niedziela, 12 czerwca 2016

Łapszanka, Wysoki Wierch, Wysoka (Pieniny) - 7.05.2016

Wysoki Wierch, Łapszanka panorama z Łapszanki

Umówiliśmy się na godzinę 1.30 w nocy. Zaplanowaliśmy wyjazd w Pieniny, żeby podziwiać piękno wiosny. Wybrane trasy nie miały nas zmęczyć, ale raczej chcieliśmy nacieszyć oczy wspaniałą, wszechobecną zielenią. Na początek naszych szlaków wybraliśmy Łapszankę – niewielką miejscowość, gdzieś na uboczu Pienin z cudowną panoramą na Tatry Słowackie. Wiedzieliśmy, że o tej porze szczyty będzie pokrywać śnieg, a my będziemy to wszystko obserwować z „poziomu” wiosny. Dodatkowo wschód słońca tego dnia przypadał na godzinę 5.04, dlatego koniecznie chcieliśmy zobaczyć pierwsze jego promienie opierające się na najwyższych szczytach Tatr. Na miejsce przyjechaliśmy prawie godzinę przed czasem. Obserwowaliśmy jeszcze, jak niebo stopniowo się rozjaśnia. Daniel wyszedł z samochodu, żeby fotografować Tatry nocą. Monia i Ilona spały w samochodzie. Ja obserwowałem góry z samochodu, ponieważ zdjęcia z ręki nie wychodziły, a poza tym warunki świetlne nie nadawały się do efektownych ujęć. Czekaliśmy wszyscy do wyznaczonej godziny 5.04. Wschód słońca rozpoczął się minutę wcześniej. Ja i Daniel przygotowaliśmy się do sesji zdjęciowej. Fotografowaliśmy Tatry przed wschodem. Patrzeliśmy, jak promienie stopniowo oświetlają białe góry. Powoli przybierały pomarańczowych odcieni. Krajobraz upiększały chmury powstające nad szczytami. Na początku przyjęły intensywnej pomarańczowej barwy, a później przechodziły w żółty ocień. Ten dzień podobał nam się bardzo, ponieważ wiedzieliśmy, że w całym tygodniu tylko około dwie trzecie doby miało być pogodne, a my właśnie korzystaliśmy z tego krótkiego czasu. Koniecznie chcieliśmy wykorzystać odrobinę słońca do wędrówek górskich. Jadąc samochodem, bezpośrednio wjeżdża się na punkt widokowy w Łapszance. Stąd nazwałem to miejsce samochodową turystyką górską. Widzieliśmy znaki szlaków prowadzące w różne części gór. Dowiedzieliśmy się, że w 5h 20min można dotrzeć do miejscowości Zdiar na Słowacji, a za 5min drogi w tamtą stronę przekroczy się granicę polsko-słowacką. Podziwiając piękne Tatry oczekiwaliśmy na słońce, które miało oświetlić trawiastą polanę. Upływało wiele czasu, ale nachylenie terenu było zbyt duże, żeby promienie mogły oświetlić trawy. Czekaliśmy ponad godzinę, ale pojawiły się tylko pojedyncze pasy światła. Widok dzięki temu stał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Cieszyliśmy się w szczególności wspaniałym spokojem i rozległymi widokami. Czuliśmy się sielankowo. Wiosna dopiero wkraczała na te tereny. Żółte mlecze również oczekiwały na słońce, by otworzyć kwiaty. Wtedy polana stawała się bardzo piękna.

