środa, 31 sierpnia 2016

Szpiglasowy Wierch latem 2172 m n.p.m.

Szpiglasowy Wierch latem Wielki Staw Polski

W środku tygodnia, w pracy, rozmawialiśmy o kolejnym dobrym pod względem pogodowym weekendzie. To niesłychane, że po trzydziestu jeden, pod rząd deszczowych sobotach, trend się odwrócił i teraz zapowiadali trzeci pod rząd słoneczny weekend. Obowiązkowo zarządziliśmy wyjazd w góry. Wpadliśmy na pomysł, że zaraz po drugiej zmianie wsiadamy do samochodu Roberta i jedziemy w Tatry. Zebraliśmy się w grupie Ja – czyli Michał, Ania, Robert, Ewa i Brygida. Ewa po bardzo długiej przerwie postanowiła odwiedzić jakiekolwiek góry, dlatego dla niej wybraliśmy Szpiglasowy Wierch ze względu na piękno przyrody. Wiedziałem, że będzie zachwycona tą trasą. Do naszej grupy dopisał się jeszcze Piotr, jego dziewczyna i koledzy. Oni jechali w drugim samochodzie. Ja i Robert znaliśmy możliwości Ani, dlatego mieliśmy duże obawy o jej tempo, czy da radę dotrzymać nam kroku, bo po poprzednich wyjazdach w tym miesiącu zauważyliśmy, że kondycyjnie mocno odstaje od grupy. Mimo wszystko chcieliśmy ją zabrać ze względu na dobre towarzystwo i jej niepowtarzalny śmiech. Spod zakładu pracy wyruszyliśmy o godzinie 22.10 z myślą, by na około 1.00 w nocy dojechać na Palenicę Białczańską, skąd dalej ruszylibyśmy na Morskie Oko i dalej – na Szpiglasowy Wierch. Zejście planowaliśmy Doliną Pięciu Stawów i przez Dolinę Roztoki. Kiedy mijaliśmy drugie bramki na autostradzie A4 w Balicach Piotr i jego ekipa pogubili się i przejechali zjazd do Zakopanego. Nasz samochód zatrzymała policja do rutynowej kontroli. W tym momencie dzwonił Piotrek aż osiem razy, ale nie odebraliśmy, bo w tym czasie mieliśmy kontrolę. Dopiero po wypuszczeniu nas Robert zadzwonił do Piotrka, ale ten obraził się, że nie odbieraliśmy telefonu. Na nic były tłumaczenia, że w tym czasie zatrzymała nas policja i nic z tym nie mogliśmy zrobić. Po kontroli pojechaliśmy dalej, a ekipa Piotrka pojechała na Kasprowy Wierch zupełnie inną drogą. W samochodzie powiedziałem tylko tyle, że nie ma co roztrząsać sprawy, tylko róbmy swoje, bo kto odwraca się do tyłu, ten nigdzie nie dochodzi. Powiedziałem tak po tym, jak żadne argumenty nie miały siły przebicia. Z natury lubię konkrety i dla mnie istnieje tylko „tak”, albo „nie”. Jeśli coś jest po środku, to odrzucam i robię swoje. Dzięki temu mogę iść ciągle do przodu i działać. Teraz nie inaczej – trzymałem się tej prostej, ale jakże skutecznej zasady…

