środa, 10 maja 2017

Pop's Cave (USA) - eksploracja nieznanej jaskini

 

Nasza potrzeba poznawania nowego terenu nie gasła ani na chwilę. Eksplorowaliśmy nieznane nam miejsca, mając w ręku jedynie kawałek rysunkowej mapy. Dzień 19. października był długo oczekiwanym przez nas. W planach mieliśmy eksplorację jaskini "Pop's Cave". Jako, że wówczas poznałem pewną dziewczynę z centrum informacji turystycznej w Richland Center, udało mi się zdobyć mapę topograficzną z wojskową dokładnością, oraz mapę wnętrza tej jaskini, dlatego postanowiliśmy, że musimy tam być!

Po 13.50 wyruszyliśmy na obrzeża wsi Bosstown. Po przyjeździe na miejsce zaparkowaliśmy samochód na poboczu jednej, być może jedynej bocznej drogi, w tej okolicy. Stało tu więcej samochodów, dlatego wiedzieliśmy, że nie będziemy sami. Za chwilę zauważyliśmy, że obok nas parkują dwaj chłopacy z wioski Arena. Zapytali, czy idziemy do jaskini. Odpowiedzieliśmy, że tak. Zaprowadziliśmy ich tam, ponieważ droga do jaskini nie była tak oczywista, jak by się mogło wydawać. Zresztą sami nie wiedzieliśmy czy tam już byli. Trzeba było przejść brzegiem pola, za którym znajdowała się szeroka miedza. Tuż za nią było widać jedynie metrowej długości wydeptany pas trawy. To właśnie on wskazywał, gdzie mamy skręcić. Szliśmy wzdłuż miedzy, po czyimś polu. Po jego przejściu, widzieliśmy drugi, podobny pas trawy, za którym weszliśmy w gęste krzaki, momentami kolczaste. Prowadziła tędy jedynie wydeptana, zarastająca ścieżka. Dalej szliśmy tylko po górskim stoku, okrążając najmniejsze zbocze "wciśnięte" pomiędzy dwie inne góry. Według amerykańskich przepisów, idąc przez las musieliśmy mieć obowiązkowo pokryte przynajmniej 50% powierzchni ciała pomarańczowymi ubraniami ze względu na rozpoczęty sezon łowiecki dwa dni temu. Ten kolor miał ułatwić odróżnienie ludzi od zwierząt, na które teraz masowo polowano.

Na szczycie jednej z gór doszliśmy do małego krateru, jak zwą go miejscowi. Byłem tam tydzień temu z Marcinem, wstępnie eksplorując początkowe fragmenty jaskini. Mały Tomek (bo tak go nazwaliśmy, aby odróżnić dwóch Tomków w naszym zespole) nie był wtedy z nami, dlatego dla niego wszystko było nowe. Teraz w planach mieliśmy eksplorowanie wszystkich etapów, korytarzy i komór. Wpisaliśmy się do księgi odwiedzających, gdzie trzeba podać liczbę uczestników wyprawy, datę i godzinę wejścia, a po wyjściu - godzinę wyjścia. Wpisując się, zauważyliśmy, że w środku jest już grupa 10-cio osobowa. Zostawiliśmy tutaj wszystkie nasze rzeczy, rozwieszając je na drzewie.

Zaczęliśmy. Już na początku latarka Marcina odmówiła posłuszeństwa. Nie działała w ogóle. Na szczęście zabrałem ze sobą trzy diodowe lampy. Dałem mu jedną. Marcin zszedł pierwszy do krateru, chyląc się pod nisko zawieszonym sklepieniem. Następnie poszedłem ja, a za mną Mały Tomek. Początkowe etapy były znane dla mnie i Marcina, dlatego ten kawałek przeszliśmy szybko. 29 metrów liczonych od momentu wejścia do środka, od krateru, nad naszymi głowami widzieliśmy "ściętą" ukośną skałę, pod którą musieliśmy się schylić. Dopiero po przejściu tej części widzieliśmy, jak wielki fragment sklepienia kiedyś tutaj spadł na ziemię, roztrzaskując się na mniejsze kawałki. Szliśmy tędy po śliskich i mokrych skałach, które kiedyś tworzyły to sklepienie. Dziewięć metrów dalej, przejście zwężało się ciągle tak, że musieliśmy iść na czworaka. Czekało nas przejście, a raczej przeciskanie przez 40-50cm zacisk w skałach, za którym widniała wielka komora, w której można było nawet stanąć w pozycji wyprostowanej.

