wtorek, 5 lipca 2016

Mettelhorn 3406 m n.p.m.

 Mettelhorn

Relacja jest kontynuacją opisu wyprawy Crema di Pomodoro II podczas, której weszliśmy na szczyty Dom 4545 m n.p.m., Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. i Zumsteinspitze 4563 m n.p.m. Jak dojechać do Zermatt nie mając samochodu? Wszelkie informacje znajdziesz w pierwszej części relacji - Dom 4545 m n.p.m. lub na końcu tej relacji. Jak wejść na Punta Gnifetti od strony szwajcarskiej znajdziesz w relacji Punta Gnifetti 4554 m n.p.m.

Po udanym powrocie z Punta Gnifetti i Zumsteinspitze na przedmieściach Zermatt znaleźliśmy w zaroślach starą, drewnianą chatkę, która służyła niegdyś bacom podczas wypasania owiec. Obecnie chata niszczała. Jedną ze ścian wybito, w oknach i drzwiach wstawiono podarte folie, a w środku wymalowano graffiti. Zanim „zakwaterowaliśmy się” tam, posprzątaliśmy miejsce z butelek, puszek i innych rzeczy tak, żebyśmy mogli się wyspać i żeby miejsce służyło nam za bazę na kolejne trzy dni. W pobliżu płynął potok, dzięki czemu mieliśmy dostęp do świeżej wody. Doszliśmy tu późnym popołudniem, dlatego resztę dnia poświęciliśmy na porządki, rozpakowanie rzeczy, karimat i śpiworów oraz gotowanie zupy pomidorowej na kuchenkach gazowych. Mając tak dogodną bazę wypadową zaplanowaliśmy dwa wyjścia. Rafał chciał zobaczyć wielką tamę pod Matterhorn na rzece Zmuttbach i wejść na trzy szczyty Mettelhorn (3406 m), Patterhorn (3345 m) i Wissmiss (2936 m). Jeśli pogoda miała nam pozwolić na zrealizowanie tych planów, to mieliśmy jeszcze wiele do zrobienia podczas pozostałych dni. 4. lipca postanowiliśmy, że przejdziemy do tamy. Jako że wstaliśmy późno i wyjście rozpoczęliśmy dopiero po godzinie 12.00, to stwierdziliśmy, że dzisiaj zobaczymy tamę, a jutro z samego rana pójdziemy na wszystkie trzy góry. Z mapy wynikało, że idąc nieznanymi ścieżkami, dojdziemy na oficjalny szlak, który zaprowadzi nas tam, gdzie chcemy. Ścieżki są oznakowane bardzo dobrze. Co najbardziej nas rozbawiło, to fakt, że z każdego skrzyżowania mogliśmy dotrzeć do Trift. Znak ze słowem „Trift” stał w każdym miejscu. Postanowiliśmy, że pójdziemy trawiastymi łąkami nad Zermatt, dzięki czemu będziemy mogli spoglądać na miasto z góry. Cały szlak pozwalał cieszyć się fenomenalną wiosną i kwiatami, których w Polsce nie spotkałem. Kwitły we wszystkich możliwych kolorach. Wybraliśmy trasę przez Balmen, Alterhaupt, Herbrigg, Hubel, skąd dalej ścieżka prowadziła bezpośrednio do tamy. Trasa zajęła nam 2h 20min. Na alpejskich łąkach spotkaliśmy stado owiec, które odpoczywało w trawie. Najciekawiej wyglądała jedna z miejscowości, Zmutt, widziana ze szlaku. Raczej było to zwarte skupisko domów z dachami z kamiennych płyt – takie, jakie widzieliśmy w Randzie. Są to chaty budowane kilkadziesiąt lat temu w swoim wyjątkowym stylu.

 
Nasza "chata" noclegowa


Baza helikopterów w Zermatt


Wędrówka na obrzeżach Zermatt. Ta ścieżka prowadzi do naszej "chatki"