Jadąc dalej dziewczyny jeszcze przez chwilę wspominały o tym zdarzeniu, a ja myślami byłem już przy wschodzie słońca nad Morskim Okiem. Koniecznie go chciałem zobaczyć, dlatego teraz tylko to zajmowało moje myśli. Na miejsce dojechaliśmy po 1.30 w nocy. Obliczyliśmy, że dojście nad Morskie Oko powinno nam zająć jakieś dwie godziny lub może minimalnie więcej. Mieliśmy więc dużo czasu. Niespiesznym tempem przygotowywaliśmy się do wyjścia. Dziewczyny ubrały kurtki i buty górskie, Robert pozamykał samochód i w końcu wyruszyliśmy do góry. Na tempo Ani policzyliśmy 2h 30min, gdyby potrzebowała odpoczynku. Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w środku nocy. Rozmawialiśmy ze sobą i wspominaliśmy osławiony już moduł 4A od Eli, o którym to Robert, Ania i Brygida rozmawiały dwa tygodnie temu na szlaku na Przełęcz pod Chłopkiem, kiedy to razem poszliśmy w góry w podobnym składzie, tylko bez Ewy. Spoglądaliśmy też na rozgwieżdżone niebo i wsłuchiwaliśmy się w odgłosy lasu. Od czasu do czasu ciszę przerywał cichy szelest opadających igieł, czy też bardzo lekkie podmuchy wiatru. Wiedzieliśmy, że ten dzień będzie idealny do wędrówki, i że z pewnością dużo dziś zobaczymy. W połowie nocnego szlaku stanęliśmy przed skrótami składającymi się z czterech odcinków kamiennych schodów, dość stromo ułożonych pod górę. Ania przez chwilę odpoczywała i zjedliśmy po jednej bułce. Wchodziliśmy wolnym tempem, żebyśmy wszyscy razem doszli do ostatniego podejścia. Na górze również odpoczęliśmy, żeby Ania i Ewa mogły nabrać sił. Ewa odczuwała, że dawno nie była w górach, ale mimo wszystko nie narzekała. Od teraz – według znaków, pozostało nam pięćdziesiąt minut ciągłej wędrówki równą drogą asfaltową. Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Następny postój zarządziliśmy przy parkingu Włosienica. Jest to miejsce, do którego dojeżdżają wozy konne. Tutaj podziwialiśmy spokój okolicy oraz coraz wyraźniejsze góry. Mięguszowieckie Szczyty wydawały się być tak blisko nas. Po dłuższej chwili wstaliśmy i poszliśmy nad Morskie Oko.

Ewie szczególnie tu się podobało, ponieważ lustro wody było niczym niezmącone oraz powierzchni wody nie zdążył pomarszczyć jeszcze lekki wiatr. Oczekiwaliśmy na wschód słońca. Ania znała ten widok z naszego wspólnego wypadu na Przełęcz pod Chłopkiem, ale mimo wszystko oczekiwała wschodu z ciekawością. Jeszcze tylko chwilka i doczekaliśmy wschodu słońca. Podziwialiśmy, jak ciepłe światło promieni słonecznych oświetlało najwyższe szczyty Tatr. Najpierw rozświetlały się Mięguszowieckie Szczyty na czerwono. Później zapłonął Mnich i w oddali podejście na Szpiglasowy Wierch. Dziewczyny obowiązkowo chciały zrobić sobie zdjęcie na tle odbicia gór w Morskim Oku w porze wschodzącego słońca. Wyciągnąłem w tym czasie lubiane już przez wszystkich nadziewane rurki z Biedronki, które zniknęły w pięć minut. Zeszliśmy jeszcze schodami do poziomu stawu, aby przyglądnąć się odbiciom w wodzie. Później zawróciliśmy i poszliśmy przed schronisko, gdzie swój początek bierze żółty szlak na Szpiglasowy Wierch (2h 25min). Długość szlaku nie martwiła nawet Ewę, bo przecież przechodziliśmy dłuższe odcinki. Taki był właśnie nasz cel. Nie zniechęcać nowych lub rozpoczynających przygodę z górami. Podchodząc pierwszym odcinkiem w lesie Ania zwróciła uwagę na powyginane świerki na zakręcie. Nieco dalej jarzębiny kłaniały się na szlak z ich czerwonymi owocami. Tuż po przekroczeniu pierwszego potoku dziewczyny jadły jagody. Do zdjęcia na tle Mnicha pokazały niebieski język od owoców. Ani bardzo przypadł do gustu ten rejon, dlatego za każdym zakrętem chciała, żeby fotografować ekipę na tle wysokich gór. Z upływem czasu Mnich „stawał się” coraz mniejszy – a to za sprawą, obchodzenia go dookoła, a jednocześnie podchodziliśmy kamiennymi schodami do góry. W międzyczasie zauważyłem kwiaty w kształcie fioletowych dzwoneczków w trawie, po czym je sfotografowałem. Brygida i Ania od razu przypomniały sytuację z modułem 4A z wyjazdu na Przełęcz pod Chłopkiem.