Po ponad półtoragodzinnym podziwianiu panoramy Tatr postanowiliśmy pojechać do naszego głównego celu – w Małe Pieniny. Wybraliśmy wejście na Wysoką 1050m n.p.m. od słowackiej strony. Nie chcieliśmy powtarzać wejścia Wąwozem Homole, który odwiedzaliśmy w listopadzie 2013 roku. W maju wygląda on znacznie efektowniej, ale mimo wszystko zależało nam na poznaniu zupełnie nowej trasy. Przejazd z Łapszanki do Wielkiego Lipnika, skąd z Przełęczy pod Tokarnią mieliśmy rozpocząć wędrówkę, dostarczył nam wielu pięknych widoków. W międzyczasie obserwowaliśmy zielone góry, kwitnące polany, a w okolicach Zbiornika Czorsztyńskiego powstały gęste mgły. Mogło się wydawać, że pogorszyła się pogoda. Na szczęście mgły powstawały tylko w rejonie zbiornika. Podziwialiśmy przedzierające się promienie przez lasy. Wyglądały efektownie, ponieważ na mgle powstawały długie pasy światła. Kiedy objechaliśmy Zbiornik Czorsztyński i mniejszy Sromowski Zbiornik mgły nagle zniknęły i ponownie cieszyliśmy się słonecznym dniem. Przejechaliśmy jeszcze obok murów Czerwonego Klasztoru i dalej udaliśmy się do Wielkiego Lipnika. W drodze zachwycały jeszcze Haligowskie Skały. W Wielkim Lipniku bezbłędnie odnaleźliśmy szukaną drogę prowadzącą na przełęcz, ponieważ z mapy wynikało, że w tej miejscowości za dwoma drogami skręcającymi w prawo, pojawi się pierwsza prowadząca w lewo i ta zaprowadzi nas do celu. Takim sposobem dotarliśmy na Przełęcz pod Tokarnią 710 m n.p.m. Jej duża wysokość nad poziomem morza pozwalała nam podziwiać fenomenalne widoki. Słońce uniosło się trochę na niebie, dlatego pomimo wczesnego poranka oświetlało już wszystkie trawiaste polany. Największe wrażenie jednak sprawiały ośnieżone Tatry na tle błękitnego nieba i świeżo zielonych traw. Wszyscy od razu wysiedliśmy z samochodu i wzięliśmy aparaty. Tak piękny widok nie często się zdarza, dlatego długo nie mogliśmy się nim nacieszyć. Poszliśmy poza szlak, na zachód, w stronę Trzech Koron. Tam otwierała się wielka trawiasta równina, z której mogliśmy patrzeć na Tatry. Dodatkowo panowała cisza. Jedynie śpiewały ptaki, ale z tego każdy bardzo się cieszył. Czuliśmy wspaniały klimat sielanki. Teraz wszyscy mogliśmy powiedzieć, że odpoczywamy. Nawet tatrzańskie szlaki nie dawały takiego spokoju.

Wczesnowiosenna, długo oczekiwana zieleń, każdego pozytywnie nastrajała. Po tak długim okresie szarych dni, widok słońca i błękitnego nieba wywoływał radość. Upłynęło wiele czasu zanim wyruszyliśmy na szlak właściwy. Każdy chciał uchwycić białe Tatry w morzu zieleni. Kiedy odwróciliśmy się za siebie, zauważyliśmy znajomy nam napis „Polish Fans, Ruch Chorzów” na tyłach sklepu z pamiątkami znajdującego się na parkingu na przełęczy. Idąc w te strony podchodziliśmy aż do pierwszego wzniesienia przed lasem. Później zawróciliśmy do parkingu, skąd dalej poszliśmy żółtym szlakiem na Wysoki Wierch 899 m n.p.m. Tą część uważaliśmy za najpiękniejszą. Od samego początku ścieżka bardzo szybko zaginęła wśród traw. Od tego momentu szliśmy tylko rozległymi, zielonymi polanami, jakby równo skoszonymi. Wszędzie, dookoła królował błękit na niebie. Cieszyliśmy się z tych widoków, ponieważ przypominały jakże znany pejzaż z Windowsa XP. Każdy z nas bardzo odczuwał, że w takim miejscu człowiek odpoczywa najlepiej. Spokój i sielankowe widoki wyciszały każdego. Ledwo widoczna ścieżka prowadziła na lekko wznoszący się stok w stronę wschodzącego słońca. Co kilkaset metrów wbito żółty słupek ze znakiem szlaku, co ułatwiało obieranie właściwego kierunku. Nawet, gdyby ich nie było, to nie trudno wybrać właściwą trasę, ponieważ na ścieżce rośnie nieco ciemniejsza trawa i widać, że regularnie jeździ tędy jakiś sprzęt rolniczy. Podchodząc na zielone wzniesienie przyglądaliśmy się ponownie Tatrom. Z tej pespektywy wyglądały przepięknie na tle równo „skoszonych” traw. Ze szczytu widzieliśmy dalszy przebieg trasy. Ścieżka prowadziła najpierw na wielką przełęcz, po czym niewielkim trawersem wchodziła w mały las złożony raczej z niskich krzewów. W oddali, po prawej, zobaczyliśmy wielkie stado owiec. Od razu domyśliliśmy się, że jest ich więcej i że to one „dbają” o piękny wygląd tych polan. Najbardziej podobał mi się widok na śnieżnobiałe Tatry ze wzniesienia i w stronę Wysokiego Wierchu. Widzieliśmy stąd ile pięknych trawiastych polan mieliśmy przed sobą.