Szlak na Wissmiss 2936 m n.p.m. - część w lesie


Widok na centrum Zermatt z lasu


Owce na szlaku to standard

 
Wioska Zmutt

Dotarliśmy do tamy. Rzeczywiście zrobiła na nas wielkie wrażenie, ponieważ jest bardzo wysoka. Dodatkowo Rafał wypatrzył gdzieś w dolinie potoku betonowe przejście. Wyglądało jak powojenny bunkier. Przeszliśmy tamą na drugą stronę, po czym szlak prowadził do tunelu w górach. Co ciekawe rozdwajał się i musieliśmy wybrać, którędy chcemy iść. Na szczęście wszystko jest dobrze oznakowane. Poszliśmy szlakiem wzdłuż potoku, który pozwalał w około 40min dojść do Zermatt. Jedną z atrakcji „zaliczyliśmy”, ale każdego raczej interesował dzień następny i Mettelhorn. Wiedzieliśmy, że będzie to piękna góra wymagająca długiej wędrówki, żeby dojść na szczyt. Umówiliśmy się, że wyjdziemy przed godziną 9.00. Jeszcze tego samego dnia poszliśmy do Zermatt do pobliskiego sklepu, żeby dokupić makaronu i pieczywa. Położyliśmy się spać. W takich warunkach wyspaliśmy się bardzo dobrze. Mieliśmy mnóstwo sił, by iść. Wstaliśmy wcześniej, żeby zagotować zupę i nabrać wody do butelek. Pogoda bardzo nam sprzyjała. Na widok bezchmurnego nieba chciałem wyruszyć jak najszybciej, by mieć okazję podziwiać widoki z jak największej wysokości. Przygotowaliśmy się bardzo szybko. Zabraliśmy tylko mały plecak, kilka czekolad, orzechy i wodę. Rozpoczęliśmy wejście szlakiem przez leśne trawersy, wzdłuż potoku Luegelbach. Szliśmy w lesie, dlatego na razie nie mieliśmy okazji podziwiać pięknych panoram. Później trasa wiedzie wśród skał. Zeszliśmy nieco ze szlaku. Rafał wypatrzył jakiś tunel prowadzący w głąb gór, na wysokości około 2000 m n.p.m. Weszliśmy do środka, ale nie zabraliśmy latarek, dlatego mogliśmy zobaczyć tylko tyle, na ile pozwalało światło zewnętrzne. Żałowaliśmy, że nie wzięliśmy latarek, bo przecież mieliśmy je ze sobą podczas całej wyprawy. Z drugiej strony nie planowaliśmy już nocnych wędrówek. Raczej traktowaliśmy ten dzień, jako ostatni, który trzeba solidnie wykorzystać na „dzienne” góry. Za skałami wyszliśmy ponad poziom drzew. Piętro modrzewiowych lasów kończy się na wysokości około 2200 m n.p.m. Dalej idzie się tylko i wyłącznie wśród trawiastych łąk alpejskich. Szliśmy tak przez Chueberg. Widok z tutejszych trawersów jest niesamowity! Piękna otaczająca zieleń i cisza pozwala człowiekowi wypocząć, jak nigdzie indziej. Najbardziej cieszył widok na Dom i Taschhorn. Szczyty górowały nad okolicą. My dodatkowo byliśmy na pierwszym z nich dwa tygodnie temu. Świadomość ta dodawała nam skrzydeł.


