BEZIMIENNA GÓRA 3242 m n.p.m.
Standardowo wstałem o godzinie 5.50 rano, aby sprawdzić pogodę. Nasza chata pozwalała spojrzeć praktycznie na wszystkie strony świata. Wystarczyło podejść w odpowiednie miejsca, aby móc popatrzeć, jak wygląda sytuacja. Pokój umożliwiał nam spojrzenie na góry, którymi wiła się droga do Mestii oraz na punkt widokowy 2980 m n.p.m. Przedłużenie jego grani biegło w kierunku majestatycznej Ailamy 4547 m n.p.m. Ze wspólnego pomieszczenia wypoczynkowego, gdzie mieściły się szafy, stół, kanapa, szachy do gry i kilka krzeseł mogłem spojrzeć na pasmo w stronę Mestii. Najciekawszą panoramę jednak mieliśmy z… łazienki. Wystarczyło pójść pod prysznic i uchylić małe okienko, aby podziwiać Shkharę oraz jej sąsiednie, najwyższe, ośnieżone szczyty w całej swojej okazałości. Właśnie tam chodziłem codziennie sprawdzać jakie panują warunki pogodowe w okolicach pięciotysięczników. Odwiedzając wszystkie wyżej wymienione miejsca, będące zarazem punktami obserwacyjnymi, zauważyłem, że dzisiaj aura będzie stabilna i słoneczna. Odpoczywając wczoraj na tak zwanym „Cicinkowym Wzgórzu”, zastanawiałem się, jaką trasę wybrać, ponieważ spodziewając się idealnej pogody, chciałem żebyśmy odwiedzili punkt widokowy 2980 m n.p.m., jednak po dłuższej chwili zmieniłem zdanie. Pomyślałem, abyśmy skorzystali z wyjątkowo stabilnej aury i od razu weszli na górę 3242 m n.p.m. Jeszcze raz przypomnę, że „Cicinkowe Wzgórze” to niewielkie wzniesienie porośnięte bardzo gęsto różowymi, puchatymi kwiatami o nazwie rdest wężownik, gdzie odpoczywaliśmy w drodze powrotnej z lodowca, położone na końcu rozległej, półtorakilometrowej, kwiecistej polany.
DLACZEGO WYBRAŁEM TĘ GÓRĘ?
Widząc, jak dobre mamy warunki, pomyślałem, że pozaszlakowy
szczyt będzie zdecydowanie piękniejszy ze względu na swój niepowtarzalny
charakter. Spodziewałem się potężnej panoramy na sporą część głównego ciągu
Kaukazu. Dodatkowo liczyłem na morze pełników altaicus i innych białych kwiatów
(zawilec narcyzowy), zachwycających swoją delikatnością. Po cichu również myślałem
o widowisku podobnym do kwitnienia krokusów w Dolinie Chochołowskiej, tyle że
zamiast nich miały być inne, drobne, o podobnym kolorze kwiaty nazywane
pierwiosnkami maleńkimi. W każdym razie miałem pewność, że jeśli dobra pogoda
utrzyma się przez cały dzień, to będziemy mieli niepowtarzalne panoramy,
których nigdy nie zapomnimy. Ostatecznie mój wybór padł na górę o wysokości
3242 m n.p.m. Codziennie patrzyliśmy na nią z kwatery i z poziomu wioski. U jej
stóp widniały ogródki warzywne, a powyżej, na każdym skalistym garbie pokrytym
żywo-zieloną trawą rosły pasy żółtych kwiatów podobnych do wrzosów (janowiec
lidyjski). Można powiedzieć, że w tym czasie opanowały całe zbocze na
jednakowej wysokości. Bardzo nam się podobały. Wspomniany szczyt widoczny po
drugiej stronie rzeki Enguri to góra, na którą właśnie się wybieraliśmy. Z Ushguli
wyglądała bardzo stromo, a w wyższych partiach nawet skaliście. Jednak nie
zamierzaliśmy wchodzić od zamieszkałej strony. Zależało nam na pozaszlakowej
wędrówce, wykorzystując jedynie początkowy fragment trasy do lodowca. Później
mieliśmy odbić na zielone zbocze, przeciąć je wzdłuż pod ukosem, po czym
zanurzyć się w kwiecistych polanach bez wytyczonych ścieżek. Dalej zakładałem
strome podchodzenie w linii prostej aż do poziomu ostatniej zieleni. Po
przekroczeniu tej granicy wspomniany skalisty grzbiet wymagał przejścia
kamienistą granią z płatami śniegu po obu jej stronach. Pod szczytem
spodziewałem się aż 5-6 metrowej, prawie pionowej ściany śnieżnej, gdzie musieliśmy
wyżłobić stopnie ułatwiające jej pokonanie. Zastanawiałem się tylko, ile psów
do nas dołączy, a ile z nich wejdzie na sam wierzchołek.