Ze wschodu nadciągały chmury, dlatego uważałem, że znaleźliśmy się w najlepszym czasie w najlepszym miejscu. Najciekawiej zrobiło się na odcinku zejścia ze wzniesienia do stóp Wysokiego Wierchu. Każdy z nas fotografował okolicę i przez to wszyscy rozdzieliliśmy się w odstępach około stumetrowych. Ja i Monia robiliśmy zdjęcia, żeby pokazać proporcje człowieka względem gór. W oddali, poniżej, stado owiec przemieszczało się na inne polany. Rozpoczęliśmy podejście na Wysoki Wierch. Na początku szliśmy ścieżką przez trawy, gdzie można zatrzymać się na drewnianej ławce, dającej widoki na pobliskie Pieniny. Później dotarliśmy do niewielkiego lasu. Pośród krzaków jedna ze ścieżek skręca w lewo na bardzo malutki lokalny szczyt dający widok na Trzy Korony. Jest tu bardzo pięknie, ponieważ o tej porze, po lewej stronie wierzchołka, kwitnie niski krzak dodający uroku okolicy. Pięknie stąd prezentuje się góra Rabsztyn 847 m n.p.m., gdzie drzewa dopiero zieleniły się. Podchodziliśmy coraz wyżej. Będąc w lesie zauważyliśmy, że słońce schowało się za chmurami na dłużej. Dołączyliśmy więc do Daniela i Ilony. Usiedliśmy na szczycie ukryci za krzakami tak, żeby zimny wiatr nam bardzo nie przeszkadzał. Tego dnia zapowiadano silne i chłodne wiatry i teraz mieliśmy okazję je odczuwać. Patrząc na chmury, wiedziałem, że się rozpadną, ale dopiero za około półtorej godziny. Ten czas poświęciliśmy na śniadanie i odpoczynek. Cieszyliśmy się z odległych widoków na Tatry. Wspominaliśmy listopadową Durbaszkę 942 m n.p.m., ponieważ za chwilę mieliśmy przechodzić przez jej szczyt, w drodze na Wysoką.

Po ponad godzinie chmury stopniowo rozpadały się. Znowu pojawiło się słońce. Od razu zrobiło się cieplej. Wstaliśmy i poszliśmy w stronę Durbaszki. Dotarliśmy tam w kilkadziesiąt minut, ponieważ podziwialiśmy górskie panoramy. Niebieski szlak prowadził nas szeroką polną drogą pod lasem. Podejście dawało dodatkowo możliwość podziwiania wspaniałych widoków na Beskid Sądecki. Na niebie ponownie królował błękit, ale pojawiły się pierwsze małe chmury. Dodawały one uroku panoramom. Przed Durbaszką ustawiono słup ze strzałkami. Jedna z nich prowadziła do bacówki. My poszliśmy dalej, w stronę Wysokiej. Za Durbaszką, która nie wyróżnia się jako odrębny szczyt, weszliśmy w las. Na początku lasu Daniel powiedział głośniej, żebym spojrzał pod nogi. Kilka centymetrów od mojego śladu, na ścieżce wygrzewała się żmija zygzakowata. Wszyscy zaczęliśmy ją fotografować. Osaczony wąż zwinął się, po czym zaczął syczeć i uciekł w trawę. Poszliśmy w zacienioną część szlaku. Przez kilka minut ścieżka wiodła przez las. Za nim rozpoczęło się pierwsze, ale bardzo strome podejście na Borsuczyny 939 m n.p.m. (stromy, skalisty wierzchołek). Cały trud wejścia nie przydał się na nic, ponieważ szlak prowadził za nim stromo w dół. Przed nami wyrosła kolejna stroma góra. I jej przejście nie wiele dało, ponieważ po raz kolejny wytraciliśmy wysokość. Jedyne co bardzo cieszy w tych zalesionych terenach, to piękne kwiaty i pełnia wiosny. Za obiema górami doszliśmy na Przełęcz pod Wysoką. To jeszcze nie koniec wejścia na szczyt, ponieważ rozpoczyna się stąd najbardziej pochylony i długi stok. Daniel był przed nami. Na przełęczy zauważył wycieczkę szkolną z przewodnikiem. Zadzwonił do mnie i powiedział: „pospieszcie się, żebyście na szczycie byli przed wycieczką”. Pomimo stromizn, które dziewczyny pokonywały, zwiększyliśmy tempo. Na przełęczy rzeczywiście duża grupa dzieci słuchała przewodnika, który opowiadał między innymi o wichurach w Tatrach Słowackich i o Limanowej – jako jedynej miejscowości, gdzie na każdym polu stoi jeden dom lub bacówka ze względu na przywiązanie do ziemi. Wszystkie inne miejscowości po stronie słowackiej tworzyły zwartą budowę. Kiedy rozpoczęliśmy ostatnie podejście na szczyt właściwy Ilona i Monia zauważyły, że dzieci je doganiają. Mimo wszystko zawzięły się w sobie i powiedziały, że nie dadzą się wyprzedzić i przez to utrzymywały szybkie tempo aż do samego końca.