Zanim jednak doszliśmy do niej, pomiędzy wąskim tunelem a komorą, mieliśmy do przeczołgania, później do przejścia na czworaka, a dalej w pozycji wyprostowanej, odcinek dwudziestu metrów. W komorze popatrzeliśmy za kolejnym przejściem. Zanim jednak znaleźliśmy je, Marcin wcisnął się pod skałę w poszukiwaniu innej drogi. Szybko zawrócił, ponieważ "szlak" którym „szedł” kończył się kilka metrów dalej. Tuż za komorą, schylając się pod dosyć niskim sklepieniem, zauważyliśmy grupę dziesięciu ludzi, których wpis widzieliśmy w księdze. Ustawieni w okrąg, w przykucniętej pozycji, czekali na swojego kolegę, który właśnie przechodził jeden z najtrudniejszych odcinków jaskini. Była to skała, która kiedyś oderwała się od sklepienia. Pęknięta była dokładnie w połowie jej długości, tworząc wąski tunel o długości kilku metrów. Aby przejść przez ten tunel, należało przeczołgać się do jego końca, a później przecisnąć się pomiędzy nierówno wystającymi skałami. Gdy ich kolega wyszedł z dziury, usłyszeliśmy gromkie oklaski i okrzyki radości. My tymczasem obeszliśmy ich z prawej strony idąc po gładkich płytach skalnych, mokrych i śliskich na całej długości. Zresztą tak mieliśmy w całej jaskini. Dwadzieścia sześć metrów dalej, licząc od zwężenia komory głównej lub sześć metrów od pękniętej w połowie długości skały, rozpoczął się bardzo trudny odcinek. Przed nami widniało tylko bardzo wąskie przejście, wysokie na może około 50cm.

Dalej wyglądało już tylko gorzej. Tunel, w którym teraz szliśmy na czworaka lub w pozycji przykucniętej zwęził się nagle o połowę, tworząc przed nami małą, skalną ścianę. Przystanęliśmy tutaj na chwilę i zarządziliśmy, że idziemy dalej. Już na początku, połowę przejścia tarasowała nam kałuża. Pierwszy wszedł, a raczej wczołgał się, Mały Tomek. Powiedział, że musimy je omijać. Na to ja z Marcinem odpowiedzieliśmy, że musimy się ubrudzić, a nie omijać. Zresztą jak Mały Tomek szybko zobaczył, nie mieliśmy możliwości ich ominięcia. Teraz czołgaliśmy się w tunelu wysokim na około 40-50cm, więc każdy nasz ruch był skrępowany. Musieliśmy przejść przez te kałuże. Robiliśmy dużo zdjęć, ze względu na nasze, pełzające odbicia w wodach. Widok był bardzo piękny, tym bardziej, że wody były krystalicznie czyste. Jedynie po naszym przejściu zmąciliśmy je, unosząc drobinki skalne leżące na dnie. Mały Tomek wybrał nieodpowiednią stronę, dlatego przeszedł szybko na prawo, aby czołgać się po mniej zalanym terenie.

Na początku tego odcinka mieliśmy płytę skalną z poprzecznie ułożonymi pasami skalnymi, odległymi od siebie o około 1-2cm. Było ich mnóstwo, dlatego w tym miejscu powierzchnia skał była bardziej ostra od pozostałych. Dookoła nas mogliśmy obserwować stalaktyty, z których powoli opadały krople wody. Z ziemi, przy ścianach skalnych, wystawały stalagmity. Przed nami, po prawej stronie płyt skalnych widniały, jak gdyby "ścięte" stalagmity, które już dawno zdążyły pokryć się brązową powłoką powstającą od kapiącej wody i zawartych w niej minerałach. Już na początku mieliśmy wielki ubaw z miejsca, w którym byliśmy, bo powiedziałem, że zalałem sobie jajka, a nie było tu innej możliwości przejścia niż przeczołganie się przez dość głębokie i zimne kałuże. Postanowiliśmy jednak dojść do samego końca. Minęliśmy trzy większe kałuże, za którymi nadal widniały płyty skalne, a przejście stawało się coraz bardziej wąskie. Mały Tomek ciągle prowadził, szukając tym samym jakiejś drogi dla nas. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny, dlatego Marcin w oczekiwaniu na dalsze ruchy Mały Tomka, zszedł nieco na lewą stronę, aby przeszukać lokalną szczelinę.