Potężna tama pod Matterhornem


Tunel na szlaku w pobliżu tamy


Podziemne przejście

Szliśmy coraz wyżej. Zastanawialiśmy się nawet, jak długi jest wybrany przez nas szlak, bo osiągaliśmy coraz większą wysokość, ale dookoła nie wiele ulegało zmianie. Przed nami widniały ciągle ogromne powierzchnie trawiaste. Zdawały się nie kończyć. Powyżej 2600 m n.p.m. zauważyliśmy mnóstwo stalowych płotów, a nad naszymi głowami latały helikoptery z kolejnymi. Ekipy ustawiały zabezpieczenia przed lawinami, które miały chronić przed masami śniegu w zimie, żeby nie spadały nieoczekiwanie do miasta. Zabezpieczenia z pewnością spełniały swoją funkcję, jednak góra wyglądała fatalnie oszpecona. W okolicach Recheten czekały nas kolejne trawersy pośród pięknych alpejskich łąk. Pod Recheten zobaczyliśmy smutny widok… Niegdyś pod stromymi stokami stało tu schronisko. Niestety zabrała je ze sobą lawina rozrzucając rzeczy po okolicy. Nikt ich nie uprzątnął, bo do dziś leżały tam liny, raki, buty, kurtki, zgrzewki Coca-Coli, herbaty Ice-Tea, czy też inne sprzęty górskie. Jako, że data ważności na Coca-Coli wskazywała na rok 2008, a teraz mieliśmy 2013, to znaczyło, że tragedia musiała stać się jeszcze wcześniej, przed rokiem 2008. Powyżej, ponownie panował klimat sielanki. Pogoda nadal utrzymywała się idealna. Powyżej trawersów widzieliśmy grzędy skalne, wzdłuż których ustawiono najwięcej stalowych płotów. Szlak skutecznie omijał grzędy. Powyżej trawersów spotkaliśmy dwa stada owiec. Wszystkie starały się ukryć przed słońcem, ale na tak otwartych przestrzeniach to było niemożliwe. Chowały się wzdłuż zabezpieczeń przed lawinami i przynajmniej choć częściowo mogły odetchnąć od gorącego słońca. Zastanawiałem się, gdzie mają wodę, bo szliśmy tak długo i nie przecięliśmy nawet jednego malutkiego potoczku. Podchodząc coraz wyżej ścieżką wśród traw, doszliśmy do pierwszego skrzyżowania szlaków położonego na wysokości 2700 m n.p.m. Zza trawiastego zbocza wyłonił się Ober Gabelhorn 4063 m n.p.m., Zinalrothorn 4221 m n.p.m. i Trifthorn 3728 m n.p.m. oraz królujący Matterhorn 4478 m n.p.m. Ze skrzyżowania szlaków prowadzi bezpośredni szlak do Rothorn Hutte 3198 m n.p.m., skąd odbywają się wyprawy na Zinalrothorn 4221 m n.p.m. Jest to jeden ze szczytów, na który chciałbym wejść. Krótkimi trawersami doszliśmy stamtąd na szczyt Wismiss 2936 m n.p.m. Górę porównywaliśmy z Rysami polskimi, ponieważ wyruszaliśmy z 1609 m n.p.m. a w kilka godzin, bez żadnych trudności, dotarliśmy na tak dużą wysokość. Gdyby było tu jak na Rysach, z pewnością zabrakłoby nam czasu. Tymczasem cieszyliśmy się z przepięknych widoków. Czuliśmy, że znajdujemy się w sercu gór najwyższych w Europie. Otaczały nas czterotysięczniki z każdej strony. Bez problemu mogliśmy wymienić co najmniej dziesięć czterotysięcznych szczytów rozsianych dookoła nas. Mając tak piękne widoki, wiedzieliśmy, że Mettelhorn 3406 m n.p.m. musi być znacznie piękniejszy i dawać możliwość jeszcze szerszego spojrzenia na okolicę. Rejon podejścia podszczytowego na Wissmiss jest bardzo gęsto usiany stalowymi konstrukcjami, dlatego staraliśmy się fotografować tak to miejsce, żeby nie ujmować ich na zdjęciach. Szczyt na szczęście jest wolny od lawinowych zabezpieczeń, dlatego można cieszyć się wspaniałymi widokami, rozkoszując się wspaniałą przyrodą. Jedynie u góry znajduje się niewielka antena nadawcza i panele słoneczne. Instalacja nie zajmuje wiele miejsca, dlatego da się przeżyć. W każdym bądź razie nie przysłania żadnych panoram.

  
Pomimo bardzo długiej wędrówki na Wissmiss nie wiele się zmienia, przez co możemy wypocząć po całej wyprawie w Alpach. Sielankowe widoki cieszą oczy. Podczas całej trasy wejściowej na Wissmiss 2936 m n.p.m. będą nam towarzyszyć dwa czterotysięczniki: Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. oraz Taschhorn 4491 m n.p.m. (spiczaste, białe góry na zdjęciach)


Tajemniczy tunel poza szlakiem


Piękne widoki w drodze na Wissmiss 2936 m n.p.m. Najwyższa góra to Zinalrothorn 4221 m n.p.m.


Kolejne owce na szlaku


Widok z poziomu 2700 m n.p.m. na Dom de Mischabel 4545 m n.p.m. i Taschhorn 4491 m n.p.m.


Skrzyżowanie szlaków na Zinalrothorn 4221 m n.p.m. i Wissmiss 2936 m n.p.m oraz Mettelhorn 3406 m n.p.m.


Liczne, stalowe kraty, chroniące w zimie okolicę przed lawinami


Cudne widoki ze szczytu Wissmiss 2936 m n.p.m. Góra jest wyjątkowo usytuowana, ponieważ z każdej strony jesteśmy otoczeni czterotysięcznikami. Najwyższy szczyt na zdjęciu to Zinalrothorn 4221 m n.p.m.