Monia i Ilona dotarły na wierzchołek razem z wycieczką, ale nie dały się wyprzedzić. Tylko przez chwilę mogły cieszyć się spokojem miejsca, ponieważ szczyt szybko wypełniał się hałaśliwymi uczniami. Moją uwagę nie przyciągały słowa przewodnika o górach i tego, co stąd widać, ale raczej to, co powiedział o współczesnym świecie. Słusznie stwierdził, że dzisiaj żyje pokolenie „smartfonowo-tabletowo-facebookowe”, które nic więcej nie potrzebuje. Przyznał, że piękne idee górskie dawno zaginęły, te spotkania w bacówkach, ten klimat górski, czy też chęć wykazywania inicjatywy i działania. Przewodnik mówił o tym, ponieważ wspominał dawne czasy, jak to wyglądało kiedyś, a jak teraz. I ja będąc w moim klubie górskim zauważyłem ten sam trend, dlatego go oddałem w inne ręce w 2010 roku, bo współczesne idee młodych ludzi nie były mi potrzebne do niczego, które promowało się w tamtym klubie. W pełni zgadzałem się ze słowami przewodnika. Dodatkowo wspomniał jeszcze na wynik badań naukowców, którzy podsumowali wyniki z ankiet dotyczących kontaktów międzyludzkich. Wywnioskowano tam, że za 20-30 lat młodzi będą komunikować się tylko za pomocą Internetu, bo nie będą potrzebować bezpośrednich rozmów. Tak ich świat uczy. W tym temacie można by było wiele powiedzieć, bo trudno nie zgodzić się tym, co obserwujemy na co dzień. Niestety świat i jego wartości upadają. Wystarczyło popatrzeć na dzieci, które ten pan prowadził. Na szczycie nie interesowały ich góry, ale raczej przeglądały zawartość swoich smartfonów i rozmawiały na ich temat. Kto by pomyślał, chociażby w moich czasach, żeby dzieci miały tak drogie telefony… Wracając do gór, my patrzeliśmy na nie zupełnie inaczej. Cieszyliśmy się wspaniałą wiosną oraz tym, co widzimy dookoła. Staraliśmy się chłonąć każdy widok i odpoczywać od wielkomiejskiego zgiełku.

