GRAŃ CHUBEDISHI
Standardowo
wstałem o godzinie 5.50, aby sprawdzić niebo. Nie do końca podobały mi się
chmury nad szczytami w okolicach Mestii. Jeśli stamtąd coś przychodzi, to
wiedz, że będzie załamanie pogody. Jednak na razie panowała idealna pogoda. Uznałem,
że warunki nadają się na wędrówkę i mimo wszystko wiele zobaczymy, dlatego
zacząłem przygotowywać gruziński chleb, który stał się obowiązkowy każdego
dnia. Dwa zjedliśmy przed wyjściem, a dwa trzymałem na ewentualność spotkania z
psami, żeby mieć czym je nakarmić. Doświadczenie z wczorajszej wędrówki, gdzie w
krzakach na szybko „po tajniaku” musiałem zjadać sałatkę, pokazało mi, że
trzeba działać wyprzedzająco. Wyrobiliśmy się do godziny 7.00. Poranek
przywitał nas rześkim, górskim powietrzem, ale wiedzieliśmy, że w słońcu będzie
bardzo gorąco. Zabraliśmy więc rzeczy na upał i na deszcz. Odtąd myśleliśmy,
jak przejść niepostrzeżenie, aby nie zauważył nas żaden pies. Nie liczyłem na
cud, że wszystkie nagle znikną, ale z drugiej strony nie chcieliśmy mieć hordy,
którą musielibyśmy wykarmić. Plan był taki, aby nie przechodzić blisko hotelu ani
w pobliżu zabudowy. Najlepiej gdybyśmy poszli tuż za boiskiem piłkarskim, na
główną drogę w kierunku Zagaro Pass. Dzięki temu szczyt niejako ukryłby nas przed
czworonogami gromadzącymi się w Zhibiani. Niestety rozpoczęcie podejścia
trawiastymi zboczami oznaczało, że wystawimy się na widok z różnych części
wioski. Nie mieliśmy innego rozwiązania. Musieliśmy próbować.
WYRUSZAMY
W GÓRY
Z
kwatery wyruszyliśmy po 7.00 rano. Słońce zaczynało oświetlać najniżej położoną
część Ushguli. Plusem wybranej trasy jest bardzo bliskie położenie względem
kwatery. Wystarczyło wyjść poza bramę, a za kilkadziesiąt metrów rozpoczynaliśmy
szlak właściwy. Drugą zaletą była jej przejrzystość od samego początku. Nawet z
pokoju widzieliśmy przebieg całej drogi na górę, dlatego nie mieliśmy
możliwości jej zgubienia. Minusem wspomnianej widoczności był z pewnością fakt,
że wszystkie psy w okolicy wyłapywały każdy ruch, jeśli ktokolwiek pojawił się
na zielonych zboczach prowadzących do punktu widokowego 2980 m n.p.m. Nawet nie
mieliśmy krzaków, żeby się za nimi schronić. Dlaczego tak bardzo uważaliśmy na nie
dzisiejszego dnia? Ponieważ na szczycie chcieliśmy zagotować kiełbasy i zjeść
dobry obiad. Przy podobnej obstawie jak wczoraj, nie mielibyśmy żadnych szans
na realizację wspomnianego planu. Trasę bardzo dobrze znałem, dlatego za
ostatnim guest house’m przy drodze w kierunku Zagaro Pass, od razu skręciliśmy
w lewo. Za ogrodzeniem widać wyraźną ubitą drogę, kończącą się za kilkanaście
metrów. Odtąd szliśmy zygzakami wydeptanymi w trawie przez krowy. U podnóża
pasły się, wyjadając bujne kępy. Nierzadko widywaliśmy tutaj konie. I one
upodobały sobie tę górę. Trzeba pamiętać, że omawiane zwierzęta nie są trzymane
na uwięzi. Żyją luzem. Wybierają różne miejsca w ciągu dnia, ale kiedy zachodzi
słońce wiedzą, dokąd mają wrócić. Krowy dodatkowo nauczone są przychodzenia na
konkretną godzinę pod dany dom. Mucząc, przywołują gospodarza, żeby ją wydoił.
W nocy śpią w przydomowych zaroślach, a rankiem same wyruszają w teren. Ten
cykl powtarzają regularnie. Nikt nie musi ich pilnować.