Ewę puściliśmy z przodu, bo szła równomiernie i dobrze. Ania utrzymała nasze tempo. Mnich już schował się na tle Mięguszowieckich Szczytów i „malał” z każdym trawersem. Teraz wyglądał jak szpica złożona z wielu kamieni. W końcu dotarliśmy do połowy szlaku. Połowę trasy wyznacza skrzyżowanie szlaków: żółtego na Szpiglasowy Wierch i czerwonego na Wrota Chałubińskiego. Stąd mogliśmy obejrzeć 52 trawersy prowadzące na przełęcz Wrót Chałubińskiego oraz małe Wyżnie Mnichowe Stawki i Staw Staszica. Ten drugi raczej utrzymuje się okresowo, dlatego w jego miejscu zobaczyliśmy tylko ciemne osady. Właśnie w tym miejscu wspomniałem o jednym dużym kamieniu, który leży w pobliżu Stawu Staszica. Jego nadepnięcie powoduje, że wydaje brzęczący dźwięk słyszany w całej dolince. Stawy Mnichowe teraz błyszczały od promieni słonecznych. Na Szpiglasowy Wierch pozostała nam około godzina marszu. Z tego względu zatrzymaliśmy się tu, żeby odpocząć i podziwiać piękno natury. Wiedzieliśmy też, że od tego momentu będziemy mieli przed sobą  długie trawersy – na szczęście nie tak bardzo strome. Za skrzyżowaniem ścieżek poszliśmy wyżej. Teraz szlak prowadził trawiastym zboczem i widzieliśmy jej dalszy przebieg. Kamienna ścieżka przecinała trawę bardzo wyraźnie. Na chwilę wyprzedziłem dziewczyny, żeby zrobić im zdjęcie, jak podchodzą, mając w tle wysokie góry oraz Wyżnie Stawki Mnichowe. Idąc trawersami, nie wymagającymi żadnych dodatkowych umiejętności, szliśmy rozmawiając ze sobą. Ania trochę odstawała od grupy, dlatego na przemian najpierw szła z nią Brygida, później Robert i na końcu ja – przez większą część szlaku. Jako, że tą trasę odwiedzałem kolejny raz, nie skupiałem uwagi na czasie, ale raczej podziwiałem tatrzańską przyrodę i widoki na Mięguszowieckie Szczyty. O godzinie 8.43 dotarliśmy do Przełęczy Szpiglasowej. To bardzo wcześnie, jak na lato. O tej porze dopiero tłumy szykowały się do wyjścia w góry, stąd wiedziałem, że będziemy mieli piękne widoki w zupełnej ciszy. Robert doszedł jako pierwszy na przełęcz. Brygida i Ewa razem, a ja z Anią jako ostatni. Brygida usiadła nad urwiskiem na kamieniu i zrobiłem jej zdjęcia. Później Robert chciał taką samą sesję. Po nich dołączyła Ewa i Brygida razem. Na końcu byłem ja i Ania, choć za chwilę dołączyła do nas jeszcze Brygida. Ania miała duży lęk wysokości, ale bardzo chciała mieć takie samo zdjęcie, dlatego trzymała się nas. Na przełęcz dotarła jeszcze inna para. Dziewczyna była ubrana w niebieską bluzkę a chłopak w szary sweter. Razem siedzieli i podziwiali widoki.