Podsłyszeliśmy, że wycieczka planuje wracać przez Durbaszkę na stronę Polską do Jaworek. Nie czekaliśmy więc dłużej i zaczęliśmy schodzić. Bardzo szybko doszliśmy do przełęczy. Na drugim stromym podejściu mijaliśmy kolejną wycieczkę idącą na Wysoką. Dwóch chłopaków zapytało nas, czy widzieliśmy grupę, bo oni szli jako ostatni. Trzecie skaliste podejście obeszliśmy leśną ścieżką, dzięki czemu dziewczyny nie musiały się męczyć. Dalej wracaliśmy lasem na Durbaszkę. Ponownie ucichło dookoła i wszędzie panowała wiosna. Korzystaliśmy z tej niesamowitej ciszy. Szliśmy powoli przyglądając się górom w oddali. Co chwilę chmury zasłaniały słońce i po chwili ponownie nam świeciło. Patrzeliśmy również na stare drzewa w drodze na Wysoki Wierch, ponieważ po prawej stronie ścieżki rosły pojedynczo i wyglądały okazale na tle zielonych gór. Najbardziej jednak radował mnie niesamowity spokój. Tego właśnie potrzebowałem najbardziej, by odciąć i wyciszyć się od wszystkiego, i nasycić oczy świeżą, wiosenną zielenią. Podchodząc na szczyt Wysokiego Wierchu cieszyliśmy się jeszcze z jednego widowiska. Paź królowej – motyl, który w Polsce jest pod ochroną – występował tu bardzo licznie. Nawet podsumowałem to, co przed chwilą zobaczyliśmy, słowami: „w Polsce te motyle są na skraju wyginięcia i jeden można zobaczyć raz na kilka lat, a tutaj sześć się gania nad głową”. Nie tylko widzieliśmy te sześć motyli, ale wraz z każdym krokiem z kolejnych zarośli wylatywały następne. Wszędzie fruwały dookoła nas. Poświęciliśmy im więcej czasu przyglądając się ich żółtym skrzydłom z czerwonymi i niebieskimi zdobieniami w czarnych obwódkach. Ten widok z pewnością zachwycił każdego, kto wiedział, jak rzadko występujący to jest motyl w Polsce. Na wierzchołku zatrzymaliśmy się, ale nie na długo. Wiał dość chłodny wiatr i kiedy słońce znikało za chmurami nagle spadała temperatura. Z tego względu postanowiliśmy, że idąc tą samą drogą, którą przyszliśmy, usiądziemy pod jakimś małym wzniesieniem pod krzakami. Za szczytem Wysokiego Wierchu zeszliśmy na żółty szlak. Ponownie przechodziliśmy przez niewielki zalesiony teren. Przez chwilę mogliśmy odetchnąć od chłodnych podmuchów wiatru. Tuż za granicą karłowatych lasów usiedliśmy pod krzakami. Wszyscy cieszyliśmy się spokojem, ponieważ wiatr tutaj już nie dokuczał.

Zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na zjedzenie tego, co pozostało nam w plecakach, a ja dodatkowo podszedłem na niewielkie udeptane wzniesienie z kwitnącym krzakiem po jego lewej stronie. Z tego miejsca mieliśmy wspaniały widok na Trzy Korony i na zieleniejący Rabsztyn. Bardzo podobała mi się ta panorama. W miarę upływu dnia chmur przybywało. Wiedzieliśmy jednak, że nie przyniosą deszczu. Ja, Daniel i Monika patrzeliśmy raczej na brak dobrego światła do zdjęć, które chcieliśmy zrobić z widokiem na Tatry. Z drugiej strony cieszyliśmy się, że rano mieliśmy idealne warunki i wykorzystaliśmy je w pełni. Schodząc z naszego miejsca odpoczynku widzieliśmy sznur ludzi idących przez zielone polany. Nieco niżej spotkaliśmy się. Tę wielką grupę tworzyli emeryci lub starsi ludzie od nas. Podziwialiśmy ich za to, że wybrali się tak wielką grupą, a nie siedzieli w swoich mieszkaniach, w wielkich miastach przy tak pięknej pogodzie. Monika powiedziała nawet kilku spotkanym kobietom parę słów uznania. Wszyscy cieszyli się ze wspaniałych widoków. Idąc przez wielkie polany zauważyliśmy, że niebo pokrywały w zdecydowanej większości chmury. Nad Tatrami dominował szary kolor. W oddali widzieliśmy jeszcze dwa wielkie stada owiec. Zanim doszliśmy do przełęczy, u stóp Wysokiego Wierchu, po stronie słowackiej, zauważyliśmy zjeżdżającą dziewczynę na rowerze górskim. Zjazd przebiegał bardzo szybko. W stronę parkingu, pod górę, wjeżdżała bardzo sprawnie. Kiedy weszliśmy na ostatnie wzniesienie przed parkingiem, jeszcze raz spojrzeliśmy na Tatry. Podsumowaliśmy nasz wyjazd jako bardzo udany i cieszyliśmy się, że wykorzystaliśmy jedyny pogodny dzień w tym tygodniu. Mówiąc „pogodny” mam na myśli pogodę, która nadaje się do wyjazdu w góry.

  Łapszanka Widok z Łapszanki panorama z Łapszanki                szlak na Wysoką    żółty szlak na Wysoki Wierch  Tatry z Pienin owce w Pieninach szyszka świerku      Żmija zygzakowata    Paź Królowej       

Czytaj również: Mięguszowiecka Przełęcz pod ChłopkiemCzerwona Ławka, Maria 5, Zbójnicka Chata, Chata TeryhoCiemniak zimą, szlak na Ciemniak

1 komentarz:

  1. Super wycieczka. A ta żmija to zapozowała jak modelka do zdjęcia! ;)

    OdpowiedzUsuń