Znalazł tam jedynie grzyby, które bardzo mu się spodobały, nazywając je początkowo sierścią, ponieważ tak wyglądały. Będąc w tej okolicy słyszeliśmy kapiącą wodę w wielkiej ciszy, którą zmącić mogliśmy tylko my sami. Za kałużami sklepienie było już tak nisko nad nami, że miałem problem ze swobodnym obracaniem głowy. Odstające, małe stalaktyty i okrągłe stalagmity dodatkowo utrudniały ruchy. Small Tom doszedł do bardzo wąskiego punktu, gdzie miał wielki problem, aby w ogóle przejść dalej, bo kiedy patrzył przed siebie, powiedział, że jest tu tak ciasno, że oddychanie sprawiało mu ból, dlatego zawróciliśmy. Nie z powodu braku powietrza, a z powodu skał uciskających na klatkę piersiową z góry i z dołu. Robiliśmy tu dziesiątki zdjęć, ze względu na trudne warunki. Zawracaliśmy tyłem, czołgając się do punktu, w którym skały tworzyły ściankę zwężającą to przejście. Wracając, Mały Tomek zapytał mnie jakie mam ustawione ISO w aparacie. To pytanie rozbawiło nas wszystkich, gdyż otoczenie nie pozwalało na jakąkolwiek swobodę ruchów, więc nawet nie mieliśmy jak tego sprawdzić. Tuż pod ścianą skalną zgasiliśmy wszystkie światła, aby zaskoczyć grupę ludzi, która wchodziła do jaskini. Widzieliśmy jedynie z oddali ich światła latarek. Po dłuższej chwili głosy zamilkły. Stwierdziliśmy, że mieli problem z pierwszym wąskim przejściem, dlatego chyba się wycofali. Zaświeciliśmy nasze lampy i poszliśmy z powrotem.

Znowu, przed nami widniał tunel, którym to przechodził chłopak z grupy dziesięcioosobowej. Sam tunel nie był konieczny do przejścia, ponieważ prowadził pod korytarzem, którym szliśmy, ale chcieliśmy poznać tą jaskinię jak najlepiej, więc zdecydowaliśmy, że idziemy tym razem przez niego. Marcin chciał zobaczyć, jak się idzie tym tunelem. Była to wielka, złamana w połowie skała, pod którą utworzył się wąski tunel. Na jego początku trzeba było przejść przez małą kałużę. Poszedłem górą złamanej skały, aby wyglądać głowy Marcina wychodzącego ze szczeliny po drugiej stronie. Gdy Marcin zobaczył skały wystające z boków sklepienia, zapytał: jak on [kolega z grupy dziesięcioosobowej] w ogóle tędy przeszedł? Za chwilę jednak dodał, że jak on przeszedł, to my też musimy. Marcin pomału wychodził. Jego biodra zaklinowały się w nierówno odstających skałach, gdzie miał duży problem z wykonywaniem jakichkolwiek ruchów. Marcin powiedział wtedy, że się zaklinował.

Próbował przez dłuższy czas coś wymyślić, aż w końcu udało mu się przecisnąć kawałek dalej tak, że głowę włożył do innej, malutkiej komory. Na początku sklepienia odstawały dodatkowo brązowe stalaktyty. Ponownie miał wiele problemów z wyjściem, dlatego przeczołgał się do mniejszej komory tylko częściowo, po czym zaczął wychodzić tyłem, wystawiając nogi do góry, na skały. Drugi szedł Mały Tomek. W miejscu z nierówno odstającymi skałami, odwrócił się nieco wcześniej, dzięki czemu przejście tego etapu zajęło mu niedługą chwilę. Trzeci szedłem ja. Będąc w tunelu, spoglądałem na to wąskie przejście przede mną. Gdy wystawiłem głowę do zdjęcia, powiedziałem, że Marcin i Mały Tomek są zgrabni jak panienki, bo ja siebie tu nie widzę. Gdy zacząłem przechodzić pomiędzy skałami zaklinowałem się bardzo mocno. Powiedziałem, że jest tu strasznie ciasno i że ostatni raz tak miałem, gdy… się rodziłem. Dodatkowo pomiędzy moimi nogami tkwiła mała, brązowa skała uniemożliwiająca wykonywanie dodatkowych ruchów.

Próbowałem odwrócić się na lewą stronę, aby wydostać zaklinowane biodra z pomiędzy skał. Wyszedłem na zewnątrz, wracając do szerszego tunelu, w którym to teraz przebywaliśmy. Teraz cieszyliśmy się z miejsca, w którym byliśmy, ponieważ mogliśmy stanąć i „rozprostować kości”. Po przejściu krótkiego odcinka w pozycji przykucniętej doszliśmy do wielkiej komory, za którą musieliśmy się znowu czołgać, aby przejść przez wąską szczelinę pomiędzy skałami, którą przyszliśmy tutaj. Po jej przejściu stwierdziliśmy, że teraz wychodziło nam się dużo trudniej niż za pierwszym razem. Nareszcie mogliśmy iść przez chwilę wyprostowani, ponieważ w pierwszej komorze zdecydowaliśmy, że teraz pójdziemy do innego korytarza, w którym to tydzień temu był Marcin, oglądając jedynie jego początkowe fragmenty.

Wchodząc w jego szerokie przestrzenie stwierdziliśmy, że ten korytarz ma całkiem inną budowę niż pozostała część jaskini. Tworzyła go tylko twarda glina, a na powierzchni ścieżki widzieliśmy tylko mnóstwo kałuż i wszechobecnego błota. Za chwilę, nad naszymi głowami Mały Tomek zauważył nietoperza zwisającego ze sklepienia. Zrobiliśmy mu obowiązkowo zdjęcia, po czym przyglądaliśmy się jak szybko oddycha i jak przebudza się. Jednak jeszcze nie wstał całkowicie. Wykonał tylko kilka nieznacznych ruchów. Tomek przyłożył jeszcze obok niego dłoń, żeby mieć skalę porównawczą jakiej jest wielkości. Poszliśmy dalej. W dole, słyszeliśmy grupę, której głosy nagle ucichły. Stwierdziliśmy, że musi być tam długi korytarz. Zaczęliśmy schodzić. Z początku widzieliśmy duże masy błota, po których musieliśmy się przeczołgać. Marcin poszedł pierwszy, ja drugi, a Mały Tomek trzeci. Ja zacząłem schodzić tyłem. Nie był to koniec korytarza, bo weszliśmy jedynie do małej, ale wysokiej komory, gdzie mogliśmy się wyprostować. Dodatkowo przed nami widniał wielki otwór nad przejściem, którym schodziliśmy.

Widzieliśmy przez niego początkowe fragmenty naszego korytarza i miejsce, gdzie zwisał nietoperz. Marcin poszedł dalej, czołgając się nadal przodem. Ja postanowiłem, że pójdę tyłem. Czołgałem się w bardzo wąskim przejściu, gdzie było mnóstwo błota. Nie mieliśmy żadnej możliwości jego obejścia, ale byliśmy już tak ubrudzeni, że wszystko było nam jedno. Moje zejście wyglądało nieco inaczej, ponieważ gdy schodziłem tyłem, ostra skała wystająca na końcu przejścia skutecznie tarasowała mi drogę, a ja nawet nie miałem możliwości odwrócenia głowy, aby zobaczyć co znajduje się za mną, Było tu bardzo ciasno. Szedłem nadal tyłem, zdzierając skórę o ostre skały. Dodatkowo przerażało mnie to, że za nimi nie czułem w ogóle jakiejkolwiek przestrzeni. Nogi wisiały w powietrzu. Starałem się czołgać dalej, szukając jakiegokolwiek punktu podparcia.

W końcu udało się. Weszliśmy do małej komory. Oczekiwaliśmy teraz na Małego Tomka. On również szedł tyłem i miał podobne problemy jak ja. Znajdowaliśmy się w małej, lecz dosyć wysokiej komorze. Na jej glinianych ścianach widniały małe, błyszczące minerały od naszych świateł latarek. Przyglądałem im się nieco dłużej, ponieważ można było tu ujrzeć wszystkie kolory tęczy, co było czymś niezwykłym. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle w tej jaskini odbywa się wymiana powietrza, ponieważ przebywając tu dłuższą chwilę stwierdziliśmy, że nasza para tworzyła lekką mgiełkę. Śmialiśmy się z mojego aparatu, który cały umazany był błotem, a jego obiektyw był krystalicznie czysty. Nastawiając zdjęcie z opóźnieniem czasowym, aby wykonać zdjęcie grupowe, miałem problem z odczytem symboli na obudowie aparatu, pokrytych błotem. Sam wyświetlacz również ociekał błotem… Co chwilę komentowaliśmy jak jesteśmy brudni, bo nawet na policzku Marcina pojawiła się glina. Po dłuższej chwili zaczęliśmy wychodzić, czołgając się w glinianym i błotnistym tunelu. Szedłem jako pierwszy, aby porobić uczestnikom wyprawy zdjęcia. Mając duże trudności z przeciśnięciem się pomiędzy ciasno odstającymi skałami, wszyscy jednomyślnie powiedzieliśmy to samo: musimy zmienić punkt odniesienia. Wtedy wśród nas rozległ się głośny śmiech.

Żartów było dość, bo musieliśmy wyjść. W końcu doczołgałem się do małej komory, znajdującej się na środku glinianego korytarza. Poczekałem na resztę, aby zrobić im zdjęcia wychodzących z bardzo wąskiego tunelu. Za chwilę Marcin poszedł ostatnim, wąskim tunelem powrotnym jako pierwszy. Przecisnął się dość szybko, po czym czekał na Małego Tomka, który to właśnie postanowił obejść ten tunel wchodząc na glinianą ściankę, nad którą widniał otwór z widokiem na nietoperza i wielki ząb powstały po "ścięciu" stalagnatu przez nieznane nam siły. Umazani błotem, od stóp do głów poszliśmy już w wyprostowanej pozycji ku kraterowi. Zatrzymaliśmy się przy nietoperzu, aby jeszcze raz na niego popatrzeć. Dalej doszliśmy do pierwszej, wielkiej komory, z której widać już było światło dzienne. Tuż za główną, pierwszą komorą, na zrębie skalnym, Marcin zauważył całą rodzinę nietoperzy zwisających jeden przy drugim – z tej samej skały. Wisiało ich razem sześć, dlatego przyglądaliśmy się im dłużej robiąc zdjęcia całej gromadzie.

Wyszliśmy na zewnątrz. Dopiero teraz widzieliśmy ile błota ze sobą przynieśliśmy. Byliśmy dosłownie cali brązowi. Musieliśmy jedynie pozbierać nasze rzeczy, które porozwieszaliśmy na odstających fragmentach z pnia, pozostałych po ściętych gałązkach. Nie wpisaliśmy do księgi godziny naszego powrotu, ponieważ naszej kartki już nie było. Widocznie ktoś wyrwał ją na pamiątkę. Jaskinia została przez nas dokładnie poznana, a tak przynajmniej myśleliśmy, bo staraliśmy się wchodzić w każde dostępne szczeliny, jednak po powrocie do hotelu zorientowaliśmy się, że z drugiej komory odchodził jeszcze jeden korytarz...

                         
   

6 komentarzy:

  1. Piękne zdjęcia i piękna relacja:):*

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo , bardzo zazdroszczę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie Michasiu. Mało kto ma odwagę coś takiego sprawdzać, łączyć, szukać.... Pozdrawiam.
    Otylia.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne zdjęcia. Jaskinie zawsze spoko :) Póki co miałem okazję chodzić tylko po niewielkich jaskiniach w jurze krakowsko częstochowskiej, ale może kiedyś uda się zrobić kurs na taternika jaskiniowego i po eksplorować większe jaskinie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekamy Cierpliwie na opis z najnowszej wyprawy. Widzę, że tło do bloga jak i moje

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi. Piszę relację. Na razie ma 48 stron, ale jeszcze wiele przede mną. Zajrzałem na Twojego bloga. Jest bardzo ciekawy.

      Usuń

www.VD.pl