski musiała wyjść wcześniej, ponieważ ich celem było wejście na Dom 4545 m n.p.m. Kiedy poszli, zrobiło się zupełnie cicho. Po godzinie 11.40 ponownie przyszedł ten sam wielki koziorożec i podziwialiśmy go z poziomu schroniskowego muru. Dopiero po 13.00 zebraliśmy się i zaczęliśmy schodzić. Doszliśmy do skrzyżowania szlaków na Tour de Monte Rosa – Kinhutte i drogi do Domhutte. Jeszcze raz mogliśmy popatrzeć na ogromny, 205-metrowy, stalowy most wiszący. Przyglądaliśmy się również pięknym kwiatom, ponieważ przez te kilka dni naszej nieobecności otoczenie zmieniło się bardzo. Zrobiło się bardziej wiosennie. Widzieliśmy, że z każdym dniem jest coraz piękniej. Idąc przez modrzewiowy las mogliśmy poczuć niesamowity zapach, którego trudno szukać w polskich lasach. Po prostu tworzyły je inne drzewa. W drodze powrotnej nie skorzystaliśmy z naszego skrótu obok kwitnącej jabłoni, ale raczej weszliśmy do wsi Randa, żeby uzupełnić zapasy w sklepie. Głównie chodziło o kilogramowe makarony, bo używaliśmy ich do zup pomidorowych. Weszliśmy do znanego nam lasu, gdzie słabo wydeptaną i zarośniętą ścieżką doszliśmy do potoku. Najpierw zrzuciliśmy plecaki i poszliśmy do góry pod zwałowisko głazów, gdzie ukryliśmy resztę naszych rzeczy. Odkryliśmy grubą warstwę gałęzi i igieł. Pomimo opadów deszczu nic nie zamokło. Rozbiliśmy namiot tak, jak poprzednio, w tym samym miejscu. Teraz nie mogliśmy narzekać na brak wody. Napełniliśmy butelki oraz menażki i zaczęliśmy gotować zupę. Rozpoczęliśmy rozmowy o tym, gdzie idziemy dalej. W plecaku została mi tylko niskiej jakości mapa Monte Rosy i najbliższych okolic. Zastanawialiśmy się, którą górę wybrać, bo tak naprawdę nie mieliśmy dalszego celu. Ja wybrałem Punta Gnifetti. Największą obawę budziły nas zimowe warunki. Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo, ponieważ wiosna opóźniała się bardzo mocno. Rafał patrzył na Zinalrothorn 4221 m n.p.m. i Weisshorn 4506 m n.p.m. Na szczęście miałem książkę o czterotysięcznikach przy sobie, dlatego odrzuciliśmy wejście na Weisshorn – nie byliśmy na niego przygotowani. Góra wymaga w niektórych miejscach wspinaczki i umiejętności zjeżdżania na linie, a w szczególności znajomości terenu. W domu nie opracowałem trasy przejścia, dlatego nie brałem pod uwagę tego szczytu. Suche opisy w przewodniku były zbyt słabe, żeby sugerować się nimi. Czytałem kilka relacji o tej górze i wiedziałem, że największym problemem jest odszukanie właściwej drogi. Z tego powodu koncentrowałem się na Punta Gnifetti. Zanim poszliśmy spać, w namiocie omawialiśmy jeszcze plany na jutrzejszy i kolejne dni. Wybieraliśmy jeszcze cztery opcje, ale mnie najbardziej ciągnęło na Punta Gnifetti. Przyznałem otwarcie, że był to chyba najbardziej nierealny cel, widząc po tym ile jest śniegu. Moje informacje, mapy i zdjęcia wywiał wiatr na szczycie góry Dom… Mimo wszystko odrzucałem Castor'a i Polluxa (wydawały mi się mało ciekawe), rejon Saas Fee (ze względu na konieczność zmiany lokalizacji – drogi transport i czas) i Taschhorn 4491 m n.p.m. (ze względu na brak jakichkolwiek danych o tej górze). Postawiliśmy na jedną kartę – idziemy na Punta Gnifetti! Już sam fakt, że 28 czerwca w Zermatt mieliśmy -2°C świadczył o tym, że zima jeszcze się nie zakończyła. Dodatkowo mieliśmy informację, że w… sobotę ma nastąpić załamanie pogody. W planach mieliśmy dojście do Monte Rosa Hutte. W okolicach schroniska chcieliśmy przenocować, ale wiedząc o załamaniu pogody zadecydowaliśmy, że rozbijemy namiot tuż przed zejściem do lodowca Gornergletscher, w miejscu nazywanym przez nas „ostatnim zielonym miejscem”.

Dalsza część relacji opisuje szczegółowe dojście w okolice Monte Rosa i miejsca, gdzie można rozbić namiot w drodze na Punta Gnifetti, oraz jak wchodziliśmy na szczyt Punta Gnifetti (Signalkuppe), gdyż podczas tej wyprawy, którą nazwaliśmy Crema di Pomodoro II, wchodzilismy na Dom 4545 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m., Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. i Mettelhorn 3406 m n.p.m.

Dane techniczne wyjazdu, koszty, spis prowiantu oraz inne ciekawostki znajdują się w ostatniej części relacji: Mettelhorn 3406 m n.p.m.

Wyprawa Crema di Pomodoro II:
POZOSTAŁE ZDJĘCIA:
      Przełęcz Festijoch          Droga na szczyt Dom Pola namiotowe za Domhutte   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

www.VD.pl