Przyszedł czas na Mettelhorn 3406 m n.p.m. Góra nie przedstawia żadnych trudności, ale ma jedno z dłuższych podejść, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że wszystko chcemy przejść w jeden dzień. Trzeba mieć dobrą kondycję i trzeba iść równym krokiem, żeby zdążyć przed zachodem słońca. Schodząc z Wissmiss nie wybraliśmy tej samej drogi, bo mapa wskazywała zejście po przeciwnej stronie stoku, pozwalając skrócić czas podejścia na Mettelhorn. Ścieżka ginęła gdzieś w trawie, ponieważ zalegały jeszcze płaty śniegu. Sugerowaliśmy się ogólnie przyjętym kierunkiem na górę Mettelhorn. Czasami odnajdywaliśmy ścieżkę. Trudno tu zabłądzić, bo w dolinie widać potok oraz szlak właściwy. Schodzi się trawami, a dookoła nas widać tylko wielkie otwarte przestrzenie. Dość stromym stokiem zeszliśmy na drugą stronę Wissmiss. Wkroczyliśmy do zupełnie innego świata. Płaty śnieżne powoli zamieniały się w trwałą pokrywę śnieżną, którą przecinał szeroki, wartki potok. W oddali znajdowało się nawet wielkie rozlewisko, częściowo zasypane białym puchem. Minęły nas tylko dwie osoby, które wracały ze szczytu. Rafał zapytał starszego pana, jak tam jest. Odpowiedział, że jest „easy” i nie ma żadnych trudności. Faktycznie tak było, ale my jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Poszliśmy zatem częściowo tak, jak prowadziły ślady. Miałem dwie butelki z wodą. Jedną zostawiłem w lodowatym potoku i przytrzasnąłem kamieniem. Butelka z zimną wodą miała mi służyć jako orzeźwienie w drodze powrotnej, kiedy będzie nam bardzo ciepło od słońca. Rafał nie miał drugiej butelki. Poszliśmy śniegami przez rozlewisko aż doszliśmy do przełęczy pomiędzy Patterhorn 3345 m n.p.m. a Furggji 3166 m n.p.m. na skraj małego lodowca. Zobaczyliśmy tam piękny, błękitny stawek. Szliśmy dalej wzdłuż krawędzi lodowca w stronę Patterhorn. Na wierzchołek prowadziła widoczna ścieżka wśród śniegu i skał. My na razie ominęliśmy go. Poszliśmy bezpośrednio na Mettelhorn. W drodze powrotnej mieliśmy wstąpić również na Patterhorn, gdzie jest nawet umieszczona tabliczka z podaną wysokością na wielkim stalowym słupie, dlatego nie mieliśmy żadnych wątpliwości, gdzie się znajdujemy. Ze skraju lodowca widzieliśmy szlak na Mettelhorn, który prowadził na brązowo-pomarańczowe, bardzo strome wzniesienie, pełne malutkich kamyczków, które utrudniają podchodzenie. Widzieliśmy, że inni trawersują zygzakami stromiznę, żeby ułatwić sobie wejście. Od przełęczy nie spotkaliśmy już nikogo, ale ślady pozostawione przez innych świadczyły o obranej trasie. My tak samo chcieliśmy spróbować.

  

Droga przez zalewisko i skrzyżowanie na Mettelhorn 3406 m n.p.m. i Wissmiss 2936 m n.p.m.


Mały, błękitny stawek na powierzchni lodowca


Po prawej widoczny szczyt z masztem to Patterhorn 3345 m n.p.m.


Podejście na Mettelhorn 3406 m n.p.m.