Po dłuższym odpoczynku wpadliśmy na ten sam pomysł, żeby założyć nasze zakładowe koszulki i zrobić sobie wspólne zdjęcie, jakiego nikt w pracy nie ma. Wszyscy założyliśmy nasze niebieskie bluzki i poszliśmy na Szpiglasowy Wierch. Ania trochę miała obawy, bo pod szczytem teren jest bardziej eksponowany. Mimo wszystko ją zaprowadziliśmy, ponieważ bardzo chciała zobaczyć te widoki latem. Poszedłem jako pierwszy, dzięki czemu mogłem zrobić serię zdjęć jak „niebiescy” podchodzą wśród wystających skał. Na szczyt mieliśmy tylko 15min drogi, więc szybko przeszliśmy ten fragment. Na bardzo ciasnym wierzchołku rozsiedliśmy się tak, żebyśmy mogli zrobić sobie wspólne zdjęcie. Jako, że był tu też pewien chłopak poprosiliśmy go o zdjęcie. Zapytał nas, czy nie jesteśmy z Providenta, ale na szczęście szybko zauważył, że nie. Ta firma chyba każdemu źle się kojarzy… Teraz po wspólnym „rodzinnym” zdjęciu przyszedł czas na indywidualną sesję w koszulkach zakładowych. Robert nawet położył się na skałach, a Ania pozowała jak modelka. Brygida również usiadła na kamieniu mając  za sobą widok na Grań Hrubego. Na szczycie mieliśmy piękną pogodę, wspaniałą ciszę, a ludzie z dolin jeszcze nie zdążyli dojść do nas. Zaglądaliśmy do Doliny Pięciu Stawów, jak również do Niżnego Ciemnosmreczyńskiego Stawu o bardzo charakterystycznych kształtach. Mięguszowieckie Szczyty z tej perspektywy wyglądały jak kaldera wygasłego wulkanu. Po długiej przerwie na szczycie, która trwała około godzinę, zeszliśmy na przełęcz do naszych plecaków, bo tam je zostawiliśmy. Ania miała problem przy schodzeniu z kopuły szczytowej, ponieważ bała się pośliźnięcia i nie czuła tutaj pewności stawianych kroków. Wskazywałem jej którędy ma schodzić. Za chwilę dołączyła do nas. Na Przełęczy Szpiglasowej spotkaliśmy jakiegoś chłopaka z założonym brązowym kapturem na głowie. Prawdopodobnie usnął wśród skał przy znaku żółtego szlaku.

Teraz myśleliśmy o zejściu do Doliny Pięciu stawów Polskich. Ania powiedziała „ja tędy nie schodzę!”, kiedy zobaczyła, jak bardzo stromo ścieżka prowadzi płytami skalnymi ubezpieczonymi łańcuchami. Przez chwilę ją uspokajaliśmy i mówiliśmy, że da radę. Powiedziałem, że ją poprowadzę. Ewa, która nie chodziła po takich szlakach poszła jak wszyscy – bez problemów i co najważniejsze – z radością. Złapała się łańcuchów i schodziła bez strachu. Bardzo płynnie pokonywała kolejne etapy. Jedynie ja i Ania schodziliśmy bardzo długo, bo wskazywałem jej, każdy krok, gdzie ma stawać stopę, żeby czuła się bezpiecznie. O tej porze jeszcze nie nagromadziły się tłumy, dlatego nie blokowaliśmy ruchu. Między innymi z tego względu wybrałem bardzo wczesną porę wyjścia w góry. Ewa w swojej radości powiedziała „zrób mi zdjęcie na tle tych łańcuchów, bo nikt mi nie uwierzy, że to przeszłam”. Obowiązkowo musiałem to uwiecznić. W międzyczasie podziwiałem zielone stoki dookoła. Ewa wróciła do ostatniego łańcucha i tam pozowała do zdjęć. Ania trochę podziwiała Ewę z jaką lekkością pokonywała odcinki z łańcuchami, jako osoba nieobyta z Tatrami. Po przejściu trudności na płytach skalnych zaczęliśmy schodzić kamiennymi schodami. Początkowo jeszcze zalegały na nich drobne kamyczki i ziemia, dlatego nie trudno było o upadek. Za około piętnaście minut kamienne schody stały się bardziej bezpieczne, bo nie leżały już na nich warstwy piasku, czy ziemi, tak jak to było powyżej. Z tego miejsca podziwialiśmy wielkie dwa rowy wyżłobione w 2008 roku przez nadmiar spływającej wody, po obfitych ulewach oraz Wielki Staw Polski, który wyróżniał się swoją barwą na tle całej panoramy gór. Każdy z nas przystanął, by go sfotografować. Jedni robili zdjęcia aparatami, a drudzy telefonami komórkowymi. Kiedy dotarliśmy do małego usypiska kamieni, Ania zaczęła pozować jak modelka na tle stawu. Nieco dalej, na wielkim kamieniu dziewczyny zrobiły sobie całą sesję. I ja dołączyłem na chwilę na ich prośbę. Brygida rozmawiała z Robertem zwanego przez nas Bobcikiem. Robert zatrzymał się trochę poniżej, na zakręcie szlaku przy wystającej skale, gdzie kazał sobie zrobić zdjęcie. Ania stanęła za nim trochę powyżej.

W tym miejscu najbardziej zachwycałem się piękną zielenią traw. Od wilgoci i słońca wyrastały tu dorodne kępy. Pokrywały całe północne zbocza Liptowskich Kosturów. Wśród traw wypatrzyliśmy nawet samotny krzew kosodrzewiny rosnący obok dużego kamienia. Kiedy zeszliśmy znacznie niżej – na około 10-15min drogi do poziomu Wielkiego Stawu Polskiego – Brygida zauważyła wielki kamień wystający ponad nachylenie stoku. Obowiązkowo wszyscy tam chcieli mieć sesję na tle stawu. Rzeczywiście to miejsce wyróżniało się pięknem otoczenia i kolorami. Tutaj powstały między innymi moje zdjęcia z Brygidą, gdzie wyglądamy, jak jakieś postacie na nakręcanej pozytywce z uniesionymi nogami. Bardzo spodobało nam się to ujęcie. Każdy chciał mieć tu swoje wyjątkowe zdjęcie. Po około piętnastu minutach, po sesji zdjęciowej dotarliśmy do potoku, którym spływały wody z Czarnego Stawu Polskiego do Wielkiego Stawu. Przystanęliśmy na chwilę, by nacieszyć oczy tymi pięknymi widokami. Piliśmy nawet wody z tego potoku, a później schłodziliśmy stopy. Po dłużej przerwie poszliśmy szlakiem wzdłuż Wielkiego Stawu. W międzyczasie przyglądaliśmy się Koziemu Wierchowi 2290 m n.p.m. – najwyższej górze w Polsce, w całości należącej do jej terytorium. Tutejsza okolica zachwycała każdego. Mogliśmy stąd podziwiać rozległe równiny trawiaste, a dookoła nich piękne tatrzańskie szczyty. Przy szlaku zauważyliśmy nawet duże skupisko kwitnących wrzosów na stromym stoku przy ścieżce. Wyglądało tu jak na pocztówce. W tym miejscu przyszedł mi pomysł, żeby jeszcze wejść na Kozi Wierch. Szukałem chętnego. Robert chciał, ale czuł zmęczenie, Ewa odpadła z powodu dużego zmęczenia, Ania – tym bardziej. Pozostała mi tylko Brygida. Nie zdecydowała się na początku, ale ciągle rozmyślała o tej propozycji. Kiedy doszliśmy do skrzyżowania szlaków niebieskiego do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich i czarnego na Kozi Wierch powiedziała „idę!”. Szybko obliczyliśmy czas, jaki potrzebujemy na wejście na wierzchołek oraz zejście i dojście do schroniska. Daliśmy sobie trzy i pół godziny, ale Brygidzie powiedziałem, że trochę przyciśniemy tempo, żeby być szybciej.

Tak, jak powiedzieliśmy, Robert, Ania i Ewa mieli zaczekać na nas w schronisku. Ja i Brygida wystrzeliliśmy szybkim tempem do przodu, przed siebie. Przeszliśmy naszą dolinkę kwitnących wrzosów i co jakiś czas spoglądaliśmy za siebie na piękne widoki. Tylko stąd mogliśmy zobaczyć wspaniale mieniący się od promieni słonecznych Wielki Staw i jego błękit. Na Kozi Wierch szły grupy ludzi, ale wiele z nich wyprzedzaliśmy. Brygida przyznała, że idziemy bardzo szybkim tempem i że brakuje jej czasem tchu. Mimo wszystko powiedziała, że da radę i będzie szła tak szybko. W trakcie podchodzenia widzieliśmy coraz bardziej odsłaniającą się Grań Hrubego oraz stawy Doliny Pięciu Stawów Polskich z coraz większej wysokości. Nawet wypatrzeliśmy Krywań – górę widoczną z każdego szczytu tatrzańskiego. Na szczyt dotarliśmy w pięćdziesiąt minut, a czas przewidywany na wejście wynosił 1h 30min. Brygida bardzo cieszyła się nie tylko z tak szybkiego wejścia, ale również z powodu sił, że była wstanie wytrzymać tempo po Szpiglasowym Wierchu. Najbardziej jednak podobały jej się piękne widoki na Orlą Perć i surowość grani. Obowiązkowo chciała mieć ze mną zdjęcie na dowód, że tu byliśmy. Od teraz jej długiej trasy pokonanej w ciągu jednego dnia dziewczyny nie mogły zakwestionować. Ze szczytu schodziliśmy szybkim tempem, ale uważaliśmy na kamienne schody, ponieważ w wielu miejscach zalegała na nich ziemia i drobne kamyczki. Nie trudno pośliznąć się w takim miejscu. Zeszliśmy w około 40min i resztę czasu poświęciliśmy na przejście do schroniska. Tam spotkaliśmy się z resztą ekipy. Brygida opowiadała o swoich wrażeniach, widokach, szybkim tempie i o tym, jak co teraz czuje. Ania trochę jej zazdrościła, bo też chciała tam być. Robert z góry wiedział, że nie da rady, dlatego nawet nie wspominał o Kozim Wierchu.

