KWIATOWY SZLAK 2
Z racji dość niepewnej pogody postanowiliśmy, że nie pójdziemy zbyt daleko, bo raczej na pewno nie mielibyśmy żadnych widoków. Co najwyżej wędrowalibyśmy w deszczowych chmurach. Piękne trasy chcieliśmy odłożyć na słoneczne dni, dzięki czemu ponownie moglibyśmy zobaczyć kawał pięknych gór. Na dzisiaj zaplanowaliśmy wędrówkę w stronę lodowca, gdzie tuż za dopływem rzeki Enguri w postaci niewielkiego potoku, rozsiedlibyśmy się na terenie naturalnego ogrodu, na który zwróciliśmy uwagę pierwszego dnia w drodze do niego. Wspominałem wówczas, że idąc w jego kierunku, za placem budowy, skąd pozyskiwano surowce do produkcji betonu, jest takie miejsce, gdzie powyginany potok przepływa przez równy, trawiasty teren. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpoczyna się wielki pofałdowany obszar łączący dwa pasma górskie – podobnie jak na wytyczonym przez nas szlaku przez wielokilometrowe, naturalne ogrody w kierunku Zagaro Pass. Tam stykały się aż trzy szczyty. Również tutaj powstały wielkie, ukwiecone polany. Wiedząc, że odległość jest nieduża, nie wstawaliśmy zbyt wcześnie. Z kwatery wyruszyliśmy po godzinie 8.00 rano, żeby Dolina Enguri była w pełni oświetlona i słońce ogrzewało ją ciepłymi promieniami. Potrzebowaliśmy ich do zdjęć, abyśmy mogli wydobyć pełnię kolorów roślin. Wiedzieliśmy, że podobnie jak na nowej trasie, zobaczymy niesamowite morze różnokolorowych kwiatów. Cieszyliśmy się bardzo z lżejszego dnia, ponieważ wczorajsza trasa dała nam spory wycisk. Pomimo, że jedynie przecinaliśmy kolejne zbocza, to przedzieraliśmy się przez mokre zarośla, przez co zamoczyliśmy buty. Wędrując w takich warunkach wpadliśmy na pomysł, aby podobny dzień wykorzystać na ciekawy odpoczynek oraz przebywanie na świeżym powietrzu. Widząc więcej chmur na niebie, wyruszyliśmy z aparatami i solidnym prowiantem, bo w planach mieliśmy przygotowanie dobrego obiadu w terenie, dzięki czemu moglibyśmy się dobrze najeść, a jednocześnie cieszylibyśmy się wspaniałymi widokami na rozległe pola kwiatów i zielone góry.
Na
dzisiaj potrzebowaliśmy niewiele. Wyruszyliśmy z jednym psem – Biołą Kepą –
znaną z wcześniejszych wędrówek. Jako że mieszkał na terenie kwatery trudno,
żeby nas nie wywęszył. Na szczęście większość z nich dołączyła do innych
turystów, ponieważ ci zaczęli wcześniej niż my. Dzięki temu „zabrali” ze sobą wszystkie
oczekujące czworonogi na losowo spotkane osoby. Tak działają na co dzień. Śpią
gdzieś w trawach, zaroślach, pod drewnianymi chatami, przyczepami kempingowymi
i pod skałami. O poranku wypatrują turystów przechodzących w pobliżu. Kiedy
zobaczą pierwszego napotkanego człowieka, idą z nim jako towarzysz przygody.
Nie raz mogliśmy się przekonać jak bardzo są wierne ludziom. Strzegły naszego
bezpieczeństwa, odganiały krowy i konie ze szlaku, odpędzały inne psy i zawsze
zatrzymywały się wtedy, kiedy Ty będziesz odpoczywać. Niektóre z nich – w
szczególności te największe – nawet przytulą się do Ciebie. Jedynie turyści
przyjeżdżający z krajów arabskich rzucają w nie kamieniami, bo dla nich są one zwierzętami
nieczystymi pod względem religijnym. Reszta ludzi je akceptuje, podobnie jak
my. Obowiązkowo głaskałem każdego z nich. Teraz mieliśmy zupełny spokój.
Dzisiejsza trasa wymagała zaledwie półgodzinnej wędrówki. Damian postanowił, że
pójdzie dalej – w stronę lodowca, gdzieś w kierunku „samotni”, czyli wielkiego
głazu leżącego na małym skrawu zielonej wyspy położonej na środku rzeki. Idąc
przez wioskę widzieliśmy, że niebo nie jest takie straszne. Opad raczej nam nie
groził. Mieliśmy dość dużo słońca. Cieszyliśmy się, bo mogliśmy się ogrzać, a
jednocześnie podziwiać ładne widoki. Aktualna pogoda nie pozwalała na wędrówki
po wysokich górach, ponieważ nie zobaczylibyśmy panoram o jakich myśleliśmy,
dlatego z całym przekonaniem stwierdziliśmy, że wykorzystamy ten dzień
najlepiej jak się da. Idąc główną drogą w stronę lodowca widzieliśmy, że w pobliżu
wybranego przez nas miejsca jest najbardziej odsłonięta część nieba. Wioskę za
nami w całości pokrywał cień. Po wczorajszych opadach w okolicach cementowni powstało
dużo błota, dlatego szliśmy po prawej stronie drogi, aby omijać rozjeżdżone jej
fragmenty. Gdzieś w tle chodziły krowy, poszukując odpowiednich traw dla
siebie. Za nim otwierała się piękna przestrzeń. Nazwałbym ją szlakiem
właściwym, bo odtąd nie dostrzegaliśmy żadnych śladów działalności człowieka
poza główną drogą i drewnianą konstrukcją przyszłego domu. Przed nami widniała majestatyczna
Ściana Bezingi, choć w wielu miejscach przecinały ją szare chmury.
Wiedzieliśmy, że dzisiaj lepiej nie będzie. Z tego względu przygotowaliśmy się
na bliskie krajobrazy, takie jak wielokolorowe, naturalne ogrody pełne kwiatów.