W drodze na Mettelhorn, po prawej stronie, minęliśmy rząd pięknych, strzelistych skał wśród śniegów, które stanowiły główny wierzchołek Patterhornu. Od tego miejsca mieliśmy jakieś pół godziny drogi do szczytu Mettelhorn. Idąc krawędzią lodowca, doszliśmy do stromego zbocza. Drobne kamyczki sypały się pod nogami. Stopniowo wchodziliśmy do góry, aż ścieżka zaprowadziła nas na duże głazy, wśród, których ukryto zeszyt pamiątkowy, gdzie mogliśmy się wpisać. Przeglądnęliśmy wpisy turystów. Wyczytaliśmy, że inni Polacy też tu byli, a nawet zdarzali się ludzie z USA. Szczyt nie jest głównym celem wyprawy, ale jeśli ma się więcej czasu, to zdecydowanie warto na niego wejść. Dlaczego? Właśnie teraz uzyskaliśmy odpowiedź na to pytanie... Czuliśmy się, jak gdybyśmy znajdowali się w sercu czterotysięczników. Z każdej strony otaczały nas najwyższe góry. Widzieliśmy stąd wszystkie góry, na które weszliśmy w ciągu ostatnich dwóch lat. Dufourspitze, Breithorn, Nordend, Punta Gnifetti, Zumsteinspitze, Matterhorn, Zinalrothorn, Dom, Taschhorn, Weisshorn i wiele innych szczytów wyróżniało się na tle błękitnego nieba. Długo nie mogliśmy nacieszyć naszych oczu tak wspaniałą panoramą. Z tego miejsca zrobiłem wiele zdjęć w stronę Weisshorn, żeby w razie ewentualnej przyszłej wyprawy na tą górę mieć widok „z lotu ptaka” na całą trasę. Starałem się zrobić jak najwięcej przybliżeń trudnego terenu. Na szczycie panowała zupełna cisza. Nawet nie wiał wiatr. Na wierzchołku byliśmy dopiero po godzinie 16.00. Pozostało nam niewiele czasu na powrót, dlatego po obejrzeniu przepięknych panoram wracaliśmy niespiesznym krokiem. Ponownie doszliśmy pod Patterhorn krawędzią lodowca. Rafał zaproponował, żeby wejść jeszcze na jego szczyt. Nie chciało mi się, bo zobaczyliśmy lepszą górę, ale mimo wszystko poszedłem. Wejście zajęło nam dziewięć minut. Na szczycie znaleźliśmy wycinek z gazety o tragedii autokaru w szwajcarskim tunelu i jakąś modlitwę. Na górze zrobiliśmy kilka zdjęć widoków i wróciliśmy na skraj lodowca. Widok poszarpanych skał tworzących wierzchołek Patterhorn ponownie cieszył oczy. Dalej doszliśmy do przełęczy, skąd znaną nam ścieżką wśród śniegów, doszliśmy do potoku z ukrytą butelką wody. Teraz przydała się jak nigdy, ponieważ pomimo dużej wysokości n.p.m. panował upał. Nigdzie nie mogliśmy znaleźć zacienionego miejsca. Jedynie, kiedy zawiał od czasu do czasu wiatr mogliśmy schłodzić się jego chłodnymi podmuchami.

   
Widoki ze szczytu Mettelhorn 3406 m n.p.m.


Patterhorn 3345 m n.p.m. widoczny ze szczytu Mettelhorn 3406 m n.p.m.


Przechodzimy z Mettelhorn na Patterhorn

  
Niesamowite skały tworzące wierzchołek Patterhorn 3345 m n.p.m.

  
Widoki ze szczytu Patterhorn 3345 m n.p.m. - brązowy wierzchołek na drugim zdjęciu po lewej, to Mettelhorn 3406 m n.p.m.


Widok na Matterhorn 4478 m n.p.m. podczas zejścia z Patterhorn

 
Piękne widoki w drodze powrotnej z Mettelhorn i Patterhorn (ponownie docieramy do rozlewisk)

Jako, że czasu do zachodu słońca mieliśmy coraz mniej wybraliśmy najkrótszą drogę powrotną przez Vieliboden, sławny już Trift i dalej wzdłuż potoku Triftbach. Trasa dostarczyła nam wielu pięknych widoków, bo wraz z utratą wysokości zieleniały trawy i rozkwitało coraz więcej różnokolorowych kwiatów. Przed Trift – na wysokości 2300 m n.p.m. – podziwialiśmy wysoki – dwupiętrowy wodospad na urwistych skałach. Wody nie brakowało. Mieliśmy świadomość, że potok bierze swój początek ze śniegów, z których właśnie wracaliśmy. W pobliżu Trift 2337 m n.p.m. potok płynie przez malowniczą okolicę. Nie dziwiło mnie dlaczego wybudowano tu jakiś większy budynek dla turystów. Poniżej podziwialiśmy wspaniałe kaskady oświetlane późnopopołudniowymi, ciepłej barwy promieniami. Kropelki unoszące się w powietrzu tworzyły przepiękne widowisko, bo na nich rozszczepiało się światło. Dopiero po godzinie 19.30 zeszliśmy do Zermatt – Bodmen, skąd znaną nam ścieżką poszliśmy do naszej bazy. W naszej chacie pojawiliśmy się o zachodzie słońca. Wiedziałem, że to już mój ostatni dzień w górach, dlatego teraz musiałem przygotować się do wyjazdu. Rafał miał jeszcze trzy dni do dyspozycji, dlatego zaplanował przejście pobliską ferratą i przejście innymi szlakami w pobliskich górach. Ja zacząłem pakować moje rzeczy i szedłem spać z myślą, że cała wyprawa dobiega końca. Wejście na Mettelhorn pozwalało w ciągu jednego dnia przebywać w środku pięknego lata, by za kilka godzin znaleźć się w zimowych warunkach, na lodowcu.