Ewę bolały stopy i myślała o tym, że do samochodu pozostało nam niewiele. Kiedy jednak opowiedzieliśmy jej o legendarnej Dolinie Roztoki, która ciągnie się niemożliwie po każdej tatrzańskiej wędrówce, to zwątpiła. Najpierw czekało nas zejście bardzo stromymi schodami, idąc czarnym szlakiem przez około 30min, gdzie szlak łączy się z zielonym, biegnącym przez Dolinę Roztoki. Ewa i Ania bardzo odczuwały piekące stopy. Schodząc stromymi schodami musieliśmy przedzierać się przez bardzo wielkie tłumy ludzi idących w większości w dół. Wiele osób jednak jeszcze podchodziła do góry. Dodatkowo na nasz szlak nałożyła się impreza „Ultramaraton Granią Tatr 2013”, gdzie zawodnicy biegli od Doliny Chochołowskiej aż do Kuźnic granią Tatr i różnymi szlakami. Łączna długość trasy wynosiła 70km. Co chwilę musieliśmy ustępować miejsca podbiegającym zawodnikom, żeby nie tarasować im przejścia. Przy tylu turystach w Tatrach powstawały zatory. Z tego względu nasze zejście bardzo wydłużało się. Odcinek w Dolinie Roztoki słynie z wystających kamieni na całej długości w lasach, przez co, jak na ironię losu, na sam koniec wędrówki, przez ponad 1h 20min, stopy dodatkowo męczą się i właśnie w tym miejscu osoby mające odciski odczuwają je najbardziej. Ten szlak często dla stóp jest „na dobitkę”. Ania i Ewa szukały zejścia do Rybiego Potoku, który przekraczaliśmy trzykrotnie drewnianymi mostami. Koniecznie chciały schłodzić stopy, żeby odciski nie piekły tak mocno. Dopiero za trzecim mostem znaleźliśmy dobry punkt na odpoczynek, z czego dziewczyny skorzystały. Ania na tym odcinku nagle zwiększyła tempo, idąc bardzo szybko i prosto przed siebie. Robert też zwiększył tempo. Po dłuższej chwili doszliśmy do drogi asfaltowej przy Wodogrzmotach Mickiewicza. Wiedzieliśmy, że do samochodu pozostało nam jeszcze 1/3 drogi na Morskie Oko, czyli jakieś 3km. Przejście drogą asfaltową zawsze dodatkowo męczyło stopy, dlatego staraliśmy się przejść ją jak najszybciej. Przy wodogrzmotach Mickiewicza Brygida wypatrzyła jeszcze osobę podobną do naszego byłego leadera z pracy (Roberta Frączka). Brygida i Ania rozpoczęły jeszcze dyskusję na temat bryczek i powozów konnych, że powinni tego zabronić ze względu na nieprzestrzeganie przepisów przez woźniców dotyczących ilości zabieranych ludzi. Brygidę i Anię bardzo irytowało, że co roku zdychał na tej trasie jakiś koń. Myślę, że to każdego irytuje, bo niestety zwierzęta wykonują pracę ponad siły. Brygida nawet należy do jakiejś organizacji broniącej tych zwierząt.

W drodze powrotnej dużo rozmawialiśmy, żeby dziewczyny nie myślały o bólu. Ewa wyglądała najgorzej ze względu na zmęczenie i brak kondycji. Nie dziwiliśmy się, ponieważ od ponad dziesięciu lat nie chodziła po górach. Ania zwiększyła swoje tempo ponownie. Wszyscy dziwiliśmy się, bo w górach odstawała od nas najbardziej, a w lesie w Dolinie Roztoki i teraz – na drodze asfaltowej – nagle miała siły, by iść ciągle jako pierwsza. Szliśmy z tłumami, dlatego obserwowaliśmy obuwie niektórych ludzi, a w szczególności buty na obcasach... Wsłuchiwaliśmy się również w niektóre bardzo dziwne rozmowy. Największą radość mieliśmy, gdy dotarliśmy do samochodu. Przy aucie stała już Ania. Brygida zdenerwowała się na nią, bo w górach nie miała siły, żeby iść, a teraz nagle skądś na ostatnim odcinku je miała. Na to Ania odpowiedziała jej, że chciała sprawdzić swoją wytrzymałość i tempo. Z tej sytuacji wyniknął niemały konflikt między nimi i Ewą, która stanęła po stronie Brygidy. Jak to zwykle bywa, facet nawet nie pomyślałby o takich kwestiach i nie byłoby tematu. Przy samochodzie myśleliśmy o tym, że jeszcze musieliśmy wrócić, a Bobcik zasypiał ze zmęczenia. Kierował przecież autem. Stąd postanowiliśmy, że wyjedziemy z parkingu i zatrzymamy się na najbliższej stacji, żeby mógł choć trochę odpocząć. Obowiązkowo po naszym wypadzie zatrzymaliśmy się w Rdzawce, w domowej restauracji „Harnaś” obok stacji. Naszym zwyczajem, po udanej wyprawie w Tatry, jemy tam obiad. Serwują tam typowo domowe dania, ale w dużych ilościach i bardzo dobre. W ten sposób zakończyliśmy naszą wyprawę pełną pięknych wrażeń...

   Morskie Oko w wschodzie słońca   Mięguszowieckie Szczyty   Mnich           Szpiglasowy Wierch szlak              Wielki Staw Polski    Dolina pięciu Stawów Polskich   Kozi Wierch     

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza