środa, 29 marca 2017

Babia Góra zimą - Zjazd Samurajów

 

W końcu nadszedł ten dzień. Zjeżdżaliśmy się ze wszystkich stron. Naszym miejscem spotkania była Lipnica Wielka. Wynajęliśmy całą chatę z numerem 1014. Ja i Bodzio przyjechaliśmy na miejsce tuż po godzinie 8.00 rano. W pokojach czekała na nas już ekipa Wtorka z Warszawy, jak również Mc Gregor i jego kolega Remek. Nieco wcześniej na miejsce dojechała grupa Zjawy oraz Ice-Breakera. Było nas już dwanaście osób. Spotykając się tak wcześnie z rana myśleliśmy, jak wykorzystać wolny, pozostały czas, aż do momentu, kiedy przyjadą wszyscy. Szybko zadecydowaliśmy, że obowiązkowo musimy wejść na Babią Górę i sprawdzić jakie warunki panują na zielonym szlaku z Lipnicy Wielkiej, ponieważ w zimie bardzo mało turystów wybiera ten szlak ze względu na jego nieprzetarte ścieżki. Usłyszeliśmy wiadomość o warunkach na szlaku od McGregora, który obecnie był u Grzegorza z Lipnicy Wielkiej. Wczoraj próbowali przejść jego kawałek, ale kiedy zobaczyli, że zaspy są tak wielkie, że zapadali się do pasa w śniegu, zawrócili. Musiałem sam to zobaczyć na własne oczy, bo z ich opinii wynikało, że wejście od tej strony będzie niemożliwe lub bardzo trudne.

Szybko zebraliśmy pierwszą ósemkę do przetarcia szlaku. Byli to: Zjawa, Ice-Breaker, Mosorczyk, Limonka, Zanzara, Bodzio, Mithape, Suonecznik. Pocieszałem się, że jeśli przejdziemy zaśnieżoną drogę asfaltową, która prowadziła od naszej chaty do leśniczówki położonej u stóp Babiej Góry, to na szlaku też damy radę. Drogę przeszliśmy bardzo szybkim tempem. Nie wiadomo skąd, dwa kilometry dalej stał przed nami Bodzio, który właśnie wyszedł ze sklepu. Mówił, że znalazł się tu, bo nie poczekaliśmy na niego. Jakie było nasze zdziwienie, gdy zobaczyliśmy go przed nami. Przed lasem, którym prowadziła droga, widzieliśmy ile śniegu zalegało na drewnianych barierkach. Dostrzegłem tam również wystającą gałąź z jednej ze sztachet, na której utworzyła się piękna kula śniegu składająca się z różnokształtnych formacji śnieżnych. Przed nami był zakręt w prawo i za kilkadziesiąt kroków, zakręt w lewo. Jako, że miałem krokomierz przy sobie wiedziałem, że przeszliśmy już około siedem tysięcy kroków. Skręciliśmy w lewo, w las. Linia nasypu stanowiła granicę dla ubitego śniegu przez samochody i świeżego śniegu, który zalegał na szlaku. Początkowo weszliśmy w las. Śniegu mieliśmy lekko powyżej poziomu kostek. Idąc dalej stok nachylał się bardzo powoli, nie dając nam tym samym powodu do zmęczenia. Śniegu jednak przybywało. Wędrując szlakiem martwiłem się jedynie o trzy punkty rozejścia, które mogłem pomylić w zimie, ponieważ wiedziałem, że są w bardzo rzadkim lesie. Na szczęście zauważyłem ślady po nartach, które ułatwiały zadanie, jednak w miarę zdobywania wysokości zapadaliśmy się coraz głębiej. Owe ślady służyły nam jako znaki, ponieważ te zielone – letnie – były już dawno przysypane. Przed nami szła trójka narciarzy, sugerując się również zasypanymi rowkami pozostawionych przez innych ski-tourowców. Powoli dochodziliśmy w okolice Krzywego Potoku. Nasłuchiwałem otoczenia, czy już przypadkiem nie słychać jego szumiących wód. Dużą część potoku pokrywała gruba warstwa puchu. Przed sobą widzieliśmy zaspy tworzące większe kule. Wyglądały jak gdyby coś większego było pod nimi zasypane. Tak też było. Jako pierwszy rozpocząłem przeprawę przez zaspy. Zapadaliśmy się do pasa, ponieważ dokładnie pod nami przepływał strumień. Śnieg dosłownie wisiał nad wodami, dlatego wpadaliśmy tak głęboko. Dodatkowo pomiędzy warstwą śniegu a wodami znajdowała się pusta przestrzeń.

Ciągle padał śnieg wielkimi płatami. Przez zaspy przedzieraliśmy się idąc coraz wyżej. Kiedy doszliśmy w okolice słynnego zwalonego drzewa nad potokiem, musieliśmy poczekać na Bodzia i Zjawę, czyli osoby, które miały założone rakiety śnieżne. Ice-Breaker również je posiadał, lecz szedł równo z nami. Zjawy i Bodzia nie widzieliśmy długo. Zastanawialiśmy co się stało. Po dłuższym czasie okazało się, że Bodzio zawrócił, ponieważ stanął na zaspie, na której połamał jedną z rakiet. Zjawa dotarł do nas po dłuższym czasie. Kontynuowaliśmy nasze przecieranie szlaku. Przed nami widniał zasypany Krzywy Potok, który to teraz musieliśmy pokonać, żeby znaleźć się po jego drugiej stronie. Szliśmy wzdłuż zwalonego drzewa, ponieważ latem tamtędy prowadził właściwy szlak. Zaspy i przestrzenie powietrzne znajdujące się pod nimi potęgowały nasze wpadanie do śniegu. Stawiając kolejne kroki trudziliśmy się z wyjmowaniem nóg z wielkich dziur, które pozostawialiśmy po sobie. Do tego momentu szlak był mniej wymagający. Od teraz, przed nami, widniało duże i strome podejście z widocznymi zaspami. Powolnym krokiem przedzieraliśmy się przez grube warstwy, aż doszliśmy do krótkiego, prawie płaskiego odcinka ścieżki. Rozglądałem się za zakrętem w lewo, za którym ścieżka miała nas doprowadzić do drewnianej wiaty. Po kilkudziesięciu krokach dotarliśmy do zakrętu. Poszliśmy zgodnie ze śladami, które pozostawili narciarze idący daleko przed nami. Za zakrętem czekało na nas jeszcze dłuższe i bardziej męczące podejście. Po krótkim odpoczynku rozpocząłem podchodzenie. Cały czas szliśmy w gęstym lesie. Wszystkie drzewa pokrywały grube czapy śnieżne tworzące wokół pni wielkie spirale, które ciągnęły się od ziemi, aż po ich korony. Dla nas to był cudowny widok, bo przed nami, we wszystkich kierunkach, widzieliśmy setki takich drzew. Tworzyły one niekończące się tło złożone ze spiral śnieżnych. Dłuższe podejście zakańczał ostry zakręt w lewo i przedłużona ścieżka na wprost przed nami. Wybrałem zakręt w lewo, ponieważ wiedziałem, że tamta ścieżka zaprowadzi nas do wiaty, która zarazem była granicą Babiogórskiego Parku Narodowego. Od zakrętu mieliśmy do pokonania kolejne podejście, Było prawie takiej samej długości, jak to drugie. Zatrzymaliśmy się tu aby odpocząć, jednak za chwilę stwierdziliśmy, że do chatki pozostało nam niewiele trasy, więc tam zaplanowaliśmy dłuższy postój.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do drewnianej wiaty, którą przepięknie pokrywała gruba warstwa śniegu, zwężając wejście do środka. Dachy z obu stron równomiernie pokrywały zaspy. W tym miejscu pogoda zaczęła się nieco poprawiać. Błękitne niebo i przedzierające się promienie słoneczne pomiędzy koronami drzew zachęcały nas do dalszej wędrówki. Weszliśmy do środka deszczochronu. Każdy z nas wyłożył coś na stół, z którego wszystko... zjeżdżało. Pojawiły się cukierki różnego typu, czekolady i inne słodkości. Od razu wspomniało mi się klubowe powiedzenie: "łojenie grani słodkości". Najsłynniejsze jednak stały się morelki Limonki, którymi zajadała się na każdym z etapów trasy. W chatce rozmawialiśmy o dalszych odcinkach szlaku i o tym, że wiatr dopiero odczujemy powyżej górnej granicy lasów, ponieważ na dotychczasowych odcinkach nie wiał w ogóle. Zastanawiałem się, jak będzie wyżej i jakie zaspy czekają nas pod szczytem, ponieważ wiatr przerzucał tam codziennie śnieg z jednych stoków na drugie. Po dłuższym odpoczynku poszliśmy dalej, ponieważ czuliśmy, że tracimy ciepło. Mieliśmy aktualnie temperaturę -6°C. Nie tak wiele, jak na zimę, jednak siedząc w bezruchu mróz dawał nam się odczuć. Teraz wchodziliśmy na teren BPN-u. Przed nami mieliśmy jeszcze około 200m wysokości stoku z lasami, z czego około połowę jego wysokości stanowiły gęste lasy, a drugą połowę – rzadkie lasy, złożone głównie z karłowatych świerków. Szybko przeszliśmy przez gęsty las. Za mną szły osoby mające rakiety na nogach, czyli Ice-Breaker i Zjawa. Jednak pozostawiane ślady przez nich były uciążliwe dla osób idących za nimi, ponieważ zapadały się  trakcie ponownego przecierania szlaku. Z tego powodu Zanzara powiedziała, żeby oni poszli na sam koniec. Kiedy dochodziliśmy do zwalonego drzewa, które było przecięte jedynie na szerokość szlaku powiedziałem, że w tym miejscu powinna być duża rozpadlina. Wszedłem na ten teren i rzeczywiście zapadłem się bardzo głęboko. W miejscu zwalonego drzewa kosodrzewina zakrywała wgłębienie w terenie, na której gromadził się śnieg, tworząc tym samym pustą przestrzeń pod warstwą puchu. W tym miejscu wiatr nawiał dużą ilość śniegu.

Poszliśmy dalej. Las stawał się coraz rzadszy, a piękne, błękitne niebo przykryły ciemne chmury. Ponownie mogliśmy spodziewać się opadów. Za chwilę powstała nawet mgła. Szliśmy powoli, ponieważ zaspy stawały się coraz bardziej uciążliwe. Od teraz brnęliśmy w śniegu, który zapadał się do pasa. Żeby nie przemęczyć mięśni nóg musiałem obiema rękami wbijać nogę w śnieg, dociskając ją, kierując siłę rąk przez kolano. I tak za każdym krokiem. Niestety, spowalniało to całą grupę, ale idąc jako pierwszy musiałem przecierać szlak. Powoli wychodziliśmy ponad górną granicę lasów. Mgła gęstniała. Za nami widzieliśmy ciemne chmury i jaśniejsze, rozbijające się o pobliskie zbocza. Nie widzieliśmy nawet szczytu oraz najbliższych wzniesień przed nami. Dochodziliśmy do Wolarnii, czyli płaskiego terenu, na którym niegdyś wypasano woły. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w tym miejscu, ponieważ po prawej stronie, około 50m od nas widniała tablica informacyjna, dookoła której wiatr wywiał "krater" lub też wgłębienie sprawiające właśnie takie wrażenie. Widziałem, że powoli oddalaliśmy się od właściwego szlaku. Szedłem jednak dalej pod ukosem, w kierunku północno zachodnim. Kiedy doszliśmy na wielką równinę, za którą rozpoczynało się strome podejście zauważyłem, że ślady nart skręcają gdzieś dalej w kierunku zachodnim, omijając tym samym najprawdopodobniej strome stoki. Nie podobała mi się ta wersja przejścia ze względu na dużą ilość śniegu i długie obejście we mgle, dlatego od teraz zacząłem wytyczać własny szlak. W tym miejscu słońce przebijało się przez gęstą warstwę chmur. Każdy z nas odczuł nagłe ocieplenie. Mówiliśmy o nagłej duchocie, którą każdy odczuł. Termometr pokazywał teraz +11°C w słońcu. Gdy chmury zakryły fragmenty błękitnego nieba ponownie, chłód nagle powrócił. Mgła przykryła wszystko szczelnie, nie pozwalając zobaczyć nam nic dookoła. Nawet nie widzieliśmy granicy nieba i ziemi. Ze śladów narciarskich skręciłem pod kątem prostym w dużą warstwę puchu. Pomimo, że były takie mgły wiedziałem gdzie dalej iść, ponieważ kierunek nadawał mi rozpoczynający się stok po lewej stronie. Przez świeży śnieg brnęliśmy powoli. Miałem iść tak długo, aż dojdę do zbocza, które przetnie naszą drogę pod kątem prostym. Po około 25min doszliśmy do niego, jednak stok ujrzeliśmy dopiero... wchodząc na niego. Mgły nadal nie pozwalały dojrzeć granicy nieba i ziemi. Podchodziliśmy wzniesieniem tak, aż doszliśmy na grzbiet innego zbocza, które przecinało z kolei pod kątem prostym stok, którym szliśmy. Mieliśmy przynajmniej już bezpośrednią drogę na grań czerwonego szlaku prowadzącego z Przełęczy Krowiarki. Dużo czasu zajęło nam podejście ostatnim stromo nachylonym grzbietem, ponieważ śnieg był świeży, przez co zapadaliśmy się, tym bardziej, że szliśmy nieustannie po warstwie śniegu, której nikt nie przedeptał ani razu.

Doszliśmy w końcu na grań czerwonego szlaku. Mgły nie odpuszczały ani na chwilę. Stojąc tutaj, po lewej, jak i po prawej, widziałem zarys dwóch wybrzuszeń terenu. Wszystko, co znajdowało się dalej spowijały gęste mgły. Zastanawiałem się w którą stronę iść. W lewo, czy w prawo? Zastanawiałem się, bo wytyczając własną drogę przejścia we mgle nie miałem jeszcze pewności gdzie jest kopuła szczytowa. Myślałem, że właściwą drogą będzie zakręt w lewo, bo przed nami widniały dwa nasypy śnieżne, które zwykle widać tuż przed szczytem na dwóch skałach leżących blisko siebie. Dzięki nim mogłem powiedzieć, gdzie jesteśmy. Na szczęście nie pomyliłem drogi, bo już za trzy minuty dotarliśmy na szczyt. Gęsta mgła nie pozwoliła podziwiać nam widoków, jednak cieszyliśmy się z wejścia na Babią Górę w takich warunkach, przecierając samemu szlak. Dla niektórych było to nowe doświadczenie. Na szczycie rozglądaliśmy się za kamiennym murem, który powinien tu gdzieś być. Widzieliśmy go, jednak wystawał niewiele ponad 40cm ponad powierzchnię śniegu. Resztę zakrył ogromny nasyp. Schroniliśmy się przed wiatrem w jednym z zakoli muru. Odpoczywając na szczycie zastanawialiśmy gdzie pójdziemy dalej, Ice-Breaker proponował Przełęcz Brona, jednak gęsta mgła nie zachęcała do dalszej wędrówki ze względu na brak widoków nawet w najbliższej okolicy. Powiedziałem, że możemy wrócić tą samą drogą, ponieważ nic nie zobaczymy, a czas który nam zostanie poświęcimy na przygotowanie ogniska oraz spotkanie z nowymi ludźmi. Wybraliśmy oczywiście drugą propozycję, bo tak wydawało się najrozsądniej.

Rozpoczęliśmy schodzić. Mieliśmy już wydeptane ślady, więc nie musieliśmy szukać szlaku. W górnych partiach ostatniego stoku przed szczytem, spotkaliśmy McGregora i Remka, którzy wybrali się również w tym samym celu, co my. Zamieniliśmy kilka zdań i poszliśmy dalej. Gdy zeszliśmy poniżej zbocza, które przecinał szlak pod kątem prostym, ponownie doświadczyliśmy uderzenia gorąca od przebijającego się słońca zza chmur. Mówiliśmy, że panuje straszny zaduch w tej okolicy. Nie trwało to jednak długo, bo tak, jak poprzednim razem, ochłodziło się nagle, gdy tylko słońce zniknęło za ciemnymi chmurami. Schodząc niżej, podziwialiśmy pojedyncze, karłowate świerki, które porastały całą równinę widoczną przed nami. Wraz z utratą wysokości mgła stawała się bardziej przejrzysta, dając nam możliwość ujrzenia widoków na coraz szersze okolice, jednak na razie tylko na te najbliższe. Będąc już w górnych partiach lasu zauważyliśmy, że pogoda poprawia się, a gdy dotarliśmy do drewnianej chaty, słońce ponownie wyszło zza chmur, a niebo przybrało błękitną barwę. Przystanęliśmy w deszczochronie na dłuższy moment, ponieważ mieliśmy piękną pogodę. Usiedliśmy w środku. Po krótkim odpoczynku zrobiliśmy zdjęcia rozwieszając flagę klubu na dachu, po stronie północnej. Widząc, ile dociera tutaj światła powiedzieliśmy "wracamy na szczyt?". Oczywiście to był tylko żart, bo w wyższych partach Babiej Góry gęste mgły nie ustępowały ani na chwilę, o czym przekonaliśmy będąc jeszcze niżej. Zanim jednak rozpoczęliśmy dalszy etap powrotu, Limonka musiała poczęstować nas morelkami. Zejście do Lipnicy Wielkiej odbywało się miarowym i szybkim krokiem. Nie czekaliśmy na nikogo.

Przed nami widniała tylko asfaltowa droga. Przeszliśmy jej kawałek, bo za chwilę podjechał Jurek - kolega Limonki. Podwiózł nas pod sam domek, w którym mieliśmy noclegi. Nie zorientowałem się, że Ice-Breaker, Zjawa i Suonecznik nie pojechali z nami. Gdy wyszliśmy z samochodu, Jurek nagle gdzieś zniknął na dłuższy czas. Cieszyłem się, że nareszcie mogłem poznać nowych ludzi związanych z nami. Teraz mieliśmy dużo czasu na wspólne rozmowy. Siedział również Bodzio, który pokazał mi połamaną rakietę śnieżną. Podczas tego spotkania, na stole pojawiły się słynne ciasteczka z chilli według przepisu Gosiaka. Każdy z nas zajadał się nimi. Po dłuższych rozmowach gospodarz chaty przygotował nam drewno na ognisko, które mieliśmy w planach. Ognisko zapaliliśmy po godzinie 17.00. Każdemu utkwił ten czas w pamięci, ponieważ wszyscy zauważyliśmy, że gospodarz jest punktualny. Po około półgodzinie przysiedliśmy się do ogniska dającego mnóstwo ciepła. Spoglądaliśmy na szczyt Babiej Góry w porze zachodzącego słońca, dlatego w górnych partiach Babiej widzieliśmy wąski, ale gęsty pas fioletowych chmur przykrywających skutecznie wierzchołek. Teraz widzieliśmy, że nasz powrót z drewnianej chaty na szczyt nie miałby sensu, bo z relacji McGregora i Remka wynikało, że wiał tam wiatr, tworząc małe zawieje śnieżne. W południe, na dworze, mieliśmy tylko -6°C, jednak jeszcze przed zachodem słońca niebo pojaśniało i temperatura nagle zaczęła spadać. Widząc pierwsze gwiazdy, ja i Turystykon, mieliśmy w planach pójście na Wajdów Groń, gdy tylko zapadnie zmrok. Celem miał być nocny widok na okolice położone pomiędzy tą górą a Tatrami. Chodziło nam głównie o widok na światła widoczne z dolin. Postanowiliśmy, że po zakończeniu ogniska obowiązkowo ruszymy na Wajdów Groń.

Ognisko rozpoczęło się bardzo pięknie, bo już na samym początku Bodzio przyniósł gitarę. Grał i śpiewał, co dodało klimatu naszemu spotkaniu. Pomimo, że mieliśmy już -15°C na termometrach, to siedzieliśmy w komplecie. Było nas razem 22 osoby. Ja i Turystykon próbowaliśmy policzyć ilu nas jest, jednak nie mogliśmy zrobić tego łatwo i szybko, ponieważ cały czas ktoś gdzieś chodził, krążył, robił zdjęcia, czy też szedł do domu po coś na ognisko. Po długim czasie udało nam się wszystkich zliczyć. Od rana zastanawiał nas jeden fakt. Wiedzieliśmy, że Suonecznik jest z nami, ale nie wiedzieliśmy gdzie on jest i jak wygląda. Szybko nazwaliśmy go duchem naszego klubu. Nadeszła już noc. Pod nasz dom zajechał jakiś samochód nikomu nie znany. Rozglądałem się za czarną rejestracją BBN 9795, która utkwiła mi w pamięci dokładnie rok temu, kiedy widziałem Jaska po raz ostatni. Samochód Jaska, ponieważ tylko on przychodził mi na myśl. Rzeczywiście to był on, ale rejestracja już zmienił, co mnie na początku zmyliło. Jask powiedział, że przyjechał tak późno do nas, ponieważ złapał gumę w drodze do nas. Po dłuższych rozmowach spoglądaliśmy w niebo na miliony gwiazd, które widniały na niebie. Niebo było idealnie czyste, a przejrzystość powietrza nieprzeciętna. Ciszę naszej okolicy zakłóciły na chwilę dwa skutery śnieżne przejeżdżające główną drogą Lipnicy Wielkiej. Widząc, jaka jest pogoda pomyślałem, że zrezygnuję z wejścia na Wajdów Groń z Turystykonem. Temperatura spadła już do -17°C. Chciałem zrezygnować nie z powodu mrozów, ale z powodu... idealnych warunków, jakie teraz mieliśmy! Pomyślałem, że będąc na Babiej Górze, obowiązkowo trzeba wejść na wschód słońca. Zaproponowałem to przy ognisku, bo było nas najwięcej. Szybko uzbierałem czwórkę chętnych: Ice-Breaker, Jurek, Jask i Turystykon. Nie spodziewałem się tylu chętnych. Przy ognisku dyskutowaliśmy o drodze wejścia, przeliczaliśmy czasy wejścia na szczyt, aby nie spóźnić wschodu słońca oraz dyskutowaliśmy, jak pokonać 4km odcinek... asfaltowej drogi, który dla nas był największym zmartwieniem. Od razu padł termin "morskooczny asfalt", którego nikt z nas nie lubił.

Największym pytaniem było jednak to, o której godzinie będzie wschód słońca na Babiej Górze. Na szczęście miałem ze sobą kalendarz wschodów i zachodów słońca dla Katowic. Po odjęciu 13 minut, które wynikają z odległości i wysokości góry obliczyłem, że wschodu możemy spodziewać się o 6.31 rano. Tą godzinę przyjęliśmy za godzinę "zero", bo tak ją nazwaliśmy. Szczyt Babiej Góry w aktualnych warunkach nazwaliśmy "ground zero". Postanowiliśmy, że o 1.00 w nocy wyruszymy, ponieważ w dzień przejście tego szlaku zajęło nam 4h 30min, wliczając w to przejście drogi asfaltowej. Daliśmy sobie 5h 30min czasu, aby nawet w najgorszych warunkach wystarczyło nam czasu, bo chyba nikt z nas nie chciał spóźnić się na tak wspaniałe widowisko! Umówiliśmy się, że wstaniemy o 00.30 w nocy. Długo zajęło nam zorganizowanie jednego pokoju, w którym spałaby tylko ekipa idąca na wschód. W końcu przygotowaliśmy do tego celu pokój numer dwa. Ognisko nadal się paliło, a nas dalej zastanawiał fakt, kto to jest Suonecznik, bo na liście wpłat za nocleg jeszcze pozostał tylko on. Ja i Turystykon wychyliliśmy głowę zza drzwi domu i do siebie powiedzieliśmy: kto to jest Suonecznik? osoba, o której tyle mówiliśmy usłyszała to z daleka, bo siedząc naprzeciwko nas, przy ognisku, odezwała się mówiąc: "to ja!". Podeszliśmy do Suonecznika. Opowiedzieliśmy jemu całą historię o tym, jak próbowaliśmy ustalić kto to jest. Śmialiśmy się z tego wszyscy. Po zakończonym ognisku spotkaliśmy się jeszcze wszyscy w domku. Dyskusje trwały do późnej nocy, jednak ja musiałem już iść spać o 22.30, ponieważ za dwie godziny musieliśmy wstawać.

Jest 00.30 w nocy. Wyłączyłem budzik z telefonu komórkowego. Kroki Turystykona słyszał chyba każdy. Wstałem i ja. Zasięgnąłem informacji o pogodzie od Turystykona, który z kolei zaczerpnął ich od McGregora, który niedawno spoglądał w niebo. Wiadomość nie była za dobra, bo usłyszałem, że nie widać gwiazd. Musiałem obowiązkowo wyjść na dwór, aby to sprawdzić. Będąc na dworze ujrzałem piękne, gwieździste niebo, po którym od czasu do czasu sunęła pojedyncza chmura. Na szczęście później już chmur nie widziałem. Do wyjścia przygotowaliśmy się dosyć szybko, jednak zapomnieliśmy obudzić Jurka. Z tego powodu wyszliśmy dopiero po 1.40 w nocy. Aby nie tracić czasu podjechaliśmy pod Leśniczówkę, skąd wyruszyliśmy na wschód. Nadal mielismy -17°C. Mróz trzymał, co świadczyło o tym, że będziemy mieli bardzo dobrą pogodę. Na szlak weszliśmy o godzinie 1.55. Szedłem jako pierwszy. Od razu zauważyłem, że idzie nam się o wiele lepiej niż za dnia, ponieważ mróz zamienił śnieg w twardą skorupę. Nie zapadaliśmy się i mieliśmy ślady, które pozostały od wczoraj. Na początku szliśmy szybkim tempem. O godzinie 2.15 zauważyliśmy, że idziemy za szybko. W związku z tym postanowiliśmy, że musimy pójść wolniej i robić więcej przerw, aby nie marznąć na szczycie blisko dwie godziny. Od teraz szliśmy powolnym krokiem. Zaspy, w których zapadaliśmy się za dnia, stały się jakieś niższe. Śnieg pod wpływem mrozu najwidoczniej osiadł, ponieważ na powierzchni nie widzieliśmy tak wielkich zasp, jak wczoraj. Śnieg był bardzo sypki a płatki, które go tworzyły, bardzo drobne. Idąc w okolicach Krzywego Potoku, patrzeliśmy za zaspami, gdzie wpadaliśmy po pas. Aż trojga z naszej grupy, szła we wczorajszych warunkach. Teraz mieliśmy wszystko dosyć mocno ubite... Postanowiliśmy, że wolnym krokiem będziemy szli do drewnianej chaty, a tam odpoczniemy. Pomimo prób zwalniania kroku nie udało nam się za wiele wytracić czasu, ponieważ długie postoje przy -17°C szybko wychładzały. Z tego powodu musieliśmy brnąć przed siebie.

Powoli dochodziliśmy do chaty, w której wczoraj przysiedliśmy na chwilę przy morelkach Limonki. Zauważyliśmy, że po północnej stronie wiaty jest rozbity namiot, a na stole w chatce, stoi wyłożone jedzenie oraz kuchenka gazowa na kartusze. Weszliśmy do środka. Obudziliśmy ekipę śpiącą w namiocie. Nie wyszli jednak na zewnątrz. Ich rzeczy zostawiliśmy w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. Nie ruszaliśmy ich w ogóle. Kiedy zaczęło się robić chłodno postanowiliśmy, że trzeba iść dalej. Na początku zadecydowaliśmy, że przesiedzimy tu do 4.00 nad ranem. Do chaty przyszliśmy o 2.52, więc czasu mieliśmy aż za dużo. Z tą godziną wspomniał mi się inny klubowy zjazd i wymarsz na wschód słońca z 18 czerwca 2007, kiedy to o 2.42 odpoczywaliśmy w tej samej chacie, jedząc ciepłe tosty. Był to drugi klubowy zjazd. Mając jeszcze 3h 30min czasu i świadomość, że odcinek szlaku, który pozostał nam do szczytu powinien zająć około 1h i kilka minut staraliśmy się spowalniać nasze tempo. Kiedy wyszliśmy z chaty, średnio co 50-100 kroków robiłem specjalnie przerwy, żeby upłynęło trochę czasu. Podczas takiego podchodzenia nawet serce nie zdążyło zabić szybciej. Każdy nasz postój poświęciliśmy na rozmowy o wschodach słońca oraz górach. Znak do ich zakończenia dawał mróz, gdy tylko poczuliśmy chłód. Powolnym krokiem wychodziliśmy ponad górną granicę lasów. Niebo nadal mieliśmy czarne i usiane milionami gwiazd. Przez karłowate świerki spoglądaliśmy w dół - w stronę Lipnicy Wielkiej i Tatr. W dole świeciło mnóstwo pomarańczowych świateł, a na horyzoncie rysowała się grań Tatr. Widząc takie warunki nie mogliśmy doczekać się już pięknego wchodu. Podchodząc coraz wyżej, drzewa znikały powoli z naszego pola widzenia, pozwalając nam w pełni podziwiać migoczące doliny. Turystykon i ja zauważyliśmy cirrusy w okolicach szczytu, co nas niepokoiło, ponieważ te chmury oznaczały pogorszenie pogody. Ciągle szliśmy szlakiem, który utorowaliśmy sobie dnia wczorajszego. Zawiewający wiatr najwidoczniej wieczorem przerzucił duże masy śniegu, ponieważ ścieżka w wielu miejscach była całkowicie zasypana i ponownie musieliśmy wytyczać nową trasę. W partiach podszczytowych, przebiegu szlaku już w ogóle nie mogliśmy odtworzyć na podstawie naszych śladów.

Podchodząc ostatnim zboczem, które łączyło się z czerwonym szlakiem wiodącym z Przełęczy Krowiarki, Jurek zapytał co to za światło położone na lewo, tuż przy grani Tatr. Wszyscy dziwiliśmy się co to jest, ponieważ jeszcze przed chwilą tego nie było. Wyróżniające się światło barwy pomarańczowej na horyzoncie dawało nam wiele do myślenia. Po kilku minutach kształt tego światła dał nam odpowiedź. Był to... wchodzący Księżyc! Jakież mieliśmy szczęście, idąc na wschód słońca zobaczyć na pół godziny przed nim dodatkowo wschód Księżyca! Widok był przepiękny, bo grań Tatr widzieliśmy bardzo wyraźnie, a Księżyc zataczał nad nią szeroki łuk. Niebo dookoła stawało się coraz jaśniejsze. Chmury na wschodzie przybierały bardzo ciemnej barwy o odcieniu fioletowym. Dochodząc do czerwonego szlaku stanąłem na chwilę, aby zrobić serię zdjęć wschodzącemu Księżycowi. Cała grupa czekała już na szczycie Babiej Góry. Widząc, że pozostało mi 40min czasu zostałem w tym samym miejscu jeszcze przez kilka minut, fotografując Księżyc. Po wykonaniu zdjęć dołączyłem do reszty. Szczyt Babiej Góry, którego śniegi przybierały niebieskiego koloru od ciemnego nieba każdego zachwycał! Każdą naszą chwilę próbowałem uchwycić aparatem. Co chwilę fotografowałem okolicę, ponieważ tak przejrzystego powietrza dawno już nie widziałem. W dolinach zaczęły pojawiać się charakterystyczne mgły. Jak zawsze mgła tworzyła równą granicę kończącą się na górnej granicy lasów tatrzańskich. Przez mgłę przebijały światła z wieży przekaźnikowej na Gubałówce, a z okolic Kasprowego Wierchu docierało żółte światło. Lipnica Wielka widniała jako wielki pas pomarańczowych świateł, a Zubrzyca Górna i Dolna jako linia prosta złożona z niebieskich lamp. Piękny to był widok, bo po drugiej stronie widniała rozjaśniona Polica, a po lewej – Mała Babia Góra. Pilsko, Rysianka. Inne góry tworzyły piękne, białe punkty w oddali, ponieważ ich wierzchołki były całkowicie "łyse". Najpiękniej jednak prezentował się Hocz - góra znajdująca się po prawej stronie Tatr. Z nad mgieł wystawał jej samotny, skalisty wierzchołek, dodając uroku tej górze. Z pewnością wyglądała tajemniczo. Mała Fatra rysowała się również malowniczo z jej białą granią. Księżyc wędrował na niebie coraz wyżej i teraz oczekiwaliśmy drugiego wschodu - wschodu słońca. Na szczycie czekali już inni ludzie. Widzieliśmy nawet rozbity namiot pod kamiennym murem. Stojąc tu i spoglądając na niebo zadałem pytanie: "dlaczego linia dnia i nocy jest taka wyraźna?". Zadałem je, ponieważ nigdy ta granica nie jest tak cienka i wyraźna, by móc jasno wskazać gdzie przebiega. Tuż przed wschodem słońca otrzymaliśmy dopiero odpowiedź. Dokładnie tam, gdzie kończyła się noc i zaczynał się dzień, przemieszczały się ciemne, wąskie pasy chmur, które dawały właśnie takie wrażenie. Gdy tylko chmury pomknęły dalej, owa granica rozmyła się, a chmury, które wyglądały jak niebo dopiero teraz były widoczne.

Jest 6.30 rano. Wchód słońca miał już za chwilę się rozpocząć. Wciąż fotografowałem okolicę. O 6.31 widzieliśmy pierwszy fragment tarczy słonecznej. Początkowo jako cienki pas kilku pomarańczowych punktów świetlnych przerywanych mgiełką, tworzącą linię na horyzoncie. Za chwilę kształt przypominał już słońce i od teraz cieszyliśmy się przepięknym widowiskiem. Śnieg przybrał fioletowej barwy. Wszystkie formacje śnieżne, które powstały od nawianego śniegu na tyczkach, skałach i tablicach informacyjnych wyglądały przepięknie, oświetlone fioletowym światem, stopniowo zmieniającego się w ciemnopomarańczowe. Wszyscy stali skupieni na obserwacji słońca, ponieważ było nadzwyczajnie wyraźne. Brakowało chmur, a grań Tatr widzieliśmy ze szczegółami. W tych warunkach wykonałem zdjęcie w stronę Giewontu. Na zdjęciu bez problemu mogłem dostrzec krzyż. Podczas wchodzącego słońca spoglądaliśmy dosłownie wszędzie. Chcieliśmy zobaczyć każdy kawałek ziemi, który stopniowo oświetlały promienie. Okolice Pilska przybierały pomarańczowego koloru, dlatego poświęciliśmy teraz czas na jego obserwację. Najpiękniejszy widok mieliśmy jednak na... Baranią Górę, Romankę i Rysiankę, ponieważ dokładnie w tamtym kierunku rozciągał się kilkudziesięciokilometrowej(!) długości cień, który rzucała... Babia Góra! Ze zdumieniem obserwowaliśmy tak długi cień! Spoglądając w stronę słońca, tuż pod nim, na cienkiej warstwie mgieł na horyzoncie, powstała jasna łuna światła, którą Jurek przyrównał do światła, jakie widać na lodowcach. Coś w tym było, bo tamta okolica błyszczała złotym i intensywnym światłem.

Słońce zaczęło wschodzić coraz wyżej. Ludzie zaczęli schodzić do dolin. Nasza grupa też powoli szykowała się do powrotu. Ja i Turystykon postanowiliśmy, że zostaniemy dłużej, aby wykonać serię wczesnoporannych zdjęć. Jask, Ice-Breaker i Jurek zeszli już niżej, a my powoli rozpoczynaliśmy schodzenie ze szczytu. Światło słoneczne odbijało się od śniegu, czyniąc te okolice idealnie białe. Pokrywa śnieżna nadal była w stanie nienaruszonym poza szlakiem, który wydeptaliśmy sobie sami. Schodząc, zauważyliśmy jak dwie wydeptane ścieżki w śniegu biegną do siebie równolegle, tworząc ślad, jak gdyby przejeżdżała tędy kawalkada samochodów ciężarowych. Każdy zakręt jednego szlaku przylegał równolegle do drugiego. Naszą grupę widzieliśmy w dole jako trzy małe punkty poruszające się po owych śladach. Okolice świerków karłowatych wyglądały pięknie, ponieważ były przysypane śniegiem. Każdy z okazów rósł samotnie, dlatego wyglądały jak pionki rozstawione na wielkiej równinie. Z tego miejsca mogliśmy podziwiać widoki na żółty szlak prowadzący ze Słowacji, na Lipnicę Wielką kryjącą się pod cienką warstwą mgieł oraz na całe Tatry. Kiedy dochodziliśmy do granicy świerków karłowatych i lasów górnoreglowych, przy szlaku dostrzegłem naturalny most, który powstał ze śniegu. Rozpięty był ponad dwiema zaspami. Obowiązkowo musieliśmy nim przejść. Dodatkowo mostkiem prowadziły dwa ślady pozostawiane przez narciarza. Zapadliśmy się bardzo szybko pod grubą warstwą śniegu. W jego okolicach karłowate świerki łączyły się w większe grupy, tworząc ciekawe zimowe formacje, ponieważ prawie całe pokrywała biała warstwa puchu. Turystykon robił tu mnóstwo zdjęć, a poniżej co parę chwil przewracaliśmy się, ponieważ schodziliśmy poza wydeptanym szlakiem. Wchodząc do gęstego lasu podziwialiśmy oświetlone korony drzew. Poświęciliśmy im również wiele czasu. Schodziliśmy tak, aż dotarliśmy do drewnianej chaty. Czekała tam na nas reszta grupy, która wcześniej rozpoczęła powrót. W komplecie schodziliśmy coraz niżej, podziwiając jeszcze Tatry widoczne w ubytkach drzewostanu.

Do Lipnicy Wielkiej podjechaliśmy z Jurkiem. W domku pożegnaliśmy Mirka i ekipę z Warszawy, a później dzieliliśmy się wrażeniami z resztą klubowiczów. Ponad godzinę opowiadaliśmy wszystkim, co widzieliśmy na szczycie. Wielu żałowało, że nie poszło z nami. W chacie siedzieliśmy jeszcze półtora godziny, bo szykowaliśmy dzienną wyprawę na Babią Górę. Będąc w środku powiedziałem, że na szczycie zostawiłem termometr, więc mam powód by wejść na Babią jeszcze raz. Wszyscy śmialiśmy się z tego głośno. Tym razem mieliśmy w planach wejście od Przełęczy Krowiarki. Pożegnałem się z gospodarzem i z klubowiczami, którzy już nie mogli do nas dołączyć. Teraz zebrała się siedmioosobowa grupa. Byli to: Zanzara, Limonka, Mosorczyk, Mithape, Bikmen, Jurek i Bodzio. Zanim jednak dojechaliśmy na Przełęcz Krowiarki, Bikmen wpadł do dziury tuż przy drodze, która była pozostałością po parkującym tu samochodzie. Wjechał w nią, ponieważ miejscowemu kierowcy tak się spieszyło, że próbował przemknąć na zwężonym odcinku drogi. Przyczyną zwężenia były zaparkowane samochody przy kościele. W końcu szliśmy w niedzielę. Zatrzymaliśmy się i pomogliśmy wyciągnąć samochód z dziury. Pojechaliśmy dalej. Bikmen znowu stanął w Zubrzycy Górnej. Czekaliśmy na niego, robiąc w ten czas miejsce na parkingu pod Przełęczą Krowiarki. Mówiąc "robiąc", mam na myśli odśnieżanie miejsca parkingowego, bo wszystkie inne były zajęte. Bikmen i jego grupa dotarła na miejsce. Przejeżdżały tędy dwa autobusy wycieczkowe. Ich kierowcy szukali miejsca, gdzie można było zawrócić. Byli mocno zdenerwowani, gdy powiedzieliśmy im, że najbliższe takie miejsce jest odległe o 4km od nas. Mówili, że jadą już 5km i nic nie widzą poza jedną, prostą drogą.

Po przygotowaniach do wyjścia ruszyliśmy. Zubrzyckie stromizny były mocno przedeptane, więc nie obawiałem się zapadania. Nawet zrobiło się ciepło. Szliśmy równym tempem. Stanęliśmy tylko raz, aby poczekać na Bodzia, któremu najwyraźniej dzisiaj nie szło za dobrze. Mniej, więcej w połowie drogi, po raz kolejny mieliśmy okazję poczęstować się morelkami Limonki. Szliśmy tak, aż dotarliśmy na małą przestrzeń, tuż przed Sokolicą. Widzieliśmy tu malowniczo przystrojone czapami śniegu krzewy. Jeszcze tylko kilka kroków i doszliśmy na Sokolicę. Zorientowaliśmy się, że szlak jest wydeptany nieco w innym miejscu, przez co nie dotarliśmy na płaski teren, z którego rozpościerały się piękne widoki. Wyszliśmy tuż za nim, omijając go od lewej strony. Będąc tu pomyśleliśmy o Gosiaku i Tomko, którzy właśnie zjeżdżali na nartach na Mosornym Groniu. Mieliśmy wspaniały widok na tę górę. Dalsze podejście na Babią było bardzo przyjemne. Śnieg dobrze trzymał. Od Sokolicy, pomału widzieliśmy coraz większy pas Tatr, który przysłaniał jeszcze stromy stok. Kiedy doszliśmy do drugich, drewnianych barierek mogliśmy rozkoszować się krystalicznie czystym i pełnym widokiem na Tatry Wysokie i Zachodnie. Szliśmy ponad godzinę, licząc od Sokolicy. W miarę zdobywania wysokości wiatr przybierał na sile i czuliśmy przez to większy chłód, jednak nie był aż tak dokuczliwy. W rejonie Kępy podzieliliśmy się na dwie grupy. Bodzio, Bikmen i Jurek szli z tyłu. Widzieliśmy ich na skraju podejścia, które mieliśmy za sobą. Zanzara szła w środku, pomiędzy ich a naszą grupą. Idąc w okolicach Gówniaka mieliśmy okazję zaobserwować zjazd dwóch ski-tourowców z jego niewysokiego, ale stromego stoku. Pomimo tego, że oboje zjeżdżali osobno, to zarówno pierwszy jak i drugi narciarz zakończyli swój zjazd upadkiem, z taką różnicą, że ten pierwszy zajechał dalej, a drugi wywrócił się na twarz. Pomału dochodziliśmy do naszego celu. Zanim weszliśmy na szczyt, około 150m przed nim, doszedł do nas Jurek mówiąc, że dalej już z nami nie pójdzie, nie z powodu braku sił a z powodu tego, że spieszy mu się z powrotem. Usłyszeliśmy informację, że Bodzio zrezygnował z dalszego podejścia, podobnie jak Bikmen, który uważał, że jest za słabo ubrany.

Będąc na szczycie, usiedliśmy w jednym z zakoli kamiennego muru, gdzie ponownie spróbowaliśmy morelek Limonki. Po dłuższej chwili dotarła do nas Zanzara, a po dłuższym czasie Bikmen i Bodzio. Było to moje trzydzieste, jubileuszowe wejście na Babią Górę. Grupa pogratulowała mi tego wejścia. Na szczycie posiedzieliśmy chwilę. Gdy wstaliśmy, poszliśmy szukać mojego termometru, który nadal był wbity w śnieg, który nawiał wiatr na pomnik z tablicą pamiątkową poświęconej papieżowi. Widziałem go, ale gdy podchodziliśmy na miejsce, jeden z będących tam narciarzy zabrał go i zjechał w dół. Spóźniliśmy się tylko o jedną minutę... Po wykonaniu zdjęć z klubową flagą musieliśmy już schodzić. Wybraliśmy szlak, którym przyszliśmy. Zejście mijało nam szybko. Na szczycie poczekałem na Bodzia, który chciał wykonać jeszcze kilka zdjęć i napić się ciepłej herbaty. Nasza grupa szła daleko przed nimi. Ja towarzyszyłem Bodziowi. Był zmęczony, bo nawet zejście sprawiało mu problemy, ponieważ musiał odpoczywać co jakiś czas. Dyskutowaliśmy o złamanej rakiecie i sposobie jej "reaktywacji". Doszliśmy w końcu i my na Przełęcz Krowiarki. Nasza grupa z przodu pojechała już w swoje strony, dlatego nie mieliśmy nawet się z kim pożegnać. Wracaliśmy i my…

                                                                    

6 komentarzy:

  1. Michalku co za widoki, cudne, góry to raj na ziemi tam czlowiek naprawdę czuje się szczesliwy ��

    OdpowiedzUsuń
  2. Michał pięknie to zorganizowałeś, szkoda tylko, że nie dałeś znać z taką ekipą chętnie bym się wybrał na Babią.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj pięknie, ależ tam jest pięknie! Jak wrócę do Polski to wybieram się w to miejsce! Góry

    OdpowiedzUsuń
  4. Michał to był niesamowity czas...to już nie wróci, gonimy za nie wiadomo czym, a tu w zasięgu mamy cuda. Zima w górach jest najpiękniejsza, mróz to jest coś pięknego. Może kiedyś ponownie spotkamy się na szlaku ze starą ekipą górołazów. Pozdro Mosor������

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pięknie Cię tutaj zobaczyć. Masz rację, tamten złoty czas już przeminął. Te zjazdy miały swój klimat. Na szczęście nie gonię za tym co większość ludzi. Doceniam naszą naturę, piękne góry i dbam o jakość moich przeżyć. Stąd ciągle przeżywam wiele dobrego i cieszę się z życia. Ale faktem jest, że nasze zjazdy miały swój piękny górski klimat. I było dużo ludzi z takim podejściem jak nasze. Tego faktycznie brakuje i coraz częściej widać, że góry dzielą ludzi, a nie łączą i kultura górska gdzieś zanika. Cieszę się, że mogliśmy przeżyć ten piękny czas i teraz mieć piękne wspomnienia. Dzisiaj pomimo istnienia Facebooka, te grupy to już nie to samo co kiedyś...
      Ja Ciebie również pozdrawiam McGregor :). Oby do zobaczenia w górach :)

      Usuń