    
Liczne kaskady i wodospady w drodze powrotnej do Zermatt przez Trift

 
Zermatt nocą - miasto widziane z naszej "chatki". Biały szczyt w tle na pierwszym zdjęciu to Breithorn 4164 m n.p.m.

Nastał dla mnie ostatni dzień wyprawy. Wstałem tuż po wschodzie słońca. Musiałem jeszcze się wykąpać. Temperatura spadła do 0°C. Póki nikt tędy nie przechodził, skorzystałem z okazji. Myłem się w potoku, z którego pobieraliśmy wodę. Najbardziej bolała mnie głowa, gdy polewałem ją lodowatą wodą przy tak zimnym powietrzu. Mimo wszystko udało mi się w pełni wykąpać i teraz mogłem opuścić naszą bazę. Rafał pomógł mi zabrać rzeczy do dworca, gdzie musieliśmy omijać zgromadzone tłumy, ponieważ trafiliśmy na jakiś alpejski maraton. Pożegnaliśmy się na dworcu, skąd od teraz pozostały mi w głowie tylko przepiękne wspomnienia z gór najwyższych Europy. Przeżyte przygody, piękne widoki oraz kontakt ze zwierzętami dały nam ogrom radości i poczucie, że cała wyprawa udała się lepiej niż to sobie wymarzyliśmy. Warto marzyć i spełniać swoje marzenia!

DANE TECHNICZNE WYJAZDU
Koszt: 1352 zł (1178 zł - dojazd w obie strony autokarem i pociągami z przesiadką + 174 zł prowiant na miejscu)
Jedzenie: 18 czekolad z orzechami (250 g tabliczka), 1,6 kg orzechów arachidowych z solą, pakowane po 400g, 21 pomidorówek z Knorra, 3 kg makaronu
Sprzęt: lina 30 m Roca, raki, czekan, 2 karabinki, kask ochronny wspinaczkowy, najgrubsze skarpety z wełny merynosów (dwie pary), namiot dwuosobowy, rękawiczki dwuwarstwowe, kominiarka, krem UV 50.
Waga plecaka (za ciężki dziad): 36kg

Osiągnięte szczyty:
  • Dom 4545m n.p.m.
  • Punta Gnifetti 4554 m n.p.m. od strony szwajcarskiej
  • Zumsteinspitze 4563 m n.p.m.
Inne szczyty i miejsca:
  • Mettelhorn 3406 m n.p.m.
  • Patterhorn 3345 m n.p.m.
  • Wissmiss 2936 m n.p.m.
  • tama i tunel pod Matternhornem
  • lodowy tunel (pozostałość po stawie Gornersee)
DOJAZD
Autokar z Katowic do Szwajcarii (Lausanne) (499 zł/dwie strony; 22h jazdy – stan na rok 2016, 469 zł/dwie strony, 22h jazdy – stan na rok 2019). Pociągi Swiss (Lausanne – Visp, Visp – Zermatt) (160 CHF/dwie strony – cena wysoka, ale szybkość i komfort jazdy warte tej ceny). W ciągu 58 min pociąg przejeżdża 96 km mając po drodze 4 stacje pośrednie.

Bilety na pociągi można kupić w automatach podobnych do bankomatów. Są intuicyjne w obsłudze,  pomimo wielu opcji wyboru. Nawet jeśli miałbyś z nimi problemy, to na dworcu w Lausanne wystarczy zejść do jego podziemnej części i popróbować na jednym z nich, gdzie nie ma ludzi. Nie zrobisz kolejki. Pociągi są bardzo zgrane, bo od godziny 9.30 do 13.35 jeżdżą co… 20 min., a autokar przyjeżdża na 10.00 rano, więc na pewno żaden pociąg Ci nie odjedzie – zawsze zdążysz. W razie problemów na dworcu, są dodatkowe 3 kasy gdzie obsłuży Cię człowiek, ale trzeba się ich dobrze naszukać.

Wykonane zdjęcia: 2134

WYPRAWA CREMA DI POMODORO II, TO WEJŚCIE NA SZCZYTY:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza